Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock and roll. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock and roll. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 października 2018

Za co Diabeł lubi ludzi bezgrzesznych?


       Na fali iście kosmicznego ataku, jaki został skierowany przeciwko Kościołowi z tytułu plagi sodomii, jaka rzekomo ogarnęła poszczególne Jego struktury, głos w sprawie zabrali już chyba wszyscy, zaczynając od artysty estradowego Nergala, a kończąc oczywiście na mnie. Wśród całego tego zgiełku największe chyba wrażenie zrobiła jednak wypowiedź Stanisława Michalkiewicza w sprawie miliona złotych, jakie Kościół został zmuszony zapłacić pewnej kobiecie z tego powodu, że w dzieciństwie została ona – jak to się ostatnio przyjęło mówić – wykorzystana seksualnie przez któregoś z księży. Michalkiewicz, na dokładnie takim poziomie, z jakiego go znamy i do którego zdołał nas przyzwyczaić, komentując ów wyrok  wyraził opinię, że biorąc pod uwagę wysokość owego odszkodowania, owo wówczas 13-letnie dziecko, a dziś już młoda kobieta, może powiedzieć, że tamten czy to gwałt, czy zaledwie niefortunny zbieg okoliczności, wcale nie był aż taki niefortunny, jak by się mogło w pierwszej chwili wydawać. Nie wspominając już o całym szeregu zawodowych prostytutek, które przez całe swoje życie zawodowe nie zarobiły nawet drobnej części tego miliona.
     Zapytał mnie mój syn, co sądze o Michalkiewiczu i jego mądrościach, a ja mu odpowiedziałem, że moje zdanie na temat tego dziwnego człowieka nie zmienia się od kilkunastu dobrych lat, a moim zdaniem jego główny grzech polega nie na tym, że on nie ma racji w tym co głosi, ale na tym, że nawet jeśli jakimś cudem wyczuwa prawdę, to jest tak zapatrzony w siebie, że zanim zdoła ją opisać, to z owej prawdy zostają wyłącznie funta kłaków warte idiotyzmy. I tak też było w przypadku historii tego nieszczęsnego dziecka, oraz owego niegodziwego księdza, który to dziecko postanowił pewnego dnia na swoją zgubę przygarnąć. Michalkiewicz oczywiście, jako człowiek było nie było inteligentny, wiedział że sprawa nie jest tak prosta jakby się mogło wydawać, ale, jak mówię, zbrakło mu odrobiny skromności, by się zreflektować zanim palnął to głupstwo.
      A zatem mamy tę tragedię, związaną z jednej strony z losem jaki połączył tego księdza i tamtą dziewczynkę, a z drugiej ten kompletnie idiotyczny wyrok sądu, którego zapewne jedyną intencją było dokuczyć Kościołowi, ale przy tym też ów wciąż nie opisany do końca problem związany z tym, co seks potrafi robić z ludźmi i roli, jaką w tej zarazie odgrywają tak zwani „inni szatani”. A przecież wydawałoby się, że nie ma nic prostszego jak wskazać palcem na tak oczywistego winowajcę tego stanu rzeczy, jakim jest współczesna kultura, moda, rozrywka, czy wreszcie media, które, gdyby tylko mogły, karmiłyby społeczeństwa wyłącznie wspomnianym seksem, no ale też – paradoksalnie, dzięki stałemu sprzeciwowi chrześcijańskiej cywilizacji – nie mogą.
      Piszę ten tekst i – nie po raz pierwszy zresztą – ogarnia mnie owa niedparta świadomość, że to o czym chciałbym napisać jest tak oczywiste, że aż wstyd jest wychodzić z argumentami tak dziecinnie trywialnymi, a jednocześnie zwyczajnie zawstydzającymi. Czy naprawdę mamy skończyć na tym, że będziemy rozmawiać o owej modzie, która każe kobietom paradować w poszarpanej i potarganej odzieży, a może o tych hostessach w telewizyjnym programie Kuby Wojewódzkiego, które regularnie podsuwają mu pod nos swoje gołe pupy, a on udaje, że dostał kolejnego wzwodu? Przecież nie.
       No ale trzeba coś powiedzieć. Otóż pozwolę sobie może w tej sytuacji nieco przesunąć poziom argumentacji na coś, o czym tu chyba dotychczas nie rozmawialiśmy, a mam na myśli przestrzeń, gdzie jakimś cudem kampania #MeToo i nie dociera i już nie dotrze. Oto znany nam tu trochę amerykański felietonista Bob Greene swego czasu opisał przygody, jakich zaznał będąc jeszcze młodym dziennkarzem, zajmującym się relacjonowaniem wielkich wydarzeń rockowych tu i tam. Proszę posłuchać:
     Stosunek zespołów do kobiet był taki, jakby stanowiły one jedno z zamawianych do pokoju dań. Było ich zawsze mnóstwo, o każdej porze, a więc, o czym tu myśleć? Pewnego wiosennego wieczoru znalazłem się w hotelowym pokoju z Faces, ówczesnym zespołem Roda Stewarta. Pewna dziewczyna, kręcąca się przy zespole od dłuższego już czasu, pokazywała jasno, że jest chętna pójść do łóżka z każdym, kto tylko ją zechce. Dla chłopaków w zespole to było jednak rozwiązanie zbyt konwencjonalne. Zamiast się z nią kochać, rozebrali ją, położyli na podłodze, a następnie, metodycznie, zaczęli wkładać w nią różne przedmioty. Kostki mydła z łazienki, klucze do pokoju, banana, skórkę od banana – pokładali się przy tym ze śmiechu. A dziewczyna śmiała się również. Leżała z szeroko rozłożonymi nogami i wesoło rozmawiała z muzykami. Faces byli wówczas jedną z największych muzycznych atrakcji na świecie, a więc dziewczyna czuła się jednoznacznie zaszczycona.
[…]
      Pewnego wieczoru, po koncercie  zespołu Alice Coopera, wrócilismy do hotelu, gdzie czekały już na nas dziesiątki miejscowych nastolatek. Pięknie wyszykowane, wymalowane, stały cierpliwie przed hotelem i posłusznie szły do pokoju każdego kto kiwnął na nie palcem. Nigdy nie udało mi się odkryć, w jaki sposób tyle tak młodych dziewcząt potrafiło tak często spędzać noce poza domem, ale one rzeczywiście tam przychodziły i zostawały. Nad ranem członkowie zespołu schodzili na parking do podstawionych samochodów, by udać się na lotnisko, a te dziewczyny czekały już na nich na parkingu. W świetle poranka, wyglądały o wiele mniej egzotycznie niż poprzedniego wieczoru, blade, z rozmazanym makijażem, w wymiętych sukienkach, czekając tylko na jedno słowo pożegnania”.
      Ktoś mnie spyta, po co ja przytaczam te historie? Czy może chcę w ten sposób zasugerować, że te wszystkie kobiety dostały to czego chciały, a więc na swój los zasłużyły? Oczywiście że nie. Owszem, były wśród nich zapewne i takie, ale przecież nie tylko. Chodzi mi o coś innego. Otóż wielu z bohaterów lat czasów opisywanych przez Greene’a wciąż żyje i to żyje ciesząc się powszechnym podziwem i szacunkiem. I to nie tylko Rod Stewart, czy Alice Cooper, ale i Paul McCartney, Mick Jagger, Eric Clapton, Robert Plant… można wymieniać. Wielu z nich to pierwszej klasy gwałciciele i pedofile, wcale nie mniej doświadczeni niż, nie przymierzając Roman Polański, i żeby to wiedzieć nie trzeba nawet świadectwa Boba Greene’a. Przecież o tym, co się tam działo można przeczytać w oficjalnych biografiach muzyków, ale nawet w ich autobiografiach, gdzie oni o tym mówią bez cienia wstydu, a niektórzy z nich otrzymują jeszcze za to od Królowej tytuły szlacheckie.
       A więc jeszcze raz. Ja nikogo nie usprawiedliwiam. Ani aktorów, ani poetów, ani sportowców, ani telewizyjnych gwiazd, ani też oczywiście księży. Ja chcę zaledwie zwrócić uwagę na fakt, że są sytuacje, kiedy to co nas rzekomo tak bardzo oburza, nagle staje się czymś kompletnie nieznaczącym, a czasem wręcz naturalnym. I chciałbym wiedzieć, czemu tak jest? Czy to możliwe, że tak naprawdę powód jest zawsze ten sam? Czy to możliwe, że skoro już postanowilismy czynić zło, ono absolutnie nie może być wynikiem grzechu, czy naszych słabości, lecz wyłącznie sposobem na życie i sukces? Skoro już zdecydowalismy się czynić zło, powinniśmy przede wszystkim zadeklarować, że robimy to z czystym sumieniem i prawdziwą radością, bez głupich wyrzutów sumienia. Wtedy dopiero doznamy usprawiedliwienia.

Gdyby ktoś był w jakikolwiek sposób zainteresowany, zapraszam do korzystania z mojego adresu mailowego k.osiejuk@gmail.com.

środa, 30 grudnia 2015

Motörhead

Wczoraj z samego rana zostaliśmy przygnieceni wiadomością, że oto zmarł Lemmy Kilmister, obok Ozzy’ego Osbourn’a najjaśniejsza gwiazda współczesnego rock and rolla, a dla gatunku postać wręcz symboliczna. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że gdy chodzi akurat o Kilmistera, jest to wydarzenie, którego mogliśmy się spodziewać od lat, nie zmienia to jednak faktu, że osobiście jego odejście odbieram tak, jak swego czasu odbierałem śmierć Milesa Davisa. Mamy do czynienia z końcem epoki, a ja pozostaję z tą satysfakcją, że zanim stało się zbyt późno, miałem przyjemność widzieć go na koncercie tego lata w Warszawie. Z tej też okazji pragnę przypomnieć rozdział ze swojej książki „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, zatytułowany po prostu „Motörhead”.

W zeszłym roku, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas informacja, że w ramach jakichś dni Śląska, czy czegoś podobnego, w Sosnowcu wystąpi Tricky. Jakby tego było mało, obiecano nam, że on wystąpi w jakimś parku, w dodatku za darmo. Tricky.
Oczywiście, pojechałem do tego Sosnowca, pierwszy chyba raz od nie wiem ilu lat, i, owszem, Tricky był na miejscu, zespół grał, on śpiewał, i wszystko szło zgodnie z oczekiwaniami, a może jeszcze bardziej. Chociaż nie – było coś, czego nawet ja się nie spodziewałem. Otóż to miejsce wyglądało tak, że był ten park, w parku typowa parkowa estrada, a przed estradą dość szeroki wybetonowany teren. Organizatorzy koncertu postanowili, że część betonowa posłuży im, jako rodzaj bariery odgradzającej scenę od publiczności, a więc na jej obrzeżach ustawili barierki, a przy barierkach ustawili ochroniarzy. W ten sposób, między publicznością a sceną pojawiło się jakieś 20 metrów wolnego miejsca.
Widząc, co się dzieje, Tricky, praktycznie zanim jeszcze rozpoczął koncert, zszedł ze sceny, podszedł pod barierki i zaczął namawiać ludzi, żeby podeszli pod scenę, no i zaczęła się awantura. Ostatecznie jednak, głównie dzięki zaangażowaniu bohatera wieczoru, wygrana przez publiczność. Barierki został przewrócone, ochraniarze przepędzeni, ludzie podeszli pod scenę, no i koncert mógł się wreszcie zacząć.
Mimo że jest to wydarzenie bardzo interesujące, nie o tym chciałem pisać. Nie chciałem nawet pisać o samym koncercie. Powiem więcej, tematem tej refleksji nie jest nawet sam Tricky, ale wielki zespół rock’n’rollowy pod nazwą Motörhead. Otóż kiedy koncert Tricky’ego dobiegał końca i nadszedł czas na bisy, bis był tylko jeden, a mianowicie cover najwspanialszego być może przeboju Motörhead, „Ace of Spades”. To była tylko jedna piosenka, natomiast grana przez jakieś 20 minut. I, powiem szczerze, że ja sobie nie wyobrażam nic, co by można było uznać za lepszy numer na bis, gdziekolwiek, kiedykolwiek, w sytuacji gdy atmosfera jest taka, że publiczność już tylko chce się bawić. I to bawić tak, by tę zabawę zapamiętać do końca życia.
Ja oczywiście znałem zarówno Motörhead, jak i ten ich „Ace of Spades” wcześniej, natomiast nigdy nie miałem pełnej świadomości, jaki to jest klasyk. Ja nigdy się nie spodziewałem, że ta akurat piosenka może zostać wykorzystana przez kogoś tak osobnego i niezależnego i wybitnego, jak Tricky, i to w takiej właśnie formie, do tego, by zakończyć koncert, który ma być koncertem w pełni udanym. A on oczywiście to widział, i to pewnie widział od początku, tyle że, zanim zaczął ją wykorzystywać jako utwór kończący, musiał pewnie sobie sprawę przemyśleć. No i przemyślał.
Motörhead to fantastyczny zespół. Jak idzie o tak zwaną muzykę heavy metalową, obok Black Sabbath pewnie najlepszy. Ja znam ich przeróżne piosenki i muszę przyznać, że to jest produkcja niezwykle równa. Jest jednak coś w tym „Ace of Spades” takiego, co sprawia, że oni już na zawsze pozostaną klasyką rocka. Black Sabbath ma swoje „Paranoid”, Led Zeppelin „Whole Lotta Love”, Rolling Stonesi “Satisfaction”, Beatelsi (co za ból!) “Hey Jude”, Dylan “Like a Rolling Stone”, czy “Blowing in the Wind”, Doorsi “Light My Fire”, Presley “Blue Suede Shoes”, Hendrix “Hey Joe”, The Clash “London Calling”, a Sex Pistols “Anarchy for the UK” – no i to wszystko, to są tak zwane “hymny pokolenia”. No więc, nie ma najmniejszej wątpliwości, że wśród tych gigantów są też Lemmy, Eddie Clarke i Phil Taylor. Swoją drogą, nie wiem, czy wszyscy się zorientowali, ale to właśnie nie kto inny jak Taylor zdobi okładkę tej skromnej książeczki. A ja jestem z tego bardzo, ale to bardzo, dumny. Niemal tak samo, jak z tego, że to te właśnie obrazy przydają każdej z moich książek takiego szyku.
No ale mieliśmy mówić o Motörhead. A zatem już na sam koniec, pewna dość szczególna refleksja. Otóż, jak wiemy, magazyn „Rolling Stone” od lat ma zwyczaj publikować różnego rodzaju rankingi, typu „Najwybitniejszy Album”, „Najwybitniejszy Gitarzysta”, „Najwybitniejsza Piosenka”, „Najwybitniejszy Zespół”. I choć ja generalnie do tak zwanych specjalistów mam zaufanie bardzo ograniczone, i to w każdej dziedzinie, z jakiegoś, przeze mnie nawet nie do końca zdefiniowanego, powodu, do tych akurat zestawień czuję pewną sympatię. Oczywiście, że nie muszę się choćby i minimalnie wysilać, żeby, na pierwszy rzut oka, zauważyć tam zwyczajnie pudła, jak choćby jakieś The Who, czy Townshend, jako gitarzysta (sic!), niemniej, generalnie, jakoś sobie z nimi radzę. I oto, proszę sobie wyobrazić, że Motörhead tam nie ma w żadnej kategorii. A ich album „Ace of Spades” nie trafił nawet do pierwszej pięćsetki. Nawet sama piosenka nie została nigdzie wyróżniona. Co więcej, ostatnio wpadłem na coś, co się nazywa „50 Najwybitniejszych Współczesnych Artystów”… no i tam ich też nie ma. I to jest coś naprawdę niesamowitego. Tam jest 50 nazw i nazwisk, a Motörhead nie ma. I nie chodzi mi o to, że ludzie z Rolling Stone znaleźli miejsce dla czegoś tak bez znaczenia, jak Green Day, Red Hot Chili Peppers, czy U-2: ja jestem osobą bardzo tolerancyjną, i wiem, że ludzie mają różne gusta i emocje, i niekiedy owe gusta i emocje potrafią zaszokować, jednak trzeba je jakoś tam przyjąć. Jednak tam, wśród tej pięćdziesiątki są też tak ewidentne potwory, jak choćby Madonna, czy Metallica. Przepraszam bardzo, ale kim są dziś Madonna i Metallica? To są może jacyś wykonawcy? Oni tworzą jakąś sztukę? A może oni kontynuują jakąś ważną tradycję? Proszę, nie żartujmy.
Motörhead tam nie ma. Nie ma też ich na jakiejkolwiek ułożonej przez wynajętych przez magazyn Rolling Stone ekspertów liście. I ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że to nie dlatego, że oni uważają ten akurat zespół za akt bez znaczenia, albo że, jakimś cudem, o nich zapomnieli. Moim zdaniem, Motörhead musi być w środowisku zwyczajnie nielubiany. I to nielubiany na tyle, że tam się już nikt nie patyczkuje. Za co ich tak nie lubią? Nie wiadomo. Może wyłącznie za to, że Lemmy to pijak i cham. A może tam jest jeszcze coś? Może. Nieważne. Dla mnie to jest tylko dodatkowy powód, by ich jeszcze bardziej szanować.



W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak zaprosić do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania mojej książki o muzyce: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

wtorek, 29 października 2013

Niech żyje intuicja, czyli jak się nie dać zbałamucić


Umarł piosenkarz Lou Reed, a ja, widząc, jak wokół tego odejścia robi się atmosfera wręcz nie do zniesienia fałszu, pomyślałem sobie, że właściwie szkoda, że ani jemu, ani zespołowi Velvet Underground w mojej książce o rock and rollu nie poświęciłem ani jednego słowa, bo tu by się naprawdę przydało parę słów prawdy, no i w Salonie24 zamieściłem specjalny na tę okoliczność tekst. Jednocześnie jednak, uznając za stosowne wyjaśnić, jak to się stało, że owa, co by nie powiedzieć, ikona rock and rolla nie trafiła do książki, jak by nie było, o rock and rollu, napisałem, że ja zwyczajnie o Reedzie i całej reszcie tej warholowskiej zbieraniny zapomniałem. Na to przyszedł nieznany mi komentator i napisał, że skoro ja traktuję zespół Velvet Underground z pogardą, nie zasługuję nawet na splunięcie i oddalił się z godnością.
A ja uważam, że to jest fantastyczny wręcz argument za tym, żeby moja książka w ogóle powstała. Dlaczego? Z tej mianowicie prostej przyczyny, że ona w – mam wielką nadzieję – bardzo bezpośredni i stanowczy sposób pokazuje, jak bardzo szkodliwe jest uleganie propagandzie. Propagandzie każdej i jakiejkolwiek. Cały plan, jaki stał na początku powstania wspomnianej książki opierał się właśnie na tym, by zwrócić uwagę tym z nas, którzy mają wciąż jeszcze szczere intencje i są wciąż jeszcze otwarci na argumenty, że nic nie jest tak ważne, jak nasza wrażliwość i intuicja, i że powinniśmy zarówno jedno jak i drugie szanować i chronić. Przynajmniej wtedy, gdy utrzymujemy, że muzyka jest dla nas czymś bardzo ważnym. Przynajmniej wtedy.
Zespół Velvet Underground od samego początku stanowił zaledwie artystyczny projekt Andy’ego Warhola, i, choć wiem, że wśród nas są tacy, co uważają, że sztuka tego akurat artysty to syf i oszustwo, osobiście twierdzę, że to co on robił jako malarz i grafik, bez porównania przewyższało wszystko, co kiedykolwiek za jego inspiracją zrobił Lou Reed, John Cale i cała ta reszta narkomanów. Velvet Underground to cztery płyty, dwie piosenki i Nico, która akurat była tak od nich inna i tak bardziej od każdego z nich samodzielna i utalentowana, że możemy ją traktować, jako wartość osobną. Gdyby nie Nico, tam nawet nie byłoby o czym gadać.
A mimo to, zespół Velvet Underground to w pewnych środowiskach przedmiot kultu, a Lou Reed to ktoś niemal pretendujący do roli głównego czarodzieja. Cztery płyty, wydane jeszcze w latach 60-tych, dwie piosenki, cała kupa bardziej lub mniej prawdziwych historii o tym, jak to oni wszyscy po kolei umierali od czy to narkotyków, czy jakichś paskudnych chorób związanych w ogóle z uprawianym przez nich stylem życia na pograniczu perwersji i zbrodni, i oto dziś umiera Lou Reed – człowiek, który jedyne co osiągnął na poziomie artystycznym, to ów mit kogoś szczególnego i wyjątkowego, z którym każdy się bardzo liczy, jednak zapytany o konkrety, nie jest w stanie wydusić z siebie jednego sensownego zdania. A kiedy ja piszę, że tam naprawdę nie było nic poza tą warholowska propagandą, zaczynają w moją stronę lecieć pomidory. No bo przecież każdy wie, że Velvet Underground to historia.
W tej tak zwanej „książce o zespołach” wprawdzie Lou Reeda nie ma, ale jest wystarczająco dużo przykładów tego samego typu legend, które przez lata powstały, i jakimś, nie wiadomo jakim, cudem zdołały przekonać wielu do tego, że za nimi stoi jakaś prawda. Jest tam więc rozdział o zespole Metallica, o Guns’N’Roses, o Amy Winehouse, Franku Zappie, i o wielu innych fastfoodowych artystach, w tym nawet o zupełnie najświeższym oszustwie o skali wręcz nieopisanej, a mianowicie niejakim Rodriguezie. Ale też chciałem tam opowiedzieć o tych artystach, którzy odnieśli autentyczny, niewyobrażalny wręcz, a przy tym jak najbardziej zasłużony sukces, a których, właśnie w wyniku głupiej propagandy, owa podobno bardziej inteligentna część opinii publicznej uważa za swój święty obowiązek wyszydzać. Jest więc tu i Justin Bieber, i Kylie Minogue, Miley Cyrus, a nawet Lady Gaga – artyści którym zarówno Lou Reed, jak i jakiś Zappa mogą zwyczajnie, jak to się pięknie mówi, „nagwizdać”.
Nie ma tego w książce, bo sprawa jest bardzo świeża, ale niedawno mieliśmy do czynienia z fantastyczną wręcz demonstracją tego, jak tak naprawdę wyglądają te relacje. Miley Cyrus nagrała nową płytę i postanowiła, że będzie ja promować mocno erotycznie zorientowanymi klipami. Na to odezwała się Sinead O’Connor, skądinąd kiedyś świetna, a dziś skutecznie upadła, piosenkarka i wysłała do Cyrus list, w którym ją upomniała, że to co ona robi jest złe i nieprzyzwoite. Na to Cyrus ją naturalnie zwyczajnie spuściła i tym samym, z wyżyn swojego artystycznego autorytetu, sprawę zamknęła. I tak to właśnie wygląda. Możemy sobie myśleć, co nam przyjdzie do głowy, prawdziwych proporcji jednak nie ukryjemy. A proporcje są takie, że to Miley Cyrus jest gwiazdą i to gwiazdą autentycznie niekwestionowaną – podobnie zresztą jak Justin Bieber, czy ostatnio nawet zespół o nazwie One Direction – i choć nikt nie każe nam ani ich lubić, ani choćby tylko słuchać, pamiętajmy, że nie ma nic gorszego, jak się zagubić we własnych, przez nas samych zresztą zaakceptowanych, mitach.
Tak sobie myślałem o tym wszystkim, kiedy nagle na blogu mojego kolegi Coryllusa pojawił się najpierw temat człowieka nazwiskiem Piesiewicz, a potem od razu za nim przyszedł reżyser Zanussi. Kim jest Zanussi, wiemy wszyscy. To jest człowiek, który nakręcił całą kupę filmów, z których zaledwie dwa, czyli „Życie rodzinne” i „Barwy ochronne” są filmami dobrymi – i to jakimś cudem, bardzo dobrymi – w dodatku człowiek, którego publiczne zachowanie przez ostatnie lata dyskwalifikuje go jako partnera nawet nie do rozmowy, ale do przebywania z nim we wspólnym pomieszczeniu. I oto okazuje się, że ta czarna legenda – inna sprawa, że ciągnąca się za nim jak najbardziej słusznie – skaziła nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie ocenić czegoś, co tak naprawdę jest dziecinnie proste i oczywiste. Dlaczego? To jasne. Bo my wiemy to, to i tamto, a skoro już wiemy to, to i tamto, to wiemy też jeszcze coś innego, i nie ma takiej ani ludzkiej, ani boskiej siły, która by nas nagle postawiła na nogi i nam wytłumaczyła, że daliśmy się zagadać własnemu lenistwu.
Daję słowo, że ciekawa bardzo jest ta moja książka o rock and rollu – rock and rollu rozumianym nawet nie jako muzyczny gatunek, ale jako coś, co stanowi szczególny rodzaj prawdy o nas i o naszym życiu. Bardzo bym chciał, żeby każdy z nas, którzy będziemy mieli okazję ją przeczytać, a już zwłaszcza ci z nas, którzy uważają, że potrafią zrozumieć jej cel i sens, potrafili się też przyjrzeć samym sobie, i zastanowić, czy przypadkiem to co tam stoi jak byk, nie jest te skierowane też do nich.

Dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich dniach przyszli tu ze szczodrą pomocą, i proszę o nas pamiętać. To wszystko są naczynia połączone. Gdyby ktoś był zainteresowany, odsyłam na stronę naszej księgarni coryllus.pl


wtorek, 22 października 2013

VAN MORRISON



Mam przyjemność poinformować wszystkich tych, którzy na nią czekali, że oto wreszcie wydaliśmy książkę, od dłuższego już czasu umownie nazywaną „książką o zespołach”. Od dziś jest ona do nabycia w sklepie u Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, a jeśli ktoś planuje w tym tygodniu odwiedzić krakowskie targi książki, będzie mógł ją sobie kupić osobiście na stoisku B78. Przez cały czas na miejscu będzie Gabriel, natomiast w sobotę, i być może w niedzielę, mam nadzieję pojawić się i ja. Dziś, aby mniej więcej pomóc się wszystkim zorientować, w czym rzecz, przedstawiam jeden z rozdziałów. Czemu ten? Bez powodu. Ot, na niego wypadło.

Robert Johnson urodził się w roku 1911, a zmarł w 1938. Oczywiście może się bardzo łatwo okazać, że te relacje wyglądają nieco inaczej, zwłaszcza jak idzie o rok urodzenia, kiedy to pies z kulawą nogą się faktem urodzin tego czarnucha nie przejął, ale mniej więcej tak to wyglądało. On się najpierw urodził, a po niespełna 30 latach wziął i umarł. Ktoś, kto go znał jeszcze zanim on został najwybitniejszym gitarzystą w historii bluesa i okolic, stwierdził po latach, że kiedy go spotkał po raz pierwszy, Johnson, owszem, bardzo dobrze grał na harmonijce, natomiast gitarzystą był „żałośnie złym”. No i niemal z dnia na dzień okazało się, ze ta ocena jest już nieaktualna. Niemal z dnia na dzień wyszło na to, że nie ma nigdzie nikogo, kto grałby na gitarze równie znakomicie, jak on.
Oczywiście znamy wszyscy, często jeszcze z czasów, kiedy rodzice czytali nam bajki, ów schemat, wedle którego żyje sobie gdzieś człowiek, pozbawiony jakichkolwiek talentów, gdy oto któregoś dnia spotyka Diabła, a ten za jego duszę daje mu wszystko to, czego mu najbardziej w życiu brakowało. Następnie człowiek ów przez ileś tam lat sobie tego czegoś poużywa, no a później umiera i bajka się kończy. Znamy tę historię, w dodatku we wszystkich możliwych konfiguracjach, a jeśli ktoś nam powie, że, owszem, ona jest niezła, ale w żaden sposób nie ma przełożenia na nasze życie codzienne, nawet nie mamy jak zaprotestować. A ja uważam, że życie i śmierć Roberta Johnsona jest tu argumentem wręcz fantastycznym.
Nie wiem, czy jest wielu artystów –obojętnie, czy to muzyków, pisarzy, czy malarzy – których sława byłaby tak bardzo, jak to ma miejsce w wypadku Roberta Johnsona, wypełniona legendą właśnie o tym, jak to on któregoś dnia spotkał na rozstaju dróg Szatana, ten mu obiecał, że za jego duszę sprawi, że on zostanie największym gitarzystą w historii, i Johnson tę ofertę przyjął. Możliwe, że to tu to tam, zwłaszcza oczywiście jak idzie o talenty wyjątkowe, ów cyrograf się pojawia, jednak jak idzie o Johnsona, nie ma takiej jego biografii, nie ma na jego temat pojedynczej notki, nie ma jednego wspomnienia, gdzie o tym rozstaju dróg by nie wspomniano. Robert Johnson w powszechnej pamięci pozostaje już zawsze kimś, kto sprzedał duszę Diabłu.
Eric Clapton wspominał kiedyś, że miał w swoim życiu okres, że kiedy spotykał człowieka, który nie wiedział, kim był Robert Johnson, on nie był w stanie dalej kontynuować znajomości; Keith Richards przyznał, że kiedy po raz pierwszy usłyszał Johnsona, zapytał, kto gra na tej drugiej gitarze; Robert Plant powiedział, że „wszyscy zawdzięczamy Johnsonowi nasze istnienie”, Jimi Page dyskretnie tematu Johnsona unikał, ale wystarczy posłuchać któregokolwiek utworu Led Zeppelin, by wiedzieć, w czym rzecz.
Robert Johnson przez te kilka lat, kiedy używał swojego przedziwnego talentu, nagrał 29 piosenek, i na tym zakończył. Dziś, wydawana wciąż od nowa, płyta z ową kolekcją uważana jest powszechnie za jeden z największych albumów w historii muzyki popularnej, a tamta, tak stara jak sama muzyka, legenda żyje w najlepsze. Któregoś dnia pewien, w najlepszym wypadku przeciętny, bluesowy muzyk i śpiewak spotkał Szatana i oddał mu swoją duszę, w zamian za co otrzymał ów niezwykły talent. A ja piszę te refleksje, i słucham, akurat nie Johnsona, ale Van Morrisona, i myślę o nim właśnie – o Van Morrisonie. Oto jego występ z grudnia 2008 roku gdzieś w Niemczech i wiadomość zupełnie porażająca: Van Morrison jest większy nie tylko od Roberta Johnsona, ale od wszystkiego, co kiedykolwiek było – od Jamesa Browna, od John Lee Hookera, od Led Zeppelin, od Hendrixa, Dylana… od wszystkich. Ten właśnie koncert pokazuje to bardzo jasno. A ja sobie myślę, że tu się dopiero musiało dziać.
A pomyśleć, że kiedyś, przed wielu, wielu laty, wszystko się sprowadzało do czegoś, co się nazywało Them i, owszem, miało tę swoją „Glorię”, ale poza tym, naprawdę niewiele więcej. Zaglądam do biografii Van Morrisona i czytam, jak to jego mama była Świadkiem Jehowy, a on jako dziecko regularnie chadzał z nią do tej ich Sali Królestwa na zebrania, i myślę, że to pewnie stąd polska wikipedia klasyfikuje jego muzykę, jako „rock chrześcijański”…
Ale ja już nie o tym. Nie o muzyce, która, jak już to zostało wspomniane – bez względu na to, czy stanowi rock chrześcijański, czy jakikolwiek inny – robi wrażenie szczególne. Otóż czytamy dalej, że w roku 2009 kobieta, którą on zatrudniał jako szefa 14 ze swoich firm, niejaka Gigi Lee, urodziła dziecko i na oficjalnej stronie artysty ogłosiła, co następuje: „Gigi i Van Morrison pragną ogłosić narodziny ich pierwszego syna, Vana, który przyszedł na świat 28 grudnia 2009 roku i jest podobny do swojego taty, jak dwie krople wody”. Morrison, który już wtedy był szczęśliwie żonaty z byłą modelką i lokalną celebrytką Michelle Rocca, w jednej chwili oświadczył, że informacja ta stanowi poważne nadużycie, a on tej Lee w życiu nawet nie widział.
Minął rok, i w styczniu 2011 roku dziecko umarło z powodu, jak to określono, komplikacji spowodowanych cukrzycą. Mniej więcej w tym samym czasie Lee zapadła na nowotwór gardła, i zamarła w październiku tego samego roku.
A skoro już jesteśmy przy plotkach, to zobaczmy też, co się działo po drugiej stronie prywatnego życia Van Morrisona. Otóż jego żona, Michelle Rocca, przez cały 2007 rok ścigała po sądach swojego byłego kochanka, Cathala Ryana, syna założyciela linii lotniczych Ryanair, za jakieś minione krzywdy, i wszystko się nagle skończyło w grudniu tego samego roku samobójczą śmiercią Cathala, jak głosi wieść, z powodu kłopotów finansowych.
Przyznaję, że ów plotkarski ton, który zdominował tę część naszych historii, jak by nie patrzeć, o zespołach przecież głównie, samego mnie trochę martwi. W końcu tu ani przez chwilę o to akurat nie chodziło. A jednak mamy te czarne rozdroża. I te nieprawdopodobne wręcz talenty. I te zobowiązania. No i znów ten pop. Jak zawsze. Wprost do jakiegoś horroru z Keanu Reevesem w roli głównej. Prawda?

Zachęcam do kupowania książki. Jestem pewien, że nawet ci, dla których muzyka nie jest żadną codziennością, uznają ją za ciekawą i inspirującą. Przy okazji, niezmiennie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 15 sierpnia 2009

Szatan jest nudny

Nie wiem, jak to się stało i dlaczego, ale faktem jest, że jeszcze od czasu kiedy byłem bardzo młodym chłopcem, moją autentyczną pasją była muzyka. Wprawdzie nigdy nie potrafiłem grać na żadnym instrumencie, ale muzyki słuchałem nieustannie i zarówno wtedy, jak i dzisiaj, bez muzyki nie potrafię funkcjonować. Kiedy mówię „muzyka”, mam na myśli każdy jej rodzaj, każdy muzyczny styl, każdy stopień zaawansowania. Oczywiście, nie jest tak, że wystarczy, że coś gra, a ja już czuję satysfakcję. O nie! Doskonale znam różnicę między Wojciechem Kilarem, a Henrykiem Mikołajem Góreckim, między Zbigniewem Hołdysem, a Grzegorzem Ciechowskim, czy między Urszulą Dudziak, a Bobby McFerrinem. Chcę tylko powiedzieć, że ja znakomicie znam i to i to i tamto. Słucham więc, niemal od zawsze, absolutnie wszystkiego i efekt jest na przykład taki, że jeśli ktoś życzy sobie ze mną porozmawiać na tematy muzyczne, może walić jak w dym. A jeśli ktoś nagle sobie wyobrazi, że może na te tematy rozmawiać ze mną w sposób choćby minimalnie protekcjonalny, to się z pewnością zawiedzie.
Żeby troszeczkę może całą kwestię zilustrować, opowiem pewną historię, która mi się przydarzyła nie tu w Salonie, lecz u Maryli na Blogmediach24. Napisałem tekst, w którym wyraziłem mój najszczerszy zachwyt dla malarstwa (malarstwa!) Picassa i pewien bloger z tego powodu mnie wyśmiał i poinformował, ze Picasso to tandeta. Wszystko byłoby w porządku, gdyby w tym samym momencie nie zmienił tematu i wszedł w okolice właśnie muzyki. Bowiem od tego momentu, dokładnie wszystko co do mnie mówił było dla mnie tak przewidywalne i jednocześnie tak trywialne, że nie widziałem nawet sposobu, żeby z nim dyskutować. On coś gadał na temat free jazzu, na temat Milesa Davisa, na temat swojego saksofonu i solówek, które on na tym saksofonie wygrywa, a ja byłem kompletnie bezradny, nie dlatego, że nie wiedziałem, o czym on mówi, ale właśnie dlatego, że zbyt dobrze wiedziałem, o czym on mówi i skąd mu się to gadanie bierze. No ale nie mogło być inaczej, jeśli się wie, że jeszcze kiedy miałem 14 lat, próbowałem bardzo nauczyć się grać na gitarze sam początek piosenki Led Zeppelin Baby, I’m Gonna Leave You, a rok później, na Jazz Jamboree, wysłuchałem występu Tria Johna Surmana i do dziś pamiętam z niego każdą sekundę.
Po co się tym wszystkim tak chwalę? Powód, wbrew pozorom, jest bardzo błahy. Otóż dziś w Warszawie występuje piosenkarka Madonna, a wczoraj w mojej ulubionej stancji TVN24, trzech zaproszonych gości plus Anita Werner próbowało widzom, w tym niestety również mnie, wytłumaczyć, dlaczego ów występ jest wydarzeniem najwyższej wagi. Konkretnie było tak, ze pani Werner spytała piosenkarza o ksywce Skiba, czy on słucha Madonny. Skiba odpowiedział – zdecydowanie wymijająco – że nawet gdyby nie słuchał, to i tak by słuchał, bo piosenki Madonny są tak znane, że nie sposób ich nie słuchać. W tym momencie nie mogłem nie zareagować zdziwieniem, ponieważ, gdyby mnie ktoś spytał, jakie piosenki Madonny znam, to ja bym, potrafił wyłącznie wskazać - Like a Virgin. I to nie ze względu na samą Madonnę, ale w związku z czołówką filmu Tarantino Reservoir Dogs, gdzie sam Tarantino tłumaczy swoim kolegom-bandytom, o co chodzi w jej tekście. Poza tą wzmianką u Tarantino, ze sztuką Madonny spotkałem się jeszcze dwa razy. Raz w zakończeniu cudownego filmu Wayna Wanga Blue in the Face i właśnie we wczorajszym wydaniu tefauenowskich 24 godzin, gdzie zobaczyłem ją, raz rozpiętą na krzyżu w cierniowej koronie na głowie i zakrwawionym czołem, a drugi raz w jakimś teledysku, gdzie – na ile się zdążyłem zorientować – też udawała Chrystusa. Poza tym, wszystko co wiem na jej temat, a więc to, że zanim została piosenkarką, była prostytutką, że pije wyłącznie wodę mineralną wyprodukowana przez Kościół Scientologiczny, że ma fijoła na punkcie kabały i że jej narzeczony ma na imię Jezus, pochodzi z artykułów prasowych.
Powstaje pytanie, dlaczego TVN24 przejął się tak bardzo dzisiejszym występem Madonny, że znaczną część swojego sztandarowego programu, poświęcił właśnie jej, i do omawiania tematu zaprosił aż trzech ekspertów. I tu odpowiedź jest jeszcze bardziej oczywista, niż ta, której udzieliłem na poprzednie pytanie. Koncertowa trasa piosenkarki została zaplanowana w taki sposób, by jej warszawski koncert mógł się odbyć właśnie dziś, czyli 15 sierpnia. TVN24 do swoich politycznych planów może angażować nie trzech, ale siedemnastu jednakowo brzmiących komentatorów, którzy będą opowiadać, jakie to wyróżnienie spotkało ten nędzny naród, ze ktoś taki jak Madonna zechciał się tu pojawić. Podobnie, zarówno Robert Kozyra, prezes Radia Zet, jak i przeróżne gwiazdy polskiej popkultury mogą stawać na głowie w swoich drobnych kłamstwach i tłumaczyć, jak zupełnym przypadkiem, kobieta o zupełnie przypadkowym imieniu Madonna, zakochała się w kimś, kto – również kompletnie przypadkowo – miał na imię Jezus i jak to występ musiał się odbyć dzisiaj, bo przecież wczoraj Madonna była w Pradze, a z Pragi do Warszawy jest już blisko. Tak samo też ja, nie muszę nawet podejmować tak marnej dyskusji i pytać, czemu akurat autorzy trasy nie zaplanowali sobie Pragi dziś, a Warszawy wczoraj, by w ten sposób uniknąć całego nieszczęścia. To wszystko jest absolutnie pozbawione sensu i celu, ponieważ wyjaśnienie jest proste ja struna. Wszystko to, z czym mamy do czynienia codziennie, od tylu, tylu lat – i tu, w przypadku dzisiejszego koncertu, w bezprzykładnej agresji Systemu skierowanej wobec Rodzin Radia Maryja, i w niedawnej wypowiedzi Dody na temat Pisma Świętego, i wcześniej jeszcze, w wyroku sądu nakazującego Ryszardowi Nowakowi przeproszenie lidera satanistycznego projektu Behemoth za to że ten publicznie podarł Biblię i nazwał ja „pieprzonym gównem”, i jeszcze wcześniej, w zdjęciach umieszczanych na stronach magazynu pod tytułem Zły, w zapomnianej już piosence Pawła Kukiza, szyderczo wykpiwającej pierwszokomunijne dzieci, w uprowadzeniu córki nieżyjącego już marszałka Kerna, w okładkach pornograficznych pism, wystawianych codziennie na ulicach polskich miast - ten plan, w ten czy inny sposób, towarzyszy każdej chwili naszego życia. A my powinniśmy wiedzieć, że będzie zawsze już tylko gorzej.
I jeśli dziś, martwimy się, z jednej strony tym, że właśnie w tym dniu, kiedy świętujemy i Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny i rocznicę tak zwanego Cudu nad Wisłą i chcielibyśmy być tacy uroczyści i radośni, po raz kolejny ktoś próbuje nas pozbawić nadziei, a z drugiej zastanawiamy się, czy to naprawdę wróg taki silny, a my tacy słabi, myślę sobie, ze może powinienem coś nam wszystkim przypomnieć. Szatan to amator. Amator, który żywi się wyłącznie naszym amatorstwem (dokładnie tak samo jak marna popowa piosenkarka). A jeśli nawet udało mu się pod sobą zgromadzić całe tabuny wiernych sług, to każdy z nich, odpowiednio do miejsca, które mu przypadło w tej hierarchii zła, i tak może być od niego tylko głupszy, tylko bardziej tandetny, tylko bardziej nudny. Bo nawet i tu – może nawet szczególnie tu – „sługa nie jest większy od swojego pana”.
A zatem, czy będziemy przed sobą mieli światową mega gwiazdę, szydzącą z naszej wiary, czy jej fanów, rozradowanych jej pozornym sukcesem, czy wynajętych ekspertów o wynajętych poglądach, czy choćby – już na samym dnie tej czarnej drabiny – jakiegoś pojedynczego internetowego komentatora, który podzieli się z nami swoją bardzo specjalną refleksją o tym, jak to Matka Chrystusa w gruncie rzeczy nie różni się bardzo od ‘Królowej Popu’, bo i jedną i drugą koronowała w gruncie rzeczy hołota, prawda pozostanie prawdą. Szatan jest nudny. Po prostu nudny.
I pomyśleć, ze na tę prostą myśl wpadł nie kto inny, jak skromny gitarzysta z rockowego zespołu o nazwie Sonic Youth.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...