czwartek, 31 października 2013

Będą strzelać?

Nie umiem sobie dziś przypomnieć, kim kiedyś był Kazimierz Wóycicki, a sprawdzać mi się ani nie chce, ani też za bardzo nie widzę potrzeby, natomiast, kiedy od czasu do czasu widzę, że on coś publikuje w Salonie24, w dodatku, jako tak zwany bloger „czerwony”, wiem, że to nie jest przeciętny ćwierćinteligentny internauta, ale ktoś, kto wydawałoby się musi reprezentować pewien podstawowy poziom ambicji. Niedawno, jak pewnie większość z nas zauważyła, pojawił się w mediach zamówiony przez TVP sondaż, z którego wynikało, że oto Platformie bardzo skoczyło poparcie i w tej chwili ona wyprzedza PiS o dwie długości, uzyskując wynik ponad czterdziestoprocentowy. Kiedy owa informacja została przekazana, Kazimierz Wóycicki zamieścił na swoim blogu tekst, w którym zakomunikował, że to badanie pokazuje, że jest już wreszcie po PiS-ie, i że to jest jak najbardziej zrozumiałe, bo wnioskując z tego, co się ostatnio w Polsce dzieje, każdy już widzi, że ten PiS to czyste zło. Oczywiście większość normalnie myślących komentatorów Wóycickiego wyśmiała, on jednak w dalszym ciągu powtarzał tę swoją oryginalną myśl, i to aż do następnego dnia, kiedy najpierw ogłoszono, że wspomniany sondaż został zmanipulowany, by potem ogłosić kolejny, już na tyle standardowy, by nie trzeba było się nawet nad nim zatrzymywać.
A ja się zastanawiam, dlaczego ktoś taki jak Wóycicki nie dość, że w ogóle uznał za stosowne poświęcać swoją uwagę czemuś tak pozbawionemu znaczenia, jak kolejny sondaż, to jeszcze w tak idiotyczny sposób. I od razu na to pytanie sobie odpowiadam. Otóż, moim zdaniem, są tu trzy możliwości. Pierwsza jest taka, ze Wóycicki jest dokładnie tak samo głupi, jak pierwszy lepszy internauta, i on autentycznie sobie wydumał, że Platformie skoczyło o te 20 procent, no i że to, konsekwentnie, zapowiada koniec PiS-u. Druga możliwość to ta, że on wiedział bardzo dobrze, że ów sondaż to lipa, ale też i to, że nawet gdyby on nie był lipą, to nie ma się czym emocjonować, tyle że on pisze takie teksty na zlecenie ze strony Systemu, bo w ten sposób realizuje jakiś przebiegły bardzo plan. Jest i wreszcie trzecia ewentualność, że Wóycicki ani nie jest głupi, ani też nie pracuje na cudzy rachunek, lecz jest do tego stopnia zainfekowany przez towarzyszące nam od lat napięcie, że kiedy pojawia się polityka, on zwyczajnie traci głowę.
Pierwszą możliwość odrzucam z tej prostej przyczyny, że ja sobie zwyczajnie nie jestem w stanie wyobrazić, by ktoś znajdujący się jednak na pewnym intelektualnym poziomie, był aż tak głupi, by tak kompletnie szczerze zrobić z siebie osła. Jak mówię, ja nie pamiętam skąd znam tego Wóycickiego, ale jakoś tam go rozpoznaję, i jestem pewien, że on aż tak tępy być nie może. Nie on i nie aż tak. Ten poziom jest zarezerwowany dla innych. Drugą również odrzucam, a to z tego względu, że ja nie umiem sobie wyobrazić, jaką, czy to doraźną, czy długodystansową korzyść, mógłby System odnieść każąc swoim pracownikom pisać takie kawałki, jak to miało miejsce w wypadku Wóycickiego. Ja wiem, czemu TVP zorganizowała ten sondaż i czemu zamówiła taki a nie inny wynik. Zapewne tu zadziałał ów stary – i nieważne, że nieskuteczny – mechanizm nakręcania sondażowej propagandy. Ktoś zadzwonił do tego TNS Polska, powiedział słuchajcie no, dajcie nam tu badanie, w którym Platforma będzie miał ponad 40%, no i oni oczywiście szybko zareagowali. Po co? Bez powodu. Ot tak. Jak wiele razy wcześniej. Ja nawet mam bezpośredni dowód na to, że ten pomysł był spalony jeszcze zanim się pojawił. Proszę zwrócić uwagę, że ów wynik nawet nie stał się głównym newsem dnia. W pierwszej chwili ktoś tam o nim poinformował, a tak poza tym, poza paroma wpisami na mniej poważnych blogach, panowała idealna cisza. Jestem pewien w stu procentach, że gdyby za tym badaniem stał jakiś plan, oni by to wałkowali cały dzień, i coś tam z tego z pewnością by zostało. Tu jednak wszyscy wiedzieli, że nie warto nawet się napinać. Prawie wszyscy. Z wyjątkiem Wóycickiego i tych kilku blogerów. A więc to też nie było to.
No i tu dochodzimy do trzeciej możliwości, co do której osobiście jestem najbardziej przekonany, a z drugiej strony, wiele naprawdę bym dał, by nie mieć racji. Otóż wiele wskazuje na to, że poziom napięcia spowodowanego polityką jest dziś tak wielki, i przyjmuje już wymiar autentycznej katastrofy, że nawet najbardziej na co dzień przytomni ludzie, w momencie, gdy pojawia się problem polityki, dostają prawdziwego obłędu. Zresztą dni, które nam obecnie mijają, są tu szczególnie, że tak powiem, kryminogenne. Platforma gnije, i tego gnicia już niczym nie da się ani przesłonić, ani tym bardziej powstrzymać. I oni to widzą i drżą. Prawo i Sprawiedliwość, w dodatku z niemal kompletnie milczącym Jarosławem Kaczyńskim, stoi na owej herbertowskiej jednej nodze, gotowe do skoku, i tego oni też nie są w stanie przestać dostrzegać. Ale jest jeszcze coś. Pojawił się ów Chris Cieszewski, który – jak wszystko na to wskazuje – jak idzie o sprawę smoleńską, dokonał autentycznej rewolucji. W dodatku, jest to człowiek na wręcz unikalnym poziomie zarówno naukowej, jak i czysto, że tak powiem, pijarowskiej kompetencji. Cieszewski to ktoś, kogo nie da się tknąć choćby małym palcem lewej nogi. Cieszewski to, z punktu widzenia zadań, jakie stoją przed Zespołem Macierewicza, prawdziwy dar niebios. Ja miałem okazję oglądać w Internecie jego wystąpienie, gdzie on w pewnym momencie, załamującym się ze wzruszenia głosem, zaczął recytować dawno jeszcze zapamiętane wiersze polskich poetów. I powiem, że nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej był pod takim wrażeniem.
A więc mamy te sondaże, mamy tę wojnę w Platofrmie, mamy tego przyczajonego Kaczyńskiego, i wreszcie tę brzozę, której, jak się okazuje, nigdy nie było, no i Cieszewskiego, który nam to wszystko relacjonuje w taki sposób, w jaki widzimy. I oni też to, co się tu dzieje, świetnie rozumieją. A ja sobie tylko mogę wyobrazić, jaka tam panuje rozpacz. A jest mi tym łatwiej, że w moim najbliższym otoczeniu są osoby, które tu się wręcz wyjątkowo nadają, jako przedmiot obserwacji. Jest mi bardzo przykro, że muszę to powiedzieć, ale faktem jest, że oni są w nastroju, który prowadzi prostu w rejony, w jakich ostatecznie stracił zmysły człowiek nazwiskiem Cyba. Ja ich obserwuję na co dzień i widzę bardzo wyraźnie, co się tam w tych ich biednych głowach dzieje.
A tu jeszcze dochodzi owa, wciąż podsycana przez media, a w konsekwencji przez nich samych, niepewność, która sprawia, że oni stale trwają niemal jakby zawieszeni na krawędzi. TVN informuje, że wprawdzie wszystkie sondaże wskazują na to, że PiS wygrywa, jednak, najbardziej wiarygodny CBOS wciąż trzyma poziom, a więc można spokojnie iść spać. Człowiek jednak budzi się rano i okazuje się, że ten sam CBOS już podaje, że PiS ma 5 punktów przewagi. Cieszewski wygłasza referat, z którego wynika, że smoleńska brzoza to od początku do końca fikcja. I oto nagle okazuje się, że jednak Cieszewski przyznał się do pomyłki, a więc jest dobrze. Za chwilę jednak pokazuje się informacja, że o żadnej pomyłce mowy być nie może, i oto skądś dochodzi wiadomość, że Kaczyński od Cieszewskiego się odciął, natychmiast jednak wyparta przez kolejną, że jednak się nie odciął. A przy tym wszystkim, świat ani drgnie. Oni wpatrują się w to, co przed nimi, i widzą wciąż ten sam obraz: Jarosław Kaczyński stoi na jednej nodze, gotowy to tego, by przejąć władzę. I na to już nie widać sposobu. I za chwilę znów wiadomość dobra… Wipler się upił. No i dobrze. To już po Kaczyńskim.
I to jest świat, w jakim oni dziś żyją. Przepraszam bardzo, ale to nie jest śmieszne, bo dalej są już tylko ludzie z pistoletami.
I w tym wszystkim, jak najbardziej, znajdują się tacy nieszczęśnicy jak ów Kazimierz Wóycicki, o którym nadal nie mam pojęcia, kto zacz. I wiedzieć nie chcę. Jedno jednak wiem, i tę wiedzę będą póki co kultywował. Na niego, tak jak na całą resztę tego szczególnego towarzystwa, muszę mieć oko. Bo ja naprawdę nie mogę mieć pewności, czy on nie czyta tego tu tekstu. A jeśli czyta, to dalej jest już wszystko możliwe. Tu nawet niebo nie stanowi granicy.

Proszę o wspieranie tego bloga. To jest dla nas wciąż jedyna droga. Dziękuję.

wtorek, 29 października 2013

Niech żyje intuicja, czyli jak się nie dać zbałamucić


Umarł piosenkarz Lou Reed, a ja, widząc, jak wokół tego odejścia robi się atmosfera wręcz nie do zniesienia fałszu, pomyślałem sobie, że właściwie szkoda, że ani jemu, ani zespołowi Velvet Underground w mojej książce o rock and rollu nie poświęciłem ani jednego słowa, bo tu by się naprawdę przydało parę słów prawdy, no i w Salonie24 zamieściłem specjalny na tę okoliczność tekst. Jednocześnie jednak, uznając za stosowne wyjaśnić, jak to się stało, że owa, co by nie powiedzieć, ikona rock and rolla nie trafiła do książki, jak by nie było, o rock and rollu, napisałem, że ja zwyczajnie o Reedzie i całej reszcie tej warholowskiej zbieraniny zapomniałem. Na to przyszedł nieznany mi komentator i napisał, że skoro ja traktuję zespół Velvet Underground z pogardą, nie zasługuję nawet na splunięcie i oddalił się z godnością.
A ja uważam, że to jest fantastyczny wręcz argument za tym, żeby moja książka w ogóle powstała. Dlaczego? Z tej mianowicie prostej przyczyny, że ona w – mam wielką nadzieję – bardzo bezpośredni i stanowczy sposób pokazuje, jak bardzo szkodliwe jest uleganie propagandzie. Propagandzie każdej i jakiejkolwiek. Cały plan, jaki stał na początku powstania wspomnianej książki opierał się właśnie na tym, by zwrócić uwagę tym z nas, którzy mają wciąż jeszcze szczere intencje i są wciąż jeszcze otwarci na argumenty, że nic nie jest tak ważne, jak nasza wrażliwość i intuicja, i że powinniśmy zarówno jedno jak i drugie szanować i chronić. Przynajmniej wtedy, gdy utrzymujemy, że muzyka jest dla nas czymś bardzo ważnym. Przynajmniej wtedy.
Zespół Velvet Underground od samego początku stanowił zaledwie artystyczny projekt Andy’ego Warhola, i, choć wiem, że wśród nas są tacy, co uważają, że sztuka tego akurat artysty to syf i oszustwo, osobiście twierdzę, że to co on robił jako malarz i grafik, bez porównania przewyższało wszystko, co kiedykolwiek za jego inspiracją zrobił Lou Reed, John Cale i cała ta reszta narkomanów. Velvet Underground to cztery płyty, dwie piosenki i Nico, która akurat była tak od nich inna i tak bardziej od każdego z nich samodzielna i utalentowana, że możemy ją traktować, jako wartość osobną. Gdyby nie Nico, tam nawet nie byłoby o czym gadać.
A mimo to, zespół Velvet Underground to w pewnych środowiskach przedmiot kultu, a Lou Reed to ktoś niemal pretendujący do roli głównego czarodzieja. Cztery płyty, wydane jeszcze w latach 60-tych, dwie piosenki, cała kupa bardziej lub mniej prawdziwych historii o tym, jak to oni wszyscy po kolei umierali od czy to narkotyków, czy jakichś paskudnych chorób związanych w ogóle z uprawianym przez nich stylem życia na pograniczu perwersji i zbrodni, i oto dziś umiera Lou Reed – człowiek, który jedyne co osiągnął na poziomie artystycznym, to ów mit kogoś szczególnego i wyjątkowego, z którym każdy się bardzo liczy, jednak zapytany o konkrety, nie jest w stanie wydusić z siebie jednego sensownego zdania. A kiedy ja piszę, że tam naprawdę nie było nic poza tą warholowska propagandą, zaczynają w moją stronę lecieć pomidory. No bo przecież każdy wie, że Velvet Underground to historia.
W tej tak zwanej „książce o zespołach” wprawdzie Lou Reeda nie ma, ale jest wystarczająco dużo przykładów tego samego typu legend, które przez lata powstały, i jakimś, nie wiadomo jakim, cudem zdołały przekonać wielu do tego, że za nimi stoi jakaś prawda. Jest tam więc rozdział o zespole Metallica, o Guns’N’Roses, o Amy Winehouse, Franku Zappie, i o wielu innych fastfoodowych artystach, w tym nawet o zupełnie najświeższym oszustwie o skali wręcz nieopisanej, a mianowicie niejakim Rodriguezie. Ale też chciałem tam opowiedzieć o tych artystach, którzy odnieśli autentyczny, niewyobrażalny wręcz, a przy tym jak najbardziej zasłużony sukces, a których, właśnie w wyniku głupiej propagandy, owa podobno bardziej inteligentna część opinii publicznej uważa za swój święty obowiązek wyszydzać. Jest więc tu i Justin Bieber, i Kylie Minogue, Miley Cyrus, a nawet Lady Gaga – artyści którym zarówno Lou Reed, jak i jakiś Zappa mogą zwyczajnie, jak to się pięknie mówi, „nagwizdać”.
Nie ma tego w książce, bo sprawa jest bardzo świeża, ale niedawno mieliśmy do czynienia z fantastyczną wręcz demonstracją tego, jak tak naprawdę wyglądają te relacje. Miley Cyrus nagrała nową płytę i postanowiła, że będzie ja promować mocno erotycznie zorientowanymi klipami. Na to odezwała się Sinead O’Connor, skądinąd kiedyś świetna, a dziś skutecznie upadła, piosenkarka i wysłała do Cyrus list, w którym ją upomniała, że to co ona robi jest złe i nieprzyzwoite. Na to Cyrus ją naturalnie zwyczajnie spuściła i tym samym, z wyżyn swojego artystycznego autorytetu, sprawę zamknęła. I tak to właśnie wygląda. Możemy sobie myśleć, co nam przyjdzie do głowy, prawdziwych proporcji jednak nie ukryjemy. A proporcje są takie, że to Miley Cyrus jest gwiazdą i to gwiazdą autentycznie niekwestionowaną – podobnie zresztą jak Justin Bieber, czy ostatnio nawet zespół o nazwie One Direction – i choć nikt nie każe nam ani ich lubić, ani choćby tylko słuchać, pamiętajmy, że nie ma nic gorszego, jak się zagubić we własnych, przez nas samych zresztą zaakceptowanych, mitach.
Tak sobie myślałem o tym wszystkim, kiedy nagle na blogu mojego kolegi Coryllusa pojawił się najpierw temat człowieka nazwiskiem Piesiewicz, a potem od razu za nim przyszedł reżyser Zanussi. Kim jest Zanussi, wiemy wszyscy. To jest człowiek, który nakręcił całą kupę filmów, z których zaledwie dwa, czyli „Życie rodzinne” i „Barwy ochronne” są filmami dobrymi – i to jakimś cudem, bardzo dobrymi – w dodatku człowiek, którego publiczne zachowanie przez ostatnie lata dyskwalifikuje go jako partnera nawet nie do rozmowy, ale do przebywania z nim we wspólnym pomieszczeniu. I oto okazuje się, że ta czarna legenda – inna sprawa, że ciągnąca się za nim jak najbardziej słusznie – skaziła nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie ocenić czegoś, co tak naprawdę jest dziecinnie proste i oczywiste. Dlaczego? To jasne. Bo my wiemy to, to i tamto, a skoro już wiemy to, to i tamto, to wiemy też jeszcze coś innego, i nie ma takiej ani ludzkiej, ani boskiej siły, która by nas nagle postawiła na nogi i nam wytłumaczyła, że daliśmy się zagadać własnemu lenistwu.
Daję słowo, że ciekawa bardzo jest ta moja książka o rock and rollu – rock and rollu rozumianym nawet nie jako muzyczny gatunek, ale jako coś, co stanowi szczególny rodzaj prawdy o nas i o naszym życiu. Bardzo bym chciał, żeby każdy z nas, którzy będziemy mieli okazję ją przeczytać, a już zwłaszcza ci z nas, którzy uważają, że potrafią zrozumieć jej cel i sens, potrafili się też przyjrzeć samym sobie, i zastanowić, czy przypadkiem to co tam stoi jak byk, nie jest te skierowane też do nich.

Dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich dniach przyszli tu ze szczodrą pomocą, i proszę o nas pamiętać. To wszystko są naczynia połączone. Gdyby ktoś był zainteresowany, odsyłam na stronę naszej księgarni coryllus.pl


niedziela, 27 października 2013

O gnuśności i zakopanych talentach, czyli refleksje po Targach

O targach w Krakowie trochę już pisałem wczoraj w Salonie24, głównie pod kątem wrażenia, jakie na mnie zrobił Wojciech Cejrowski, spotykający się ze swoimi czytelnikami na stoisku wydawnictwa Bernardinum, umieszczonego dokładnie naprzeciwko naszego. Nie będę powtarzał wszystkiego, co na ten temat napisałem, przypomnę może tylko krótko, że na mnie autentyczne wrażenie zrobiło to, jak wielu fanów ma Cejrowski wśród młodzieży wczesnoszkolnej, i z jaką cierpliwością i szacunkiem on ich wszystkich traktował przez te długie godziny, kiedy zmuszony był głównie pozować do zdjęć i podpisywać się na podsuwanych mu pod nos kartkach papieru. Gabriel twierdzi wprawdzie, że nie ma się czym emocjonować, bo szacunek dla czytelnika – choćby i czytelnika zaledwie potencjalnego – jest kwestią zupełnie podstawową, ja jednak widzę naprawdę bardzo wiele powodów, dla których akurat ktoś taki jak Cejrowski mógł na większość tego wysiłku zwyczajnie machnąć ręką. A nie machnął. On to przetrwał z szerokim uśmiechem na twarzy.
Cejrowski stał tam przy tym swoim fikuśnym stoliku przez bite 6 godzin, boso, w tej swojej wzorzystej koszuli, i popijając tę swoją dziwną herbatkę, gadał z tymi dziećmi, uśmiechał się do nich radośnie, i przyciągał nieustanne tłumy, które normalnie można zobaczyć może tylko w telewizji, kiedy oglądamy jakieś największe światowe gwiazdy popu. Samych książek może za wiele nie sprzedał – a już na pewno nie tyle, ile planował – bo tak naprawdę on tam nie był przede wszystkim pisarzem, ale bohaterem popularnej świadomości, no ale ani przez moment nie można było pomyśleć, że to wszystko jest niezasłużone i niesprawiedliwe.
I oto dziś już wprawdzie Cejrowskiego nie było, natomiast – też tuż obok nas – pojawił się pisarz Stasiuk. I ja uważam, że to, czego byliśmy świadkami właśnie jak idzie o Stasiuka, stanowi doskonałe wręcz uzupełnienie tego, czego wczoraj dokonał Cejrowski. I doskonale przy okazji tłumaczy skalę zjawiska. Proszę sobie wyobrazić, że kiedy przyszedł Stasiuk, natychmiast ustawiła się bardzo długa kolejka czytelników, którzy jednak po tym, jak już kupili, co tam chcieli kupić, i po tym, jak już uzyskali autograf artysty, sobie poszli… i Stasiuk już do końca dnia został niemal zupełnie sam. Widząc, że kolejka zniknęła, poszedłem tam zobaczyć, co on porabia, i zobaczyłem Stasiuka, jak siedzi nadęty i podpisuje jakiemuś samotnemu desperatowi książkę. Ani nie stoi, ani z nim nie rozmawia, ani nawet na niego nie patrzy, tylko siedzi rozwalony w tym głupim krześle i coś tam bazgrze.
I myślę sobie, że to, w tej relacji właśnie między wczorajszym Cejrowskim, a dzisiejszym Stasiukiem, leży cała odpowiedź na pytanie o to, czym jest sukces prawdziwy, a czym sukces zafałszowany. Zaglądam do Wikipedii i czytam o Stasiuku:
Jest laureatem Nagrody Fundacji Kultury (1994), Fundacji im. Kościelskich (1995), im. S.B. Lindego (2002), Nagrody im. Beaty Pawlak (2004) za Jadąc do Babadag, Nagrody Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera za Fado (2007). Kilkakrotnie nominowany był do Nagrody Literackiej Nike, którą otrzymał raz – w 2005 r. za Jadąc do Babadag. Dnia 5 października 2005, podczas uroczystości w krakowskim magistracie, został uhonorowany przez ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego Srebrnym Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis.
Autor licznych felietonów prasowych, publikowanych na łamach ‘Tygodnika Powszechnego’, ‘Gazety Wyborczej’, ‘Tytułu’, ‘OZON-u’, ‘Frankfurter Allgemeine Zeitung’ i innych pism. Jego książki zostały przetłumaczone na wiele języków, m.in. na angielski, fiński, francuski, niderlandzki, niemiecki, rosyjski, norweski, ukraiński, węgierski, włoski, czeski i rumuński”.
Notki dotyczącej Cejrowskiego przytaczać nie muszę, bo raz, że wszyscy mniej więcej wiemy, co tam możemy znaleźć, a poza tym wiemy też, że tam naprawdę nie ma nic ponad to, że on wszystko, co zawdzięcza, zawdzięcza wyłącznie sobie, i – niech będzie, jeśli ktoś sobie życzy – swojemu cwaniactwu i przebiegłości. Ale swojemu, a nie jakichś szarych promotorów.
I właśnie na targach książki w Nowej Hucie można było zobaczyć efekty tego podejścia. Cejrowski był oblężony od początku do końca przez tłum rozentuzjazmowanych fanów i czytelników, natomiast Stasiuk zrobił, co miał do zrobienia, następnie wrzucił na ramiona jakiemuś brudnemu hipisowi pudło z niesprzedanymi książkami i odszedł „z godnością”.
Kiedy już go pożegnaliśmy rozbawionymi spojrzeniami, zajrzałem na to stoisko raz jeszcze i rzuciłem okiem na jego najnowsze książki. I teraz, proszę uważać, bo powiem coś, co jest faktem nie podlegającym dyskusji. Nie wiem, jak to było z nim wtedy, gdy odbierał te fundowane przez swoich kumpli z „Wyborczej” nagrody, ale dziś, to co on pisze, stanowi literaturę na takim poziomie, że ja osobiście mógłbym tego typu książki wydawać po 12 na rok. Zwyczajnie, co miesiąc. Tyle że o wiele, wiele lepsze. To, co dziś produkuje Stasiuk, to przykład tak niesłychanej bezczelności, że ja nie umiem znaleźć na to słów. Tam, na tym nieszczęsnym, opustoszałym stoisku leżały cztery jego książki: „Dojczland”, „Taksim”, „Dziennik pisany później” i „Grochów”. Ja zdążyłem rzucić okiem na dwie z nich: „Dziennik” i „Grochów”. To są książeczki o treści zajmującej mniej więcej jedną czwartą tego, co ja umieściłem w mojej książce o biustonoszu i Świadkach Jehowy, a jak idzie o poziom literacki, to jest tak, jak już wspomniałem wcześniej. Coś takiego, to ja mogę pisać codziennie, tyle że wcześniej musiałbym się ciężko upić, by zabić sumienie.
I to jest druga rzecz, jakiej się podczas tych targów nauczyłem. Brak talentu i zgnuśnienie zawsze idą w parze. Zastanawiam się nawet, czy tak naprawdę jedno i drugie to nie ta sama cholera. Ewangelia to jednak potęga.

Przy okazji chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy przyszli na Targi, żeby się z nami zobaczyć, a niekiedy i kupić nasze książki. Pozdrawiam szczególnie Jolę z Sieprawa z Rodziną i Leszka z Krakowa, którzy są ze mną od samego początku. Dzień w dzień. Dziękuję.

sobota, 26 października 2013

O Kubie Wojewódzkim z włosami na rudym żelu

Tradycyjnie - tyle że tym razem może nieco wcześniej - przedstawiam najnowszy felieton dla "Warszawskiej Gazety", tym razem o Wojewódzkim. A jak ktoś zacznie uderzać w ów irytujący ton typu "Że też potrzebujesz się zajmować kimś takim jak Wojewódzki", to daję słowo, że się obrażę.

Na pytanie, za co nie lubię Kuby Wojewódzkiego, wbrew pozorom, byłoby mi niełatwo odpowiedzieć. Mam wrażenie, że każda próba zracjonalizowania owej niechęci skończyłaby się porażką, bo ja naprawdę nie uważam, że Wojewódzki jest większym idiotą, czy chamem od swoich sławnych kumpli. Niedawno na przykład miałem okazję obejrzeć w Internecie występ kilku dziennikarzy radia RMF, jak odstawiają jakiś kabaret, i uważam, że oni akurat od Wojewódzkiego są i głupsi i bardziej podli. A mimo to, nie ma osoby publicznej, której życzyłbym gorzej, niż Kubie Wojewódzkiemu.
Zatem więc, u podstaw moich emocji związanych z Wojewódzkim stoi niechęć całkowicie bezinteresowna. Ja go widzę, i marzę już tylko o tym, żeby go dopaść na tak zwanym „mieście” i kopnąć w tyłek. A skoro w mojej głowie pojawiają się takie marzenia, to zaczynam natychmiast fantazjować, co by było, gdyby do tego faktycznie doszło. Spotykam Wojewódzkiego na ulicy, zachodzę go od tyłu, daję mu kopa w tyłek… no i co teraz? Czy Wojewódzki rzuca się na mnie, obezwładnia mnie jednym ruchem i dostarcza policji? A może wali mnie pięścią w twarz, ja się przewracam nieprzytomny na chodnik, a on z godnością odchodzi? Otóż nie. Moim zdaniem, gdybym dopadł Wojewódzkiego na mieście i go kopnął w zad, on by się sfajdał ze strachu. I to nie dlatego, że ja jestem taki groźny, ale dlatego, że to jest właśnie ktoś taki. Dla mnie Wojewódzki to człowiek, który kiedy występuje w telewizji, potrafi zadawać szyku, pokazywać, jaki z niego bohater, obrażać ludzi, obmacywać zaproszone do studia panny, natomiast zwykły kopniak w zadek doprowadza przyprawia go o palpitacje. Dlaczego? Bo to jest taki typ, który poczuje tego buta w dziurze, i musi uznać, że oto nadeszła śmierć.
Oczywiście, ani te moje marzenia nigdy się nie zrealizowały, ani z oczywistych względów zrealizować nie mają szans, natomiast z prawdziwą satysfakcją przyjąłem wiadomość, że ktoś podszedł do Wojewódzkiego na odległość bezpośredniego kontaktu i wylał mu na łeb słoik z tak zwaną sraką. Czemu mnie to tak ubawiło? Dokładnie z przyczyn, które opisałem wyżej. A więc nawet nie ze względu na bezpośrednią reakcję zainteresowanego, która musiała być warta paru lat życia, ale na to, co nastąpiło potem. Otóż w pierwszej chwili Wojewódzki pobiegł się obmyć, następnie przez siedem godzin odzyskiwał przytomność, a wtedy poczuł pieczenie, i popędził na policję z zawiadomieniem, że ktoś go oblał kwasem. Policja, oczywiście, widząc, że ma do czynienia z wariatem, odesłała go na pogotowie, tam stwierdzono, że nic się nie stało, i dziś mamy już tylko, z jednej strony, prawdopodobnie obłąkanego Wojewódzkiego, powtarzającego, że został męczennikiem, z drugiej media opowiadające o tym, że faszyści oblali Wojewódzkiego kwasem, no a z boku normalną, ryczącą z śmiechu publiczność. Naprawdę, są chwile, dla których warto żyć.

Plan był taki, by do Krakowa na targi jechać tylko dziś, jednak z paru bardzo istotnych względów, w tym chęci spotkania z pewną bardzo ważną dla mnie osobą, która jest tu z nami od samego początku, która dziś zjawić się nie mogła, a jutro - owszem, będę tam z wszystkimi książkami raz jeszcze, jutro. Serdecznie zapraszam.Choćby po to, by się spotkać i pogawędzić.

piątek, 25 października 2013

Czy oni wiedzą że kłamią?

Nie wiem, czy tak to było od samego początku, czy może dopiero to straszne napięcie ostatnich lat sprawiło, że staliśmy się tak dramatycznie nieufni, ale faktem jest, że dziś owa nieufność osiągnęła już pułap, gdzie ludzi wciąż, wbrew najbardziej oczywistym faktom, wbrew najbardziej prostej logice, czy zwyczajnie zdrowemu rozsądkowi, broniących tezy o tym, że 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku doszło do zwykłej lotniczej katastrofy, zaczynamy podejrzewać o to, że oni nie mogą być szczerzy; że oni najzwyczajniej w świecie działają na zlecenie. To zwykłe, niemal wręcz dziecięce zdziwienie szaleństwem, z jakim mamy do czynienia, sprawia, że coraz więcej z nas zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem tych, którzy wciąż jeszcze szczerze wierzą w wypadek, wśród normalnie myślących ludzi już nie ma.
Przyznaję, że pewnie przez wzgląd na swoją wrodzoną dobroduszność i wiarę w człowieka, bardzo długo opierałem się temu przekonaniu. Wciąż słyszałem opinie karykaturalnie wręcz absurdalne, głupie, obrażające najbardziej podstawową ludzką inteligencję, i wciąż powtarzałem sobie, że widocznie tak to z nami już jest, że przy pewnym poziomie emocji, nawet najlepsza wola nie jest w stanie pokonać owej tępej zawziętości. I oto ostatnio, na fali najświeższych doniesień o tym, co się tak naprawdę stało w Smoleńsku, doniesień jednoznacznych, pełnych, w najbardziej oczywisty sposób nie do zakwestionowania, pomyślałem sobie, że owa nieprzytomna wręcz agresja, jaką one wywołały, ten wysyp drwin, kompletnie niemerytorycznych złośliwości, a przy tym najbardziej ordynarnych kłamstw, nie mogą w żaden sposób być wynikiem szczerych intencji. To w żadnym wypadku nie może być kłamstwo wbrew woli. Za tym musi stać czyjś bardzo brudny palec. Bardzo brudny.
Skąd mi to przyszło do głowy? Otóż dziś przeglądałem wpisy na różnych, najczęściej obcych, blogach i nie mogłem nie zauważyć, że tam już praktycznie nie ma błędnych opinii, czy jakichś, choćby nie wiadomo jak rażących omyłek, mogących być wynikiem czy to niewiedzy, czy zwykłego gapiostwa. Tam nie ma też tego tak dobrze nam znanego zapętlenia, które pojawia się w momencie, gdy emocje przekraczają zwykłe poziomy. Tam nie ma nic, co można by było usprawiedliwić nawet jakimś chwilowym szaleństwem. Jak idzie o tę serię komentarzy, stoimy już tylko przed ordynarnym kłamstwem, bezczelnym tak, że możliwym tylko na wyraźne zamówienie.
Tak to właśnie sobie wyobrażam. Praca przeprowadzona przez Chrisa Cieszewskiego i jego zespół, wskazująca w sposób najbardziej niepodważalny, jak można tylko sobie wyobrazić, że brzoza, dotychczas funkcjonująca, jako pierwszy dowód na to, że smoleńska katastrofa była wynikiem wypadku, od początku do końca stanowiła tylko brudne alibi ludzi dla złych i występnych, zmieniła całkowicie stan powszechnej świadomości, jak idzie o Smoleńsk. Informacja przekazana przez Zespół – podkreślmy to raz jeszcze, bardzo jasna i całkowicie nie do podważenia – zdemolowała praktycznie wszystko to, co dotychczas zostało przedstawione opinii publicznej przez media głównego nurtu, jako prawda. A ja sobie tylko mogę wyobrazić, co się zaczęło w tym momencie dziać w głowach tych wszystkich, którzy poczuli, że ziemia osuwa się im spod stóp. I ja tylko mogę sobie wyobrazić, jak w pierwszym możliwym momencie padło polecenie: „Wyszydzić i sprowadzić do absurdu. Chwytać się każdej okazji, i żadnych dyskusji”.
Ale jeszcze coś. Sprawa podstawowa. Mówiąc o Cieszewskim nie używamy nazwiska. Funkcjonuje wyłącznie imię „Chris”. No i proszę zwrócić uwagę: ja przeczytałem może pięć, może dziesięć tekstów wyszydzających badania Cieszewskiego. Oni o nim nie piszą inaczej jak „Chris”. Przepraszam bardzo, ale ja mam tylko dwie możliwości: albo uznajemy, że oni wszyscy są tak niesamodzielnie intelektualnie, że jeden mówi „Chris”, a inni powtarzają to za nim, jak stado baranów, albo to jest dyrektywa. Dokładnie taka sama, jak „parówki”, „piijiii, bziuuu”, „puszki z redbulla”, czy diabli wiedzą, co jeszcze.
Napisałem ten tekst i nagle moje dziecko mi powiedziało, że w Telewizji Republika dwóch „naszych” śmiało się z Wojewódzkiego, że on się ostatecznie przyznał, że to nie gównem, ani kwasem on został oblany, ale zwykłą coca-colą. I oto nagle okazuje się, że Wojewódzki wcale tak nie powiedział, ale to jest robota jakiegoś twitterowego śmieszka, który przy pomocy owej coca-coli sparodiował Wojewódzkiego. Nasi ludzie z TV Republika jednak uznali, że to był sam Wojewódzki, i zrobili na ten temat program. Czy oni to zrobili w dobrej wierze? Przepraszam bardzo, ale wszystko wskazuje na to, że to jest od początku do końca bez znaczenia. W ostatecznym rozrachunku, i tak zostajemy kompletnie sami.

Dziękowałem już za pomoc pod poprzednim tekstem, więc dziś tylko powtórzę. Bez Was byśmy byli w tak zwanej dupie. Tymczasem chciałbym poinformować, że jutro jadę do Krakowa – czy bardziej dokładnie, do Nowej Huty – gdzie Gabriel handluje naszymi książkami. Jeśli ktoś mieszka w zasięgu wzroku, serdecznie zapraszam. Choćby po to, by się spotkać i pogadać.

czwartek, 24 października 2013

Na mały smuteczek - piosenka

Bardzo przepraszam, ale dziś wyłącznie w sprawie dramatycznie osobistej. Otóż wygląda na to, że przez to, że wydaliśmy tę książkę o zespołach, to tak bardzo wyproszone wsparcie dla bloga ustało. Od trzech dni, owszem, książka się systematycznie sprzedaje, natomiast, jak idzie o codzienne wpływy jesteśmy na czystym zerze. Od trzech dni nie wpłynęła marna złotówka. Biorąc pod uwagę fakt, że pierwszych realnych pieniędzy ze sprzedaży książki spodziewamy się dopiero na początku grudnia, czyli po pokryciu kosztów druku, no i zamknięciu rozliczeń za listopad, jak na dziś, jesteśmy całkowicie unieruchomieni.
I to jest akurat paradoks, z którym mamy do czynienia przy wydawaniu każdej kolejnej książki. Podczas gdy można by sądzić, że skoro jest książka, to są też zyski, sytuacja jest taka, że nagle pieniędzy nie ma w ogóle – ani z książki, ani z codziennej pomocy. I niewykluczone, że tak już będzie do końca listopada. A to – i daję słowo, że nie kokietuję – nas zwyczajnie zniszczy.
Na koniec może pytanie podstawowe: Po co ja to w ogóle pisze? Trochę oczywiście z nadzieją, że uda mi się od Was nagle coś wyżebrać, ale przede wszystkim dla wyjaśnienia bardzo ważnej dla mnie kwestii. Otóż ile razy pod kolejnym z tekstów zamieszczam swoje zwyczajowe prośby o wsparcie, ja nie robię tego ani z przyzwyczajenia, ani z wrodzonego, czy nabytego cwaniactwa. Ja tu jestem jak najbardziej szczery i uczciwy. Gdybym tego robić nie musiał, to bym nie robił. I Bóg mi tu świadkiem.
Ponieważ nastrój w domu jest bardzo grobowy, nie mam siły pisać nic nowego. Może w tej sytuacji jeszcze jeden rozdział, tym razem jednak z wcześniej książki, o biustonoszu i Świadkach Jehowy. Trochę za to jednak w temacie muzyki. Jak ktoś jeszcze nie ma, serdecznie zachęcam.

Czy kiedy mieszkaliśmy we wspólnym mieszkaniu z Niemcami, w pokoju z oknem wychodzącym na pokryte pierwszym śniegiem drzewo, w domu była jakakolwiek muzyka – nie wiem. Mieliśmy radio o nazwie „Szarotka” i ono chyba wiecznie było włączone, ale czy tam głównie była muzyka – nie wiem. Faktem jest, że od czasu jak sięgam pamięcią, moje życie bez muzyki nie istniało. Poza dwoma latami nauki na akordeonie, nigdy nie nauczyłem się grać na żadnym instrumencie i choć podobno, jako dziecko, lubiłem śpiewać i śpiewałem ładnie, moja miłość do muzyki realizowała się wyłącznie na poziomie słuchania, ewentualnie podśpiewywania.
Mam dość dużo wspomnień związanych z muzyką. Przede wszystkim mój straszy brat był klasycznym bitnikiem, nosił buty na wysokim obcasie i ciemne okulary, miał kolegów, którzy grali na różnego rodzaju instrumentach w lokalnych zespołach, no i niewiadomo skąd mieli prawdziwe płyty z najważniejszymi wówczas brytyjskimi i amerykańskimi zespołami. Siłą rzeczy, te płyty od czasu do czasu pojawiały się u nas w domu, a że mieliśmy jakiś podstawowy gramofon, można było sobie oprócz tego, że je potrzymać w ręku i powąchać, to jeszcze ich posłuchać.
Pamiętam bardzo dobrze, jak pojawiła się w domu płyta Niemena „Dziwny jest ten świat”. Wróciłem ze szkoły do domu, wszedłem do pokoju, a na samym środku stołu, częściowo jeszcze opakowany w szary papier, leżał ten Niemen. Pamiętam, że okładka była czarno-biała z niebieskim napisem i błyszczała. To że błyszczała, zrobiło na mnie wrażenie.
I od razu przychodzi mi na myśl kolejne związane z Niemenem wspomnienie. Byłem na wakacjach w Sławatyczach, i od pewnego już czasu pojawiały się wiadomości, że Niemen nagrał „Bema pamięci rapsod żałobny” Norwida. Ja z jakiegoś powodu nie miałem pojęcia kto to taki ten Norwid, natomiast biorąc pod uwagę tego mojego Niemena, ten dziwny tytuł i te dwa egzotyczne imiona – „Cyprian Kamil”, trwałem w atmosferze wyczekiwania. W Sławatyczach, w każdym domu na ścianie przyczepiony był tak zwany „kukuruźnik”, czyli głośnik, który nadawał wspólny dla wszystkich program radiowy. Oczywiście, można go było ściszyć, lub calkiem wyłączyć, niemniej gdy tylko ktoś sobie tego życzył, radio w każdym domu jak najbardziej było. Byłem akurat w domu mojej cioci i nagle posłyszałem, że puszczają tego Niemena. Właśnie tego Niemena. Dramat polegał na tym, że głośnik był bardzo ściszony, a odpowiednia gałka gdzieś się zapodziała i ze środka sterczał tylko taki metalowy sztyft. Ja byłem tak zdeterminowany, żeby tę głośność zwiększyć, że wlazłem na krzesło i spróbowałem tego dokonać zwyczajnie – zębami. Dziś ta dwójka wygląda normalnie, ale tylko dlatego, że przez lata się wszystko wytarło i wyrównało.
Bardzo też wyraźnie przypominam sobie, jak pewnego dnia pojawił się u nas w domu pożyczony przez brata na parę dni magnetofon firmy „Tonette” wraz taśmą „Agfa”. Do dziś mam przed oczyma ten magnetofon i tę taśmę z niebieskim kółkiem w środku i z dwiema nagranymi na niej płytami. Na jednej stronie była druga płyta Jethro Tull „Stand Up”, a na drugiej – pierwszy Led Zeppelin. Nie wiem, jak mój brat, bo przez to że był ode mnie aż siedem lat starszy, miał już swoje życie, jednak jest faktem, że ja słuchałem tych dwóch płyt na okrągło, tak długo, aż znałem je niemal na pamięć.
To musiało być jeszcze wcześniej, kiedy chodziłem może do piątej klasy i cierpiałem na do dziś niezdiagnozowane, jednak, co im trzeba uczciwie oddać, pozwalające mi wiele lat później uniknąć wojska, strasznie silne zawroty głowy. Trwało to nieszczęście może rok, a może dwa lata – dziś już tego nie pamiętam – i bardzo często uniemożliwiało mi wręcz wstanie rano z łóżka. Leżałem więc kompletnie płasko, starałem się nie ruszać, a kiedy tylko udawało mi się wstać, brałem kolejną pocztówkę dźwiękową – których w naszym domu były wręcz nieludzkie ilości – i sobie słuchałem piosenek. Moją ulubioną w pewnym momencie, był utwór zespołu Herman’s Hermits „Dandy”. No i bywało tak, że ja albo słuchałem tego „Dandy”, albo umierałem od tych zawrotów głowy. Pamiętam, że jeszcze wiele lat później na dźwięk Herman’s Hermits czułem, jakbym miał zwymiotować.
Mnóstwo jeszcze chodzi mi po głowie różnych historii, już z lat nieco późniejszych, i dużo, dużo późniejszych, gdzie bez muzyki świat zwyczajnie nie istniał. I to muzyki najróżniejszej – zwykłego popu, rocka, jazzu, klasyki – a w tym wszystkim oczywiście Pere Ubu.




środa, 23 października 2013

O głupich Angolach i o nas - z wąsami i bez

Ja znam stosunek mojego kolegi Coryllusa do Anglii i Anglików, wiem też doskonale, co on ma przeciwko temu akurat miejscu na Ziemi, natomiast nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat po naszej stronie politycznej sceny istnieją tak silne antyangielskie kompleksy. Wystarczy wejść na pierwszy lepszy blog prawicowy, otworzyć pierwszy lepszy prawicowy tygodnik, posłuchać pierwszych lepszych komentarzy dotyczących czy to narodzin przyszłego brytyjskiego króla, czy ślubu przyszłej pary królewskiej, czy w ogóle jakieś większego wydarzenia, które dla wspomnianej Anglii i Anglików ma znaczenie historyczne, by już tylko wysłuchiwać kpin odnośnie tego, jacy ci Anglicy są głupi i niepoważni.
W najnowszym numerze tygodnika „W Sieci” mamy kolejny felieton byłego artysty kabaretowego, obecnie gwiazdy prawicowego dziennikarstwa, Ryszarda Makowskiego, gdzie owa anty-angielska fobia doprowadzona została do tego stanu, że Makowski nawet jest gotów własną piersią bronić przed tymi wstrętnymi „Angolami” samego Lecha Wałęsę. Mam nadzieję, że wszyscy wiemy, o co chodzi, ale, dla przypomnienia, krótko bardzo. Otóż Wałęsa pojechał do Londynu na premierę filmu o sobie, i wracając do Polski został przez urzędników celnych na lotnisku gruntownie przetrzepany. Oczywiście, przez to, że on do takiego traktowania, gdzie ktoś nie ma nawet pojęcia, kim jest Wałęsa, nie jest przyzwyczajony, owa kontrola trwała znacznie dłużej, niż to się zwykle dzieje, a przez to Wałęsa owo upokorzenie musiał też znosić dłużej, niż to byłoby normalnie konieczne.
Makowski, czy to przez to, że sam ma złe doświadczenia z odprawą w Londynie, czy też dlatego, że chciał bardzo dowieść, jak to my, prawica, potrafimy być obiektywni i propaństwowi, uznał za stosowne napisać, że fakt iż „Angole wyciągali Wałęsie publicznie z walizki bieliznę, typu majtki i skarpetki, bo podobno wymaga tego bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii, to autentyczny skandal”. Dalej zresztą tych „Angoli” mamy jeszcze parę razy, natomiast jak idzie o same argumenty, jest nawet lepiej. Zdaniem Makowskiego, to do czego doszło na lotnisku Heathrow jest tak oburzające, że głos powinien zabrać sam Prezydent i wytłumaczyć tym głupim „Angolom”, z kim mają do czynienia, no ale on tego, bałwan, nie zrobi, bo się boi – i tu z Makowskiego wychodzi pierwszej klasy żartowniś – że ponieważ w paszporcie jest z wąsem, a w naturze już nie, to, gdy przyjdzie co do czego, sam będzie miał na tych bramkach kłopoty.
Nie wiem, ilu z nas miało okazję wjeżdżać na teren Wielkiej Brytanii, ale ten, komu się to zdarzyło, wie, że tam z każdej strony walą w oczy wielkie czerwone tablice z, różnie wprawdzie formułowanym, ale jednobrzmiącym komunikatem: Tu niekwestionowaną władzę stanowi ta czarna dziewczyna w mundurze urzędnika celnego, która reprezentuje Koronę, i jakakolwiek próba zastraszania, wymuszania, czy choćby kwestionowania jej władzy, będzie karana z najwyższą surowością. Próbujemy przejść przez tę bramkę, przed sobą mamy tę dziewczynę, czy któregoś z jej kolegów, i wiemy, że oni w tym miejscu i w tym czasie znajdują się pod bardzo ścisłą ochroną, wyznaczaną przez majestat Korony, i choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo mieli rację, mamy być grzeczni i potulni.
Kim jest ten urzędnik, czy urzędniczka? Nie mam pojęcia, ale przyznam, że, niezależnie już od tego, że oni mają ten komfort, że im wolno wszystko, żaden z nich nigdy nie zrobił na mnie wrażenia kogoś, kto może na przykład wiedzieć, kim jest Lech Wałęsa. I oto na przejściu pojawia się sam On, z całym tym swoim kulturowym i cywilizacyjnym bagażem, w walizce wiezie butelki szampana, które woli mieć pod ręką, żeby się gdzieś, cholera, nie potłukły… i nagle trafia na wspomnianą już Hinduskę, czy Nigeryjkę, czy zwyczajną dziewczynę z Battersea, i zaczyna się stawiać. I co on sobie wyobraża? Że on jej powie: „Wy nie wiecie, kim ja jestem. Ja jestem osobistym przyjacielem Dalaj Lamy”, i ona od tego momentu ze strachu przed Fundacją Lecha Wałęsy zacznie łamać procedury?
No dobra. My wiemy przecież, kto to taki Wałęsa i nic nas zdziwić nie może. To jednak, że Ryszard Makowski nie jest w stanie zrozumieć najbardziej prostych zależności, robi pewne wrażenie. Czy on naprawdę nie jest w stanie pojąć, że dla przeciętnego Brytyjczyka – a urzędnik celny jest takim przeciętnym Brytyjczykiem – informacja, że ktoś się nazywa Lech Wałęsa, jest informacją pozbawioną znaczenia? Czy to naprawdę jest takie trudne do zrozumienia, że przeciętny Brytyjczyk na dźwięk słowa „Nagroda Nobla” może najwyżej wzruszyć ramionami? Czy to doprawdy stanowi aż taką zagadkę, że przeciętny Brytyjczyk na informację, że czyjeś „zasługi dla zmian w Europie są nie do podważenia” może najwyżej unieść w zdziwieniu brwi? I nie łudźmy się – tu wcale nie chodzi o to, ze przeciętny Brytyjczyk o Wałęsie, o Noblu i o Europie nie słyszał. Spokojna nasza głowa. Przeciętny Brytyjczyk jest na tym polu wystarczająco wykształcony, tyle że on to, właśnie będąc Brytyjczykiem, uważa za szczegół. A już na pewno w obliczu swoich zawodowych i państwowych obowiązków. A już na pewno w obliczu choćby zbliżającego się dnia chrztu małego księcia Jerzego.
I jeśli w tej sytuacji jakiś Makowski uznaje, że kiedy on użyje epitetu „Angole” i w tym momencie cokolwiek się zmieni, to akurat świadczyć będzie tylko o nim.
No ale tacy właśnie jesteśmy: głupi, zawistni, pełni kompleksów, a jednocześnie kompletnie bezradni na każdym możliwym poziomie. I mówię o nas wszystkich, w tym tych najlepszych, reprezentowanych przez tygodnik „W Sieci”. Oto wygląda na to, że projekt, którego, jak się mogło wydawać, pierwszym celem było rozbudzenie świadomości patriotycznej i wychowanie tych z nas, którzy tego wsparcia potrzebowali na silnych, rozumiejących swoje prawa i obowiązki obywateli, zajmuje się z jednej strony uprawianiem jakiegoś idiotycznego kabaretu, a z drugiej reklamą wydawanych przez System książek, w których ów spragniony prawdy człowiek sobie poczyta, jak to Katarzyna Dowbor upychała pijanego Janusza Atlasa w bagażniku samochodu jakiegoś innego esbeka. A wszystko po to, byśmy potem z prawdziwą z dumą mogli zawołać, że ci „Angole” to jednak banda kretynów.

Książka się powoli sprzedaje, jednak jeszcze przez parę tygodni będziemy żyć z dnia na dzień. W tej sytuacji wciąż bardzo proszę o łaskawe wspieranie tego bloga, bez czego nie mamy jednej szansy na przeżycie. Dziękuję.

wtorek, 22 października 2013

VAN MORRISON



Mam przyjemność poinformować wszystkich tych, którzy na nią czekali, że oto wreszcie wydaliśmy książkę, od dłuższego już czasu umownie nazywaną „książką o zespołach”. Od dziś jest ona do nabycia w sklepie u Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, a jeśli ktoś planuje w tym tygodniu odwiedzić krakowskie targi książki, będzie mógł ją sobie kupić osobiście na stoisku B78. Przez cały czas na miejscu będzie Gabriel, natomiast w sobotę, i być może w niedzielę, mam nadzieję pojawić się i ja. Dziś, aby mniej więcej pomóc się wszystkim zorientować, w czym rzecz, przedstawiam jeden z rozdziałów. Czemu ten? Bez powodu. Ot, na niego wypadło.

Robert Johnson urodził się w roku 1911, a zmarł w 1938. Oczywiście może się bardzo łatwo okazać, że te relacje wyglądają nieco inaczej, zwłaszcza jak idzie o rok urodzenia, kiedy to pies z kulawą nogą się faktem urodzin tego czarnucha nie przejął, ale mniej więcej tak to wyglądało. On się najpierw urodził, a po niespełna 30 latach wziął i umarł. Ktoś, kto go znał jeszcze zanim on został najwybitniejszym gitarzystą w historii bluesa i okolic, stwierdził po latach, że kiedy go spotkał po raz pierwszy, Johnson, owszem, bardzo dobrze grał na harmonijce, natomiast gitarzystą był „żałośnie złym”. No i niemal z dnia na dzień okazało się, ze ta ocena jest już nieaktualna. Niemal z dnia na dzień wyszło na to, że nie ma nigdzie nikogo, kto grałby na gitarze równie znakomicie, jak on.
Oczywiście znamy wszyscy, często jeszcze z czasów, kiedy rodzice czytali nam bajki, ów schemat, wedle którego żyje sobie gdzieś człowiek, pozbawiony jakichkolwiek talentów, gdy oto któregoś dnia spotyka Diabła, a ten za jego duszę daje mu wszystko to, czego mu najbardziej w życiu brakowało. Następnie człowiek ów przez ileś tam lat sobie tego czegoś poużywa, no a później umiera i bajka się kończy. Znamy tę historię, w dodatku we wszystkich możliwych konfiguracjach, a jeśli ktoś nam powie, że, owszem, ona jest niezła, ale w żaden sposób nie ma przełożenia na nasze życie codzienne, nawet nie mamy jak zaprotestować. A ja uważam, że życie i śmierć Roberta Johnsona jest tu argumentem wręcz fantastycznym.
Nie wiem, czy jest wielu artystów –obojętnie, czy to muzyków, pisarzy, czy malarzy – których sława byłaby tak bardzo, jak to ma miejsce w wypadku Roberta Johnsona, wypełniona legendą właśnie o tym, jak to on któregoś dnia spotkał na rozstaju dróg Szatana, ten mu obiecał, że za jego duszę sprawi, że on zostanie największym gitarzystą w historii, i Johnson tę ofertę przyjął. Możliwe, że to tu to tam, zwłaszcza oczywiście jak idzie o talenty wyjątkowe, ów cyrograf się pojawia, jednak jak idzie o Johnsona, nie ma takiej jego biografii, nie ma na jego temat pojedynczej notki, nie ma jednego wspomnienia, gdzie o tym rozstaju dróg by nie wspomniano. Robert Johnson w powszechnej pamięci pozostaje już zawsze kimś, kto sprzedał duszę Diabłu.
Eric Clapton wspominał kiedyś, że miał w swoim życiu okres, że kiedy spotykał człowieka, który nie wiedział, kim był Robert Johnson, on nie był w stanie dalej kontynuować znajomości; Keith Richards przyznał, że kiedy po raz pierwszy usłyszał Johnsona, zapytał, kto gra na tej drugiej gitarze; Robert Plant powiedział, że „wszyscy zawdzięczamy Johnsonowi nasze istnienie”, Jimi Page dyskretnie tematu Johnsona unikał, ale wystarczy posłuchać któregokolwiek utworu Led Zeppelin, by wiedzieć, w czym rzecz.
Robert Johnson przez te kilka lat, kiedy używał swojego przedziwnego talentu, nagrał 29 piosenek, i na tym zakończył. Dziś, wydawana wciąż od nowa, płyta z ową kolekcją uważana jest powszechnie za jeden z największych albumów w historii muzyki popularnej, a tamta, tak stara jak sama muzyka, legenda żyje w najlepsze. Któregoś dnia pewien, w najlepszym wypadku przeciętny, bluesowy muzyk i śpiewak spotkał Szatana i oddał mu swoją duszę, w zamian za co otrzymał ów niezwykły talent. A ja piszę te refleksje, i słucham, akurat nie Johnsona, ale Van Morrisona, i myślę o nim właśnie – o Van Morrisonie. Oto jego występ z grudnia 2008 roku gdzieś w Niemczech i wiadomość zupełnie porażająca: Van Morrison jest większy nie tylko od Roberta Johnsona, ale od wszystkiego, co kiedykolwiek było – od Jamesa Browna, od John Lee Hookera, od Led Zeppelin, od Hendrixa, Dylana… od wszystkich. Ten właśnie koncert pokazuje to bardzo jasno. A ja sobie myślę, że tu się dopiero musiało dziać.
A pomyśleć, że kiedyś, przed wielu, wielu laty, wszystko się sprowadzało do czegoś, co się nazywało Them i, owszem, miało tę swoją „Glorię”, ale poza tym, naprawdę niewiele więcej. Zaglądam do biografii Van Morrisona i czytam, jak to jego mama była Świadkiem Jehowy, a on jako dziecko regularnie chadzał z nią do tej ich Sali Królestwa na zebrania, i myślę, że to pewnie stąd polska wikipedia klasyfikuje jego muzykę, jako „rock chrześcijański”…
Ale ja już nie o tym. Nie o muzyce, która, jak już to zostało wspomniane – bez względu na to, czy stanowi rock chrześcijański, czy jakikolwiek inny – robi wrażenie szczególne. Otóż czytamy dalej, że w roku 2009 kobieta, którą on zatrudniał jako szefa 14 ze swoich firm, niejaka Gigi Lee, urodziła dziecko i na oficjalnej stronie artysty ogłosiła, co następuje: „Gigi i Van Morrison pragną ogłosić narodziny ich pierwszego syna, Vana, który przyszedł na świat 28 grudnia 2009 roku i jest podobny do swojego taty, jak dwie krople wody”. Morrison, który już wtedy był szczęśliwie żonaty z byłą modelką i lokalną celebrytką Michelle Rocca, w jednej chwili oświadczył, że informacja ta stanowi poważne nadużycie, a on tej Lee w życiu nawet nie widział.
Minął rok, i w styczniu 2011 roku dziecko umarło z powodu, jak to określono, komplikacji spowodowanych cukrzycą. Mniej więcej w tym samym czasie Lee zapadła na nowotwór gardła, i zamarła w październiku tego samego roku.
A skoro już jesteśmy przy plotkach, to zobaczmy też, co się działo po drugiej stronie prywatnego życia Van Morrisona. Otóż jego żona, Michelle Rocca, przez cały 2007 rok ścigała po sądach swojego byłego kochanka, Cathala Ryana, syna założyciela linii lotniczych Ryanair, za jakieś minione krzywdy, i wszystko się nagle skończyło w grudniu tego samego roku samobójczą śmiercią Cathala, jak głosi wieść, z powodu kłopotów finansowych.
Przyznaję, że ów plotkarski ton, który zdominował tę część naszych historii, jak by nie patrzeć, o zespołach przecież głównie, samego mnie trochę martwi. W końcu tu ani przez chwilę o to akurat nie chodziło. A jednak mamy te czarne rozdroża. I te nieprawdopodobne wręcz talenty. I te zobowiązania. No i znów ten pop. Jak zawsze. Wprost do jakiegoś horroru z Keanu Reevesem w roli głównej. Prawda?

Zachęcam do kupowania książki. Jestem pewien, że nawet ci, dla których muzyka nie jest żadną codziennością, uznają ją za ciekawą i inspirującą. Przy okazji, niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 20 października 2013

Dziwny przypadek profesora Kleibera, czyli o przekleństwie intelektualistów

Do Michała Kleibera czuję niezmienny szacunek od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to wystąpił w TVP i opowiadał o Lechu Kaczyńskim, takim jakim go pamiętał i jakiego znał. Czuję ten szacunek i tego prawdopodobnie nie zmieni już nic. Nawet to, co on od pewnego czasu wyprawia wokół sprawy zbrodni smoleńskiej. Dlaczego? Oczywiście, częściowo przez tamte słowa, ale też przez to, że zdaję sobie świetnie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach, zwłaszcza gdy się jest kimś takim, jak szef Polskiej Akademii Nauk, zachowanie postawy wyprostowanej jest czymś szalenie trudnym.
A mimo to chciałbym napisać na jego temat kilka słów krytycznych, w jednej tylko sprawie. Mam na myśli ów kuriozalny pomysł, który oto zresztą zdechł właśnie śmiercią naturalną, aby zorganizować dyskusję między ekspertami z zespołu Antoniego Macierewicza i połączonymi komisjami rządów polskiego i rosyjskiego. Otóż ja nie mam pojęcia, co prof. Kleiber sądzi na temat smoleńskiej katastrofy, choć, przyznaję, że z przyczyn czysto osobistych wolałbym wierzyć, że on ma na tyle zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że tam doszło do zbrodni. Załóżmy jednak, że się mylę, i że Kleiber skłonny jest wierzyć w to, że tupolew, prowadzony przez bandę durniów, walnął skrzydłem w drzewo, uderzył w ziemię i rozpadł się na tysiące wymieszanych fragmentów żelastwa i ludzkich ciał, a dziś, kiedy zachęca do konfrontacji między stroną, nazwijmy ją umownie „rosyjską”, a polską, chce dojść do tej właśnie „prawdy”, co, jak wierzy, doprowadzi do publicznej zgody.
Otóż wydaje mi się, że jeśli mamy przyjąć tę wersję, to musimy też uznać, że prof. Kleiber jest skończonym idiotą. Skończonym w tym sensie, że większym nawet od red. Wrońskiego, czy byłego reżysera Kutza. Chodzi mi bowiem o to, że kiedy zarówno Wroński, czy Kutz uważają, że do żadnej debaty nie powinno dojść, to oni z pewnością wiedzą, co mówią. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że debata taka, zorganizowana oficjalnie, przy wykorzystaniu najbardziej nowoczesnych środków technicznych, gdzie nikt nie będzie się bawił jakimiś krzyżykami na Skype’ie, skończy się totalną klęską strony „rosyjskiej”. A to z tej prostej przyczyny, że jeśli skonfrontujemy prawdę z kłamstwem w warunkach nie skażonych jakąkolwiek manipulacją, prawda musi wygrać. A tu tymczasem, prof. Kleiber – wciąż zakładając, że mówimy o człowieku przekonanym o tym, że przyczyną smoleńskiego nieszczęścia była brzoza – szczerze wierzy, że ta konfrontacja przyniesie wynik taki, jakiego on się spodziewa? To w takiej sytuacji, czemu on nie poszedł do swoich kumpli z Komisji Millera i ich nie przekonał, żeby łapali okazję?
Ja jednak myślę, że prof. Kleiber wie, jak było naprawdę i dlatego dążył – tak bardzo ryzykując swoją karierę – do tej debaty. Bo liczył na to, że kiedy eksperci z komisji rządowej spotkają się z ekspertami od Macierewicza, ci drudzy im wszystko wytłumaczą i będzie git. No ale w takim razie, ja bym chciał wiedzieć, co takiego wie prof. Kleiber, jeśli w ogóle coś wie? Czy on wie, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do zamachu? A skoro tak, to czy on wie też, że namawiając wszystkich tych, którzy stoją po stronie owych zamachowców, żeby zgodzili się na ten temat uczciwie podyskutować, on ich w rzeczywistości namawia do tego, by podpisali na siebie wyrok śmierci? Co prof. Kleiber musi mieć w głowie, żeby sobie wyobrażać, że w sytuacji, jaką dziś mamy, władza ową propozycję przyjmie?
Otóż ja myślę, że prof. Kleiber jest bardzo typowym przedstawicielem czegoś, co przywykło się nazywać „elitami intelektualnymi”. Chodzi o ludzi, którzy uważają, że realny świat to jest to, co oni mają w głowach, i tylko to. Że jeśli coś się dzieje nie tak, to wystarczy pogadać, i wszystko się natychmiast zmieni. A jeśli się zmieni, wszystko, co było wcześniej zostanie natychmiast i automatycznie unieważnione. On, jako porządny intelektualista, wie, że nawet najgorszy zbrodniarz został tym zbrodniarzem nie dlatego, że został opętany przez Zło, ale dlatego, że on sobie coś źle wymyślił, czegoś nie zauważył, i teraz wystarczy tylko mu na ów błąd zwrócić uwagę, żeby on zrozumiał i się opamiętał. A my mu wtedy wybaczymy każdy grzech, który uczynił, no bo wiadomo, że kto myśli, to nawet jeśli błądzi, to nie błądzi.
Ja wiem, że ta diagnoza dla prof. Kleibera musi być bardzo niesympatyczna. Pewnie bardziej jeszcze niż podejrzenie, że on jest zwyczajnie głupi. No ale tak to widzę, i nic na to nie mogę poradzić. Uważam, że prof. Kleiber wie, że był zamach, ale ta informacja jest dla niego, z intelektualnego punktu widzenia, równie istotna, jak ta, że ten, kto ów zamach sprokurował, nie chciał źle, ale tylko coś mu się pomyliło. I stąd to wszystko.
W tych dniach jednak doszła do nas wieść, że Michał Kleiber uznał, że ta walka o debatę jest jak psu na budę, i ogłosił, że się wycofuje. To dobrze. Przynajmniej nie będziemy musieli się żywić tą fikcją. Jak idzie jednak o samego Kleibera, obawiam się, że jemu już nic nie pomoże. Dla tych, których on chciał widzieć ludźmi takimi jak my, on już pozostanie na zawsze wrogiem. I oni mu tej prowokacji nie darują tak długo aż zobaczą, jak zdycha z głodu. I nie pomogą zapewnienia, że on chciał dobrze. Przed sobą będzie miał bowiem już zawsze ludzi, którzy nie wiedzą, co to znaczy „dobrze”.
Co znaczy „źle”, też zresztą nie.

Niezmiennie dziękuję wszystkim, którzy wspierają ten blog, szczególnie teraz, w tym martwym kompletnie czasie. Niedługo rozpoczniemy sprzedaż książki o zespołach, i mam nadzieję, że bardzo szybko uda się pokryć koszta wydania, a potem już stanąć na nogi na tyle, by tu wciąż nie jęczeć. Na razie jednak, bardzo proszę nie odchodzić.

piątek, 18 października 2013

... a i tak kłamstwo przegra

Przyznaję, że nie oglądałem niesławnego już posiedzenia Zespołu Parlamentarnego, gdzie prof. Binienda rozmawiał z jakimś Kaziem, prof. Gajewski nie potrafił podzielić ekranu, żeby przeprowadzić odpowiednią prezentację, a później banda idiotów postanowiła się zabawić i wszystko doprowadziła do ostatecznej kompromitacji. Dlaczego nie oglądałem? Po prostu, nie miałem czasu. Oczywiście, że nie w tym sensie, że musiałem pracować – choć, dzięki Bogu, to też – ale pani Toyahowa, wychodząc rano do szkoły, zostawiła mi listę z zadaniami, no i to mnie już zaangażowało na tyle, że telewizji nie oglądałem. Wszystko mi natomiast zrelacjonowało moje dziecko i powiedziało, że to faktycznie była kompletna porażka.
Powiem szczerze, że ja się na Skype’ie znam na tyle tylko, na ile znać potrzebuję, i to też tylko od niedawna, a więc od czasu, gdy pewien nasz czytelnik zażyczył sobie, bym go w ten sposób uczył angielskiego, i od kilku miesięcy, naprawdę z dużymi sukcesami, wspólnie pracujemy. A więc dopiero od niedawna wiem, że tam jest naprawdę wystarczająco dużo funkcji, które pozwalają z niego korzystać w sposób bardziej zaawansowany. A zatem, ja już wiem, że, skoro sytuacja, w jakiej znajduje się Zespół, jest taka, że oni muszą korzystać ze Skype’a, a nie z bardziej profesjonalnego systemu połączeń, to nic nie stało na przeszkodzie, by się do tego projektu odpowiednio przygotować. Wtedy – cokolwiek by się działo – nie musielibyśmy dziś wyrywać sobie włosów z głowy, że System nas zwyczajnie ustawił w takiej roli, w jakiej nas sobie ustawić potrzebował.
Powiem też, równie szczerze, że kiedy ja rozmawiam z moim uczniem – a dziś też już fantastycznym kumplem – na Skype’ie, zawsze wyłączam komórkę, a gdyby tak się zdarzyło, że bym ją wyłączyć zapomniał, i ktoś by do mnie zadzwonił, to ja bym jej nie odbierał. Profesor Binienda, nie dość że jej nie wyłączył, nie dość, że ją odebrał, nie dość wreszcie, że, jak się okazało, to była jakaś kompletna bzdura, to jeszcze nawet za ten brak przytomności nie przeprosił. On najwyraźniej uznał, że w tej akurat sytuacji, i jemu akurat, wypada.
A więc, z tego, co opowiada mi moje dziecko, na poziomie owej organizacji, doszło do niewyobrażalnej kompromitacji. Dodatkowo jeszcze, dr. Rońda, Bóg Jeden wie, po co, jak dziecko podczas Pierwszej Spowiedzi, przyznał, że opowiadając pół roku temu o jakimś tajemniczym ruskim dokumencie, zwyczajnie kłamał, czym tylko dał powód do satysfakcji bandzie idiotów.
A ja, mimo wszystko, ani drgnąłem, i dziś chciałbym powiedzieć, dlaczego. Przede wszystkim, rzecz w tym, że, jeśli choćby krótko rzucić okiem na sytuację, do jakiej doprowadziły się w ostatnich latach media, należy przyznać, że nie ma takiej kompromitacji i takiego wstydu, który w społecznej świadomości utrzymał by się dłużej, niż przez parę dni. I zasada ta działa idealnie równo po obu stronach ringu. A zatem, to, co ja, czy ktokolwiek z nas, myślimy sobie o tym, w jaki to sposób osoby odpowiedzialne za tę prezentację wszystko zorganizowały, jest bez żadnego znaczenia. Tak naprawdę, poza nami i paru nawiedzonymi durniami z tamtej strony, wszyscy to – podobnie zresztą, jak i całą resztę – mają głęboko w nosie.
Jest też drugi powód, dla którego ja nie jestem w stanie się tym wszystkim szczególnie martwić. Otóż ja już od dłuższego czasu, nie mam w stosunku do tak zwanych „naszych” większych wymagań. Ja świetnie sobie od wielu już lat zdaję sprawę z tego, że oni przez tę świadomość, że za nimi stoi Wiara, Cierpienie i Prawda, uznali, że nie muszą się już starać. A zatem, z tego punktu widzenia, naprawdę trudno się było spodziewać, że dla nich, pomijając ową świadomość, że oto uda się po raz kolejny głosić Prawdę, doszło do czegoś wartego extra wysiłku.
No ale po tych dość emocjonalnych kwestiach, dochodzimy do sprawy jak najbardziej praktycznej. Otóż ja uważam, że 10 kwietnia 2010 roku doszło do strasznego, politycznego mordu. Ta prawda jest tak oczywista, że osobiście nie widzę nawet sensu, by próbować tu cokolwiek dowodzić. No ale skoro mamy przed sobą dowody, to słuchajmy dowodów. A wówczas, proszę się na mnie nie gniewać, ale ja naprawdę mam w nosie to, że oni nie potrafią rozmawiać ze społeczeństwem przy użyciu nowoczesnych narzędzi internetowych. A cóż mnie to może obchodzić? 10 kwietnia 2010 roku został zamordowany polski prezydent, jego żona plus kilkadziesiąt osób, których – wobec powagi całego przedsięwzięcia – nie dało się już ocalić. A ja mam się przejmować, że ta prawda, skutkiem, czy to ich gnuśności i głupiego poczucia ważności, czy też zwykłej starczej niezgrabności, została przesłonięta przez kolejny medialny zgiełk? Otóż nie. Nad tym nawet rozmyślać nie mam ochoty.
Mój kumpel Coryllus twierdzi, że, jak idzie o Smoleńsk, to w ogóle nie ma o czym gadać. Trzeba natychmiast przestać uprawiać tę propagandę – zwłaszcza w znanym nam wydaniu – i pędzić do miejscowych kościołów by tam już tylko wznosić modlitwy we wszelkich możliwych intencjach, tak długo aż stanie się cud. Na to jednak, póki co, jak wiemy, nie ma szans. Ja jednak bardzo gorąco wierzę, że przyjdzie czas, gdy wiadomość o tej zbrodni stanie się faktem. No i może wtedy niektórzy z nas może zechcą się nawrócić. A jeśli tak się stanie, to, kto wie, czy nie warto było?

Bardzo serdecznie dziękuję za wszelką pomoc, która nadeszła w ostatnich dniach. Szczególnie Księdzu. No i proszę nie odchodzić.

czwartek, 17 października 2013

Bilard to trudna sport

Na bilardzie nie znam się praktycznie w ogóle. Do tego stopnia, że nawet teraz, kiedy używam tej nazwy, nie jestem pewien, czy chodzi mi o klasyczny bilard, czy o coś, co po angielsku nazywa się „pool”. Natomiast przyznaję, że ile razy trafię na to coś na Eurosporcie, nie mogę oderwać wzroku. Przede wszystkim dlatego, że bardzo lubię obserwować tych zawodników. Oni z jednej strony wyglądają, jakby byli pierwszej kategorii pijakami, a z drugiej to ich skupienie, ta determinacja, to z takim wysiłkiem skrywane zdenerwowanie, zadziwiają w sposób wyjątkowy.
Ale jest coś jeszcze. Otóż, ja, jak mówię, nie jestem w stanie choćby w stopniu podstawowym zorientować się, o co tam chodzi, ale tym bardziej właśnie, ile razy widzę, jak oni wykonują jakieś uderzenie, z którego dla mnie nic zupełnie nie wynika, a czy to z reakcji publiczności, czy z tego krótkiego błysku satysfakcji na twarzy zawodnika (lub z ledwo widocznej rezygnacji w oczach jego przeciwnika), mogę się domyślić, że tu się toczy naprawdę niezwykła walka.
Szczególnie podoba mi się moment, kiedy któryś z nich najpierw przez długie minuty łazi wokół tego stołu, ogląda te bile, to przyklęknie, to się odsunie, to się przymierzy, by za chwilę się znów oddalić, a w końcu uderzy w jedną z nich w taki sposób, że one się wszystkie rozpierzchną, żadna z nich nie wpadnie do tej kieszeni, czy jak to się tam nazywa, on odchodzi, ustępując miejsca przeciwnikowi, a tamten, zamiast się cieszyć, stoi bezradny, gapi się w te porozrzucane bile, i wie, że cokolwiek teraz zrobi, to tamten zaraz wróci, i nie wpuści już go do samego końca.
Oczywiście mogę się fatalnie mylić, ale mam wrażenie, że coś tego właśnie rodzaju zdarzyło się w minioną niedzielę w Warszawie w wykonaniu PiS-u. Referendum nie osiągnęło wystarczająco wysokiej frekwencji, by jego wynik został oficjalnie uznany, i większość obserwatorów wykrzyknęła, czy to z satysfakcją, czy z bólem, że PiS przegrał.
Oczywiście, natychmiast też pojawiły się wyjaśnienia, dlaczego do tej porażki doszło. Otóż mamy porażkę, bo PiS zawłaszczył referendum i wielu warszawiaków, choćby na początku bardzo zdeterminowanych, by pójść i odwołać Waltz, postanowiło się nie angażować, żeby nie brać udziału w „politycznej hucpie” wyszykowanej przez Jarosława Kaczyńskiego. Wedle wielu komentarzy, referendum zakończyło się frekwencyjną porażką, ponieważ przez monopolizujące cały projekt działania PiS-u, głosować zdecydowali się tylko najbardziej radykalni zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości. Oto 300 tysięcy pisobolszewików, a i to okazało się wyraźnie za mało. Hurrra!
Jak mówię, mogę się mylić, i biorę pod uwagę taką oto możliwość, że PiS, czy to przez swoją bezmyślność, czy lenistwo działaczy, wszystko spieprzył, i dziś Hanna Groonkiewicz-Waltz, zamiast chlipać gdzieś w kącie, tryumfuje. Tyle że ja akurat żadnego tryumfu nie widzę. Wręcz przeciwnie, widzę, że oni wszyscy zachowują się, jakby w najlepszym wypadku nic się nie stało. Mam nawet wrażenie, że po pierwszych żartach namawiających Platformę do tego, by dziękowała Jarosławowi Kaczyńskiemu za to, że po raz kolejny ich wyciągnął z kłopotów, wszyscy oni jakby się zamknęli. Więcej – i to akurat stanowi moim zdaniem gest nie do przecenienia – sam oryginalny organizator referendum Piotr Guział ogłosił, że on bierze na siebie całą odpowiedzialność za jego wynik…
I ja bym proponował, żeby na to akurat rzucić okiem. Mamy przegrane referendum, w dodatku, jak słyszę, przegrane w sposób dosyć kompromitujący, i oto nagle, jego główny organizator, człowiek, który miałby wszelkie powody, żeby ogłosić, że to nie on dziś ma odbierać pretensje, chętnie bierze na siebie całą odpowiedzialność. A co to za cholera??? Otóż ja mam na to odpowiedź. Cholera jest taka, że zarówno Guział, jak i cała reszta tych cwaniaków wiedzą, że te 300 tysięcy warszawiaków, to ludzie, którzy w każdych kolejnych wyborach dadzą PiS-owi bezwzględną większość.
Powtarzam to do znudzenia: nie jestem socjologiem, nie mam żadnych narzędzi do mierzenia zachowań wyborców, ale, moim zdaniem, przejmując to referendum, i je przegrywając, PiS zachował się dokładnie tak, jak się zachowują najwybitniejsi bilardziści, kiedy tym jednym uderzeniem rozpieprzają całą scenę, a wszystko tylko po to, by w kolejnym ruchu mieć już wszystko pod absolutną kontrolą. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to jest, moim zdaniem, dokładnie tak samo naiwny, jak ludzie, którzy oglądają bilard w Eurosporcie z jeszcze bardziej bezmyślnymi minami, niż moja, i tylko od czasu do czasu krzyczą: „Ale on to spieprzył! No i co ci durnie się tak cieszą?”
Na szczęście, to wszystko jest z naszego punktu widzenia bez znaczenia. To uderzenie zostało już wykonane.

Niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Robię co mogę, ale póki co leżymy na obu łopatkach. Dziękuję za każdy gest.



środa, 16 października 2013

Karnowscy tańczą gangnam - suplement

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem występ zespołu Patty dla programu „Dzień dobry TVN” pomyślałem sobie – i też dałem temu wyraz w odpowiedniej notce – że TVN postanowił, idąc śladem czegoś, co znane jest, jako „gangnam”, stworzyć coś tak doskonale złego, że to im zapewni pewną szczególną sławę, no a dzięki tej sławie jakieś tam, finansowe już, zyski. A więc, spodziewałem się, że telewizja TVN, pierwsze co zrobi, to umieści to Patty na swoim kanale w youtubie i po uzyskaniu 100 milionów odsłon na całym świecie, będzie mogła zadawać szyku.
Tymczasem okazało się, że jest wręcz odwrotnie. TVN ów szczególny występ systematycznie z youtuba usuwa, na jego temat dyskutować nie zamierza, no i, ogólnie rzecz biorąc, robi wszystko, by sprawa została ograniczona tylko do tego jednego poranka.
Dodatkowo jeszcze, już w trakcie dyskusji pod moją notką, pojawiły się nazwiska ludzi, których wymieniać nie ma potrzeby, ale co do których można podejrzewać, że są promotorami owych panien, a którzy, kiedy już zapoznamy się z ich historią, najprawdopodobniej stali za tą szczególną prezentacją.
W tej sytuacji uważam, że powinienem dopisać do swojej poprzedniej notki suplement. Otóż wygląda na to, że to co możemy wciąż oglądać na stronie internetowej programu „Dzień dobry TVN”, to nie jest żadna szersza akcja promocyjna, lecz zaledwie jeden, skromny interes pewnej skromnej grupy reprezentującej pewien bardzo skromny biznes. A skoro tak, to z tych dziewcząt nie ma się co śmiać, nie ma co z nich szydzić, ale spróbować się wczuć w ich los, i przynajmniej spróbować sobie wyobrazić, co tam się musiało dziać, zanim doszło do tego występu. A skoro już będziemy gotowi to sobie przedstawić, spróbujmy jeszcze raz rzucić okiem na te dziewczęta i zastanowić się, czy one wyglądają tak jak wyglądają, dlatego, że są nieskończenie głupie, czy może dlatego, że wcześniej zostały w sposób nieopisany upokorzone. Jak najtańsze dziwki.
Nasza koleżanka Ginewra zostawiła pod dyskutowaną notką komentarz, który ze względu na jego wyjątkowość, zacytują tu w całości:
Tu się wiele osób ekscytuje tym ewentualnym brakiem majtek, a dla mnie czymś absolutnie najgorszym jest ten pusty wzrok i zupełnie nieskoordynowane z muzyką ruchy tych dwóch dziewczyn udających, że grają.
To wygląda na totalne zniewolenie (prochy?), a nawet opętanie.
Ja mam takie skojarzenie, że one wykonują te mechaniczne ruchy jak dziewczyny uwięzione w burdelu i nie mające żadnej nadziei na uwolnienie.
Teraz to już tylko można się spodziewać, jak Kuba Wojewódzki zrobi z nimi program, żeby się z nich ponabijać, a one będą musiały pójść do tego programu, bo taki dostaną prikaz od swojego alfonsa”.
No a ja, już na sam koniec, dodam coś od siebie, a to w odpowiedzi na informację, że człowiek nazwiskiem Konkol, 30 kwietnia 2009 w bazylice pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Pszowie wziął ślub z niejaką Angeliną Kwiatek. Otóż chciałbym przede wszystkim serdecznie pozdrowić księdza proboszcza, i zapewnić, że czekam na wywiad z Konkolem dla tygodnika „W Sieci”. Mam już nawet tytuł: „Czym jest dla mnie wiara?”

Przepraszam wszystkich, ze dwa najnowsze wpisy są dzielone razem z Salonem24, jednak moim zdaniem temat jest tak istotny, i tak przez mainstream lekceważony, ze musi zostać nagłośniony. Kolejny tekst jednak czeka w kolejce, i myślę, że, jeśli nic szczególnego się nie stanie, już jutro poczytamy sobie coś, co będzie tylko dla nas. Oczywiście wciąż bardzo proszę o wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy się nie utrzymamy. Dziękuję.

wtorek, 15 października 2013

Karnowscy tańczą gangnam

Wczoraj moje dziecko kazało mi obejrzeć coś, co ją zainteresowało dokładnie tak, jak dziesiątki przeróżnych zabawnych rzeczy, na jakie się codziennie trafia w Internecie, a mnie akurat wręcz poraziło. Chętnie bym to coś tutaj wkleił, jednak jest to nie do zrobienia z dwóch względów. Przede wszystkim, o ile wiem, ten filmik nie jest dostępny na youtubie, lecz tylko na stronie TVN-u, no a poza tym, jak się domyślam, nawet gdybym wiedział, jak się wkleja filmowe materiały spoza youtuba, to TVN i tak by mi to natychmiast kazał usunąć. Zresztą, jak sądzę, oni by mi to kazali usunąć i tak.
Co to jest takiego? Otóż mamy poranną audycję zatytułowaną „Dzień dobry TVN”, a w niej dziewczęce trio muzyczne o nazwie Patty i piosenkę zatytułowaną „Krzyk”. Najprościej byłoby teraz wkleić tu odpowiedni link i mocno zaapelować do czytelników, żeby w niego kliknęli, i na własne oczy zobaczyli, o czym to dziś rozmawiamy. Wiem jednak, że bardzo często to nie działa, w tym sensie, że wielu z nas zwyczajnie nie chce się klikać w linki, na końcu których znajduje się nie wiadomo co, a zwłaszcza już, gdy i tak za chwilę wszystkiego i tak się dowiemy. Ja jednak bardzo zachęcam: proszę kliknąć w ten link i zobaczyć na własne oczy, co się dzieje:
http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/patty-i-krzyk,102265.h
Już? Dobrze. Ci co obejrzeli, niech przez chwilę odetchną, a ci, którzy się jednak uparli, by czytać, niech posłuchają. Otóż mamy te trzy dziewczyny, które wyglądają, jak cudownie doskonała karykatura wyposażenia burdelu w Dombasie. Jedna stoi przy klawiszach, druga – najwidoczniej bez majtek, ale za to zasłonięta gitarą –bezmyślnie patrzy w dal, trzecia udaje że śpiewa. One wszystkie zresztą udają, że coś robią, i to nie tak, jak to przed laty widzieliśmy na filmie „Wojna domowa”, gdzie aktorzy udawali, że są zespołem. One udają ten występ w taki sposób, żeby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że to jest na niby. One nie dość, że nie ruszają się w rytm muzyki, nie dość, że gdy ta goła gitarzystka uderza w struny, nie słychać żadnego dźwięku – chodzi o to, że one nawet nie próbują robić min, jakie się robi występując. Wszystkie trzy stoją nieruchomo, patrzą tępo przed siebie, a z offu leci ta piosenka. A TVN postanowił je wypromować.
A ja myślę, że tu najprawdopodobniej chodzi właśnie o to – tu musi o to chodzić – by widzowie programu „Dzień dobry TVN” mogli się pośmiać. To jest zdecydowanie żart, tyle że od początku do końca utrzymany w takim nastroju, żeby nie wyglądał na żart, ale na niefortunnie wyprodukowany syf. Mam wrażenie, że tu plan był taki, by ludzie, śmiejąc się z tych dziewczyn do rozpuku, podając sobie wzajemnie ten link, i namawiając znajomych do tego, by zajrzeli na youtuba i obejrzeli inne występy tego zespołu, zobaczyli, nie jaki to żart, ale jaki to syf. I to właśnie będzie żart. Że ludzie myślą, że to syf, podczas gdy to jest tylko żart.
Ja mam wrażenie, że spece od dostarczania idiotom rozrywki bardzo pozazdrościli autorom czegoś, co weszło do historii popu, jako Gangnam. Gdyby ktoś nie pamiętał, przypomnę. Oto mamy jakiegoś starego grubego Koreańczyka, który próbuje niezgrabne bardzo tańczyć do jakichś dyskotekowych rytmów, a poza tym już tylko te 20 czy 100 milionów odsłon. I przebój na cały świat. Otóż ja podejrzewam, że to właśnie jest nowy kierunek, zgodnie z którym współczesny pop będzie się rozwijał. Od dziś będzie już coraz częściej i coraz bardziej chodziło o to, by tej najmniej wybrednej publiczności nie dostarczać, czegoś, co bardziej wyrobiona większość będzie uznawała za syf, a na odbiorców owego syfu będzie patrzyła z pogardą, ale o towar, który będzie syfem w sposób oczywisty nawet dla najgorszych durniów, tyle że oni z jednej strony będą z niego szydzili, a z drugiej się nim bawili. I w ten oto sposób, System będzie mógł powiedzieć, że on ludzi traktuje z szacunkiem. Że nawet dla idiotów ma ofertę, która pozwoli im się poczuć lepszymi. Dla ludzi z aspiracjami będzie jazz i barok, dla pospólstwa zostanie rock and roll, dla idiotów będzie Patty, z bonusem w postaci informacji, że tak naprawdę to jest gówno, ale przynajmniej na wesoło, no i tylko już na samym końcu zostanie Telewizja Trwam i ten ich chrześcijański New Age, z którym mohery będą sobie mogły robić, co chcą.
A więc uważam, że to jest przyszłość. I, jak zwykle w awangardzie tego horroru idzie ITI. Ale nie tylko. Ponieważ szykuje się zmiana władzy, ktoś z naszych musi dołączyć do tego, co przed nami. Tygodnik „W Sieci” przedstawił okładkę, na której Tomasz Lis przebrany za hitlerowca, z różańcem i zakrwawioną pięścią masakruje Kościół Jezusowy. I wbrew temu, co pewnie większość z nas sądzi, ja uważam, że ta okładka jest czymś absolutnie fantastycznym. Od czasu gdy „Newsweek” opublikował na całą Polskę zdjęcie małego chłopca „robiącego laskę” księdzu, wydawało mi się, że jak idzie o nakręcanie złych emocji, rekord został ustanowiony, i przynajmniej przez najbliższe lata nikt go nie pobije. I oto okazuje się, że bracia Karnowscy zrobili wreszcie coś, co, aby przetrwać na tym rynku, zrobić musieli. Otóż wynajęli prawdziwego specjalistę od mokrej roboty, który Tomasza Lisa i cały jego projekt wysłał na przysłowiowe drzewo.
Kiedy w londyńskim szpitalu urodził się przyszły król, brytyjski dziennik „The Sun” z tej okazji zmienił tytuł na „The Son”. Dziś to wydanie gazety chodzi na e-Bayu po wielokrotnie wyższej cenie. Jestem przekonany, że numer „W Sieci” z Lisem z zakrwawioną pięścią ściskającą różaniec za kilka lat też będzie stał równie wysoko. A jeśli, zgodnie z – też moim zdaniem znakomitym – okładkowym tytułem, pewnego dnia zostanie w Polsce zamordowany jakiś ksiądz, ta właśnie okładka będzie powszechnie traktowana, jako dowód w sprawie.
A ja w dodatku będę pierwszy, który, jeśli nie daj Boże do tego dojdzie, odnajdzie gdzieś Tomasz Lisa i każę mu te okładkę osobiście zeżreć. Dam mu ja osobiście, i osobiście dopilnuję, żeby nie zostawił ani jednego strzępka. A jak zacznie się dławić, strzelę mu w psyk i powiem, żeby nie histeryzował.
Skąd, ktoś zapyta, u mnie ten rodzaj emocji, który może wręcz robić wrażenie jakiejś schizofrenii. Otóż ja się tylko dostosowuję do propozycji, których sam w żaden sposób nie składałem. Oto nadchodzi świat, gdzie będzie tylko rżenie i dzika satysfakcja z pokonania wroga. Mam wielką nadzieję, że kiedy Tomasz Lis będzie żarł tę okładkę, w tle będzie występował Zespół Patty i wszyscy będą tańczyć. Podkreślam raz jeszcze: ja tu nic nie wymyśliłem. Przyszedłem na gotowe.

Ja wiem, jak wygląda ostatnio wsparcie dla tego bloga, i powiem szczerze, że to rozumiem. W końcu, jak długo można? W końcu, nawet wśród przyjaciół trudno się opędzić od podejrzeń. Gdybym tylko mógł, to bym wszystko to opisał. Nie mogę, więc mogę tylko prosić. Ten blog stanowi nasze podstawowe źródło oparcia. Bez tego – leżymy. Proszę o zrozumienie. Dziękuję.

niedziela, 13 października 2013

Komu przypadki, komu czary, komu cuda

Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech się skupi, bo historia jest wielce ciekawa.
Otóż, co niektórzy z nas wiedzą, moje najstarsze dziecko ponad dwa lata temu ukończyło wydział biotechnologii na Śląskim Uniwersytecie Medycznym w Katowicach i wpadła w zwykły, pusty jak jasna cholera czas kompletnego bezrobocia, nienaruszonego nawet akcjami podejmowanymi na szczeblu naprawdę wysokim. Nie ma pieniędzy, nie ma etatów, nie ma pracy i kropka. W międzyczasie, ponieważ jest ona osobą ambitną i z aspiracjami, ukończyła studia podyplomowe we Wrocławiu, mając za swojego mistrza samego dr. Szwagrzyka, zatrudniła się w poważnym krakowskim laboratorium o jeszcze bardziej poważnej nazwie Biote21, skąd po miesiącu codziennego dojeżdżania z Katowic do Krakowa, sumiennej pracy od rana do wieczora, nie otrzymała ani jednego grosza zapłaty, i tyle wszystkiego, że mogła sobie ów oddany czas wpisać do CV, jako zawodowe doświadczenie.
Widząc, że dziś polski biotechnolog nie ma praktycznie szans na znalezienie pracy w zawodzie, postanowiła zarabiać na drobne wydatki opiekując się dziećmi. A po to, by nie stracić podstawowych zawodowych umiejętności, przyjęła propozycję wolontariatu w jednym z najpoważniejszych na Śląsku instytutów naukowych.
Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest dziś wolontariat, i wierzył w to, że mamy tu coś do czynienia z działalnością dobroczynną w domach opieki społecznej, czy hospicjach, powinien wiedzieć, że dziś wolontariat to zwykła, standardowa praca, w dowolnej branży, z dowolnym zakresem obowiązków, tyle że za darmo. Ludzie jeżdżą do pracy rano, pracują po osiem godzin jak każdy inny, po pracy wracają do domu, i nie mają z tego nic poza doświadczeniem i nadzieją, że może ktoś ich wreszcie przyjmie do normalnej pracy. Takie miejsce, taki czas.
No ale, jak już wspomniałem, moje dziecko jest osobą ambitną i pełną poświęcenia, więc zgodziło się wydawać zarobione na opiekowaniu się dziećmi pieniądze na codzienne dojazdy na ów wolontariat, no i tak sobie żyliśmy od miesięcy.
I oto któregoś dnia otrzymała ona maila, będącego odpowiedzią na jej ofertę dotyczącą opieki nad dziećmi, z prośbą, by przyszła i się przedstawiła. Pojechała więc do owych ludzi, dowiedziała się, że ludzie, którzy ją zaprosili właśnie przyjechali na Śląsk do pracy, siadła sobie z ową mamą w salonie i zaczęły rozmawiać. One sobie rozmawiały, obok biegały dzieci, a w tle chodził mąż tej pani i czymś tam się zajmował. W pewnym momencie pani spytała, co ona robi na co dzień, ona na to odpowiedziała, że jest na wolontariacie w swoim instytucie… i mąż tej pani, usłyszawszy nazwę, znieruchomiał, i, chcąc się upewnić, zapytał: „Gdzie?”. Dziecko moje powtórzyło nazwę, a on jej na to, już bez dodatkowych wyjaśnień, powiedział, że to jest bardzo ciekawe, bo on tam właśnie został szefem pewnej jednostki, która jest akurat uruchamiana, i on ją w tej sytuacji jest tam gotów zatrudnić, jako swoją asystentkę. I ją zatrudnił. No i to wszystko, jak idzie o naszą dzisiejszą opowieść.
Mam nadzieję, że każdy z nas wie, dlaczego w pierwszych zdaniach tego tekstu napisałem, że sprawa jest bardzo ciekawa, bo, przepraszam bardzo, ale jeśli nie, to ja nie mam sposobu, by to wyjaśniać. To by bowiem było równie żenujące, jak objaśnianie sensu opowiedzianych właśnie dowcipów. A ja, ponieważ nigdy nie robiłem tamtego, to i proszę mi wybaczyć, to też zostawię takie jak jest. I tylko pozwolę sobie wyrazić wiarę w to, że zdarzają się rzeczy przedziwne. I wcale nie mam na myśli czarów.

Czekamy na ukazanie się książki. Myślę, że to potrawa około tygodnia. Do końca miesiąca będziemy próbowali z jej sprzedaży pokryć koszt druku. Potem zacznie się już, mam nadzieję, faktyczny handel. Do tego czasu jednak jesteśmy w ciągłym kryzysie. W ostatnich tygodniach straciłem trzy duże grupy i przez to póki co wszystko opiera się na tym blogu. Bardzo więc proszę o pamięć i wsparcie. Dziękuję.

sobota, 12 października 2013

Nasz "Gość Niedzielny", nasz dzień powszedni

Poprzednią notkę napisałem trochę w celu uzupełnienia tekstu, który jeszcze w miniony wtorek powstał, jako felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Jeśli ktoś jest zainteresowany, zapraszam do kupowania tygodnika Piotra Bachurskiego, ewentualnie zajrzenia na osiejuk.salon24.pl – tam on też jest dostępny. A zatem, napisałem ów tekst, opublikowałem go tak jak każdy wcześniejszy, i nagle się okazało, że zdaniem niektórych on jest znacznie bardziej ważny, niż można się było spodziewać. W pewnym momencie któryś z komentatorów zasugerował wręcz, że powinienem wysłać go do „Gościa Niedzielnego” i w ten sposób wziąć udział w tej debacie w przestrzeni bardziej popularnej.
Przeczytałem więc to co sam napisałem, podumałem chwilę, i przyznaję, że bardzo nieskromnie doszedłem do wniosku, że istotnie przydałoby się, by to, co ja tam powiedziałem, potraktować jako sprawę wykraczającą poza ten samotny blog. I to nawet nie dlatego, że to jest tak fantastyczna literatura, ale z tej prostej przyczyny, że obecna debata wydaje się kompletnie lekceważyć to, na co ja akurat postanowiłem zwrócić uwagę.
Znalazłem więc sobie w Internecie mailowy adres „Gościa Niedzielnego”, ładnie się przedstawiłem, opisałem krótko sprawę, i poprosiłem o opublikowanie tekstu, który przesłałem w formie załącznika. Mail wrócił natychmiast z adnotacją, że został odrzucony przez program antyspamowy na komputerze odbiorcy. Wysłałem go więc na inny adres: efekt taki sam. Znalazłem więc jeszcze inny adres: to samo.
Ponieważ jednak każdy z owych adresów należał do domeny gość.pl, pomyślałem, że nie ma się co wygłupiać, i zamiast tego spróbować się zastanowić, w czym leży problem, no i uznałem, że musi chodzić o ten załącznik – oni prawdopodobnie odrzucają maile zawierające załączniki, a więc maile od osób, które zawracają im głowę jakimiś durnymi tekstami. Wprawdzie mnie to trochę zdziwiło, no bo w końcu, działalność na rynku mediów wydaje się być wręcz naturalnie związana z czytaniem tekstów, jednak przeniosłem swój artykuł z załącznika do treści maila… niestety mail znów został odrzucony.
Przeprowadziłem kolejny proces myślowy, i uznałem, że zainstalowany przez redakcję „Gościa Niedzielnego” program antyspamowy traktuje jako spam również maile zbyt długie, no i je w sposób naturalny odrzuca. Usunąłem więc z mojej wiadomości swój tekst i dołączyłem tylko link do bloga. Ten mail też wrócił, jako spam.
W tej sytuacji – odrzucając oczywiście taką ewentualność, że redakcja „Gościa Niedzielnego” nie odbiera jakichkolwiek maili wysyłanych na oficjalnie podane adresy – doszedłem do wniosku, że poszło o ten link. Oni nie akceptują jakichkolwiek maili zawierających jakiekolwiek załączniki i jakiekolwiek linki, bo dla nich interesujące są tylko proste, jednoznacznie komunikaty. W tej sytuacji, swój mail zredagowałem w taki sposób, by nie było tam ani pełnego adresu bloga, ani tekstu dłuższego niż parozdaniowy, i tylko sucha informacja, o co mi chodzi, i jak mnie znaleźć… I to był jedyny mail wysłany przeze mnie na adres gość.pl, który został przez system przyjęty.
Oczywiście, nie muszę już pewnie pisać, że bez jakiejkolwiek reakcji.
Po co dziś ten tekst? Otóż, wbrew pozorom, wcale nie dlatego, że „Gość Niedzielny” zlekceważył moją ofertę. Ich biznes – ich sprawa. Rzecz w tym, że wszystko wskazuje na to, że redakcja „Gościa”, niejako z zasady, nie życzy sobie jakiegokolwiek kontaktu z czytelnikiem, wykraczającym poza prostą wymianę uprzejmości, a jak idzie o poszerzanie tak zwanej oferty, no i o coś, co górnolotnie nazywamy Sprawą, jest głęboko przekonana, że oni nad wszystkim panują, i nie potrzebują jakiegokolwiek sygnału z zewnątrz.
Od czasu gdy założyłem tego bloga, a więc tak naprawdę jeszcze od roku 2008, zdarzyło mi się wysłać trzy maile do różnych redakcji. Pierwszy był do "Rzeczpospolitej”, której zaproponowałem swój tekst o aferze hazardowej. Dostałem odpowiedź, że oni dziękują, ale korzystają wyłącznie ze źródeł redakcyjnych. Drugi raz skontaktowałem się z „Gazetą Polską”, ale oni najpierw kazali zadzwonić, potem kazali czekać, później powiedzieli, żeby zadzwonić raz jeszcze, a potem już się nie odbierali telefonu.
Dziś spróbowałem po raz trzeci i ostatni. I tym razem, mam wrażenie, było najgorzej. Okazuje się, że „Gość Niedzielny” nawet nie udaje, że ma ochotę na jakikolwiek kontakt. „Gość Niedzielny” robi wrażenie, jakby funkcjonował za drzwiami zamkniętymi na siedem spustów. Oczywiście mogę się mylić, bo tu akurat mam wiedzę bardzo małą, ale obawiam się, że „Gość Niedzielny” może w tej akurat kwestii być bardzo blisko tak zwanej „gazowni”.
Jeśli ktoś mi powie, że jestem niesprawiedliwy, bo Michnik i jego koledzy są naprawdę otwarci, nie będę się kłócił.

I to tyle na dziś. Pozostaje nam więc to miejsce, a jak idzie o resztę, proszę o mnie nie zapominać i wspierać nas pod podanym numerem konta. Przynajmniej do czasu aż wyjdzie książką o rock and rollu i uda mi się pokryć koszt druku. Dziękuję.

czwartek, 10 października 2013

Gdy pedofile biorą się za nasze rodziny

Jak idzie o medialny atak, jaki został przypuszczony na abp. Michalika, bardzo łatwo od samego początku można było zauważyć pewien szczególny fałsz. Otóż, z jednej strony, poszczególni komentatorzy nie mogli wyjść z oburzenia, że Arcybiskup rzekomo za wszelkie przypadki seksualnego molestowania obciążył winą jego ofiary, a z drugiej, wciąż wracała kwestia rozwodów. Doszło wręcz do tego, że kiedy – zgodnie z wypróbowaną tradycją – portal TVN24 poświęcił cały osobny news na omówienie „komentarzy światowej prasy”, okazało się, że tamte media o żadnym obrażaniu ofiar pedofilii nawet nie chcą słyszeć: ich wyłącznie interesuje owa kwestia rozwodów, o których abp Michalik miał czelność powiedzieć, że są aktem kryminogennym.
I powiem szczerze, że to akurat mnie nie dziwi. W swojej oryginalnej wypowiedzi, Arcybiskup parokrotnie i bardzo wyraźnie powiedział, że pedofilia jest strasznym złem i że dzieci padające jej ofiarą zasługują na troskę i współczucie, a sami pedofile powinni być napiętnowani. A zatem, nie sądzę, żeby to nieustanne odwoływanie się do jednego, możliwe, że mało dyplomatycznego, słowa, było czymkolwiek innym, jak tylko próbą zaciemnienia obrazu. Moim zdaniem, tu nie chodzi o nic jak tylko o te rozwody. To wyłącznie fakt, że abp Michalik tak jednoznacznie wskazał, w jaki sposób rozbite rodziny wystawiają bezbronne dzieci na wszelkie zło tego świata, doprowadziło ich do autentycznego szału.
No, ale zanim zajmiemy się owymi rozwodami na poważnie, rzućmy okiem na te dzieci. Otóż ja sobie absolutnie nie wyobrażam, by którekolwiek z moich dzieci, dziś, czy kiedykolwiek wcześniej w życiu, dało się seksualnie podejść jakiemuś księdzu. Powiem więcej: ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że żaden, choćby najsłabszy moralnie ksiądz, próbował namawiać którekolwiek z moich dzieci do czynów nierządnych. Dlaczego? Z tej oto prostej przyczyny, że nawet najbardziej zboczony ksiądz doskonale by wiedział, że on tu nic nie ugra. Dlaczego? Bo ma oczy, uszy i choćby podstawowy rozum. I potrafi ocenić sytuację.
Osobiście ani nie miałem okazji poznać kogokolwiek, ani też nie słyszałem o nikim z mojego choćby bardzo odległego otoczenia, kto byłby molestowany seksualnie przez księdza, czy przez kogokolwiek innego. A więc moje doświadczenie jest tu wręcz żadne. Natomiast kiedy słyszę, że jakiś ksiądz na szkolnej wycieczce zaciągnął do łóżka którąś z uczennic, to mam bardzo poważne podejrzenie, że to mogło – nie mówię, że wyglądało, ale wyglądać mogło – dokładnie odwrotnie, i to ona go do tego łóżka zaciągnęła. Dlaczego? Zwyczajnie. Bo się w nim zakochała, ujrzała nagle całą tą egzotykę sytuacji, no i stało się.
No ale niech będzie, że się mylę. Załóżmy, że nie ma takich dzieci, które nagle zaczynają prowokować swoich księży. Załóżmy, że to jest zwyczajnie niemożliwe. Powiedzmy, że wśród księży są autentyczni, agresywni zboczeńcy, którzy tylko się czają na te dzieci i przy każdej nadarzającej się okazji wciągają je w swoje pedofilskie sieci. No ale tu znowu mamy jednak owe dzieci. Nie chcę powtarzać argumentów abp. Michalika, bo one już znane są powszechnie. Zapytam tylko, jakim trzeba być dzieckiem, z jakimi duchowymi problemami, co trzeba mieć w głowie, żeby w momencie, gdy któryś z księży nam powie, że on chciał nas zbadać pod względem naszej męskości, czy kobiecości, a zrobi to w Imię Boże, no i my się przed nim chętnie obnażymy? Powtórzę: co trzeba mieć w głowie?
A zatem, nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że abp Michalik miał najświętszą rację, kiedy powiedział, że na samym początku tego zła stoi inne zło, zło pierwotne, i wcale nie na tyle pierwotne, by trzeba było mu nadawać imiona najważniejszych diabłów. Wystarczy zaledwie pomyśleć o owych rozwodach.
Nie znam polskich statystyk, natomiast gdzieś czytałem, że w takiej Wielkiej Brytanii ogromna większość związków, to albo związki partnerskie, lub małżeństwa, gdzie przynajmniej jedna ze stron jest już po rozwodzie. Nie trzeba też być szczególnie uważnym obserwatorem, by wiedzieć, że czasy są takie, że rozwód staje się powoli czymś wręcz codziennym. Co więcej, nie mamy tu już do czynienia z uwarunkowaniami religijnymi, kulturowymi, czy ideologicznymi. Rozwodzą się wszyscy: katolicy, ateiści, lewicowcy, prawicowcy, konserwatyści, liberałowie. Nawet tu na blogu, wśród naszych najbliższych przyjaciół są tacy, którym to nieszczęście się przytrafiło. Czy ja tych ludzi potępiam? Ani mi w głowie! Być może mało kto tak jak ja wie, jak nieraz potrafi być ciężko. Znam ludzi, którzy tkwią w małżeństwach, które są dla nich prawdziwym piekłem. I, powiem uczciwie, że gdyby którykolwiek z nich mnie spytał, czy ma się rozejść, czy to kontynuować, odpowiedziałbym, że niech robi, jak mu nakazuje sumienie i rozum. A zatem, nie ma mowy o jakimkolwiek popisywaniu się. Ja zaledwie stwierdzam fakt, że ludzie rozwodzą się nagminnie, że dzieci owe rozwody przeżywają w sposób wyjątkowo ciężki, no i, że świat na tę chorobę znalazł jedną odpowiedź: uznanie, że tak jest normalnie i że nie ma się czym przejmować.
I na to przyszedł abp Michalik i nie powiedział, tak jak to Kościół powtarza od zawsze, że małżeństwo jest świętością, i że cudzołóstwo jest grzechem. On poszedł krok dalej. Oznajmił mianowicie, że rozwody prowadzą do zbrodni. Czy to w takim razie jest czymś nowym? Moim zdaniem nie, natomiast przyznaję, że jakoś ostatnio o tym się słyszy niewiele. Rzecz natomiast w tym, że jeśli się zastanowić nad tym na poważnie, to co znamy pod pojęciem Dekalogu, stanowi gwarancję społecznego pokoju w wymiarze wręcz idealnym. Nie ulega wątpliwości, że gdyby wszyscy ludzie oddawali cześć Bogu, szanowali rodziców, nie kradli, nie kłamali, nie cudzołożyli, nie pożądali, świat byłby idealny. I ja oczywiście wiem, że dziś czasy są takie, że wielu z nas bardzo chętnie parę z tych przykazań by z owej dziesiątki usunęło, niemniej jednak fakt pozostaje faktem. Nawet to dotyczące cudzołóstwa nie jest niczyją fanaberią, ale prawdziwą gwarancją dobrego porządku. Nawet to.
A tu mamy rodzinę, a więc coś, co naprawdę bardzo poważni zawodnicy próbują, nawet jeśli nam nie odebrać, to w sposób oczywisty zdeprecjonować. Z jakiegoś powodu oni sobie wykalkulowali, że jeśli zabiorą nam rodzinę, to zostaniemy tak naprawdę z pustymi rękami. I Kościół powtarza nam to od lat. Bez dobrej rodziny nie ma nic. I to oni jakoś tolerowali. Jakoś potrafili z tym żyć. Uważali to oczywiście za ciężką bzdurę, ale jakoś dawali radę. I w tym momencie przyszedł abp Michalik i powiedział: Ta wasza pedofilia to wynik lekceważenia nauki Kościoła. No i to się już okazało zbyt wiele. Coś, co dla wielu z nich stanowiło podstawową wręcz oręż do walki z Dekalogiem właśnie, okazało się bronią, która ich pokonała. Stąd ten wrzask. Tu nie chodzi o tę pedofilię, która – pamiętajmy – dla wielu z nich jest akurat czymś wręcz sympatycznym. Tu poszło o te rozwody. A więc o rodzinę. Jak zawsze.

Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl Oczywiście, wciąż bardzo proszę o finansowe wsparcie na podany obok numer konta. Zwłaszcza gdy ktoś uzna, że powyższy tekst jest tego wart. Dziękuję

wtorek, 8 października 2013

My, ludzie z ostatniego rzędu

Przeczytałem dziś na blogu mojego kolegi Coryllusa, że Andrzej Zybertowicz wyraził opinię, że jednym z głównych grzechów polskiej prawicy jest to, iż wielu z tych, którym patriotyczny kołczing wyznaczył miejsce w dalszych rzędach, nie może się z tym pogodzić, i wciąż, zamiast siedzieć cicho, coś ma do powiedzenia. W tej sytuacji, chciałbym przyznać bez zbędnych uników, że to ja jestem jednym z tych awanturników, którzy psują wizerunek, na który kołczowie zapracowali przez te wszystkie lata. No a co gorsza, zamiast zrobić to wyznanie i się zamknąć, wygląda na to, że chyba będę musiał znów czymś porzucać w stronę tych, co siedzą tam z przodu. No ale proszę tylko mi powiedzieć, kto by nie stracił cierpliwości?
W przedostatnim numerze tygodnika „W Sieci” ukazał się tekst człowieka, którego nazwiska ani nie pamiętam, ani pamiętać nie muszę, w którym możemy sobie poczytać o ludziach, którzy podpisali protest w obronie naukowców działających na rzecz wyjaśnienia smoleńskiej katastrofy. Już sam ów tekst jest skonstruowany dokładnie według starych, sprawdzonych przez lata PRL-u wzorów, gdzie, aby przedstawić tak zwany „głos społeczeństwa”, cytowało się jakieś listy, a każdy cytat rozpoczynało albo „Pisze do nas pani Anna Wójcicka z Rybnika…”, albo „Pan Zbigniew Gaworzyński z Opola informuje…”, czy ewentualnie „W swoim liście rodzina Bolesławskich z Otwocka pisze…”. No a dalej oczywiście, oni wszyscy piszą to, co pisać trzeba.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ja mam tu ochotę kpić z tych technik, to się głęboko myli. Ja generalnie uważam, że ci wszyscy tak zwani „nasi” dziennikarze zwyczajnie nie są w stanie stworzyć nic choćby minimalnie odbiegającego od tego, czego się nauczyli, czytając mistrzów PRL-owskiego dziennikarstwa, i tu się już nigdy nic nie zmieni. Oni już tacy będą zawsze, a nam pozostaje to tylko przyjąć. Tam jednak, w owym artykule w „W Sieci”, było coś, co nawet zakładając wariant najgorszy, wciąż robiło wrażenie. Otóż w pewnym momencie dziennikarz cytuje wypowiedź rodziny właśnie, gdzie mamy ojca, mamę i troje studentów, z których wszyscy są bardzo poruszeni nagonką na naukowców, i komentując ów list, pisze coś takiego: „Powyższy list dowodzi w sposób jednoznaczny, że polska prawica patriotyczna to nie tylko stare babcie w moherach, ale również osoby młode i wykształcone”. Daję słowo: tak było.
I znów, nie chodzi mi nawet o to, że jeśli ten cytat czegokolwiek dowodzi, to tylko tego, że my potrafimy manipulować nie gorzej i mniej bezczelnie, niż oni, ale o te stare babcie w moherach. Otóż to, co tu naprawdę poraża, to fakt, że ów dziennikarz, bez śladu wstydu, bez choćby cienia niepokoju, że oto się właśnie tak fatalnie odsłonił, pokazuje, co on w istocie rzeczy myśli na temat wspomnianych „babć w moherach”. Bo zastanówmy się proszę, w jaki sposób nasza sytuacja byłaby, nawet nie mówię, że gorsza, ale w ogóle inna, gdyby się miało okazać, że te wszystkie listy w obronie naukowców piszą wyłącznie babcie w moherowych beretach? Skąd temu dziwnemu człowiekowi przyszło nagle do głowy, że tu w ogóle trzeba coś udowadniać? Zadaję tę pytania trochę na zasadzie przekory, bo prawdę powiedziawszy ja doskonale wiem, skąd się to wzięło. Otóż owa potrzeba udowodnienia – pewnie przede wszystkim sobie samemu – że to szyderstwo, z jakim się spotykamy na co dzień jest kompletnie niezasłużone, bo przecież „my nie same mohery”, musiała być pierwszym powodem, dla którego on, ów człowiek, wyciągnięty, jak się domyślam, z pierwszego rzędu prawicowej opinii, tak bardzo potrzebował wyartykułować to odkrycie.
I to akurat uważam za bardzo poważny problem. Nie – nie to, że on myśli, co gada, i że gada, co myśli, ale to, że najprawdopodobniej większość z nich ma dokładnie ten sam zgryz. Jestem prawie w 100% pewien, że niemal każdy z tych mądrali, których Andrzej Zybertowicz posadził w pierwszych ławkach swojego archipelagu – a on tam jest pierwszym szefem – aż przebiera nogami, by wreszcie móc się pozbyć tego obciachowego ogona, który nie dość, że nie wie, co to znaczy być prawdziwym hipsterem, to jeszcze zabiera niepytany głos. A jeśli to moje rozpoznanie jest słuszne, to musi oznaczać, że oni tak naprawdę są dokładnie tacy sami, jak ich kumple z „Polityki”, „Newsweeka”, czy „Gazety Wyborczej”, i dziś tylko czekają na okazję, gdy będą mogli się bezkarnie z nimi spotkać i pójść na wódkę. Tyle że najpierw muszą odwołać publiczność.
W tej sytuacji chciałbym zapewnić zarówno Zybertowicza, jak i każdego z nich, że niedoczekanie wasze. Z tylnych rzędów widać wszystko najlepiej, i nam jest tu wręcz fantastycznie.

Dziś apel szczególny. Otóż właśnie padł nam gazowy piec, który nam przez 20 lat grzał wodę w kranie i kaloryferach. Ponieważ jednak jest to stara czeska "Mora", której dziś już nikt nie naprawia, a na nowy nas nie stać, byłbym wdzięczny, gdyby ktoś, kto mieszka w Katowicach lub w okolicach znał jakiegoś starego fachowca od tych pieców, i podał nam namiary. Najlepiej na maila: toyah@toyah.pl
Dziękuję