Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ideologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ideologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2019

Jako mięso armatnie rzucają dzieci


    Dość dobrze pamiętam dzień, kiedy to na organizowanym w moim mieście szczycie klimatycznym wystąpiła przybyła ze Szwecji dziewczynka z warkoczykami, nazwiskiem Greta Thunberg, i pięknym angielskim wygłosiła przemówienie na temat apokalipsy, która nas czeka, jeśli się nie opamiętamy i nie zaczniemy na poważnie walczyć z zabójczym CO2.
     Przyznaję, że głównym powodem, dla którego zapamiętałem tę dziewczynkę, nie było ani to, co ona mówiła i jak – choć przyznaję, że treść i forma tego wystąpienia robiły wrażenie – ani też fakt, że ona wcześniej ogłosiła tak zwany „szkolny strajk”, podczas którego w każdy piątek od rana do późnego popołudnia obiecała protestować przed szwedzkim parlamentem, ale ze względu na to jak ładnie ona mówiła po angielsku. Skaza zawodowa. Proszę o wybaczenie.
     Zdążyłem o tym wydarzeniu zapomnieć, gdy oto ledwie wczoraj dowiedziałem się, że w piątek właśnie w Warszawie przed budynkiem Sejmu dokładnie taki sam strajk ogłosiła 13-letnia Inga. Inga od swojej szwedzkiej koleżanki różni się tym, że tamta jest nieco starsza i nie tak szczupła, poza tym jednak wszystko pozostaje takie samo. Inga, tak jak Greta, ma warkoczyki, siedzi pod Sejmem z tablicą z napisem „Wakacyjny strajk klimatyczny” i zapewnia, że w ten sposób będzie tam siedzieć przez cały miesiąc w każdy kolejny piątek.
      Gdy chodzi o mnie, to zarówno moje poglądy na naszą ogólną myśl twórczą, jak i polityczne wyczyny tak zwanej „opozycji totalnej” sprowadzają się do tego, że jest słabo, jednak przyznaję, że numer z tym dzieckiem zrobił na mnie wrażenie szczególne. Na domiar złego, jak się w pewnym momencie okazało, przy Indze i na jej miejscu protestu pojawił się jakiś kodowiec z kamerą i przeprowadził z nią wywiad, wrzucony chwilę później na Facebooka, z którego jednoznacznie wynikało, że to biedne dziecko jest od początku do końca wykorzystane przez swoją mamę, klimatyczną aktywistkę, a ono samo o tym, do czego została użyte nie ma bladego pojęcia. Ów cwaniak – zauważmy, że tak jak to tylko możliwe dziewczynce życzliwy – staje na głowie, żeby z tego dziecka wyciągnąć jakieś w miarę sensowne deklaracje, tymczasem ono prezentuje kompletną bezradność zmieszaną ze zwykłym, pospolitym strachem przed wypowiedzeniem kolejnego słowa. Jeśli ktoś potrafi, niech sobie ów film znajdzie na Facebooku i będzie miał wtedy pełną jasność, że mamy tu do czynienia z niczym innym jak czystym... jak oni na to mówią? Molestowaniem?
      Ale nie warto by było być może o tym pisać – zwłaszcze że prawdopodobnie kolejny piątek już nigdy nie nadejdzie – gdyby nie informacja jaką pozyskałem o wspomnianej wcześniej Grecie Thunberg. Otó, jak się dowiadujemy ze źródeł jak najbardziej potwierdzonych – w tym przez samych rodziców dziewczynki – owa Greta, 15-letnie dziecko swoich rodziców, jest psychicznie chora. Wedle, jak mówię całkowicie oficjalnych doniesień, ona nie dość, że cierpi – które z naszych dzieci dziś na to nie cierpi? – na tak zwany Zespół Aspergera, wykazuje skłonności depresyjne, przechodzące w próby samobójcze. Ponadto, zarówno ona jak i jej rodzice, twierdzą, że dzięki swoim nadzwyczajnym zdolnościom, potrafi ona zobaczyć gołym okiem dwutlenek węgla. I to jest ta jej niezwykła szczególność, która sprawiła, że różnego rodzaju konferencje klimatyczne zapraszają ją do przyjazdu i zabrania głosu. Ona widzi wypełniający naszą atmosferę dwutlenek węgla i to właśnie jej każe przed nim ostrzegać.
      Ledwie co wczoraj pisałem o wybryku rzecznika Bodnara w kwestii aresztowania niejakiego Jakuba A. i jak sądzę, powiedziałem wszystko, co powiedzieć miałem. Tu jednak mamy coś w moim rozumieniu rzeczy znacznie bardziej poważnego. Oto przed budynkiem Sejmu ktoś kazał temu biednemu, 13-letniemu dziecku, siedzieć przez wiele godzin w upale, by załatwiało w jego imieniu jakieś szemrane interesy, z tego co słyszę, w ów ohydny proceder zamieszana jest matka tej dziewczynki, a ja się już tylko zastanawiam, czy to może nie stanowi dobrego powodu dla Rzecznika Praw Obywatelskich do urzędowej interwencji.
      No dobra – rzecznik Bodnar, jak wiemy, działa wyłącznie na gwizdek, więc na niego akurat tu liczyć nie możemy. No ale mamy przecież jeszcze naszego Rzecznika Praw Dziecka. Ja wiem, że on ostatnio dostał mocno po łbie w związku z również tu trochę wspomnianymi klapsami i musi być nadzwyczaj ostrożny, przepraszam jednak bardzo, ale tu mamy do czynienia z czymś, wobec czego nawet dwadzieścia solidnych pasów na tyłek robi wrażenie urodzinowego prezentu. Czy naprawdę musimy czekać na to aż to dziecko popełni samobójstwo i będziemy mogli powiedzieć, że to jest żywy efekt władzy Prawa i Sprawiedliwości?

       Tu jest link do Ingi, a dalej już o Grecie.





Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Można to robić na kilka sposobów. Najprościej jest kliknąć w znajdujące się tuż obok okładki, ale można też wejść na stronę www.basnjakniedzwiedz.pl i tam sobie wybrać co dusza zapragnie, a zapewniam, że możliwości jest wiele. Jest też jednak możliwość kontaktu bezpośredniego pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam serdecznie.

wtorek, 1 marca 2011

O naszych i o naszych-inaczej

Minął kolejny miesiąc, jak jestem na Waszym garnku i wygląda na to, że to jest zamknięte koło. A więc nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować wszystkim przyjaciołom tego bloga i prosić o dalszą pamięć. A więc:

Pawłowi z Warszawy - podwójnie
Joli z Warszawy
Piotrowi z Warszawy
Edwardowi z Przegędzy
Radkowi ze Szczecina
Cmentarnemu Dechowi
Jakubowi z Warszawy
Grzegorzowi z Warszawy
Danucie z Warszawy - podwójnie
Oli z Opola Lubelskiego
Edycie z Krakowa
Szymonowi z Warszawy
Sławomirowi z Zaczernia
LEMMINGOWI
Przemkowi z Warszawy
Joli z Sieprawia
Naszym ludziom ze Skoczylasa
Marylce
Tomkowi z Pabianic
Michałowi ze Świecia
Andrzejowi z Wąbrzeźna
Michałowi z Warszawy
Kozikowi
Krzysztofowi ze Szczecina
Przemkowi z Ustronia Morskiego
Michałowi z Piastowa
Don Estebanowi
Irkowi i Monice z Pruszcza
Hubertowi i Barbarze z Warszawy
Sławkowi ze Święciechowa
Piotrkowi z Buczkowic
Irkowi z Warszawy
Andrzejowi – miłośnikowi kultury
Michałowi z Piastowa
Staszkowi z Warszawy
Marii z Giżycka
Annie z Olsztyna
Państwu Wieczorkom z tuż obok
Traube
Grabarzowi
Dance z Poniatowskiego
Tobie z Gdyni
Krystynie z Gdańska
Wojtkowi z Warszawy
Jackowi z Warszawy
Magdzie i Markowi z Gdańska
No i Tobie Gembo
I, jak zawsze na końcu, choć nie na ostatku, porozrzucanym Bóg wie gdzie, paypalowcom: Ewie, Piotrowi i Zosi.
A teraz, specjalnie dla Was trochę wspomnienie sprzed lat, ale jednak na nowo. Mam nadzieje, że uznacie to za coś, co warto było powiedzieć jeszcze raz, właśnie dziś.

Kiedy w kampanii prezydenckiej Jarosław Kaczyński na swój charakterystyczny sposób zadeklarował, że dla niego tak zwany problem postkomuny stracił swój urok, rwetes, jaki się podniósł, ogarnął całość polskiej przestrzeni publicznej, poczynając od telewizji TVN24, a kończąc na Gazecie Polskiej. Opinia jaka była najczęściej prezentowana, określała zachowanie Kaczyńskiego jako żałosną próbę zdobycia głosów elektoratu lewicowego. Kiedy w dodatku jeszcze Jarosław Kaczyński powiedział coś bardziej pozytywnego na temat Edwarda Gierka, jego parszywy los, wśród elit zarówno prawicowych, jak i lewicowych, został ostatecznie zdeterminowany. I to zdeterminowany tak, że jakiekolwiek próby wyjaśniania nieporozumienia trafiały już tylko w próżnię.
Sam napisałem dwa teksty, w których w sposób jak tylko umiałem przystępny, wyjaśniałem, ze nawet nie trzeba się za bardzo wgłębiać w intencje Kaczyńskiego, żeby docenić powagę tej jego deklaracji. Że wystarczy by przynajmniej ta część opinii publicznej, która deklaruje swoje przywiązanie do wartości narodowych i patriotycznych, zechciała zwrócić uwagę na fakt, że to nie Leszek Miller, Józef Oleksy, a nawet Wojciech Jaruzelski zdmuchnęli ze smoleńskiego nieba nasz samolot, lecz ktoś z całkowicie odmiennych politycznych i cywilizacyjnych rejonów. I że w tej sytuacji, trudno oczekiwać od Jarosława Kaczyńskiego – człowieka, dla którego kwestia tej zbrodni stanowi problem nieporównywalny z jakimikolwiek naszymi emocjami – by swój gniew zwracał pod adresem tak zwanej post-komuny. Wysłałem oba teksty do Gazety Polskiej, która wzięła na siebie rolę reprezentanta najbardziej urażonej części prawicowego elektoratu, z prośbą o opublikowanie choć jednego z nich, choćby na zasadzie polemiki – na nic. Jestem pewien, że owa postawa Jarosława Kaczyńskiego do dziś, w opinii wielu, stanowi co najwyżej dowód jego trudnej sytuacji psychicznej po tamtej stracie.
To, jeśli idzie o nas. O prawicę. Co sobie myślą oni, nie ma najmniejszego znaczenia. Oni zawsze będą sobie myśleli to co myśleć się im każe, lub to co sami uznają za korzystne dla wiecznego planu eliminacji Jarosława Kaczyńskiego z życia politycznego. W tym również, jak najbardziej, fizycznie. A zatem, mam dziś na oku nas. Właśnie prawicę. Tę jej część, która z jakiegoś, nigdy dla mnie do końca nie wyjaśnionego powodu, uznała, że bycie prawicą właśnie stanowi złoty kluczyk do wiecznej i świętej reputacji. Że jeśli tylko zajdzie potrzeba zdefiniowania celu i sposobów, by ten cel osiągnąć, ale również policzenia sił, wystarczy rozejrzeć się kto jest nasz, kto nie, nazwać bohaterów, opisać zdrajców i będzie git. Przy zaakceptowaniu tego schematu jednak, obawiam się, że nieuchronny jest moment, kiedy i ja na przykład zostanę do tego stopnia przyparty do muru, że nie pozostanie mi nic innego, jak ogłosić – nie po raz pierwszy zresztą – że, jak kto tylko zechce, może mnie od dziś tytułować lewicą. Choćby i tą gierkowską.
Piszę, że nie po raz pierwszy zresztą, bo istotnie, nie po raz pierwszy. A jak mówię, że po raz pierwszy, to zaręczam, że pierwszy raz nie nastąpił w związku z kampanijną deklaracją Jarosława Kaczyńskiego, ale znacznie wcześniej. Jakiś już czas temu, zainspirowany wyjątkową aktywnością tak zwanego konserwatywno-liberalnego skrzydła Salonu24, w którym kiedyś pisałem, najpierw napisałem, a następnie zamieściłem tu tekst, w którym zadeklarowałem swoją sympatię do wszystkiego co lewicowe. W swoim wpisie, przeprowadziłem – skromną, akurat w sam raz na złość, jaka mnie opanowala – analizę współczesnej polskiej myśli i idei polityczno-filozoficznej, starając się wykazać, że z czysto ludzkiego punktu widzenia, cała debata związana z tak zwaną przynależnością, jest funta kłaków warta. A zatem, jeśli ktoś życzy sobie ze mną dyskutować na tym poziomie, to ja się wypisuję, ponieważ wolę być prostym komunistą, niż wchodzić w jakiekolwiek więzy przyjaźni nawet z najbardziej światłym konserwatywnym liberałem, jeśli on przypadkiem jest zwykłym bucem. I że, jeśli ktoś życzy sobie stawiać mi za wzór prawicowości to co w powszechnym rozumieniu funkcjonuje jako prawicowe, to ja od dziś trzymam z lewicą.
Gdyby ktoś chciał ewentualnie ten mój stary wpis poczytać, bardzo proszę, niech poszuka go sobie na własną rękę, natomiast trzymając się kwestii bycia komunistą, muszę dziś przynajmniej części czytelników tego bloga wyjaśnić pewną rzecz. Otóż z tym komunistą, to nie była prawda. A przynajmniej nie do końca. Użyłem tej figury, z jednej strony dlatego, że byłem bardzo poirytowany i potrzebowałem znaleźć coś bardziej drastycznego, a z drugiej strony po to, by pokazać w miarę możliwości dobitnie, że kiedy patrzę na te wykwity w głowach niektórych z ludzi, którzy to się pojawiają to znikają, by się znów pojawić w okolicach mojego oka, nosa i ucha, to jestem gotów powiedzieć wszystko, byleby choć jeden z nich zechciał zniknąć raz i na dobre. A jednak wciąż, mimo tych wyjaśnień, sprawa nie jest do końca rozstrzygnięta, z tego choćby powodu, że – obserwując to wszystko co się dzisiaj dzieje wokół mnie w zasięgu działań tak zwanej prawicy – ja osobiście nie widzę żadnego powodu, żeby się wstydzić bycia akurat komuchem.
Kiedy po raz pierwszy zajmowałem się problemem fikcyjności dzielenia naszej sceny politycznej według linii prawica-lewica, z naciskiem na wymiar etyczny całego przedsięwzięcia, na oku miałem przede wszystkim tak zwanych liberalnych konserwatystów, w związku z wyprowadzonym przez nich atakiem na najszerzej rozumianą Solidarność. Moją wściekłość wzbudziło odmieniane na wszelkie możliwe sposoby i wyśpiewywane na wszystkich możliwych rejestrach, zawołanie: „Nie pozwolę, żeby za moje podatki utrzymywano całą bandę nierobów!” Jeśli postanowiłem, że nadszedł odpowiedni czas, by się zdeklarować jako dumny lewicowiec, to przede wszystkim dlatego, że zostałem do tego gestu zainspirowany przez tę bandę idiotów, których zarówno społeczno-polityczna wiedza, jak i czysto ludzka wrażliwość zaczynają się i natychmiast kończą na konstatacji, że jeśli się chce zarabiać, to trzeba pracować. A jeśli ktoś nie pracuje, to znaczy że jest głupi i nieudolny. A jeśli jest głupi i nieudolny, to niech nie wyciąga swoich nieobciętych paznokci do tych, którym się udało.
Jednak jak mówię, dziś i wszystko to poszło już bardzo do przodu, a i ja sam znacznie poszerzyłem swoje pole obserwacji. I w ramach tego szerokiego już bardzo obrazu zauważyłem, że mój wręcz histeryczny upór, żeby nie pisać o sprawach, lecz o ludziach ma bardzo głębokie uzasadnienie. I jeśli coś tu się kiedykolwiek ma zmienić, to tylko to, że jeszcze bardziej będę zajmował się ludźmi, a nie sprawami. A zajmując się ludźmi, sprawom będę poświęcał jak najmniej miejsca i uwagi, ponieważ – w moim najgłębszym przekonaniu – człowiek jest tylko – ale i aż – człowiekiem, i wszystko to co go otacza ma znaczenie najmniejsze. Oczywiście, nie będzie mi łatwo, choćby dlatego, że zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że tak nie można, bo każdy ma swoją godność i takie tam… ale zobaczymy. Moje intencje są bardzo jasno opisane i nie wydaje mi się, żebym był w stanie zacząć nagle pisać wbrew sobie.
O co mi konkretnie chodzi? Oczywiście – jak już wspomniałem – głównie o te napomnienia, żeby nie ruszać swoich. Co to bowiem oznacza swoich? W jakiż to sposób nie-mój jest Grzegorz Napieralski? Otóż dokładnie w taki sam sposób, jak Jarosław Gowin. A jeśli i Gowin i Napieralski nie są moi, to nie widzę najmniejszego powodu, żeby mój był Tomasz Wołek. Jeśli z kolei nie mój jest Wołek, to jakiż ja mam powód, żeby za swojego uważać byłego ministra Polaczka, czy Rafała Ziemkiewicza? Jeśli z kolei nie mój jest Polaczek, to równie dobrze nie mój jest Warzecha, czy Dorn. I, oczywiście, nie mój jest Palikot. I teraz proszę mi powiedzieć, jakież to ja mam mieć argumenty, żeby część z tych nazwisk z tej listy wykreślić? Czy może chodzi o to, że Wołek chodzi do kościoła, a Napieralski nie? Przepraszam bardzo, ale proszę nie żartować. A niby to dlaczego ja mam uważać Warzechę za swojego, a Dorna już nie? Przecież, w zeszłych wyborach to Dorn głosował, tak jak ja, na PiS, a nie Warzecha. Czemu ja mam traktować jak swojego Dorna, a już posłów Węgrzyna, Nitrasa i Niesiołowskiego jak wrogów? Przecież Niesiołowski znacznie dłużej jest człowiekiem pobożnym, niż Ludwik Dorn, a nie wykluczone, że Nitras i Węgrzyn byli jako chłopięta ministrantami. Czemu ja mam traktować jako nie-swojego Celińskiego, a Ziemkiewicza już nie? Akurat to Celiński powiedział o moich Kaczorach, że kiedy z nimi rozmawia, to ma poczucie, że rozmawia z KIMŚ, a nie kompromitował się jakąś paplaniną o „wrzeszczących staruszkach”.
Ja tu jednak ten powyższy akapit poświęciłem w pewnym sensie na żarty. Ale przecież sprawa jest jak najbardziej poważna i nie mam najmniejszych problemów, żeby zacząć rozmawiać poważnie. Tylko co ja mam rozbić, skoro to wszystko w samej swojej istocie brzmi jak żart? Dziś wielu moich przyjaciół, których miałem przyjemność poznać na tym blogu, zaraz zacznie mnie namawiać, żebym przestał się zajmować sprawami nieistotnymi, tylko zechciał z nimi współtworzyć szeroki obóz polskiej prawicy? Czy ja ten apel mam rozumieć tak, że ja mam się znaleźć dokładnie w tym samym obozie, w którym znajduje się Warzecha i Gowin? Czy może mam z tej dwójki wyrzucić Gowina, bo on jest z PO? A może też i Warzechę, bo kiedyś zrobił z siebie idiotę i publicznie się nadął, że jest pilotem Boeinga? Ale czy przy okazji mam się wycofać z mojego poparcia dla Mariusza Kamińskiego, bo on, z kolei, jest ateistą? W odróżnieniu od Julii Pitery. I zamiast tych kilku zaprzańców, dodać jednak do listy moich ulubieńców, których następnie już tylko będę chronił, Tomasza Wołka, który i chodzi do kościoła i przyjaźnił się z Kisielem, a na dodatek jeszcze pojechał do Pinocheta z ryngrafem? A może mam się zaprzyjaźnić z tymi, którzy dziś jeszcze są po mojej stronie, a idiotami się staną dopiero za parę miesięcy?
A może jest jeszcze inaczej? Może znajdzie się ktoś kto mi zaproponuje, że liczy się tylko jedno, a w ramach tego „jednego” powinienem patrzeć, kto jest po prostu porządny, a kto nie. Że powinienem jako pierwszych, wykluczyć z mojego serca herbertowskich „szpiclów, katów i tchórzy”, a więc, na przykład, przede wszystkim arcybiskupa Dziwisz? Więc jeśli jest tu ktoś taki, to bardzo proszę, niech mnie do tego nie miesza, bo ja już mimo wszystko wolę tego nieszczęsnego Dziwisza, który jest przynajmniej księdzem – księdzem za życia potępionym – ale przynajmniej księdzem, i on akurat, jak przyjdzie na mnie kres, to jakimś rzutem na taśmę, jeśli mu się tylko zechce, a Dobry Pan Bóg mu pozwoli, będzie mógł mi choćby udzielić rozgrzeszenia. Wolę go więc bez porównania bardziej od uwielbiającego kapitalizm, wolny rynek i mającego dokładnie takie samo zdanie na temat palących śmierdzące opony związkowców, jak Łukasz Warzecha, opisanego już tu przeze mnie w osobnym wpisie (chcecie to szukajcie) szefa BCC – Marka Goliszewskiego, czy choćby jego chyba wciąż jeszcze kumpla – też prawicowca pełną gębą – Donalda Tuska. Bo co ja od Tuska mogę dostać, czego nie może mi dać każdy pierwszy z brzegu szalikowiec? Legendę Solidarności? Ją akurat rozdają skutecznie Lech Wałęsa i Władek Frasyniuk. Nie mówiąc już o Marcinie Kydryńskim, któremu właśnie poświęciłem kolejny tekst dla Warszawskiej Gazety, a który podobno też jest trochę nasz. Nawet jeśli tylko przez żonę.
Proszę się nie gniewać, ale w ogóle nie ma o czym gadać. Z tej prostej przyczyny, że ludzka porządność i nie-porządność wykuwa się nie na poziomie ideologii, a więc na poziomie tego, czy ktoś jest nasz, czy nie-nasz, lecz – w najlepszym wypadku – tam gdzie się decyduje, kto jest po naszej stronie, a kto jest przeciwko nam. A tak naprawdę, kto jest człowiekiem, a kto już jest nim mniej.
W tej sytuacji, znów przepraszam wszystkich bardzo, ale nie widzę najmniejszego powodu, żeby się angażować w obronę, czy ochronę najróżniejszych durniów, zdrajców, tchórzy i kombinatorów i zwykłych onanistów, tylko dlatego, że im się strasznie spodobało mówić o sobie, że są polskimi patriotami, i którzy chętnie się ze mną w którąś z Wigilii przełamią opłatkiem. Bo, nie widzę też najmniejszego powodu, żeby ich do tego wigilijnego stołu wpuszczać przed Jerzym Wenderlichem, czy jak on się tam nazywa. A jeśli ktoś myśli, że to wszystko dlatego, że jestem komunistą, to Bóg z nim. Wolę być komunistą, niż w jakiejkolwiek dyskusji, pod jakimkolwiek pozorem, w imię jakiejkolwiek prawicowej ideologii, głosić publicznie, że związkowcy z Cegielskiego to banda chuliganów, a najnowsza książka Ziemkiewicza to prawdziwe cudo.

niedziela, 17 października 2010

Dzień na żywo

Jakiś czas temu, jeszcze we wczesnym okresie istnienia tego blogu, poskarżyłem się na zagrożenia, jakie tu odczuwam wobec wykonywania swojego zawodu, a więc też i zarabiania na utrzymanie rodziny, wyłącznie z tego powodu, że jestem tak zwanym kaczystą. Jak może niektórzy z bardziej uważnych czytelników sobie przypominają, pisałem wówczas, ze właśnie ze względu na świadomość tych zagrożeń, w osobistych kontaktach ze swoimi uczniami praktycznie nie poruszam tematów związanych z polityką. A już na pewno ich unikam, kiedy spotykam kogoś, kto tą polityką żyje i tę swoją pasję od pierwszego słowa manifestuje. Dlaczego? Dlatego że świetnie wiem, do czego prowadzą tego typu emocje. A ja nie mam żadnego interesu w tym, żeby kolekcjonować wrogów, szczególnie wśród osób, dzięki którym mam co jeść.
W sąsiedztwie mieszka pewna pani. Gdybyśmy mieli zaryzykować najbardziej prostacki face value system, ona jest typem najbardziej słodkiej katechetki, lub zakonnicy. Każdym swoim gestem, każdym słowem, sposobem w jaki przechyla głowę i na nas patrzy, brzmieniem głosu, ona manifestuje czystą, wręcz karykaturalną łagodność serca. Znam ją z niedzielnych mszy i z lokalnego sklepu, gdzie czasem stoimy w kolejce, a ponieważ ona jest emerytowaną nauczycielką, a ja niemal – o czym będzie później – emerytowanym nauczycielem, przez wspólnotę zawodowych losów sobie rozmawiamy. O czym? Głównie o polityce. To znaczy, ona rozmawia, a ja uprzejmie kiwam głową. O czym są te rozmowy? Głównie o tym, że ona już nie może patrzeć na „tę mordę”. O czyją mordę chodzi? Otóż o mordę Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego ja jej nie powiem, że ma pomieszane w głowie? Przede wszystkim dlatego, że to nic nie da. A poza tym, mi się naprawdę nie chce awanturować ze starszymi paniami. A jak już idzie o moje najbliższe sąsiedztwo, wystarczy mi Kazimierz Świtoń, który na mój widok demonstracyjnie odwraca wzrok.
Oto świat, który nam został w ostatnich latach pokazany i sprezentowany, jako oferta jedyna i praktycznie nie do odrzucenia. Świat splątany ideologicznie w labirynt, z którego nie ma już żadnej ucieczki.
Kiedy pisałem tamten tekst, nie chciałem jedynie narzekać, ale może przede wszystkim wskazać na plan o wiele bardziej ogólny i zdecydowanie bardziej przemyślany, niż przemyślane są ludzkie emocje. Chciałem pokazać, jak aż groźba utrata pracy, czy zaledwie strach przed lokalnym ostracyzmem stanowią wyłącznie koszt projektu, którego celem jest władza i tylko władza. Że na tamtym końcu tego planu stoją ludzie, dla których ja z moją rodziną, czy ktokolwiek inny, jesteśmy wyłącznie pionkami, a co się z nami stanie jest bez znaczenia, byleby tylko owo napięcie wokół nas trwało i miało się dobrze. Bo dzięki niemu, trwają i dobrze się mają własnie oni. Dziś czuję, jak nagle to wszystko staje się sprawą osobistą. Wyłącznie osobistą. Dziś czuję, jak bardzo ci wszyscy moi znajomi, którzy – choćby na tym blogu czy blogach zaprzyjaźnionych – są roztropni i czujni, stając na głowie, by nikt z osób wśród których przyszło im żyć i pracować nie dowiedział się, jakie oni maja poglądy polityczne. Roztropni i czujni, bo świetnie świadomi tego, jak dzisiejsza Polska jest krajem zwykłego, najbardziej ordynarnego kulturowego terroru, gdzie wióry lecą równo i szeroko.
Kiedy zaczynałem prowadzić ten blog, to kim jest jego autor wiedzieli tylko moi najbliżsi, i przez wiele miesięcy nic nie wskazywało na to, by ta sytuacja miała się zmienić. Nawet wówczas, gdy moje nazwisko – dzięki mojej nieroztropności i aktywności paru wybitnych polskich patriotów – trafiło do sfery bardziej publicznej, włącznie z Radiem Maryja, też nie miałem z tym kłopotu, wiedząc, że to jest wciąż tylko nisza i to nisza wyjątkowo niszowa. Kiedy ten blog otrzymał nagrodę Onetu, cos się zdecydowanie zmieniło, a ja z kolei i tak już wiedziałem, że tego procesu ujawniania i tak się już nie da zatrzymać. Że każdy kto chce wiedzieć, kto pisze to wszystko co tu się każdego dnia pojawia, dowie się o tym w jednej chwili, a co gorsza dowie się o tym też wielu takich, którym grzebanie w Sieci wcześniej nawet nie przyszło do głowy. A później, to już wiedziałem, że jeśli ktoś mnie ma znienawidzić, to znienawidzi, a jedyne co mogę zrobić ja, to tylko modlić się, żeby wśród nich było jak najmniej osob, od których zależy mój byt.
Może ktoś zauważył, że z głównej strony tego bloga zniknął banner Facebooka. Możliwe, że ktoś też zauważył coś jeszcze. Że z samego Facebooka zniknęło moje konto osobiste i konto przyjaciół bloga toyah.pl. Dlaczego? Wszystko usunąłem sam i osobiście. Dlaczego? Otóż wszystko ma zawsze tę samą przyczynę. Wyrejestrowując się z Facebooka zaznaczyłem nawet odpowiednią opcję – bezpieczeństwo. O jakim bezpieczeństwie mówię? O tym samym, o którym wspomniałem w pierwszej części tego wpisu. Opowiem jak to wygląda. Człowiek w pewnym momencie, całkowicie uspokojony towarzyskim i zawodowym komfortem i satysfakcją, jakie mu przynosi każdy kolejny dzień, zaczyna nagle widzieć, jak atmosfera wokół niego zaczyna się wyraźnie zagęszczać, a część osób, bez najmniejszego powodu najpierw przestaje się do niego uśmiechać, a później zaczyna wykonywać nieprzyjazne gesty, a później dowiaduje się, że ta z początku ledwo uchwytna niechęć, zaczyna przybierać postać praktyczną – choćby w formie groźby utraty pracy. Tylko tyle i aż tyle. Na poziomie poważnych biznesów, na temat których zdolni reżyserzy kręcą filmy, sprowadza się to do tego, że z dnia na dzień, bez jednej wyraźnej przyczyny, jeden po drugim wycofują się kolejni inwestorzy. Na poziomie politycznego bloga roku, chodzi zaledwie o drobne przesunięcia w ofercie pracy. W końcu nikt nikogo nie może zmusić do współpracy z kimś, kto jest w sposób oczywisty psychicznie niezrównoważony. Szczególnie w okresie silnych społecznych i politycznych napięć. Prawda?
Ten blog będzie działał dalej, dokładnie tak jak dotychczas. Obawiam się przy tym, że powrót do skutecznej konspiracji jest już mało możliwy. Choćby na przykład dlatego, że teraz już moje nazwisko musi pozostać obok tego numeru konta, który – jak się nagle okazuje – też musi pozostać. Właśnie ze względu na sytuację, o której wyżej. A zatem walczymy dalej, tyle że jeszcze bardziej świadomi, gdzie żyjemy i kto nam to życie organizuje. I świadomi tego, że jeśli w końcu dojdzie do tego, że dla mnie ten blog stanie się jedynym źródłem utrzymania – to będę mógł uczciwie powiedzieć, że to wyłącznie przez tę wyżej wspomnianą „mordę” i przez tych dla których utrzymywanie powszechnej świadomości tej „mordy” stało się pewnym momencie jedynym ratunkiem i ich jedynym sukcesem.

piątek, 30 października 2009

O naszych inaczej

Jakiś już czas temu, zainspirowany wyjątkową aktywnością tak zwanego konserwatywno-liberalnego skrzydła Salonu24, najpierw napisałem, a następnie zamieściłem tu tekst, w którym zadeklarowałem swoją sympatię do wszystkiego co lewicowe. W swoim wpisie, przeprowadziłem – skromną, akurat w sam raz na swoje możliwości – analizę współczesnej polskiej myśli i idei polityczno-filozoficznej, starając się wykazać, że z czysto ludzkiego punktu widzenia, cała debata związana z tak zwaną przynależnością, jest funta kłaków warta. A zatem, jeśli ktoś życzy sobie ze mną dyskutować na tym poziomie, to ja się wypisuję, ponieważ wolę być prostym komunistą, niż wchodzić w jakiekolwiek więzy przyjaźni nawet z najbardziej światłym konserwatywnym liberałem. I że, jeśli ktoś życzy sobie stawiać mi za wzór prawicowości to co w powszechnym rozumieniu funkcjonuje jako prawicowe, to ja od dziś trzymam z lewicą.
Gdyby ktoś chciał ewentualnie ten mój stary wpis poczytać, bardzo proszę, niech poszuka go sobie na własną rękę. Ostatnie dni tak mnie wyczerpały, jak idzie o najgłębsze nawet pokłady mojej wrodzonej życzliwości, że – powiem szczerze – nie chce mi się. Na pocieszenie mogę powiedzieć, że niedawno mój kolega Traube przyznał się, że z nudów zaczął czytać moje stare wpisy i nawet mu się spodobało. Więc zapraszam. Może przy okazji uda się niektórym zaznać odrobiny rozrywki.
Wracając do kwestii bycia komunistą, muszę dziś przynajmniej części czytelników tego bloga wyjaśnić pewną rzecz. Otóż z tym komunistą, to nie była prawda. A przynajmniej nie do końca. Użyłem tej figury, z jednej strony dlatego, że byłem bardzo poirytowany i potrzebowałem znaleźć coś bardziej drastycznego, a z drugiej strony po to, by pokazać w miarę możliwości dobitnie, że kiedy patrzę na te wywity w głowach niektórych z ludzi, którzy to się pojawiają to znikają, by się znów pojawić w okolicach mojego oka, nosa i ucha, to jestem gotów powiedzieć wszystko, byleby choć jeden z nich zechciał zniknąć raz i na dobre. A jednak wciąż, mimo tych wyjaśnień, sprawa nie jest do końca rozstrzygnięta, z tego choćby powodu, że – obserwując to wszystko co się dzieje wokół mnie dzisiaj – ja osobiście nie widzę żadnego powodu, żeby się wstydzić bycia akurat komuchem.
Powyższe refleksje wróciły do mnie właśnie ze zdwojoną energią w tych ostatnich dniach, kiedy i przez Salon i oczywiście też przez ten blog, przewaliła się cała ta dyskusja na temat tego, kto jest porządny, kto nie, kto bardziej, kto mniej, kto nasz, kto nie-nasz, i co z tego dla nas wszystkich wynika, lub nie. Bardzo znaczna grupa osób, z którymi jestem mniej lub bardziej zaprzyjaźniony, nie mogąc prawdopodobnie nerwowo zdzierżyć ani mojej potyczki z niezależnym komentatorem Łukaszem Warzechą, ani tym bardziej moich pretensji do znanego pisowca Rybitzkiego, uparcie pragnie, żebym w dalszym ciągu, tak jak to robię dotychczas, walił prosto między oczy, ale pod warunkiem, że właścicielem tych oczu będą wyłącznie Mireks i red. Wołek. Bo Wołek i Mireks są nie-nasi, podczas gdy Rybiztzky i Warzecha – nasi. I to nasi bardzo. A naszych ruszać nie należy z dwóch względów. Po pierwsze dlatego, że są nasi, a po drugie dlatego, że kłótnia w rodzinie jest zawsze niedobra. Bo my się tu kłócimy, a nasi przeciwnicy się cieszą.
Kiedy przed kilkoma miesiącami pisałem swój tekst o tym, jak bardzo mało mnie interesuje to, kto jakie wartości wyznaje, i kto jaką stronę politycznej sceny uznaje za najbardziej sobie wygodną, moje uderzenie było przede wszystkim skierowane w stronę tak zwanych liberalnych konserwatystów, w związku z wyprowadzonym przez nich atakiem na najszerzej rozumianą Solidarność. Moją wściekłość wzbudziło odmieniane na wszelkie możliwe sposoby i wyśpiewywane na wszystkich możliwych rejestrach, zawołanie: „Nie pozwolę, żeby za moje podatki utrzymywano całą bandę nierobów!” Jeśli postanowiłem, że nadszedł odpowiedni czas, bym się zdeklarował jako dumny lewicowiec, to przede wszystkim dlatego, że zostałem do tego gestu zainspirowany przez tę bandę idiotów, których zarówno społeczno-polityczna wiedza, jak i czysto ludzka wrażliwość zaczynają się i natychmiast kończą na konstatacji, że jeśli się chce zarabiać, to trzeba pracować. A jeśli ktoś nie pracuje, to znaczy że jest głupi i nieudolny. A jeśli jest głupi i nieudolny, to niech nie wyciąga swoich nieobciętych paznokci do tych, którym się udało.
Jednak jak mówię, dziś i wszystko to poszło już bardzo do przodu, a i ja sam znacznie poszerzyłem swoje pole obserwacji. I w ramach tego szerokiego już bardzo obrazu zauważyłem, że mój wręcz histeryczny upór, żeby nie pisać o sprawach, lecz o ludziach ma bardzo głębokie uzasadnienie. I jeśli coś tu się kiedykolwiek ma zmienić, to tylko to, że jeszcze bardziej będę zajmował się ludźmi, a nie sprawami. A zajmując się ludźmi, sprawom będę poświęcał jak najmniej miejsca i uwagi, ponieważ – w moim najgłębszym przekonaniu – człowiek jest tylko – ale i aż – człowiekiem, i wszystko to co go otacza ma znaczenie najmniejsze. Oczywiście, nie będzie mi łatwo, choćby dlatego, że już wczoraj zostałem ostrzeżony przez Administrację, żeby się nie znęcać nad ludźmi, bo każdy ma swoją godność i takie tam… ale zobaczymy. Moje intencje są bardzo jasno opisane i nie wydaje mi się, żebym był w stanie zacząć nagle pisać wbrew sobie. Jeśli ktoś ma tu jakieś wątpliwości, to od razu mogę bardzo szczerze zadeklarować, że jeśli jeden z drugim chce mnie wytarmosić za uszy, może się mną zajmować do woli. Na swoim blogu. A jak przyjdzie tu do mnie, to najwyżej – jeśli zacznie za bardzo wydziwiać – go zbanuję. Ale z całą pewnością nie pobiegnę do Administracji, chlipiąc, że ktoś mnie, albo moją partię brzydko nazywa.
O co mi konkretnie chodzi? Oczywiście – jak już wspomniałem – głównie o te napomnienia, żeby nie ruszać swoich. Co to bowiem oznacza swoich? W jakiż to sposób nie-mój jest Grzegorz Napieralski? Otóż dokładnie w taki sam sposób, jak Jarosław Gowin. A jeśli i Gowin i Napieralski nie są moi, to nie widzę najmniejszego powodu, żeby mój był Tomasz Wołek. Jeśli z kolei nie mój jest Wołek, to jakiż ja mam powód, żeby za swojego uważać byłego ministra Polaczka, czy Rafała Ziemkiewicza? Jeśli z kolei nie mój jest Polaczek, to równie dobrze nie mój jest Rybiztzky, czy Warzecha, czy Dorn. I, oczywiście, nie mój jest Palikot. I teraz proszę mi powiedzieć, jakież to ja mam mieć argumenty, żeby część z tych nazwisk z tej listy wykreślić? Czy może chodzi o to, że Wołek chodzi do kościoła, a Napieralski nie? Przepraszam bardzo, ale proszę nie żartować. A niby to dlaczego ja mam uważać Warzechę za swojego, a Dorna już nie? Przecież, w zeszłych wyborach to Dorn głosował, tak jak ja, na PiS, a nie Warzecha. Czemu ja mam traktować jak swojego Dorna, a już posłów Karpiniuka, Nitrasa i Niesiołowskiego jak wrogów? Przecież Niesiołowski znacznie dłużej jest człowiekiem pobożnym, niż Ludwik Dorn, a nie wykluczone, że Nitras i Karpiniuk byli jako chłopięta ministrantami. Czemu ja mam traktować jako nie-swojego Celińskiego, a Ziemkiewicza już nie? Akurat to Celiński powiedział o moich Kaczorach, że kiedy z nimi rozmawia, to ma poczucie, że rozmawia z KIMŚ, a nie kompromitował się jakąś paplaniną o „wrzeszczących staruszkach”.
Ja tu jednak ten powyższy akapit poświęciłem w pewnym sensie na żarty. Ale przecież sprawa jest jak najbardziej poważna i nie mam najmniejszych problemów, żeby zacząć rozmawiać poważnie. Tylko co ja mam rozbić, skoro to wszystko w samej swojej istocie brzmi jak żart? Dziś wielu moich przyjaciół, których miałem przyjemność poznać na tym blogu, zaraz zacznie mnie namawiać, żebym przestał się zajmować sprawami nieistotnymi, tylko zechciał z nimi współtworzyć szeroki obóz polskiej prawicy? Czy ja ten apel mam rozumieć tak, że ja mam się znaleźć dokładnie w tym samym obozie, w którym znajduje się marszałek Komorowski i Janusz Palikot? Czy może mam z tej dwójki wyrzucić Palikota, bo on jest rozwodnikiem. A może też i Komorowskiego, bo się z Palikotem przyjaźni? Ale czy przy okazji mam się wycofać z mojego poparcia dla Mariusza Kamińskiego, bo on, z kolei, jest ateistą? W odróżnieniu od Julii Pitery. I zamiast tych kilku zaprzańców, dodać jednak do listy moich ulubieńców, których następnie już tylko będę chronił, Tomasza Wołka, który i chodzi do kościoła i przyjaźnił się z Kisielem, a na dodatek jeszcze pojechał do Pinocheta z ryngrafem? A może mam się zaprzyjaźnić z tymi, którzy dziś jeszcze są po mojej stronie, a idiotami się staną dopiero za parę miesięcy?
A może jest jeszcze inaczej? Może znajdzie się ktoś kto mi zaproponuje, że liczy się tylko jedno, a w ramach tego „jednego” powinienem patrzeć, kto jest po prostu porządny, a kto nie. Że powinienem jako pierwszych, wykluczyć z mojego serca herbertowskich „szpiclów, katów i tchórzy”, a więc, na przykład, przede wszystkim księdza Jerzego Więckowiaka, o którym niedawno w Rzeczpospolitej, Sławomir Cenckiewicz napisał swój dewastujący artykuł? Więc jeśli jest tu ktoś taki, to bardzo proszę, niech mnie do tego nie miesza, bo ja już mimo wszystko wolę tego nieszczęsnego Więckowiaka, który jest przynajmniej księdzem – księdzem za życia potępionym – ale przynajmniej księdzem, i on akurat, jak przyjdzie na mnie kres, to jakimś rzutem na taśmę, jeśli mu się tylko zechce, a Dobry Pan Bóg mu pozwoli, będzie mógł mi choćby udzielić rozgrzeszenia. Wolę go więc bez porównania bardziej od uwielbiającego kapitalizm, wolny rynek i mającego dokładnie takie samo zdanie na temat palących śmierdzące opony związkowców, jak Łukasz Warzecha, opisanego już tu przeze mnie w osobnym wpisie (chcecie to szukajcie) szefa BCC – Marka Goliszewskiego, czy choćby jego niechybnego kumpla – też prawicowca pełną gębą – Donalda Tuska. Bo co ja od Tuska mogę dostać, czego nie może mi dać każdy pierwszy z brzegu szalikowiec? Legendę Solidarności? Ją akurat rozdaje skutecznie Lech Wałęsa i Władek Frasyniuk. Nie mówiąc już o Bogdanie Borusewiczu.
Proszę się nie gniewać, ale w ogóle nie ma o czym gadać. Z tej prostej przyczyny, że ludzka porządność i nie-porządność wykuwa się nie na poziomie ideologii, a więc na poziomie tego, czy ktoś jest nasz, czy nie-nasz, lecz – w najlepszym wypadku – tam gdzie się decyduje, kto jest po naszej stronie, a kto jest przeciwko nam. A tak naprawdę, kto jest człowiekiem, a kto już jest nim mniej.
W tej sytuacji, znów przepraszam wszystkich bardzo, ale nie widzę najmniejszego powodu, żeby się angażować w obronę, czy ochronę najróżniejszych durniów, zdrajców, tchórzy i kombinatorów tylko dlatego, że im się strasznie spodobało mówić o sobie, że są polskimi patriotami, i którzy chętnie się ze mną w nadchodzącą już za niecałe dwa miesiące Wigilię przełamią opłatkiem. Bo, nie widzę też najmniejszego powodu, żeby ich do tego wigilijnego stołu wpuszczać przed Jerzym Wenderlichem, czy jak on się tam nazywa. A jeśli ktoś myśli, że to wszystko dlatego, że jestem komunistą, to Bóg z nim. Wolę być komunistą, niż w jakiejkolwiek dyskusji, pod jakimkolwiek pozorem, w imię jakiejkolwiek prawicowej ideologii, głosić publicznie, że związkowcy z Cegielskiego to banda chuliganów.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...