wtorek, 31 stycznia 2012

Kto lubi "jebać"? Kogo, kiedy i dlaczego?

Pomysł na poniższą refleksję narodził się zupełnie niespodziewanie, po tym jak już napisałem tekst dla Piotra Bachurskiego do „Warszawskiej Gazety” o Facebooku. Tak to zresztą często bywa, że wystarczy o czymś pomyśleć, raz, drugi, trzeci, a dalej to myśli przychodzą już same i nie sposób ich zatrzymać. Zresztą, jak podejrzewam, tekstu dla Bachurskiego też by nie było, gdyby nie to, co ja tu nieco wcześniej zostawiłem na temat Zbigniewa Hołdysa. W sumie więc, to wszystko jest bardzo ciekawe. Kiedy pojawił się problem ACTA, obiecałem sobie, że tym się zajmować nie będę, bo ani się na tym nie znam, ani znać się nie potrzebuję, a tymczasem wygląda na to, że – po tych dwóch nieśmiałych próbach – będzie już niemal wyłącznie o tej ustawie. Dlaczego? Z tej prostej przyczyny, że ja już chyba wiem, o co tu w tym wszystkim chodzi. I mam wrażenie, że to jest naprawdę coś specjalnego.
Ale stało się jeszcze coś, co sprawiło, że potrzeba pisania o Internecie i o tym, co się wokół niego ostatnio dzieje, musiała się skończyć tym tekstem. Otóż głos w sprawie zabrał sam Lech Wałęsa i powiedział, że jego zdaniem, zdecydowanie trzeba coś z robić z tym Internetem, bo on, jako wręcz nałogowy jego użytkownik, już nie może wytrzymać tej wolności i tego chamstwa. A to, moim zdaniem, cały problem – nie dość, że i tak już ciekawy – ustawia w jeszcze ciekawszym świetle. No ale zacznę od początku. Stało się bowiem tak, że wczoraj otrzymałem doniesienie o dwóch komentarzach, jakie zostały umieszczone na Facebooku przez dwóch niezależnych, choć prawdopodobnie skolegowanych, użytkowników, na temat katastrofy w Smoleńsku. Pierwszy z nich, niejaki Grzesiek, napisał coś takiego:
Codziennie ktoś umiera. A że to był prezydent, to co z tego? Bardziej się przejąłem, jak mi pies zdechł. Dla mnie to zwykli złodzieje. Trzeba jeszcze z 3 tupolewy i może coś się zmieni”.
Na to drugi odpisał mu w ten sposób:„Grzesiu popieram :) ja tam się cieszyłem, jak tupolew pierdolnął, myślałem że się coś zmieni, ale jeszcze jedna kurwa kaczka została i mąci dziwka jebana”.Oczywiście, pod jednym i drugim, od razu pojawiło się nowe towarzystwo, spod znaku „lubię to”.
Ponieważ, wbrew temu, co się tym dzieciom wydaje, Internet nie jest ich sekretnym ogródkiem, zakopanym głęboko w dziurkach w nosie, lecz jak najbardziej oficjalną przestrzenią, całkowicie kontrolowaną przez zewnętrzny świat, nie miałem najmniejszych kłopotów, by ustalić, kim są ci dwaj – dokładnie, z ich nazwiskami, adresami i zdjęciami – i pomyślałem, że wyłącznie w celach poglądowych ujawnię te dane publicznie. Żeby pokazać, jakie to wszystko jest proste. I tu niestety spotkałem się z protestem, który nadszedł ze strony jak najbardziej nieoczekiwanej. Otóż moje dzieci powiedziały mi, że ja tego zrobić nie mogę. I nie miało znaczenia, że i jeden i drugi z tych wybitnych komentatorów, wszystkie dane o sobie sami ujawnili i, jakby tego było mało, ubarwili je swoimi zdjęciami. Okazuje się bowiem, że ów Facebook – w serdecznym przekonaniu jego użytkowników – jest miejscem, gdzie wszelka prywatność jest bardzo skrupulatnie chroniona, i jeśli ktoś się tam przedstawia, robi to w pełnym przekonaniu, że te dane są wyłącznie do wiadomości kumpli. I nikogo więcej. A więc, jeśli ja jakimś cudem – bo oczywiście mogłem to zrobić tylko cudem – do nich dojdę, to mam zachować dyskrecję. Bo inaczej postąpiłbym jak jakiś haker, lub ktoś jeszcze gorszy. Na pewno ktoś gorszy.
A zatem, to co o nich wiem, zachowam sobie do własnej wiadomości, i dziś tylko powiem, że oni mają na przykład wielkie szczęście, że nie trafili na kogoś, kto, jak się domyślam, wedle ich wyobrażenia, stanowi typ moherowego krzyżowca i mordercy, bo już by było po nich. A to by było okropne, bo – sądząc po zdjęciach – to są naprawdę mili i porządni chłopcy. Natomiast przedstawię coś, co nawet jeśli ich identyfikuje, to w sposób bardzo pośredni, natomiast w bardzo podstawowym wymiarze określa to, czym jest dziś Facebook, a więc i Internet. Oto lista tego, co „lubi” kolega Grzesia. Proszę się trzymać krzeseł:
Filmweb, Regionalna Warzelnia Piwa, Bydgoska Masa Krytyczna, Rowerowa Brzoza, AGRU.pl - Repliki białej broni, ASG, Pij, pij, będziesz łatwiejsza, Pij, nie pierdol, Puma, Ruscy są zajebiści, Jebać Acta, Skopa, Pipa, Wolność dla Internetu, Bitwa pod Kłuszynem, Noc przed egzaminem jest jak Noc Wigilijna - nie śpisz i czekasz na cud, Im mniej wiesz tym lepiej śpisz, Śpisz? Nie, oglądam sobie powieki, ”Shit man, I jus forgot wat I was about to tell you!'', je ne comprends comprends pas comment ont peut aimer ne rien faire, Men on Fire, Eat shit and die :), Wkurwia mnie, gdy nie wiem kto mówi w domofonie, Im dłużej myślę, tym bardziej nie wiem, Wali mnie to, Nie znoszę gdy Internet zamula, Lubię sery, Peja, Nie znoszę chrapania!, Jak uzbieram na czołg to macie przejebane, No i would NOT like a detention. Are you f*cking retarded??, EPIC FAIL, zrobię Ci z dupy jesień średniowiecza, Weź się ogarnij, bo tak mnie wkurwiasz, że Ci zaraz wpierdolę, Nienawidzę gdy się produkuję, a ktoś odpisuje tylko lol lub aha, Pozdrawiam wrogów środkowym palcem, Boże daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę to ich wszystkich rozpierdolę, ‘Chuj z tym’ jako wyraz całkowitej rezygnacji, Tak mam dzisiaj wqrw, Ty mi tu nie pierdol., Nie pierdol, polej, Kobiety to same problemy, a z problemem najlepiej się przespać, "Pan życia i śmierci"/"Lord of the war", Wrzuta.pl, Nike”.
Wprawdzie, wśród ulubionych grup tego dziecka – niech mu będzie Bartek – nie znalazłem nic na temat Zbigniewa Hołdysa, ale, owszem, są tam jak najbardziej ACTA – w postaci grupy „Jebać Acta”, no i wolności Internetu. A z tego wnioskuję, że Bartek należy do tej części świadomych obywateli, którzy są przeciwko inwigilacji Internetu. On zdecydowanie był jednym z tych, którzy ostatnio, mimo mrozu, poszli krzyczeć przeciwko Tuskowi.
A zatem opowiem pewną historię, którą usłyszałem od znajomych znajomych. Otóż ich syn – bardzo porządny, inteligentny i spokojny chłopak – pewnego wieczora siedział przed swoim komputerem i nudził się jak pies. Siedział oczywiście na Facebooku, i po raz sześćdziesiąty ósmy oglądał te same miejsca. W pewnym momencie – z tych właśnie nudów – wszedł na stronę jednej z posłanek do Sejmu, i postanowił sprawdzić, czy będzie miał kłopot z włamaniem się do jej skrzynki mailowej. Okazało się, że hasło zabezpieczające było tak trywialnie proste, że nie mógł się powstrzymać, by tego nie sprawdzić. No i skorzystał. Wlazł więc jej do skrzynki, zostawił tam pewien bardzo skromny ślad – tak jak pies zostawia kupę – i o sprawie zapomniał. Nie narobił tam żadnych szkód. Ani nikogo nie obraził, ani nikomu nie groził, ani nic nie poniszczył. Zwyczajnie postanowił się zabawić. I zostawić swój adres IP. Jeden jedyny z tysięcy. Do czasu. Już bowiem po krótkiej chwili w jego domu zjawili się panowie z policji i uruchomili odpowiednie procedury. Z wszelkimi tych procedur konsekwencjami.
Kiedy go spytano, dlaczego on – taki inteligentny, spokojny i nieskłonny do sportów ekstremalnych chłopak – nie wziął pod uwagę tego, że on równie dobrze mógłby wyjść na środek ulicy i się rozebrać do rosołu, odpowiadał niezmiennie, że nie wie. Po prostu siedział sobie w swoim kąciku i klikał. Ale dlaczego nie pomyślał, że jeśli owa posłanka się tym czymś zdenerwuje – a ponieważ jest zaledwie głupią posłanką, zdenerwować się może bardziej, niż któraś z jego koleżanek – to go bez najmniejszego problemu wytropi, wzruszał ramionami i odpowiadał biedaczek, że o tym w ogóle nie myślał. On sobie tylko siedział przy swoim biurku – dokładnie tym samym, przy którym na co dzień się pilnie uczy – i klikał. Ale czy nie przyszło mu do głowy, że to jest gra naprawdę ostra? On nic nie sądził. Nudził się i klikał. Koniec, kropka. A później o wszystkim zapomniał. Proszę pamiętać, nie mówimy tu o idiocie. Nie tu.
A więc ja uważam, że to jest właśnie to, co Internet robi z ludźmi. On oczywiście daje nam przeróżne możliwości poszerzania wiedzy, uczy tego wszystkiego, czego ani ja, ani inni moi rówieśnicy kiedyś nawet nie mogliśmy sobie wymarzyć, i, niewykluczone, że sprawia, że nasze dzieci są tak nieprawdopodobnie sprytne i inteligentne. Jednak przy okazji, w pewnym bardzo szczególnym zakresie, robi z nich na ten jeden niewinny moment kompletnych bałwanów. W tym mianowicie, że one całkowicie tracą instynkt samozachowawczy. Ale mało tego. Bo gdyby przy podobnych jak wyżej opisana okazjach, te dzieci się zreflektowały i uznały, że trzeba koniecznie coś z sobą zrobić, bo po drugiej stronie czyhają takie niebezpieczeństwa, że normalny człowiek sobie z nimi nie poradzi, jakoś by mogły z tego wyjść. Natomiast one postępują wręcz odwrotnie. Głoszą mianowicie swoje niczym nieograniczone prawo do swobodnej ekspresji, z uporem maniaka twierdzą, że owa ekspresja jest chroniona nie tylko prawnie, ale też faktycznie – przez pełną anonimowość mianowicie – i oczywiście są gotowe wyjść na ulicę na samą myśl o tym, że ktoś im na tym biurku próbuje inaczej poukładać to, co oni tam tak ładnie przecież poukładane mają.
Popularna opinia jest taka, że ów gniew internautów, z którym mamy dziś do czynienia, a który okazał się tak wielki, że zwrócił się aż przeciwko dwóm wiecznym bohaterom współczesnej Polski – Donaldowi Tuskowi i Zbigniewowi Hołdysowi, jest związany głównie z obawą, że oni nie będą mogli ściągać za darmo piosenek, filmów i oglądać pornografii. Otóż uważam, że nie o to poszło. Wystarczy spojrzeć na listę grup, które polubił nasz Bartek, by mieć pewność, że dla nich filmy, piosenki i pornografia stanowią maleńki ułamek tego, co ich interesuje tak naprawdę. Dla nich filmy, piosenki, czy wreszcie te dupy są niemal bez znaczenia. Oni już wszystko słyszeli i widzieli, a sposób na życie, jaki dla siebie wybrali sprawił, że większość z nich i tak stała się rzeczywistymi impotentami, więc seks ich zwyczajnie nie interesuje. Ich zresztą już nie interesuje nic, poza gadaniem na wszelkich możliwych forach. Oni na uwadze mają już tylko „shit, man” i „wali mnie to”. A więc nic. Ich już nie obchodzi nic, z wyjątkiem tej szczególnej złości, która wcześniej została odpowiednio ukierunkowana. I uważam, że jeśli oni dziś się tak zdenerwowali, to dlatego, że dostali cholery na wiadomość, że ktoś na nich będzie patrzył, jak oni sobie tam siedzą i klikają. Rodziców – pomijając fakt, że oni i tak często mieszkają w akademikach – już ze swojego pokoju skutecznie wypędzili, i ci mają tam prawo wchodzić tylko wtedy, gdy dziecko jest w szkole, lub na uczelni, a to i tak tylko po to, by wynieść kubki, talerze, kartony po pizzy i puste flaszki po coca coli. Wypędzili stamtąd swoje rodzeństwo, a z kolegami w realu nawet już nie potrafią rozmawiać. I teraz oni jedynie sobie konsekwentnie nie życzą, by ktoś im się tam kręcił i patrzył, co oni robią.
I to jest właśnie to coś, co świadczy o tym, że oni są kompletnie chorzy. Weźmy wspomnianego wcześniej Bartka. Dlaczego on apeluje – wspólnie z innymi swoimi znajomymi z Facebooka, by „jebać ACTA”? Nie dlatego, że im nie wolno będzie robić tego, co robią dotychczas, ale wyłącznie dlatego, ze kiedy oni będą to robić, ktoś ich będzie obserwował. Ale skąd mu przyszło do głowy, że dotychczas, skoro on tam siedział sam ze sobą, to pozostawał tak idealnie anonimowy? Dlaczego on, jak się domyślam, uważa, że jeśli ja dziś znam jego nazwisko, wygląd i miejsce, gdzie go mogę znaleźć, to tylko dzięki ACTA? Odpowiedź jest prosta. Bo jest durniem. Zwykłym, solidnie wykształconym durniem, który dał sobie wyprać mózg i nawet tego nie zauważył.
Na koniec jeszcze jedno pytanie. Co z tym Wałęsą? Po co nam on? Po co ja o nim w ogóle wspomniałem? Otóż Wałęsa jest tu bardzo ważny. On, zabierając głos w sprawie ACTA w taki sposób, w jaki to zrobił, potwierdził autorytatywnie, że tu nie chodzi o wolność słowa i chamstwo, jakie ta wolność dopuszcza. To akurat zostanie nietknięte. Tu nic nikomu się nie stanie. Jak ktoś będzie chciał „jebać Jarka” – będzie to mógł robić bezkarnie, dokładnie tak jak dotychczas. Podejrzewam, że nawet będzie mógł – w określonych warunkach – „jebać Hołdysa”. Nie wolno natomiast będzie „jebać Komorowskiego”. No ale znów – to już chyba było, prawda?
Natomiast, faktycznie, może się zdarzyć, że te filmy i piosenki trzeba będzie ściągać z Chin. I to, jak wiemy, dla niektórych może stanowić zmartwienie. Tyle że, jak już wcześniej zostało powiedziane, to jest naprawdę margines, a zatem w istocie nie ma o czym gadać. To jest tylko koniec świata. Tak się właśnie kończy świat. Nic naprawdę wielkiego.

Proszę, jak zawsze, wspierać ten blog, albo wrzucając na co kogo stać do puszki, albo kupując książkę. Wszystko co jest do tego potrzebne, znajduje się tuż obok po prawej stronie. Dziękuję.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Jeszcze raz o bohaterach na miarę czasów

Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że gdyby nie ostatnie wydarzenia, jakie miały miejsce w warszawskim sądzie podczas odczytywania wyroku w sprawie wprowadzenia stanu wojennego, nazwisko Słomka w społecznej świadomości funkcjonowałoby mniej więcej tak samo, jak funkcjonuje szereg innych nazwisk dawnych bohaterów antykomunistycznego oporu, których dziś ani ja nie pamiętam, ani tym bardziej ci, dla których polityka zawsze stanowiła tylko pewne ubarwienie dnia codziennego. Oczywiście, są ludzie, zwłaszcza tu na Śląsku, dla których Adam Słomka wciąż jest postacią jakoś tam rozpoznawaną, zwłaszcza gdy przy okazji każdych kolejnych wyborów miasto jest rozplakatowywane tym smutnym czarnobiałym rysunkiem chłopca – swoją drogą, ciekawe, że on wciąż wierzy, że świat stanął w miejscu – w okularach i w charakterystycznej wojskowej czapeczce, bo Adam Słomka po raz kolejny chce zostać prezydentem, lub kandyduje w wyborach do Senatu. Jednak poza tym, wydaje mi się, że nawet regularnie powracająca w mediach informacja na temat tego, że Słomka ponownie został zatrzymany przez policję za fałszowanie jakichś podpisów sprzed lat, nie jest w stanie wzbudzić choćby mikroskopijnego społecznego zainteresowania. A przynajmniej nie do tego stopnia, by przeciętny Polak zapamiętał, kim jest ta słomka.
O jakich sądowych wydarzeniach mówię? Gdyby ktoś nie zauważył, opowiem króciutko. Otóż kiedy polski sąd po raz kolejny – i tym razem już chyba ostateczny – postanowił puścić wolno Czesława Kiszczaka, uznając zaledwie, że owszem staruszek coś tam kiedyś przeskrobał, no ale ani z niego żaden Pinochet, żeby się na niego jakoś szczególnie obrażać, ani z nas tacy znowu barbarzyńcy, żeby mu wyrywać z głowy resztki owłosienia, Adam Słomka wpadł do sali sądu, siadł na miejscu przeznaczonym dla sędziego i wygłosił oświadczenie. Sąd oczywiście zareagował natychmiast. To znaczy niemal natychmiast. Najpierw jednak powiedział Kiszczakowi, żeby wracał do domu pić ziółka i plewić ogródek, i dopiero wtedy posadził Słomkę do kozy na dwa tygodnie. Za obrazę mianowicie sądu.
Efekt tego wydarzenia jest podwójny. Przede wszystkim część mainstreamowych mediów – jak najsłuszniej zresztą – dostrzegając absurdalność całej sytuacji, kiedy to w niemal tym samym momencie, kiedy autentyczny i oczywisty komunistyczny bandyta, zostaje w majestacie prawa, praktycznie zwolniony z jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje zbrodnie, do więzienia zostaje wsadzony jakiś średnio przytomny straszy pan, wyłącznie za to, że naruszył powagę czegoś, co się powszechnie przyjęło uważać za objęte immunitetem, właśnie w kwestii owej powagi, postanowiła zrobić z tego sprawę. Nie sprawę szczególnie dużą, ale jednak. Rzeczywiście, niezwykle absurdalne jest bowiem to, że to co rzeczywiście w najwyższym stopniu urąga powadze polskiego wymiaru sprawiedliwości, a mianowicie fakt, że od dwudziestu już ponad lat polskie państwo nie jest w stanie wyegzekwować choćby symbolicznej kary dla choćby jednego z całego szeregu komunistycznych morderców, dla naszych sędziów nie stanowi jakiegokolwiek problemu, natomiast oni dostają gwałtownej histerii, bo ktoś nagle pokazał im język.
Drugim z kolei rezultatem owego wtargnięcia i błyskawicznego wyroku jest oczywiście to, że Adam Słomka znów stał się sławny. A ta jego dzisiejsza sława jest tu – szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt jej wtórności – czymś, co dla takiego Słomki stanowi skarb nie do przecenienia. No bo załóżmy, że z jakiegoś powodu, pojawiłaby się okazja, by odtworzyć historię i pokazać Słomkę w jego pełnej krasie, z jego każdym sukcesem i każdym upadkiem. Załóżmy że mielibyśmy nagle szansę zobaczyć, kto to taki ten Słomka. I załóżmy, że on by nagle poczuł ów wiatr popularności z wszystkimi wynikającymi z niego korzyściami, ale i przykrościami. Że nagle w świadomości publicznej pojawia się dawny bohater naszej walki o wolność i demokrację, a znaczna część opinii publicznej krzyczy: „A to cymbał!”. Tymczasem dziś, Słomka jest niemal wyłącznie bohaterem narodowym. Widzimy go w tym garniturze, jak spoziera z dumą przez kraty z tej swojej nowej celi, a w jego oczach widać tylko tę jedną myśl: „To dla was. Ja to robię dla was”.
Miałem okazję w którąś niedzielę oglądać trochę program w telewizji TVN24 zatytułowany „Loża Prasowa”, i na sam koniec pojawił się temat Słomki i jego ofiary. To co mnie zainteresowało w wypowiedziach właściwie wszystkich uczestników, od tak zwanego prawa do, znów tak zwanego, lewa, to to, że oni wszyscy, skoro już mieli komentować sprawę Słomki, ograniczali się wyłącznie do wygłaszania deklaracji typu „Tak, ale…”, lub „Nie, ale” – zależnie oczywiście od prezentowanej opcji – natomiast nawet jeśli ktoś taki jak Tomasz Wołek, na przykład, zasugerował, że Słomka to człowiek psychicznie niezrównoważony, nie umiał tej opinii podeprzeć ani jednym dowodem. A więc mieliśmy przed sobą ewidentnego bohatera, w dodatku uciemiężonego przez postpeerelowski sąd, mieliśmy skompromitowany do cna wymiar sprawiedliwości i jakiś bełkot odnośnie tego, że z tym Słomką to jednak jest coś nie tak. Żeby chociaż Wołek powiedział, że Słomka to pisobolszewik. A tu nawet tego nie było. A przecież na temat takiego szaleństwa on akurat powinien wiedzieć wszystko.
I powiem uczciwie, że tego akurat nie jestem w stanie zrozumieć, bo cokolwiek powiedzieć na temat Słomki, z punktu widzenia kogoś takiego jak Tomasz Wołek nim się można niemal wyłącznie zachwycać. No bo popatrzmy. Należy Słomka do jeszcze starego bardzo zaciągu działaczy niepodległościowych? Należy. Ma zasługi? Ma. Czy przez te wszystkie lata – poza oczywiście nieustannym atakowaniem komunistów, a więc grzechem już ostatecznie zrelatywizowanym – zrobił coś złego? Nie. Czy choćby jednym słowem poparł Jarosława Kaczyńskiego i Prawo i Sprawiedliwość? Nigdy. Wręcz przeciwnie. Czy może on w takim razie demonstruje smoleńskie obsesje? O ile mi wiadomo, ten temat go w ogóle nie pociąga. No i przede wszystkim Adam Słomka dla pomyślnego rozwoju III RP ma zasługi porównywalne – choć naturalnie w znacznie mniejszej skali – do Lecha Wałęsy. To w końcu on, kiedy System się upomniał, pośpieszył mu na ratunek i pomógł odsunąć od władzy rząd Jana Olszewskiego. I dlatego choćby nie rozumiem, dlaczego Tomasz Wołek wykazuje tu aż taką niewdzięczność.
A może Tomasz Wołek już dostał takiego pomieszania zmysłów od tej całej polityki, że jemu się wszystko pomyliło, i myśli że Słomka to PiS? Niektórzy tak mają, i na przykład wszystko co się dziś w Polsce dzieje złego, zwalają na Kaczyńskiego i ten straszny rząd. Osobiście znam takich co najmniej paru. Niedawno na przykład likwidowano mój lokalny sklep spożywczy, a jego właścicielka – wspominałem tu o niej przy okazji ostatnich wyborów – strasznie biadoliła, że ten rząd ma zwykłych ludzi w pogardzie. Rozumiem, że jej chodziło o PiS. To ja może w tej sytuacji przypomnę. Za komuny i trochę jeszcze później, Adam Słomka był działaczem Konfederacji Polski Niepodległej, i wszelkich możliwych KPN-u przybudówek, w rodzaju stowarzyszenia wolnych emerytów, czy związku ofiar służby zdrowia. Jeszcze jako młody chłopak, w latach 80-tych. demonstrował, ganiał się z esbekami, szedł siedzieć, wychodził z więzienia, głodował, znów szedł siedzieć, później znów demonstrował. Zwykły, prosty życiorys bojownika o wolną Polskę. Kiedy nastał pierwszy wolny parlament, Adam Słomka został posłem i tak już był sobie tym posłem przez całe lata dziewięćdziesiąte. W roku 1992, razem z Lechem Wałęsą, komunistami, PSL-em, Unią Demokratyczną, czy jak się tam Geremek z kolegami wtedy nazywali, obalając rząd Jana Olszewskiego, zabił Adam Słomka w Polsce wolność. Dlaczego Adam Słomka wówczas zdradził? Bezpośrednim powodem było to, że jego szef, Leszek Moczulski, znalazł się na liście Macierewicza, obok Lecha Wałęsy i paru innych ważnych agentów i Słomka tego rodzaju potwarzy wymierzonej Wolnej Polsce nie mógł tolerować. Zdrada KPN-u była szczególnie ohydna, bo to właśnie na KPN stawiał przede wszystkim Jan Olszewski, szukając wsparcia dla swojego rządu. Wbrew Jarosławowi Kaczyńskiemu i wbrew wielu przeciwnikom tej koncepcji – ludziom o wiele potężniejszym, niż Leszek Moczulski i jego patriotyczna drużyna. Przypomnijmy dziś sobie, właśnie dziś, kiedy System posadził Słomkę po raz kolejny, jak to przed wielu wielu laty on sam potrafił nam opowiadać:
W trakcie rozmów wtorkowych o poszerzeniu koalicji rządowej - zaproszono właśnie Konfederację do tych rozmów - minister spraw wewnętrznych poprosił członka władz najwyższych KPN [...] i na osobności poinformował go, iż przywódca Konfederacji jest agentem Służby Bezpieczeństwa[...]
Chcę również poinformować, że dzisiaj udostępniono mi oraz posłowi Michałowi Janiszewskiemu wszystkie te dokumenty, które miały rzekomo świadczyć o współpracy Leszka Moczulskiego ze Służbą Bezpieczeństwa - 600 stron maszynopisu i rękopisu - [...] i chcę powiedzieć, iż nie ma tam niczego, co by w najmniejszym stopniu dawało podstawę do stwierdzenia, że Leszek Moczulski był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Panowie z rządu, mieliście pełną świadomość tego faktu i jest rzeczą obrzydliwą moralnie, iż podejmowaliście [...] próby wyłączenia przewodniczącego KPN z życia politycznego [...] że robiliście rzeczy nie tylko politycznie obrzydliwe, ale moralnie niegodziwe. I z tych powodów, mimo że przecież reprezentujecie centroprawicę, formację nam zbliżoną...
Tak, taka jest prawda. [...] Jeszcze dzisiaj, do godziny 20 czułem na pewno większą przyjaźń do was, niźli do tamtej strony sali, ale po tym, co zobaczyłem... Ale po tym, co zobaczyłem, muszę powiedzieć, iż komuniści w stanie wojennym nie posuwali się do tak obrzydliwych metod, do jakich się tutaj posunięto”.
Od roku 1992 upłynęło wiele lat. KPN praktycznie przestał istnieć, Leszek Moczulski został oficjalnie potwierdzonym agentem, a Adam Słomka jest niby przewodniczącym niby KPN-u i tak się snuje po Katowicach i okolicach. Parę razy chciał zostać prezydentem, od czasu do czasu, jak już wspomniałem wyżej, całe miasto obwiesza ręcznie zrobionym rysunkiem swojej głowy w czapeczce z orzełkiem, by wszyscy widzieli, jaki z niego senator. Pamiętam jak jeszcze przed wielu laty, kiedy sąd w Katowicach skazywał zomowców z Wujka po raz pierwszy, Adam Słomka stał przed budynkiem sądu w grupie paru wiecznych działaczy KPN-u, śpiewając piosenki patriotyczne i opowiadając, jak to kiedyś uciekał esbekom. Jakiś czas później, widziałem go najpierw raz, potem drugi raz, podczas spotkania z Antonim Macierewiczem i z Jarosławem Kaczyńskim. Kiedy zobaczyłem go w tłumie na spotkaniu z Macierewiczem, zapytałem Macierewicza, jak myśli, dlaczego tacy ludzie, jak Słomka, czy, zupełnie z drugiej beczki, Wojciech Wierzejski, potrafią zachować się tak podle. Antoni Macierewicz odpowiedział krótko: dla władzy i pieniędzy. Może tak, może nie. Może to nie są pieniądze, może to przede wszystkim brak potrzebnej w polityce mądrości i przenikliwości, w połączeniu ze zwykłą bufonadą. Ale może i faktycznie, tylko władza i pieniądze. Faktem jest, że parę miesięcy później, Adam Słomka przyszedł na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim, a ja się zastanawiałem, po co on tam lezie? Czy chce się czegoś dowiedzieć, czy może tylko pokazać; a może liczy, że ktoś go nagle wyłowi z tłumu i zatrudni jako jakiegoś asystenta, albo kogoś podobnego? No i zastanawiałem się, jak mu nie wstyd?
I za każdym razem, gdy zastanawiałem się nad Słomką, myślałem sobie o innych tego typu działaczach. O wspomnianym Wierzejskim, o jego szefie Giertychu, o koledze Wierzejskiego – Bosaku, czy o niedawno tu wspominam Arturze Zawiszy, i nie umiałem dojść do tego, jak w sumie tak zdolni i pełni zaangażowania ludzie, mogli się doprowadzić się do tego stanu? Ludzie, którzy są przecież inteligentni, często bardzo elokwentni, czasem chyba nawet politycznie zdolni, no i przede wszystkim wielokrotnie bardzo odważni. A jednocześnie ludzie, którzy stracili wielokrotnie swoją szansę nie dlatego, że ktoś przeciw nim uknuł jakąś intrygę, albo postanowił ich zniszczyć, albo po prostu ich oszukał. Nie. Stracili swą szansę nawet nie przez wierność jakimś zasadom. To wszystko są ludzie, którzy sami, bez najmniejszego przymusu, najpierw zdradzili, a później wyrzucili się poza główny nurt polityki. Istnieli, byli ważni, byli wpływowi i nagle popełniali polityczne samobójstwo. A teraz jeśli tylko znajdą okazję, to przychodzą, bo chyba chcą pogadać. Tego, przyznaję, jednak nie rozumiem.
Wspomniałem o tych chłopakach od Giertycha, ale chyba w tym kontekście jednak nie do końca w stosunku do Słomki sprawiedliwie. Oni, oczywiście, podobnie jak on, zawsze mieli lekko pomieszane w głowie, a przede wszystkim dręczyły ich nieustanne kłopoty z tak zwaną moralną busolą. Jednak trzeba przyznać, że o ile na Zawiszę czy Giertycha nie ma już co liczyć, bo raz, że oni nigdy nie byli aż tak odważni jak Słomka, a poza tym jednak zawsze byli kuci na cztery nogi i przez to potrafili coś dla siebie z boku ugrać, on już chyba umrze w więzieniu, albo podczas jakiejś marnej demonstracji zastrzelony z trzymanej przez dziesięciolecia w szufladzie broni służbowej przez rozwścieczonego wariata-esbeka. I to oczywiście sprawia, że jego los nie jest naprawdę godny pozazdroszczenia. Natomiast wydaje mi się, że akurat jak idzie o niego, byłby z niego jeszcze jakiś pożytek. I wcale nie chodzi mi o to, że to on mógłby się zasadzić na jakiegoś starego ubowca, i go zwyczajnie zarżnąć jak wieprza, bo aż tak krwiożerczy to ja nie jestem. Natomiast uważam, że, choćby podczas tej akcji w sądzie, Słomka, zamiast cyrkować za tym stołem sędziowskim, miał wykorzystać swoją zwinność, spryt i odwagę, rzucić się na Kiszczaka i tak mu przypieprzyć, żeby mu przynajmniej rozkrwawić nos i połamać sztuczną szczękę. Albo przeskoczyć przez tę barierkę dla oskarżonych wskoczyć Kiszczakowi na kolana i odgryźć mu nos, albo wyrwać język. Żeby ten miał taką starość na jaką zasłużył. I to by było coś, za co ja bym Słomkę cenił do końca życia i opiewał jego bohaterstwo.
Ale ta akcja miałaby jeszcze jeden walor. Korzystny już bezpośrednio dla Słomki. Otóż ona by świadczyła o tym, że Słomka to jest jednak naturszczyk, a nie jakaś nędzna podróbka. Że on jest autentyczny. Że jest prawdziwy. Że przynajmniej w ten sposób jest inny, niż przeciętny wariat. A tak, zaczynam się coraz bardziej obawiać, że to wszystko, co on robi, to jednak się odbywa za pełną wiedzą i tolerancją Systemu. I to jest wiadomość z tych już bardzo kiepskich.

Jeśli ktoś lubi czytać takie teksty i uważa, że mi się za nie należy coś więcej, niż klepnięcie po plecach, bardzo proszę o wrzucenie grosza do puszki obok. To znaczy, obok jest numer konta. Puszka znajduje się tu pod moim domem. No i zachęcam szczerze do kupowania mojej ksiązki o liściu. Tam takich tekstów jest cała masa. Dziękuję.

niedziela, 29 stycznia 2012

Zbigniew Hołdys, czyli chuj w kształcie bumeranga

Kiedy zmarł Elvis Presley, szok jaki ta śmierć wywołała, z jednej strony spowodował wśród jego największych fanów histerię niemal dosłowną, a z drugiej, branża muzyczna zaobserwowała pojawienie się nowego nurtu, a mianowicie sztuki wykonawczej prezentowanej przez artystów, którzy starając się wyglądać jak Elvis, ruszać się jak Elvis, mówić jak Elvis, próbowali jednocześnie wykonywać, tak jak on, piosenki Elvisa na scenie. Swego czasu dość popularne w amerykańskich mediach stało się zdarzenie, kiedy to pewna z pozoru zwyczajna, 40-letnia kobieta, została zaczepiona na ulicy przez podobnego do Elvisa mężczyznę i się w nim zakochała. No i stało się tak, że człowiek ten, właśnie jeden z lokalnych naśladowców Presleya, uwiódł tę kobietę, a następnie wyłudził od niej jakieś 30 tys. dolarów. To znaczy, do oszustwa doszło wyłącznie z punktu widzenia owej damy, bo tak naprawdę cały proceder odbywał się tak, że naśladowca Presleya zawoził ją pod bank, prosił by mu coś tam pożyczyła, a ona mu tyle ile chciał grzecznie dawała. A robiła to wyłącznie dlatego, że on jej pozwolił z sobą mieszkać, sprzątać mieszkanie, płacić czynsz, udawał przed nią Elvisa, śpiewał jej piosenki Elvisa, zabierał na swoje występy, się z nią fotografował, no i oczywiście obiecywał, że jak już będzie miał, to jej wszystko odda. W końcu, gdy straciła wszystko, poszła na policję i zgłosiła oszustwo.
Naśladowca Elvisa oczywiście wszystkiemu zaprzeczył. Powiedział policji, że to co owa kobieta opowiada, to czyste wymysły jej chorego umysłu. Że ona to zaledwie jedna z jego fanek, która nie dawała mu żyć, a swoją opowieść zakończył takim oto zdaniem: „W sumie, nie ma o czym gadać. My artyści już tak mamy. Taki jest nasz los. Elvis miał dziewczyny, które mu groziły, że popełnią samobójstwo. Ja też miałem takich parę. Choć, przyznaję uczciwie – nie tak dużo jak Elvis”.
Taka historia. Skąd mi ona dziś przyszła do głowy? Oczywiście – jakże by inaczej – dzięki Zbigniewowi Hołdysowi. Artysta ów, reagując na falę ataków, jakie przeciwko niemu pojawiły się w Internecie, oświadczył, że jego to nie dziwi, bo na przykład Michael Jackson musiał to co dziś Hołdys, znosić przez długie, długie lata. Chociaż, oczywiście, „Jackson miał znacznie gorzej”. Czy ten stan umysłu Zbigniewa Hołdysa mnie zdziwił? W najmniejszym stopniu. Ja go obserwuję od początków lat 80-tych, a więc od czasu gdy tzw. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wprowadziła w Polsce stan wojenny i dla spacyfikowania nastrojów wśród młodszej i starszej młodzieży zorganizowała ów szczególny ruch muzyczny, którego głównymi przedstawicielami były zespoły Republika, Perfect, Maanam, Lombard i Lady Pank, a pierwszymi jego animatorami Marek Niedźwiecki z kolegami i radiowa „Trójka”. I z tego też czasu pamiętam świetnie, że o ile Republika zwyczajnie była bardzo dobra, a Lombard i Landy Pank swoje ambicje ograniczali jedynie do tego, by kopiować zachodnie piosenki na polski rynek, to Perfect i Maanam – podobnie jak Lady Pank, wyłącznie kopiując – konsekwentnie przy tym stwarzali wokół siebie atmosferę bycia w rzeczywistości gwiazdami formatu światowego. Różnica między nimi była jedynie taka, że Maanam miał być najwybitniejszą grupą muzyczną na świecie, natomiast Perfect najwybitniejszym rockandrollowym zespołem wszechświata i wszechczasów. Oczywiście, ile razy Hołdys, czy Kora Ostrowska, informowali o tego typu rewelacjach, wszyscyśmy je traktowali z należytym brakiem powagi, natomiast nie da się ukryć, że wiele z tamtych wypowiedzi do dziś pamiętam. Jedna z nich, przykładowo, to ta, kiedy to Kora opowiadała jak kiedyś supportowała występ Siouxie, i, w zgodnej opinii krytyki, ukradła jej show. Innym razem, Hołdys oświadczył, że gdyby on miał takie studio jak ma Phill Collins, to Perfect takie piosenki, jak „In the Air Tonight”, nagrywałby z palcem w nosie. Pamiętam też, jak się ten sam Hołdys, kiedyś chwalił, że jego sekcja rytmiczna jest lepsza od sekcji Watts - Wyman, natomiast sam gitarzysta jest zarówno technicznie, jak i pod każdym innym względem, lepszy nawet od Hendriksa.
A więc, przepraszam bardzo, ale kiedy dziś Zbigniew Hołdys mówi, że gdyby nie piraci, którzy mu kradną muzykę, on byłby jak Eric Clapton, to – cokolwiek by to miało znaczyć – ja mogę jedynie wzruszyć ramionami. Tak zwana „afera Hołdysa” więc nie interesuje mnie, bo za nią stoi Hołdys, ale przede wszystkim dlatego, że za nią stoi bardzo szczególny typ opinii publicznej, a mianowicie internauci. To właśnie gniew internautów, skierowany niemal z dnia na dzień przeciwko Zbigniewowi Hołdysowi, a więc w pewnym sensie owych internautów mistrzowi, zrobił na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. O co poszło? Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że, wedle wszelkich najbardziej sensownych tropów, dokładnie o nic. Jeśli się uczciwie zastanowić, Hołdys ani nie zrobił, ani nie powiedział, absolutnie nic takiego, co by go musiało skazywać na aż tak bezprzykładną agresję. On zaledwie zasugerował, że nowe przepisy dotyczące ochrony intelektualnej nic nie zmienią w naszej, czy to prawnej, czy obyczajowej sytuacji, i że on by chciał, żeby za publiczną prezentację jego piosenek mu płacić. Oczywiście mogłem coś przegapić, ale nie wydaje mi się. To jest chyba całość jego myśli.
I to całkowicie wystarczyło, by Hołdys stał się dziś pierwszym wrogiem publicznym społeczności internetowej. Nagle się okazuje, że on jest kompletnym idiotą, że każde jego słowo to najbardziej żałosna bufonada, że wizerunek jaki sobie stworzył na użytek mediów, to najgorszy możliwe wieśniactwo, a co najgorsze, że jako muzyk, kompozytor, piosenkarz i artysta estradowy, był zawsze, jest dziś, i pozostanie najgorszym dnem. Nagle wyszło na to, że ów, jak dotychczas, autorytet dla każdego młodego i mniej już młodego Polaka, to wyłącznie „kretyn”, „idiota”, „bałwan” i „debil”. Czy ta ocena jest w jakikolwiek stopniu wyjaśniana merytorycznie? Ależ skąd! Hołdysa dziś spotyka wyłącznie niczym nie podparte, najbardziej okrutne szyderstwo. Można by wręcz powiedzieć, że oto dziś, z jakichś wręcz kosmicznych przyczyn, Zbigniew Hołdys oberwał w łeb tym „chujem”, którego kiedyś w wywiadzie dla magazynu „Press” rzucił pod adresem Jarosława Kaczyńskiego.
Od samego początku, kiedy problem ACTA pojawił się w naszej publicznej przestrzeni, nawet wtedy, gdy moje Prawo i Sprawiedliwość wsparło w ich proteście przeciwników proponowanych regulacji, i nawet wtedy, gdy poziom protestów przybrał wymiar naprawdę groźny, nie chciałem tej sprawy komentować. Nie chciałem tego robić przede wszystkim dlatego, że absolutnie nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale również dlatego, że jestem więcej niż pewien, że, ze względu na interesy całkowicie mi nieznane, ów „ruch obywatelskiego sprzeciwu” jest od początku do końca przez kogoś – też nie wiem, przez kogo – moderowany. Jeśli dziś się tą sprawą zajmuję, to wyłącznie dlatego, że mnie bardzo zastanawia fakt, że, jak wszystko na to wskazuje, każdy tak zwany „protest społeczny” musi być oparty na najbardziej bezmyślnej, wręcz opętańczej nienawiści. I jest mi bardzo przyjemnie widzieć – i słyszeć – jak dziś Zbigniew Hołdys, człowiek, który dotychczas sprytnie potrafił się znaleźć po stronie tego motłochu, z przerażeniem patrzy, jak to wszystko, co go tak dotychczas zachwycało – i to co sam tak skutecznie uwodził – kieruje się przeciwko niemu, a on nic z tego nie rozumie. Otwiera Facebooka, tego samego Facebooka, który przez wszystkie ostatnie lata pozwalał mu tak zgrabnie poruszać się po tym nowym wspaniałym świecie, i widzi grupę o nazwie „Wkurwia mnie Zbigniew Hołdys”, a tam już ponad 2 tys tzw. fanów. I jedyne co potrafi robić, to pytać, dlaczego? I już widzi, że nikt mu na to pytanie nie odpowie, bo ma naprzeciwko siebie wyłącznie dziki, ciemny, kompletnie zidiociały tłum bałwanów, którzy jedyne co potrafią, to drwić i pluć.
Ale, jak mówię, nie chodzi o Hołdysa. Chodzi o to, czym się w ostatnich latach stała obywatelska świadomość i społeczna aktywność. W tych tak bardzo ostatnio przyspieszających czasach, wyszło na to, że człowiek może być albo głupi – albo mądry, albo świadomy – albo bezmyślny, albo szlachetny – albo podły. Dla tego, co tu od lat już nazywam Systemem – i to też tu wielokrotnie podkreślałem – sytuacją idealną od początku było to, by ludzie byli głupi, bezmyślni i podli. Umyślił sobie ów System, że tylko wtedy, gdy naprzeciwko siebie nie będzie miał suwerennego obywatela, lecz tępego konsumenta, wystarczy tylko zapewnić mu podstawową rozrywkę, i nigdy już nikt i nic nie przeszkodzi poważnym biznesom w realizacji ich planów. I cały niemal swój wysiłek skierował na to, by właśnie coś takiego wyhodować, wykarmić i ugłaskać.
Dziś, kiedy patrzę na to, co Internet robi ze Zbigniewem Hołdysem, myślę sobie, ze tej jednej rzeczy System nie przewidział. Że jeśli będzie sobie kalkulował w ten sposób, jeśli – z jakiegokolwiek powodu – kiedykolwiek dojdzie do kryzysu, to on już się pozbawił podstawowego na takie sytuacje narzędzia, a mianowicie możliwości negocjacji. Pozbawił się tej możliwości, bo nie da się negocjować z kimś, kogo się wcześniej umiejętności negocjacji oduczyło. Dopóki po jednej stronie stał tłum, a po drugiej wróg – wszystko było dobrze. Zawsze można było ten tłum albo karmić, albo szczuć. Każdy z nas wielokrotnie miał okazję obserwować, jak to działa. Dziś natomiast, kiedy nagle z jednej strony staje tłum, a z drugiej przyjaciel, nie ma sposobu, żeby nagle zmienić coś, czego zmieniać się nawet nie planowalo. I czego już się zmienić nie da.
Oczywiście, jak mówię, nie wiem, o co chodzi w tym ACTA, kto tu jakie ma interesy, i kto przeciwko komu protestuje. W związku z tym, biorę pod uwagę, że to wszystko się zakończy równie nagle, jak się zaczęło, ci wszyscy, którzy dziś obrzucają Hołdysa najgorszymi wyzwiskami, wrócą na dawno sprawdzone ścieżki, a Zbigniew Hołdys ponownie włączy sobie swój profil na Facebooku i wszyscy się pogodzą. A my zostaniemy dokładnie w tym samym miejscu, gdzie byliśmy przedwczoraj i jesteśmy dziś. Jedno natomiast będę już wiedział zawsze, i podejrzewam, że ci których to może dotyczyć najbardziej, też już będą wiedzieli. Będzie to wiedział Bronisław Komorowski i Donald Tusk, Mariusz Walter i Jerzy Owsiak, będzie to wiedział Kuba Wojewódzki i Andrzej Olechowski. Że w sytuacji kryzysowej, nie będzie żadnej dyskusji. I nie będą się liczyły ani argumenty, ani prawda, ani spryt, ani nawet najbardziej słodkie kłamstwo. I w powszechnym rechocie nikt z nich nie zostanie oszczędzony. No i, co może równie ważne, ten rechot będzie tak okrutny, że oni czegoś takiego wcześniej nie spotkali nawet na najbardziej głupkowatych prawicowych portalach. A jeśli, chcąc się przed nim jakoś chronić, będą próbowali jakichś ruchów, to wszystko co spróbują zrobić, by zmienić ów niefortunny stan rzeczy, wszystko jedynie pogorszy.

Czy zgodzicie się, że to była notka mimo wszystko bardzo optymistyczna? Jeśli ktoś uważa, że tak, i że za to mi się coś należy, proszę – w miarę możliwości, oczywiście – skorzystać z podanego obok numeru konta. Oczywiście, zawsze też można kupić sobie moją książkę ze starszymi felietonami z tego bloga. I tu i w Katowicach na ulicy 3-maja w księgarni „Nowe Słowo”. Naprawdę warto. Dziękuję.

piątek, 27 stycznia 2012

A za oknem wiatr wieje, wiatr wieje...

Jak już miałem okazję o tym tu wspominać, jak idzie o korzystanie z mediów mainstreamowych, ogarnął mnie całkowity i niewzruszony przesyt, i w tej chwili praktycznie wszystkie informacje, jakie otrzymuję, dochodzą do mnie już tylko przez Internet. Czy ja chcę przez to powiedzieć, że Wirtualna Polska, Onet, tvn24, czy choćby nawet Salon24 to coś lepszego, niż telewizja TVN24 czy „Rzeczpospolita”? W żadnym wypadku. Po prostu, tak się jakoś stało, że telewizor jako medium nastraja mnie wyjątkowo niesympatycznie i jedyne co potrafię znieść z tych obrazków, to turniej w Melbourne. Jadę rano autobusem na tę swoją jedną smutną lekcję i czytam sobie wiadomości w komórce, i to mi jakoś wystarczy. Później zajrzę na Salon24 – no i tu już mam dokładnie wszystko, co mi może być potrzebne, ale też i to, czego nie będę potrzebował nigdy, w żadnych okolicznościach. No i tak to się plecie.
Zajrzałem więc wczoraj na Salon24… a tam dwa pod rząd teksty poświęcone Stefanowi Niesiołowskiemu. Tekst pierwszy napisany przez panią red. Jankowską, a drugi przez panią Rudecką, a więc przez blogerów, których z zasady nie czytam, no ale ponieważ nazwisko „Niesiołowski” ma w sobie coś takiego, że przyciąga uwagę, zajrzałem najpierw do Rudeckiej, żeby zobaczyć, co ona ma do powiedzenia na temat Jankowskiej – bo przecież nie Niesiołowskiego – a potem do Jankowskiej, żeby sprawdzić, czy ona rzeczywiście dała Rudeckiej jakikolwiek powód do tego, by się należało wspinać aż na taki poziom zaplutej furii, czy może Rudecka już zwyczajnie inaczej nie potrafi. No i na tym zamknę sprawę obu pań, ponieważ w tym momencie pojawia się Jacek Sasin – człowiek, którego darzę wręcz obsesyjną miłością.
Na początek od razu wyjaśnię ową kwestię mojego zauroczenia. Powiem szczerze, że po raz pierwszy zorientowałem się, że Sasin w ogóle istnieje, dopiero tuż po 10 kwietnia 20110 roku, kiedy to okazało się, że Jacek Sasin stał się nagle najwyższym żyjącym urzędnikiem zmarłego Pana Prezydenta. Wcześniej, jak mówię, ani go nie znałem, ani chyba nawet nie widziałem na oczy. I oto, w tych pierwszych godzinach, kiedy wszyscyśmy wyglądali jakbyśmy mieli zaraz się rozpaść z rozpaczy, i albośmy dusili w sobie smarki, lub lali łzy, Jacek Sasin stał przed nami jak pomnik, i z tą swoją niezwykłą siłą wzorowego urzędnika państwowego, któremu na głowę spadł nagle cały świat, pokazywał nam, jak należy reprezentować odchodzącą właśnie prezydenturę. Sasin ani nie płakał, ani nawet nie robił wrażenia wzruszonego. On nawet nie pozwolił sobie na to, by mu zadrżał głos. On stał przed nami jak posąg, i reprezentował wdeptany w smoleńskie błoto urząd. Muszę tu przyznać, że dla mnie akurat ówczesna postawa Sasina miała również wymiar bardzo osobisty. Trzeba bowiem tu powiedzieć, że mam oto taki charakter, który nieustannie każe mi się wzruszać. Taki był mój ojciec – taki jestem i ja. Mnie wzrusza wszystko i to moje wzruszenie od razu widać, albo w postaci drżącego głosu, albo wręcz łez. Wstyd mi okropnie z tego powodu – szczególnie wobec osób mi obcych – ale to jest coś, na co nie umiem znaleźć sposobu. Patrzyłem więc na tego Sasina, słuchałem jego głosu, widziałem jego oczy i tę jego kamienną, ale przy tym tak urzędowo pogodną twarz, i myślałem sobie, że ja bym w życiu tak nie potrafił. Ja bym się zwyczajnie poryczał. A on? Służba.
Ale pomyślałem sobie jeszcze coś. Że oto mam przed sobą żywy dowód na to, że Jacek Sasin nie kłamie. Gdyby on kłamał – wzruszyłby się. Gdyby kłamał – zrobiłby choćby jedną maleńką minę. Gdyby wreszcie kłamał – absolutnie nie pozwoliłby sobie na ten zupełnie surrealistyczny w tamtej chwili… może nie uśmiech, ale na ową pogodę ducha. Gdyby Sasin wtedy próbował nas nabrać, w życiu by się nie zachował tak jak się zachował. Bo to nie jest tak, że opinia publiczna docenia tego typu demonstrację siły. O nie! Opinia publiczna reaguje na łzy i tandetną poezję. Pop tego typu szczerości fizycznie nie akceptuje. I muszę tu powiedzieć, że z tamtych dni zapamiętałem dwie osoby, które zachowały ten dumny chłód – Sasina i Jarosława Kaczyńskiego.
I oto, przy okazji wspomnianej na początku tej notki wizyty w Salonie24, dowiedziałem się, że właśnie tuż po smoleńskim nieszczęściu, a więc dokładnie w tym samym czasie, kiedy ja zorientowałem się, że ktoś taki jak Jacek Sasin w ogóle jest i był, zorientowali się co do tego też inni. I – co może w tym jeszcze ciekawsze – jest całkiem prawdopodobne, że oni się jednocześnie też zorientowali, że ten Sasin to nie byle co. Jak się okazuje, ktoś – nie mam do końca pojęcia, kto pierwszy – dokonał odkrycia, że Jacek Sasin to syn komunistycznego generała i funkcjonariusza aparatu przemocy, Józefa Sasina i chrzestny syn prawdopodobnego zabójcy gen. Papały, Edwarda Mazura. Jak mówię, nie wiem, kto pierwszy uruchomił tę lawinę, ale na ile potrafię odtworzyć ów ciąg, to najpierw na ten trop wpadł jakiś kolega Wojciecha Orlińskiego – człowieka, którego tu znamy aż zbyt dobrze – opowiedział o tym Orlińskiemu, Orliński opublikował tekst na swoim blogu, a za tym tekstem popłynęła cała reszta tego brudu – w tym wspomniana wcześniej pani Rudecka, a przez nią, naturalnie też Salon24 – by się ostatecznie ową wiadomością zadławić.
Żeby tę sprawę już na samym początku wyjaśnić – bo niniejszy tekst wbrew pozorom nie ma na uwadze oczyszczania dobrego imienia Jacka Sasina, ale sprawy znacznie bardziej ogólne – kolega Orlińskiego skłamał. Józef Sasin nie jest ojcem Jacka Sasina – polityka, lecz Jacka Sasina – rysownika. Podobnie oczywiście, to nie naszego Jacka Sasina trzymał do chrztu Edward Mazur, tylko Jacka Sasina, syna Józefa. To są informacje ogólnie dostępne i nie stanowiące jakiejkolwiek zagadki. Wystarczy wpisać w odpowiednie miejsce Internetu nazwisko „Jacek Sasin” i wszystko pojawia się jak na dłoni. A zatem, kiedy Orliński pisał swój tekst, w którym szydził z Jacka Sasina, szydził nie z tego Sasina, z którego ewentualnie szydzić powinien. A zatem, Orliński nie sprawdził informacji, jaką ktoś mu wrzucił, ale przez swoją histeryczną wręcz nienawiść, brak opanowania i to stare, jakże stare, życzenie śmierci, uczepił się tej wiadomości jak pijak płotu – i rozpowszechnił tę potwarz na całą Polskę. Czy on wiedział? Oczywiście mógł wiedzieć – i to by go tam jakoś ratowało – jednak sądzę, że nie wiedział. Uważam, że Orliński połknął tę plotkę na dokładnie takiej samej zasadzie, jak ta umierająca z nudów fryzjerka w jakimś prowincjonalnym salonie piękności, która nagle się dowiaduje, że gdzieś ktoś, kogo ona nie lubi wpadł pod auto – i moknie. A więc tu nie pojawił się nawet strzep myśli. Tu poszło wyłącznie o instynkt.
A reszta? Taka pani Rudecka? To już akurat jest bez znaczenia. To jest wyłącznie tak zwane mięso armatnie.
Do czego zmierzam? Orliński na swoim blogu najczęściej nazywa mnie „pacjentem”. Czyta ten blog, ale przy tym nim gardzi i mnie osobiście uważa za człowieka chorego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja niedawno otrzymałem informację – już w tej chwili nawet nie pamiętam od kogo – że dziennikarz „Gazety Wyborczej” TVN-u i diabli wiedzą czego tam jeszcze, Bartosz Węglarczyk, jest w prostej linii wnukiem Józefa Światły, Żyda i komunistycznego kata. Czy ta informacja mnie zainteresowała? Przyznam że trochę tak. Od czasu jak red. Cichy – jakby nie było człowiek stamtąd – przyznał, że tzw. Projekt Agora, to projekt ideologicznie czysto żydowski, kolejne typy robią wciąż na mnie pewne wrażenie. Ale czy poczułem coś więcej? Absolutnie nic. Zero. Ja mam sto tysięcy lepszych powodów, by uważać Weglarczyka za tępego buca, niż to, że on jest Żydem, a jego dziadek jeszcze większym. No ale załóżmy, że ja bym Węglarczyka– dokładnie tak jak Orliński Jacka Sasina – nienawidził, i podobnie jak Orliński, czułbym, że, cholera ciężka, brakuje mi argumentów. Prawdopodobnie w tej sytuacji bym się tej wiadomości uczepił. Że oto już o tym Weglarczyku wiem wszystko. Że ale z niego swołocz! A to ruski buc! Jest jednak pewien szczegół, który nas różni. Ja bym wcześniej tę informację sprawdził. A gdyby mi się jej nie udało potwierdzić, z żalem bym na nia machnął ręką i słowem bym się na ten temat nie zająknął. Dlaczego? Bo bym się bał tego wstydu.
Ale popatrzmy na jeszcze jedną kwestię. Otóż szansa że Bartosz Węglarczyk jest synem Światły jest o niebo większa od tej, że Jacek Sasin – minister w Kancelarii prezydenta Kaczyńskiego – jest synem Józefa Sasina. Skąd ta moja pewność? Otóż cała kariera Weglarczyka wręcz błaga o tego typu wyjaśnienie. W jego sytuacji, ono się wręcz dopomina o uznanie. Jeśli się okaże, że Bartosz Węglarczyk to faktycznie Żyd i wnuk Światły, nikt się nawet nie żachnie. Każdy w miarę zorientowany obywatel wzruszy ramionami i powie: „A jakże by inaczej”. Jak idzie o Sasina – to że on mógłby być synem ubeckiego generała, jest sensacją o takiej skali, że taki Orliński na wieść o niej zwyczajnie stracił rozum. A mimo to, ja – gdyby mi się zdarzyło owego dziadka Weglarczyka do czegoś potrzebować – wszystko bym wcześniej odpowiednio sprawdził.
Problem bowiem polega na tym, że jeśli u nas – na tak zwanej prawicy – pojawi się jakiś wariat, który zacznie publikować listy stu największych Żydów, i na niej znajdą się wszyscy główni polscy politycy, poczynając od Marka Belki, przez Jadwigę Kaczyńską, a kończąc na Aleksandrze Kwaśniewskim, cała publiczna domena zatrzęsie się od rechotu, że oto Polaczkowie znów przekroczyli kolejną granice zidiocenia. Już przy tym nie wspominam, że każdy z owych wariatów, gdyby mu tylko przyszło do głowy, by przekroczyć próg jakiegokolwiek mniej lub bardziej oficjalnego medium – prawicowego, czy lewicowego – zostałby stamtąd wywalony na zbity pysk. Tymczasem okazuje się, że dokładnie ten sam rodzaj szaleństwa, jaki obserwujemy – przy całym moim szacunku – u takiego Kazimierza Świtonia, czy Adama Słomki, jest reprezentowany jak najbardziej oficjalnie przez najbardziej opiniotwórcze środowiska i osobistości tak zwanej Nowej Europy. I nie ma po tamtej stronie jednego człowieka, który by na tę manifestację obłąkania zareagował choćby skrzywieniem ust.
Ale jest jeszcze jedna różnica między nimi a nami. Kiedy któryś z naszych wariatów ma ochotę się trochę popisać, to piszę tak: „Oto Żydzi, mordercy Polskiego Narodu” i w tym momencie już do końca sadzi dwie kolumny nazwisk – z jednej strony jakiegoś Kwaśniewskiego, a z drugiej Krakauera, czy cholera wie kogo. Kiedy za tropienie dziadków biorą się Europejczycy, efekt ich pracy wygląda tak:
„Jacek Sasin, genetyczny patriota. Mam mniej więcej tyle lat co były pisowski wojewoda Jacek Sasin. Wspomnienie Sasina o tym, jak to w PRL zimą świetnie jeździły pociągi i komunikacja publiczna funkcjonowała bez zarzutu, mocno mnie zaskoczyło. Musieliśmy żyć w zupełnie innych PRL-ach. Link do biografii ojca Jacka Sasina, generała SB Józefa Sasina – dzięki Rpyzel! – wyjaśnia sprawę. Rzeczywiście, żyliśmy w różnych PRL-ach. Zimą 1979 roku Józef Sasin był zastępcą naczelnika Wydziału VI Departamentu III MSW (czyli po prostu Służby Bezpieczeństwa). To wyjaśnia, dlaczego Jacek Sasin zupełnie inaczej zapamiętał tę zimę od reszty społeczeństwa. Synuś pana generała raczej nie marzł wtedy razem z nami na przystanku. […]
Zapewne gdy jako nastolatek jechałem na pierwsze samodzielne wyprawy w Bieszczady czy na Hel, też raczej nie miałem szansy spotkać w PRL-owskim pociągu syna osoby kierującej tak ważną grupą. Panie Jacku, pan by raczej coś fajnego w radiu opowiedział o podróżach ze służbowym kierowcą od tatusia – czym pan pokonywał peerelowskie zimy, polonezem? Dużym fiatem? A może legendarną czarną wołgą?”.
To są te poziomy. Widać je, prawda? Napisałem wcześniej, że gdybym ja z jakiegoś chorego powodu uznał za stosowne zrobić coś takiego, jak zrobił Orliński, spróbowałbym się przynajmniej trochę rozejrzeć. A gdybym się źle rozejrzał i coś takiego jak Orliński wykonał, ogarnąłby mnie taki wstyd, że swoją karierę publiczną bym zakończył i bym zdechł w nędzy z głodu, lub w więzieniu z powodu długów. Orliński ma się świetnie, a ja jestem dla niego wyłącznie „pacjentem”.
Miało już o niej nie być, ale literatura wymaga zakończenia. A więc wracamy do mięsa armatniego. Zostawiłem wczoraj na jej blogu komentarz z jednym pytaniem: „Czy kiedy ona pisała o Sasinie, wiedziała że kłamie?” I proszę sobie wyobrazić, że ona mi na to odpowiedziała, że nie kłamała. Że ona wszystko podtrzymuje. A jeśli ja mam jakieś nowe informacje, to ona mnie prosi o odpowiedni link. I skończyła rozmowę. Przyznam że kiedy wpadłem na pomysł, by takie własnie dać zakończenie tej notce, pomyślałem sobie, że będzie to akcent dość optymistyczny. Teraz jednak myślę, że ani trochę. Tu jednak jest już najgorzej.

Tradycyjnie, wszystkich tych, którzy uważają, że ten typ publicystyki wart jest życzliwej uwagi, proszę o finansowe wspieranie tego bloga. Poza tym, przypominam, że dostępna jest książka z wczesnymi wpisami publikowanymi na naszym blogu i można ją kupić albo tuż obok, albo też w Katowicach na ulicy 3-maja w księgarni „Wolne Słowo”. Dziękuję.

środa, 25 stycznia 2012

Niepokornym truchtem, czyli czemu kłamią?

Pamiętam go jeszcze z czasów mojego blogowania. Był uczniem maturalnej klasy w którymś z krakowskich liceów, interesował się piłką nożną i popierał Prawo i Sprawiedliwość. Przez moje nauczycielskie kompleksy, ile razy z nim rozmawiałem, pytałem o naukę, o maturę, o przyszłe studia i takie tam. O polityce chyba raczej nie rozmawialiśmy, bo o czym tu gadać? Lubiłem go czytać pewnie też trochę dlatego, że każdy normalny nauczyciel lubi uczniów, którzy choć trochę potrafią myśleć i te myśli jakoś tam w miarę poprawnie wyrażać. A więc, niby nic takiego, ale jak na moje skromne wymagania – wystarczyło.
Spotkałem go na trzecich urodzinach Salonu w Warszawie i uderzyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to taka, że to był przede wszystkim bardzo sympatyczny i ładny chłopak – typ, który kiedy nasza córka przyprowadzi go do domu, to sobie myślimy, że okay, może być – natomiast druga, że on był trochę, jak na moje gusta, zbyt chętny do zaprzyjaźniania się. Ze wszystkimi, a już zwłaszcza z tymi, których jakoś tam znał. Chodził od jednego do drugiego i z tym swoim uśmiechem wręcz się do wszystkich tulił. Po chwili się gdzieś zgubił, a po paru dniach Krzysztof Leski poinformował na blogu, że on i jego kumple zabrali go tamtego wieczora ze sobą na kaszankę. Kiedy po pewnym czasie dowiedziałem się, że on zaczął już publikować w paru różnych mainstreamowych pismach, pomyślałem sobie, że ja to rozumiem. Przychodzi ktoś taki do jednej czy drugiej redakcji – trudno go nie pokochać.
Ów stopniowy awans miałem okazję obserwować w dość ciekawy sposób. Otóż, kiedy czytałem jego notki, a zwłaszcza komentarze na innych blogach, nie mogłem nie zauważyć, że on jest na ty z coraz większą liczbą tzw. „ czerwonych” blogerów, i że tę zażyłość bardzo stanowczo stara się przy każdej okazji demonstrować. To rozpychanie się uderzyło mnie szczególnie, kiedy któregoś dnia zaczął pisać o sobie „my”. Kiedy indziej, kiedy wszedłem w jakiś spór z jednym z moich ulubionych blogerów – i nie tylko blogerów – Krzysiem Wołodźką, on się natychmiast zgłosił i mnie zrugał, że jak ja mam czelność tak bez szacunku zwracać się do „Krzyśka”. I pewnie nawet bym tego spięcia nie zapamiętał, gdyby nie bardzo charakterystyczna relacja samego Wołodźki, który straszliwie brutalnie powiedział mu, by się nie wtrącał jak starsi rozmawiają.
Tak czy inaczej, awans ów trwał nadal, i dziś niegdysiejszy skromny maturzysta jest już zdecydowanie kimś na tej jeszcze trochę blogerskiej, a trochę już mainstreamowej scenie. A ja, jeśli o nim dziś wspominam, to wcale nie po to, by mu coś wyrzucać, czy z niego kpić. Wręcz przeciwnie. Ja go autentycznie podziwiam. Od pierwszego momentu, kiedy spostrzegłem, jak on bardzo jest zdeterminowany, by osiągnąć sukces, autentycznie mu zazdrościłem. Myślałem sobie w taki oto sposób – oto mamy dwudziestolatka, który jak na razie jedyne co ma, to zaledwie swój osobisty wdzięk i pewien skromny talent do opisywania swych dość skromnych refleksji, a tu wystarczy jeszcze odrobina determinacji, by w końcu zacząć się rozpychać. I to rozpychać jak najbardziej skutecznie. Ja tak nigdy nie potrafiłem i pewnie trochę i przez to jestem dziś tu gdzie jestem. Tymczasem to trzeba właśnie tak. Pomaleńku, ale zdecydowanie, i cały czas bardzo czujnie, by niczego bron Boże nie przegapić.
Kiedy pisałem w Salonie, miałem tam pewną pozycję. Na tyle istotną, że zarówno Janke, jak i Krawczyk – nie mówiąc już o Leskim i czy Warzesze – świetnie wiedzieli, kim ja jestem. I pamiętam, że kiedy pojawiłem się na tamtych urodzinach, oni wszyscy zareagowali na moją obecność dokładnie tak, jak sobie w swojej próżności mogłem tylko zażyczyć. A zatem, nie mam najmniejszej wątpliwości, że już wtedy mogłem wykonać parę bardzo prostych ruchów, żeby może nie pójść na kaszankę z Leskim, ale na przykład posiedzieć przy stoliku z Igorem Janke. Jednak tego nie zrobiłem. Nie wykonałem jednego gestu, by się zaprzyjaźnić z kimkolwiek z nich. Owszem, spędziłem trochę czasu z Freemanem, przez pewien czas pogawędziłem sobie z Redpillem, a z tak zwanych gwiazd uścisnąłem rękę Warzesze, zamieniłem parę słów z Migalskim i dałem sobie zrobić zdjęcie z panem prezesem Kaczyńskim. Natomiast nawet przez jedną chwilę nie pomyślałem, że oto jest okazja, by coś załatwić i pomyśleć o przyszłości. Czy to o mnie świadczy dobrze? Nie sądzę. Wprawdzie osobiście czuję się z tym nie najgorzej, ale poza tym – nie sądzę. W ten sposób się zachowywać nie należy.
A dalej już było tylko gorzej. Tak jakbym miał w sobie zakodowany jakiś ciężki kompleks, który każe mi się zachowywać z tym większym dystansem, czym większe szanse się otwierają. Myślę że apogeum tego mojego szaleństwa nastąpiło w dniu kiedy miałem okazję wystąpić u Pospieszalskiego w „Warto rozmawiać”, a ja, siedząc niemal przez godzinę stolik w stolik z jednym z Karnowskich, Erykiem Mistewiczem, czy Ludwikiem Dornem – o Hartmanie delikatnie nie wspominam – jedyne co sobie myślałem, to to, że jeśli któremuś z nich przyjdzie do głowy mnie zaczepić, to im powiem, żeby się ode mnie odpieprzyli. I to natychmiast. Ja wiedziałem na sto procent, że jeśli nagle jakimś cudem ów Karnowski podejdzie do mnie i się spyta: „To pan jest tym blogerem?”, to ja mu powiem, żeby wracał do swojego towarzystwa. Więcej. Kiedy ten program się skończył i wszyscy powoli wychodzili, ja się bałem jak diabła, że nagle któryś z nich do mnie podejdzie i będzie chciał się ze mną przywitać, albo pożegnać, a ja mu nie podam ręki. I to by było okropne. Zwłaszcza gdybym w tym momencie miał paść na zawał serca ze zdenerwowania. A więc, proszę nie myśleć, że ja mam do kogokolwiek pretensje. Ja ludziom sukcesu wyłącznie zazdroszczę.
Myślę że w podobnej sytuacji do mojej jest mój kolega Coryllus. A kto wie, czy z nim nie jest jeszcze gorzej? Ostatnio mam wrażenie, że on z ograniczania sobie pola manewru uczynił wręcz zabawę i w momencie kiedy nagle jest szansa, że ktoś gdzieś zechce podać mu życzliwą dłoń, to on ją natychmiast zaczyna gryźć. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. On wcale nie uważa, że ta dłoń jest życzliwa. On jest przekonany, że ona chce go ostatecznie jedynie upokorzyć i skompromitować. Że ona chce go okraść i wystawić na pastwę losu. On uważa, że ta dłoń to dłoń Złego. Tyle że co z tego?
Smutne to bardzo, bo ja również nie uważam, by ta dłoń była życzliwa. Czytam ostatnio tygodnik „Uważam Rze”. Kupuję go w każdy poniedziałek, a następnie czytam po kolei do śniadania, do obiadu, do kolacji i do innych zajęć, o których tu wstydzę się wspominać. Podobnie czytają go pozostali członkowie mojej rodziny. Walają się te „Uważam Rze” po całym domu i wszyscy przy byle okazji biorą któreś do ręki i coś tam czytają. Czemu ja to robię? Nie wiem. Widocznie coś z tego mam, nawet jeśli miałoby to już być moim ostatnim kontaktem ze światem mainstreamu. Ostatnio zauważyłem, że redaktorzy „Uważam Rze” zradykalizowali się do tego stopnia, że właściwie każde słowo jakie tam znajduję na temat Smoleńskiego Mordu mógłbym śmiało uznać za wypowiedziane przez mnie. A zatem, powinienem konsekwentnie uznać, że taki Jacek Karnowski to przyjaciel, nie wróg. Że jeśli gdzieś w tym nieszczęsnym mainstreamie mogę jeszcze na kogoś liczyć, to jest to właśnie Jacek Karnowski. No a poza tym, wciąż należy pamiętać o życiu. Przecież ci „niepokorni autorzy” z „Uważam Rze”, to moje naturalne środowisko. To jest przecież moje miejsce. To jest szansa.
Niestety, nic z tego. Otwieram ostatni numer, a tam tekst Karnowskiego zatytułowany „Dlaczego aż tak kłamią w sprawie Smoleńska?” A ja, przepraszam bardzo, ale w momencie, gdyby Jacek Karnowski chciał mnie zaprosić na kaszankę, to ja bym zwyczajnie nie potrafili. Po prostu bym nie mógł. Mnie już ten sam tytuł całkowicie wystarczy. Pisałem o tym już kilka razy, ale nigdy nie zaszkodzi przypomnieć. Były to lata mocno gierkowskie, siedziałem przed telewizorem z moim tatą, oglądaliśmy Dziennik, a Tato w pewnym momencie spytał – pamiętam to jakimś cudem do dziś – „Powiedz mi, Krzysiek, czy on wie, że on kłamie?” Oto sytuacja, w jakiej przed laty był mój ojciec i w jakiej dziś jestem ja i wielu innych moich przyjaciół i ludzi kompletnie nieznajomych. My nie wiemy ani tego, czy on wie, że kłamie, ani tym bardziej dlaczego on kłamie. Nie wiemy nic. Patrzymy na tę demonstrację najbardziej bezczelnego informacyjnego terroru, i nie rozumiemy już z tego nic. Nie wiemy, czemu ci ludzie się tak zachowują, nie wiemy czy ktoś im kazał, czy oni tak sami z siebie, nie wiemy, czy oni wiedzą, czy nie wiedzą, nie wiemy nawet kim oni są, ani czym są. To wszystko, co się przed nami otwiera, pozostaje nieustanną zagadką. Zagadką nie do rozwiązania. Bogdan Rymanowski, Tomasz Sianecki, Monika Olejnik, Tomasz Lis, Andrzej Morozowski, Tomasz Sekielski… można tak wymieniać. Ale przecież to są nie tylko dziennikarze. Mamy tam różnego rodzaju polityków, socjologów, politologów, ekonomistów, psychologów. Patrzymy na ich twarze, słuchamy ich słów i nie możemy się nadziwić. I wciąż pojawia się to pytanie – czemu? I czy on wie? I na to odpowiedzi nie ma. Przede wszystkim dlatego, że każdy z nich stanowi część przestrzeni dla nas kompletnie obcej. To wszystko jest domeną Systemu. Nikt z nas ani nie ma tam wstępu, ani nawet nie ma prawa do jakichkolwiek informacji odnośnie tego, co tam się dzieje. Dla nas to jest kosmos.
I na to przychodzi Jacek Karnowski, człowiek, który jest jak najbardziej człowiekiem stamtąd, człowiek, który, jak świetnie pamiętam, pewnego dnia stanął naprzeciwko mnie, razem z Erykiem Mistewiczem i Janem Hartmanem, by mnie najzwyczajniej w świecie onieśmielić i zamknąć mi usta w sprawie, nie ot takiej sobie, ale absolutnie podstawowej, bo właśnie próbującej wyjaśnić ten jeden podstawowy problem – dlaczego oni to robią? I mi nie pomógł. Nie znalazł jednego powodu, by dać świadectwo. A dziś przychodzi, staje obok mnie i z bezczelnie niewinną miną pyta – dlaczego? Przepraszam bardzo, ale kogo on pyta? Mnie? Czytelników „Uważam Rze”? A może swoich kumpli dziennikarzy? Na kogo on liczy, że on mu da odpowiedź na to nurtujące nas jak zaraza pytanie? Ja bym sądził, że to raczej sam Karnowski powinien mieć informacje na ten temat. To w końcu jego, a nie moimi kumplami są ci wszyscy dziennikarze, którzy od niedługo już dwóch lat kłamią, kłamią i kłamią. Ja nie mam żadnego kontaktu z Dominiką Wielowiejską i Mikołajem Lizutem. Ja nie zwracam się do Jana Osieckiego per „Jasiu”. To Karnowski należy do tego towarzystwa i nawet jeśli jakiś Maziarski go nienawidzi, to on z całą pewnością ma okazję do niego podejść i mu zadać to pytanie inaczej niż każąc mu czytać swój artykuł w tygodniku „Uważam Rze”.
Wspomniałem wcześniej Warzechę. Podczas mojego pisania w Salonie24 też z nim miewałem kontakt. Pamiętam jak raz, podczas jakiejś wymiany pod moją, czy jego notką, zeszło na temat popierania Platformy i PiS-u, i proszę sobie wyobrazić, że Warzecha, na mój zarzut, że on bezmyślnie popiera Platformę – to był czas, kiedy on jeszcze takie wrażenie mógł sprawiać – odpowiedział mi ze szczerością małego dziecka, że on w wyborach 2007 nie głosował na nikogo, a więc że jest całkowicie neutralny. A ja sobie dziś myślę, że to musiała być w tamtych czasach odwaga! To dopiero musiał być dowód bezkompromisowości Warzechy – przyznać się, że on w tamtych wyborach oddał głos nieważny, lub na wybory wręcz nie poszedł. To tak własnie w tamtych dniach działali niepokorni dziennikarze. Dokładnie ci sami, którzy dziś sobie w stałej rubryce dworują z tego idioty Tuska i sklerotyka Mazowieckiego.
Nie mam pojęcia, na kogo głosował w 2007 roku Jacek Karnowski, Piotr Semka, Piotr Zaremba, czy Piotr Gursztyn, ale mam swoje powody, by przypuszczać, że oni wszyscy w tamtym dniu oddali glosy nieważne i uważali ten swój gest za dowód wielkiego bohaterstwa. Wiem też – albo niech będzie, że podejrzewam – że każdy z nich miał wielokrotnie okazję przyjrzeć się swojemu środowisku z każdej możliwej strony i to bardzo, bardzo dokładnie. Mieli możliwość przeprowadzenia bardzo gruntownej analizy postępowania swoich kolegów dziennikarzy. Ja nie. Oni – jak najbardziej. Ale nawet jeśli te wszystkie lata tak fatalnie zmarnowali i zamiast myśleć o Polsce, myśleli o tym, co by tu można było takiego napisać, żeby dało się to opublikować to tu, to tam, a najlepiej i tu i tam, może taki – skoro już na niego padło – Jacek Karnowski zwrócić się dziś do swoich nowych redakcyjnych kolegów Reszki i Majewskiego. Oni muszą znać odpowiedzi na każde jego pytanie. Właśnie ci dwaj. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni akurat posiadają tu wiedzę najbardziej tajemną. To w końcu nikt inny jak oni, w czasach gdy Łukasz Warzecha w geście obywatelskiego protestu, oddawał nieważny głos, pisali w „Dzienniku” tekst o tym, że „nikt” nie będzie płakał po Mariuszu Kamińskim, bo „każdy” wie, co to z tego Kamińskiego za ziółko. Więc jestem pewien, że jeśli Karnowski zajdzie do jednego czy drugiego i zapyta ich – no tak zwyczajnie, jak kumpel kumpla – dlaczego aż tak kłamią w sprawie Smoleńska, to oni mu powiedzą. A on nam wtedy, zamiast udawać idiotę, zwyczajnie tę odpowiedź nam powtórzy.
A więc tak to właśnie wygląda. Ja nie mam najmniejszego szacunku ani do Jacka Karnowskiego, ani do jego brata, ani do Ziemkiewicza, Warzechy, czy Igora Janke. Natomiast owszem, mam bardzo poważny interes, żeby każdy z nich był moim dobrym kolegą, żeby mówił do mnie Krzychu, a ja z kolei bym mógł do nich mówić „Jacku”, czy „Piotrek”. Miałbym z tego przynajmniej taką korzyść, że któryś z nich wspomniałby półgębkiem o mojej książce w jednym ze swoich tekstów i ja bym tę resztę nakładu sprzedał w jednej chwili i pospłacał wszystko co mam do pospłacania, a może i wydał kolejną, którą któryś z nich by podobnie zareklamował. Choćby to. Niestety, nic z tego nie będzie. I to z powodu już starszych zaszłości, ale też przez to, że ja już inaczej nie potrafię. Ja ich będę tępił tak długo, aż oni nie zaczną postępować jak ludzie. Jak konkretnie? To bardzo proste. Jak idzie o Karnowskiego, niech on zwyczajnie przy najbliższej okazji , siedząc w telewizyjnym studiu, da jakiemuś Wołkowi zwyczajnie w łeb. Tak by Wołek zleciał z krzesła. To wystarczy.

A poza tym, jestem kompletnie bez pieniędzy, więc, jeśli ktoś lubi tego typu teksty i uważa, że nie zaszkodziłoby za nie płacić, niech łaskawie coś wrzuci do puszki. Namiary obok. Dziękuję.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Znów przed telewizorem z Leszkiem Millerem

Propagandowy rwetes, jaki mamy okazję obserwować wokół siebie od pamiętnego wiosennego dnia, kiedy to polski samolot z polskim prezydentem został tak straszliwie podstępnie wbity w ruskie błoto, stał się nam już tak powszedni, że właściwie można by się już było dawno do niego przyzwyczaić, i na każdy nowy jego przejaw zaledwie wzruszać ramionami. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Tymczasem – można wręcz odnieść wrażenie, że z każdym kolejnym dniem, to kłamstwo przeżywamy coraz mocniej i coraz boleśniej. Pamiętam jak jeszcze w czasach głębokiego PRL-u słuchaliśmy telewizyjnych tak zwanych „wiadomości” i, oczywiście, irytowaliśmy się, jednak ta irytacja ostatecznie zawsze obracała się w tę piękną obojętność, z jeszcze piękniejszą refleksją w tle: „Ciekawe tylko, czy ten skurwysyn wie, że kłamie?”
Dziś nie ma już kłamstwa. Pozostał już tylko ten ból. I coś, co pewni bardzo szczególni eksperci nazywają „narracją”. I wydaje się, że żaden inny fragment naszej rzeczywistości, tak jak właśnie Smoleńsk, nie potrafi tak dokładnie pokazać różnicy między tym co mieliśmy kiedyś, a co nas spotyka w nowych czasach.
Pamiętam jak jeszcze kiedyś, w okresie mojego blogowania w Salonie24, pewien nasz kolega zostawił pod jedną z notek następujący komentarz:
No proszę – kilka lat temu myślałem, że współczesne apogeum buty i manipulacji mamy za sobą. Teraz jednak próbuję sobie wyobrazić Leszka Millera oglądającego jakiś aktualny serwis informacyjny. Widzę go jak oczarowany wpatruje się w ekran – wargi bezwiednie powtarzają słowa jego mistrzów. Czasami się roześmieje, odruchowo klepnie w uda lub z niedowierzaniem pokręci głową. Na zakończenie audycji westchnie”.
Ostatnie dni każą nam odczuć tę prawdę w sposób niemal fizyczny. Przypomniał mi się ów niegdysiejszy komentarz właśnie wczoraj, kiedy wsłuchiwałem się w odgłosy pracy naszych specjalistów od manipulacji i – jak zwykle – nie potrafiłem uwierzyć, że oto kolejne granice są przekraczane, i zachodziłem w głowę, ileż to tej niespożytej czarnej energii ci ludzie wciąż w sobie mają. Wszyscy wiemy, o co chodzi. Kiedy okazało się – tym razem już wręcz oficjalnie – że przynajmniej jedna z głównych propagandowych teorii, dotycząca rzekomych nacisków na załogę polskiego samolotu, od początku była wyłącznie wytworem czarnej propagandy właśnie, w jednej chwili System poprowadził swoją narrację w taki sposób, by nikomu, broń Boże, nie przyszło do głowy wyciągać z tych nowych informacji jakiekolwiek nowe wnioski. Doszło wręcz do tego, że nagle – zupełnie jak jakiś zły koszmar – wrócił do życia stary, bolszewicki jeszcze, argument, mówiący o tym, że jesteś winien zbrodni, dopóki swojej niewinności nie udowodnisz. A zatem, dopóki rzecznicy zamordowanego w Smoleńsku gen. Błasika nie wykażą niezbicie, że jego w kabinie pilotów nie było, pozostaje nam twierdzić, że on tam mógł być, a skoro mógł, to znaczy że był. To znaczy – był, jeśli oczywiście ktoś uzna za stosowne twierdzić, że był. Dlaczego? Dlatego, że twierdzenie jakoby tam był, jest równie uprawnione jak to, że go tam nie było, a skoro oba te twierdzenia są równie uprawnione, uprawnione jest też twierdzenie, że nie wiadomo, czy on tam był, Zwłaszcza że wciąż pamiętamy – czyżby ktoś miał czelność zapomnieć? – jak to płk. Protasiuk coś tam mówił o debeściakach. Zresztą, gdyby coś nie wyszło, zawsze można powiedzieć „przepraszam”. Albo nie powiedzieć. I zamiast tego zarechotać. Obojętnie.
A przecież sposobów jest wiele. I nie trzeba już ani cenzurować prawdy, ani tworzyć nowej, ani nawet przykrywać jej fałszywymi komentarzami. Wystarczy choćby skorzystać z jednej, całkowicie dla nas egzotycznej i nicnieznaczącej, katastrofy włoskiego statku wycieczkowego i przedstawić ogłupiałemu Polakowi postać prawdziwego bohatera, który w dramatycznych sytuacjach potrafi się zachować i powiedzieć „nie”. Zwłaszcza nieodpowiedzialnemu kapitanowi. Doszło do tego, że w pewnym momencie, wszystkie głównie informacje wszystkich głównych portali internetowych – od Onetu po tvn24 – poświęcone były wyłącznie bohaterstwu niejakiego Giorgio De Falco. Czyżby chodziło o to, byśmy wszyscy wiedzieli, że każdy ma takiego Błasika, na jakiego sobie zasłużył? Paranoja? Bardzo bym chciał, żeby to akurat był nasz problem. Niestety, mamy inne.
Wielokrotnie na tym blogu zwracałem uwagę na niezwykły profesjonalizm owej tak zwanej „nowej polityki informacyjnej”, i też nie raz i nie dwa załamywałem ręce nad sytuacją, kiedy to, w sposób całkowicie rewolucyjny, i demokracja i wolność słowa i wolność wyboru – i w ogóle wolność – zostały użyte na rzecz totalnej represji i zniewolenia. Jednak przypomniany wyżej ów obraz, wyobrażenie Leszka Millera siedzącego przed telewizorem i kręcącego z niedowierzaniem głową na każde słowo i każdą migawkę wypuszczane w stronę biednego telewidza, to – przyznaję – było przeżycie. Pomyślałem więc sobie, że taki Leszek Miller, oglądający TVN24 mógłby w sposób najbardziej pełny symbolizować istotę tego, do czego doszła dziś polityka medialna, czy – szerzej jeszcze – polityka społeczna. Kiedy ów Miller wkraczał na scenę polityczną, był jeszcze stosunkowo młodym komunistycznym działaczem, miał przed sobą przeróżne perspektywy, które trochę już widział, a też trochę znał z opowiadań starszych kolegów, a jednocześnie sam PRL chylił się ku upadkowi. I, oczywiście, nie mógł wiedzieć młody, komunistyczny działacz, Leszek Miller, że to co nastąpi już za kilka lat, nie dość, że zatrzyma mu dech w piersiach, to jeszcze przyniesie mu i sławę i pieniądze i zwyczajnie – piękne życie. Ale nie mógł też wiedzieć, że po nim przyjdą inni, wprawdzie już nie jego koledzy, ale ludzie z innej, wyższej półki, którzy pokażą, i jemu i wszystkim, jak się prowadzi prawdziwą politykę. A przede wszystkim, co można zrobić z człowiekiem, kiedy ten się niczego nie spodziewa.
Więc – idąc dalej tropem tego obrazu przedstawiającego Leszka Millera klepiącego się po udach – próbuję sobie wyobrazić tego samego Leszka Millera, jak siedzi przed telewizorem, kręci głową z podziwem i myśli sobie – „Job twoju mać! Tyle straconych wiosen, tyle niepotrzebnego trudu, tyle nerwów. A to było takie proste. Po kiego czorta było nam zagłuszać to radio, wysyłać w teren pisarzy i poetów, tę nikomu niepotrzebną cenzurę trzymać? Jak to wszystko takie proste. A kto wie, czy przez tę całą podejrzliwość, nie narobiliśmy sobie tylko większego pasztetu? Że co my im zabrali, to oni – dawaj! – szukać po swojemu. Co my im zakazali, to oni dalej patrzeć jak złodziej jaki. A to przecież, gdyby my się tak nie kryli, to i tego stanu wojennego może i robić nie było po co. A jakby i już my go zrobili, to i przecież cały naród by nas poparł, a może by i nawet niczego nie zauważył”.
Wyobrażam sobie tego Leszka Millera, jak patrzy z otwartą gębą w ekran swojej plazmy i „czasami się roześmieje, odruchowo klepnie w uda lub z niedowierzaniem pokręci głową” i przypomina mi się Aleksander Kwaśniewski i jego jeszcze sprzed lat wypowiedź na temat gen. Jaruzelskiego i jego zasług dla Polski. Pamiętam, jak to kiedyś Kwaśniewskiemu strzeliło nagle do głowy, by u Olejnik, czy gdzie indziej – nieważne – podzielić się z nami Polakami taką oto refleksją, że gdyby nie Generał i jego decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego, to w żadnym wypadku nie mielibyśmy tego, co mamy dziś, a więc tych sklepów, tych telewizorów, ale też tej jakże fantastycznie nowoczesnej informacyjnej telewizji państwa Walterów. I pamiętam dzień, kiedy Kwaśniewski wygłosił tę swoją pochwałę PRL-u i jego dziecka III RP, a cały TVN24 aż zatrząsł się z oburzenia, że, no, owszem, my to wszystko rozumiemy, ale nie przesadzajmy. Prawdziwe zasługi dla Polski należy liczyć od czasów znacznie późniejszych. I dziś myślę sobie, że to był jednak hit. To dopiero był news! Wcześniej nawet mi to do głowy nie przyszło, ale dziś już wiem, że to co tak oburzało nawet – a kto wie, czy nie przede wszystkim – pracowników stacji TVN-24, to nie jest jakiś pijacki wybryk skołowanego umysłu, ale czysta, szczera i niezwykle celna analiza. Może i Kwaśniewski powiedział za dużo, może był zbyt otwarty, ale dla niego – niewykluczone – to co dziś mamy to faktycznie i autentycznie bezpośrednie dziedzictwo tego, co 13 grudnia 1981 zdecydował się zrobić Wojciech Jaruzelski.
Może z punktu widzenia Kwaśniewskiego – a nie ulega wątpliwości, że co by o nim nie powiedzieć, to nie jest jakiś płytki baran – właśnie wtedy, kiedy Jaruzelski ze swoimi pułkownikami wziął za pysk ten nasz biedny naród, to był właśnie początek tego co mamy dziś. Zwróćmy przecież uwagę, że kiedy on mówił o tym, jaki piękny i nowoczesny jest ten budynek TVN-u, jaka śliczna i elegancka i fachowa jest pani redaktor Pochanke, jak cudownie to wszystko działa i jak gładko się kręci, to przecież on ani nie kpił, ani nawet nie żartował. Kiedy on niemal krzyczał, że gdzie byśmy dziś byli, gdyby nie Generał i jego mądry i odważny gest sprzed lat, to on musiał to widzieć właśnie w ten sposób. Przecież to nie jest tak, że Kwaśniewski kocha PRL z Jaruzelskim i z tym całym stanem wojennym, a III RP nienawidzi. On III RP podziwia i szanuje, on patrząc na III RP spuszcza skromnie oczy ze wstydu, on wie, że III RP to jest coś, czemu on może wyłącznie dziękować, on się na III RP nie może napatrzeć, on przy III RP robi się taaaaki malutki. Lecz właśnie tym bardziej dlatego, jemu jest przykro, kiedy ktoś nie chce nawet przyznać, że na początku tego sukcesu stał właśnie Generał ze swoim stanem wojennym.
To właśnie wtedy, z początku trochę na ślepo, trochę nieświadomie, ale jednak to wtedy właśnie rozpoczęła się ta długa, mozolna droga, pełna prób i błędów do Polski, którą mamy dziś. Polski pięknych supermarketów, fantastycznych błyszczących samochodów, cudownych pałaców, w których mieszkają piękni, wykształceni ludzie. No i wreszcie tych różnorakich gazet, kanałów telewizyjnych i tej informacji – pełnej, kompletnej, starannie przygotowanej informacji dla tych wszystkich, którzy interesują się światem i polityką, i których w ogóle ciekawi to co się wokół dzieje. Polski demokratycznej, Polski obfitej, Polski będącą wreszcie częścią Europy.
Tak to, dziś sobie myślę, musiał widzieć sprawy Aleksander Kwaśniewski, kiedy słyszał jak różni tacy źle mówią o Wojciechu Jaruzelskim. I prawdopodobnie to właśnie – wraz z całą stojącą za jego słowami intencją, całą tą filozofią, całym tym bagażem doświadczeń – sprawiło, że TVN24, dostał na jego słowa cholery, i nie ma dnia, żeby gdzieś ktoś od pana Waltera nie darł mordy na Kwaśniewskiego i jego nikomu niepotrzebne przemyślenia, które do dziś różnic tacy mają czelność powtarzać. Bo ludzie oczywiście gówno wiedzą, ale za to my wiemy i to wystarczy, żeby czuć niepokój i żeby dmuchać na zimne. Jeśli wszystko zostało tak starannie przygotowane, a następnie zapięte na ostatni guzik i jest przez całe lata poddawane nieustannej i jakże troskliwej obróbce, to nie po to, by jakiś komuch, czy pisobolszewik nam tu wyskakiwał z głupimi uwagami. I psuł robotę.
A robota to i ważna, poważna i wymagająca bardzo dużo fachowości i staranności. Mamy okazję to obserwować – wraz z Leszkiem Millerem – na naszych plazmach każdego dnia.

O tej plazmie Millera pisałem już przed laty, kiedy jeszcze jakoś było, i ani mi w głowie się nie pojawiała myśl, że kiedykolwiek będę brał za te teksty żywe pieniądze. Dziś ona wraca – ta sama, choć w formie całkowicie odnowionej. A to, że powraca, świadczy o tym, że w najlepszym wypadku nic się od tamtego czasu nie zmieniło, tyle że się za nas wzięli trochę bardziej fachowo, i ja sam przez to fatalnie zbiedniałem. Proszę więc o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, no i – jak najbardziej – zachęcam do kupowania książki o liściu. I tu i w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3-Maja.

niedziela, 22 stycznia 2012

Konik na biegunach dla ministra Grasia

Jak się zdaje, wczorajszy telewizyjny występ państwa Komorowskich z dzieckiem na koniku zrobił na nas pewne wrażenie, niemniej – tak jak to niestety w ostatnich latach zdarza się zbyt często – nastrój komentarzy poszedł w niewłaściwą stronę. A więc albo ktoś zauważył, że Prezydent rozwalił się za tym swoim biurkiem, jak, nie przymierzając, prezydent Łukaszenka, albo kto inny z kolei, po raz nie wiadomo już który, zauważył, że pani Komorowska wygląda z każdym dniem coraz gorzej, że nie wspomnę już o zupełnie niemerytorycznych uwagach na temat koszernej diety. Mnie natomiast zdziwiło to, że nawet jeśli ktoś poświęcił chwilę uwagi temu dziecku, to wyłącznie w kontekście jakiegoś zagrania wizerunkowego po stronie obecnej władzy. Że niby próbuje się osłodzić wizerunek Systemu.
Mam oczywiście świadomość, że jakoś głupio dokuczać Bogu ducha winnemu dziecku, a zatem nie oczekiwałbym też, by w przestrzeni publicznej rozpoczęła się dyskusja na temat tego, czy wnuczka państwa Komorowskich jest dzieckiem zaledwie zepsutym, czy już niedorozwiniętym. No ale nie zaszkodziłoby przecież nic, gdybyśmy chociaż zwrócili uwagę na to, jak dziadkowie – czy może rodzice – to dziecko do występu przed kamerami wystroili. Zdarzało się przecież już prezydentowi Kaczyńskiemu fotografować ze swoją wnuczką, jednak, jak pamiętamy, ona wówczas nie miała nigdy na sobie ogrodniczek. Ktoś powie, że to właśnie tak miało wyglądać. Że to jest właśnie różnica między prezydenturą Lecha Kaczyńskiego i prezydenturą Bronisława Komorowskiego. Że Kaczyńscy to sztywne bufony, natomiast państwo Komorowscy i państwo Dziadzia od pokoleń, jeśli tylko mogli wybierać, wybierali ekologię i naturalność, i że gdyby tylko etykieta na to pozwalała, on by te życzenia składał w dresie i papciach, lub wręcz w skarpetkach, a Komorowska przystanęłaby sobie z boczku – bo i tak zaraz musi wracać do telewizora i lodów. I jest oczywiście bardzo możliwe, że to dziecko nienawidzi sukienek, płaszczyków i warkoczyków, i ile razy gdzieś się trzeba pokazać, ono robi takie piekło, że wszyscy wiedzą, że lepiej je zostawić w spokoju. A mimo wszystko – wciąż czujemy przecież, jakby czegoś tu brakowało.
Kiedy wspomniałem o kwestii ewentualnego umysłowego uwstecznienia tej dziewczynki, za tym oczywiście stała moja złośliwość, jednak, jak się dobrze i uczciwie zastanowić, czyż każdemu z nas nie zdarzyło się choćby raz spotkać dziecko, o którym jedyne, co można było powiedziec, to to, że z nim jest zdecydowanie coś nie tak? Nawet jeśli na pierwszy rzut oka, ono było zaledwie niegrzeczne, to bywało przecież, że ta niegrzeczność kazała się nam zastanawiać nad jej przyczynami. A jeśli nad przyczynami, to oczywiście możliwości były zawsze tylko dwie – albo mamy do czynienia z dzieckiem-idiotą, albo z rodzicami-durniami. Przychodzimy do znajomych na wizytę i już na samo wejście dostajemy w łeb klockiem, lub wpadamy na jakiegoś wściekłego gówniarza, który się nas pyta, cośmy mu kupili. I już tylko się cieszymy, że oni nie mają psa, bo ten to już by się tylko na nas wysikał.
Nie wiem oczywiście, ilu z nas miało okazję obejrzeć występ pary prezydenckiej z wnuczką, ale na wszelki wypadek krótko opowiem. Otóż za biurkiem siedzą Prezydent z panią Dziadzią i kolejno przekazują życzenia wszystkim polskim dziadkom i babciom, a między nimi a kamerą stoi ten konik na biegunach, na koniku siedzi dziecko wyglądające jak Dziadzia w miniaturce, i w kompletnym zapamiętaniu się na tym koniu buja. Nie widać, czy jest wesołe, smutne, radosne, czy wściekłe; nie wiadomo też, czy ono chce nam coś przez tę swoją obecność powiedzieć, bo ani nic nie mówi, ani nie śpiewa piosenki, ani nie recytuje wierszyka. Po prostu, siedzi na tym koniku i się zawzięcie – właśnie zawzięcie – buja.
Nieco nam sprawę rozjaśnia sam Prezydent, kiedy tłumaczy, że plan był w ogóle taki, że to dziecko w ogrodniczkach – o awanturze o strój mowy akurat nikt nic nie wspomniał – miało wedle pierwszych ustaleń siedzieć na kolanach u Dziadzi, tyle że doszło do jakiegoś poważnego sporu, dziecko wybrało konia, i ostatecznie stanęło na tym koniu między biurkiem a kamerą. Jak znam życie – a jak idzie o dzieci, znam je dość dobrze – nie jest tak, że ta dziewczynka musi być koniecznie psychicznie niepełnosprawna. To może być jeszcze jedno zwykłe tępe dziecko, jakich mamy wszędzie dużo za dużo, a wszystko najprawdopodobniej zaczęło się od tego, że ktoś wymyślił, że dobrze by było ją tam wystawić razem z dziadkami, a już najlepiej będzie, jeśli ona usiądzie Dziadzi na kolanach. Tymczasem ona akurat dostała tego konika, wciągnęła go po schodach do tego gabinetu, i wymyśliła, że nie, że ona będzie się bujać, że ona do babci nie chce. Doszło do ciężkiej, parogodzinnej awantury, i pozostało już tylko albo z tego elementu zrezygnować w ogóle, albo zgodzić się na tego konia. A to, co zobaczyliśmy, stanowiło już tylko całościowy bardzo efekt tego, do czego obie rodziny to dziecko przez lata doprowadziły.
Co z tego wypadku wynika dla nas? Oczywiście, przede wszystkim mamy jeszcze jeden powód do tej chorej, i w sumie przecież bardzo zawstydzającej, satysfakcji. No bo w sytuacji, gdy tak naprawdę zabrano nam wszystko, cóż może być piękniejszego, niż zobaczyć żywy dowód na to, że po tamtej stronie mamy do czynienia z buractwem w karykaturze. I to jest oczywiście to co możemy poczuć w pierwszej chwili. Jednak już w następnym odruchu przychodzi strach. No bo, jak się nad tym wszystkim zastanowić na spokojnie, ten wczorajszy występ stanowi jednak w jakiś tam sposób obraz dzisiejszej Polski. Nie bez powodu, powszechnie traktuje się prezydenta jako pierwszego obywatela, a jego małżonkę jako pierwszą damę. I – konsekwentnie, wydawałoby się – ich dzieci i wnuczęta, jako pierwsze dzieci i wnuczęta. A nie oszukujmy się – jeśli ja dziś naśmiewam się z tej menażerii, a wszyscy ci, którzy czytają te słowa, wpadli nagle wraz ze mną w tak wesoły nastrój, to wcale nie znaczy, że nasza reakcja jest w jakikolwiek sposób reprezentatywna dla tego, co czuje reszta naszych rodaków. Nie mam bowiem najmniejszej wątpliwości, że dla 90% społeczeństwa ten wczorajszy popis nie zawierał w sobie jednego niepokojącego akcentu. Jestem głęboko przekonany, że zdecydowana większość obywateli odebrała ten cyrk jako bardzo sympatyczny dokument, ukazujący kolejny obrazek z prywatnego życia państwa Bronisława i Anny Komorowskich. No a w dodatku, jeśli ktokolwiek wątpił w to, że oni faktycznie mają jakieś dzieci, które jeszcze nie zwiały za granicę, i że tam rzeczywiście jest jakaś większa rodzina, otrzymał na potwierdzenie tej informacji bardzo słodki dowód. I nie dziwmy się, jeśli już w poniedziałek poparcie dla Prezydenta podskoczy o kolejny punkt
I to jest właśnie to, co uważam za bardzo smutne. Że po raz kolejny wychodzi na to, że jesteśmy tak naprawdę już Rosją. To otępiałe w swojej wściekłości dziecko na tym koniku na biegunach, w tych ogrodniczkach, tak bardzo podobne do swojej babci – pokazuje nam to z aż nazbyt bolesnym okrucieństwem. A jakby tego było mało, kiedy to już się szczęśliwie skończyło, po raz kolejny mieliśmy okazję ujrzeć człowieka nazwiskiem Graś, który – dziś nagle widzimy to bardzo jasno – mógłby równie dobrze być wujkiem tego dziecka, lub nawet jego tatusiem, jak przychodzi i ogłasza, że nie było żadnego ataku na rządowe strony internetowe, lecz jedynie naturalny, spowodowany wyjątkowym zainteresowaniem obywateli, wzrost odsłon. A ja sobie pomyślałem, że oni już kłamią nawet wtedy, gdy nie muszą. Cóż bowiem stało na przeszkodzie, by przyznać, że faktycznie hakerzy wspierający internetowe piractwo zaatakowali polskie państwo? Przecież w tym co się stało, nie było ani winy, ani zasługi polskiego rządu. Graś jednak przyszedł i zaczął łżeć jak najęty. I to jeszcze w najbardziej głupi na świecie sposób. Po co? Właśnie sęk w tym, że nie wiadomo po co. Bez jakiegokolwiek powodu. Ze zwykłego odruchu. Ot tak! Właściwie, następnym razem on mógłby tego typu oświadczenia wygłaszać, bujając się na pożyczonym od Prezydenta koniu.
I tu też efekt tego idiotyzmu był taki, jak w przypadku tego dziecka. Wprawdzie, jeśli się zorientować choćby pobieżnie, dziś z Grasia śmieją się nawet jego dzieci, ale założę się, że gdyby przeprowadzić jakiś sondaż na temat tego, co my Polacy myślimy o reakcji polskiego rządu na blokadę tych stron, 90 procent uznałoby, że Paweł Graś zachował się godnie i z honorem. I to też jest ta Rosja, o której wspomniałem przy okazji tego dziecka.
Módl się nad nami grzesznymi!

Jest oczywiście tak jak jest, i zapewne nam wszystkim powoli się wszystkiego odechciewa. Jednak mimo to – a jakie mam wyjście? – proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez tego, mamy przysłowiowy leżajsk i kwiczajsk. Również zachęcam do kupowania książki o liściu. I tu i w Katowicach w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3-Maja

piątek, 20 stycznia 2012

Dołączmy do nich na Facebooku. W barze "Mazur"

To się zdarzyło dawno temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem, a świat składał się wyłącznie z szarych ulic, odrapanych domów – ubarwianych jedynie raz do roku, w dzień święta 1 maja – no i z czarnobiałego telewizora w domu, na którym można było obejrzeć absolutnie przebojowy serial produkcji amerykańskiej, zatytułowany „Koń który mówi”. I od razu nie potrafię uniknąć pewnej dygresji. Mniej więcej też w tamtym czasie na ekrany naszych kin wszedł film „The Beatles”, oryginalnie znany jako „A Hard Day’s Night” i, jak idzie o Katowice, wyświetlany był on w kinie „Światowid”, które wówczas nadawało non-stop. Tak się zresztą to kino nazywało – „Światowid” – kino non-stop. Poszedłem na tych Beatlesów z moim starszym bratem, a ponieważ, przez to właśnie, że „Światowid” puszczał ten sam film na okrągło, nie istniały godziny rozpoczęcia i zakończenia spektaklu, zaczęliśmy ów film oglądać dopiero od którejś tam minuty.
Pamiętam tamten dzień z dwóch względów. Pierwszy to taki, że to jednak byli Beatlesi, a więc coś co dla nas, tamtych dzieci, mogło przypominać – i to też zaledwie pozornie – jedynie wąchanie kolorowych bibułek, w które zwykle były zawijane pomarańcze, a drugi już związany z Edem, a więc gadającym koniem. No więc, w odpowiednim momencie ten film się skończył i projekcja ruszyła po raz kolejny. Oczywiście, zostaliśmy na swoich miejscach, bo chcieliśmy zobaczyć to, co nam umknęło wcześniej. I oto, kiedy zaczęły się pojawiać obrazy i piosenki, które znaliśmy z poprzedniego seansu, ja nagle sobie uświadomiłem, że za chwilę w telewizji będzie „Koń który mówi”, i zacząłem nalegać – niestety skutecznie – by wracać do domu. Wstyd mi za tę moją durnotę do dziś, a brat mój nie zapomni mi tego, co mu wtedy uczyniłem, do śmierci.
A zatem, działo się to wszystko już bardzo dawno temu. I oto pewnego dnia gruchnęła wieść, że w naszej dzielnicy odkryto mieszkanie, w którym niejaki Arnold – to było nazwisko tego człowieka – w bardzo okrutny sposób mordował kobiety, kroił je na kawałki, a szczątki te trzymał tam do czasu aż całe mieszkanie już zaczynało cuchnąć, i jeszcze długo potem. Ponieważ ów adres został podany do publicznej wiadomości, pamiętam, jak poszedłem z moją mamą, żeby rzucić okiem na tę kamienicę, na to okno, i poczuć ten dreszcz. Pamiętam ten dzień do dzisiaj. Oczywiście Arnold został schwytany, osądzony, skazany na śmierć, a następnie powieszony. Po pewnym czasie o Arnoldzie zapomniałem.
Po raz kolejny usłyszałem o nim już w tak zwanej nowej Polsce, nie wiem, może dwa, a może pięć lat temu. Nie wiem, co to była za okazja, ale dowiedziałem się wtedy, że egzekucja Arnolda miała miejsce pewnego zimowego popołudnia – ciekawe, że popularny przesąd mówi, że ta sprawiedliwość przychodzi na nich zawsze nad ranem – w milicyjnych garażach na ulicy PCK w Katowicach. I powiem szczerze, że ta wiadomość zrobiła na mnie wrażenie największe. Otóż ja świetnie znam te garaże. One w tamtych latach stanowiły nieodłączną część mojego dzieciństwa, a to przez to, że znajdowały się dokładnie pod podwórkiem, na którym spędzałem większość mojego pozaszkolnego życia. Myśmy się tam bawili, a pod nami łazili ci milicjanci i jeździły te ich samochody z nieodłącznymi literkami M i O. Było nawet tak, że mogliśmy tam do tych korytarzy z góry zaglądać przez specjalne świetliki, które milicjantom trochę oświetlały te ich ciemne korytarze, a dla nas stanowiły okazję do tego, by ukradkiem zanurzyć się w ten egzotyczny podziemny świat Milicji Obywatelskiej.
Dowiedziałem się więc nagle, że prawdopodobnie w momencie, kiedy myśmy się tam na górze bawili, lepiliśmy kulki, ślizgali – na dole przewieźli tego Arnolda i go przykładnie powiesili. Niemal na naszych oczach. Rzecz w tym, że myśmy tam wciąż zaglądali. Raz, pamiętam, mieliśmy nawet z tego dużą frajdę, bo tuż pod nami jeden z milicjantów sikał – zwyczajnie, na podłogę tego garażu. Stał tam i sikał. A myśmy patrzyli, jak on leje, i mieli z tego przednią zabawę. No a tu nagle pojawił się ten Arnold. Oczywiście, jest bardziej niż prawdopodobne, że on nie został zabrany z tego świata w tym samym miejscu, gdzie w innych zupełnie okolicznościach, milicjant oddawał mocz. Najpewniej, ówczesny wymiar sprawiedliwości przygotował mu na śmierć specjalne miejsce, w jakimś kącie, a może w jakimś osobnym pomieszczeniu. Diabli wiedzą, czy tam w ogóle jakieś osobne pomieszczenia były, czy może on tak zawisnął między tymi milicyjnymi autami, wprost pod naszymi szczenięcymi bucikami.
A ja się dziś zastanawiam, jak my wszyscy byśmy wtedy zareagowali, gdyby ktoś nam nagle powiedział: „Słuchajcie! W garażach właśnie wieszają Arnolda”? Czy byśmy się natychmiast rzucili do tych mikroskopijnych świetlików i usiłowali coś zobaczyć? Czy może odwrotnie – zamilklibyśmy przerażeni myślą o śmierci, która właśnie przechodziła obok nas tak bardzo blisko? A może byśmy zaczęli klaskać z radości w dłonie, że wreszcie tego bydlaka między nami nie będzie? A może któryś z nas by nagle poczuł żal, że, cholera, biedny wariat, właśnie umiera, i już nie ma dla niego ratunku? Tego się już nigdy nie dowiemy. Natomiast ja sam dziś, jak najbardziej realnie, widzę to podwórko i ten ciemny korytarz i wspominam tamten świat. Świat straszliwie surrealistyczny.
Skąd mi nagle przyszedł do głowy ten Arnold i jego nędzna śmierć? Otóż pewnego dnia przyszedł do mnie mój syn i poinformował mnie, że Onet, kiedy już nadejdzie noc i zaczną wychodzić ze swoich nor te wszystkie złe duchy, zmienia się w portal pornograficzny. Oczywiście, znając moje dzieci, na tę pornografię musiałem wziąć pewną poprawkę, natomiast, ponieważ wiedziałem też, że coś na rzeczy musi być, sprawdziłem, o co chodzi, i rzeczywiście okazało się, że w godzinach nocnych tam króluje wyłącznie najbardziej tandetna erotyka. A więc przede wszystkim zdjęcia jakichś roznegliżowanych ciź, a do tego bardzo poważne analizy na temat dobrych i złych stron seksu pod prysznicem, korzyści z prostytucji, czy wad i zalet posiadania małego i dużego biustu. A zatem, okazało się, że tak naprawdę to, do czego Onet służy nam – zwykłym pasjonatom polityki, a więc do zdobywania codziennych informacji, i ewentualnie do tego, by się z kimś jak należy pokłócić, to zaledwie pretekst i wymówka, by dalej już zupełnie bezkarnie zaspokajać zwykłą klientelę handlowych galerii i telewizyjnych seriali. Że za tą dumną nazwą stoi wyłącznie to co zawsze i wszędzie. A więc kolorowe zdjęcie gołej pupy i pozory debaty.
Ale oprócz tych dup, trafiłem na coś jeszcze. Moim oczom, mianowicie, najpierw ukazał się duży tytuł „Bestia z Katowic. Horror na poddaszu”, a następnie bardzo pojemny tekst właśnie o Bogdanie Arnoldzie, niegdysiejszym mordercy kobiet. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że stało się coś przełomowego. Że może ten Arnold był niewinny, natomiast dziś się okazało, że tamte kobiety dręczył jakiś dziś już emerytowany oficer UB? Lub że może właśnie po latach wyszło na jaw, że tych kobiet było więcej, lub że wnuk tego Arnolda jest dziś przewodniczącym młodzieżówki PiS-u gdzieś na Śląsku. A może mamy jakąś okrągłą rocznicę tamtej egzekucji pod moim podwórkiem? Nic z tego. Żadnych rewelacji. Onet zwyczajnie, ot tak, bo akurat nie było lepszego materiału, postanowił zwrócić się do jednej ze swoich dziennikarek, by się zajęła tamtą sprawą. No i powstał tekst szczególny. Już wspomniany tytuł mówi o nim wystarczająco dużo, ale jednak wciąż nie wszystko. Bo oto tam mamy jeszcze wiele prawdziwej poezji. Oto same tylko podtytuły. Proszę posłuchać: „Sadystyczne orgie”, „Horror na strychu”, „Perwersje samotnego mężczyzny”, „Nie chciał płacić za seks”. To dla chamów. Jednak są też zagadnienia dla lepszych klientów: „Dlaczego to zrobił?” No i już dla osób staranniej wykształconych – może nawet nauczycieli języka polskiego renomowanych warszawskich liceach – tych którzy również potrafią czytać teksty bardziej skomplikowane leksykalnie: „Na moje zachowanie miało wpływ szereg okoliczności”.
A w środku? W środku też jest jak należy. Oto pierwszy z brzegu fragment onetowej relacji:
Pięć miesięcy później, 12 marca 1967 roku w barze "Mazur", Bogdan Arnold poznał kolejną ofiarę – około 40-letnią kobietę, której tożsamości nigdy nie udało się ustalić. Pili razem wódkę, a potem kobieta zgodziła się spędzić z nim noc. W mieszkaniu Arnold znęcał się nad nią, bił batem i pięściami, torturował. Oprócz tego zmuszał ją do uprawiania perwersyjnego seksu. Kiedy kobieta chciała wezwać pomoc, nacisnął ręką na jej krtań, powodując zgon. Następnie zwłoki pokroił, wnętrzności wrzucił do rury kanalizacyjnej, korpus umieścił w wannie, a głowę w garnku z gorącą wodą”.
To oczywiście już wystarczy, ale nie mielibyśmy pełnego obrazu tego, co się porobiło w Polsce od czasu, gdy w tamto zaśnieżone pewnie popołudnie, w ciemnych korytarzach milicyjnych garaży na ulicy PCK w Katowicach, Bogdan Arnold zakończył swoje smutne życie. Oto w pewnym momencie, między tymi podtytułami i wśród tych pokrojonych, cuchnących ciał, pojawia się podświetlony tekst: „Dołącz do nas na Facebooku”. I to, jak sądzę, stanowi doskonałą puentę tej dzisiejszej notki. Ten Onet, ten Facebook i ten piękny świat dookoła. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. I jak gdyby już nigdy nic się stać nie miało.
Mój syn po raz kolejny powiedział mi: „Ależ ty miałeś młodość! Jak ja ci zazdroszczę”. Czy ja wiem, czy jest tu czego zazdrościć? Tego podwórka? Tych brudnych śmierdzących krwią kamienic? Czy ja wiem? Ja bym tam na jego miejscu nie zazdrościł. Inna sprawa, że zamienić to wszystko na tego Facebooka też jakoś głupio. Zwłaszcza że, jak doskonale widać na przedstawionym powyżej przykładzie, ani Facebook, ani tym bardziej Onet, nie wiedzieliby, co ze sobą począć, nawet jak zaczerpnąć powietrza, gdyby nie tamta krew.


Jeśli na kimś powyższy tekst zrobił wrażenie i dzięki niemu poczuł się – tak jak ja – inny, bardzo proszę wrzucić mi za niego coś do puszki. Namiary obok. No i nieustannie zachęcam do kupowania książki o liściu. Tam jest niemal tak samo, jak wyżej. Tyle że razy sto. A jak ktoś mieszka w Katowicach, ma o tyle lepiej, że kupi ją o dziesięć złotych taniej w księgarni „Wolne Słowo” na ulicy 3-maja. Dziękuję.