Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apteki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą apteki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 maja 2017

Jarosław Gowin napada, czyli o handlu żywym towarem

Zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że znęcanie się nad ministrem Gowinem na tym blogu powoli traci sens, jednak są sytuacje, kiedy nawet ktoś tak przewidywalny w swojej nikczemności, jak ten człowiek, nie potrafi powstrzymać zwykłego odruchu moralnego sprzeciwu. Oto proszę sobie wyobrazić, że ów dziwny minister uznał za stosowne zabrać głos w sprawie podpisanej właśnie przez prezydenta Dudę, a wcześniej przyjętej przez rząd, w którym on sam pełni funkcje wicepremiera, nowelizacji prawa farmaceutycznego i w wypowiedzi dla stacji TVN24 ogłosił, że jest decyzją Prezydenta „rozczarowany”, że „nowelizacja uderza w wolność gospodarczą” i że wreszcie samą ustawę uważa za „szkodliwą i pod pewnym względem skandaliczną”. Ja oczywiście rozumiem, że przemysł farmaceutyczny to dziś potwór, który pożarł nie takich mądrali jak Gowin, a więc w sumie nie powinniśmy się temu nieszczęśnikowi dziwić, że w sytuacji gdy rząd Beaty Szydło, przy najpewniej w pełni świadomym poparciu Prezydenta, postanowił wykonać pierwszy krok na drodze, która być może szczęśliwie doprowadzi do tego, że przynajmniej w Polsce owa mafia poczuje, że jednak nie wszystko im wolno, poczuł się zobowiązany do tego, by wystąpić publicznie i zacząć coś pieprzyć na temat wolności gospodarczej. A mimo to, osobiście jestem pod wrażeniem. Mamy ten rząd, który walczy o przetrwanie niemal z całym światem, rząd dla którego każdy, choćby najdrobniejszy kryzys może oznaczać początek końca, a ten cwaniak nagle postanawia publicznie protestować przeciwko czemuś, co i tak jest już przeszłością. Czemu on to robi? Jakie siły zmuszają go do tego, by w sytuacji, gdy od tego co się stało nie ma odwrotu, wyskakiwać z tego typu deklaracjami? Przywiązanie do wartości konserwatywnych? Przepraszam bardzo, ale może już nie żartujmy.
A więc mamy tego Gowina, który dla mnie w sposób zupełnie oczywisty został kupiony przez ów biznes i to kupiony tak, że nie ma już dla niego znaczenia ani funkcja ministra, ani wicepremiera, ani to, że jego polityczna przyszłość – jeśli w ogóle można o jakiejkolwiek mówić – związana jest wyłącznie z Prawem i Sprawiedliwością, bo jest pewien rodzaj zobowiązań, których złamanie grozi śmiercią. Ale z drugiej strony mamy autentyczny problem, a więc wspomniany przemysł i pewne nieśmiałe próby doprowadzenia do tego, by polskie państwo zdołało jednak zachować nad nim jakąś, choćby minimalną, kontrolę. Myślę, że większość z nas doskonale wie, co, mówiąc o problemie, mam na myśli. Niektórym z nas wystarczy choćby rzucić okiem na telewizyjne reklamy, czy te publikowane w popularnej prasie, i zobaczyć jaka z nich część jest finansowana przez koncerny farmaceutyczne. Niektórzy, ci bardziej dociekliwi, powinni być może się skonsultować z tymi biednymi dziewczynami po biotechnologii, zatrudnionymi w licznych aptekach, czy z lekarzami wystawiającymi nam odpowiednie recepty, a oni w przypływie szczerości opowiedzą, jak ów system jest zorganizowany i o co w nim tak naprawdę chodzi.
Broń Boże jednak, jeśli już nam przyjdzie do głowy prosić o konsultacje, nie zwracajmy się o w tej sprawie do właścicieli owych aptek, którzy rzekomo – wedle zapewnień Jarosława Gowina – mają się stać niewinną ofiarą owej nowelizacji. A najbardziej bowiem mamy ucierpieć my, szare, doświadczalne myszki, które już za chwilę będą musiały więcej płacić za lekarstwa, które dotychczas były takie tanie.
Już kończę. Aby jednak owe refleksje zamknąć jakimś mocnym akcentem, przytoczę słowa bohatera dzisiejszej notki, ministra Gowina:
Ja rozumiem, że apteki nie mogą być traktowane jak normalne sklepy i na całym świecie są regulacje polegające na tym, że apteka musi być prowadzona przez farmaceutę. Zgoda. Ale dlaczego właścicielem apteki może być tylko farmaceuta? To jest tak, jakby właścicielem stacji telewizyjnej mógł być tylko dziennikarz, a politykiem politolog”.
A burdelu kurwa. Prawda, obywatelu ministrze? Burdelu kurwa. Przecież to byłby absurd, prawda?


Zapraszam wszystkich do naszej księgarni, która od niedawna funkcjonuje pod nowym adresem basnjakniedzwiedz.pl, i gdzie tak jak dotychczas są do kupienia moje książki.

piątek, 17 lipca 2015

Czy Jacek Żakowski robi po godzinach dla braci Karnowskich?

A więc („nie zaczyna się, Osiejuk, zdania od więc!”) podróż na Węgry mamy już za sobą i ja dziś już wiem, że Węgrom – państwu, ale też i Węgrom – ludziom, zostanie tu poświęconych kilka kolejnych tekstów, a i tak, nawet kiedy już temat ostatecznie wyczerpiemy i zamkniemy, trzeba będzie do niego wracać, tak jak trzeba będzie wracać na Węgry. Dziś jednak muszę pisać o czymś zupełnie innym, a to w związku z wiadomością, jaką przeczytałem dziś w nocy w pociągu, która mnie najzwyczajniej w świecie poraziła. I tak jak to się zwykle dzieje, nie chodzi nawet o samą wiadomość, ale o utworzony wokół niej bardzo ponury kontekst.
Ale może zacznijmy od początku. Otóż kiedy parę tygodni temu razem z pewnym księdzem, oraz z moim kuzynem-ginekologiem występowaliśmy w Katolickim Radio Podlasia, kuzyn mój pokazując, w jaki sposób cały ów projekt znany pod nazwą in vitro, a tak naprawdę obejmujący przestrzeń znacznie szerszą i głębszą, jest niczym więcej jak prostym i bezczelnym oszustwem, wspomniał o niemieckim leku o nazwie Clexane. Chodziło o to, że jest wiele kobiet, które nie są w stanie donosić ciąży z powodu pewnego organicznego zaburzenia, a które to zaburzenie można skutecznie leczyć przy pomocy owego Clexanu. Rzecz w tym jednak, że wspomniany lek przede wszystkim w ich akurat przypadku nie jest refundowany przez polskie państwo, a przez to jest niezwykle drogi, no a poza tym stanowi część pewnego wręcz zbrodniczego procederu polegającego na tym, że jest on najpierw sprowadzany do Polski po cenie czterokrotnie niższej, a następnie niemal natychmiast odsprzedawany do Niemiec, co sprawia, że go w aptekach zwyczajnie nie ma. Wedle relacji mojego kuzyna – lekarza, ów proceder, którego Clexane jest jedynie drobnym elementem – pod pewnym względem stanowiący aferę nieporównywalną z jakąkolwiek inną – jest prowadzony na linii producent-NFZ-hurtownie-apteki, a cała sprawa praktycznie w publicznej świadomości nie istnieje. Zdaniem mojego kuzyna, żaden innych ze znanych nam przekrętów III RP, może z wyjątkiem tak zwanej „afery FOZ-u”, nie jest w stanie się równać z tym co już od lat, pod czujnym patronatem Ministerstwa Zdrowia, wyprawia się między FOZ-em a owym systemem dystrybucji leków.
Planowałem napisać tekst na ten temat, konsultowałem się ze znajomymi aptekarzami, zbierałem odpowiednie materiały, i oto nagle, jadąc pociągiem z Budapesztu do Katowic, zobaczyłem, że sprawą się zajął „nasz” tygodnik o nazwie „ABC”, a związany z nim, również jak najbardziej „nasz”, portal wpolityce.pl zamieścił kilka tekstów na ten temat w nastroju takim, że oto faktycznie mamy do czynienia z największym skandalem „25 lat wolności”, a oni go właśnie ujawniają.
Ponieważ chciałem zobaczyć, co na ten temat piszą inne media, no i poczuć ów dreszcz autentycznej rewolucji, zacząłem szukać po innych mediach… i proszę sobie wyobrazić, że ani tygodnik „ABC”, ani portal wpolityce.pl niczego nie ujawnił, a jedynie powtórzył doniesienia jeszcze z kwietnia radia TOK-FM. Okazuje się, że już w kwietniu informacja o tym czarnym geszefcie przeszła przez radio TOK-FM – i, jak się zdaje, tylko przez to radio – następnie w kompletnym milczeniu została zarchiwizowana w czeluściach Internetu, by dziś, po trzech, czy czterech miesiącach, zostać ogłoszona z wielkim hukiem jako rewelacja przez tygodnik „ABC”, prawdopodobnie dokładnie z tym samym efektem, co poprzednio. Przeglądam dzisiejsze doniesienia, zaglądam do Onetu, do tvn24.pl, do gazety.pl, do wp.pl, do interii.pl, do salonu24 – wszędzie cisza. Na temat „największej afery 25-lecia” ani słowa. Czy mnie to dziwi? Właściwie nie. W końcu, z tego co widzę, wszystko się zaczęło i skończyło w niemal kompletnej ciszy w kwietniu, czyli w samym środku kampanii prezydenckiej, a zatem po ciężką cholerę wchodzić do tej zamulonej rzeki?
W portalu wpolityce.pl czytam wielki tytuł: „Tygodnik „ABC” ujawnia: Nowa afera lekowa, to skandal dekady. Dlaczego Ministerstwo Zdrowia godziło się na wywóz polskich leków do Niemiec?”, a dalej coś takiego:
To jedna z największych afer Polski pod rządami Platformy Obywatelskiej. Przez ostatnie lata zamiatana pod polityczny dywan, rozrosła się do monstrualnych rozmiarów. Mowa o masowej akcji zagranicznych hurtowni leków, które przez kilka ostatnich lat wykupywały tanie lekarstwa w naszym kraju i wywoziły je do Niemiec i innych krajów UE, gdzie sprzedawano je o wiele drożej.
Skala procederu poraża. Wywiezione z Polski leki warte są ok. 5 mld zł. Konsekwencją afery lekowej jest fakt, że w naszych aptekach brakuje wywiezionych do Niemiec leków, a za droższe zamienniki słono płacą polscy pacjenci. Za aferą lekową sto nie tylko wielki biznes farmaceutyczny, ale przede wszystkim urzędnicy z ministerstwa zdrowia. To oni dali możliwość takiej interpretacji prawa, która pozwoliła na wywóz leków. Urzędnicy zareagowali dopiero po kilku latach!
Najlepsze jednak jest na samym końcu. Proszę się trzymać krzeseł: „W nowym wydaniu „ABC tygodnika aktualnego, bezkompromisowego, ciekawego” – jak co tydzień, w każdą środę zestaw emocjonujących i zaskakujących tekstów do przeczytania. Zapraszamy do lektury i na stronę tygodnika www.abctygodnik.pl oraz na profil ABC na Facebooku”. No i jeszcze to: „W sprzedaży w kioskach w całej Polsce w cenie 3,50 zł. Pismo dostępne jest też w prenumeracie w e-kioskach. W tygodniku także reporterski ‘Magazyn ABC’ oraz ekskluzywny dodatek lifestylowy z gorącymi wiadomościami ze świata showbiznesu i pełnym programem TV na długi czerwcowy weekend – ‘ABC LOOK!’
Mam nadzieję, że już wszystko wiemy. Minęły te trzy miesiące i, jak rozumiem, redakcja „ABC” mogła bezpiecznie przepisać tekst, który wcześniej ukazał się na blogu Jacka Żakowskiego 14 kwietnia tego roku http://zakowski.blog.polityka.pl/2015/04/14/afera-lekowa/, i sprzedać go za te 3,50 zł każdemu z nas, który potrzebuje trochę owego „thrillu”. I to wszystko. To jest ściana, do której dochodzimy, i to jest to, co nam wolno. Podejść pod tę ścianę i powrzeszczeć. Trochę.
Miałem pisać o tym niezależnie od nich wszystkich i dziś już wiem, że dobrze się stało, że nie zdążyłem. Nie ma nic gorszego niż zrobić z siebie naiwnego idiotę.

Przypominam, że mam u siebie jeszcze parę egzemplarzy mojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Proszę o kontakt mailowy toyah@toyah.pl. Wszystkie pozostałe są jak zawsze dostępne pod adresem www.coryllus.pl.



piątek, 30 grudnia 2011

Pfizer vs. ZUS - remis ze wskazaniem

Pewnie i ze względu na wiek, ale też przez mało zdrowy tryb życia, korzystam z usług przemysłu farmaceutycznego również poza zwykłą kolejnością, wynikającą z tego, że, jak wiemy, każdy człowiek od czasu do czasu musi się pochorować. W moim wypadku owo korzystanie sprowadza się do regularnego kupowania czterech lekarstw, przy czym każde z nich ma za zadanie podtrzymywać moje funkcje życiowe na poziomie układu krążenia. Konkretnie chodzi o lekarstwa o nazwach Bisocard i Prestarium na nadciśnienie, Acard, jak mi się zdaje, przeciwko ewentualnym zakrzepom, i Sortis na obniżenie cholesterolu. Acard jest tani jak barszcz – jakieś 5 zł. za 60 tabletek – sprzedaje się go bez recepty i, gdyby tylko komuś zależało na tym, byśmy my Polacy nie padali zbyt często na zawał, chyba możnaby go nawet reklamować w telewizji, tak jak się reklamuje Rutinoscorbin. 30 tabletek Biscocardu kosztuje jakieś 12 czy 13 złotych, co akurat w moim wypadku składa się na około 30 zł. miesięcznie. Nienajlepiej jest też z Prestarium, bo tu już za 30 tabletek trzeba zapłacić co najmniej 25 złotych. Ponieważ tu jednak mam brać tylko jedną tabletkę dziennie, można to jakoś przeżyć. Niestety, jak widać, wszystko zliczone do kupy daje nam już nieco więcej, a mianowicie jakieś 60 miesięcznie.
I teraz pojawia się ten Sortis. Mówią mi zaufani specjaliści, że Sortis to naprawdę dobra rzecz. Nie jakieś gówno, które biednym, naiwnym durniom, najwidoczniej wyłącznie po to, by kiedy ich wreszcie szlag trafi, nie wiedzieli do końca, co ich dopadło, wrzuca pewien oazowicz z TVN-u nazwiskiem Zubilewicz, ale naprawdę porządny pfizerowski produkt pierwszej klasy. No i ten Sortis już niestety kosztuje. Kiedy zacząłem go brać, 30 20-gramowych tabletek kosztowało ponad stówę, później wszystko trochę staniało, natomiast okazało się, że jeśli będę kupował tabletki 40 gramowe i przegryzał je na pół, to mogę nawet płacić jakieś 70 zł. Z biegiem czasu te 70 zł. w niektórych aptekach zeszło do 50 i tak już zostało, co utrzymało moje miesięczne wydatki na lekarstwa na poziomie poniżej stu złotych.
I proszę sobie wyobrazić, że parę dni temu zaszedłem do apteki, żeby się zaopatrzyć w swoją kolekcję tabletek, i pani aptekarka zapytała mnie, ile ja tego Sortisu mam przepisane brać dziennie. Powiedziałem jej, że jedną 20 gramową tabletkę pod wieczór, ale ponieważ czterdziestki wychodzą taniej, od lat już kupuję czterdziestki i je sobie przegryzam na pół. I na to, ta miła pani zaproponowała, żebym nie przegryzał, tylko jednak kupował dwudziestki, bo wtedy wyjdzie mnie to pięciokrotnie taniej. W jaki sposób? A w taki oto, że od dłuższego już czasu jedno opakowanie dwudziestek kosztuje pięć złotych, a to spowoduje, że za dwumiesięczna kurację będę płacił nie 50 zł. ale 10.
Ja zdaję sobie sprawę, że wśród czytelników tego bloga jest dużo młodych i zdrowych, ale może też i starych, jednak równie zdrowych, osób, dla których temat lekarstw jest na tyle egzotyczny, że zwyczajnie nieinteresujący. Niewykluczone, że mniej jeszcze interesujący, niż czytanie fragmentów z „Vivy”, co może sprawić, że wszystko co napisałem powyżej, nie pozwoliło się im na tyle skoncentrować, by w ogóle zrozumieli, o co mi chodzi. Zapewniam jednak, że zmierzam do czegoś naprawdę poważnego, a w związku z tym proponuję, by się jednak skupić. Otóż chodzi o to, że firma farmaceutyczna Pfizer produkuje lek na zmniejszenie poziomu cholesterolu i sprzedaje go po 5 zł. – jak się domyślam, nie na zasadzie działalności dobroczynnej, ale tak by odpowiednio zarobić – tyle że w momencie gdy ma do czynienia z osobami bardziej, że tak powiem „cholesterolowo”, zaawansowanymi, każe im płacić już nie 10 zł, ani też 20 zł, ani nawet 30, lecz równe 50 z jakimiś groszami.
I nie ma też mowy, by kierunek tych kalkulacji był tu odwrotny. Że 1200 gramów Sortisu kosztuje 50 zł, natomiast z jakiegoś szczególnego powodu wyprodukowanie 600 jego gramów robi się nagle tak tanie, że można je sprzedawać po 5 zł. Nie wierzę też, by ni stąd ni z owąd, producenci tego leku doszli do wniosku, że te dwudziestki tak słabo idą, że trzeba obniżyć ich cenę aż tak drastycznie, żeby je jednak móc sprzedawać. Dla mnie sprawa jest prosta. Pfizer kalkuluje w sposób następujący: Wszyscy ci, których choroba wieńcowa nie złapała jeszcze za gardło na tyle, by się musieli fatygować do lekarza, skorzystają z życzliwych porad tego świętego człowieka z TVN-u, i dopiero po kilku latach tej kuracji, kiedy nagle dostaną pierwszego zawału i nie będą mieli już wyjścia, dostaną receptę na 60 czterdziestek miesięcznie i dopiero wtedy dadzą ludziom zarobić. Jak mówię – sprawa jest dramatycznie prosta. Wyprodukowanie tego Sortisu kosztuje grosze, natomiast na poziomie wstępnym Pfizer kooperuje z producentami jakiegoś ersatzu, którzy mu napędzają klientów na czterdziestki, a on im za to pozwala funkcjonować na rynku, i dopiero wtedy, gdy sprawa się robi poważna, informuje swoich klientów, że ponieważ sytuacja jest poważna, poważna też musi być cena. Oczywiście może być też inaczej, a ja nie wiem jak, natomiast w zyciu nie uwierzę, że Pfizer handluje swoim towarem poniżej ceny.
Wychodziłem z apteki uzbrojony w tę swoją nową wiedzę i od razu przy wejściu zostałem zaczepiony przez jakieś dziecko z Radia Katowice z mikrofonem w dłoni, które chciało wiedzieć, czy znam sprawę kontrowersji w sprawie mającego obowiązywać od nowego roku systemu refundacji leków, i że skoro znam, to co na ten temat mógłbym do mikrofonu powiedzieć. Opowiedziałem więc historię z Sortisem i w nawiązaniu do tego zaproponowałem, by się tą całą awanturą z refundacjami za bardzo nie przejmować, ponieważ przede wszystkim nic na ten temat tak naprawdę nie wiemy, a poza tym owe refundacje – bez względu na to, jaka myśl za nimi stoi – to zaledwie drobny ułamek tego całego przekrętu, jaki połączone siły legislatorów, farmaceutów i właścicieli aptek na nas przeprowadzają. Że ja nie jestem w stanie ocenić decyzji ministra Arłukowicza, ponieważ nie mam najmniejszego pojęcia, czym on się zajmował od momentu jak wlazł do swojego nowego gabinetu, z kim się przez ten czas spotykał, co z kim ustalał i za ile. I że wreszcie, cokolwiek tu wspólnie wymyślimy, nasza sytuacja, jak idzie podtrzymywanie przy zyciu, pozostanie dokładnie taka sama. Ci co już mają umrzeć – umrą, a ci, z których jeszcze da się coś wyciągnąć – jeszcze trochę pożyją. A jeśli przemysł farmaceutyczny któregoś dnia stwierdzi, że liczba ich klientów zaczyna raptownie spadać, to albo coś zrobi, żeby ludzie zaczęli trochę więcej chorować, albo żeby przestali w takim tempie umierać. A jeśli, nie daj Boże, okaże się, że sprawa zrobiła się tak skomplikowana, że samą dystrybucją lekarstw wszystkiego załatwić się nie da, zawsze będzie można wysupłać trochę gotówki na opłacenie tak zwanych „podmiotów zewnętrznych”, choćby ZUS-u, który z kolei, jak wiemy, ma jeden jedyny interes – by maksymalną długość życia każdego obywatela skrócić do 60 lat. A tu już pole do działania jest wręcz nieskończone.
Oczywiście mówiłem do tego mikrofonu to wszystko, ani przez moment nie mając nadziei, że moje słowa gdziekolwiek dotrą, no ale gadałem, bo wierzę, że słowo staje się ciałem nawet na tak marnym poziomie jak ten. I w rzeczy samej, to biedne dziecko w końcu mi podziękowało i pożyczyło zdrowia, a ja sobie pomyślałem, że gdybym jechał tramwajem, to by mi pewnie nawet ustąpiło miejsca, co mi się niestety coraz częściej zdarza.
Ale tak to już jest z nami starymi dziadami. Jedyne co tu jest pocieszające, to to, że jeszcze od czasu do czasu potrafimy się odwinąć, i trafić jednego z drugim bydlaka dokładnie między oczy. Dla dobra wspólnego.

Już niedługo, bo w przyszłym tygodniu, książka o liściu będzie do kupienia w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ul. 3-maja na przeciwko VIII LO. Szczerze zachęcam, no a jak ktoś ma zbyt daleko, to wciąż pozostaje sklep Coryllusa. Blisko. O jedno kliknięcie w tę piękną okładkę po prawej u góry. Niezmiennie też proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...