wtorek, 31 marca 2009

O czarnych klubowiczach i Dobrej Nowinie

Od pewnego czasu chodzi po głowie Andrzej Olechowski. I nie jest tak, że na starość – zupełnie naturalnie – zgłupiałem i zacząłem sobie przypominać czasy, gdy byłem młodszy. Nie jest też tak, że widząc, jak Platforma Obywatelska stopniowo gnije, pomyślałem sobie, że dla jakości życia publicznego w Polsce byłoby lepiej, gdyby to agenci wzięli się za rządzenie, a nie amatorscy piłkarze z prowincji. A mogłoby przecież o to chodzić. Niedawno nawet Jarosław Kaczyński zasugerował, ze Michał Boni jest najsprawniejszym ministrem u Donalda Tuska. Przyczyną mojego raptownego zainteresowania się Andrzejem Olechowskim nie jest też fakt, że w momencie jak Lech Wałęsa ogłosił, że się wyprowadza z Polski i da nam wreszcie spokój, pomyślałem sobie, że oto wykrusza się stara gwardia ubowców i moja myśl automatycznie skierowała się na tego dziwnego osobnika.
Nie. Nic z tego. Jest bowiem tak, że z mojego punktu widzenia, skoro już Platforma ma gnić, niech gnije do końca, aż zacznie śmierdzieć, a Wałęsie nie uwierzę nawet jak nagle oświadczy, że idzie wiosna. Andrzej Olechowski zainteresował mnie z tej prostej przyczyny, że jego się nagle zrobiło bardzo dużo. Nie ma chwili, żebym nie otworzył telewizora i nie zobaczył tego komucha. On jest wszędzie i bez przerwy. I gada, gada, gada, gada. A ja uważam, że jeśli ktoś taki jak Olechowski, ni stąd ni z owąd zaczyna na mnie wyskakiwać, jak – nomen omen – diabeł z pudełka, to znaczy, że się kroi grubsza afera. Dlaczego on jest, w moim pojęciu, taki ważny? Dlatego mianowicie, ze Olechowski od bardzo dawna nie jest byle kim. Olechowski to nie upadły Wałęsa. Tego już, nawet wbrew temu dzisiejszemu cyrkowi, o którym na swoim blogu tak ładnie dziś napisał FYM, nic nie wskrzesi. Ta przygoda jest już dawno zamknięta. Tu też nie chodzi o Donalda Tuska i te wszystkie nadzieje, jakie z nim wiążą całe grupy naiwnych komentatorów w rodzaju Krzysztofa Leskiego. Powiem więcej. Tu nawet nie jest problemem Janusz Palikot i jego nieuchronnie zbliżające się przywództwo w Platformie. Skoro już zdecydowaliśmy się na tę demokrację, to nawet dziesięć stadionów dla Legii Warszawa, kolejne 15 kanałów tematycznych telewizji TVN i sześć orderów uśmiechu dla Bożeny Walter, nie zmienią faktu, że do następnych wyborów pójdą wyłącznie osoby zaangażowane całym sercem. Sercem prawdziwym, a nie okrwawionym mięśniem. Jeśli ta nasza szczątkowa demokracja może dostać w łeb, to wyłącznie ze kogoś takiego jak Andrzej Olechowski.
Kiedy Lech Wałęsa już był Bolkiem, ale jeszcze nie wszyscy sobie z tego zdawali sprawę, Olechowski przez wszystkich dobrych ludzi nazywany był nie inaczej jak TW Must. Co ciekawe, ta jego ubecka przeszłość nigdy nie wydawała się robić wrażenia ani na nim, ani na osobach z zewnątrz. Tak się jakoś zawsze składało, że Olechowski był powszechnie rozpoznawany jako były kapuś, a jedyna znana mi reakcja na tę wiedzę ograniczała się do wzruszenia ramionami. Ale co tam ubek? Przez całe długie lata Olechowski funkcjonował na peryferiach polskiego zycia politycznego i gospodarczego, zawsze w sytuacjach najbardziej podejrzanych z możliwych, i też nigdy to nikogo nie obchodziło. Doszło do tego, że Olechowski osiągnął taki stan, gdzie każdy wiedział, że ktoś taki jak Olechowski istnieje, że jest osobą niezwykle ważną i wpływową, ale przy tym wszyscyśmy się zachowywali, jakby to kim on jest, czym się zajmuje i z jakiej to w ogóle okazji jest wciąż osobą publiczną, nas w ogóle nie interesowało. Dziś już, między innymi właśnie dlatego, że żyjemy w świecie otwartym i demokratycznym, wiemy o istnieniu tworu o nazwie Bilderberg. Dla przybliżenia, cytat z wikipedii:
Grupa Bilderberg albo Klub Bilderberg – nieformalne międzynarodowe stowarzyszenie wpływowych osób ze świata polityki, biznesu i przemysłu. Spotkania grupy odbywają się raz do roku. Podczas nich omawiane są najważniejsze w danym czasie dla świata sprawy dotyczące polityki i ekonomii. Pierwsze spotkanie tego typu miało mieć miejsce w holenderskim Hotelu de Bilderberg (stąd pochodzi nazwa grupy) w Osterbeek w maju 1954, a odbyło się z inicjatywy wpływowego polskiego polityka i emigranta Józefa Retingera, który był stałym sekretarzem grupy aż do śmierci w 1960.Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów. Tym też należy tłumaczyć brak zainteresowania mediów spotkaniami, w których uczestniczą m.in. takie osobistości jak prezes Banku Światowego James Wolfensohn, żona byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Hillary Rodham Clinton, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, żona Billa Gatesa - Melinda Gates, czy Andrzej Olechowski. Według uczestników, ze względu na nieformalny charakter, spotkania pozwalają na swobodną wymianę poglądów niezależnie od aktualnych animozji politycznych. Niejawność spotkań i ogromne wpływy posiadane przez zaproszone osoby, spowodowały, że niektórzy komentatorzy przypisują członkom Grupy Bilderberga tworzenie nieformalnego rządu światowego, a w konsekwencji zamiar wprowadzania rozwiązań ekonomiczno-politycznych sprzecznych z wolą społeczeństwa. Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku.Grupa Bilderberg nie jest organizacją, ponieważ nie istnieje w niej coś takiego jak członkostwo i nie wybiera się żadnej rady, chociaż posiada oficjalne biuro w Lejdzie w Holandii. Domniemani uczestnicy Grupy Bilderberg z Polski to m.in.:Andrzej Olechowski - od 1994 Hanna Suchocka - 1998 Sławomir Sikora (prezes Citibanku) – 2004 Jacek Szwajcowski (prezes Polskiej Grupy Farmaceutycznej) - 2005 Aleksander Kwaśniewski - 2008
Dlaczego ja się postanowiłem nagle zająć tym „klubem”? Z trzech powodów. Dwa z nich są wymienione w samym tekście w wikipedii. Pierwszy: „Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów”.
Drugi:„Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku”. Ci którzy czytają moje teksty z reguły sa osobami myślącymi, więc ani słowa już o tym. Po co?
Jest jednak jeszcze trzeci powód, dla którego się trochę wystraszyłem. Sam Olechowski. On ostatnio, nie wiadomo z jakiej cholernej okazji, pokazuje się publicznie dużo za często. Bardzo dużo za często. Przyłazi, gada i straszy. I ja autentycznie nie wiem, co on tu robi, a – co najgorsze – co on może. A boję się, że on akurat może więcej, niż nam się wydaje. No i wciąż się zastanawiam, czego on tu szuka. Wczoraj występował u Olejnikowej i ja po raz pierwszy w życiu widziałem ją w stanie takim, jaki osiągają tylko młode dziewczyny na pierwszej w życiu randce. Bardzo to było ciekawe.
Na szczęście, w tym wszystkim są informacje, które każą nam się nie lękać. Nie lękać się i wierzyć, że jest coś, czego bramy piekielne nie przemogą. Wczoraj dotarła do nas informacja, że w Ameryce rozbił się samolot należący do człowieka nazwiskiem Irving Moore 'Bud' Feldkamp III, wielokrotnego milionera i właściciela największej w Stanach sieci klinik aborcyjnych. Samolot spadł na katolicki cmentarz, tuż przy grobie nienarodzonego dziecka. 14 znajdujących się na pokładzie osób – w tym dzieci i wnuki Feldkampa – zginęło.http://www.fronda.pl/news/czytaj/szokujacy_wypadek_ktorego_nie_opisza_wielkie_media
I tak to właśnie się plecie ten świat. Bohaterowie przychodzą, odchodzą, ci prawdziwi i ci zupełnie sztuczni. Podobnie jak kanalie – najprawdziwsze, najczystsze kanalie. A świat się spokojnie i pewnie plecie. Czego sobie i Wam życzę.

czwartek, 26 marca 2009

Jeżeli

Oglądałem dziś w telewizji warszawską demonstrację Sierpnia 80. Niby wszystko było jak zawsze. Płonące opony, trąbki, gwizdy i wrzaski. Nawet ci sami co zawsze ludzie. Nawet ten sam człowiek, którego przed kilkoma miesiącami pokazywała telewizja, jak okupował biuro poselskie Premiera. A jednak tym razem czuło się, ze jest inaczej. I powiem szczerze, że nie do końca wiem, dlaczego. Czy może te wrzaski były bardziej intensywne, czy może ci demonstranci byli jacyś bardziej zawzięci, a może miał znaczenie fakt, że TVN pokazywał tę demonstrację dłużej niż zwykle i bez żadnego komentarza? Nie mam pojęcia. Poczułem się jednak nie najlepiej. I jeszcze te hasła o tym, że to nie pracownicy będą płacić za kryzys i że niedługo przyjdzie wiosna. Przyznam się, że tej wiosny się przestraszyłem.
Powiem tu zupełnie otwarcie, że ja bym wołał, żeby oni byli trochę mniej zdesperowani, niż to wyglądało. Wolałbym, żeby oni tylko tak grozili i żeby wrócili do swoich domów i jeszcze dali nam wszystkim trochę czasu. Bo mam fatalne wrażenie, że jeżeli oni zabiorą się za tę znienawidzoną przez siebie ‘Warszawę’ z pełnym zaangażowaniem, to będziemy wszyscy mieli bardzo poważny kłopot. Jeżeli. Dlaczego? Choćby dlatego, że ci którzy w tej chwili odpowiadają za Polskę, są tak słabi i tak głupi, że sobie najzwyczajniej w świecie z tym wszystkim nie poradzą. Wolałbym żeby ci, którzy być może już niedługo planują wsiąść w te swoje autobusy i ruszyć w drogę, żeby na jej końcu doprowadzić do tego, co kiedyś tak obrazowo wyraził Johnny Rotten: „I don’t know what I want, but I know how to get it”, jednak jeszcze trochę wytrzymali.
Chciałbym bardzo, żeby jeszcze w miarę spokojnie minęły te dwa lata i wtedy Donald Tusk z tą bandą nieudaczników, karierowiczów i głupców odda wszystko co nam zabrał i pójdzie w cholerę na zawsze. Ale chciałbym, żeby odbyło się to w zwykły, demokratyczny sposób i żeby nie trzeba było przy tym podpalać Polski. A wszyscy wiemy, jak nie jest łatwo. Kiedy demonstrujący w Warszawie się drą, że to nie ich kryzys, to ja doskonale rozumiem, o co im chodzi. I jeszcze lepiej wiem, że mają rację. Bo to rzeczywiście nie jest ich kryzys. Oni robili wszystko dokładnie tak jak opisywała umowa. Wstawali rano, szli do pracy, siedzieli w tej pracy czasem osiem godzin, a czasem i więcej, później wracali do domu i czekali następnego dnia. Żeby znów pójść do pracy i zarobić na to, co im się tam akurat pomyślało. Jeśli przez ten cały czas robili jakieś błędy, to na pewno nie takie, które doprowadziły do tego, że teraz tracą pracę, pensje i poczucie bezpieczeństwa. I teraz, kiedy ktoś im mówi, że ten kryzys jest wspólny i wspólnie powinniśmy ponosić jego koszty, to nie można się spodziewać niczego innego jak tego, że oni powiedzą: „Wsadźcie sobie ten wasz kryzys w swoje upasione dupy!”
Kiedy oni popłacili już wszystkie bieżące rachunki, wysłali do banku tę „minimalną kwotę”, które trzeba co miesiąc płacić, żeby ten ich cholerny bank nie dręczył ich nieustannymi telefonami, a teraz już zastanawiają się tylko, skąd wziąć te 1300 zł na gaz i prąd, bo od czasu jak liczniki są już w korytarzach, oni nie znają dnia ani godziny, to z jakim apelem mamy do nich się udać? A jeśli w tym samym momencie dzwoni pan z banku i im proponuje, że może by tak chcieli skorzystać z „super oferty na pierwszy dzień wiosny”, to w tej sytuacji, czego mamy po nich oczekiwać? Że zadzwonią do Szkła Kontaktowego, poszydzą troszkę z Kaczorów i w ten sposób zrzucą z siebie trochę tego brudu?
Więc nie mam wątpliwości, że szykuje się poważny ruch. Ruch którego można by było uniknąć, pod warunkiem że oni mieliby po przeciwnej stronie partnera, a nie to co się tam w tych gabinetach pochowało. Jestem przy tym przekonany, ze wielu moich przyjaciół z Salonu uważa, że problem polega na tym, że rządzi Platforma, a nie PiS. Że gdyby na czele rządu stał Jarosław Kaczyński, to on – ze swoimi ministrami – poprowadziliby Polskę przez ten kryzys tak sprytnie, że związkowcy z Sierpnia 80 by nic nie zauważyli. A nawet jakby zauważyli, to szybciutko by się dali przekonać i byłoby po sprawie. Możliwe. Choć przyznam, że osobiście nie sądzę. Obawiam się, że byłoby mniej więcej tak samo jak jest dziś i nawet sam Kaczyński nie potrafiłby powiedziec temu panu z windykacji, żeby się zamknął, albo przynajmniej starał się być uprzejmy. Jednak zgadzam się co do tego, że z pewnością byłoby i spokojniej i pewniej. Nieco z innego powodu, niż się może wydawać, ale z pewnością byłoby spokojniej.
Ostatnio jestem w bardzo kiepskim nastroju jeśli idzie o pojedynkowanie się z ludźmi na poziomie politycznym. Możliwe, że to wszystko zaczęło się w momencie, gdy zauważyłem, że oprócz zawsze silnej grupy bojowników o śmierć dla niewinnych, lecz niechcianych dzieci, pojawiło się nowe – jeszcze bardziej szczególne – lobby. Lobby tych, którzy chcą już śmierci dla niewinnych, ale też niechcianych dorosłych. Od kilku dni widać też wzmożoną aktywność tych, którzy pragną dobrego i szczęśliwego życia dla tych, którzy pozostaną, kiedy już wszystko co niepotrzebne zostanie wyeliminowane. A to szczęśliwe życie ma być przede wszystkim związane z nieograniczonym i maksymalnie zindywidualizowanym dostępem do seksu. Dziś w Rzeczpospolitej przeczytałem następującą informację:
Ruben Noe Coronado Jimenez jeszcze niedawno był znany jako Estefania. Zmienił płeć, ale – z myślą o ewentualnej ciąży – nie zdecydował się na usunięcie wewnętrznych organów kobiecych. W ciążę zaszedł dzięki sztucznemu zapłodnieniu. Wcześniej lekarze musieli przywrócić mu cykl menstruacyjny.
Wiadomo już, że urodzi dwóch chłopców, a poród – przez cesarskie cięcie – odbędzie się we wrześniu w klinice w Barcelonie. Niebiologiczną matką dzieci będzie 43-letnia Esperanza Ruiz. Para zamierza się pobrać, zanim chłopcy przyjdą na świat. – Urodzę jako mężczyzna – zadeklarował magazynowi „Pronto” przyszły ojciec, choć ani z medycznego, ani z prawnego punktu widzenia nim nie jest.
Ruben Noe Coronado Jimenez zapowiada jednak, że jeszcze w marcu zamierza rozpocząć „procedury administracyjne”, by dokończyć proces swojej przemiany”http://www.rp.pl/artykul/9102,282022.html
W związku z tym moim stanem, w zeszłą sobotę napisałem tu tekst w sumie bardzo daleki od codziennej polityki i już nawet zdążyłem się komu trzeba poskarżyć, że rozpolitykowany Salon go bardzo zlekceważył. Tak się jednak złożyło, że kolejny tekst – właśnie ten pełen goryczy i zawodu – napełnił się zupełnie od tego niezależnie czystą, szczerą i bardzo wojowniczą złością na to co nas wszystkich tak bardzo denerwuje – kłamstwo, durnotę i taką tępą, niczym nie usprawiedliwioną agresję. Tekst utrzymał się na SG (i tak dość nisko) parę godzin i został zdjęty przez Administrację za to, że… nieważne. Administrator prawdopodobnie uznał, że mnie ponosi i mnie ściął.
W ciągu tego z górą już roku, jaki tu spędziłem, akty nieprzyjaźni ze strony Administracji spotkały mnie wcześniej tylko trzy razy. Raz, napisałem tekst o niejakim Ras Fufu, w którym wyraziłem zdziwienie, że jego tekst trafił na jedynkę SG, mimo że w sposób obiektywny stanowił czysty, zaćpany bełkot osoby nieprzytomnej. Administracja wyjaśniła mi, że polityka Salonu nie dopuszcza bezpośrednich ataków na innych blogerów. Drugi raz, wkleiłem tu tekst, w którym protestowałem przeciwko artyście Maleńczukowi za to że kazał ze swojego występu „wypierdalać” tym, którzy głosowali na PiS. Zostałem ocenzurowany właśnie za dosłowne przytoczenie tego cytatu. Kolejny raz był dla mnie szczególnie przykry. Otóż otrzymałem komentarz od niejakiego van bc pełen najbardziej wulgarnych obelg pod adresem Polski i Polaków. W swoim komentarzu użyłem w stosunku do van bc słowa uznanego za obelżywe, na co ten się poskarżył do Administracji i mój komentarz został oficjalnie usunięty. Mój własny komentarz z mojego własnego blogu. Przedwzczoraj zostałem ofuknięty za to że jestem niegrzeczny. Poza tym jednak jest mi tu dobrze. Szczególnie że jestem pewien, że kiedy pod wpisem Chevaliera zatytułowanym Terlikowszczyzna, ukazał się następujący adres, również do mnie: „Jesteście wulgarnymi świniami”, a Galopujący Major u siebie jest ordynarny ile razy mu przyjdzie na to ochota, pan administrator na sto procent też interweniuje.
Ale z tego, co się ostatnio stało była jedna bardzo istotna korzyść. Zobaczyłem, jak dużo mam czytelników stałych. Takich którzy wchodzą na mój blog nawet wtedy, gdy go nie widzą na SG. Jest to dla mnie bardzo miła wiadomość. Bo dzięki niej wiem też, że prawdopodobnie to wszystko co mnie trapi, zarówno na poziomie polityki doraźnej, jak i najbardziej ogólnych wartości, dzielę z wieloma, bardzo wieloma ludźmi. Więc to dla nich ten dzisiejszy wpis i ta dzisiejsza moja refleksja. Bo chciałem Wam powiedziec, że jestem absolutnie przekonany, że Polska byłaby w o wiele lepszej kondycji, gdybyśmy teraz mieli inny rząd, nie dlatego, ze oni by ten kryzys szybciej i skuteczniej opanowali. To by akurat może się nie stało. Byłoby natomiast bezpieczniej i pewniej z tej prostej przyczyny, że ludzie mieliby przekonanie – albo może jedynie przeczucie – że na czele tego nieszczęsnego bałaganu stoi ktoś, kto nie tylko jest grzeczny, spokojny, opanowany i silny, to poza tym wszystkim ich rozumie pod każdym względem.
Ja wiem, że stąpam po cienkim lodzie, ale ja autentycznie mam wrażenie, że to co sprawia, że ogólnie czujemy się dobrze, albo byle jak, że mamy nastrój paskudny, albo nastrój pogodny, że jesteśmy weseli, albo wściekli, jest wynikiem bardzo wielu czynników. I że z większości tych przyczyn, większość z nas sobie nawet nie zdaje sprawy. I jestem szczerze przekonany, że ci wszyscy ludzie, którzy – bardzo się obawiam – w końcu dostaną cholery tak wielkiej, że zaczną niszczyć wszystko co im wejdzie pod nogi, nawet jeśli nie czytają gazet i nie zastanawiają się nad niczym większym niż te codzienne rachunki, czują, że razem z tym kryzysem idzie coś jeszcze gorszego. O wiele bardziej ohydnego i strasznego niż dziesięć takich kryzysów. A czując to, szukają solidarności. I wiedzą, że tej solidarności akurat u obecnej władzy nie znajdą. I dlatego tej władzy nienawidzą. A ja ich tylko mogę stąd cichutko prosić. Wytrzymajcie jeszcze chwilkę.

wtorek, 24 marca 2009

Pierdu, pierdu, czyli precz z etosem!

W sobotę umieściłem w Salonie tekst, który powstał od tak sobie, bez jakiegokolwiek planu czy przygotowania, as a matter of course, jak mówią Anglicy. Zabrałem się za niego pod wpływem informacji z Rzepy o Pakistance, która wyrokiem wiejskiego sądu została skazana na zbiorowy gwałt (tak, jest dokładnie tak jak piszę!) i z tej okazji została przez półpornograficzny magazyn Glamour wybrana Kobietą Roku (i tu też nie ma pomyłki). Pisałem więc ten tekst i jakoś tak powoli, niespodziewanie, powstał wpis, który ostatecznie wydał mi się jednym z najpoważniejszych i najlepiej napisanych w ponad rocznej mojej tu pisaninie.
Niestety, jak to często bywa, już chwilę po tym jak go tu wkleiłem, nie mogłem nie zauważyć, że ani nie są te moje refleksje szczególnie chętnie czytane, ani też – w konsekwencji – nie budzą jakiś szczególnych emocji w komentarzach. A nawet jakby wręcz przeciwnie. Trudno. Zdarza się. Faktem jest, że w efekcie tej spektakularnej porażki odechciało mi się pisać kompletnie, a na dodatek czas, który zwykle spędzam na pisaniu, lub odpisywaniu na komentarze, poświęciłem wczoraj czytaniu obcych blogów. Kiedy piszę „obcych”, mam na myśli blogi autentycznie obce. Blogi, o kórych tylko od czasu do czasu słyszę i blogi, które są dla mnie na co dzień równie interesujące co przysłowiowy śnieg sprzed lat. Wymyśliłem sobie jednak, ze może dobrze będzie się w ten sposób oczyścić, no i wskoczyłem do tego bajora. Wybrałem dwa punkty na mapie Salonu. Pierwszy, to coś co się nazywa Cień Azraela, a drugi, to oczywiście pani Renata Rudecka – Kalinowska.
Cień Azraela pisze o tym, że prezydent Gruzji Saakaszwili niedługo zostanie obalony, bo jest tyranem i dawno mu się należało. Ja wprawdzie nie wiem, czy on jest tyranem, ponieważ tyranizuje swój naród, czy może dlatego, ze są obywatele w Gruzji, którzy wolą mieć innego prezydenta, a do wyborów jeszcze trochę pozostało, czy może dlatego, że on się za bardzo zadaje z innym tyranem, Lechem Kaczyńskim, który – jak wiemy – jest tyranem, bo jest obecnie Prezydentem RP. Ja bym obstawiał dwie opcje. To mianowicie, że Saakaszwili jest tyranem, bo nie ukrywa wspólnych interesów z Kaczyńskim, albo jest tyranem, ponieważ tak uważa Putin, Miedwiediew i pozostali ludzie radzieccy. Trudno jest mi się zdecydować, co konkretnie sprawiło, że Cień Azraela namawia Gruzinów do usunięcia Saakaszwilego, nawet jeśli mieliby przez ten swój ruch przelać trochę prawdziwej, czerwonej krwi? Myślę, że może chodzi jedno i drugie. Czyli czarna nienawiść i czerwona miłość. No i jest oczywiście jeszcze jeden element związany z tzw. pragmatyką: „Rosjanie nie mogli puścić płazem tego rodzaju działań w swojej strefie wpływów”.I nawet gdyby istniało to jedno zdanie, a przed nim i po nim nie byłoby już nic, ja bym miał na temat tego Cienia już pełną wiedzę. Tej szumowiny mieliśmy w dziejach zawsze trochę za dużo. Można o nich czytać w książkach do historii. Nie on więc pierwszy i pewnie nie ostatni. A zatem sprawa, jeśli idzie o poziom idei, jest załatwiona.
Troszkę bardziej ciekawy jest zaprezentowany na omawianym blogu poziom intelektualny. Cień Azraela przedstawia się z dumą jako inteligent nie-etosowy. Co to znaczy ‘inteligent’, to mniej więcej wiemy. Co znaczy ‘etos’? Słownik PWN-u podaje następującą definicję: „ogół wartości, norm i wzorów postępowania przyjętych przez daną grupę ludzi”. Z tego wynika, że Cień Azraela uważa, że jest osobą inteligentną, natomiast, obowiązujące powszechnie wartości, normy i wzory postępowania go nie interesują, bo on chce mieć to swoje wykształcenie i żyć z dala od wartości i norm. Domyślam się, że dla niego, jedyną wartością, którą należy pielęgnować, jest wykształcenie. I to też jest jasne. Można powiedziec, że to nawet wiele wyjaśnia.
Po tym Cieniu zajrzałem na blog autentycznie kultowy, mianowicie prowadzony przez kobietę, nazwiskiem Rudecka. Ona, z kolei, nie sławił potęgi Wielkiego Sowietu, lecz osobę prezesa TVP, Farfała. Bo młody, wykształcony, energiczny, sprytny, odważny. Nie padło słowo ‘przystojny’, ani ‘piękny’, bo prawdopodobnie pani Rudecka zachowała jeszcze tyle przytomności umysłu, żeby nie ujawniać, że jej poglądy polityczne są prosta wypadkową jej zwykłych, kobiecych zauroczeń. Co oczywiście nie zmienia faktu, że, jeśli się weźmie pod uwagę, że jej argumenty odnośnie Farfała tak naprawdę nie wykraczają poza typową fascynację pewnym typem męskości – lśniący but, równo przycięte paznokcie, szklane spojrzenie, wąskie usta, a to wszystko najlepiej na jakimś starym zrobionym na tle ruin zdjęciu. Poza tym, nie ma tam nic. Tam jest nawet jeszcze mniej, niż u Cienia Azraela. On chociaż umie budować zdania i łączyć je w logiczną sekwencję. U Rudeckiej jest tylko nieprzytomna miłość i równie nieprzytomna nienawiść, skomponowana na zasadzie wyliczanki, gdzie zamiast kropek i przecinków jest tylko takie komiczne zanoszenie się zadyszką: „iiiiiiiiiiii…”
Ale nie jest też tak, że tam nie ma zupełnie nic więcej. Owszem. I ona ma szanse na to, że zostanie klasykiem. Napisała więc Rudecka, że bardzo dobrze się stało, że Farfał wywalił z TVP Agnieszkę Romaszewską i rozwalił telewizję stworzoną dla Polonii na Białorusi, bo to niepotrzebne i żaden z tego pożytek. Na co ktoś jej napisał, że to tak nie jest, bo przecież, jak Polska była pod komuną, to nam też jakoś z zagranicy pomagali i trudno uznać, że ta pomoc była na nic. I na to Rudecka odpowiedziała mu ni mniej ni więcej jak w taki sposób: „pierdu, pierdu”. Autentycznie. Ja nie żartuję. Ona właśnie zareagowała w ten sposób. I to jest dla mnie rewelacja. Ja oczywiście, nie wiem, jaką merytoryczną wartość niesie zwrot „pierdu, pierdu”. Nie wiem nawet, jaką wartość poetycką on może nieść. W ogóle, szczerze powiedziawszy, ja pierwszy raz w życiu się spotykam z czymś podobnym. Gdyby ona, w odpowiedzi na komentarz, napisała „sraku, sraku”, albo „dupu, dupu”, czy może „cycu, cycu”, to ja bym się nie zdziwił ani bardziej, ani mniej… i właściwie, to tyle na temat kogoś kto w Salonie funkcjonuje jako RRK. Co można więcej, żeby nie obrażać, już nawet nie tyle kobiety, co ludzi?
No i już na sam koniec, kiedy już właściwie czułem się w pełni usmarowany tą niezwykłą mazią, pomyślałem sobie, że aż tak źle być nie może. Że niechybnie, po tamtej stronie musi być ktoś wykształcony, inteligentny, potrafiący choćby w stopniu minimalnym pisać składnie, no i przede wszystkim wykazujący choćby strzępy przytomności. Pomyślałem więc, że rzucę okiem na blog Wojciecha Sadurskiego i w ten sposób choć on zrównoważy to nieszczęście, z jakim zdarzyło mi się zetknąć. Zajrzałem tam jednak również dlatego, bo w ostatnich dniach, to tu to tam, trafiałem na głosy wyrażające zniecierpliwienie jakimś szczególnym przywiązaniem Sadurskiego do prezerwatyw i chciałem po prostu zobaczyć, co ktoś naprawdę na poziomie może powiedzieć na temat gumy, która w pewnym sensie stała się symbolem nowoczesnego świata.
Czytałem kiedyś reportaż z największej fabryki prezerwatyw w Stanach Zjednoczonych w Trenton w New Jersey, gdzie produkuje się tzw. Trojany. 200 kobiet, 24 godziny na dobę, przez cały rok na okrągło, produkuje 170 milionów kondomów rocznie, wypełniając w ten sposób ponad 50% amerykańskiego rynku. Reportaż napisany był w roku 1980, więc nie wykluczam, że sprawa jest już dawno nieaktualna. Jest bardzo możliwe, że obecnie wszystkie prezerwatywy świata produkuje się już tylko w Chinach, choćby dlatego, że w dzisiejszych czasach tego typu mordercza i nieludzka praca, jaka została opisana w reportażu, może być już tylko wynikiem stuprocentowego niewolnictwa. Reportaż o którym mówię, zrobił na mnie takie wrażenie, że pomyślałem sobie, że cóż taki ktoś jak Sadurski może jeszcze do tego obrazu dodać.
No i zajrzałem. Tytuł wpisu jest następujący: „Dziecię pódź, uśmierz chuć” (dokładnie tak). Chodzi o to, że Sadurski przeczytał tekst Terlikowskiego, więc mu się przypomniał jakiś kabaretowy występ Piotra Fronczewskiego. Stąd to dziecię z chucią. Ale ponieważ przypomniał mu się Fronczewski, to też mu się przypomniał Boy-Żeleński. Po co ten ruch myśli? Sprawa, jak się niestety okazało, jest wyjątkowo trywialna. Sadurski, podobnie jak Cień Azraela, nie lubi jak mu się do życia cisną wartości, normy i wzory, więc chciał ten swój stan emocji odpowiednio zamanifestować. Pełny banał. Pełny zawód. Różnica jest tylko jedna. Kiedy Cień twierdzi, że ma w nosie wartości i jest z tego dumny, za nim stoi wyłącznie jego kuriozalny intelekt. Sadurski – zupełnie jakby sam nie wierzył w to co mówi – podpiera się szczególnego rodzaju lansem. Informuje mianowicie wszystkich, że te idiotyzmy, które wypisuje, zasługują na większy od zwykłych głupstw szacunek, bo on zna język angielski, a w związku z tym, jak już się odpowiednio nakręci, to nawet już nie potrafi myśleć po polsku. No i pije czerwone wina, o których wie wszystko.
Ten numer z językiem angielskim i z tym winem mnie tak osłabił, że pozostaje mi już tylko mieć nadzieje, że Sadurski, pisząc swój tekst był po prostu kompletnie od tego wina zamroczony. I że to go jakoś może usprawiedliwić. A jest szansa, że on faktycznie był na gazie. W pewnym momencie swojego tekstu, zaczął coś bredzić o wypowiedzi biskupa Pieronka, którą słyszał, ale w związku z tym winem, nie zapisał. Chciał więc te słowa Pieronka sprawdzić w Internecie, ale niestety w „kilku portalach” ich nie znalazł, a „po tym jak w wyszukiwarce, po wystukaniu słowa Pieronek, komputer zapytał mnie przekornie, czy nie miałem przypadkiem na myśli ‘biedronek’” – Sadurski zrezygnował. Rozumiecie? Sadurski wpisał w googlu „Pieronek” i nie pokazała się żadna strona, tylko pytanie, czy jemu może chodziło o słowo „biedronek”. I o tym napisał.
I na tym zakończyłem moją przygodę z Salonem, jako czytelnik. Co z tego wiem? Jakimi refleksjami mogę podzielić się z tymi, którzy mnie czytają? Otóż nie jest wesoło. Powiem więcej. Jest fatalnie. Przeczytałem trzy ostatnie wpisy osób, które – cokolwiek bym miał nie sądzić na temat ich poglądów – mają tę swoją ciężko zapracowaną pozycję, której się nie da zakwestionować. Zarówno RRK, ten Cień Azraela, jak i tym bardziej Wojciech Sadurski, to nie jest salonowy plankton. Żaden z nich nie należy do tych nocnych wariatów, którzy siedzą w Internecie tylko po to, żeby wylewać swoje ciężkie kompleksy i wypłakiwać żale. To nie oni komentują u Saligii, czy jakiegoś NEO-spasmina. To tamci przyłażą do nich i tam zostawiają te swoje smutne ślady. Ci tutaj mają być elitą. Tymczasem okazuje się, że u nich elit nie ma. Tam jest pełna równość, pełna demokracja, pełne intelektualne i emocjonalne dno.
Zupełnie niedawno galopujący major, bloger, którego znam i czasem czytam, pisząc o Marku Migalskim, wspomniał o NSDAP. Tak mu się skojarzyło i tak poleciał. Zwróciłem mu uwagę, że mógłby trzymać poziom, na co on mi wyjaśnił, ze on musi operować tak nisko, bo strona, którą ja reprezentuję, ten styl zainicjowała i on już nie ma ani za bardzo ochoty, ani wyjścia. Dziś widzę, że oni wszyscy są gdzieś w tych rejonach. Coś sobie tam kiedyś wymyślili i tak żyją. W błogim przekonaniu, że oni i tak są tymi lepszymi. Że inni są z pewnością od nich bardziej kiepscy. Tacy, na przykład, jak ten człowiek, który komentując niedawno informację o tym, że Niemcy w swoich gazetach piszą o założonych przez siebie na okupowanych terenach w Polsce obozy koncentracyjne, jako o „obozach polskich”, wyjaśniał ze szczerym zapałem, że te obozy właściwie w pewnym sensie autentycznie były obozami polskimi i że Niemcy mają w sumie rację, używając tej nomenklatury. Mam wujka, brata mojej Mamy, który w czasie wojny był małym dzieckiem. Opowiada mi ten mój wujek, że w wiosce w której mieszkał, była stała niemiecka placówka. Dowódca tej placówki miał psa imieniem Rolf i małego, może dziesięcioletniego synka. Ten synek był członkiem Hitlerjugend i zawsze w lecie przyjeżdżał z Niemiec do tej okupowanej polskiej wioski do swojego taty na wakacje. Ponieważ nie miał żadnych kolegów, to okropnie się nudził, i z tym Rolfem chodził tam i z powrotem po wsi i terroryzował spotkane na drodze dzieci w ten sposób, że albo je bił, albo szczuł tym psem.
Kiedy wczoraj i dzisiaj czytałem te wpisy Azraela, RRK i tego człowieka, który – pisząc w języku polskim – broni niemieckich gazet używających nazwy „polskie obozy koncentracyjne”, myślę sobie, że gdyby oni wszyscy w tamtych opisanych przez mojego wujka czasach byli dziećmi i mieszkali w tej okupowanej wiosce, obok tego Rolfa i jego pana, z pewnością znaleźliby tam swoje szczególne miejsce. Azrael zapewne by się z tym dzieckiem poznał i zostaliby kolegami. Bo co mu szkodzi? Pani Renata siedziałaby w domu, patrzyła przez okno i dyskretnie by się w tym Hansie, czy Jurgenie podkochiwała. Bo i ładny i taki silny i męski i zdecydowany. A ten od obozów, to już nie wiem. Może on po prostu byłby tym chłopczykiem?
Czy jest tu w tym wszystkim miejsce dla pana Wojciecha Sadurskiego? Nie bardzo wiem, jak by go tam można było umieścić. On akurat wszędzie by się czuł dobrze. Byleby mu wszyscy dali święty spokój, odpieprzyli się ze swoimi naukami i wartościami, pozwolili mu czytać książki i bawić się tym, co tam mu w rękę wpadnie. Czy to czerwone wino, czy może nadmuchana prezerwatywa, czy może czarno-białe zdjęcia gołych bab.
Kiedy zaczynałem tu pisać, miałem silne postanowienie, że nie będę nikogo ani usuwał z moich blogów, ani tym bardziej banował. Uważałem, że można gadać ze wszystkimi i liczyć, że coś do kogoś z nich dotrze. Różni skumplowani ze mną salonowicze ostrzegali mnie, żebym przestał marzyć i ciął, jak leci. Bo się po prostu nie da. Już dawno zauważyłem, ze to ni mieli rację. Ale żeby aż tak???

sobota, 21 marca 2009

Mukhtar Mai, czyli splendor na maksa

We wczorajszej Rzeczpospolitej znalazłem artykuł absolutnie niezwykły, a zatytułowany „Słynna ofiara gwałtu zgodziła się na ślub”. Artykuł dotyczy osoby niejakiej Mukhtar Mai, mieszkanki pakistańskiej wioski Meerwala. Pani Mai zyskała sławę wykraczającą zarówno poza wioskę z której pochodzi, jak i poza sam Pakistan, gdy w roku 2005 magazyn Glamour przyznał jej tytuł kobiety roku http://www.rp.pl/artykul/279087.html.
Zanim wyjaśnię o co chodzi, kilka słów na temat magazynu dla kobiet o nazwie Glamour. Ponieważ po domu w którym mieszkam, oprócz młodego Toyaha, kręcą się jeszcze trzy kobiety, moja perspektywa jest nieco szersza, niż mogłaby być, gdybym miał tylko Toyahową, albo w ogóle mieszkałbym sam. Dzięki zatem tej perspektywie, wiem też, co to takiego ów Glamour. W zeszłe wakacje jechaliśmy nad morze i każde z nas kupiło sobie coś do podróży. Któraś z nich wzięła ten właśnie Glamour. No i już wiem. Patrząc na rzecz najbardziej ogólnie, jest to dokładnie takie samo gówno, jak dziesiątki innych magazynów dla kobiet i mężczyzn, jakie zalewają nasz kraj od początku lat 90-tych. Jeśli to akurat pismo różni się czymś od sobie podobnych, to być może tym, że jest bardziej od tamtych skupiony na wyrafinowanym seksie, ostrej zabawie, no i przede wszystkim odrzuceniu zahamowań.
Przygotowując się do pisania tego tekstu, zajrzałem na internetową stronę magazynu, żeby choć bardzo pobieżnie móc pokazać, o co tam chodzi. Niestety, jak bym się nie przymierzał, wychodzi mi na to, że każdy wklejony przeze mnie link, nieuchronnie poprowadzi do jakiejś perwersji. To co Glamour proponuje, to albo historie o dziewczynach które wynajmują mieszkania za seks, albo o dziewczynach, które muszą się upić, albo ‘najarać’, żeby ten seks był udany, albo o mężczyznach, którzy golą sobie owłosienie łonowe, żeby mieć więcej partnerek, albo o kobietach, które się wstydzą, a nie powinny. I wszystko to w formie albo bezpośrednich relacji podpisanych „Angelika, lat 27, niezależna finansowo, pracuje w biurze w Warszawie, mieszka sama”, albo „Julia, lat 30, mieszka w Poznaniu, pracuje w biurze nieruchomości”, albo ankiet, gdzie „setki naszych czytelniczek” odpowiadają na pytania, typu „Czy wolisz mężczyznę przebranego za policjanta, czy za strażaka?”, albo „Czy wolisz rozpiąć rozporek i zobaczyć ołówek, czy rozpiąć rozporek i zobaczyć grzybka?”…
Szlag ich trafił! W sumie, nie ma się czemu dziwić. Od czasu, jak na naszym rynku pojawiły się kolorowe, ciekawe, że niemal wyłącznie niemieckie, magazyny, które polskie dzieci zaczęły czytać zamiast Płomyczka, czy Filipinki, doskonale wiadomo było co się wydarzy jutro, a co za rok. I w sumie, nawet nie ma się co oburzać. Było oczywiste, że skoro pojawił się kolorowy, błyszczący papier, a wraz z tym papierem kolorowe, bardzo wyraźne zdjęcia, to na tych zdjęciach będą raczej gołe cycki, niż… no co? Nawet, cholera, nie wiadomo co. Jeśli się zastanowić tak bardzo solidnie, to co nam mogła zaproponować nowoczesna, niemiecka kultura? No co? Więc szlag ich trafił! Zwłaszcza że oni są tu tylko przy okazji. A mianowicie przy okazji tej Mukhtar Mai. Mukhtar Mai mieszkała w Pakistanie, w wiosce o nazwie Meerwala i któregoś dnia miejscowi obywatele przyłapali jej brata, jak romansował z dziewczyną nie dość że z innego plemienia, to jeszcze taką która stała wyżej od niego w społecznej hierarchii. W tej sytuacji mężczyzna został osądzony i w efekcie wyroku – pobity, a następnie zgwałcony. To jednak nie wszystko. Wiejski sąd uznał też, że ze względu na rangę przestępstwa, zbiorowo zgwałcona również powinna być siostra przestępcy. I wyrok został wykonany. Tradycja pakistańska w takiej sytuacji każe skazanej kobiecie popełnić samobójstwo. Mukhtar Mai jednak tu się postawiła i postanowiła walczyć. Ostatecznie, sąd państwowy w Pakistanie uznał miejscowe zwyczaje za bezprawne, lokalny sąd rozwiązał, sędziów skazał na śmierć, a pani Mai wypłacił 8 tys. dolarów odszkodowania. Dzielna kobieta za otrzymane pieniądze założyła szkołę dla dziewcząt i zorganizowała ogólnokrajowe centrum na rzecz kobiet. I w związku z tym właśnie, tygodnik Glamour, „za niezłomną walkę o prawa kobiet w Pakistanie”, odznaczył ją tytułem Kobiety Roku.
Dalsze losy pani Mai są już dla nas mniej istotne, a dla europejskich kaznodziei wręcz nieciekawe, ale dla porządku należy wspomnieć, ze ta bohaterska kobieta, w obawie przed zemstą lokalnych debili, otrzymała ochronę w postaci niejakiego Gabola. Tak się zdarzyło, że ów Gabol się w Mai zakochał i zażyczył sobie, żeby ta została jego żoną. Ponieważ miał już jedną żonę, Mukhtar Mai mu odmówiła. Na to ten zagroził, że najpierw się ze swoją starą żoną rozwiedzie, a później ewentualnie popełni samobójstwo, co niechybnie doprowadzi do tragedii, bo – według niepisanego lokalnego prawa – w odwecie za rozwód Gabola, dwóch braci jego żony będzie musiało porzucić z kolei swoje żony, które – tak na marginesie – są Gabola siostrami. W tej sytuacji, Mukhtar Mai przyjęła oświadczyny Gabola i została jego tzw. żoną równoległą. Oczywiście, całkowicie zgodnie z lokalnym zwyczajem. Nam na dziś pozostaje tylko wrócić do magazynu Glamour, ale jeszcze zanim to nastąpi,wyrazić nadzieje, że nie okaże się już za chwilę, że lokalni mają też jakieś szczególne pomysły na sytuację, co zrobić z człowiekiem, który ożenił się z właścicielką tytułu Kobiety Roku miesięcznika Glamour. No i że nowy ochroniarz pani Mai też się w niej nie zakocha. W końcu, opcji z pewnością jest wiele.
No więc wracajmy do Glamouru. Oczywiście ja mógłbym się teraz zacząć wyzłośliwiać nad niemieckim, holenderskim, czy amerykańskim (wszystko jedno – na pewnym poziomie to jest absolutnie bez znaczenia) magazynem i zacząć się zastanawiać, czy gdyby Mukhtar Mai – nie z przymusu, ale z własnej woli – kurwiła się wśród warszawskich biznesmenów za darmowe miejsce do spania, czy za drinka w lokalu, to redaktorki i wydawcy tego „przepysznego” potworka też by się zainteresowali jej losem? A gdyby się już tym losem zainteresowali, czy za to że też lokalne, tyle że europejskie, zwyczaje doprowadziły ją do aż takiego upodlenia, daliby jej tytuł Kobiety Roku? A może by jej zaproponowali, żeby za drobne pieniądze pozowała do półnagich zdjęć, które oni, w pięknych kolorach, publikowaliby w każdym możliwym miejscu swojego portalu internetowego? Ku uciesze obślinionych ‘koniobójców’ w rodzaju „Tomasza – menadżera, 27 lat”, czy „Karola – prawnika, 27 lat”, albo „Irka – lekarza, 30 lat”.
Dziś jednak wciąż nie o tym. Dziś o zwyczajach. Lokalnych zwyczajach, o tradycji i o tolerancji. Temat ten pojawił się u nas ostatnio parokrotnie. Pierwszy raz, gdy po niespodziewanej porażce Platformy Obywatelskiej w wyborach w Olsztynie, PSL podniósł za bardzo łeb i od razu po tym łbie dostał od medialnego ramienia PO, zatrudnionego na stanowisku dziennikarzy śledczych w koncernie Axela Springera. Ponieważ cyngle Platformy nie doceniły mobilizacji po stronie ludowców i ich wiedzy na tematy zakazane, natychmiast ich sytuacja uległa poważnemu obsunięciu, w postaci senatora Misiaka i ‘lodów’, które, niczego się nie spodziewając, Misiak z kolegami spokojnie sobie kręcił.
Właśnie przed chwilą zapoznałem się w Dzienniku z listą posłów i senatorów Platformy Obywatelskiej, którzy nie dość, że są współudziałowcami przeróżnych giełdowych spółek, to jeszcze są w tych spółkach prezesami, dyrektorami, czy członkami zarządów i rad nadzorczych. Informacja ta pojawiła się już wczoraj w wypowiedzi Zbigniewa Chlebowskiego, ale większość komentatorów uznała, że pan przewodniczący musiał być przemęczony i coś mu się pomyliło. Bo sytuacja tego typu jest absolutnie nielegalna i gdyby faktycznie po półtora roku trwania tego rządu okazało się, że faktycznie kręcenie wspomnianych ‘lodów’ odbywa się aż tak oficjalnie, mielibyśmy nie lada skandal. Dziś wychodzi na to, że Chlebowskiemu się nie pomyliło. Tam autentycznie wieje.
I co z tego? Nie wiem, ale myślę, że nic. Skoro Dziennik zdecydował się te dane zamieścić, i to bez jednego usprawiedliwiającego polityków Platformy komentarza, to znaczy, że nie jest jeszcze szczególnie niebezpiecznie. I to mnie nie dziwi. Już parę dni temu, zarówno prominentni przedstawiciele Platformy, jak i reżimowi dziennikarze i komentatorzy, wyjaśnili społeczeństwu, że wszystko jest kwestią lokalnego kolorytu. Jeśli gdzieś kradną, to dlatego, że takie są miejscowe zwyczaje. Jeśli gdzieś ktoś oszukuje Państwo, to z tego jedynie powodu, że taka panuje lokalnie kultura. A jeśli gdzieś ktoś zachowuje się jak najgorszy cham i ruska swołocz, to też należy to rozumieć, bo taka tego kogoś uroda, najczęściej będąca wynikiem określonych uwarunkowań. Jest tak, że jedni widzą swoją sytuację i swoje potrzeby tak, a inni wręcz odmiennie. Jedno i drugie trzeba jednak uszanować, a już zwłaszcza w obliczu wspólnego wroga.
Sprawa lokalnych obyczajów pojawiła się ponownie przy okazji wizyty Ojca Świętego Benedykta XVI w Afryce. Okazało się, że plaga AIDS, z jaką mamy do czynienia na tym kontynencie od szeregu lat, nie jest w żaden sposób spowodowana tym że Afrykanie bez najmniejszego opamiętania, na wszystkich możliwych poziomach, prowadzą rozbuchaną aktywność seksualną, lecz tym, że Kościół Katolicki nie pozwala im używać prezerwatyw. Na jakiekolwiek propozycje sugerujące taką możliwość, że może jednak Afrykanie mogliby otrzymać ze strony cywilizowanego świata ofertę większej wstrzemięźliwości, podnosi się histeryczny krzyk, że ta afrykańska ruja i porubstwo to święty lokalny obyczaj, który nie jest od naszego ani gorszy, ani lepszy, lecz zaledwie inny, i jedyne co nam pozostaje, to go uszanować. Powinniśmy ze zrozumieniem pochylić się nad tym nieprzytomnie pieprzącym się nieszczęściem i rozdać im po paczce kondomów i własnie przez szacunek dla tej niezawinionej przecież przez nikogo śmierci, powstrzymać się od podłej indoktrynacji. Zwłaszcza że ta indoktrynacja może dotrzeć też do niektórych, bardziej wyzwolonych kulturowo, środowisk europejskich i wprowadzić tam niepotrzebny poziom zdenerwowania.
Więc oto okazuje się, że nad wszystkim moralnymi, kulturowymi i cywilizacyjnymi dylematami unosi się wieczny duch tolerancji i zrozumienia dla indywidualnych i grupowych obyczajów i nawyków. Należy się spodziewać, że jeśli w tym kierunku pójdzie logika historii, to staniemy w obliczu sytuacji, gdzie nie będzie już ani zła, ani dobra, ani podłości, ani wielkości, ani czynów niskich, ani postępków szlachetnych. Będą tylko lokalne zwyczaje, indywidualne nawyki i kulturowe gesty. Na naszym, najbardziej nam bliskim podwórku, będzie to wyglądało tak, że premier Tusk będzie grał w piłkę od rana do wieczora, z przerwą na wyjazd na narty, albo na mały spacerek, a oficjalne wyjaśnienie będzie takie, że on tak właśnie lubi i trzeba go zrozumieć. Jego partyjni koledzy będą już tymi ‘lodami’ które ukręcili rzygali, a oficjalny komunikat zapewni, że wszystko się odbywa zgodnie z lokalnym standardem. Za wszystkie medyczne usługi będziemy płacić z własnej kieszeni, pod warunkiem, że nie chodzi o przeprowadzenie aborcji albo „zabiegu odłączenia od pokarmu”, które będą refundowane z NFZ, bo takie są europejskie standardy. A na każdym rogu będzie stał piękny i elegancki burdel z odpowiednim sklepem oferującym fachową literaturę dla pań, panów i tych pozostałych, a jak komuś to nie będzie pasowało, może się przenieść gdzieś w białoruskie lasy i założyć tam swoją własną cywilizację. Tylko co z Pakistanem? No, tu jednak musielibyśmy się zwrócić o pomoc do samego wydawcy magazynu Glamour i, być może, jego czytelników. Ja jednak sobie wyobrażam rozwój sytuacji w taki sposób, że jakaś delegacja pisma mogłaby się udać do tego dalekiego i jakże egzotycznego kraju i spróbować odbyć z lokalnymi społecznościami kilka narad odnośnie współpracy. Strona, że tak powiem, reprezentująca kulturę światową, zapewniłaby lokalnym mieszkańcom prawo do niezakłóconego prawa egzekucji swoich odwiecznych zwyczajów, włącznie do zbiorowego gwałtu na siostrach mężczyzn naruszających miejscowe przepisy. Natomiast strona pakistańska umożliwiłaby przedstawicielom Europy i Świata uczestniczenie w tych rytuałach, zarówno osobiście, jak i przez obecność przedstawicieli mediów. Wówczas to Pakistańczycy mieliby poczucie przynależności do wielkiej rodziny narodów postępowych, a my, choćby tu w Polsce, moglibyśmy z błyskiem w oczach czytać barwne relacje w miesięczniku Glamour, w rodzaju:„Tomasz – menadżer w międzynarodowej firmie z Warszawy, lat 32: Jeśli idzie o moje erotyczne fantazje, to bardzo bym chciał wziąć udział w zbiorowym gwałcie. Bardzo lubię, kiedy moja partnerka krzyczy na maksa. Myślę sobie, że ona pewnie nie cierpi być spocona, gdy uprawiamy seks, a właśnie to doprowadza mnie do szaleństwa. Nic nie jest bardziej podniecające niż widok kilku kropel potu pomiędzy jej piersiami. To także dowód jej zaangażowania i wysiłku, jaki włożyła we wspólne igraszki. Uważam, że wygląda wtedy pięknie.

piątek, 20 marca 2009

O szafach, parasolach i podróżowaniu

Pomyślałem sobie dziś, że chyba jakoś tak w tych dniach powinien mijać rok od czasu, jak zacząłem pisać w Salonie24. Jednak, choć liczyłem jak mogłem, kombinowałem na wszelkie sposoby, zawsze wychodziło mi albo że ten rok jeszcze nie minął, albo że wszystko wskazuje na to, że już nie nastąpi. Ponieważ ta dziwna sytuacja robiła się nie do zniesienia, przeprowadziłem prywatne dochodzenie i okazało się, że wytłumaczenie jest stosunkowo proste. Mój pierwszy tekst w Salonie24 ukazał się 29 lutego zeszłego roku, a więc wychodzi na to, że jakkolwiek bym się starał uznać, że 29 zeszłego miesiąca skończyłem roczek, to fakt pozostaje niezmienny. Tego dnia żadnych urodzin nie było, bo tak się złożyło, że w tym roku po prostu luty się skończył dzień przed moim świętem.
Więc nie miałem rocznicy swojego pisania w Salonie, co nie zmienia faktu, że 29 lutego 2008 roku napisałem swój pierwszy tekst na blogu. Był to bardzo krotki wpis, zatytułowany „Co potrafią media” i poświęcony (jakże by inaczej!) felietonowi Rafała Ziemkiewicza, w którym napisał, że PiS tonie, nie przez nienawiść sił restauracji, lecz przez swoją nieudaczność, http://toyah.salon24.pl/63582.html, bo „gdyby media miały aż taki wpływ, jaki im prezes PiS przypisuje, nigdy by nie doszło do Sierpnia '80, ani upadku komunizmu - ludzie wciąż by wierzyli, że Polska rośnie w siłę, a im żyje się dostatniej.”
Napisałem więc Ziemkiewiczowi, że przede wszystkim nie ma pewności, czy on akurat zna ostateczną odpowiedź na pytanie, czemu upadł komunizm, a poza tym jest żenująco niekonsekwentny, bo najpierw pisze, że media to nadmuchany balon, by za chwilę, najzgrabniej jak tylko on potrafi, wykazać wręcz szatańską skuteczność szyderstwa i kpiny w prowadzonej przez media polityce zohydzania.
I taki to był ten mój pierwszy wpis w Salonie. Krótki tak, że aż dziś nie mogę uwierzyć, że kiedyś tak potrafiłem, i oczywiście dotyczący zawsze tego samego, czyli kłamstwa, manipulacji, łatwowierności i zwykłego intelektualnego lenistwa. Minął rok i w sumie, jest jak było, z tym że – jak widzimy – Kaczyński wciąż w świetnym stanie, natomiast ledwo się słaniają nasi bohaterowie z tamtych lat. I niewykluczone, że za rok, kiedy znów nie będę mógł obchodzić swoich blogerskich urodzin, bo ta data po prostu rozpierzchnie się w późnozimowej szarudze, Donald Tusk będzie się znajdował pod troskliwą opieką psychologów, a całe jego dawne towarzystwo stało pod drzwiami Palikota w kolejce po kopertę z zasiłkiem. Jedyne co pozostanie niezmienione, to media. Niemal takie same jak pięć lat temu i lat temu trzydzieści, z tym samym kłamstwem i ruską przebiegłością, tyle że jeszcze bardziej kolorowe, skoczne i wesołe. Pewnie pojawią się nowe kanały, przygotowywane jednak już nie przez dziennikarzy, ani przez polityków, ani przez komików do wynajęcia, lecz przez tzw. celebrytów i dzieci polityków. I oczywiście jak najdalsze od polityki. Bo nowe zalecenia speców od szperania pod progiem, z pewnością ukierują działania tak, by – jeśli tylko przyjdzie nam do głowy kogoś załatwić – nie używać od razu Magnum44, ale zwykłego parasola, tyle że bardzo kolorowego. Niemal jak parasolka z pucharku z lodami na przyjęciu u Oli Kwaśniewskiej. I w ten sposób, historia zatoczy koło. Kto wie, o czym mówię, ten wie.
A co u Oli Kwaśniewskiej? Nie wiadomo. I w sumie to mało istotne. Podobnie jak nieistotne, co u jej mamy i co u jej koleżanki, Moniki Jaruzelskiej. One wszystkie już miały swój czas, wypełniły go jak należy i jeśli historia od nich jeszcze coś będzie chciała, to się do nich zwróci, a one chętnie mogą służyć swoim… no czym? No, tym wszystkim, co tam mają. Niech będzie, że urokiem.
Czy wciąż będzie działał kanał o nazwie TVN Style i czy dalej będziemy mogli oglądać fascynujący show pod nazwą Lekcja stylu? Mam nadzieję, że tak. Choćby z tego jednego powodu, że być może będzie to już jedyna okazja, żeby każdy inteligentny i myślący człowiek mógł nie zapomnieć, z kim miał i ma do czynienia i jak się bronić na okoliczność pojawienia się kolejnego parasola.
Do czego zmierzam? Otóż ostatnio, jak już tu dwa razy wspomniałem – choć tylko wspomniałem – siedziałem sobie z Toyahową przed telewizorem i tym razem to żona moja dzierżyła pilota. W pewnym momencie przełączyła się na TVN Style, jak się okazało, w samą porę, bo pokazała się Jolanta Kwaśniewska, żona Aleksandra, matka Oli, i zaczęła uczyć zgromadzone przed telewizorami towarzystwo, że jak się idzie do kogoś z kwiatami, to papier należy zdjąć wcześniej i, broń Boże, nie wyrzucać go „na klatce”. Kiedy już wszystko na tym poziomie zostało załatwione, rozległ się odpowiedni dżingiel i pani prezydentowa udała się do szafy Moniki Jaruzelskiej, córki Generała, żeby poprowadzić wspomnianą właśnie lekcję stylu. Było mniej więcej tak jak w MTV, gdzie dzieci mogą obejrzeć wszystkie złote łańcuchy i wysadzane diamentami buty znanych rapperów i się popodniecać. Tyle że oczywiście skromniej. Po generalsku.
Program leciał sobie spokojnie, Jaruzelska wyciągała ciuchy, Kwaśniewska uśmiechała się błyszcząco i nagle pojawiły się skóry. Jaruzelska wyciągnęła coś co wyglądało na skórzaną kurtkę, choć ona na to mówiła ‘marynarka’ i powiedziała, ze to jest coś dla niej bardzo cennego, bo dostała ten ciuszek od tatusia, który przywiózł go „z Węgier w 1956”. Tatuś tę kurtkę przywiózł, ale jakoś nie nosił, więc dostała ją właśnie ona i że na pewno, jak przyjdzie czas, przekaże tę węgierską pamiątkę swojemu dziecku. Dalej już nie oglądałem, bo mimo swojego doświadczenia i odporności na zmiany klimatu, poczułem się w ten szczególny sposób spełniony. I więcej już nie chciałem. Jeśli są tu jeszcze jacyś młodsi czytelnicy, którzy nie wiedzą, co Wojciech Jaruzelski mógł robić w 1956 roku na Węgrzech, a przez to nie pojmują szczególności opisanej przeze mnie sytuacji, niech sobie sprawdzą i wiedzieć już będą. Ja tylko powiem, że Monika Jaruzelska zachowała się troszeczkę tak, jak, powiedzmy, mógłby się zachować syn tego podobno zmarłego niedawno w Egipcie niemieckiego zbrodniarza, który prawdopodobnie, gdyby go spytać, skąd ma taki piękny sygnet, powiedziałby, że tatuś znalazł go w Auschwitz, gdzie przebywał z początku lat 40-tych i mu dał. Kiedy wspomniałem tu o tym zdarzeniu w krótkich notkach, podniosła się leciutka wrzawa i w tej wrzawie pytania, czy ta Jaruzelska jest głupia, czy tylko bezczelna. Wydaje mi się osobiście, że jakkolwiek ona może być i głupia i bezczelna (bo w końcu, czemu nie?), tu akurat mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Głupia mogła być Jolanta Kwasniewska, kiedy jeszcze przed laty, opowiadala Ninie Tierentiew, jak to ona uczyła Królową Elżbietę wymawiać nazwisko 'Kwaśniewska', żeby ta nie mówiła 'Kłaśniewska', ale 'Kwaśniewska'. "It's like a duck does, Your Majesty, 'kvah, kvah'; very simple. A duck, you know, 'kvah-śniewska'!" Więc to była głupota. Dziś w grę wchodzi wyłącznie mentalność. Taka Jaruzelska od dziecka była chowana w świecie, gdzie wszystko co się dzieje, dzieje się zupełnie inaczej, niż normalny człowiek mógłby przypuszczać. Ktoś się pytał, czy ona może kończyła jakieś inne szkoły. Możliwe. Może ona w ogóle nie chodziła do szkoły, tylko przychodzili jacyś do domu i ją uczyli czytać i pisać i liczyć. To jest bez znaczenia. To co się liczy to fakt, że wśród nas żyją ludzie, którzy zajmują dość eksponowane pozycje, a którzy w rzeczywistości należą do świata kompletnie nam obcego i w większej części niezrozumiałego. Oni się spotykają wyłącznie z podobnymi do siebie, rozmawiają o sprawach tylko dla nich interesujących, mają dylematy, których zwykły człowiek w ogóle nie rozpozna jako dylematu i od czasu do czasu – niestety ostatnio coraz częściej – pojawiają się na ekranach naszych telewizorów i mówią nam, jak się należy prowadzić, żeby było correct.
Piszę „niestety”, ale przecież to nie jest sytuacja aż tak zła. Dzięki temu, widzimy ich, możemy obserwować, gdzie trzymają swoje ręce, co chowają w swoich dłoniach, na co kierują swoje oczy, w którą stronę wywalają swoje języki i dzięki temu możemy być zawsze gotowi i zawsze pewni, ze nic nas nigdy nie zdziwi. A w świecie, w którym każe się nam żyć, najgorsze jest to, kiedy człowiek da się zaskoczyć.
Dobrze jest wiedzieć. Wczoraj na przykład u Moniki Olejnik wystąpił jakiś czarny ekonomista, którego nie znam i opowiadał, dlaczego u niego w Zambii tylko prezerwatywa może uchronić ludzi przed śmiercią. Zawsze sądziłem, że jeśli ja nie chce umrzeć na AIDS, to wystarczy żebym się nie pieprzył na lewo i prawo i ewentualnie nie ‘brał w żyłę’. Gość red. Olejnik wyjaśnił jednak, że w Afryce jest inaczej. Tam ludzie „muszą” żyć w sposób rozwiązły, bo to jest taka kultura, taka tradycja i przede wszystkim taka „przyjemność”. Więc jeśli Kościół każe im używać prezerwatyw, to oni – jako ludzie bardzo szczerze oddani Kościołowi – z pewnością te prezerwatywy będą zakładać, ale jeśli nie, to oczywiście – z tego samego posłuszeństwa – będą się zarażać. Ten czarny pan powiedział nawet, ze on wie o czym mówi, bo jego siostra i jej mąż zmarli własnie na AIDS przed rokiem, czy półtora, własnie dlatego, ze żyli zgodnie z tradycją, w poszanowaniu lokalnej kultury. On się w to ich minione już życie nie wtrąca, bo ma szacunek i tolerancję. Natomiast od papieża Benedykta mógłby oczekiwać, żeby on jednak zaczął myśleć trochę szerzej.
Czy ktoś coś z tego rozumie? Nie sądzę. To znaczy, spodziewam się, że Monika Jaruzelska, a i z pewnością Jolanta Kwaśniewska, wiedziałaby doskonale o czym jest mowa i jakież to poważne sprawy u Moniki Olejnik były roztrząsane. Może by nawet łzę uroniły nad tym okropnym katolickim fałszem. Ale ja? Ale Wy? Cóż my mamy do tego? Jedyne co możemy, to słuchać i wiedzieć. Nie rozumieć. Po prostu wiedzieć. I pamiętać.
Na wypadek tego parasola.

czwartek, 19 marca 2009

Wszystko tu stare, stare są hycle...

1maud przedstawiła w Salonie wpis http://1maud.salon24.pl/392476.html, gdzie opisała przypadek przedsiębiorcy, który wziął kredyt w zagranicznym banku i został na tym kredycie przez bank wykiwany. Niewiele rozumiem z tego, co 1maud tam pisze, bo – jak już wielokrotnie tu podkreślałem – na sprawach finansowo-biznesowych znam się w stopniu minimalnym, a ponieważ już dawno przekroczyłem wiek, w którym człowiek się uczy, nie bardzo tez się nawet staram zrozumieć wszystkie szczegóły. Powiem tylko że bank najpierw biznesmena wstawił do wiatru z bardzo ciężkim długiem, a po pewnym czasie zgłosiła się do niego mocno zbliżona do tego banku firma, która zaproponowała, że go może w trudnej sytuacji poratować, pod warunkiem, że człowiek da „umoczyć dziób” w swoich interesach. Ponieważ biznesmen jest nasz, a bank, podobnie jak firma z nim związana, obcy, 1maud zwróciła uwagę na marną sytuację polskich biznesmenów w świecie, gdzie za nimi nie stoi prawie nikt, a za ich ewentualnymi przeciwnikami, prawie wszyscy.
Taka sobie historia. Dla każdego, kto wystarczająco długo porusza się w zawiłościach tego szczególnego polskiego kapitalizmu, nawet nie specjalnie zaskakująca. A o tym, że chyba się wszyscy bardzo do tego typu przygód zdążyliśmy przyzwyczaić, może świadczyć choćby to, ze pod tekstem 1maud znalazło się zaledwie 8 komentarzy, z czego siedem, to albo docinki niejakiego starego i cierpliwe tłumaczenia autorki. Jak mówię, trudno jest mi komentować sprawę merytorycznie, ale – na ile potrafię oceniać to co oczywiste – 1maud zna sprawę i wie o czym pisze, a stary skupia się wyłącznie na kwestionowaniu albo kompetencji samej autorki, albo solidności biznesmena i nieustannym odmienianiu słowa ‘prawdopodobnie’. Że niby człowiek popadł w kłopoty nie przez złą wolę banku – który złej woli mieć nie może, bo opiera się wyłącznie na cyferkach – ale przez swoje gapstwo, nieuczciwość i chytrość, czy co tam jeszcze. Nic szczególnego. Ja tego typu postawy znam zbyt dobrze, żeby się na nie dać nabrać.
Pisze więc stary, że ten biznesmen, to jakiś nieudacznik, na co 1maud mu tłumaczy, że nie, bo ona go zna i wie. Na co stary, że on pewnie chciał ten bank wykiwać, na co autorka mu znów tłumaczy, że wszystko było jak trzeba. To ten znowu, że coś musiało być na rzeczy, bo przecież żaden bank, etc.
I teraz dzieje się tak. Ponieważ stary wypatrzył okazję, napisał swój własny już tekst, w którym już równo i szeroko wali w 1maud i opisanego przez nią biznesmena. A przy okazji w polski zaścianek, w polską siermiężność, w polskie dziadostwo, które nagle – nie wiedzieć czemu – postanowiło konkurować ze światowymi potentatami, a jak dostało w pysk, to zamiast się zamknąć, podnosi łeb i coś tam popiskuje http://stary.salon24.pl/392674.html. I tu też nie dzieje się nic zaskakującego. Zwykłe szydzenie z Polski i Polaków, którzy ciągle tkwią umysłowo w czasach PRL-u, nie chcą zrozumieć, że świat już nie jest taki jak kiedyś, że jeśli chce się mieć, to trzeba pracować, a nie liczyć, ze wystarczy się napiąć i będzie jak przed laty, gdzie można było „brylować w siermiężnym socjalizmie na przykład bardziej wyglansowanymi zagraniczną pastą butami, nabytymi w MHD”.
Ja przyznam, że ja już naprawdę nie mam siły do zjawiska, które tak idealnie symbolizuje stary. Ja je pierwszy raz zaobserwowałem na samym początku tej naszej nieszczęsnej transformacji, a dokładnie w momencie gdy Lech Wałęsa został prezydentem i odpowiednie służby mu podpowiedziały, ze trzeba do żłoba dopuścić tzw. nowy biznes. To wtedy też w głównym nurcie polskiego zycia publicznego pojawiły się całe tabuny najbardziej żałosnego nuworyszostwa w białych skarpetkach i dziurkowanych sandałach bez pięt. To w tamtych latach młodzi komuniści z legitymacjami ZMS, zgolili wąsy, podgolili sobie boki, przypudrowali czerwone policzki, a grzywki zaczesali do tyłu. Zamiast dotychczasowego „nooo…”, zaczęli używać wyrażenia „dokładnie” i ruszyli w Polskę tłumacząc wszystkim, że już nie ma MHD, lecz tylko markety, i że w związku z tą znaczącą zmianą, od dziś – kto bogaty, ten gość, a kto biedny, ten dupa. A jak trafili na swej drodze na kogoś pokroju starego, brali go ze sobą i tak do dziś to szczególne towarzystwo łazi sobie przez ten kraj, nawet nie uświadamiając sobie tego, jak wszyscy oni są żałośni.
Ale, jak mówię, ja już do nich nie mam siły. Dziś więc nawet nie tyle mi chodzi o to, żeby się znęcać nad starym, co o zwrócenie uwagi na pewne zjawiska, które zaobserwowałem przy okazji dyskusji pod omawianym wpisem. Ciekawa rzecz się stała już na samym początku. Na wpis starego odpowiedziała 1maud i bardzo solidnie wytłumaczyła mu, że albo jest nieuczciwy, albo nie zrozumiał jej słów. I on o dziwo, najpierw przeprosił, wyjaśnił, że on nie bardzo się zorientował, bo ona była nieprecyzyjna i mówiła o kredycie odnawialnym, podczas gdy chodziło o odnawialną linię kredytową, a na końcu powtórzył swoje poprzednie uwagi na temat tego, ze opisany przedsiębiorca to musiał być dupek i oszust. Bo przecież banki działają czysto. 1maud znów mu wyjaśniła, że się myli, bo właśnie „linia kredytowa odnawiana to rodzaj kredytu obrotowego”, a człowieka zna i wie, że on wciąż bardzo mocno działa i w żaden sposób nie jest nieudacznikiem. Jednak wszystko na nic, choćby z tego względu, że blog starego zdążyli już obleźć jego wierni fani i się zaczęło.
O co mi chodzi? W sposób oczywisty, pomijając zwykłe plucie na Polaków, którzy nie wiedzą co to znaczy solidna praca w solidnie zorganizowanym świecie, i czcze spekulacje na tematy, o których nie ma pojęcia, wpis starego okazał się kompletnie bezużyteczny. Stary nie zrozumiał sytuacji opisanej przez 1maud, do czego się od razu przyznał i zamiast się zamknąć, a najlepiej po prostu skasować swój wpis i pomyśleć o czymś bardziej przyziemnym, na przykład o – ja wiem? – dziobach Kaczorów, zaczął judzić swoich fanów i prowokować rozmowę kompletnie nie na temat. A więc o „patriotoidalno-socjalistycznej homogenizacji” Salonu, albo o tym że my Polacy jesteśmy „jacy tacy”, albo o „bankach samopomocy chłopskiej”, że „jak zwykle wszystkiemu winni obcy”, że „zanim przyszli tu neandertalczycy, i po nich kromaniończycy, to my już tu byli i trwali”, że „nie będzie Niemiec bezprawnie płaszcza nam przenosił!”, że „my z kraju skąd Papież i Solidarność”, że „Jak się zachowujemy jak dzikusy to i jesteśmy kolonią” i w końcu że „Co daj Boże! Amen!”. No po prostu – jaja jak berety!
Piszę tu w Salonie od niemal już roku i zawsze boje się jednej rzeczy. Że napiszę coś, co będzie świadczyło nie o moich kiepskich gustach, czy o tym, że moje poglądy są do niczego, ale że ktoś mnie przyłapie na tym, że coś źle zrozumiałem, albo podałem jakąś błędną informację, czy też skłamałem, bo się zagapiłem, albo leniłem. Gdybym napisał tekst, i ktoś by mi udowodnił, że moje całe rozumowanie oparte było na fałszywych przesłankach, a więc nie wiadomo po co w ogóle ten mój tekst zamieściłem, to nie zdziwiłbym się, gdyby komentarz z tą informacją był ostatnim, bo po jakie licho komentować coś, co jest ewidentnie nieaktualne? Wczoraj w telewizji zobaczyłem Monikę Jaruzelską, jak pokazuje skórzaną kurtkę ze swojej przepastnej szafy i się chwali, że kurtkę tę „w 1956 przywiózł jej tatuś z Węgier”. I o tym napisałem w Salonie. Gdyby się nagle okazało, ze mi się coś pomyliło, bo ona nie powiedziała, że w 1956, ale na przykład 1965, byłoby mi głupio i podejrzewam, ze moi czytelnicy też by machnęli na mnie ręką. Przynajmniej na okoliczność tej kurtki. Z pewnością jednak nie byłoby tak, że ktokolwiek by uznał, że nic nie szkodzi, bo Jaruzelski to i tak ruska swołocz, a ta jego córka jeszcze gorsza. A poza tym toyah jest i tak okay. Ja takich głupich czytelników nie mam.
Też niedawno skarżyłem się, że Toyahowa, będąc nauczycielem dyplomowanym, zarabia niecałe 2000 zł miesięcznie, podczas gdy MEN z uporem od ponad roku powtarza, że nauczyciele dyplomowani w Polsce zarabiają ponad 4000 zł. I wyraziłem opinię, że Katarzyna Hall najbezczelniej na świecie kłamie, wiedząc prawdopodobnie, ze koszta tego kłamstwa będą o wiele niższe niż korzyści z niego płynące. Gdyby się okazało, że albo ja się zagapiłem i Toyahowa zarabia dużo więcej, albo coś źle przeczytałem i Hall wcale ani przez moment nie zasugerowała, że nauczyciele dostają te 4 kawałki, to byłoby mi wstyd, jak nie wiem, a moi czytelnicy też by się zarumienili i siedzieli w tym temacie cicho jak myszy. Bo co tu komentować, skoro to wszystko pomyłka?
Inaczej jest z kimś takim jak stary i tym towarzystwem wzajemnej adoracji, które się kręci po jego blogu. Im w ogóle nie chodzi o to, żeby do czegoś dojść, czegoś się dowiedzieć, z czymś podyskutować. Oni mają wyłącznie swoje emocje i kompleksy, z którymi sobie zupełnie nie radzą i jeśli biorą udział w jakiejkolwiek sytuacji społecznej, to wyłącznie po to, żeby powiedzieć co ich gryzie. A jeśli trafią na kogoś kto nie podziela ich przekonań, to mają wyłącznie jedną ambicję – tego kogoś wyszydzić i pokazać mu jaki jest głupi i niewykształcony. A jak już nie bardzo wiedzą, jakich argumentów osobistych można użyć, to będą układać żarty na temat tego, że coś tam się dzieje w Toruniu, albo że Polacy to głupie kmiotki. Dlatego, obawiam się że w sytuacji jaka się wytworzyła ostatnio wokół nas, naprawdę nie ma z kim gadać. Bo faktycznie nie ma z kim gadać, jeśli chętni do pogadania to są głównie ci, którzy jeśli coś wiedzą, to wiedzą, a jeśli czegoś nie wiedzą, to wiedzieć nie muszą, bo i tak wiedzą.

środa, 18 marca 2009

Jak tu cicho o zmierzchu

Powiem zupełnie szczerze, że z tego co się wyprawia na koalicyjnych szczytach, nie rozumiem dokładnie nic. To znaczy, nawet jeśli przez moment wydaje mi się, że coś wiem, to za chwilę okazuje się, że jest zupełnie inaczej i całe moje filozofowanie bierze w łeb. Oczywiście, to że rządy Platformy Obywatelskiej, w połączeniu z PSL-em stworzą jakość zupełnie bezprecedensową, było dla mnie oczywiste od samego początku, niemniej tego, że po roku z małym haczykiem otrzymamy tak niesłychany chaos, nie spodziewałem się i – przyznaję – stoję wobec niego bezradny.
Sytuacji nie poprawia fakt, że media, które i swoim własnym wysiłkiem, jak i głosami różnego rodzaju ekspertów, powinny – wydawałoby się – wszelkie polityczne zawirowania i zawiłości wyjaśniać i przy tym dostarczać odpowiednich prognoz, przez swoje zupełnie bezczelne zaangażowanie w doraźną politykę, same pogrążone są w chaosie niewiele mniejszym niż politycy koalicji. Dziennikarze i ich zwierzchnicy wiedzą, że całym sensem ich działalności jest informowanie, a z drugiej strony zdają sobie sprawę, że dla sukcesu – już i tak dziś bardzo wątpliwego – projektu, który kiedyś tak bardzo wsparli, rzeczą najbardziej zabójczą jest właśnie informacja. Czasem, kiedy obserwuję, jak najbardziej eksponowani pracownicy mediów się męczą, żeby z jednej strony uniknąć ostatecznej zawodowej kompromitacji, a jednocześnie nie topić Donalda Tuska wraz z jego politycznym przedsięwzięciem, myślę sobie, ze gdyby na początku oni wiedzieli, co ich czeka, to może swego czasu poszliby nawet na jakiś układ z PiS-em i Samoobroną.
Parę dni temu, kiedy jeszcze dobrzy ludzie stawali na głowie, próbując namówić Donalda Tuska, żeby przestał się trząść, zdjął ze łba kołdrę i wylazł z łóżka, zobaczyłem w telewizji Sławomira Nowaka. Później posłuchałem jak gada inny Sławek – Nitras. Wczoraj znowu pokazali Sebę Karpiniuka. I oni oczywiście wszyscy starają się zachować zimną krew i robić wrażenie, jakby nic się w ogóle nie stało, ale przecież nikt nie uwierzy w to, że tam rzeczywiście praca wre, ministerstwa aż gotują się z urzędniczej aktywności, a drukarki grzeją się od nadmiaru ustaw i innych niezwykle ważnych rządowych aktów. To jest po prostu niemożliwe. Znamy tych ludzi zbyt dobrze, żeby wiedzieć, że im najzwyczajniej w świecie brakuje nawet ułamka tego zapału i poświęcenia – czy nawet zwykłej chamskiej determinacji – żeby utrzymać odpowiedni poziom zaangażowania, kiedy robi się po prostu ciężko, a przede wszystkim nieciekawie. A przecież nie trzeba być osobą szczególnie przenikliwą, żeby wiedzieć, że rząd – każdy rząd – to przede wszystkim najróżniejsi ludzie. Ludzie, którzy pracują od rana do wieczora w zakresie, jaki im został przydzielony. A to co robią, to nie jest ani polityka, ani polityczne awantury, ani polityczne ambicje. To zwykła praca. I ta praca ma sens, jeśli tą praca kierują ludzie, którym o coś chodzi i którzy wiedzą, co to jest. Jeśli to nie działa, to już nie działa nic.
A oni przecież doskonale już dawno zdali sobie sprawę z tego, że tu naprawdę walka nie toczy się o nic innego, jak tylko o to, żeby ktoś tam coś wygrał, kto inny coś dostał, jeszcze kto inny coś znalazł, a sam Premier, żeby wreszcie został tym prezydentem. Przecież oni muszą to wiedzieć. Ja wiem, że wielu z nich to najbardziej pospolici durnie. Ale nie ma takiej możliwości, żeby nawet oni nie zdawali sobie sprawy z tego, że ten pociąg już odjechał.
Doskonale widać było tę potworna pustkę między ostatnimi już nadziejami, jakie formułują odnośnie tego rządu jego najbardziej obłąkani promotorzy, a rzeczywistym stanem, w jakim się znalazła koalicja i jej pojedynczy uczestnicy, wczoraj w wieczornym programie TVN24. Obecny w studio Waldemar Kuczyński, zupełnie jakby już ostatecznie oszalał, powtarzał wyłącznie dwa zdania. Jedno o tym, że Tusk, popadając w ten ciężki stupor, postępuje jak najbardziej słusznie. A drugie, że ta koalicja jest jedyną nadzieją dla Polski. Proszę zwrócić uwagę. Kuczyński nie tłumaczy, że wszystko jest correct. On nie przedstawia jakichś radosnych wizji przyszłości. On nawet nie mówi, że Platforma jest wielka, a PSL lśni czystością i profesjonalizmem. On już tylko krzyczy: „Ratunku! Kaczyzm u drzwi!” I to jest bardzo interesująca sytuacja. Ona pokazuje dobitnie, że nawet jeśli kiedyś istniały jakieś cele, plany, nadzieje, to obecnie już nie chodzi o nic innego, jak tylko o ratowanie dobytku.
A to jest tylko Kuczyński. Człowiek autentycznie zaangażowany i nawet jeśli wariat, to wariat gotowy na wiele. Ale przyjrzyjmy się tej załodze, której on tak desperacko kibicuje. Spróbujmy tam znaleźć jedną osobę, którą moglibyśmy podejrzewać choć o 1% tego zapału, który demonstruje Kuczyński, czy niektórzy widzowie Szkła Kontaktowego. Nie oszukujmy się. Przecież i Paweł Graś i Grzegorz Schetyna, czy nawet Stefan Niesiołowski, mają naprawdę inne sprawy na głowie, niż podgrzewanie swojej nienawiści Kaczyńskich. Oni mają na oku sprawy o wiele bardziej konkretne, niż zastanawianie się nad sylwetką Przemysława Gosiewskiego, czy analizowanie wąsów marszałka Putry. Zwłaszcza że i jeden i drugi, to ich wieloletni koledzy. Oni doskonale wiedzą, ze to wszystko to jest tylko biznes i że raz jest tak, a raz inaczej. Prawdziwe oddanie sprawie i autentyczna walka skończyły się jesienią 2007 roku. Jeśli dziś, po tamtej stronie ktoś się jeszcze w ogóle czymkolwiek przejmuje, to tych paru zapaleńców, którzy co wieczor dzwonią do TVN-u, albo choćby tu w Salonie wypisują swoje codzienne żale na PiS, strasznych Kaczorów i zdziczałą Polskę.
No i jest jeszcze sam Premier. Pojawił się wczoraj, biedaczek, i wygłosił parę zdań, które mu wcześniej kazali wypowiedzieć zaufani specjaliści od robienia dobrego wrażenia. Patrzyłem na niego i myślałem sobie, jak strasznie już dużo czasu minęło od tej niezapomnianej podróży do Peru. Gdzie te cudowne chwile, gdy pan premier w tej swojej fikuśnej czapeczce uśmiechał się do kamer, a obok stała pani Małgosia i świeciło słońce i było ciepło i wokół kręcili się uprzejmi Peruwiańczycy? Gdzie te czasy, kiedy można było spokojnie pograć z kolegami w piłkę, bez narażania się na impertynencje ze strony zniecierpliwionych i – w gruncie rzeczy - również zdezorientowanych dziennikarzy? Dziś jest zimno, ponuro, a przede wszystkim nieżyczliwie. I, jakby tego było mało, wszyscy coś chcą i chcą tego już dziś. Teraz.
Słucham Premiera, a on tak naprawdę mówi jedno. Że on nic nie może, nic nie chce i żeby mu dać spokój. Żeby go nie dręczyć i żeby dać mu odpocząć. I ja sobie myślę, ze premier Tusk, po16 miesiącach tego nędznego urzędowania, jest na granicy nerwowego załamania. Ja najzwyczajniej w świecie uważam, ze on tego co się wokół niego dzieje, już dłużej nie wytrzyma. I ja nie wiem, co on zrobi. Czy zwariuje, czy tylko oszaleje? Niedawno pisałem, że nie zdziwiłbym się, gdyby ta część Platformy, która jest w stanie jeszcze myśleć w dłuższej perspektywie niż jeden dzień i podejmować jakieś decyzje, już niedługo wymieniła Tuska na Palikota. Palikot to oczywiście człowiek psychicznie – powiedzmy – bardziej zachwiany niż ja, czy Wy. Niemniej tam naprawdę trudno znaleźć kogoś choć minimalnie tak sprawnego intelektualnie i ideowego (w szczególny sposób, to fakt, ale jednak) jak on.
Przyszedł dziś ten Palikot i zaprezentował poszerzoną analizę kulturowego spięcia na poziomie koalicji. Najpierw powtórzył to co mówił parę dni temu: że dla większego dobra, nie można już zrobić absolutnie nic, a później niemal otwartym tekstem wyjaśnił, że Waldemar Pawlak z kolegami to zwykłe wiejskie buce z całym swoim bucowskim bagażem, natomiast on i jego towarzystwo to korporacja o ścianach ze szkła i stali i tak już ma zostać. Dlaczego? Tego już nie powiedział. Ale jego figlarne spojrzenie spod figlarnie zakręconej grzywki nie pozostawiło wiele do ukrycia. To widać było bardzo wyraźnie. Tę pewność, że silni sobie poradzą. I to na pewno nie będą te trzy panie, które właśnie w telewizji coś mówią do nikogo.

wtorek, 17 marca 2009

To nie jest piosenka o miłości

Ktoś mi może zarzucić, że wyłącznie dla zaspokajania swoich głupich obsesji, gotów jestem zatruwać ludziom życie, pisząc o rzeczach obiektywnie kompletnie nieważnych i ludziach, którzy nie dość że nie zasługują na jedno zdanie zwykłej publicystyki, to nawet nie mają wystarczająco dużo wdzięku, żeby przyciągać ludzki wzrok. Niestety, tak się jakoś ze mną często dzieje dzieje, że widząc nawet coś kompletnie niepozornego, od razu mam tyle skojarzeń i refleksji, że zaczynam kombinować, a jak już odpowiednio dużo pokombinuję, to potrzebuję się tym co wymyśliłem podzielić z innymi. Stąd dziś nagle wraca na te łamy niejaki Chwin – autor średniej literatury, jeszcze bardziej przeciętnej publicystyki, a - z doskoku –zupełnie bylejaki komentator czego popadnie.
Chwina zauważyłem już jakiś czas temu, kiedy, zapytany głupio przez Dziennik, czy – jego zdaniem – Polska jest „sexy”, odpowiedział pełnym szczególnego wdzięku pluciem na Polskę na każdym możliwym poziomie. Poinformował więc, że Polska nie jest absolutnie „sexy”, ponieważ polskie krajobrazy przypominają wysypisko śmieci w deszczu, pogoda w Polsce jest na ogół paskudna, ludzie chodzą brzydko ubrani, kobiety są paskudne i tandetne, a Polacy, jako społeczeństwo, to hołota o wyglądzie i umysłowości debili. Do tego jeszcze władzę w Polsce – to było jeszcze w czasach terroru – sprawują durnie i przestępcy, co oczywiście nie powinno dziwić, bo nieszczęściem mamy tu demokrację i w tej sytuacji ludzie o wysokich i szlachetnych czołach i odpowiednim pochodzeniu, mają niewielkie pole manewru.
Oczywiście, on – jako uznany pisarz – wraził te swoje szczególne myśli nieco inaczej, ale sens był mniej więcej taki. Jeśli ktoś, dla samego zorientowania się w materii, chce próbkę tej twórczości, to proszę uprzejmie:
…chodniki i jezdnie, przechodnie i latarnie, drzwi i okna, gesty, fason mówienia, naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek, kłębiący się w przejściach podziemnych dresowaty lud z lumpeksu, który siebie samego nie cierpi, bo wie, że jest pogardzany i sam sobą pogardza, przekonany przy tym głęboko, że winę za wszystko ponoszą podli inteligenci, agenci i aferzyści […] Wystarczy pojechać chociaż raz na Ibizę czy Wyspy Kanaryjskie, by poczuć do głębi prawdziwą ohydę klimatu środkowoeuropejskiego, na jaki zostaliśmy skazani fatalnym wyrokiem losu. Od listopada do maja krajobraz polski sączy prawdziwie depresyjne trucizny i nie zmienią tego nawet najbardziej olśniewające mazurki Chopina, seriale „M jak Miłość" oraz „Złotopolscy" czy polski Papież w każdym oknie.
Właśnie tak.
Drugi raz zwróciłem uwagę na tego dziwnego człowieka stosunkowo niedawno, tym razem w jakimś omówieniu jego artykułu w Gazecie Wyborczej, w którym napisał, żeby odpieprzyć się od gen. Jaruzelskiego, bo on jest okay.
O Chwinie pisałem dwa razy. Raz, w liście do Dziennika, po tym, jak on się publicznie wysikał na mój kraj, a drugi raz już tu w Salonie http://toyah.salon24.pl/98494.html w związku z tym Jaruzelskim. Oczywiście wiem, że to co ja na temat Chwina powiem, nawet jeśli ubiorę to w odpowiednią porcję emocji, nie będzie miało żadnego znaczenia. On z jednej strony ma wystarczająco mocną pozycję w towarzystwie, nie tylko lokalnym, żeby się nie przejmować czymkolwiek poniżej kopniaka w tyłek, a z drugiej oczywiście tego co ja piszę nie czyta, a jakby nawet czytał, to i tak nic z tego nie zrozumie. Bo jest nadętym bufonem. Więc po co dziś biorę się za niego po raz trzeci? Otóż w ogóle o niego nie chodzi. Jego można najwyżej wykorzystać do tego, żeby opisać zjawiska bardziej uniwersalne i przy tym ciekawsze, a później już tylko wysłać w kosmos.
Okazja do dzisiejszych refleksji przydarzyła mi się w związku najświeższą publikacją Chwina. W dzisiejszej Rzeczpospolitej, odpowiadając Maciejowi Rybińskiemu na jego wcześniejsze uwagi, Chwin właściwie nie napisał nic takiego, co samo w sobie stanowiłoby jakikolwiek powód do polemiki. Właściwie, tekst Chwina nie jest nawet powodem, żeby go czytać. Zwykła, paplanina na nieistotne tematy http://www.rp.pl/artykul/277423.html Jednak w kontekście, jaki sam Chwin tworzy swoją obecnością w publicznej domenie, nawet z czegoś tak upiornie nijakiego można wykroić coś – moim skromnym zdaniem – bardzo interesującego.
Zacznijmy jednak od początku. Poszło o to, że jakaś artystka – jedna z tych idiotek, które uważają, ze wystarczy owinąć krzyż dolarem, albo okładkę Playboya zawiesić na krzyżu, czy, na przykład, postawić konfesjonał, a do środka wsadzić wielką lalkę Barbie (widzicie, jaki jestem twórczy? Wszystko to wymyśliłem osobiście, w ciągu zaledwie dwóch minut), żeby stworzyć sztukę – pokazała instalację, przedstawiającą serię kosmetyków wykonanych z ludzkiego tłuszczu. Rybiński skrytykował zarówno sam projekt i stojącą za nim myśl, jak i komentarz Chwina, który z jakiegoś powodu uznał za stosowne stwierdzić, że projekt tej pani, to „ekscentryczna przygoda sztuki współczesnej”. Rybińskiego zdenerwowało, że jakaś głupia siksa, tworzy projekt artystyczny z ludzkiego tłuszczu, a ktoś taki jak intelektualista Chwin, nie znajduje na tę okazję w sobie żadnej innej refleksji, poza tym, że oto mamy do czynienia z ekscentrycznością współczesnej sztuki. Napisał więc Rybiński swój tekst, gdzie potraktował obu swoich bohaterów mocnym gestem, na co Chwin się oburzył i odezwał w te słowa: „Warunkiem naszej wolności jest to, że wyrozumiale pozwalamy, by inni ‘niewłaściwie’ korzystali z wolności. W państwie, w którym wszyscy korzystaliby z wolności wzorowo, rozumnie, prawdziwie artystycznie i bez żadnych zastrzeżeń, nie byłoby żadnej wolności. Jak ktoś tego nie rozumie, jego sprawa. […] Oczywiście rozumiem, że są wśród nas tacy, którzy uważają swój gust za obowiązujący całą ludzkość oraz wszelkie istoty zamieszkujące Drogę Mleczną, ale ja do takich ludzi nie należę. Mogę co najwyżej powiedzieć, że produkcje pań Żemojdzin i Kozyry nie zachwycają mnie. Ale do głowy by nie przyszło, żeby te panie z wysoka ośmieszać, skocznie wyszydzać, wesołkowato przydeptywać czy żądać, by im urzędowo zakazano pokazywania „instalacji” na jakichś wystawach, co się u nas, niestety, zdarza.
Tak oto przemawia człowiek, którego połowa publicystyki polityczno-społecznej jest oparta wyłącznie na ośmieszaniu, skocznym wyszydzaniu, wesołkowatym przydeptywaniu i pozbawianiu prawa do własnego zdania całej wielkiej grupy społecznej, nie dlatego że popełnili jakieś przestępstwo. Nawet nie dlatego, że zrobili coś obiektywnie złego, czy głupiego. Ale wyłącznie z tej przyczyny, że przez samą swoją obecność, współtworzą krajobraz, który zdaniem Chwina: „od listopada do maja sączy prawdziwie depresyjne trucizny”, by w pozostałych miesiącach „stawać na palcach, by z napiętymi do krwi żyłami pokazać światu, że są lepsi, niż są.” I że Chwinowi na ten widok chce się rzygać.
I dziś, ten sam człowiek staje w publicznym świetle i gromi wszystkich, którym się nie podoba tworzenie sztuki w oparciu o ludzki tłuszcz. Jak już wspomniałem wcześniej, to co prezentuje Chwin jest tak fałszywe i tak jednocześnie bezmyślne, że można by było machnąć na niego i całe jego intelektualne wnętrze ręką, gdyby nie jednak rzecz. Otóż wszystko wskazuje na to, że Chwin stanowi tylko część bardzo powszechnego we współczesnej Polsce zjawiska, które polega na tym, że toleruje się każde głupstwo, każde zło, każdą aberrację, każde świństwo, pod warunkiem, że za ten eksces nie ma nic wspólnego z Polską, z polską religijnością i polskim patriotyzmem. Mamy bowiem bardzo mocno umocowaną społecznie grupę, która, jeśli tylko pojawi się projekt na rzecz walki z narkomanią, przemocą w szkole, agresją w Internecie, pornografią na ulicach, prostytucją, rozbijaniem rodzin, różnego rodzaju patologiami, podnosi nieprawdopodobną wrzawę, że oto chce się nam odebrać naszą wolność i nasze prawo do swobodnej ekspresji. Grupę, która przez swoje z wpływy, oraz kulturowe i cywilizacyjne i intelektualne zdziczenie, uniemożliwia przeprowadzenie w Polsce jakichkolwiek pozytywnych projektów. I to są ci sami ludzie – a Chwin jest tylko ich skromnym reprezentantem – którzy widząc starszą kobietę wchodzącą do kościoła, lub grupę młodzieży śpiewającą pieśni religijne, albo – nie daj Boże! – prezydenta Kaczyńskiego, sprawującego swój urząd z woli tych, którymi oni najbardziej szczerze gardzą, potrafią tylko rżeć i pluć. Rżeć i pluć.
Bo zasada sformułowana przez Chwina, że „niech się ludzie bawią, jak chcą, byle nie naruszali obowiązującego prawa”, tak naprawdę jest uzupełniona – tyle że już bardzo dyskretnie – osobistym akcentem, brzmiącym mniej więcej tak: „… i mnie nie wkurwiali".

poniedziałek, 16 marca 2009

Gulasz z serc. Jak codzień.

Wczoraj wracałem ze starszą Toyahówną z wizyty. Było już późno, miasto – ja to zwykle z moim miastem o tej porze – puste i uśpione, i kiedy przechodziliśmy obok Hotelu Monopol, zwróciliśmy uwagę na dwa wielkie billboardy reklamujące burdel. Ktoś tam wcześniej pod hotel te platformy na kółkach przyciągnął po to, jak się domyślam, by hotelowi goście obejrzeli sobie zdjęcie tej eleganckiej dziwki, pomyśleli, że właściwie czemu nie, zapisali numer telefonu umieszczony na billboardach, zadzwonili, a wtedy ktoś po nich przyjedzie i już. W końcu wszyscy wiemy, że kiedy się przyjeżdża do Polski w biznesie, to raczej nie po to, żeby w wolnym czasie pójść do teatru, albo na koncert, czy obejrzeć jakąś wystawę. Toyahówna zaczęła mi zadawać najróżniejsze pytania, wszystkie zaczynające się od słowa ‘dlaczego’, a ja na żadne z nich nie umiałem odpowiedzieć, bo z jednej strony chciałem uniknąć nudnego już ględzenia o mafii, gangach, szarych biznesmenach, skorumpowanych policjantach i upadłych politykach, a z drugiej autentycznie nie miałem i faktycznie nie mam pewności, czy ja rzeczywiście wszystko w tej kwestii wiem.
Faktem jest, że tekst na spotkanych przez nas billboardach nie informował w żaden sposób, że lokal o niewinnej nazwie Night Club, tak naprawdę nie jest żadnym klubem, który od innych różni się tylko tym, że otwarty jest nie w dzień, lecz w nocy. Też jest prawdą, że ani jednym słowem żaden z tych billboardów nie sugerował nawet, że z tą kobietą na zdjęciu, za odpowiednią opłatą, można zrobić dokładnie wszystko, co komu przyjdzie do głupiej pały. Jednak trzeba być kimś kompletnie naiwnym, żeby wierzyć, że pod podanym numerem telefonu nic niezwykłego się nie dzieje. I też nie trzeba od razu chodzić do kina na filmy typu 8 mm, żeby wiedzieć, że biznes, który w sposób całkowicie otwarty i oficjalny reklamowany jest w samym centrum miasta – nie gdzieś w Tajlandii, czy w najbardziej egzotycznych zakamarkach Rosji – jest tak skonstruowany i na tym zresztą polega jego praktyczny sens, że wszystko – dokładnie wszystko – jest kwestią ceny i potrzeb. I wystarczy mieć choćby odrobinę wrażliwości, żeby wiedzieć, że kobiety, które stanowią sens tego interesu, są autentycznymi niewolnikami. Może i nienajgorzej traktowanymi (w końcu nie żyjemy w czasach cesarza Kaliguli), ale wciąż tylko niewolnikami.
Szliśmy więc sobie przez nocne miasto, Toyahówna chciała wiedzieć, dlaczego tak się dzieje, dlaczego to jest legalne i dlaczego nikt z tym nic nie robi, ja wzruszałem ramionami i odpowiadałem jej, że nie wiem, aż doszliśmy do dworca kolejowego, a tam już nawet nie zwróciliśmy uwagi na te wszystkie budy, w których jednym z podstawowych towarów są pornograficzne czasopisma z filmami, oferowane w takiej ilości, że gdyby na tym dworcu pojawił się ktoś w rodzaju tego przybysza z planety K-Pax i zobaczył co się tam dzieje, uznałby, że my najzwyczajniej w świecie musimy być w najlepszym wypadku obłąkani. Ale, jak mówię, nie zwróciliśmy na te filmy nawet uwagi, bo chodzimy tamtędy niemal codziennie i ten krajobraz jak gdyby zlał się w całość z tym nieszczęsnym dworcem, z tymi smutnymi ludźmi i z tym dziwacznym miastem, w którym mieszkamy.
Rozmawiałem kiedyś z kolegą, który mieszka w Chicago. Powiedział mi, że, ile razy przyjeżdża do Warszawy i przechodzi przez Dworzec Centralny, nie może się nadziwić, że tam jest tak ogromna oferta najróżniejszego typu pornografii. Mówi mi, że z jego punktu widzenia, centrum miasta z taką wystawą, jest widokiem absolutnie egzotycznym. Że coś takiego może się spotyka gdzieś w dalekiej Azji, ale nie w centrum dużego europejskiego miasta. Rozmawiałem też z kolegą Brytyjczykiem. On z kolei, przy jakiejś okazji, powiedział mi, że w Londynie, jeśli się widzi kogoś kto kupuje w sklepie Playboya, można mieć dużą pewność, że ten ktoś to klasyczny wanker. Dokładnie tak się wyraził. A proszę zwrócić uwagę – myśmy rozmawiali wyłącznie o Playboyu.
Więc tu mamy kwestie cywilizacyjne. Mamy Polskę – kraj i społeczeństwo o nieokiełznanych ambicjach, o zupełnie histerycznym poczuciu własnej godności, o nieprawdopodobnym pędzie do doganianiu świata. Mamy ludzi, którzy przy pewnych określonych okazjach, za cenę znalezienia się w gronie najbardziej cywilizowanych i postępowych narodów tego świata, gotowi są zrezygnować nawet z bycia Polakiem. A jednocześnie okazujemy się być społeczeństwem, które jest tak otwarte na tego typu towar. Zachodzę do sklepu o nazwie Media Markt, czy Saturn, i w jednym i drugim trafiam na całą ścianę z towarem ściśle pornograficznym. I to nie jest buda na dworcu, czy stolik na jakimś podmiejskim targu. To poważny, europejski dom handlowy z dyskretnym oświetleniem, ściszoną muzyka i krzątającymi się elegancko sprzedawcami. Jesteśmy w Polsce. Kraju który, z nieznaną dotychczas zawziętością i ambicją walczy o jak najbardziej efektowne wejście w świat XXI wieku i nie wie, że w tym samym czasie, pod pewnym szczególnym względem, jest tej Europy pośmiewiskiem.
Ale mamy też aspekt prawny tego całego przedsięwzięcia. Idę z Toyahówną przez nocne miasto, a ona mnie pyta, czy to jest legalne. I ja jej odpowiadam, że nie – że to nie jest legalne. Że pornografia, sutenerstwo, czerpanie zysku z nierządu, handel ludźmi – to wszystko jest nielegalne i ścigane przez prawo. Więc dlaczego nikt z tym nic nie robi? Dlaczego nie przyjedzie policja i tego wszystkiego nie skasuje? I znów jej odpowiadam, że nie wiem. Odpowiadam jej, że ja nawet nie wiem, czy ten słynny magazyn, który kiedyś, w wolnej już i demokratycznej Polsce, ukazywał się w oficjalnej sprzedaży pod nazwą Zły, został ostatecznie zamknięty przez prawo, czy po prostu właściciele pisma uznali, że lepiej zainwestować w porządny ekskluzywny burdel dla bogatych biznesmenów, artystów i polityków, niż dla aspirujących Europejczyków drukować te zakrwawione ludzkie szczątki.
I tak sobie sterczymy tu, dokładnie w tym samym miejscu, w którym byliśmy na początku tych naszych rozważań. Bez żadnej odpowiedzi na nasze wątpliwości, bez żadnej konkretnej perspektywy, otoczeni przez zjawiska, których nie rozumiemy i na które nie mamy najmniejszego wpływu. I wiemy, że nawet jeśli nie stanowimy wyraźnej mniejszości, to i tak grupa decydująca o kształcie tego państwa i jego, że tak powiem, zawartości, jest na tyle wpływowa i na tyle zdeterminowana, żebyśmy, dla zwykłego spokoju umysłu, przestali się głowić nad tym, co i tak nie leży w naszych kompetencjach. Bo co można zrobić, skoro tak naprawdę nawet nie wiadomo, kto jest na końcu tego całego łańcucha, który moglibyśmy nazwać grupą interesów, czy – jak mówią Amerykanie – agendą?
A jakaś agenda być musi. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Żyję na tym świecie wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli po stronie tzw. czynników decydujących – i to bez względu na polityczny kolor – widzę tak wielką determinację w sprawie pozornie pozbawionej jakiejkolwiek wartości na poziomie interesu publicznego, to znaczy, że tam musi chodzić albo o pieniądze, albo o nałóg. Albo o jedno i drugie. I tak – jestem pewien – dzieje się w tym wypadku. Jestem przekonany, że skoro przez te dwadzieścia lat, mimo wielu przecież prób, nie udało się wykonać jednego skromnego gestu na rzecz oczyszczenia Polski z tej zarazy – a wręcz przeciwnie – to znaczy, że za tym stoją pieniądze i niewątpliwe przyjemności wcale pokaźnego towarzystwa. A więc nie zdziwiłbym się, gdyby miało się okazać, że wśród osób żywotnie zainteresowanych utrzymaniem tych bud na katowickim dworcu – nie dla siebie, oczywiście (oni mają swoje własne miejsca), ale dla zachowania pewnego szczególnego porządku – byli ci, których znamy, a czasem nawet lubimy. Nawet tak wybitni przedstawiciele naszych elit, jak Michał Boni, człowiek na którego ostatnio mam bardzo wrażliwe oko. Czemu Boni? Z bardzo prostej przyczyny. Raz że on już parokrotnie pokazał, że jemu coś takiego jak zasady są pojęciem całkowicie obojętnym. A dwa, przez jego wczorajszy wywiad dla Rzeczpospolitej. Wywiad zupełnie porażający http://www.rp.pl/artykul/276267.html.Wypowiedź, w pewnym sensie nawet przebijająca rozmowę z Bonim, o której już tu pisałem w Salonie przed miesiącami, gdzie on gadał o Polsce swoich marzeń: Polsce ludzi z laptopami, porozumiewającymi się z innymi przy pomocy programu komputerowego o nazwie Skype.
Wczoraj, Michał Boni, zapytany przez dziennikarkę o to, po ciężkiego diabła trzeba przymusowo wysyłać małe dzieci do szkoły, odpowiada tak: „Sześciolatki mają [podkreślenie moje] iść do szkoły z prostego powodu, że wszędzie na świecie uważa się, iż z punktu widzenia efektywności nauczania, im wcześniej tym lepiej. Bo w ten sposób wyrównuje się szanse. Jak ktoś tego nie rozumie, niech poczyta prace laureatów Nagrody Nobla na ten temat. […] Badania nad mózgiem pokazują, że im szybciej dzieci zaczynają się uczyć, tym większa jest możliwość wyrównywania szans, zasypywania różnic w mentalności, w nawykach, w pojmowaniu świata.”
Ja oczywiście, nie rozmawiałem z Bonim nigdy o niczym i też, siłą rzeczy, nie znam jego opinii na temat społecznej przydatności burdeli, pornografii i handlu kobietami. Ale powiem zupełnie szczerze, że choćbym nie wiem, jak się starał, nie widzę najmniejszego powodu, żeby ten laptop, z tym Skypem i teraz z tymi badaniami nad mózgiem dzieci, prowadzonych w celu uzyskania tego jednego, modelowego egzemplarza, o ustalonej „mentalności, nawykach i pojmowaniu świata”, czuły się jakoś szczególnie niezręcznie w świetle czerwonych latarni, wśród czarnych akcentów.
Napisałem ostatnio trzy teksty w całości poświęcone sytuacji Kościoła w demokratycznym społeczeństwie. Teksty te spotkały się z bardzo szeroką reakcją, głównie dość nerwową. Oczywiście biorę pod uwagę, że mój obecny temat może nie zainteresować już tak wiele osób, jak to było w przypadku agentów w polskim Kościele. Niestety, tu jestem bezradny. Po prostu mi się nie chce. Mam przynajmniej nadzieję, że większość wie, dlaczego.

niedziela, 15 marca 2009

Do kogo pójdziemy?

Jeszcze wiele miesięcy temu, będąc pod wrażeniem uroczystości pogrzebowych zmarłego Bronisława Geremka, tej mszy w warszawskiej katedrze, tych biskupów modlących się nad trumną Zmarłego, tych pieśni, tych kadzideł, tych dzwonów, napisałem tekst w Salonie. Zaproponowałem tam, żeby nie obrażać się na Kościół za to, że dał śp. Bronisławowi Geremkowi to o co prosiła jego rodzina, nie mieć pretensji do biskupów, że z tak piękną oprawą modlili się nad tą trumną, żeby po prostu, z jednej strony przyjąć to z całym spokojem, a drugiej z dumą, że zostaliśmy szczęśliwie wybrani, żeby być częścią tego Kościoła, który potrafi dać tak wiele nawet ludziom, którzy ten Kościół przez całe swoje życie mieli w najgłębszym lekceważeniu http://toyah.salon24.pl/85947.html.
W moim tekście chciałem powiedzieć, że ja świetnie sobie zdaję sprawę z tego, że w sytuacji, kiedy umiera człowiek z jakiegoś punktu widzenia wielki, a ci którzy go kochali i podziwiali, chcą by jego pogrzeb był jak najbardziej uroczysty – bo on sobie na tę uroczystość zasłużył – nie mają żadnego możliwego wyjścia, jak tylko udać się po tę przysługę do Kościoła. A przecież, z takim życzeniem, nie trzeba czekać aż na śmierć. Dlaczego tak wielu ludzi, ani szczególnie pobożnych, ani szczególnie modlących się, ani nawet szczególnie wierzących chrzci swoje dzieci, posyła swoje dzieci do Pierwszej Komunii, a jeszcze zanim te dzieci się w ogóle narodzą, sami biorą ślub w kościele, często fałszując zaświadczenia o spowiedzi i często przyjmując Komunię ot tak, bo jest to część tej pięknej oprawy? Własnie z powodu tej oprawy. Właśnie dlatego, że tylko Kościół potrafi sprawić, że w naszym zyciu wszystkie najważniejsze chwile staną się prawdziwym świętem i prawdziwą uroczystością.
Oczywiście, i ja sam i wielu moich przyjaciół z trudem powstrzymujemy gniew i nie potrafimy ukryć bólu, jaki nam sprawia tego rodzaju niesprawiedliwość i w efekcie tego rodzaju niewdzięczność. Tak często jest nam tak strasznie przykro, że ten nasz cudowny Kościół jest przez tak wielu traktowany jak zwykły punkt usługowy, na dodatek punkt usługowy, który ma działać sprawnie, wydajnie i bez szemrania. I tak strasznie trudno jest nam powstrzymać emocje, kiedy nasz Kościół, tak fatalnie źle traktowany, bez mrugnięcia okiem i bez cienia zawodu daje nam wszystkim to, co sobie zażyczymy. Ale co nam pozostaje? Szykować krucjatę przeciwko niewiernym i ścigać ich nawet po ich śmierci?
W miniony piątek pochowaliśmy Zbigniewa Religę, wielkiego lekarza, wybitnego polityka i cudownego człowieka. Zbigniew Religa w swoim życiu nie zaznał łaski wiary, ale – przynajmniej ja – nie pamiętam, żeby on kiedykolwiek jednym słowem obraził ten Kościół w który nie wierzył, czy pogardliwie odniósł się do tych, którzy ten Kościół tworzyli. Nie mówię już o tym, żeby ten Kościół w jakikolwiek sposób zwalczał. Zbigniew Religa umierał jako ateista i jedyne co my, ludzie wierzący, mogliśmy w obliczu tej sytuacji zrobić, to modlić się za niego i mieć nadzieję, że Dobry Bóg jest i dobry i miłosierny, ale i sprawiedliwy. Mogliśmy też, oczywiście, mieć nadzieję, że ktoś z rodziny Zmarłego zwróci się jednak o to, by choć jeden ksiądz pomodlił się nad trumną Profesora, a dziś możemy czuć radość, że nad grobem Zbigniewa Religi stoi krzyż.
Ale ja jednak chciałbym wrócić do samego pogrzebu. Zwykłej, świeckiego pogrzebu, gdzie żegna się człowieka, który ani nie był człowiekiem Kościoła, ani nie chciał się pod koniec życia zwrócić do tego Kościoła o tzw. ostatnią posługę. Przyznaję, że po raz pierwszy w życiu miałem okazję być świadkiem tego typu uroczystości na poziomie całkowicie państwowym. Wcześniej, zanim to wszystko się zaczęło, starsza Toyahówna przeczytała w Onecie, że nie ma wielkiej różnicy między oprawą pogrzebowych uroczystości organizowanych przez Kościół, a uroczystością świecką. Że właściwie jedyny szczegół to taki, że tu jest kazanie, a tam nie. I teraz tak – kto oglądał te ceremonię, ten wie. Ja nie muszę nic dodawać, poza tym, że Onet pomylił się właściwie tylko w jednym punkcie. Kazanie, owszem, było. Nawet kilka. Kilka bardzo pięknych, niezwykle wzruszających kazań. Ale tylko to. Poza tym już nic. No i był jeszcze ksiądz. A raczej zjawisko absolutnie szczególne. Człowiek przebrany za księdza, a może za pastora? Uroczysty, poważny, grzeczny. Tak zwany mistrz ceremonii. Nie człowiek w garniturze, ani we fraku, ani w surducie. W specjalnych szatach, z białym, dziwacznym kołnierzykiem. Założył tę sutannę i szedł przed trumną Profesora, jak ksiądz – a jednak nie ksiądz. Ja bardzo przepraszam, ale ja się wystraszyłem. Autentycznie się wystraszyłem. Ale ja, to nic. Moje dzieci były przerażone. Zupełnie jakby zobaczyły Szatana. I ja wiem, że to nieładnie tak mówić, ale ja mam naprawdę bardzo dobre intencje. Ja mam intencje wręcz anielskie. Starsza Toyahówna, na przykład, sugerowała, że trzeba było nie posłuchać ostatniego życzenia Profesora i urządzić mu pogrzeb z księdzem. Z normalnym księdzem. Ja jej mówię, że on nie chciał, a życzenie umierającego to rzecz święta. A ona na to, że nic nie szkodzi. On nie wiedział, a teraz już wie. I ma do nas żal, żeśmy się głupio wystraszyli…
Profesor Religa jednak nie chciał inaczej. On chciał dokładnie tak. Ja tego nie rozumiem, ale jestem pełen wielkiego szacunku i tym większego podziwu. I wiem, że on dziś, patrzy na nas z góry i wie już wszystko. I się uśmiecha ze zrozumieniem. Ale proszę wszystkich, którzy kochają nasz Kościół i nie mogą pogodzić się z krzywdą, którą ten Kościół musi znosić każdego dnia. Nie odpychajcie nikogo, kto prosi ten Kościół o przysługę prawdziwego święta. Niech oni to święto mają. Nawet jeśli zażyczyli sobie go w ostatnim swoim tchnieniu. Albo kiedy zażyczyli sobie go jego bliscy. Widzieliśmy wszyscy, jaka jest alternatywa. Nie skazujmy nikogo na takie upokorzenie. Na coś takiego nie zasłużył nikt.