Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sopot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sopot. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Idą po nas młodzi wykształceni z dużych miast

Wprawdzie dochodzenie w sprawie kierowcy, który kilka dni temu wjechał swoim samochodem na sopocki tak zwany „Monciak”, a następnie, z widocznym zamiarem wymordowania ilu się tylko da ze spędzających tam upalny, letni wieczór ludzi, zaczął ich metodycznie rozjeżdżać, wciąż jeszcze się nie zakończyło, ale wiemy już parę rzeczy, które mogą mieć dla ostatecznego wyniku dochodzenia znaczenie. Przede wszystkim, okazuje się, że, wbrew pozorom, oraz początkowym zapowiedziom, człowiek ów nie był ani pijany, ani nie znajdował się pod działaniem narkotyków, a zatem możemy przyjąć, że skoro on zrobił to, co zrobił, a przy tym był trzeźwy i farmakologicznie czysty, to mamy tylko jedno, czyli kolejnego wariata. A skoro wariata, to możliwe, że na koniec z aktu oskarżenia, jaki się przeciwko niemu szykuje, nie pozostanie nawet to kuriozalne „spowodowanie zagrożenia w transporcie lądowym”, czy jak oni tam to coś sformułowali. Wygląda na to, że kiedy już wszystko się skończy, pozostaniemy tylko z tym jeszcze jednym średnio-młodym człowiekiem – takim jak każdy z nas – który pewnego dnia nie wytrzymał z przepracowania.
A trzeba nam wiedzieć, że z informacji, które dochodzą do nas systematycznie, jest z czego zwariować. Otóż, jak się okazuje, ów człowiek to pracownik jednej z dużych korporacji, wykształcony, znający języki, konsekwentnie awansujący, miłośnik zdrowego stylu życia, pełen szerokich zainteresowań, a jeśli emocji, to takich, które jeśli już miały gdziekolwiek prowadzić, to w stronę naturalnie przyjaznych człowiekowi filozofii Wschodu… i oto ów nagle człowiek – powtórzmy, kompletnie trzeźwy i przytomny – wsiada w samochód, wjeżdża w najbliższe maksymalnie zagęszczone miejsce, rozpędza się odpowiednio i zaczyna zabijać ludzi. Że nieskutecznie? Prawda, tyle że to już niekoniecznie jego zasługa.
Tuż po zdarzeniu, informacje przychodziły bardzo chaotyczne. Ktoś tam mówił, że jemu nic nie będzie, bo to syn jakiejś sędzi; kto inny zwracał uwagę na ową przedziwną kwalifikację prawną, która się natychmiast pojawiła; ktoś inny jeszcze zasugerował, że w obliczu groźby linczu, do jakiego tam na tym „Monciaku” mogło dojść, on jest w równym stopniu agresorem, jak i ofiarą. I ja oczywiście biorę pod uwagę, że to wszystko się skończy tak, jak się kończą wszystkie tego typu historie: że człowiek ten dostanie jakąś spokojną pracę państwową i świat o nim zapomni, tyle że to tak naprawdę już nie ma dla nas znaczenia. To co się liczy naprawdę, już wiemy – narkotyków tam nie było. Zostaje tylko to tak zwane „korpo”.
Oto więc kierunek, który nas dziś obchodzi. W filmie Shayamalana pod tytułem „Zdarzenie”, skutkiem jakiejś niezidentyfikowanej zarazy, ludzie zaczynają popełniać gremialnie samobójstwa. Tu raczej samobójstw nie będzie, natomiast może być znacznie ciekawiej, kiedy ci wszyscy młodzi, wykształceni z dużych miast wreszcie się zorientują, po co im od samego początku były te pieniądze, kariery, te sukcesy, no i te wypasione auta. Już może niedługo.

Powyższy tekst ukazał się wcześniej w "Warszawskiej Gazecie".

Zachęcam wszystkich do odwiedzania strony www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie moje książki, w tym dwie pierwsze, wydane jeszcze pod imieniem Toyah, po niezwykle atrakcyjnej cenie. Polecam bardzo szczerze. Jednocześnie, prosze bardzo o wspieranie tego bloga. Dziękuję.

środa, 2 kwietnia 2014

Dlaczego na europejskiej mapie pogody nie ma Sopotu?

Ledwo umilkł śmiech, jaki ogarnął nasze rozpolitykowane towarzystwo od Gdańska, przez Warszawę i Poznań po Wrocław, na wieść o tym, że Jarosław Kaczyński pojawił się w za dużej kurtce, to znów słychać dziarski rechot tym samych analityków od spraw politycznych, tym razem jednak spowodowany tym, że ten sam Kaczyński, zobaczył mapę pogody dla Europy we francuskiej telewizji i ze zdziwieniem (a może i bez) spostrzegł, że nasi europejscy przyjaciele Francuzi nie uwzględnili tam Warszawy.
Czy to jest informacja ważna, czy nie? Otóż to że Jarosław Kaczyński zadumał się nad pozycją Polski tak jak ją odbiera reszta Europy, moim zdaniem ważna to informacja nie jest. Ja rozumiem, że on na co dzień telewizji nie ogląda, a telewizji obcojęzycznych już zwłaszcza, a zatem brak Warszawy na europejskiej mapie pogody mógł go zaciekawić. Dla nas jednak, ludzi już naprawdę aż nadmiernie doświadczonych, tego typu news nie jest żadnym newsem, a zaledwie smutnym potwierdzeniem faktu, że pozycja Polski tak jak ją możemy sobie symbolicznie przedstawić na owej mapie pogody jest dokładnym odzwierciedleniem pozycji Polski, jaką wywalczyło dla nas owo dziwne trio w osobach Donalda Tuska, Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego.
A zatem to, iż Kaczyński poczynił tę obserwację, a następnie się nią podzielił z wyborcami gdzieś w Bochni czy Leżajsku z naszego punktu widzenia jest wiadomością równie interesującą, jak ta, że minister Rostowski jeszcze do niedawna był przekonany, że Bydgoszcz to chłopiec, a nie dziewczynka. W końcu my tu nie jesteśmy od tego, żeby się ekscytować truizmami. Natomiast moim zdaniem dość ciekawe jest to, że ta banda idiotów uznała fakt, że Jarosław Kaczyński w ogóle zainteresował się tą mapą pogody za dowód na to, że z nim jest coś nie tak. Przepraszam bardzo, ale to ja już jestem w stanie zrozumieć strojenie sobie żartów z owej za dużej kurtki – w końcu, dobrze jest, jeśli osoba publiczna dba o wygląd i nie wygląda, jak tłusta świnia, czy zapruty menel, co akurat niektórym politykom Platformy Obywatelskiej i partii zaprzyjaźnionych zdarza się nader często – natomiast żeby widzieć mapę Europy bez Warszawy i nie dość, że samemu na to uwagi nie zwrócić, to jeszcze szydzić z tych, co zwrócili, trzeba mieć faktycznie coś z nie po kolei w głowie.
Jest jednak coś, o czym swoją drogą już tu dawno temu pisałem, a co dla tych wszystkich platformerskich śmieszków powinno jednak mieć na tyle istotne znaczenie, by tu akurat ich świadomość nieco wyostrzyć. Otóż, jak wiemy, telewizja TVN, a więc stacja bardzo z władzą zaprzyjaźniona, od lat już ma bardzo interesująco zaprojektowaną mapę pogody. Pozwolę tu sobie zacytować fragment swoich refleksji dotyczących tej kwestii jeszcze sprzed czterech lat:
Otóż na pogodowej mapie Polski są Lublin, Poznań, Kraków, Warszawa, Szczecin, Katowice, Łódź i… nagle coś, co się nazywa Gdańsk/Sopot. Najpierw pomyślałem sobie, że to dziwne. No bo skąd nagle Gdańsk/Sopot, a już nie Warszawa/Piaseczno, Katowice/Gliwice, Łódź/Pabianice, Kraków/Nowa Huta?
Oczywiście tamte pytania były postawione czysto retorycznie, bo ja doskonale już wtedy, a co dopiero dziś, wiedziałem na czym ten przekręt – bo to oczywiście jest prawdziwy propagandowy przekręt – polega. Otóż gdyby Donald Tusk i jego najbliżsi kumple byli z Pabianic, Żyrardowa, czy z Gliwic, te miasta zostałyby na sto procent elegancko zaznaczone na tefauenowskiej mapie pogody. Bo co jak co, ale są rzeczy, właśnie na poziomie znaków i symboli, których ta banda kłamców nigdy nie zaniedba. Donald Tusk to jest człowiek z Sopotu, więc nie może być tak, żeby ów Sopot nie został oficjalnie uwzględniony, jako kluczowe miejsce na politycznej mapie kraju. Nawet jeśli ta polityka akurat się na chwilę ukryła pod mapą pogody.
A ja bym teraz już tylko chciał wiedzieć, czemuż to ci wszyscy mądrale, co dziś się pokładają ze śmiechu z tego powodu, że Jarosława Kaczyńskiego zafrapował brak Warszawy na europejskiej mapie pogody nie znaleźli powodu do śmiechu, widząc z jaką starannością właściciele koncernu ITI przed laty złożyli swój hołd Wielmożnemu Panu Premierowi, jego Małżonce Dzieciom i Przyjaciołom? Tamto nie było śmieszne? Śmieszne jest, że komuś dokucza brak na mapie Europy Warszawy, natomiast nie ma nic zabawnego w tym żałosnym wydziwianiu z Sopotem?
Swój tekst sprzed lat zakończyłem następującym akapitem:
Troszkę się obruszyłem, ale po chwili wiedziałem. Nie dzieje się nic złego. To dla naszego premiera. To dla niego. Żeby nie musiał się za bardzo nadwyrężać. I tak nie jest łatwo. A i też nie zostało zbyt wiele czasu. Niech ma”.
Do dziś podtrzymuję te opinię: niech ma, niech się cieszy. Jeśli tylko bym miał coś do tej refleksji dziś dodać, to może dwie uwagi. Przede wszystkim nie spodziewałem się wówczas, że oni aż tak długo pociągną, no a poza tym wydaje mi się, że ów brak Warszawy na europejskiej mapie to też pewnie gest. Gest ze strony przyjaciół Donalda Tuska specjalnie dla niego, Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego. Kto jak kto, ale Francuzi muszą świetnie wiedzieć, co tym trzem sprawi prawdziwą satysfakcję. Oni swoje ambicje zdążyli im zaprezentować wielokrotnie.

Zachęcam do kupowania mojej najnowszej książki, jak i - o ile ktoś ich jeszcze nie ma - wszystkich wcześniejszych. To jest zaledwie jedno kliknięcie stąd: coryllus.pl. No i niezmiennie, jeśli tylko komuś akurat zbywa, a powyższy tekst mu się spodobał, bardzo proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.

środa, 20 maja 2009

Platforma w marynacie, czyli ostatnie pożegnanie

Tekst dzisiejszy został właściwie już napisany wczoraj i wczoraj miał sobie zawisnąć na moim blogu, ale Ernest Skalski wszystko popsuł. Tak więc się zdarzyło, że dopiero dziś dzielę się z Wami dobrą nowiną na temat gnijącej Platformy.
Wszyscy z pewnością znamy takie określenie, że coś nadchodzi niepostrzeżenie. Najczęściej jest tak, że niepostrzeżenie zbliża się coś, czego wolelibyśmy w ogóle nie doświadczyć, a już zwłaszcza wtedy kiedy do tego czegoś jesteśmy kompletnie nieprzygotowani. Mija dzień za dniem, świat wydaje się być niemal uśpiony, i w pewnym momencie, okazuje się, że wszystko co – tak bardzo byliśmy tego pewni – miało już pozostać niezmienione przez całe lata – zdrowie, powodzenie, sukcesy, pieniądze, wygoda – rozpadło się. A myśmy nawet nie potrafili porządnie uchwycić tego momentu. Oto fragment z amerykańskiego pisarza, Johna Bartha:
Przystanęła pośrodku kuchni, by napić się wody. I w tym momencie, po pięćdziesięciu solidnych latach, urwał się sufit w pokoju obok. Albo on, samotny, w pustym gabinecie, nasłuchując, w blasku marcowego dnia, jak mu w myślach szumi świat, gdy – ni stąd ni z owąd – półtorametrowa półka odrywa się od ściany. Przez całe długie wieki, niewidoczne pęknięcie rozsadza skałę. By w jednej sekundzie, cały taras i barierki i turyści i turbiny – wszystko z hukiem runęło do Niagary. Który płatek śniegu uruchamia lawinę? Dom eksploduje. Gwiazda. W głowie twojej żony, tak pozornie bezsilnej, rodzi się zbrodnia, jak płód. Jedna maleńka decyzja władz. Całe kolonie powstają”.
Niedobrze więc jest, gdy coś nadchodzi niepostrzeżenie. Lepiej wiedzieć, co się kroi. Lepiej słuchać, patrzeć i starać się to wszystko czuć. A ja się niemal dałem zaskoczyć. Miniony weekend spędziłem bardzo pracowicie, sprawdzając matury. Sprawdzanie matur – jeśli ktoś nie wie – polega na tym, ze się siedzi w wybranej szkole, przed sobą się ma stos wypracowań i od rana do wieczora liczy się słowa, błędy, procenty, akapity, informacje i stara się od tego wszystkiego nie zwariować. Niektórzy znoszą to lepiej, inni gorzej. Wszystko zależy od podejścia. Ale więc też i od podejścia zależy, czy ten dzień mija szybko, czy wolno i czy pod koniec się zmęczonym i wściekłym, czy zmęczonym i smutnym. A może zmęczonym i jakoś dziwnie mocnym. Nieważne. Chodzi o to, że spędziłem sobotę i niedzielę w całości na sprawdzaniu matur i przez te dwa dni zupełnie zapomniałem o tak zwanym bożym świecie. Przy okazji też jednak – o świecie nie-bożym.
Kiedy w niedzielę wieczorem, gdy z Toyahową wróciliśmy do domu, Toyah junior poinformował mnie, że mieszkańcy Sopotu głosowali w lokalnym referendum nad ewentualnym odwołaniem swojego prezydenta, najpierw byłem zdziwiony, bo zwyczajnie o tym czymś nie pamiętałem. Jednak moja kolejna reakcja była następująca – „Mam nadzieję, że go zostawią”, powiedziałem. Dlaczego tak? Otóż dlatego, że w pewnych sprawach jestem bardzo nieobiektywny. W tym wypadku obiektywizm dotyczy miasta Sopotu, prezydenta Sopotu i pewnej znacznej części mieszkańców Sopotu. Mój nieobiektywizm dotyczy jednak przede wszystkim również projektu o nazwie Platforma Obywatelska. Jeśli idzie o miasto Sopot, byłem tam w ostatnich latach dwa razy i wszystko co widziałem, zaczynając od tego ohydnego, obszczanego dworca, przez ten śmierdzący deptak, od którego brzydsze jest już tylko Władysławowo w sezonie i wieś Rajcza po sezonie, a kończąc na zasyfionej plaży, było akurat uszyte na miarę prezydenta tego miasta Jacka Karnowskiego. I jak się też okazuje, na miarę jego fanów. Jeśli idzie natomiast o Platformę Obywatelską, to nie muszę się tu szczególnie wgłębiać. Oni mi dają wszelkie powody do kultywowania moich uprzedzeń przez siedem dni w tygodniu.
Kiedy Toyah junior przypomniał mi, że Sopot odwołuje Karnowskiego, pomyślałem sobie, że dobrze by było, gdyby jednak go nie odwołał, bo w moim skrajnym nieobiektywizmie uznałem, że dla Polski, którą – w odróżnieniu od Sopotu – kocham, będzie bardzo dobrze jeśli proces zanikania wszystkiego co jest związane z Platformą Obywatelską i z tym, co ją najbardziej wspiera, będzie jeszcze przez jakiś czas kontynuowany. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja bym oczywiście chciał, żeby miasto Sopot i ludzie którzy tam mieszkają byli piękni, zdrowi i mądrzy. Bardzo bym chciał, żeby miasto Sopot było tak szlachetne i urokliwe, jak – nie przymierzając – Przemyśl. Bo to wszystko jest moja Polska. Jednocześnie jednak wolę mieć sprawy zdefiniowane jasno, czysto i ostatecznie. A zatem sytuacja, w której się okazuje, że najbardziej wierny i aktywny elektorat Platformy Obywatelskiej jest już do tego stopnia opętany czystym, zwykłym zniewoleniem, że zaczyna tracić najbardziej podstawowy instynkt samozachowawczy, jest z mojego punktu widzenia sytuacją dla Polski bardzo korzystną. Mieszkańcy Sopotu od początku lat 90-tych wybierają sobie władze, które ich miasto niszczą. Czy to jest Karnowski, czy ktoś inny, kto był tam przed nim, według wszelkich dostępnych mi informacji, utrzymuje to społeczeństwo w stanie permanentnej fikcji. Nie wiem zupełnie, jak się tam w tym Sopocie mieszka, ale z tego co zdążyłem zaobserwować, mam wrażenie, że to jest taka klasyczna sytuacja typu ‘jest-jak-jest’. Myślę sobie, że pod tym względem z Sopotem jest trochę tak jak z Gliwicami. Świat może się walić, posłaniec za posłańcem mogą znosić najbardziej alarmujące wieści, wszystko dookoła może nam mówić, że wypadałoby się wziąć w garść, a my się z głupią miną rozglądamy, kiwamy głową z zadowoleniem i po raz nie wiadomo który powtarzamy: „A o co chodzi?” To jest właśnie ta filozofia, ta postawa, ten rodzaj refleksji, na kórych od zawsze najlepiej się żerowało takim politycznym projektom, jaki kiedyś stanowiła Unia Wolności, a której to dzieło kontynuuje dziś Platforma Obywatelska.
Kiedy więc usłyszałem, że Sopot będzie decydował w sprawie Karnowskiego, pomyślałem, że ci co go kiedyś wybrali, powinni go teraz znów poprzeć. Kiedy nadeszła informacja, że Karnowski wygrał z palcem w nosie we wszystkich okręgach, włącznie z tym gdzie mieszkają ludzie mniej zamożni, wpadłem w euforię. Pomyślałem sobie, że – z punktu widzenia interesów, które są mi bliskie – gdyby zwolennicy Platformy Obywatelskiejzachowali się standardowo, czyli przede wszystkim wywalili skorumpowanego urzędnika na pysk, a następnie wystawili na jego miejsce kogoś mądrego, uczciwego i kompetentnego, kto dałby im prawo wierzyć, że wyciągnie to miasto na prostą, a następnie by go większością głosów wybrali, to by świadczyło to o tym, że są oni w znacznie lepszej kondycji, niż można by się było spodziewać. Prezydentem Sopotu zostałby jakiś poważny facet z pomysłem, wiedzą i moralna siłą, a cała Polska pomyślałaby sobie, że z tą Platformą nie ma jednak żartów. Tymczasem, okazuje się, że oni są jak obywatele jakiegoś ruskiego miasteczka, gdzie nagle, ku zaskoczeniu świata, burmistrzem zostaje znany gangster i morderca. Bo choć lokalna społeczność zdaje sobie sprawę, że ten ktoś ma różne sprawki za uszami, to wie też, że przynajmniej gość jest swój, ma ładną zonę i od czasu do czasu załatwi każdemu po flaszce. Albo – żeby nie ruszać się zbyt daleko od Polski – jak mieszkańcy Śmiłowa, gdzie Henryk Stokłosa przez całe lata wszystkich regularnie podtruwał, a żeby mu nie podskakiwali, trzymał ich jedną ręką za kark, a drugą łaskotał po uszku. I oni się bardzo cieszyli i byli swojemu panu bardzo wdzięczni. A więc jest dobrze. Niech się kiszą.
Niech się też kisi ten rząd. Niech się kisi jego premier, jego rzecznik i jego ministrowie. Niech zarastają pleśnią wszyscy jego twórcy i cały ten projekt, któremu ktoś kiedyś postanowił nadać tytuł ‘Nowej Polski’. A pisząc te słowa, jestem głęboko tez przekonany, że każdy, kto żyje podobnymi do moich emocjami, nie mógł znaleźć lepszego dowodu na to, że sprawy się mają bardzo dobrze, niż poniedziałkowe zamieszanie z debatą premier – związkowcy. Wyraziłem tu zupełnie niedawno moje szczere przekonanie, że wizerunkowi doradcy Platformy Obywatelskiej, uznawszy prawdopodobnie, że żadna z obiecanych i zapowiadanych przez tyle miesięcy niespodzianek, nie ujrzy jednak światła dziennego i że zamiast obiecanego rozwoju, Polacy dostaną wyłącznie nędzną karykaturę komunistycznej nędzy, najwidoczniej – swego rodzaju rzutem na taśmę – postanowili zgromadzić wokół siebie poparcie najbardziej ogłupiałej i zniewolonej części elektoratu, która jakoś przetrwała ten czas przejścia z szarych lat osiemdziesiątych do europejskiej współczesności i dziś zrobi wszystko co im się każe za kawałek kiełbasy i to piękne poczucie, że nad nią zawsze czuwa ten pan – surowy, acz sprawiedliwy. Wiedziałem, co się święci, najpierw czytając tu w Salonie komentarze tych wszystkich niedzielnych prawicowców, wzywających do tego, by brudna hołota odczepiła się od naszych ciężko zapracowanych domów, ogródków i telewizorów, następnie słuchając tych ordynarnych komentarzy ze strony przedstawicieli rządu, a skierowanych w stronę protestujących związkowców, jeszcze później patrząc jak policjanci „robią swoje”, a wreszcie znów czytając komentarze rozanielonej publiczności, wdzięcznej władzy, że jest taka silna i stanowcza. Kiedy w miniony poniedziałek jednak, dowiedziałem się najpierw, że premier Tusk postanowił na spotkanie z Solidarnością przyprowadzić przedstawicieli dwóch wspierających rząd związków, a następnie zobaczyłem, jak na tym dziedzińcu Politechniki Gdańskiej siedzi na krzesełku i w towarzystwie jakiś dwóch przerażonych ‘umyślnych’, odstawia najbardziej żałosny cyrk, tylko po to, żeby zaraz potem Eryk Mistewicz mógł w TVN-ie poinformować zdumioną publiczność, że oto narodził nam się nowy Jacek Kuroń, po raz pierwszy od wielu, wielu lat, ujrzałem i poczułem z taką siłą to coś, co kiedyś tak bardzo nas dręczyło i niszczyło. PRL.
A więc wraca PRL. Ale wraca w bardzo szczególnej formie. Jako swoja karykatura. Nędzna, ponura, smutna farsa. Wraca w Sopocie, w postaci prezydenta Karnowskiego, tryumfującego poparciem kochających go mieszkańców, i wraca w całej Polsce – w Warszawie, Gdańsku, Krakowie – w postaci aroganckiej władzy, uzbrojonej w swoje wieczne przekonanie o braku alternatywy, potężną propagandę i pojemnik z pieprzowym gazem na wszelki wypadek. Wraca niepostrzeżenie. Tak nagle, niby z dnia na dzień, a jednak już od pewnego czasu. Wraca niepostrzeżenie. I nagle już jest. Tuż obok nas. I byłaby to sytuacja bardzo niekomfortowa, gdyby nie jeden ważny szczegół, o którym już wspomniałem. To w żadnym wypadku nie jest ‘wejście smoka’. To jest parodia, to zwykły żart. Tak jak Donald Tusk nie jest tamtym Jackiem Kuroniem, tak samo Grzegorz Schetyna nie jest Andrzejem Milczanowskim, Paweł Graś nie jest tamtym Jerzym Urbanem, a nawet ta arogancja nie jest tamtą arogancją sprzed lat. W tym już nie ma żadnej siły. To jeszcze potrwa chwilkę, a później się rozpryśnie. Równie niepostrzeżenie, jak się pojawiło. I będziemy wreszcie mieli święty spokój.

piątek, 13 lutego 2009

A co tam w Sopocie? Czy też zawiało?

Od kilku dni męczy mnie bardzo szczególne uczucie. Uczucie, którego nigdy wcześniej nie doświadczałem i, które – prawdę powiedziawszy – przeżywam zupełnie wbrew sobie. Związane jest ono z osobą naszego premiera, a główną jego częścią jest współczucie. Od kilku dni, kiedy myślę o Donaldzie Tusku, czuję głównie żal, że, w faktycznie najpiękniejszym i najbardziej owocnym okresie jego życia, spotkała go taka przykrość. Że ten - prawdopodobnie i tak jedyny - czas sukcesu i politycznej satysfakcji, na które mógł liczyć, zredukował się do zaledwie kilku miesięcy. Ktoś tu kiedyś, w Salonie, zwrócił mi uwagę na fakt, że to co za nami, jeśli idzie o rządy Platformy Obywatelskiej, to przecież ledwo rok z haczykiem. A jeśli pomyślimy, ze oni będą musieli tak walczyć jeszcze trzy lata, to jest to los naprawdę nie do pozazdroszczenia. I oto nagle widzą już chyba wszyscy, że tych trzech lat raczej już nie będzie. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że widzi to też sam Donald Tusk. I dlatego tak bardzo jest mi go żal.
Jaki jest Tusk, wiemy raczej wszyscy, i nie wyłączałbym z tego nawet tych, którzy go tak bardzo poparli w wysiłkach na rzecz usunięcia Jarosława Kaczyńskiego i jego formacji z polskiej polityki. Oczywiście, dla wielu z nas, Donald Tusk, to fajny facet. Wesoły, dowcipny, dla niektórych i bardzo porządny, a nawet i mądry. Jednak nie sądzę, żeby wielu było takich, którzy uważają, że Tusk to zawodnik twardy. Powiem więcej. Mam wrażenie, że informacja, że Tusk jest słaby i jako polityk i jako człowiek, uzyskała nawet status już nie opinii, ale faktu. To jego nieustanne poirytowanie, ta wieczna potrzeba wypoczynku, ta obsesyjna, cotygodniowa ucieczka do Sopotu, żeby pograć w piłkę, albo chociaż pójść z żoną do kina, te niesympatyczne poniedziałki – to wszystko już dawno przestało być tajemnicą. Więc tę wiedzę mają chyba już wszyscy.
Ale ja wiem jeszcze coś więcej. Tak jak mam okazję obserwować Donalda Tuska już kilka dobrych lat, właściwie od samego początku, a już szczególnie przez ostatnie miesiące, mam wrażenie, że ja doskonale znam typ, który on prezentuje. Nie potrafię przestać zauważać, że Donald Tusk to charakter, który ja osobiście bardzo dobrze znam. Dziś nawet spytałem starszą Toyahówną, czy jej się nie wydaje, że Tusk jest dokładnie taki, jak nasz pewien wspólny znajomy. I ona mi powiedziała, że tak, oczywiście, naturalnie – oni są dokładnie tacy sami. Mam na myśli taką szczególną konstrukcję psychiczną i emocjonalną. Kiedy wszystko idzie dobrze, żona jest w dobrym nastroju, dzieci się dobrze prowadzą, pod ręką są pieniądze, w perspektywie wyjazd na wakacje, ani śladu jakichkolwiek kłopotów, człowiek potrafi być wręcz ujmujący. Kiedy natomiast pojawiają się zmartwienia, czy to na poziomie zawodowym, czy w postaci obrażonej żony, czy może tylko zwykłego zmęczenia – ten typ się robi absolutnie nie do wytrzymania. I to nie tylko jest problem jego relacji z ludźmi, ale przede wszystkim może nawet stosunek do samego siebie. To jest ktoś taki, kto wie doskonale, że jeśli nie uda mu się tego napięcia rozładować – to on nie wytrzyma. I w tych sytuacjach on albo wybucha, albo zmusza ludzi, żeby z nim grali w piłkę, ping-ponga, tenisa, siatkówkę – obojętne. Byle przez te parę godzin on mógł z siebie wyrzucić całe to zło.
Kiedy obserwuję Donalda Tuska od tych paru lat, kiedy poznaję na jego temat różnego rodzaje relacje, kiedy próbuję analizować to co widzę i słyszę, obraz Donalda Tuska układa mi się w bardzo logiczną całość. Przecież to nie ja wymyśliłem, że Tusk tak bardzo marzy o prezydenturze również dlatego, ze w obecnym kształcie konstytucyjnym, jest to dla niego oferta idealna. Prezydentura Tuskowi daje na długie lata to, co on kocha najbardziej. Wolny czas, niewiele obowiązków, dużo wyjazdów i to wyjazdów, gdzie się głównie reprezentuje, zwiedza, spędza miło czas, a jak człowiek lubi sobie dłużej pospać, to i to można bardzo prosto załatwić.
Od jesieni roku 2007, najbliższe otoczenie Donalda Tuska zrobiło wszystko, żeby go jakoś odciążyć, jeśli idzie o tę najbardziej nieprzyjemną część pracy na stanowisku premiera. I długo robili to bardzo skutecznie. Administrował Schetyna, partię reprezentował Chlebowski, samego premiera Nowak, a do bezpośredniej walki kierowani byli Niesiołowski, albo któryś z aspirujących lokalnych polityków. No i oczywiście całość organizował Palikot. Premier miał tylko od czasu do czasu się pokazać, coś powiedzieć i zapewnić, że nad wszystkim panuje. A i tak okazało się to dla niego za dużo. Stąd te nieustanne wyjazdy na wakacje, i coraz większe zdenerwowanie po każdym kolejnym powrocie.
I teraz się okazuje, że kiedy Donald Tusk szykował się do prezydentury i starał się ten czas spędzić bez większych stresów, gdzieś obok niego zdarzyło się kilka bardzo przykrych rzeczy, nad którymi koledzy Premiera nie zapanowali, na które on sam nawet nie miał wpływu i które nagle zmieniły się w lawinę. I nagle Donald Tusk dowiedział się, że to jednak on jest za wszystko odpowiedzialny i że teraz on będzie musiał zacząć ponosić konsekwencje.
Na dodatek, wszystko wskazuje na to, że z jakiegoś powodu, media – które przecież musiały wiedzieć, co się dzieje i czego się można spodziewać – nagle straciły cierpliwość i cofnęły ochronę. A może nawet nie chodzi tu o cierpliwość. Może po prostu w sytuacji, kiedy dzieją się tylko złe rzeczy, nie można nagle przestać w ogóle informować. Może jest tak, że kiedy nawet nie ma się za co znęcać nad PiS-em i komunistami, kiedy nawet PSL dzielnie się zmobilizował i nie prowokuje afer, pozostaje tylko ta wspomniana już lawina.
I co ma teraz zrobić Donald Tusk, premier rządu? Ma powiedzieć, że to nie on? Że on o niczym nie wiedział? Że on był zmęczony i na chwilę musiał wyjechać? Że to koledzy? Że on od początku chciał być prezydentem, a nie premierem? Przecież teraz nawet nie wiadomo, czy jemu wypada jutro i w niedzielę pójść z kolegami na piłkę, bo od razu przyjdą jacyś i będą się pytać o Czumę, Karnowskiego, albo jeszcze o kogoś innego. A skąd on ma cokolwiek wiedzieć?
Więc ja myślę, że ja rozumiem sytuację Premiera. I uważam, że jeśli się natychmiast wszystko nie uspokoi, to on najzwyczajniej w świecie tego nie wytrzyma. Wiem, że w polityce bywa różnie i niekiedy bardzo ciężko. I wiem też, że się wytrzymuje najróżniejsze kryzysy. Ale do tego trzeba twardych ludzi. Giertych by wytrzymał. Poradziłby sobie Lepper. Pawlak – bez najmniejszego wysiłku. Oczywiście Kaczyński pewnie by nawet nie zauważył, że coś się dzieje, a jak by zauważył, to czułby tylko przyjemne podniecenie. Jestem głęboko przekonany, że Tusk w dzisiejszych dniach jest kompletnie rozbity. I nie może być inaczej.
Kiedy niemal już półtora roku temu, władzę przejmowała Platforma Obywatelska i całe jej medialne, biznesowe i cywilizacyjne zaplecze, byłem w bardzo marnym nastroju. Bałem się, że jesteśmy załatwieni, na kilka dobrych lat, a jeśli mamy walczyć, to walka będzie straszna i na tyle wyczerpująca, że nawet po jej zakończeniu będzie trzeba bardzo długo lizać rany. Przez te półtora roku były chwile, kiedy cały front z którym przyszło nam walczyć, zupełnie słusznie wskazywał, że przy totalnej mobilizacji ogólnie rozumianego obozu władzy, opozycja praktycznie nie istnieje. I nagle, zupełnie niespodziewanie, w ciągu zaledwie parę tygodni ten kolos rozpada się w pył. Nie wiem, co się zdarzy jutro. Nie mam pojęcia, jak będzie wyglądała sytuacja polityczna za tydzień. Wiem natomiast, ze wszystko dzieje się bardzo szybko, a przede wszystkim przy ogromnym współczynniku chaosu. Nie znam sytuacji na samych szczytach polityki. Ja nie wiem nawet, kto się z kim w tej chwili spotyka, kto z kim o czym rozmawia, kto na kogo się czai. Natomiast widzę codziennie Jarosława Kaczyńskiego, odświeżonego, wypoczętego, pełnego spokoju i pewności siebie i od czasu do czasu Donalda Tuska, który robi wrażenie bardzo zmęczonego i który, według wszelkich dostępnych relacji jest bardzo zmęczony. Oczywiście, wciąż słyszę głosy, które każą mi wierzyć, że nowa polityka PiS-u to bzdura i pudło. Że wystarczy spojrzeć na sondaże, żeby widzieć, że nic się nie zmieniło. Że nawet najgorsza Platforma i tak jest lepsza, bardziej skuteczna i bardziej po prostu znośna od najlepszego PiS-u. I że Polacy to wiedzą. Ale ja wiem coś bardzo ważnego. To mianowicie, że jeśli Donald Tusk tego napięcia nie wytrzyma, to wszystko się po prostu zawali. Zupełnie niezależnie od tego, czy zmiana wizerunku PiS-u będzie skuteczna, czy nie; czy Czuma wyleci z rządu, czy nie; czy kolejny świadek w sprawie Olewnika się powiesi, czy nie. Bo to jest po prostu lawina i to lawina pędząca ze wszystkich stron. A Donald Tusk musi jeszcze czekać do wyborów prezydenckich ponad półtora roku. A to jest zdecydowanie za długo. On po prostu nie da rady czekać tak długo. Nikt nie musi teraz już nic robić. Teraz wystarczy tylko czekać. To już jest czysty automat.
Więc jest mi czysto po ludzku żal Donalda Tuska. Bo wyobrażam go sobie teraz, kiedy kończy się kolejny tydzień, a on już ledwo żyje. A drugiej strony mam bardzo nieprzyjemną satysfakcję, choćby dlatego, że Donald Tusk był głównym przedstawicielem tego bardzo szkodliwego nurtu w polskiej polityce i w ogóle polskim życiu, który dla czystej rządzy władzy, przez zwykłą zawiść i mściwość, przez kompletną niesamodzielność intelektualną, doprowadził Polskę do bardzo niedobrej sytuacji. Mam też tę satysfakcję, choćby przez to, że czytam dziś w Salonie wypowiedzi wychowanków Donalda Tuska, którzy rechoczą z zimną satysfakcją, że do TVP wróciła cenzura. I widzę z bólem, do czego on i jego protektorzy doprowadzili.
Ale, ponieważ mam w sobie też współczucie i dobre życzenia dla wszystkich, na koniec chciałem wskazać panu premierowi coś, co go z pewnością pocieszy. Właśnie obejrzałem w TVN24 prognozę pogody i zauważyłem bardzo ciekawą rzecz. Otóż na pogodowej mapie Polski są Lublin, Poznań, Kraków, Warszawa, Szczecin, Katowice, Łódź i… nagle coś, co się nazywa Gdańsk/Sopot. Najpierw pomyślałem sobie, że to dziwne. No bo skąd nagle Gdańsk/Sopot, a już nie Warszawa/Piaseczno, Katowice/Gliwice, Łódź/Pabianice, Kraków/Nowa Huta? Troszkę się obruszyłem, ale po chwili wiedziałem. Nie dzieje się nic złego. To dla naszego premiera. To dla niego. Żeby nie musiał się za bardzo nadwyrężać. I tak nie jest łatwo. A i też nie zostało zbyt wiele czasu. Niech ma.
Niech ma. To od nas. Dla Pana, Premierze!

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...