Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeczpospolita. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeczpospolita. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 września 2023

Plazma napada - część druga i ostatnia

 

Jak nam powszechnie wiadomo, wybory – jak to potwierdzają obie strony politycznej sceny – najważniejsze od roku 1989, już za niespełna dwa miesiące, i przy tej okazji każdy z nas szuka sposobu by znaleźć to coś, co będzie można przekuć w zwycięstwo, albo przynajmniej dodać to jedno słowo, które to zwycięstwo przybliży. A ja, krążąc w ten czy inny sposób wokół dzisiejszego tematu, przypomniałem sobie parokrotnie tu wspominany fragment wypowiedzi dziś już zmarłego prof. Pawła Śpiewaka, w którym ten przedstawił porażającą wręcz prognozę rządów Platformy Obywatelskiej po ewentualnie wygranych wyborach jesienią 2011 roku. A owe słowa brzmiały tak:

„[Jeśli PO wygra jesienne wybory], ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą. Ja się [tego] nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

[...]

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami”.

       Przypominałem ową wypowiedź człowieka przez całe nasze współczesne czasy związanego zarówno emocjonalnie jak i politycznie z obozem dziś podpisującym się ośmioma gwiazdkami, natomiast przyznaję, że całości owej wypowiedzi – z dzisiejszego punktu widzenia nie do przecenienia – nie pamiętałem i przypominac sobie szczególnej ochoty nie miałem. Dziś jednak, zupełnym przypadkiem temat tamtej diagnozy wrócił, a ja odnalazłem w Sieci treść całej wypowiedzi ś.p. Profesora i uznałem, że ona jest warta przypomnienia i ze względu na jej niebywały wręcz cynizm, ale też na diagnozę właśnie. Diagnozę, która dziś, w ocenie aktualnej sytuacji politycznej Kraju, może być dla nas wręcz kluczowa.

       Oto przed nami cała rozmowa, jaką 8 stycznia 2011, w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych, dla dziennika „Rzeczpospolita” przeprowadził z prof. Śpiewakiem red. Robert Mazurek. Gorąco zapraszam do uważnej lektury i zachęcam serdecznie wszystkich, którzy mają swój rozum, by go użyli, bo on się nam dziś przyda jak rzadko kiedy.

       Przy okazji, obiecuję, że o ile nie nastąpią jakieś szczególne i nieoczekiwane zdarzenia, dzisiejszy tekst zostanie tu już aż do po wyborach.

 

 

Rz: W co, po dziesięciu latach istnienia Platformy Obywatelskiej, wierzy Donald Tusk?

Paweł Śpiewak: Tusk jest konsekwentny, głosząc, że Platforma nie może trzymać się żadnej stałej idei, programu. I ta zasada jest realizowana. Platforma Obywatelska to wielki wehikuł władzy i do tego jest Tuskowi potrzebna.

Niewiele jak na wyznanie wiary. Myślałem, że powie pan o liberalizmie, modernizacji… Tusk nie wierzy w nic z tego, co mówi?

Myśli, że PiS to zagrożenie dla Polski, ta jej gorsza część, której się boi. Ta nienawiść wobec Prawa i Sprawiedliwości, skądinąd wzajemna, jest autentyczna, głęboka i co ważniejsze, uzasadniona. Nie ufa im i już nigdy nie zaufa.

W Platformie nie ma żadnej autentycznej idei?

Platforma Obywatelska jest zawsze po tej części Polski, która jest względnie optymistyczna, zadowolona i widzi zmiany na lepsze. Tyle tylko, że to nie zakłada istnienia żadnej stałej ideologii, to raczej nadążanie za dominującymi stylami myślenia. Jeśli istotnie są dwie Polski, to PO jest właśnie jedną z nich.

Jaka to Polska, poza tym, że zwycięska, bo jej się udało?

To Polska indywidualistyczna, czyli zgodna z mentalnością większości Polaków. To Polska, która wierzy w rynek, a jej podstawowym kryterium etycznym jest sukces rodziny. Każdy z nas nauczył się, że w sytuacjach trudnych nie ufamy instytucjom państwa, bo te nie działają, ale szukamy dojść, załatwiamy to na własną rękę.

Rządy PO nie przeorają więc świadomości Polaków, jak rządy Thatcher przeorały mentalność Brytyjczyków?

Zdecydowanie nie. One wręcz są skonstruowane na tej zasadzie, by wzmocnić w Polakach to, co w nich już jest, czyli tę skłonność do indywidualizmu, rodzinności, obchodzenia świata i instytucji, popierają etos dawania sobie rady, pewnej specyficznej przedsiębiorczości gdzieś między kompetencją a cwaniactwem. Polityka Donalda Tuska sankcjonuje i afirmuje taką postawę.

Nie wymagamy od Polaków, tylko ich chwalimy?

Dowartościowuje ich, mówiąc, że przy wszystkich naszych wadach w gruncie rzeczy jesteśmy OK, jesteśmy fajni. I na tym polega sukces Tuska. To polityka nie tyle wymagań, ile akceptacji.

I sekret jego popularności? Bo kto nie lubi słuchać miłych rzeczy…

Nawet jego unikanie niepopularnych reform w tym się mieści. Tusk wybrał taki model uprawiania polityki i odnosi w nim sukcesy. Doceniam podwyżki dla lekarzy i nauczycieli, ale czy stworzył coś innego? Nic mi o tym nie wiadomo…

Niczego nie dokonał?

Z pewnością nie zbudował nowych instytucji państwa. Bo jeśli sukcesy odnosi Urząd Komunikacji Elektronicznej, to dzięki sile jego szefowej Anny Streżyńskiej, która jest silna siłą poprzedniej epoki. W końcu była mianowana za PiS. To dobry przykład, bo widać, że potęga tej instytucji nie płynie z decyzji Tuska, z jego chęci autonomizacji poszczególnych sfer życia, ale jest spadkiem po Kaczyńskim.

Skąd ta programowa mimikra PO?

Tusk doskonale odczytuje stan napięć społecznych i doskonale pamięta, że na hasłach ideologicznych zawsze przegrywał: tak było w 1993 roku i tak było później. I dlatego sądzi, że ten typ myślenia jest nikomu niepotrzebny i niczemu nie służy.

W USA regularnie wygrywa prezydent z silnym przekazem: tacy byli Reagan, Clinton, nawet młody Bush czy Obama. A my jesteśmy inni niż reszta świata, nie chcemy żadnej idei?

W Polsce jest partia bardzo silnego przekazu – to Prawo i Sprawiedliwość. Nawet jeśli teraz trudno ten przekaz zdefiniować, to w takiej aurze psychologicznej jest coś takiego, co każe patrzeć na PiS jak na ugrupowanie ideowe.

Przecież ten brak programu nie jest od zawsze.

Pamiętam, jak w 2005 roku Rokita obraził się na Tuska, że nie ma żadnych dokumentów programowych, że są puste szuflady. Ja uważałem, że to katastrofa, a Tusk w ogóle się tym nie przejął, bo uznał, że to w ogóle nie jest ważne.

A co było ważne?

Zdobycie władzy. Formułował zasadę, że partia nie może być ideologiczna, nie może wykluczać ludzi.

Do tego stopnia, że dziś w PO mieszczą się i Marian Krzaklewski, i Danuta Huebner.

Tam może się znaleźć każdy. Ikoną PO jest dziś Ewa Kopacz, która z równym powodzeniem mogłaby być w Samoobronie. Pani Gronkiewicz-Waltz raz była z Wałęsą, potem przeciw niemu i właściwie mogłaby być w każdej partii, ale wszyscy ci ludzie spotkali się właśnie w PO.

Więc liczy się tylko władza? Tak oskarżać można wszystkich.

Nie oskarżam, wszak celem polityka jest zdobycie władzy. Sam premier nie jest przejęty hasłami programowymi i od lat mówił: „Po co programy, skoro wyborcy i tak tego nie czytają”. Przekonywał, że ludziom wystarczają hasła, obrazy, przywódcy, a posiadanie programu to ozdobnik życia politycznego. I w 2007 roku Platforma, dochodząc do władzy, nie miała, realnie rzecz biorąc, żadnego programu.

Tusk miał rację. Ludzie nie czytają programów wyborczych.

I z nich nie rozliczają. Minister wojny ogłasza, że będzie dowodził połową Afganistanu, a po dwóch latach okazuje się, że nie dowodzi nawet własnym obozem wojskowym. I nic. PO mówiła, że należy ułatwić życie przedsiębiorcom. Po trzech latach okazuje się, że nic w tej dziedzinie nie zrobiono i nikt nie ma pretensji.

To akurat wynik słabości mediów, środowisk opiniotwórczych i opozycji, które nie potrafią rozliczyć rządzących.

Po części tak, nikt tego nie robi. Po trzech miesiącach rządzenia Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że jesteśmy gotowi na reformę służby zdrowia. Mijają trzy lata, a w ministerstwie wciąż trwają prace nad tą reformą. Tak samo jest z koncepcją budowy dróg i tak naprawdę z każdą inną sprawą. Ta partia nie ma pomysłów.

Mało to optymistyczne.

Sądzę, że ta bezprogramowość jest założona. To część koncepcji oportunizmu wyborczego głoszącej, że najważniejsze jest, byśmy wygrali wybory, a dokonamy tego, pokazując się jako ludzie przyjaźni, życzliwi. I do oczekiwań wyborczych dobieramy przywódców, hasła i pomysły, a robimy tylko to, czego ludzie chcą.

Skąd wiemy, czego chcą?

Tu kłania się nadmierna wiara w socjologię zakładająca, że jeśli zbadamy oczekiwania społeczne, to będziemy wiedzieć, co wyborcom mówić. I jeśli z badań wynika, że ludzie lubią sytuacje konfliktu, to konstruujemy im świat z konfliktem. Boją się PiS? To w roli głównego oponenta obsadzamy PiS, czyniąc go alibi dla nas. W tej koncepcji kandydaci do parlamentu mają się podobać i nie mogą być trudni, konfliktowi.

Co obiecywała Polakom Platforma, kiedy powstawała?

Przede wszystkim zmianę jakości polityki – miało nie być partyjniactwa, dominacji partyjnego języka. Kandydaci mieli pochodzić z terenu, a nie z nominacji szefów w Warszawie, stąd pomysł na prawybory. Pojawiały się też hasła wrogie politykom, słynne słowa Tuska o „walce z klasą próżniaczą”… Chcieli nie być klasyczną partią, a bardziej ruchem społecznym spoza Warszawy, i to się jakoś udało. Ale, paradoksalnie, przy tak często głoszonej niechęci do partii, PO stała się jedną z najlepiej zorganizowanych i najbardziej scentralizowanych maszyn do rządzenia państwem. Jej statut jest tak skonstruowany, że trzy, cztery osoby mają pełnię władzy, a główne skrzypce gra jeden. Jest on nie tylko liderem partii, ale jej twarzą i zwierciadłem. To w nim mamy się przejrzeć, by wiedzieć, jaki jest choćby Waldy Dzikowski czy ktokolwiek inny.

Tak jest wszędzie. PiS też ma twarz Kaczyńskiego.

Owszem, ale jeżeli można powiedzieć, że coś jest wszędzie, to w Platformie jest to bardziej. Kiedy PO startowała w wyborach 2001 roku, i tak wszyscy wiedzieli, że wygra SLD.

A jednak politycy PO mieli poczucie silnej przegranej. Sondaże były lepsze i liczono na dużo więcej niż to 12 procent.

Może, ale wtedy od PO nie wymagano fajerwerków programowych. W 2005 roku PO program już miała i był to program jawnie liberalny z podatkiem liniowym. Szczerze mówiąc, ja tego liberalizmu tam nie dostrzegałem. Trzy razy piętnaście, czyli cały podatek liniowy, to była koncepcja Zyty Gilowskiej i ona przetrwała w partii siłą bezwładu. Już nikt podatku liniowego nie traktował w PO serio, ale jakoś nikt nie potrafił powiedzieć, że to już nieaktualne.

Może jak na pana oczekiwania to za mało, ale w 2005 roku PO określała się jako partia liberalna, tyle że niektórzy do słowa liberalizm dodawali konserwatyzm.

Byłem wtedy wewnątrz Platformy Obywatelskiej i naprawdę nie przypominam sobie żadnego konsekwentnego myślenia liberalnego. Mało tego, Tusk, a zwłaszcza Rokita, powtarzali, że my nie jesteśmy partią liberalną. Za wszelką cenę starali się odkleić od tradycji KL-D, które im ciążyło.

Panu, zadeklarowanemu liberałowi, nie żal, że PO od tego odeszło?

To naturalne, że czuję się politycznie osierocony, ale też w Polsce nie ma miejsca na poważną, silną partię, która byłaby jednocześnie liberalna światopoglądowo i gospodarczo. Doszło do rozszczepienia i jeden liberalizm, ten światopoglądowy, poszedł w stronę lewicy, a drugi – gospodarczy – do konserwatystów. I tego już się nie da zszyć. Może sobie istnieć taka partia ostentacyjnie liberalna, ostatnio próbował tworzyć ją Palikot, ale nie ma na nią zapotrzebowania społecznego.

Liberalizmu nie ma i nie będzie. A co z modernizacją, o której PO ciągle mówiła?

Platforma od początku była usytuowana w nurcie modernizacyjnym, ale też trochę na kontrze wobec elit, z nutą antyestablishmentową. Bo w 2005 roku była antykorporacyjna, a establishment zżymał się na hasła w rodzaju „Nicea albo śmierć”. Dodajmy do tego bardzo silny język antykomunistyczny i będziemy mieli oblicze tej partii sprzed kilku lat. A dziś? Nawet program modernizacyjny dałoby się przedstawić jako ideę. Tusk mógłby powiedzieć: „Chcę być Kazimierzem Wielkim, który zastał Polskę drewnianą, a zostawił z szerokopasmowym Internetem pod każdą strzechą”. Ale nawet tego nie ma. Jednocześnie udało mu się ten program, a raczej język, zawłaszczyć. Każda następna partia, która przyjdzie i powie: „modernizacja”, nie zostanie wysłuchana. Przecież jeśli ktoś ogłosi, że chce budować żłobki, to ludzie odpowiedzą, że przecież Tusk też chce żłobków, mówił o tym. „Wy chcecie modernizacji nauki, a my to robimy” – zawsze może w podobny sposób odpowiadać.

Porozmawiajmy o samym Tusku. Ma szansę dwukrotnie wygrać wybory, przejść do historii. Jak chciałby się w niej zapisać?

To bardzo dobre pytanie, które też mnie nurtuje. Być może on to sobie tłumaczy w ten sposób, że pierwsza dekada naszej niepodległości to był czas rewolucji, wyzwalania i odbudowania państwa, dekada druga to okres tworzenia instytucji, umocowania Polski w Unii Europejskiej, w NATO, a teraz przyszedł czas na wyzwania modernizacyjne.

Ale nie zostawia pan na nim suchej nitki.

Tusk dziś jest człowiekiem potwornie zmęczonym i wypalonym rządzeniem, stąd jego nieustanne poirytowanie. Niech pan sobie wyobrazi takie życie: przez dwa tygodnie przed wyjazdem do Kopenhagi na szczyt w sprawie redukcji CO2 człowiek uczy się o ochronie środowiska, wraca zmęczony, a tu jakiś pożar, bo mu policja staje, bo trzeba łatać deficyt budżetowy. Może i on osobiście ma jakieś pomysły, ale zarazem czuje czy wie, że obecne państwo jest bezsilne wobec wyzwań najbliższego dziesięciolecia.

To po co mu to wszystko? Gdybym nie miał poczucia żadnej misji, to rzuciłbym to wszystko w cholerę.

Sam zadaję dziś pytanie: jaki był sens tego platformerskiego udziału we władzy przez ostatnie cztery lata, poza osiągnięciem sytuacji, że Donald Tusk, jako szef tego ogromnego aparatu partii, jest jego niewolnikiem i musi spełniać jego postulaty? Nie może zrezygnować, bo ten aparat go potrzebuje, bez niego wszystko by stracił.

Ale jakie on osobiście cele sobie stawia?

Może i za tymi ustawami o szkolnictwie wyższym czy systemie zdrowotnym ma jakąś wizję, ale chyba nauczył się, że państwo jest bardzo trudno zmienić. Rząd ma w gruncie rzeczy niewielki wpływ na zachowania ludzkie, ich decyzje.

I stąd ten minimalizm Tuska? Nie robię, bo i tak niewiele mogę?

Pragmatyzm jest silniejszy niż wszystko inne. Każdy rząd po Buzku w gruncie rzeczy niewiele robił.

Nie, żeby wszystko robił dobrze, ale rząd Kaczyńskiego…

Ale co on takiego zrobił poza ustanowieniem nowej instytucji kontrolnej czy porządkami w służbach specjalnych? Owszem, zmienił naszą wrażliwość na przykład na korupcję, ale instytucje pozostały niezmienione. I w tym sensie wciąż aktualne pozostaje to wezwanie z lat 2004 – 2005, że to państwo potrzebuje radykalnej zmiany. Potrzebujemy IV Rzeczypospolitej tak samo jak wtedy.

Dawno nikt nie wzywał do budowy IV Rzeczypospolitej.

Nie skupiajmy się na haśle, ale na projekcie zmiany państwa, który ono firmowało. Dziś widać jeszcze wyraźniej, jak bardzo jest potrzebne to potrząśnięcie i zbudowanie nowej struktury życia społecznego. I to w każdym wymiarze. Ta wizja sześć lat temu była prosta i nawet miała prawo do pewnej nieodpowiedzialności politycznej, dlatego że wtedy była potrzeba idei. Dziś trzeba by to dokładniej dopracować.

Nie ma potrzeby, bo nikt już nie chce budować IV RP. Co dziś buduje Platforma?

Chciałbym tylko zwrócić uwagę, że Polską nie wszędzie rządzą ludzie Platformy Obywatelskiej.

A kto?

Sporo mają do powiedzenia ekonomiści i eksperci skupieni wokół Jana Krzysztofa Bieleckiego, a tam platformersów nie ma. Tak samo nie ma ich wielu w otoczeniu Tuska w Kancelarii Premiera. Trzecią grupą, która, realnie rzecz biorąc, rządzi Polską, są wiceministrowie, i dopiero tam znajdzie się kilku polityków PO, jak i ludzi PSL, ale jest też wielu pozapartyjnych fachowców.

Trudno sobie wyobrazić PO bez Tuska. Co jeśli rzeczywiście spełni swoje zapowiedzi i odejdzie w 2015 roku?

Dziś jedyną osobą, która mogłaby przejąć po nim Platformę Obywatelską, jest Grzegorz Schetyna, ale czy człowiek, który w polityce jest od 20 lat, może wnieść jakąś nową jakość? Nie wiem.

To może ktoś inny, młodszy?

W całej Platformie nie widzę ani jednej osoby, która reprezentowałaby jakiegoś nowego ducha, dyskusję, która się tam toczy. Ta partia nie ma dziś żadnej takiej potencji. To już nawet PZPR wytwarzał jakieś antyciała, kontrelity, budował skrzydła, a Platforma jest monolitem bez wyrazu.

W 2007 roku żaden program nie był PO potrzebny, bo wyzwalała kraj spod pisowskiej okupacji.

Teraz też się użyje PiS, do czegoś się przyda.

A co będzie, jak wygrają?

Gdyby Tuskowi zadać pytanie: co dalej, to pewnie mówiłby o trudach rządzenia, a nie o tym, co trzeba zrobić. W ciągu trzech lat rządów nie wygłosił żadnego samodzielnego przemówienia. Oczywiście miał długie exposé, które było nudnym referatem, zlepkiem pobożnych życzeń.

Jeśli PO wygra jesienne wybory…

To ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. A pokusa wszechwładzy jest pokusą bardzo dużą.

Obawia się pan tego?

Ja się nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PO, ale z pewnością nie będzie to sytuacja dobra i zdrowa. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim.

Jak miałby funkcjonować?

Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować Platformę, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to, co powie prezydent Komorowski. Wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się z nimi liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć, bo oni chcą być lubiani, więc powstrzymają się przed ryzykownymi społecznie decyzjami.

 


 

wtorek, 15 marca 2016

Mokra robota roku - repryza

Ponieważ ostatnio, wśród osób proszonych o wypowiedź na temat moralnej kondycji premier Szydło, prezydenta Dudy, oraz, jak najbardziej, samego Prawa i Sprawiedliwości i jego prezesa, coraz częściej pojawia się Jadwiga Staniszkis, pomyślałem, że sięgnę w dość już odległą przeszłość i poszukam śladów zamierzchłej już aktywności pani profesor. Nie może być bowiem tak, że oni gadają, a my jak stado baranów wsłuchujemy się w ich słowa, kiwamy z zatroskaniem głowami i zadajemy sobie pytanie: „Czy przypadkiem nie wypadałoby nam nieco zwolnić?”.
Oto zatem mój tekst jeszcze z roku 2008, a więc z czasów, gdy wszystko się dopiero zaczynało. Zapraszam.

Kończy się rok 2008 i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie podsumowywali wszystkiego, co się podsumowywać da, ale również wszystkiego tego, co podsumowywać się najzwyczajniej w świecie nie da, pomijając już to, że podsumowywać nie ma sensu. Mamy więc skandal roku, głupstwo roku, aktora roku, sportowca roku, książkę roku, żart roku, film roku, piosenkę roku, debiut roku, polityka roku, mądrość roku i blog roku. Dotychczas, być może ze względu na moją tegoroczną aktywność, największe wrażenie zrobiła na mnie dyscyplina o nazwie „blog roku”. Szczególnie od czasu gdy otrzymałem wiadomość emailem, że mam się zgłosić, a wtedy Jacek Żakowski (nie żartuję - Żakowski jest tu jurorem) powie, jak on widzi moje pisanie w skali globalnej. Już widziałem siebie na monitorze laptopa pana redaktora i samego pana eksperta, jak czyta mój tekst o tym, że on sam i jego koledzy to durnie i myśli sobie: „Ho, ho! Z tego Toyaha to nie byle jaki bloger! Dajmy mu może wyróżnienie”.
Pomyślałem więc sobie, że gdy idzie o różnego rodzaju konkursy na zakończenie roku, pozostanę jednak obojętny, gdy oto dziś w „Rzeczpospolitej” zobaczyłem artykuł zatytułowany „Pod znakiem Pereiro i Borubara” http://www.rp.pl/artykul/240729.html i naturalnie dostałem cholery. O co poszło? Właśnie o tego Borubara i Pereiro. Ci co mnie znają, wiedzą mniej więcej, co się w mojej biednej głowie dzieje, ale jest jednak – właśnie na zakończenie tego roku – jeszcze coś, co należy powiedzieć i uważam, że to właśnie miejsce jest do tego najlepsze.
Kiedy Lech Kaczyński skomentował dla Polsatu ów słynny mecz z Austrią i sekwencja „Boruc bardzo” zabrzmiała na tyle nieprecyzyjnie, że jakiś anonimowy specjalista od rżenia, zdecydował, że Kaczyński jest tak głupi (oczywiście!), że uznał, że nasz Artur nosi nazwisko Borubar, i wraz z uzyskaniem tej wiedzy, cała najbardziej zidiociała część opinii publicznej uniosła w górę obie ręce i wrzasnęła: „Hurra! Niech zdycha!”. Z perspektywy roku wiemy, jak echo tego wrzasku rozbrzmiewało przez następne miesiące. Pamiętamy doskonale wszystkie żarty na ten temat, wszystkie wnioski, jakie z tej „prezydenckiej wpadki” najbardziej światła część społeczeństwa wyciągała i wszystkie najbardziej poważne polityczne diagnozy, które najbardziej szanowani analitycy kazali nam przyjmować z wiarą i zaufaniem.
Doskonale pamiętamy, na jak starannie przygotowany grunt padły słowa Palikota dotyczące czy to rzekomego alkoholizmu Prezydenta, czy jego psychicznej choroby. W końcu ktoś kto sądzi, że bramkarz naszej reprezentacji Artur Boruc ma na nazwisko Borubar, musi być stuknięty. Albo na nieustannym gazie. Tak właśnie się hartowała ta stal, z którą dziś wszyscy musimy się zmagać. Właśnie w ten sposób umacniała się ta nienawiść, która zupełnie niepostrzeżenie stała się absolutnie równoprawną częścią tego krajobrazu, który jeszcze kilka lat temu każdy zdrowo myślący człowiek musiałby uznać za kompletną fikcję.
Gdyby tylko komuś chciało się grzebać w śmieciach, mógłby zajrzeć do tekstów paru z bardziej uznanych tu autorów, którzy za swój główny cel wzięli wdeptanie w ziemię wszystkiego, co się rusza, a co w taki lub inny sposób kojarzy się z projektem o nazwie IV RP. Mógłby wówczas ten odważny badacz odnaleźć cały ten wysiłek, sprowadzający się do jednego. Do udowodnienia, że Lech Kaczyński jest po prostu wiecznie nieprzytomny, a ile razy próbuje coś powiedzieć, to wydobywa z siebie wyłącznie niezidentyfikowany gulgot. Sam pamiętam, jak mi tu najróżniejsi specjaliści od przyłapywania Lecha Kaczyńskiego na kiksach, tłumaczyli najpoważniej na świecie, że Prezydent trzymał flagę do góry nogami, bo głupek nie ma pojęcia, jak wygląda polska flaga, albo że z tym „Borubarem”, to była autentyczna niewiedza.
Dziś, kiedy kończy się ten rok, właściwie wszyscy już przyznają, że nie było żadnego „Borubara”, że na polskiego Brazylijczyka, nawet komentatorzy sportowi w emocjach z jakiegoś powodu mówią „Pereiro”, że ta flaga była do góry nogami tylko przez ułamek sekundy – tyle że co z tego? Jeszcze parę dni temu, jakimś zupełnie chorym rzutem na taśmę, ten szczególny dziennikarz TVN24, którego nazwiska mi się nawet nie chce wymieniać, wręcz błagał językoznawcę Bralczyka, żeby przyznał, że ‘Borubar’ jednak tam był. Że może „panie profesorze, to jednak niewiedza?” Nic z tego. Bralczyk smutno pokręcił głową i zapewnił, że to jednak był „Boruc bardzo”.
Tylko znów… co z tego? Dziś w Rzepie widzimy tekst, którego jedynym celem jest to, żeby na zamknięcie tego roku jeszcze sobie trochę pozrywać boki z Prezydenta. Żeby każdy, kto albo się nie zorientował, albo już zdążył zapomnieć, wbił sobie do głowy, ze „hitem ostatnich 12 miesięcy stały się nazwiska, zwłaszcza te źle wymawiane” i że prawdziwą „furorę” zrobiły te związane z Lechem Kaczyńskim. Dziennikarka Rzepy oczywiście przyznaje, że w większości to wszystko albo bzdura, albo „lipa”, tyle że znowu – co z tego? Ten rok i tak przechodzi do historii jako rok Borubara, Benhauera, Pereiro i – nagle nie wiedzieć czemu – Rona Asmusa. A jak by komuś było za mało, to pani redaktor przypomni jak to „językowe lapsusy Prezydenta inspirowały internautów’. I teraz dopiero się będziemy mogli poskręcać ze śmiechu, że „Oback Barama, Barubar Bambara, Barabar Obameiro, Borubar O’Lama”. Czy dziennikarka poważnego dziennika podejmuje choćby najmniejsza próbę wyjaśnienia skołowanym czytelnikom, co to się takiego stało w ciągu tego roku, że doszło do tak strasznej kumulacji najbardziej ohydnego kłamstwa? Ależ gdzie tam! Przecież tu nie chodzi o to, żeby cokolwiek wyjaśniać. Mają być jaja! W końcu Sylwester już za pasem.
Proszę zwrócić uwagę na następującą rzecz. Po odrzuceniu „Borubara” jako skrajnej manipulacji – na dodatek manipulacji, w którą został zaangażowany cały system reżimowej propagandy plus najszerzej traktowana kultura pop – załóżmy, że przyjmiemy wersję najbardziej dla Prezydenta przykrą. On się nie zagapił, ale był autentycznie przekonany, że trener polskiej reprezentacji nazywa się Benhauer, a nasz reprezentant nosi nazwisko Pereiro. Lech Kaczyński jest w kwestii piłki nożnej kompletnym dyletantem. I co z tego? Ten typ niewiedzy jest dyskwalifikujący dla Prezydenta RP? Chyba tylko w świecie gdzie do miana politycznych i moralnych autorytetów wysunięto bandę amatorskich piłkarzy z Kaszub i okolic. To że Lech Kaczyński zapomniał, jak ma na nazwisko jeden trener piłkarski i jeden piłkarz staje się wydarzeniem roku w kategorii „Polityczny słownik 2008”?
Omawiany artykuł „Rzeczpospolita” umieściła na szóstej stronie dzisiejszego wydania. Na stronie ósmej natomiast, ekspert Jadwiga Staniszkis http://www.rp.pl/artykul/240726.html przedstawia całkowicie serio analizę, z której wynika, że Prawo i Sprawiedliwość, Kaczyńscy i wszystko, co oni reprezentują dobiega ostatecznego końca. Zupełnie serio, prof. Staniszkis spekuluje na temat rozsądku Schetyny, powagi Olejniczaka, niezłomności Dorna, dzielności Tuska, kompetencjach Klicha, nadziejach, jakie budzi tzw. Ruch Polska XXI i – naturalnie – „prostactwa” Lecha Kaczyńskiego?
Czy może – ktoś zapyta – Jadwiga Staniszkis ma pretensje o Borubara i flagę? Ależ skąd. Taka to ona znowu nie jest. Tę flagę i ten internetowy greps ona trzyma głęboko w swej nieświadomości. No a poza tym Staniszkis to nie Palikot. Dla niej Kaczyński robi z siebie durnia nie dlatego, że jest pijakiem i cierpi na chorobę Alzheimera. Ona jest mądra. Ona wie, że nie. On jest po prostu słaby. A na udowodnienie tego, pani profesor może nam przedstawić nie ślinę, ale poważną socjologiczno-polityczną paplaninę.
W tej robocie bowiem istnieje zasadniczy podział obowiązków. Na poziomie najbardziej wulgarnej kultury pop działają specjaliści od popu. Roboty wykończeniowe należą do przedstawicieli kultury wyższej.

Nakład mojej pierwszej książki, z wyborem pierwszych felietonów jest już wyczerpany, i z tego co wiem, jest jeszcze parę egzemplarzy w sklepie Foto-Mag w Warszawie. Natomiast w księgarni na stronie www.coryllus.pl mamy książki pozostałe, do kupowania których szczerze zachęcam.

niedziela, 16 listopada 2014

Co każdy abstynent wiedzieć powinien

Jak tu już nie raz pisałem, ostatnio przy okazji nerwów, jakich dostał red. Piotr Skwieciński w związku z atakiem blogosfery, który pozbawił go możliwości komfortowego wykonywania zawodu, który sobie wybrał, prasy nie czytam, radia nie słucham, telewizji (poza angielska ligą) nie oglądam, a o tym, co się dzieje za oknem, dowiaduję się z blogów. Ostatnio na przykład trafiłem na notkę blogera Sowińca, gdzie ów dziwny człowiek informuje mnie, że oto w „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł jakiegoś Krzysztofa Kowalskiego, w którym ów Kowalski omawia wyniki badań „zespołu doktor Jennifer Wiley z University of Illinois”, wskazujące na to, że „niewielka ilość alkoholu usuwa zahamowania w posługiwaniu się językiem obcym”.
Jak pisze Kowalski, a Sowiniec – do bólu ową informacją podniecony – za nim wszystko powtarza na swoim blogu, „naukowcy poddali testowi 1023 studentów z anglojęzycznych uniwersytetów, którym podano różne dawki alkoholu. Zadanie polegało na wymawianiu kompletnie nieznanych słów w jednym z narzeczy używanych w afrykańskim państwie Czad. Ci, którzy spożyli 44 ml alkoholu, lepiej wypadli od tych, którym podano placebo, ale także od tych, którzy wchłonęli 88 ml alkoholu i więcej. Ci ostatni, mając przed sobą testową kartkę, zadawali pytanie w rodzaju: ‘Sostym srobiś?’. Wyniki tych badań uprawomocniają powszechne przekonanie, że jedno piwko jeszcze nikomu nie zaszkodziło, natomiast w porozumiewaniu się z obcokrajowcami już niejednemu pomogło. Poznać pana po cholewach, poliglotę po kuflu”.
Ktoś się zapyta, w czym problem? Co mnie tak w tym poruszyło? Dlaczego ja jestem w tym momencie aż tak wzmożony? Otóż tak naprawdę ani Sowiniec, ani Kowalski, ani nawet „Rzeczpospolita”, która tekst Kowalskiego postanowiła opublikować, ani nawet ci wszyscy ludzie, którzy od dziś, ile razy staną wobec konieczności użycia języka obcego, wcześniej będą się próbowali nawalić. Bo tu nie chodzi o żadnego z nich. Problemem są bowiem uniwersytety i ich najwyraźniej kompletna już bezużyteczność. Nie jest bowiem tak, że jakaś Jeniffer Wiley z Chicago nie ma co z sobą zrobić, więc wpada na pomysł, że ona zbada, czy przypadkiem nie jest tak, że jeśli człowiek jest na lekkim gazie, staje się on bardziej beztroski i odważny, a kiedy wychleje zbyt dużo, przewraca się i zdycha, z tych badań wychodzi jej, że owszem, i na tym koniec. O nie! Za tym co ona robi, zwykle stoi jakiś poważny budżet, wcześniej odpowiednio wynegocjowany, zatwierdzony, a następnie rozdysponowany, a jeśli przy następnej okazji owa Jeniffer przedstawi papier na to, że o jej badaniach pisano nawet w Polsce, będzie mogła mieć pewność, że z głodu już do końca życia nie umrze. Już w dalszej kolejności będzie mogła przeprowadzić naukowy dowód na to – by już pozostać w temacie – że, jeśli człowiek się napije, to chodzi krzywo, albo bełkocze, albo się robi wesoły lub smutny, a jeszcze później, że alkohole wysokoprocentowe są mocniejsze od niskoprocentowych i dlatego, jeśli ktoś chce się upić piwem, to musi go wypić więcej, niż kiedy się zda na polską śliwowicę na przykład. A wyniki owych badań opublikuje już nie tylko Sowiniec i „Rzeczpospolita”, ale również tygodnik „W Sieci”.
Pamiętam, jak poznałem swoją żonę, a ona wówczas była świeżo upieczoną maturzystką, opowiadała mi przy jakiejś okazji, jak to z całej jej klasy najlepiej ustny egzamin z języka angielskiego zdało tych dziesięciu chłopaków, którzy na egzamin przyszli „nawaleni”. Mnie się oczywiście ta historia bardzo spodobała, jako niezwykle zabawna, że tak powiem, filmowo, ale nie mogę powiedzieć, bym był nią jakoś zszokowany: w końcu każde dziecko wie, że (choćby obserwując świat zewnętrzny), kiedy wypijemy jedno czy dwa piwa, jest nam lżej nie tylko w sytuacjach tak trywialnych, jak zwykła międzyludzka komunikacja, ale przy znacznie bardziej wymagających okazjach, a i my to wiemy z własnego ludzkiego doświadczenia, i ten fakt jest tak oczywisty, że nie potrzebujemy się nawet tu zamyślać. Tymczasem nagle się okazuje, że nie dość, że instytucja tak pozornie szanowna, jak Uniwersytet w Chicago, udowodniła swoją całkowitą już dziś bezużyteczność, to równie bezużyteczne okazują się mainstreamowe media, i w dodatku jeszcze kompletnie nie wiadomo, co mamy z blogera Sowińca. I pewnie z tym ostatnim mielibyśmy zmartwienie największe, choćby przez to, że, jak tu ostatnio już się zgodziliśmy, to blogosfera tworzy przyszłość, gdyby nie to, że, gdy chodzi o niego akurat, wszyscy dobrze wiemy, że bez wyjątków, nie byłoby reguł, a reguły się bardzo na co dzień nam przydają. A więc tak jak jest, jest bardzo dobrze.

Już za parę dni, w piątek rozpoczynają się w Katowicach targi książki, na których będziemy z Gabrielem do pełnej dyspozycji. Jak dla kogoś jest za daleko, zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie sprzedajemy również moja najnowszą książkę o paleniu licha.

piątek, 11 stycznia 2013

O gałach, paszczach i flaszce dla pana docenta

Ojciec mój, być może przez to, że nigdy nie miał szczególnego wykształcenia, i do wszystkiego doszedł sam, bez pośrednictwa tak zwanych „ludzi nauki”, zawsze wykazywał, moim zdaniem, nadmierny i niekiedy wręcz niezrozumiały, szacunek dla ludzi, którzy pokończyli te swoje uniwersytety i w ten sposób uzyskali jakieś tam tytuły. Oczywiście, nie oznacza to, że on nie umiał rozpoznać zwykłego chama, czy idioty, bo z tym akurat radził sobie wyjątkowo dobrze, jednak z tego co pamiętam, mogę powiedzieć, że jeśli ktoś był docentem, czy nie daj Boże, profesorem, otrzymywał od mojego taty natychmiast ogromny kredyt zaufania.
Jak idzie o mnie, z kolei, ja – daję słowo, że nie wiem, skąd mi się to wzięło – jak sięgam pamięcią, stałem zawsze po przeciwnej stronie owego sporu, i do akademickiego wykształcenia miałem stosunek głęboko nieufny. W pewnym momencie swojego życia, posunąłem się wręcz do tego, że jeśli przede mną stawał jakiś choćby magister, że nie wspomnę już o docencie, przyjmowałem postawę agresywną. Kulminacją tego wszystkiego były oczywiście studia, kiedy to już tylko z każdym dniem nabierałem coraz większego przekonania, że ci wszyscy mądrale, którzy się tam kręcą po tych korytarzach, to albo durnie, albo agenci, albo jakieś niedobitki, którym nie udało się osiągnąć nic więcej. Do dziś pamiętam dzień, kiedy stamtąd wychodziłem po raz ostatni, i jedyna moja refleksja była taka, że oni wszyscy muszą tam zostać i gnić, a ja – proszę bardzo – ruszam w świat.
A mimo to, kiedy dziś patrzę wokół siebie, zaczynam czuć swego rodzaju wyrzuty sumienia i jest mi naprawdę przykro, że tamto towarzystwo oceniałem aż tak surowo. Co by bowiem o nich wszystkich nie mówić, jedno chyba trzeba im przyznać bez dyskusji – oni przynajmniej mieli poczucie pewnego obowiązku, jaki na nich spoczywa przez to, że stają przed nami jako ci lepsi. Obowiązku oczywiście bardzo nieokreślonego, ale każącego im przynajmniej przed wypowiedzeniem kolejnego zdania się zastanowić, albo przynajmniej zrobić mądrą minę. To z czym mamy do czynienia dziś, przypomina mi sytuację, o której niedawno pisałem w odniesieniu do szeroko rozumianej sztuki. Kiedyś, jeśli ktoś był pisarzem, aktorem, muzykiem, czy filmowym reżyserem, zachowywał się trochę tak, jakby zdawał sobie przynajmniej sprawę z tego, że to jest jego życie i los; i że tego się już musi trzymać do końca. Dziś już nawet sposób w jaki oni patrzą, wskazuje na to, że dla nich liczy się tylko to co jest dziś. Wczoraj się było politykiem, dziś się jest naukowcem, a jutro może człowieka wciągnie literatura, albo jakaś dealerka. Diabli raczą wiedzieć.
Refleksje te przyszły mi do głowy w sytuacji, w jakiej one się pojawiają najczęściej, a więc podczas czytania codziennych gazet. Przyznaję, że w ostatnich tygodniach prowadzenie tego bloga było dla mnie wielkim utrapieniem, a to przede wszystkim z tego względu, że w pewnym momencie, z własnej i nieprzymuszonej woli, dałem się odciąć od prasy i telewizji, i w ten sposób straciłem bezwzględnie najlepsze źródło inspiracji. I oto wczoraj, zmuszony do tego, by udać się do warszawskiej prokuratury, wsiadłem w pociąg, a tam już na mnie czekała świeża „Rzeczpospolita”, a tam nie jeden, ale aż dwóch naukowców pełną panie gębą.
Pierwszy z nich, to znany nam właśnie z „Rzeczpospolitej”, która go od lat, i niezależnie od tego, kto w kraju rządzi, wynajmuje do tego, by coś tam skomentował, ale też trochę z telewizji, gdzie również zajmuje się komentowaniem bieżącej polityki, doktor nazwiskiem Kucharczyk. Poszło o to, że „Rzeczpospolita” postanowiła zająć się Edwardem Gierkiem i wrzawą, jaka ostatnio wokół niego powstała, poprosiła Kucharczyka o opinię na temat niezwykłej ostatnio popularności tego człowieka, a Kucharczyk na to powiedział, co następuje:
„Idealizowanie dekady Gierka po części jest winą prawicy, która po 1989 roku nieustannie powtarzała ludziom, że PRL to samo zło. Tymczasem ich wspomnienia, przefiltrowane przez szok transformacji, były zupełnie inne, dlatego wielu z nich odrzuciło tę narrację”.
Ja wprawdzie nie jestem doktorem, ale magistrem, w dodatku zaledwie trójkowym, ale pozwolę sobie powtórzyć tę niezwykłą myśl tak, by ją zrozumieli inni idioci. Otóż zdaniem Kucharczyka jest tak, że prawica – domyślam się, że pod kierunkiem braci Kaczyńskich – opowiadała ludziom, że za PRL-u było do bani, w co Polacy nie uwierzyli i, jakby na przekór, uznali, że Gierek to był fantastyczny gość. Zło Kaczyńskich polegało więc na tym, że oni mieli mówić, że za PRL-u było świetnie, bo wtedy – również na przekór – społeczeństwo żyłoby w przekonaniu, że komuna była zła. Tego jednak nie zrobili, no i mamy to co mamy. Miller z Jaruzelskim tryumfują.
Do Kucharczyka wrócimy jeszcze pod sam koniec tych refleksji, natomiast teraz poznajmy kolejnego naukowca, tym razem autentycznego prof. dr hab. nazwiskiem Ciborowski. Ciborowski aktualnie jest zatrudnionym na uniwersytecie w Białymstoku ekonomistą i ten z kolei, negatywnie komentując zakaz handlu w niedzielę, mówi tak:
„Istnieje wybór stanowiska pracy […]. Już przy podejmowaniu zatrudnienia wiemy, czy będzie ono skutkowało pracą w niedzielę, czy nie. A każdy ma wolną rękę przy wyborze zawodu czy miejsca pracy. Jednym odpowiada praca w weekendy i to jest ich wolny wybór. Stawki godzinowe są wtedy wyższe (lub dodatkowo płatne), co dla niektórych stanowi najważniejszy argument. Natomiast inni wolą niedzielę spędzać z rodziną (swego rodzaju koszt alternatywny)”.
W czasach kwitnącego PRL-u przez pewien czas pracowałem w lokalnym domu handlowym „Społem”, jako sprzedawca na stoisku RTV. To był PRL, a więc kompletny syf i komuna, więc spędzanie niedzieli z rodziną nie było wtedy jeszcze dla mnie „kosztem alternatywnym”, ale zwykłym przymusem. Któregoś więc – powszedniego jak najbardziej – dnia, na stoisku pojawił się klient, chcący zareklamować zepsuty gramofon pod nazwą Mister Hit. I wtedy, moja koleżanka, niejaka Irka, prawdopodobnie zestresowana faktem, że „stawki godzinowe” nie są tak wysokie, jak by były w niedzielę, a w niedzielę Gierek pracować nie pozwala, odpowiedziała mu na jego żale, co następuje: „Widziały gały, co kupowały”.
Trochę śmy się z niej śmiali, ale generalnie każdy przecież rozumiał, że to tylko jest Irka, i ona czasami inaczej nie potrafi. Tym razem jednak nie mamy do czynienia z Irką, ale z prof. dr hab., wprawdzie z uniwersytetu zaledwie w Białymstoku, a nie gdzieś w Singapurze dajmy na to, ale jednak. I mąż ów – w publicznej wypowiedzi, dla ogólnopolskiej prasy – tym wszystkim biednym dziewczynom, za ten marny tysiąc miesięcznie, zdychającymi na tych smutnych kasach w niedzielne wieczory w jakimś Tesco mówi: „Widziały gały co brały”. I z tej satysfakcji, że z niego taki mędrzec, zapewne aż coś tam popuszcza. A obok niego stoi inny akademik, kiwa mądrze głową, i mówi: „Bo to wszystko, panie profesorze, przez tę prawicę. Niepotrzebnie tak tego Gierka atakowali”.
Inna sprawa, że to tak oficjalnie. W końcu trzeba się umieć pokazać. Ja bym natomiast chciał ich obu zobaczyć, jak się spotykają po pracy, gdzieś na grillu. Tam się musi dopiero dziać! Kucharczyk wpycha sobie w otwór gębowy kawałek karczku i mówi: „Za tego Gierka, to kurwa, nawet grilla nie mielim”, a na to Ciborowski w swój z kolei otwór wlewa porcję żołądkowej gorzkiej i rzuca z dumą: „Czy jo wim? Mje tam, kurwa, źle nie było”.
Przepraszam. Rozmarzyłem się. Ale już więcej nic nie powiem, bo ledwo wczoraj straciłem parę stów na to by świadczyć w obcej sprawie, i nie mam za bardzo ochoty, by już za chwilę zeznawać w swojej.

Mam nadzieję, że o tym iż Gabriel ustalił bardzo wyjątkowa promocję na moją nową książkę, plus dwie poprzednie, kto chce wiedzieć, ten wie. Natomiast zmuszony jestem prosić o wsparcie tego bloga w sposób doraźny i bezpośredni. Ja ledwo ciągnę. Między innymi właśnie przez tę książkę. Dziękuję.

piątek, 6 stycznia 2012

Czy interes wspólny to dobry interes?

Oczywiście, wszystko jest możliwe, ale mam wrażenie, że dzisiejszy wpis będzie złożony głównie z cytatów. W porównaniu jednak do sytuacji sprzed paru dni, kiedy to głównie cytowałem kolorowy magazyn „Viva” i, powiem szczerze, robiłem to z ciężkim sercem – bo diabli wiedzą, jak zareagują ci, którzy przychodzą na ten blog właśnie po to, by „Vivy” nie czytać – dziś czuję się z tym niemal fantastycznie. A to z tego powodu, że jestem przekonany, że nawet jeśli ktoś się poczuje zawiedziony, to z całą pewnością nie powie mi: „A co mnie obchodzi, co ta bolszewia sobie myśli”. Bo tu będą dziś tylko „nasi”. Żadnej bolszewii.
Ale, jak wiadomo, i tak nie jest łatwo. Choćby z tego powodu, że pisanie krytycznie własnie o tak zwanych „naszych” jest ryzykowne z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że oczywiście w ogóle lepiej „naszych” nie ruszać, bo to i solidarność i walka i wspólny front, etc., a drugi – znacznie zresztą poważniejszy – że każde moje słowo skierowane przeciwko któremukolwiek z nich musi wzbudzić podejrzenia, że za nim nie stoi nic więcej, jak tylko moja zawiść i rozżalenie z tego powodu, że żaden z nich nie zechciał na mnie w swoim czasie zwrócić uwagi i chociaż raz mnie pogłaskać. Ja oczywiście, mówiąc bardzo delikatnie, mam w nosie takie zarzuty i czuję się tu czysty jak niemowlę, ale i tak jakoś niezręcznie.
Może więc nie będę zwlekał i zacznę mocno, bo od cytatu, i to, zapewniam, wcale nie z „Vivy”. Najpierw tytuł: „Z in vitro?”Czemu tak starannie rozdzielam ten tytuł od samej treści? Dlatego mianowicie, że w całej mojej karierze pochłaniacza wszelkiej publicystyki, dotychczas zdarzało mi się spotykać tytuły, które stanowiły pierwsze zdanie tekstu zaledwie parę razy, na szczególnie leniwych blogach, kiedy to autorzy byli tak zmordowani, że, ponieważ nie chciało im się nawet wymyślać porządnego tytułu, za tytuł podstawiali pierwsze zdanie swojego tekstu. I tu mamy właśnie tak. Najpierw więc tytuł:„Z in vitro?”, a dalej już reszta:
„Dowiemy się tego prawdopodobnie już na początku roku. Podobne projekty ustaw do Sejmu zgłosiły już Ruch Palikota i SLD. Można to uznać za początek ofensywy ideologicznej, w której się będą licytowały obie partie lewicy. Szeroko rozumiana sfera kultury obok integracji europejskiej będzie stanowiła pole bitwy politycznej w obecnej kadencji parlamentu. W Sejmie leżą już dwa projekty ustaw autorstwa PiS, które nie dopuszczają in vitro. RP i SLD nie domagają się tej metody dla każdego, także dla par homoseksualnych i samotnych kobiet. Finalna konfrontacja odbędzie się jednak między projektami PO: jednym w wersji obecnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina i drugim – Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Obie akceptują in vitro, z tym że pierwsza zarezerwowana jest wyłącznie dla małżeństw i nie dopuszcza zamrażania ‘zapasowych’ zarodków, druga zaś to dopuszcza i oferuje tę metodę wszystkim parom heteroseksualnym. Pierwotnie to Gowin delegowany został przez premiera do przygotowania ustawy w tej kwestii. Gdy jednak Tusk zorientował się, że media są niechętne bardziej konserwatywnemu podejściu krakowskiego posła, zlecił Kidawie-Błońskiej przygotowanie jej zasadniczo odmiennej wersji”.
No i jak? Mocna rzecz, prawda? Ciekawe tylko, kto to taki przenikliwy i odważny, no i może przede wszystkim, taki zdolny? No i może jeszcze ciekawsze – gdzież to takie interesujące teksty można przeczytać? Nie będę już dłużej niezorientowanych zamęczał. Oto felieton Bronisława Wildsteina w najnowszym „Uważam Rze”. W całości. Żaden zmanipulowany fragment. Wszystko, od początku do samego końca. Trochę ponad tysiąc słów. O czym? No, jak to o czym? Że są te projekty i Gowin raczej przepadnie, no bo Donald Tusk się nagle zorientował, że media wolą Kidawę. No i że te pedały, Palikot i w ogóle.
Powiem uczciwie, że, mimo że Bronisław Wildstein jest w pewnym sensie bohaterem mojej dorosłości, nie mam pojęcia z czego on żyje. Wiem, że w pewnym momencie był prezesem Radiokomitetu, czy jak to coś się teraz nazywa, więc z pewnością nie narzekał. Miał też swój program w TVP i też zapewne potrafił z tego utrzymać rodzinę. Dziś chyba mu się powodzi znacznie gorzej, no i pisze te teksty dla „Uważam Rze”. Ile on za nie dostaje – przepraszam za ten merkantylizm, ale sam jestem w nędzy, więc nie ma się co dziwić, że siłą rzeczy myślę wyłącznie o pieniądzach – tego nie wiem. Mam dwóch kolegów, którzy są dość dobrze zorientowani w branży, ale jeden mi mówi, że naprawdę bardzo dużo, a drugi, że wcale nie aż tak. Obaj jednak zgadzają się co do tego, że z pewnością znacznie więcej, niż ta moja stówa za tekst do „Warszawskiej Gazety”.
Jestem pewien, że już w tej chwili parę osób ma ochotę mnie spytać, o co ja mam pretensje do Wildsteina. Czy o to, że on utrzymuje rodzinę, pisząc w „Uważam Rze”? No przecież nie! Wręcz przeciwnie. Ja bym miał do niego pretensje, gdyby on z jakiegoś powodu oświadczył, że będzie bezrobotnym, ale do „Uważam Rze” pisać nie zamierza. A może ja mam do niego żal, że on, zamiast walczyć, zajmuje się głupstwami? Otóż też nie. Ja sam niekiedy mam już dość tej trochę beznadziejnej walki. Ja mam do Bronisława Wildsteina pretensje o to, że on się zachowuje, jakby chciał powiedzieć, że ma wszystko w nosie, a jeśli ktoś uważa, że te jego teksty są do bani, to on nie ma nic przeciwko temu. Życie jest życiem, a człowiek nie ma czasu. I niech się wszyscy odpieprzą. Ja mam do niego pretensję o to, że on odwala fuchę, i to w sposób karykaturalnie bezczelny, i zachowuje się przy tym tak, jakby to nie był w ogóle jego problem.
Ale prawdę powiedziawszy, to nie Wildstein jest moim zmartwieniem. W końcu, czemu on ma się aż tak napinać, w sytuacji, kiedy najwidoczniej napinać się w ogóle nie musi, a wokół sami koledzy? A więc już pewnie bardziej mam pretensje do tych, którzy tygodnik „Uważam Rze” redagują i odpowiadają za jego poziom. Że oni najwidoczniej mają do tych, dzięki którym tak naprawdę żyją, stosunek oparty na zasadzie: „To dziadostwo i tak kupi wszystko, co im się zaproponuje, byle było po linii”. Ale nie! Do nich też za bardzo nie czuję żalu. To wszystko przecież w sumie stanowi wspólne koleżeńskie przedsięwzięcie, a dopóki czytelnikom się podoba, po co się nadwyrężać? Poza tym, już bez przesady. Nawet jeśli pojawi się jakaś fuszerka, nie zmieni to faktu, że każdy nowy numer tygodnika przynosi naprawdę dużo bardzo wartościowych tekstów. Tym bardziej wartościowych, że wszyscy przecież wiemy jak wygląda rynek mediów.
Powiem szczerze, że ja tak naprawdę nie mam pojęcia, do kogo mam pretensje. W pewnym momencie chciałem powiedzieć, że do braci Karnowskich, ale przecież to by było niepoważne. Tyle wszystkiego, że oni też tu z pewnością mają swoje miejsce. Otóż w tym samym numerze tygodnika można przeczytać wywiad z Czesławem Bielecki na tematy różne, ale głownie o tym, że Polska niestety zawodzi. I w pewnym punkcie pada pytanie o to, jak Bielecki ocenia sytuację, kiedy w przedwojennej Polsce powstawało tyle naprawdę wielkich projektów, a dziś, jak widzimy – sama nędza. I na to Czesław Bielecki odpowiada w ten sposób:
„Tak, bo indywidualność części polityków międzywojnia: Piłsudskiego, Kwiatkowskiego, Grabskiego, wykraczała poza myślenie partyjniackie. Byli też w stanie powstrzymać tę bezinteresowną zawiść, która powoduje, że współcześni przywódcy polityczni są zaniepokojeni, gdy ktoś nawet nie wyrasta ponad nich, ale jest od nich niższy o pół głowy. Bo może jeszcze urosnąć! To chore myślenie dominowało i dominuje w polityce, choć w każdej korporacji spowodowałoby katastrofę. Ono przynosi złe skutki. Nie jesteśmy zdolni do myślenia zespołowego, rwiemy sztafetę pokoleń, nie wychowujemy następców, nie kontynuujemy rozpoczętych projektów”
I to jest dla mnie coś! Oto mamy Czesława Bieleckiego i obu Karnowskich, jak na łamach „Uważam Rze” załamują ręce nad tym, że w Polsce nie ma sztafety pokoleń, i że każdy tylko patrzy na to co ma pod siedzeniem. A ja sobie przypominam program „Warto rozmawiać”, w którym pewnego razu miałem okazję wystąpić. Jak wiemy, pomysł programu był taki, że z jednej strony jest panel ekspertów, z drugiej publiczność, wśród publiczności osoba, która jakoś tam wywołała temat, a między nimi wszystkimi gwiazda programu, czyli Jan Pospieszalski. Kiedy mnie się zdarzyło tam znaleźć, panel ekspertów tworzyli Ludwik Dorn, Michał Karnowski, Eryk Mistewicz i Jan Hartman, gwiazdą był oczywiście Pospieszalski, publicznością jakaś młodzież, a osobą wywołującą temat byłem ja. No i oczywiście był ów temat. Ten mianowicie, że słynne zdjęcie Lecha Kaczyńskiego trzymającego odwrócony do góry nogami szalik z napisem Polska było bezczelnie i bezlitośnie zmanipulowane. I przepraszam bardzo, ale ja nawet przez chwilę nie uznałem, że oto jesteśmy tu w dwóch blokach - my i oni. Ja doskonale cały czas wiedziałem - i czułem - że tam są oni i ja. Nie nasi i tamci. Ja i oni.
Kiedy Pospieszalski zapraszał mnie do udziału w programie, wiedział o mnie tyle, że prowadzę blog, że odkryłem tę manipulację i że z wściekłości za to spółka Agora, pod groźbą kary, kazała mi dowód tej manipulacji usunąć z bloga. Wcześniej, o tym przekręcie z szalikiem nie wiedział ani Pospieszalski, ani prawdopodobnie żaden z nich. Zanim ja – a tak naprawdę mój syn – na to nie wpadł, oficjalna informacja była taka, że Lech Kaczyński to kretyn i że na to są dowody. Program więc polegał na tym, że Pospieszalski wprowadził temat, dał mi te dwie minuty, żebym coś powiedział, a później już oni wszyscy miło ze sobą rozmawiali, z tym że Dorn raczej wygłaszał swoje nie związane ze sprawą mądrości, Karnowski starał się nie spaść z płotu na którym się rozsiadł i tak trzymać książkę którą własnie wydał z Mistewiczem, żeby każdy ją zauważył, Mistewicz mi dogadywał, a Hartman szyderczo rechotał.
Otóż o co mi chodzi? O to mianowicie, że gdyby tam zamiast Dorna na przykład siedział Czesław Bielecki, zamiast Hartmana Tomasz Sakiewicz, a zamiast Karnowskiego Karnowski, sytuacja byłaby dokładnie taka sama, i jestem na sto procent pewien, że Bielecki, podobnie jak wtedy Dorn, ani by nie zwrócił uwagi na to, że to jest trochę głupia sytuacja, kiedy jakiś nędzny bloger odkrywa coś, czego nie chciało się odkryć nikomu z nich, i że kiedy on to odkrywa, potężna Agora grozi mu konsekwencjami, a kiedy on ma okazję o tym opowiedzieć w szerszym gronie, niż na swoim marnym blogu, zostaje albo zlekceważony, albo wyśmiany. I jestem też na sto procent przekonany, że Bieleckiemu nawet do głowy by nie przyszło, by – przecież nie w ramach zaprowadzania nowych porządków – ale choćby dla czystego happeningu, wygłosić to swoje przemówienie o tej jakiejś sztafecie pokoleń i zaproponować mi, żebym sobie usiadł na jego miejscu.
Ja wiem doskonale, co teraz usłyszę. Że ja się niepotrzebnie tak nadymam, bo problem nie polega na tym, że oni nie dopuszczają konkurencji, ale że to ja dla nich nie jestem żadną konkurencją. Że to tylko mnie się tak wydaje, że te moje teksty są na jakimś szczególnym poziomie, a ja sam jestem taki przebiegły i zdolny. Prawda jest bowiem taka, że ja jestem niestety zaledwie ot taki sobie. Jak wielu.
I świetnie. Niech i tak będzie. Tyle że przede wszystkim, nawet jeśli przyjmiemy, że ja z tym swoim pisaniem jestem dużo za nisko jak na poziom, na którym obracają się Karnowski z Bieleckim, to z cała pewnością nie jestem niżej od tego, co na samym początku tego tekstu pokazałem na przykładzie Bronisława Wildsteina. I tu nie ma nawet dyskusji. To jest fakt. I to po pierwsze. Po drugie natomiast, to nie jest też tak, że ci politycy, na których w wywiadzie dla Karnowskich skarży się Bielecki, nie wpuszczając do swojego towarzystwa nikogo, kto jest od nich „niższy o pół głowy”, odbierają to jako obawę przed konkurencją. Oni przecież w życiu nie powiedzą, że tak, no sami wiecie, mamy te swoje z trudem wywalczone miejsca, i tu już akurat i tak jest wystarczająco ciasno, a wiadomo przecież, że jeśli któryś z nich, to już nie któryś z nas. Oni wcale nie zamykają się przed tymi, którzy są dobrzy. Oni w ogóle się nie zamykają. Ależ proszę bardzo, droga wolna. Tyle tylko, że, tak jakoś wyszło, że oni wszystkich dobrych już mają, a o poziom trzeba dbać.
Pamiętam jak raz przyszło mi do głowy, że jeden z tych tekstów można by było spróbować opublikować w „Rzeczpospolitej”. I proszę sobie wyobrazić, że wcale nie chodziło mi o to, by zostać dziennikarzem w „Rzepie”. Żeby oni mi tam dali stały felieton. Chciałem tylko opublikować tam jeden tekst, który był bardzo na czasie i z całą pewnością nie odstawał poziomem od tego, co tam się publikuje. Zgłosiłem się też do nich, bo pomyślałem sobie, że to by dobrze wyglądało, gdyby oni pokazali, jacy są otwarci i że publikują też opinie blogerów. I oto otrzymałem odpowiedź od jakiegoś Zdorta, czy któregoś z nich, cudownie szczerą i jednoznaczną. Otóż „Rzeczpospolita” ma „swoich”, autorów i ich akurat nie stać na jakiekolwiek zmiany. Ale może w przyszłości… kto wie?
Ja jednak domyślam się, o co Bieleckiemu chodzi. Ponieważ on wie – oczywiście jak najsłuszniej – że byłby politykiem znacznie lepszym od 90 procent tych, którzy dziś zadają szyku, bardzo by chciał zostać jednym z nich. A więc jakimś posłem, senatorem, czy kimś takim. Z jakiegoś jednak powodu te drzwi stoją przed nim zamknięte, a on uważa, że to dlatego, że wszyscy co są po drugiej stronie zazdrośnie pilnują swych pozycji i że to jest bardzo źle. I oczywiście tu też słuszność jest po jego stronie. Jednak nie do końca. Przede wszystkim dlatego, że ten obyczaj wcale nie jest ograniczony tylko do polityki i tylko do Polski. Tak jest mianowicie wszędzie. Jeśli ktoś chce odnieść sukces, ostatnie na co może liczyć jest to, że ktoś z tych, którzy już ten sukces odnieśli, mu w tym pomogą. Dla nich jego powodzenie nie jest w ogóle jakąkolwiek wartością, o ile on nie jest ich kolegą, lub kolegą kolegi. Jedyne co można zrobić, to się najbardziej chamsko i brutalnie tam wepchać. Siłą, podstępem, sprytem, przekupstwem – jakkolwiek, ale z całą pewnością nie tak, że się będzie liczyło na to, że ktoś nagle w tym wszystkim dojrzy jakieś dobro wspólne. Na tym poziomie bowiem żadne dobro wspólne nie istnieje. Dobro wspólne może być co najwyżej częścią czyichś poglądów, lub tematem pogawędek w towarzystwie, natomiast jak idzie o prawdziwe życie, dobro wspólne pozostaje a najlepszym wypadku sprawą drugorzędną. Na pierwszym planie bowiem zawsze jest wyłącznie to, by w miarę wygodnie przeżyć kolejny rok. A jeśli Czesław Bielecki nie wie, o czym mówię, niech się zastanowi, czy jemu się zdarzyło choć raz w życiu spotkać młodego architekta, o którym on sobie pomyślał, że to jest naprawdę świetny architekt, i warto by było go wypromować, ryzykując oczywiście jednocześnie, że wielu potencjalnych klientów, zamiast do Bieleckiego, pojdzie do tego młodego-zdolnego. Tak? To w takim razie przepraszam i wszystko, co wyżej napisałem odwołuję. Przynajmniej jak idzie o Bieleckiego.
Ktoś się może spytać, po co ja to wszystko piszę? Czy może po to, by się po raz kolejny poskarżyć, że mnie nie chcieli i w „Rzeczpospolitej” i w „Gazecie Polskiej” i nawet mój kolega Pospieszalski nie zatrudnił mnie jako swojego stałego gościa? Otóż ani troszeczkę. Otóż ja, ze względu na swój paskudny charakter, nie jestem absolutnie w stanie stanowić części tak zwanego teamu. Gdziekolwiek. Gdybym ja miał pisać w jakiejś gazecie, czy występować w jakiejś telewizji, musiałbym wcześniej uzyskać zapewnienie, że ja tam będę traktowany co najmniej tak jak Łysiak w „Uważam Rze”. A więc, że nikt tam jednym słowem mi nie pokaże, że ja powinienem się bardziej starać, lub że coś ze mną jest nie tak. Właśnie z tego powodu w pewnym momencie odszedłem z Salonu24, gdzie – jak może niektórzy pamiętają – co, by nie mówić, byłem jakaś tam gwiazdą i pewnie gdybym się choć odrobinę zaangażował w to, by, zamiast się z nimi mocować, zakolegować się z Janke, Leskim, czy Warzechą to dziś na przykład bym ten cały nakład książki o liściu miał już dawno sprzedany. Tak się jednak składa, że ja prędzej zejdę na zawał, niż będę pokornie znosił uwagi ze strony cymbałów.
No. Ale, jak mówię, to jest kwestia charakteru, a pewna symboliczna dość jego manifestacja jest do obejrzenia w cytacie z Marqueza w nagłówku tego bloga. A więc, o co mi chodzi? O nic. To jest zawsze to samo. Coś się dzieje, ja opowiadam, a kto chce, ten słucha.

Wspomniana wyżej ksiązka jest do nabycia oczywiście tuż obok, pod tą okładką, ale też w księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach na ulicy 3-Maja. Bardzo zachęcam. To jest naprawdę dobra książka. Proszę również o wspieranie tego bloga przez bezpośrednie wpłaty na podany obok numer konta. Dziękuję.

wtorek, 26 lipca 2011

Podli, głupi i kiepscy

Jak już pewnie zauważyliście, ksiązka z wyborem tekstów z naszego bloga – dość starych, bo jeszcze sprzed Katastrofy Smoleńskiej – jest już do kupienia w księgarni Coryllusa. To on zgodził się ją wydać i to on ją będzie sprzedawał. Mam wielką nadzieję, że jeśli uda się ten skromny nakład z sukcesem zamknąć i wydać kolejny tomik z wpisami już z okresu po Katastrofie, ten blog stanie się w pełni tym, czym był od samego początku, a więc w stu procentach niekomercyjną, płynącą z samego środka mojej duszy i serca afirmacją życia i nadziei.
Parę słów o samej książce. Jak widać na obrazku obok, jest to książka prześliczna, głównie dzięki obrazkowi na okładce, autorstwa mojego kolegi Marka Kamieńskiego, wybitnego polskiego malarza. A to już coś jest. Bo jeśli książka jest ładna i dobrze leży w dłoni, to cóż więcej trzeba? Skoro już się ją ma – cóż więcej trzeba? W końcu przeczytanie takich czterystu stron, zwłaszcza osobom wyćwiczonym w szybkim czytaniu, zabiera może dwie godziny? A kto wie, czy nie mniej? A co później? Później już tylko o to chodzi, żeby ją mieć i choćby patrzeć na tę czarną okładkę z tym prześlicznym obrazkiem w środku.
No dobrze. Niech będzie, że treść jest też ważna. Jeśli więc idzie o treść, to, tak jak już wspomniałem, są to teksty, które pojawiły się na tym blogu jeszcze w marcu 2008 roku, kiedy nawet nam do głowy nie przyszło, że oni mogą posunąć się aż do czegoś takiego, i tak się tu ukazywały aż do czwartku przed tamtą sobotą. Sam je wybrałem, bardzo dbając o to, żeby nic, co tu przez wielu uważane było za najcenniejsze, się nie zmarnowało. I mam nadzieję, że tak jak jest, będzie dobrze.
Proszę, kupujcie tę książkę. Jestem pewien, że warto. Poniżej tekst, który napisałem dla Solidarnych 2010. Krótki, z pozoru błahy, ale myślę, że i tu znajdzie on swoje dobre miejsce.

Zastanawialiśmy się już tu parę razy nad problemem dziennikarzy w tym szczególnym ujęciu, czy oni są źli, czy może tylko głupi. I trzeba przyznać, że każdy kolejny dzień, zamiast dać nam jakąś konkretną odpowiedź na to pytanie, każe nam sądzić, że jest po prostu raz tak, raz tak, a czasem – i tak, i tak. Nie inaczej więc poczułem się po przeczytaniu w Rzeczpospolitej stałego weekendowego kącika, zatytułowanego „Kto zyskał, kto stracił”, tyle że, z jakiegoś powodu, nie prowadzonego już przez szanownego pana redaktora Semkę, lecz przez red. Michała Szułdrzyńskiego.
Z pięciu poruszonych tam tematów, trzy dotyczą jednej sprawy, a mianowicie decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie rządowego projektu zakazu billboardów i spotów wyborczych. Trybunał, w jak najbardziej oczywisty i naturalny sposób, stwierdził, że tego typu zakaz prowadzenia kampanii wyborczej, stanowi zakaz prowadzenia kampanii wyborczej w ogóle, a w ten sposób oznacza też próbę tłumienia wolności słowa, a tym samym powiedział Donaldowi Tuskowi, żeby się przestał wygłupiać. Na razie.
Czy do końca i czy rzeczywiście tak? Otóż chodzi o to, że chyba jednak niekoniecznie. Sam Szudrzyński, cytując wypowiedź Jacka Protasiewicza, szefa kampanii Platformy, stwierdza, że najprawdopodobniej politycy PO, a być może i sam Tusk, świetnie od początku wiedzieli, ze ten zakaz jest nie do przeprowadzenia, ale że jeśli oni jedną ręką będą mieszać w temacie marnowania publicznych pieniędzy na jakieś, panie, polityczne bzdury, to drugą jednocześnie powinni te spoty i te billboardy dla siebie szykować. To właśnie przyznał Protasiewicz. Że Platforma świetnie wiedziała, że z tego zakazu nic, poza być może lekkim wzrostem sympatii dla Platformy, nie będzie. Problem tylko w tym, że jedyne na co Szułdrzyńskiego stać, to poinformować o tym dysonansie i na tym temat zamknąć. A postępowanie to ma oczywiście odpowiednie dalsze konsekwencje. Pokazuje ono mianowicie, że zgodnie z tytułem rubryki, czytelnicy Rzeczpospolitej mają wiedzieć, że wszyscy trochę stracili i trochę zyskali, a przy okazji i sam pan redaktor i jego gazeta są wzorem obiektywizmu i niezależności. Szudrzyński pisze tak:
„Ale ten sukces [decyzja Trybunału] oznacza dla PiS wizerunkowe kłopoty. Wszak w ostatnich tygodniach coraz częściej słychać było z ust polityków tej partii narzekania, że nasze państwo powoli staje się totalitarne, władza tłumi prawo opozycji do zabierania głosu i wolność słowa. Sęk w tym, że Trybunał Konstytucyjny jest nie tylko częścią państwa, ale też w myśl monteskiuszowskiego podziału, organem władzy”.
Załóżmy przez chwilę – zapominając o wyznaniu Protasiewicza – że cala awantura o billboardy i spoty, nie była ze strony Platformy Obywatelskiej zagraniem obliczonym na doraźny sukces propagandowy, lecz autentycznym gestem społecznej troski o marnowane publiczne pieniądze. Załóżmy że Platforma w istocie liczyła na to, że uda się te billboardy i spoty zlikwidować, ale Trybunał – nie chcąc się narazić na zarzuty totalitarnych praktyk – postanowił stanąć w obronie Konstytucji. Cóż to zmienia, jeśli idzie o to, co politycy Prawa i Sprawiedliwości – a, przy okazji, o czym Szudrzyński udaję, że zapomniał, również wielu z nas – sądzą o totalitaryzmie i jego obecności w naszym życiu publicznym? Jeśli Platforma Obywatelska ustanawia w Polsce system pod wieloma względami stricte totalitarny, to jedna decyzja Trybunału Konstytucyjnego, ma tę naszą wiedzę redukować do kompromitującej wizerunkowej porażki? Przecież to jest zwyczajnie chore!
Jednak tu jest coś więcej. Otóż okazuje się, że pomysł zakazu prowadzenia kampanii wyborczej był w tak oczywisty sposób niezgodny z Konstytucją, że przede wszystkim sami politycy Platformy Obywatelskiej wiedzieli, jak się sprawy mają, a decyzja Trybunału najwidoczniej była tylko tej wiedzy oczywistym i naturalnym efektem. Oczywiście, sytuacja, jaka nam została podarowana po czterech latach rządu Donalda Tuska i jego ferajny jest na tyle jasna, ze nie powinna nas dziwić jakakolwiek decyzja, czy to zwykłego sędziego, czy też sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Jednak tu, w tym wypadku, jedyne co można sobie pomyśleć, to to, że akurat jeśli idzie o ten zakaz, nikt nigdy nie traktował go poważnie. Bo na to, zwyczajnie jest jeszcze za wcześnie. Jak na dziś, można kogoś wyrzucić z pracy za poglądy, można na kogoś – też za poglądy – nasłać funkcjonariuszy ABW w kominiarkach o 6 nad ranem, można wreszcie z powodu poglądów ukarać kogoś grzywną 500 złotową, można nawet gdzieś lokalnie sfałszować cichaczem wybory. Zakazać opozycji prowadzenia kampanii wyborczej jeszcze nie można. A Szudrzyński się cieszy, że Trybunał Konstytucyjny pokazał zarówno Platformie Obywatelskiej, jak i PiS-owi, że się pomylili.
A wydawałoby się, że to wszystko jest takie proste. Wystarczy tylko wyciągać wnioski z gotowych już faktów. Michał Szudrzyński fakty te zna, kto wie, czy sam ich nie wytropił, tyle że dalej już ani rusz. Dla niego wszystko układa się według najbardziej prymitywnej propagandowej sztancy: Platforma Obywatelska chciała zniszczyć wolność słowa w Polsce, Prawo i Sprawiedliwość przeciw temu zaprotestowało, w gruncie rzeczy jednak – tak jak to oni – nieszczerze i głupio, natomiast Trybunał Konstytucyjny stanął na wysokości zadania i w swoim majestacie pokazał wszystkim, jak ma wyglądać państwo prawa. No i oczywiście jeszcze coś – pan dziennikarz pokazał, że to gadanie o czwartej władzy, to jednak nie teoria, lecz najprawdziwsza praktyka.
Proponuję, żebyśmy jednak wciąż oczywiście byli czujni i elastyczni jednocześnie. Byśmy pamiętali, że dziennikarze to oczywiście element najbardziej podejrzany. Ale pamiętali przy tym, że cały problem dziennikarstwa wciąż pozostaje do końca niewyjaśniony. Oni czasem są podli, czasem głupi. Dziś akurat wyszło na to drugie. No może z lekkim przesunięciem w stronę podłości.

sobota, 12 marca 2011

O profesjonalistach ze wsi Warszawa

Parokrotnie miałem okazję tu pisać o swoim wręcz irracjonalnym podziwie dla sztuki dziennikarskiej Roberta Mazurka. Przy wszystkim moich zastrzeżeniach do tego, co mu się od czasu do czasu zdarza robić, na przykład wywiady, jakie on przeprowadza z różnymi ludźmi dla Rzeczpospolitej, budziły zawsze we mnie najwyższy podziw. Nie lubię oglądać Mazurka w telewizji, nie lubię słuchać, jak on gada, nie bardzo mi się też podobają jego felietony, natomiast wywiady – owszem. Jak najbardziej. Do dziś.
Zaglądam więc do sobotniego dodatku Rzepy, by zobaczyć, z kim to dziiaj Mazurek rozmawia… i widzę ni mniej ni więcej, tylko nazwisko – Mija Kabat. A cóż to za cholera? Zaglądam dalej, a tam od razu pada wyjaśnienie. Mija Kabat, to pseudonim literacki „znanej publicystki”. Której? A to już, proszę państwa, tajemnica. Pseudonim jest pseudonimem i wara wszystkim od nazwiska. A cóż więc takiego ta Mija Kabat ma do powiedzenia? Otóż nic. Absolutnie nic. Siedzi z nią Mazurek w knajpie, siorbią kawę, czy co tam mają na stoliku i gadają o książce, jaka ta niby Kabat napisała. A może coś jest ciekawego w tej książce? Może i tak, tyle że z samej rozmowy to w żaden sposób nie wynika. Właściwie dwie jedyne ciekawe rzeczy, jakie pojawiają się w rozmowie Mazurka, to to, że w pewnym momencie do tej knajpy, gdzie on siedzi z tą kobietą wchodzi były minister Kaczmarek, a druga to taka, że tam wchodzi były premier Bielecki. Reszta, to wyłącznie nicnieznaczące plotki na tematy właściwie w gruncie rzeczy fikcyjne. Ta rozmowa to jest tak nieprawdopodobne kuriozum, że ona właściwie z normalnie funkcjonującej branży Mazurka eliminuje. Ja rozumiem, że ona mogłaby się ukazać jako primaaprilisowy żart. Ale to nie jest żart. To jest rozmowa Mazurka.
A ja sobie myślę, co to się, do ciężkiej cholery, dzieje? Po co ta cała pieprzona rozmowa? Przecież Mazurek równie dobrze mógłby przeprowadzić wywiad z kimkolwiek i napisać, że on nas zapewnia, że rozmawia z kimś bardzo znanym, tyle że z jakiegoś powodu nam nie powie, co to za jeden i po co on tu w ogóle przyszedł, bo ten ktoś się ukrywa dziś pod pseudonimem. Ale nawet jeśli założymy, że ta Mija Kabat to rzeczywiście ktoś mocno ważny i właśnie dlatego mocno ukryty, na przykład jakaś Agata Passsent, Agnieszka Kublik, czy Monika Jaruzelska, to co z tego ma wynikać? Jaki z tego faktu mam pożytek ja, jako czytelnik Rzepy? Jakie ma znaczenie, co ona opowiada na przykład o Dubienieckim, czy Michniku? Po co on ją w ogóle o cokolwiek pyta? W sytuacji gdy nie wiemy, kim ona jest, każde jej słowo może mieć znaczenie wyłącznie dla Mazurka, szczególnie gdy ona zwraca się do niego per „drogi Robercie”, czy „skarbie”, a on nawet nie próbuje udawać, że jest mu wszystko jedno. Przecież, biorąc pod uwagę to co tam w tej rozmowie się dzieje, to tą Miją może być równie dobrze jakaś koleżanka Mazurka z jakiegoś lokalnego tygodnika wychodzącego od 30 lat w Ciechanowie.
I ja nie widzę powodu, żeby tego rozwiązania nie potraktować jako najbardziej prawdopodobne. Nie widzę powodu, żeby nie uznać, że to właśnie ta koleżanka Mazurka z Ciechanowa wydała jakąś książkę, nikt jej nie chce kupować, więc Mazurek zrobił jej darmową reklamę. No, powiedzmy nie do końca darmową. W końcu on coś za te swoje wywiady dostaje. Od tej Miji? No nie, skąd? Od swojego szefa, Pawła Lisickiego. To działa w ten sposób. To nie są przecież jacyś skorumpowani pracownicy mediów, ale całą gęba dziennikarze. Przedstawiciele wolnego słowa, którzy przyleźli do nas ze swoją misją.
Popatrzmy więc na tę misję z drugiej strony. Na tego, który płaci. Oto sam boss. Nasz człowiek na froncie walki o lepszą Polskę. Przypatrzmy się, co słychać na szczycie. Siada Paweł Lisicki do komputera i myśli, że przyszedł piątek i trzeba napisać tak zwany wstępniak. Jakby więc tu zacząć, tak żeby było mocno? Nie. Najpierw tytuł. Tytuł, tytuł, tytuł… Dobra. Jest. „ Sekrety strategii premiera”. Ładnie. A teraz trzeba od razu przywalić pierwszym zdaniem. Tak, żeby wszyscy aż przysiedli. Okay. Tak będzie dobrze. No i pisze: „Sposób zarządzania emocjami społecznymi przez Donalda Tuska i jego ekipę przestał być wreszcie sekretem”. I stop. Cholera! Czegoś tu brakuje. Jakieś to mało gładkie. Hmmm… Już wiem. Mniemam. Trzeba dodać mniemam. Od początku: „Sposób zarządzania emocjami społecznymi przez Donalda Tuska i jego ekipę przestał być wreszcie, mniemam, sekretem”. Lecimy dalej: „Nie jestem na tyle naiwny, by twierdzić, że tylko Tusk tak potrafił. Tyle że on dotychczasowe metody udoskonalił i przez długi czas skutecznie stosował”. Super. Teraz metody. Po kolei.
Siedzi Lisicki przy komputerze i stuka: „Pierwsza metoda to lekceważenie trudności, robienie dobrej miny do złej gry […]. Druga to odwracanie kota ogonem, albo też zamiana ról […]. Trzeci to pospieszne obietnice i odkładanie ich spełnienia ad calendas greacas […]. Czwarta to straszenie dojściem PiS do władzy […]. Piąta wreszcie metoda to odwracanie uwagi za pomocą tzw. wrzutek […].
Duma Lisicki, duma i duma. Jest coś jeszcze? Zaraz. Lekceważenie trudności już było. A robienie miny? Nieeee… to poszło razem z lekceważeniem. No, chyba wszystko. Dobra, kończymy. Ostatni akapit. „Dzięki takim posunięciom opinia publiczna łatwo zapomniała o błędach i słabościach rządu” O kurwa! Chyba trochę za ostro. Może by tak bez tych błędów? A tam! Raz kozie śmierć. Ma być ostro – będzie ostro. „teraz się to trochę zmieniło […]. Ciekawe na jak długo”. Ha! Pięknie! To było mocne! Właśnie tak: „Ciekawe na jak długo”. Tu jest wszystko. Ironia i nauka. No i, co najważniejsze, sygnał. Do rządu i społeczeństwa. Od wolnych mediów.
Bardzo przepraszam, ale dla mnie sytuacja jest jednoznaczna. Ja tu piszę te teksty od trzech już ponad lat. Właściwie codziennie. I to często teksty dwa razy dłuższe, niż te wypociny Lisickiego. Nie zdarzyło mi się jednak ani razu, żebym którykolwiek z nich potraktował choćby z polową tej nonszalancji, z jaka mamy do czynienia w tym, co wyprawia Paweł Lisicki. Gdybym ja któregoś dnia zwariował i napisał coś tak nędznego, a przede wszystkim tak pustego, jak choćby to jedno zdanie „Nie jestem na tyle naiwny, by twierdzić, że tylko Tusk tak potrafił. Tyle że on dotychczasowe metody udoskonalił i przez długi czas skutecznie stosował”, to bym się spalił ze wstydu, ale – co jeszcze bardziej zabawne – wiele z tych osob, które tu łaskawie przychodzą, żeby sobie te refleksje czytać – pomyślałoby, że ja chyba sobie robię żarty. Jestem pewien, że nikt – no, może prawie nikt – z osob, które przyzwyczaiły się do tego co tu powstaje, nie uwierzyłby, że coś takiego mogło zostać napisane na poważnie.
Tymczasem Paweł Lisicki, redaktor naczelny Rzeczpospolitej bez krępacji wali prosto między oczy i, MNIEMAM, jest z siebie strasznie dumny. No, chyba dumny, bo jak inaczej. No, chyba tak. Choć, przyznam, że tu zaczynają mnie ogarniać wątpliwości. Jeden z moich kolegów, który, jak się zdaje zna tę branże dość dobrze, mówi mi, że on to pieprzy. Że dla niego, to czy jego teksty będą dobre, czy nie, w ogóle nie ma znaczenia. Czy one będą ważne, czy kompletnie nieistotne – pozostaje bzdurą i szczegółem. Oczywiście – oni nie potrafią ani mówić, ani pisać, ani myśleć, ani się nawet wzruszać. Ale to co jest w tym wszystkim najważniejsze, oni to wszystko mają kompletnie w dupie. Są ważnymi dziennikarzami, jakoś z tego żyją – szlag trafił resztę.
Niedawno poświeciłem dwa teksty pewnemu warszawskiemu dziecku, które funkcjonuje jako przystawka do czegoś co się nazywa Dominik Taras, i dość niespodziewanie to dziecko się odezwało i rozpoczęło coś na kształt dyskusji. W pewnym momencie, nagle uświadomiłem sobie, że – kurcze – ten chłopak jest wprawdzie głupi jak but, ale przynajmniej umie grzecznie rozmawiać, nie klnie, nie odstawia chamstwa i – co by o nim nie mówić – jest bez porównania na wyższym poziomie niż paru innych komentatorów, kompletnie przeze mnie niezidentyfikowanych, a równie aktywnych. I zrobiło mi się wstyd, że go potraktowałem tak nieuprzejmie. No bo w końcu, wypada znać proporcje.
Ktoś mi więc może powiedzieć, że z Lisickim sytuacja jest podobna. Spójrzmy powiedzmy na takiego Tomasza Wolka, czy jakąś Paradowską, nie mówiąc już o tych zezowatych dziennikarzach z TVN24. Przecież przy nich, to taki Lisicki jest królem, księciem i cesarzem w jednym. Można więc by go oszczędzić. Otóż nie. Lisickiego oszczędzać nie będę. Przede wszystkim dlatego, że wcale nie uważam, żeby między nim a Wolkiem była różnica podobna, jak między Piotrkiem, a takim Ochujukiem. Ta różnica jest znacznie mniejsza. Powtarzam - znacznie. Ale to nawet nie jest najważniejsze. Z tego Piotrka jeszcze coś może wyrosnąć. On dopiero na złą drogę wstąpił. Lisicki już z niej nie zejdzie. Miał na to jeszcze pewnie jakieś szanse powiedzmy dwa, trzy lata temu. Dziś już jest za późno. Dlatego nie mam dla niego litości.
Ale też nie mam litości dla żadnego z nich. Nawet tej drobnicy z lewego dolnego rogu na drugiej stronie. Oto z fotela naczelnego schodzimy znów niżej, już na samo dno, i w tym samym wydaniu Rzeczpospolitej znajdujemy drobną notkę podpisaną przez jakiegoś Tomasza Pietrygę zatytułowaną „Lingwiści z resortu sprawiedliwości”. W tekście tym Pietryga śmieje się z urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości z takiej oto okazji, że minister Kwiatkowski pojechał na wycieczkę do Wielkiej Brytanii i spotkał się tam z paroma ważnymi przedstawicielami branży, a oni – ci własnie „lingwiści z resortu sprawiedliwości – w oficjalnym z tej eskapady komunikacie napisali, że Kwiatkowski spotkał się tam z niejakim Lordem Justicem Thomasem. Śmieszność tej sytuacji, jak pisze Pietryga, polega na tym, że ‘Lord Justice’ to jest tytuł, jaki dzierży ów Thomas, który, tak na marginesie ma na imię John, a nie Justice. I teraz pozostaje nam się już tylko śmiać, że ta banda nieuków od Kwiatkowskiego nie wie, że ‘justice’ w języku angielskim oznacza sędziego, a nie tylko – od czasu do czasu – imię.
I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie fakt, że z kolei, podobnie jak urzędnicy Kwiatkowskiego nie wiedzą, że w tym akurat wypadku Justice to nie imię, Pietryga nie wie, że ‘Lord Justice Thomas’ to jest pełny tytuł, którym posługuje się Lord Justice Thomas. I że gdyby on, Pietryga, na niego zaczął mówić Lord Justice John Thomas, to by odstawił dokładnie taką samą wiochę, jak ta banda nierobów i nieudaczników z Alei Ujazdowskich.
Bo tak to dokładnie wygląda. To jest od góry do dołu zwykła wiocha. Nie wieś. Wiocha. I Mazurek, i Lisicki i cały ten rząd, na czele może i nawet z tym Kwiatkowskim, o którym można by było napisać nawet i osobny tekst, tyle że nie każdy lubi się porzygać w tak piękny, wiosenny sobotni wieczór.

poniedziałek, 21 lutego 2011

To idzie młodość!

Rzeczpospolitą czytam tylko w weekendy z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że pani Toyahowa, kiedy w sobotę rano idzie kupić coś do jedzenia, przynosi to do domu, a drugi, już bardziej osobisty, to ten, że w sobotę w Rzeczpospolitej Mazurek z kimś rozmawia, a ja mam niemal stuprocentową pewność, że będzie to wywiad ciekawy. Czytam więc tego Mazurka, a resztę ewentualnie przeglądam, najczęściej w sytuacjach, jak to się mówi, ‘niewymownych’. I tak wygląda mój kontakt z Pawłem Lisickim i jego zdychającym projektem.
Ostatnio wpadł mi w oko artykuł jakiegoś Horubały o wielbicielach Rymkiewicza, jego myśli i słów, a więc też i o mnie. Pisząc o Horubale „jakiś”, trochę się wyzłośliwiam, ale tylko trochę. Bo wprawdzie nazwisko to nie jest mi obce, ale za to tak samo dokładnie znane, jak powiedzmy Magda Piekorz, z tą nawet różnicą, że o Piekorz wiem, że jej jest Magda, a z Horubały pamiętam tylko to nazwisko. Natomiast jeśli zwróciłem uwagę na ten tekst, to wyłącznie ze względu na tytuł – „Zachód rozumu w Milanówku”. Najpierw więc zobaczyłem ten tytuł, a więc w tym ów rymkowiczowski Milanówek, domyśliłem się, że mowa będzie o tym, że Rymkiewicz jest symbolem upadku rozumu, i się zamyśliłem. Jak ta pinkloydowska krowa na moim obrazku.
Myślałem więc i myślałem i cały czas po głowie mi się kołatał ten Milanówek. Bo jak się zastanowić, to jest w sumie bardzo ciekawe, jak to się dzieje, że nawet intelektualiści z trzeciego, a niekiedy nawet i pierwszego szeregu, znajdują takie upodobanie do podpierania się w swojej argumentacji czyimś nazwiskiem, imieniem, wyglądem, czy nawet miejscem zamieszkania, w każdym razie nic nie znaczącym szczegółem. Proszę sobie na przykład przypomnieć, jak przez całe swoje późne życie ś.p. Przemysław Gosiewski był zupełnie bez sensu tytułowany jako Edgar. Albo jak to Jarosław Kaczyński do dziś ma wypominane, że jest z Żoliborza. Czy wreszcie wszystkie te przypadki, kiedy to Dornowi wciąż przypominano, że ma psa Sabę. I wcale nie chodziło o to, że ten pies był głupi i brzydki, albo że imię Edgar jest jakoś kompromitujące. Nic z tych rzeczy. Ten argument zawsze występował ot tak sobie. Bez przyczyny. Natomiast zawsze niósł ze sobą jakiś taki dziwaczny chichot. No i bardzo często był używany przez ludzi podobno inteligentnych.
Pojawił się ten Milanówek, a ja siedziałem i myślałem, co za cholera? Ja mógłbym napisać tekst o Komorowskim i zatytułować go na przykład „Polska zachodzi nad Ruską Budą”. No ale nasz prezydent jest osobistością na tyle skomplikowaną w swojej prostocie, że ta Ruska Buda aż huczy symbolem. Natomiast Milanówek? Tu z całą pewnością musiało pójść o coś bardzo, ale to bardzo głupiego. Siedziałem więc i myślałem i spojrzałem na początek tekstu. A tam stoi tak:
„Nie jest problemem pytanie, czy Rymkiewicz jest wielkim pisarzem, bo wszystko nam mówi, że jest. Ma zniewalającą mocną frazę, wręcz magnetyczną, hipnotyzującą. Nikt ze współczesnych nie pisze tak jak on, nikt z eseistów nie ma tak dobrze ustawionego głosu, nikt nie jest tak zakorzeniony w tradycji, jednocześnie nawiązując dialog ze współczesnością.
Czytając Rymkiewicza, człowiek ma poczucie uczestnictwa w jakimś niesamowitym święcie, pisarz magią słów przenosi nas w zamierzchłe epoki, unaocznia nam przez detal, anegdotę, supozycję, wątpliwość, blask dawnych czasów, odkurza dla nas zapomniane księgi, wertuje nieczytelne notatki. I jest hipnotyzerem”.
Myślę więc sobie że ho-ho! Ten Horubała to prawdziwe cudo. Z jednej strony ten Milanówek, nad którym zachodzi rozum, a z drugiej „wielki pisarz”, „zniewalająca, mocna, magnetyczna i hipnotyzująca fraza”, jakieś „niesamowite święto”, „magia słów”. Co ten Horubała kombinuje? Siedziałem tak i myślałem nad tymi dwoma akapitami i wymyśliłem, że od tego szaleństwa droga może być tylko jedna. Horubała na pewno nam powie, że to wszystko jest gówno warte, jeśli za tym nie stoi jakiś konkret w postaci choćby skype’a, lub linku do twittera. Że jeśli mamy takiego utalentowanego durnia z Milanówka jak Rymkiewicz, to jego natychmiast należy zastrzelić, albo – bardziej nowocześnie – zatruć polonem. Bo normalny człowiek, który chce żyć w normalnym kraju, gdzie może spokojnie liczyć na normalne towarzystwo normalnych ludzi, tego dysonansu nie jest w stanie znieść. Bo nie da się normalnie funkcjonować, jak tu ktoś do ucha wyśpiewuje zamierzchle epoki, blask dawnych czasów, zapomniane księgi, nieczytelne notatki i jeszcze robi to tak, że taki Horubała zaczyna zwyczajnie świrować. A więc pomyślałem sobie, że to tak musi dalej pójść.
Przepuściłem więc cały środek i zajrzałem do ostatniego akapitu. No i jest. Horubała pisze tak:
„Upajanie się pieśnią wiedzie nas wszystkich na manowce. Republika wymaga racjonalności”.
W pierwszej chwili po przeczytaniu tych dwóch fragmentów plus tytułu tekstu Horubały, miałem ochotę coś napisać, ale zaraz potem zobaczyłem, że zajął się nim skutecznie mój kolega Coryllus i sobie z ulgą darowałem. No ale, jak wszyscy wiemy, kiedy coś się człowieka uczepi, to już później często tylko rośnie i rośnie i musi pęknąć. A więc dziś pomyślałem sobie, że ja też będę musiał coś na ten temat powiedzieć. Otóż Rymkiewicza znam w stopniu minimalnym, za to go do końca uwielbiam. A mówiąc „uwielbiam” mam na mysli bardzo klasyczną sytuację, kiedy mogę z czystym sercem powiedziec, że chciałbym być jak on. Po prostu. Znam Rymkiewicza z tych paru współczesnych wypowiedzi na temat Polski i Polaków i z jednej książki, którą przeczytałem w całości, mianowicie ‘Kinderszenen’. Muszę się od razu przyznać, że jako człowiek od wielu lat czytający bardzo mało, za ‘Kinderszenen’ wziąłem się głównie z tego powodu, ze bardzo mnie zafrapowało, co musi być w książce o Powstaniu Warszawskim takiego, żeby wzbudziła ona w elitach czystą, bezinteresowną wściekłość. Natomiast to, że ją przeczytałem, wynikało już tylko z tego, że kiedy zacząłem, nie mogłem przestać. A czytając te słowa, właściwie cały czas płakałem. I nawet kiedy teraz tę książkę wspominam, to się wzruszam. I to wzruszenie jest dla mnie czymś tak zrozumiałym i oczywistym, że jeśli Horubała go nie rozumie, to dla mnie jest zwyczajnym głupkiem. I to zwyczajnym dokładnie tak, jak jakiś wyżelowany pracownik ochrony w punkcie obsługi klientów Orange. A biorąc pod uwagę fakt, że on, w odróżnieniu od tego ochroniarza, zapewne czytać potrafi, uważam, ze jego sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna.
A zatem mamy sytuacje dość niezwykłą. Jest sobie taki Horubała, człowiek wykształcony, oczytany, wiedzący – jak się dowiaduję od Coryllusa – kto to jest Platon (ja na przykład nie wiem), i potrafiący tę wiedzę jakoś w miarę zgrabnie wyrazić, a z drugiej strony jest ten Milanówek, chętnie przez mnie traktowany jako symbol czegoś, co dla Horubaly, ale również dla wielu innych jego pobratymców, jest zwyczajnie nieosiągalne. I skłonny nawet tu jestem w stanie przyjąć taką oto optykę, że Horubała reprezentuje tu życie, a Milanówek to śmierć. Tyle że, nawet przyjmując tę opcję – a może nawet dzięki temu – widzę bardzo wyraźnie, że zbliżamy się do końca czasów. Że jeśli, tak jak pisze Horubała, owe „zapomniane księgi” i „nieczytelne notatki” to ja, a z drugiej stronie już mamy tylko pełnych życia republikanów z ich racjonalizmem, to najwyższy czas się pakować. Z nadzieją, że jeśli weźmiemy się za to odpowiednio szybko, Horubała zostanie na peronie, a my jeszcze w ten pociąg wskoczymy.
Powinienem zakładać, że to co ja tu piszę, Horubała, czy ktoś kto go zna, przeczyta lub może mu o tym wspomni. Pewnie tak się nie stanie, ale powinienem mieć taką nadzieję. A zatem na wszelki wypadek, spróbuję na koniec powiedzieć coś, co jest jak najbardziej w miarę świeże. Z Wikipedii wiem, że on się urodził w 1962 roku, więc w latach 80 był już, że tak powiem, jeszcze głupi, ale już na nogach. A więc powinien zrozumieć, o co mi chodzi. Też bowiem będzie o życiu i śmierci. Otóż ruch skierowany przeciwko władzy komunistycznej, zwany potocznie, choć przecież nie do końca słusznie, ‘Solidarnością’ miał już swoje lata, ale właśnie wtedy można było zacząć robić pewne podsumowania. I jak bym nie liczył, wychodzi mi na to, że to wszystko było po gówno. No bo niech Horubała spojrzy, ile czy to prawdziwych działaczy, czy tylko niechcąco zaangażowanych kibiców, oddało za to co dziś mamy życie. Stu? Dwustu? A może trzystu? Oczywiście Powstania Warszawskiego nie liczymy, bo dla racjonalnie myślącego republikanina, to byłby z pewnością ciężki obciach. Zajmujemy się tylko tymi, o których Horubała słyszał na bieżąco i na własne uszy. A więc niech będzie dwustu. Dwustu ludzi dało się wystawić i zostało sprzątniętych przez reżim jak banda głupców. No bo czy są z tego jakieś zyski? O ile pamiętam tylko jeden milicjant głupio zastrzelony w tramwaju przez jakieś dzieci. Nawet legendarni bracia Kowalczykowie ostatecznie spudłowali. Jaruzelski wciąż żyje, Kiszczak podobnie. Urban jak najbardziej też. Szukam i szukam i wciąż mi się nie kalkuluje. Tych dziewięciu z Wujka? Cośmy za nich dostali? Wałęsę? To już niech sobie Horubała go weźmie. Na dokładkę może ode mnie osobiście dostać flaszkę. Niektórzy mówią, że pieśń. Że dostaliśmy pieśń. No ale już wiemy że Horubałę pieśni brzydzą.
A może Horubała mi powie, że mamy wolną Polskę? Dzięki nim, mieliśmy najpierw rok 1989, a później całą resztę. A więc może to jest ten zysk? Może o to Horubale chodzi? A może Horubała, w jakimś dla nikogo już z nas, starych już ludzi, niepojętym wykwicie republikańskiej wrażliwości, uważa, że dostaliśmy Smoleńsk? Niech mu więc będzie. Niech się cieszy. Tylko ja bym miał w tej sytuacji do niego jedną prośbę, jako do przedstawiciela obozu zwycięzców. Jak mu kiedyś przyjdzie do głowy, żeby zgłosić postulat w sprawie zburzenia tych wszystkich pomników, włącznie z tym kompletnie – zgadzam się – bezużytecznym i w dodatku brzydkim jak noc, krzyżem z Wujka, a na ich miejscu wybudowaniu paru stadionów, niech mi chociaż da spokojnie pośpiewać.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...