środa, 30 września 2009

Znów lezą

Nie jest źle! Polityka wciąż istnieje i działa. Wprawdzie jeszcze dziesięć minut temu, zupełnie się nie spodziewałem, że ta sekwencja wpisów o charakterze tak bardzo nie-politycznym może zostać w jakikolwiek sposób zakłócona, ale nagle wpadłem na Krzysztofa Leskiego, który u nas, w Salonie skomentował fakt założenia przez TVN podsłuchów na partyjnym spotkaniu Prawa i Sprawiedliwości http://krzysztofleski.salon24.pl/127980,ad-rem-czy-od-rzeczy . W pierwszej chwili myślałem, że powiem, co myślę o kolejnym przypadku, kiedy to Leski wlazł na płot i usiadł z jedną nogą po jednej stronie, a z dugą po drugiej, samemu Leskiemu, jednak, kiedy zacząłem pisać komentarz, zaobserwowałem, że to co piszę, robi się zdecydowanie za długie i wymaga stanowczo większego forum. Zatem, przełączyłem się na swój blog i – że pozwolę sobie zacytować Wieszcza – „mówię jak czuję, mówię jak muszę” o tym, że, wbrew temu, co uważa Krzysztof Leski, prawda nie leży po środku. I to prawie nigdy.
Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, w czym rzecz, PiS zorganizował sobie kongres, ogłosił, że będzie on zamknięty dla mediów i osób postronnych i poprosił wszystkich, żeby tę decyzję uszanowali. Jak się okazało, apel władz partii został przyjęty pozytywnie, z jednym wyjątkiem. Dziennikarze TVN-u – do czego się zresztą sami z dumą przyznali – jakoś tam na ten kongres wleźli i sobie co chcieli ponagrywali. A żeby nikt nie miał podejrzeń, że oni blefują, puścili niewinny fragmencik w jednym ze swoich programów. Na to PiS, ustami swojego rzecznika, wyraził odpowiednie oburzenie tym postępkiem, skierował skargę do Rady Etyki Mediów, przedstawicielka Rady wyraziła opinię, że TVN zachował się nie na poziomie, rzecznik TVN-u ogłosił, że jego firma ma w nosie opinie jakiejś partii i jakiejś tam rady, no i wtedy już odezwał się Krzysztof Leski, pisząc tak: „Najbardziej jednak dziwi mnie, że ta sprawa w ogóle ma ciąg dalszy. TVN puściła nagranie o randze ciekawostki. Nie ma tam niczego, czego PiS czy Jarosław Kaczyński osobiście mieliby się wstydzić. Rodzi się z tego skarga do REM, szykuje się oświadczenie Rady, strony wznoszą się na poziom powagi godny ujawnienia planu serii morderstw politycznych. W piaskownicy wrze i wrzeć będzie, bo dzieci inaczej się nudzą”.
Z mojego punktu widzenia, sprawa jest tak prosta i tak oczywista, że właściwie nie ma o czym gadać. I pewnie by rzeczywiście tematu nie było, to co się stało, wrzucilibyśmy do przepastnego wora z napisem ‘III RP’, i dalej starali się jakoś sobie radzić w tych przykrych czasach, gdyby nie ten tekst Leskiego. Ja – wbrew dobrym radom wielu moich znajomych – do Leskiego czuję pewien szacunek i choćby z tego względu uważam, że skoro on coś gada, to gada serio. Jednak widząc przy tym, że Leski, człowiek z pewnością inteligentny i obyty w najróżniejszych zawiłościach tego świata, daje się tak fatalnie wypuszczać, to co powiedzieć o innych, mniej zorientowanych obserwatorach naszej politycznej sceny?
Na czym polega jednoznaczność opisywanego zdarzenia? Otóż dziennikarze TVN-u postanowili podsłuchać, co „pisiaki” gadają na swoim kongresie wcale nie dlatego, że wiedzieli, że to co usłyszą będzie wyłącznie – jak pisze Leski – „ciekawostką”. Jestem pewien, że, nawet jeśli oni podejrzewali, że z tych taśm nie uda im się wykroić nic przełomowego, to musieli mieć choć minimalną nadzieję, że a nuż nastąpi cud… i będziemy się wszyscy mogli trochę zabawić. Szli więc z tymi swoimi urządzeniami podsłuchowymi, albo może organizowali tę akcję w jakiś inny sposób – nieistotne – licząc na to, że wydane pieniądze nie pójdą na marne. Dziś Krzysztof Leski, śmiejąc się do rozpuku z tego, że PiS irytuje się bez sensu, jako dowód na swoje racje przytacza fakt, że przecież na tych taśmach „nie ma niczego, czego PiS i Jarosław Kaczyński mieliby się wstydzić”. A ja się pytam, skąd to wiadomo, że na tych taśmach nie ma nic takiego. Wiadomo tylko tyle, że zaprezentowany publicznie fragmencik nie zawiera treści – choćby z punktu widzenia pewnych środowisk – PiS kompromitujących i z całą pewnością wiadomo, że to czym TVN zechciał się pochwalić to z całą pewnością nie wszystko. W ogóle wiadomo dość dużo. Wiadomo nawet i to, że jeśli rzeczywiście fragment ujawniony przez silnorękich, będących na usługach państwa Walterów, zawiera rzeczywiście wszystko i nic więcej już tam nie ma, ani politycy PiS-u, ani Krzysztof Leski, ani tym bardziej opinia publiczna, tego wiedzieć na pewno nigdy nie będą. My wszyscy będziemy już zawsze podejrzewać, że tam może coś było, a może nie było nic. I nawet jeśli ta wersja będzie wersją ostateczną, to środowiska reprezentowane przez TVN, pewną korzyść już z tego, co się stało mają. Czyż nie?
Co jeszcze wiadomo? Wiadomo na przykład i to, że może i na tym kongresie wydarzyło się coś – padły jakieś słowa, albo zostały wykonane pewne gesty – które, według bardzo perfidnych standardów, które TVN-owi akurat są świetnie znane, mogą być dla PiS-u kompromitujące. I może być tak, że dziś politycy tej partii zastanawiają się, czy TVN to coś ma, czy nie. A z kolei, sam TVN ma sytuację bardzo komfortową, bo, bez względu na fakty, może w stosunku do władz nielubianej i zwalczanej przez siebie partii wykonywać najróżniejsze, w tym bardzo nieprzyjemne i wcale nie mieszczące się we współczesnych demokratycznych standardach, gesty.
Nie ma racji Krzysztof Leski, gdy pisze, że nic się nie stało, a to z czym mamy do czynienia, to kolejny rozdział tej samej historii, którą najsprytniejsi komentatorzy określają mianem ‘piaskownicy z kupą nudzących się dzieci’. To nie jest piaskownica. Byłbym bardzo zadowolony, gdyby chociaż Krzysztof Leski wreszcie zrozumiał, że ta walka toczy się o zbyt wysoką stawkę, żeby ci, którzy tej walki ustalają cele i zasady, dopuścili do tego, by ona zamieniła się w zwykła zabawę idiotów. A jeśli akurat tego zrozumieć nie jest w stanie, choćby dlatego, że to co się dzieje widzi wyłącznie w takich, a nie innych kolorach, to żeby chociaż przyjął do wiadomości, że jeśli największy i najbardziej wpływowy politycznie ośrodek medialny w kraju wykonuje w stosunku do jednej z partii politycznych gest, który można porównać wyłącznie do, znanego z opowieści gangsterskich, numeru z obciętym palcem, to z całą pewnością nie ma w tym nic zabawnego. A już na pewno nie dla tych, dla których los demokracji w Polsce nie jest obojętny.
Dwa lata temu, kiedy zbliżały się przyspieszone wybory parlamentarne, środowiska związane z najbardziej ciemnym i moralnie zdegenerowanym fragmentem naszej najnowszej historii, uznały, że w ich najlepiej pojętym interesie, sytuacja, gdy one, po raz trzeci przegrywają wybory (a proszę sobie przypomnieć – jeszcze na miesiąc przed 21 października, zwycięstwo PiS-u było powszechnie uważane za oczywiste i nieuchronne), jest nie do przyjęcia. I w związku z tym przekonaniem, tak zwanym rzutem na taśmę, dla zmiany tej niedobrej sytuacji, zaangażowały takie siły i środki, jakich świat nie widział od czasów najbardziej brutalnej hitlerowskiej czy komunistycznej propagandy. Krzysztof Leski może nie wiadomo z jaką determinacją uważać, że pozycja, jaką uznał za dla siebie najwygodniejszą, czyli ten słynny rozkrok, jest jednocześnie jedynie logiczna i sensowna. Fakty jednak są nieubłagane. Tu – i tym razem zwrócę się już bezpośrednio do Pana, panie Krzysztofie – chodzi o takie pieniądze, których ani ja, ani Pan, ani jakikolwiek normalny człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić. A więc Pańskie ględzenie o piaskownicy i o równie rozłożonych racjach jest niczym innym jak zwykłym pięknoduchostwem.
I to, niestety, wyłącznie w wersji dla Pana najbardziej korzystnej.

wtorek, 29 września 2009

Między sztuką a szarym koszmarem

Kiedy powstawał wczorajszy mój wpis, najpierw w mojej głowie, a następnie już tu, na tym blogu, wiedziałem naturalnie, że zło które stało się jego tematem, ma dwa końce. Na jednym z nich, co oczywiste, stoi bezpośredni jego sprawca, czyli Roman Polański, natomiast na drugim ci wszyscy, którzy dziś, albo z wyrachowania, albo ze skrajnej bezmyślności, mu klaszczą. I kiedy piszę o klaskaniu, mam na myśli klaskanie dosłowne, a nie tylko zwykłe zrozumienie dla tego, co on przed ponad trzema dekadami zrobił temu dziecku, czy choćby ledwo wybaczenie. Mówię o autentycznym klaskaniu, którego wprawdzie na razie nie słychać, ale które już z całą pewnością widać i co do którego nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości, że kiedy on już opuści ten areszt i rozpocznie tryumfalny objazd swoich włości, to je usłyszymy. I będziemy patrzeć na te rozjaśnione szczęściem twarze i wiernie wyciągnięte dłonie, by i nas dotknął i by nas raczył zauważyć. I słuchać tego falującego zgiełku radości i ostatecznej satysfakcji.
I to czego będziemy świadkami, już w żadnej mierze nie będzie przypominało owego, wcześniej już wspomnianego, „płonącego, jastrzębiego tryumfu”, lecz będzie już tylko czystą beztroską radością. Radością tych, którzy po prostu cieszą się, że ten którego kochają, wyrwał się ostatecznie z rąk złych, nicnierozumiejących i tak okropnie niesympatycznych ludzi. A przecież może i nawet zwierząt?
Wiedziałem więc o tym, że to zło tworzy bardzo szczególną pętlę, choćby dlatego, że to zawsze się tak dzieje. Tak to już na tym biednym świecie jest, że występek nigdy nie działa w izolacji. Zawsze jest tak, że ktoś kogoś krzywdzi, kogoś innego gorszy, a na zewnątrz tego wszystkiego jest zawsze wystarczająco duża grupa tych, których ta ciemność, w ten czy inny sposób, urzeka. To co pozostaje zagadką, to wyłącznie, jak duża będzie ta grupa i kto się w niej znajdzie. Wśród całej plejady najróżniejszych postaci – przyjaciół, znajomych, wielbicieli talentu Romana Polańskiego, czy w końcu tylko ludzi, dla których jest coś zawsze niezwykle interesującego w dociekaniu, jak to zło w gruncie rzeczy złem nie jest – widzieliśmy i znanych artystów, polityków, aktorów, dziennikarzy, czy reżyserów. Widzieliśmy też osoby zupełnie nieznane, dopiero wchodzące na ten rynek, ledwo co aspirujące do tego, by zahaczyć swoim sumieniem o to, co się na naszych oczach dzieje. A więc była Izabela Cywińska i pozostali autorzy listu w sprawie ratowania Polańskiego przed nieludzkim prawem, był Wojciech Pszoniak w nieodłącznym szaliku, był Ryszard Kalisz ze swoją skupioną miną doświadczonego prawnika, ale też nawet pojawił się niejaki Borys Lankosz – postać mi zupełnie nieznana – swoją elokwencją i dyskretnym poczuciem humoru, udowadniając, że ci co go zaprosili do złożenia świadectwa, z całą pewnością wiedzieli co robią.
Pojawił się jednak jeszcze ktoś, kto – całkowicie nieoczekiwanie – przebił wszystkich pozostałych w tworzeniu tej nowej rzeczywistości końca czasów. Mam na myśli reżysera, Krzysztofa Zanussiego. O Zanussim mam opinię szalenie pogmatwaną. Z jednej strony, uważam, że jego wczesne filmy, takie jak Barwy ochronne przede wszystkim, czy Życie rodzinne, czy nawet Iluminacja, to arcydzieła europejskiego kina, a scenariusze, które sam tworzył, to przykłady naprawdę wielkiej literatury. Nie mam też wątpliwości co do tego, że w czasach gdy dawał się poznać szerokiej publiczności, miał on wszelkie cechy człowieka niezwykle wrażliwego, a kto wie, czy wręcz mądrego. Z drugiej strony, z mojego punktu widzenia, jego twórczość w późniejszych latach, stopniowo, z każdym rokiem, artystycznie i intelektualnie się degenerowała, aż osiągnęła poziom tego czym on się zajmuje obecnie. Czyli sztuki, która pod każdym względem jest tak nieporadna, tak niechlujna i wreszcie artystycznie tak zła, że fakt iż Zanussiemu wciąż ktoś daje pieniądze na to co on robi, może tylko budzić charakterystyczne uniesienie brwi.
Jest jednak jeszcze coś, co jeśli idzie o osobę Krzysztofa Zanussiego, dręczyło mnie od samego początku. Ile razy go widziałem i słuchałem, to oprócz tego niezmiennego przekonania o tym, że jego ciepły i zrównoważony głos niesie przekaz zawsze bardzo ważny, czułem, że z nim jest coś nie w porządku. Tak jakby ten jego wizerunek był, bardzo dyskretnie, przybrudzony czymś obcym, kompletnie nieopisanym, niedotykalnym, a co – jeśli się kiedyś ujawni – może wywrócić całą naszą opinię na jego temat do góry nogami. Pisząc te słowa, chcę być maksymalnie delikatny, bo cała ta sprawa jego bardzo ciemnej strony – mam wrażenie – jest bardzo delikatna. Chodzi mi o to, że przez te wszystkie lata, kiedy jeszcze zachwycałem się twórczością Zanussiego, miałem bardzo silne poczucie tego, że on, kiedy zamyka za sobą drzwi swojego mieszkania, wyzwala demony. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, o jakich demonach myślę, choćby dlatego, że z demonami jest jakoś tak, że one są jak ludzkie koszmary. Niezliczone i nigdy do końca nieopisane.
I myślę, że jest to najlepszy moment, by zapewnić wszystkich, że wcale nie mam tu na myśli faktu współpracy Krzysztofa Zanussiego ze służbami. Ani nie wiem, czy wiadomości, które swego czasu podała Gazeta Polska są wiarygodne, ani też – nawet gdyby były bardzo wiarygodne – jego losy jako komunistycznego kolaboranta nie są dla mnie bardzo interesujące. Choćby z tego względu, że ja mam bardzo silne przekonanie, że bezwzględna większość środowiska, które reprezentuje Zanussi, a więc reżyserów i aktorów, współpracowała ochoczo, w ten czy inny sposób, dzień i noc. Mówiąc o tej mrocznej stronie duszy Krzysztofa Zanussiego, mam na myśli coś całkowicie ponad- i poza-politycznego. Coś, co nigdy nie pozwalało mi do końca patrzeć na niego w taki sposób, jak się patrzy na ulubionego, czy nawet pogardzanego artystę. Mówię tu o Zanussim, jako o osobie całkowicie prywatnej. Jako o kimś kto mieszka – nomen omen – za ścianą.
I właśnie wczoraj, Krzysztof Zanussi wystąpił w programie Moniki Olejnik Kropka nad i. Oczywiście, podobnie jak większość środowiska, był oburzony tym, w jaki sposób i amerykańskie prawo i znaczna część opinii publicznej potraktowała jego kolegę, Oczywiście objaśniał, tak uwodzicielsko jak tylko on potrafi, wszelkie niuanse jakie niesie ze sobą zło. Opowiadał o tego zła psychologii i o tym, jak ludzie są zdeterminowani swoim własnym, osobistym nieszczęściem i jak to ciężar, który na sobie niosą nie pozwala im pokazać całej swojej szlachetności. W pewnym momencie nawet pozwolił sobie na utratę naturalnej dla siebie kontroli, i nazwał tę dziewczynkę, którą Roman Polański tak brutalnie skrzywdził przed laty – prostytutką. Więcej. Nazywając ją w ten sposób, uruchomił w sobie całą dla niej pogardę, która w pewnym momencie stała się wręcz fizyczna. A później na dodatek, starając się relatywizować zło, które uczynił Polański, skierował swoje oburzenie na tych, którzy to zło pokazują palcem, zarzucając im uleganie najniższym instynktom tępej zawiści i pragnienia ludzkiej krzywdy. Więc, zajmując się dziś osobą Krzysztofa Zanussiego, nie kieruję się swoim oburzeniem na to, co u niego jest dokładnie takie samo, jak u pozostałych reprezentantów środowiska, czyli złość, zakłamanie, krętactwo i kompletny brak wrażliwości. W tym co mówił Zanussi znalazłem coś znacznie większego, co stanowczo przekracza wszystko to, czym zabłysnęli jego koledzy. Otóż on, objaśniając urok tego zła, starając się znaleźć dla niego maksymalnie życzliwy opis, odmawiając ludziom prawa do wyrażania moralnego oburzenia, plując wreszcie na to nieszczęsne dziecko swoją napuszoną, pełną wyniosłości pogardą, jednocześnie mówił cały czas o grzechu i o zwycięstwie tego grzechu. Pokazywał świat, który doszedł już do swojego końca, gdzie wszystko już wolno, gdzie zło spowszedniało tak iż już nie wiadomo, co nim jeszcze jest, a co nim już być przestało. Biedna redaktor Olejnik wciąż starała się utrzymać go na powierzchni zdarzeń i czynów, a on jak oczarowany wracał nieustannie do tego zwycięskiego Szatana. Od początku do końca tej audycji, niemal przez cały czas, poruszał się Krzysztof Zanussi na poziomie niemal religijnym. W pewnym momencie, z przerażeniem zauważyłem, że wiele z tego co on mówi, mogłoby się zupełnie uczciwie znaleźć w którymś z ostatnich tekstów, które powstały w ramach tego blogu. Z jedną, bardzo kluczową różnicą. On opisywał to zło jako byt tryumfujący i jednocześnie ludzi, którzy temu złu ulegają, jak całkowicie bezbronne, zdeterminowane, a przez to całkowicie usprawiedliwione, jego ofiary. Pod koniec programu był już tak nakręcony, że już tylko czekałem, aż uniesie w górę ręce i zawoła „Chwalmy Pana, bo oto przyszedł Król Ciemności!”
Zastanawiam się więc teraz, co sprawiło, że Krzysztof Zanussi – z taką złością mówiąc o tym zgwałconym dziecku – pokazał tę swoją, dotychczas mniej lub bardziej starannie ukrytą, twarz. I przychodzą mi do głowy dwie możliwości. W pierwszą właściwie nie potrafię uwierzyć, więc pozostawię czytelnikom tego bloga, by sami ją sobie może dopowiedzieli. Natomiast druga jest taka, że jest niezwykle prawdopodobne, że to co zrobił Polański, większości osobom z branży nie wydaje się w żaden sposób ani szokujące, ani nawet intrygujące. Oni po prostu uważają się za artystów i wierzą, że jako tacy mogą prowadzić takie życie, jakie sobie wybiorą, a czym ono będzie bardziej szokujące z punktu widzenia jeszcze jakoś tam trzymającego się na równych nogach cywilizowanego świata, tym nawet lepiej. I może być tak, że Krzysztof Zanussi również, zupełnie szczerze i autentycznie, uważa, że nic takiego się nie stało. I kiedy wczoraj u Olejnik wspominał coś o tym, że – owszem – nie jest ładnie krzywdzić seksualnie małe dziecko, to robił to wyłącznie z charakterystycznej dla siebie publicznej ogłady.
Jest jednak jeszcze jedna ewentualność. Strony praktyczna i teoretyczna całego przedsięwzięcia się tu doskonale uzupełniają. To zło jest czynione przez nich wyłącznie po to, by w ten sposób mogli skutecznie autoryzować swój udział w projekcie już czysto ideowym. A Krzysztof Zanussi, jako osoba niezwykle starannie wykształcona, inteligentna, a przede wszystkim elokwentna, miał jedynie nam przedstawić ogólne założenia tego projektu.

poniedziałek, 28 września 2009

Usłyszeć ten syk

Z jednej strony z przykrością, a z drugiej, tylko ze zdziwieniem, stwierdziłem fakt, że cała seria ostatnich wpisów na tym blogu nie dotyczy już polityki. Z przykrością dlatego, że może to świadczyć o tym wprawdzie, że – jakoś tam podświadomie – uznałem, że w polityce sprawy idą w dobrym kierunku, ale też, może być i tak, że wręcz przeciwnie, nie ma już o czym gadać. Bo przyznać tu muszę, że kolejne tematy nie są wynikiem mojej przemyślanej decyzji. One pojawiają się dokładnie według wzoru, w jaki układają się moje codzienne myśli (i to jest właśnie kwestia tego zdziwienia). A, ostatnio, tak się jakoś dzieje, że ja o polityce zwyczajnie nie myślę. I, gdyby miało się okazać, że ze zwykłej rezygnacji, i zupełnie podświadomie, wyparłem z siebie wszelkie kwestie związane z moim pragnieniem, by ostatecznie ujrzeć Donalda Tuska i jego jedenastkę, na peryferiach polskiej polityki, to byłoby mi bardzo przykro.
Polityka więc wisi gdzieś w najdalszej perspektywie, a ja patrzę przede wszystkim na to, co z takim poczuciem bólu przedstawiłem w obu tekstach na temat projektu zatytułowanego ‘Alicja Tysiąc’, czyli w efekcie czegoś co niechybnie przypomina koniec czasów. Co widzę dziś? Otóż widzę to przede wszystkim, że amerykański system wymiaru sprawiedliwości wreszcie znalazł sposób, by wyegzekwować swoje pretensje do osoby Romana Polańskiego. No i jednocześnie, niestety, widzę, jak kulturowa i cywilizacyjna dostojność tego wydarzenia zostaje, najpierw z pełnym wyrachowaniem, a później już tylko na zasadzie odtwarzania głosu tzw. autorytetów, przykryta przez powszechny krzyk w obronie tego, co wydarzyło się już ponad 30 lat temu.
Zanim przejdę do rzeczy, bardzo proszę posłuchać pewnej historii, którą zaczerpnąłem z powieści, a jednocześnie z filmu, który dla mnie zawsze stanowił jedno z pierwszych źródeł pewnej szczególnej wiedzy moralnej. Mam na myśli Ojca Chrzestnego. Z całą pewnością w książce, a również – o ile pamiętam – w telewizyjnej, bardzo poszerzonej, wersji filmu Coppoli, tradycyjnie znana scena wizyty Hagena w Hollywood została poszerzona o jeden niezwykły epizod. Sytuacja w każdym razie jest taka, że Hagen przybywa do Hollywood, żeby się spotkać z Woltzem, słynnym filmowym producentem, by poprosić go o rolę dla Johnnego Fontane. Kiedy czeka na niego w recepcji, widzi przed sobą, na kanapie „najpiękniejsze dziecko, jakie Hagen widział kiedykolwiek. Dziewczynka ta miała nie więcej, niż jedenaście, czy dwanaście lat, była ubrana bardzo kosztownie, ale prosto, jak dorosła kobieta. Miała niewiarygodnie złote włosy, ogromne, niebieskie jak morze oczy i świeże, malinowe usta. Towarzyszyła jej kobieta będąca najwyraźniej jej matką…
Po jakimś czasie, kiedy już wiadomo, że Woltz – człowiek, w oczywisty sposób, zły i zepsuty – nie da roli Johnnemu i Hagen musi wracać do Nowego Jorku, by przekazać złe wieści Donowi, opuszczając, tym razem już prywatną, posiadłość Woltza, widzi jeszcze raz tę dziewczynkę. I tak tę (fikcyjną absolutnie przecież) scenę opisuje Puzo, w tłumaczeniu Bronisława Zielińskiego: „Czekając pod oświetloną kolumnadą na samochód, Hagen zobaczył dwie kobiety wsiadające do długiej limuzyny, która już stała na podjeździe. Była to owa piękna, dwunastoletnia złotowłosa dziewczynka i jej matka, które widział rano w biurze Woltza. Teraz jednakże prześlicznie wykrojone usta dziewczynki były jakby rozmazane w obrzmiałą, różową masę. Błękitne oczy miała zamglone, a kiedy schodziła po schodach do samochodu, jej długie nogi chwiały się jak nogi okulawionego źrebięcia. Matka podtrzymywała dziewczynkę, pomagała jej wsiąść, sykała jej do ucha rozkazy. Obróciła głowę, by rzucić Hagerowi krótkie, ukradkowe spojrzenie, i dostrzegł w jej oczach płonący, jastrzębi tryumf. A potem i ona zniknęła we wnętrzu limuzyny”.
Jeśli ktoś nie zna Ojca Chrzestnego i całej filozofii, która stanowi oczywisty przekaz tej historii, powinien mieć świadomość, że brutalność tej sceny przekracza wszelkie pozostałe opisy gwałtu i mafijnej przemocy, jakie tam znajdujemy. Z punktu widzenia ludzi mafii, wszystko to, co oni robili, było oczywiście złe, było czymś za co każdy z nich miał najprawdopodobniej trafić do piekła, ale utrzymywało się zawsze w ramach jakiejś – dziwnej i perwersyjnej – ale jednak, etyki. Hagen wiedział, że w momencie kiedy oni wszyscy przybyli do Ameryki i zdecydowali o swoim przyszłym życiu, tym samym podpisali na siebie cyrograf. Wiedziała to też pani Corleone, codziennie modląc się za duszę, wciąż jeszcze przecież, żyjącego męża. Kiedy jednak patrzył na to dziecko, wyprowadzane nad ranem z apartamentów Woltza, wiedział choćby to, że Johnny Fontane ostatecznie dostanie swoją rolę. Z tej prostej przyczyny, że Woltz to człowiek, który nie ma honoru. A zatem, jego da się zmusić do wszystkiego.
Obawiam się, że gdyby Mario Puzo pisał swoją książkę dziś, musiałby stanowczo tę scenę albo wyciąć, albo przedstawić ją – w najgorszym wypadku – jako część tamtego świata, jako tamtego świata kontekst, by nikt nie miał poczucia zbyt dokuczliwego dysonansu. Gdyby pisał tę książkę dziś, musiałby, na przykład, dać do zrozumienia, że na tym własnie polega Hollywood, a za nim i cały nasz świat, i że nawet jeśli to co się tam dzieje nazwiemy złem, to będzie to jedynie takie samo zło jak każde inne, a więc w rezultacie nasze, zaprzyjaźnione, dobrze nam znane zło. No a już z całą pewnością nie sugerowałby, że z punktu widzenia kogoś takiego jak Don Vito Corleone i jego zbrodnicze otoczenie, to co zrobił Woltz, wołało o pomstę do nieba, lub choćby tylko wywoływało rumieniec wstydu na twarzy.
Roman Polański, ponad już trzydzieści lat temu, na jednym z przyjęć zgwałcił trzynastoletnią dziewczynkę. A amerykańskie prawo, a za nim ja, używa słowa ‘zgwałcił’, bo prawdopodobnie w języku, wymierającej, ale jednak wciąż współczesnej cywilizacji, nie ma innego określenia dla tego, co tam się wówczas stało. Wprawdzie dziś, banda zepsutych, całkowicie zdemoralizowanych łajdaków, tłumaczy nam, że to nie był gwałt, bo to dziecko wyglądało jak dorosła kobieta, i przede wszystkim samo bardzo chciało zaspokoić zwierzęce instynkty Romana Polańskiego i jego ustosunkowanych przyjaciół. Jednak fakt pozostaje faktem. Ktoś tę dziewczynkę tam przyprowadził i nie zrobił tego po to, by te zwierzęta mogły zaczerpnąć intelektualnej inspiracji z jej obecności. Ja nie mam pojęcia, jak wyglądają przyjęcia w Hollywood i co trzeba zrobić, żeby się na nich znaleźć. Ale tyle, to się mogę domyśleć, że tam nie wchodzi się ot tak sobie. A jeśli na tych przyjęciach pojawiają się alkohol, narkotyki, czy małe dzieci, to nie na zasadzie magicznej sztuczki, tylko dlatego, że ktoś złożył odpowiednie zamówienie.
Może i jestem naiwny i głupi, ale nie na tyle z pewnością, by uwierzyć w te wszystkie bzdury, próbujące zracjonalizować ówczesne pojawienie się tego dziecka obok Romana Polańskiego. Widzę dziś tę dziewczynkę, już trzydzieści lat starszą, typową spasioną Amerykankę, która, Bóg jeden wie, co zyskała na tym, że kiedy zaczynała swoje życie, znalazła się wśród tych wilków. Z całą pewnością, ani Polański, ani jego kumpel Jack Nicholson, ani nikt inny z tego chorego towarzystwa, nie załatwił jej aktorskiej kariery. Domyślam się, że za ten jednorazowy gest, dostała jakieś ciężkie pieniądze, dzięki którym ona i jej opiekunowie przeżyli swoje dotychczasowe życie. To mnie jednak bardzo mało obchodzi. Czym się dziś zadręczam, to wspomnianym na samym początku tego tekstu załamaniem i – obawiam się – ostatecznym krachem tego co znaliśmy pod pojęciem nowoczesnej chrześcijańskiej cywilizacji. A co z tak przerażającą wyrazistości obserwuję w wypowiedziach najprzeróżniejszych obłąkańców, którzy apelują o objęcie tego odrażającego czynu amnestią, by nie powiedzieć – zrozumieniem.
Bo – nie oszukujmy się – to są zapowiedziane znaki. Matka, otoczona przez tabuny najbardziej czarnych doradców, wyciągająca serię odszkodowań od najprzeróżniejszych instytucji za to, że zmuszono ją do urodzenia dziecka. Dziecka, które żyje, chodzi do szkoły, ogląda otaczający je świat i pewnie marzy o tym, że kiedyś stanie się coś, co będzie dobre i piękne. Sędzia niezawisłego sądu, z bezwzględną surowością potępiająca tych, którzy pokazali zło palcem. Ekskluzywne prostytutki zostające prezesami państwowych firm. Zaczadzeni ludzie, z wykrzywionymi złością twarzami, wołającymi o śmierć. I wreszcie „płonący jastrzębim tryumfem” świat. Drżący z emocji na widok nadchodzącego końca.
Panie, zmiłuj się nad nami!

niedziela, 27 września 2009

Wiatr ze Wschodu

Wiem oczywiście, że mogę sobie zapewniać wszystkich o swojej niewinności do końca świata, a i tak fakty będą świadczyć przeciwko mnie. Więc wiem też, że najpierw zostanę oskarżony o obsesyjną niechęć do kobiet, następnie o nienawiść do kobiet pokrzywdzonych przez los, by w końcu wylądować na śmietniku historii tego pięknego portalu, jako kolejne wcielenie Adolfa Hitlera, albo któregoś z jego kompanów. Już dziś, na ułamek chwili pojawił się tu wpis, w którym zostałem ustawiony obok największych niemieckich zbrodniarzy i komentarz sugerujący mi rodzinne powiązania z „ukraińskimi rezunami”, ale – ponieważ wpadliśmy właśnie w fazę miłości i wybaczenia – oba teksty zostały natychmiast przez Administrację usunięte i zesłane w niebyt.
Fakt pozostaje faktem. Od kilku ostatnich wpisów dokuczam kobietom. Najpierw wziąłem się za piosenkarkę Sinead O’Connor, później za ofiarę swojego macierzyństwa, Alicję Tysiąc, a dziś, jakby tego wszystkiego było mało, siadam do tej klawiatury i zabieram się za nie byle kogo, bo za gwiazdkę, za byznysłoman, za symbol i ikonę naszego najbardziej skutecznego feminizmu i wszystkiego co w naszej Polsce najpiękniejsze i najbardziej prawdziwe, czyli za niejaką Weronikę cośtam Pazurę. Mało tego, właśnie szykuję się, by dokonać brutalnego zamachu na coś znacznie większego, niż symbol naszej przynależności do Nowego Wspaniałego Świata, ale – w wymiarze pewnie czysto lokalnym – na przyjazne stosunki Polsko-Ukraińskie. No ale co robić? Natury się nie pokona. Człowiek zły pozostanie zły, choćby kupił sobie plazmowy telewizor o ekranie 52 cale i oglądał wyłącznie, albo pogawędki Jolanty Kwaśniewskiej w TVN Style, albo Taniec z Gwiazdami w TVN TVN.
Czemu postanowiłem się przyczepić do tej Pazury? Jak to zwykle się dzieje w wypadku tekstów na tym blogu, powodów jest kilka, a – co może najważniejsze – one znacznie wyrastają ponad pozory. Sprawa polega na tym, że mnie Weronika cośtam Pazura kompletnie nie obchodzi. Ja do niedawna nie miałem o jej istnieniu zielonego pojęcia i jeśli dziś się dowiaduje o pozycji, jaką ona od lat zajmuje w świecie polskiej rozrywki, polskich mediów i polskiego biznesu i o tym, jak ona do tej pozycji doszła, to uważam, że tu żartów nie ma i że to jest najlepszy moment, by zjawisko, które prawdopodobnie w przyszłości będzie określane nazwiskiem tej damy, należycie opisać. Bo, jeśli wspomniałem o pozorach, to własnie mam na mysli to złudzenie, że tu może chodzić o jakąś tam Weronikę.
Weronika. Swoją drogą, jakież to piękne imię! Nie mogę się tu powstrzymać przed tą dygresją, bo kiedy myślę o tym, co spotkało panią Pazurę, widzę, jak strasznie się świat, na temat którego chciałem dziś kontynuować moją smutną refleksję, posunął od czasów, gdy K.C. Norwid pisał:
„I o to święte proszę, które noszą
Grzebień z promieni, i łzę mają w oku,
I z Weroniką od łkań się zanoszą
Na purpurowym obłoku - -”
No ale dość już tych inteligenckich dąsów. Bierzmy się za zło w najnowszym wydaniu. Dziś czytam najświeższą informację dotyczącą Weroniki cośtam Pazury, że oto mianowicie zostanie ona zwolniona z aresztu, jeśli ktoś za nią zapłaci 60 tysięcy złotych, czy 600 tych tysięcy, obojętne – z mojego punktu widzenia to i tak jest dokładnie wszystko jedno – a ja uważnie studiuję wszystkie informacje dotyczące tej Weroniki, a raczej post-post-post Weroniki (Norwid!) i wygląda mi na to, że już pod tym aresztem stoi kilku umyślnych z walizeczkami pełnymi gotówki, najpewniej wyglądających mniej więcej tak jak te chłopki z paskami na oczach (zdjęcie http://e3.pudelek.pl/p312/f01be8e8000043904aba3e02 dzięki uprzejmości nieocenionego portalu pudelek.pl

Być może ktoś słabo zorientowany zapyta, co to za towarzystwo. Wedle informacji podanych przez wspomniany portal, ta panienka to pani prezes Pazura, a ci obok, to nie wiadomo – albo klienci, albo dyrekcja. A to białe w środku to majtki.
Jak mówię, wszyscy ci, którzy już się zaczynają oblizywać, żądni mojej krwi, mogą na razie zająć się czymś o wiele ciekawszym, bo tematem tego wpisu pani Pazura jest tylko pozornie. Oczywiście, ona istnieje, jej historia jest jak najbardziej prawdziwa, a jeśli nawet ktoś w to nie wierzy, to w celu zapoznania się z faktami może choćby przeczytać sobie tekst w Rzepie http://www.rp.pl/artykul/368876_Wzloty_i_upadki_Weroniki_M_P_.html, w którym wszystko dokładnie jest podane, skąd się Weronika cośtam Pazura wzięła, jak się wspinała po kolejnych szczeblach kariery, jak trafiła tam gdzie jeszcze niedawno, zanim się za nią nie wzięło CBA, przebywała, no a przede wszystkim, cóż ona mogła robić w towarzystwie tych – nie bójmy się tego słowa – goodfellas.
To, jeśli idzie o fakty. Natomiast ja mam kilka materiałów przedstawiających już bardziej emocjonalną i ludzką stronę całego zagadnienia. Weźmy, dla przykładu, wywiad http://www.sukcesmagazyn.pl/art.php?action=view&catID=3&artID=249 , jakiego o sobie i swoim pełnym niezwykłych przypadków życiu, prezes Pazura, jeszcze nie tak dawno, opowiedziała magazynowi zatytułowanym – nomen omen – Sukces. Nie będę tu omawiał ani tych faktów, które podaje Rzepa,ani, tym bardziej, zawartości tego materiału promocyjnego, wykupionego w redakcji magazynu Sukces przez ludzi pani prezes Pazury, a zatytułowanego przez redakcję dowcipnie „wywiad”. Kto chce, niech sam sobie poczyta, a ja tymczasem przejdę do tego tekstu części końcowej i już zupełnie serio. Bo i sprawa akurat jest wyłącznie serio.
Przez wiele lat, szczególnie mam tu na uwadze lata ostatnie, byliśmy przyzwyczajani do opinii takiej mianowicie, że my, tu w Polsce, co by o nas nie mówić, jesteśmy już w strefie wpływów zachodnich. Słuchaliśmy informacji o tym, jak wygląda oficjalna i nieoficjalna sfera życia publicznego w Rosji, na Ukrainie, gdzieś na jakimś Zakaukaziu, oglądaliśmy te reportaże i czytaliśmy relacje z życia oligarchów, ludzi biznesu, mediów i polityki, tego całego półświatka, który stanowi ich naturalne środowisko. Czytaliśmy te nieprawdopodobne historie o dziewczynach, które w każdej rosyjskiej wiosce biorą udział w nieustannie organizowanych konkursach piękności, żyjących tą jedną nadzieją, że jeśli tylko im się uda zdobyć jedno z pierwszych miejsc, to może wyjadą do Moskwy i tam zostaną przygarnięte przez któregoś z mocnych ludzi, czy to mafii, czy organizacji przymafijnych. Przyjmowaliśmy te opowieści z zaciekawieniem i z jednoczesnym poczuciem wyższości, bo to jednak już nie my. Jednocześnie, ale to już bardzo nieoficjalnie, bardziej może w formie plotek, dochodziły do nas najróżniejsze informacje o tym, że to co się dzieje na najwyższych szczeblach politycznej, rozrywkowej, czy biznesowej drabiny u nas w Polsce mogłoby, gdybyśmy tylko poznali całą o tym prawdę, zwyczajnie nas zwalić z nóg. Informacje o tym, kto z kim, za co, gdzie i kiedy i jak. I oczywiście, część z nas, szczególnie ci, którzy zawsze lubią świeże historie byleby były maksymalnie ostro przyprawione, była zawsze skłonna w to wierzyć. Inni, z kolei, między innymi i ja, zachowywaliśmy równą rezerwę. I teraz dowiadujemy się wszyscy, że jedna z najbardziej popularnych gwiazd polskiej rozrywki, a jednocześnie jedna z najbardziej wpływowych osób biznesu, zaczynała swoją karierę od pracy jako emigrantka z Ukrainy, tancerka w klubach erotycznych, prostytutka, a następnie osoba do towarzystwa dla ewidentnych gangsterów. I dowiadujemy się dalej, że prowadząc ten rodzaj działalności, skończyła studia prawnicze, trafiła w sam środek polskiej śmietanki towarzyskiej, by ostatecznie skończyć jako wpływa kobieta biznesu i gwiazda mediów, szykująca swój autorski program dla największej prywatnej stacji telewizyjnej, i ostatecznie aresztowana przez CBA.
I proszę mi teraz powiedzieć, dlaczego ja mam sobie myśleć, że ona to taki niezwykły, jednorazowy przypadek Nikodema Dyzmy, zdarzający się tylko w taniej literaturze i raz na pół wieku w życiu? Dlaczego ja mam sądzić, że ta cała reszta ludzi estrady, polityki, dziennikarstwa, mediów, których elokwencję i szyk codziennie oglądamy w telewizji i których styl i urodę podziwiamy na okładkach kolorowych czasopism, to ludzie którzy są dokładnie tak jak ja zszokowani tym co się przydarzyło Weronice P? Otóż ja już w to nie wierzę. Jestem pełen podejrzeń w stosunku do każdego z nich. Nie będę wymieniał nazwisk, ale proszę bardzo, róbcie to sobie do woli, w zaciszu Waszych domów. Przypominajcie sobie wszystkie dowolne twarze i nazwiska ludzi znanych, ludzi sukcesu, ludzi, których inni ludzie sukcesu przyjęli do swojego grona, i którzy dziś wspólnie w ten czy inny sposób kształtują naszą obywatelską i publiczną świadomość.
I nie zapominajcie. Z Rosji do Polski jest w sumie bardzo niedaleko. Rzut kamieniem. Czasem, kiedy tylko się na chwilę przestanie gadać, można usłyszeć ten wiatr.

piątek, 25 września 2009

Nowe technologie



Bardzo nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc – ani wtedy jeszcze, kiedy ona zaczynała swoją karierę, ani teraz – z kilku powodów, a wszystkie bardzo ważne. Pierwszy z nich jest kompletnie irracjonalny. Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że ona faktycznie ma na nazwisko Tysiąc, a przez to jest mi okropnie trudno uwierzyć, że ona istnieje.
Oczywiście, oglądam czasem tę kobietę w tych jej karykaturalnie grubych szkłach, jak ją prowadzą z miejsca na miejsce i każą wykonywać najróżniejsze gesty, słyszę jej głos, jej historię, ale – pewnie właśnie przez to kompletnie komiksowe nazwisko – mam nieustanne poczucie, że ona jest częścią fikcji, wymyślonej na potrzeby pewnych bardzo niedobrych interesów. Że przyjdzie taki dzień, gdy Gazeta Wyborcza, lub TVN, na przykład, ogłoszą, ze to wszystko był tylko taki projekt, który miał coś tam udowodnić, lub choćby tylko sprowokować dyskusję. A Alicja Tysiąc okaże się jakąś dziennikarką, która zgodziła się na parę lat poświęcić dla tego eksperymentu, natomiast my wszyscy jego ofiarami.
Drugi powód jest już nieco inny, choć w pewien sposób z tym pierwszym połączony. Otóż cała historia tej Alicji Tysiąc (no, co za nazwisko; powiedzcie sami – co to za nazwisko!) jest tak absurdalna, tak nie do uwierzenia, tak – znów – komiksowa, że przez te wszystkie lata, zwyczajnie nie byłem w stanie poważnie się skupić nad kolejnymi wydarzeniami, które nam gazety i telewizja relacjonowały. No bo proszę pomyśleć logicznie. Mamy kobietę. Prostą, niewykształconą kobietę, gdzieś z Polski, jak się zdaje bez rodziny, bez męża, która ma bardzo zniszczony wzrok i która nagle zachodzi w ciążę. Z kim? Tego nie wie nikt. Chce usunąć tę ciążę, bo ktoś jej powiedział, że jej słaby wzrok może dostarczyć jej tu pewnego alibi, jednak państwo jej na tę aborcję nie pozwala. Rodzi więc to dziecko – dziewczynkę, ale ponieważ w wyniku porodu, wzrok popsuł się jej jeszcze bardziej, ona żąda odszkodowania za to, że musiała rodzić to dziecko i dziś gorzej widzi. Kolejne lata, to już historia równoległa. Historia dziecka i pieniędzy. Alicja Tysiąc walczy o pieniądze, które jej wynagrodzą to, że musiała urodzić dziecko, a w tym samym czasie jej córka rośnie, rozwija się, jest coraz większa i wreszcie dochodzi do sytuacji, że z jednej strony jest to żywe dziecko, a z drugiej strony za to życie odszkodowanie. Powstaje cały system, wręcz organizacja, której jedynym celem i jedynym sensem działania jest wyciąganie od państwa pieniędzy, które będą odszkodowaniem za to, że Alicja Tysiąc urodziła dziecko.
I widzimy tę Alicję Tysiąc po latach. Jest zadbana, ma elegancko zrobione włosy, elegancko ubrana, i jedyne co ją przypomina z tamtych lat to te potwornie grube szkła i ta twarz osoby nie rozumiejącej ani kim jest, gdzie jest i po co jest. A wokół niej tłum polityków, dziennikarzy, adwokatów i, z jednej strony, nieustanny entuzjazm, a z drugiej – przerażenie. I wciąż te pieniądze. Dziesiątki tysięcy pieniędzy za to, że musiała urodzić swoje dziecko, a przy okazji – oczywiście – i za to, że tak chętnie zgadza się pisać kolejne odcinki tego komiksu właśnie. Bo z całą pewnością nie telewizyjnego serialu. Powstaje więc coś na kształt jakiegoś upiornego projektu, który od początku do końca jest czystym wymysłem, a jednocześnie – przez swoją kompleksowość i profesjonalizm wykonania – każe nam wierzyć, że to wszystko autentycznie dzieje się tuż obok nas.
Więc to byłby kolejny powód, dla którego nie chciałem pisać o Alicji Tysiąc. Przekonanie, że ta cała historia nie może być prawdziwa i jednoczesny strach, że co, jeśli okaże się, że się jednak mylę. I że to się faktycznie dzieje. Jest też trzeci powód mojej niechęci do zajmowania się sprawą kobiety – istniejącej, czy wymyślonej – która urodziła dziewczynkę, wychowała ją, dziewczynkę z którą najprawdopodobniej mieszka, widzi codziennie, daje jej jeść i prowadzi do lekarza, gdy ona zachoruje, sprawdza jej zeszyty, gdy ona wraca ze szkoły, a jednocześnie, gdyby ktoś się tej dziewczynki spytał, z czego mamusia żyje, to ona – gdyby tylko umiała ładnie wyrażać swoje myśli – nie miałaby innej możliwości, jak odpowiedzieć, że „z kolejnych odszkodowań za to że się urodziłam i żyję” i ze stałej pensji za to, że „obie zgodziłyśmy się sprzedać światu nasze wspólne życie”. Prowadząc ten blog, staram się zawsze dbać o to, by nie popadać w trywializm i nie zasypywać jego czytelników refleksjami zbyt prostymi i oczywistymi. A cóż mądrego można powiedzieć na temat czegoś tak upiornie jednoznacznego? Mam powtarzać za politykami prawicowymi to samo wciąż pytanie: „Jak można?” Po co?
A jednak zdecydowałem się dziś napisać ten tekst. Dlaczego? Otóż wczoraj, z jakiegoś powodu, nagle pomyślałem sobie, że Alicja Tysiąc nie jest postacią fikcyjną. Że najprawdopodobniej to jej nazwisko też jest prawdziwe, ta dziewczynka jest prawdziwa i cała ta historia jest też prawdziwa. Te pieniądze są prawdziwe, ta sędzia, to pełne podniecenia serce Moniki Olejnik, gdy wypowiada słowo ‘aborcja’. To wszystko się dzieje. Nie wiem, dlaczego tak sobie pomyślałem, ale przespałem się z tym swoim podejrzeniem i, kiedy się rano zbudziłem, wciąż czuję, że to nie jest żaden eksperyment. To właśnie nadeszły dawno zapowiadane czasy. I uznałem, że o tym warto dziś powiedzieć.
Historia Alicji Tysiąc to znak czasów i jednocześnie znak ich końca. To wszystko się wreszcie stało i – jak się zdaje – powinniśmy to wszyscy przyjąć do wiadomości i naprawdę zacząć się przygotowywać. Nie umiem sobie wyobrazić, co może się stać w dalszej kolejności, ale wiem, że to może być coś bardzo poruszającego. Jestem gotów i czekam.

czwartek, 24 września 2009

A więc wojna!

Niedługo będziemy mieli ciekawą rocznicę. Wprawdzie nie okrągłą, bo zaledwie siedemnastą, ale jednak rocznicę. 3 października 1992 roku, irlandzka piosenkarka Sinead O’Connor, wystąpiła w słynnym telewizyjnym programie amerykańskiej telewizji Saturday Night Live. Jako pierwszą, wykonała piosenkę Am I Not Your Girl? ze swojego najnowszego albumu. Artystce towarzyszył zespół. Drugi utwór, War Boba Marley’a Sinead wykonała a capella. Ubrana na biało, z ogoloną głową, otoczona świeczkami, w pełnym zbliżeniu kamer, zaśpiewała tę pieśń (inna sprawa, że absolutnie zjawiskowo!) i kończąc, ni stąd ni z owąd wyciągnęła zdjęcie Jana Pawła II, demonstracyjnie je potargała na strzępy i wrzasnęła: „Walczmy z prawdziwym wrogiem!” Stacja natychmiast przełączyła się na reklamy i rozpoczęła się awantura. W efekcie zdarzenia, na NBC została nałożona kara 2,5 mln dolarów, natomiast na samą O’Connor posypały się gromy. Podobno sam Frank Sinatra oświadczył, że „ma ochotę dać piosenkarce w pysk”, natomiast kolejny gość Saturday Night Live, aktor Joe Pesci wyraził żal, że nie zaproszono go tydzień wcześniej, bo osobiście, „chętnie kopnąłby Sinead w dupę”.
Sinead O’Connor wróciła do Stanów krótko później, by 16 października wziąć udział w koncercie na część Boba Dylana. Koncert odbywał się w nowojorskiej Madison Square Garden i był transmitowany przez telewizję na cały świat. Pomysł zdarzenia wyglądał tak, że na scenę wychodzili kolejni artyści i śpiewali po jednej piosence Dylana. W pewnym momencie, pojawiła się Sinead O’Connor. I teraz opowiem, jak to wszystko wyglądało sekunda po sekundzie. Wchodzi Sinead, i, z uśmiechem, przy wiwatującym tłumie, przypina się do aparatury nasłuchowej. Następnie staje przed mikrofonem i z uśmiechem rzuca w stronę wciąż wiwatującej publiczności uśmiechnięte „Thank you”. Jednak już po chwili jej twarz się zmienia, ponieważ czuje, że te wrzaski i wiwaty trwają już trochę za długo. Po kolejnej chwili, już wie. To nie są wiwaty. To jest wrzask, który się nie skończy, dopóki ona sobie nie pójdzie do diabła. Stoi więc ta O’Connor, kompletnie nieruchomo, niemal na baczność, patrzy z absolutnym spokojem w stronę publiczności i nie wiadomo, czy na coś jeszcze czeka, czy po prostu nie ma pojęcia, co dalej rozbić. A te – nie wiem, ile tam się mieści osób – tysiące ludzi nie dają jej zacząć. W pewnym momencie podchodzi do niej Kris Kristofferson, obejmuje ją i szepce do ucha: „Don’t let the bastards get you down”. Ona stoi wciąż kompletnie nieruchomo, wreszcie krzyczy „Dajcie głośniej!”, gwałtownym gestem wyjmuje z uszu słuchawki i zaczyna wrzeszczeć, starając się przekrzyczeć publiczność, raz jeszcze, słowa piosenki Marleya. Kończy, znów przychodzi Kristofferson i wyprowadza ją ze sceny. Tym razem nie widać jej twarzy, ale można odnieść wrażenie, że ona ledwo idzie i lada chwila zemdleje. Po tym występie, Sinead O’Connor na długie lata zawiesiła swoją muzyczną karierę.
Oglądałem film z tego koncertu wczoraj, ponownie po latach. Najmłodsza Toyahówna zasłaniała oczy, a reszta moich dzieci (oni tego wcześniej nie widzieli) kręciła głowami i mówiła, że „biedna O’Connor”. Ale one są porządnymi dziećmi. To nie są takie jak ja ‘inglourious basterds’. To są dzieci pełne współczucia i dobroci. A ja? Co ja? Normalnie. Jeśli jej współczułem, to naprawdę niezauważalnie. Poza tym, miałem wciąż tę samą, starą satysfakcję, którą czułem wtedy, kiedy oglądałem ten koncert w telewizji, wiele lat temu. Satysfakcję z tego, że oto Pan Bóg, nie dość że zawsze sprawiedliwy, to akurat czasem jednak cudownie rychliwy. Ale też i z tego, że czasem działa nie tylko Pan Bóg, ale i system i ludzie żyjący wewnątrz tego systemu. I nie tylko ci, którzy kazali NBC zapłacić za ten wybryk, i nie tylko Frank Sinatra i nie tylko Joe Pesci, ale tysiące zwykłych ludzi, którzy przyszli tamtego wieczora na koncert w Madison Square.
I zastanawialiśmy się wczoraj, jak to się stało, że w jednym momencie tyle ludzi zachowało się tak jednoznacznie. Czy oni się wcześniej jakoś umówili, czy może to był zwykły, chwilowy odruch wściekłości i oburzenia na zło i głupotę? Jak oni to zrobili i co sobie wówczas myśleli? Jak bardzo musieli być zdeterminowani, że wytrzymali to napięcie do samego końca. A przecież wiemy, że to musiało być trudne. I wreszcie, czemu nie umiemy sobie na takie gesty pozwolić my?
Nie jest bowiem tak, że nie mamy ku temu okazji. Każdy dzień przynosi nam ich dziesiątki. Okazji i powodów, by stanąć w jednej mocnej grupie i pokazać im. Żeby wiedzieli i żeby zapamiętali, że nie jest tak, że wolno wszystko. I wcale mi to nie chodzi ani o tych komediantów z TVN-u, których nazwisk już nawet nie chce mi się wymieniać, a którzy naprawdę zatracili już wszelkie poczucie tego co można, a czego nie można. Ani tym bardziej o jakichś tandetnych artystów, którzy uważają, że już tak wysoko zaszli, że nawet nie muszą się troszczyć o tych, którzy za ostatnie pieniądze kupują ich płyty i bilety na ich koncerty. Nie mam tu nawet na mysli tej sędzi, której bezczelną w tej zapyziałej tępocie twarz zmuszeni byliśmy wczoraj, we wszystkich możliwych telewizjach, oglądać dużo za dużo. Chodzi mi o takie najbardziej szerokie poczucie gniewu wobec panoszącego się zła. O to co Amerykanie określają terminem moral outrage, a co tam realizuje się różnie. Czasem – niestety – w postaci tych desperatów strzelających w łeb najbardziej podłym aborcjonistom, a czasem w postaci zwykłych fanów muzyki, pokazujących popowym gwiazdkom, gdzie ich miejsce.
Chodzi mi o to, by, zachowując na co dzień tę łagodność, jaką wczoraj zademonstrowała moja najmłodsza córka, zasłaniając oczy na widok tego porażającego upadku panny O’Connor, przynajmniej od czasu do czasu umieć powiedzieć ‘nie’ temu wszystkiemu, czego naprawdę nie da się tolerować. I nie wiem zupełnie, czemu tak u nas o to trudno. Niemal tak samo trudno, jak o kogoś takiego, jak wspomniany tu niedawno Kevin Skinner. Człowiek przecież nawet nie jakoś nieziemsko zdolny, ale po prostu naturalny i silny i z głową wiecznie podniesioną wysoko. Popatrzmy. Na nich wszystkich.

środa, 23 września 2009

Tarantino

Podczas z jednych dyskusji, która miałem zaszczyt obserwować na moim blogu, któryś z komentatorów poprosił mnie o ekspertyzę na temat najnowszego filmu Tarantino ‘Inglourious Basterds’. Do dziś nie wiem, o co tak naprawdę chodziło. Jestem już od pewnego czasu przyzwyczajony do tego, że tu się często ze mną rozmawia na okrągło, zamiast walić prosto między oczy. Jeśli ktoś chce mi powiedziec, że jestem idiotą, to nie powie mi tego, jak normalnemu, średnio inteligentnemu wieśniakowi,. Ale zacznie odwoływać się do literatury, czy jakichś anegdot, które ani mi nic nie mówią, ani do mnie, siłą rzeczy, nie docierają. Więc nie wiem, o co chodziło z tym filmem. Ale, niewykluczone też, że jestem przewrażliwiony i sprawa była czysta jak złoto. Ktoś chciał po prostu wiedzieć, co sądzę o nowym filmie Tarantino. Więc, właściwie, powinienem być zadowolony, prawda?
Byłem na tym filmie z żoną w minioną sobotę i – powiem szczerze – że już wcześniej chodziła mi po głowie myśl, żeby coś szczególnego na ten temat napisać. I wcale nie dlatego, że ten film mną aż tak poruszył, że uznałem, że należy mu się z mojej strony recenzja. Ja mam do Tarantino najszczersze uznanie, ale zdecydowanie bardziej od niego wolę choćby braci Coen, czy Shyamalana, o którym tu już kiedyś pisałem. Więc nie chodzi o to, że uznałem tych Bękartów wojny (co za debilny przekład!) za film wybitny, ale o to, że po obejrzeniu go, po raz nie wiem już który, doszedłem do wniosku, że filmowi krytycy, to banda niekompetentnych bubków. I wcale nie mam na myśli tylko polskich recenzentów. Oni zresztą i tak nie są w żaden sposób samodzielni, lecz zwyczajnie powielają opinie, które przeczytali w zagranicznych branżowych magazynach. Pamiętam na przykład, jak kiedyś przed laty, jednym z naszych poważniejszych speców od filmu był nie kto inny, jak Bartosz Węglarczyk (sic!). Wówczas jeszcze Bartek.
Uważam, że problem z Tarantino krytycy mają już od dłuższego czasu. Oni jeszcze jakoś znieśli Wściekłe psy i Pulp Fiction, lekko zgłupieli przy Jackie Brown, natomiast wszystko co już nastąpiło później, to wyłącznie ciąg nieustannych kompromitacji, wynikających z dwóch wyłącznie rzeczy. Przede wszystkim z tchórzostwa, a poza tym z czegoś co osobiście lubię nazywać mamtowdupizmem. O co chodzi z tym tchórzostwem? To akurat jest sprawa prosta. Każdy z tych niedzielnych redaktorów prędzej strzeli sobie w łeb, niż zaryzykuje opinię, co do której nie ma pewności, że zostanie dobrze przyjęta przez jego kolegów. W przypadku filmów Tarantino, wygląda to tak, że każdy z nich oczywiście wie, że Tarantino to już w tej chwili klasyk i nie wolno absolutnie napisać, że on nakręcił film do bani. Jednak, z drugiej strony, oni nie są absolutnie w stanie – ze względu na swoje intelektualne ograniczenia – ani pojąć sensu tych filmów, ani choćby spojrzeć na nie czystym, amatorskim okiem kogoś, kto po prostu kocha kino. W związku z tym, piszą jakieś dyrdymały o tym, że owszem, to oczywiście jest Tarantino, a jak wiemy, Tarantino to nie byle kto, i że, jak to zwykle u Tarantino jest dużo krwi i tzw. jaj, ale że… i tu następuję długo wyczekiwana ulga… wciąż nie ma to jak Pulp Fiction. Ostatnio nawet, oni doszli do tego, żeby sugerować, że Tarantino to wariat. Myśl, że wariat dokładnie taki sam jak Bill Gates, na razie jeszcze jest przed nimi.
Co więc zatem z tym mamtowdupizmem? To już jest sprawa o tyle skomplikowana, że na jej początku jest mnóstwo najróżniejszych przyczyn. Trochę przypadek, jaki spowodował, że ci eksperci znaleźli się tam, gdzie się znaleźli. Trochę ich naturalny brak zainteresowania czymkolwiek, co wykracza poza nalepkę na butelce. Trochę zwykłym lenistwem. Oni w gruncie rzeczy nie interesują się tymi filmami. Podejrzewam, że nawet ich nie oglądają, jeśli to oglądanie nie wiąże się z jakąś towarzyską imprezą, gdzie się można za darmo nażreć, napić i, przede wszystkim, pokazać. Efekt jednak jest podobny do tego, co wyżej. Żaden z nich nie jest w stanie napisać na temat recenzowanego filmu jednego sensownego słowa. Mimo że już od dawna doskonale wiem, że to co czytam na temat filmu, który ma wejść na nasze ekrany i na który mam zamiar pójść, nie ma najmniejszego znaczenia i że jeśli te informacje w jakikolwiek sposób mogą mnie do niego przygotować, to wyłącznie negatywnie, niestety znów się dałem podejść, i idąc na tych nieszczęsnych Bękartów, miałem w głowie pewien obraz, który później, przez 90 procent trwania spektaklu, musiałem wyłącznie odkręcać. Dziś wiem, że muszę pójść na ten film raz jeszcze, bo to co mnie spotkało w minioną sobotę, to było coś, co można porównać do emocji, jakie człowiek odczuwa, gdy znajomi każą nam iść na komedię, a później okazuje się, że tam nie ma żadnej komedii, ale – wręcz przeciwnie – czysta rozpacz, a myśmy przez pół filmu siedzieli i gapili się w ekran jak dwoje zagubionych w mieście wieśniaków.
Z Inglourious Basterds Tarantino, sytuacja jest taka, że, według wszelkich zapowiedzi, ma to być typowo tarantinowska opowieść o oddziale zdesperowanych, fantastycznie przygotowanych Żydów, którzy zostają desantowani w Europie z jednym zadaniem. Z najwyższym okrucieństwem mordować Niemców. I cóż się więc dzieje? Niewinny widz siada w fotelu i pierwsze co widzi, to długą, niezwykle mocną sekwencje o tym, jak na spokojną farmę przyjeżdża oddział SS i wymusza na miejscowym rolniku wydanie ukrywanych przez niego Żydów. Ów fragment – nie wiem, może dwudziestominutowy, może półgodzinny – mógłby być osobnym filmowym arcydziełem, zasługującym na oczywistego Oscara, jako krótka forma filmowa. Tam nie ma żartów, przemoc jest ukryta wyłącznie w domyśle i jedyne z czym mamy do czynienia, to filmowe piękno i czysty ludzki niepokój, przechodzący pod koniec w strach i zimną rozpacz. Oczywiście, że to jest Tarantino. Ale wyłącznie w tym sensie, że jest zaledwie parę reżyserów, którzy potrafiliby nakręcić coś równie wybitnego i przejmującego. ‘Zielona’ sekwencja się kończy, i nagle, od tego momentu zaczyna się coś, co można nazwać wyłącznie kompletnym idiotyzmem. Zupełnie tak, jakby Tarantino chciał nam powiedzieć, coś mniej więcej takiego: „Skoro już wiecie, że ja umiem robić filmy, to teraz popatrzcie, jaki ze mnie kozak”.
Nie będę opisywał szczegółów, bo z mojej strony byłoby to przestępstwem. Jedyne co mam teraz do dodania, to wiadomość dla tych, którzy jeszcze filmu nie widzieli, a obejrzeć go planują. Film Tarantino, to nie jest ani film o wojnie, ani tym bardziej o grupie fantastycznych żydowskich bojowników, lecz trochę komedia, a trochę farsa PRZEDE WSZYSTKIM O KINIE, ukazana trochę na tle grupy kompletnych, całkowicie nieudacznych, choć wesołych, idiotów, których jedyną zauważalną cechą jest to, że zabijają z bardzo zabawnym okrucieństwem. Niezrozumienie najnowszego dzieła Tarantino posunęło się do tego stopnia, że niektórzy nawet byli gotowi zapłonąć świętym oburzeniem, że on na starość wyczuł lepsze pieniądze i postanowił troszkę pograć typowym filosemityzmem. Ale i tu mogę uspokoić też naszych domorosłych patriotów. Żydzi nie mają najmniejszego powodu, żeby czuć satysfakcję z tego, jak ich sportretował Tarantino. Ja przynajmniej, na ich miejscu, raczej bym się wściekł.
I dalej już sza! Ani słowa. Bo nie chcę psuć zabawy. A zabawa jest na tysiąc fajerek. To trzeba obejrzeć. Od czasu Pulp Fiction, Tarantino nie zrobił nic równie wspaniałego. I jeszcze raz wrócę do moich wcześniejszych refleksji. Jeśli ktoś chce iść do kina, żeby popatrzeć na Brada Pitta, to niech machnie ręką. Jego tam prawie nie ma. A jeśli ktoś nie lubi sytuacji, kiedy się robi tak głupio, że aż nie wiadomo, czy to jest rzeczywiście tylko głupie, czy może coś się za tym jeszcze kryje, niech przyjdzie tak by się nie spóźnić na sam początek i wyjdzie z kina w momencie jak ten skurwysyn krzyczy „Au revoir, Shoshanna!” I wtedy z całą pewnością będzie mógł powiedzieć, że właśnie obejrzał najlepszy film w życiu.

wtorek, 22 września 2009

O pożytkach z czerwonego karku

Już niemal pod sam koniec dyskusji pod poprzednim wpisem na tym blogu, w odpowiedzi na komentarz Giza z Trójmiasta, posłałem mu link z występem pewnego amatorskiego artysty ze Stanów Zjednoczonych dla programu America’s Got Talent. Dziś wklejam ten link ponownie i od razu mam pewną prośbę, a jednocześnie radę. Zanim zechcecie Państwo czytać ten wpis dalej, proszę jednak zapoznać się z tym, co znajduje się za tym linkiem. Tak będzie zdecydowanie lepiej. To tylko parę minut.
Jestem przekonany, że większość z tych, którzy właśnie skończyli oglądać ten kawałeczek jest wzruszona dokładnie tak samo, jak wzruszony byłem ja, a wczoraj – najprawdopodobniej także – mój kolega giz 3miasto. Ów Kevin Skinner poraża każdym swoim gestem, każdym swoim słowem i – wreszcie – każdym skrawkiem swojego talentu. On poraża choćby i nawet swoją obecnością. Tym że w ogóle jest. Że razem z nami zamieszkuję ten świat. Nie mam oczywiście wątpliwości, że można bez większego wysiłku znaleźć ludzi, którzy na to zjawisko (przecież nie tylko artystyczne) pozostaną obojętni. Mogą to być dzieci, które nie widzą świata poza Nirvaną czy Pearl Jam. Mogą to być oczywiście miłośnicy muzyki spod znaku hip-hopu, dla których cała reszta to nudy na pudy. Mogą to być wreszcie ci, którzy w ogóle nie lubią się wzruszać. Niemniej, jestem przekonany, że skoro już mamy wybrać coś w miarę uniwersalnego, to on – ten Kevin Skinner – nadaje się tu znakomicie.
Kiedy słuchałem tego występu (i jednocześnie wszystkiego tego, co mu towarzyszyło), pomyślałem sobie, że oczywiście ten człowiek jest jakoś tam wybitny i utalentowany, ale to co mnie naprawdę poruszyło, to coś zupełnie innego. Chodzi mi o to, że on, obok tego swojego geniuszu, ma jeszcze coś, co akurat mogłoby bardzo łatwo go znieść na kompletne peryferie nie tylko sławy, ale choćby ludzkiego uznania. Kevin Skinner mianowicie jest najczystszej krwi wieśniakiem, czyli tak zwanym wiejskim bucem. My się, oczywiście, w większości zachwycamy, dzielimy wrażeniami typu, jakież to ciekawe, że ktoś taki… i tak dalej. Ale zastanówmy się, czy jest taka możliwość, żeby zarówno ci z nas, tak dzisiaj poruszeni, jak i większość ludzi siedzących na tej publiczności, nagle, słuchając tego człowieka, jego gadki, jego piosenki, jego śpiewu, i patrząc na jego twarz i cały ten jego wizerunek, czuli wyłącznie zażenowanie?
Moim zdaniem jest to całkowicie prawdopodobne. Ja sobie jestem w stanie znakomicie wyobrazić, że na scenę wychodzi ten artysta i pierwsze co widzi, to ironiczne uśmiechy trzech jurorów. Zaczyna gadać, a i Sharon Osbourne i tych dwóch frajerów patrzą na niego z politowaniem i szepcą coś do siebie. Człowiek śpiewa, a oni rozglądają się dookoła i wyglądają jakby za chwilę mieli parsknąć śmiechem. Wreszcie, kiedy on kończy, ten gość po prawej mówi: „Dziękujemy ci, Kevin. Fajną masz czapkę. Pozdrów od nas kurczaki”, na przykład. I wtedy, nie mam najmniejszych wątpliwości, ten film, jeśli w ogóle znalazłby się w Internecie, to wyłącznie jako żart na zasadzie ‘Ameryka ma swojego Kononowicza’. Nie wzruszalibyśmy się słuchając, jak ten rolnik z Kentucky śpiewa, ani nawet jak płacze, tylko – odpowiednio już przygotowani i pouczeni przez głos i gest tych, którzy „przecież wiedzą lepiej” – pokładalibyśmy się ze śmiechu, widząc, jak ten burak, na pytanie, ile kurczaków złapał, mówi, że nie jest dobry z matmy.
Jestem pewien, że tak by właśnie było.
Do czego zmierzam? Oczywiście do kwestii jak najbardziej ogólnych. I, wbrew pozorom, wcale nie planuję tu jeszcze raz wałkować zbiorowego zaczadzenia ostatnim występem Pawła Kukiza. Ta sprawa jest akurat ostatecznie zamknięta. Chodzi mi tym razem o w ogóle manipulację i siłę, z jaką sprawnie użyte kłamstwo jest w stanie zrobić z biednym, bezbronnym człowiekiem dokładnie wszystko. A dziś – zgodnie z naturą tego blogu – mam na myśli politykę. Kilka dni temu, oglądałem w telewizji rozmowę, gdzie z jednej strony siedział… nie pamiętam, może Kamil Durczok, a z drugiej Roman Giertych i Robert Kwiatkowski (ten od telewizji). Kamil Durczok, jak wiemy, jest czołowym – skądinąd, bardzo sprawnym – telewizyjnym dziennikarzem, Roman Giertych, wprawdzie upadłym, ale jednak wciąż znaczącym politykiem i – jak mówią na mieście – zręcznym prawnikiem, natomiast Robert Kwiatkowski… to Robert Kwiatkowski. Robert Mazurek pisze o nim szyderczo ‘Brunatny Robert’, a reszta? Albo w ogóle o jego istnieniu nie ma pojęcia, albo wie, że to jakiś komuch, który ze swoimi ruskimi kumplami robił jakieś przekręty w TVP. Oglądałem więc tę rozmowę i z coraz większym osłupieniem nie mogłem nie zauważyć, jak Robert Kwiatkowski swoją siłą, medialną sprawnością, spokojem i nieprawdopodobną pewnością siebie, Romana Giertycha najzwyczajniej w świecie rozwala. Przychodzi ktoś, o kim wielu porządnych ludzi (w tym ja) nie mówi bez użycia wulgarnych słów, ktoś w gruncie rzeczy – na tle tej całej post-komunistycznej zgrai – bez nazwiska i po prostu przejmuje show.
Ja oczywiście wiem, skąd to się bierze. Przez wszystkie te lata komunistycznej Polski, a – niestety, również – przez kolejne 20 lat tej niby-wolności, to własnie Kwiatkowski z kolegami mieli pełny dostęp do tego, co pozwalało stać się sprawnym, znającym języki obce, wykształconym i towarzysko obytym politykiem, czy menedżerem. To im przysługiwały wszelkie możliwe bonusy, dzięki którym, wtedy gdy Polska wreszcie wybijała się na demokrację, znaczna część opinii publicznej twierdziła, że tak naprawdę, to oni wprawdzie są skurwysynami, ale za to też niewątpliwymi fachowcami. I to własnie dzięki tej reputacji, a przy okazji tym – rzeczywistym przecież – zdolnościom, to oni przejęli faktyczną władzę na wiele, wiele lat.
Pamiętam, jak wszyscyśmy się dziwili, jak to się stało, że Aleksander Kwaśniewski – najczyszej krwi partyjny aparatczyk, i to jeszcze z najbardziej podłymi papierami, potrafił podbić serca tak wielu? I jak to się stało, że oglądamy go jak się rusza, gada, patrzy i mamy przed sobą po prostu cud rosyjskiej nauki? A przecież Kwaśniewski to tylko jeden z wielu. Przecież obok niego jest i Oleksy i Cimoszewicz, a ostatnio nawet Leszek Miller – już niemal angielski lord. A najlepsze w tym wszystkim było to, że wielu z nas, obserwując tych ruskich towarzyszy, przy całym dla nich uznaniu, wierzyło, że oni – owszem – mają coś w sobie, ale prawdziwą klasę i styl reprezentują dopiero takie gwiazdy, jak Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń, Adam Michnik, Andrzej Celiński, czy dziś – Sławomir Nowak i Donald Tusk, czy nawet Lech Wałęsa. Więc, jak to się stało? Odpowiedź dziś jest prosta, jak ten przysłowiowy cep. I jedna opinia i druga, w dużym stopniu wynikała z czystej, zwykłej manipulacji. Oczywiście, tamci zawsze byli sprawniejsi, ale przecież nie na tyle, żeby się nimi aż tak bardzo podniecać. Kwaśniewski był znacznie lepszy od Wałęsy i całej pozostałej kupy bohaterów ówczesnej Solidarności, ale przecież bez przesady. To zawsze był poziom Kwiatkowskiego, Ungera, Czarzastego, Oleksego. Ani mniej ani więcej. Tyle że wszyscy oni byli lepsi od takiego Henryka Wujca.
A co po naszej stronie? Tu, jak już wspomniałem, zawsze panowała głównie taka sama nędza, jak u Bolszewików, ale z całą pewnością było bardziej kolorowo, no a przede wszystkim trafiały się jednostki wybitne. Tyle że co z tego, skoro i tak wszystko było nieustannie przerabiane w tym kotle pełnym kłamstw i manipulacji? Manipulacji na użytek trochę oczywiście samej władzy, ale przede wszystkim skołowanych obywateli.
I tu, już na sam koniec, muszę na chwilkę wrócić do świata rozrywki. Wydaje mi się, że między tym światem, a światem polityki, przy zachowaniu wszelkich proporcji, jest pewne podobieństwo. Otóż i tu i tam równie łatwo jest zrobić karierę i osiągnąć tej kariery szczyty, jak i z tych szczytów zlecieć na tak zwany zbity pysk. A jedno i drugie, najczęściej odbywa się nie w oparciu o faktyczne zasługi, ale jest wynikiem wyłącznie oszustwa, czy jak to się ładnie nazywa - propagandy. Czy mamy artystę choćby w minimalnym stopniu tak utalentowanego, jak ten Kevin Skinner? Pewnie nie. W końcu Amerykanie mają o wiele większą liczbę kandydatów, z których mogą wybierać. A już z całą pewnością, jeśli idzie o nasze osiągnięcia, nie wchodzą tu w grę ci, których nazwiska znamy. Ale czy to co piszę to fakt, czy tylko opinia? Otóż problem jest taki, że to jest wyłącznie opinia. Jestem pewien, że mnóstwo jest osób, którzy powiedzą, że, jak idzie o emocje i siłę przekazu, piosenka Kukiza o pijanych Ruskich jest równie, a może i nawet bardziej, poruszająca.
Czy mamy polityków wybitniejszych od Obamy, lub Billa Clintona? Ja uważam, że pewnie nie, choć wśród przegranych kandydatów – wbrew dość powszechnym opiniom – wcale nie umieszczałbym ani Donalda Tuska, ani Aleksandra Kwaśniewskiego, ani – oczywiście – Tadeusza Mazowieckiego. Ja bym nawet był skłonny powiedzieć, że każdy z nich to taki polityczny odpowiednik Pawła Kukiza. Zarówno jeśli idzie o talent, styl i naturalny czar. Natomiast są bezwzględnie też tacy, których można by było bezpiecznie posadzić naprzeciwko zarówno Obamy, jak i Clintona, a już z całą pewnością naprzeciwko Kwiatkowskiego i go jednym krótkim puknięciem rozwalić. Nie będę wymieniał nazwisk, bo po pierwsze nie o nie tu chodzi, a poza tym poziom manipulacji, z jakim mieliśmy do czynienia przez te wszystkie lata, i wciąż mamy, jest tak wysoki i tak bezlitosny, że w ogóle nie ma o czym gadać.
Po co więc gadam? To już akurat jest zupełnie proste. Gadam po to, by choć niektórzy z tych, którzy czytają ten wpis, pomyśleli sobie, jaką wartością jest prawda, naturalność i samodzielność myślenia. I przekonanie, że sami, bez niczyjej pomocy, jesteśmy w stanie wszystko świetnie ocenić. Wystarczy pamiętać, że wszystko co prawdziwe jest bardzo dobrze widoczne. Zarówno po tej jasnej, jak i dobrej stronie.
A więc zapraszam na ławeczkę.

sobota, 19 września 2009

Kukiz

Dziwna rzecz. Powinno być zupełnie odwrotnie, a tu akurat, w moim przypadku, wszystko stanęło na głowie. Z jakiegoś powodu, pisanie na zamówienie mi służy. Jakiś czas temu, mój dobry kolega FlyingOko zażyczył sobie, bym przestał zanudzać i zaczął pisać o sprawach, nie o ludziach, napisałem specjalnie dla niego tekst o czymś co panoszy się po mojej okolicy, a nazywa się Regionalna Izba Gospodarcza, i natychmiast ojciec Rachmajda wydrukował mi ten tekst w swoich Zeszytach. Wczoraj, mimo że miałem już bardzo sprecyzowane plany co do mojego kolejnego wpisu, a tu znów FlyingOkozgłosił zamówienie, tym razem na tekst o językowej niekompetencji w rejonach jak najbardziej publicznych. Napisałem więc to co napisałem, a tu nagle, komentarze, rozbłysły tak cudowną gadką – tylko w bardzo, bardzo nikłym stopniu związaną z tematem – że pozostało mi jedynie drapać się po głowie i zastanawiać, jak to się stało, ze ten blog potrafił przyciągnąć do siebie tak miłe towarzystwo.
Oczywiście, wrzutki, o których piszę mają swoje wady. Choćby to, że tematy już gotowe, muszą poczekać. Ale to jest drobiazg. Jak trzeba, niech czekają. Szczególnie gdy ich bohaterem jest ktoś, lub coś, co nawet nie do końca zasługuje, by się tu znaleźć. Dziś, mam na głowie piosenkarza Pawła Kukiza. Piszę ‘piosenkarza’, choć nie do końca mam przekonanie, że to jest dobre określenie. Kukiz jest niewątpliwie byłym piosenkarzem, zdaje się, że w pewnym momencie swojej kariery, jak na polskie warunki, dość zdolnym. Jest też aktorem z doskoku, kompletnie nieudanym, no i przede wszystkim tzw. niedzielnym autorytetem. Co mam na myśli, mówiąc o ‘niedzielnych autorytetach’? Chodzi mi i pewną, niewielką grupę, głównie popowych artystów, którzy przez ogólnokrajowe media wykorzystywane są, od czasu do czasu, do załatwiania bieżących spraw, o których przeciętny obywatel ani nie ma pojęcia, ani tego pojęcia mieć nie powinien. Są to tacy ludzie jak Zbigniew Hołdys, Krzysztof Skiba, Kora Jackowska, Liroy, czy właśnie Paweł Kukiz, którzy wprawdzie nie mają pojęcia o niczym, oprócz tego – być może – gdzie można kupić najlepszy towar w mieście, ale za to są wyszczekani i zawsze gotowi do tego, by przyjść do telewizyjnego studia i powiedzieć to co trzeba.
Paweł Kukiz jest oczywiście bardzo typowym przedstawicielem tego środowiska, z jedną jednak różnicą. O ile oni wszyscy są pozbawieni nawet śladu jakichkolwiek innych umiejętności, poza ględzeniem, Kukiz zachował jakąś szczątkową wersję tego, co się nazywa twórczością estradową. A w zawiązku z tym, kiedy on się pokazuje publicznie, to przynajmniej czasami oprócz tego, że gada co mu każą, śpiewa, co uważa za bezpieczne, a może nawet i korzystne. Pamiętamy go wszyscy sprzed lat, kiedy już był tylko byłym muzykiem, ale wciąż dopiero początkującym komentatorem, kiedy zyskał wielką, ogólnonarodową sławę piosenką zaczynająca się od słów „Ksiądz proboszcz już się zbliża”. Były artysta Kukiz, wymyślił sobie swój akt w ten sposób, że, korzystając z melodii kościelnej piosenki eucharystycznej, śpiewanej przez pobożne polskie dzieci podczas ich Pierwszej Komunii, stworzy zupełnie nowy utwór, który wyszydzi Kościół, jako środowisko pijaków i złodziei. Pomysł Kukiza bardzo zgrabnie się wpisał w ówczesną atmosferę bardzo agresywnego antyklerykalizmu i przyniósł mu wielką sławę i zapewne bardzo duże pieniądze.
Piszę dziś o nim bez najmniejszego wstydu i poczucia tracenia czasu, ponieważ właśnie w dniu rocznicy sowieckiej zbrojnej agresji na Polskę, Kukiz powtórzył swój manewr sprzed lat. Nie po raz pierwszy zresztą. Kiedy komunistyczna agentura zaczynała tracić grunt pod nogami i nawet ktoś kompletnie niezorientowany w polityce wiedział, że Miller, Kołodko, Oleksy, Kwaśniewski i cała reszta tej bandy powoli zaczyna odchodzić w niebyt, i kiedy Lech Kaczyński swoją popularnością zaczął dystansować nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, Paweł Kukiz odnowił swoją publiczną pozycję piosenką, w której obrzucał komunistów najbardziej obelżywymi epitetami. I wtedy również, wystąpił kilka razy w mediach, wyjaśniając jak to on po prostu nie mógł się powstrzymać od tego gestu serca. Zarówno jednak ów stary greps z parodią dziecięcej piosenki eucharystycznej, ani późniejsze plucie na naszą rodzimą bolszewię, nie mogą się równać z tym, co Kukiz wykroił nam obecnie. Wykorzystując, z jednej strony, społeczny sukces historycznej polityki, niestrudzenie i wbrew bardzo ciężkiej agresji z różnych stron, prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego, a w wcześniej również przez rząd PiS-u, a z drugiej, 70. rocznicę sowieckiej napaści, napisał i zaprezentował nową piosenkę, tym razem o dwóch pijanych sowieckich żołnierzach strzelających w lesie katyńskim do polskich oficerów.
Podobieństwo między wczesnym przebojem Kukiza, a tym, co on odstawił dziś, jest uderzające. Przede wszystkim identyczny jest sam pomysł muzyczny. zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta dzisiejsza, to jarmarczne parodie. Śpiewając przed laty o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, Kukiz przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by ta stara kościelna pieśń brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Dzisiejszy szlagier Kukiza korzysta z identycznych środków . Wprawdzie tym razem, zamiast organów, słyszymy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem. Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, ze i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
No ale i to nie jest najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, jest to, że on do promowania swojej nędznej osoby, wykorzystał akurat ten dzień. Mało tego. Niechby i robił on sobie, co mu przyjdzie do tej jego brudnej głowy, gdyby tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Tu jednak nastąpiło coś zupełnie porażającego. Telewizja TVN24, najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tą piosenką, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia. Oto choroba w postaci najczystszej.
Żeby nie pozostawiać najmniejszej wątpliwości co do tego, o czym chcę dziś mówić. Nie chodzi mi specjalnie o to, że władze wykorzystuję kulturę pop do swoich nędznych interesów. W końcu, to się dzieje cały czas. Pamiętamy pewnie wciąż, jak w czasach kiedy Jerzy Buzek jeszcze nie był wielkim, wspaniałym, poważnym europejskim polityka o najszlachetniejszej w świecie siwiźnie, ale Buzkiem, z którego szydziło każde dziecko, Krzysztof Skiba, wówczas jeszcze muzyk, a nie polityczny komentator, podczas któregoś z koncertów dowcipnie wypiął na Premiera swój spasiony tyłek. To jest na tyle bzdura, że dziś nawet nie warto Skiby pytać, czy on, w swoim niezależnie myślącym łbie, wciąż uważa Buzka z kogoś, komu można tylko pokazać dupę. Ani nie ma po co, ani nie ma jak. W końcu nawet, gdybym go spotkał na ulicy, to co mi to da, że się napnę? Przecież to głupek.
I taki to jest ten nasz los. Los ludzi, otoczonych z jednej strony przez zakłamanych polityków, dziennikarzy, socjologów, politologów, psychologów, a z drugiej strony przez wynajmowanych przez nich tandeciarzy, których jedynym sukcesem i zasługą jest to, że w tych smutnych wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy władze stanu wojennego, w celu uwiarygodnienia swojej zbrodni, znaleźli się w odpowiednim miejscu, a umieli trochę grać na jakimś instrumencie. Jednych i drugich, zresztą, z kolei, wynajętych przez kogoś stojącego znacznie wyżej, tyle że, jeśli idzie o to, kto to taki, to nam już akurat nic do tego. A po co to wszystko? Tu nam akurat też nic do tego.

piątek, 18 września 2009

Yes, I speak - part two

Jeszcze w czerwcu przedstawiłem tu wpis, w którym wyraziłem zażenowanie w związku z pewnym zjawiskiem, z jednej strony wyznaczającym nowe dla Polski czasy, a z drugiej tę nową Polskę jednak zawstydzającym. Poszło o panoszącą się w coraz większym stopniu obsesję na punkcie znajomości języków obcych http://toyah.salon24.pl/111051,yeah-i-speak. Mówiąc bardzo krótko, poszło o to, że, z mojego punktu widzenia, czyli z perspektywy kogoś kto potrafi tak naprawdę tylko jedno, a mianowicie uczyć języka angielskiego, powszechny poziom znajomości języków obcych – w tym przede wszystkim języka angielskiego – przez te wszystkie lata znacznie się podniósł i mnóstwo osób, szczególnie młodych, świetnie sobie na tym polu radzi. Co oczywiście jednak nie zmienia faktu, że te umiejętności są wciąż bylejakie. I dopóki wszyscy uczestnicy tej językowej rozgrywki znają swoje miejsce i nie wpadają w niepotrzebną histerię, to wszystko jest na swoim miejscu. Robi się znacznie gorzej, jeśli nagle, w tym wszystkim pojawia się grupa nadętych zawodników, którzy językowo stoją znacznie niżej od przeciętnego licealisty, a nieustannie informują wszystkich, jacy to z nich eksperci, jak to w dzisiejszych czasach bez języków ani rusz, i jakie to śmieszne, kiedy ktoś język kaleczy, lub po prostu mówi niezgrabnie.
W moim tekście, proponowałem, żeby ci, którzy pewnego ranka obudzili się z rana, powiedzieli „must have been” i uznali, że od dziś w swoim CV będą w odpowiedniej rubryce wpisywać ‘fluent’, nieco wyluzowali, bo choć wszystko mniej więcej jest na dobrej drodze, to jeśli nawet, tu i ówdzie, pojawiają się kłopoty, oni akurat mają najmniej w tych sprawach do gadania. I żeby przestali dobrym ludziom mieszać w głowach, bo – owszem – znajomość języków jest bardzo ważna i byłoby świetnie, gdyby, szczególnie ludzie na eksponowanych stanowiskach, te języki znali, to wciąż nie mamy nawet wystarczającej liczby specjalistów, którzy by mogli przeprowadzić choćby pobieżną weryfikację. A zatem, jeszcze przez ileś tam lat, będziemy musieli pogodzić się z faktem, że wielu z nas język zna tak sobie. Jednak, mając tę wiedzę, powinniśmy skupić się na uczciwej nauce, a nie na zadzieraniu nosa i pouczaniu innych.
To wszystko co napisałem w tamtym czerwcowym tekście i co powtórzyłem tutaj jest jak najbardziej do zapamiętania, jednak nie zmienia to faktu, że sprawa wcale nie jest tak bardzo nieistotna. Ona jest ważna, ona bywa bardzo zasmucająca, a niekiedy wręcz irytująca, lecz akurat znacznie bardziej na poziomie tych samozwańczych ekspertów, niż całej grupy tych, którzy spokojnie zapisują w swoich zeszytach nowe słówka, słuchają tych nieszczęsnych konwersacji na CD i próbują policzyć te wszystkie czasy. Problem prawdziwy występuje na poziomie ludzi, którzy przez swoją przebojowość, pewność siebie, a niekiedy zwykłą bezczelność, w tym – niestety – też nauczycieli, postanowili z wykonywania usług językowych żyć, a nie mają do tego wystarczającego przygotowania.
Tak się składa, że jestem maturalnym egzaminatorem i weryfikatorem. Cóż to oznacza? Czy świadczy to może o tym, że dzięki swoim zawodowym umiejętnościom osiągnąłem coś, co dla innych jest niedostępne? Absolutnie nie. Żeby zostać egzaminatorem, wystarczy być nauczycielem i przejść kurs, po którym następuje egzamin, na którym 90 procent aspirujących ekspertów i tak wzajemnie od siebie ściąga. Ściąga w sposób jak najbardziej klasyczny: szepczą, rozglądają się, posyłają sobie wymiętoszone karteczki i oczywiście przez cały są czas bardzo obrażeni, że te zadania są „głupie”. Efekt widać przy sprawdzaniu matur, gdzie tylko ktoś kompletnie nieprzytomny dałby się zwieść temu nieustannemu rechotowi, jaki wypełnia salę, kiedy to ci wybitni specjaliści dworują sobie z błędów – owszem, często rzeczywiście, skandalicznych – jakie te biedne dzieci w swoich pracach popełniają. Mógłbym cały osobny tekst napisać na temat tego, co się tam dzieje, ale szczerze mówiąc nie mam serca.
Więc to są nauczyciele. Ale popatrzmy na występy tłumaczy podczas państwowo-rządowych spotkań, czy choćby coroczne rozdanie nagród Akademii Filmowej, transmitowane przez naszą telewizję. Posłuchajmy tego frajera, który wynajęty przez telewizję i opłacony z całą pewnością znacznie lepiej niż nawet najznakomitszy nauczyciel, przedstawia coś, co się nazywa tłumaczeniem symultanicznym. Ja wiem, że to jest cholernie trudne. Zdarzyło mi się to raz i – ponieważ znam moralne standardy obowiązujące na tym polu – mógłbym oczywiście się zakręcić i z tego dobrze żyć. Nie zrobię tego jednak za żadne pieniądze, bo zwyczajnie spaliłbym się ze wstydu. Człowiek od Oskarów, tego problemu, oczywiście, nie ma. On siedzi przy tym mikrofonie, gada co mu ślina na język przyniesie, wyrzuca z siebie sekwencje, które nie znaczą absolutnie nic, stęka i sapie przez kilka godzin, a później idzie do kasy i jest z siebie bardzo zadowolony. I, zapewne, przy pierwszej lepszej okazji, podczas jakiegoś przyjęcia, czy towarzyskiego spotkania, z mądrą miną i szyderczym okiem, będzie zadręczał swoimi głupimi uwagami tych wszystkich, którzy dopiero się uczą.
Dlaczego tak jest? Dlaczego nie ma systemu, który by potrafił to zjawisko kontrolować? Odpowiedź jest złożona. Przede wszystkim, nie ma wystarczająco silnej grupy specjalistów, którzy by mogli przeprowadzać odpowiednią w tej mierze weryfikację. Ci którzy to robią, są najczęściej dokładnie takimi samymi nieudacznikami, jak ten oscarowy tłumacz, a zatrudniają ich też dokładnie tacy sami bezczelni, wiecznie rozpychający się, niekompetentni karierowicze. Drugą przyczyną tej smutnej sytuacji jest oczywista korupcja. Umowa o dzieło to piękna rzecz, szczególnie kiedy się ją podpisuje z firmą, która ma pieniądze, dużo, zawsze i na wszystko, szczególnie dla swoich. W tej sytuacji, zawsze w odpowiednim momencie pojawia się ktoś, kto powie, ze on poleca siostrę kolegi, bo ona jest „naprawdę świetna”. I wszystko gra! Skąd mi przyszło do głowy, żeby dziś zająć się tym tematem. Dziś, kiedy jeszcze nie wygasły wszystkie emocje związane z Rocznicą. Wbrew pozorom, mój dzisiejszy tekst jest trochę związany z tym tematem. Otóż wczoraj otrzymałem donos od przyjaciela, w którym to donosie przesłał mi on następujący link:http://www.ipn.gov.pl/portal/en/23/211/September_17_1939__Soviet_aggression_on_Poland.html. Jest to oficjalna strona IPN-u, poświęcona tym razem właśnie sowieckiej agresji na Polskę, pięknie przygotowana, z niezwykle interesującymi archiwalnymi zdjęciami, skierowana do osób nie znających języka polskiego, a więc w języku angielskim. Co tam widzimy? Otóż, pomijając zwykłą niezgrabność tłumaczenia, której bym się nie czepiał, tekst zawiera najbardziej oczywiste błędy. Nie jest ich dużo, ale też tłumacz nie miał większych szans na pełen koncert swojej niekompetencji. Kilkakrotnie pojawia się słowo ‘granica’ pisane ‘boarder’. Nie jest to więc literówka. Po prostu osoba wynajęta przez IPNdo tej roboty, sądzi, że po angielsku ‘granica’ to ‘boarder’. Podobnie jak to, że ‘maszt’ to ‘poll’. Dla osób nie znających języka, choć wiem, że nie ma ich tu wiele, mam ważną informację. To nie są trudne rzeczy. Słowa ‘border’ i ‘pole’ to absolutna podstawa. To wie każdy uczeń.
Niestety, nie wie tego tłumacz w IPN-ie. I teraz pojawia się pytanie, skąd on się tam wziął? Oczywiście, może być tak – zwłaszcza w przypadku IPN-u – że oni nie mają pieniędzy i ciężko oszczędzają. Może nawet nie zatrudniają osobnego tłumacza, tylko jeden z tych historyków, akurat najlepszy z całej grupy, zgodził się za jakieś drobne pieniądze zrobić to, czego inni nie umieli w ogóle. Ale może być też tak, że oni rzeczywiście zatrudnili tłumacza, oczywiście poleconego przez kogoś, czyjegoś brata, lub siostrę, lub córkę, lub koleżankę, żeby biedactwo mogło sobie dorobić. Może nie takimi pieniędzmi, jakie płaci MEN, czy telewizja, swoim ludziom, ale z pewnością lepszymi niż te przydzielone przez minister Hall Okręgowym Komisjom Egzaminacyjnym.
A więc może być i tak. I pewnie, niestety, tak jest. I, równie niestety, nic nie można na to poradzić. A zatem, z mojej strony to już prawie wszystko. Przez sympatię jednak dla tego wszystkiego co dla nas wszystkich robi IPN, przez mój dla nich nieustający podziw, proszę ich tylko. Poprawcie te błędy i rozejrzyjcie się wokoło. Jestem pewien, że wszędzie można znaleźć naprawdę wielu porządnych anglistów, którzy Wam to wszystko zrobią lepiej, a niewykluczone, że i taniej. To jest za poważne miejsce, żeby się tak fatalnie obsuwać. Zwłaszcza że wokoło same wilki.

czwartek, 17 września 2009

O ludobójstwie, o głodzie i o pięciu pieczątkach

Nie wiem absolutnie, jak to się stało, ale od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć, czyli mniej więcej tak długo, jak sięgam pamięcią, nienawidziłem wszystkiego co ruskie. Prawie wszystkiego, ale o tym później. Ta moja niechęć do rosyjskich sportowców, do rosyjskiego języka, do rosyjskiej nauki, i – jakże by inaczej – do rosyjskiej wielkomocarstwowej polityki była o tyle dziwna, że moi rodzice i dziadkowie nigdy szczególnie mnie w tym kierunku nie prowadzili. On sami, oczywiście, nie znosili w sposób naturalny komuny i całej duszącej nas bolszewii, ale, o ile sobie przypominam, ten temat nigdy nie dominował naszych rozmów. Kiedy próbuję zgadnąć, jak to się stało, ze przez tyle lat potrafiłem w sobie pielęgnować tę moją nienawiść, to dochodzę do wniosku, że może ma rację pewien mój dobry kolega, który twierdzi, że to jest wszystko kwestią tego, kim się było w poprzednim wcieleniu i – na ile go znam – to on pewnie by mi powiedział, że mnie zapewne bolszewicy zamordowali w Katyniu, lub zatłukli po wojnie we Wronkach i teraz tak mam.
Czy jest to wina reinkarnacji, czy może powody są zupełnie inne, fakt pozostaje faktem. Mój antykomunizm, a przy okazji tę antyrosyjskość, nosiłem ze sobą zawsze jak relikwię. Kiedyś już tu się chwaliłem, jak to w czasie moich studiów, odmówiłem współpracy z SB i jak ten gest był z mojej strony aktem nie tyle odwagi, co absolutnie naturalnego odruchu. Dziś, jeśli to zdarzenie przypominam, to już nie po to, żeby wypinać pierś do orderów (choć, przyznaję, do dziś jest to moim zdaniem jedna z piękniejszych rzeczy, jakie udało mi się w życiu wykonać). Robię to po to, żeby jeszcze raz się zastanowić, jak to się stało, że w tamten dzień, kiedy wiedziałem, że się prawdopodobnie ważą moje losy, powiedziałem temu ubowcowi, żeby na mnie nie liczył. Nie byłem ani bojownikiem, ani bohaterem, ani człowiekiem w sposób naturalny poszukujący adrenaliny. Nie byłem szczególnym patriotą, nie nosiłem w klapie opornika, nie goniłem się z milicją po mieście. Ale wtedy, tamtego ranka, wiedziałem na pewno, że prędzej dam się wyrzucić ze studiów, niż zgodzę się pracować dla Ruskich. I wciąż nie wiem, dlaczego ja.
Piszę dziś o tym, bo mamy 17 września, czyli rocznicę napaści Związku Sowieckiego na Polskę. Czyli rocznicę wydarzenia, które przez wiele lat, było dla mnie centralnym punktem mojej historycznej świadomości. Wydarzenia, o którym, jak idzie o historyczne szczegóły, zawsze wiedziałem znacznie mniej, niż o 1 września i o wszystkim, co się działo między nami, a Niemcami, ale które jak żadne inne sprawiało, że czułem dumę z tego, że jestem Polakiem. Że to ja jestem członkiem tego narodu, który został tak straszliwie zduszony przez to połączone i zorganizowane zło. Myślę sobie, że ten mój brak wiedzy na temat tego, co się działo w latach wojny po sowieckiej stronie, był trochę spowodowany tym, że w latach, kiedy się wychowywałem, ten akurat temat praktycznie nie istniał, a – jak już wspomniałem – w moim domu szczególnej atmosfery pod tym względem też nie było. Ale też tym, że cała moja rodzina, w czasie wojny, raczej cierpiała z rąk Niemców, niż Sowietów, a po wojnie żyła raczej w biedzie, ale za to w spokoju.
A mimo to, 17 września dla mnie znaczył zawsze znacznie więcej, niż jakakolwiek inna historyczna data. I dziś, kiedy piszę ten rocznicowy tekst, wiem, że muszę coś powiedzieć takiego, żeby nie było wątpliwości, że ten dzień odpowiednio uczciłem. A więc, pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z – nieżyjącą już dziś – babcią mojej żony, która w momencie wybuchu wojny mieszkała we Lwowie. Opowiadała ona, jak przypomina sobie pociąg stojący na dworcu we Lwowie, do którego Rosjanie pakowali mające być wywiezione na Sybir polskie rodziny, wewnątrz pociągu był straszliwy ścisk, a na zewnątrz panował równie straszliwy mróz. I od czasu do czasu, widać było, jak od ludzi z pociągu, stojący na peronie odbierali zamarznięte na śmierć niemowlęta. Nie wiem, czy to prawda, ale tak mi opowiadała babcia mojej żony, która podobno stała wtedy na tym peronie i to wszystko widziała.
To byłoby jedyne właściwie wspomnienie, jakiego stałem się przez te wszystkie lata biernym uczestnikiem, a dotyczące początków tego, czego już jako bezpośredni obserwator miałem okazję dotykać przez całe moje życie w komunie. Byłoby to wspomnienie jedyne, gdyby nie to, ze dopiero co spotkałem się z moim wujkiem, o którym już tu parokrotnie wspominałem, a który – w moim najszczerszym przekonaniu – jest najwybitniejszym ekspertem od wszystkiego tego, co się wiąże z II Wojną Światową. Powiedział mi on mianowicie, że po tym jak Niemcy uderzyli na Związek Sowiecki, w ciągu bardzo krótkiego czasu do niemieckiej niewoli trafiło pięć milionów sowieckich żołnierzy, z czego prawie milion wstąpiło do niemieckiej armii. Te miliony jeńców wojennych zmarły następnie w straszliwej nędzy i rozpaczy, z głodu i z chorób, w niemieckich obozach. Wujek mój twierdzi, że te pięć milionów w większości poddało się głównie z głodu i z nadziei, że w niewoli przynajmniej dostaną coś jeść. Mówi dalej mój wujek, że gdyby Niemcy zapewnili każdemu z nich talerz gęstej zupy i kromkę chleba na dzień, to niemiecka armia powiększyłaby się o pięć milionów wiernych żołnierzy. A tak, ci co nie zgodzili się kolaborować, a jeśli zdezerterowali to tylko dlatego, że liczyli bardzo na to, że ktoś wreszcie ich nakarmi, zwyczajnie zmarli.
Biedni sowieccy żołnierze. Tak sobie o nich dziś myślę i teraz, kiedy piszę ten tekst i tyle razy wcześniej, kiedy oglądałem wspaniałe rosyjskie filmy wojenne, które zawsze mnie wzruszały. Czy to Lecą żurawie, czy to Dziecko wojny, czy Ballada o żołnierzu… zawsze sobie myślałem, jak to fatalnie się dla nich ułożyło życie, że ktoś im któregoś dnia kazał umierać za sowiecką ojczyznę i za światową rewolucję. I wtedy znów wracam do tej sceny na dworcu we Lwowie w tamten mroźny wieczór, a później przypominam sobie ten niemiecki dokument z pięcioma pieczątkami i sześcioma podpisami skazujący więźnia na dwa dni karceru za zrobienie kupy z barakiem. I zaczynam myśleć o Niemcach. I już się czuję pewniej. Tu teren jest czysty. Tu jest zdecydowanie łatwiej.
I to jest mój obiecany już parę tygodni temu wpis z okazji rocznicy napaści Sowietów na Polskę i początku tej gehenny, dzięki której marszałek Komorowski ze swoim kumplem Niesiołowskim mogą się dziś poczuć prawdziwymi politykami i poślizgać się po temacie ludobójstwa i jego znamion.

środa, 16 września 2009

Krzesełko

Wczoraj, wśród najróżniejszych wiadomości, i ważnych i mniej ważnych, pojawiła się informacja, obiektywnie kompletnie nieistotna, a jednak w jakiś sposób poruszająca. Otóż dowiadujemy się, że w Zielonej Górze, podczas koncertu rapera Peji, zgromadzani miłośnicy polskiego hip-hopu pobili jakiegoś nastolatka, bo ten pokazał Peji tzw. faka i Peja poprosił swoich fanów, żeby pokazali „frajerowi”, jak kończą tacy jak on. Więc oni frajerowi wlali. Niestety ktoś nagrał zdarzenie na komórce, wysłał do TVN24 i wygląda na to, że artysta Peja będzie może mieć kłopoty.
Jak mówię, cała historia wydaje się być pozbawiona jakiejkolwiek wagi. W końcu, tamtego wieczoru, z całą pewnością nie było to jedyne miejsce w Polsce, gdzie banda kiboli albo się wzajemnie pobiła, albo postanowiła wlać jednemu ze swoich. Co jeszcze ważniejsze, nie było to też jedyne miejsce w Polsce, gdzie jakiś gwiazdor – pisarz, aktor, muzyk, piosenkarz, dziennikarz… obojętne – postanowił po raz kolejny zrobić z siebie debila. W tym środowisku, zachowania ekscentryczne są częścią natury, a w połączeniu z naturalnym tam jak najbardziej głuptactwem, tworzą mieszankę prawdziwie wybuchową. Ja jednak już tak mam, że zwracam uwagę na rzeczy kompletnie nieważne i dopiero jak siądę przed chałupą i pomedytuję to z tego wszystkiego zaczyna mi się tworzyć coś, co – przynajmniej mam taka nadzieję – nagle stanie się istotne. Ja pewnie jestem trochę jak Perry z Fisher King, który znalazł na śmietniku tę drucianą siatkę z korka po szampanie i zbudował z niej krzesełko. A więc, i jedno i drugie bez znaczenia, choć krzesełko pewnie lepsze.
A więc gdzie to krzesełko? Otóż pojawiło się ono dziś w telewizji w osobie radiowego dziennikarza związanego z kulturą pop i jednocześnie kultury tej wybitnego przedstawiciela, Hirka Wrony (proszę mnie nie poprawiać, jemu naprawdę jest Hirek). Hirek Wrona, wbrew pozorom, nie jest nastolatkiem, lecz starym facetem, starszym nawet od Kuby Wojewódzkiego. Pani dziennikarka zaprosiła tego Wronę do studia, żeby zapytać go a propos tej bijatyki w Zielonej Górze. Najpierw padło pytanie, czy to co tam się działo, to prawdziwy polski hip-hop. Hirek Wrona zapewnił, że absolutnie nie, bo polski hip-hop jest bardzo kulturalny, a ci chuligani już nie. Zapytała go więc pani redaktor, czy Peja, to typowy polski hip-hop. Wrona przygasł, spuścił głowę, zaczął nerwowo stękać i oświadczył, ze sprawa jest bardzo skomplikowana, bo jemu się wydaje, że ten tekst Peji żeby bandyci wlali frajerowi, to był tylko fragment tekstu piosenki. Zupełnie jak u Rolling Stonesów – kłamał dalej najbezczelniej na świecie Hirek – kiedy to oni w piosence Sympathy for the Devil wspomnieli coś o zabijaniu i jakiś członek Hell Angels zasztyletował jednego czarnego. Bo myślał, że to naprawdę, a to była tylko piosenka. Kiedy pani redaktor wyjaśniła mu zakłopotana, ze to nie była piosenka, Hirek zmienił front i opowiedział o tym, jak to on zna tego Peję i Peja to jest równy kolo z osiedla i on żył zawsze w biedzie i mógł nawet zostać słynnym judoką, ale jakoś nie poszło i że on zawsze żył wśród bandytów i dealerów, ale to fajne chłopaki, bo Hirek ich tez zna i może za nich poręczyć. Etcetera, etcetera.
I jeśli ktoś mi powie, że to wciąż nie jest krzesełko, tylko drucik od korka, to zaprotestuję. To już jest krzesełko. Może jeszcze nie całkiem skończone, ale krzesełko. Bo ja wcale nie mam ochoty pisać o Hirku Wronie i o Peji. Ale też nie interesuje mnie dziś ani Zbigniew Hołdys, ani Skiba, ani ten intelektualista od Dody o ksywie Nardal. Nie są tematem tego wpisu ani oni, ani żaden z tych wszystkich debili, którzy zostali wpuszczeni na salony przez naszych współczesnych europejczyków tylko po to, żeby mogli uwiarygodnić ten Nowy Wspaniały Świat, od którego dobrym ludziom już się chce zwyczajnie rzygać. Ja planuję dziś powiedziec słów parę wyłącznie o tych, którzy ich własnie tam wpuścili, wpuszczają i – jak podejrzewam – już niedługo doprowadzą do tego, że to nasze życie publiczne sparszywieje do tego stopnia, że jeśli ktoś będzie chciał coś powiedzieć i mieć pewność, że go ktokolwiek zechce wysłuchać, to będzie musiał założyć na łeb wielki, czarny kapelusz, w ryj wbić sobie kilka kolczyków, a swój messageprzynajmniej wyrapować. Bez tego, będzie mógł gadać wyłącznie o sporcie.
Więc tak wróciliśmy do sportu. Wczoraj paru z moich serdecznych kumpli zarzuciło mi, że stosuję podwójną miarę, bo naigrywam się z kibica Tuska, a nie mam pretensji do kibica Kaczyńskiego. Otóż jest zupełnie inaczej. Osobiście, kiedy widzę, jak mój prezydent zakłada kibolski szalik i słyszę, jak planuje po raz kolejny nagradzać państwowymi orderami sportowców, to czuję prawdziwą rozpacz. Dla mnie wymarzona sytuacja polegałaby na tym, że proszony o komentarz na temat sukcesu polskich siatkarzy prezydent Kaczyński odpowie coś w stylu: „O! Naprawdę? Bardzo mi przyjemnie. Jak pan ich spotka, proszę im ode mnie pogratulować.” I cześć. I do widzenia z państwem. Wówczas wszystko by było na swoim miejscu. Piłkarze by łoili Francuzów, kibole by się wydzierali ze szczęścia, a Lech Kaczyński byłby jak brytyjska królowa. Uprzejmie dyskretny. Niestety, tak nie można. Ja wiem, że zawsze było tak, że w większym lub mniejszym stopniu kultura popularna wyślizgiwała się ze swoich estrad i próbowała się rozpychać. Nigdy jednak nie dochodziło do tego, że ktoś kto tę kulturę odważył się zlekceważyć, zostawał przez tę kulturę natychmiast usunięty. Niestety, wygląda na to, że Lech Kaczyński wie to znacznie lepiej ode mnie.
W tym wczorajszym wpisie o sporcie, wyraziłem obawę, że jeśli tak dalej pójdzie, to ministrowie założą szaliki, do pracy będą chodzili z siekierami i kijami do baseballa, na drzwiach swoich gabinetów napiszą hasło HWDP, policja z tarczami będzie ich atakować wodą i gazem, a odpowiednio już nastawione i wychowane społeczeństwo będzie ryczeć „zabić psa”. Najświeższa historia z raperem Peją i dzisiejsza ekspertyza w wykonaniu Hirka Wrony, każą się obawiać, że tak się stanie. Peja na koncercie poprosił swoich fan ów, żeby skatowali jakiegoś nastolatka, banda łobuzów wykonała pokornie polecenie, zaproszony do telewizyjnego studia ekspert usprawiedliwił gwiazdę, tłumacząc jego postępowanie alternatywnym rodzajem kultury i tej kultury prawami, a policja i władze zastanawiają się tylko, czy nie doszło do naruszenia prawa przez organizatorów zabawy. Jestem przekonany, że efekt będzie taki, że wyleci z pracy jakiś urzędnik z zielonogórskiego ratusza; najlepiej ten, który nie potrafi wymienić nazwisk polskich siatkarzy.
Bo to wszystko jest częścią tego samego zjawiska. Sportowcy, muzykanci, aktorzy, piosenkarze, estradowcy zdominowali oficjalne życie państwa. Najbardziej wpływowymi komentatorami politycznymi są kabareciarze ze Szkła Kontaktowego, współczesnymi inżynierami dusz nie są już ani pisarze, ani poeci, lecz jakiś komik występujący pod pseudonimem Ącki – co za niespodzianka, ze edytor mi to coś podkreślił; w nowym Windowsie pewnie już się ten błąd nie powtórzy – a premier naszego rządu zatrudnia cały swój propagandowo-urzędniczo-biznesowy aparat do tego, by to on mógł jako pierwszy dostać koszulkę od siatkarzy, a nie prezydent.
Czy zauważyliście, że kiedy Donald Tusk zwraca się do ludzi, używa formy „wy”, natomiast kiedy robi to Jarosław Kaczyński, zawsze mówi „proszę państwa”? I zauważył ktoś może, że Donald Tusk nie jest już w stanie uśmiechnąć się szczerze i naturalnie, a Jarosław Kaczyński – owszem? Syberia przegra. O tak! O tak!