piątek, 31 grudnia 2010

Don Paddington & Toyah: O czarnej fasadzie i dobrej materii

No więc i jakoś dociągnęliśmy do końca tego strasznego roku. Osobiście wolę nie mówić o dobrych, czy złych latach – jest w tym coś bardzo pogańskiego, czyż nie? – lecz o dobrych i złych wydarzeniach. No ale, skoro zwyczaj, to i tradycja. A skoro tradycja – to cóż my na to? Dla mnie więc ten rok, to jednak w dużej mierze ten blog i świadomość, że gdyby nie on, to bym dziś się znajdował w sytuacji, w jakiej niechybnie, jako wesoły emeryt, będę się znajdował za lat kilka, jeśli jakimś cudem rok 2011 jednak nie wystrzeli w kosmos tej bandy złoczyńców i nieudaczników. A zatem, jeśli mam go jakoś podsumowywać, to przede wszystkim muszę podziękować wszystkim tym, którzy mają mnie i moją rodzinę w swojej życzliwej opiece. A więc:
Ireneuszowi z Warszawy,
Dance z Warszawy,
moim ludziom ze Skoczylasa,
Oli z Opola jak najbardziej Lubelskiego,
Pawłowi z Warszawy,
Drogim Państwu Wieczorkom,
Zbyszkowi z Łęczycy,
Krzysztofowi z Sosnowca,
naszemu koledze Kozikowi,
Grabarzowi,
Krystynie z Gdańska,
Edycie z Krakowa,
Sławkowi z Warszawy,
i za kwiaty z Melomanów
i Jackowi z Warszawy,
no i Traubemu
i Tomkowi z Pabianic.
Radkowi ze Szczecina,
Edwardowi z Przegędzy,
Joli z Sieprawa oczywiście,
Grzegorzowi z Warszawy,
Joli z Warszawy,
Piotrowi z Warszawy,
Magdzie i Markowi z Białej,
Cmentarnemu Dechowi,
Jakubowi z Warszawy,
Annie z Olsztyna,
Jerzemu z Warszawy,
Michałowi ze Świecia,
Danusi z Warszawy,
Arturowi z Warszawy,
Szymonowi z Warszawy,
Krzysztofowi ze Szczecina,
milczącemu LEMMINGOWI,
Przemkowi z Warszawy,
Naszym ludziom z wrocławskich aplikacji,
Leszkowi z Krakowa,
Wojtkowi z Tychów,
Jackowi z Oświęcimia,
Michałowi z Piastowa,
i Tobie Klaro, która jesteś nawet jak Cię nie ma
i Tobie Gembo, którego nie ma, ale wierzę, że będziesz,
Wojtkowi z Warszawy,
Marcinowi z Chełmka,
Andrzejowi z Bydgoszczy,
Józefowi z dalekiego świata,
Piotrowi z Buczkowic,
Teresie z Radomia,
Juliuszowi z Łomży,
Danucie z za samej miedzy,
Ewie z Krakowa,
Dorocie ze Szczecina
Kasi z Libusza,
Andrzejowi z Wąbrzeźna
no i wreszcie, jakże by inaczej, Tobie Rafale!
Ale także naszym ludziom z Paypala - Arturowi, Ewie, Piotrowi, Dariuszowi, Markowi, Zosi, Zbyszkowi, Katarinie i wszystkim innym bez podpisu.
No i Tobie, Maćku za pracę.

Tradycja dotychczas była taka, ze przy okazji podziękowań, przeklejałem specjalnie dla Was jakiś stary tekst z Salonu24. Dziś jednak Salon zostawiliśmy za sobą, a poza tym wszystkie tamte notki są już tu, pod ręką. Pomyślałem więc sobie, że przeprowadzę pewien eksperyment. Otóż zawsze zastanawiałem się, w jaki sposób powstają teksty podpisane przez dwie osoby. Weźmy choćby przypadek bardzo czarny, ale za to interesujący nawet jak na czasy, które oblazł. A więc kogoś takiego jak Reszka i Majewski. Czy Majewski pisze zdania parzyste, a Reszka nieparzyste? Czy może Reszka pisze cały tekst, a Majewski przeredagowuje go pod kątem co bardziej mięsistych kłamstw. A może wszystko pisze wyłącznie Majewski, natomiast Reszka kursuje między odpowiednimi służbami, a tą ich norką i tylko znosi materiały?
Tego pewnie nie dowiemy się nigdy. I właściwie, to i tak wszystko jedno. Natomiast ja sobie wymyśliłem, że dziś przedstawię tu tekst napisany wspólnie przeze mnie i przez Don Paddingtona, naszego Dobrego Księdza. Popatrzcie tylko, jakie nam wyszło cudo. I niech Ksiądz spojrzy. Któż by pomyślał, prawda?



Kończy się ten straszny rok i wypadałoby go jakoś podsumować. Pewne próby, naturalnie już się na tym blogu pojawiły, i jeśli tylko opierać się na tym, co tu zostało powiedziane, wygląda na to, że minione 12 miesięcy, to tak naprawdę tylko ta straszna zbrodnia 10 kwietnia i wszystko, co w związku z nią nastąpiło. Nie ma znaczenia ani rząd, ani prezydent, ani zima, ani powodzie, ani pociągi… Nic. Wszystko, cokolwiek się przez ten rok zdarzyło, traci swoje znaczenie wobec tego nieszczęścia z 10 kwietnia, i tej straszliwej profanacji, jaka nastąpiła w kolejnych miesiącach.
Są tacy, którzy mówią, że poza wyeliminowaniem Lecha Kaczyńskiego z podstawowej rozgrywki, System zanotował na swoim koncie jeszcze jedno osiągnięcie. Otóż – pomijając sprzyjającą pogodę, a więc powodzie i śnieżyce – udało się osiągnąć stan, kiedy to całą uwagę opinii publicznej skutecznie odwrócono od dramatycznego i zawstydzającego stanu rządów, koncentrując publiczną uwagę albo na samej katastrofie, ewentualnie na przepychankach o pamięć po pomordowanych w tamtej mgle.
Stoimy w obliczu końca roku – tego strasznego, bezprecedensowego roku – i nawet jeśli na moment w świadomości publicznej pojawia się nazwisko jednego z ministrów, z sugestią, że jego los pozostaje wielką narodową zagadką, nikomu nic nie grozi. Ani mordercom, ani idiotom. Jest tylko ten krzyż i ta pamięć przerzucana z rąk do rąk, jak gorący – nomen omen – kartofel.
Niedawno cytowałem tu Jadwigę Staniszkis, która twierdzi, że sytuacja , w jakiej znalazła się Polska jest w pewnym sensie wyjątkowa nawet nie przez to, ze ktoś jednym gestem zamordował nam prezydenta plus dziesiątki czołowych postaci życia publicznego, a Polska nawet nie drgnęła, ale przez to, że jej losy są od paru lat w rękach bandy fuszerów, ludzi modelowo niekompetentnych i skorumpowanych do szpiku kości,. a społeczeństwo robi wrażenie, jakby całe to nieszczęście ich nie dotyczyło. Staniszkis tłumaczy, że jeśli nie ma pewnych mechanizmów społecznej samokontroli, to dopóki nie wydarzy się katastrofa, ludzi można oszukiwać w nieskończoność. Przy ich bardzo aktywnej zresztą współpracy.
Dziś cały dzień krąży po publicznej przestrzeni wiadomość, której prawdziwości, jak się zdaje, zaprzecza już tylko wyłącznie sam zainteresowany, a więc rząd, że za kilka lat w Polsce dojdzie do takiego krachu systemu emerytalnego, że znaczna część społeczeństwa zostanie wręcz fizycznie unicestwiona. Sytuacja ta, według nadchodzących do nas informacji, jest bezpośrednim wynikiem, z jednej strony realnej nieudolności rządu, a z drugiej oczywistego już dla wszystkich koncentrowania całego procesu rządzenia krajem na walce o, z jednej strony wyeliminowanie ze sceny politycznej wszelkiej liczącej się opozycji, a z drugiej o doraźne utrzymanie sondażowego poparcia, a więc tak naprawdę o nieoddanie władzy. Oglądam dzisiejsze wydanie sztandarowego programu wysłanego przez System na odcinek codziennej propagandy, i wśród żartobliwych komentarzy na temat tego, jak to premier Tusk sobie nie radzi z materią, uderza mnie wysłany przez jednego z obywateli esemes o następującej treści: „Pozdrowienia dla mojej Gosi – rozkoszosi”. Czy jakoś tak. Straszne. Jeśli się nad tym zastanowić, to mamy do czynienia z autentycznym horrorem.
Ktoś kiedyś – jestem pewien, że nawet nie przeczuwając trafności tego wynalazku – ukuł epitet ‘lemingi’, kierując go w stronę ludzi, którzy dali się zwieść najbardziej prymitywnej propagandzie i którzy oddali swoje wszystkie emocje i całe serca projektowi z gruntu fałszywemu, czy wręcz, jak się okazuje dziś, zbrodniczemu. Dlaczego lemingi? Nie wiem. Nie ja byłem autorem tego żartu, ale domyślam się, że chodziło ów symboliczny wręcz pęd owych zwierząt do samounicestwienia.
Myślę, że ten moment jest równie dobry jak każdy inny, by przedstawić tu pewną historię, jak najbardziej autentyczną. Otóż w mieście Łodzi opowiada się anegdotę o jednym ze słynnych Lodzermenschów, XIX-wiecznym królu bawełny, bajecznie bogatym Izraelu Kalmanowiczu Poznańskim. Ówże Poznański wybudował sobie pałac, który w zamyśle miał swoim przepychem przewyższać wszystko, co inni łódzcy przemysłowcy wybudowali, bądź mieli wybudować. Ostateczny efekt choć imponujący – dzięki m.in. nasyceniu obiektu dużą ilością żyrandoli i dywanów – nie do końca zadowolił Izraela, ponieważ pałacowi brakowało tego czegoś, co jest nie tylko bogate, ale przede wszystkim niepowtarzalne, jedyne w świecie, ekstrawaganckie i z nóg powalające.
Dla pognębienia swoich konkurentów i ku podziwowi gawiedzi, postanowił więc Poznański, by podłogę pałacowej sali balowej (ok. 500 m. kw.) wyłożyć złotymi rublówkami. W tym momencie, w życiu tego, zdawało się, wszechmocnego człowieka, pojawił się problem. Problem ów nie dotyczył oczywiście kwestii finansowych, lecz był jak najbardziej natury politycznej. Jeśli bowiem wyłoży się posadzkę rublowymi monetami, to tym samym albo będzie się deptać, obecne na owych monetach oblicze miłościwie panującego cara, albo też w tak niecny sposób potraktuje się wizerunek rosyjskiego orła z dwiema głowami. Izrael Kalmanowicz obawiał się, że ta niezręczna sytuacja może doprowadzić do oskarżenia go o obrazę majestatu, oraz niekorzystnie wpłynąć na jego handlowe stosunki z olbrzymim rosyjskim rynkiem. Dlatego też, nie chcąc porzucać swego wspaniałego pomysłu, i nie chcąc też narażać się na wyżej wymienione nieprzyjemności, zapytał rosyjskich urzędników – niektórzy mówią, że zapytał listownie samego cara – w jaki sposób posadzkarze mają owe monety układać: awersem do góry, czy może rewersem?
Uzyskał odpowiedź, której Salomon by się nie powstydził: ani awersem, ani rewersem, lecz na sztorc. Poznański z odpowiedzi bardzo się ucieszył i swój projekt wprowadził w fazę realizacji. Niestety natrafił nagle na opór materii, lub inaczej mówiąc, praktyczne wymogi życia, które były tak wielkie, że musiał ze swego pomysłu zrezygnować. Okazało się bowiem – być może powiedział mu to jeden z tych prostych posadzkarzy – że ustawione na sztorc rublówki spowodują na tyle duże nierówności podłogi, iż kłopot będzie nawet z chodzeniem po niej, nie mówiąc już o tańczeniu. Oprócz tego, owych ustawionych na sztorc monet będzie trzeba zorganizować tak wiele, że wszystko wskazuje na to, iż pod ich ciężarem podłoga zbudowanej na piętrze sali, po prostu się zarwie.
Przytaczam tę anegdotę, ponieważ jest ona – jak sądzę – niezłą ilustracją tych wszystkich zjawisk, z którymi ostatnio mamy wielokrotnie do czynienia, a o których fragmencie wspomniałem wyżej. Owe zjawiska dotyczą ludzi z tzw. sfery publicznej, którzy coś w Polsce znaczą, albo wydaje im się, że coś znaczą. Ludzie ci mają dość duży potencjał, który zawdzięczają swoim rzeczywistym zaletom, bądź też – delikatnie rzecz ujmując – „sprzyjającemu splotowi okoliczności”, gdzie być może słowo „splot” jest najważniejsze. Owi ludzie mogą być bardzo bądź średnio utalentowanymi artystami, zatroskanymi o bezpieczeństwo obywateli, oraz o los chorych i emerytów państwowymi urzędnikami, bardzo niezależnymi i wnikliwymi ekspertami, oddającymi hołd bohaterom parlamentarzystami i samorządowcami, a nawet twardymi, zdecydowanymi, trzymającymi krótko podwładnych przywódcami. Ci wszyscy ludzie – podobnie jak ongiś Izrael Poznański – mają lepsze bądź gorsze pomysły na siebie samych, tzn. na to jak się zaprezentować, jak się sprzedać, a nawet na to, jak być pożytecznym.
Niestety, tym wszystkim dobrym ludziom towarzyszy świadomość, że choć wiele znaczą, to jednak istnieją w świecie tacy – jak ongiś car, czy ruski urzędnik – którzy znaczą jeszcze więcej i z tego powodu warto zdobyć ich przychylność, albo przynajmniej dołożyć wszelkich starań, by się im nie narazić. Owi „znaczący więcej”, są po prostu silniejsi – co nie znaczy, że mądrzejsi – i z tej właśnie racji oni decydują, czy wspomniane wyżej pomysły dobrych ludzi na siebie samych będą zaakceptowane, czy też – nazwijmy to tak – wyśmiane.
Ci, którzy „znaczą więcej” to dysponenci kija i marchewki, z którymi (z ich interesami, znajomościami, powiązaniami, wrażliwością, upodobaniami itp.) trzeba się liczyć jeśli się chce zaistnieć, a po zaistnieniu marchewkę konsumować.
Z jednej strony, w życiu publicznym mamy więc do czynienia z agresywną prezentacją rzeczywistych, bądź domniemanych, rokujących nadzieję na społeczny aplauz cech, prezentacją dokonywana przez ludzi, których znaczenie jest tak naprawdę fasadowe, a z drugiej strony są rzeczywiste, nie-fasadowe interesy, znajomości, powiązania, wrażliwość i upodobania tych „znaczących więcej”, oraz wytyczona przez nich dość płynna granica, której z tych czy innych względów (znanych niektórym, a może i krewnym i znajomym owych ‘niektórych’) nie może przekroczyć nawet najbardziej społecznie wrażliwy urzędnik, niezależny ekspert, czy twardy przywódca.
W ciągu minionych kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu lat mogliśmy się przekonać, że pomysły ludzi, którzy wiele znaczą, oraz tych, którzy znaczą jeszcze więcej, dały efekt dla Polski dość opłakany. Nagromadzenie głupoty, marnotrawstwa, niesprawiedliwości i zwykłej złej woli jest niekiedy tak duże, że albo „chodzić się już nie daje”, albo wręcz wszystko „grozi zawaleniem”.
Oczywiście, fasada – nie bacząc na opór materii - mówi, że wszystko jest super, a ci, którzy „znaczą więcej” z zasady nic nie mówią (chyba, że się zdenerwują, bo wtedy gadają o dzikim kraju i o tym, by odpieprzyć się od ich pieniędzy i ich znajomych), bo też z zasady opłakany stan TEGO KRAJU niewiele ich obchodzi.
Gdzieś w tym wszystkim zniknęli nam posadzkarze. Oni na razie dość posłusznie wykonują najgłupsze nawet projekty. Ale rozsądek w nich zwycięży. I wcześniej czy później powiedzą: Tak nie można! To jest głupie! To jest niesprawiedliwe! To jest złe! I choć podobno – jak niedawno sugerowała prof. Staniszkis – ludzie postępują w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem dopiero wówczas, gdy wyczerpią już wszelkie inne możliwości, to jednak mimo wszystko mam mocną nadzieję, że już wkrótce skończy się czas fasady, ale także tego, co znajduje się poza fasadą.

czwartek, 30 grudnia 2010

O psach Systemu i pewnym samotnym samolocie

Ostatnie dni roku mijają pod patronatem dwóch wydarzeń. Otóż okazuje się, o czym pisałem w poprzedniej notce, że jest jednak taka możliwość – niemal jak noworoczny prezent od braci Rosjan – że to jednak nie tylko kapitan Protasiuk, generał Błasik i prezydent Kaczyński odpowiadają za katastrofę rządowego samolotu i śmierć 96 osób, ale jeszcze palce w tym bałaganie mógł maczać pijany ruski kontroler. Rewelacje te zostały nam miłościwie użyczone dzięki patriotycznej niezłomności osobiście premiera Tuska i będących pod jego nieustannym dowództwem odpowiednich instytucji. Jeśli wszystko pójdzie tak jak należy, a nieodpowiedzialne elementy zalesiające peryferia naszej ojczyzny będą siedziały cicho i nie pyskowały, jest nadzieja na to, że obok wspomnianych już Błasika, Protasiuka i Kaczyńskiego, na ławie oskarżonych zasiądzie też i ów kontroler. Sprawa, jak się należy domyślać, jest dogadywana nas najwyższym szczeblu, między premierami Tuskiem i Putinem.
Drugi news, który w tych dniach urozmaica nam naszą przedsylwestrową gorączkę, to ten, że szanowny pan Jan Gross – żydowskie sumienie naszego parszywego (ukłony dla red. Ziemkiewicza) polactwa – wydał nową książkę i ujawnił światu, że swego czasu Polacy grabili żydowskie groby w poszukiwaniu złota, diamentów i innych cennych tragicznych pozostałości. O tym, że sprawa jest niebylejaka, świadczyć może choćby to, że od wczoraj – poza oczywistymi peanami na cześć patriotycznej ofensywy naszego rządu w sprawie smoleńskiej – temat Polaków, jako hien cmentarnych jest medialnym tematem dnia.
Domyślam się – bo wiedzieć nie jestem w stanie – że ten rodzaj zbieżności dwóch zdarzeń nie może być przypadkiem. Oczywiście, nie mam wątpliwości, że Gross wydał swoją kolejną książkę, i to nawet w tym a nie innym temacie, zupełnie niezależnie od pojawienia szans na wtrącenie generała Błasika do ciemnicy pamięci razem z rosyjskim kontrolerem lotów ze Smoleńska, a nie tylko z jakimś Kaczyńskim czy Protasiukiem. Nawet jeśli on od pewnego czasu jest tylko i wyłącznie psem Systemu, to z całą pewnością psem o bardzo dużej autonomii. Natomiast wydaje mi się, że fakt potraktowania obu wydarzeń jako równorzędnych medialnie rewelacji jest posunięciem jak najbardziej przemyślanym.
Również domyślać się tylko mogę, o co w tym wszystkim chodzi. Tu widzę dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że nasze władze, a za nimi wszystkie pozostałe agendy Systemu, wiedząc, że gra przeciwko Rosji, a może nawet tylko wbrew Rosji, jest posunięciem bardzo ryzykownym i może nas narazić na przykrą demonstrację rosyjskiego niezadowolenia, chcą Rosjanom pokazać, że jeśli my walczymy tu tak troszkę o swoje, to wcale nie oznacza, że w jakikolwiek sposób się wywyższamy. I na dowód tego, przyznajemy, że z nas nie byle jakie polskie kanalie i równie polska swołocz. Druga jednak ewentualność, jaka mi przychodzi do głowy – ta jednak wydaje mi się bardziej realna – to że ten adres jest skierowany nie do Rosjan, którzy to co my tu sobie robimy i gadamy, mają głęboko w każdej możliwej dziurze, lecz do nas Polaków. Chodzi mianowicie o to, by nikt z nas nawet nie pomyślał, że tu się cokolwiek rozstrzyga. Owszem, jeśli się uda dyplomatyczna mediacja między dwoma wielkimi premierami, możemy coś tam uzyskać, natomiast niech nikomu broń Boże nie przychodzi do głowy, że my mamy mieć prawo do jakichkolwiek pretensji. Byliśmy, jesteśmy i jeszcze przez wiele lat będziemy tylko głupim bydłem, i jeśli przyjdzie nam za cokolwiek dziękować, to mamy dziękować i milczeć. A jeśli przepraszać, to też – przeprosić i się zamknąć.
Pamiętnej soboty 10 kwietnia, w smoleńskiej mgle, runął na ziemię polski samolot, i w jednej sekundzie zostały w najbardziej okrutny sposób przemielone ciała 96 wybitnych Polaków, na czele z Prezydentem i jego Marią. Wszystko co nastąpiło później, stanowiło akt najczystszego świętokradztwa, profanacji i zwykłej ludzkiej podłości. Nie było jednej najdrobniejszej i najpotworniejszej przykrości, której by oszczędzono ofiarom tej zbrodni. Miejsce tego dramatu zostało powielekroć przekopane, przegrabione i rozgrabione. Przez wiele tygodni i miesięcy nawet okoliczne psy mogły bezkarnie buszować wśród gnijących ludzkich szczątków i rdzewiejących białoczerwonych szachownic, a wszystko to pod gwarantowaną opieką miejscowych władz i obu rządów. Nie było takiej obelgi, czy takiego oskarżenia, którymi najbardziej eksponowani przedstawiciele polskich mediów i polskich władz nie dręczyłyby pamięci osób rozbitych na miazgę w tamtej mgle. Każda – podkreślam, każda ofiara tamtej masakry – została pośmiertnie znieważona przez najróżniejsze osoby w ten czy inny sposób powielekroć. Nawet oficjalna i jak najbardziej publiczna odmowa zajęcia się losem tych cieni przez tych, których psim obowiązkiem było się nim zająć, jest bezprecedensowym ciosem wymierzonym w tę pamięć. Nawet dziś jeszcze, kiedy piszę te słowa, zwłoki tamtego samolotu wciąż przykrywają te nigdy niepochowane duchy zmarłych. I nic. Cisza. A świat cały unosi się za wzgardą nad tą kaźnią.
I na to wszystko przychodzi ten przedziwny Żyd, wyciąga swój palec i mówi: „Spójrzcie na siebie i niech wasze twarze pokryją się wstydem!” A za nim przychodzą już sami Polacy, kiwają w zadumie głowami i powtarzają: „O tak! Jakże to my, niegodni, możemy w tej sytuacji o cokolwiek prosić?”
Co za podłość! Co za parszywe kłamstwo!
Przed chwila przyszła moja starsza córka i powiedziała ni stąd ni z owąd coś takiego. Jakież to straszne, że nikt z nich nie przeżył. Wyobrażasz sobie, jakby to było, gdyby choć jeden z nich ocalał i mógł nam dziś opowiedzieć o tych ostatnich chwilach? Co to się wtedy działo? Biedne dziecko. Cóż ona wie? Coś my wiemy? Z najnowszych informacji dowiadujemy się, że jest całkiem możliwe, że to odbyło się na zwykłym, najbardziej prymitywnym i podłym poziomie. Zebrało się trzech Ruskich i pomyśleli sobie: „A tam psia ich mać, Poljaki! Niech zdychają”. I zrzucili w to smoleńskie błoto ten biedny, porzucony samolot. Samotny, biedny samolot, o którym nikt nawet nie miał ochoty myśleć. Wysłany w tę ostatnią podróż w sposób, w jaki wedle ich – ich! – przekonań, zasłużył. Jak się dziś dowiadujemy, nawet informacje o pogodzie zostały polskiemu prezydentowi przyniesione nie w formie oficjalnego komunikatu, lecz zaledwie zasłyszanej plotki. I polskie państwo wysłało tam ten nieszczęsny samolot na jego zatracenie, prosto w ręce trzech, tworzących tę czarną powitalną delegację, miejscowych. Jakaż to nędza, jakaż rozpacz!
I niech nam tylko nie przychodzi do głowy użalać się nad sobą, bo nam ktoś coś o nas opowie. Tak żeby nam w pięty poszło

środa, 29 grudnia 2010

Przebudzenia

Kiedy ten blog, oprócz wszystkiego tego, czym on w sposób bardzo naturalny od początku jest, stał się również źródłem utrzymania dla mojej rodziny, bardzo zawsze liczyłem na to, że każdy nowy dzień przyniesie okazję do tego, by akurat ten bardzo interesowny element mojego pisania ograniczyć do minimum. Zależało mi na tym przede wszystkim z tego powodu, że bałem się bardzo, że jeśli za te teksty będę dostawał pieniądze, w pewnym momencie zabraknie im tego oddechu, tej naturalnej siły, która daje poczucie, że to co się robi, robi się wyłącznie z potrzeby serca. Bałem się, że w momencie, kiedy poczuję, że te teksty mają wartość mierzoną również w tak zwanej walucie, one coś stracą i że tego już odzyskać się nie da. Dlatego też jednak właśnie, od samego początku jak ten blog stał się również przedsięwzięciem jak by nie było komercyjnym, bardzo się staram, żeby ani jeden z tych tekstów nie okazał się nagle czymś, na co ludzie mówią ‘zapchajdziurą’. Bóg mi świadkiem, jak bardzo.
Dziś wygląda na to, że ta walka jeszcze jakiś czas potrwa. Ale też że – i tu należny ukłon w stronę tych wszystkich, którzy wciąż chcą ten blog wspierać finansowo – gdyby nie ten akurat fragment całego tego przedsięwzięcia, nie byłoby ani tego bloga, ani też nie bardzo wiadomo, co by się działo ze mną. Zbliża się koniec roku, a ja sobie uświadamiam, jak nigdy chyba dotąd, że oczywiście gdyby nie ten blog, to przede wszystkim nie byłoby mowy o wszystkich naszych dzisiejszych zmartwieniach, ale z drugiej strony, gdyby nie on – i tu wolę dalej nie myśleć.
Korzystając z tego, że zbliża się koniec roku i czas na podsumowania, chciałem przedstawić sytuację, o której – trochę ze wstydu, a trochę z przeczucia, że to nie jest coś, o czym ktokolwiek chce czytać – dotychczas wspominałem niejako półgębkiem, a dziś myślę, że jednak ten jeden raz będzie w sam raz. I nie zaszkodzi. Otóż wchodzę w kolejny rok praktycznie bez pracy. To co mam poza tym blogiem, nie daje żadnych szans na utrzymanie rodziny. To jest fakt i tego nic nie zmieni. Faktem jest też to, że, o ile pierwszy kryzys wywołany był najprawdopodobniej przyczynami obiektywnymi, bieżący jest jak najbardziej skutkiem czegoś bardzo fatalnego i starannie zaplanowanego. Opowiem o co poszło.
Poszło mianowicie o zwykłą nienawiść. Pisałem tu o niej wielokrotnie, a dwa razy chyba w tym konkretnym ujęciu. Nie chodzi o to, że ktoś kto o wszystkim decyduje, podejmuje decyzje administracyjne i wszystko się zmienia. O nie! Te czasy już się skończyły. Dziś wszystko jest w rękach ludu. To lud decyduje. Lud patrzy, lud myśli i lud reaguje. Ja to miałem przynajmniej w kilku przypadkach okazję obserwować na żywo. Jak się rodzi ta nienawiść, gdzie nie ma jakiejkolwiek nici porozumienia, bo głowy są wypełnione tak strasznym napięciem, że wśród przyjaciół, czy w rodzinach, dochodzi do awantury, a wśród osób obcych, do bardzo silnej potrzeby rozejścia się, i gwarancji, że już nigdy nie trzeba będzie sobie patrzeć w oczy. W moim wypadku praktyczna realizacja tego napięcia polega na tym, że o ile na początku lata miałem w różnych miejscach osiem tak zwanych grup lektorskich, dziś została mi jedna. I w dodatku wszystko wskazuje na to, że nie miałbym nawet i tej jednej, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie nawet organizatorzy tego ataku przestraszyli się tego, co zrobili.
Jak mówię, miałem okazję obserwować na własne oczy, jak dochodzi do tego aktu agresji. Ktoś dotychczas pozornie całkowicie oderwany od tego całego nieszczęścia, zwykły człowiek, jeden z nas – „sąsiad”, że się nieco złośliwie odniosę do tytułu poprzedniej notki – popada w takie szaleństwo, że jedynym sposobem na skrócenie tej męki jest eliminacja przeciwnika. Bezpośrednią przyczyną tego dramatu, jak też już o tym wspominałem, był najprawdopodobniej fakt umieszczenia profilu tego bloga na Facebooku. Z tego co słyszę, ów Facebook stał się ostatnio tak popularny, że wiele osób zaczyna od niego dzień. I to nie tylko w wymiarze indywidualnym, a więc na takiej samej zasadzie, na jakiej odbywa się codzienne sprawdzanie poczty, ale w ogóle na zasadzie „co słychać”. Domyślam się, że część moich prześladowców skorzystała z tej własnie okazji, no a później już tylko zachowała się tak jak się zachowała. Jak mówię, wszystko obserwowałem na żywo, a więc również nie mogłem nie zauważyć tego momentu, jak niektórzy z moich uczniów trafili na ten blog i dostali jasnej cholery. Nikt mi nic nie powiedział – o nie! – to były wyłącznie spojrzenia, drobne aluzje i złośliwości. Ale przede wszystkim spojrzenia i te twarze – nagle zimne, nieprzyjazne, obce. I w końcu to życzenie, by zmienić lektora. Nie będę wchodził w konkretne szczegóły, bo mam wrażenie, że nie na nie tu miejsce, ale że tak to się odbyło, nie mam najmniejszych wątpliwości.
Osobiście znam kilka osób, a o innych słyszałem, którzy czytają ten blog wyłącznie po to, żeby się nakręcić złością. Znam te osoby i wiem, jak to się odbywa. Oni najpierw zaglądają na ten nieszczęsny Facebook, potem sprawdzają pocztę, a potem wklikują adres: toyah.pl. żeby zacząć kolejny dzień w odpowiednim nastroju. Oni przychodzą tu codziennie i po pewnym czasie ich ogarnia tak nieprzyzwoita wściekłość, że gdyby nie byli zwykłymi, kulturalnymi, miłymi ludźmi – naszymi sąsiadami – to by mnie zwyczajnie zabili. Marzą więc o tym, żebym albo zrozumiał swój błąd, albo z jakiegokolwiek powodu przestał wypisywać te idiotyzmy, albo – jeśli mają ze mną jakikolwiek kontakt – nie mogąc mi wygarnąć swoich pretensji prosto w oczy, cierpią tak długo, aż im z tych oczu skutecznie zejdę.
Jest w tym wszystkim jednak pewna zagadka. Otóż, dzięki działalności paru polskich patriotów, moje nazwisko, a więc i ten blog, stały się własnością publiczną jeszcze wcześniej. Mimo to, o ile się dobrze orientuję, ten blog, nawet jeśli komuś przeszkadzał, to nie na tyle, by musiało dochodzić do aktów aż takiej agresji. Co się więc stało, że późna wiosna i lato tego roku doprowadziły do aż takiego wzburzenia? Częściowo odpowiedzi na to pytanie udzielił nam nasz kolega Student SGH. Pisałem już o tym szczegółowo w poprzedniej notce, a on sam uściślił wszystko dodatkowo w odpowiednim komentarzu. Krótko mówiąc, poszło o to, że po 10 kwietnia ten blog stał się rzekomo nieznośnie agresywny. Myślę że bardzo skutecznie zwróciłem uwagę na błędność tej oceny. Nie poszło o to bowiem, że to co tu się pojawia od katastrofy smoleńskiej stało się jakoś szczególnie podłe i brutalne. Katastrofa smoleńska w ludziach opłakujących jej ofiary, w ludziach pogrążonych po śmierci tamtych ludzi w bólu, wywołała nie agresję, lecz bardzo przejmującą rozpacz i rezygnację. Problem polega tylko na tym, że właśnie ta rozpacz i ta rezygnacja u tych wszystkich, którzy tego bólu i tej rezygnacji nie przeżywają, wywołuje wyłącznie furię. Wyjaśnienia natomiast, że ta furia jest jedynie wynikiem jakiejś nowej agresji, a nie zwykłych wyrzutów sumienia, to oczywista i piramidalna bzdura.
Myślę ostatnio dużo o tych wyrzutach sumienia, których ani za bardzo nie znam, ani do końca nie rozumiem, ale wiem, że muszą tam być i napędzać całą tę sączącą się z każdego zakątka nienawiść. Wczoraj obejrzałem w telewizji rozmowę Moniki Olejnik z jakimś kolejnym specjalistą od lotnictwa i z dużym zaskoczeniem zaobserwowałem, że System zmienił nieco kurs. Chodzi o to mianowicie, że o ile wcześniej mieliśmy okazję gościć w mediach wyłącznie tych specjalistów, którzy nas zapewniali albo o tym, że kapitan Protasiuk oszalał, albo że oszalał generał Błasik, albo wreszcie stracił zmysły sam Prezydent, i przez to właśnie zginęło tyle osob, a Rosjanie mają przez nas teraz niezawiniony kłopot, dziś nagle pojawia się nowa twarz i nowe usta, które nam tłumaczą, że nie do końca jest tak, jak mówią Rosjanie, i że wina nie leży wyłącznie po naszej stronie, lecz rozkłada się równo – trochę winni są oni, a trochę my.
Ja oczywiście mam ochotę natychmiast zwrócić uwagę na to, że jest jak zawsze. Rosjanie mówią, żeby się od nich odczepić, bo nie może być tak, żeby jakaś obca drobnica próbowała skrzywdzić ruskiego czaławieka, natomiast nasi Europejczycy świeżego chowu, jak najbardziej, proszą uprzejmie, że oni oczywiście chętnie posypią swoje, a przy okazji nasze głowy popiołem, ale gdyby tak Rosjanie zgodzili się nastawić choćby jednego loczka., to nie pogardzimy. No, tak trochę, w ramach przyjacielskiej dbałości o naszą godność narodową. Ale ponieważ jakoś nie mam ochoty otwierać kolejnego tematu, dla czystości dyskusji, założę, że niech będzie jak nam dziś mówią. Winni są trochę oni, a trochę my. Jednak nawet to, że przyjmiemy owo rozstrzygnięcie, nie zmieni faktu, że coś się dzieje. Mam otóż przeczucie, że System zauważył, że sprawa smoleńskiego mordu nie przysycha. Że wręcz przeciwnie – wszystko co się dzieje, wskazuje na fakt, że doszło własnie do mordu. I wszystko jedno, czy mordu symbolicznego, na poziomie zbrodniczo złego, gnuśnego i w dodatku zaplątanego w osobiste kompleksy, zarządzania, czy mordu jak najbardziej zorganizowanego bezpośrednio. I widząc to, postanowiono nam przedstawić dwie opcje, obie jak najbardziej patriotyczne: jedną patriotyczną, ale obiektywną, a więc ekspercką i nieuwikłaną w politykę i w niepotrzebne emocje, i drugą – też patriotyczną, której przedstawicielem i orędownikiem będzie nasz rząd i wszystkie jego agendy. Przez najbliższe miesiące będziemy obserwować więc walkę między patriotyzmem ruskim, a polskim, i jestem pewien, że patriotyzm polski wygra, pozostawiając nas w błogim przekonaniu, że wprawdzie ruscy kontrolerzy lotu albo zapili, albo się przestraszyli odpowiedzialności, ale ten Protasiuk i jego szef Błasiak to też nam wstydu na cały świat narobili.
Po co nagle wprowadziłem ten temat? Otóż nie bez powodu. Jestem bowiem głęboko przekonany, że jeśli ten rok upływa nam w atmosferze tak niesłychanej i tak destrukcyjnej nienawiści, to właśnie przez tę katastrofę i przez to wszystko, co z nią próbują zrobić źli ludzie. Jeśli czemukolwiek jesteśmy winni my, ludzie klęczący pod tym krzyżem i błagający o sprawiedliwość, to tylko tego, że nie chcemy się zgodzić na warunki przedstawiane przez ludzi o nieczystych sumieniach. Tego tylko, że tak fatalnie się uparliśmy, żeby nie wydusić z siebie tych paru słów: „No, dobra. Niech wam będzie. Wracamy do pracy.”
Student SGH zrobił nam wczoraj przegląd wpisów z tego bloga sprzed 10 kwietnia. I okazuje się, ze jest tam parę wpisów czysto politycznych, parę żałośnie partyjnych, ale w większości, to takie tam sobie refleksje konserwatywnie zorientowanego rzymskiego katolika „o polityce, o społeczeństwie, o kulturze i o upadającej cywilizacji”. Raz lepszych, raz gorszych. Wszystko się zmieniło po 10 kwietnia. A ja więc zaglądam do mijającego miesiąca. I co widzę? Jest jeden tekst przypominający postać Anny Fotygi i to, co z nią zrobiły media. Dwa kazania księdza Rafała. Jedna czysto cywilizacyjna refleksja LEMMINGA. Dwa teksty o Ślązakach. Dwie ostre polemiki z Sadurskim i z jego śmieszną, profesorską angielszczyzną. Kilka tekstów o mizerności naszych elit politycznych, od PiS-u po Platformę. Parę powyborczych tekstów o smutnej inercji polskiego społeczeństwa. Jeden tekst o marnej kondycji polskiej gospodarki. Jeden tekst o potędze wiary i religii. Jeden będący skargą na to, że Onet zablokował nam start w tegorocznym konkursie. Dwa o wychowywaniu dzieci. Jeden wyszydzający wystąpienie prezydenta Komorowskiego w Ameryce. Dwa o destrukcyjnej sile globalizacji. Jeden ubolewający nad stanem popularnej kultury. O ile dobrze widzę, jest tylko jeden czysto polityczny, partyjny tekst. No, niech będą dwa. Niech będą trzy. Tymczasem oni czytają ten blog i widzą wyłącznie pisowskie posmoleńskie chamstwo i agresję, które trzeba ukarać. No i karzą. Jak tylko potrafią.
Kończy się ten rok. 10 kwietnia jest jego podstawą, sensem i największą po nim pamiątką. Ten rok, to 10 kwietnia. I to przebudzenie. Z jednej strony przebudzenie wielkiego dobra, a z drugiej równie wielkiego zła. Ja wiem, że są tacy, którzy by chcieli, by do tej kolekcji dołączyć jeszcze powodzie, śniegi, wybory prezydenckie, a może nawet i nową przyjaźń polskoruską. Tymczasem jest tak, że jest tylko tamten sobotni poranek i tamta mgła. I to dobro i to zło. I tego, że my to wiemy, oni nam nie darują. Nie wiem, co nas czeka w następnym roku, ale wiem, że nam tego nie darują. My się nie poddamy, a oni nam tego nie wybaczą. Mam nadzieję, że Dobry Bóg nas nie opuści, ale może się stać wszystko. Tak jak to napisałem w komentarzu do naszego kolegi ‘redpilla’, jestem na to wszystko gotowy. I w tej gotowości będą dalej pisał. Raz bo chcę, a dwa bo niestety teraz już muszę. Teraz też już muszę.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Sąsiedzi

Temat dzisiejszej notki chodzi mi po głowie właściwie od zeszłego tygodnia, dokładnie od przedwigilijnego czwartku. Jak niektórzy być może zauważyli, nasz kolega StudentSGH nagle wrócił do nas i zostawił swój komentarz pod notką o tym, jak to nasi bojownicy o wolność i demokrację dla Białorusi, uniemożliwili naszemu blogowi start w konkursie na Blog Roku. Komentarz Studenta zafrapował mnie z dwóch powodów. Przede wszystkim ze względu na sam fakt swojego pojawiania się akurat pod tą notką. Ja piszę, że Onet, przy pomocy najbardziej tandetnej obstrukcji, uniemożliwia mi udział w konkursie, a Student – hop! I zabiera głos. Ciekawe, czemu teraz? Czemu akurat w tym temacie?
Drugi powód, już znacznie bardziej konkretny, mojego zadumania się nad pewnymi sprawami jest taki, że Student zainteresował się tą informacją, wbrew pozorom, wcale nie po to, by się razem z nami podziwić, jak może wyglądać obłuda w wykonaniu nowych demokratów, ale tylko po to, by stwierdzić, że kiedyś ten blog był zwykłym, porządnie pisanym blogiem kogoś, kto ma typowe konserwatywne poglądy i stara się ich bronić, natomiast po 10 kwietnia, to co ja piszę jest już tylko pisowską propagandą partyjną. I że to jest fakt jak najbardziej oczywisty. Opinia ta zastanowiła mnie znowu z dwóch powodów. Najpierw mianowicie pomyślałem sobie, że to jest piramidalna bzdura, ponieważ ja od samego początku trzymam dokładnie ten sam poziom czegoś, co się nazywa klasyczną pisowską agresją, i żeby to sprawdzić, nie ma prostszego sposobu, niż zajrzeć na dowolny wpis z roku 2008 czy 2009 i porównać go z tym, co się tu pojawia dziś. Niemal w tym samym momencie jednak, pomyślałem sobie, że, skoro już tę sprawę mamy wyjaśnioną, to bardzo mnie ciekawi, dlaczego akurat dla Studenta – który oczywiście jest przede wszystkim sobą, ale jak najbardziej reprezentuje też pewną ideologiczną postawę – cezurą stał się 10 kwietnia. Powtarzam, gdyby te teksty rzeczywiście po 10 kwietnia stały się nieznośnie propagandowe, to odpowiedź na to pytanie byłaby prosta – ja w obliczu po-smoleńskiej traumy straciłem panowanie nad sobą i zacząłem się wyłącznie awanturować. Tymczasem, jak widzimy, jest to oczywista nieprawda.
Pomyślałem sobie, że w tej sytuacji, problemem nie jestem ja, lecz właśnie Student i jemu podobni. To nie ja się zmieniłem po Smoleńsku, to nie mój blog stracił poziom, lecz właśnie oni się obsunęli. To oni zareagowali na Smoleńsk tak, że dziś świat, który ich otacza, widzą już wyłącznie jako miejsce zamieszkałe przez żywe trupy, które zamiast zająć się normalnie telewizorem i zakupami, rozpamiętują swoje kompleksy, które 10 kwietnia mijającego roku przyniosły im tę śmierć. Myślę, że ludzie, o których mówię, mieli szanse wyjść z teju tragedii umocnieni i po prostu lepsi. Wystarczyło jedynie się wsłuchać w skargę tych, którzy umierali w tamtej mgle. To przecież tak niewiele. I oni tę okazję odrzucili. A skoro ją odrzucili, to już nie mieli drogi powrotu. Bo marnując szansę na proste człowieczeństwo, znaleźli się na równi bardzo pochyłej. Jeśli ludzkie łzy zaczęły ich wyłącznie denerwować, to musieli sobie automatycznie wręcz znaleźć jakieś racjonalne dla tego wytłumaczenie. I złapali się pierwszej z brzegu szansy. Uznali, że to nie oni się popsuli, lecz owa posmoleńska Polska. Że to nie im stwardniały serca. To tamci. Tamte trupy.
Wbrew pozorom, dzisiejsza reakcja Studenta na ten blog nie jest wcale taka oryginalna. Jestem głęboko pewien, że jest mnóstwo innych osób, które jeszcze rok temu by mnie osobiście, razem z tym blogiem i każdym słowem, które tu zostało napisane wrzucili do ciemnicy i kazali żyć o chlebie i wodzie, a dziś mówią, że kiedyś te teksty się dało czytać. Że były inteligentnie napisane, bez zacietrzewienia, bez nienawiści, takie zwykłe refleksje polskiego konserwatysty. I nagle po 10 kwietnia ten blog zaczął już tylko wylewać z siebie najbardziej prymitywną i wulgarną propagandę. To są zresztą dokładnie ci sami ludzie, którzy dziś mówią, że gdzież to jest ten dawny Jarosław Kaczyński – człowiek, który, owszem, miał swoje problemy, ale jak by nie patrzeć, był to polityk całą gębą, a poza tym ktoś inteligentny, wesoły i umiarkowany? Że to co z niego dziś pozostało, to wypełniony nienawiścią i swoimi obsesjami, zgorzkniały starzec. I mówią to ci sami ludzie, którzy jeszcze rok temu, mówili o nim dokładnie to samo. Tyle że nie tylko o nim, ale też o jego zmarłym dziś już bracie. Tyle że o tym już zapomnieli.
Co się więc stało po 10 kwietnia, że ludzie z pozoru zwyczajni, jedni z tych, których spotykamy codziennie, z którymi rozmawiamy, śmiejemy się, życzymy dobrego dnia, nagle osiągnęli taki stopień szaleństwa. Trochę już na ten temat napisałem wyżej. Uważam, że oni mieli szanse, właśnie po tej katastrofie, otrząsnąć się z tej sączonej w ich mózgi nienawiści, i stanąć wobec tej nowej sytuacji oczyszczeni i mocni. Niestety, albo przez swój grzech wewnętrzny, albo przez to, że to zło już wówczas bardzo aktywne, nie dali rady i przegrali. Pokusa nienawiści, przecież już zaledwie w parę dni po katastrofie była tak wielka, a przy okazji tak atrakcyjna, że to wszystko mogło już tylko rosnąć. A ponieważ w dodatku – jak to zwykle się w tego typu konfliktach między złem a dobrem dzieje – dobro też na swój sposób tryumfowało, dla nich akurat stało się ono jak wyrzut sumienia, który zamiast przyjąć, oni konsekwentnie odrzucali. No i to musiało się tak skończyć. Skoro wspomniane wyżej łzy nie były ich w stanie wzruszyć, to oni już tylko mogli je zakwestionować, mówiąc że to nie łzy, ale podłe kłamstwo, z którym trzeba walczyć.
Parę dni temu Grzegorz Schetyna powiedział, że przez wiele miesięcy po katastrofie cała Polska była pogrążona w żałobie, ludzie darzyli się szacunkiem i można było pomyśleć, że ta wyniszczająca wojna – jak to on określił – „polsko-polska” dzięki tej katastrofie dobiegła końca. Niestety, kiedy Jarosław Kaczyński przegrał wybory, coś się zmieniło i wszystko szybko wróciło do poprzedniego poziomu. Kwiecień, maj, czerwiec – to, zdaniem Schetyny – były miesiące ciszy i wzajemnego przeżywania, ale kiedy Komorowski został prezydentem, Jarosław Kaczyński ostatecznie stracił zmysły, i wszystko się skończyło.
I to jest to o czym dziś myślę. Kiedy wściekła hołota demonstrowała przeciwko złożeniu udręczonych ciał Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu, kiedy dwóch popularnych dziennikarzy śpiewało na całą Polskę swoją szyderczą piosenkę, kiedy wszystkie media szydziły nawet nie z posłania, jakie Jarosław Kaczyński wygłosił do Rosjan, ale z tamtego pianina i okularów, kiedy w odpowiedzi na to wystąpienie, Palikot też szyderczo zaczął nosić okulary i opowiadać, jak to Lech Kaczyński był pijany i że to on doprowadził do śmierci 96 osób, kiedy przedstawiciele władzy dostawali cholery z tego powodu, że Jarosław Kaczyński nic nie mówi, i że chce zostać prezydentem milcząc, a później, kiedy zaczął mówić, że mówi – nienawiści oczywiście nie było. Ona się pojawiła dopiero wtedy, gdy Jarosław Kaczyński pozbierał się po tym ciosie i stanął na równe nogi. A wszystko tak pięknie się układało. Polska przeżywała swoją stratę, i pomyśleć tylko, że już mogło być tak zawsze. To piękne, wspólne przeżywanie. I nagle ten kartofel się odezwał. I w dodatku okazało się, że on już jest tylko obłąkany.
O tak! Od 10 kwietnia zmieniło się w Polsce wiele. Proces zmian następował powoli, choć konsekwentnie. Dziś dobrzy ludzie rozglądają się, stoją jak zaczarowani, często nie potrafiąc nawet rozpoznać świata, w którym się nagle znaleźli. Właśnie przeczytałem wypowiedź Nałęcza, że jego zdaniem Jarosław Kaczyński nie należy do osób, które przeżywają traumę po smoleńskiej katastrofie. Że on owszem, stracił brata i bratową, ale zdaniem Nałęcza, Kaczyńskiego to nie obeszło. Obok tego syku słyszę kolejny, tym razem płynący z ust Julii Pitery, która sobie nie życzy, żeby ludzie którzy stracili bliskich w kwietniowej rzezi, swój ból wystawiali na widok publiczny. Że każdy z nas przecież gdzieś tam kogoś stracił, ona sama też nie raz w swoim życiu przeżywała żałobę, ale ze swoim bólem się nie obnosiła. Że dla Pitery, to co robi Jarosław Kaczyński jest wręcz obrzydliwe. I teraz ona mówi ona tak. Proszę posłuchać: Dlaczego, jeśli jest mu tak źle, nie pójdzie Kaczyński do psychoanalityka, albo nie pożali się przyjacielowi? Tak właśnie mówi Julia Pitera. Czemu Kaczyński nie pożali się przyjacielowi?
Ktoś mi powie, że to co ja robię, to paranoja. Nie sądzę. Uważam, że Pitera tego „przyjaciela” wybrała bardzo celowo i z wyrachowaniem. Ona wie, że Jarosław Kaczyński miał w życiu tylko jednego przyjaciela, a mianowicie swojego brata. Że on zawsze był bardzo samotny, a teraz samotny jest jeszcze bardziej. Że on nie ma już gdzie pójść. Ona wspomniała o tym przyjacielu, ponieważ liczyła na to, że Jarosław Kaczyński to usłyszy i zrobi mu się przykro. Że go to zaboli. Uważam, że Pitera dała się ponieść tej nienawiści już tak bardzo, że nie potrafi znaleźć dla niej ujścia innego, jak dręczenie tego kogoś, kogo jej przyszło nienawidzić. I tu nie chodzi o takie zwykłe dręczenie. Myślę o dręczeniu szczególnym. Czasem słyszymy o przypadkach – ciekawe, że to są zwykle dziewczynki – kiedy to jakieś gimnazjalistki, zamęczyły na śmierć inne dziecko. Dowiadujemy się później tych strasznych szczegółów, jak to im bardziej to dziecko płakało i prosiło o litość, tym bardziej one były złe i okrutne. Później zwykle pojawiają się psychologowie i mówią, że dzieci bywają straszne.
Pamiętamy chyba wszyscy historię tej dziewczyny, którą dwóch bandytów ciągnęło ze sobą przez dwa dni, dręcząc ją tak długo aż wreszcie się znudzili i ją zamordowali. Myślę sobie, ze oni w pewnym momencie musieli dojść do tego stanu, że kiedy, ile razy widzieli jej przerażone oczy, dostawali już tylko cholery. Słuchali jej zawodzeń i potrafili tylko wrzeszczeć, by się wreszcie zamknęła. Aż w końcu ją zabili. Jestem pewien, że, gdyby spytać ich znajomych, jacy to byli chłopcy, każdy z nich by powiedział, że normalni. Jak każdy. I dzień dobry powiedzieli, i siatkę zakupami ponieśli. A oni sami, gdyby mieli okazję mi szczerze powiedzieć, co czuli wtedy kiedy ją ostatecznie postanowili skreślić, ich odpowiedź brzmiała by właśnie tak: „Z początku ona była jeszcze znośna, ale później już tylko wkurwiała”.
I myślę sobie, że dziś – z psychologicznego punktu widzenia – mamy sytuację podobną. Jaroslaw Kaczyński występuje ze swoimi życzeniami świątecznymi, wypowiada słowa: „Mój ukochany brat”, „Moja ukochana Marylka”, a z drugiej strony są już tylko zimne spojrzenie i ten syk, że niech on się wreszcie zamknie. Niech on wreszcie zamknie tę mordę. Syn mój mi doniósł, że na Onecie, pod wspomnianym filmem z życzeniami, jeden z pierwszych komentarzy był taki „Spadaj dziadu! Ja i moja rodzina…”. I tak dalej. Nie wykluczam, że gdybym miał okazję porozmawiać z tym, kto to napisał, on by mi powiedział, że faktycznie, on już nie wytrzymuje. Że kiedyś z tym Kaczyńskim jakoś dało się wytrzymać, ale dziś – człowiek zwyczajnie już traci nerwy. I tak samo jest z całą resztą. I z Piterą i Nałęczem i z wieloma innymi. Oni wszyscy byli kiedyś zwykłymi ludźmi i nagle znaleźli się w miejscu, jakiego ludzkie oko nie widziało i ludzkie ucho nie słyszało. Zwykli ludzie. Podejrzewam, że całkiem możliwe, że jest tam też z nimi taki choćby kardynał Nyczem, kiedy to w swoim inauguracyjnym kazaniu wzywa, by nie ulegać zawziętości i nie głosić prawdy z zaciśniętymi pięściami. I takie tam. Nawet z nim jest podobnie. Myślę, że on też, kiedy wspomina stare czasy, to może sobie nawet czasem przypomni, że był taki czas, że pobożni ludzie byli zupełnie znośni. Nawet jak w tych swoich dłoniach ściskali różańce.
To są wszystko dobrzy ludzie. Nasi sąsiedzi. Dobrzy, uprzejmi ludzie. Tak jak zawsze. To tylko świat, który ich otaczał sparszywiał. To nie oni. To tylko ci, z którymi oni mieli dotychczas do czynienia się zmienili. Tak to chyba jednak wygląda. Skoro Święta minęły, możemy sobie to szczerze powiedzieć.

niedziela, 26 grudnia 2010

O psuciu państwa, psuciu człowieka i o biednej Białorusi

Kiedy będzie się ukazywała najbliższa Warszawska Gazeta, a z nią ta bardzo mało świąteczna refleksja, prawdopodobnie prezydenckie wybory na Białorusi utoną w historii całego tygodnia i będziemy się zajmować czymś całkowicie innym, i oczywiście równie ważnym. W kulturze post-modernistycznej bowiem, podobnie jak w post-polityce, i dokładnie tak samo, jak we wszystkim co jest post-, wszystko jest równie ważne i równie nieważne. Dajmy na to, że w telewizji wystąpi Nelly Rokita i tym swoim strasznie głupkowatym zaśpiewem, od którego wszystkich mądrych komentatorów już brzuchy ze śmiechu bolą. powie coś szczególnie nadającego się do medialnego obrobienia. A może ktoś znany umrze? A może ktoś kogoś zarąbie siekierą, lub ugotuje w kuchence elektrycznej? A może zamiast śniegu spadnie deszcz i znów kogoś, lub coś, zaleje? Dziś na przykład włączyłem telewizor jedynie na krótki moment i mogę się domyślać, że przez najbliższe parę dni informacja o tym, że Łukaszenka jednak wcale nie jest taki dobry, jak się w pewnym momencie mogło wydawać, będzie rywalizowała z tym, że Jarosław Kaczyński w trumnie, którą mu pokazali nie znalazł swojego brata. Kaczyńskim zajmą się z pewnością przedstawiciele tamtej cywilizacji, natomiast ja dziś chciałem parę słów na temat białoruskich wyborów, a raczej na temat owej powszechnej, tak dramatycznie zakłamanej histerii, jaka w związku z przebiegiem tych wyborów wokół nas wybuchła.
Co tak bardzo wzruszyło całą naszą publiczną przestrzeń? Otóż, jak się okazuje, na Białorusi nie ma demokracji, i dochodzi nawet do tego, że podobno gdzieniegdzie są fałszowane wybory. Jak wygląda to fałszerstwo? Z tego co mówi Paweł Poncyliusz, kiedy on chciał zajrzeć do tych rozłożonych na stołach kwitów, członkowie komisji wyborczej zasłaniali mu widok i on nic nie mógł zobaczyć. Coś tam ci ludzie z komisji pisali, ale on, mimo że wyciągał głowę, nic nie widział. Co jeszcze? No, oczywiście sprawa pobicia demonstrantów, w tym wszystkich kandydatów na prezydenta. Jeszcze coś? No tak. To już mówiliśmy. Na Białorusi nie ma demokracji, a niech Białorusini wiedzą, że dopóki u nich nie będzie takiej demokracji, jak na przykład u nas w Polsce, nie mogą liczyć na to, że zostaną członkiem Unii Europejskiej. A pierwszym, który im na to nie pozwoli będzie Donald Tusk – demokrata pierwszy w kosmosie.
Przepraszam najmocniej, ale to właśnie, kiedy słyszę te wrzaski, doprowadza mnie do szewskiej pasji. O co chodzi? Niedawno u nas w Polsce – nie w Białorusi, lecz u nas w kraju – odbyła się cała seria właśnie wyborów. Najpierw wybieraliśmy prezydenta Komorowskiego, a następnie drobnych, platformowatych prezydentów na szczeblach niższych. Przyznaję, nie znam przypadków, żeby ktoś komuś w trakcie kampanii, lub choćby nawet w dzień głosowania wlał, czy w ogóle zrobił jakąkolwiek krzywdę, poza zwyczajowym pluciem w twarz. Natomiast, jak idzie o całą resztę, to i z tego co sam zdążyłem zaobserwować, jak i z różnorakich doniesień, mogę się domyślać, że nie wszystko było na poziomie wyższym, czy bardziej europejskim, niż to cośmy mogli widzieć w niedzielę na Białorusi.
Mało tego. Jeszcze zanim rozpoczęła się kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi, doszło do zabójstwa polskiego prezydenta, i jeśli ktoś dziś jeszcze ma ochotę wybuchać oburzeniem na słowo „zabójstwo”, niech się lepiej zamknie, bo zwyczajnie nie wypada. Dziś już zwyczajnie nie wypada. Najpierw więc doszło do zabójstwa prezydenta, a w miesiącach następujących po, a w tym w trakcie już samej kampanii, doszło do wszelkich możliwych naruszeń demokracji na każdym możliwym poziomie – każdym możliwym poziomie – pomijając, jak już przyznałem, bicie po pysku. Choć przepraszam, jak słyszę, pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu do pewnych tego typu zdarzeń jednak dochodziło. Ale niech będzie, że nie. Białoruś ma tu więcej na sumieniu.
Cała przestrzeń publiczna w Polsce, media, szkoły, uniwersytety, kultura popularna, jest od wielu lat, a od śmierci Prezydenta już zwłaszcza, nastawiona na jedno – odebranie głosu pewnej bardzo wyraźnie zdefiniowanej części społeczeństwa i skuteczne jej zmarginalizowanie. Od wielu już lat, a już szczególnie przez ostatnie kilka miesięcy, człowiek znajdujący się w opozycji do obecnej władzy nie ma praktycznie szansy uczestniczenia na równych prawach w życiu publicznym, o ile nie wykaże na tyle dużo siły i charakteru, by oprzeć się najbardziej brutalnej i najbardziej podłej propagandzie. Każdy przeciętny człowiek, ani nie interesujący się za bardzo polityką, ani nie mający pretensji do uczestniczenia w życiu publicznym w stopniu większym, niż ot takim, na jakim uczestniczy się w życiu w ogóle, jest albo poddawany nieustannej manipulacji i najbardziej brutalnej presji, albo zostaje wyszydzony i moralnie podeptany.
Jak idzie o konkretne przykłady, wystarczyłoby wyłącznie mówić o Smoleńsku, ale powiedzmy, że ktoś uważa to za nadużycie. Można by przypomnieć to, co się przez całe długie tygodnie odbywało na Krakowskim Przedmieściu wobec tych biednych, modlących się ludzi, a odbywało się pod pełną kontrolą służb miejskich, policji, mediów i polityków partii rządzącej. Można by wreszcie zastanawiać się nad tymi wszystkimi przypadkami, kiedy to wobec procedury liczenia głosów zgłaszano nie byle jakie pretensje. No ale o tym też zamilczmy, żeby kardynał Nycz nie powiedział nam, że mamy nie zaciskać pięści.
Popatrzmy więc choćby na zupełnie nową kwestię rodzinnej historii Anny Komorowskiej, a więc kogoś, kogo w pewnym sensie – wedle najbardziej demokratycznych kryteriów – wybieraliśmy razem z samym prezydentem, jako tak zwaną Pierwszą Damę. Publiczny przekaz na jej temat był taki, że oto mamy zwykłą kobietę, kiedyś skromną harcerkę, która z tego by być młoda, piękna i osiągać zawodowe sukcesy, zrezygnowała na rzecz służenia rodzinie i wychowywaniu dzieci. Ile razy pojawiał się problem żony Komorowskiego i w ogóle jego życia rodzinnego, widzieliśmy zawsze tylko tę skromną udręczoną kobietę i te skromne, stojące jak najdalej od blasku fleszy dzieci. Przepraszam – ich akurat nie widzieliśmy nigdy. O nich zaledwie słyszeliśmy, że podobno gdzieś są. W tym demokratycznym kraju, który dziś ma służyć Białorusi za wzór i przykład na drodze do nowoczesnej Europy, System zrobił absolutnie wszystko, co trzeba, by prawda na temat tej kobiety i jej życia nie ujrzała światła dziennego. Żeby wyborcy na temat swojego ewentualnego prezydenta i jego żony nie wiedzieli więcej, niż im wiedzieć pozwolono.
O drugim kandydacie natomiast, powiedziano nie dość, że wszystko, to jeszcze dwadzieścia razy więcej niż wszystko. Na wszelkie wypadek, żeby broń Boże nic nie przegapić, prześwietlono go na poziomie zarówno faktów, jak i domysłów, a również na poziomie zwykłych plotek tysiąckrotnie. O Jarosławie Kaczyńskim każdy Polak wie dokładnie wszystko, co ma wiedzieć i czego wiedzieć nie ma prawa. Gdyby dziś, jakimś cudem, wyszła na temat Jarosława Kaczyńskiego, jego mamy, ojca, brata i w ogóle życia, jakakolwiek istotna informacja, wcześniej nieznana, uważam, że w świecie dziennikarskim zaczęłoby dochodzić do serii samobójstw z przepicia motywowanych tym wstydem, że gdzie oni byli, kiedy działy się tak ciekawe rzeczy. A gdyby się okazało, że to informacja to zwykła plotka, każdy z tych obrońców wolnego słowa, od razu by się uniósł oburzeniem, że co się ich ludzie czepiają., skoro oni tylko szperają dla dobra ogółu.
A co się dzieje dzisiaj. Przestrzeń publiczna, na czele z medialnym mainstreamem, wobec tej zupełnie niezwykłej informacji dotyczącej życia prezydenta i jego żony milczy. I to nie milczy tak sobie. Za tym milczeniem w sposób oczywisty stoi System i wyraźna dyrektywa: O tym ani sza! Wszyscy ci dziennikarze, którzy jako jedyne usprawiedliwienie swoich rozlicznych podłości mają ten jeden argument, że oni mają swoje naturalne obowiązki związane z szukaniem i informowaniem, tu nie wydadzą z siebie nawet pisku. Na temat tak istotny jak kwestia tego, co to jest za kobieta, ta pani, która została niedawno naszą tak zwaną Pierwszą Damą. I ci ludzie chcą uczyć Białorusinów demokracji? Jeśli ktoś chce zobaczyć polską demokrację w akcji – ma tu właśnie idealną prezentację. I dziś ci sami ludzie, którzy zgotowali polskiemu społeczeństwu ten los, mają czelność oburzać się na to, że Białorusini są źle traktowani? Co za świństwo!
Dziś czytam socjologiczna analizę Jadwigi Staniszkis na temat taki oto, że Polacy wprawdzie wiedzą, że rząd Platformy Obywatelskiej, premier tego rządu i partia, która ten rząd tworzy, to rozpaczliwe nieporozumienie, a mimo to, cały ten projekt jak najbardziej popierają. Staniszkis zastanawia się, dlaczego tak dziwnie się dzieje i wyjaśnia, że demokracja – choć oczywiście piękna i nie do zastąpienia niczym lepszym – ma w sobie coś takiego, że ludzie przy niej zwyczajnie tępieją. Że się rozleniwiają, przestają myśleć i dają sobą bardzo łatwo manipulować. Żeby uniknąć tego niebezpieczeństwa, każde normalne państwo stwarza pewne systemy zabezpieczające, które pomagają społeczeństwom się organizować, a tym samym zachować swoją podmiotowość. Pisze Staniszkis tak:

Obojętność wobec jakości państwa powoduje, że PO, mimo że źle rządzi, wciąż ma dobre notowania. Zapaść państwa jest tolerowana jak długo sami, bezpośrednio, nie czujemy się zagrożeni.
Jednym z powodów takiego stanu jest fakt, iż w Polsce brakuje mechanizmu, który - w krajach, gdzie system działa dobrze - wspomaga demokrację. W wypadku Niemiec jest to skomplikowana sieć korporacji poszczególnych profesji, grup zawodowych i pracodawców - ale także kościołów, które służą stałej samorefleksji. Czyli - redefiniowaniu własnego interesu w zmieniających się okolicznościach i w powiązaniu z interesem całości i jej przyszłym rozwojem. To fundament partii politycznych, stale korygujący działanie państwa ale też, wymuszający stały namysł o jego stanie.
Bo państwo, zgodnie z wizją Bismarcka, jest traktowane jako instytucja wyrażająca siłę gospodarczą i wolę polityczną społeczeństwa. I zadaniem państwa jest służenie rozwojowi tej siły. A nie, jak u nas, reprodukowaniu władzy określonej ekipy rządzącej w imieniu wąskiej ‘klasy politycznej’. W USA z kolei podstawą takiej ‘zasady społecznej’ wspomagającej demokrację jest kontraktualność. Nic - oprócz wolności jednostki (w granicach prawa) nie jest traktowane jako absolutne. Ale obywatel, aby uczestniczyć w tym systemie, sam musi mieć zdolność zawierania kontraktu. Chodzi o skrupulatnie monitorowaną uczciwość. Także w ramach tzw. moralności publicznej - wobec instytucji. Kiedyś mówiło się w Polsce o tzw. zdolności honorowej i związanych z nią obowiązkach w sferze publicznej. Dziś wywołałoby to tylko ironiczny uśmiech”.

Uważam, że w Polsce władza – a mówiąc „władza” mam na myśli cały System – nie dość, że nie pomaga organizować tego mechanizmu samoobrony społeczeństwa przed korupcją państwa, to wręcz odwrotnie – bardzo się stara i robi wszystko, co tylko jest w stanie, by ten mechanizm nie powstał. Od kilku już dobrych lat, polskie społeczeństwo zostało bezwzględnie wciągnięte w mechanizm psucia państwa i nie ma takiej siły, która by tę agresje powstrzymała. Każda próba pokazywania zła palcem, kończy się z jednej strony wrzaskiem, że polska demokracja ma się dobrze, jak nigdy dotąd, a z drugiej coraz większą obojętnością ogłupiałego obywatela.
A mamy jeszcze Europę. Tę Europę, która tak bardzo dba o to, żeby jej demokratyczne przesłanie doszło aż na Białoruś, a jednocześnie pozwala – wręcz deklaruje swój brak zainteresowania – by tu w Polsce Rosja przy współpracy z kolaborującą lokalną władzą panoszyła się jak na swoim. Z jednej strony mamy tę Unię, to NATO, te wszystkie trybunały, komitety i diabli wiedzą co jeszcze, a z drugiej w jednym momencie, w najbardziej niezbadanych okolicznościach, ginie prezydent jak najbardziej europejskiego kraju, cała kupa parlamentarzystów i ministrów, całe dowództwo wojskowe, a za tą śmiercią idzie już najbardziej bezczelna manipulacja i kłamstwo – i okazuje się, że jeśli ktoś ma z tym problem, niech się zwróci do… no właśnie. Wszystko jedno do kogo. Byleby przestał już zawracać głowę. Zwłaszcza ostatnio, kiedy wszyscy zajęci są walką o powstrzymanie węgierskiego terroru, skierowanego, jak najbardziej, przeciwko demokracji.
I ta właśnie Europa, też zaczęła ostatnio się popisywać, jak to ona nie pozwoli, by Białorusini byli tak źle traktowani przez niedemokratyczną władzę. Bardzo przepraszam, ale – jak to pięknie powiedział w swoim czasie mistrz Wiech – z taką bają to na Grójec. Tyle że, cholera, jakiś ten Grojec ostatnio zrobił się wielki. Dziwnie wielki.

Powyższy tekst został wcześniej opublikowany w Warszawskiej Gazecie. Tu powtarzam go dziś z drobnymi bonusami.

piątek, 24 grudnia 2010

Jeszcze jedno tylko słowo

Ponieważ mamy taki zwyczaj, by od czasu do czasu udostępnić to miejsce komuś, kto może powiedzieć więcej i piękniej, niż to się zwykle dzieje, nie widzę powodu, żeby dziś, w tym dniu bardzo przecież szczególnym, nie udzielić go komuś jak najbardziej szczególnemu. Myślę, że on sam nie będzie miał nic przeciwko temu, a nam to tylko wyjdzie na zdrowie. A i same Święta nabiorą pełniejszego wymiaru, jeśli właśnie on i jego świadectwo nam go wypełnią.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że czasy nam nastały takie, że nawet zwykłe łzy - a może zwłaszcza one - potrafią wzbudzić furię. Idą święta i ja nie chcę nikogo rozwścieczać. Ale przecież oni też, skoro mają już prawie wszystko, mogą coś dla nas zrobić. Choćby oddać nam ten jeden dzień.
A ja - przy okazji - też Wam wszystkim życzę, by TO ŚWIATŁO płynące przez TĘ NOC pokazało nam DROGĘ. TĘ DROGĘ.

czwartek, 23 grudnia 2010

Opowieść parawigilijna LEMMINGA, albo o Kingu, galeriankach i metodzie na wnuczka

Witam Was serdecznie. Nazywam się LEMMING, i kiedyś stale tu komentowałem, co niektórzy ponoć jeszcze pamiętają, a ponoć nawet wspominają. Od pewnego czasu milczę, choć wciąż wszystko czytam. Na początek trzeba by wyjaśnić powody milczenia. Są dwa.
Otóż po pierwsze, ja się zwyczajnie muszę wyciszyć, odpocząć. 10.IV to jest data w historii Polski, z całą odpowiedzialnością za słowo, moim zdaniem najważniejsza od 1.IX. Po tej dacie było pare miesięcy czegoś pięknego, takiego wzmożenia i nadziei utożsamianej z Jarosławem Kaczyńskim. A na początku lipca to wszystko w jednej chwili opadło, opadło jako skutek kampanii, którą bez dwóch zdań można i trzeba było wygrać.
Chcę to dobrze powiedzieć: nie tracę krzty nadziei ani wiary. Po prostu to, wobec czego miałem nadzieję, że przyjdzie szybko i z mocą, zamienia się w plan na lata. Do walki przez lata trzeba mieć wiele sił. Więc zbieram siły. Czytam Pismo, słucham muzyki. Na stałe wyłączyłem TOK FM, odstawiłem gazety, TV nie oglądam już dawno. Przestałem tu również pisać, choć tylko na chwilę.
Drugi powód, cokolwiek banalniejszy, jest taki, że ja od około miesiąca w zasadzie mam dwa etaty w jednej firmie. Przez co każdą wolną chwilę (a nie ma ich tak wiele kiedy się chce spędzać czas ze swoją rodziną) poświęcam na pracę. Usypiamy dzieci i otwieramy z żoną laptopy, i jeszcze 2-3 godzinki podganiamy. I tak w kółko. „Oni nas załatwili pieniędzmi” powiedział mi kiedyś na to toyah. Popatrzcie jak zwięźle i pięknie potrafi dać rzeczy słowo. Dokładnie tak; podzielili nas na takich co nie mają pracy albo prawie jej nie mają i mają w związku z tym wszelkie znane problemy; oraz na tych co mają pracy tyle, że nie mają kiedy cieszyć się jej owocami. A środek – środek systematycznie się zmniejsza.
Po tych wyjaśnieniach – ad rem.
Muszę wyznać, że moim najulubieńszym pisarzem jest Stephen King. Niewątpliwie z Kingiem jest aksjologiczny kłopot, światy Kinga w żadnym razie nie są chrześcijańskie, sposób w jaki opisuje on zło jest niepokojący, poglądy jego są lewackie. Wszystko furda – King pięknie pisze, opowiada wspaniałe historie. Tak uważam, choć w towarzystwie osób z naszego bloga mogę być samotny.
Opus magnum Kinga jest cykl „Mroczna Wieża”, siedmiotomowe monstrum na 2500 stron, które przeczytałem bez mała jednym tchem parę lat temu. Opowieść inspirowana Władcą pierścieni, opowiada o rewolwerowcu Rolandzie, który zmierza do tytułowej Mrocznej Wieży. Tu zdradzę elementy fabuły, więc kto by chciał kiedyś przeczytać, niech opuści resztę akapitu. Otóż kosmologia świata powieści jest taka, że jest metawszechświat, w którym znajduje się nieskończenie wiele światów równoległych, w tym nasz, i leżące opodal niego światy całkiem do naszego podobne, a im dalej tym dziwniejsze. W centrum wszechświata stoi tytułowa Mroczna Wieża, a od krańców wszechświata w stronę Wieży kierują się Promienie, które cały ten metawszechświat spajają.
Arcydiabłem tego świata jest Karmazynowy Król, którego jedynym celem jest przerwać promienie, co doprowadzi do rozpadu świata i zagłady Wieży. Sam Karmazynowy Król już dawno oszalał z nienawiści i tkwi uwięziony na jednym z balkonów Wieży. Ale przy niszczeniu Promieni dzień i noc pracuje wielka armia jego sług, którzy do tego zadania podchodzą z pasją i profesjonalnie, całkiem jak operatorzy szpiegowskich maszyn z filmu „Wróg publiczny” przywołanego niedawno przez toyaha.
Ten opis jest dla mnie punktem wyjścia. W istocie i nasz świat jest spięty wieloma takimi Promieniami: Wiarą, Tradycją, Kulturą, Honorem. I również przy nich, dzień i noc manipuluje armia profesjonalistów, którzy postawili sobie za cel dowieść, że są zdolni je zniszczyć. Ich szef czy szefowie niewątpliwie są całkowicie obłąkani w ścisłym sensie; ale fachowcy z pierwszej linii to w pewnym sensie zwykli, zdrowi, skupieni na swojej robocie ludzie, inteligentniejsi i wybitniejsi od ogółu społeczeństwa. Szczerze przekonani, że robią coś dobrego i słusznego, choć już nie umiejący wytłumaczyć dlaczego to niby jest dobre i słuszne.
Od dawna chciałem wskazać na dwa z bardzo wielu zjawisk które kwalifikuję, jako związane z niszczeniem Promieni. Nie są ani spektakularne, ani najważniejsze. Może jednak pokażę je w ujęciu na które nie zwróciliście uwagi.
Po pierwsze galerianki. Jak wszyscy wiedzą, są to nastoletnie dziewczynki, które urywają się ze szkoły i krążą po galeriach handlowych, gdzie oferują starszym mężczyznom usługi seksualne. Zrobiono o tym film i napisano wiele artykułów, pojęcie jest znane i nośne. Akceptowałem ten stan rzeczy be zastrzeżeń, dopóki ktoś bynajmniej nie „nasz”, a mianowicie Pani która z zawodu jest tzw. trenerką biznesu, nie powiedział mi „nie wierzę, że istnieją galerianki”.
To proste stwierdzenie otwarło mi oczy. W istocie rzeczy, ja co najmniej 3 razy w tygodniu jem lunch w którejś z największych galerii handlowych Warszawy, czasami samotnie. Kto mnie widział, zaświadczy że prezentuję się jak idealny target dla galerianki, to jest jestem nieatrakcyjnym fizycznie mężczyzną w średnim wieku, jednak czasem wyglądam całkiem bogato. A jednak nigdy nikt mnie nie zaczepił z propozycją takich usług. Nigdy nie widziałem żeby taka dziewczynka szła z jakimś starym dziadem na parking, gdzie się TO powinno odbywać. Niedawno zapytałem prezesa firmy która w galeriach w całej Polsce ma kilkadziesiąt sklepów, czy on kiedyś widział galeriankę. Po namyśle odpowiedział że nie, chociaż wcześniej często żartobliwie posługiwał się tym pojęciem.
Moja teza: zjawisko galerianek zapewne gdzieś, kiedyś, jakoś występowało. A jednak nadano mu taki wydźwięk i skalę, która każe nam podprogowo wierzyć, że – przepraszam za ostrość sformułowania – każda 14-latka to potencjalna kurewka. Świadomie bądź nie w ten sposób zrywa się nić zaufania i miłości między pokoleniami. Młode dziewczyny się puszczają, a chłopcy mordują nożami – oto przekaz.
Teraz o metodzie na wnuczka. Ta metoda niewątpliwie istnieje naprawdę: jakieś bezduszne skurwysyny okradają staruszków z ich skromnych oszczędności wmawiając im, że są dalekimi członkami ich rodzin. A jednak zawsze dziwiła mnie medialna nadpopularność pisania o niej; w pejzażu licznych zagrożeń i oszustw czyhających na każdego w tych czasach, w mediach ciągle metoda na wnuczka i metoda na wnuczka. Moja teoria jest taka, że jest to dobry sposób podprogowego (używam tu pojęcia podprogowości w rozszerzonym sensie) sączenia przekazu że „te mohery są już tak zwapnione, że im się pieprzy nawet to kto jest ich wnuczkiem a kto nie”. Dokładnie tak, odbiorca mediów słucha tego, a potem uśmiecha się w duszy nad stopniem skretynienia tych staruchów.
A ja w metodzie na wnuczka widzę dużo więcej. Widzę opowieść o ludziach, którzy biorą oszusta za członka swojej rodziny BO TAK DAWNO NIE WIDZIELI CZŁONKÓW SWOJEJ RODZINY. Widzę ludzi starych i samotnych i tak opuszczonych, że kiedy oszust zwraca się do nich o pomoc, udzielają jej, bo wreszcie ktoś pojawia się w ich życiu po cokolwiek. Widzę świat, który tak szybko pędzi i tak skupiony jest na tym pędzie, że 60-65 latków zostawia na aucie, wykluczonych i nikomu do niczego niepotrzebnych. Czyż eutanazja nie staje się w takim świecie pilną koniecznością?
Przyjaciółki i przyjaciele, nie wiem czy i kiedy toyah zdecyduje się puścić ten tekst, ale jeśli w ogóle, będzie to jakoś w pobliżu tych pięknych świąt Narodzenia Pańskiego. Dla coraz większej grupy ludzi to tylko choinka, kolacja z fajnym jedzeniem, oczywiście prezenty i dwa dni laby przed telewizorem. Dla nas to przecież coś więcej. Oto znów rodzi się Bóg Człowiek, znów przychodzi zbawić ten Świat, dać mu jeszcze jedną szansę na nawrócenie i życie wieczne. Jakkolwiek byśmy w tę szansę (czy raczej w możliwość jej wykorzystania) nie wątpili, jej istnienie stanowi o tym że nazywamy się chrześcijanami. Na te trudne czasy dla Was wszystkich i Waszych rodzin najserdeczniejsze życzenia.

Onetowi już dziękujemy

Głupia sprawa. Kiedy postanowiłem się trochę pośmiać ze zjazdu blogerów, jaki miał miejsce niedawno w Gdańsku, wiedziałem świetnie, czym ryzykuję. Wiedziałem, że każde moje słowo przeciwko tej imprezie może zostać odebrane, jako skarga zapomnianego blogera, który kiedyś, owszem, miał swój moment, ale co było, minęło, i nie ma co marudzić. Tak zresztą mój tekst został przyjęty przez część komentatorów. Jako jęk zawodu w wykonaniu kogoś, kto został zlekceważony, ale przez swoje rozbuchane ego, nie potrafi się z tym pogodzić.
Myślałem więc, że kolejna okazja, by wspominać tu o sobie czy to w kontekście ubiegłorocznej nagrody, czy w ogóle samego blogopisarstwa, nie pojawi się szybko, a tymczasem mamy kolejny konkurs Onetu, i oto dzieją się same ciekawe rzeczy. O co chodzi? Otóż żeby jakoś zacząć, wrócę do samego początku. W zeszłym roku, o tym, że Onet organizuje konkurs na Bolg roku dowiedziałem się od samego Onetu, który poinformował mnie o tym mailem i do udziału w zawodach mnie ładnie zaprosił. Jak wszyscy wiemy, przystąpiłem do konkursu i ostatecznie zdobyłem tytuł politycznego blogera roku.
Minął rok, przyszedł grudzień, i pomyślałem sobie, że można by było spróbować raz jeszcze, tym razem startując już nie jako przedstawiciel Salonu24, lecz jako ktoś, kto postanowił pójść, że tak powiem ‘na swoje’. Powiem zupełnie szczerze, że pomyślałem sobie, że gdyby udało mi się i w tym roku coś w tej konkurencji osiągnąć, mógłbym powiedzieć, że jestem na dobrej drodze. Dobrej szczególnie w sytuacji, kiedy sam ją sobie wybrałem. Dalej poszło już szybko. Ponieważ tym razem zaproszenie od Onetu nie nadchodziło, pomyślałem, że pewnie w tym roku organizatorzy działają inaczej, znalazłem sam informację o konkursie i wysłałem zgłoszenie. Zgłoszenie zostało odrzucone ze względu na błędy proceduralne. Dokładnie rzecz biorąc, poszło o to, że link, który umieściłem na głównej stronie naszego bloga nie został podobno umieszczony i po upływie przepisowego czasu, moje zgłoszenie zostało anulowane. Po raz kolejny zgłosiłem ten blog, po raz kolejny umieściłem odpowiedni link, uaktywniłem go jak trzeba, i po raz kolejny moje zgłoszenie zostało odrzucone. Tym razem bez słowa wyjaśnienia. Więcej postanowiłem już się nie wygłupiać. To co się stało, wbrew pozorom mi wystarczy i w pełni mnie satysfakcjonuje.
Ktoś się spyta, z czego się cieszę? Trochę oczywiście z tego, że Onet dał mi do zrozumienia, że sobie mojego udziału w tegorocznym konkursie nie życzy. No, jak by nie patrzeć, jest w tym coś miłego, prawda? Główny powód jednak jest zupełnie inny. Otóż jestem bardzo mocno przekonany, ze Onet usunął ten blog z obecnej konkurencji nie dlatego, że to co tu się dzieje jest aż tak politycznie niepoprawne, że nasza obecność na salonach mogłaby przynieść owym salonom ujmę. Nie wierzę w to, ponieważ wiem, że na tym akurat etapie – czyli na etapie samego zgłaszania blogów – może się pojawić wszystko, i w większości przypadków pies z kulawą nogą tego bałaganu nawet nie zauważy. Mam bardzo duże podejrzenia, że ten blog nie został dopuszczony do udziału w konkursie dlatego, że Onet świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że ten akurat blog to nie byle co. Że ten akurat blog, jeśli pojawi się w stawce, zostanie zauważony jak najbardziej. Ale nie tylko.
Myślę sobie – i tu właśnie się zacznie to, czego chciałem uniknąć, a mianowicie tak zwane zadzieranie nosa – że Onet nie dopuścił tego bloga do konkursu, bo miał poważne obawy, że w tym roku, podobnie jak rok temu, nie będzie miał innego wyjścia, jak nagrodzić go główną nagrodą w swojej kategorii. Ktoś powie, że ileż to roboty dać nagrodę komuś innemu? Czemu zwyczajnie nie przyznać zwycięstwa czemuś bardziej grzecznemu, mniej kontrowersyjnemu? Co w tym trudnego, żeby już na etapie nominacji trzech finalistów, Toyaha zwyczajnie skreślić? Otóż sprawa wcale nie jest taka prosta. Jestem pewien, że gdyby to było takie łatwe, ten blog nie wygrałby już w zeszłym roku. Nie oszukujmy się – tak dobrze nie jest, żeby Onet z dobroci serca dawał swoją nagrodę czemuś takiemu. A więc czemu dał? Z bardzo prostego powodu – bo nie miał wyjścia. Czy dlatego, że nie było lepszych? Właśnie tak. Właśnie dlatego. Do tego stopnia nie było lepszych, że każda inna decyzja byłaby skandalem. Żeby nie było wątpliwości. W pierwszej dziesiątce nie było lepszych. Poza nią lepszych z całą pewnością było wiele, natomiast jedynym prawdziwie poważnym blogiem, z poważnym poparciem, w pierwszej dziesiątce był tylko nasz blog.
I teraz już tylko wypada nam wyjaśnić, jak do czegoś tak dziwnego mogło dojść. A skoro to sobie już powiemy, to powiemy sobie przy okazji cos znaczne ciekawszego. Jak pewnie wiedzą wszyscy ci, którzy te doroczne zawody obserwują w miarę uważnie, w nominowaniu pierwszej dziesiątki politycznych blogerów bardzo aktywną rolę pełnią Stanisław Michalkiewicz, Janusz Korwin Mikke i cała parotysięczna grupa wiecznych upeerowców z dostępem do Sieci. Dzięki bardzo ciekawie zorganizowanemu systemowi głosowań, grupie tej rok w rok udaje się zająć wszystkie, lub niemal wszystkie miejsca w owej pierwszej dziesiątce. O co tym ludziom chodzi? Oryginalnie zamiar był prosty – chodziło o to, żeby tytuł politycznego bloga roku przypadł komuś z UPR-u. Po co? Ot tak. Żeby było fajnie. Komu? Obojętnie. Byle był to blog popierany przez Michalkiewicza lub Korwina.
W zeszłym roku ta sztuczka się nie udała. Rok wcześniej zresztą też nie. Dlaczego rok wcześniej? Bo do pierwszej dziesiątki trafiła posłanka Senyszyn , a ponieważ pisała ze swadą i ostro, miała dużo wejść – a poza tym była swoja – to ona dostała to trofeum. Czemu nie udało się rok temu? Z podobnych powodów. Do pierwszej dziesiątki udało się wejść – poza upeerowcami – Toyahowi i jakiemuś posłowi z PSL-u. I oto, z czego mógł wybierać Sekielski z kolegami. Między bandą jakiś post-korwinowskich pajacyków, których ani nikt nie czyta, ani nie zna, ani nie potrzebuje, którzy w dodatku w większości założyli te swoje blogi w tym samym momencie na gwizdek, w związku ze zbliżającym się konkursem, jakimś posłem z PSL-u, za którego i tak pewnie ten blog prowadził jego społeczny asystent, którego czytał tylko on sam, bo przecież nawet nie rodzina, no i tym blogiem. A więc po prostu – tym blogiem. I komu oni mieli dać tę nagrodę? Gdyby upeerowcy bardziej się spięli, albo gdyby pierwszy etap potrwał choć dzień dłużej, tytuł blogera roku przypadłby komuś z nich. A tak, wyszło jak wyszło.
Jestem przekonany, że Onet zorientował się, że przy dotychczasowym systemie nominowania blogów i głosowania, i przy jeszcze większej mobilizacji Michalkiewicza i ferajny, nie będą mieli wyjścia i po raz kolejny będą musieli nagrodzić Toyaha. Albo się skompromitują, i w tym roku blogerem roku zostanie jakiś drobny łysy biznesmen z wąsem z Sieradza, czy Zielonej Góry, przepisujący stare teksty Korwina. A ponieważ on i tak dostanie nagrodę blogera blogerów – bo na tym polu system jest nie do pokonania – kompromitacja będzie podwójna. Zorientował się Onet, co się szykuje, i nas zwyczajnie zablokował.
Uważam, że wyjaśnienie, jakie tu przedstawiam jest bardzo solidne. Myślę, że było dokładnie tak jak piszę. Pozostaje jeden problem. Problem dla organizatorów przede wszystkim, a więc dla Onetu. Jeśli nie będzie tego bloga, blogerem roku będzie musiał zostać jakiś ktoś z UPR-u. A skoro to nie będzie ani Korwin, ani Michalkiewicz, to w tym roku dojdzie do pełnej klapy konkursu. I na tę możliwość mam dwie odpowiedzi. Taka klapa będzie i tak lepsza, niż przyznawanie po raz kolejny pierwszej nagrody komuś takiemu jak Toyah. I to jeszcze ręką i ustami Moniki Olejnik. Druga możliwość jest taka, że jednak w tej dziesiątce kogoś upchną. Kogo? Nie mam pojęcia. Rozglądam się, rozglądam, rozglądam i nie widzę. Ja wiem, że tu wystarczy tylko jakieś 400 sms-ów, ale wiem też z własnego doświadczenia, że te 400 esemes-ów to nie jest taka prosta sprawa. To się tylko wydaje takie łatwe. A sami przecież ich słać nie będą. Może więc jednak kogoś tam mają. Może mają, i na niego liczą. Ale, jak mówię, rozglądam się i nie widzę nikogo.
Jest jeszcze jedna możliwość. Myślałem o Ziemkiewiczu, ale jego skreślam. Co by o nim nie mówić, to jest postać. On tak nisko nie zejdzie. Wygrałby bez problemu, ale jemu to na nic. Może więc się tak stać, że w tym roku wystartuje Palikot. Ja wiem, że to wstyd, żeby ktoś o jego pozycji brał udział w tym konkursie. No ale kto wie? Może być tak, że to wszystko co mu zostało. No i wtedy Palikot to wygra. Wygra i tę polityczna kategorię i zdobędzie tytuł blogera blogerów. I sekwencja będzie taka: Korwin, Senyszyn, Toyah, Palikot. I na tym ten konkurs zdechnie.
A więc cieszę się. Jeśli jest tak jak myślę, a więc że Onet mnie do tegorocznego konkursu nie dopuścił celowo, to przyczynę widzę jedną. Oni wiedza, że nasz blog jest bezwzględnie najlepszy. Jest wciąż najlepszy. Najlepszy w sensie jakości i najlepszy w sensie popularności i wsparcia, jakie za nim stoi. A więc mam to co chciałem. Potwierdzenie, że idziemy dobrą droga. I że oni o tym wiedzą. Niech wiedzą. Bardzo mi przyjemnie.

środa, 22 grudnia 2010

Joanna Krupa, czyli demokracja o hipnotyzujących oczach

W artykule, który napisałem do Warszawskiej Gazety i który ukaże się tam w najbliższy piątek, a następnie – zgodnie z tradycją – tu na blogu, próbując jakoś odnieść się do prezydenckich wyborów na Białorusi i akcji ‘oburzenie’, jaka w związku z tymi ich ruskimi obyczajami, została rozpętana w Polsce, a przy okazji też nieco w Europie, napisałem, mówiąc bardzo krótko, żeby owa banda tak zwanych europejskich demokratów, czy to w Brukseli, czy w Warszawie, odpieprzyła się od Białorusi i zajęła sobą. I to, broń Boże, nie dlatego, że od Białorusi odpierzyć się należy, ale dlatego, że pouczanie innych, jak ma wyglądać demokracja, w wykonaniu tak drastycznych gwałcicieli demokraci., i to na poziomie jak najbardziej podstawowym., jak choćby Jerzy Buzek tam, czy Donald Tusk tu, jest kpiną, jeśli nie bezczelnością. Napisałem swój tekst, żeby niektórym pokazać, a innym tylko przypomnieć, jak wygląda demokracja, jeśli za swoich przedstawicieli bierze ludzi, których cała kariera i sukces opiera się wyłącznie na kłamstwie, manipulacji i politycznej przemocy.
Tekst jest długi, i w co wierzę, wystarczająco starannie napisany, by każdy mógł sobie przy okazji tę moją opinię skonfrontować. Natomiast dziś, nie mogłem się powstrzymać, by przedstawić tu coś, co – w ten bardzo pokręcony sposób – dopisze do tamtych refleksji swego rodzaju aneks. Bo jest otóż często tak, że wystarczy tylko stwierdzić fakt, by nagle na jego potwierdzenie zaczęło się pojawiać całe mnóstwo najróżniejszych zdarzeń, zupełnie jakby ktoś nam chciał powiedzieć, że tak, mieliśmy jak najbardziej rację, bo popatrzmy chociaż na to, czy na to, czy jeszcze na tamto.
A więc od kilku dni myślę o tej Białorusi i przy okazji o Polsce, a wokoło kotłuje się wspomniana demokracja, o której minister Sikorski, czy sam pan Premier zapewniają, że dopóki Białoruś nie zadeklaruje woli jej przyjęcia, nie ma co marzyć, by mogła dołączyć do wielkiej rodziny demokratycznych państw demokratycznej Europy, na czele z Polską oczywiście. I oto zaglądam dziś do Wirtualnej Polski, z której trochę korzystam niekiedy, i z miejsca wali mnie po oczach następująca informacja: „Rekordowe poparcie dla Platformy Obywatelskiej”. Okazuje się, że Rzeczpospolita zamówiła sobie w Gfk Polonia sondaż, i wyszło z niego, że na PO głosować będzie dziś już aż 54% obywateli, co ustawia tę partię na poziomie od dawna niespotykanym.
Zaglądam na wp.pl po jakimś czasie, a tu już jest kolejna informacja, pod równie dramatycznym tytułem, co poprzednio: „Platforma ma problem – ostro traci poparcie”. Przypominam, to jest ta sama Wirtualna Polska co godzinę, czy półtorej wcześniej, w dokładnie w tym samym miejscu, z również dokładnie z tą samą bezczelną pewnością siebie, tyle że tym razem informująca – w ramach demokratycznie zadekretowanego prawa do informacji – że poparcie dla PO raptownie zjechało i jak na dziś, osiąga 35%, a wiadomo to stąd, że sama Wirtualna Polska złożyła zamówienie na sondaż w firmie o nazwie Gemius, i tam akurat wyszło tak.
Działalność ośrodków badania opinii publicznej jest przedmiotem najróżniejszych kpin od dawna bardzo, z tym że można odnieść wrażenie, że nigdy dotąd nie było tak źle, jak w ciągu minionych paru lat. Śmiejemy się więc z sondaży, niekiedy łapiemy się za głowę, czasem już tylko machamy ręką, ale w efekcie coraz bardziej akceptujemy to co się dzieje, dokładnie tak, jak stopniowo akceptujemy każdy najbardziej przykry i absurdalny idiotyzm, na który codziennie już niemal wpadamy. A jeśli ktoś nas zapyta, co sobie myślimy o tym szaleństwie, to powiemy najwyżej, że no tak, te sondaże zwyczajnie kłamią. Ale że przecież zawsze tak było, więc nie ma się czym przejmować. To powiemy na pewno, natomiast tak samo na pewno, niewielu z nas w tym samym momencie uświadomi sobie, że w sytuacji, kiedy całe nasze życie społeczne i polityczne zostało w ogromnej części zawładnięte przez popularną kulturę medialną, a to w co wierzymy, co sobie myślimy, i jak układamy sobie nasze relacje ze światem, zależy w bardzo dużym stopniu od tego, co nam ta kultura powie i co nam zaproponuje, że w tej sytuacji przekaz, o którym dziś piszę, jest najczystszą agresją skierowaną przeciwko społeczeństwu. I to co tu piszę wcale nie jest tylko moją fanaberią. Fakt wyjątkowo silnego wpływu, jaki media i kultura popularna, mają dziś na zachowania społeczne jest potwierdzony zupełnie oficjalnie przez najbardziej miarodajne ośrodki badawcze. Udało się oto doprowadzić do sytuacji, kiedy obywatelowi ma wystarczyć duże kolorowe zdjęcie i nie więcej niż jednozdaniowy podpis poniżej.
I oto dziś, nasze demokratyczne społeczeństwo otrzymuje informację – proszę zwrócić uwagę, to jest tak zwana informacja – że tak naprawdę nic nie wiadomo, poza jednym: nie macie nic do gadania. Nie macie nic do gadania, a to co będzie, albo to, czego nie będzie, zależy tylko od nas. Ktoś mi powie, że przesadzam. Że w końcu społeczna materia jest tak wrażliwa, ze bardzo ciężko się bada ludzi pod kątem tego, co sobie myślą i jak oceniają świat. No i dobrze. Niech będzie i tak. Tyle że skoro dochodzi do sytuacji, że zarówno Rzeczpospolita, jak i Wirtualna Polska mogłyby zacząć zamawiać sondaże u mnie, albo u pani Ewy ze sklepu na dole, przy okazji zdecydowanie zaoszczędzając, to upór z jakim ten proceder jest wciąż realizowany musi zastanawiać. Przypomnijmy sobie wieczór wyborczy, podczas którego mieliśmy się dowiedzieć, kto został prezydentem RP. Przecież tam już dochodziło do takiego pomieszania, że gdyby TVP zleciła podanie tych wyników komukolwiek, to ten właśnie ktokolwiek też by ją poinformował, że wygrał Komorowski, albo Kaczyński, albo jednak Komorowski, o ile nie Kaczyński, ale wszystko i tak naprawdę okaże się, jak się ostatecznie policzy głosy. Kto je policzy? Cicho tam! Nie pyskować. Marsz do łóżka! A przypomnijmy sobie, tam nie chodziło o jakieś paręset głosów, ale o 10%.
Napisałem, że z mojego punktu widzenia, system jaki w tej chwili jest realizowany w Polsce na każdym możliwym poziomie, poczynając od kwestii tak poważnych, jak smoleńska katastrofa, a kończąc na zabawie w słupki, nie ma nic wspólnego z demokracją. Nie jest bowiem demokracją sytuacja, w której człowiek jest w sposób systematyczny oszukiwany i manipulowany, a na wszelkie pretensje może najwyżej usłyszeć, że jak mu się nie podoba, zamiast interesować się polityką, niech sobie robi coś innego, co mu sprawi większą satysfakcję. To nie jest demokracja. To jest terror, wbrew pozorom równie potężny, jak pałowanie ludzi na placu w Mińsku. Tyle że bardziej subtelny i wyrachowany.
A więc mamy te druga ofertę. Kto niezadowolony, niech poogląda sobie w telewizji na przykład Joannę Krupę. W ramach jak najbardziej demokratycznego dostępu do informacji. Może nawet sobie przeczytać coś na temat tej oto kobiety w tej samej Wirtualnej Polsce. Nie tylko zresztą o niej. Choćby to:

Ten, kto nie zetknął się w 2010 r. z fenomenem ‘forfitera’, albo nie z korzysta internetu, albo nie ma głośników. Zamieszczone na YouTube nagranie ‘Alligator Attack in Illinois!’ przedstawiające rzeczną przygodę Polaka z amerykańskimi naleciałościami zrobiło zawrotną karierę. I wcale nie dlatego, że pokazuje, jak aligator zjada kurczaka.
Kluczem do sukcesu okazało się umiejętne, a właściwie nieumiejętne, połączenie słów polskich i swojsko brzmiącego języka angielskiego. Poszukiwacz przygód na rzece w Illinois, w przeciwieństwie do Krupy, wydaje się lepiej posługiwać językiem polskim niż angielskim. Wystarczy zacytować, co mówi do szwagra po rzuceniu aligatorowi kawałka kurczaka: - No, bierz tą, k**wa, kurę. K**wa, forfiter. Predator, k**wa. Piękny, its bjutiful. O k**wa, płynie mi do, do... Uciekaj, k**wa, stąd. Gierary hirr. Fak. Men. Patrz, jaki, k**wa, szwagier. Popatrz, jaka franca! K**wa, chce mi wskoczyć na tego... Uciekaj! Fak. Gary muwaut. Gary muwaut. Kipym at bej, k**wa! Hej, wskoczyłby mi do tego, hold on, aj gara wyłączyć na chwilę.
Oryginalne nagranie zamieszczone na YouTube, ‘Alligator Attack in Illinois!’, obejrzano ponad dwa miliony razy. Wrzucone przez innego użytkownika ‘Polak w USA karmi aligatora’ miało ponad milion wyświetleń. ‘Forfiter’, czyli aligator o długości czterech stóp, stał się tak popularny, że ma swoją stronę internetową, doczekał się specjalnej aplikacji na Facebooku ‘Co Ci powie Forfiter?’, koszulek z nadrukami ‘Gierary hirr’ i ‘Popatrz, jaka franca!’, a nawet bluesowej piosenki na jego cześć. Swojego Forfitera ma nawet warszawskie zoo - nazwano tak krokodyla zaadoptowanego przez pewną firmę reklamową.
’Popatrz, jaka franca!’, ‘Gierary hirr’ i ‘Gary muwaut’ weszły już do języka potocznego. Znajomy Anglik spytał mnie nawet, czy "forfiter" to po polsku ‘aligator’, bo tak na aligatory mówią Polacy, z którymi pracuje. Joanna Krupa sprawiła z kolei, że zamiast programu ‘Top Model’ mamy ‘Tap Madl’, witamy się, mówiąc ‘czesz’, a oczy określamy słowem ‘hipnotajzin’”.

I to też jest informacja. Ale i demokracja. Demokracja w wydaniu hardcore. Przepraszam bardzo, ale mam jedną drastyczną bardzo, ale w moim szczerym przekonaniu ważną uwagę do braci Białorusinów, z takim poświęceniem walczących o wolność i demokrację. Jeśli na końcu Waszej walki stoi to co już dla Was naszykowała Europa, to nie macie się gdzie spieszyć. I jest też całkiem możliwe, że – analizując dokładnie zyski i straty – lepiej dla Was będzie nawet parę razy oberwać po pysku od jakiegoś napitego milicjanta, niż nagle otworzyć buzię ze zdziwienia, widząc jak od dziś czas zaczął bardzo przyspieszać.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

No i znów lezą

Od czasu jak Wojciech Sadurski opublikował swój intelektualny żart w Salonie24, a ten blog na ów żart odpowiednio zareagował, minęło trochę czasu, natomiast u Sadurskiego wciąż pojawiają się nowe komentarze. Z prawdziwą przykrością i rozczarowaniem zauważam, że duża część owych opinii, mimo że kierowanych bardzo dobrą wolą, trafia niezmiennie w płot. Wśród nich, niezmiennie pojawia się kwestia użycia przez Sadurskiego słowa ‘whom’. Część komentatorów zarzuca Sadurskiemu, że on użył jakiegoś ‘whom’, które w języku angielskim nie istnieje, podczas gdy druga część wyjaśnia, że owo ‘whom’ jest jak najbardziej poprawne i przytacza na potwierdzenie tej opinii szereg cytatów. I tak ta wymiana trwa, nie wiadomo jeszcze jak długo. Ponieważ sytuacja dla kogoś takiego jak ja, a więc dla osoby, która może i nie wie nic, ale akurat na języku angielskim się zna, jest niezwykle irytująca, czuję się zmuszony do poświęcenia sprawie – a niestety przy okazji też samemu Sadurskiemu – jeszcze jeden wpis. Tym samym, sprawa, mam nadzieję, zostanie ostatecznie wyjaśniona, a Wojciech Sadurski otrzyma swój drugi wpis, a tym samym zostanie awansowany do poziomu Andrzeja Mleczki.
W swojej przedostatniej notce próbowałem sprawę językowych kompetencji Sadurskiego odpowiednio naświetlić, jednak mam wciąż obawy, że czegoś w tych objaśnieniach brakuje. Wprawdzie napisałem bardzo wyraźnie, że cały problem nie sprowadza się do tego, że Sadurski nie zna języka, albo że go zna po łebkach – bo to nieprawda – ale że on jest człowiekiem na tyle mało inteligentnym, że z tą swoją znajomością języka nie wie co zrobić. A efekt tego jest taki, że w momencie kiedy on pragnie się swoimi talentami popisać, robi z siebie pośmiewisko. Czego więc zabrakło? Otóż mam wrażenie, że tego mianowicie, czego chciałem uniknąć, a więc konkretów. Kiedy pisałem swój tekst, nie miałem zamiaru wytykać Sadurskiemu błędów, które popełnił, ani tym bardziej wyjaśniać, na czym one polegały i udowadniać swoje racje teoretycznie. Bo po co ludziom zawracać głowę? Sądziłem, że wystarczy pokazać problem.
Niestety, jak się okazuje, człowiek potrzebuje dowodów, a więc wiedzy. Zajrzałem wczoraj pod wieczór na blog Sadurskiego, by zobaczyć, czy on po raz trzeci napisze, że nie wie, kto to jest Toyah, i zobaczyłem, że tam dyskusja na temat języka angielskiego trwa w najlepsze. A już najbardziej, jeśli idzie o to nieszczęsne ‘whom’. W tej sytuacji, mam bardzo poważne przekonanie, że tak gdzie zwyczajnie wystarczyłoby splunąć, należy tłumaczyć. A więc proszę bardzo. Wytłumaczę. I proszę tylko, żeby nikt nie traktował tego, jako wyłącznie kolejnej lekcji języka angielskiego, lecz przede wszystkim jako jeszcze jedną refleksje na tematy ogólne. Bo taki, i tylko taki mam plan. Powiedzieć coś o sprawach uniwersalnych.
Zajrzyjmy do podręcznika gramatyki angielskiej autorstwa W. Stannarda Allena. To jest tak zwany ‘Allen’. Kto się uczył angielskiego w miarę poważnie wie, o czym mówię. Otóż Allen, w rozdziale dotyczącym użycia zdań podrzędnych – a dokładnie tak zwanych relative clauses – pisze, że przy budowaniu, znów tak zwanych, ‘defining reative claues’, „do używania whom należy zdecydowanie zniechęcać”. Dalej pojawia się informacja taka mianowicie, że ‘whom’ „nigdy nie mógłby się pojawić w języku angielskim”, o ile nie jest to oficjalny i formalny język pisany. Dalej napisane jest, że ‘whom’ pojawia się wyłącznie w tak zwanych ‘non-defining relative clauses’, z tym jednak zastrzeżeniem, że owe zdania podrzędne nie-definiujące „nie występują w mówionym języku angielskim”. W innym miejscu kwestia ‘whom’ u Allena pojawia się w takim kontekście: „Forma ta praktycznie nie występuje już w mowie angielskiej. Można ją znaleźć wyłącznie w najbardziej oficjalnym języku pisanym”. Szukamy ‘whom’ w indeksie. Jest. Obok tytułu, pojawia się w nawiasach informacja – „zanikające”.
Ktoś mi powie, że Allen nie musi być autorytetem, albo że – co może bardziej sensowne i rozsądne – Sadurski właśnie sparodiował list oficjalny. List służbowy, pisany na poziomie premierów, rządów i takich tam. Pierwszy argument zlekceważymy, jako nieistotny. Co do drugiego, to fakt. To co spłodził Sadurski, to list jak najbardziej służbowy, pisany rzekomo przez premiera rządu, a więc coś, co według Allena zezwala na użycie języka najbardziej oficjalnego, i w zwykłym mówionym angielskim sztucznego. Oczywiście, mógłbym tu powtórzyć to co i sam sugerowałem w swoim wpisie, a na co też dokładniej zwrócił uwagę Orjan. To mianowicie, że pastisz Sadurskiego nie ma najmniejszego sensu, choćby z tego względu, że list Camerona do Kaczyńskiego był listem pisanym nie przez premiera rządu – którym Cameron wówczas nawet nie był – lecz osobistym, w dodatku kondolencyjnym, listem kolegi do kolegi. No ale co to da, skoro mamy do czynienia z cymbałami?
A więc na ten potencjalny argument dotyczący języka oficjalnego chciałem zareagować. Otóż podręcznik Allena to nie jest podręcznik nowy. On był napisany wiele lat temu. Kiedy Allen przekazywał swoje uwagi na temat funkcjonalności formy ‘whom’, język angielski wyglądał zupełnie inaczej, niż dzisiaj. Kiedy Allen pisał o ‘whom’, mógł na temat tej formy jedynie stwierdzić, że ona „zanika”. Dziś forma ‘whom’ w języku angielskim praktycznie nie istnieje. Nie istnieje w mowie i nie istnieje w piśmie. Ktoś powie, że jak to, nie istnieje w piśmie? Jak ktoś będzie chciał, to jej użyje, i kto mu co zrobi? I zgoda. Jeśli ktoś chce dziś używać ‘whom’ to może sobie go używać, tyle, że jeśli usłyszy śmiech, lub – w najlepszym wypadku – ujrzy uniesione brwi, niech się nie dziwi. Podobnie jak niech się nie dziwi ktoś, kto w języku polskim ni stąd ni z owąd uzna za wyszukaną elegancję użycie formy ‘któregoż to’, lub ‘jakowoż’, czy ‘niejakoż’, i zostanie wykpiony. Bo nie uratuje go nawet to, że jakiś stary podręcznik języka polskiego powie mu, że te formy są używane wyłącznie w pisanym języku oficjalnym.
Podpieram się tu tym Allenem, jednak wcale nie dlatego, że inaczej nie potrafię. Podpieram się nim, bo wiem, że tam gdzie można by było zwyczajnie powiedzieć jak jest, należy dostarczać tak zwanych dowodów. A zatem dostarczam. Sprawa jest jednak zdecydowanie bardziej prosta. Tekst, który sprokurował Sadurski nie mógł być napisany przez zwykłego Anglika. I widzi to każdy, kto zna język angielski lepiej niż trochę. Nie mógł być przez niego napisany nawet nie dlatego, że tam są rażące błędy merytoryczne – a są! – lub że on w ogóle nie jest napisany po angielsku, ale dlatego, że żaden normalny Anglik nie miałby najmniejszego powodu, żeby pisać takim językiem. A gdyby z jakiegoś powodu napisał coś w tym stylu, to wyłącznie dla żartu.
Jest jednak jeszcze jeden problem. I to jest problem dla nas dziś kluczowy. Sadurski uznał za stosowne skopiować tak zwany język urzędniczy. I to jest, moim zdaniem, bardzo ciekawe. Otóż Sadurski całym swoim sercem i duszą tkwi w PRL-u. Dla Sadurskiego świat składa się z PRL-u i z tego wszystkiego, co znajduje się w opozycji do niego. Państwo to dla Sadurskiego PRL, natomiast reszta, to on, Michnik, może jakiś Kołakowski. Diabli zresztą ich wiedzą. Sadurski nie zna normalnego świata. Sadurski to człowiek, który spędza swój zawodowy czas gdzieś we Włoszech, czy w Australii, a może akurat i w Warszawie, karmi się tą propagandą, której jest i ofiarą i już teraz też twórcą, a kiedy wróci do domu, to słucha Wojciecha Młynarskiego, jak spiewa o kartoflance, ogląda stare obrazy Jerzego Dudy-Gracza, a najdalej jak sięga w przód, to do Misia Barei. Sadurski tkwi całą swoją duszą, sercem i ciałem w PRL-u. I jedyne co ma nowego, to pieniądze i znajomość języka angielskiego. Nowa Polska dała mu tyle. Nauczyła go angielskiego i dała zarobić.
I nagle przyszedł ten moment, że trzeba się było wykazać, i padło na, z jednej strony, Sadurskiego rozbuchaną ambicję, a z drugiej na zwykły, cywilizowany świat, reprezentowany akurat przez Davida Camerona, premiera Wielkiej Brytanii. I nagle okazało się, że Sadurski nie jest w stanie przyjąć normalnej, obiektywnej perspektywy. On słyszy słowo ‘premier’ i widzi Cyrankiewicza. Widzi Cyrankiewicza i słyszy bełkot. Bo tyle akurat wie. Że premierzy bełkoczą. I w tym momencie przypomina sobie, że niedawno się nauczył mówić i pisać po angielsku, więc mówi i pisze. Mówi i pisze. Po angielsku. Najpierw mówi, później z satysfakcją nalewa sobie do kieliszka włoskiego wina, i to co mówi – zapisuje i wysyła z dumą w świat. No i wychodzi mu to, co mu wychodzi.
Jak więc nam dziś wypada zareagować na casus – bo tak naprawdę nie o niego tu chodzi., lecz o casus właśnie – Sadurskiego? Moim zdaniem jedyna sensowna reakcja jest taka, by go poinformować, że to jest niesamowite, jak on się świetnie nauczył języka angielskiego. Że w jego wieku, ten sukces, to coś, co wręcz graniczy z cudem. Że wielu ludzi o wiele od niego zdolniejszych i inteligentniejszych, nie jest w stanie osiągnąć nawet 10% tego, co mu się udało. Tyle że to akurat jest niczym, jeśli za tym czymś nie pójdzie coś, co niektórzy nazywają życiem, inni człowieczeństwem, a inni zwyczajnie mądrością. Bo jeśli tego zabraknie, to – szczególnie w przypadku kogoś takiego jak Wojciech Sadurski – zostanie tylko ów PRL-owski kompleks, uginający się pod ciężarem jeszcze innych, już całkowicie pojedynczych kompleksów, o których tu nie będziemy wspominać, bo przede wszystkim nie jest na nie pora, a poza tym, po ciężką cholerę? Prawda?
Napisałem wcześniej, że wcale nie chodzi dziś tak naprawdę o język angielski. Wcześniej też zasugerowałem, że nie chodzi również tak naprawdę o Wojciecha Sadurskiego. I swoje zdanie w obu kwestiach podtrzymuję. To jak kto zna język angielski jest sprawą całkowicie nieistotną. Natomiast to, co kto sądzi o Jarosławie Kaczyńskim, to problem osobisty i nie ma sensu z tym dyskutować. Jeśli ja dziś po raz drugi już wracam do Wojciecha Sadurskiego, to wyłącznie dlatego, ze między nim a mną istnieje bardzo poważny konflikt kulturowy, a on – z tą właśnie swoją, kulturą tak mi obcą – reprezentuje bardzo zdecydowanie stronę, która w stosunku do kultury, którą uważam za swoją, demonstruje bardzo silną agresję, a dodatkowo, w tej swojej agresji czuje się – najprawdopodobniej zresztą bardzo słusznie – całkowicie bezkarny. Dlatego mam ambicje Sadurskiego tępić.
By opisać kulturę, z którą walczę, muszę wrócić do oryginalnego tekstu Sadurskiego. Otóż on postanowił wyśmiać Jarosława Kaczyńskiego za to, że broniąc się przed zarzutami o to, że jego zachowanie po smoleńskiej katastrofie go kompromituje, wspomniał list, jaki otrzymał od Davida Camerona, w którym ten wyraził uznanie wobec postawy, którą Kaczyński zaprezentował w obliczu tej tragedii. Wrócę do czasów jeszcze dalszych. 10 kwietnia pod Smoleńskiem rozbił się samolot, którym leciał brat Jarosława Kaczyńskiego, jego bratowa i kilku najbliższych przyjaciół, i w wyniku tej katastrofy, wszyscy oni ponieśli śmierć. Ponieważ Jarosław Kaczyński nie ma rodziny, strata ta dla niego była szczególnie wyjątkowa. W dniu katastrofy, Jarosław Kaczyński przybył do Smoleńska zidentyfikować ciało brata i w sytuacji, którą zastał, uznał, że kiedy stoi nad szczątkami swojego brata, nie życzy sobie spoufalać się ani z Donaldem Tuskiem, ani, tym bardziej, z ruskim premierem. Jego wybór, jego sprawa. Z punktu widzenia kultury, z którą się czuję związany, jego wybór – jego sprawa. Szczególnie w takiej sytuacji. Tak się jednak złożyło, ze niemal od pierwszego dnia – z powodu wręcz tragicznych napięć politycznych – Jarosławowi Kaczyńskiemu nie dano żyć tą stratą. Od pierwszego niemal dnia, kultura z którą utożsamia się Wojciech Sadurski, a z którą ja walczę, postanowiła Jarosława Kaczyńskiego, z jego bólem i żałobą, wdeptać w ziemię. A zatem, jeśli walcząc z tą kulturą, zająłem się Sadurskim pod kątem jego PRL-owskich koligacji, to wyłącznie dlatego, że dał mi ku temu pretekst.
A zatem, co to za kultura, która stoi za tego typu zachowaniami? Jest to, moim zdaniem, przede wszystkim właśnie kultura PRL-owska. To właśnie o niej myślał Jarosław Kaczyński, kiedy mówił, że system, jaki tu do nas po II Wojnie Światowej przywieźli Sowieci, to system dla hołoty. To system, którzy wierzy w to, że jedyne autentyczne wartości, to siła i spryt. A skoro siła i spryt, to wszyscy ci, którzy cierpią, lub tylko w pewnym momencie swojego życia gdzieś się spóźnili, zasługują wyłącznie na pogardę. A skoro na pogardę, to powinni się liczyć z tym, że gdy w momencie porażki nie padną na kolana przed silnymi i sprytnymi, a co gorsza przyjdzie im do głowy demonstrować godność – zostaną zabici szyderstwem. Swoim tekstem na blogu tę własnie kulturę zademonstrował Sadurski. Ale nie tylko tym tekstem. Nawet zwracając się bezpośrednio już do mnie i szydząc z tego, ze nie mam pracy, i muszę prosić o pomoc pisząc te teksty, pokazał co go bawi. Jeśli komuś to nie mówi wystarczająco dużo, i potrzebuje czegoś bardziej pop, to w zupełnie innym wymiarze ten sam rodzaj kultury demonstrują dziś władze Białorusi wobec opozycji.
Czuję obrzydzenie do tej właśnie kultury. Nie chcę mieć z nią nic wspólnego i nie chce nawet o niej myśleć. Jeśli wciąż z nią walczę, to tylko dlatego, że w swojej bezczelnej arogancji, jest ona wciąż i wszędzie tak okropnie obecna. Jeśli natomiast postanowiłem upaść tak nisko, że w pewnym sensie zgodziłem się rozmawiać z Wojciechem Sadurskim, to dlatego, że tak fantastycznie dał mi do tego okazję. Pisząc swój tekst, w dodatku się w tak żenujący sposób napinając, Sadurski przyjął na siebie rolę rzecznika całego tego dziwacznego pokolenia. Zupełnie jakby chciał powiedzieć: „Jestem człowiekiem PRL-u, a ponieważ jest nas dużo i mamy władzę, możecie nam skoczyć”. I w dodatku powiedział to po angielsku. I to jeszcze tak, jak mu kazał mięsień zwany sercem.
To co ja w tej sytuacji miałem zrobić?