Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 stycznia 2025

Nienawiść

      Ile razy – a momentów tych od wielu lat jest wiele – w publicznej debacie pojawia się słowo „nienawiść”, a wraz z nim całkiem oczywista kwestia, kto, kiedy i w jakim celu owo kompletnie puste pojęcie wymyślił, ja przynajmniej sięgam pamięcią do roku 1992, kiedy to rząd premiera Olszewskiego postanowił ujawnić listę byłych agentów komunistycznej Służby Bezpieczeństwa, z Lechem Wałęsą na czele. Z tego co pamiętam – a pamięć tu mnie chyba jednak nie zawodzi – to wtedy właśnie, w dniach poprzedzających ową straszną noc, ale też przez dłuższy czas później, słowo to było odmieniane we wszystkich przypadkach i w przeróżnych kontekstach, każdego dnia od rana do nocy. Pamiętam okładki gazet, kolorowych magazynów, ale też pojawiających się jak grzyby po deszczu książek, prezentujących karykaturalnie wykrzywione twarze Jana Olszewskiego na zmianę z Antonim Macierewiczem i wytłuszczone czarnym drukiem owo słowo: „nienawiść”. Ale też pamiętam pierwszą stronę tamtego wydania „Gazety Wyborczej” z wierszem Wisławy Szymborskiej pod tym właśnie tytułem – Nienawiść.

       Osobiście nigdy wcześniej, ani też – i może tym bardziej – nigdy później osobą i twórczością Szymborskiej się nie interesowałem, a oceniając ją po przeczytanych fragmentach jej wierszy, nie traktowałem jak ani jako poetkę, choćby i zaledwie kiepską. Co więcej, po tym jak  dowiedziałem się czegoś więcej o jej publicznej działalności i osobistej postawie w latach PRL-u, to Szymborska pozostawała dla mnie już tylko upadłą alkoholiczką i wariatką. I pewnie dziś bym nie wspominał o niej, a tym bardziej o tym jej głupim wierszu, gdyby nie to, że parę dni temu pewien mój znajomy z Facebooka opublikował go, sugerując jednocześnie, że po raz pierwszy o nim usłyszał. W pierwszej chwili wyjaśniłem owemu koledze, w jakim kontekście ów wiersz się w ogóle pojawił, wyrażając podejrzenie, że został on przez Szymborską napisany na kolanie na zamówienie Michnika i pewnie bym już do sprawy nie wracał gdyby nie to, że postanowiłem dla pewności sprawdzić, kiedy on faktycznie został napisany i czy rzeczywiście dniach czerwcowego zamachu. I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wydawało mi się, że owej daty już nigdzie nie znajdę, niemal rzutem na taśmę postanowiłem zapytać ostatnio coraz bardziej rozrywaną sztuczną inteligencję i uzyskałem odpowiedź, że Szymborska napisała go... w roku 1948.

      Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że wchodzę na bardzo cienki lód, ale skoro ten tekst ma faktycznie powstać, to nie mam wyjścia. Musimy go przeczytać, bo bez tego nic nie zrozumiemy. Bardzo proszę.

 

Spójrzcie, jak wciąż sprawna,

Jak dobrze się trzyma

w naszym stuleciu nienawiść.

Jak lekko bierze wysokie przeszkody.

Jakie to łatwe dla niej - skoczyć, dopaść.

Nie jest jak inne uczucia.

Starsza i młodsza od nich równocześnie.

Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.

Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Religia nie religia -

byle przyklęknąć na starcie.

Ojczyzna nie ojczyzna -

byle się zerwać do biegu.

Niezła i sprawiedliwość na początek.

Potem już pędzi sama.

Nienawiść. Nienawiść.

Twarz jej wykrzywia grymas

ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia -

cherlawe i ślamazarne.

Od kiedy to braterstwo

może liczyć na tłumy?

Współczucie czy kiedykolwiek

pierwsze dobiło do mety?

Porywa tylko ona, która swoje wie.

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.

Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.

Ile stronic historii ponumerowała.

Ila dywanów z ludzi porozpościerała

na ilu placach, stadionach.

Nie okłamujmy się:

potrafi tworzyć piękno.

Wspaniałe są jej łuny czarną nocą.

Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.

Trudno odmówić patosu ruinom

i rubasznego humoru

krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynią kontrastu

między łoskotem a ciszą,

między czerwoną krwią a białym śniegiem.

A nade wszystko nigdy jej nie nudzi

motyw schludnego oprawcy

nad splugawioną ofiarą.

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.

Jeżeli musi poczekać, poczeka.

Mówią, że ślepa. Ślepa?

Ma bystre oczy snajpera

i śmiało patrzy w przyszłość

- ona jedna.

 

      I proszę bardzo spojrzeć teraz na to, w jakiej sytuacji jesteśmy. Mamy oto czerwiec roku 1992, w propagandzie Systemu owa „nienawiść” krąży jak psychopatyczny morderca z siekierą w dłoniach i wszystkim nam się wydaje, że to co widzimy to wynik poetyckiego talentu i społecznej wrażliwości Wisławy Szymborskiej, a tu tymczasem wygląda na to, że tu w ogóle nie chodziło ani o Olszewskiego, ani Macierewicza, ani braci Kaczyńskich, ani w ogóle ówczesnej postkomunistycznej rzeczywistości, ale o rok 1948. A skoro tak, to ja już bym tylko chciał wiedzieć, o jakiej nienawiści napisała Wisława Szymborska w tamtym strasznym czasie, gdy Polska i Polacy byli terroryzowani, dręczeni i mordowani przez Związek Sowiecki i jego agentów. Jaką nienawiść ona miała na myśli, kierowaną przez kogo i przeciwko komu? Przeciwko Niemcom, sowieckim okupantom, żydowskim funkcjonariuszom z lokalnych urzędów bezpieczeństwa, czy może przeciwko polskim patriotom, którzy nie mogli się pogodzić z tym co jedni, drudzy i trzeci zrobili i nadal robią ich Ojczyźnie?

     I to jest moim zdaniem bardzo ciekawa, choć chyba nadzwyczaj prosta do rozwiązania zagadka. Ale to co w tym jest zdecydowanie jeszcze ciekawsze, to fakt, że „nienawiść” jako niemal podstawa postkomunistycznej propagandy lat 90. ubiegłego wieku, ale też świetnie sobie radząca w latach późniejszych i wciąż bardzo aktywna, została przejęta bezpośrednio ze stalinowskiego języka lat 40. i 50. Wygląda na to zatem, że choć od roku 1948 niedługo już upłynie 80 lat, wróg jest zawsze ten sam, a więc polskie państwo i polski naród, ale też ten sam napastnik – Niemiec, Rosjanin i...  Stefan Michnik, ten ostatni zaledwie jako symbol czegoś równie strasznego.



 

środa, 4 sierpnia 2021

Andy Gill czyli paradoks rzeczy

 

       Opisując owo wydarzenie, bardzo krótko powiem tylko, że po śmierci Mao Tse Tunga, dla kontynuowania rozpoczętej przez niego tak zwanej rewolucji kulturalnej, a jednocześnie powstrzymania ewentualnych zmian, polityczną władzę w Chinach miała zamiar przejąć jego czwarta żona oraz troje jej partyjnych kolegów, jednak ich starania zostały w jednej chwili zneutralizowane, wszyscy zostali aresztowani, a następnie skazani albo na karę śmierci, albo na długoletnie więzienie, a pamięć o nich została zapisana w popularnej nazwie „Banda Czworga”. A mnie ani owa grupka, ani tym bardziej samo wydarzenie nie zainteresowałoby ani na moment, gdyby nie muzyczna grupa, reprezentująca scenę brytyjskiego punk rocka wczesnych lat 80-tych, o nazwie Gang of Four. Ja oczywiście wiedziałem o co chodzi z tą Bandą Czworga i co mieli w głowie członkowie owego zespołu, gdy postanowili w ten akurat sposób się zatytułować, niemniej bez śladu wstydu przyznaję, że zarówno wtedy, jak i w dalszym ciągu dziś, kiedy jestem już starszym panem, uważam ich za jeden z najwybitniejszych rockowych projektów minionego wieku, a gitarzystę Andy Gilla – wieść niesie że bez niego gitarzysta Edge z popularnego zespołu U-2 mógłby najwyżej grać ballady Donovana w brytyjskich pubach – mogę słuchać bez końca.

        A zatem, jak powszechnie wiadomo, legenda brytyjskiego punk rocka Gang of Four to komuniści i to komunisci nie byle jacy. Trochę tak jak jeden z największych jazzowych kontrabasistów w historii gatunku, śp. Charlie Haden, który swego czasu zadeklarował, że każdy dżwięk jaki dotychczas zagrał i jeszcze zagra „zostanie poświęcony Wielkiej Czerwonej Rewolucji”. Ja jednak, mimo ciężaru jaki przyszło nieść tym dwóm, słucham ich regularnie i z nadzwyczajną radością, dokładnie tak samo jak oglądam obrazki Marka Raczkowskiego, słucham piosenek rappera Łona, czy zachwycam się grą aktorską Daniela Olbrychskiego. Tak to już bowiem jest, że są ludzie którzy dostali od Pana Boga ten jeden jedyny talent, ale jakimś cudem go nie zakopali i będąc kompletnymi idiotami, potrafią jakoś tam ubarwić nasze życie.

       No ale mówiliśmy o zespole Gang of Four i to o nich dziś jest ten tekst. Otóż, jak się właśnie dowiedziałem, gitrzysta zespołu Andy Gill, jedyny oryginalny jego członek, który, nie zważając na upływ czasu, zdecydował się ciągnąć ten projekt w tej samej co wówczas formule, zmarł 1 lutego zeszłego roku z powodu zapalenia płuc i związanych z nim dolegliwości, a oficjalnie przyjęta opinia jest taka, że jest on jedną z pierwszych osób, które zmarły w wyniku zakażenia COVID-19. Czemu tak? Otóż przyczyna jest, nomen omen, zabójczo prosta. Otóż jesienią roku 2019 zespól udał się na występy do swoich ukochanych Chin i to tam go właśnie ów wirus dopadł.

       Niektórzy na to mówią „karma”, ja jednak będę nadal słuchał piosenek zespołu Gang of Four, teksty które oni wyśpiewują zachowam w głębokiej dupie, no a przede wszystkim będę się modlił za duszę Andy Gilla i wszystkich tych, którzy jeszcze planują póść jego śladem.



wtorek, 6 października 2020

O dobrych czerwonych i złych czarnych raz jeszcze

 

Ponieważ zarówno wczoraj jak i dziś jestem nieustannie zarobiony, a mam swoje obowiązki przynajmniej wobec jednego czytelnika, chciałbym dziś przypomnieć pewien bardzo stary, bo jeszcze z roku 2008 tekst o czarnych i czerwonych. Biorąc pod uwagę choćby dzisiejsze oświadczenie prezydent Gdańska w kwestii kolejnej rocznicy masakry w Poczcie Gdańskiej, wcale nie aż tak zdezaktualizowany.    

 

 

       Już wiele lat temu zauważyłem, to tu to tam, młodzież, czy może jedynie dzieci, z naszywkami głoszącymi niezmiennie hasło „Precz z faszyzmem”. Poetyka tego hasła była oczywiście różna, bo oprócz podstawowego „Precz z faszyzmem”, wyrażało się ono też przez przekreślone słowo „faszyzm”, albo przez zdanie „faszyzm to śmierć”, czy też przez zwykłe, króciutkie „tęp faszyzm”.

      Jeszcze wcześniej, pamiętam, kiedy istniała jeszcze instytucja zwykłych przyjaźni listowych, a nie typu gadu-gadu, często dzieci, umieszczające w gazecie swoje zdjęcia i notki, informowały potencjalnych przyjaciół, że nienawidzą kłamstwa i faszyzmu, albo chamstwa i faszyzmu, albo głupoty i faszyzmu. Nigdy przenigdy nie udało mi się zauważyć jednego wpisu z informacją „nie lubię komunistów i chamów”, ani też idąc ulicą, nigdy nie udało mi się dostrzec licealisty, czy gimnazjalisty z plecaczkiem, na którym miałby wypisane hasło „komunizm nie!”, na przykład. Byli oczywiście tacy, którzy nie manifestowali żadnych innych poglądów, jak tylko ten, że Iron Maiden, ale „powiedz nie komunizmowi” – nigdy.

      Myślałem o tym zjawisku bardzo długo i kiedy wreszcie popracowałem kilkanaście lat w najróżniejszych szkołach, potrafiłem mniej więcej odpowiedzieć sobie na nurtujące mnie pytanie: dlaczego faszyzm - nie, a komunizm - obojętnie. Młodzież, którą pytałem o to, czym jest dla nich faszyzm, odpowiadała, wbrew pozorom, nie że faszyzm to Hitler, czy wojna, czy nawet Niemcy. Większość z nich powtarzała to, co wcześniej czytałem w ogłoszeniach pen-palowych, czyli, że faszyzm to kłamstwo, chamstwo i głupota.

      Szczerze powiem, że ta odpowiedź była dla mnie tylko częściowo zaskakująca. Ja na przykład, podobnie jak wielu moich znajomych, przyznaję się do tego, że wielokrotnie słowa „komunista” używałem bardzo szeroko, po to, by dokonać wartościowania osoby, której nie lubię. Czasem, jak coś mi się bardzo nie podobało, mówiłem „Co za komuna!”, albo bardziej dosadnie „Chuj pierdolony komunista”. Więc, gdyby mnie ktoś zapytał, czym jest dla mnie komunista, czy komunizm, mógłbym odpowiedzieć – przyznaję, przewrotnie – że na przykład komunista to swołocz, a komuna to syf.

      To wszystko jednak, co powyżej napisałem, nie zmienia faktu, że problem pozostaje. Dlaczego kultura popularna – bo na pewno nie tylko młodzieżowa – traktuje pojęcie faszyzmu o wiele szerzej, niż pojęcie komunizmu? Dlaczego jeśli chcemy kogoś obrazić, albo zakwestionować coś, co dla nas jest ewidentnie złe, większość z nas może pozwolić sobie na myślowy skrót związany ze słowem „faszyzm”, ale już nie tak często ze słowem „komunizm”?

      Odpowiedź na to pytanie – przynajmniej częściowa – leży w jednym z bardzo starych artykułów w „Gazecie Wyborczej”. Pamiętam bowiem do dziś – jak ktoś chce, niech szuka i sprawdzi – pamiętam bardzo dobrze, że kiedy ministrem sprawiedliwości w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego został Wiesław Chrzanowski, „Wyborcza” uznała za stosowne zwrócić uwagę na to, że po raz pierwszy w powojennej demokratycznej Europie ministrem został faszysta.

      Dlaczego odpowiedź znajduje się akurat w tych słowach i dlaczego jest odpowiedzią jedynie częściową? Otóż Jan Krzysztof Bielecki, co dziś może niewielu chce pamiętać, został powołany na szefa rządu przez Lecha Wałęsę. Lecha Wałęsę, który – o czym też niewielu chce dziś pamiętać – był w tamtym czasie postacią równie znienawidzoną i zohydzoną przez establishment, jak dziś Lech Kaczyński. Więc automatycznie, w pierwszych dniach swojej pracy, zanim establishment zauważył, żę jest bezpiecznie, „Gazeta Wyborcza” waliła we wszystko, co wiązało się z osobą Lecha Wałęsy bez najmniejszego wstydu. Więc walnęła też w dobre imię Wiesława Chrzanowskiego.

      Dlaczego jednak nazwano Chrzanowskiego faszystą? Odpowiedź jest następująca: zrobili tak dlatego, bo nie mogli go nazwać komunistą, a poza tym, nawet gdyby mogli, efekt nie byłby tak czysty. Bo cóż by to mogło oznaczać, że Chrzanowski jest komunistą? Nie bardzo wiele. Komunistą bowiem, tak czy inaczej, byli prawie wszyscy. I Jaruzelski był komunistą i Kuroń i Michnik i Gierek. Komunistą był i Jerzy Urban i Daniel Passent i aktor Siemion i piosenkarka Irena Santor. Komunistą był, jak mówię, każdy z wyjątkiem paru – zupełnie, jak to wtedy mówiono, „zoologicznych”, czy „jaskiniowych” antykomunistów. I to nie komunistą w przenośni, nie komunistą w myślowym skrócie, nie komunistą w figurze potocznej. Oni wszyscy, tak czy inaczej, byli komunistami w sensie dosłownym.

      Takim komunistą jednak nie był Chrzanowski. A, jak mówię, nawet gdyby był, to propaganda antypolska nie mogła go tak nazwać, bo obywatelom do których słowa propagandy były kierowane, mogłoby się jeszcze coś pomieszać. Więc Chrzanowski został faszystą, czyli głupkiem, chamem i oczywiście kłamcą. I tak to się plotło nam kiedyś i tak nam się plecie do dzisiaj.

     Jeśli więc dziś ja o sobie powiem, że uważam to wszystko, czego dokonała Wielka Czerwona Rewolucja za czyste dobro, jeśli powiem, że moim bohaterem jest człowiek o nazwisku Trocki, jeśli powiem, że Marks to największy filozof wszystkich czasów; nawet jeśli oświadczę, że wszystko, co robię i wszystko, co będę robił w swoim dalszym życiu będzie robione dla Wielkiej Czerwonej Rewolucji, wszystko to, w kraju, w którym propagowanie komunizmu jest prawnie zakazane, ujdzie mi na sucho, pod warunkiem, że na tym samym oddechu wyduszę z siebie, że ja absolutnie nie mam na myśl komunizmu i że moja Czerwona Wielka Rewolucja nie miała nigdy absolutnie nic wspólnego z komunizmem. A jeśli ktoś tak mówi, to z pewnością jest czarnym faszystą.

      I odwrotnie. Jeśli stanę publicznie i publicznie powiem, że Okres Wielkiej Niemieckiej Rzeszy był jedynym okresem w historii Europy, kiedy panował porządek i były przestrzegane zasady, a jednocześnie zaznaczę, że Hitler absolutnie mi się nie podoba i nie chcę mieć z nim nic wspólnego, to mój los jest na zawsze przesądzony. Mogę nie wiadomo jak długo powtarzać, że III Rzesza, to wcale nie był faszyzm, a wielu żołnierzy wojsk hitlerowskich wcale nie było faszystami – nic mi to absolutnie nie da. I słusznie.

      Natomiast ktoś wciąż może mnie pytać, dlaczego sprawa czerwonej zarazy jest nadal kompletnie nierozwiązana. I dlaczego, wszystko na to wskazuje, nierozwiązana musi pozostać. Czyżby faktycznie większość z nas to byli najprawdziwsi komuniści, a tak mało wśród nas było faszystów? Czyżby tu szło o grę interesów? Nie wierzę. To być nie może!

     Przynajmniej jeszcze nie dziś.



 

środa, 15 stycznia 2020

Wolność i swoboda i dziewczyna młoda, czyli power to the pipul


            Kiedy już opublikowałem wczorajsze refleksje na temat sytuacji na naszych uniwersytetach, pomyślałem sobie, że chyba niepotrzebnie wpadłem w aż tak ponury nastrój, bo przecież to co dziś zmuszeni jesteśmy znosić, to zaledwie moda, i nawet jeśli być może jeszcze bardziej odporna na upływ czasu niż choćby omawiane tu kiedyś tatuaże, to jednak wciąż tylko moda, która prędzej czy później musi przeminąć. Tymczasem z owych paru komentarzy, jakie się tu pojawiły, wynika, że mój tekst był przecież całkiem jeszcze optymistyczny. W tej sytuacji pomyślałem sobie, że uzupełnię tamtą notkę paroma informacjami dotyczącymi fali, po której – mimo, że swego czasu była bezdyskusyjnie najpotężniejsza jak możemy sobie tylko wyobrazić – pozostało nam dziś już może tylko tych parę piosenek Janis Joplin i ewentualnie grób Jima Morrisona na paryskim Père Lachaise.
          Mam na myśli serię strajków na amerykańskich uniwersytetach pod koniec lat 60-tych, podczas których takie organizacje jak Black Students Union, Latin American Students Organization, Pilipino American Collegiate Endeavor, Filipino-American Students Organization, Asian American Political Alliance, czy zrzeszająca Amerykanów pochodzenia meksykańskiego grupa o nazwie El Renacimiento, zrzeszone w koalicji o nadzwyczaj spektakularnej nazwie Frontu Wyzwolenia Trzeciego Świata, przeprowadziły strajk do dziś uważany za najdłuższy studencki protest w całej historii Stanów Zjednoczonych. I nie trzeba nam nawet tego co się tam wyprawiało śledzić bardziej uważnie; wystarczy przejrzeć kalendarium tamtych wydarzeń, oraz być może jeszcze owe 10 plus 5 żądań  z jakimi strajkujący występowali, by choć na chwilę się uśmiechnąć i uwierzyć, że, jak w tym ruskim dowcipie, lepiej już było, a i tak po tych kilku latach te wszystkie ideały jasna cholera wzięła.
        A jeśli komuś wciąż mało, pragnę przytoczyć fragment z autora, o którym tu już parokrotnie była mowa, amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, który swego czasu opisał swoje spotkanie z pewną studentką, redaktorem studenckiej gazetki, która chciała się od niego dowiedzieć, jak mianowicie wyglądało naprawdę życie uniwersyteckie w czasach, gdy Greene miał okazję być jego aktywnym świadkiem i uczestnikiem. I oto, jak on tej dziewczynie odpowiedział, dzieląc swoją wypowiedź na osobne zakresy tematyczne:
Campus – nie było klasycznych, męskich czy żeńskich akademików. Zamiast tego w momencie rejstracji świeżo upieczony student był przypisywany do swojej komuny, gdzie pokoje nosiły specjalne nazwy takie jak ‘Farma Pokoju’, czy ‘Niebo Hanoi’. Zwykłe posiłki były zakazane, a nasza dieta składała się głównie z granoli oraz orzechów. Pieniądze były zakazane; wszyscy żyliśmy z uprawy warzyw, a wszelkie dobra materialne przekazywaliśmy Ludowi. Przez pełne cztery lata spaliśmy na podłodze, ponieważ uważaliśmy, że tak jest bardziej naturalnie, a poza tym będzie to stanowiło symbol solidarności z naszymi braćmi i siostrami w Trzecim Świecie. Bardzo często w jednym pokoju mieszkało nawet 15 osób. W drzwiach nie było zamków, ponieważ  wszyscy byliśmy piękni i ufaliśmy sobie wzajemnie.
Seks – Wszyscy studenci uprawiali seks publicznie nawet kilka razy dziennie, często na zewnątrz, w błocie. Nierzadko, student kończąc studia mógł się pochwalić nawet tysiącem partnerów. Tabletki antykoncepcyjne były dostarczane za darmo z wielkich pojemników rozmieszczonych w strategicznych punktach campusu. W lecie, gdy było bardzo ciepło, studenci na ogół chodzili nago, nawet na zajęcia.
Rodzice – Rodzice z naszego punktu widzenia równie dobrze mogli nie żyć.
Ubiór – sklepy z odzieżą, takie jak je znamy dziś, nie istniały. Głównie chodziło się w mundurach wojskowych, które można było bardzo łatwo zdobyć w różnych punktach na campusie. Studenci często malowali swoje twarze w barwy wojenne. Buty oczywiście były zakazane. Chodziło się wyłącznie boso.
Rasa – Społecznie było rzeczą o wiele bardziej akceptowalną być osobą czarną. W związku z tym, podczas roku akademickiego wielu studentów było czarnych, by stać się z powrotem białymi w czasie pobytu w domu na Święta Bożego Narodzenia oraz podczas wakacji. Ja na przykład byłem czarny od samego początku aż do czasu gdy otrzymałem dyplom i zacząłem szukać pracy.
Narkotyki – Wszyscy chodziliśmy wiecznie zaćpani. LSD było dostępne z kranów z wodą, a w drodze na zajęcia asystenci rozdawali nam marihuanę. Znajdujące się na campusie automaty oferowały meskalinę, barbiturany, oraz amfetaminę. Były również specjalne miejsca, gdzie można było nalać sobie szklankę wina, by spłukać tabletki. Piwo było zakazane. Student przyłapany na piciu piwa był automatycznie wyrzucany.
Polityka – Wszyscy oczywiście byliśmy komunistami.
Muzyka – Zewsząd, 24 godziny na dobę, grała głośna rockowa muzyka, również podczas zajęć.
Studia Zajęć jako takich nie było. Zamiast tego, każdego dnia gromadziliśmy się na zewnątrz, by wykrzykiwać obraźliwe słowa na temat prezydenta Lyndona Johnsona, podczas gdy nasi profesorowie gratulowali nam, że jesteśmy tacy  młodzi i cudowni. Wszyscy oczywiście otrzymywaliśmy najwyższe oceny tylko za to, że przyszło nam żyć w tak ekscytującym i pełnym ciekawych wydarzeń czasie”.
      Bardzo zabawne jest samo zakończenie felietonu Greene’a. Otóż pisze on tak:
 Strasznie to było dawno. Kiedy opowiadałem o tamtych czasach owej studentce, poczułem nostalgię. Ja mówiłem, ona notowała, by wreszcie powiedzieć, że musi wracać na campus.
 - Do widzenia - powiedziała.
 - Peace - odpowiedziałem”.
       Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli przyjąć, że Greene trochę się tu wygłupia, to ja już naprawdę zniosę nawet to nasze śmieszne LGBT, nawet jeśli ono będzie niesione na sztandarach Ruchu Wyzwolenia Krów.


     


czwartek, 21 listopada 2019

O przepastnych kieszeniach Adriana Zandberga


         Bardzo mi przykro, ale z powodu różnych zajęć, które mnie bardzo zdecydowanie odciągnęły od codziennych przyjemności, nie udało mi się obejrzeć ani jednego, choćby i najkrótszego fragmentu obrad Sejmu, podczas których premier Morawiecki wygłosił swoje expose, przedstawiciele opozycji owo wystąpienie solidarnie wyszydzili, by na zakończenie dnia Sejm większością głosów udzielił nowemu rządowi wotum zaufania. Owszem, dochodziły do mnie takie czy inne informacje, ale, jak się po raz kolejny już okazało, to czego nie obserwujemy na bieżąco, już po chwili traci swój urok i ostatecznie z tego dnia pozostały przy mnie zaledwie jakieś nieszczególnie istotne strzępy. Wiem dziś zatem, że przemówienie Premiera, choć bez zwyczajowego ognia, było bardzo dobre, Schetyna się skompromitował, Kosiniak-Kamysz wypadł stosunkowo blado, natomiast cały show ukradł Adrian Zandberg i to ukradł do tego stopnia, że w tym momencie to on jest, nie dość że prawdziwym liderem opozycji, to zdaniem niektórych w ogóle przyszłym premierem, prezydentem, a kto wie, czy nawet nie kimś na miarę Aleksandra Kwaśniewskiego, a więc w naszej dotychczasowej historii polityka bezdyskusyjnie najwybitniejszego. Czy Zandberg powiedział coś nadzwyczajnego, czy może wykonał jakiś gest, który go w jednej chwili przeniósł do historii? No, nie. Czegoś podobnego nie zasugerował póki co nikt, natomiast w zgodnej opinii zarówno polityków, dziennikarzy, jak i internetowych komentatorów, owo wystąpienie było absolutnie mistrzowskie pod względem retorycznym, merytorycznym, jak i ściśle politycznym. Zdaniem wielu, Zandberg tym jednym wystąpieniem pokazał się jako polityk pod każdym względem z krwi i kości.
       Poruszony ową atmosferą solidarnego podziwu, postanowiłem najpierw wysłuchać owego przemówienia od kropki do kropki, no a następnie, już po tym jak te niemal pół godziny dobiegły końca, sprawę odpowiednio skomentować. Jak mówię, wygłoszenie odpowiedzi na wystąpienie premiera Morawieckiego zajęło Zandbergowi dokładnie 25 minut i muszę przyznać, że z niego największe wrażenie zrobił na mnie moment na samym początku owego wystąpienia, kiedy to marszałek Terlecki zwrócił Zandbergowi uwagę, by wyjął rękę z kieszeni, a on ją grzecznie wyjął i już do końca nie bardzo wiedział co z nią zrobić, bo najwidoczniej wcześniej się do takiego rozwoju zdarzeń nie przygotował, no i ta ręka już mu tak przez te pół godziny dyndała.
       I tu jednak chciałbym się jednak na tej ręce i kieszeni na chwilę zatrzymać. Myślę że nie tylko ja znam ów lans, polegający właśnie na trzymaniu jednej reki w kieszeni spodni. My to znamy głównie może z zachowania Donalda Tuska, jednak jest to coś, co właściwie od samego początku III RP, ile razy pokazują się publicznie, robią niemal wszyscy. Nigdy do końca nie potrafiłem rozgryć sensu tej zagrywki, ale podejrzewam, że gdzieś na świecie któryś ze specjalistów od wizerunku wymyślił, że tego typu poza pozwala zyskać dodatkowe punkty, no i tak się to już ciągnie. Wygląda więc na to, że w tym wypadku, jeśli Zandberg okazał się od innych bardziej samodzielny, to tylko w ten sposób, że chcąc być lepszy od innych, zdecydował się na ten greps podczas wygłaszania wystąpienia w Sejmie. No i nagle marszałek Terlecki w jednej chwili potraktował go jak szkolnego głuptaska i mu dał po uszach.
        Szczerze powiem, że gdyby to na mnie wypadło, to bym najpierw się spalił ze wstydu, następnie wymamrotał krótkie „przepraszam” i zapadł się co najmniej na kilka tygodni pod ziemię aż wszyscy zajmą się innymi sprawami. Jednak nie Zandberg. Ten, jak przystało na nieustraszonego komunistę, ową przykrość przetrzymał i wygłosił wspomniane przemówienie, które mu zapewniło powszechne uznanie. Co zatem zawierała owa mowa? Co się tam znalazło poza tą krwią i kością prawdziwego polityka. Otóż proszę sobie wyobrazić, że nic. Ono od początku do końca stanowiło wyliczenie tego wszystkiego, co towarzyszy nam od czasu gdy w 1945 roku weszli tu Sowieci i zainstalowali we wszystkich najważniejszych punktach państwa dziadków i ojców Zandberga, i ich ideowych promotorów. A więc zdaniem Klubu Lewicy, skandalem jest, że nie ma w Polsce (wymieniam kolejno razem z Zandbergiem):
- tanich mieszkań dla każdego;
- dobrze dofinansowanych publicznych szpitali;
- naprawdę bezpłatnej służby zdrowia i naprawdę bezpłatnej edukacji;
- bezpieczeństwa na ulicach;
- szacunku dla pracownika;
- wysokich pensji dla urzędników i nauczycieli;
- dialogu społecznego;
- tanich mieszkań dla każdego;
- tanich mieszkań dla każdego;
- dobrej ustawy reprywatyzacyjnej;
- lekarzy;
- pielęgniarek;
- ratowników medycznych;
- pieniędzy dla niepełnosprawnych dzieci;
- pieniędzy na szpitale i szkoły;
- podatków dla wielkich korporacji;
- czystego powietrza;
- taniej żywności;
- czystego środowiska;
- wolnych i uczciwych sądów;
- pieniędzy na służbę zdrowia;
- wszystkich leków na receptę z 5 złotych;
- wysokich płac w budżetówce;
- wysokich płac w szkolnictwie;
- wypoczętych i dobrze zarabiających pielęgniarek;
- sprawiedliwych płac w sektorze prywatnym;
- równości kobiet i mężczyzn;
- wysokich płac dla wszystkich;
- pieniędzy na badania i rozwój;
- nowoczesnych samochodów;
- normalności;
- wolności i tolerancji religijnej;
- praw kobiet;
- wolności seksualnej.
       I to tyle. Daje uczciwe słowo honoru, że tam nie ma nic więcej. Przez owe 25 minut z małym hakiem Zandberg wyłącznie wylicza nieszczęścia, które dziś w Polsce wyliczyć przeciwko rządzącym mógłby dosłownie każdy. Morawiecki przeciwko Kopacz, Kopacz przeciwko Kosiniakowi, Kosiniak przeciwko Czarzastemu, Czarzasty przeciwko Wiośnie, Bosak przeciwko Morawieckiemu i tak w kółko. To jest lista mniej lub bardziej urojonych, a często też jak najbardziej prawdziwych obserwacji, które można poczynić, kiedy patrzy się na Polskę, która przez praktycznie pełne 70 lat była pod butem komunistów, postkomunistów i postkomunistycznych liberałów. I oto przed nami staje ten Żyd, którego rodzice zostali wyrzuceni z Polski przez system, który on nagle wspólnie z tymi wszystkimi bolszewickimi niedobitkami próbuje odtworzyć, i kieruje pretensje do premiera Morawieckiego, że ludzie w Polsce za mało zarabiają i nie stać ich na tanie i ładne mieszkanie? To jest bezczelność jakiej świat nie widział. Oto ten młody komuch staje przed nami i machając czerwoną flagą z sierpem i młotem obiecuje nam lepszą, bardziej sprawiedliwą, no i bardziej zamożną przyszłość, a my się ślinimy z podziwu, że jaki to on wymowny i w owej wymowności przekonujący?
       Adrian Zandberg. Człowiek, który wraz z bandą starych bolszewików, został wyciągnięty z niebytu jedną ręką przez Donalda Tuska, a druga przez Grzegorza Schetynę i próbuje nas przekonać, jak to w Polsce jest źle, bo nie ma elektrycznych samochodów, wielkie korporacje rozkradają nam budżet, ale jak on zostanie premierem, to wszystko postawi na nogi. Jak mówię, to jest bezczelność nie do opisania.
       Nie wiedziałem przemówienia Mateusza Morawieckiego, nie słuchałem, co na jego temat miał do powiedzenia Jarosław Kaczyński; nie interesuje mnie już nawet to, jakie zdanie w tej kwestii mają prawicowi komentatorzy; mało tego – mam głęboko w nosie, czy ministrem sprawiedliwości pozostanie Ziobro, czy zastąpi go Gowin. Jak widzę i słyszę tego Zandberga, to interesuje mnie już tylko jedno, żeby ktoś przyszedł i obciął mu tę rękę, którą marszałek Terlecki kazał wyjąć z kieszeni, zanim on uzna, że może lepiej ją włożyć do mojej.


piątek, 26 stycznia 2018

Dlaczego komuniści nie obchodzą urodzin Hitlera?

Ponieważ obawiam się, że sprawa nazistowskich korzeni rządu Prawa i Sprawiedliwości już lada chwila przestanie być częścią bieżącego przekazu medialnego, mamy dziś być może już ostatni moment, by przedstawić tu mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. A zatem zapraszm na parę uwag na jeden z tych kompletnie nieistotnych tematów, w służbie kompletnie nieistotnych celów. 

      Jesteśmy pod wrażeniem reportażu telewizji TVN, który w minionych dniach tworzy główny przekaz medialny – być może jedynie z wyjątkiem telewizji TVP, realizującej kompletnie inne cele, niż szczucie na Polskę z powodu jej rzekomo powszechnie znanych faszystowskich sympatii – a ja nie mam najmniejszych problemów z tym, by przyznać, że, owszem, widok tych durniów przebranych w mundury SS na tle płonącej swastyki dał mi wiele do myślenia. Ja znam bowiem emocje, jakie od lat ujawniają niekiedy wyznawcy ideologii Wielkiej Polski i, powiem szczerze, że niekiedy staram się ich rozumieć, no ale to by oni nagle uznali, że droga, która ich prowadzi do celu wiedzie przez hitlerowskie Niemcy, robi na mnie wrażenie co najmniej prowokacji, i to wręcz wyjątkowo taniej.      
      Oglądam jednak wspomniany reportaż, przyglądam się medialnym relacjom i wiem, że to co pokazuje TVN, to nie fikcja, a oni chyba faktycznie żyją i mają się całkiem dobrze. Oni faktycznie osiągnęli stan, gdzie muszą spotykać się gdzieś w tym lesie pod Wodzisławiem Śląskim i stojąc na tle płonącej swastyki śpiewać piosenki na cześć Adolfa Hitlerra, który podobno prywatnie był bardzo porządnym człowiekiem, nie pił, nie przeklinał, a kobiety i zwierzęta traktował po ludzku.
      A zatem, wygląda na to, że to co dziś czeka tych durniów – powtarzam ów epitet, bo nie umiem znaleźć na to co oni wyprawiają innego słowa – a więc przede wszystkim delegelalizacja, a dalej już tylko bardziej konkretne kary, jest nam bezwzględnie potrzebne. Nie mogę jednak przy tym nie zauważyc czegoś, o czym w tym całym zamieszaniu akurat się nie bardzo rozmawia. Otóż gdy chodzi o zarzut tak zwanego „propagowania” ideologii nazistowskiej, to ja owo „propagowanie” nie bardzo zauważam, o ile oczywiście nie uznamy, że sytuacja, gdy ciemną nocą, w całkowitej konfidencji, w lesie niedaleko Wodzisławia Śląskiego zbierze się grupka miejscowych wariatów po to by obchodzić urodziny Adolfa Hitlera, stanowi coś, co możemy uznać za propagowanie. To, przepraszam bardzo, ale już bardziej bym zarzucił propagowanie ideologii nazistowskiej telewizji TVN, bez której zaangażowania niektórzy z nas nie wiedzieliby nawet, kto to był ten cały Hilter.
      Podobnie zreszta, jak zarzuciłbym telewizji TVP propagowanie komunizmu, gdyby oni nagle, w ramach politycznej retorsji wobec lewej strony, postanowili się wkręcić w imprezę organizowaną potajemnie w Warszawie przez młodych polskich komunistów, ewentualnie w Sosnowcu lub Dąbrowie Górniczej przez starych polskich komunistów, na których inna już kompletnie banda – pozwolę sobie trzymać się tego określenia – durniów śpiewa piosenki na cześć Stalina. Bo aby wiedzieć, że tak się dzieje, wystarczy mieć świadomość jak najbardziej legalnej działalności tak zwanej Komunistycznej Partii Polski, która na swojej stronie internetowej głosi chwałę Wielkiej Rewolucji Październikowej i jej lidera, Włodzimierza Lenina.
     I proszę mi nie mówić, że tu sprawa jest czysta. Tamci też nie wzywają do budowania komór gazowych.


Zapraszam jak zawsze do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Polecam jak najszczerzej. 

środa, 22 lipca 2015

I zawsze śmierć, jej żywy krok

Jednym z miejsc w Budapeszcie, których nie wolno nie odwiedzić jest oczywiście tak zwane Muzeum Terroru, gdzie każdy kto życzy sobie poznać najnowszą historię narodów, które miały to nieszczęście, by najpierw przejść przez czasy niemieckiej okupacji, a następnie przez nieszczęścia komunizmu. Dwie rzeczy uderzają, kiedy już kupi się ten bilet i minie ten sowiecki czołg, który jest do obejrzenia za darmo, jak te niedźwiedzie w warszawskim zoo: pierwsza to ta, że tu nie ma mowy o jakichkolwiek żartach, kabaretach i wesołych anegdotach z czasów minionych, a druga, że to muzeum to jest kawałek absolutnie profesjonalnej roboty. Miałem dwa razy okazję oglądać Muzeum Powstania Warszawskiego, byłem też bardzo niedawno w Muzeum Polskich Żydów i powiem szczerze, że nie ma sposobu by jedno i drugie próbować porównywać do budepesztańskiego Muzeum Terroru. Przepraszam bardzo ale to jest kosmos.
Nie będę przedstawiał tu tego wszystkiego co tam widziałem i przeżywałem, bo uważam, że każdy z nas powinien znaleźć okazję, by pojechać na Węgry i postarać się zwiedzić to miejsce, natomiast chciałbym tylko zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Węgrzy okresu komuny w żaden sposób nie traktują jak okazji do wesołych wspomnień, a wszelkich związanych z tamtym czasem pamiątek, jako elementów nowej popkultury. A zatem, podejrzewam, że gdyby któremuś z nich pokazać polską knajpę pod nazwą na przykład „Słodycze PRL-u”, gdzie cały wystrój sali oparty jest na socrealistycznej estetyce, ten ktoś mógłby się bardzo zdziwić. Na Węgrzech to całe nieszczęście pozostaje nieszczęściem i tylko nieszczęściem.
I to jest refleksja pierwsza. Druga z nich jest związana z niejakim Matiasem Rakosim, czy może lepiej, jak to wolą Węgrzy, Rakosim Matiasem, jednym z największych i najbardziej okrutnych zbrodniarzy, jaką w całej swej historii nosiła święta ziemia. Otóż kiedy się przechodzi przez owo nieprawdopodobne wręcz muzeum, można odnieść wrażenie, że tak naprawdę owe czasy terroru to są tylko oni – ten łysy człowiek bez szyi i jego skośnooka żona. Ponieważ tam większość informacji jest podana w języku węgierskim, nie jest łatwo się zorientować, z kim tu mamy do czynienia, jednak obecność tego Rakosiego na każdym niemal kroku, czy to w postaci wielkich socrealistycznych obrazów, czy zdjęć, czy starych filmów, czy oryginalnego modelu samochodu, którym on jeździł, a wszystko to w kontekście absolutnie nie skłaniającym do relaksu, wskazuje, że tak naprawdę węgierska pamięć jest splątana na zawsze wokół tych dwojga ludzi – owego Rakosiego i jego żony gdzieś z dalekiej Jakucji.
Ponieważ od kilku dni wciąż mam te Węgry w głowie, staram się nadrobić wszelkie braki, jakie nazbierały mi się przez całe życie i oto znajduję informację, że ów Rakosi, wywieziony przez Sowietów z Węgier w roku 1956 nigdy już nie wrócił do kraju i zmarł na owym szczególnym wygnaniu w mieście Gorki w 1971 roku. Czytam też że w roku 1970 komunistyczne władze Węgier wydały Rakosiemu zgodę na powrót do ojczyzny, pod warunkiem, że nie będzie się angażował w politykę – co też musi świadczyć o jego szczególnym statusie! – jednak ten im bardzo wyraźnie pokazał, gdzie jest jego prawdziwa ojczyzna i już tam w tym Gorkim został.
Czytam też, że po jego śmierci, skutkiem starań czy to rodziny, czy przyjaciół, czy politycznych wyznawców, prochy Rakosiego zostały sprowadzone na Węgry i spoczęły w na budepesztańskim cmentarzu Farkasrét, jednak jego grób do dziś jest oznaczony jedynie inicjałami, w obawie przed tym, że ktoś przyjdzie i najpierw zrówna go z ziemią, a potem się na niego wysra. Póki co jednak, wystarczy spojrzeć na poniższe zdjęcie, by się przekonać, że ktoś bardzo dba, by temu złu nie stała się najmniejsza krzywda.
I taka to historia. Co ona nam mówi? Sam się zastanawiam.



Przypominam, że ostatnie już egzemplarze książki „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać pod adresem toyah@toyah.pl. Dedykacja w cenie. Polecam serdecznie.

niedziela, 6 maja 2012

Żydokomuna, czyli jak zrobić geszeft na Polakach

Otrzymałem ostatnio prezent od pewnego kolegi. Książkę. Książka jest gruba i przez to, że ma wyraźną czerwoną okładkę i duży czarny tytuł, rzuca się w oczy. Tak się składa, że u nas w domu książek jest bardzo dużo. Tak się składa, że właściwie w każdym pokoju, choćby i w kuchni, są półki, a na tych półkach leży pełno książek. Książki się przez te półki przelewają, i nie ma już dla nich miejsca, a więc one leżą na stole, na biurku, na pianinie, na szafie, na komodzie, czasem na podłodze – wszędzie. Czasem się zastanawiam, po ciężką cholerę myśmy tyle tego nazbierali i odpowiedzi nie znajduję. Fakt pozostaje faktem. Te książki nas zalewają.
No i teraz, na domiar złego, dostałem właśnie ten prezent. Ową grubą, czerwoną książkę, z wielkim czarnym tytułem i teraz, wśród wszystkich innych książek, leży i ona, i czeka aż znajdziemy też dla niej miejsce. Leży sobie albo na stole, albo na stoliku, albo na komodzie, i ile razy ktoś przychodzi na wizytę, ona mu natychmiast wpada w oko – bo, jak mówię, jest gruba, no i ma tę wielką, czerwono-czarną okładkę – i reakcja jest zawsze jedna: uniesione brwi, ironiczny uśmiech, i dyskretna zmiana tematu. O co chodzi? Oczywiście nie o te kolory, lecz o ów wielki czarny tytuł: „Żydokomuna”.
Moja reakcja jest również zawsze taka sama, a więc wzruszenie ramion i krótka informacja: „Śpiewak. Paweł Śpiewak”. I wtedy – niemal zawsze – każdy z naszych inteligentnych znajomych bierze książkę w ręce ponownie, zagląda raz jeszcze – tym razem uważniej – na okładkę, i z mądrą miną zaczyna przerzucać kartki. Bo tym razem już sprawa jest czysta. To nie jest jakieś toruńskie gówno. To sam Paweł Śpiewak. Człowiek z samego Krakowa. I to nie z tamtego Krakowa, ale z Krakowa tego.
Przeczytałem tę książkę, i już wiem, dlaczego Paweł Śpiewak ją napisał. Otóż on ją napisał prawdopodobnie w podwójnym celu. Pierwszy, bardzo ważny, żeby poinformować wszystkich zainteresowanych, że z jego naukowych badań wynika, że czegoś takiego, jak żydokomuna w ogóle nigdy w Polsce nie było. I to wcale nie najbardziej dlatego, że u nas nie było Żydów, lub że Żydzi nie wstępowali zbyt chętnie w szeregi partii komunistycznej, ani też nawet nie dlatego, że to nie Żydzi właśnie tworzyli trzon kierownictwa komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Ależ nie. To akurat jakoś się tam potwierdziło, natomiast zdaniem Śpiewaka nie mamy prawa mówić o żydokomunie, bo każdy Żyd, który zostawał się komunistą, natychmiast wyrzekał się swojego żydostwa. A więc, jeśli działo się coś złego, to nie przez Żydów, lecz przez zwykłych tępych komunistów, którzy Żydami być nie chcieli.
To powód pierwszy, dla którego Śpiewak wydał tę książkę. Ważny, jednak, jak sądzę, nie najważniejszy. A zatem nim się nie będę w ogóle tu zajmował. Zwłaszcza że się na tym kompletnie nie znam, a myślę również, że z pewnością lepiej będzie, jak na ten temat Śpiewak porozmawia sobie z Michnikiem. Mogą nawet tę debatę przeprowadzić w wielkim basenie z kisielem. Znacznie ważniejsza wydaje się w tym wypadku bowiem chęć, by tę „Żydokomunę” sprzedać i coś tam na niej zarobić. A zatem, powody są, jak zwykle, bardzo podstawowe i naturalne, natomiast jak idzie o egzotykę, ona jest już drugorzędna. Czy ja mam do Śpiewaka pretensje, że on myśli o pieniądzach? Ależ w życiu! Ja sam, na przykład, ostatnio zwłaszcza, o pieniądzach myślę nieustannie, a więc wszystko świetnie rozumiem. A więc pretensji nie mam. Dlaczego jednak myślę, że Śpiewak ostatnio bardzo potrzebuje podreperować swoją sytuację finansową? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę wrócić do okładki.
Oto przed mną duża czerwona okładka, wielki gruby napis „Żydokomuna” i gdzieś w kącie, maleńkimi literkami napisane nazwisko autora. Moim zdaniem, ten rodzaj wystawy jest wręcz rewolucyjny. Podejrzewam, że zgadzając się na to, by jego książka – przypominam, poświęcona udowadnianiu, że coś takiego jak żydokomuna to głupi mit – miała taki tytuł i taką okładkę, Paweł Śpiewak otworzył bardzo szeroko drzwi do czegoś całkowicie nowego. Mam bowiem bardzo silne podejrzenie, że już niedługo, taki Dawid Warszawski na przykład wyda książkę pod tytułem „Pod żydowskim butem”, Seweryn Blumsztajn coś, co zatytułuje „Pejsy unurzane w polskiej krwi”, a Lejb Fogelman wspomnienia zatytułowane sprytnie i po prostu „Żydowskie zbrodnie”. Wydadzą ci państwo te swoje ksiązki, wystawią je w księgarniach w całej Polsce, a jak ktoś będzie na tyle nieprzytomny, by za nie zapłacić żywą gotówką, przeczyta sobie, że to tylko taka ironia, bo tak naprawdę najgorsi byli Polacy.
Za Żydami pójdą oczywiście komuniści z przejściowymi kłopotami finansowymi, i taki Leszek Miller dajmy na to napisze coś pod tytułem „PRL - czas zbrodni i pogardy”, a Czesław Kiszczak wyda wywiad rzekę i nada jej tytuł „Zabijałem w imię czerwonej gwiazdy”.
I kiedy oni wszyscy się wreszcie odkują, otrzepią swoje spracowane dłonie i otworzą flaszkę za zdrowie tego głupiego Polactwa, na które, jak się okazuje, zawsze można było liczyć.

Jak wiemy, moja poprzednia książka nie była zatytułowana „Lizanie cipki”. Przygotowuję kolejną, i ona też będzie zatytułowana w sposób bardziej adekwatny. Czy to mi da jakieś pieniądze? Mam nadzieję, że tak. Bo jeśli nie – to po mnie. Póki co, proszę o wsparcie. Każde, a ja obiecuję, że pozostanę uczciwy do końca. Dziękuję.


niedziela, 24 października 2010

Linijki

Wczoraj przydarzyła mi się niezwykle ciekawa przygoda. Rozmawiałem z kimś bardzo mi bliskim, kto - tak się złożyło - zażyczył sobie niedawno, żebym go na tym blogu nie identyfikował. Nie ze względu na jakieś szczególne towarzyskie obawy, ale na zwykle obrzydzenie do tego, co tu powstaje. Ponieważ, jak mówię, jest to ktoś bardzo mi bliski, podzieliłem się z nim odpowiednią refleksją co do faktu nagłej utraty przez mnie większej części mojej pracy. Ów mój znajomy na tę informację zareagował z życzliwym uśmiechem i kilkoma szczerymi zdaniami: "Dostałeś za tego swojego bloga. I bardzo dobrze. Okazuje się, że państwo jednak działa".
Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, reakcja ta ucieszyła mnie. Choćby z tego względu, że zawsze jest lepiej wiedzieć, że kiedy się obrywa, to było za co, niż żyć w przykrej niewiedzy i zadręczać się tym głupim pytaniem: dlaczego?. No a przede wszystkim może przez to, że skoro nas jest już dwóch, to znaczy, ze nie koniecznie cierpię na paranoję. A to też już coś jest, prawda?
Dziś siedzę od rana i przerzucam stare teksty z Salonu na ten blog. I w pewnym momencie wpadł mi w oko wpis z maja 2009 roku, który zrobił na mnie wrażenie tak świeże, tak idealnie odpowiadające i temu co mnie niedawno spotkało, i temu wczorajszemu komentarzowi, a i w ogóle kierunkowi, w jakim nasza Polska dziś próbuje zawzięcie zmierzać, że pomyślałem, że go wkleję z dzisiejszą datą. Niech Wam będzie na zdrowie. Nazywał się bardzo ładnie i skromnie: Linijki.


Jak idzie o absolutnie przeważającą część dziedzin wszelkich, jestem klasycznym ignorantem. Bez względu na to, czy coś mnie pasjonuje, czy zaledwie interesuje, czy jest mi to coś całkowicie obojętne, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że moja wiedza na dany temat jest wyłącznie empiryczna i nie podparta niczym innym jak doświadczeniem, wiarą i przekonaniem. Niedawno ktoś na mnie nakrzyczał, że moje uwielbienie dla malarstwa Picassa jest chore, bo Picasso to dno i oszustwo. A ja nawet nie potrafię się bronić, bo jedyne co na temat Picassa jako artysty mogę powiedzieć, to to, że kiedy widzę jego obrazy, to staję jak wmurowany i drżę. No ale to bardzo mało, prawda?
I tak jest właściwie z całą resztą wszystkiego co nas otacza. Nawet na piłce nożnej się nie znam. Nie wiem, dlaczego ci którzy wygrali, byli lepsi i w czym byli lepsi, a co powinni byli robić, żeby wygrać jeszcze wyżej. Mecz mi się albo podobał albo nie i na tym ja swoje wystąpienie w sprawie footballu kończę. Słucham piosenki i piosenka mi się albo podoba, albo nie. Czytam wiersz i albo jestem wzruszony, albo nie. Kiedyś Gore Vidal chyba napisał, że to, czy wiersz jest dobry czy nie, zależy od liczby tzw. dobrych linijek. Czytasz linijkę i myślisz sobie – w porządku jest! Im ich jest więcej, tym oczywiście lepiej. I tak jest – w moim przypadku – ze wszystkim. Patrzę na linijkę – jedną, drugą, trzecią – i wiem.
Blog który prowadzę jest blogiem politycznym, a więc większość tego co tu piszę obejmuje i troszeczkę sprawy społeczne, i kwestie historyczne, niekiedy problemy ekonomiczne, i oczywiście każde słowo jakie wypowiadam ma wartość wyłącznie o tyle, o ile wartość ma moja intuicja i umiejętność perswazji. Jeśli ktoś zechce ze mną dyskutować z pozycji eksperta, to ja się natychmiast poddaję, choćby z tego względu, że nie mam nawet odpowiedniego słownika, żeby prowadzić poważną, kompetentną rozmowę. Dziś mam kłopot szczególny, ponieważ wpadło mi do głowy parę refleksji, którymi bardzo się potrzebuję podzielić, a które wymagają pewnej wiedzy. A tej, jak mówię, mi brakuje. Mam tu na myśli mianowicie coś, co nawet nie wiem jak się nazywa. Ja na to coś zawsze mówiłem ‘komuna’. Ale prawdopodobnie chodzi tu bardziej o marksizm, albo jakiś inny leninizm, czy – ostatnio – postliberalizm. A z tym nie ma żartów. To jest poważna wiedza i – o ile mi wiadomo – istnieją nawet specjalne w tej kwestii studia i kontrowersje.
Nie mam jednak wyjścia. Muszę coś powiedzieć. Proszę posłuchać. Otóż chodzi o to, że – o ile się nie mylę – zanim komunizm się zmaterializował w postaci sowieckiego państwa, jego przyczółków, tych dziesiątek milionów ofiar i tego całego – czasem całkiem trywialnego – nieszczęścia, to istniała teoria. Wszystko co miało później nastąpić, zostało najpierw wykoncypowane, następnie jakoś tam przedyskutowane i w końcu zapisane na papierze. Znów – o ile się nie mylę – pomysł był taki, że Boga nie ma, a to że niektórzy postanowili ten przesąd utrzymywać, wynikało z czystej chęci zaszkodzenia człowiekowi. Religia – wedle tej teorii – służyła wyłącznie trzymaniu społeczeństw za pysk i wykorzystywaniu dobrej natury człowieka do jego faktycznego gnębienia.
A zatem, teoretycy tego nowego podejścia do świata i człowieka, kierując się naturalnie najlepiej pojętym interesem jednego i drugiego, postanowili, że świat może być sprawiedliwy, a człowiek szczęśliwy za sprawą paru szybkich i odpowiednio przemyślanych posunięć. Jakie to miały być posunięcia, nie za bardzo się orientuję, ale to co się liczyło, to cel. A cel był następujący: Człowiek ma być wolny, ma mieć wszelkie możliwe szanse na rozwijanie swoich talentów, ma mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, a jak już zaspokoi głód i podstawowe potrzeby, będzie miał czas na rozrywkę i przyjemności. Ponieważ dzięki mądrościom i talentom zdolnych i wykształconych ludzi, korzyści spływają na cały naród, teoretycy nowych czasów wymyślili też, że nauka będzie dostępna dla wszystkich, oczywiście będzie darmowa, a jak ktoś zachoruje, to – naturalnie – państwo zrobi wszystko, żeby choremu pomóc, bo zdrowie obywatela przekłada się w sposób oczywisty na zdrowie narodu. Nie wiem, co na temat moich wynurzeń sądzą w tym momencie wykształceni przedstawiciele Krytyki Politycznej, ale – jak sądzę – nie powinno być najgorzej. Tak to wyglądało, prawda?
To wszystko jednak była tylko teoria. Kiedy przyszło do jej wdrażania, na pierwszy ogień poszła religia. Nie można instalować bowiem systemu społecznej sprawiedliwości i naturalnego szczęścia, dopóki istnieją jakiekolwiek czynniki ograniczające wolność człowieka i jego aspiracje. A zatem, z jednej strony zaczęto likwidować wszelkie elementy starej wiary, a z drugiej, zamiast niej – wiedząc, że człowiek jednak potrzebuje jakiegoś rytuału – wprowadzać najróżniejsze akcenty, tworzące wciąż religię, tyle że religię nowego typu. A więc zamiast Watykanu, pojawiła się Moskwa, zamiast papieża – Pierwszy Sekretarz KPZR, a już niżej te wszystkie komitety partii zamiast parafii, ci urzędnicy zamiast księży i te uroczystości zamiast Mszy Świętej. Te pieśni, te gesty, te wyznania wiary, te pasowania na młodzików, te cywilne śluby, te uroczystości nadania imienia, zamiast chrztu. Lata mijały, a rezultat był tak, ze z tego wszystkiego zostały tylko te gesty i od czasu do czasu butelka wódki i goździk. A wokół miliony trupów.
Dziś właściwie komunizmu już nie ma. Nie zostało z niego nic. Ani tych obietnic o dobrym życiu, ani tych świąt, a i goździki też jakoś wyparowały. Zostało natomiast to co najbardziej ludzkie i wieczne – zwykłe pragnienie sprawiedliwości i nadzieja na to, że kiedyś będzie lepiej. Naiwne przekonanie, że jeśli ktoś ma jakieś pożyteczne dla ogółu zdolności i nie jest przy tym skończonym leniem, to będzie mógł utrzymać i siebie samego i rodzinę, a na starość nie będzie musiał żyć na łasce swoich dzieci. To pozostało.
Niestety, również, okazało się, że nawet jeśli stary system runął, to z całą pewnością stworzył swoją przedziwną kontynuację. Na miejscu starej komuny, pojawiło się coś co w dość przerażający sposób potwierdza teorię, że historia się powtarza w postaci swojej karykatury. Otrzymaliśmy więc nowy projekt, którego nazwy nie znam i co do którego, nawet nie mam przekonania, czy on jest bytem realnym, a nie tylko moim złudzeniem. Ale rozglądam się, staram się wyciągać wnioski i nie mogę nie zauważyć, że jednym z bardzo widocznych elementów nowego systemu jest uparte przekonanie, że religia to zwykłe zawracanie głowy, a jeśli ktoś ma wątpliwości, niech sobie popatrzy, jak te wszystkie kościelne porządki przypominają stare, partyjne pomysły. Przecież to jest, panie, dokładnie to samo! On nawet padają na kolana przed obrazami!
I to uważam za najbardziej niezwykłe, najbardziej spektakularne osiągnięcie ateistycznego komunizmu. Wmówienie bardzo wielu, z pozoru niekiedy zupełnie inteligentnym ludziom, że to co dla człowieka zawsze było tak bardzo naturalne – mianowicie wiara w zbawienie i miłość do Boga – to śmiechu warta parodia komunizmu. Spójrzmy troszkę wokół siebie. Przysłuchajmy się, co niektórzy ludzie mówią o Kościele, o księżach, o zasadach, o przebaczeniu, o Komunii Świętej, o Sakramencie Pokuty, o żalu z grzechy. Jak wielu z nich i jak często, twierdzi, że wszystko to co zawsze było tak prawdziwe i tak ludzkie, jest wyłącznie kalką z komuny. To jest właśnie ten sukces. Wykształcenie nowego, nowoczesnego człowieka, który świetnie wie, co jest życiem, a co jedynie przesądem i jeśli się da nabierać, to wyłącznie dla swojej własnej przyjemności.
A więc tu mamy do czynienia z kontynuacją. Cała reszta, to już pełna modyfikacja. To co przyszło po Marksie, po Leninie, po Stalinie, po tych gułagach, po tym głodzie, po tych zabójstwach – i w majestacie prawa i ot tak sobie – nie dość że nie przyniosło realizacji tych starych obietnic, ani choćby zapowiedzi nowej sprawiedliwości i nowego szczęścia, to wręcz poinformowało nas, że sprawiedliwość i szczęście to też zabobony. To co przyszło po, już nic nie obiecuje. Wyłącznie apeluje, przestrzega, grozi, a jeśli ktoś nie chce słuchać, ten zostaje zwyczajnie zignorowany. To co przyszło po, przede wszystkim mówi, że nic nie jest gwarantowane, nic się nikomu nie należy i że jeśli człowiek zdycha, to pretensje może mieć wyłącznie w stosunku do siebie. To co przyszło po – ja nie wiem jak się to nazywa, bo, jak mówię, nie znam się – nikomu już nic nie każe. Jedynie sugeruje. Że jak się chce żyć, to trzeba sobie radzić. Jak ktoś chce tracić czas na religię, czy zwykłe marzenia, to jego sprawa. Ale ma przy tym wiedzieć, że skoro sobie nie wiadomo co wyobraża, to jest zwykłym komunistą. Jeśli mówi o sprawiedliwości – jest komunistą. Jeśli mówi o prawach człowieka – jest komunistą. Jeśli mówi o biedzie, o strachu przed utratą pracy, o prawach ludzi słabych i wykluczonych – jest oczywiście też komunistą. A jak jeszcze te swoje dziwne pretensje zechce zamanifestować publicznie, to dostanie gazem pieprzowym po oczach, pałą po dupie, ewentualnie pięścią w mordę, a na sam koniec zostanie opisany przez światłą opinię publiczną jako chuligan – komunista. Oto nowe czasy. Już na samym początku tego tekstu zastrzegłem, że jestem bardzo kiepskim fachowcem, jeśli idzie o świat i jego zagadki. Widzę jednak, że tamto coś jeszcze na samym swoim początku przerodziło się w terror i zbrodnię, a później już tylko stopniowo gniło. I że gnijąc, stało się nawozem dla powstania prawdziwego potwora. Powstał świat – podobnie jak wcześniej – bez Boga, ale również bez jakichkolwiek obietnic i w rezultacie bez nadziei. I zalecenie – żadnych przesądów, poszło jeszcze dalej. Żadnych marzeń. Żadnych obietnic. Tylko nauka i praca. A to co zostanie, to już wyłącznie będzie zależeć od szczęścia i troszeczkę od nas. Nagle się okazało, że skoro już się nie musimy modlić, to też możemy mieć możliwości utrzymania siebie i swojej rodziny, albo nie. Możemy mieć czas na rozrywkę i przyjemności, albo nie. Możemy się uczyć, albo i nie. A jak ktoś zachoruje, to państwo – tak jak kiedyś – zrobi wszystko, żeby choremu pomóc. Ale może też i nie pomoże, a w tej sytuacji niech ten chory pomaga sobie sam. Ewentualnie może pójść do wróżki, żeby się dowiedzieć, jakie są perspektywy.
No i zostali ludzie i ich dzieci. Wierni wyznawcy tej zamierzchłej już teologii ateistycznego komunizmu. Wieczne ofiary tego przedziwnego eksperymentu. Znakomici uczniowie swoich dawnych mistrzów. Dokładnie ci sami, tyle że dziś nazywający się prawicą, a nie lewicą. To są właśnie ci, którym wystarczy pamiętać o dwóch rzeczach. Pierwsza z nich to ta, że marzenia o sprawiedliwości to komunistyczna utopia, a druga – że Boga nie ma.
I nagle słyszę, jak oni na mnie mówią, że jestem homo sovieticus.

wtorek, 17 listopada 2009

O budowniczych kłamstwa raz jeszcze

Zupełnie nie wiem, jak to się stało. Zdawało mi się, że całą sprawę zawłaszczania języka przez nieszczere i podłe interesy mam dobrze rozpoznaną, a tymczasem okazuje się, że popełniłem błąd, który – choć mały – w znacznym stopniu osłabia wymowę i mojego poprzedniego wpisu, ale również wpisów poprzednich, a związanych z tematem. O co chodzi? Rzecz jest prosta. Ponieważ się trochę poleniłem, uznałem, że jeśli ludzie, będący naturalnymi spadkobiercami wszystkiego co złe, właśnie przez swoje życiowe, czy choćby intelektualne związki z czymś co dobrzy ludzie nazywają ‘czerwoną zarazą’, w stosunku do tych, którzy całe swoje życie i wszystkie swoje emocje poświęcili na sprzeciw wobec tego zła, kierują takie obelgi jak ‘bolszewik’, ‘komunista’, ‘czerwony’, ‘socjalista’, ‘lewak’, to za tym kryje się wyłącznie chaos, lub – w najlepszym wypadku – zwykła dziecięca złośliwość. Uznałem, że jeśli ktoś, w złych zamiarach nazywa mnie ‘socjalistą’ lub ‘lewakiem’, to nie dlatego, że uważa mnie szczerze za lewaka i socjalistę, ale wyłącznie dlatego, że uznał, że tego typu obelgi mnie zranią. Ewentualnie – myślałem sobie – może chodzić o takie zjawisko (zapewne dobrze zbadane przez psychologów), z jakim mamy do czynienia wtedy, gdy niedobrzy ludzie na kogoś, o kim uważają, że czuje niechęć do Żydów, wołają „Żyd!”, albo na kogoś kto nie lubi bardzo homoseksualistów, krzyczą „Pedał!”. Pamiętam, na przykład, jak kiedyś przed laty w Warszawie, ujrzałem wywieszony na murze plakat zapowiadający spotkanie z Antonim Macierewiczem, na którym jakiś głupek nabazgrał właśnie słowo „Żyd”. Tak jakby sobie pomyślał, że Macierewiczowi to sprawi ból. A więc – i chaos i szczeniactwo.
Skoro już jestem przy temacie, proszę zwrócić uwagę jak chętnie w niektórych środowiskach wymyśla się Polakom od urodzonych antysemitów. Polakom, którzy umierali za swoich żydowskich sąsiadów, którzy przez całe wieki tworzyli najbezpieczniejszą w świecie przystań dla tych, których już nigdzie nikt nie chciał. I właśnie to Polacy są najchętniej opisywani, jako antysemici. Jest to przy tym jednak przynajmniej dowód na to, że akurat my tu jesteśmy czyści jak złoto. Jestem przekonany, że gdybyśmy rzeczywiście byli nastawieni tak okropnie antysemicko, międzynarodowa propaganda nie mówiłaby na nas inaczej jak „Żydzi!” Zwyczajnie. Żeby nam dokuczyć.
A więc napisałem sobie swoją polemikę z FYM-em i właśnie wtedy, gdy wydawało mi się, że wszystko jest jasne, w swoim króciutkim komentarzu, bloger yarc zwrócił uwagę na bardzo interesującą rzecz. Otóż przypomniał mi on, że ‘bolszewikami’ swoich przeciwników politycznych, jeszcze w kontraktowym sejmie, nazwała Izabella Sierakowska – jak wszyscy pamiętamy – komunistka. Przypomniał mi również yarc,że to nikt inny jak – wiele na to wskazuje – komunistyczny zbrodniarz Czesław Kiszczak, w podobny sposób pisał o polskich bohaterach, jako o „hunwejbinach”. I pomyślałem sobie, że jeśli dziś i tu w Salonie i w różnorakich publicznych debatach i komentarzach, ludzie z pozoru bardzo odlegli od całego tego czerwonego dziedzictwa, wymyślają na tych, których nie lubią, a którzy na te obelgi niczym sobie nie zasłużyli, od ‘czerwonych’ i ‘bolszewików’, to – owszem – może i mają wyłącznie czyste, bo dziecięce, intencje, ale w ten czy inny sposób są w taki sposób umodelowani przez innych. Przez tych, którzy byli przed nimi i którzy od nich wiedzą znacznie więcej na temat kłamstwa i tego, jak kłamstwo można skutecznie wykorzystać.
Pomyślałem sobie, że jeśli Stefan Niesiołowski mówi, że kiedy on patrzy na Jarosława Kaczyńskiego, to widzi Gomułkę, albo gdy któryś z bardzo prawicowych komentatorów określa robotników z Solidarności, jako „socjalistyczny motłoch”, to i jeden i drugi kierują się przede wszystkim swoją złością, a – w najlepszym dla nich przypadku – jakąś pokręconą logiką, której jednak sami nie wymyślili, lecz która im została dyskretnie przekazana przez kogoś stojącego znacznie wyżej i dużo przed nimi.
Skąd mi się wzięły takie refleksje? Otóż właśnie stąd, że ja faktycznie zacząłem sobie przypominać, że już na początku tej naszej tzw. transformacji to właśnie komuniści jako pierwsi, i to właśnie ze szczególną zaciekłością, zaczęli wymyślać Solidarności– a przynajmniej tej jej części, która nie chciała skonać już na samym początku – od bolszewików. Możliwe, że oprócz nich, był tam jeszcze i Adam Michnik i Bronisław Geremek i inni bohaterowie naszej najnowszej historii, którzy, walcząc najpierw przeciwko Wałęsie, później przeciwko Kaczyńskim, jeszcze później przeciwko Olszewskiemu, jeszcze później przeciwko Buzkowi i Krzaklewskiemu, by na samym końcu wziąć się za Prawo i Sprawiedliwość, realizowali tę taktykę. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że nie oni byli jej głównymi autorami.
Przypomniałem więc sobie najpierw, że to faktycznie komuna jako pierwsza zaczęła mi wymyślać od komunistów, ale zaraz potem, uprzytomniłem sobie, że to przecież nie było nic aż tak oryginalnego. Przecież to zaraz po wojnie, kiedy władza ludowa wzięła się za mordowanie wszystkich tych, którzy mogliby jej w jakikolwiek zagrozić, choćby tylko psując im nowe poczucie komfortu, wszystkie kolejne egzekucje, każdą pojedynczą torturę, każde najbardziej wymyślne prześladowanie, realizowała w imię walki nie tyle z kontrrewolucją, Kościołem, czy z polskim agresywnym patriotyzmem, lecz po prostu z faszyzmem. Kiedy polskie ulicy zapełniły się konfidentami, polskie urzędy zimnymi bandytami, a polskie więzienia zaczęły spływać krwią polskich patriotów, to wedle ówcześnie głoszonego schematu, walka nie toczyła się między Czerwoną Rewolucją, a Czarną Reakcją, lecz między antyfaszystami i faszystami. Kiedy ginął generał Nil, to ginął nie jako kontrrewolucjonista i wróg władzy ludowej, lecz jako faszysta. Kiedy pękało jej osiemnastoletnie serce, to ci którzy stali naprzeciwko Danusi Siedzikówny nienawidzili jej nie za to, że ona sprzyjała Polsce, ale za to, że – jak wyraźnie stało w papierach – wysługiwała się faszystom.
Tak to się robiło od samego początku. Piotr Wierzbicki, w swojej Strukturze kłamstwa,znakomicie pokazał na przykładzie całego półwiecza, w jaki sposób sowiecka, a za nią polsko-komunistyczna propaganda, zmanipulowała logikę, rzeczywistość, a także i język, wyłącznie po to, żeby z jednej strony zniszczyć przeciwnika, a z drugiej stworzyć dla tych swoich strasznych działań odpowiednio przyjazną społeczną atmosferę. Ale po co sięgać do Wierzbickiego? Przecież, nawet jeśli wielu z nas nie jest w stanie pamiętać tamtych czasów, to wystarczy, że nastawimy odpowiednio uważnie uszy, czy wystarczająco szeroko otworzymy oczy, by jeszcze nawet dziś wokół siebie dojrzeć całe tabuny młodych, szczerze zaangażowanych w walce ze złem młodych ludzi – ostatnich ofiar tamtego, opisanego skutecznie przez choćby właśnie Wierzbickiego projektu – którzy na wszelkiego rodzaju spotkaniach, demonstracjach, czy dyskusyjnych forach plują tym „faszyzmem”. Wystarczy że ujrzą gdzieś nawet niekoniecznie Polskę, ale zwykłe przywiązanie do gasnącej już cywilizacji.
Ale i to już mija. Faszyzm został już ostatecznie wykorzeniony. Obecnie i ci najbardziej wysoko umocowani inżynierowie naszych dusz, bezpośredni, mentalni spadkobiercy tych, którzy zamęczyli na śmierć i Inkę i całe szeregi polskich bojowników, w imię walki z faszyzmem, a także wszyscy ci, którzy zgodzili się tak chętnie stać się ofiarami tego kłamstwa, już przestają ględzić o faszyzmie. Teraz oni wszyscy wzięli się za ‘czerwonych’ i za ‘bolszewików’. No ewentualnie jeszcze się do końca nie potrafią zdecydować, jak pewien troll, który pod wczorajszym wpisem Consolamentum, FYM-a i mnie wyzywa raz od czerwonych, a innym razem od brunatnych.
Jestem jednak pewien, że i on się niedługo zorientuje, że czas faszyzmu już minął. Będzie musiał tylko bardziej uważnie poobserwować stan publicznej debaty i w mediach i w polityce i w polskich szkołach i na uczelniach. Wtedy będzie też już wiedział, że wróg jest już gdzie indziej. Że taki ojciec Rydzyk nie jest faszystą, ale komunistą. Że polski Kościół nie jest brunatny, ale czerwony. A kiedy już założy rodzinę, a jego dzieci podrosną, to w odpowiednich ankietach, czy w innych towarzyskich sytuacjach, na pytanie, co lubisz, a czego nie lubisz, będą – jak System przykazał – odpowiadać, że najbardziej cenią tolerancję i przyjaźń, natomiast najbardziej nie lubią głupoty i komunizmu. I, w sumie, nic takiego się nie zmieni. I głupota i przyjaźń i tolerancja pozostaną niewzruszone, jak zawsze. Tyle że ten komunizm. Tylko on.

sobota, 14 listopada 2009

Czy diabeł chodzi w leninówce?

Mój wybitny i drogi kolega FYM opublikował wczoraj w Salonietekst, który najpierw chciałem tylko krotko, choć trochę może prowokacyjnie na jego blogu skomentować, lecz ostatecznie uznałem, że on akurat zasługuje na coś znacznie więcej, niż głupie dogadywanie, a mianowicie na poważną polemikę. Mam tu na myśli wpis zatytułowany Nie znasz dnia ani godziny…, tekst sam w sobie już stanowiący polemikę z jeszcze wcześniejszymi tekstami. Jeśli ktoś sobie teraz pomyśli, że i ja i FYMpostanowiliśmy nagle odkryć w sobie talent polemiczny, a ponieważ nie ma z kim gadać, będziemy gadać ze sobą, to Bóg z nim. Ja bym tylko chciał zwrócić uwagę na to, że – nawet jeśli to prawda – to o ile FYM polemizuje w gruncie rzeczy wyłącznie z duchami, ja się biorę za byt rzeczywisty. I to nie byle jaki. W postaci kogoś właśnie takiego, jak FYMwłaśnie. A zatem już na samym początku mam przewagę. Bo w odróżnieniu od niego, ja jestem poważny. I teraz już tylko muszę spróbować tej przewagi nie stracić.
FYM już sam początek swojego tekstu konstruuje w taki sposób, że można się wyłącznie złapać za głowę. Piszę on mianowicie, że ostatnio on i Rolex zauważyli jakichś czerwonych i zgodnie ustalili, że świadczyć to może o jednym: komuchy zaczynają podnosić mordy. Dlaczego ja, czytając te słowa, mam ochotę protestować? Wbrew pozorom wcale nie dlatego, że w moim odczuciu Rolexowi wspólnie z FYM-em coś się przewidziało i żadnych czerwonych nie ma. Nie dlatego też, że opinię, jakoby komuna podnosiła ryj za wysoko, uważam za przesadzoną. W żadnym wypadku. Jestem pewien, że czerwoni mają się – jak na to co im się należy – zdecydowanie za dobrze, a jak idzie o łby, to oni akurat noszą je zdecydowanie za wysoko od zawsze. Ja się zdziwiłem z zupełnie innego powodu. Mianowicie dlatego, że nie jestem w stanie zrozumieć, jak w sytuacji, w jakiej Polska się znajduje – a znajduje się w niej od mniej więcej dwudziestu lat – inteligentny i dobry człowiek może się przejmować najbardziej „czerwonymi”. Od mniej więcej dwudziestu lat, gdzie nie popatrzymy, to łażą jacyś – że pozwolę sobie tu odwołać się do postaci symbolicznej – Goliszewscy. Gdzie nie spojrzymy, kręci się banda… przepraszam, ale brakuje mi odpowiedniego słowa – kosmitów i transformersów, a FYM z Rolexem załamują ręce nad nadreprezentacją komuny w naszym życiu publicznym.
O co poszło? Okazuje się, że w Saloniei po okolicach, oprócz mnie, FYM-a, Rolexa i całej kupy najróżniejszych blogerów, dziennikarzy i komentatorów, publikują jeszcze jacyś dwaj przedstawiciele międzynarodówki bolszewickiej, którzy dodatkowo jeszcze się do swoich koligacji z radością przyznają. I teraz FYMnie dość, że ich wykrył, to jeszcze starannie przeczytał i uznał, że się dzieje, oj dzieje! Zobaczmy więc, co się dzieje. Okazuje się, że jak idzie o jednego z nich, tego co się dzieje nie da się zobaczyć, bo administracja Salonu tekst wypieprzyła, a drugiego nadal można czytać, ale nie wiadomo po cholerę, bo jest on opublikowany w tzw. Krytyce Politycznej, czyli w kompletnie niszowym piśmie młodych komunistów, którzy jeśli jeszcze nie zostali pozamykani za głoszenie prawem zakazanych ideologii, to tylko dlatego, że ci którzy są władni to zrobić, zajęci są akurat tropieniem afer w CBA.
Na szczęście – moje polemiczne szczęście, naturalnie – FYM zaśmieca swój blog kluczowymi fragmentami obu tekstów, by pokazać zagrożenie i oczywiście odpowiednio nas wszystkich nastraszyć. Co widzimy? Same banały, jakich dziesiątki mogliśmy przez minione dwadzieścia lat wysłuchiwać z ust nie jakichś nikomu nieznanych pajacyków, ale z oficjalnych pism i wystąpień najbardziej prominentnych dziennikarzy, polityków, artystów i w ogóle tzw. celebrytów, którzy w swoim życiu mieli okazje – choćby na moment – popaść w najbardziej prostacki antyklerykalizm. Nie nicnieliczących się klaunów, lecz poważnych, powszechnie znanych osobistości. Że Kościół jest do bani, Chrześcijaństwo to oszustwo, a cały ten „polski katolicyzm” należałoby jakoś uśmiercić przez „symboliczne papieżobojstwo”. Czy FYM po raz pierwszy w swoim życiu usłyszał tego typu słowa? Czy może słyszał je już wielokrotnie, tyle że nie „w tak ładnej” wersji? Bardzo nie lubię podpierać się argumentem związanym z wiekiem, ale jestem pewien, że jeśli nie słyszał, albo różnica między wersją soft a hard ma dla niego wciąż jakiekolwiek znaczenie, to wyłącznie przez własnie młody wiek. I może jeszcze pytanie najważniejsze. Czyżby, jeśli on je już słyszał, to czy na pewno wyłącznie ze strony „czerwonych”?
Obawiam się, że na to ostatnie pytanie, mimo, że – jak mówię – jest ono dla mnie kluczowe, ani FYM, ani Rolex, ani nikt inny mi na nie odpowie. A to z tej prostej przyczyny, że nikt nie jest w stanie najpierw pokazać nam autorytatywnie wszystkich „czerwonych”, a następnie wszystkich ich skutecznie wyłapać. Oczywiście, pomijając tych dwóch wariatów i ich kolegów. Z nimi zresztą i tak nie ma problemu. Trzeba tylko poczekać kilka miesięcy, do 1 maja przyszłego roku, i ich zwyczajnie zgarnąć, razem z ich czerwonymi flagami z ulicy. I znów muszę powtórzyć moje wcześniejsze pytanie: Czy to znaczy, że ja twierdzę, że „czerwonych” już praktycznie nie ma? Absolutnie. Oni się wciąż panoszą tu, tam i wszędzie. Tyle, że – przede wszystkim – oni się na ogół wcale z tą swoją czerwonością aż tak nie obnoszą, a poza tym, będzie nam bardzo głupio, jak część z nich do tej, zainicjowanej przez nas akcji się podłączy i weźmie się przede wszystkim za nas.
Dlaczego za nas? Za ludzi takich jak ja, FYM, Rolex i całe mnóstwo porządnych, oddanych Bogu i Ojczyźnie obywateli? Dlatego mianowicie, że w bardzo powszechnym rozumieniu, to właśnie my jesteśmy ci „czerwoni”. Jeśli ktoś ma wątpliwości, co do tego co ja tu piszę, niech sobie poczyta nie te dwa smutne wpisy spłodzone przez tych dwóch smutnych komunistów, ale choćby blog niejakiego starego, czy tej jakiejś Kalinowskiej, czy Mireksa, czy całej gromady prawicowców pełną gębą, którzy kiedy nas widzą i słyszą nasze żale, jedyne o czym marzą, to nas wywieźć na Kołymę. W imię ostatecznej oczywiście likwidacji resztek bolszewizmu. Powie mi FYM, że on ma w dupie, co o nim myśli jakiś stary, bo on swoje wie. Pewnie. Możemy sobie zacząć na ten temat dyskutować i jestem przekonany, że się nie pokłócimy. Faktem jest jednak tez i to, że ów stary równie głęboko ma w nosie nasze rozważania. On wie, i co najciekawsze, tę swoją wiedzę nie dość, że może podeprzeć całą stertą argumentów, to jeszcze na dodatek, może tu przyprowadzić kilku bardzo znaczących świadków, którzy dadzą uroczyste słowo honoru, że to nie oni, lecz my ciągniemy za sobą całe dziedzictwo sowieckiej ideologii. I wtedy dopiero zobaczymy, jak szczerze można nie znosić „czerwonych”.
To bowiem nie my pierwsi zabraliśmy się w nowej RP za bolszewię. Nie wiem wprawdzie, kto zrobił pierwszy krok, ale z pewnością nie byliśmy to my. Może to był Stefan Niesiołowski, może Bronisław Komorowski, a może nawet sam Donald Tusk. O ile sobie dobrze przypominam, to któryś z nich, jako pierwszy, spojrzał na Jarosława Kaczyńskiego i zobaczył Władysława Gomułkę. Czy może się mylę? Kto, jako pierwszy ujrzał protestujących robotników z Solidarności i zamiast symbolu naszego zwycięstwa i wolności, zobaczył bandę nieprzytomnych z nienawiści komunistów? Czy to był może któryś z tych dwóch komentatorów, którzy tak skutecznie zainspirowali FYM-a do napisania swojego kolejnego tekstu? Otóż nie. O ile sobie dobrze przypominam, to był – na samym początku – któryś z szalenie prawicowych, szczerze nienawidzących wszystko co czerwone, działaczy Unii Wolności, czy Kongresu(Frasyniuk może, lub młody Tusk?). Wiem natomiast bardzo dobrze, kto ostatnio – we wspólnym telewizyjnym wystąpieniu - solidarnie skopał robotników z Cegielskiego. Byli to dwaj konserwatyści. Jeśli FYM potrzebuje jakichś wskazówek, to jeden z nich dziarsko walczy z wszelką czerwienią tu, razem z nami.
Będę już kończył, bo się zaczynam denerwować. I właśnie na sam koniec, zwrócę się już bezpośrednio do Ciebie. Machnij już przyjacielu ręką na tych komunistów. Oni albo już dogorywają, jak parę dni temu wszyscy mieliśmy okazję obserwować na przykładzie Jaruzelskiego, albo robią z siebie idiotów, których swoją drogą i Jaruzelski i Urban i cały klub parlamentarny SLD ma głęboko w dupie. Jeśli chcesz walczyć z wrogami Kościoła, to się już lepiej bierz za tego opętanego kochanka Dody, ewentualnie za nią samą. Oni są zdecydowanie bardziej nośni i wpływowi. Swoją drogą, mogę się założyć, że oni też uważają, ze Tu i ja jesteśmy „czerwoni”, a jak słyszą słowo ‘Solidarność’ to drą mordy, że było już tak pięknie a tu znów czerwoni podnoszą głowy i chcą nam odebrać nasze majątki. A najlepiej, bierz się za ludzi stojących całkowicie z dala od tego, na co się tak nerwowo patrzysz. Tych, którzy mają moc zmienić wszystko, a mimo to tolerują to co niszczy wszystko co dobre i prawe. I nie tylko tolerują, ale też wspierają. Bo kłamstwo jest ich jedyną nadzieją i jedyną racją bytu. I którzy są daleko bardziej groźni i – jestem głęboko o tym przekonany – nieskończenie bardziej źli. Bo to jest zło nowe. Nowe zło na nowe czasy. To jest zło na Euro 2012. Bo nie zapominaj, Bracie, że owszem, to prawda, że nieznane są ścieżki Naszego Pana. Ale niezbadane są też ścieżki, którymi chodzi ich pan.
http://freeyourmind.salon24.pl/137971,nie-znasz-dnia-ani-godziny

czwartek, 17 września 2009

O ludobójstwie, o głodzie i o pięciu pieczątkach

Nie wiem absolutnie, jak to się stało, ale od czasu, jak zacząłem samodzielnie myśleć, czyli mniej więcej tak długo, jak sięgam pamięcią, nienawidziłem wszystkiego co ruskie. Prawie wszystkiego, ale o tym później. Ta moja niechęć do rosyjskich sportowców, do rosyjskiego języka, do rosyjskiej nauki, i – jakże by inaczej – do rosyjskiej wielkomocarstwowej polityki była o tyle dziwna, że moi rodzice i dziadkowie nigdy szczególnie mnie w tym kierunku nie prowadzili. On sami, oczywiście, nie znosili w sposób naturalny komuny i całej duszącej nas bolszewii, ale, o ile sobie przypominam, ten temat nigdy nie dominował naszych rozmów. Kiedy próbuję zgadnąć, jak to się stało, ze przez tyle lat potrafiłem w sobie pielęgnować tę moją nienawiść, to dochodzę do wniosku, że może ma rację pewien mój dobry kolega, który twierdzi, że to jest wszystko kwestią tego, kim się było w poprzednim wcieleniu i – na ile go znam – to on pewnie by mi powiedział, że mnie zapewne bolszewicy zamordowali w Katyniu, lub zatłukli po wojnie we Wronkach i teraz tak mam.
Czy jest to wina reinkarnacji, czy może powody są zupełnie inne, fakt pozostaje faktem. Mój antykomunizm, a przy okazji tę antyrosyjskość, nosiłem ze sobą zawsze jak relikwię. Kiedyś już tu się chwaliłem, jak to w czasie moich studiów, odmówiłem współpracy z SB i jak ten gest był z mojej strony aktem nie tyle odwagi, co absolutnie naturalnego odruchu. Dziś, jeśli to zdarzenie przypominam, to już nie po to, żeby wypinać pierś do orderów (choć, przyznaję, do dziś jest to moim zdaniem jedna z piękniejszych rzeczy, jakie udało mi się w życiu wykonać). Robię to po to, żeby jeszcze raz się zastanowić, jak to się stało, że w tamten dzień, kiedy wiedziałem, że się prawdopodobnie ważą moje losy, powiedziałem temu ubowcowi, żeby na mnie nie liczył. Nie byłem ani bojownikiem, ani bohaterem, ani człowiekiem w sposób naturalny poszukujący adrenaliny. Nie byłem szczególnym patriotą, nie nosiłem w klapie opornika, nie goniłem się z milicją po mieście. Ale wtedy, tamtego ranka, wiedziałem na pewno, że prędzej dam się wyrzucić ze studiów, niż zgodzę się pracować dla Ruskich. I wciąż nie wiem, dlaczego ja.
Piszę dziś o tym, bo mamy 17 września, czyli rocznicę napaści Związku Sowieckiego na Polskę. Czyli rocznicę wydarzenia, które przez wiele lat, było dla mnie centralnym punktem mojej historycznej świadomości. Wydarzenia, o którym, jak idzie o historyczne szczegóły, zawsze wiedziałem znacznie mniej, niż o 1 września i o wszystkim, co się działo między nami, a Niemcami, ale które jak żadne inne sprawiało, że czułem dumę z tego, że jestem Polakiem. Że to ja jestem członkiem tego narodu, który został tak straszliwie zduszony przez to połączone i zorganizowane zło. Myślę sobie, że ten mój brak wiedzy na temat tego, co się działo w latach wojny po sowieckiej stronie, był trochę spowodowany tym, że w latach, kiedy się wychowywałem, ten akurat temat praktycznie nie istniał, a – jak już wspomniałem – w moim domu szczególnej atmosfery pod tym względem też nie było. Ale też tym, że cała moja rodzina, w czasie wojny, raczej cierpiała z rąk Niemców, niż Sowietów, a po wojnie żyła raczej w biedzie, ale za to w spokoju.
A mimo to, 17 września dla mnie znaczył zawsze znacznie więcej, niż jakakolwiek inna historyczna data. I dziś, kiedy piszę ten rocznicowy tekst, wiem, że muszę coś powiedzieć takiego, żeby nie było wątpliwości, że ten dzień odpowiednio uczciłem. A więc, pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z – nieżyjącą już dziś – babcią mojej żony, która w momencie wybuchu wojny mieszkała we Lwowie. Opowiadała ona, jak przypomina sobie pociąg stojący na dworcu we Lwowie, do którego Rosjanie pakowali mające być wywiezione na Sybir polskie rodziny, wewnątrz pociągu był straszliwy ścisk, a na zewnątrz panował równie straszliwy mróz. I od czasu do czasu, widać było, jak od ludzi z pociągu, stojący na peronie odbierali zamarznięte na śmierć niemowlęta. Nie wiem, czy to prawda, ale tak mi opowiadała babcia mojej żony, która podobno stała wtedy na tym peronie i to wszystko widziała.
To byłoby jedyne właściwie wspomnienie, jakiego stałem się przez te wszystkie lata biernym uczestnikiem, a dotyczące początków tego, czego już jako bezpośredni obserwator miałem okazję dotykać przez całe moje życie w komunie. Byłoby to wspomnienie jedyne, gdyby nie to, ze dopiero co spotkałem się z moim wujkiem, o którym już tu parokrotnie wspominałem, a który – w moim najszczerszym przekonaniu – jest najwybitniejszym ekspertem od wszystkiego tego, co się wiąże z II Wojną Światową. Powiedział mi on mianowicie, że po tym jak Niemcy uderzyli na Związek Sowiecki, w ciągu bardzo krótkiego czasu do niemieckiej niewoli trafiło pięć milionów sowieckich żołnierzy, z czego prawie milion wstąpiło do niemieckiej armii. Te miliony jeńców wojennych zmarły następnie w straszliwej nędzy i rozpaczy, z głodu i z chorób, w niemieckich obozach. Wujek mój twierdzi, że te pięć milionów w większości poddało się głównie z głodu i z nadziei, że w niewoli przynajmniej dostaną coś jeść. Mówi dalej mój wujek, że gdyby Niemcy zapewnili każdemu z nich talerz gęstej zupy i kromkę chleba na dzień, to niemiecka armia powiększyłaby się o pięć milionów wiernych żołnierzy. A tak, ci co nie zgodzili się kolaborować, a jeśli zdezerterowali to tylko dlatego, że liczyli bardzo na to, że ktoś wreszcie ich nakarmi, zwyczajnie zmarli.
Biedni sowieccy żołnierze. Tak sobie o nich dziś myślę i teraz, kiedy piszę ten tekst i tyle razy wcześniej, kiedy oglądałem wspaniałe rosyjskie filmy wojenne, które zawsze mnie wzruszały. Czy to Lecą żurawie, czy to Dziecko wojny, czy Ballada o żołnierzu… zawsze sobie myślałem, jak to fatalnie się dla nich ułożyło życie, że ktoś im któregoś dnia kazał umierać za sowiecką ojczyznę i za światową rewolucję. I wtedy znów wracam do tej sceny na dworcu we Lwowie w tamten mroźny wieczór, a później przypominam sobie ten niemiecki dokument z pięcioma pieczątkami i sześcioma podpisami skazujący więźnia na dwa dni karceru za zrobienie kupy z barakiem. I zaczynam myśleć o Niemcach. I już się czuję pewniej. Tu teren jest czysty. Tu jest zdecydowanie łatwiej.
I to jest mój obiecany już parę tygodni temu wpis z okazji rocznicy napaści Sowietów na Polskę i początku tej gehenny, dzięki której marszałek Komorowski ze swoim kumplem Niesiołowskim mogą się dziś poczuć prawdziwymi politykami i poślizgać się po temacie ludobójstwa i jego znamion.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...