Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zemsta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zemsta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 sierpnia 2017

Jurij Budanow, czyli Rosja

Niestety, sytuacja na froncie rodzinnym zmieniła się póki co o tyle tylko, że ja już świetnie rozumiem, dlaczego prezes Kaczyński musiał się ciężko zapożyczyć, by zapewnić godną opiekę swojej mamie. W tej sytuacji – a mam nadzieję, że Czytelnicy to znakomicie rozumieją – dziś jeszcze nie będę komentował bieżących wydarzeń. Jutro piątek, a wiec niewykluczone, że pojawi się tu najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a dziś pomyślałem sobie, że przedstawie tekst, jaki zamieściłem w poprzednim wydaniu miesięcznika „Bez Cenzury”. Swoją drogą, bardzo polecam. Naprawdę warto.       


       Myślę, że większość z nas ma świadomość, że świat, który przyzwyczailiśmy określać mianem „cywilizowany”, niemal od samych swoich początków podzielony jest wewnętrznie na część, w której obowiązuje to coś, co zwykliśmy nazywać prawem rzymskim, oraz na część, gdzie liczy się wyłącznie prawo pięści. W przestrzeni, w której funkcjonuje prawo rzymskie, mamy państwa, parlamenty, sądy, tak zwane wolne media i wszystko to, co nam dała tak zwana demokracja, a wraz z nią, nasze święte przekonanie, że nawet jeśli od czasu do czasu coś nam nie wyjdzie, to na tego typu kłopoty mamy szereg bardzo skutecznych mechanizmów, które nam pozwolą skutecznie powrócić na kurs i ścieżkę. Po drugiej natomiast stronie, pozostaje coś, co tak pięknie zostało zobrazowane w znanej powieści Josepha Hellera „Paragraf 22”, w znakomitym tłumaczeniu mistrza Jęczmyka: „…kolanem w brzuch z ziemi w zęby w nocy skrycie nożem z góry w dół na magazyn okrętu przez worki z piaskiem wobec przeważającej siły w ciemnościach bez słowa ostrzeżenia. Za gardło”.
      I nie dajmy sobie zawrócić w głowie głupią propagandą. Ów podział obowiązuje pod każdą dosłownie długością i szerokością geograficzną. Nie ma tak naprawdę miejsca na świecie, gdzie człowiek, który postanowił się zaangażować w jakikolwiek sposób w życie publiczne, a jednocześnie uznał, że każdy jest równy wobec prawa, może żyć w bezpiecznym przekonaniu, że dożyje końca swoich dni w spokoju, a to przede wszystkim z akcentem na słowo „dożyje”. Większość z nas, czy to piszący ten tekst, czy ci, którzy go czytają, spędzamy czas w przestrzeni definiowanej przez cztery ściany własnego domu, a zatem nas ów problem niekoniecznie musi dotyczyć, natomiast oglądając choćby takie znakomite amerykańskie filmy, jak „Trzy dni Kondora”, czy „Rozmowa”, możemy spokojnie założyć, że jest świat, gdzie wszystkie reguły są odwrócone, a my nie mamy nic do gadania. Co ja mówię, filmy? Wystarczy wspomnieć zabójstwo prezydenta Stanów Zjednoczonych, Johna F. Kennedy’ego, by wiedzieć, co jest na rzeczy. My Polacy zresztą nie powinniśmy też zapominać, że mając w pamięci choćby rok 2010 i Smoleńsk, w ogóle nie musimy daleko szukać. Wszystko mamy na miejscu.
     Wspomniałem ów Smoleńsk i tym samym naszą uwagę skierowałem na coś znacznie bardziej konkretnego, niż ogólnoświatową walkę służb, a mianowicie na Rosję. Otóż, w żadnym wypadku nie odbierając należnych zasług tajnym służbom takich krajów jak Izrael, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, czy nawet Niemcy, należy przyznać, że ów wspomniany wcześniej podział na tak zwany świat cywilizowany, a świat kontrolowany przez mafię, nigdzie nie jest aż tak widoczny, jak właśnie tam, w Rosji. I powyższe stwierdzenie, dla każdego z nas, który zdołał świadomie przeżyć choćby kilka z minionych lat, jest tak oczywiste, że wręcz aż trywialne. My, ludzie starsi, wciąż pamiętamy owe – dziś już brzmiące, jak żart – opowieści o czarnej wołdze, która jeździ po mieście i zbiera wszystko, co jest wyznaczone do likwidacji, czy o równie czarnym parasolu ze śmiertelną trucizną, a jednocześnie z każdej strony słyszymy kpiące uwagi, że jedno i drugie to zaledwie ludowa plotka, tak samo bzdura, jak ta sprzed lat, a dotycząca polskich dzieci rzekomo przerabianych przez Żydów na macę. Fakt jest jednak taki, że tu akurat znajdujemy się w samym centrum czegoś, co nie jest ani plotką, ani propagandą. Bo mówimy o Rosji właśnie.
      Otóż, wedle oficjalnych bardzo danych, od roku 1992, a więc od czasu, gdy upadł Związek Sowiecki i powstało demokratyczne, uznawane przez cały świat, państwo o nazwie Rosja, na terenie owego państwa doszło znacznie ponad dwustu oficjalnie zarejestrowanych przypadków zabójstw samych dziennikarzy. Proszę pamiętać, że nie mówimy o politykach, biznesmenach o członkach grup przestępczych powiązanych z kontrolowanymi przez rosyjskie państwo biznesami, bo wówczas owa liczba musiałaby być wielokrotnie wyższa. Mówimy o samych dziennikarzach. Od roku 1992, w Rosji, w najczęściej kompletnie niewyjaśnionych okolicznościach, zostało zamordowanych grubo ponad dwustu dziennikarzy, związanych niemal wyłącznie z tak zwaną antysystemową opozycją. Część z tych przypadków znamy bardzo dobrze, jak na przykład ten najbardziej medialnie rozdmuchany, może dlatego, że dotyczący obywatelki Stanów Zjednoczonych nazwiskiem Anna Politkowska, dziennikarki współpracującej z bardzo krytycznie nastawionej do rosyjskiego reżimu „Nową Gazetą”, którą w październiku 2006 roku znaleziono zastrzeloną w windzie domu, w którym mieszkała.
      Nie zapominajmy jednak, że tu nie chodzi tylko o Politkowską i o tych parę jeszcze znanych całemu światu nazwisk, jak choćby to najbardziej z nich znane – nawet nie dziennikarza, ale zwykłego agenta – Litwinienko. My dziś rozmawiamy o ponad dwustu tak naprawdę nieznanych nikomu dziennikarzach, którzy zostali zamordowani przez służby specjalne nadzorowane czy to przez prezydenta Putina, czy akurat Miedwiediewa, w samym centrum mniej lub bardziej cywilizowanego świata, a wśród nich choćby o człowieku o wręcz symbolicznie pospolitym nazwisku Siergiej Iwanow, który w roku 2000 został przez do dziś niezidentyfikowanych sprawców sześciokrotnie postrzelony w głowę przed swoim domem w mieście o mocno nierosyjskiej nazwie Togliatti, skądinąd znanej z produkcji, słynnych przynajmniej u nas w Polsce, samochodów marki Łada.
      Moglibyśmy więc tu się zamartwiać losem kolejnych osób, które, wbrew wszystkiemu, postanowiły walczyć z czymś co niezapomniany Herbert określił mianem Potwora, który „pozbawiony jest wymiarów, trudno go opisać, wymyka się definicjom, jest jak ogromna depresja rozciągnięta nad krajem, nie da się przebić piórem, argumentem, włócznią”, ale to jest bezcelowe choćby z tego powodu, że nie ma naprawdę sensu się zadręczać czymś, na co nie mamy wpływu i co tak naprawdę i tak ginie w gąszczu nazwisk, których nikt ani nie zna, ani nawet, jak zna, to nie pamięta. W tej zatem sytuacji, spróbujmy wspomnieć zdarzenie, które pokazuje nam aż nazbyt wyraźnie, że w tym całym nieszczęściu jest jeszcze żywy człowiek z jego absolutnie autentycznymi emocjami, a przy nim, jeśli spróbujemy spojrzeć na to z pewnej perspektywy, te wszystkie zbrodnie tracą swą całą czarną moc. Bo oto, jak się okazuje, istnieje coś jeszcze, czego nie przemoże wszelkie zło tego świata, a to z tego prostego powodu, że za tym stoi wartość stara jak świat, a mianowicie zemsta.       
        Przypomnijmy więc sobie dziś człowieka nazwiskiem Jurij Budanow. Nie wykluczam, że niektórzy z czytających te słowa osób, odpowiedź na pytanie, co to za gagatek, zna świetnie, niemniej na wszelki wypadek opowiem, kto zacz.
    Otóż jeszcze w roku 2000 na wojnie czeczeńskiej niespełna 40-letni  Budanow dowodził pułkiem czołgów, i tak mu się któregoś dnia przytrafiło, że w miejscowości Tangi Czu wpadł do jednego z domów, uprowadził 17-letnią dziewczynkę o nazwisku Eliza Kungajewa, wymyślił sobie, że uzna ją za ostrzeliwującego Rosjan snajpera, i w konsekwencji, czepiwszy się już tej diagnozy, postanowił to dziecko osobiście przesłuchać, w najbardziej wymyślny sposób je przy tym torturując, następnie w najbardziej okrutny sposób je zgwałcił, a w końcu własnymi rękoma je udusił. Kiedy sprawa jakimś cudem wyszła na jaw i Budanow stanął przed sądem, rosyjska opinia publiczna bardzo mocno wsparła swojego bohatera, a bezpośredni dowódca Budanowa, generał Władimir Szamanow, oświadczył, że osobiście ręczy za swojego oficera i wygłosił dość słynne już dziś zdanie: „Wrogom Budanowa chcę tylko powiedzieć, że nie pozwolimy nikomu, by swoimi brudnymi łapskami plamił honor rosyjskiego żołnierza i oficera”. Przez jakiś czas wydawało się więc, że Budanow za to co uczynił, zgodnie z ruską tradycją, zostanie uznany za narodowego bohatera, a może i dostanie od prezydenta Putina kolejny order, jednak w jakiś przedziwny sposób, dzięki zaangażowaniu przeróżnych broniących praw człowieka organizacji, po trwającym grubo ponad dwa lata procesie, podczas którego Budanowa najpierw uniewinniono, tłumacząc jego zachowanie, chwilowym szaleństwem, w roku 2003 rosyjski Sąd Najwyższy kazał ostatecznie Budanowa wyrzucić z wojska, zdegradować, pozbawić orderów i wsadzić na 10 lat do więzienia. Mimo że przedstawione przez sądowych lekarzy dowody wskazywały, że Kungajewa była przy użyciu różnego rodzaju tępych narzędzi w bardzo wymyślny sposób przed śmiercią, torturowana, Budanowowi nie postawiono zarzutu gwałtu, lecz jedynie porwanie, przekroczenie uprawnień i zabójstwo. Za gwałt natomiast zostali skazani, a następnie wypuszczeni na mocy amnestii na wolność, trzej podwładni Budanowa, dwaj sierżanci, Li En Szu i niejaki Grigoriew, oraz szeregowiec nazwiskiem Jegoriew. Warto przy tym wspomnieć, że sędzia, który skazał Budanowa, niejaki Bukriejew, w roku 2009 został oskarżony o łapówkarstwo i skazany, podobnie jak Budanow, na 10 lat więzienia.
      Tymczasem czeczeńscy partyzanci do tego stopnia przeżyli zarówno samą zbrodnie, jak i ów przedziwny proces, że w pewnym momencie nawet zaproponowali Rosji wymianę Budanowa na 9 przetrzymywanych przez siebie żołnierzy OMON-u. Ponieważ jednak Rosja, zgodnie zresztą ze swoją odwieczną tradycją, na ową propozycję zareagowała jedynie wzruszeniem ramion, cała dziewiątka została natychmiast wymordowana, a sami Czeczeni przyczaili się, by cierpliwie czekać na dalszy rozwój wypadków.
      Już w roku 2004 nastąpiła pierwsza próba zwolnienia Budanowa. Gubernator Ulianowska podpisał decyzję o warunkowym zwolnieniu i przywróceniu Budanowowi wszystkich wojskowych honorów, co zmusiło stronę czeczeńską do wydania oświadczenia, że z ich punktu widzenia, czy to w więzieniu, czy na wolności, Budanow nie jest istotą ludzką i w związku z tym decyzja o jego losie pozostaje niezmiennie w rękach przyjaciół Elizy. W roku 2006 za dobre sprawowanie Budanow został przeniesiony z więzienia o zaostrzonym rygorze do kolonii karnej. W roku 2008 sąd zdecydował o skróceniu kary Budanowa, który w konsekwencji w styczniu 2009 roku wyszedł na wolność. Cztery dni później, prawnik reprezentujący rodzinę Kungajewej, Stanisław Markiełow, który do ostatniej chwili walczył o to, by Budanowa nie wypuszczać, podobnie jak 25-letnia dziennikarka „Nowej Gazety”, Anastazja Burowa, zostali w roku 2009 zamordowani, jak zapewnili rosyjscy śledczy, przez nieustalonych neonazistów.
      Jak głosi wieść, przez całe lata, mimo swojej przeszłości – a może właśnie dzięki niej – był Budanow uważany za bohatera przez wielu Rosjan, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że Rosja wykazała się taką słabością wobec Zachodu, że zgodziła się rzucić mu na pożarcie kogoś tak dzielnego i wybitnego, jak ów Budanow. Już podczas procesu Budanowa, przed budynkiem sądu odbywały się nieustanne pikiety, a według starannie przeprowadzonych sondaży, ponad 50% Rosjan deklarowało poparcie dla Budanowa, podczas gdy za tym, by go ukarać, opowiadało się zaledwie 17% i z tego co nam wiadomo, te różnice z biegiem lat się już tylko pogłębiały. Z drugiej jednak strony – i tu będziemy teraz przechodzić do sedna tych refleksji – w samej Czeczenii było mnóstwo ludzi, dla których to, że Budanow został wyrzucony z wojska, że pozbawiono go orderów, że wreszcie spędził te głupie parę lat w więzieniu, i że ostatecznie przepieprzył swoje nędzne życie, to wszystko nie stanowiło żadnej jakościowej różnicy, bo jak już wspomnieliśmy, oni i tak nie uważali go za człowieka. Mam już osobiste dziś wrażenie, że dla nich nie miało nawet znaczenia to, czy on ostatecznie zgubił z tej swojej odsiadki rok, dwa, czy trzy, czy może nawet i cztery lata. Wygląda na to, że kiedy on wychodził na wolność, w Czeczenii wciąż żyli ludzie, dla których nie miałoby żadnego wręcz znaczenia, nawet gdyby Budanow został wtrącony do najbardziej czarnych lochów na lat 50. Tak to właśnie wyglądało.
               I kiedy wydawało się, że w tym momencie czas się zatrzymał, to on nagle gwałtownie przyspieszył. Oto dziesięć lat minęło od roku 2000. Dziesięć lat minęło od czasu jak Budanow zgwałcił i zamordował tamto czeczeńskie dziecko, sam zdążył jeszcze przez chwilę pożyć nadzieją, że jakoś może uda mu się wykręcić, następnie zdążył spędzić te swoje w sumie 9 lat za kratkami, potem jeszcze coś tam pokombinować przy handlu nieruchomościami, no i nastąpiło czyste i krystalicznie jednoznaczne „do widzenia z panem”.
      Dziś, jak niektórzy z nas wiedzą, Budanow nie żyje. Został zastrzelony 10 czerwca 2011 roku przez niezidentyfikowanego zamachowca w centrum Moskwy. Szedł sobie spokojnie ulicą, kiedy obok niego zatrzymał się samochód, z samochodu wyskoczył zakapturzony mężczyzna i z wyposażonego w tłumik pistoletu strzelił do Budonowa sześć razy, w tym cztery razy prosto w głowę.
        7 maja 2013 roku, za zabójstwo Budanowa na 15 lat więzienia skazany został niejaki Jusup Temerkanow, który wedle oficjalnych doniesień pragnął pomścić śmierć ojca, poległego podczas wojny czeczeńskiej w roku 2000. Broniący go adwokat również poszedł siedzieć, oczywiście za łapówkarstwo.
        Taka to jest ta historia, a my już tylko możemy się zastanawiać, jaka z niej nauka płynie dla nas. Otóż powinniśmy mieć świadomość, że ów świat, którym rządzą przede wszystkim interesy, to świat tak samo skomplikowany, jak skomplikowane są owe interesy, najczęściej oczywiście finansowe, ale niekiedy również, jak się okazuje, czysto moralne. A wtedy może się okazać, że w owym świecie znajdzie się miejsce nie tylko dla takiego Budanowa, ale również dla ludzi, którzy naprawdę potrafią czekać. I niech ci, co sądzą, że posiedli wszystko, śpią z jednym okiem otwartym.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek. Naprawdę warto.


środa, 20 kwietnia 2016

Zyta Gilowska, czyli żegnaj Kapitanie

Dziś znacznie spóźniony, bo aż z zeszłego tygodnia, mój felieton do „Warszawskiej Gazety”, poświęcony zmarłej i pochowanej już Zycie Gilowskiej. Mam jednak nadzieję, że pomoże on nam jeszcze raz, po tych wszystkich dniach, poczuć potęgę tej straty, no i pożegnać Ją raz jeszcze.

Pogrzeb Zyty Gilowskiej, choć był wydarzeniem w najnowszej historii Polski czymś zupełnie wyjątkowym i przez udział w nim najwyższych przedstawicieli państwa rangę tę w pełni potwierdził, przez ściśle określoną część mediów został zlekceważony, by nie powiedzieć – zbojkotowany. Kiedy w świdnickim kościele przemawiał najpierw prezydent Duda, a zaraz zanim niezwykle poruszającą mowę wygłosił Jarosław Kaczyński, telewizja TVN24 zajmowała się końmi Shirley Watts i opiniami o Polsce krążącymi wśród niemieckich dziennikarzy, a w wieczornym podsumowaniu dnia sprawie pożegnania prof. Gilowskiej poświęciła zaledwie migawkę. Wcześniej jeszcze, odkrywając swoje intencje tak, że bardziej chyba trudno sobie wyobrazić, zaprezentowała specjalnie przygotowane na tę okoliczność wspomnienie, którego znaczną część wypełniła kwestia dawno już rozstrzygniętych, a dotyczących Gilowskiej, wątpliwości lustracyjnych, a więc uciekając się do argumentów dla tego akurat towarzystwa dość obcych.
Przyznać muszę, że tego typu postepowanie było dla mnie pewnym szokiem. Oczywiście ja sam, znając Zytę Gilowską osobiście, utrzymując z nią przez kilka ostatnich lat dość bliski kontakt, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jakiego formatu człowiekiem ona jest, a dziś już ze smutkiem stwierdzam, że była. Miałem jednak też przy tym świadomość, że w tak zwanej przestrzeni publicznej, czy bardziej precyzyjnie mówiąc, systemowej propagandzie, funkcjonowała ona jako ktoś, kto choć wprawdzie się stoczył, to jednak wciąż należał do tej rzekomo lepszej strony polskiej sceny. Ów atak więc mnie, owszem, zaskoczył, a mimo to w pewien sposób moralnie umocnił, gdyż dzięki niemu zrozumiałem, że oni przez te wszystkie lata musieli o prof. Gilowskiej myśleć dokładnie tak, jak ja sobie mógłbym tylko wymarzyć, a więc z czystą i zimna nienawiścią. Kiedy zobaczyłem, jak oni ja potraktowali, kiedy już odeszła, doszedłem do przekonania, że to naprawdę musiał być ktoś nie byle jaki, by u tej bandy satanistów wzbudzić taką wściekłość.
Gdy chodzi o Zytę Gilowską, w wielu środowiskach przez wiele lat utrzymywało się wybitnie mylne przekonanie, że oto wśród nas pojawiła się osoba ideologicznie kompletnie obca, którą, jeśli powinniśmy szanować, to tylko przez jakiś nie do końca zdefiniowany kompleks Jarosława Kaczyńskiego, wobec którego pozostajemy bezradni. Dziś, kiedy już odeszła do Pana, nawet gdybym nie wiedział tego co wiem, wiedziałbym, że sposób, w jaki ona została potraktowana przez System, daje nam potwierdzenie jej najwyższych kwalifikacji. Ale ja swoją wiedzę mam. A jest to, jak już wspomniałem wiedza pochodząca z samej głębi naszej osobistej znajomości. Myślę, że znakomitym argumentem na ten czas po, będzie fragment z listu, który od niej otrzymałem, kiedy, choć bardzo słaba, jeszcze żyła. Proszę wsłuchajmy się w te słowa i zrozummy wreszcie, kogo Polska straciła:
Trzeba zwrócić się do Opatrzności, pamiętać o Przodkach i łapać dystans. W takich przypadkach cytuję sobie świętego Augustyna – ‘Ziemia jest naszym okrętem, nie siedzibą’. Zresztą, ‘Wszystkie włosy na naszej głowie są policzone’. To fakt”.

Wszystkich zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie jak zawsze są do nabycia moje książki. Polecam serdecznie i szczerze.

piątek, 1 sierpnia 2014

O miłosierdziu, o sprawiedliwości i niewdzięcznych jeńcach

Właśnie przypominał mi się absolutnie wyjątkowy, genialny zupełnie film braci Coen pod tytułem „Ścieżka strachu”. Czemu ten film jest genialny, wyjaśniać nie trzeba, natomiast jego wyjątkowość polega na tym, że w moim pojęciu, jest to jedyny film, który z jednej strony jest absolutnie wybitny, a jednocześnie zupełnie nie do oglądania. I to wcale nie na takiej zasadzie, jak wybitne, a jednocześnie nie do oglądania są filmy Bergmana czy Kieślowskiego, ale chodzi o to, że to jak ci Żydzi pokazują ludzki upadek jest tak doskonałe, że aż nie do zniesienia. Dosłownie.
Mamy zatem tę scenę, kiedy to Gabriel Byrne wyprowadza do lasu Johnny’ego Turturro, aby wykonać na nim wyrok, a Turturro pada na kolana i błaga Byrne’a, by mu darował życie. I nie błaga tak, jak my to tutaj sobie potrafimy wyobrazić, ale błaga tak, jak to tylko bracia Coen potrafili zainscenizować… no i w efekcie owego błagania, Byrne się ugina i daruje temu biedakowi życie.
Przypomniała mi się więc ta leśna scena, ale zanim wyjaśnię w czym rzecz, pozwólmy, proszę, by nam ona na chwilę standardowo bardzo wygasła. A więc… fade-out.
Nie wiem, czy o tym tu już wspominałem, ale tak się jakoś złożyło, że nie jedno, nie dwoje, ale wszystkie moje dzieci są bardzo zaangażowane w to, co się dzieje na świecie, który się rozciąga poza ich prywatnym światem, złożonym najczęściej z Facebooka i codziennych zmartwień i radości. Oto więc wczoraj, z samego rana, moja starsza córka, szczęśliwie w pracy, wysłała mi mail z linkiem do rozmowy, jaką na portalu wp.pl przeprowadzono z niejakim Stanisławem Likiernikiem, jednym z bohaterów Powstania Warszawskiego, a ja dziś w ten oto sposób, dzięki aktywności mojego dziecka, też mogę się dołączyć do dyskusji o Powstaniu Warszawskim w jego kolejną rocznicę.
Stanisław Likiernik wprawdzie skupia się przede wszystkim na zamachu na pewnego niemieckiego mordercę Karla Schmalza, znanego pod pseudonimem „Panienka”, niemniej w pewnym momencie opowiada, jak to likwidując owego Schmalza, on i jego koledzy darowali życie innemu Niemcowi. A było tak:
Nie zabiliśmy jednego z Niemców, który też był Bahnschutzem, ale udawał cywila. Płakał, błagał, żeby go oszczędzić. Wykazaliśmy się humanitaryzmem, za co życiem zapłacił Kazimierz Jakubowski ‘Kazik’. Ten, którego zachowaliśmy, przypadkiem poznał go, bodajże w tramwaju, i wydał Niemcom. Potwornie ‘Kazika’ torturowano”.
Wysłało mi moje dziecko ten link, ja zapoznałem się z całością tego, co pod nim było ukryte, w tym oczywiście z powyższym fragmentem, i w wolnej chwili siedliśmy sobie i zaczęliśmy się zastanawiać, jak to naprawdę jest z tym słynnym braniem jeńców. Jakie boskie, czy choćby ludzkie prawo każe brać jeńców? W imię czego? Po co? Gdzie się zaczyna nasza litość, nasze chrześcijaństwo, a gdzie się jedno i drugie kończy? Mamy więc tego, dziś już staruszka, pana Likiernika, który ma tak naprawdę już w swoim życiu tylko dwa wspomnienia: jedno związane z człowiekiem, którego zabił, a drugie z człowiekiem, którego nie zabił. Czemu zabił? Bo tak mu podpowiedziała sprawiedliwość. Czemu nie zabił? Bo tak mu kazała postąpić jego wiara i dom, który go wychował. A na końcu tego łańcuszka mamy owego „Kazika”, którego tak „potwornie” najpierw torturowano, a potem zabito.
Takie to paskudne jest to nasze życie. A nam już tylko pozostaje rozważyć wszystkie argumenty i dojść do owego jakże przejmującego wniosku: nie bierzemy jeńców. Jeńców nie bierzemy. Nie przez zatwardziałość serc naszych, ale przez większe dobro. Zwłaszcza gdy mamy wojnę. A mamy.


http://historia.wp.pl/title,Stanislaw-Likiernik-wtedy-komory-gazowe-zapelnilyby-sie-Polakami,wid,16782651,wiadomosc.html

Zachęcam wszystkich do odwiedzania sklepu Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie właśnie rozpoczęła się promocja pierwszej i drugiej baśni, co biorąc pod uwagę, że wciąż mamy wyjątkowo przyjazną ofertę na dwa pierwsze „Toyahy”, daje nam okazję wręcz niezwykłą. Polecam. Jednocześnie, jak zawsze, prosze o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

O zemście bezgwiezdnej i czarnej jak Biblia

O pułkowniku Juriju Budanowie po raz pierwszy w życiu – a przynajmniej w taki sposób, by to nazwisko zapamiętać – usłyszałem w minioną sobotę. Dokładnie rzecz biorąc, nawet nie tyle usłyszałem, co przeczytałem w Rzeczpospolitej. I nie umiem powiedzieć, czy to wina moja i mojego braku zainteresowania sprawami ważnymi, czy może historia tego człowieka nie została potraktowana w Polsce z na tyle należną mu uwagą, by stać się własnością publiczną. Faktem pozostaje jednak to, że o Budanowie, jeszcze do soboty nie wiedziałem nic.
Dziś, jak czytam, Budanow nie żyje. Został zastrzelony przez niezidentyfikowanego zamachowca w centrum Moskwy. Zabity został w biały dzień, na oczach przechodniów, z całą pewnością przez profesjonalistów, którzy po dokonaniu egzekucji natychmiast zniknęli i ślad po nich zaginął. Patrzę na zdjęcie zamieszczone w gazecie, widzę leżące w kałuży krwi ciało w czarnych spodniach i w niebieskiej koszuli, obok jakichś dwóch, diabli wiedzą co za jednych, Rosjan, a wokół nich niewielkie żółte, policyjne tabliczki z oznaczeniami: 1, 2, 3. I tyle.
Pisze Rzeczpospolita, że kiedy Budanow wychodził z kancelarii notarialnej, z białego mitsubishi lancera wyskoczył okapturzony mężczyzna, strzelił do niego sześciokrotnie, następnie wskoczył do samochodu, gdzie już czekał na niego wspólnik, i obaj razem odjechali. I tyle. I tyle.
Kim był Jurij Budanow? Nie wykluczam, że wielu z czytających te słowa osób, odpowiedź na to pytanie zna świetnie, niemniej na wszelki wypadek krótko opowiem, co to za gagatek. Otóż jeszcze w roku 2000 na wojnie czeczeńskiej dowodził on pułkiem czołgów, i tak mu się któregoś dnia tak przytrafiło, że w miejscowości Tangi zatrzymał 17-letnią dziewczynę o nazwisku Eliza Kungajewa, uznał ją za ostrzeliwującego Rosjan snajpera, i w konsekwencji, czepiwszy się już tej diagnozy, najpierw to dziecko osobiście torturował, następnie osobiście zgwałcił, a w końcu, również jak najbardziej osobiście, udusił.
Przez jakiś czas wydawało się, że Budanow za to co uczynił, zgodnie z ruską tradycją, zostanie uznany za narodowego bohatera i dostanie medal, jednak jakimś cudem, dzięki zaangażowaniu przeróżnych broniących praw człowieka ugrupowań, Budanow został wyrzucony z wojska, zdegradowany, pozbawiony orderów, skazany na 10 lat więzienia, po 9 latach warunkowo zwolniony i wrócił na łono rodziny i niewykluczone, że i jakichś kochanek, które czuły potrzebę kontaktu z prawdziwym silnym człowiekiem.
Rzeczpospolita informuje, że przez całe lata, mimo swojej przeszłości – a może właśnie dzięki niej – był jednak Budanow uważany przez wielu Rosjan za bohatera, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że Rosja wykazała taką słabość wobec Zachodu, że zgodziła się rzucić mu na pożarcie kogoś tak dzielnego i wybitnego, jak Budanow. Z drugiej jednak strony – i tu będziemy teraz przechodzić do sedna tych refleksji – w samej Czeczenii było mnóstwo ludzi, dla których to, że Budanow został wyrzucony z wojska, że pozbawiono go orderów, że wreszcie spędził 9 lat w więzieniu, i że ostatecznie przepieprzył swoje nędzne życie, to wszystko nie stanowiło żadnej jakościowej różnicy. Mam już osobiste dziś wrażenie, że dla nich nie miało nawet znaczenia to, że on ostatecznie zgubił ten jeden jeszcze rok odsiadki. Powiem więcej, mam osobiste przekonanie, że w Czeczenii wciąż żyli ludzie, dla których nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby nawet Budanow w Rosji dostał 50 lat więzienia. Taką mam wiarę.
Pisze rzeczpospolita dalej, że w roku 2001, specjalnie ze względu na osobę Budanowa… no i z całą pewnością też ze względu na pamięć o tamtym dziecku, czeczeńscy partyzanci zaproponowali Imperium pewien układ – otóż zwrócili się do Rosjan, żeby im wydali Budanowa, obiecując, że w zamian za niego, oni z kolei puszczą wolno kilkunastu rosyjskich żołnierzy, którzy wcześniej niefortunnie wpadli w zastawioną przez nich pułapkę. Rosjanie oczywiście – proszę zwrócić uwagę na to, jak oni są okropnie przywiązani do swojej tradycji – na układ nie poszli, Budanowa posadzili na dziewięć lat, Czeczeńcy rosyjskich żołnierzy, bez oczywiście mrugnięcia okiem, wymordowali i czas ruszył do przodu.
Dziś czytam w Rzeczpospolitej, że właśnie się zatrzymał. Dziesięć lat minęło od roku 2000. Dziesięć lat minęło od czasu jak Budanow zgwałcił i zamordował tamto czeczeńskie dziecko, sam zdążył jeszcze przez chwilę pożyć nadzieją, że jakoś może uda mu się wykręcić, następnie zdążył spędzić 9 lat za kratkami, potem jeszcze pewnie coś tam pokombinować z tym notariuszem, no i nastąpiło czyste i krystalicznie jednoznaczne „do widzenia z panem”. 10 lat – wydawałoby się, że to szmat czasu. Tyle że znów, z pewnego punktu widzenia – tak jak to było w przypadku tego relatywnie wcale nie tak małego wyroku – należy pamiętać, że są ludzie, którzy mogą czekać i dwa, i trzy i może i cztery razy dłużej.
Co mi strzeliło do głowy, żeby akurat dziś zajmować się sprawą tego mordercy? Powiem uczciwie, że wprawdzie mam pewne podejrzenia, ale tak do końca to nie wiem. Myślę jednak, że wpływ na to, że w ogóle zacząłem o nim pisać, miała przede wszystkim sobotnia wypowiedź Grzegorza Schetyny na temat zamordowanego w Smoleńsku Macieja Plażyńskiego, że niby on dziś z nieba patrzy na tę bandę gangsterów, która w pewnym bardzo szczególnym sensie go do tego nieba wysłała, i życzy im wszystkiego dobrego i, będący tej wypowiedzi konsekwencją, protest rodziny śp. Marszałka wobec tego rodzaju bezczelnej uzurpacji. Myślę, że jakimś dziwnym trafem, to właśnie to wszystko sprawiło, że pomyślałem o tym Budanowie.
Wielu z nas z całą pewnością zna piosenkę Jimiego Hendriksa ‘Hey Joe’ – to ta, co ją każdego roku na rynku we Wrocławiu, cała kupa gitarzystów gra by bić jakiś kolejny rekord Guinessa, czy coś w tym guście. Otóż warto poznać tekst owej piosenki. Jest on skandalicznie prosty, prosty wręcz prymitywnie. A brzmi on tak:
Hej Joe! Dokąd się to wybierasz z tą spluwą w dłoni?
Hej Joe! No powiedz, dokąd to się wybierasz z tą spluwą w dłoni?
Idę zastrzelić moją kobietę za to, że kombinowała na boku z innym mężczyzną”.
No i tak dalej. Niby zwykle love story, ale ileż za tą przygodą uniwersalnych znaczeń! Ileż ukrytych przekazów na temat sprawiedliwości, prawa i na temat prastarej, czarnej jak Pismo Święte zemsty. Jak mówię, lub jak to mówią na boisku w Sopocie – krótka piłka.
A co my z tego mamy? Jaka to dla nas płynie nauka z tej opowieści? Otóż, moim zdaniem, podwójna. Pierwsza to taka, że wielu z nas przez te wszystkie doświadczenia minionych lat fatalnie stwardniało. Kiedyś naprawdę byliśmy grzeczni i otwarci na wszelkie możliwe propozycje. Wielu z nas dziś już z tamtych serdecznych uścisków nie zachowało nic. Stwardniały nasze serca i stwardniały nasze dusze. Czy to dobrze? Nie sądzę. Uważam wręcz, że to może i jest bardzo źle i w związku z tym modle się codziennie, by Dobry Bóg darował mi ten gniew.
Druga natomiast lekcja nadchodzi w sposób bardziej demokratyczny i obejmuje swoim zasięgiem nie tylko mnie, nie tylko nas, ale również i ich. Tych wszystkich, co tam się na nas zaczaili i warczą w naszą stronę i ostrzą swoje zęby i czekają na odpowiedni moment, żeby nas zabić. Otóż niech wiedzą, że nie ma takiego czasu, o którym można by powiedzieć, że jest zbyt długi, albo zbyt krótki. Z czasem jest bowiem tak jak ze wszystkim. Każdy go widzi i przeżywa na swój sposób. Podobnie jak i sposób w jaki zechce go wykorzystać, gdy rozlegnie się dzwonek.

I już na sam koniec gorąca prośba do przyjaciół. Skoro nie chce Wam się ze mną gadać, to przynajmniej wspierajcie ten blog (numer konta macie tuż obok) i wszystko co za nim stoi. Lub leży. Będę wiecznie zobowiązany.

wtorek, 17 maja 2011

Patrioci w czerwonych okularach

Tak jak to się dzieje od lat, za każdym razem gdy wchodzimy w rok wyborczy, polska scena polityczna po swojej prawej stronie zaczyna wykonywać masę nowych, najczęściej niezwykle nerwowych gestów, których wspólną cechą jest zainteresowanie przyszłych wyborców tak zwaną „alternatywą”. Owa alternatywa najczęściej nie jest żadną alternatywą, ale starą i kompletnie już zużytą ofertą, określaną najczęściej mianem „Zjednoczonej Prawicy”, a w rzeczywistości stanowiącą chaotyczną zbieraninę politycznych tworów i osób, znanych nam z ponad już dwudziestoletniej historii, tyle że w nowej konfiguracji i ewentualnie pod nowymi nazwami.
Teoretyczne usprawiedliwienie dla tych dziwacznych posunięć jest różne. Czasem chodzi rzekomo tylko o to, by w ramach szacunku dla demokracji, dopuścić do gry również inne, mniej mainstreamowe prawicowe projekty, czasem o to, by przez większą ofertę wzmocnić siłę prawicy jako takiej, a niekiedy wręcz o to, by przez stworzenie nowych politycznych propozycji, wzmocnić przyszłą zdolność koalicyjną głównej siły na prawicy. A więc w naszym wypadku – jak to ma miejsce od dwudziestu już lat – Jarosława Kaczyńskiego. Praktycznie natomiast, wedle dość powszechnej na prawicy opinii, cel jest jeden – prawicę rozdrobnić, ostatecznie ją zniszczyć, a samego Jarosława Kaczyńskiego ze sceny ostatecznie usunąć. Cel oczywiście często ani przez głównych aktorów tego szumu nie zamierzony, ani nawet uświadomiony. Ale trudno, by było inaczej. Oni tu nie są od myślenia, ale od roboty.
Ostatnio mam nieopuszczające mnie wrażenie, że specjaliści od niszczenia polskiej prawicy zebrali się na blogach i usiłują robić to co zawsze – a więc tworzyć „alternatywę” – tyle że już nie jako cała kupa starszych pań i panów śpiewających patriotyczne pieśni i machających sztandarami z białoczerownym orłem – w końcu, jak śpiewał Bob Dylan, czasy się zmieniają – lecz młodych, wykształconych i strasznie nowoczesnych blogerów. Oczywiście też nie samych blogerów. Oni udzielają tu wyłącznie teoretycznego wsparcia, natomiast już za ich plecami przebierają nogami praktycy, czyli znani nam skądinąd bardzo patriotycznie zorientowani politycy, wojskowi, działacze katoliccy i biznesmeni z pieniędzmi.
Dziś, obok wspomnianej już wcześniej tezy, o konieczności koalicyjnego wzmocnienia Jarosława Kaczyńskiego na wypadek przyszłych – być może wygranych przez niego – wyborów, pojawił się nowy akcent, sformułowany w Nowym Ekranie, stosunkowo nowej (ciekawe, swoją drogą, jak ona nagle się wśród nas pojawiła, prawda?) blogerskiej, jak najbardziej prawicowej, platformie. Otóż plan jest taki. Smoleńska Katastrofa – z względu na swoją oczywistość – tak czy inaczej musi się skończyć jakimś wybuchem. A wybuch ten może być dwojaki. Albo Jarosław Kaczyński wygra wybory i zabije Tuska, albo Tusk – wiedząc, że dopóki jego przyszły kat żyje, jego los jest bardzo niepewny – zabije Kaczyńskiego. Ponieważ w obecnej sytuacji Jarosław Kaczyński jest całkowicie bezbronny, przyszłość jest jasna: Tusk musi zabić Kaczyńskiego, a polska prawica, oparta tylko na jego osobie i jego projekcie, się rozsypie. Ratunek jest jeden – stworzyć szeroki ruch, który jednocześnie Kaczyńskiemu zapewni konieczną ochronę, a w wypadku jego śmierci, będzie potrafił ponieść pochodnię.
Ponieważ opinia powyższa została sformułowana nie przez jakiegoś ambitnego blogera, który wprawdzie nie bardzo potrafi, ale bardzo chce, lecz przez samego szefa Nowego Ekranu i została zamieszczona na najbardziej eksponowanym miejscu, czuję się zobowiązany, by na tę bzdurę – bo jest to oczywista bzdura – możliwie mocno zareagować. Otóż, pomijam już fakt, że gdyby System miał ochotę i możliwość zabić Jarosława Kaczyńskiego, zrobiłby to już dawno i bez najmniejszego kłopotu, choćby wysyłając na niego jakiegoś wariata, wybranego spośród fanów Szkła Kontaktowego, a następnie, po zakończonej robocie wysyłając go w kosmos, i tyle całej roboty. O ile się orientuję, powodów do tego ruchu ma on wystarczająco wiele, a przy okazji, nawet jeśli Kaczyński ma jakąkolwiek ochronę, to najwyżej przed jakimś zapijaczonym działaczem młodzieżówki Platformy Obywatelskiej, ale już w żaden sposób przed zorganizowanym i wysłanym przez System zabójcą. Jeśli jednak Kaczyński wciąż żyje, to znaczy, że oni sobie doskonale wyliczyli bilans zysków i strat.
Jest jednak w owej refleksji na temat tych dwóch równoległych śmierci, coś znacznie istotniejszego. Mianowicie sugestia, że jeśli System Kaczyńskiego nie zamorduje, to on powsadza do więzienia wszystkich najważniejszych funkcjonariuszy tego Systemu, a oni w tym więzieniu zgniją. Dlaczego? Dlatego że od czasu Smoleńska Kaczyński jest tak emocjonalnie zdemolowany, że on już w tej chwili żyje wyłącznie myślą o zemście. A więc, całkiem logicznie, System – jeśli chce przeżyć, tak naprawdę nie ma wyjścia. Musi się bronić. I jest to informacja, która wchodzi w przestrzeń publiczność z miejsca powszechnie uważanego za Kaczyńskiemu sprzyjające, a może i go reprezentujące.
I to jest coś, co uważam za wyjątkowo skandaliczne. Otóż sugerowanie – nawet czynione w dobrej wierze – że Jarosław Kaczyński jest obłąkańcem, mającym na celu już tylko ukaranie śmiercią tych, którzy zabili mu brata, jest wyjątkowo podłe, bo i stanowi oczywiste kłamstwo, w dodatku kłamstwo wpisujące się w głosy środowisk Kaczyńskiemu najbardziej wrogich. Ale też kłamstwo, którego skutki mogą być bardzo niebezpieczne. Prawda jest taka, że Jarosław Kaczyński jest człowiekiem o łagodności wręcz niespotykanej. Udowodnił to szczególnie w czasie wszystkich tych miesięcy, jakie nastąpiły po Katastrofie. W nim jest oczywiście pragnienie poznania prawdy, ale na tym koniec. On chce znać prawdę i chce, by ludzie odpowiedzialni za śmierć Prezydenta zeszli pohańbieni ze sceny politycznej na zawsze. To jest bardzo możliwe. Natomiast nie ma takiej możliwości, by on chciał ich śmierci. Ich śmierci mogę chcieć ja, bo jestem pełen grzechu i przeróżnych słabości. On nie. On jest człowiekiem prawdziwie mężnym. A w związku z tym że on jest człowiekiem mężnym, on wie, że jego osobiste emocje i ból muszą być postawione nie przed, lecz daleko za dobrem Ojczyzny i Rodaków.
A zatem, jeśli dziś ktokolwiek sugeruje publicznie, że Donald Tusk powinien się mieć na baczności, bo każdy kolejny dzień, kiedy Jarosław Kaczyński chodzi po świecie, jest też kolejnym gwoździem do jego trumny – i to nie trumny w sensie przenośnym, lecz prawdziwej, drewnianej, solidnej trumny – to za tym nie stoi troska, nie ma tam śladu patriotyzmu, śladu Polski. To zwykłe ruskie bucostwo i bezhołowie. I z takim patriotyzmem powinniśmy walczyć.

poniedziałek, 2 maja 2011

"Zed's dead, baby. Zed's dead"

Oto minął nam dzień beatyfikacji Ojca Świętego, a jednocześnie Święto Bożego Miłosierdzia i kiedy wielu z nas było w nastroju i podniosłym i pełnym gotowości do wybaczania, miłowania i broń Boże rzucania kamieniami, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, ze oto amerykańscy żołnierze zabili Osamę Bin Ladena. Ja oczywiście rozumiem sytuację z każdej strony. Przede wszystkim, wcale nie wykluczam, że jego można było już stuknąć dawno temu, tyle że dopiero dziś Obama uznał, ze ten ruch go może jakoś uratuje przed ostatecznym upadkiem, no i decyzja została podjęta. Ale już niezależnie od tych politycznych zawiłości, jest wojna z terroryzmem, Bin Laden to terrorysta główny, postać wręcz symboliczna, człowiek uważany powszechnie za tego, który zorganizował atak na World Trade Center. A zatem, ta śmierć nad nim wisiała już od dziesięciu lat. Jak to mówią niektórzy, dostał co chciał. Ja natomiast nastawiam uszu, otwieram szeroko oczy i wszystko co słyszę i widzę, to wręcz histeryczna radość z tego, że sprawiedliwości stało się zadość, że słodki jest smak zemsty… no i że zdechł. Że wreszcie zdechł!
Ale to też rozumiem. Wiem świetnie, że wśród nas jest wielu takich, którzy żyją tylko nienawiścią. Dla których słowa ‘prawo’ i ‘sprawiedliwość’ stanowią jedynie najbardziej wulgarne usprawiedliwienie dla ich nieumiejętności kochania i przebaczania. Dla ich pogardy odnośnie pierwszego przykazania Jezusa o miłości bliźniego. Wiem to, znam tych ludzi i wiem też, że sam nie jestem tu bez winy. Tyle że w momencie, gdy dręczony wyrzutami sumienia, pod wpływem napomnień ze strony tych, co kochać potrafią, i wzruszony widokiem rozmodlonych tłumów na Placu Świętego Piotra, zrozumiałem swą podłość i w geście dobrej woli nawet biskupa Pieronka potraktowałem jak bliźniego swego i siebie samego, nagle widzę, że tak zwane ‘życzenie śmierci’ tryumfuje, i to w dodatku tam, gdzie tego tryumfu dotychczas próżno było szukać.
Zaglądam do Onetu, a tam od razu tytuł: „Obudziliśmy się w bezpiecznym świecie”. I kto to tak dziwnie mówi? Przewodniczący Buzek! Czy to możliwe? Oczom nie wierzę. A dalej „Sikorski: YES THEY DID!” No nie! To nie może być. Czy to naprawdę ten Sikorski? Nie uwierzyłbym, gdyby nie ta jego szczególna angielszczyzna. „Yes the did”? To mógł być tylko Sikorski. I dalej Sikorski: „Bin Laden to największy zbir stulecia”. Ja rozumiem, że od Stalina i Hitlera większy. Ale i od Kaczyńskiego? Skąd ta nienawiść? Doprawdy, tego już nie pojmuję. Po ministrze Sikorskim przychodzi jakiś Tyszkiewicz – jak się okazuje, nie z PISSSSSSSSS-u, tylko z Platformy Obywatelskiej – i ogłasza, że on „zwyczajnie i po ludzku z tego co się stało się cieszy”. Cieszy się, że umarł człowiek? No naprawdę! Brakuje słów.
Wchodzę na Wirtualną Polskę, a tu mnie od razu ustawia wielki tytuł: „Wyszli na ulicę świętować jego śmierć”. I to, jak się okazuje, wyszli nie w Krakowie, Warszawie i Poznaniu, ale w samej Ameryce. Są nawet zdjęcia. Prawdziwy entuzjazm. I któż to tak się cieszy? Czy to możliwe, że akurat w Ameryce przebywa posel Macierewicz z minister Fotygą i to oni urządzają te demonstracje tryumfującej nienawiści? Chyba jednak nie. To prawdziwi Amerykanie się tak cieszą. To oni demonstrują ów ‘death wish’. Ja rozumiem, że Amerykanie są głupi i podli. Mają te swoje Hollywood, obżerają się hamburgerami i nawet nie wiedzą, co to znaczy „bigosować”. No ale już bez przesady. Jak można się cieszyć, że umarł człowiek? Aż mnie dreszcz przechodzi po plecach, kiedy pomyślę, że oni mogli się o tę śmierć modlić.
Ktoś mi powie, żebym przestał głupio ironizować, bo to co piszę, to czysta demagogia. Że Bin Laden stanowił zagrożenie dla świata, przez jego aktywność codziennie ginęli niewinni ludzie, że on był jak odbezpieczony granat. Że jego trzeba było zabić. Po to, by świat stal się bezpieczniejszy. I to właśnie to ma na myśli przewodniczący Buzek, kiedy z takim rozrzewnieniem wspomina swój dzisiejszy ranek, kiedy się budził i do pierwszej kawy dostał tę dobrą nowinę. A ja sobie myślę, że wcale nie. Przez to że Osama Bin Laden został zabity, świat w żaden sposób nie jest bezpieczniejszy. Niewykluczone że jest wręcz przeciwnie. Jest bardzo możliwe, że dopiero teraz całe setki najbardziej zaczadzonych nienawiścią Arabów pokażą, na co ich stać. Przez ostatnie lata zresztą, to chyba jednak nie Bin Laden, ale właśnie oni – całe tabuny drobnych terrorsytow, uzbrojonych w noże, karabiny i bomby, pustoszyły nasz świat. Nie ma takiej możliwości, żeby ci wszyscy Amerykanie szalejący z radości na wieść o tej śmierci, ale też i minister Sikorski i przewodniczący Buzek i ten jakiś Tyszkiewicz się tak cieszyli, bo poczuli się bezpieczniejsi. Powodów tej radości może być wiele, ale z całą pewnością nie to, że oni wszyscy poczuli się bezpieczniej. I oczywiście też nie to, że, jak dziś pierniczy Radek Sikorski, Bin Laden był najgorszy. Bo to jest oczywista brednia. I akurat ten cymbał musi to wiedzieć bardzo dobrze.
Czemu więc się cieszą? Jaki idzie o tych naszych pajaców, nie mam do końca pewności, i szczerze powiem, że nie bardzo też mnie ich czarne dusze obchodzą.. Może być oczywiście tak, że za tą ich reakcją stoi faktycznie ta zwykła ludzka satysfakcja z powodu tego, że sprawiedliwości stało się zadość. Ale nie sądzę. Akurat oni trzej sprawiedliwość, prawo i w ogóle człowieczeństwo mają w głębokiej pogardzie. Myślę, że tu mamy bardziej do czynienia z odruchową reakcją na ogólny trend. Należy się cieszyć, bo cieszy się świat, a więc i oni się cieszą. Natomiast nas bardziej interesuje odpowiedź na pytanie, dlaczego należy się cieszyć? Otóż najlepiej nam to wyjaśniają oczywiście Amerykanie, tak bardzo dziś rozentuzjazmowani. Ta Amerykanka, cytowana przez Wirtualną Polskę, jak mówi: „To świetnie, że Bin Laden nie żyje”. Należy się z tego cieszyć, bo Osama zasłużył na śmierć i tę śmierć dostał. Bo zwyciężyło prawo i sprawiedliwość. Bo tak naprawdę, jeśli przez te dziesięć lat tylu ludzi czekało na tę śmierć i tak bardzo jej Bin Ladenowi życzyło, to w żadnym wypadku ze względów praktycznych, lecz z naturalnego, ludzkiego pragnienia zemsty. Z tego, niekiedy – przyznaję, że niestety – dla zwykłych, prostych ludzi jedynego dostępnego pragnienia, by zobaczyć jak zdycha.
Bo tak to jest, że każdy normalny człowiek, o ile ma w sobie jeszcze jakieś wyższe pragnienia i emocje, a więc pragnienie prawdy, prawa i sprawiedliwości, i jakiegoś choćby podstawowego ładu, a nie żyje już tylko tym, by w odpowiednim momencie trafić pod opiekuńcze skrzydła „szpiclów, katów i tchórzy”, bo to oni wygrają, cieszy się gdy widzi, że dobro tryumfuje. Zwyczajnie. Zło dostaje w łeb, a dobro powstaje i krzyczy z radości. A jezusowe przykazanie miłości bliźniego nie ma tu nic do rzeczy. Na tym polega porządek świata i przez to własnie ten świat trwa, i w tym trwaniu radzi sobie całkiem nienajgorzej. Bo tak to jest, że życzenie prawa, prawdy, ładu i sprawiedliwości, jest nieuchronnie związane z życzeniem śmierci dla tych, którzy przeciwko temu prawu, tej prawdzie i tej sprawiedliwości walczą. By zdechli. Po prostu. By zdechli. Bo czasem jest tak, ze – jak już tu kiedyś wspominaliśmy – niektórych tylko śmierć potrafi wyprostować.
A więc cieszmy się z tego, że Osama Bin Laden nie żyje. I że jego szczątki zostały wrzucone gdzieś do oceanu. Cieszmy się i radujmy. A jak już nam ta radość trochę przejdzie, będziemy mogli się może i pomodlić za jego duszę. W końcu, jak by nie patrzeć, to akurat mu się od nas zawsze należało i należy. Nie tylko jemu. Nie tylko jemu.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...