poniedziałek, 31 marca 2014

Odpieprzcie się od Premiera

Tradycyjnie, przedstawiam swój kolejny felieton dla "Warszawskiej Gazety". Sprawa częściowo tu już opisywana, ale może w takim mocno zwięzłym ujęciu dobrze się będzie czytać.

Jak pewnie się orientujemy, od w Sejmie trwa antyrządowy protest, zorganizowany przez rodziców niepełnosprawnych dzieci. Chodzi o to, że władza najpierw owym rodzicom obiecała, że jeśli oni zrezygnują z pracy i poświęcą się opiece nad tymi dziećmi, to dostaną tyle, by im nie zabrakło, a kiedy ci naiwnie tym gangsterom uwierzyli, to im – tak jak to miało miejsce nie raz już wcześniej – powiedziano, że ponieważ ich pieniądze zostały wydane, niech sobie radzą jakoś inaczej.
A ja już tylko sobie myślę, że i tak należy docenić, że Donald Tusk im nie zaproponował, by te swoje dzieci oddali do chińskiego cyrku, gdzie same na siebie zarobią.
Prawdopodobnie nieco przestraszony emocjami, jakie afera powszechnie wywołała, Premier bardzo przebiegle postanowił, że on z jednej strony rzuci tym dziwnym ludziom jakiś grosz, a jednocześnie poinformuje wszystkich, że przez to Polska niestety będzie musiała ucierpieć, no i w ten sposób się za to upokorzenie zemści. Na nic. Od razu bowiem pojawiły tłumy prześmiewców, którzy zaczęli z Tuska szydzić, żeby się już tak nie napinał, bo wszyscy doskonale wiedzą, jak krążą pieniądze między nim, a resztą ferajny, no a jakby tego było mało, wróciły żarty z tych cygar, które Tusk nałogowo pali, i z których każde, jak mówią osoby poinformowane, kosztuje tyle, że, gdyby Premier swój miesięczny budżet zechciał odpowiednio przekierować, wyżywiłby w ten sposób jedną rodzinę tych „nierobów”.
I w tym momencie ja muszę zaprotestować. Otóż wedle mojej wiedzy, nasz pan premier na te cygara, podobnie jak na swoje ulubione wino, whisky, czy stroje nie wydaje ani jednego czy to publicznego, czy nawet osobistego grosza, ale korzysta z tak zwanej „małej pomocy przyjaciół”. Co to za pomoc, już tłumaczę.
Otóż, jak niektórym z nas wiadomo, w Krakowie działa spółka o nazwie Krakchemia, której główny udziałowiec, niejaki Jerzy Mazgaj, zarządza czymś co się nazywa Premium Cigars i posiada wyłączność na wszystkie marki cygar kubańskich w Polsce, jest szefem sieci supermarketów „Alma”, oraz ich znakomicie zaopatrzonych stoisk z ekskluzywnymi alkoholami, a jego żona kieruje promocją w spółce, która jest przedstawicielem w Polsce takich firm jak Burberry, Armani, JM Weston, Hugo Boss, czy Kenzo.
Co, ktoś spyta, Mazgajowie mają do Donalda Tuska i jego potrzeby odstresowywania się w high-endowej atmosferze? Otóż tak naprawdę nic, lub prawie nic, poza tym, że we władzach Krakchemii zasiadają znany nam skądinąd ksiądz Sowa i równie sławny szef BOR-u Janicki. I tyle. A więc, jak mówię – prawie nic. Prawie, które, jak wiemy robi wielką różnicę, ale nam każe się odpieprzyć od Premiera. W końcu, jeśli on te cygara dostaje z Krakowa, co moim zdaniem jest bardzo prawdopodobne, to jestem pewien, że takie świnie to oni nie są, żeby mu kazać za nie płacić, w dodatku jeszcze publicznymi pieniędzmi.

Proszę bardzo o wspieranie tego bloga, czy to przez kupowanie książek dostępnych w ksiegarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, lub przez bezpośrednia pomoc na podany obok numer konta. Dziękuję.

niedziela, 30 marca 2014

Zbieramy na wózek dla Jacka Żakowskiego

Blog ten prowadzę – najpierw w Salonie 24, potem już tylko na toyah.pl, by wreszcie skończyć i tu i tu – już od ponad sześciu lat, zamieściłem na nim blisko 2 tysiące tekstów i kiedy dziś, z powodów, o których za chwilę, postanowiłem sprawdzić, ile raz zdarzyło mi się wspomnieć o Jacku Żakowskim, wyszło mi na to, że cztery. Przez te sześć lat i niemal 2 tysiące notek, Żakowski zainspirował mnie do pisania zaledwie 4 (słownie cztery) razy. Ale jest coś jeszcze w tym ciekawszego; powiedziałbym wręcz, że znacznie, znacznie ciekawszego. Otóż owe cztery teksty zostały przeze mnie napisane w roku 2008, a więc wtedy, kiedy dopiero rozpoczynałem tę część swojego życia, i każdy z nich okazał się nagle, po tych wszystkich latach, czymś tak wyjątkowo słabym, że ja najpierw się ze wstydu zarumieniłem, a następnie każdy z nich, jeden po drugim, wystrzeliłem w kosmos. Jedyny przypadek, kiedy z czysto honorowych względów uśmierciłem któryś ze swoich tekstów.
jakim sensie one były słabe? Czy chodziło o to, że były źle napisane? Czy może o to, że ja się w mojej ocenie Żakowskiego się wówczas myliłem? A może rzecz w tym, że one nie były odpowiednio głębokie? Nie, nie, nie. One były bardzo słabe przez to, że poziom emocji, jaki ja w nich ujawniłem był kompletnie nieadekwatny do rangi problemu. Podczas gdy powody, dla których ja decydowałem się wówczas reagować, były naprawdę poważne i absolutnie nie do zlekceważenia, tamte teksty z dzisiejszej perspektywy wyglądają tak, jakbym ja sobie wtedy pomyślał, że Żakowski na nic lepszego nie zasługuje, i wyszło mi coś, co mógł równie dobrze napisać… no może nie Feusette, ale już na pewno jakiś Warzecha, czy Pawlicki.
Z drugiej strony, przeglądając tamte cztery notki, pomyślałem sobie, że może ja wtedy w ogóle pisałem byle jak; może większość tekstów, które wtedy powstały, z dzisiejszej perspektywy nadają się już tylko na śmieci? A może chodzi o to, że ja niepotrzebnie poświęcałem swój czas i emocje całej tej menażerii, której Żakowski był zaledwie jednym z przedstawicieli. Ale nie: przecież znaczna część z tamtych tekstów znalazła się w książce o siedmiokilogramowym liściu i ja nie widzę najmniejszego powodu, by się ich choćby trochę wstydzić. Chodzi tylko o tego Żakowskiego. Wygląda na to, że ten człowiek już wtedy miał w sobie coś takiego, co sprawia, że gdy go dotknąć choćby skrawkiem myśli, owa myśl natychmiast usycha. Kto wie, czy nie jest wręcz tak, że gdyby człowiek o pewnej wrażliwości podał Żakowskiemu rękę, ta ręka by w jednym momencie zgniła?
Może wyjaśnię, o co poszło, że naszło mnie na tego Żakowskiego. Oto mój kupel Lemming przysłał mi wczoraj link do artykułu, proszę sobie wyobrazić, Dominiki Wielowieyskiej w „Wyborczej”, w którym ona się złości na Żakowskiego, że ten podczas jakiejś gadki w radio TOK-FM zasugerował, że o ile rodzice dzieci niepełnosprawnych, którzy sobie tej biedy napytali niejako niechcąco, zasługują na naszą solidarność, to ci, którzy wiedzieli, co ich czeka, a mimo to zdecydowali się na to, by te dzieci mieć, nie powinni być już być traktowani z taką wyrozumiałością. Na zasadzie znanej nam pod hasłem „widziały gały, co kupowały”.
Ja od razu przyznaję, że wypowiedzi Żakowskiego nie słyszałem i słuchać jej nie zamierzam, natomiast zakładam, że skoro on Wielowieyską aż tak rozsierdził, że ona musiała dać temu publiczny wyraz, tam mogło być nawet jeszcze lepiej. No i że ona z całą pewnością nie wymyśliła sobie frazy o „nieprzewidzianym cierpieniu”.
A więc minęły już lata od czasu, gdy cztery razy z rzędu uznałem za stosowne odnieść się jakoś do zjawiska znajdującego swoje odbicie w Jacku Żakowskim i poniosłem sromotną klęskę. Minęły lata, podczas których ja go traktowałem, jak plazmę, której najlepiej nie zauważać, no i przyszedł ten moment, kiedy on mi wlażl do domu, zwyczajnie rozwalił się w fotelu i najwidoczniej nie ruszy się dopóki go nie poszczuć psami. Rozwala się tu w moim fotelu i najpierw opowiada, jakim to jest nieszczęściem zostać zaatakowanym przez niepełnosprawne dziecko, a potem każe się nam zastanowić, czy skoro samiśmy się prosili o to, żeby oberwać, nie powinniśmy teraz siedzieć cicho i nie pyskować.
Słucham go, patrzę na tę opuchniętą czegoś twarz i zastanawiam się, czemu on tak gada? Po co? Przecież wcale tego robić nie musi. A on gada. I mam ochotę go złapać za kark, wywlec z pokoju na korytarz i wyrzucić za drzwi, ale boję się, że jak go kopnę w ten opasły tyłek, to noga mi wpadnie do środka i już tam zostanie. I oto właśnie sobie przypomniałem, że pisałem o nim jeszcze raz, co daje okrągłe pięć refleksji. Otóż poświęciłem mu krótką notkę w „Elementarzu” i mam wrażenie, że choć ona oczywiście mogłaby być mocniejsza, nic jej nie brakuje. Z jakiegoś powodu, tam mi się udało zachować odpowiednie proporcje. Posłuchajmy może:
Moim zdaniem chleje. Jak większość z nich. Ale oczywiście dowodów nie mam. Kiedyś napisał tekst, w którym zasugerował, że Jarosław Kaczyński jest jak cesarz Kaligula. Na Kaliguli, podobnie jak na historii, znam się w stopniu bardzo ograniczonym. Tyle wszystkiego, że widziałem film pod tym tytułem. Pornograficzny, ale bardzo pouczający. No i naprawdę wybitny. Jeśli to, co jest w tym filmie, to prawda, to ja jestem pewien, że Żakowski chleje. Inaczej on by w ogóle o Kaliguli nie wspominał. W obawie, że ktoś się domyśli jego prawdziwych kompleksów”.Na koniec jeszcze jedna refleksja. Pisałem kiedyś o moim kumplu-menelu Krzysiu. Od tamtego czasu jego życie zmieniło się o tyle, że na skutek postępującej cukrzycy, musiano mu amputować nogę, no i on teraz, kiedy się tu kręci – albo zasypiając od tej wódy, albo dopiero zbierając na kolejną flaszkę – nie siedzi już na ławce na placu, czy na murku pod Żabką, ale na wózku inwalidzkim. No i jest znacznie, znacznie smutniejszy, niż był jeszcze jesienią. Kiedy patrzę na niego, a potem słucham tego Żakowskiego, myślę sobie, że chyba jednak nam Pan Bóg strasznie niesprawiedliwie rozdziela.

Zupełnie niechcąco, już po raz drugi z kolei wspominam o swojej książce zatytułowanej „Twój pierwszy elementarz”. Ona robi bardzo skromne wrażenie, ale daję słowo, że gdybym jej już nie miał, kupował bym w ciemno. Od czasu gdy ona się ukazała, swój „elementarz” opublikował nasz świętej pamięci kolega Seawolf, teraz, jak czytam, postanowił z tej strony zaatakować Seaman, a ilu jeszcze takich, o których nie wiem? Ile jednak by ich było, naprawdę nie ma co szukać dalej. To wszystko jest nędzny ersatz. Daje na to uroczyste słowo honoru i zapraszam do księgarni Gabriela pod adresem coryllus.pl, gdzie można sobie naprawdę poużywać.
Jeśli jednak ktoś już kupił wszystko, co miał kupić, a mu troszeczkę zbywa, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 29 marca 2014

Na co wzrok ociemniałym?

Jeśli ktoś miał okazję czytać moją drugą książkę zatytułowaną bardzo ładnie po Wałach Jagielońskich „Twój pierwszy elementarz”, być może pamięta, że pierwsza absolutnie notka, jaka się tam pojawiła, i w pewnym sensie otwiera tę książkę na poziomie symbolicznym, jest opatrzona hasłem „Abigail i Brittany Hensel”, a niżej stoi jak byk:
Bliźniaczki syjamskie, mieszkające w Stanach Zjednoczonych zrośnięte tak niefortunnie, że wyglądają jak człowiek o dwóch głowach. Kiedy dziennikarz, w jedynym dużym wywiadzie, jakiego dziś już 22 letnie dziewczynki udzieliły, zapytał je, jak to jest mieć dwie głowy, obie odpowiedziały, że tego powiedzieć nie potrafią, bo tak się złożyło, że mają tylko po jednej. A ja uważam, że jeśli ktoś myśli, że to nie jest bezpośredni dowód na istnienie Boga, to jego już nic nie przekona”.
Jakiś czas po ukazaniu się tej książki któryś z czytelników poprosił mnie, bym może wyjaśnił, o co mi chodziło z tym Bogiem, bo on nie rozumie. Ja, jako człowiek dobroduszny i zawsze zakładający, że ludzie, którzy do mnie przychodzą mają wyłącznie dobre intencje, oczywiście byłem gotów nawet poświęcić sprawie całą osobną notkę, jednak w tamtym akurat momencie tak bardzo byłem przekonany o tym, że zarówno to co powiedziała jedna z tych dziewczynek, jak i to co ja napisałem jako swój komentarz w sprawie jest tak pełne i jednocześnie mocne pod każdym względem, że dodatkowe objaśnianie sprawy wyjdzie jej tylko na gorsze, że nie dorzuciłem tam ani jednego słowa. Na takiej samej zasadzie, jak z całą pewnością psuje każdy dowcip objaśnianie pointy. Żart jest i mądry i śmieszny i inspirujący, a w momencie gdy tylko ktoś, kto go nie zrozumiał, pojawi się z pytaniem: „A o co chodzi, bo nie złapałem?” i my zaczniemy wszystko tłumaczyć, nie ma takiej możliwości, żebyśmy na końcu naszej przemowy usłyszeli serdeczny śmiech; to już pewnie bardziej znudzone: „Aha…”.
A więc nie wyjaśniłem mojemu czytelnikowi, co miałem na myśli, kiedy napisałem, że to iż te dziewczynki mają po jednej głowie, jest dowodem na istnienie Boga. W ogóle nie napisałem nic ani o Bogu, ani o duszy, ani o świadomości, ani nawet o owej nieprawdopodobnej wyjątkowości i niepowtarzalności każdej osoby ludzkiej. Jak znam życie, a przy okazji i siebie w tym życiu zanurzonym, pewnie raczej wrzuciłem jakiś tekst o Tusku, lub Palikocie, ewentualnie puściłem którąś z moich ulubionych piosenek.
I oto wczoraj syn mój pokazał mi na youtubie pewnego niewidomego od urodzenia człowieka, swoją drogą znacznie starszego od tych dziewczynek, które mimo że wyglądają jak jedna, to jest ich dwoje, który prowadzi swego rodzaju wideoblog, na którym wszystkim tym, którzy mają ochotę go słuchać, opowiada, jak to jest być niewidomym. I nie jest tak że on za każdym razem siada do tej kamery i tam ględzi, co mu przyjdzie do głowy. Nie. Formuła tego bloga polega na tym, że on otrzymuje pytania od ludzi, którzy chcą wiedzieć, jak wygląda jego niewidome życie, a on na te pytania, zawsze bardzo wesoło i sympatycznie i szczerze odpowiada.
Któregoś dnia ktoś go spytał, czy gdyby mu zaproponowano operację, która przywróci mu wzrok, on by się na to zgodził. I proszę popatrzeć i posłuchać, jak on na to pytanie odpowiada:



Gdyby ktoś nie znał języka, specjalnie dla niego całość przetłumaczę. Oto co ów człowiek mówi:
No nie wiem. Chętnie bym powiedział, że nie. To by dopiero brzmiało:‘Dziękuję. Obejdzie się”.
Przez pierwszych kilka dni musiałbym się uczyć, czym są kolory. Musiałbym się nauczyć tego, jak rzeczy wyglądają, a nie jak się je czuje. Musiałbym się dowiedzieć, czym jest odległość. Musiałbym się nauczyć rozpoznawać piękno. O czym się mówi, że jest ładne, a o czym, że jest brzydkie. Musiałbym się nauczyć, jak wygląda każda rzecz. Jak wyglądają zwierzęta, ptaki, koty, psy. Dziś mi wystarczy, kiedy wiem, że pies lub kot jest duży lub mały. A tu trzeba by było się tego wszystkiego uczyć od nowa. Strasznie dużo nowych rzeczy trzeba by się było nauczyć. Już teraz na samą myśl o tym boli mnie głowa.
No i byłoby strasznie dziwne zobaczyć jedzenie. Weźmy takie spaghetti, które w dotyku jest okropne. Gdybyś miał tylko ten dotyk, w życiu byś tego nawet nie tknął. Tak się jakoś jednak składa, że na talerzu spaghetti podobno wygląda dobrze. Owoce też są dziwne. Banan czy pomarańcza. Jarzyny mają dziwny zapach. Na przykład takie szparagi. Albo brokuły. Z powodu tego okropnego zapachu, ja ich nie jem. Nie lubię ich i już. Nie potrafię uwierzyć, że fotografie pokazujące jedzenie są zawsze takie duże. To jest niesamowite. Wszyscy chcą wciąż patrzeć na jedzenie. Czemu zdjęcia z jedzeniem nie są takie, by się mieściły w portfelu?
No i dziwne by było też zobaczyć, jak wyglądam ja sam. Ja wiem, jaki jestem w dotyku, czy w mojej świadomości, ale zobaczyć siebie po raz pierwszy byłoby czymś niesamowitym. Oglądać telewizję, filmy. Dźwięk plus ruchomy obraz, naprawdę? Te wszystkie 3D, HD i inne bajery? Strasznie tego dużo. Do roboty, naukowcy! Właściwie, to już niech będzie. Zgadzam się”.
A więc jeszcze raz: mamy te dwie dziewczyny, dziś już dorosłe kobiety, które nigdy nie poznały, czym jest życie osobno, w sensie i psychicznym i również fizycznym; dziewczyny, które wyglądają jak człowiek z dwiema głowami, i oto nagle się okazuje, że tu, jeśli nawet mamy do czynienia z jednym, w jak najbardziej dosłownym sensie, ciałem, to już z całą pewnością z dwiema pojedynczymi i tak bardzo unikalnymi duszami. A już za chwilę pojawia się ten niewidomy człowiek, który nam tłumaczy, jak mało tak naprawdę wiemy, mając do dyspozycji tylko ten nasz ułomny wzrok, ułomny słuch, smak, węch i jakże ułomny dotyk.
W innej części owego wideobloga, nasz niewidomy człowiek opowiada, jakie korzyści płyną z tego, że jest się niewidomym. A ja bym bardzo chciał wiedzieć, jakie korzyści widzą Abigail i Brittany Hensel w tym, że zostały tak niefortunnie uwięzione w jednym i tylko te ich głowy wskazują na to, że wszystko tak naprawdę jest na swoim miejscu. Bo mam bolesne wrażenie, że jeśli ktoś tu ma kłopoty, to tylko my i ta nasza dziecięca wręcz bezradność w widzeniu świata w jego naturalnym kształcie.

Serdecznie zachęcam do kupowania mojej nowej książki o języku angielskim, a jak ktoś nie ma, to i wspomnianego "Elementarza". A jeśli ktoś ma i jedną i drugą, proszę wspierać ten blog w każdy inny mozliwy sposób. Dziękuję.

czwartek, 27 marca 2014

Dla Ginewry - with love and squalor

Jest w blogowaniu coś, o czym chyba wcześniej nie wspominałem, a co uważam za zjawisko niezwykle ciekawe. Otóż przez to, że teksty te – jeśli tylko to zajęcie traktujemy poważnie – pojawiają się z pewną, niekiedy dość intensywną, regularnością, przychodzi taki moment, kiedy człowiek myśli sobie, że to już chyba będzie owego pisania koniec. Przy tej ilości tekstów i tak przecież ograniczonej liczbie tematów, musi się w pewnym momencie dojść do przekonania, że nie ma takiej możliwości, by nie chcąc się powtarzać, znane nam źródła inspiracji dało się wciąż traktować jako niewyczerpalne. A mimo to lata mijają, a każdy dzień przynosi kolejną refleksję – refleksję naprawdę świeżą i niekiedy nawet całkiem głęboką.
Jak to się dzieje? Otóż, pomijając źródła oczywiste, a więc życie i wszystko to co je otacza, bywa tak, że zainspirować potrafi nawet kolejna notka, czy kolejny stanowiący na nią reakcję komentarz. Dokładnie to przydarzyło mi się wczoraj i dziś. Napisałem tekst o tym, jak to moim zdaniem Michał Kamiński nie był nigdy, a tym bardziej nie jest dziś, jakimkolwiek zdrajcą, ale, wręcz odwrotnie, człowiekiem od początku do końca wiernym swoim przekonaniom i tym, którym owe przekonania mają służyć. Ciekawe w tym było dla mnie to, że mnie by jeszcze dzień wcześniej nawet nie przyszło do głowy, że będę miał ochotę na komentowanie tak zwanego „przypadku Kamińskiego”, a tu nagle wziąłem do ręki najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, przeczytałem zamieszczony w nim tekst Stanisława Janeckiego… i hop! Wszystko nagle nabrało nowych barw.
Mało tego. Napisałem tamten tekst, i kiedy wydawało mi się, że sprawa jest ostatecznie zamknięta, moja koleżanka Ginewra napisała komentarz, w którym zwróciła uwagę, że z tymi narodowymi katolikami musi być coś nie tak, skoro praktycznie każdy z nich, wcześniej czy później okazał się albo agentem, albo idiotą. Powtarzam – każdy. No i w ten oto sposób wiedziałem już, co zresztą natychmiast Ginewrze zapowiedziałem, że zaczynam pisać tekst kolejny. Ten oto, który w tej chwili jest przed nami.
Otóż nie wiem, ilu z nas wie, kim jest Jan Bodakowski, ale ponieważ domyślam się, że takich jest bardzo niewielu, powiem może, że Bodakowski to niezależny publicysta narodowo-katolicki, który sam o sobie na swoim blogu pisze w następujący sposób: „Katolik. Polak. Publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym. Brzydki. Biedny. Niedoceniony. Nielubiany”. I powiem uczciwie, że ja się tu zgadzam niemal z całością tego wyznania, z wyjątkiem może dwóch punktów: otóż ja miałem okazję z Bodakowskim zamienić dwa słowa i uważam, że po pierwsze on wcale nie jest brzydki, ale wręcz przeciwnie, no i nie wyobrażam sobie, by go ktokolwiek nie lubił, bo z tego co zdążyłem zauważyć, to jest bardzo miły człowiek, a miłych ludzi wszyscy z reguły – no może z wyjątkiem ludzi niemiłych, ale my tu takimi gardzimy – lubią.
Natomiast jest coś, co z całą pewnością Bodakowskiemu podczas tej prezentacji umknęło. On zdecydowanie powinien był do tej listy dodać przymiotnik „głupi”. Normalnie, powinien był choćby zastąpić owo w oczywisty sposób kokieteryjnie nieprawdziwe „brzydki” słowem „głupi”.
Czemu uważam, że Bodakowski to dureń? Otóż dziś właśnie przeczytałem w Salonie24 rozmowę, jaką przeprowadził on z kobietą nazwiskiem Anna Raźny, profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego, kierownikiem Katedry Rosyjskiej Kultury Nowożytnej w Instytucie Rosji i Europy Wschodniej na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych tamże, kiedyś związaną z Radiem Maryja, Ligą Polskich Rodzin i Marszem Niepodległości, a dziś chyba już tylko z ambasadą Federacji Rosyjskiej w Warszawie. Przeprowadził Bodakowski ową rozmowę, fragmenty jej najpierw opublikował – jak najbardziej! – w „Najwyższym Czasie”, a całość już na blogu w Salonie24, a my z niej dowiadujemy się, że pozwolę sobie dokonać odpowiedniego skrótu, że Prawo i Sprawiedliwość to partia zdrady, z Jarosława Kaczyńskiego i jego kumpli katolicy, jak z koziej dupy trąba, na to że w Smoleńsku był zamach nie ma żadnych dowodów, a PiS (niemal cały wywiad jest poświęcony PiS-owi) zamiast poświęcić się krzewieniu przyjaźni między Polską a Rosja, tylko judzi i dzieli oba oddane Bogu i swoim przywódcom społeczeństwa.
Ktoś powie, że ta Raźny to może faktycznie jest jakimś ruskim szpiegiem, a może i nawet osobą psychicznie niezrównoważoną, tyle że co ma do tego biedny Bodakowski, który, jak sam zresztą o sobie napisał, zaledwie „publikuje artykuły popularyzujące wiedzę o historii i świecie współczesnym”? Spotkał Bodakowski na swej publicystycznej drodze kogoś, kto mu się wydał ruskim agentem, a że jest autorem świadomym swoich obowiązków, skorzystał z okazji i dokonał wspomnianej popularyzacji wiedzy o świecie współczesnym. Otóż nic z tego. Z rozmowy, jaka została przez Bodakowskiego opublikowana w Salonie24 wynika, że między nim a Raźny panuje pełna zgodność poglądów. Powiem nawet, że gdyby Bodakowski zapomniał swoją kwestię wytłuścić, można by było sądzić, że to nie jest żaden wywiad, tylko zwykły artykuł na temat odwiecznego braterstwa kościołów rzymskiego i wschodniego, które jest brutalnie niszczone przez cynicznych szatanów z Prawa i Sprawiedliwości.
Pyta Bodakowski: „Czy PiS jest partią reprezentującą elektorat katolicki, czy jest partią cynicznie pasożytującą na elektoracie katolickim?” Pasożytującą, odpowiada Raźny.
Bodakowski: „Na ile zaślepienie wyborców PIS jest to wynik technik manipulacyjnych PiS, a na ile przejaw demoralizacji katolików którzy zadowalają się tylko frazesami?” Problemem jest tak zwana szara manipulacja, w której stosowaniu PiS jest mistrzem, wyjaśnia Raźny.
Czy działania PiS są nie tylko formą manipulowania wyborcami w celu osiągnięcia sukcesu politycznego, ale co gorsze, są kreacją fałszywej świadomości katolików, wyuczaniem katolików do akceptowania stanu w którym deklaracje maja się nijak do realnych działań?”, chce wiedzieć Bodakowski. „To partia, która manipuluje nie tylko wartościami chrześcijańskimi, ale również narodowymi, patriotycznymi”, kontynuuje rozpoczętą przez Bodakowskiego myśl Raźny.
Czy dokonywana przez PiS demoralizacja katolików, sprawia, że dla katolików normalnym staje się stan gdy katolik postępuje niezgodnie z nauczaniem kościoła”, podpowiada temat Bodakowski. „Każda demoralizacja jest naganna, nade wszystko ta, która ma szeroki zasięg – w tym wypadku społeczny i polityczny”, ciągnie przy pomocy swego profesorskiego autorytetu Raźny.
Czy demoralizowani przez PIS katolicy, ze złamanymi przez PiS kręgosłupami moralnymi, są pootwierani na przyjęcie nowych destruktywnych ideologii takich jak gender? […] Czy Kaczyńskiemu udało się to co nie udało się ani PZPR ani Gazecie Wyborczej?” chce wiedzieć Bodakowski. Ależ oczywiście. „Od kiedy istnieje ludzkość, przykład idzie z góry”.
Czy rząd PiS od początku popierał Traktat Lizboński, który zakładał budowę Unii na fundamencie odrzucenia chrześcijańskiego dziedzictwa i uprzywilejowaniu mniejszości kosztem chrześcijan?” Od samego początku! Mało tego. To tak naprawdę PiS stoi za promocją tego całego dżender i innego pedalstwa i eutanazji.
Mam nadzieję, że wszyscy mniej więcej wiemy, do czego zmierzam. Mamy tu mianowicie tę całą Raźny z Uniwersytetu Jagielońskiego oraz biednego Janka Bodakowskiego i cóż oni nam takiego przynoszą, czego dotychczas nie przyniósł ani Michnik, ani Tusk, ani Leszek Miller, ani nawet Palikot? Otóż każde jedno słowo, każda jedna myśl wypowiedziana przez Bodakowskiego i odpowiednio rozwinięta przez Raźny stanowi w stosunku do wszelkich znanych nam wcześniej ekscesów jakość zupełnie unikalną. Ani Palikot, ani Miller, ani nawet, podejrzewam, Anna Grodzka, nie byliby w stanie osiągnąć tego poziomu upodlenia. Nawet przy całkowitej utracie zmysłów. A pamiętajmy, że tamci nie dość, że nie są nawet w jednym procencie tak pobożni jak Bodakowski i Raźny, to w ogóle nawet nie wierzą w Pana Boga. Żeby zobaczyć ten rodzaj upadku – wszystko mi na to wskazuje – trzeba było nam dopiero sprowadzić prawdziwych Polaków i katolików. I to jest coś, co mnie wręcz przyprawia o dreszcze.
I nie oszukujmy się. Tu przecież tak naprawdę nawet nie chodzi o tę Raźny, która, jak już wspomniałem, najpewniej jest ruskim agentem, ani o Bodakowskiego, który – bardzo na to liczę – uwzględni i doceni fakt, że jego akurat za agenta nie uważam, ale zaledwie za durnia, ale mam tu na uwadze całą tę formację byłych czy obecnych narodowych katolików, których polityczną reprezentację określają takie postacie, jak Niesiołowski, Goryszewski, Giertych, Zawisza, Piłka, Jurek, obaj Libiccy, Łopuszański, czy dziś też Kamiński… i pewnie mógłbym wymieniać kolejnych, gdyby tylko mi się chciało grzebać w pamięci. Otóż wiele wskazuje na to, że Ginewra, zwracając uwagę na tę czarną prawidłowość, ma jak najbardziej rację. To jest wszystko albo od początku do końca agenturą, albo dowodem na to, że diabłu najwygodniej jest działać w okolicach ołtarza. Albo i jedno i drugie.
Szalenie to wszystko jest moim zdaniem ciekawe, i odpowiednio inspirujące, by zacząć na ten temat poważniejsze rozmowy, a ja już chyba te refleksje zakończę taką w sumie pozytywną refleksją. Bardzo mianowicie dobrze, że my Polacy, choć oczywiście pobożni i jak należy przywiązani do Kościoła, tak bardzo się znowu tym wszystkim nie przejmujemy. Tyle tylko żeby za dużo nie nagrzeszyć i od czasu do czasu się z tego cośmy nabroili wyspowiadać. W przeciwnym wypadku mogłoby się to wszystko skończyć tak, że przy tej pieprzonej demokracji Raźny by została prezydentem, a Bodakowski premierem i wtedy dopiero byśmy dostali do wiwatu.

Proszę bardzo o wsparcie dla tego bloga. Jest wyjątkowo źle i bez Waszej pomocy nie damy rady. Dziękuję.

środa, 26 marca 2014

Michał Kamiński, czyli człowiek z siecią

Od pewnego czasu cała nasza, z niewiadomego powodu, wbrew czystemu rozsądkowi, niezmiennie rozpolitykowana, Polska żyje sprawą zdrady Michała Kamińskiego, a ja nie mogę przestać myśleć, czemu zdrady i czemu akurat tej, a nie jakiejkolwiek innej. W końcu, nie Kamiński pierwszy, nie ostatni i nie jakoś szczególnie wyjątkowy. Tymczasem histeria, jaka podniosła się wokół po tym, jak Kamiński zapisał się do Platformy Obywatelskiej, a oni w nagrodę dali mu jedynkę na liście do Parlamentu Europejskiego, jest tak wielka, że ani przypadek Marcinkiewicza, ani Kluzik, ani nawet – tak! tak! – Radka Sikorskiego nie robią już takiego wrażenia. A więc, czemu Kamiński?
Myślę o tym już od kilku dni i jedyna odpowiedź, jaka mi przychodzi do głowy jest taka, że tu nie może chodzić o to, co ten nieszczęśnik zrobił, ani nawet to, jak on się dziś zachowuje, ale to jak on wygląda. Mam wrażenie, że gdyby Kamiński wyglądał jak europosłowie Zalewski, Migalski, senator Libicki na wózku, czy nawet jak drobna sympatyczna dziewczyna, taka jak Joanna Kluzik, prawicowa opinia publiczna dałaby mu święty spokój, uznając, że albo mu się coś poprzewracało we łbie, albo zwyczajnie ratuje skórę, dziś jednak wszyscy nagle zobaczyliśmy tę karykaturę, bardziej przypominającą nieboszczyka Muzyczkę niż choćby najbardziej oślizgłego esbeka, w dodatku jeszcze słyszymy te bezczelne kłamstwa spływające razem z potem z tej opuchniętej twarzy, i jest nam zwyczajnie wstyd, że daliśmy się tak fatalnie oszukać; że przez tyle lat byliśmy tak fatalnie ślepi.
Mam nadzieję, że jestem dobrze rozumiany. Mnie w ogóle nie zależy na tym, by się nad Kamińskim znęcać. To już bardziej mam ochotę poznęcać się nad nami samymi, którzy przez cały ten czas mieliśmy tego Kamińskiego przed oczami, i ani nam do głowy nie przyszło, żeby się zapytać, o co tu może chodzić. Ja bowiem – powiem to raz jeszcze – rozumiem, że mogli naszą czujność uśpić Kurski, Kluzik, czy choćby Marcinkiewicz, i nie uważam nawet, byśmy, gdy chodzi o nich, mieli powody, by się czegokolwiek wstydzić. Dziś natomiast widzimy nagle tego Kamińskiego, tak fatalnie obnażonego, z tym obłędem w oczach, tym spływającym po czole potem, w tych jego nieodłącznych spranych dżinsach do marynarki i krawata, słyszymy ten skierowany w naszą stronę szyderczy śmiech naszych wrogów i zwyczajnie nam wstyd. No i żeby ów wstyd w sobie zabić wyzywamy Kamińskiego od najgorszych.
Ktoś mi powie, że ja robię dokładnie to samo; że ja sam przez wiele lat traktowałem Kamińskiego, jak naszego mistrza i nadzieję na zwycięstwo ze złem, a dziś z tego wstydu, że się okazałem naiwny i głupi, obrażam go bez żadnego umiaru. Otóż nie. Mogę się oczywiście mylić, bo tych tekstów tu jest już pewnie z dwa tysiące, a wcześniej też przecież różne myśli mi po głowie chodziły, ale nie przypominam sobie, bym akurat Kamińskiemu, czy jego przez wiele lat kumplowi od tak zwanego politycznego spinowania Bielanowi, poświęcił choć jedno dobre słowo. Mnie się dobrze zdarzało mówić o Migalskim, o Kurskim, o Ziobrze, w pewnym momencie chwaliłem się swoimi osobistymi relacjami z Asią Kluzik – Kamiński i Bielan jednak zawsze byli dla mnie ludźmi stojącymi w samym środku podejrzeń.
Pamiętam, jak jeszcze za życia prezydenta Kaczyńskiego w dzienniku „Dziennik” ukazała się seria tekstów pokazujących Prezydenta i reprezentowany przez niego Urząd, jako miejsce, gdzie wszyscy na czele z Lechem Kaczyńskim chodzą od rana do wieczora nawaleni, a kiedy już atmosfera robi się nieznośna, do akcji wkracza Maria Kaczyńska i na oczach całego towarzystwa upokarza Prezydenta, każąc mu klękać i skomleć jak pies. I ja naturalnie wiedziałem nie tylko to, że wszystkie te rewelacje są w wyssane z czyjegoś brudnego palca, ale że ten palec musi należeć do kogoś, kto na Krakowskim Przedmieściu przebywa niemal na stałe, a jeśli miałem tu na myśli kogoś konkretnego, to właśnie Kamińskiego. Dlaczego akurat jego? Nie ma tu miejsca, by to tłumaczyć szerzej, niż zrobiłem to już wcześniej, mam jednak nadzieję, że to wystarczy.
Ostatni numer tygodnika „W Sieci” w znacznej części poświęcony jest przypadkowi Michała Kamińskiego, a rolę głównego analityka pełni tu Stanisław Janecki i to on właśnie nakręca te emocje pokazując, jaki to z Kamińskiego bezideowy i sprzedajny zdrajca. Janecki przedstawia życiorys Kamińskiego, zaczynając od czasów, gdy on jeszcze chodził do szkoły, a kończąc na dzisiejszej przygodzie z Platformą Obywatelską, a my poznajemy człowieka, u którego zdrada była niemal wpisana w charakter i duszę. Z opisu Janeckiego wynika, że trzeba było być kompletnym idiotą, żeby, znając życie i karierę Kamińskiego, dać się na jego gadki nabrać. Niestety, Janecki już nie wyjaśnia, jak to się stało, że mimo tych oczywistości, ani on jako niezależny dziennikarz, przez wiele lat publikujący w ważnym niezależnym tygodniku opinii, mający stały dostęp do mikrofonu, w odpowiednim czasie nie zaalarmował opinii publicznej, ani, tym bardziej, jak to się stało, że zarówno Lech Kaczyński, jak i Jarosław przez tyle lat ulegali urokowi zwykłego, nieszczególnie nawet inteligentnego, karierowicza. Jak to możliwe, że oni nawet nie sprawdzili sobie jego tak nędznej przeszłości?
Otóż oczywiście ja mam na to odpowiedź. Rzecz w tym, że Janecki, przedstawiając Kamińskiego, jako prymitywnego karierowicza bez poglądów i bez pasji, albo łże jak bura suka, albo nie ma o niczym pojęcia i się do tego, czym się zajmuje zwyczajnie nie nadaje. Gdyby Kamiński był tym, czym go przedstawia Janecki, a więc jakims bałwanem o przerośniętych ambicjach, on by w życiu nie uzyskał dostępu do Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Podobnie, jak nie uzyskaliby do nich dostępu tacy ludzie, jak Krauze, Kaczmarek, Sikorski, Marcinkiewicz, czy wielu wielu innych. Oni bowiem nie byli ani przez chwilę bezideową plazmą, ale stanowili bardzo ważne ogniwo w całej strukturze owej Sieci, która od samego początku usiłowała opleść obu polityków, i której starania odniosły taki sukces pewnego kwietniowego poranka.
Dziś się ze źródeł, którym ufam, dowiaduję, że był okres, kiedy Lech Kaczyński należał do towarzyskiej śmietanki Trójmiasta obok ludzi tak strasznych, że ja osobiście, gdybym tylko wiedział, że oni się gdzieś kręcą w pobliżu, nie wychodziłbym z domu. Janecki zapewne będzie twierdził, że to żadna śmietanka, ale banda karierowiczów bez wiary i bez serc, a sam Prezydent był naiwny jak dziecko, któremu zaimponowało ciekawe towarzystwo. Otóż nie. To nie była bezideowa masa, ale wręcz przeciwnie, ludzie ideowi wręcz do szpiku kości działający w ramach ideowej jak jasna zaraza Sieci. A ja dziś, kiedy oglądam w telewizji, czy na zdjęciach tę obłąkaną twarz Michała Kamińskiego, myślę sobie, że to naprawdę bardzo mądrze ze strony Jarosława Kaczyńskiego, że, jak słyszę, on tę swoją politykę robi, bo już nie ma innego wyjścia, natomiast do siebie tak naprawdę dopuszcza tylko swojego kota. I wiem jeszcze to, że to jest jak najbardziej zrozumiałe, że te szyderstwa i ta wściekłość z tego oto powodu, że on wybrał tę samotność, są tak bardzo i z każdym dniem coraz bardziej nagie. A jeśli mam do niego o cokolwiek jeszcze pretensje, to to, że on z jakiegoś powodu uważa, że ludzi nie należy oceniać po oczach.

Przypominam, że moja najnowsza książka, pod równie fascynującym, jak sama jej zawartość tytułem „Kto się boi angielskiego listonosza?” jest do nabycia w księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, a gdyby ktoś ją już miał i nie ma znajomych, którym lubi sprawiać niespodzianki, i akurat mu nieco zbywa, bardzo proszę o wspieranie tego bloga. Ostatnio – paradoksalnie właśnie w związku z ukazaniem się tej książki – przeżywamy bardzo ciężki kryzys i każda pomoc jest nieoceniona. Dziękuję.

poniedziałek, 24 marca 2014

Jak się nie bać angielskiego listonosza, raz jeszcze

Zapowiadałem wprawdzie, że już nie będę nic pisał na temat książki o angielskim listonoszu, licząc na to, że to co napisałem dotychczas, wystarczy na tyle, by każdy zainteresowany resztę mógł sobie sprawdzić już indywidualnie. Jednak dziś z samego rana nasz kolega Gabriel Maciejewski poszedł na rozmowę do Radia Wnet, i zapytany w pewnym momencie o owego „listonosza”, niezależnie od komplementów, który sprawiły mi naturalną satysfakcję, powiedział, że książka ta opisuje problemy, z jakimi zmaga się w Polsce nauczyciel angielskiego i pokazuje, że język to jest coś, czego się nie trzeba bać, jednak z uwagi na ogólny temat owej rozmowy, tematu bardziej już nie rozwinął. A z mojego punktu widzenia, sprawa wymaga bezwzględnego wyjaśnienia, przynajmniej co do tego, o jakich problemach mówimy, jakim nauczycielu i czego dokładnie nie należy się bać i dlaczego.
Otóż pomysł na książkę, o której rozmawiamy oparty był na trzech podstawach. Przede wszystkim, tak jak każda z czterech poprzednich, ona ma przede wszystkim bawić i wzruszać. Czytamy książki, oglądamy filmy, słuchamy muzyki przede wszystkim po to, by się rozerwać i wzruszyć. Jeśli nie będzie nic ponad to, damy radę. Bez tej rozrywki natomiast i już bez tego wzruszenia, nie ma się w ogóle co napinać, i z jednej i z drugiej strony.
Ponieważ jednak moje plany jako autora zakreślone zawsze były znacznie szerszej, zależało mi również, by ta książka – podobnie jak wszystkie wcześniejsze – dostarczyła czytelnikowi refleksji, jakich on w przestrzeni, która go otacza na co dzień nie znajdzie. I tu dochodzimy do punktu, o którym Gabriel w Radio Wnet niestety tylko wspomniał. Książka o tym, żeby się nie bać angielskiego listonosza, ma za zadanie każdego kto już ją przeczyta zostawić bogatszego o pewne ważne przemyślenia.
No i wreszcie – i tu mamy do czynienia z wymiarem zupełnie nowym – ona ma spełniać funkcje czysto praktyczną, a więc zwyczajnie i po prostu uczyć. Ponieważ jednak ten wymiar został już tu wielokrotnie i wystarczająco jasno opisany, o nim ani słowa więcej. Chciałbym natomiast szerzej opowiedzieć o wszystkich tych wspomnianych wcześniej pułapkach i sposobach ich uniknięcia. Otóż chodzi o to, że organizacja całego systemu nauczania języka angielskiego – na innych się nie znam – w Polsce i na świecie jest dziś oparta na jednym podstawowym założeniu: ucznia należy przywiązać do szkoły językowej, lub do korepetytora na możliwie najdłuższy czas, a najlepszym sposobem osiągnięcia tego celu jest zorganizowanie nauki w taki sposób, by on z jednej strony nigdy się tego języka nie nauczył, a z drugiej nie porzucił choć na moment przekonania, że ów brak wyników to wyłącznie jego wina i tego że się albo za mało, albo za krótko stara. Cel ów realizowany jest wspólnie na wszystkich zaangażowanych w cały proces frontach i w pewnym sensie przypomina klasyczną pętlę, która polega na tym, że nauczyciele, którzy jako ostatnie ogniwo owej pętli realizują dziś ów plan, są wykształceni przez system, którzy następnie sami tworzą. I to by właściwie zamykało całą sprawę, gdyby nie należało się nam wyjaśnienie, o jak dokładnie zbudowanym systemie mówimy. Otóż jest to system złożony ze szkół językowych i wydawnictw, których jedynym sensem bytu jest nieustanne stwarzanie i mnożenie potrzeb, i to zarówno skierowanych do wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wszyscy ci, którzy już ów system finansują, są przy użyciu wszelkich, choćby najbardziej nieuczciwych zabiegów, zachęcani do tego, by z owego finansowania nie rezygnować, a ci co wciąż jeszcze pozostają na zewnątrz, przez zastosowanie równie perfidnych metod – a systematyczne obniżanie poziomu szkolnictwa publicznego jest tylko jedną z nich – zmuszani do tego by się przyłączyć.
Jak to wygląda w praktyce? Otóż bardzo prosto. Do obsługi ucznia wyznacza się nauczyciela kiepskiego, ale za to młodego i sympatycznego, najlepiej jeśli jest to ładna i wesoła dziewczyna, lub jakiś długowłosy, lekko zdziwaczały chłopak, który ze wszystkimi natychmiast przechodzi na ty, wyposaża ich w jeden z setek obecnie funkcjonujących na rynku podręcznik, których zadaniem nie jest skuteczne uczenie, lecz wyłącznie robienie dobrego wrażenia, a dalej już się tylko pilnuje, by z każdym kolejnym rokiem sprzedać uczniowi kolejny, najlepiej jeśli wręczony przez nowego nauczyciela – równie ładnego czy ekstrawaganckiego, jak ten poprzedni, tyle że już nie tak zużytego.
I to jest właśnie system, który chciałem, i mam nadzieję, że bardzo dokładnie opisałem w książce o angielskim listonoszu, który wcale nie jest tak bardzo straszny. A żeby dowieść, jak to właśnie nie trzeba się go bać, znalazło się tam też kilka ściśle technicznie zorientowanych rozdziałów, które pokazują jakie to wszystko jest proste, jeśli tylko się skupimy na nauce, a nie na naiwnym i bezwolnym finansowaniu kolejnego biznesu.
I taka to jest ta książka, gdyby ktoś z nas jeszcze potrzebował się o to dopytywać. To jest coś co wynika prosto z zasady wyrażanej przy pomocy hasła przez wszystkie te lata tak już na wszystkie strony poobracanego, że dziś już nie przyjmowanego inaczej jak tylko z ironicznym przymrużeniem oka. Bardzo głupio i niesłusznie, bo cóż jest zasługującego na ironię w idei, że sztuka ma wzruszać, uczyć i wychowywać. Czyż nie?

A zatem, zachęcam serdecznie do kupowania książki o angielskim listonoszu, do nabycia na stronie www.coryllus.pl i wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 23 marca 2014

Nowa Targowica śpiewa rosyjskie piosenki

Jak co tydzień, przedstawiam kolejny felieton, jaki ukazał się w "Warszawskiej Gazecie". On jest częściowo powtórzeniem dość starych już refleksji, ale w sposób niezwykle świeży. Mam nadzieję, że wciąż z odpowiednim wrażeniem.

Ponieważ od pewnego już czasu, nie tylko reżim Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego, ale nawet gorliwie dotychczas reprezentująca w Polsce rosyjskie interesy „Gazeta Wyborcza”, zupełnie niespodziewanie demonstrują wybitnie antyrosyjskie emocje, nam już chyba nie pozostaje nic innego jak, choćby na zasadzie dawania prostego świadectwa, przypomnieć parę faktów z niedalekiej przecież przeszłości.
Otóż jak wszyscy pamiętamy, 10 kwietnia 2010 roku w lesie pod Smoleńskiem rozbił się polski samolot rządowy z 96 osobami na pokładzie, a wśród nich z prezydentem naszego państwa. Samolot, jak wszystko od początku na to wskazywało, nie rozbił się, bo była mgła, czy przez to, że piloci dostali małpiego rozumu, lub że coś się zepsuło, ale dlatego, że ktoś – niektórzy twierdzą, że Rosjanie, inni, że to lokalna mafia – postanowił zamordować polskiego prezydenta i ten zamysł skutecznie zrealizował.
Jak wiemy, w kwietniu pamiętnego roku, w lesie pod Smoleńskiem został rozbity na najdrobniejsze fragmenty polski samolot, a jego pasażerowie – w tym Prezydent RP i jego małżonka – porozrywani na krwawe strzępy. Następnie, zwłoki ofiar zostały przez Rosjan ograbione z kart kredytowych, z rzeczy osobistych i – co może nie najmniej ważne – ze zwykłej ludzkiej godności, następnie to co z nich zostało wrzucono do trumien i odesłano do Polski. Tym samym – co dla niektórych może się wydać czymś niebywałym, ale jest faktem, któremu nie da się zaprzeczyć – owa seria zdarzeń spowodowała nowe i być może wreszcie ostateczne umocnienie przyjaźni między Donaldem Tuskiem a Władimirem Putinem.
W międzyczasie, w reakcji na pewne wypowiedzi polskich władz, zdaniem Rosjan wystawiające na szwank honor rosyjskiego państwa i jego obywateli, zażądano, by wysoki przedstawiciel naszego rządu wygłosił – koniecznie w języku rosyjskim – oficjalne i publiczne przeprosiny. Polecenie władz rosyjskich rzecznik polskiego rządu Paweł Graś wykonał gorliwie i bez chwili zwłoki. Oczywiście, po rosyjsku.
Mniej więcej w tym samym czasie, polska telewizja nadała bezpośrednią transmisję koncertu, po wielu długich latach ponownie zorganizowanego w Zielonej Górze, podczas którego polscy piosenkarze, przebrani za sowieckich żołnierzy z czerwonymi gwiazdami, śpiewali w języku rosyjskim rosyjskie piosenki. Zapełniony do ostatniego miejsca zielonogórski amfiteatr reagował żywo i z sympatią, a ja już wtedy wiedziałem, że oto nadeszły dla Polski nowe czasy. Kiedy bowiem Platformie Obywatelskiej udało się wreszcie zmienić złego prezydenta na dobrego, a premier Tusk z całą pewnością poczuł się odpowiednio odciążony w swej służbie dla dobra kraju, zaczęła się praca na rzecz praktycznego już bardzo zbliżenia między dwoma narodami.
I kiedy dziś może nam się wydawać, że coś w tym nowym układzie zaczyna trzeszczeć, nie trzeba się lękać. Najważniejsze jest już za nami. Dziś nic już nie zmieni faktu, że Polska Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego i Adama Michnika sama się ogłosiła wykonawcą rosyjskich piosenek. Jak mówią Francuzi – szansonistą. Zwróćmy uwagę – Francuzi. A to jest coś. Niemal jak żigolo.

Przypominam, że książka o języku angielskim jest już do kupienia w księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl, co oczywiście jest dla nas wszystkich rzeczą fantastycznie pozytywną, ale przy tym generuje pewien bardzo ciężki kłopot. Otóż z jednej strony, trzeba zbierać na koszta wydania, a bieżące wsparcie dla bloga, tak jak to zawsze się dzieje w przypadku każdej nowej publikacji, dramatycznie spada, i w efekcie my juz autentycznie nie mamy za co żyć. Przepraszam bardzo za tę obcesowość, ale znamy się od lat, a ja tylko mówię jak jest. Proszę więc, jeśli komuś wciąż się te teksty podobają i uważa, że można by ich powstawanie wspierać finansowo, bardzo proszę. I oczywiście szczerze dziękuję.

sobota, 22 marca 2014

O strasznych skutkach puknięcia się w czoło

Miejsce to, co każdy z nas mógł bardzo łatwo zauważyć, od dłuższego już czasu nie jest praktycznie w ogóle poświęcane omawianiu Katastrofy Smoleńskiej, czy choćby tylko nawiązywaniu do kwestii się z nią łączących. Jeśli ów temat się pojawia, to najwyżej w bardzo krótkich komentarzach, będących jednak przede wszystkim bardziej dawaniem świadectwa, niż kontynuowaniem tematu. Dlaczego tak? Powód mojego milczenia jest przede wszystkim taki, że ja osobiście sprawę uważam za zamkniętą. 10 kwietnia 2010 roku, polski samolot rządowy z Lechem Kaczyńskim, Marią Kaczyńską i 94 innymi osobami na pokładzie, podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku w Smoleńsku padł ofiarą zamachu i wszyscy pasażerowie plus załoga zginęli. Koniec. To jest cała informacja i biorąc pod uwagę zarówno stan śledztwa, społecznych emocji i siły propagandy Systemu, dalsze roztrząsanie przez nas tej sprawy jest pozbawione moim zdaniem jakiegokolwiek sensu.
Skąd ja wiem, że w Smoleńsku był zamach? Czy ja może jestem większym fachowcem od specjalistów z odpowiednimi referencjami? Czy ja może przeanalizowałem te wszystkie satelitarne zdjęcia, które od czterech lat widzę to tu to tam, pokazujące mi jakieś kropki, krzyżyki i współrzędne, które mi nic nie mówią? Oczywiście że nie. Za moim przekonaniem, że w Smoleńsku doszło do zbrodni, stoi tak zwany zdrowy rozsądek, który w codziennym życiu każe mi wierzyć, że jeśli mam przed sobą pustą szklankę, to zapewne ktoś wcześniej z niej coś wylał, albo czegoś do niej nie nalał. Podobnie, nie mam ochoty dyskutować z ludźmi, którzy twierdzą inaczej, lub uważają, że sprawa wcale nie jest taka prosta, bo skąd ja na przykład wiem, że w tej szklance na przykład nie było dziurki, albo że ten kto do niej nalewał nie był trzęsącym się staruszkiem, któremu wszystko się wylało obok. Nie chce tych debat, bo wiem, że jeśli oni to robią, wypełnieni są albo szaleństwem, albo złą wolą, albo jednym i drugim. To są dokładnie ci sami ludzie, którzy, kiedy się im mówi o ochronie życia poczętego, jako argument za aborcją natychmiast zaczynają przedstawiać jakieś fantazje o zgwałconych zakonnicach. A więc dyskusji żadnej nie będzie. I kropka.
A jednak, jak widzimy, przełamałem się i postanowiłem w temacie Smoleńska, czy może owej kompletnie pozbawionej sensu debacie, jaka się wokół tego nieszczęścia toczy, zabrać głos. I od razu niestety muszę zapowiedzieć, że ów głos będzie musiał wyłącznie potwierdzić moją oryginalną opinię: tu w ogóle nie ma ani o , ani z kim rozmawiać.
O co poszło? Otóż, jak wszyscy chyba wiemy, polscy prokuratorzy – z przyczyn, które mnie ani nie interesują, ani też nie uważam, żeby one w ogóle były dla nas jakoś szczególnie istotne – po czterech latach badań ogłosili, że ani gen. Błasik, ani inne osoby, podejrzewane o to, że leciały do Smoleńska po pijaku, pijane jednak nie były. I można by było tę wiadomość podsumować jednym krótkim „a odp…olcie się wreszcie od nas”, gdyby nie fakt, że reakcja na to oświadczenie jest tak powszechna, że naprawdę trudno jest nad nią przejść do porządku dziennego. Oto z jednej strony, wszystkich tych, którzy tak jak my, o tym że gen. Błasik pijany podczas pamiętnego lotu nie był, wiedzą już od owych czterech lat, najpierw ogarnęła satysfakcja tak wielka, jakby właśnie System oficjalnie przyznał się do morderstwa, a następnie przerodziła się ona w ponawiane raz za razem żądanie, by ci, którzy przez tyle lat kolportowali to kłamstwo, powiedzieli „przepraszam”. Zupełnie tak, jakby owo „przepraszam” mogło cokolwiek zmienić. Zupełnie tak, jakby owa informacja, że gen. Błasik – no a skoro nie on, to pewnie też nie prezydent Kaczyński – jednak pijany nie był, mogła mieć dla nas jakiekolwiek znaczenie.
Powtórzę to raz jeszcze. Mijają cztery lata od tamtej strasznej zbrodni, lata wypełnione kłamstwem i nienawiścią dotychczas cywilizowanemu światu nieznaną, i po owych czterech latach dokładnie ci sami ludzie, którzy to kłamstwo i tę nienawiść z takim zaangażowaniem budowali, przychodzą i mówią, że gen. Błasik, podobnie jak reszta pasażerów tamtego lotu jednak pijani nie byli. A my na to, zamiast – i to też powtórzę – powiedzieć im, żeby się od nas odpierdolili, prosimy ich, żeby powiedzieli „przepraszam”. Zapewne głównie po to, byśmy im wtedy mogli powiedzieć, że co jak co, ale oni jednak honor mają.
Ale to nie są jedyne głosy komentujące owo oświadczenie. Jak się można było spodziewać, odezwali się też ci, którym to że tamten samolot jednak nie leciał na ostrym gazie w żaden sposób nie pasuje. No i oni się już niczym nie przejmują. Oto jeden z nich przychodzi i tłumaczy, jak to wedle polskiego prawa, człowiek określany jest jako nietrzeźwy dopiero powyżej 0.5 promila alkoholu, a więc wcale nie wiadomo, czy oni wszyscy tak naprawdę nie byli pod wpływem, tyle że ów wpływ był mniejszy, niż liberalne polskie prawo określa jako stan upojenia. Potem przychodzi następny i szydzi, że cztery lata to okres zdecydowanie zbyt długi, żeby po jego upływie ocenić, czy gen. Błasik i reszta byli pijani czy nie. Komisja Anodiny badała Błasika tuż po katastrofie, więc oni chyba mieli lepsze i bardziej wiarygodne dane, prawda? Kto inny z kolei, przyznaje, że no może faktycznie pijani nie byli, ale czy nie nadszedł czas, by się zwrócić do Amerykanów, by ujawnili treść telefonicznej rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z bratem? I tak dalej, i tak dalej.
A my co z tego wiemy? Otóż dla nas informacja jest jedna – prokuratura przyznała się do kłamstwa i teraz ma przeprosić. W tej sytuacji, to ja chciałbym przeprosić wszystkich bardzo, ale skoro nikt tego za mnie zrobić nie chce, to ja to powiem sam: „Odpierdolcie się ode mnie. Na zawsze. A jak będę miał do was sprawę, to się sam zgłoszę. I niech wam się nie wydaje, że przyjdę prosić o to, byście przeproszali”.
A zatem, to jest jedna z dwóch rzeczy, która mnie skłoniła do pisania o Smoleńsku. Druga jest taka, że wczoraj w Salonie24 przeczytałem bardzo ciekawy tekst blogera podpisującego się Peemka: http://pmk.salon24.pl/574950,liczba-fragmentow-samolotu-w-wyniku-eksplozji-porownanie. Tekst ten zainteresował mnie o tyle, że chyba po raz pierwszy od dawna miałem okazję, czytając o Katastrofie Smoleńskiej, nie męczyć sobie oczu jakimiś satelitarnymi zdjęciami i strzałkami, które mi nic nie mówią, ale zapoznać się z czymś, co w toku dyskusji pod wspomnianym tekstem zostało nazwane „zasadą przyczynowości”, a co sam autor bardzo ładnie opisał przy pomocy takiego oto przykładu:
„Jak Pan się puknie palcem w głowę w wyniku czego pańska nie tylko głowa ale i całe ciało rozpadnie się na setki kawałków to można powiedzieć, że zgodnie z wiedzą sprawdzoną i uniwersalną skutek jest nieadekwatny do przyczyny. Innymi słowy - przyczyna musi być proporcjonalna do skutku”.
Czego dotyczył tekst, dyskusja pod nim i wyżej zacytowany przykład? Otóż bloger Peemka opisał trzy katastrofy lotnicze, z którego to opisu wynikało niezbicie, że jeśli w pewnym samolocie na wysokości kilku tysięcy kilometrów wybucha bomba, a on spadając rozbija się na dziesięć tysięcy kawałków, to kiedy inny samolot spada na ziemię z pięćdziesięciu metrów i rozbija się na owych kawałków 60 tysięcy, wniosek z tego może być tylko jeden: że ktoś się temu drugiemu samolotowi w taki sposób rozczłonkować się pomógł, i to nie przy pomocy zwykłej bomby, ale bomby niezwykle niezwykłej.
No i tu też natychmiast pojawili się komentatorzy, którzy poczuli nieopanowaną potrzebę zakwestionowania owej logiki. I co się okazało? Otóż dopóki nie określimy naukowo konkretnej liczby szczątków od których możemy brać pod uwagę wybuch, nie możemy w ogóle wybuchu zakładać. Po tym mądrali przyszedł następny i zaczął dowodzić, że ponieważ w Lockerbie nie szukano tak dokładnie jak w Smoleńsku i nie rozkopywano ziemi przy pomocy archeologów, prawdopodobnie tam znaleziono tylko małą część wszystkich szczątków samolotu. Kiedy Peemka wyjaśnił, że tam na podstawie znalezionych kawałków odtworzono 95 procent kadłuba, ów ktoś zaczął argumentować, że my nie wiemy, ile tych kawałków się znajdowało w tych 5 procentach. Później znowu przyszedł ktoś, kto przypomniał, jak to kiedyś z kilku tysięcy metrów do oceanu spadł pewien samolot i rozbił się na 2 miliony kawałków, a przecież wszyscy wiemy, że woda jest bardziej miękka niż nawet pełna błota smoleńska ziemia. Ponieważ dalej debata zrobiła się już tak poważna, że pojawiły się dawno nieobecne wykresy, to i ja naturalnie odpadłem. Natomiast to co we mnie zostało, to owo przekonanie, że to wszystko jest całkowicie pozbawione sensu. Po czterech latach od tamtej tragedii i tamtej strasznej śmierci, z jednej strony świadomość tej zbrodni, a z drugiej propaganda mająca na celu skuteczne owej świadomości wyparcie, sprawiają, że jakakolwiek dyskusja na ten temat jest niczym więcej, jak tylko irytującym brzęczeniem. Minęły cztery lata i każda była, obecna i ewentualna rozmowa już zostały ostatecznie zakończone. To z czym mamy do czynienia dziś, to niemal dokładne powtórzenie owej ewangelicznej przypowieści o grzeszniku, który zanim wpadł na wieczność w ogień piekieł prosił Boga, by mu pozwolił jeszcze swoim bliskim powiedzieć, by nie grzeszyli, bo los jaki ich czeka jest losem najstraszniejszym, a Pan mu powiedział, że skoro dotychczas nie uwierzyli, to choćby On sam na nich zszedł, nie uwierzą. Nie uwierzą dopóki ich samych ten ogień nie ogarnie. Nie uwierzą.
I tu jest dokładnie tak samo. Do części z nich nie ma co mówić. Część z nich, choćby i sam Bóg do nich przyszedł i im powiedział, że jeśli podchodzący do lądowania samolot, z wysokości 50 metrów uderza w błotnistą ziemię i rozpada się na 60 tysięcy drobnych kawałków, a znajdujący się w nim pasażerowie doznają takich obrażeń, że ich strzępy można zbierać z tego błota tak samo jak owe szczątki samolotu, to znaczy, że tam nastąpił niezwykle silny wybuch, to oni Bogu powiedzą dokładnie to samo co dziś mówią i sobie i nam, czyli że On nie wziął pod uwagę tego czy owego i żeby się w związku z tym wreszcie zamknął, bo jeśli nie to oni poproszą Ruskich o pomoc, by ci nie wierzącą w zamach mniejszość chronili przed agresją oszołomów.
To już chyba faktycznie lepiej próbować poprowadzić z każdym z nich osobną debatę na temat, czy jeśli do szklanki nalejemy wodę, to szklanka się zapełni, czy wręcz przeciwnie – się opróżni. Przynajmniej temat będzie bardziej pasował do poziomu dyskutantów. A gdy idzie o Smoleńsk, przykro mi to powtarzać, ale sprawa jest z całą pewnością zamknięta na zawsze. I dziś to wiem tak dobrze, jak chyba nigdy dotychczas.

Serdecznie proszę o wsparcie dla tego bloga. Albo przez kupowanie książki o angielskim listonoszu i innych (tuż obok), albo przez wspieranie nas pod podanym (też tu obok)numerem konta. Znaleźliśmy się w tych dniach - paradoksalnie, również przez tę książkę - na krawędzi, jakiej nie widzieliśmy dawno. Dziękuję za każdy gest.

piątek, 21 marca 2014

Those Bloody Articles

Jak już informowaliśmy, książka o uczeniu języka angielskiego jest już do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl, i właściwie mógłbym na razie do niej specjalnie nie wracać, jednak z prywatnej korespondencji wnioskuję, że wiele osób wciąż nie do końca rozumie, o czym tak do końca ona jest. A zatem w odpowiedzi na wciąż pojawiające się prośby, by zamieścić tu na blogu choć jeden fragment traktujący o języku w sposób bardziej techniczny, postanowiłem dziś jeszcze zrezygnować z zajmowania się naszą codziennością i udostępnić ten jeden jeszcze rozdział. Na tym jednak koniec, bo w końcu jeśli mówię, że tę książkę warto mieć, to ani nie żartuję, ani tym bardziej nie kłamię. A 30 złotych plus przesyłka, to naprawdę nie majątek. Nawet nie koszt jednej prywatnej lekcji, z której i tak nigdy nic nie wyniknie.

Kiedy jeszcze pracowałem w szkole, i z różnych względów zależało mi, żeby bywać na organizowanych przez wydawnictwa imprezach, któregoś dnia udałem się na spotkanie ze współautorką podręcznikowej serii Masterclass, Kathy Gude – serii, co warto powiedzieć, ogólnie rzec biorąc bardzo dobrej. I oto w pewnym momencie pani Gude opowiedziała ciekawą historię. Otóż ona, oprócz tego, że wydaje te podręczniki, ma szereg różnych innych zajęć, wśród których jest też przeprowadzanie egzaminów na poziomie profficiency dla studentów z zagranicy, którzy z różnych względów przebywają na terenie Wielkiej Brytanii.
Gdyby ktoś nie wiedział, należy wyjaśnić, że poziom profficiency to jest poziom już bardzo, bardzo wysoki. Oczywiście on nigdy się nawet nie zbliży do tego, co możemy zaobserwować podczas tak zwanej Olimpiady Języka Angielskiego, przygotowywanej od lat wyłącznie przez jednego dziwnego człowieka nazwiskiem Krzyżanowski, niemniej jest to poziom, który w wielu punktach uważam za zbyt trudny nawet dla siebie. Egzamin na poziomie profficiency jest tak trudny, że ja, choćby przez to, że nie potrafię się skupić tak skutecznie, jak wtedy, kiedy byłem młodszy, bym go zwyczajnie przerżnął.
I oto pani Gude powiedziała nam, że, kiedy ona od lat już obserwuje poziom prezentowany przez osoby przystępujące do tego egzaminu, jest pod wrażeniem, a już pod wrażeniem szczególnym, jeśli mówimy o studentach z Polski. Polacy są wręcz fantastyczni. Jest tylko jeden problem. Otóż oni mogą wiedzieć wszystko, umieć wszystko, poruszać się swobodnie w każdych warunkach językowych, natomiast jednego nie potrafią się nauczyć za żadną cholerę. Przedimków mianowicie. Przedimki, to jest coś, czego Polacy pojąć nie są w stanie.
Kiedy ona to powiedziała, w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to jest oczywiste: przedimki to jest coś tak trudnego, że z pewnego punktu widzenia, lepiej w ogóle do nich nie podchodzić. Ja do dziś pamiętam, i się tym szczycę, że zauważyłem błąd w użyciu przedimka u mojego kolegi Michała Dembińskiego, a więc londyńczyka przede wszystkim, a poza tym londyńczyka naprawdę wszechstronnie wykształconego. Po chwili jednak, kiedy tylko przypomniałem sobie, że tu akurat mamy do czynienia z ludźmi naprawdę świetnie językowo zaawansowanymi, na tyle świetnie, że przystępującymi z sukcesem do egzaminu profficiency, zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem problem w tym wypadku nie leży poza ową egzotycznością przedimka; czy przypadkiem nie jest tak, że naprawdę nie ma żadnego powodu, byśmy, skoro już mamy pewne ambicje i owe ambicje doprowadziły nas na pewien poziom kompetencji, nawet coś tak w istocie rzeczy trudnego jak przedimki, mogli jednak pokonać?
Na czym polega problem z owymi przedimkami? Otóż, tak jak to w życiu, na tym, że my w języku polskim czegoś takiego jak przedimki nie mamy. Próba ogarnięcia tego zjawiska, to jest mniej więcej coś takiego, jak próba poprawnego wymówienia słowa fall. Przez to, że w języku polskim „o” to jest „o”, „u” to jest „u”, a „a” to „a”, my się w ogóle nie musimy przejmować czymś tak absurdalnym, jak kwestia odpowiedniego otwierania ust po to tylko, by ten, do kogo się zwracamy, wiedział, o co nam chodzi. Inaczej jest, jeśli idzie o język angielski. Tam, bywa, że jeśli nie zrobimy odpowiedniego dziubka, pies z kulawą nogą nie zrozumie, co od niego chcemy. A zatem, fakt jest taki, że przeciętny Brytyjczyk, jeśli tylko uzna, że kontekst, jaki mu został przedstawiony, jest zbyt wąski, nigdy nie zgadnie, czy to cośmy chcieli powiedzieć to było full, fall, czy fool.
Z przedimkami jest może nie tak źle, jednak owa różnica nie jest wcale aż tak duża. Decyzja czy w odpowiednim miejscu wstawimy słówko a, the, czy ani to ani tamto, bywa niekiedy tak dramatycznie nierozwiązywalna, że wielu z nas najzwyczajniej w świecie rezygnuje z tej zabawy i nie wstawia albo nic, albo wstawia cokolwiek – najchętniej to, co mu akurat najlepiej „leży”.
Tymczasem mam wrażenie, że choć – powtórzę to raz jeszcze – ja naprawdę rozumiem rangę problemu, nie widzę żadnego powodu, by się tych przedimków bać aż tak bardzo. Tak jak to zwykle się dzieje w sytuacji, kiedy stajemy przed jakimkolwiek problemem, najważniejszą rzeczą jest uświadomienie sobie, na czym ów problem polega. Jeśli idzie o przedimki, nie jest problemem to, że wielu z nas uważa, że przedimek to jakaś odmiana rodzajnika (bo nazwa to tylko rodzaj umowy); nie jest też problemem to, że my nie wiemy, jaka jest różnica między the i a (bo to akurat na ogół wiemy); nie jest nawet problemem fakt, że wielu z nas nie wie, że a czy an, podobnie jak szwedzkie en czy ett oznacza „jeden”, a więc nie można ich używać w liczbie mnogiej, czy przed rzeczownikami niepoliczalnymi (bo tego, z kolei, można się łatwo dowiedzieć i zapamiętać). Problem polega na tym, że na pewnym poziomie zaawansowania jest Polakowi niezwykle trudno stwierdzić, czy w danym kontekście rzeczownik jest policzalny, czy niepoliczalny, a więc konsekwentnie, czy przed nim mamy postawić tak zwany indefinite article, czy stawiać nam go pod żadnym pozorem nie wolno. I nie łudźmy się – rzecz nie w tym, że my nie potrafimy pojąć różnicy między policzalnym, a nie policzalnym, bo to akurat są w stanie osiągnąć bardzo małe dzieci, ale w tym, że istnieje przestrzeń, gdzie owa policzalność i niepoliczalność jest tak płynna i niekiedy wręcz niezdefiniowana, że ktoś, dla kogo język angielski nie jest językiem pierwszym, staje niekiedy wobec tego bezradny.
Weźmy dla przykładu słowo knowledge. Czy knowledge jest policzalne, czy nie? A zatem, czy jeśli mówimy o wiedzy nieokreślonej, mamy przed nią prawo postawić przedimek a, czy stawiać nam go pod żadnym pozorem nie wolno? Otóż wszystko zależy od tego, co mamy na myśli, mówiąc „wiedza”? Czy chodzi nam o wiedzę, jako konkretną umiejętność, jak to się dzieje w przypadku znajomości języka, na przykład, czy może o wiedzę, jako ogólną mądrość? Albo niech to będzie słowo experience. O jakie to doświadczenie nam chodzi? Czy mówimy o doświadczeniu, jako o zdarzeniu, czy o doświadczeniu życiowym na przykład? To, wbrew pozorom jest z punktu widzenia gramatyki języka angielskiego, kwestia podstawowa, bo od tego zależy, czy na egzaminie profficency, organizowanym przez Kathy Gude i jej kolegów zrobimy błąd, czy nie.
Proszę choćby – jeśli już się mamy trzymać tego doświadczenia i tej wiedzy, a do tego na deser trochę rutyny – rzucić okiem na następujące zdanie:
I want … assistant with … knowledge of French and … experience in … office routine.
A skoro to już mamy zanalizowane, proszę przy okazji wykonać takie zadanie: “proszę w puste miejsca, o ile jest to konieczne, wstawić a(an), lub the”. Czy ktoś ma może ochotę na żarty?
To co przy tym jest być może najciekawsze, to fakt, że zdanie, które zacytowałem wyżej, pochodzi ze słynnego podręcznika Thomson (zakładając, że to kobieta) i Martineta (przyjmując że to mężczyzna), gdzie odpowiednie ćwiczenie oznaczone jest, jako „średniotrudne”. „Trudna” jest strona bierna, „trudne” są zdania warunkowe, „trudny” jest nawet ów unreal past, gdzie wszystko, od początku do końca jest budowane dokładnie tak samo, jak w języku polskim, i wystarczy to wiedzieć, żeby się nawet na tym nie zatrzymywać – przedimki Thomson i Martinet traktują, jako takie sobie.
Dlaczego zatem, ktoś spyta, ja twierdzę, że owych przedimków można się nauczyć? Otóż proszę przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że ja przede wszystkim mówiłem o studentach naprawdę wybitnych, a poza tym miałem na myśli sytuacje bardzo ekstremalne – takie, jak właśnie mogliśmy zobaczyć w przykładzie z tą asystentką. A takich tak często znowu nie ma. W przeważającej większości sytuacji, w jakich przyjdzie nam się poruszać, wystarczy byśmy, jeśli idzie o te przedimki, mieli informacje podstawowe, a więc to, że the to znaczy „ten”, a, natomiast – jakiś; że a jest zawsze jedno, a więc nie może występować w liczbie mnogiej i gdy mówimy o powietrzu na przykład, czy papierze, czyli w odniesieniu do rzeczowników niepoliczalnych; no i może jeszcze, że nazwy statków są zawsze the, dolegliwości, takie jak przeziębienie, czy ból głowy, a, natomiast choroby piszemy bez przedimka.
Cała reszta, to już tak zwane koszta działalności. Nawet przeciętny Anglik, co już tu zostało powiedziane, może się pomylić.

Serdecznie proszę o wsparcie dla tego bloga. Albo przez kupowanie książki o angielskim listonoszu i innych (tuż obok), albo przez wspieranie nas pod podanym (też tu obok)numerem konta. Znaleźliśmy się w tych dniach - paradoksalnie, również przez tę książkę - na krawędzi, jakiej nie widzieliśmy dawno. Dziękuję za każdy gest.

czwartek, 20 marca 2014

Ogłaszamy konkurs na dowcip o Kuala Lumpur

Mam nadzieję, choć już niestety nie wiarę, że wszyscy z nas słyszeliśmy i zapamiętaliśmy informację o tym, jak to już niemal dwa tygodnie temu najpierw zniknął z radarów, a następnie zniknął w ogóle samolot Malezyjskich Linii Lotniczych z 239 osobami na pokładzie. Mam nadzieję, choć wciąż nie wiarę, że mimo tak strasznie egzotycznie brzmiących nazw, jak Malezja, Pekin, czy Kuala Lumpur, zwróciliśmy uwagę na ten szczegół, jak to ów samolot wystartował z Kuala Lumpur do Pekinu i po godzinie wszyscy ludzie, którzy nim lecieli najprawdopodobniej zginęli. Ktoś spyta, dlaczego brakuje mi tej wiary. Otóż właśnie przez tę egzotykę. W końcu, nie oszukujmy się – cóż nas interesuje jakieś Kuala Lumpur, czy nawet Malezja, choćby i z 239 ludźmi na pokładzie, jeśli ci ludzie w większości wyglądają równie egzotycznie, jak egzotycznie brzmi nazwa Kuala Lumpur?
A zatem wiary mi brakuje, natomiast mam nadzieję, bo gdyby się miało okazać, że nasza europejskość doprowadziła nas do tego stanu, że niekiedy bez najmniejszego wysiłku potrafimy o 239 – a tak naprawdę znacznie, znacznie więcej – ludzkich tragedii myśleć w tych samych kategoriach, co w wypadku kolejnej wojny gdzieś w Afryce, to z nami jest zdecydowanie nie najlepiej. Skąd u mnie te obawy? Otóż one się biorą z prostej obserwacji. Ja akurat miałem okazję parokrotnie ostatnio rozmawiać z różnymi ludźmi na temat tego zniknięcia i nie mogłem nie zauważyć, jak ono robiło wrażenie do momentu, gdy się nie zaczęły pojawiać owe dziwnie brzmiące nazwy. Ale nie chodzi tylko o zwykłe reakcje zwykłych ludzi. Przecież ja doskonale widzę, jak ta sprawa jest relacjonowana przez nasze media, a widząc to nie potrafię się nie zastanawiać, jak inaczej wyglądałyby te relacje, gdyby ten samolot nie wiózł 239, ale choćby tylko stu takich samych ludzi, tyle że Belgów, Hiszpanów, Szwedów, Holendrów, czy Francuzów.
Przesadzam? Akurat! Oto parę dni temu przeczytałem gdzieś na blogach, że paru dziennikarzy Radia Zet zwróciło się do słuchaczy, by w odpowiedzi na pytanie „Co się stało z samolotem?” słali do redakcji swoje propozycje. No i wtedy się zaczęło. Ktoś zaproponował, że samolot walnął w kupę kartonów, ktoś inny, że podobno leży gdzieś w Smoleńsku, ktoś jeszcze inny, że uprowadzili go Marsjanie. A więc, widzimy już jak to działa. Najpierw pada hasło, a w odpowiedzi na hasło natychmiast pojawia się odzew. A ja nie mam najmniejszej wątpliwości, że gdybyśmy nie mieli samolotu Malezyjskich Linii Lotniczych lecącego z Kuala Lumpur do Pekinu, ale któryś z lotów British Airways, czy Lufthansy z Rzymu do Oslo, ani ci śmieszkowie z Radia Zet by nie wpadli na ten swój niesłychanie zabawny pomysł, ani też słuchacze tego dziwnego radia by się tu z takim zaangażowaniem nie udzielali. A gdyby jednak do czegoś takiego doszło, to musiałaby interweniować Rada Etyki Mediów, a kto wie czy nie ktoś stojący jeszcze wyżej. Tu, o ile mi wiadomo, na jajach się zaczęło i skończyło.
Wielokrotnie się zastanawiałem, skąd się ten rodzaj braku wrażliwości u nas bierze. Pamiętam wciąż, jak kilka lat temu mieliśmy katastrofę autokaru z pielgrzymami gdzieś we Francji i na Onecie pojawiła się cała kupa komentarzy nawet nie próbujących ukrywać tego rozbawienia, jakie ogarnęło ich autorów na wieść o tym, ze banda moherów spadła na mordę do jakiejś przepaści. No ale tam przynajmniej jednak widać było to zaangażowanie. Chore, bo chore, motywowane znaną nam wszystkich bezinteresowna nienawiścią, ale jednak przyznać trzeba, że internauci się autentycznie sprawą zainteresowali. Tu jednak nawet nie mamy do czynienia z nienawiścią. To jest zwykła obojętność wynikająca z tego, że przed nami stają ludzie, którzy, jako kompletnie obcy, nas ani ziębią ani parzą. To jest trochę podobna sytuacja do tej, z jaką mieliśmy do czynienia po budowlanej katastrofie w Bangladeszu. Oczywiście, jak pamiętamy, wtedy media we współpracy z międzynarodowym przemysłem tekstylnym sprawę skutecznie ocenzurowały, ale nam też jakoś nie bardzo się chciało pochylać nad tymi Bengalczykami, czy jak to się na nich tam mówi. Nawet jeśli ich było aż ponad tysiąc.
Otóż moim zdaniem tu mieliśmy do czynienia z tym prostym przekonaniem, że nawet jeśli oni mają dzieci i braci i rodziców, to te ich związki z pewnością nie są tak silne, jak u nas. To już nawet Rosjanie, jak kiedyś śpiewał ten głupek Sting, mają dzieci, ale tamci chyba jednak nie koniecznie. Prawda?
O katastrofie w Bangladeszu dowiedziałem się ze wspominanego tu już parokrotnie, nie tylko dlatego, że jego właścicielem jest właściciel ukochanego klubu piłkarskiego mojej córki FC Liverpool, portalu boston.com/bigpicture, ale przez to, że to stamtąd właśnie, poza blogami, czerpię wszelkie informacje o świecie, a niekiedy nawet i o Polsce. To ze zdjęć opublikowanych w boston.com, kiedy wszystkie media solidarnie nabrały wody w usta, dowiedziałem się, że w Bagladeszu runął tamten budynek. Dziś też właśnie na boston.com znalazłem serię zdjęć pokazujących kto ma dzieci, i dla kogo i co ten fakt może oznaczać. Rzućmy proszę okiem. I spróbujmy pomyśleć sobie, jak bardzo te nasze światy są od siebie daleko.





Słabo? No ale chyba przyznamy, że to ostatnie jest dobre. Prawie jak tamte, które ukazały się po śmierci Diany.



Jak widzimy, książka już jest. Na razie tylko u Gabriela w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Mam nadzieję, że będzie się sprzedawała dobrze, co nie zmienia faktu, że pewnie pierwsze efekty owej sprzedaży odczujemy dopiero w maju. Do tego czasu, leżymy i kwiczymy. Tak źle nie było dawno. W dodatku pies nam się ciężko pochorował, i dzieciom już brakuje pieniędzy na jego leczenie. A zatem, jeśli można prosić o zwiększone wsparcie, bardzo proszę. Numer konta jest na swoim miejscu.

środa, 19 marca 2014

Książka, czyli Is You Is or Is You Ain't My Baby

Jeśli nie stanie się nic nieprzewidywalnego, jutro powinniśmy już mieć, a skoro mieć, to i ruszać ze sprzedażą książki o uczeniu (i uczeniu się) języka angielskiego. Z mojego punktu widzenia, jest to jak dotychczas moja praca najważniejsza. Z jednej strony bowiem, ona zachowuje wszystkie dotychczasowe cechy książek, które już powstały, a więc stanowi zwykłą, lekką, łatwą i przyjemną lekturę, i to zarówno w czytaniu jak i, że tak to ujmę, „dla oka”, a z drugiej – i taki był mój podstawowy plan – powinna służyć zarówno nauczycielom, jak i studentom i ich rodzicom, jako poradnik oraz uzupełniający podręcznik do nauki języka angielskiego. Podręcznik – i to muszę tu bardzo nieskromnie podkreślić – najlepszy z tych, jakie dotychczas ukazały się na rynku. W pewnym sensie nawet jedyny wart uwagi.
Kto powinien tę książkę mieć? Otóż przede wszystkim jestem pewien, że każdy, kto lubi czytać ciekawe i mocno refleksyjne książki przygodowe, znajdzie tu coś dla siebie. Gdy idzie o język natomiast, ona się bardzo może przydać rodzicom, którzy chcą, by ich dzieci uczyły się języka, no i tym, którzy od pewnego czasu sami się już uczą, i wciąż się nie mogą tego czy owego nauczyć i albo się zaczynają zastanawiać, czy nie trzeba się zapisać na jakieś prywatne lekcje, albo czy nie należałoby zmienić korepetytora.
O jakim poziomie mówimy? Tak naprawdę o każdym, pod warunkiem, że coś już na temat języka angielskiego wiemy. Natomiast książka ta powinna być prawdziwym źródłem wiedzy dla tych, którzy są przekonani, że język znają świetnie, podczas gdy tak naprawdę są zaledwie trochę lepsi od tych, którzy sądzą, że już nic z nich nie będzie. I mam tu na myśli zarówno dzieci, jak i maturzystów, jak i też strasznie mądrych pracowników wielkich korporacji.
Chciałem wybrać na dzisiaj któryś z rozdziałów, i powiem szczerze, że nie umiałem się zdecydować. Ostatecznie jednak padło na „Is You Is or Is You Ain’t My Baby”, głównie jednak za sprawą tej piosenki. Ona ze względów oczywistych nie mogła się pojawić w samej książce, a więc tu będzie jak znalazł. Proszę czytać i słuchać, a od jutra zapraszam po resztę.



Pochodząca z gdzieniegdzie wręcz już kultowej piosenki Louisa Jordana „Is You Is or Is You Ain’t My Baby” z roku 1944 owa tytułowa fraza, do dziś, z jednej strony, zachwyca, a z drugiej, dostarcza zagadki, której, o ile się orientuję, nikt nie dość, że nie rozwiązał, to nawet tego zadania się nie podjął. Tymczasem z punktu widzenia przeciętnego nauczyciela języka, który ma choćby minimalną świadomość, czego uczy i dlaczego owa nauka wciąż trafia na skały nie do pokonania, sprawa nie jest wcale aż tak skomplikowana. Problemem bowiem nie jest Louis Jordan i jego wielki przebój, ale angielski czasownik to be – czasownik tak inny od każdego, że to jest wręcz nie do zaakceptowania.
Wystarczy zresztą rzucić wzrokiem na ową bezokolicznikową formę i na formy osobowe, by zrozumieć, że tu jest coś nie tak. Mamy dajmy na to czasownik to take, i jakąkolwiek utworzymy formę od niego pochodną, ona zawsze będzie mniej więcej podobna do tego, co mieliśmy na początku. Weźmy nawet i bardziej już skomplikowane to think i przyłóżmy do niego owo nieszczęsne thought, paru z nas może się skrzywić, ale nikt nie powie, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Tymczasem nikt nam chyba nie wytłumaczy, co ma wspólnego be z is, are, czy nie daj Boże am. Tu zresztą – co wcale przecież nie jest tak oczywiste – z czymś bardzo podobnym mamy do czynienia w przypadku polskiego być: jak daleka jest droga od niego do jakiegoś jestem, czy są? By już się nie zastanawiać nad podobieństwem między dwoma ostatnimi.
A więc, jak widzimy, dziwnie się robi już na samym początku. Dalej jest już tylko gorzej. Otóż, jak niektórzy z nas wiedzą, gramatyka orzeczenia w języku angielskim oparta jest na zastosowaniu tak zwanego operatora. Nie ma w języku angielskim zdania, które w swojej podstawowej strukturze nie zawierałoby owego operatora. Orzeczenie w każdej możliwej sytuacji składa się z dwóch elementów: głównego czasownika, który niesie treść, oraz operatora, pełniącego funkcję techniczną, oraz, że tak to ujmiemy, doprecyzowującą. Gdyby nie istniały operatory, tworzony przez nas przekaz byłby jak najbardziej zrozumiały, zwłaszcza wobec niemal zawsze obecnego kontekstu, tyle że produkowane przez nas zdania pozostałyby niegramatyczne, a osoba, do której się zwracamy, musiałaby się mocno napinać, żeby do końca pojąć, o co nam chodzi. Weźmy bardzo z pewnością popularne zdanie She can speak English. Gdyby je pozbawić operatora can, powstałaby fraza She speak English, której nie moglibyśmy przetłumaczyć inaczej, jak tylko Ona mówić po angielsku. Czy to byłoby zdanie absurdalne, lub choćby mało czytelne? Oczywiście, że nie. Kontekst by nam wynagrodził wszystko i to niemal zawsze. Załóżmy, że informujemy kogoś, że nasza siostra jedzie na wakacje do Grecji, i ten ktoś nas pyta, jak ona się tam będzie dogadywać. Ona mówić po angielsku, odpowiadamy, i sprawa jest jasna. Albo odwrotnie: mówimy temu komuś, że nasza siostra zeszłe wakacje spędziła w Grecji i do tego dodajemy informacje, że jej ten pobyt sprawił dużo kłopotu, bo ona mówić tylko po angielsku, a po grecku mówić bardzo mało. Pewnie, że lepiej by było tak języka nie kaleczyć, ale czyż to nie wystarczy? Wystarczy. Podobnie jest z językiem angielskim. Treść jest wszystkim.
My jednak chcemy mówić gramatycznie poprawnie i nie prowokować niepotrzebnych kpin, więc operatorów używamy. Treść już mamy, do treści dodajemy gramatykę i szafa gra! I tak to się dzieje, jak już powiedziałem, w każdym angielskim zdaniu. Nawet we wszystkim znanym I love you. Tam bowiem operator też jest, tyle że ukryty w tak zwanej „głębokiej strukturze” zdania, ale oczywiście, gdyby tylko nam przyszło do głowy go wyciągnąć na wierzch, nie byłoby z tym żadnego problemu i powstałoby coś nawet bardziej przekonującego, mianowicie I do love you.
Uczniowie sobie tego nie uświadamiają, ale każdy z nich – a im bardziej zaawansowany, tym mocniej – do operatorów przywiązany jest niezwykle serdecznie. Owo przywiązanie jest do tego stopnia silne, że wielu z nich, znacznie chętniej używa czasu Present Continuous zamiast Present Simple, Past Continuous zamiast Past Simple, czy nawet Present Perfect zamiast Past Simple. Czemu? Bo przymus użycia jakiegokolwiek operatora jest tak silny, że naprawdę ciężko go pokonać. W efekcie, wiele osób, jak mówię, często nawet bardzo językowo zaawansowanych, zamiast powiedzieć I saw her, woli mówić I’ve seen her. Nawet jeśli wcale nie o to mu chodziło. Pamiętam, któregoś dnia oglądałem dokumentalny film z pobytu Paula McCartneya w Moskwie, i w pewnym momencie realizatorzy postanowili z grupą jakiś starych owłosionych dziadów powspominać czasy, jak to jeszcze w latach 60-tych radzieccy fani Beatlesów musieli się ukrywać, by skutecznie oddawać się swojej muzycznej pasji. Owi fani, jak to jeszcze za czasów komuny, zaskakująco często mogliśmy obserwować w niektórych tamtejszych środowiskach, potrafili po angielsku mówić wręcz znakomicie. Tam wszystko się odbywało na takim poziomie, że aż odbierało dech z piersi… z jednym wyjątkiem: oni niemal przez cały czas, wspominając lata 60-te używali czasu Present Perfect Continuous; choćby i w stronie biernej. Nie do wiary? Ależ skąd. Za tym stał prosty odruch, by to okropne I was zastępować przez I’ve been.
Na czym polega problem z czasownikiem to be? Otóż jest to jedyny czasownik, który działa bez operatora, a to z tego powodu, że jest operatorem sam w sobie. On pełni jednocześnie dwie funkcje: niesie zarówno treść, jak i tworzy gramatykę. Kiedy uczeń dopiero zaczyna swoją przygodę z językiem, sprawa jest prosta. Uczy się odmiany czasownika to be, dowiaduje się, jakie są reguły zadawania pytań, tworzenia przeczeń, udzielania krótkich odpowiedzi i jest cały szczęśliwy. Potem, nawet kiedy pojawi się Present Continuous, wszystko jest wciąż bardzo proste, bo, tak się składa, że tam operatorem są wciąż albo am, albo is, ewentualnie are, i można się dalej bawić. W miarę jednak poznawania kolejnych czasów, owo to be odchodzi w niepamięć, a kiedy się nagle pojawi, zaczynają się kłopoty.
O co mi dokładnie chodzi można zaobserwować na przykładzie następującego eksperymentu. Proszę zwrócić się do kogoś o znajomości języka na poziomie choćby i średnim, i zapytać go, jak będzie po angielsku Gdzie byłeś. Nie mam wątpliwości, że dziewięć na dziesięć w ten sposób zaskoczonych osób, w pierwszej chwili się zatka, a z tych dziewięciu, kolejne siedem zacznie kombinować w kierunku albo Where did you, albo Where have you, a może, w kompletnej już panice, Where were you go. Dlaczego? Bo brak tego operatora bywa niekiedy wręcz nie do zniesienia.
I nie oszukujmy się. To nie jest problem wydumany. Ja widziałem zbyt wiele testów na poziomie nawet i maturalnym, gdzie, gdy trzeba było czasownik w nawiasie podać w odpowiedniej formie, wszystko było dobrze do czasu, gdy to był jeden z czasowników pospolitych, takich jak like, drink, czy try, a cała tak pewna wiedza leciała na łeb na szyję, kiedy w nawiasie pojawiało się słówko be.
I teraz wróćmy do piosenki Louisa Jordana. Gdyby Jordan postanowił się za bardzo nie wczuwać w rolę Murzyna, jakim jak najbardziej był, i zatytułował ją normalnie, ów tytuł brzmiałby: Are You or Are You Not My Baby?, a cała reszta byłaby tak samo sensowna, jak dotychczas. Chłopak kocha dziewczynę, ona, jak to dziewczyna, postanawia trzymać go w niepewności, a więc któregoś dnia on nie wytrzymuje i wali prosto z mostu: „Dość już tego! Mów mi! Jesteś moją dziewczyną, czy nie?”
Tymczasem on chce inaczej, i zamiast tego Are you, wyskakuje z tym swoim jakże cudownym Is you is. Ktoś powie, że może lepiej, skoro jemu tak bardzo brakowało tego operatora, było zapytać do you be, albo do you are, ewentualnie are you be, ale is you is??? Przecież to jest jakieś horrendum. Ale okay. Niech będzie i tak. Tu akurat każda możliwość jest do przyjęcia. Teraz już, po świadectwie Louisa Jordana, możemy się zgodzić na wszystko. Rzecz jednak nie w tym, jak my z tego problemu wyjdziemy, ale w tym, że problem faktycznie istnieje. I że istnieje na poziomie pozornie tak skromnym, jak ten wyznaczony przez czasownik to be.
Ale jest jeszcze coś, a mianowicie owo is. Czemu bohater piosenki Louisa Jordana nie zwraca się do swojej ukochanej normalnie, jak człowiek, czyli – nawet z uwzględnieniem tej jego fantazji – Are you are? Przecież każde dziecko wie, że mówimy you are, a nie you is. I oczywiście to jest prawda. You is brzmi jeszcze bardziej ekstrawagancko, niż Is you is. Kto wie jednak, jak oni będą chcieli rozwiązać problem zwracania się do siebie w przyszłości? Zostawią tę liczbę mnogą, czy spróbują stworzyć jednak dwie osobne formy? A jak już to zrobią, to czy zdecydują się wreszcie na jakiś swój odpowiednik formy ty, a może nawet pan/pani, czy wciąż będą walić do siebie przez wy?



Jak wiemy, inaczej niż to ma miejsce zwykle, koszt wydania tej książki jest w swojej części podstawowej pokrywany z zysków ze sprzedaży przez samego autora, i z całą pewnością nie będzie z tym problemów. Jeśli jednak ktoś by chciał się do tego przedsięwzięcia dołożyć inaczej niż tylko przez jej zakup, bardzo proszę o korzystanie z podanego obok numeru konta. Wszystkim bardzo dziekuję.

wtorek, 18 marca 2014

40 lat minęło, czyli noc żywych trupów

Od kilku dni mamy tu na blogu nastrój raz mniej, innym razem bardziej podły, jednak zawsze i niezmiennie podły właśnie, i nie chce on nam się ani trochę poprawić. A tymczasem, co może niewielu z nas zauważyło, pod notką o Radku Sikorskim i jego bardzo szczególnym wygłupie z białoczerwoną szachownicą pewien nasz kolega zamieścił link do artykułu na temat niezwykle interesującej, czterdziestej już rocznicy wydarzenia, o którym ani ja, ani, jak się domyślam, większość czytelników tego bloga najzwyczajniej w świecie nie słyszała.
Zamieścił nam nasz kolega ów link, i ja jestem pewien, że gdybyśmy tam od razu zajrzeli i to co tam jest, przeczytali i odpowiednio przemyśleli, musielibyśmy dojść do wniosku, że oto mamy fantastyczne wręcz potwierdzenie tej pięknej prawdy, że jakkolwiek by było źle, to naprawdę źle już było, i się zwyczajnie i naturalnie naprawiło, a jeśli to zło wciąż wraca, to wyłącznie jako dowód na wieczną frustrację owego zła animatorów, a nie na ich siłę.
W czym rzecz? Otóż, jak się dowiadujemy, 11 marca 1974 roku telewizja ABC wyemitowała oparty na książce autorstwa niejakiej Marlo Thomas “Free To Be… You And Me” musical, w którym wystąpili najwybitniejsi w tamtych latach aktorzy i artyści, tacy jak Harry Belafonte, Mel Brooks, Roberta Flack, Michael Jackson, Kris Kristofferson, Alan Alda, czy Dionne Warwick.
W bestsellerowej książce Thomas, ale także na nagrodzonym platyną albumie, czy w wyróżnionym nagrodą Emmy musicalu z piosenkami przedstawiony został świat, gdzie różnice płci stają się ponurą historią, a zamiast chłopców i dziewczynek mamy wzajemnie się szanujące, wolne od płciowych przesądów „osoby”. Oto w jednej z piosenek dwoje dzidziusiów wspólnie omawia swoje cele życiowe i okazuje się, że dziewczynka pragnie zostać strażakiem, a chłopczyk kelnerką; w innej Amerykanie poznali dziewczynkę, która zawsze głosiła zasadę, że kobiety mają pierwszeństwo i w ten sposób została pożarta przez tygrysa; w innej z kolei, zatytułowanej „Lalka Williama”, poznajemy chłopczyka o imieniu William, który śpiewa jak to on pragnie mieć lalkę, którą będzie mógł kąpać, ubierać i karmić, aż areszcie mądra mama kupuje mu wymarzoną laleczkę; w klipie, który dziś jeszcze możemy obejrzeć na youtubie 16-letni Michael Jackson razem z Robertą Flack śpiewają piosenkę, gdzie oboje na zmianę deklarują, jak to dla niego to nie stanowi problemu, jeśli nigdy nie będzie silny i wysoki, a dla niej żadnego zmartwienia, jeśli nigdy nie będzie ładna, bo najważniejsze, to być sobą.
Z informacji, jakie można znaleźć na temat owego musicalu sprzed lat, możemy się dowiedzieć, że szaleństwo, jakie wówczas ogarnęło Amerykę nie było ani wykreowane sztucznie, ani sztucznie podsycane, ani też wcale nie trwało przez bardzo krótką chwilę. W reakcji na ów propagandowy atak, rodzice w całym kraju zaczęli kupować swoim córkom samochodziki, a chłopcom lalki, dziewczynkom nadawać imiona chłopięce, a chłopcom dziewczęce, chłopców ubierać na różowo, dziewczynki na niebiesko i tak dalej, i w tym kierunku. Z tego, co dziś czytam wynika, że w pewnym momencie obłęd ten przybrał takie rozmiary, że tradycyjnie myśląca część społeczeństwa wpadła w autentyczną panikę…
No i proszę sobie wyobrazić, że po paru latach to wszystko nagle się skończyło, a wszyscy, włącznie z tymi, którzy tę całą akcję zainicjowali, przeprowadzili i dbali o to, by ona się już tylko rozprzestrzeniała na cały świat, nagle się opamiętali i, uznawszy – tak jak to już robili nie raz – że albo oni tak tylko żartowali, albo się pomylili, albo że coś zwyczajnie nie wypaliło, wrócili do swoich zwykłych zajęć. A co wcale nie najmniej ciekawe i dla nas istotne, to fakt, że kiedy się tych piosenek słucha dzisiaj, to dopiero widać, jaka to była nędza. Tylu znakomitych artystów, tylu świetnych piosenkarzy i taka porażka. Z tej dopiero perspektywy widać, jak oni się nawet nie byli w stanie w to coś poważnie zaangażować. Jak to w ich całym ich artystycznym życiu, dla wielu z nich to był prawdopodobnie jedyny okres, kiedy oni musieli coś zrobić wyłącznie na zamówienie, i oczywiście nie dali rady. Zupełnie jak jakiś Maleńczuk z Józefowiczem.
A ja już tylko przypominam, że to wszystko miało miejsce 40 lat temu. Nie 10 lat temu, nie 20, ale lat 40 – jakiż to długi okres czasu! Ileż przez te wszystkie lata się zmieniło. I naprawdę nie trzeba mieć ani jakoś szczególnie dobrej pamięci, ani wysoko rozwiniętej społecznej świadomości, ale też nie trzeba cierpieć na amnezję, by wiedzieć, że zarówno czas wyznaczany przez późne lata 70, jak i przez całą kolejną i jeszcze następną dekadę, aż po przełom tysiąclecia, nosił najróżniejsze ślady cywilizacyjnego upadku, ale akurat tak zwany „gender” tu szczególnie nie dominował. To dopiero ostatnie dni przyniosły ów nowy atak tego obłędu. Czemu? Tego pewnie sam Diabeł nie wie. Może za tym stoi jakaś chora cykliczność, której normalny świat zaradzić nie jest w stanie? A może jeszcze coś innego? Tego nie wiemy i tak naprawdę dla nas to nie ma większego znaczenia. Jedno jest pewne i do zapamiętania: numer z Williamem nie wypalił. Minęło 40 lat i dziewczynki nadal bawią się lalkami i bardziej wolą być fryzjerkami, niż pilotami, a chłopcy też znacznie częściej proszą rodziców, by im kupili karabin, a nie różowe lusterko. No, powiedzmy z drobnymi wyjątkami, tyle że każdy z nas, jeśli zajdzie do fryzjera, a obsługiwać go nie będzie ładna dziewczyna, tylko ładny chłopak z kolczykiem w nosku, wróci do domu i nie powie, że go strzygła go jego ulubiona fryzjerka o imieniu William, ale jakiś wesoły pedał. A świat, widząc, że wszystko jest na swoim miejscu, się tylko wesoło uśmiechnie. A jeśli ktoś nas i nasz świat za to przeklnie, to bądźmy pewni, że to tylko przez parę następnych lat.

Bardzo wszystkich proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez niego ciągnąć tego życia nie dajemy rady. Dziękuję każdemu z osobna, a na koniec przesyłam filmik o fryzjerze Williamie i jego laleczce.

poniedziałek, 17 marca 2014

Sląscy patrioci patrzą na Krym

Szczerze muszę przyznać, że jeszcze do bardzo niedawna, pojęcia nawet nie miałem, że na stronie głównej Salonu24 znajduje się dział zatytułowany „Polska lokalna”, a może „Polska regionalna”, czy jakoś tak, ale tak się stało, że najpierw pojechaliśmy z żoną do Zakopanego, stamtąd przywieźliśmy worek na psie kupy, ja na temat tego worka napisałem felieton do „Warszawskiej Gazety”, następnie ów felieton wrzuciłem na oba swoje blogi, a administracja Salonu z kolei wrzuciła go do działu o Polsce regionalnej, no i w ten sposób dowiedziałem się, że tu istnieje coś takiego. Stąd już zatem było bardzo blisko do wniosku, że z punktu widzenia takiego Konstancina polskie rzeczy mają się tak, że wszystko co się wydarza na terenie Warszawy, stanowi część spraw ogólnopolskich, natomiast wszystko to co dotyczy obszarów leżących poza stolicą, trafia do przegródki z tabliczką „lokalne”.
I to by się właściwie zgadzało z tendencją uniwersalną: to przecież właśnie podczas zeszłosobotniej wyprawy do Zakopanego, usłyszeliśmy podaną na całą Polskę przez radio RMF wiadomość, że w Warszawie przez cały weekend nie będzie kursowała jedna linia tramwajowa, bo gdzieś tam na Grochowie, czy w innym Piasecznie trwają jakieś prace.
No a ja mam teraz kłopot, bo już od pewnego czasu zastanawiałem się nad napisaniem tekstu o tym, jak to w moich Katowicach od paru lat trwają bardzo poważne prace nad rekonstrukcją całego niemal miasta. I tu nie chodzi o zwykłe poprawianie funkcjonalności, czy estetyki miasta, tak jak to ma miejsce w jakimś Poznaniu, czy w Lublinie, ale o gruntowną naprawę tego, co z Katowicami zrobił wojewoda Jerzy Ziętek, no i o to, by przynajmmniej spróbować zrobić coś, by ono stało się choćby w ułamku procenta miejscem tak ładnym i funkcjonalnym, jakim było przed wojną, a więc o jak najbardziej politykę. W związku z tym, bardzo wpływowe środowiska, pod bardzo agresywnym patronatem „Gazety Wyborczej” i Ruchu Autonomii Śląska, a więc wszyscy ci, którzy uważają Ziętka – obok Barbary Blidy i Kazimierza Kutza – za świętego patrona tej ziemi, prowadzą bardzo szeroko zakrojoną akcję przeciwko niszczeniu miasta przez prezydenta Uszoka. Planuję od pewnego już czasu ten tekst napisać, i pewnie bym już to zrobił dawno temu, gdyby nie fakt, że wciąż nie mogłem znaleźć odpowiedniego środka, by całą sprawę przedstawić nie w wymiarze lokalnym, ale ściśle bardzo ogólnopolskim, gdy tymczasem okazuje się, że cokolwiek wymyślę, to i tak ten tekst trafi do kategorii „Polska lokalna”. A więc wygląda na to, że nie ma na co czekać, tylko trzeba się brać do roboty.
Stało się jednak coś jeszcze, co sprawiło, że postanowiłem za temat zabrać się już dziś. Oto wczoraj z synem byliśmy na rodzinnej wizycie, i tam rozmawialiśmy z człowiekiem, który z pewnego punktu widzenia jest dla mnie wręcz idealnym przedstawicielem pewnej szczególnej części naszego społeczeństwa. Otóż on ma w sobie coś takiego, że ja mógłbym ani nie oglądać telewizji, ani czytać gazet, ani nawet przede wszystkim zaglądać do Internetu, by w oparciu o to, co on mówi, wiedzieć, jak wygląda aktualny stan reżimowej propagandy. Ma on bowiem ów zupełnie nieprawdopodobny talent do tego, by wręcz z najdrobniejszymi i pozornie kompletnie bez znaczenia szczegółami pochłaniać wszelki przekaz propagandowy, a następnie dzielić się swoją świeżo pozyskana wiedzą w taki sposób, by to robiło wrażenie jego szczerej i bardzo osobistej opinii. Byliśmy więc tam wczoraj z wizytą i w pewnym momencie człowiek ów nam powiedział, że to co Uszok wyprawia z Katowicami, to w tej chwili jest już sprawą kryminalną, a następnie zaczął podawać przykłady: przede wszystkim mieliśmy piękny dworzec kolejowy, który wymagał umycia i ewentualnie odmalowania, a Uszok, niszcząc przy tej okazji piękne stare kamienice i automatycznie też całą ulicę 3 maja, na jego miejscu postawił ohydny „blaszak”; Katowice miały fantastyczne Centrum, ciągnące się od tak zwanego Rynku aż po nowoczesną „ziętkowską” Koszutkę, która przez lata stanowiła europejską wizytówkę miasta, a teraz na tym miejscu wszystko jest rozkopane i diabli wiedzą, co tam ten Uszok chce postawić; wreszcie mieliśmy piekną, przecinającą miasto ulicę Kościuszki, która lada chwila zostanie zamknięta, bo Uszok chce tam wpuścić jakieś buldożery. Całe szczęście, że nie ruszyli jeszcze Osiedla Paderewskiego i tego pięknego kościoła przyozdobionego równie pięknymi obrazami Dudy Gracza.
I to był dla mnie autentyczny szok, głównie za sprawą tego dworca, tego „blaszaka”, i owego „Rynku”. Rzecz w tym, że każdy kto kiedykolwiek był w Katowicach, zanim jeszcze powstał nowy dworzec, wie jak to miejsce i jego otoczenie wyglądały przez całe lata. Każdy też, kto był tu w ciągu minionego roku, wie, jak to samo miejsce – i jego otoczenie – wyglądają dziś. A widząc to, wie, jak bardzo tamto stanowiło najbardziej ohydną ohydę, i jak bardzo to co stoi tam dziś jest miejscem po prostu normalnym, a już na pewno ładniejszym, niż okolice dworca w Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Poznania, nie mówiąc już o Warszawie.
Katowicki dworzec i ta handlowa galeria, której częścią on dziś się szczęśliwie stał. Ja byłem zszokowany, bo wiem, że kiedy stawiano ten „blaszak”, nie zniszczono ani jednej starej kamienicy, ale zaledwie przykryto ten wypełniony śmierdzącymi autobusami, busami i kręcącymi się między nimi narkomanami i kieszonkowcami brudny plac i tę ciągnącą się nad nim zasyfioną, niczemu i nikomu niesłużącą, estakadę. Ale również przeżyłem szok, bo świetnie znam człowieka, z którym rozmawiałem i wiem, jak on uwielbia tę tak zwaną nowoczesność, symbolizowaną właśnie przez hipermarkety i te wszystkie galerie handlowe, a kiedy tu nagle w Katowicach, niemal pod samym jego nosem, powstaje najładniejsza galeria handlowa, jaką widziałem, a on na nią zaczyna nagle mówić „blaszak”, i sugerować, że prezydent Uszok, który na to dał pieniądze, powinien za to iść do więzienia. Oto potęga propagandy.
A więc można by sądzić, że sprawa jest jasna. Nowa władza niszczy dzieło życia największego Ślązaka w historii, więc Ślązacy się denerwują, i swoim zdenerwowaniem dzielą się z niewinnymi, choć bardzo naiwnymi, mieszkańcami miasta. Ja jednak sądzę, że tu toczy się walka o coś znacznie poważniejszego, a więc o coś, przy czym ów sowiecki agent i komunistyczny bandyta i jego współcześni wielbiciele stają się okruchem bez znaczenia. Oczywiście, że z ich punktu widzenia, szkoda zarówno tych „kielichów” reprezentujących rzekomo najwyższe architektoniczne piękno, jak i tego rynku i tej Koszutki, na którą mam nadzieję też w końcu przyjdzie kolej, to jednak, to co tu jest najważniejsze, to moim zdaniem determinacja władz miasta, by kiedy już tu wreszcie przyjdą Niemcy, wszystko było zrobione naszymi rękami. Żeby oni, jak już któregoś dnia, nie daj Boże, w odpowiedzi na lokalne referendum tu przyjdą, nie mogli powiedzieć, że zajęli tak naprawdę polskie miasto, ale żeby w swoich gazetach mogli napisać, że przyszli tu jako wybawcy, którzy ten cały syf muszą odbudować.
Że to jest jakiś absurd? Oczywiście że absurd, ale raz że ja naprawdę nie umiem znaleźć innego wytłumaczenia dla tej najwyraźniej kompletnie chorej kampanii w obronie czegoś, czego się bronić zwyczajnie nie da, a z drugiej strony, zastanówmy się, co z tego, że absurd? Popatrzmy na dzisiejszą Ukrainę, na ten Krym, na to ruskie referendum, na to wszystko, co się wokół tego dzieje – czy mamy tak naprawdę tu jakąkolwiek sensowną odpowiedź? A zatem, jak mówię, nawet jeśli absurd, to nie pierwszy i nie ostatni. No, a co najważniejsze, wcale nie taki najgłupszy.

Jak już zapowiadałem, książka o języku jest już tuż tuż i mam nadzieję, że w tym tygodniu będziemy ją sprzedawać wraz ze wszystkimi innymi fantastycznymi rzeczami znajdującymi się w księgarni Coryllusa pod adresem coryllus.pl. Jednocześnie wciąż apeluję i proszę o wspieranie tego bloga. Jesteśmy dziś na fatalnym minusie, a biorąc pod uwagę, że nikt nam tej książki nie finansuje poza czytelnikami, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Najbliższy miesiąc robi pod względem finansowym wrażenie najgorsze. Dziękuję.