Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominikanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dominikanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

Dlaczego na fladze Niemieckiej Republiki Demokratycznej umieszczono cyrkiel?


          Każdy kto w miarę uważnie śledzi ten blog, miał okazję zorientować się co do mojego stosunku do panoszących się nie tylko po ogólnopolskich mediach ojców dominikanów. Gdyby ktoś jednak sprawę przegapił, pozwolę sobie przypomnieć choćby swoją notkę na temat tych dziwnych księży zamieszczoną w wydanej przeze mnie przed laty książce „Twój pierwszy elementarz”. Proszę posłuchać:
          „Dominikanie – Kiedyś jeden z tradycyjnych katolickich męskich zakonów, dość nawet popularny wśród pobożnej młodzieży z duchowymi ambicjami. Niestety w pewnym momencie, pewna grupa polskich dominikanów poznała słowo ‘glamour’, ktoś im powiedział, że glamour to boskość i, jak to mówi młodzież, odjechali. Najbardziej znanym polskim dominikaninem jest tak zwany ojciec Zięba. Podobno bardzo fajny facet. Jak każdy zresztą pijak”.
          Dziś, jak się okazuje, Zięba już albo nie chleje, albo chleje bardziej świadomie, natomiast wedle słów, które on sam wypowiedział w jednym z licznych wywiadów, których nadal udziela, on nie uważa, że „medialna nagonka”, jaka została swego czasu przeciwko niemu skierowana, była sprawiedliwa, a to z tego powodu, że on nie pił dla przyjemności, ale wyłącznie z tego powodu, że zupełnie niespodziewanie zmarł Jan Paweł II, i fakt ów Ziebę doprowadził do takiej depresji, że jedynym na nią lekarstwem wydawała się być wóda. A depresja to przecież nie grzech, prawda.
          Otóż ja przyznaję, że chleję. Tyle że ja nie chleję z tego powodu, że mam depresję, ani nawet nie piję wtedy, gdy jest mi źle na świecie z tego powodu, że zmarł Jan Paweł II, czy, już bardziej ostatnio,Tomasz Stańko, ale chleję dla jedynej na jaką mnie stać afirmacji życia. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, by sięgnąć po szklankę w sytuacji, gdy jest mi źle i szaro. Nigdy! Ja piję wyłącznie po to, by dziekować Bogu za życie. A więc, kiedy słyszę jak któryś z księży mi mówi, że on popadł w alkoholizm, bo było mu smutno, to, przepraszam bardzo ale ja na to wzruszam ramionami i odpowiadam jak potrafię najprościej, że tu musi chodzić o któregoś z ojców dominikanów.
         Ktoś zapyta, skąd mi nagle po tych wszystkich latach przyszło do głowy, by się znęcać nad tymi nieszczęśnikami. Otóż, przepraszam bardzo, ale to nie ja tym razem zacząłem, ale oni sami, a dokładnie rzecz biorąc redaktorzy internetowego portalu dominikanie.pl, którzy niedawno zdecydowali się zamieścić na Twitterze następujący wpis:
         W jaki sposób modlitwa żydowska uczy nas się modlić? Przede wszystkim stawia nas wobec transcendencji Boga, nieco przesłoniętej dla nas, chrześcijan, przez obecność Jezusa”.
         Z tego co wiem, w tym momencie wiekszość komentatorów zatrzymała się na tej notce i odpowiednio ojców dominikanów zrugała. Tymczasem, jak się okazuje po bardziej wnikliwym badaniu, dominikanie nie zadziałali tu we własnym imieniu, tylko zacytowali niejaką Paulę Lagrange, „teologa i katechetkę, która postanowiła poświęcić swoje życie Bogu i zaangażowała się w pracę na rzecz Stowarzyszenia Świętej Rodziny w Bordeaux [żyjącą obecnie] we wspólnocie świeckich, którzy na co dzień wspierają się w życiu wiarą. Jest autorką książek: ‘Nazaret, droga ludzkości’ i ‘Rodzina Boga, rodzina ludzi’”. A zatem, wedle metody, z jaką zdążyły nas zapoznać nowoczesne media, oni nic nie sugerują; oni zaledwie cytują, zachęcając nas do dyskusji. I dlatego też zamieszczają na swoim portalu całość owego strasznego tekstu https://dominikanie.pl/2018/07/w-jaki-sposob-zydzi-ucza-nas-modlitwy/ wybitnej – nie bójmy się tego słowa – teolożki.
        Pozostaje pytanie, czemu oni to robią i czemu władze Kościoła im na to pozwalają. Odpowiedź na pierwsze pytanie, jak sądzę, zawarłem w swoich uwagach pomieszczonych w ksiażce „Twój pierwszy elementarz”. Gdy chodzi o kwestię drugą, to bardzo chętnie uznałbym, że ich gesty nie mają najmniejszego znaczenia. Problem jednak polega na tym, że tu u nas w Katowicach, przy Katedrze Chrystusa Króla od wielu długich lat istnieje duszpasterstwo akademickie, które w pewnym momencie i mnie jakoś tam uformowało. Od kilku lat jednak, jak rozumiem, decyzją naszego biskupa, pojawił się konkurencyjny ośrodek, prowadzony przez dominikanów właśnie, gdzie, z tego co słyszę, jest mniej więcej właśnie tak, jak to przedstawiłem wyżej.
      W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak zrobić coś, czego przez długie lata unikałem jak ognia, ale dziś obawiam się, że dłużej już nie wytrzymam. Otóż niespełna 6 lat temu, podczas lokalnego Synodu, arcybiskup Wiktor Skworc w następujący sposób rozpoczął swoją homilię:
      Umiłowani, Bracia i Siostry! Drodzy Diecezjanie!
       To, co widział prorok Daniel, a zobaczył jakna obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego...Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską”; zobaczył również dzięki łasce proroctwa św. Jan. On również ujrzał Syna Człowieczego – Władcę królów ziemi. Tego, któryuczynił nas królestwem i kapłanami Bogu i Ojcu swojemu”.
      W wizji Jana słyszymy ponadto słowa, które odnosimy do naszego Zbawiciela – Jam jest Alfa i Omega…” (Ap 1,8).
      W języku symboli litera alfa, która rozpoczyna nie tylko grecki alfabet, ma postać przypominającą cyrkiel, narzędzie do kreślenia planów. To podobieństwo przywołuje prawdę o dziele stworzenia i odkupienia; powstał w nim świat i człowiek, naprawiony przez śmierć Chrystusa.
      Litera alfa odnosi się również do naszej pracy, twórczości, troski, by czynić sobie ziemię poddaną, a samym rosnąć ku świętości.
      W tym duchu, stawiając niejako pierwszą literę alfabetu, a przed nią znak krzyża, pragnę zainaugurować dzisiaj II Synod Archidiecezji Katowickiej
”.

      I to tyle, bo i tak czuję się w tym momencie nadzwyczaj niezręcznie.



Wspomniana książka „Twój pierwszy elementarz” jest już dawno wyprzedana, a co do reszty, to może jutro, bo jakoś ostatnio nie bardzo jestem w nastroju.

środa, 21 grudnia 2016

Czy we Lwowie nawiązano kontakt z obcą cywilizacją?

Wpadł mi właśnie w ręce wydawany w języku polskim we Lwowie pod nazwą „Kurier Galicyjski” dwutygodnik określający się, jako „niezależne pismo Polaków na Ukrainie”. Powiem szczerze, że ani nie mam pojęcia, jaką dokładnie politykę uprawia wydawca owego „Kuriera”, ani też za bardzo mnie to nie interesuję, z tego jednak co widzę, tam nie ma nic szczególnie sensacyjnego. Normalne pismo dla Polaków na Ukrainie, najprawdopodobniej skupione głównie na tym, by między oboma narodami zachowany został względny pokój i jako takie zrozumienie jednych i drugich emocji. Politycznie też tam nie ma nic ciekawego. Oto na pierwszej stronie relacja z wizyty Antoniego Macierewicza w Mościskach, dalej informacja, że wojewoda lubelski stworzył stanowisko pełnomocnika do spraw kontaktów z Ukrainą, jeszcze dalej reklama „doskonałych” programów Radia Wnet, czy tekst o spaleniu w Warszawie flagi Ukrainy, tyle że z komentarzem w tonie „Nic się nie stało”. A więc, jak mówię, dla nas tam nie ma raczej nic.
I oto nagle patrzę, a tam, w samym środku numeru wywiad z ojcem dominikaninem – a jakże! – Tomaszem Dostatnim, zapowiadany przez autora rozmowy red. Leonida Golberga słowami: „Przypuszczam, że jego słowa znajdą oddźwięk wśród tych, którzy umieją słuchać, słyszą i myślą”. Ponieważ, powiem nieskromnie, zarówno słuchać, słyszeć, jak i myśleć akurat potrafię dość dobrze, to i słowa ojca Dostatniego zrobiły na mnie wrażenie na tyle duże, że dziś chciałbym napisać parę słów stanowiących wywołany przez Redakcję „oddźwięk”.
Oto, proszę sobie wyobrazić, że rozmowa z o. Dostatnim dotyczy przede wszystkim rocznicy powstania KOR-u i jego znaczenia dla naszej historii, co, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w roku 1976 Tomek Dostatni miał zaledwie 12 lat, a dziś jest zaledwie skromnym zakonnikiem, zaskakuje. Szczęście w nieszczęściu jest jednak takie, że o. Dostatni przy pierwszej nadarzającej się okazji macha ręką na ten cały Radom i przechodzi do dnia dzisiejszego:
Jest mi bardzo przykro przez to, że w Polsce, państwie demokratycznym, w którym w demokratycznych wyborach zawsze zwycięża większość, w ostatnich wyborach zwyciężyła większość polityczna, która według mnie, psuje państwo polskie. Oznacza to, że pragnienie utrzymania władzy poprzez wprowadzenie proponowanych reform narusza instytucje demokratycznego państwa. […] W Polsce podnosi głowę skrajny nacjonalizm. Jest to bardzo niebezpieczna rzecz. Polska zaczyna odwracać się od Unii Europejskiej, od Europy, pokazując tym samym, że Europa jest dla nas potencjalnym zagrożeniem. Jest to nieporozumienie. Zdarza się, że ludzie o odmiennych poglądach, chociaż nie trafiają do więzienia, tracą pracę. Zmiany te, które następują po zmianie władzy w państwie, są niedemokratyczne i decyzje zapadają na najwyższych poziomach władzy. Obecnie mamy próbę narzucenia przez media i przez gospodarkę takiego politycznego projektu, który przekreśliłby ostatnie 25 lat”.
Powiem szczerze, że ja mam z tym księdzem pewien kłopot i to kłopot znacznie większy, niż w ogóle mam kłopot z Dominikanami. Nie chcę myśleć o nim jakoś szczególnie źle, a z drugiej strony nie mogę uwierzyć, że przeprowadzający rozmowę redaktor zapisał ją własnymi słowami, a tym bardziej, że w ogóle ją sam napisał w taki sposób, by mieszkający na Ukrainie Polacy wszystko zrozumieli. Nie chce mi się też wierzyć, że ojciec Dostatni specjalnie formuje te zdania w taki sposób jakby mówił do idiotów, albo do ludzi, których za idiotów uważa. Wszyscy jednak widzimy jak jest, i myślę, że ów Tomasz Dostatni spadł nam wszystkim na łeb, jak ruski meteoryt.
Sytuacji w żaden zresztą sposób nie poprawia kolejny fragment tego wywiadu, gdzie o. Dostatni przedstawia swoje prognozy odnośnie zbliżającej się zmiany biskupa w Krakowie. Proszę się trzymać monitora:
Rozmawiamy w chwili, gdy ma być wyznaczony nowy arcybiskup Krakowa. Obecny, Stanisław Dziwisz, w związku z wiekiem (urodził się w 1939 roku) złożył swe pełnomocnictwo i oczekuje decyzji Watykanu. Prawdopodobnie przejdzie na emeryturę. Jeżeli sprawdzi się wszystko, o czym mówią, to papież Franciszek wyznaczy na ten urząd kogoś, kto zadziwi cały kraj. Prawdopodobnie nie będzie to ani biskup, ani arcybiskup, a zwykły zakonnik franciszkanin. Jest profesorem teologii i mieszka obecnie w Rzymie… Jeżeli to się sprawdzi, zaświadczy to o tym, że papież Franciszek, sam jako pierwszy po stu latach zakonnik na stolicy apostolskiej, wyznaczy kierowanie dobrze funkcjonującą diecezją, która dała światu świętego Jana Pawła II, również zakonnika. A oznacza to, że kościół katolicki w Polsce potrzebuje pewnych reform. Bowiem zakonników wyznacza się wówczas, gdy zachodzi potrzeba reform czy odnowienia. To jest odpowiedź na pytanie: powinien przyjść ktoś, kto reprezentowałby punkt widzenia i myślenia papieża Franciszka”.
Już słyszę, jak ktoś krzyczy: „Co znaczy, że sytuacji nie poprawia? Wręcz przeciwnie – dopiero teraz sytuacja staje się klarowna. Ten Dostani to kompletny bałwan”. Otóż nie. Ten Dostatni to nie bałwan. Takich bałwanów na świecie nie ma, a trudno sobie wyobrazić, żeby red. Golberg umówił się na spotkanie z ojcem Dostatnim, a oni mu podsunęli posła Szczerbę, czyli, jak wiemy, aliena. Zwłaszcza, że jest zdjęcie i na zdjęciu jest rzeczywiście o. Dostatni, a nie poseł Szczerba. Proszę spojrzeć. Tu się pomylić nie da.


A więc po dłuższym namyślę, muszę przyznać, że nie wiemy nic. Możemy już tylko liczyć, że odezwie się sam zainteresowany, jeden czy drugi, bracia Ukraińcy, ewentualnie samo Zgromadzenie i nam to wszystko wyjaśnią. Do tego czasu jednak, lepmy może te pierogi. Tak będzie zdrowiej.

No i odwiedzajmy księgarnię na stronie www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

niedziela, 11 sierpnia 2013

O tych co niosą światło

Tłumaczenie angielskich napisów do filmu o Roju idzie tak dobrze, że przerwa w pisaniu będzie zapewne znacznie krótsza, niz się obawiałem. Na razie, tradycyjnie, ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety". Fascynująca historia. A jutro, zobaczymy.

Każdy, kto lubi zaglądać na mój blog, lub chociaż miał okazję czytać wydany przeze mnie w zeszłym roku „Elementarz”, zna moje zdanie na temat tak zwanych „Dominikanów”. Nazwę „Dominikanie” poprzedziłem zwrotem „tak zwanych”, a ją samą zamknąłem w cudzysłowie, bo ile razy zdarza mi się zajrzeć do źródeł i spróbować się upewnić, czy, kiedy używam tej nazwy, dobrze identyfikuję to, o co mi chodzi, okazuje się, że to, co mam na myśli, mówiąc o Dominikanach, to nie są żadni Dominikanie, ale zwykli uzurpatorzy.
Z drugiej strony, bardzo się staram, i za każdym razem, gdy dochodzę do wniosku, że z naszymi Dominikanami jest coś nie tak, sprawdzam bardzo dokładnie, czy czegoś nie pomyliłem. No i zawsze wychodzi mi, że tak – to co zwróciło moją uwagę, to jak najbardziej ludzie, oficjalnie przedstawiający się jako Dominikanie właśnie.
I oto, proszę sobie wyobrazić, w dniu dzisiejszym, dosłownie chwilę temu, jeden z moich informatorów, którzy zawsze dbają o to, by mi nie zabrakło tematów, podesłał mi coś, co zostało zaczerpnięte z internetowej strony www.dominikanie.pl i wygląda na autentyk. Mam tu na myśli informację zatytułowaną „Letnia szkoła ludzi mądrych”, a opisującą pewne seminarium, które odbyło się w Krakowie, a podczas którego „studenci i doktoranci z Europy Środkowo-Wschodniej i Stanów Zjednoczonych dyskutowali o demokracji, wolnym rynku i kulturze otwartego społeczeństwa”.
Jak czytamy dalej, owo spotkanie stanowiło „kolejną edycję Szkoły Letniej, organizowanej przez Instytut Tertio Millennio,[podczas której] 35 studentów i absolwentów szkół wyższych uczestniczyło w ponad 70 godzinach wykładów i warsztatów, które odbywały się w klasztorze dominikanów”.
A więc, jak na razie, wszystko się zgadza. Nie mamy tu do czynienia ani z żartem, ani ze złośliwą prowokacją ze strony ludzi wrogich Kościołowi. Mamy prawdziwych Dominikanów, a co więcej i nazwiska. Czytajmy dalej:
W tym roku, oprócz założycieli Szkoły Letniej – o. Macieja Zięby i George’a Weigel’a, wykładowcami byli: Russell Hittinger, dominikanin o. Jarosław Kupczak, Raymond J. de Souza i William M. Joensen. Gościem seminarium była Anna Komorowska, żona prezydenta RP. Za organizację tegorocznego seminarium, oprócz pracowników Instytutu Tertio Millennio, odpowiadali bracia dominikanie Marcin Dyjak i Piotr Oleś”.
Ktoś w tym momencie prawdopodobnie zakrzyknie: „Stop!”, i każe nam się zatrzymać na nazwisku, jak to zgrabnie ujął autor wzmiankowanego tekstu, „żony prezydenta RP”. I nie będę ukrywał, że to jest bardzo dobry moment, żeby przestać się już zajmować Dominikanami i tą ich imprezą. Powiedziałbym, że może na zawsze. To jest wręcz fantastyczny moment, by się nawet przestać zajmować tymi dwoma: Dyjakiem i Olesiem.
To natomiast, co nas powinno w tym momencie zaciekawić, to owa „żona prezydenta RP”. Tu by można było naprawdę zadać Dominikanom parę pytań, ale ponieważ z nimi już się pożegnaliśmy, to pozostańmy w milczeniu, ze ściśniętymi zębami, pięściami i oczywiście – sercami.

Oczywiście, jak zawsze, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Bez Waszej pomocy, jesteśmy skończeni. Dziękuję.

czwartek, 17 stycznia 2013

Uwaga, Diabeł!


Starsza Toyahówna, o czym być może już tu wspominałem, niemal wszystkie swoje wolne wieczory spędza w towarzystwie związanym z tak zwanym Duszpasterstwem Akademickim działającym przy tak zwanej lokalnie „Krypcie”, natomiast jak idzie o kościół, to modli się albo tam, albo – ostatnio – u nowo świeżo tu sprowadzonych Dominikanów. Czy mi się to podoba? Owszem, podoba mi się bardzo, bo uważam, że spędzanie czasu blisko Kościoła jest rzeczą dobrą niejako z automatu. Poza tym jednak, mam już tu same zastrzeżenia i obawy. Przede wszystkim nie podoba mi się, że znaczna część nowych znajomych mojej córki, w tym sam ksiądz duszpasterz, to Ślązacy, i to nie Ślązacy tacy, co uważają, że śląskość to piękna rzecz, że rolada z kluskami i modrą kapustą to najlepsze danie na świecie, a śląska mowa to pieśń słowika, ale ten ich szczególny gatunek, dla którego niedawna niespodziewana śmierć Michała Smolorza, to najsmutniejsze wydarzenie od czasu niedawnej przegranej Ruchu Autonomii Śląska w wyborach w Bytomiu, a kiedy Polacy grają w piłkę z Niemcami, to oni zachowują pełną neutralność.
To jest pierwszy z powodów, dla którego to że ona tam chadza, wprawia mnie w nastrój różny. Drugi to ten związany już z Dominikanami, i o nich będzie już więcej może za chwilę, natomiast jeszcze zanim przejdę do rzeczy, wspomnę tylko, że ja, kiedy byłem w jej wieku, również w tym Duszpasterstwie bywałem, kiedy tylko była ku temu okazja, tyle że wtedy akurat nie istniał ani problem Śląska, ani Dominikanów, a i jak sądzę, towarzystwo też było znacznie wybitniejsze. No i mimo że tu mogę się mylić, to jest to również jeden z powodów, dla którego, ile razy ona tam idzie, myślę sobie, że kiedy ja to robiłem, to wszystko miało znacznie większy sens.
Na msze nie chodzę ani do Dominikanów, ani nawet do Krypty. Dlaczego nie do Dominikanów, wyjaśniałem to zarówno tu na blogu, jak i choćby w swoim „Elemenarzu”, jak idzie o Kryptę, to mam tych powodów kilka, ale wydają mi się one na tyle nieistotne, że nie będę się w nie wgłębiał. Nie, i już. Jak idzie o mnie, to ja chodzę wyłącznie do Kościoła Garnizonowego, który mamy tuż pod naszym nosem, i tak właśnie jest mi niezwykle dobrze.
Starsza Toyahówna nie lubi naszego kościoła. Ona nie lubi go przede wszystkim przez to, że jej zdaniem tu nie ma tej atmosfery, którą ona znajduje w Krypcie, ale też z jej punktu widzenia, służący tutaj księża nie są nawet w stanie równać się z księżmi, do których ona się przyzwyczaiła chodząc do Krypty. I oto w ostatnich tygodniach doszło do wydarzenia, które wszystko – i to nie tylko u nas w domu, ale i w całym mieście – może przewrócić do góry nogami. Otóż, o czym chyba przy jakiejś okazji wspominałem, parę tygodni temu biskup polowy (ten od Komorowskiego), z godziny wręcz na godzinę, odwołał naszego dotychczasowego księdza proboszcza. To wszystko odbyło się w takim tempie i tak poza wszelkimi, nawet i kościelnymi, standardami, żeśmy wszyscy zwyczajnie zdębieli. No ale ponieważ jesteśmy ludźmi Wiary i Kościoła, o nic nie pytaliśmy i nic nie mówiliśmy. Na jego miejsce, w tymczasowym zastępstwie, przyszedł skromny i bardzo sympatyczny ksiądz, no a po nim już prawdziwy, nowy proboszcz.
Jak wspomniałem, kiedy byłem w wieku mojej córki, przez wiele lat uczęszczałem do Duszpasterstwa Akademickiego. W sumie poznałem pięciu księży akademickich, zaczynając i kończąc na księże Stanisławie, z których każdy był absolutnie wybitnym kaznodzieją i człowiekiem, a ostatni – myślę, ze najgorszy z nich – ks. Stanisław Puchała jest dziś wielkim i wspaniałym proboszczem Katedry Chrystusa Króla. A proszę pamiętać, że owe czasy były czasami, kiedy to wszelkiego typu wybitność nie była nawet w połowie tak cenna jak jest dziś. Wtedy, wybitni byli wszyscy. Niewykluczone, że nawet biskup Pieronek, a już z całą pewnością nieżyjący już dziś biskup Życiński. Oni też byli jak trzeba.
Ksiądz, który jak grom z jasnego nieba pojawił się w naszym kościele, to zjawisko, jakiego ja nie miałem okazji oglądać w całym swoim życiu. To jest ksiądz o tak potężnej kaznodziejskiej sile, że wszyscy moi dotychczasowi księża nie są w stanie się nawet do tego co on pokazał zbliżyć. Mowy nie ma. Kiedy on odprawiał tu swoją pierwszą mszę, sądziłem, że on potrzebował się pokazać, i stąd to wszystko. Jednak w minioną niedzielę było jeszcze lepiej i jeszcze mocniej. Jak mówię – widziałem wiele, ale czegoś takiego w życiu.
I proszę sobie wyobrazić, że mnie to wcale, ale to wcale nie ucieszyło. Przede wszystkim, ja sobie pomyślałem, że on jest zwyczajnie za dobry. Że jeśli ktoś jest dobry, to jest dobry, ale jeśli ktoś jest aż tak dobry, to ja bym poprosił jednak o chwilę przerwy na zastanowienie się. To była moja pierwsza myśl. Druga natomiast była taka, że kiedy o nim dowie się miasto, nasz skromny, nikomu już poza tymi starszymi już bardzo ludźmi niepotrzebny, Kościół Garnizonowy przeżyje prawdziwe oblężenie. Kiedy o tym, jak tu jest, dowiedzą się wszyscy ci, którzy do kościoła chodzą przed wszystkim po to, by otrzymać jakość, machną rękę na wszystko to co obok nich, i zaczną chodzić tutaj. A kiedy ten ksiądz to zobaczy… no to wtedy będziemy mieli problem. Bo ja podejrzewam, że on i tak już dziś swoje wie – on to musi wiedzieć – ale wtedy on może tego zwyczajnie nie wytrzymać. Bo kiedy ten kościół zacznie przeżywać swoje dni, jego proboszcz będzie miał tylko dwa wyjścia: albo zrobi wszystko, by ludzie go jeszcze bardziej kochali, albo zrobi wszystko, by go zaczęli nienawidzić. A to po to, by w efekcie oni go przestali kochać, a zaczęli zwyczajnie szanować. Może być nawet bardzo. I boję się, że on jednak na to nie wpadnie. I to będzie jego koniec.
Nie będę opowiadał o naszym nowym księdzu. Nie powiem nawet, jak się nazywa. Natomiast bardzo chętnie powiem, skąd mi przyszło do głowy, by o nim dziś pisać. I co mnie tak zainspirowało. Otóż, podobnie jak wielu z nas, mocno się przejąłem wiadomością o tym, że najsłynniejszy gdański kaznodzieja, dominikanin Jacek Krzysztofowicz zakochał się w jakiejś kobiecie, stracił wiarę i odszedł z Kościoła. Wszystko niemal w jednej chwili. Jego wybór, jego sprawa, no i jego nieszczęście. To co mnie jednak zastanawia, to to co dziś słyszę o tym Krzysztofowiczu. On przez minione 25 lat trzymał cały pobożny Gdańsk w pozycji klęczącej i na baczność. Słyszę, że kościele, gdzie on stacjonował, odprawiał w każdą niedzielę ostatnią wieczorną mszę, na której gromadził tłumy coraz to większe i większe. Wraz z rosnącą tych mszy sławą. I trwało tak długo aż wreszcie przyszedł Szatan i go sobie wziął jak swego.
I już przypomina mi się jedna rozmowa, jaką swego czasu miałem z panią Toyahową. Wróciliśmy z którejś z mszy w naszym garnizonowym kościele, gdzie wszystko było do bani. Ludzie spali, ksiądz robił wrażenie jakby nie dość że był skacowany i przeżarty, to jeszcze akurat doszedł do wniosku, że jemu się w ogóle tego wszystkiego już szczerze nie chce, a moja żona powiedziała, że kiedy ksiądz jest tak beznadziejny, to wtedy ludzie muszą się bardziej starać. I odwrotnie – kiedy przed sobą mają jakiegoś mistrza ruletki, to wiedzą, że nic tu po nich. Mogą się najwyżej napawać jego sprytem. A więc, w sumie, lepiej już próbować brać sprawy w swoje ręce.
Jak idzie o naszego nowego proboszcza, póki co wszystko wskazuje na to, że całość należy do niego. On stara się jak może. Opowiada nam o tym, jak bardzo ważne jest to, byśmy mieli świadomość, że wszystko w naszych rękach. Że jesteśmy sokołami Jezusa Chrystusa, że jesteśmy Jego rycerzami, i że to jest prawdziwe szlachectwo, które zobowiązuje. A ja już tylko mam nadzieje, że kiedy tam się zrobi naprawdę gorąco, on nas wszystkich tak opieprzy, że się nie pozbieramy. A ci, co tam i tak nie mają czego szukać, zwyczajnie się rozpierzchną. Myślę też, że by nie zaszkodziło, gdyby on ten numer wykonał po pijanemu. Choćby po to, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że on nie jest człowiekiem. Takim jak każdy z nas.

Bardzo proszę o nas nie zapominać. Dziękuję.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Czy polscy Dominikanie to sekta?

Wydawało mi się, że sprawę wyjaśniałem już wielokrotnie, ostatnio nawet w odpowiedniej notce swojego Elementarza, a mimo to, wciąż to tu to tam pojawiają się pytania o moje pretensje do Dominikanów. Czemu ja się akurat ich tak fatalnie czepiam? Nie Franciszkanów, nie Jezuitów, nie Salezjanów, ale akurat tych biednych Dominikanów. Za co?
Najprościej byłoby powiedzieć, że wystarczającą rekomendacją dla Dominikanów mogłoby być to, że właściwie jedyny zauważalny punkt sporu wśród tych, którzy uważają, że cokolwiek by sądzić o Katastrofie Smoleńskiej, to jedno jest jasne: Kaczyńscy dostali za swoje, to ten, czy fajniej jest u Dominikanów w Warszawie, czy może u Dominikanów w Krakowie. I to zupełnie niezależnie od tego, czy dyskutują osoby związane z Kościołem, czy od niego bardzo zdystansowane. Można powiedzieć, że temperatura zachwytu nad Dominikanami wśród walczących antyklerykałów jest nawet wyższa. Weźmy takiego młodego Maziarskiego. Jak się dowiaduję, on niedawno w „Gazecie Wyborczej” napisał coś takiego:
Najbardziej bym chciał, by [wrak tupolewa] czym prędzej przetopić na żyletki, puszki, czy co tam się robi z samolotowego złomu. Jeśli jednak w tej chwili jest to niemożliwe, to z dwojga złego wolę, żeby ten wrak był jak najdalej od Krakowskiego Przedmieścia. Moskwa jest niezłym miejscem, ale jeszcze lepsze byłyby Władywostok, Bangkok albo Sydney. Gdyby więc dało się przewieźć tego tupolewa gdzieś dalej od Polski, to ja bym bardzo prosił”.
Albo spójrzmy na znaną nam wszystkim Dominikę Wielowieyską. Oto ona: „Sprawa wraku i to, gdzie on leży, jest kompletnie drugorzędna. Jest mi kompletnie wszystko jedno, gdzie leży wrak”.
Ktoś spyta, co mają wspólnego z Dominikanami Wielowieyska i Maziarski, lub co Dominikanie mają do Katastrofy w Smoleńsku. Otóż ja nie mam oczywiście pewności, ale czuję pod skórą, że zarówno Wielowieyska jak i Maziarski, nawet jeśli sami tam nie bywają, to już ich dzieci z tego ich kościoła wychodzą, tylko po to, by coś zjeść, choć i to nie jest pewne. I że tam tego typu teksty, jakie zacytowałem powyżej, są na porządku dziennym. Dlatego że – nie oszukujmy się – to co mówią Wielowieyska i Maziarski, to żadna egzotyka. To jest najczystszy mainstream. Ani on, ani ona nigdy nie byli na tyle undergroundowi, by sobie pozwalać na jakiekolwiek ekscesy. Każde słowo, jakie wychodzi z ich ust, to coś, co słychać na mieście.
No dobra. Już słyszę, jak ktoś mówi, że owszem, Wielowieyska z Maziarskim mogą tam nawet służyć do mszy, ale jaka to wina Dominikanów? Czy oni mają cierpieć za to, że ich Słowo jest tak dźwięczne, że dociera nawet do najbardziej zakutych pał? No i skąd wreszcie ja mam taką pewność, że wśród tych pał są właśnie ci, którzy chcieliby, aby wrak tupolewa przetopić na żyletki? Ja to po prostu wiem. Nie chce mi się tego tłumaczyć, ale ja to najzwyczajniej w świecie wiem. To wszystko jest jedno towarzystwo. A polscy Dominikanie, w swojej masie tworzą część tego właśnie środowiska, i je systematycznie pompują na tak zwanym poziomie duchowym. W zamian za to, ze tamci z kolei ich pompują intelektualnie. Nie będę się nad tym dłużej rozwodził, bo ja to po prostu wiem. Z doświadczenia, umiejętności obserwacji i dzięki jakiejś tam swojej inteligencji.
Na początku tego tekstu zaznaczyłem, że odpowiedź na pytanie, co ja chcę od Dominikanów, mogłaby się ograniczyć jedynie do tych paru wspomnień i doświadczeń, jakie nabyłem, mając na oku ludzi takich jak Katarzyna Kolenda-Zaleska, czy Justyna Pochanke. Nie oznacza to jednak, że nie miałem okazji widzieć w akcji samych Dominikanów. Owszem, ich też znam na tyle dobrze, by ich obchodzić z daleka, i wcale nie mam tu nawet na myśli tych paru pijaków i dziwkarzy, którzy niejednokrotnie przynosili wstyd polskiemu Kościołowi. Ja tu mówię o Dominikanach jak najbardziej aktywnych i cieszących się świetną formą.
Tu gdzie mieszkam, jak już wspominałem, mamy kościół garnizonowy, do którego chodzimy. Ponieważ w Katowicach nie ma już wojska, w pewnym momencie pojawiła się najpierw informacja, że ten nasz kościół zostanie przekazany Duszpasterstwu Akademickiemu, a następnie, że go jednak przejmą Dominikanie. Szczęśliwie, póki co, nie nastąpiło ani jedno ani drugie, natomiast, owszem, Dominikanie dostali parafię przy ulicy Sokolskiej. Ponieważ moja starsza córka jest osoba bardzo religijną, i niestety religijną w sensie tym, że zadaje się moim zdaniem z ludźmi, jak idzie o wiarę, nie do końca poukładanymi, ona na tych Dominikanów trafiła niemal natychmiast. No i przy pierwszej okazji poszła tam na spotkanie z jakąś krakowską gwiazdą, która tu przyjechała z naukami rekolekcyjnymi. Był to starszy już ksiądz, i wedle relacji mojej córki te jego rekolekcje to był niemal w stu procentach kabaret na tematy tak między Radiem Maryja a Smoleńskiem. Jej się akurat nie podobało, ale reakcja publiczności była oczywiście jak należy. Po imprezie ona poszła do jakiegoś swojego pobożnego kolegi i mu powiedziała, że tam był ten staruszek i że jej się nie podobał. No i pobożny kolega wyjaśnił, że jej tak mówić nie wolno, bo to jest fantastyczny ksiądz, że on już o nim słyszał wcześniej, no i opowiedział o nim pewną anegdotę. Otóż któregoś dnia do niego do spowiedzi przyszedł któryś z ich kolegów, i przyznał się, że on nie bardzo lubi chodzić do normalnego kościoła, bo go denerwują te wszystkie ławki. Na to ów krakowski gwiazdor powiedział coś takiego: „Mnie też te ławki wkurwiają”. No i że to było takie wspaniałe. I to właśnie tego typu poczucie humoru sprawia, że ten ksiądz jest w środowisku postacią kultową.
Opowiedziała mi moja córka tę historię, i zamiast machnąć na tych Dominikanów ręką i trzymać się – skoro już musi – dalej tych swoich Ślązaków w Krypcie, uznała za konieczne pójść do spowiedzi na Sokolską. Wróciła, powiedziała, że było tak sobie, natomiast ona nie bardzo wie, o co temu księdzu chodziło, kiedy jej powiedział, że ona „nie powinna być takim pokurczem”. Ja jej wyjaśniłem, że, moim zdaniem, „pokurcz” to ktoś niezgrabny i brzydki, jednak ustaliliśmy, że jemu nie mogło o to chodzić. I to nawet nie ze względu na to, że moje dziecko jest zgrabne i, wedle powszechnie obowiązujących standardów, ładne, ale przez to, że on, siedząc w konfesjonale, nie był nawet w stanie tego ocenić. Ostatecznie ustaliliśmy, że jemu musiało chodzić o to, że ona w tej spowiedzi zaprezentowała się – z jego punktu widzenia – mało atrakcyjnie. I tyle. Że on pomyślał, że ona musi być jakaś do dupy. Że z niej po prostu żadna „bitch”, tylko właśnie taki „pokurcz”. I że powinna coś z tym zrobić.
A zatem, wróćmy do podstawowego pytania: Co jest nie tak z tymi Dominikaninami? Przez co ja ich tak tępię? Otóż ja osobiście jestem przekonany, ze na czym jak na czym, ale zarówno na Kościele jak i na księżach, to ja się akurat znam. Związany jestem z Kościołem od urodzenia, moje życie jest wypełnione Kościołem, i myślę, że jak idzie o ten temat, nic mnie nie zaskoczy. Wiem, że księża są różni: dobrzy, wspaniali, bohaterscy, zabawni, inteligentni, sympatyczni, ale też podli, głupi, występni, i nudni jak wojskowa latryna. Powiem więcej – ja zdaję sobie sprawę, że wśród księży są też tacy, co za księży się tylko przebrali i jeśli wciąż robią to co robią, to dlatego, że jest im tak towarzysko i finansowo wygodnie. Jak idzie o Dominikanów natomiast, mam wrażenie, że oni mają w sobie cos takiego, co sprawia, że oni są zupełnie inni. Oni mogą być naprawdę pobożni i inteligentni i uczciwi, tyle że mają na koncie ten jeden jedyny grzech, mianowicie nieskończoną pychę, i ta pycha właśnie sprawiła, że jako księża stali się całkowicie bezużyteczni. Swoim istnieniem czynią więcej szkody niż pożytku, i uważam, że nie byłoby źle, gdyby gdzieś tam – pewnie w Watykanie – uznano, że dla dobra Kościoła przydałoby się ich wszystkich zebrać do kupy i powiedzieć im bardzo stanowczo, że albo niech się opanują, albo, jeśli nie są w stanie już wrócić do korzeni, niech sobie założą jakąś sektę.

Osobiście, nie bardzo wiem, dlaczego początek kolejnego roku kalendarzowego ma być jakąś szczególną okazją do składania sobie życzeń, jednak szanując tradycję, każdemu, który lubi tego typu refleksje, jak najszczerzej życzę wszystkiego dobrego w nowym roku. A przyjaciół tego bloga zachęcam, by byli tu ze mną jak najczęściej. Dziękuję.

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Idzie wiosna - będą grillować

W piątkowy wieczór, tuż po transmisji Drogi Krzyżowej z Watykanu, TVP Polonia pokazała nam wnętrze czegoś co wyglądało na bardzo nowoczesny kościół, w ławkach siedzieli ludzie, a na zaimprowizowanej scenie miotała się jakaś przebrana w białe szaty młodzież, klaskała i śpiewała piosenkę z takim oto przesłaniem, że Jezus nas kocha – Alleluja! Po polsku. Nie wiem jak długo transmisja tej uroczystości trwała, bo w pewnym momencie, gdy pierwszy szok minął, wyłączyłem telewizor. Jednak wyglądało na to, że tak właśnie wyglądał plan Telewizji Polskiej na ów wielkopiątkowy wieczor – najpierw tradycyjna transmisja Drogi Krzyżowej, a następnie precz z tymi smutkami, niech wszyscy widzą prawdziwie radosne chrześcijaństwo, Jezus żyje!
Wielka sobota przyniosła nam prawdopodobnie wiele innych ciekawych manifestacji tak zwanej nowej, świeckiej pobożności, ja jednak zwróciłem uwagę na pokazaną przez telewizję TVN24 rozmowę prowadzoną między trzema osobami, reprezentującym trzy różne spojrzenia na coś co nazywamy Duchem. Z lewej strony siedział znany niektórym z nas zbyt dobrze ateista Zbigniew Mikołejko, zaprezentowany jednak jako „mistyczny agnostyk”, obok niego siedziała znana nam z działalności w branży charytatywnej Janina Ochojska, przedstawiona z kolei jako „katoliczka, która się przyznawać do swojego katolicyzmu nie wstydzi”, a z prawej Lejb Fogelman – człowiek w kapeluszu. Rozmowę prowadziła Katarzyna Kolenda-Zaleska, a więc ktoś kogo nie jestem w stanie odpowiednio opisać, nie narażając się z jednej strony na zarzut chamstwa, a z drugiej przestępczego oszczerstwa. Jednak muszę przyznać, że jeśli dziś wspominam ten program, to właśnie przede wszystkim dzięki Kolędzie-Zaleskiej. Ona to bowiem najpierw, przedstawiając Mikołejkę, powiedziała, że on wprawdzie jest owym „mistycznym agnostykiem”, ale na pewno „znacznie bardziej wierzącym”, niż wielu z tych co za wierzących powszechnie uchodzą, a następnie ogłosiła, że jej osobiście najlepiej się chodzi do kościoła do warszawskich Dominikanów. Deklaracja ta – co należy podkreślić – stanowiła zresztą uzupełnienie wcześniejszej, która padła z usta Ochojskiej, gdy ta oświadczyła, że ona wprawdzie jest zadeklarowaną katoliczką i się tego swojego katolicyzmu nie wstydzi, natomiast przyznaje, że często się jej zdarza, że będąc w kościele na Mszy Świętej, nie czuje wspólnoty z innymi wiernymi, i najlepiej spędza się jej czas u Dominikanów w Krakowie.
Niestety nie umiem powiedzieć, o czym państwo rozmawiali i co z tej ich rozmowy dla nas mogło wyniknąć, bo, podobnie jak wcześniej, przy okazji tych wielkopiątkowych radosnych pląsów, telewizor wyłączyłem, natomiast pozostała ze mną cała masa najróżniejszych refleksji, które z kolei doprowadziły mnie do pewnego wspomnienia. Otóż jakiś czas temu, nudząc się jak mój pies, pomyślałem sobie, że sprawdzę, jakież to my mamy kanały w naszym telewizorze, o których dotychczas mogłem nie mieć pojęcia. Zacząłem więc przy pomocy pilota przewijać tę ofertę, i kiedy już przeleciały wszystkie stacje włoskie, wszystkie stacje arabskie, i nawet wszystkie programy erotyczne, pojawiła się część religijna, a w niej coś co się nazywa The Religion Channel. Nie umiem oczywiście dokładnie powiedzieć, co to za program, bo – jak się czytelnicy tego bloga mogą spodziewać – nie zabawiłem tam wystarczająco długo, by zostać tu ekspertem, ale z tego co się zdążyłem zorientować, jest to stacja telewizyjna prezentująca telekazania dostarczane wiernym przez niektóre z tych chyba już ponad 20 tys denominacji protestanckich, jakich dorobiła się Ameryka. Ja akurat trafiłem na coś –sprawdziłem to oczywiście w wikipedii – co na tym tle stanowi zjawisko wybitne, a mianowicie na kaznodzieję nazwiskiem Joel Osteen, który jest przywódcą kościoła o nazwie Lakewood Church.
Okazuje się, że Osteen uznany został przez stację ABC za jedną z 10 najbardziej wpływowych postaci w Stanach Zjednoczonych, jego kościół jest najbardziej liczną kongregacją w całym kraju, a telewizyjne kazania jakie on głosi gromadzą przed ekranami 7 milionów widzów tygodniowo. Występ na który ja akurat natrafiłem miał miejsce na stadionie chyba baseballowym, Osteen stał na skromnej scenie, przed nim siedziało jakieś 50 tysięcy, a może więcej ludzi, i wszyscy wyglądali, jakby udało im się własnie ujrzeć Pana Boga. Samo kazanie nie było długie, trwało może 20 może 25 minut, natomiast – jak mówię – efekt jakie ono wywarło na zgromadzonych na stadionie ludzi był absolutnie porażający. Oni najzwyczajniej w świecie oszaleli. Co mówił Osteen? Przyznać muszę, że na mnie największe wrażenie zrobiły dwa fragmenty tego wystąpienia. Na samym początku był zwykły dowcip. Otóż była sobie wioska, gdzie mieszkali sami katolicy, a wśród nich znalazł się jeden jedyny protestant. No i było tak, że w każdy piątek – Osteen akurat mówi, że w każdy piątek Wielkiego Postu – ów protestant w swoim ogródku grillował steki wołowe, co irytowało katolików, którzy go postanowili skutecznie nawrócić. Pokropili mu więc głowę wodą i oznajmili: „Urodziłeś się jako baptysta, dorastałeś jako baptysta, a dziś jesteś katolikiem”. Rok później, przy okazji kolejnego Wielkiego Postu, mieszkańcy wioski wychodzą przed swoje domy i czują, że śmierdzi grillowaną wołowiną. Zachodzą do swojego sąsiada, patrzą, a on smaży stek, polewa go wodą i mówi: „Urodziłeś się jako krowa, dorastałeś jako krowa, a teraz jesteś rybą”.
To pierwszy fragment. Drugi był już pod sam już koniec kazania i stanowił taką oto historię: Był sobie oto pewien dobry, pobożny protestant, który zakochał się w jakiejś Europejce, którą chciał sprowadzić do Stanów Zjednoczonych, by ją tam poślubić. Niestety biurokratyczne przepisy wymagały od niej posiadania wizy, a procedury uzyskania owej wizy były strasznie żmudne i długotrwałe. Chodził więc ów pobożny człowiek do urzędów i prosił urzędników o tę wizę aż wreszcie trafił na jednego, który był okropnie niegrzeczny, wręcz chamski, i robił wszystko, by całą pobożnemu człowiekowi życie utrudnić. Ostatecznie poinformował go, że jego narzeczona w Europie będzie musiała czekać na wizę 5 lat. Pobożny człowiek był oczywiście bardzo wzburzony, jednak nie dał po sobie poznać najmniejszego gniewu, a wręcz przeciwnie, każdą kolejną złą wiadomość przyjmował z uprzejmą radością i wiarą. I oto nie minął miesiąc, jak ów niegrzeczny urzędnik dzwoni do niego i informuje, że wiza na niego czeka. „Jak to się stało?” – pyta pobożny człowiek. „Jak to możliwe, że coś co miało trwać 5 lat, trwało zaledwie jeden miesiąc?” Jestem pewien, że nie muszę nikomu nic wyjaśniać. Wszyscy jak się tu spotykamy jesteśmy na tyle inteligentni, by odpowiedź na tę zagadkę już znać. Tak. To owa uprzejmość, radość i wiara sprawiły, że zły urzędnik się nawrócił. Możemy się nawet domyślić, że to był rasowy katolik. A nawrócił się nie przez tę rybę – a więc Krzyż – lecz przez porządny kawałek wołowiny, czyli radość płynącą ze Zmartwychwstania.
Ktoś pewnie zapyta, co było w środku. Co wypełniało owo kazanie, poza tymi dwiema anegdotami? Otóż tam nie było nic, co by przekraczało wielkość jednego zdania. Merytorycznie ono w całości było oparte na cytacie z Pierwszego Listu do Koryntian o tym, że „Bóg złożył wszystko u Jego stóp”, a przekaz jest taki, że jeśli na wszystkie nieszczęścia będziemy patrzeć z tej perspektywy, uzyskamy nową siłę. I przez dwadzieścia minut Osteen powtarza to jedno zdanie w najróżniejszych sekwencjach, i jestem pewien, że gdyby on nie był mistrzem świata w tym co robi, pies z kulawą nogą nie chciałby go słuchać. Każde jedno zdanie wypowiedziane przez naszego księdza Don Paddingtona zawiera więcej treści niż całość tego co ten stadion traktuje jako Słowo Boże. To co słyszymy – wraz z tymi 50 tysiącami zebranych na tym stadionie – to czysta retoryka, czysty pijar. I tu akurat musze przyznać, że to jest tak dobre, że gdyby taki Donald Tusk, nawet znając angielski tak jak go zna, zechciał rzucić okiem na ten występ, zwariowałby z podniecenia i poprosił Ostachowicza, by ten go nauczył, co robić, by umieć gadać jak Osteen.
Dlaczego tamto wystąpienie Joela Osteena przypomniało mi się przy okazji sposobu, w jaki tegoroczne święta Męki Śmierci i Zmartwychwstania Naszego Pana Jezusa zostały potraktowane przez System? Sam do końca tego wyjaśnić nie jestem w stanie, jednak wydaje mi się, że chodzi o to, że to co mogliśmy obejrzeć w piątek po transmisji z Watykanu i w sobotę w wieczornym programie „Fakty po Faktach”, to nie przypadek lecz kierunek. A ów kierunek można opisać przy pomocy jednego zdania: „Koniec z tym Krzyżem”. Dość już tego marudzenia. Chrześcijaństwo to radość i miłość, a nie jakieś dąsy. To piękny okrzyk „Alleluja!”, a nie jakieś skrwawione serca. I oczywiście, każdy z nas wie, że to nic nowego. W końcu wszyscy świetnie pamiętamy co ta banda oszustów zrobiła z filmem Mela Gibsona – i z samym Gibsonem – po tym, jak on nakręcił swoją „Pasję”. Pamiętamy naprawdę bardzo dobrze, jak bez śladu wstydu, z idealną bezczelnością, najbardziej szanowani recenzenci objaśniali, że przez ten film Mel Gibson sięgnął dna. Dlaczego? To już oczywiście wyjaśnione nie zostało. Ważne, że doszło do kompletnej porażki. A więc wszyscy wiemy, że dla Systemu i dla ludzi, którzy stoją na początku i końcu projektu który został nam właśnie przedstawiony, największym realnym zagrożeniem jest wiara w Krzyż jako coś co w ostateczności staje się Bramą. Wiara w to, że na początku każdej ostatecznej radości musi stać ów Krzyż. Dlatego oni ten Krzyż tępią na każdym kroku. I dlatego prawdopodobnie w tym roku po raz pierwszy odważyli się w Wielki Piątek odcisnąć ten swój ślad. Właśnie w taki sposób.
A co z tą nieszczęsną Kolendą? Co z tą Ochojską, która potrafi się naprawdę poczuć częścią tej Wspólnoty, dopiero gdy zajdzie do Dominikanów w Krakowie? Ja właściwie nie mam wątpliwości, że dla nich najbardziej odpowiednią religią była nauka głoszona przez Kościół z Lakewood i jego papieża Joela Oesteena. Że gdyby one były na tyle zorientowane w tym co się dziej w świecie, by zainteresować się tymi szamanami, machnęłyby ręką na tych Dominikanów – i to zarówno w Krakowie jak i w Warszawie – i zapisałyby się do tych już naprawdę wybitnych chrześcijan. Jestem też przy tym wręcz pewien, że gdyby Zbigniew Mikolejko postanowił zamiast w agnostycyzm, nieco bardziej zainwestować w ów rzekomy mistycyzm, też by się tam z nimi udał. I byłoby im tam w trójkę naprawdę świetnie. Tylko Fogelman by zostal, bo jemu akurat poza tym kapeluszem więcej nie potrzeba.
Pozostaje jeszcze kwestia Dominikanów. Tuż obok mojego domu znajduje się tak zwany Kościół Garnizonowy. Dziwny to kościół. W Katowicach wojska już nie ma, natomiast kościół wojskowy trwa. Coraz mniejszy, coraz biedniejszy, z jednym tylko księdzem-proboszczem, któremu pomagają dobrzy ludzie i dochodzący z Kościoła Oblatów ojciec-staruszek. Kościół ten jest jednak w każdą niedzielę pełny, i jeśli ktoś chce wiedzieć, dlaczego, to dowie się pewnie, że może jest tak dlatego, że to jest takie miejsce, które wygląda mniej więcej tak samo jak kiedyś, a może dlatego, że tam wciąż nie zlikwidowano balasek, dzięki którym ludziom jest łatwiej przyjmować Komunię Świętą. Jak mówię, w Katowicach nie ma już wojska, więc ten kościół jest tu trochę nie na miejscu, ale ponieważ, a może mimo to, że jest to wciąż jedyne miejsce, gdzie są odprawiane msze za pomordowanych w Katyniu i Smoleńsku, imieniny Józefa Piłsudzkiego, rocznica Bitwy Warszawskiej, gdzie każda inna patriotyczna uroczystość ma szanse znaleźć odpowiednią odprawę, a poza tym tuż obok znajduje się pomnik katyński, jakoś to wszystko wciąż funkcjonuje. Niedawno dowiedziałem się, że wszystko zmierza jednak w tę stronę, by ten kościół przestał być kościołem wojskowym, a został zmieniony na coś innego. Jest też propozycja, by wzięli go Dominikanie. I to jest dopiero wiadomość! To jest dopiero coś co naprawdę poraża. Przepraszam bardzo, ale ja jednak się dziś jeszcze pomodlę, żeby Dominikanie akurat zostali tam gdzie są i służyli duchowemu rozwojowi Janiny Ochojskiej i Katarzyny Kolendy Zaleskiej. Przynajmniej do czasu, jak one wybiorą Joela Osteena. A później się zobaczy.
Dziękuję wszystkim - oni wiedzą - którzy zechcieli przed Świętami wesprzeć finansowo ten blog. Nawet nie wiecie, jakie to było ważne. Jednocześnie proszę wszystkich o to, by o mnie nie zapominali.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...