Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paulina Pruska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paulina Pruska. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2020

Gdy śmierć przestaje być pop (repryza)


Kiedy w archiwach tego bloga szukałem notki, która mogłaby nas choć odrobinę ubogacić, trafiłem na nazwisko pewnej ślicznej dziewczyny, Pauliny Pruskiej, o której dziś oczywiście mało kto już pamięta, a która swego czasu zachorowała na raka, zaczęła w związku z tym prowadzić blog na temat swojego życia w owej strasznej chorobie, dzięki niemu zyskała bardzo dużą popularność i ostatecznie zmarła jeszcze latem roku 2011, budząc oczywiście powszechny żal. Trafiłem na ten tekst i najpierw pomyślałem, że wypadałoby po tych wszystkich latach ją wspomnieć, a później zajrzałem dalej i wtedy pojawił się pewien Janek, no i wtedy już wiedziałem na pewno, że tego tematu dziś nie unikniemy. Bardzo więc zachęcam do refleksji.



       Wczoraj media podały informację o śmierci Pauliny Pruskiej. Domyślam się, że na mieszkańcach mojej wsi, jeśli w ogóle do nich dotarła, wiadomość ta nie zrobiła większego wrażenia, natomiast na mnie osobiście – owszem. Otóż ja przede wszystkim wiem, kim była owa Paulina, a mogę nawet powiedzieć, że raz miałem ją okazję zobaczyć realnie, kiedy odbierała nagrodę za swój blog. Pamiętam ją z dwóch powodów. Przede wszystkim, kiedy ona szła w stronę sceny, wszędzie wokół słychać było szept „Patrz, to ta Paula. No wiesz, ta chora na raka”. Poza tym – dla mnie może nawet bardziej – ona wyglądała przepięknie. Była śliczna i kolorowa. Dziś Paulina Pruska już nie żyje i w ogóle nie ma już o czym gadać. Ona umarła i przed tą śmiercią nie uratował jej ani jej blog, ani jej popularność, ani przyjaźń ludzi znanych i majętnych, ani nawet najbardziej zaawansowane zdobycze światowej medycyny. A więc, powtarzam – nie ma w ogóle już o czym gadać.
      Tak się jednak składa, że jest pewien rodzaj śmierci, który przykuwa uwagę zarówno mediów, jak i całej popularnej kultury, a, co za tym idzie, szeroko pojętej publiczności. Tak było kiedyś w przypadku pewnej siatkarki, tak jest dziś w przypadku Pauli i jej – popularnego niemal tak jak ona sama – „Pana Śmieciucha”. Obejrzałem wczoraj reportaż w TVN24 poświęcony walce Pauliny Pruskiej z nowotworem, no i tej jej ostatecznej w tej bitwie porażce. Reportaż tak typowy, jak typowe jest wszystko co powstaje w dzisiejszym przekazie popularnym. A więc były czarnobiałe zdjęcia, był kompletnie pusty, pozbawiony jakiegokolwiek już nawet nie przesłania, ale treści, komentarz, była niezwykle znacząca sesja filmowa – skierowana zapewne pod adresem bardziej inteligentnych telewidzów – kiedy to Paulina Pruska próbuje chodzić po morskim falochronie, ale jej się oczywiście ta sztuka nie udaje i wciąż spada do wody, no i – jak najbardziej – był Zbigniew Hołdys, który, jak się nagle okazuje, nie tylko potrafi życzyć ludziom śmierci, ale również zdrowia i w tym zdrowiu życia. Wiemy więc już wszystko. Paulina Pruska była młoda, piękna, chciała bardzo żyć, wszyscy ją kochali, no i umarła. I nie ma już o czym dłużej gadać.
      Skoro jednak wszyscy jesteśmy już w nastroju tak bardzo podniosłym, a nasze serca osiągnęły poziom wrażliwości, który praktycznie oczyszcza nas z wszelkich wcześniejszych grzechów, chciałem powiedzieć parę słów na temat innej śmierci. Śmierci nędznej i nieciekawej, jak jasna cholera. Śmierci człowieka brzydkiego. Otóż tak się złożyło, że parę ostatnich dni spędziłem u siebie na wsi, tam gdzie, jak mówię, wieści o kimś takim jak Paula i jej nowotwór nie docierają. Nie wiem, czy już kiedyś o nim nie wspominałem, ale możliwe, że nie. Otóż na tej mojej wiosce mieszka pewien pan Bolek. Pan Bolek ma już 90 lat, z pochodzenia jest autentycznym Nadberezeńcem i mam wrażenie, że pod wieloma względami jest znacznie sprawniejszy choćby i ode mnie. Pan Bolek jest osobiście człowiekiem bardzo porządnym i uczciwym, a przez to, że ma za sobą te wspomniane już 90 lat życia, stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy przeróżnej. Co ja mówię, wiedzy! Pana Bolka wystarczy posłuchać, jak opowiada o latach spędzonych w wojsku w Bielsku-Białej i o tym, co z nim wówczas robiły miejscowe dziewczęta. A trzeba nam wiedzieć, że on był żołnierzykiem niezwykle urodziwym.
      Pan Bolek osobiście nie pije i nigdy nie pił więcej niż przeciętny człowiek. A można wręcz powiedzieć, że jeśli o to idzie, on się zawsze utrzymywał poniżej przeciętnej. Tak się jednak zdarzyło, że miał pan Bolek syna imieniem Janek, który od swojej wczesnej młodości był zwykłym, wiejskim pijakiem. Mieszkał ów Janek całe życie ze swoim ojcem, nigdy szczególnie nie zarabiał na życie, upijał się codziennie, a za to że pan Bolek oddawał mu część swojej emerytury i płacił za niego tak zwany KRUS, ten traktował go dobrze, przynosił do domu złowione akurat w Bugu ryby, gotował dla niego i pomagał mu ile mógł w domu.  

      Ciekawa sprawa z tym KRUS-em. Opowiada mi pan Bolek, że on płacił za Janka to ubezpieczenie nie na wypadek choroby, czy pobytu w szpitalu, bo Janek miał to do siebie, że nawet jeśli chorował, to nie na tyle, by dać się zaciągnąć do szpitala, ani nawet na tyle, by o tej chorobie komukolwiek cokolwiek wspominać. Pan Bolek opłacał za swojego syna KRUS na wypadek jego śmierci, bo to przecież każdy wie, ile taki pogrzeb kosztuje, a człowiek znowu jakimś milionerem nie jest, co nie?
      Jak się może już niektórzy domyślili, Janek zmarł, a ja tylko dodam, że zmarł całkiem niedawno, ledwo zeszłej zimy. I to wódka go zabiła. Ponieważ z panem Bolkiem jesteśmy niezwykle zaprzyjaźnieni, a w dodatku szczycę się tym, że on mnie lubi niemal tak samo bardzo jak ja jego i możemy sobie rozmawiać swobodnie o wszystkim, zapytałem go jak to się stało, że Janek zmarł, no i w ogóle, jak on to przeżył, a on mi wszystko bardzo dokładnie opowiedział. Janek chorował oczywiście od dłuższego już czasu, zachowując jednak, zgodnie ze swoim charakterem, kłopoty tylko dla siebie, natomiast śmierć zabierała go od nas przez około tydzień. I opowiada mi pan Bolek, jak to on zaszedł któregoś dnia do domu, Janek leżał bardzo już słaby w łóżku i pan Janek spytał go jakoś tak: „Co byś chciał, Janeczku, żeby ja ci przyniósł?” Na co Janek odpowiedział: „Nic nie chcę, Tatuniu, tylko tak mnie strasznie tu pali, że ja by chciał się napić zimnego piwka”. Pan Bolek poszedł więc do sklepu, kupił Jankowi dwie puszki piwa, no ale niestety sytuacja była już tak rozpaczliwa, że biedny Janek nie był w stanie nawet wypić z tego piwka więcej niż parę łyków. Później tylko jeszcze zdążył powiedzieć swojemu ojcu, że on wie, że to wszystko przez tę wódkę. A parę dni później pan Bolek zobaczył, że Janek jest jeszcze słabszy, zapalił więc gromnicę i tak już tylko przy nim siedział. I w pewnym momencie Janek powiedział tylko „Odchodzę”. I umarł. Właśnie tak. Powiedział, że odchodzi i od razu umarł.
      Pan Bolek opowiada mi, jak to on każdego ranka tak bardzo płacze za swoim synem, że mu już na resztę dnia łez nie starcza. Ale cieszy się z jednego powodu. Że odkładał na ten KRUS, a jednocześnie też co miesiąc wkładał jakąś tam sumę do szuflady. A więc kiedy Janek umarł, on mógł bez problemu zapłacić za pogrzeb, a teraz właśnie jeszcze dostał zwrot tych pieniędzy od państwa. Więc będzie miał też gotówkę, kiedy sam umrze.
      Opowiadam te historię, i oczywiście mam poczucie, że obraz, jaki ona niesie, nie jest w żaden sposób fascynujący w taki sposób, w jaki przyzwyczailiśmy się traktować to słowo. No bo cóż jest fascynującego w tym, że gdzieś, w jakiejś zapadłej dziurze na Podlasiu, jakiś najstarszy na świecie wieśniak pochował swego syna pijaka? Cóż jest fascynującego w tym, że zmarł jeszcze jeden pijak, zwłaszcza taki, który nie był ani artystą, ani pisarzem, ani nawet lokalnym bohaterem? No dobra. Zgodzę się, że to końcowe „odchodzę” może robić pewne wrażenie. Jednak nie ulega wątpliwości, że przy tym całym brudzie i przy tej szarości, no i jeszcze przy tym niewątpliwym smrodzie końca lata, czy środku zimy – obojętne – na wiejskim podwórku, jakoś trudno jest się wzruszać.
      Dla tych więc, których wrażliwość wymaga czegoś specjalnego – ale też, przyznać muszę, i dla tych, którzy są wrażliwi tylko ot tak sobie – mam na koniec coś zupełnie ekstra. Otóż podczas tego samego mojego pobytu na wsi, miałem okazję spędzić znaczną część czasu z dwoma kotami. Były to koty malutkie i tak słodkie, jak tylko można sobie wyobrazić dwa małe, rude, słodkie kociaki. Nie wiem, skąd się one wzięły, ale z całą pewnością urodziły się bardzo niedawno i z jakiegoś powodu spodobało im się zamieszkać na naszym ganku. Spędzały sobie one swoje dnie i noce głównie na tym ganku, co nie znaczy oczywiście, że od czasu do czasu nie wychodziły pomyszkować sobie po okolicy. A zatem niekiedy znikały, by jednak zaraz wrócić. Któregoś dnia przyszedł jeden i położył się pod ławką. I nagle za nim pokazał się drugi, jednak z jakiegoś powodu nie szedł, lecz się czołgał w jakiś przedziwny sposób, kręcąc się przy tym jak bąk wokół swojej osi i przypominając – zupełnie nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy – tego kalekę z wiersza Leśmiana, który zamiast chodzić skakał. Prześlizgnął się jakimś cudem przez siatkę w płocie i od razu położył się na trawie. Zmartwiłem się tym widokiem okrutnie, obróciłem się do Ani i mówię jej: „Popatrz. On jest cały połamany”. Spojrzeliśmy, a jego już nie było. Szukaliśmy go dookoła, ale już go nie znaleźliśmy.
      Mądrzy ludzie mówią, że kiedy zwierzę umiera, odchodzi i chowa się tak głęboko, by umrzeć w samotności. A ja jakoś to rozumiem. Bo umieranie, to z całą pewnością zawsze – i na zawsze – samotność. I nie zmienią tego ani pochyleni nad nami ze świecami bliscy, ani tym bardziej wpatrzone w nasze spierzchnięte wargi kamery telewizji. Tylko oczy gwiazd. I to gwiazd w sensie podstawowym, a nie przenośnym.




poniedziałek, 5 września 2011

Syf

Z dziennikarstwem Rafała Ziemkiewicza kontakt mam bardzo ograniczony, choćby z tego względu, że ile razy mam okazję czytać jakiś jego tekst, ogarnia mnie brzydka pycha, która polega na nieodpartym uczuciu, że wszystko cokolwiek on napisze, jest i płytsze i gorsze i głupsze, a nawet mniej ciekawie napisane, niż to co można znaleźć choćby w komentarzach na moim blogu. Ponieważ Ziemkiewicz powszechnie uchodzi za autora jednego z najwybitniejszych, tego typu myśli siłą rzeczy kojarzą mi się z grzechem, a ponieważ grzeszyć nie lubię, Ziemkiewicza unikam. Skoro już jesteśmy przy dziennikarzach „Rzeczpospolitej”, weźmy takiego Krzysztofa Feusette. Jego na przykład czytam bez jakichkolwiek emocji, uznając, że to jest ten przypadek profesjonalizmu, który wspomniany grzech pychy zwyczajnie uniemożliwia. I tyle na jego temat wystarczy. Niech się cieszy, że na potrzeby tego felietonu nauczyłem się pisać jego nazwisko.
Wracam do Ziemkiewicza. Otóż ponieważ – co muszę przyznać ze wstydem – w momencie, kiedy dotarła do mnie informacja, że System postanowił wysłać na nich specjalistę od mokrej roboty, który ma za zadanie przerobić ich na kolejną wersję „Polityki”, złamałem się i czytuję tygodnik „Uważam Rze”. A zatem też kupiłem i bieżące jego wydanie, a tam zapoznałem się z początkiem artykułu Ziemkiewicza na temat obłędu, w jaki ostatnio popadł Stefan Bratkowski. Wprawdzie Ziemkiewicz, w charakterystyczny dla towarzystwa w jakim się obraca sposób, sprytnie wrzuca nazwisko Bratkowskiego tak, by w razie czego móc się wykręcić, że on tak naprawdę myślał o kim innym, no ale, jak mówię, ewidentnie chodzi o Bratkowskiego. Jak już wcześniej wspominałem, całości refleksji Ziemkiewicza znać nie mogę i nie potrzebuję, natomiast sam temat bardzo mnie zainteresował. Bo oto mamy przed sobą osobę jak najbardziej publiczną, z całą pewnością szanowaną w wielu środowiskach, a nawet jeśli szanowaną wyłącznie na pokaz, to oficjalnie niewątpliwie traktowaną bardzo poważnie. A z całą pewnością poważniej, niż pierwszy z brzegu szalony staruszek, zapluwający się ze złości na otaczający go świat, bo dzieci krzyczą, a psy srają. I nagle się okazuje, że ta oto, jak najbardziej publiczna osoba, gwiazdor PRL-owskiego i post-PRL-owskiego dziennikarstwa, jak informuje Ziemkiewicz, ma obsesyjny zwyczaj, atakowania lokalnych kiosków z gazetami, jeśli tylko zobaczy, że w którymś z nich sprzedawane są tytuły, których on nie lubi. I to atakowania w sposób ekstremalny – z wyzwiskami i pluciem.
Proszę bardzo o chwilę refleksji. Tu nie chodzi o to, że nienawiść, że kłamstwo, że agresja w stosunku do czegoś, co na tę agresję w najmniejszym stopniu nie zasługuje. Sam, jeśli już mam się nad sobą zastanawiać, nie jestem tu bez winy. Zwłaszcza jak idzie o nienawiść. Ale niechbym nawet i tu był czysty jak łza, to kłamstwo i chamstwo mieliśmy okazję obserwować już w takich ilościach, że naprawdę nie ma się czemu dziwić. Natomiast proszę popatrzeć, z czym mamy do czynienia tutaj. Pojawia się najbardziej klasyczny, zbzikowany dziadunio, który z pełną regularnością odstawia teatr, w zwykłych okolicznościach powodujący interwencję służb porządkowych, i tego typu sytuacja nie ma najmniejszego wpływu na jego społeczną pozycję. Oczywiście, jak się można domyślić, osiedlowa społeczność, wśród której ów staruszek się kręci, zna go, i z pewnością ma o nim odpowiednie zdanie, ale problem w tym, że znaczna jej część również wie, że to nie byle kto, bo to człowiek, który występuje w telewizji, jako czołowy polski intelektualista. Co najwyżej, któryś z jego znajomych, gdzieś na przyjęciu wspomni go uwagą: „A tak, Bratkowski? Mieszka obok. Mówię wam, kompletny wariat”. A reszta? Reszta pozostaje niewzruszona, tak samo jak wspomniana pozycja naszej gwiazdy.
Dlaczego tak mnie ta sytuacja porusza? Jak już wspomniałem, nie dlatego, że Stefan Bratkowski nienawidzi mnie i wielu podobnie myślących. Nie dlatego nawet, że on nas nienawidzi w sposób tak demonstracyjny. Nawet też i nie chodzi o to, że on reprezentuje pewien społeczny nurt, który w najbardziej antydemokratyczny sposób, pragnie pozbawić praw bardzo dużą część polskiego społeczeństwa. Że Stefan Bratkowski jest w gruncie rzeczy funkcjonariuszem systemu totalitarnego. To wszystko stanowi rzeczywistość, do której ja przynajmniej doskonale się przyzwyczaiłem. Mój problem polega na tym, że ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby nagle Stefan Bratkowski zaczął chodzić po swoim osiedlu ze sprayem i wypisywać na murach wciąż jeden i ten sam tekst: „CHWDK”, albo gdyby ten sam Bratkowski, którego od czasu do czasu mamy okazję oglądać w telewizji w bardzo poważnych ujęciach, na tym swoim osiedlu zaczepiał małe dzieci i pytał je, na kogo głosują mama z tatą, jego ogólnospołeczna pozycja nie zmieniłaby się ani o jotę. A mój problem jest tym większy, że Stefan Bratkowski wcale nie jest tu wyjątkiem.
Wojna jaką System wypowiedział społeczeństwu – tak naprawdę całemu społeczeństwu; w końcu niewolnicy Systemu też kiedyś byli ludźmi wolnymi – ma charakter tak bezwzględny, a determinacja z jaką jest prowadzona tak wielka, że pytania odnośnie tego, co wypada, a co nie, co jest wstydem, a co tego wstydu przeciwieństwem, co jest normą, a co szaleństwem straciły rację bytu. Stefan Bratkowski, gdyby był zwykłym starszym panem, a nie dziennikarsko-politycznym celebrytą, dożywałby swoich dni w jakimś domu opieki społecznej, gdzie odwiedzaliby go wnukowie, mówili do niego: „Dziadku może trochę soczku”, a on by kiwał głową i mruczał „tak, tak, ho, ho”. Tymczasem on chodzi po kioskach gazetami, pluje na wybrane tytuły i przeszkadza ludziom w pracy, a między jednym a drugim ekscesem, proszony jest do telewizji i tam opowiada, co sądzi na temat na przykład Jarosława Kaczyńskiego. Jarosława Kaczyńskiego! A przecież Bratkowski jest tu tylko przykładem. Cóż my bowiem wiemy o prywatnych fobiach Andrzeja Wajdy, czy Władysława Bartoszewskiego. Skąd możemy wiedzieć, czym się zajmuje Kazimierz Kutz, kiedy nikt nie patrzy?
No ale to wszystko są starsi, coraz bardziej wraz z upływem lat, panowie. System jednak do swoich prac społecznych zatrudnia nie tylko sklerotycznych dziadków, ale calkiem jeszcze młode byczki. I wcale nie mniej szalone od swoich mistrzów. Niedawno na swoim blogu wspomniałem o śmierci pewnej młodej kobiety, Pauliny Pruskiej, którą niestety, w najbardziej okrutny sposób, pokonał nowotwór, i to jakby na złość zmasowanej akcji, jaką popularna kultura w związku z jej tragedią rozdmuchała. Umieraniem owej Pauliny przez całe długie lata żywiły się gwiazdy polskiej estrady, polityki i sztuki, a, jak się okazało, jednym z głównych animatorów tego festiwalu hipokryzji był Zbigniew Hołdys, muzyk estradowy i kiedyś autor piosenek. Myślę, że nikomu z czytelników nie muszę przypominać, kto to taki Zbigniew Hołdys. Jako postać medialna, on jest z pewnością bardziej popularny, niż Stefan Bratkowski, a i, jak idzie o zakres zainteresowań i talentów eksperckich, przewyższa ów człek stanowczo większość gwiazd prasy, radia i telewizji. Jeśli się zastanowić, nie ma takiej dziedziny, do dyskutowania której taka telewizja TVN24 mogłaby Hołdysa nie chcieć do siebie zapraszać. Sztuka, prawo, religia, gospodarka, sprawy międzynarodowe – Hołdys na każdy temat może mówić w nieskończoność. I oto, przy okazji sprawy Pauliny Pruskiej, dowiedziałem się, że to nikt inny jak Hołdys właśnie, swego czasu uruchomił specjalną internetową stronę poświęconą podobno walce o zdrowie dla Pauliny, i któregoś dnia na tej stronie umieścił następujący tekst:
Paulina, nie uwierzysz… Marilyn Monroe cię pozdrawia!!! Kiedy Marilyn Monroe zadzwoniła do moich przyjaciół w Los Angeles – nie mogłem uwierzyć. Rozumiem, że Mateo Damięcki, że Tom Sekielski, że inne polskie gwiazdy dziennikarstwa czy polityki, ale... MARILYN? SŁYNNA MARILYN MONROE? TA MARILYN MONROE?! W życiu. Never. I oto dwa dni temu dostałem cyneczkę, że mam siedzieć przy kompku i natychmiast zasysać filmidło. Po paru minutach je odpaliłem. Gdybym pił, to bym pomyślał, że jestem zdrowo narąbany. W sumie nic wielkiego, ale miałbym wyjaśnienie. Ale ja jestem trzeźwiuteńki od 21 lat. Niczego nie jaram. Żaden demerol – nic a nic. Widziałem na TMZ apteczkę M. Jacksona – ani jeden drug mi niczego nie przypomina. Owszem, coś na wątrobę i coś na arytmię serca, ale żadnego napalmu, kręcenia, latania – nic. No to luknijcie sami, ale uprzejmie sugeruję zapięcie pasów bezpieczeństwa!
I w tym momencie możemy obejrzeć półminutowy może filmik, gdzie jakaś kobieta, ustylizowana na Marilyn Monroe, stoi na ulicy i mówi "Paulina, I wish you all the best! A big kiss from Hollywood!” Zbigniew Hołdys natomiast woła dalej: „Przetrzyjcie oczy i luknijcie jeszcze raz! Ha! Ha, ha! No, może jest nieco hm... innej budowy niż przed laty, ale co tam [..] Co znaczy okrzyk Marilyn dla Pauliny każdy może z grubsza wykumać, ale brzmi to mniej więcej tak: „Paulina, życzę ci wszystkiego najlepszego! Wielki całus z Hollywood!” Auć! Szkoda, że ta Marilyn nie pocałowała na koniec sprzętu operatora, moglibyśmy go dać na aukcję, poszedłby za dużą bańkę do rąk jakiegoś fetyszysty i operacja Pauli byłaby z głowy”.
Gdyby ktoś się pogubił, przedstawię wszystko jeszcze raz, bardziej po ludzku. Zbigniew Hołdys dowiedział się, że Paulina Pruska jest chora na raka, wzruszył się i postanowił jej umilić czas walki o życie w taki sposób, że umieścił w Internecie film, na którym jakieś babsko przebrane za Marilyn Monroe ją pozdrawia. Żeby wszystko wyglądało na coś autentycznego, Hołdys przekonuje Paulinę, że to jest naprawdę Marilyn Monroe i że ona zeszła z nieba specjalnie dla Pauliny. Gwarancją realności tego wszystkiego jest hołdysowe przyznanie, że on doskonale zna działanie wódy i różnych środków halucynogennych, natomiast tym razem, on naprawdę nic nie brał, a przed nami stoi żywa Marilyn.
I teraz są dwie możliwości. Albo Hołdys autentycznie wierzy, że to duch Marilyn Monroe zszedł na ziemię, by przesłać całusy umierającej dziewczynie, albo on sobie stroi takie żarty, i, przychodząc z tym filmikiem do Pauliny Pruskiej, i tłumacząc jej, że on przysięga na wszystkie świętości, że to prawdziwa Marilyn, chce ją tak przed śmiercią zabawić. No, na zasadzie takiej, że nie martw się Paula, sama Marilyn do ciebie przyszła. Widzisz? Cieszysz się? No bo cóż takiego jeszcze mógł z siebie wydalić ten mózg? Cóż innego może stać za tym pomysłem, by umierającej Paulinie Pruskiej zechcieć zrobić taką przyjemność? Nie widzę innej możliwości. Albo Hołdys autentycznie uwierzył, ze to prawdziwa Marylin Monroe, albo uznał, że Paulina Pruska da się na ten greps nabrać. No dobra. Jest jeszcze jedna ewentualność. On wie, że ten filmik to zwykłe gówno, tyle że w swoim nadęciu, uznał on, że ktoś taki jak Paulina Krupska powinna być zadowolona z każdego prezentu, jaki dostanie od kogoś tak ważnego jak Zbigniew Hołdys. Równie dobrze mógł jej dać dwa złote ze swoim autografem.
Ale to wszystko tak naprawdę jest zupełnie nieistotne. Bo nas motywy kogoś tak zdemoralizowanego jak Hołdys kompletnie nie interesują. My mamy na uwadze coś zupełnie innego. To mianowicie, że Zbigniew Hołdys jest wciąż poważnie traktowany przez znaczną część opinii publicznej w Polsce. Oczywiście, już przecież samo to, że on znalazł sobie owo miejsce jako muzyk, było wydarzeniem bez precedensu. Przy jego talencie i umiejętnościach muzycznych, on nie zasługuje nawet na to, by obsługiwać od strony muzycznej kampanie wyborcze peeselowskich sołtysów. Nie jestem nawet pewien, czy, gdyby on otworzył sklep z płytami, nie doszłoby do tego, że po paru tygodniach o radę w sprawie muzyki, klienci zaczęliby się zwracać do ekipy sprzątającej, a nie do tego zaplutego dziwadła w kapeluszu. A my przecież nie mamy do czynienia z jakimś piosenkarzem. Przed nami stoi ekspert i moralny autorytet nie tylko dla młodzieży.
Jeśli więc mam pretensje do dzisiejszej Polski, to, powiem szczerze, już nawet nie koniecznie o tę nienawiść, podłość i kłamstwo, ale o to, że wielu z nas wystarczyło rzucić ochłap w postaci, z jednej strony, Stefana Bratkowskiego, a z drugiej, Zbigniewa Hołdysa, i myśmy się na to tak bardzo ucieszyli. To jest fakt prawdziwie bolesny. Jak to się stało, że daliśmy się tak fatalnie spłaszczyć? I kiedy? Nie mam pojęcia. I boję się, że o ile politycznie możemy stosunkowo łatwo wygrać, to na poziomie, że tak powiem, estetycznym, zaakceptowaliśmy zmiany, które mogą się okazać nie do wyplenienia. A już najbardziej się boję – wprawdzie to już z całą pewnością nie nastąpi ani dziś, ani jutro, i ja osobiście już tego nie doczekam – ale może się bardzo łatwo okazać, że za jakiś czas prezydentem Polski zostanie jakiś szmaciarz, który wprawdzie będzie bardzo patriotyczny i niezwykle pobożny, natomiast, jak idzie o ogólny poziom, będzie reprezentował coś, przy czym Bronisław Komorowski będzie lśnił jak złoto.
Wstyd mi jak cholera, ale ponieważ sam sobie wybrałem to życie, nie powinienem marudzić. Obawiam się niestety jednak, że, jeśli mamy, ja i moja rodzina, przeżyć, zamiast dalej prowadzić ten blog, powinienem natychmiast zapisać się na kurs gry na gitarze, nauczyć się paru piosenek i zacząć występować na żywo, tu obok na dworcu, a nie w sieci. Póki co, serdecznie dziękuję za niezwykłą reakcję na moje weekendowe apele o wsparcie, w postaci dwóch przelewów – stówy i dychy. Szczególnie dziękuję za te 10 zł., bo – Bóg mi świadkiem – wiem sam, jak potrafi być ciężko. Dziękuję.
Dziękuję też wszystkim, którzy kupili moją książkę, zwłaszcza tym, którzy – jak wiem – z całą pewnością kupować jej już nie musieli.
No i proszę się nie gniewać. Jest naprawdę wyjątkowo. A ten blog, tak wyszło, to jest moje życie.
Tradycyjnie już, zachęcam do kupowania książki. Jeśli komuś podoba się to, co tu na tym blogu powstaje, nie będzie żałował. A jak już ktoś książkę ma, proszę o standardowe wpłaty na podany obok numer konta.

piątek, 2 września 2011

Gdy śmierć przestaje być pop

Wczoraj media podały informację o śmierci Pauliny Pruskiej. Domyślam się, że na mieszkańcach mojej wsi, jeśli w ogóle do nich dotarła, wiadomość ta nie zrobiła większego wrażenia, natomiast na mnie osobiście – owszem. Otóż ja przede wszystkim wiem, kim była owa Paulina, a mogę nawet powiedzieć, że raz miałem ją okazję zobaczyć realnie, kiedy odbierała nagrodę za swój blog. Pamiętam ją z dwóch powodów. Przede wszystkim, kiedy ona szła w stronę sceny, wszędzie wokół słychać było szept „Patrz, to ta Paula. No wiesz, ta chora na raka”. Poza tym – dla mnie może nawet bardziej – ona wyglądała przepięknie. Była śliczna i kolorowa Dziś Paulina Pruska już nie żyje i w ogóle nie ma już o czym gadać. Ona umarła i przed tą śmiercią nie uratował jej ani jej blog, ani jej popularność, ani przyjaźń ludzi znanych i majętnych, ani nawet najbardziej zaawansowane zdobycze światowej medycyny. A więc, powtarzam – nie ma w ogóle już o czym gadać.
Tak się jednak składa, że jest pewien rodzaj śmierci, który przykuwa uwagę zarówno mediów, jak i całej popularnej kultury, a, co za tym idzie, szeroko pojętej publiczności. Tak było kiedyś w przypadku pewnej siatkarki, tak jest dziś w przypadku Pauli i jej – popularnego niemal tak jak ona sama – „pana Śmieciucha”. Obejrzałem wczoraj reportaż w TVN24 poświęcony walce Pauliny Pruskiej z nowotworem, no i tej jej ostatecznej w tej bitwie porażce. Reportaż tak typowy, jak typowe jest wszystko co powstaje w dzisiejszym przekazie popularnym. A więc były czarnobiałe zdjęcia, był kompletnie pusty, pozbawiony jakiegokolwiek już nawet nie przesłania, ale treści, komentarz, była niezwykle znacząca sesja filmowa – skierowana zapewne pod adresem bardziej inteligentnych telewidzów – kiedy to Paulina Pruska próbuje chodzić po morskim falochronie, ale jej się oczywiście ta sztuka nie udaje i wciąż spada do wody, no i – jak najbardziej – był Zbigniew Hołdys, który, jak się nagle okazuje, nie tylko potrafi życzyć ludziom śmierci, ale również zdrowia i w tym zdrowiu życia. Wiemy więc już wszystko. Paulina Pruska była młoda, piękna, chciała bardzo żyć, wszyscy ją kochali, no i umarła. I nie ma już o czym dłużej gadać.
Skoro jednak wszyscy jesteśmy już w nastroju tak bardzo podniosłym, a nasze serca osiągnęły poziom wrażliwości, który praktycznie oczyszcza nas z wszelkich wcześniejszych grzechów, chciałem powiedziec parę słów na temat innej śmierci. Śmierci nędznej, i nieciekawej, jak jasna cholera. Śmierci człowieka brzydkiego. Tak się złożyło, że parę ostatnich dni spędziłem u siebie na wsi, tam gdzie, jak mówię, wieści o kimś takim jak Paula i jej nowotwór nie docierają.
Nie wiem, czy już kiedyś o nim nie wspominałem, ale możliwe, że nie. Otóż na tej mojej wiosce mieszka pewien pan Bolek. Pan Bolek ma już 90 lat, z pochodzenia jest autentycznym Nadberezeńcem i mam wrażenie, że pod wieloma względami jest znacznie sprawniejszy choćby i ode mnie. Pan Bolek jest osobiście człowiekiem bardzo porządnym i uczciwym, a przez to, że ma za sobą te wspomniane już 90 lat życia, stanowi prawdziwą kopalnię wiedzy przeróżnej. Co ja mówię, wiedzy! Pana Bolka wystarczy posłuchać, jak opowiada o latach spędzonych w wojsku w Bielsku-Białej i o tym, co z nim wówczas robiły miejscowe dziewczęta. A trzeba nam wiedzieć, że on był żołnierzykiem niezwykle urodziwym.
Pan Bolek osobiście nie pije i nigdy nie pił więcej niż przeciętny człowiek. A można wręcz powiedzieć, że jeśli o to idzie, on się zawsze utrzymywał poniżej przeciętnej. Tak się jednak zdarzyło, że miał pan Bolek syna imieniem Janek, który od swojej wczesnej młodości był zwykłym, wiejskim pijakiem. Mieszkał ów Janek całe życie ze swoim ojcem, nigdy szczególnie nie zarabiał na życie, upijał się codziennie, a za to że pan Bolek oddawał mu część swojej emerytury i płacił za niego tak zwany KRUS, ten traktował go dobrze, przynosił do domu złowione akurat w Bugu ryby, gotował dla niego i pomagał mu ile mógł w domu. Ciekawa sprawa z tym KRUS-em. Opowiada mi pan Bolek, że on płacił za Janka to ubezpieczenie nie na wypadek choroby, czy pobytu w szpitalu, bo Janek miał to do siebie, że nawet jeśli chorował, to nie na tyle, by dać się zaciągnąć do szpitala, ani nawet na tyle, by o tej chorobie komukolwiek cokolwiek wspominać. Pan Bolek opłacał za swojego syna KRUS na wypadek jego śmierci, bo to przecież każdy wie, ile taki pogrzeb kosztuje, a człowiek znowu jakimś milionerem nie jest, co nie?
Jak się może już niektórzy domyślili, Janek zmarł, a ja tylko dodam, że zmarł całkiem niedawno, ledwo zeszłej zimy. I to wódka go zabiła. Ponieważ z panem Bolkiem jesteśmy niezwykle zaprzyjaźnieni, a w dodatku szczycę się tym, że on mnie lubi niemal tak samo bardzo jak ja jego i możemy sobie rozmawiać swobodnie o wszystkim, zapytałem go jak to się stało, że Janek zmarł, no i w ogóle, jak on to przeżył, a on mi wszystko bardzo dokładnie opowiedział. Janek chorował oczywiście od dłuższego już czasu, zachowując jednak, zgodnie ze swoim charakterem, kłopoty tylko dla siebie, natomiast śmierć zabierała go od nas przez około tydzień. I opowiada mi pan Bolek, jak to on zaszedł któregoś dnia do domu, Janek leżał bardzo już słaby w łóżku i pan Janek spytał go jakoś tak: „Co byś chciał, Janeczku, żeby ja ci przyniósł?” Na co Janek odpowiedział: „Nic nie chcę, Tatuniu, tylko tak mnie strasznie tu pali, że ja by chciał się napić zimnego piwka”. Pan Bolek poszedł więc do sklepu, kupił Jankowi dwie puszki piwa, no ale niestety sytuacja była już tak rozpaczliwa, że biedny Janek nie był w stanie nawet wypić z tego piwka więcej niż parę łyków. Później tylko jeszcze zdążył powiedzieć swojemu ojcu, że on wie, że to wszystko przez tę wódkę. A parę dni później pan Bolek zobaczył, że Janek jest jeszcze słabszy, zapalił więc gromnicę i tak już tylko przy nim siedział. I w pewnym momencie Janek powiedział tylko „Odchodzę”. I umarł. Właśnie tak. Powiedział, że odchodzi i od razu umarł.
Pan Bolek opowiada mi, jak to on każdego ranka tak bardzo płacze za swoim synem, że mu już na resztę dnia łez nie starcza. Ale cieszy się z jednego powodu. Że odkładał na ten KRUS, a jednocześnie też co miesiąc wkładał jakąś tam sumę do szuflady. A więc kiedy Janek umarł, on mógł bez problemu zapłacić za pogrzeb, a teraz właśnie jeszcze dostał zwrot tych pieniędzy od państwa. Więc będzie miał też gotówkę, kiedy sam umrze.
Opowiadam te historię, i oczywiście mam poczucie, że obraz, jaki ona niesie, nie jest w żaden sposób fascynujący w taki sposób, w jaki przyzwyczailiśmy się traktować to słowo. No bo cóż jest fascynującego w tym, że gdzieś, w jakiejś zapadłej dziurze na Podlasiu, jakiś najstarszy na świecie wieśniak pochował swego syna pijaka? Cóż jest fascynującego w tym, że zmarł jeszcze jeden pijak, zwłaszcza taki, który nie był ani artystą, ani pisarzem, ani nawet lokalnym bohaterem? No dobra. Zgodzę się, że to końcowe „odchodzę” może robić pewne wrażenie. Jednak nie ulega wątpliwości, że przy tym całym brudzie i przy tej szarości, no i jeszcze przy tym niewątpliwym smrodzie końca lata, czy środku zimy – obojętne – na wiejskim podwórku, jakoś trudno jest się wzruszać.
Dla tych więc, których wrażliwość wymaga czegoś specjalnego – ale też, przyznać muszę, i dla tych, którzy są wrażliwi tylko ot tak sobie – mam na koniec coś zupełnie ekstra. Otóż podczas tego samego mojego pobytu na wsi, miałem okazję spędzić znaczną część czasu z dwoma kotami. Były to koty malutkie i tak słodkie, jak tylko można sobie wyobrazić dwa małe, rude, słodkie kociaki. Nie wiem, skąd się one wzięły, ale z całą pewnością urodziły się bardzo niedawno i z jakiegoś powodu spodobało im się zamieszkać na naszym ganku. Spędzały sobie one swoje dnie i noce głównie na tym ganku, co nie znaczy oczywiście, że od czasu do czasu nie wychodziły pomyszkować sobie po okolicy. A zatem niekiedy znikały, by jednak zaraz wrócić. Któregoś dnia przyszedł jeden i położył się pod ławką. I nagle za nim pokazał się drugi, jednak z jakiegoś powodu nie szedł, lecz się czołgał w jakiś przedziwny sposób, kręcąc się przy tym jak bąk wokół swojej osi i przypominając – zupełnie nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy – tego kalekę z wiersza Leśmiana, który zamiast chodzić skakał. Prześlizgnął się jakimś cudem przez siatkę w płocie i od razu położył się na trawie. Zmartwiłem się tym widokiem okrutnie, obróciłem się do Ani i mówię jej: „Popatrz. On jest cały połamany”. Spojrzeliśmy, a jego już nie było. Szukaliśmy go dookoła, ale już go nie znaleźliśmy.
Mądrzy ludzie mówią, że kiedy zwierzę umiera, odchodzi, i chowa się tak głęboko, by umrzeć w samotności. A ja jakoś to rozumiem. Bo umieranie, to z całą pewnością zawsze – i na zawsze – samotność. I nie zmienią tego ani pochyleni nad nami ze świecami bliscy, ani tym bardziej wpatrzone w nasze spierzchnięte wargi kamery telewizji. Tylko oczy gwiazd. I to gwiazd w sensie podstawowym, a nie przenośnym.
Jeśli kogoś ten tekst nastroił refleksyjnie i uważa, że czas przeznaczony na jego przeczytanie nie został stracony, bardzo zachęcam do kupowania książki o siedmiokilogramowym liściu, i o korzystanie z podanego obok numeru konta i zasilanie tego bloga, a przy okazji nas tu na miejscu. Dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...