niedziela, 30 września 2018

Czy roztańczona Polska uleczy naszą skołataną wrażliwość estetyczną?


      Wczoraj na Szkole Nawigatorów pokzała się nowa notka Jacka Jareckiego, w tej chwili chyba już jedynego autora którego tam systematycznie i z niezmiennym zainteresowaniem czytam, w której Jarecki zrecenzował kolejne wydanie „Wiadomości TVP”, wystawiając im ocenę niedostateczną z wartości zarówno technicznej, jak i przede wszystkim estetycznej. Ponieważ osobiście uważam, że „Wiadomości TVP”, podobnie jak cała oferta publicznej telewizji, stanowią majstersztyk, który można porównać jedynie do programu 500+, a więc czegoś co gwarantuje utrzymanie przez Prawo i Sprawiedliwość władzy przez kolejne lata, najpierw oburzenia Jareckiego nie podzieliłem, a potem obiecałem mu, że do sprawy odniosę się w osobnym tekście.
     Tak się niestety stało – i to w moim wypadku  już nie po raz pierwszy – że w miarę upływu czasu emocje ze mnie zeszły i dziś właściwie na ten temat mam do przekazania tylko dwie refleksje. Pierwsza z nich dotyczy tego, że jakieś dwa tygodnie temu wspomniane „Wiadomości” ogłosiły, by tę wiadomość powtarzać przez kolejne dni codziennie w swoim prime timie, że na Stadionie Narodowym w Warszawie odbędzie się wielki koncert muzyki rozrywkowej, gdzie słowo „rozrywka” rozumiane ma być w sensie dosłownym, pod tytułem „Roztańczony PGE Narodowy”, którego głównymi gwiazdami będą tacy artyści jak Zenek Martyniuk, Sławomir, muzyczne grupy Boys, oraz Weekend, ale również goście zagraniczni, z Sabriną oraz jej wielkim przebojem „Boys, Boys, Boys” w roli głównej. Jak się możemy domyślać, informacja ta wśród intelektualnie bardziej pewnej siebie części obserwatorów publicznej sceny wywołała reakcje niemal fizjologiczne, a kiedy emocje się uspokoiły pozostało coś, co nadzwyczaj skutecznie w swoim poście rozwinął nasz kolega Jarecki.
      Ostatecznie koncert się odbył, publiczność dopisała dokładnie tak samo jak dopisuje podczas meczów naszej reprezentacji w piłce nożnej, a telewizyjna transmisja zgromadziła przed ekranami kilka milionów widzów, którzy zamiast oglądać kolejny wywiad Moniki Olejnik, zdecydowali się spędzić wieczór się kołysząc.
       I to jest moja pierwsza refleksja związana z notką Jareckiego. A teraz czas na drugą. Oto, jak być może część Czytelników się orientuje, dziś we Włoszech odbędzie się finał mistrzostw świata w piłce siatkowej, w którym Polska będzie walczyła o złoty medal z Brazylią. Oglądam transmisje z występów naszych siatkarzy od początku i nie mogę nie zauważyć, że swoistym bohaterem owych transmisji jest usadowiona niezmiennie w pierwszym rzędzie hali parka ubrana w koszulki z napisem „Konstytucja”. Ponieważ transmisja telewizyjna ma to do siebie, że te same fragmenty publiczności pokazywane są zaledwie od czasu do czasu, nasza parka, aby się bardziej wyeksponować, zastosowała taki fortel, że przede wszystkim oprócz koszulek przyniosła tabliczkę z napisem „Konstytucja” i usiadła w takim niejscu, by ile razy kamera będzie  pokazywać sędziego rozstrzygającego sporne zagrania, wyskakiwać z tą  tabliczką zza kadru, co sprawi że cały siatkarski świat, kiedy decydować się będą najważniejsze, będzie musial oglądać tabliczkę z napisem „Konstytucja”.
      Przyznaję, że owa demonstracja irytowała mnie, tak jak irytuje mnie każdy rodzaj obłędu, z którym mam bezpośredni kontakt, jednocześnie jednak pomyślałem sobie, że to jest coś tak okropnie typowego, że właściwie niech oni dalej gniją w spokoju. Bo, zastanówmy się, z czym tu mamy do czynienia. Oto Polska gra ze Stanami Zjednoczonymi o finał mistrzostw świata, każdy punkt jest niemal na wagę złota, i w momencie gdy za chwilę mamy się dowiedzieć, czy nasze zagranie zostanie uznane, czy nie, na ekranie pokazuje się tabliczka z napisem „Konstytucja”. Przepraszam bardzo, ale co o owej „Konstytucji” myśli sobie przecietny kibic w momencie gdy zamiast powtórki spornej sytuacji widzi tę idiotyczną tabliczkę?
       Nie wiem oczywiście kim byli ci ludzie, pokazywani nam niemal dzień w dzień w tle polskiego sukcesu, nie wiem też naturalnie, ile kosztowało to miejsce w pierwszym rzędzie w każdym z tych meczów, no i wreszcie kto im te bilety zechciał kupić. Niecierpliwie natomiast czekam aż z jednej strony telewizja TVN24 zaprosi tych ludzi do programu „Fakty po Faktach” i zrobi z tego temat tygodnia, a z kolei „Wiadomości TVP” całą tę historię ładnie nam opowiedzą i wszystko bardzo dokładnie nam wyjaśnią. Dlaczego? Bo bardzo mi zależy, by to co sprawiło, że jesteśmy w miejscu, w którym jesteśmy, ostatecznie wyparowało bez śladu.

Gdyby ktoś był zainteresowany zakupem moich książek, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com, i bardzo polecam.

sobota, 29 września 2018

Hurra! Będzie można bić po pysku


Lata mijają, a „Warszawska Gazeta” wciąż z niepojętym dla mnie uporem utrzymuje w stałym miejscu mój felieton. Tym sposobem i ten tydzień przyniósł nam nowe refleksje, a ja je z najwyższa radością prezentuję i tu. Bardzo proszę.       


      Zakładam, że większość czytelników „Warszawskiej Gazety sprawie słyszała, na wszelki wypadek jednak przypomnę. Otóż 8 marca tego roku w Poznaniu, podczas antyrządowej demonstracji, żona prezydenta Jacka Jaśkowiaka, Joanna, wygłosiła płomienne przemówienie skierowane przeciwko działaniom pisowskiej władzy i w pewnym momencie tak się nakręciła, że użyła słów powszechnie uważanych za wulgarne w stopniu wyjątkowym. W reakcji na to wystąpienie, pewien obecny na miejscu obywatel skierował przeciwko pani Jaśkowiak sprawę do sądu i po kilku miesiącach sąd uznał tę dziwną kobietę za winną i kazał zapłacić 1000 zł grzywny. Tysiąc złotych to niewiele, powiedzmy tyle ile ona by dostała, gdyby się publicznie wysikała, albo walnęła flaszką po piwie w przejeżdżający tramwaj, jednak obrona złożyła apelację i oto dowiadujemy się, że sędzia Sądu Okręgowego w Poznaniu, Sławomir Jęksa, panią Jaśkowiak uniewinnił.
      Ktoś powie, że zdarza się i ja się tu nie zamierzam spierać, natomiast to co mnie w tym akurat przypadku zainteresowało, to uzasadnienie wyroku. Oddajmy głos sędziemu:
      „Obwiniona użyła słów wulgarnych, które były słyszane przez dzieci, co jest oczywistym złem. Ale znacznie większym złem jest to, co dzieje się w Polsce. […]   
        Sąd okręgowy musiał zmierzyć się z problemem społecznym, gdzie z jednej strony mamy do czynienia z ciężkim naruszeniem najwyższego prawa, czyli konstytucji przez przedstawicieli władzy wykonawczej i ustawodawczej, a z drugiej strony z zachowaniami obywateli, szczególnie obwinionej, które wyczerpują znamiona czy to wykroczenia, czy też przestępstwa. […] Jeśli zestawimy ten czyn z czynami, w stosunku, do których stanowił on reakcję, to jedynym możliwym stwierdzeniem Sądu Okręgowego było to, że ten czyn obwinionej z takiego punktu widzenia pozbawiony był społecznej szkodliwości w rozumieniu czynu karnego.
        Postawę rozgrzanego sędziego skomentował sam małżonek pani Joanny:
       Nie mam wątpliwości, że zapłaci on za to cenę. Wielki szacunek, że są sędziowie, którzy nie boją się Ziobry i w takich trudnych sytuacjach potrafią zachować się tak, jak sędzia Sławomir Jęksa. Jednocześnie jest to o tyle ważne, że daje wiarę w wymiar sprawiedliwości, który mimo tylu działań PiS-u, nie został jeszcze złamany. Cieszę się z wyroku uniewinniającego, ale czuję radość, że są sędziowie, którzy nie boją się wydać takiego wyroku”.
       A mnie, przyznam, bardzo się to wszystko podoba. Bo skoro sędzia Jęksa wyznaczył takie właśnie standardy, to ja już nie mogę się doczekać, aż przy pierwszej lepszej okazji nakładę panu sędziemu po pysku, tak by ten się nakrył nogami. A wtedy, mam nadzieję, stanę przed sądem i któryś z równie rozgrzanych sędziów, tyle że w przeciwnym kierunku, uniewinni mnie, ogłaszając, że „jeśli zestawimy ten czyn z czynami, w stosunku, do których stanowił on reakcję, to jedynym możliwym stwierdzeniem Sądu Okręgowego było to, że ten czyn obwinionego z takiego punktu widzenia pozbawiony był społecznej szkodliwości w rozumieniu czynu karnego”.
      I będzie git!

Moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, a częściowo też i tu u mnie, pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Gorąco zachęcam. 

piątek, 28 września 2018

U Piotrka na melinie z Wojtkiem i Marcinem


      Co ja sądzę o blogerze Piotrze Wielguckim, z tak nieprawdopodobną bezczelnością robiącego tu karierę za pomocąg szyderczego pseudonimu Matka Kurka, ale również o gwieździe opozycyjnej publicystyki, prof. Wojciechu Sadurskim, stali czytelnicy tego bloga powinni wiedzieć znakomicie. Gdyby jednak były tu jakieś wątpliwości, to informuję po raz kolejny, że jednego i drugiego uważam za produkt pochodzący z tej samej ruskiej fabryki. Muszę tu jednak dodać, że mam z nimi pewien problem, ponieważ o ile to że Sadurski jest bożyszczem lewej części politycznej sceny traktuję jako coś w pełni zrozumiałego, to fakt, że wspomniany Wielgucki zdołał skutecznie otumanić tak znaczną część prawicowej opinii publicznej, uważam za coś wołającego o pomstę do Nieba.
       Nie będę tu jednak się dziś rozpisywał na temat tego strasznego przekrętu, raz przez to, że nie wierzę w jakikolwiek swój sukces pedagogiczny, a poza tym zwyczajnie nie chce mi się tego czegoś dotykać. Stało się jednak coś, co tylko pośrednio związane jest z oboma panami, a tak naprawdę dotyczy Internetu, w którym wciąż, choć z coraz większym trudem, funkcjonuję. Już spieszę wyjaśniać, w czym rzecz. Otóż sprawa wygląda tak, że zarówno Sadurski, jak i Wielgucki, realizują się, podobnie jak ja się realizowałem jeszcze 11 lat temu, czyli zanim uruchomiłem swój blog, a więc zadając szyku na społecznościowych portalach. I oto, proszę sobie wyobrazić, widząc że prof. Sadurski (Wojtek) awanturuje się z prof. Pawłowicz (Krysia) – też jedną z wielkich gwiazd tej ponurej sceny – co do akademickiej pozycji przez siebie zajmowanej, zareagował wspomniany Matka Kurka (Piotrek) i napisał Sadurskiemu co następuje:
      Kończąc temat, Wojciech Sadurski, stopień dr hab, taki sam jak Krystyna Pawłowicz, uzyskał na tym samym UW. Tytuł profesorski nadał mu śp. Lech Kaczyński. Wszystko, co syn stalinowskiego aparatczyka Franciszka Sadurskiego osiągnął zawdzięcza Polsce, na którą rzyga. W Sydney jest kelnerem”.
       Na to zareagował oczywiście natychmiast prof. Sadurski, oświadczając, że on nie rzyga na Polskę, lecz tylko na Matkę Kurkę. Kurka nie pozostał Sadurskiemu dłużny i odpowiedział, że on by się na Sadurskiego „nawet nie wysrał, ani się nim nie podtarł”.
      W tym momencie do owej nadzwyczaj kulturalnej debaty dołączył człowiek nazwiskiem Matczak, jak podaje wikipedia, „prawnikradca prawnydoktor habilitowany nauk prawnych, specjalista w zakresie teorii prawaprofesor nadzwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, partner w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, członek Zespołu Ekspertów Prawnych Fundacji im. Stefana Batorego, Stowarzyszenia im. prof. Zbigniewa Hołdy, Rady Programowej Archiwum im. Wiktora Osiatyńskiego” i zwrócił się do Kurki w następujących słowach:
      Piotrek, ty nie tylko cham i prostak jesteś, ale jesteś dumny z tego, że taki jesteś. Jesteś dowodem na cud - ewolucja może jednak zawrócić od człowieka, przez drób, do pierwotniaka”.
      Kurka nie czekał:
      Marcin, gdybyś ty mnie miał za kulturę wyższą to bym sobie żyły wypruł. Jesteście ‘Kałmuki stepowe’ z jednej miary krojone. Cham to jesteś ty i ten kelner Sadurski, tępe z was chamy, które za każdym razem będą brać w pysk, jak słowem pisną. Rozumiesz, czy poprawić?
      Tego już Matczak nie wytrzymał i rzucił się w otchłań:
       Kiedyś mówiłeś że twoja córka idzie na prawo do Wrocławia, prawda? Wyślę ten twój defekacyjny tekst moim kolegom z Wydziału i poproszę, żeby go omówili na zajęciach w Jej grupie jako przykład mowy nienawiści. Zobaczymy, jak będziesz piszczał, jak wróci do domu”.
      Ktoś się pewnie zapyta skąd ja to wszystko wiem. Otóż, jak się okazuje, ta ostatnia wypowiedź, podpisana przez Matczaka wywołała po wszystkich stronach politycznego sporu taki szok, że wręcz odsunęła na drugi plan wszystkie inne wiadomości. To bowiem, że Wielgucki to kuty na cztery nogi cwaniak, który na to co robi, ma papiery uzyskane od lepszych niż Sadurski i Matczak razem wzięci, nie jest jakąś wielką tajemnicą, natomiast Matczak, który jak ostatni kretyn postanowił postraszyć córkę Kurki publiczną kompromitacją, znalazł się nagle w przysłowiowej „czarnej dupie” i wygląda na to, że jest już po nim.
       Ja jednak mam tu dla nas refleksje, które znów tylko pozornie dotyczą tych dwóch durni i jednego cwaniaka, który nimi kręci jak dziećmi, a tak naprawdę są skierowane do nas. Otóż proszę zwrócić uwagę na to, że Matczak i Sadurski rozmawiają z Wielguckim – zaledwie przecież jednym z blogerów i autorem mikroskopijnego felietonu w tygodniku „Do Rzeczy” – jak z członkiem ferajny. Wszyscy wiemy jak działają hierarchie na takich portalach jak Facebook, czy Twitter. Tam nie ma takiej możliwości, by którykolwiek z nich choćby zaryzykował zejście poniżej poziomu do jakiego został przypisany. Tu tymczasem, oni z Kurką są za pan brat, a jakby tego było mało, Kurka z Sadurskim walą do siebie na ty, Matczak z Wielguckim wręcz zwraca się do siebie per „Piotrek” i „Marcin”.
      Ludzie, błagam, ruszcie wreszcie głową. Od razu zrobi się Wam lepiej.

Gdyby kogoś zainteresowały moje książki, proszę o kontakt pod adresem k.osiejuk@gmail.com




czwartek, 27 września 2018

O napadzie Marsjan na siedzibę ONZ


      Od paru dni media straszą nas zdjęciem, na którym, podczas kolejnego, kompletnie niepotrzebnego posiedzenia ONZ, widzimy prezydenta Dudę oraz przewodniczącego Tuska, jak siedzą obok siebie i zamiast się tłuc po ryjach, uśmiechają się do siebie uprzejmie. Ja oczywiście znam moralne, ale też intelektualne możliwości naszych dziennikarzy, jednak atmosfera, jaką oni postanowili stworzyć wokół tego zdjęcia, zaskoczyła nawet mnie. Otóż wedle medialnych analiz, przekaz jest taki, że widok Tuska i Dudy siedzących zgodnie obok siebie gdzieś w dalekim Nowym Jorku i uśmiechających się do siebie serdecznie, jest naprawdę czymś pięknym i otwierającym nową optymistyczną perspektywę. Pewien polityk Nowoczesnej posunął się nawet do tego, by wysnuć teorię, że prezydent Duda nie opluł Tuska tylko dlatego, że nad nim nie stał prezes Kaczyński, który by mu na żadne uprzejmości nie pozwolił.
      A ja się zastanawiam, co sobie ci durnie wyobrażali? Że, jak już wspomniałem, oni się wezmą za łby? Że Duda pokaże Tuskowi język, lub będzie przed nim demonstrował obrażoną minę?
      Pamiętam konfrontację wtedy jeszcze zaledwie kandydata Dudy z dziennikarzem Lisem, kiedy obaj panowie spotkali się w holu siedziby Springera i w obecności kamer traktowali się nadzwyczaj uprzejmie, po czym Duda, przeprosił dziennikarzy i kamerzystów, zaprosił Lisa do toalety i tam już się odbyła reszta rozmowy, o której kształcie nawet muchy, które tam akurat fruwały do dziś nie puścily pary. A zatem, powtarzam pytanie, czego ci durnie spodziewali się tym razem?
       No ale mamy tego Tuska, który, było nie było, w owej europejskiej hierarchii zajmuje pewne dość istotne miejsce i tego lekceważyć nam nie wolno. Jeśli już uznajemy za osoby mające pewien prestiż takich cudaków jak Verhofstadt, Juncker, czy Timmermans, to, przepraszam bardzo, ale jakie my mamy powody, by dyskryminować Donalda Tuska? Przecież on w najmniejszym stopniu nie jest gorszy od tej bandy pedofilów.
       A więc spotkał się nasz prezydent z Donaldem Tuskiem i zdjęcia z tego spotkania nie są dla nas szczególnie miłe. No ale polityka pozostaje polityką i trzeba się z tym faktem pogodzić. Natomiast mam tu dla nas coś, co powinno nas wprawić w dobry humor, a propos wspomnianych może już nie pedofilów – w końcu to była tylko taka figura retoryczna, wszak każdy wie, że europejscy politycy to są porządni ludzie, którym w głowie się nie mieści, by się zachowywać, jak jakiś nie przymierzając wiejski ksiądz spod Przerworska – lecz zwykłych gangsterów. Otóż w brytyjskiej bulwarówce „The Sun” ukazał się tekst na temat sposobu w jaki między innymi Donald Tusk właśnie traktuje kraje, które nie chcą się podporządkować dyktatowi Niemiec i Francji, gdzie czytamy między innymi:
       Jak wszyscy porządni gangsterzy, próbują oni rządzić za pomocą strachu. To jest ich jedyna broń, którą mogą zastosować tam gdzie coraz więcej wyborców staje przeciwko projektowi, który coraz bardziej przypomina Sycylię, niż Strasburg. Jest rzeczą najważniejszą, byśmy pokazali Unii Europejskiej, która najwidoczniej wciąż uważa, że w kwestiach, które są dla nas fundamentalne, położymy uszy po sobie, że jesteśmy gotowi na nową przyszłość, wolną od ich bezczelnej pazerności”.
      I to oczywiście jest autentycznie mocne, jednak na koniec proponuję coś szczególnego. Oto ten sam „The Sun” publikuje zdjęcie, które mówi więcej niż wszystkie słowa. Proszę rzucić okiem:



      I zachęcam do tego, byśmy wszyscy zachowali spokój. To co oni przeciwko nam wyciągają zostało już bardzo dobrze opisane. Oni tak naprawdę stoją goli i bezbronni. A, jak wiemy, nie ma nic ważniejszego niż mieć świadomość, że za rogiem nie czai się na nas wspomniany ksiądz, lecz ktoś zupełnie, zupełnie inny.

Na portalu www.prawygornyrog.pl od paru dni są do obejrzenia trzy moje gadki na temat trzech różnych moich książek. Zachęcam i do oglądania, no i kupowania.



środa, 26 września 2018

Czy artysta estradowy Adam Darski pomoże w nawróceniu swojej suczki Stelli?


        Zaprzyjaźnieni internauci poinformowali mnie, że na Twitterze ukazał się kuriozlny apel. Otóż któryś z patriotycznie uwarunkowanych użytkowników zwrócił się z osobistą prośbą do posła Dominika Tarczyńskiego, by ten zainterweniował w sprawie filmu, jaki na Youtubie zamieścił znany nam artysta estradowy występujący pod pseudonimem Nergal, na którym ów Nergal karmi swojego psa, a przy okazji sam też podjada, ciasteczka w kształcie krzyżyków. Ponieważ informacja wydała mi się bardzo interesująca, obejrzałem ów filmik, przy okazji wysłuchałem wygłoszonego przy okazji  przez Nergala komentarza, jak się zdaje, w języku angielskim, i powiem szczerze, że mnie ów występ nie oburzył. Otóż, jak wiemy, Nergal to zadeklarowany satanista, a zatem bardziej bym się po nim spodziewał, że on swojego psa będzie karmił na przykład swastykami, lub ulepionymi z jajek i mąki herbatniczkami w kształce sierpa młota. Tymczasem, on nie dość że z apetytem wcina krzyżyki, to jeszcze je zachwala, jako bardzo smaczne, zdrowe, pożywne, a nawet ekologiczne.
      Weźmy mnie. Ja sobie nie wyobrażam, bym karmił swojego psa wspomnianymi swastykami, czy choćby ciasteczkami w kształcie kozich łbów. Mowy nie ma. Ja bym przede wszystkim nie chciał robić mu, wykorzystując jego psią ignorancję, tego typu przykrości, no ale też zwyczajnie bałbym się, że on się po zjedzeniu czegoś takiego rzuci na mnie i przegryzie mi gardło. Podobnie też sam bym za nic na świecie nie zjadł czegoś takiego, ze strachu, że nagle coś we mnie wstąpi i oszaleję. No a tu proszę, Nergal opycha swego psa i siebie tymi krzyżykami i cieszy się jak głupi. A ja sobie już tylko myślę, że to będzie figiel jak nagle na dźwięk dzwonów kościelnych jego pies zacznie merdać ogonem, a on sam nagle otworzy oczy i zobaczy, że klęczy przed ołtarzem i płacze rzewnymi łzami.
      No dobra, ale skończmy już z tym bałwankiem i wróćmy do wspomnianego na początku apelu. Czy ktoś może wie, o co chodzi z tym Tarczyńskim? Wszyscy pamiętamy, jak on jeszcze całkiem niedawno interweniował w Stanach Zjednoczonych, by miejscowe władze zwolniły z więzienia i oddały Polsce jakąś bandę satanistów, którzy zostali tam zamknięci pod zarzutem zbiorowego gwałtu. I co? Nagle się okazuje, że on robi za męża zaufania w walce z kimś takim jak Nergal?
      Wygląda na to, że Tarczyńskiemu, ale również tym, którzy traktują go jak zbawcę, przydałoby się wysępić od Nergala po paczuszce tych herbatniczków, a potem je zażywać przez tydzień po trzy razy dziennie.

Dziś na portalu Prawy Górny Róg ukazała się moja trzecia z kolei pogadanka, tym razem o książce o piosenkach i okolicach. Bardzo polecam: https://prawygornyrog.pl/tv/2018/09/krzysztof-osiejuk-toyah-o-ksiazce-rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut/



poniedziałek, 24 września 2018

Za co Światowe Centrum Sodomii tępi księży homoseksualistów?


       Wszystko zaczęło się od tego, że mój drogi kumpel Orjan, który jest tu ze mną niemal od samego początku, w reakcji na tekst na temat biznesowych związków między producentami filmu „Kler”, a grupą medialną „Fratria”, postawił bardzo ciekawe pytanie, jak to jest, że międzynarodówka pedofili i pedałów, zamiast bronić swoich braci – księży, przyłącza się do kampanii mającej na celu skompromitowanie zarówno ich jak i demonstrowanych przez nich, jakże naturalnych przecież, upodobań. Obiecałem Orjanowi, że zajmę się tą kwestią niezwłoczenie, jednak w związku z innymi sprawami wymagającymi niezwłocznej reakcji, musiałem temat odstawić na później. No ale ponieważ pojawiła się odpowiednia luka, spróbuję dziś zadowolić mojego przyjaciela.
      Szczerze powiedziawszy, moją pierwszą myślą było to, by w ramach swoistej demonstracji, przedstawić tę notkę w postaci jedynie tytułu „Czemu pedofile wszystkich krajów nie lubią swoich braci – księży?” i w ten sposób spróbować powtórzyć sukces blogera używającego nicka Genezy, który w ten właśnie sposób, wrzucając na swój blog notkę kompletnie pozbawioną tekstu, osiągnął wręcz niezwykły sukces komercyjny. Choć wciąż uważam ów pomysł za interesujący, nie zdecydowałem się na jego realizację z tego prostego względu, że w odróżnieniu od wielu innych osób, bardzo mi zależy na powodzeniu portalu szkolanawigatporow.pl i nie mam serca, by go tu dodatkowo kompromitować.
      A zatem, bardzo krótko podzielę się z Orjanem, a przy okazji również z Czytelnikami, swoją w tej kwestii refleksją. Otóż moim zdaniem światowe pedalstwo oraz pedofilia, ma owych zagubionych księży w głębokiej pogardzie. Oni doskonale bowiem zdają sobie sprawę z tego, że księża oskarżeni o pociąg seksualny do osób tej samej płci, czy też do małych dzieci, nie są w najmniejszej mierze tacy jak ich zdaniem porządny pederasta czy pedofil powinien być. Dla nich pedofilia czy pederastia to nie tylko kwestia odmiennych upodobań, ale przede wszystkim szczególny rodzaj emocji, a przez to, szczególny sposób życia. Pedofil – nauczyciel, pedofil – dyrektor chłopięcego chóru, czy wreszcie pedofil – psycholog szkolny nie ogranicza się tylko do tego, że on któreś z tych dzieci pogłaszcze po głowie, przytuli, czy nawet pocałuje w policzek. O nie! Dla porządnego pedofila – czy homoseksualisty – prawdziwa frajda zaczyna się wtedy, gdy wchodzi przygoda, a więc między innymi przemoc i udręczenie. By owa przyjemność nabrała rumieńców, musi być pełny hardcore, niekiedy nawet kończący się śmiercią.
        Z księżmi sytuacja jest dalece inna. Pomijając oczywistych cyników, których jest cała kupa nie tylko w tak zwanej branży duchownej, oni, jeśli wpadają w ten rodzaj szaleństwa, to tak naprawdę czynią to wbrew sobie, w wyniku czegoś, czemu się nie potrafią oprzeć. To co zdarza im się zrobić nie jest związane z ich stylem życia. Bardzo często to jest wręcz coś, czego oni sami się wstydzą i uważają za ciężki grzech. A to jest coś, czym porządny pederasta, czy pedofil się brzydzą. Dla każdego z nich sama myśl, by to co dla nich stanowi sens życia, mogło być traktowane jako zwykła słabość, musi być wyjątkowo bolesna.
      I stąd, moim zdaniem, z ich punktu widzenia, nie ma nic bardziej obrzydliwego, jak ksiądz pedofil, czy homoseksualista. Bo każdy kolejny przypadek księdza, czy biskupa, oskarżonego o to, że klepał po pupie ministrantów, lub brał na kolana małe dziewczynki, stanowi dla nich ciężki wyrzut sumienia. Oni są – nomen omen – jak ci księża, którzy odchodzą z Koscioła, bo nie są w stanie wysłuchiwać w swoich konfesjonałach wciąż tych samych grzechów zwykłych, pobożnych ludzi. I stąd ta nienawiść. I stąd ta satysfakcja, że się wreszcie doigrali.

Zachęcam do kupowania moich książek. Adres wszyscy znają: www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie k.osiejuk@gmail.com. Tymczasem mamy nowy film z moja gadką. Bardzo proszę:
       
     

niedziela, 23 września 2018

O Polsce, która nigdy nie zapomniała


Dziś najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Polecam.        

Kiedy piszę ten tekst, prezydent Duda jest w Waszyngtonie i spotyka się z prezydentem Trumpem. Nie chcę oczywiście wpadać w niepotrzebną euforię, jeśli jednak przyjąć, że od zaprzysiężenia Trumpa nie minęły jeszcze dwa lata, a on tymczasem zdążył już złożyć oficjalną wizytę w Polsce, no i przyjąć u siebie prezydenta Rzeczpospolitej, to znaczy, że mamy sytuację zasługującą na uwagę. Przypomnijmy sobie mianowicie czas gdy po słynnym wystąpieniu Trumpa w Warszawie w lipcu 2017 roku, pojawiły się głosy, że oto okres dobrych stosunków między Stanami Zjednoczonymi a Polską ledwo się zaczął, to zdążył się już skończyć i w tej chwili nie ma nawet mowy o tym, by którykolwiek z wyższych polskich urzędników został przyjęty przez któregokolwiek wyższego urzędnika Stanów Zjednoczonych, by już nie mówić o szczeblu prezydentów. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że całkiem poważni analitycy z najwyższą satysfakcją spekulowali, że dopóki polski rząd nie zwalczy w Polsce faszyzmu, to prezydent Duda nie ma najmniejszych szans na to, by choćby uścisnąć Trumpowi rękę. I na nic nie zdawały się oświadczenia polskiego ministerstwa, czy Depertamentu Stanu.  Przekaz był jeden: najpierw Konstytucja, a potem będziemy rozmawiać o innych sprawach.
       A ja wciąż pamiętam tamten dzień, dziś sprzed ponad już roku, kiedy to Donald Trump, przemawając na Placu Krasińskich zrobił coś, czego chyba nikt nie zauważył, a mianowicie zacytował lekko zmodyfikowany fragment słynnego wystąpienia Johna Kennedy’ego w Berlinie, wówczas usunięty z wygłoszonego tekstu i zastąpiony słynnym „Ich bin ein Berliner”. Wtedy brzmiało tak: „Lasst sie nach Berlin kommen”, w Warszawie natomiast Donald Trump powiedział tak:
       Jeśli komuś przyjdzie zapomnieć, jak to wszystko jest ważne, niech przyjedzie do kraju, który nigdy nie zapomniał, niech przyjedzie do Polski… niech przyjedzie tu do Warszawy i usłyszy opowieść o Warszawskim Powstaniu”.
      Ja słuchałem wówczas przemówienia prezydenta Trumpa i zwracałem uwagę na każdy najmniejszy jego szczegół, nie pod kątem tego, jaki to on będzie dla nas miły, ale gdy chodzi o to, co stanowi o historycznym walorze owego wystąpienia. Otóż więc, kiedy usłyszałem owo „niech przyjedzie do Polski”, od razu pomyślałem sobie, że Donald Trump traktuje swoją wizytę w Polsce jako gest stricte polityczny, który należy przyrównać do wizyty prezydenta Kennedy’ego w Berlinie w czerwcu 1963, gdy ten wypowiedział swoje historyczne już słowa.
      Pamiętam więc do dziś owo zdanie: „If anyone forgets the critical importance of these things, let them come to one country that never has, let them come to Poland... and let them come here to Warsaw and learn the story of the Warsaw Uprising”. I daję słowo, że to właśnie przez nie ani na moment nie uwierzyłem w plotki wypowiadane przez złe języki, jakoby stosunki polsko-amerykańskie znalazły się w kryzysie. Nie dajmy się nabierać. Liczą się wyłącznie znaki.

Polecam swoją pogadankę na temat książki z listami od Zyty Gilowskiej. Do obejrzenia na portalu prawygornyrog.pl, jednak ze względów technicznych tu wklejam film z youtuba.



 
     


sobota, 22 września 2018

Multikulti-, czyli o lubieniu ludzi


         Jak już o tym tu informowałem, przedwczoraj udałem się do Warszawy, by nagrać coś dla Kliniki Języka, a ponieważ spędziłem tam parę kompletnie pustych godzin, ów czas wykorzystałem na siedzenie przy stoliku przed tą knajpą przy Złotych Tarasach, gdzie sprzedają Żywiec po 12 zł. i obserwowaniu przechodzących tam i z powrotem ludzi. Pogoda była piękna, a więc na brak ruchu narzekać nie było można i w pewnym momencie zauważyłem młodą dziewczynę w muzułmańskiej chuście, która stała nieopodal i bardzo uprzejmie rozmawiała z jakimś na oko starszym, ewidentnie jej obcym, warszawiakiem, który najwidoczniej zapragnął sobie z nią porozmawiać. Nie umiem powiedzieć, czy ona była Polką, która wyszła za mąż za Araba, czy może sama znalazła się w Polsce jako osoba stamtąd, ale oni rozmawiali po polsku, ona też nie bardzo się różniła z twarzy od całego tłumu mijających ją dziewcząt, a więc nie wykluczam, że tu w grę wchodziło to pierwsze rozwiązanie. To mogła być Polka.
     Po jakimś czasie przeszła obok mojego stolika starsza kobieta, również w chuście, tym razem zdecydowanie pochodzenia arabskiego. Po prostu sobie szła. Ani się nie wydzierała na ludzi, ani nawet nie patrzyła na nich podejrzanie, że już nie wspomnę o podkładaniu bomb. Po prostu sobie szła. Więcej tego dnia kobiet w chustach nie zauważyłem.
      Owszem, widziałem kilku Wietnamczyków. Oczywiście to mogli być też Chińczycy, albo Koreańczycy, jednak nie sądzę. Obstawiam, że to jednak byli Wietnamczycy. Ilu ich było? No nie wiem, może pięciu, niewykluczone że sześciu. I to wszystko.
      Przyznaję, że minęło mój stolik dość dużo Hindusów, możliwe że mogło ich być więcej nawet niż dziesięciu. Jednak oni, podobnie jak ta starsza kobieta w muzułmańskiej chuście, nie robili nic ekscentrycznego. Mówiąc krótko trzymali taki bardziej business like fashion. No ale przyznaję, Hindusów trochę jednak było.
      Ilu w tym czasie minęło mnie ludzi? Tego oczywiście wiedzieć nie mogę, ale obstawiam, że ich mogły być grube tysiące. Czy byli wśród nich Ukraińcy? Tego również nie wiem, natomiast muszę przyznać, że nie rzucił mi się nikt w oczy. Siedziałem więc tam może półtorej godziny. Ponieważ jednak w pewnej chwili zgłodniałem, a czasu jeszcze trochę do nagrania miałem, udałem się w stronę Rotundy do KFC, żeby tam sobie coś zjeść. W drodze, pod Pałacem Kultury i dalej, obok stacji Śródmieście i dalej obok stacji metra, nie zauważyłem ani jednej osoby, nie mówię tu tylko o kobietach w chustach, ale w ogóle osoby, która mogła wyglądać na czy to Araba, czy to Afgańczyka, czy kogoś o tego typu urodzie. Jednak, owszem, przyznaję że znów widziałem kilku Hindusów, w tym jednego, który szedł z parą swoich polskich znajomych i o czymś sobie tam żywo rozmawiali. Już blisko restauracji spotkałem starszą wietnamską parę. I to wszystko jeśli idzie o kierunki, który tak bardzo zajmują ostatnio naszą uwagę, no i wyobraźnię.
      Nie mogę zapomnieć o Murzynach. Owszem, kilku Murzynów widziałem. O dziwo, nie wielu, ale zaledwie kilku, no ale, jak wiemy, z nimi sprawa nie jest prosta, bo ich akurat mamy tu w Polsce od dziesięcioleci i naprawdę trudno powiedzieć, czy ci, których minąłem przypłynęli z Afryki nielegalnym transportem, czy się tu wręcz urodzili. W każdym razie, żaden z nich nie szedł z gołym torsem i nie darł mordy, rzucając kurwami, w odróżnieniu od pewnego zdecydowanie zaćpanego mieszkańca Stolicy, który znalazł się obok mnie na peronie, skąd miałem się udać do Michała na Stokłosy.
      A zatem, gdybym miał podsumować swoje wrażenia z pobytu w Stolicy w tym akurat wymiarze, muszę powiedzieć, że było fantastycznie. Cała kupa ślicznych, białych dziewcząt i chłopców, mnóstwo starszych, mniej lub bardziej eleganckich, oraz równie białych pań i panów, wszyscy zadowoleni jak cholera, nikt na nikogo się nie wydzierał, nikt się na nikogo nie patrzył bykiem, a co więcej, powiem zupełnie szczerze, że gdy parę razy zdarzyło mi się kogoś potrącić, kiedy mówiłem przepraszam, za każdym razem, powtarzam ZA KAŻDYM RAZEM, słyszałem odpowiedź „Nic nie szkodzi”. Nawet w KFC obsługa była dyskretnie uprzejma, na co daję słowo czekałem lata.
     Wróciłem do Katowic, najbezpieczniejszego miasta na świecie, i proszę sobie wyobrazić, kiedy wczoraj szedłem na spacer z psem, zobaczyłem chłopca w t-shircie z napisem „Lubię ludzi”. Myślałem, że mu się rzucę na szyję. No ale zrezygnowałem. Jeszcze by sobie pomyślał, że jestem księdzem.

Książki są tam gdzie zawsze. Komu zależy, to się zorientuje.
          

piątek, 21 września 2018

Paczką w łeb, czyli o ewangelii pogardy


      Chciałem dziś przedstawić tutaj i tam relację ze swojego pobytu w Warszawie, ze szczególnym uwzględnieniem rzekomego wysypu wszelkiego rodzaju multikulti, który jak donosi prawicowy Internet, ale przecież nie tylko Internet, robi w Warszawie wrażenie istnej plagi, jednak w międzyczasie (swoją drogą, czy zauwazyli Państwo ową przedziwną modę, by gdzie się tylko da używać określenia „w tak zwanym międzyczasie”?) otrzymałem od swoich dzieci, które zawsze trzymają ręke na pulsie, wiadomość, że Onet postanowił zniszczyć księdza Jacka Stryczka i to zniszczyć na dobre. Podczas gdy będę się starał odgadnąć powody tego ataku, oraz to, czym ksiądz Stryczek sprowokował swoich dotychczasowych dobrodziei do tak agresywnego zachowania, pozwolę sobie przypomnieć swój dawny dość tekst o wspomnianym księdzu i jego projekcie o nazwie „Szlachetna Paczka”, w którym w pewnym sensie przewidziałem bardzo mocną ewentualność pojawienia się zarzutów, jakie spadły na głowę tego nieszczęsnego księdza, a którego – i to już wówczas było bardzo widoczne – pierwszym znakiem rozpoznawczym była pogarda dla drugiego człowieka. I naprawdę, nie trzeba było nawet się wgłębiać w jego gesty czy słowa; wystarczyło spojrzeć w tę twarz. Zdjęcie z dziś, ale twarz stara.



A teraz już właściwy tekst:

      Gdyby ktoś nie wiedział, a był zainteresowany, bardzo krótko opowiem, na czym polega projekt znany pod nazwą „Szlachetna Paczka”, a realizowany w Polsce z coraz większym sukcesem przez księdza Jacka Stryczka. Ogólnie bardzo rzecz ujmując, chodzi o to, że raz do roku, bardzo biedne rodziny aplikują do księdza Jacka o pomoc, on do owych rodzin wysyła wolontariuszy, którzy sprawdzają na miejscu sytuację, następnie sporządzają bardzo szczegółową i opartą na ściśle określonych kryteriach opinię, która jest analizowana przez innych wolontariuszy i wreszcie lista zakwalifikowanych do uzyskania pomocy rodzin zostaje opublikowana. W tym momencie do księdza Stryczka zgłaszają się tak zwani darczyńcy i deklarują odpowiednie wsparcie dla potrzebujących.
O jakim wsparciu mówimy? Otóż pomysł jest taki, że w grę wchodzi wszystko, czego rodziny sobie zażyczą. Ktoś chce tonę węgla – może być tona węgla; ktoś potrzebuje stół, albo dywan – będzie stół i dywan; dziecko chce laptopa, lub domek dla Barbie – proszę bardzo, może być laptop i domek; kto inny marzy o dżinsach firmy Levis, będą Levisy. Z tego co wiem, nie ma marzenia – być może z wyjątkiem willi z ogrodem, czy nagłej śmierci dla starej Kowalskiej – którego ksiądz Stryczek nie spełni. Warunek jest jeden: zakwalifikowane do „paczki” rodziny mają przedstawić listę potrzeb, lista zostanie przekazana dla majętnych darczyńców i w określonym dniu pod dom zajeżdża ciężarówka z paczkami. Czasem w towarzystwie wozu transmisyjnego telewizji.
Ktoś mnie spyta, skąd ja to wszystko wiem. Otóż wiem to wszystko, bo mi opowiadała córka, która od wielu lat jest wolontariuszem u księdza Stryczka i przez parę miesięcy w roku temat „Szlachetnej Paczki” jest jednym z pierwszych tematów w naszym domu. Czy jej się działalność w „Szlachetnej Paczce” podoba? Owszem, bardzo. Są oczywiście drobne powody do narzekań, ale generalnie ona jest w to bardzo mocno całym sercem zaangażowana. Ona, jak mówię, działa tam od wielu lat i historie, które nam każdego roku przynosi, są tak niekiedy wstrząsające, że nie ma sposobu, by je tu na tym blogu opisywać. Ale też z jej opowieści wynika, że nie ma na świecie wiele rzeczy tak poruszających, jak widok tej biednej, najczęściej nie z własnej winy, rodziny, tych matek, tych ojców, tych dzieci wreszcie, jak są nagle zasypywani stosem tych paczek, i w pewnym momencie nie ma już nic więcej, jak tylko te łzy szczęścia.
A więc to jest projekt księdza Jacka Stryczka, który wprawdzie, gdy chodzi o tak zwaną dobroczynność, pod względem popularności, nie ma się co równać z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, jednak jego skala, z tego co słyszę, owe miliony Owsiaka już dawno przegoniła. Z tego co słyszę, realna wielkość zeszłorocznej pomocy w ramach „Szlachetnej Paczki” jest tak duża, że póki co Owsiak o czymś takim może dopiero marzyć, a wygląda na to, że kolejne lata będą już tylko lepsze.
Co ja sądzę o działalności dobroczynnej organizowanej poza Kościołem, miałem okazję tu pisać niejednokrotnie. Jeśli jednak chodzi o projekt księdza Stryczka, mam uczucia mieszane. Z jednej strony oczywiście ja wiem, że, podobnie jak się to dzieje w przypadku Owsiaka, z praktycznego punktu widzenia, za tą całą „paczką” nie stoi nic innego, jak lans jednego człowieka. W wymiarze uniwersalnym, owa „pomoc” nie ma żadnego znaczenia. Nawet jeśli okaże się, że gdzieś tam, dzięki temu stołowi, czy długopisowi, jakieś dziecko uzyska upragnione warunki do nauki, dostanie się na dobre studia i będzie mogło zacząć utrzymywać rodzinę, to jest wciąż jedynie pojedynczy gest jednego darczyńcy. Z drugiej jednak strony, nawet jeśli sam ksiądz Stryczek prowadząc swoją akcję trąbi i wali w bębny, ów darczyńca pozostaje doskonale anonimowy i cichy, a to jest coś, co zasługuje zdecydowanie na szacunek. Również dla samego księdza Stryczka, który tak to wszystko zorganizował, by oni wszyscy pozostali cisi i anonimowi, no i żeby na końcu został tylko ten jeden milczący gest solidarności.
Jest jednak coś w owej „Szlachetnej Paczce”, co mi nie pozwala zamknąć tematu w tak sympatyczny sposób i co prawdę powiedziawszy stanowi główny powód, dla którego piszę dziś ten tekst. Otóż chodzi o samego księdza Stryczka. Jak się dowiaduję, ów ksiądz udzielił dłuższej wypowiedzi dla portalu money.pl, w której wypowiedział bardzo dużo kwestii zasługujących na osobne potraktowanie, ja jednak chciałbym wspomnieć zaledwie jedną z nich:
„[Co siódmy Polak pracuje, ale żyje w ubóstwie] Ale to zależy tylko od niego. Nikt nie jest skazany na to miejsce pracy, w którym jest, a jeżeli czuje, że jest skazany na nie, to znaczy, że się zagubił, stał się niewolnikiem sytuacji, z której nie potrafi znaleźć wyjścia.
Jeżeli w jego branży nie ma więcej pracy, powinien się przekwalifikować, stopniowo budować swoje kompetencje, żeby z czasem migrować na rynku pracy. A u nas w ramach właśnie tego katomarksizmu jest takie myślenie, że jeśli mi jako pracownikowi jest źle, to winni są wszyscy wokoło tylko nie ja sam. Jak ci jest źle, to zmień pracę. Jeśli twój zawód jest słabo płatny, to naucz się tego, w którym płacą więcej. Wszystko zależy od człowieka, a nie od systemu. Nie ma czegoś takiego jak sprawiedliwość społeczna”.
A zatem, mamy z jednej strony tę „Szlachetną Paczkę”, a z drugiej człowieka, który ową nazwę stworzył i dzięki której może publicznie wygłaszać opinie takie jak powyższa. Proszę zwrócić uwagę: z jednej strony mamy tego księdza Stryczka i ten jego fantastyczny projekt, a z drugiej tę ludzką nędzę, dla której, jak się nagle okazuje, on nie ma nic, jak tylko pogardę.
Przepraszam bardzo, ale chyba już wolę Owsiaka. Ten się przynajmniej lepiej kamufluje.

Wczoraj nagrałem dla Kliniki Języka trzy filmy z pogadanką na temat trzech moich książek. Wszystkie kolejno ukażą się na portalu prawygornyrog.pl. Tymczasem informuję, że mam jeden, ostatni już egzemplarz „Palimy licho”, ostatnią sztukę „Elementarza”, po parę egzemplarzy „39 wypraw” oraz „Listonosza”, no i wciąż dość znaczną liczbę książki pozornie o muzyce, a tak naprawdę o talentach zakopanych oraz tych drugich. Kto pierwszy, ten lepszy. Zapraszam.



środa, 19 września 2018

Brzezina


Ponieważ dziś i jutro mam tu pewne sprawy do załatwienia, nie będę przez ten czas wrzucał tu nic nowego, no ale żeby tak już nie zlekceważyć kompletnie ludzi, od których tyle dostaję, to wklejam Wam tu (i tylko tu) jeden z rozdziałów mojej książki o markach, dolarach i pewnym biustonoszu. Bardzo to piękna historia, w sam raz na te nerowe czasy i na ten piekny, późno-letni dzień. Bądźcie zdrowi.

     Podczas jednego z naszych wakacyjnych pobytów u pana Kurowskiego w Rycerce, rozmowa zeszła na Sławatycze, i opowiedziałem naszemu gospodarzowi o tym, jak to Dziadek miał piękny prostokąt brzozowego lasu, z równie pięknym kwadratem polany, które całym swoim sercem starannie pielęgnował, a które dla mnie – wówczas jeszcze dziecka – stanowiły coś bardzo bliskiego autentycznemu rajowi. Opowiedziałem mu o tym lesie, o tej łące i w końcu też o tym, jak to Dziadek się w końcu bardzo postarzał, stracił zdrowie i siły, no i w ciągu zaledwie paru lat z lasu nie zostało ani jedno drzewo.

     Rycerka to wieś położonych w górach,  a  więc konsekwentnie pan Kurowski, jako jej stały mieszkaniec, to najprawdziwszy góral, z całą tą tradycyjną góralską oprawą, z której przede wszystkim, już od pierwszego wejścia, można zobaczyć przydomowy tartak, a jednym z głównych tematów rozmów są tak zwane kubiki drewna. Kiedy on słyszał o tym, jak to mojemu dziadkowi okoliczni ludzie wycieli cały las, wpadł w szał, jakiego ani wcześniej ani już nigdy później obserwować nie miałem okazji. To wtedy, prawdopodobnie po raz pierwszy raz w życiu zrozumiałem, jak świętą rzeczą jest to coś, co nosi tradycyjną nazwę własności.  

      Bardzo był na tych złodziei zły nasz gospodarz Stefan Kurowski i myślę, ze gdyby dziś – o ile on oczywiście jeszcze żyje – ktoś mu przypomniał naszą rodzinę, to on by nas kojarzył tylko z tą historią. Historią o tym, jak to pewien stary człowiek na Górnym Podlasiu miał piękną brzezinę, i kiedy pod koniec życia zaniemógł, mu tę brzezinę drzewo po drzewie okoliczni mieszkańcy rozkradli.

      Właśnie tak. Brzezinę. Moja obsesja na punkcie tamtego lasu z dzieciństwa jest tak silna, że ile razy na przykład mam okazję oglądać wspaniały film Andrzeja Wajdy pod tym właśnie tytułem, widzę las mojego dziadka. Nie był to duży las. Dziś mi jest oczywiście bardzo trudno powiedzieć, ile tam trzeba było zrobić kroków, by przejść go całego wzdłuż i wszerz, zwłaszcza że kiedy tam spędzałem czas, byłem bardzo małym dzieckiem i wszystko siłą rzeczy wydawało się większe i bardziej nieprzeniknione, jednak faktem jest, że już nawet i wtedy wiedziałem, że to nie jest duży las. Ot taki zwykły prostokąt lasu, jakie możemy spotkać wszędzie na tamtych terenach.

      Jeździliśmy tam oczywiście na grzyby, a przez to, że obok był jeszcze ów kwadrat łąki, każdego roku przychodził czas, kiedy trzeba było się tam pojawić i uczestniczyć w tak zwanych sianokosach, i w tym co później nieuchronnie następowało, w grabieniu i zbieraniu tego co zostało skoszone i wywożeniu do wykorzystania już w domu, na gospodarstwie. Pamiętam, że te wyjazdy miały niezmiennie bardzo uroczysta oprawę, a więc zabieraliśmy ze sobą kanapki, ugotowane na twardo jajka, ogórki, pomidory, no i – co może i najważniejsze – herbatę z cytryną w butelkach po jakimś winie, zawsze zatkaną zrobionym z gazety korkiem. Wszędzie panował odpowiedni upał, dorośli pracowali przy sianie, a my, czyli ja z moim kuzynem Józkiem, albo próbowaliśmy zbierać grzyby, albo najskuteczniej jak tylko było można, zbijaliśmy bąki.

      Do dziś nie wiem, jakie było tego wytłumaczenie, ale, gdy idzie o grzyby, lasy, które rosły w pobliżu były bardzo zdecydowanie wyspecjalizowane. W naszym lesie rosły głównie prawdziwki, w lesie z jednej strony kurki, a w lesie nieco dalej tak zwane kraśniaki. No i oczywiście, jak to dzieci, mieliśmy zwyczaj, by je wszystkie nazywać, czy to Prawdziwkowem, czy to Kraśniakowem, czy wreszcie Kurkowem.

      Ja zdaję sobie jak najbardziej sprawę z tego, jak są powszechnie odbierane opowieści wędkarzy, czy grzybiarzy odnośnie ich niewiarygodnych osiągnięć, jednak skoro już opowiadam o tej mojej brzezinie, a nie chciałbym opuścić ani jednego wartego wspomnień elementu, nie mam wyjścia i muszę wspomnieć o pewnym niezwykłym grzybobraniu, które zapisało się w mojej pamięci.

      Otóż któregoś dnia we dwójkę z moim kuzynem – do dziś zresztą moim wielkim przyjacielem –  wzięliśmy niewielki woreczek, który nam z reguły służył do grzybobrań, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy na Poręby, co stanowiło wówczas tradycyjną nazwę owego świętego miejsca. Pochodziliśmy po tym lesie, znaleźliśmy parę grzybów, następnie zwiedziliśmy lasy okoliczne, potem wróciliśmy do naszego Prawdziwkowa, pokręciliśmy się jeszcze przez chwilę i ruszyliśmy do domu. I oto przy samym wyjściu, natrafiliśmy na najprawdziwszy wysyp najprawdziwszych, nomen omen, prawdziwków. Pamiętam, że niemal wszystkie były raczej nieduże, często jeszcze ledwo co brązowe, i było ich tak strasznie duzo, że zbierając je nawet nie musieliśmy się podnosić z kolan. Napchaliśmy nimi caly ten nasz woreczek… no i w tym momencie zaczął się kłopot, bo ich było jeszcze bardzo dużo, a myśmy nie mieli w co ich zbierać.

       Zaczęliśmy więc następnie z nich wrzucać do kapturów naszych kurtek, a kiedy i te kaptury już nie wystarczały, zdjęliśmy koszule i zrobiliśmy z nich takie zawiniątka, które też napełniliśmy grzybami. Wreszcie, kiedy już nie umieliśmy wpaść na żaden nowy pomysł, z bólem serca na resztę machnęliśmy ręką i wróciliśmy do domu.

       Powiem szczerze, że nie bardzo wiem, czemu ze wszystkich moich dziecięcych wspomnień z pobytu w Sławatyczach, to grzybobranie zapamiętałem tak dokładnie. Myślę, że to ów nastrój obfitości tak mnie dziwnie ustawił. Jak tamten sen, również jeszcze z tamtych czasów, jak to mam te swoje pięć, czy osiem lat, idę sobie brzegiem Bugu i co chwila gdzieś w trawie znajduję zgubione przez kogoś pieniądze. Tu jakaś złotówka, a tu pięć złotych, tu znowu jeszcze dwa złote – a wszystko tylko dla mnie. Na lody. I na nic więcej. I tylko dla mnie.

       Dziś już po mojej Brzezinie nie ma jednego śladu. Ani drzewa, ani krzaczka. Ani nawet wspomnienia. Byłem tam jakiś czas temu, i powiem szczerze, że nie potrafiłem nawet uczciwie rozpoznać, gdzie on wtedy, ów las, sobie tak pięknie rósł. Zupełnie jakby mi się coś poprzestawiało w głowie i zaszedłem w jakieś kompletnie obce sobie miejsce. Okropne. Naprawdę okropne. Jak jakiś cholera uniwersytet, czy co?

Podczas jednego z naszych wakacyjnych pobytów u pana Kurowskiego w Rycerce, rozmowa zeszła na Sławatycze, i opowiedziałem naszemu gospodarzowi o tym, jak to Dziadek miał piękny prostokąt brzozowego lasu, z równie pięknym kwadratem polany, które całym swoim sercem starannie pielęgnował, a które dla mnie – wówczas jeszcze dziecka – stanowiły coś bardzo bliskiego do autentycznego raju. Opowiedziałem mu o tym lesie, o tej łące, i w końcu też o tym, jak to Dziadek się w końcu bardzo postarzał, stracił zdrowie i siły, no i w ciągu zaledwie paru lat z lasu nie zostało ani jedno drzewo.


     Rycerka to wieś położonych w górach,  a  więc konsekwentnie pan Kurowski, jako jej stały mieszkaniec, to najprawdziwszy góral, z całą tą tradycyjną góralską oprawą, z której przede wszystkim, już od pierwszego wejścia, można zobaczyć przydomowy tartak, a jednym z głównych tematów rozmów są tak zwane kubiki drewna. Kiedy on słyszał o tym, jak to mojemu dziadkowi okoliczni ludzie wycieli cały las, wpadł w szal, jakiego ani wcześniej ani już nigdy później obserwować nie miałem okazji. To wtedy, prawdopodobnie po raz pierwszy raz w życiu zrozumiałem, jak świętą rzeczą jest to coś, co nosi tradycyjna nazwę własności.  

      Bardzo był na tych złodziei zły nasz gospodarz Stefan Kurowski i myślę, ze gdyby dziś – o ile on oczywiście jeszcze żyje – ktoś mu przypomniał nasza rodzinę, to on by nas kojarzył tylko z tą historią. Historią o tym, jak to pewien stary człowiek na Górnym Podlasiu miał piękną brzezinę, i kiedy pod koniec życia zaniemógł, mu tę brzezinę drzewo po drzewie okoliczni mieszkańcy rozkradli.

      Właśnie tak. Brzezinę. Moja obsesja na punkcie tamtego lasu z dzieciństwa jest tak silna, że ile razy na przykład mam okazję oglądać wspaniały film Andrzeja Wajdy pod tym właśnie tytułem, widzę las mojego dziadka. Nie był to duży las. Dziś mi jest oczywiście bardzo trudno powiedzieć, ile tam trzeba było zrobić kroków, by przejść go całego wzdłuż i wszerz, zwłaszcza, ze kiedy tam spędzałem czas, byłem bardzo małym dzieckiem i wszystko siłą rzeczy wydawało się większe i bardziej nieprzeniknione, jednak faktem jest, ze już nawet i wtedy wiedziałem, że to nie jest duży las. Ot taki zwykły prostokąt lasu, jakie możemy spotkać wszędzie na tamtych terenach.

      Jeździliśmy tam oczywiście na grzyby, a przez to, że obok był jeszcze ów kwadrat łąki, każdego roku przychodził czas, kiedy trzeba było się tam pojawić i uczestniczyć w tak zwanych sianokosach, i w tym co później nieuchronnie następowało, w grabieniu i zbieraniu tego co zostało skoszone i wywożeniu do wykorzystania już w domu, na gospodarstwie. Pamiętam, że te wyjazdy miały niezmiennie bardzo uroczysta oprawę, a więc zabieraliśmy ze sobą kanapki, ugotowane na twardo jajka, ogórki, pomidory, no i – co może i najważniejsze – herbatę z cytryną w butelkach po jakimś winie, zawsze zatkaną zrobionym z gazety korkiem. Wszędzie panował odpowiedni upał, dorośli pracowali przy sianie, a my, czyli ja z moim kuzynem Juzkiem, albo próbowaliśmy zbierać grzyby, albo najskuteczniej jak tylko było można, zbijaliśmy baki.

      Do dziś nie wiem, jakie było tego wytłumaczenie, ale, jak idzie o grzyby, lasy, które rosły w pobliżu były bardzo zdecydowanie wyspecjalizowane. W naszym lesie rosły głównie prawdziwki, w lesie oz jednej strony kurki, a w lesie nieco dalej tak zwane kraśniaki. No i oczywiście, jak to dzieci, mieliśmy zwyczaj, by je wszystkie nazywać, czy to Prawdziwkowem, czy to Kraśniakowem, czy wreszcie Kurkowem.

      Ja zdaję sobie jak najbardziej sprawę z tego, jak są powszechnie odbierane opowieści wędkarzy, czy grzybiarzy odnośnie ich niewiarygodnych osiągnięć, jednak skoro już opowiadam o tej mojej brzezinie, a nie chciałbym opuścić ani jednego wartego wspomnień elementu, nie mam wyjścia i musze wspomnieć o pewnym niezwykłym grzybobraniu, które zapisało się w mojej pamięci.

      Otóż któregoś w dwójkę z moim kuzynem – do dziś zresztą moim wielkim przyjacielem –  wzięliśmy niewielki woreczek, który nam z reguły służył do grzybobrań, wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy na Poręby, co stanowiło wówczas tradycyjną nazwę owego świętego miejsca. Pochodziliśmy po tym lesie, znaleźliśmy parę grzybów, następnie zwiedziliśmy lasy okoliczne, potem wróciliśmy do naszego Prawdziwkowa, pokręciliśmy się jeszcze przez chwilę i ruszyliśmy do domu. I oto przy samym wyjściu, natrafiliśmy na najprawdziwszy wysyp najprawdziwszych, nomen omen, prawdziwków. Pamiętam, że niemal wszystkie były raczej nieduże, często jeszcze ledwo co brązowe, i było ich tak strasznie duzo, ze zbierając je nawet nie musieliśmy się podnosić z kolan. Napchaliśmy nimi caly ten nasz woreczek… no i w tym momencie zaczął się kłopot, bo ich było jeszcze bardzo duzo, a mysmy nie mieli w co je zbierać.

       Zaczęliśmy więc nastepne z nich wrzucać do kapturów naszych kurtek, a kiedy io te kaptury już nie wystarczały, zdjęliśmy koszule i zrobiliśmy z nich takie zawiniątka, które też napełniliśmy grzybami. Wreszcie, kiedy już nie umieliśmy wpaść na żaden nowy pomysł, z bólem serca na resztę machnęliśmy ręką i wróciliśmy do domu.

       Powiem szczerze, ze nie bardzo wiem, czemu ze wszystkich moich dziecięcych wspomnień z pobytu w Sławatyczach, to grzybobranie zapamiętałem tak dokładnie. Myślę, że to ów nastrój obfitości tak mnie dziwnie ustawił. Jak tamten sen, również jeszcze z tamtych czasów, jak to mam te swoje pięć, czy osiem lat, idę sobie brzegiem Bugu i co chwilę gdzieś w trawie znajduję zgubione przez kogoś pieniądze. Tu jakaś złotówka, a tu pięć zloty, tu znowu jeszcze dwa złote – a wszystko tylko dla mnie. Na lody. I na nic więcej. I tylko dla mnie.

       Dziś już po mojej brzezinie nie ma jednego śladu. Ani drzewa, ani krzaczka. Ani nawet wspomnienia. Byłem tam jakiś czas temu, i powiem szczerze, ze nie potrafiłem nawet uczciwie rozpoznać, gdzie on wtedy, ów las, sobie tak pięknie rósł. Zupełnie jakby mi się coś poprzestawiało w głowie i zaszedłem w jakieś kompletnie obce miejsce. Okropne. Naprawdę okropne. Jak jakiś cholera uniwersytet, czy co?



        



Wspomniana książka dziś niestety jest już tylko do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, no ale czemu nie? To jest też zaledwie parę kliknięć stąd.
        

wtorek, 18 września 2018

Wezwani do tablicy, czyli siedem wesołych kawałków


Zanim zaczniemy, chciałbym bardzo podziękować Pawłowi z Krakowa, Zuzannie z Podkowy Leśnej, oraz Joli z Laskowca za ich gest przyjaźni. 
Obiecałem wprawdzie Orjanowi na dziś tekst pod tytułem „Za co Światowe Centrum Pederastów nie lubi swoich braci w sutannach”, jednak to będzie dopiero w piątek, a dziś myślę, że jest odpowiednia pora ku temu, by przedstawić kolejny odcinek mojego cyklu „Wezwani do tablicy”, jaki ukazuje się od pewnego czasu w dwutygodniku „Polska Niepodległa”. Jutro mnie tu nie będzie, bo mamy wizytę pewnego mojego kumpla, a w czwartek wspólnie jedziemy do Warszawy, gdzie on mieszka, a ja mam do załatwienia jedną sprawę. A więc do piątku.Mam nadzieję, że w dotychczasowej formie.

Nie pamiętam w tej chwili, czy zdarzyło nam się tu kiedykolwiek zajmować owym wesołym staruszkiem, ale nawet jeśli tak, to mamy wręcz fantastyczna okazję, by powrócić do tematu i to okazję nie byle jaką. Otóż, jak się właśnie okazało, Waldemar Kuczyński na swoim twitterowym koncie, którego uzywa wyłącznie do tego, by rzucac zgniłymi kartoflami w Jarosława Kaczyńskiego i wszystko co mu się z nim kojarzy, opublikował w tak zwanym „lyngłidżu” informację, która dotrze poza granicę Polski i w ten sposób zdobędzie on również uznanie międzynarodowe. Oto, co tam zostało napisane (podkreślam, że zachowałem oryginalną pisownię):
In Hitler’s times – a kid, during communism – a Communist and then a fervent enemy of the Regime. Former privatization minister in Independent Poland”.
Gdyby ktoś nie znał języka, służę pomocą. Otóż Waldemar Kuczyński informuje zagranicznego czytelnika, że on za Hitlera był dzieckiem, potem komunistą, a nastepnie gorliwym wrogiem Reżimu.
A ja w tej sytuacji myślę sobie, że to naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności, że Kuczyński nie urodził się ciut wcześniej, bo wtedy jego biogram na Twitterze musiałby wyglądać następująco:
„W czasach sanacji – dziecko, za Hitlera – kapo w Auschwitz, po wojnie komunista oraz funkcjonariusz komunistycznego aparatu bezpieczeństwa, po roku 1989 nominowany przez reżim na stanowisko ministra prywatyzacji. Dziś gorliwy przeciwnik Reżimu”.
Czyż nie jest trochę prawdy w powiedzeniu, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być jeszcze gorzej?

***

Jest to zdecydowanie prawda. Proszę sobie mianowicie wyobrazić, że niesławny redaktor Jacek Żakowski, prowadząc swoją rutynową rozmowę w równie niesławnej stacji TOK FM, zwrócił się do Rafała Trzaskowskiego w następujących słowach:
Patryk Jaki to człowiek katastrofa. To on nas wpierzył – przepraszam, nie powiedziałem tego – wpakował w aferę reprywatyzacyjną”.
Muszę przyznać, że ja osobiście nie widzę nic złego w użyciu słowa „wpieprzyć”. Ja nawet nie widzę nic złego w opinii, że Jacek Żakowski to człowiek, któremu się „popieprzyło we łbie”. No ale ja, jak wiemy, jestem wiejskim chamem, a Żakowski to czołowy polski intelektualista, więc od niego wymagamy więcej. Jeśli jednak zatrzymamy się wyłącznie na merytorycznej wartości owej wypowiedzi, musimy dojść do wniosku, że musi coś być w historii życia red. Żakowskiego, co sprawia, że jemu te sejmowe przesłuchania zakłócają spokojny sen jeszcze bardziej niż świadomość, że już niedługo może nie starczyć na codzienną flaszkę.

***

A jak wiemy, są sytuacje, kiedy bez flaszki nie dość, że, jak mawiają Rosjanie, „nie razbieriosz”, to tak naprawdę w ogóle nie da się zrobic kroku. Proszę spojrzeć, jak bardzo ten rodzaj wspomagania potrafi podtrzymywać poziom polskiego dziennikarstwa. Oto w odpowiedzi na sukcesy, jakie polscy lekkoatleci osiągnęli na Mistrzostwach Europy, portal Wirtualna Polska zwrócił szczególną uwagę na osobę Sofii Ennaoui, zdobywczyni dla Polski srebrnego medalu w biegu na 1500 m. Oto co, relacjonując wywiad jakiego Ennaoui, jeszcze w roku 2015 udzieliła „Super Expressowi”, pisze niesławna wp.pl:
„Ennaoui pochodzi z Maroka: ‘Ludzie przestali klaskać, kiedy się dowiedzieli’”.
Tu natomiast mamy oryginał wypowiedzi, na podstawie której redaktorzy Wirtualnej Polski postanowili podjąć działania:
Myślę i mówię po polsku, jestem chrześcijanką. Rodzice się rozwiedli. Przez całe życie mnie i brata wychowywała mama, arabskiego w ogóle nie znam. A w Maroku byłam dopiero w tym roku. Podczas mityngu w Rabacie publiczność zerwała się z miejsc, gdy prowadziłam w biegu. A gdy usłyszała, że jestem Polką, to siadła”.
Nie chcę tu straszyć ani red. Żakowskiego, ani jego kolegów z branży, ale naprawdę nie wiem jak oni wszyscy sobie poradzą, gdy zabraknie zasilania.

***

Jako, było nie było, nauczycielowi głupio mi to mówić, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że nie tylko my, ale nasze dzieci i wnuki znalazły się w sytuacji, gdzie się już tylko chleje. Proszę sobie wyobrazić, że na Facebooku ukazał się skan szkolnego sprawdzianu, gdzie uczniowie, na podstawie przeczytanego fragmentu, mieli wykazać się odpowiednimi zdolnościami. I oto nasze dziecko, na pierwsze pytanie, „Wyjaśnij, kogo – według zapisów konwencji – nazywa się dzieckiem?” odpowiedziało: „Według zapisów konwencji dzieckiem nazywa się każda istotę ludzką w wieku poniżej osiemnastu lat”. Na pytanie drugie, „Napisz, z których praw wymienionych w przeczytanym fragmencie korzystasz najchętniej”, dziecko  odpowiedziało: „Najchętniej korzystam z zajęć artystycznych”. Na kolejne pytanie, „Podaj przykład konkretnego wydarzenia świadczącego o tym, że korzystasz z prawa do uczestniczenia w życiu kulturalnym i artystycznym”, nasze dziecko napisało bardzo krótko: „Chodzenie do szkoły muzycznej”.

***

No i w tym momencie padło polecenie czwarte i ostatnie: „Wymień przykłady łamania praw dziecka we współczesnym świecie”, na co dziecko współczesnego świata odpowiedziało w sposób następujący:
„Łamanie praw dziecka to miedzy innymi aborcja. Aborcja to zabijanie dzieci leżących w łonie matki”.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ostatnia odpowiedź. Obok niej pokazał się bowiem wielki czerwony znak zapytania, oraz zero punktów.
Jakiś czas temu media podały, że gdzieś zatrzymano nauczycielkę, która uwodziła swoich uczniów, a następnie sprzedawała im narkotyki. Czy to możliwe, że dziecko, którym się dziś zajmujemy, zostało tak naprawde ukarane za to, że nie chciało się złożyć na tak zwanego „bucha”?

***

Wiele wskazuje natomiast, że ostatnio już chyba wyłącznie wspomnianymi „buchami” żywi się nasz ex, Lech Wałęsa. Wziął zatem pan Bolesław udział w rocznicowym wiecu zorganizowanym przez niedobitki po Solidarności – z obu zresztą stron ówczesnego rzekomego konfliktu –  na terenie Stoczni Gdańskiej i przedstawił zgromadzonemu tam sortowi nadzwyczaj głęboką analizę politycznej sytuacji, w jakiej znalazła się Polska po zwycięstwie roku 1980 i konsekwencjach, jakie owo zwycięstwo miało dla dzisiejszej Polski:
„Udało nam się w sytuacji beznadziejnej, pilnowało nas tu ponad 200 tys. żołnierzy sowieckich w tamtym czasie, naokoło Polski stał milion żołnierzy sowieckich, i my doprowadziliśmy Polskę do wolności i potem oddaliśmy tę wolność demokracji. A ta demokracja była nie do końca przygotowana, a dlatego nieprzygotowana, bo w Katyniu nam głowy obcięto, bo komunizm też wykończył wielu dobrych patriotów. Nie byliśmy przygotowani ani fizycznie, ani umysłowo, ani programowo do przejęcia takiego wielkiego zwycięstwa, stąd mamy tego typu kłopoty dzisiaj”.
Komentatorzy natychmiast zwrócili uwagę na fakt, że po raz pierwszy od lat, zamiast mówić o sobie, Lechu konsekwentnie używał mnogiej formy „my”. Nas to jednak nie dziwi, jeśli uwzględnimy fakt, że on nie mówił o zwycięstwie, lecz porażce.

****

Na zwycięstwo przyszedł czas później, a wraz z nim wróciło stare dobre „ja”. Proszę posłuchać Lecha Wałęsę, kiedy przywołując na pamięć słynne „I have a dream” Martina Luthera Kinga, wypowiada swoje – nie bójmy się tego słowa – dziś już historyczne słowa:
„Pomimo wieku i zmęczenia stawiam się do waszej dyspozycji.Nie chcę zajmować żadnych stanowisk, chociaż za jednym tęsknię. Chciałbym być na chwilę profosem aresztu, by tych ludzi powsadzać i zrobić z nimi porządek. Wsadziłbym tam pana X i pana Y za niszczenie państwa, i dawałbym im tylko śledzie. Bez picia. Mogliby jeść śledzie do woli. Dawałbym z samego dnia beczki”.
I to jest naprawdę coś. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, jak na te słowa zareagował zgromadzony tam element. Otóż, jak donoszą media, kiedy on wspomniał o tych śledziach zachwyceni słuchacze zaczęli skandować słynne gierkowskie „Pomożemy!” I w ten sposób koło się zamknęło.

Jak zawsze polecam swoje książki. Te co jeszcze się nie sprzedały są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, natomiast „Rock and roll, czyli podwojny nokaut” można zamawiać również bezpośrednio u mnie, korzystając z adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com