Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 stycznia 2023

Za co świat liberalnej demokracji pokochał papieża Benedykta XVI?

 

      Zmarł papież Benedykt XVI i, pomijając powszechny i całkowicie naturalny, spowodowany tym odejściem smutek, oraz towarzyszące mu modlitwy, komentarze odnośnie owego zdarzenia koncentrują się na jednej tylko kwestii: który z tych dwóch, Benedykt czy Franciszek był większym skurwysynem. I tu znów, pomijając antyklerykalny mainstream, gdzie wspólny przekaz głosi, że, podobnie jak cały Kościół, jeden i drugi to jedna i ta sama zaraza, którą należy wyrzucić poza nawias cywilizowanego świata, doszło do intelektualnego sporu między tymi co uważają, że wraz z odejściem Jana Pawła II i Benedykta XVI zakończył się najczarniejszy okres w historii Kościoła, Kościoła zamkniętego, nieludzkiego i zepsutego do szpiku kości, a tymi drugimi, którzy twierdzą, że, owszem, nastąpił koniec, ale na rzecz upadku, którego zwiastunem, w ich pojęciu, jest nie kto inny jak papież Franciszek. A ja dziś, jako że w pełni zgadzam się ze słowami najświętszej pamięci Benedykta, który stwierdził, że największe zło płynie od nas samych i że „ataki na papieża i na Kościół nie pochodzą tylko z zewnątrz, ale cierpienia Kościoła pochodzą z jego wnętrza, z grzechu, który jest w Kościele”, chciałbym się zająć przede wszystkim tymi, co odejście Benedykta XVI postanowili wykorzystać do ostatecznego rozprawienia się z Franciszkiem.

        Czytam wypowiedzi koncesjonowanych z każdej możliwej strony specjalistów od Kościoła i ścieżek po których prowadzi Go Pan, i z jednej strony nie mogę pojąć, jak można dojść do tego momentu opętania, by nawet przy tej szczególnej okazji nie dać chwili spokoju Franiszkowi, a z drugiej, jak straszne musi być owo opętanie, by przypuścić ów atak nie niezależnie od pogrzebu Benedykta, ale właśnie w bezpośrednim z nim związku. W pierwszej kolejności, nie mamy bladego pojęcia co do przyczyn pamiętnego ustąpienia Benedykta. Oficjalne wyjaśnienie, przekazane nam przez samego Papieża, jest takie że jego zdrowie było tak słabe, że się zwyczajnie nie czuł na siłach, by dalej kierować Kościołem. Parę dni temu w telewizji rozmawiano z księdzem, bliskim przyjacielem Ojca Świętego, który opowiadał jak już pod koniec jego urzędowania, spotkał się z nim, a ten go nie poznał, co by mogło świadczyć, że oficjalny komunikat był prawdziwy. Cała reszta, to już wyłącznie medialne plotki, związane głównie czy to z tym, że Papież wziął na siebie odpowiedzialność za dramatyczne zepsucie Kościoła, czy też z tym że owo zepsucie jest tak wielkie, że go przeraziło i zwyczajnie zdezerterował, przekazując ów urząd komuś takiemy, jak Franciszek, a więc jednemu z Gangu, ewentualnie że to sam Gang go zmusił do odejścia. A więc nie wiemy nic poza tą kupą idiotyzmów, których słuchać nie powinniśmy, ale nie możemy się powstrzmać, by wciąż nastawiać ucha.

       Ale nie wiemy jeszcze czegoś. Otóż nie jesteśmy nawet zbliżyć się do prawdy na temat relacji między papieżem Franciszkiem, a Benedyktem, nie mamy najmniejszego pojęcia, jak Benedykt widział to co się dzieje w Kościele i wokół niego samego, i nigdy się nie dowiemy, dlaczego uroczystości pogrzebowe Benedykta wyglądały tak a nie inaczej, a tym bardziej czy za ową oprawą stało coś więcej niż jego osobiste życzenie, czy może osobiste życzenie Franciszka, a skoro tak, to jakie on miał podstawy do takiej a nie innej ocenny sytuacji. Jedyne co możemy moim zdaniem zrobić, to siedzieć cicho i się nie wtrącać w to co w ogóle nie należy do nas. Tymczasem zamiast tego, część z nas doznała niewyobrażalnego wręcz ożywienia i toczy dyskusje, których jedynym, jak rozumiem celem, jest podważanie autorytetu jedynego papieża jakiego ma Kościół, a więc Franciszka, i żadnemu z tych nieszczęśników nie przyjdzie do głowy, że jeśli oni dopną swego, to jedyne co im pozostanie to już tylko zwrócić się o ratunek do Lutra.

       Skąd ta w moim odczuciu kompletnie obłąkana niechęć do Franciszka, nie mam pojęcia. I nie chodzi mi o to, że dla mnie akurat, czym dłużej go słucham i obserwuję, on tym bardziej jest dla mnie jak Jezus. Czym dłużej go mam przed oczyma, tym bardziej jestem pewien, że gdyby zamiast niego stał Jezus, to mówiłby to samo i – uwaga, uwaga – prowokowałby dokładnie te same pretensje. Weźmy choćby kwestię stosunku Franciszka do tego co się dzieje dziś na Ukrainie i reakcji świata na ową wojnę. Pisałem w jednym z ostatnich tu tekstów o moim zadziwieniu tym jak to wspomniany świat, praktycznie z dnia na dzień, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, najzwyczajniej świecie, nie dość że się zainteresował Ukrainą, to jeszcze na jej punkcie autentycznie oszalał. Z dnia na dzień. Oglądałem niedawno na youtubie wielki koncert zespołu Okean Elzy z roku 2018 na stadionie w Kijowie, gdzie 70-tysięczny tłum zgotował światu zupełnie bezprecedensowe widowisko pod hasłami „Wolność dla Ukrainy”, „Precz z rosyjską okupacją”, czy wreszcie oczywiście słynnym dziś już na całym świecie „Gierojom sława”. Widzę ten niebiesko-żółty tłum, to morze patriotycznego uniesienia, pochłaniam wszystkimi zmysłami muzyczne widowisko, ktore bije na głowę największe koncerty największych gwiazd światowego rocka i bardzo bym chciał wiedzieć, jak to się działo, że ledwie cztery lata temu ci z nas, którzy dziś tak naciskają na Franciszka, żeby potępił tak jak my Rosję za jej agresję i tak jak my wsparł naszych braci Ukraińców, nawet jeśli słyszeli (a może właszcza ci, co słyszeli) o tym, że wschodnia Ukraina znajduje sie pod brutalną rosyjską okupacją, byli zajęci swoimi sprawami, a ukraińskie losy mieli głęboko w nosie. No i jak to się dzieje, że oni dziś prezentują tak wielkie moralne wzburzenie postawą Franciszka.

        Napisałem, że w ostatnich miesiącach, im dłużej obserwuję Franciszka, tym bardziej go kocham i tym częściej myślę sobie, że on jest jak Jezus. Jednocześnie jednak nie mogę nie zauważyć, że i tak już powszechna do niego niechęć rozszerza się coraz bardziej, i to do tego stopnia, że zwłaszcza od czasu gdy na Ukrainie toczy się wojna, jego nienawidzą już nie tylko ultra-konserwatywni katolicy, oskarżając go o chodzenie na pasku nowej liberalnej demokracji, czy wręcz najbardziej zboczonego lewactwa, ale sami przedstawiciele jednych i drugich, tym razem ruszając z pretensjami o faktyczne wspieranie moskiewskiej cerkwi przeciwko wolnej Ukrainie. Proszę zwrócić uwagę, co na temat Franciszka mówi dziś owo lewactwo, oblepione ni stąd ni z owąd od góry do dołu narodowymi barwami Ukrainy oraz karykaturami Putina z hitlerowskim ząbkiem. Jakiej ono dostaje cholery, gdy po raz kolejny Franciszek nie zechciał wysłuchac ich apeli i  nadal pozostaje wciąż tak oburzająco niejednoznaczny.

        A ja się zastanawiam, jak by na owe żądania zareagował Jezus, gdyby w dzisiejszej sytuacji oni wszyscy zgłosiliby się do Niego właśnie i z błyskiem w oku zapytali: „Co powiesz, Nauczycielu, na to co Putin wyprawia Ukrainą? Co powiesz, Nauczycielu, Cyrylowi, który ową wojnę wspiera moralnie? Czy wezwiesz wreszcie Putina, by sie opamiętał?” Otóż ja nie przypominam sobie jednego przypadku, by na tego typu prośby Jezus zareagował z jednoznacznością taką jakiej zwłaszcza uczeni Żydzi od niego oczekiwali. Owszem, o ile dobrze pamiętam, Jezus bardzo chętnie i prezyzyjnie udzielał odpowiedzi na pytania typu: „Co mam czynić?” „Jak mam żyć?” „Jak mogę uzyskać zbawienie?”, natomiast nigdy nie dał się wciągnąć w oczywiste prowokacje, czy choćby czyjeś choćby najbardziej uczciwe interesy. Tymczasem, jak widzę, ci tutaj stają przed Franciszkiem i krzyczą: „Czy powiesz coś wreszcie na temat tej zbrodni?”, a kiedy on ze smutkiem spuszcza głowę i mówi: „Trwa trzecia wojna światowa zglobalizowanego świata, więc módlcie się o pokój, żyjcie Ewangelią, proście Boga o miłosierdzie dla nas wszystkich?”, ci wszyscy wrażliwcy jak jasna cholera zaczynają tupać nogami i wrzeszczeć: „A co z Putinem? Pójdzie do piekła?”.

        Pochowaliśmy papieża Benedykta XVI, a ja się obawiam, że owo żądanie „Santo subito!”, jakie poznaliśmy po śmierci Jana Pawła II, nie było nawet w połowie tak głośne, jak to które będziemy słyszeć dziś, no i tym razem ono głównie będzie pochodziło z gardeł tych co na swoich tęczowych sztandarach mają starannie wykaligrafowane gwiazdki w liczbie osiem.



     

środa, 3 sierpnia 2016

Kto się boi papieża Franciszka?

      Nie będę ukrywał, że zarówno w minionych już miesiącach, jak i ostatnio, podczas wizyty papieża Franciszka w naszym kraju, ale też może przede wszystkim, wysłuchawszy  konferencji prasowej, jaka miała miejsce na pokładzie samolotu lecącego z Krakowa do Rzymu, ze słowami, jakie on do nas kierował, miałem niekiedy nielichy kłopot. No bo, przepraszam bardzo, ale w jaki sposób można zestawiać czyn jakiegoś islamisty podrzynającego gardło katolickiemu księdzu, z zabójstwem, jakie podobno miało któregoś dnia miejsce we Włoszech, a którego jak najbardziej ochrzczony katolik dokonał na swojej teściowej?
      Ciekawe jest też to, że przy tej samej okazji powiedział Papież, że on nie jest w stanie ocenić sytuacji, jaka ma miejsce w Turcji, z tego prostego powodu, że tu mu akurat brakuje informacji, a więc wiedzy. Tym samym, przyznał papież Franciszek, że są rzeczy, na których on się zwyczajnie nie zna. Mimo całej swojej świętości, całej mądrości i całego przyznanego mu dostojeństwa, są rzeczy, na temat których on się wypowiadać nie potrafi. Czy zna się na islamie? Może tak, może nie, faktem jest jednak, że tu akurat głos papież Franciszek zabrał i to głos wyjątkowo donośny.
      Ja zdaję sobie oczywiscie sprawę z emocji, jakie tu i tam można zaobserować, gdy chodzi o posługę Franciszka, jednak osobiście staram się tu zachowywać co najmniej neutralność. To znaczy, czuję z jednej strony, że to co on mówi, dla wielu z nas stanowi wyzwanie być może zbyt wielkie, a z drugiej, zawsze staram się odwołać do instancji najwyższej, czyli Jezusa, i zapytać sam siebie, czy to co On mówił przed wiekami wychodziło tak bardzo na przeciw naszym oczekiwaniom? Z tego co pamiętam z lekcji religii, chyba jednak nie bardzo. A zatem może i papież Franciszek jest jak Jezus, który był przede wszystkim owym znakiem sprzeciwu wobec tego, co większość z nas uznawała za słuszne? Nie wiem. Myślę, myślę, myślę i nie wiem. Wciąż mam bowiem w głowie tego nieszczęśnika, który pewnego dnia podobno zamordował swoją teściową, a Franciszek uznał za stosowne nam o nim wspomnieć, i to w kontekście dla nas wybitnie niewygodnym.
       A zatem tu pozostaniemy chyba do końca bezradni. Ja dziś jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś, co moim zdaniem jest z jednej strony bardzo ważne, a z drugiej mocno koresponduje z tymi wszystkimi naszymi niepokojami. Otóż niemal równolegle z papieską pielgrzymką do Polski, pewną popularność w Sieci zdobył mem przedstawiający papieża Benedykta XVI, oraz następujące słowa:
      „Musimy mieć jasność, że islam to nie jest jakieś wyznanie, które możemy wkomponować w przestrzeń swobód prulalistycznego społeczeństwa. Ktokolwiek tak to przedstawia – a dziś czasami to się zdarza – ten patrzy na islam przez pryzmat chrześcijańskiego modelu i nie widzi, jaki islam jest sam w sobie”.
       No a dalej oczywiście komentarz odnośnie tego, jak to papież Benedykt zaorał swojego następcę.
       Ponieważ zacytowane słowa robią wrażenie, szczególnie na tle tego, co do nas przez miniony tydzień mówił papież Franciszek, postanowiłem odnaleźć w Sieci ową wypowiedź. Na próżno. Z tego, co zdążyłem odszukać, tego typu słowa jeszcze tydzień temu nie istniały. Poszukałem więc jakiś informacji na temat stosunku papieża Benedykta do islamu w ogóle i owszem trafiłem na coś, co jest zapisane w historii Kościoła, jako słynne wystąpienie papieża na uniwersytecie w Ratysbonie w roku 2006, podczas którego zacytował on słowa późnośredniowiecznego bizantyjskiego cesarza Manuela II Paleologa na temat wiary i przemocy w islamie. Oto właściwy fragment:
      „Cesarz zwraca się do swego rozmówcy […] stawiając mu po prostu podstawowe pytanie o relację między religią a przemocą w ogóle: ‘Pokaż mi – mówi – co nowego przyniósł Mahomet, a znajdziesz tam tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz szerzenia mieczem wiary, którą głosił’. Po tych dosadnych słowach cesarz uzasadnia szczegółowo, dlaczego szerzenie wiary przemocą jest tak irracjonalne. Przemoc jest sprzeczna z naturą Boga i naturą duszy. ‘Bóg nie ma upodobania we krwi – mówi – a działanie inne niż zgodne z rozumem, jest sprzeczne z naturą Boga. Wiara jest owocem duszy, a nie ciała. Kto zatem chce doprowadzić kogoś do wiary, musi umieć dobrze przemawiać i poprawnie rozumować, a nie uciekać się do przemocy i gróźb’”.
      Pamiętajmy. Mówimy o poważnym, głęboko skonstruowanym wykładzie na uniwersytecie, natomiast fragment, który przytoczyłem, to był jedyny praktycznie moment, kiedy Benedykt zechciał poruszyć kwestię islamu. Nie przeszkodziło to jednak temu, by muzułmanie na całym świecie dostali na te słowa takiej cholery, że ostatecznie Watykan zmuszony został do wydania oświadczenia, że słowa, które tak ich poruszyły, to jedynie cytat, a nie opinia Papieża, a papież Benedykt tak naprawdę do muzułmanów nic nie ma.
      W tej zatem sytuacji, ja się zastanawiam, skąd się wziął rzekomy cytat z wypowiedzi papieża Benedykta XVI o tym, że islam to nie jest jakieś tam wyznanie, ale coś, co my wiemy, ale boimy się powiedzieć. Zastanawiam się i dochodzę do wniosku, że on się wziął z czyichś bardzo brzydkich myśli. Nie jestem sobie w stanie bowiem wyobrazić, że papież Benedykt podczas jakiegoś wykładu cytuje jakiegoś dawno zapomnianego cesarza, który wypowiedział się brzydko na temat islamu i za ten wybryk chwilę później musiał publicznie muzułmanów przepraszać, a jednocześnie ot tak sobie rzuca tekst o tym, że islam to żadna religia, tylko zwykła dzicz, a my o tej wypowiedzi nie wiemy nic poza tym, co przeczytaliśmy na Twitterze.
      A to akurat prowadzi mnie do czegoś znacznie ważniejszego, niż to, co powiedział, lub nie powiedział papież Franciszek, Benedykt XVI, czy jakikolwiek inny papież, ale do nas, a więc ludzi prawdziwie zaangażowanych i pełnych dobrych intencji, którzy dla idei gotowi są naprawdę na wiele. Rzecz w tym, że ów „cytat” z papieża Benedykta, który moim zdaniem stanowi czyty fejk, któryś z „naszych” musiał najpierw wymyślić, a następnie ładnie zapisać, tak, by on brzmiał jak najbardziej wiarygodnie, a wszystko ku Bożej Chwale, a naszemu zbawieniu. Mogę się też oczywiście mylić i okaże się, że Benedykt faktycznie wypowiedział owe słowa na temat islamu, który stoi poza wszelką ludzką cywilizacją i świat na te słowa nawet nie mruknął. Sądzę jednak, że nie, i że to w istocie rzeczy jest jeszcze jeden chamski fejk. A jeśli mam rację, to przepraszam bardzo, ale ja już wolę tego staruszka, który jak najbardziej w dobrej wierze coś tam bredzi o katoliku, który zamordował swoją teściową, niż tych wypasionych cwaniaków, którzy uznali za stosowne pokazać nam, jak wygląda prawdziwa wojna religijna.



Przypominam wszystkim, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Naprawdę warto.


niedziela, 3 marca 2013

Jeszcze raz o szacie z czerwonego jaspisu

Dziś, w ramch uzupełniania przekazu, chciałbym przedstawić tekst, który bliźniaczo z poprzednim zamieściłem w Salonie24. Jeśli i on otrzyma zero komentarzy, oczywiście przeżyję to, natomiast nie jestem pewien, czy się nie zaniepokoję. No ale próbujmy.

Zwykle, jeśli w ogóle biorę to do ręki, to wyłącznie z trzech względów, z których żaden akurat nigdy nie stał u początku owego projektu. Pierwszy to taki, by ten chłopak, czy dziewczyna, którzy z rozdawania tego czegoś żyją, nie musieli marznąć i szybciej mogli wrócić do domu, drugi, to ten, by zmniejszyć liczbę potencjalnych owej agresji ofiar, a trzeci, by mieć tę przyjemność, jaką niezmiennie odczuwam, kiedy wrzucam tę kupę papieru do najbliższego kosza na śmieci. Dziś rano jednak, kiedy wracałem tramwajem z lekcji, rzuciłem okiem na półeczkę, gdzie zwykle są wkładane poszczególne egzemplarze „Metra”, i od razu uderzył mnie wielki tytuł: „Papież marzeń według młodych katolików”. Zobaczyłem ową zapowiedź i w jednej chwili wiedziałem, że z tego tytułu powstaną dwa teksty. Oba napiszę zaraz po powrocie do domu, jeden z nich umieszczę na swoim blogu, a drugi tu, w Salonie24. Oba będą się zaczynały identycznie, niemniej każdy z nich traktować już będzie o czymś zupełnie innym.
O co chodzi? Otóż tytuł, jaki Agora uznała za najlepszy do tego, by przyciągnąć uwagę zdążających z samego rana do pracy Polaków nie jest niczym specjalnym. To jest zaledwie kolejny etap akcji, jaką System uruchomił po zapowiedzi abdykacji Ojca Świętego Bendykta XVI, a którą to akcję z właściwym sobie zapałem podjęli wszyscy, poczynając od lisowego „Newsweeka”, a kończąc na jak najbardziej naszej „Gazetę Polską”. Powiedzmy sobie może, o jakiej akcji mowa. Chodzi mianowicie o to, by ową rezygnację pokazać z jednej strony, jako porażkę współczesnego Kościoła, z drugiej, jako wielką szansę na to, by po odejściu Benedykta, Kościół Katolicki dokonał odpowiedniej ekspiacji za wszystkie krzywdy uczynione postępowi, i wreszcie przyjmie optykę, jaką od lat proponuje mu współczesny świat, a wszystko to podlane najbardziej podłym sosem medialnej sensacji.
Początek, o czym zresztą już tu pisałem, był utrzymany w atmosferze nieukrywanej wściekłości, że oto Benedykt XVI ogłasza abdykację, i to ani nie pytając nikogo o zdanie, ani nie ogłaszając wcześniejszych konsultacji, ani choćby nie zamawiając właściwych sondaży wśród osób wierzących, którzy z całą pewnością liczyli na to, że on im będzie papieżował aż do śmierci. Doszło wręcz do tego, że Agora – ta sama, która dziś, językami wytypowanych przez siebie umyślnych, przedstawia swoje życzenia odnośnie tego, jaki ma być nowy papież – zamówiła nawet specjalne badania, gdzie zapytano Polaków, czy papież miał prawo zrobić to, co zrobił.
Dziś, widząc prawdopodobnie, że to wszystko jest niczym walenie grochem o ścianę i łbem o beton, System zmienił taktykę, przybrał minę poważnego doradcy i zaczął nas pouczać, pokazując jednocześnie, co nam grozi, jeśli z tych dobrych nauk nie zechcemy skorzystać. Przy okazji, przedstawił nam listę najlepszych spośród wszystkich kardynałów, kandydatów, i zachęcił nas, byśmy absolutnie demokratycznie, bez jakichkolwiek nacisków wybrali jednego z nich. I to jest etap, który tak zgrabnie się ujawnił w dzisiejszym wydaniu dziennika „Metro”. Przyłazi więc ta banda wynajętych, deklarujących swoje przywiązanie do Kościoła, przygłupów i mówi, że nowy papież powinien więcej korzystać z Twittera, że powinien być gotów wyjaśnić wszystkie seksualne afery, musi być skromny i mieć dystans do siebie, no i koniecznie musi „mówić wiernym o swoich relacjach z Bogiem”. Tak, zwłaszcza to. Powinien mówić wiernym „o swoich relacjach z Bogiem”.
Jest jeszcze jednak coś więcej na otwierającej dzisiejsze wydanie „Metra” stronie. Otóż mamy piękne zdjęcie siedzącego na kanapie i trzymającego w ręku papieską mitrę człowieka, siedzącego obok na podłodze pieska, a pod spodem podpis: „Kolumbijskiemu krawcowi trafiła się nie lada fucha. 43-letni Luis Abel Delgado z miasta Cali w zachodniej części kraju, wysoko Andach, został wyznaczony przez watykańskich urzędników do uszycia stroju dla nowego papieża”.
A ja już tylko chciałem powiedzieć, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że oni wszyscy są zwyczajnie opętani. Czytam o tym, jak to temu „kolumbijskiemu krawcowi trafiła się nie lada fucha” i dochodzę do wniosku, że te wszystkie nasze nędzne spekulacje odnośnie tego, czy oni są jeszcze tylko głupi, czy może już tylko źli, są funta kłaków warte. Tu nie wchodzi w grę ani jedno ani drugie. Mamy tego krawca w papciach, tę kanapę, obok tę figurkę Matki Boskiej, nawet i tego pieska, grzecznie siedzącego przy jego nogach i ten tekst: „nie lada fucha”. No to jest, stary, kurwa, fucha nie lada! Wyobrażasz sobie, stary, kurwa, ile on za to wziął? I pomyśleć, kurwa, że zwykły krawiec, kurwa.
To nie jest, zło. To nie jest głupota. To jest diabeł w całej okazałości.
Kto miał okazję, zobaczył wczoraj w telewizji tę uroczystość. Mówię o okazji, bo to naprawdę była chwila. Zamknięto te drzwi i nastąpił koniec. Jeszcze wcześniej można było ujrzeć ten biały helikopter, jak odlatywał po raz ostatni. Można było zobaczyć ten helikopter i usłyszeć ów przejmujący krzyk wiernych. I to też była zaledwie chwila. To był moment. Watykan został pusty. I znów ożyje za parę dni. I nit nie wie, kim będzie człowiek, który tam zamieszka. Ani oni, ani my. Jedno jednak wiemy na pewno. On przyjdzie i założy na siebie piękny – on będzie z całą pewnością piękny – strój, który z myślą o Nim i o nas powstaje w dalekiej Kolumbii. W ramach tej fuchy. Fuchy, której charakter w tych durnych pałach się nie jest w stanie zmieścić już nigdy, nawet, kiedy będą już szczęśliwie dla nas zdychać. On się tam nie zmieści dokładnie tak samo, jak nie jest w stanie się tam zmieścić cała prawda o tym, co się stało wczoraj. Kiedy ten helikopter odleciał, a te drzwi się zamknęły.
Już naprawdę na sam koniec chciałbym wrócić do początku tego medialnego spisku. Kiedy oni usłyszeli tę wiadomość i struchleli. Tam oczywiście musiał być i strach i wściekłość, ale oprócz tego jeszcze owo kompletne niezrozumienie. Jak można było tak nagle, ni stąd ni z owąd, bez żadnych nacisków, bez żadnych widocznych interesów, odejść? Wstać i wyjść. I jeszcze przy tym bezczelnie coś tam mruczeć o Duchu Świętym.
Kto wie, czy to nie o to chodziło temu, który w swojej wypowiedzi dla Agory apelował o to, by nowy papież jednak zechciał go informować o swoich sprawach z tym no… jak mu tam? Bogiem. I żeby człowiek w przyszłości nie był tak ordynarnie zaskakiwany.

Przepraszam za to, że nie ma dziś nowego tekstu, ale pewne niespodziewane zdarzenia trochę mnie nadwyrężyły psychicznie i nie bardzo jestem w stanie się skoncentrować na pracy. Mam nadzieję, że spotka mnie z Waszej strony zrozumienie, no i że ten blog wciąż będzie tak jak dotychczas traktowany z życzliwością. Dziękuję.

środa, 20 lutego 2013

Don Paddington: O abdykacji Benedykta, św. Jadwidze i pewnym naszyjniku Część 2

Dlaczego św. Jadwiga nie doświadczyła tej radości, by chrystianizowani za jej przyczyną Litwini (z jej królewskim małżonkiem na czele), czcili Boga nie tylko wargami, lecz także sercem przylgnęli do Chrystusa i Jego Kościoła? Powód był trywialny: jest bardzo trudno być blisko Chrystusa, a przynależność do Jego Kościoła traktować jako wielkie szczęście w sytuacji, gdy słudzy tegoż Chrystusa reprezentujący ów Kościół, są powodem nieustannego zgorszenia.
Cóż takiego działo się wtedy w Kościele, że Litwini (i zresztą nie tylko oni) byli tak bardzo zgorszeni? Powodów, by to co dzieje się w Kościele było dla kogoś źródłem zgorszenia, jest zawsze bardzo wiele i jest to sytuacja stała, poniekąd ponadczasowa. Przełom wieku XIV i XV był jednak pod tym względem czasem szczególnym i trzeba przyznać, że poganin czy neofita litewski, gdy patrzył na ówczesny Kościół widział coś, czego św. Jadwiga najprawdopodobniej głęboko się wstydziła.
Na nasz użytek zajmijmy się tylko tymi sprawami, które królową zawstydzały najbardziej. A spraw takich było dwie. Pierwsza dotyczyła Krzyżaków. Pamiętamy z lekcji historii, że rozwiązanie kwestii krzyżackiej było dla Litwinów – w wymiarze politycznym, gospodarczym a także najbardziej dosłownym – sprawą życia i śmierci. Rozwiązanie tej kwestii stanowiło też dla Jadwigi sprawę życia i śmierci: życia wiecznego, bądź śmierci wiecznej dla Litwinów i nie tylko Litwinów. Było bowiem czymś oczywistym, że trudno jest zaufać Kościołowi, którego reprezentantami są bracia zakonni w płaszczach z czarnymi krzyżami. Przez te osławione czarne krzyże na płaszczach, Krzyż, jako święty znak wiary naszej, źle się Litwinom kojarzył. Źle się też kojarzył sam Chrystus, skoro tolerował zbrodnie i niesprawiedliwości popełniane przez swoje sługi z Malborka.
Jadwiga była tego wszystkiego świadoma i rozumiała, że Litwie z chrześcijaństwem będzie źle dopóty, dopóki Krzyżacy radykalnie się nie zmienią, bądź też z tych czy innych względów nie znikną. Królowa nie miała nadziei, że potężny ekonomicznie i militarnie zakon, ni stąd ni zowąd zniknie z Prus, natomiast całkiem poważnie spodziewała się, że wobec akcji misyjnej prowadzonej na Litwie przez Polskę, Krzyżacy ograniczą swoją zaborczość, uznają w Litwinach swoich braci w wierze i w ogóle ukażą światu, że wzorując się na Chrystusie są „łagodnego i pokornego serca”. By do takiej zmiany w braciach zakonnych doprowadzić, Jadwiga chętnie się z Krzyżakami spotykała, dobrym słowem przekonując ich do zmiany swego postępowania. Prowadziła też z nimi ożywioną korespondencję, zwłaszcza z Wielkim Mistrzem, Konradem von Jungingen. Często też w ich intencji się modliła. Zakonni rycerze byli wobec królowej bardzo uprzejmi, ale jej zabiegami wokoło ich poprawy zupełnie się nie przejmowali.
Czy Jadwiga się zniechęciła? Nic na to nie wskazuje, natomiast jest faktem, że z biegiem czasu postawę Krzyżaków święta królowa zaczęła postrzegać jako coś, co musi być ukarane – by sprawiedliwości stało się zadość i by karany opamiętał się i nawrócił. Na ową myśl (dość obrazoburczą w owych czasach) naprowadziła ją najprawdopodobniej lektura tekstów „Objawień” św. Brygidy Szwedzkiej, wielkiej mistyczki zatroskanej o Kościół Święty. Jedną z przyczyn owej troski był także zakon krzyżacki, o którym Chrystus powiedział Brygidzie co następuje: „Umieściłem ich [Krzyżaków] na kresach chrześcijaństwa, lecz oto już walczą przeciwko mnie nie dbając o dusze, nie współczują ciałom nawróconym na wiarę katolicką, uciskają ich pracami, pozbawiają dziedzictwa i z większym bólem posyłają ich do piekła niż gdyby trwali w pogaństwie; walczą też jedynie, by się w pychę pomnożyli i powiększyli w chciwość. Dlatego nadejdzie dla nich czas, a połamane będą zęby ich; prawica będzie okaleczona i podcięta ich prawa noga, by poznali siebie i żyli”.
Jadwiga zadbała, by ta wypowiedź Chrystusa o Krzyżakach, przekazana przez św. Brygidę, stała się znana w Polsce i na Litwie. I słowa te stały się źródłem nadziei dla wielu ludzi, przede wszystkim tych, których zakon krzyżacki bardzo gorszył. Królowa zaś ową nadzieję jeszcze wzmocniła, gdy w Roku Pańskim 1398, podczas spotkania w Toruniu z krzyżackimi dostojnikami, rozgniewana ich uporem i butą, powiedziała do nich: „Wprawdzie ja, za życia mego powstrzymam prawicę mego małżonka, lecz po mojej śmierci, z wyroków Bożych straszna was czeka kara za to, że tak zaciętymi staliście się wrogami swoich panów, z których łaski chlebem, jałmużną i nadaniami żyjecie, a za doznane dobrodziejstwa, za udzielone sobie ziemie i posiadłości odpłacacie się krzywdami. Niechybna wojna przyniesie wam zagładę!
Mocna rzecz! Istnieją świadectwa, że zwycięstwo pod Grunwaldem, ówcześni ludzie przyjmowali jako potwierdzenie prawdziwości przepowiedni św. Brygidy i proroctwa św. Jadwigi – przepowiedni i proroctwa, które mówiły nie tyle o klęsce militarnej zakonu krzyżackiego, co przede wszystkim o oczyszczeniu Kościoła z tego co brudne i podłe.
W ten sposób doszliśmy do punktu, w którym – zanim zajmiemy się drugą sprawą będącą źródłem zgorszenia dla chrześcijan i dla kandydatów na chrześcijan – warto powrócić do kwestii jaspisowego naszyjnika. Popatrzmy jeszcze raz, na interesujący nas obraz:




Wspomnieliśmy już tekstach Starego Testamentu mówiących o jaspisie. A cóż o owym kamieniu mówi Nowy Testament? Poczytajmy:
Przyszedł jeden z siedmiu aniołów, […] i tak się do mnie odezwał: «Chodź, ukażę ci Oblubienicę, Małżonkę Baranka». I uniósł mnie w zachwyceniu na górę wielką i wyniosłą i ukazał mi Miasto Święte – Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego, jakby do JASPISU o przejrzystości kryształu: Miało ono mur wielki a wysoki, miało dwanaście bram, a na bramach – dwunastu aniołów i wypisane imiona, które są imionami dwunastu pokoleń synów Izraela.[…]. A mur Miasta ma dwanaście warstw fundamentu, a na nich dwanaście imion dwunastu Apostołów Baranka. […]. A mur jego jest zbudowany z JASPISU, a Miasto – to czyste złoto do szkła czystego podobne. A warstwy fundamentu pod murem Miasta zdobne są wszelakim drogim kamieniem. Warstwa pierwsza – JASPIS, druga – szafir, trzecia – chalcedon, czwarta – szmaragd, piąta – sardoniks, szósta – krwawnik, siódma – chryzolit, ósma – beryl, dziewiąta – topaz, dziesiąta – chryzopraz, jedenasta – hiacynt, dwunasta – ametyst.” (Ap 21, 9-20)
Cóż widzimy w tym opisie? Widzimy Kościół Święty (Oblubienicę, Małżonkę Baranka) takim, jakim jest On w rzeczywistości. W tej chwili, oczy naszych ciał wspaniałości tej rzeczywistości jeszcze nie dostrzegają. Owe oczy skalibrowane są raczej na obserwację w Kościele tego, co wiąże się ze wspomnianymi wcześniej brudami i podłościami. Ale gdy nastanie wieczność, zasłona przykrywająca w tej chwili nasze oczy zostanie zdjęta i zobaczymy rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, czyli zobaczymy na przykład to:


Zobaczymy oczywiście nie jakąś nędzną grafikę, czy prostacki schemat, ale coś, co swoją wspaniałością nieskończenie ową grafikę przewyższa i jest opisywanym przez Apokalipsę fundamentem Kościoła. Odnosząc powyższy schemat do wymienianych przez św. Jana szlachetnych kamieni, ów fundament przedstawia się mniej więcej tak:


Fajne, prawda? Wspomniany wcześniej znajomy geolog, gdy przy jakiejś kolejnej okazji pokazałem mu ten schemat, pochwalił mnie za w miarę trafny dobór barw, ale jednocześnie kręcił głową i mówił, że w tym zestawie kamieni, jeden z nich do całej reszty nie pasuje. I zupełnie niespodziewanie powiedział – a było to jakby mi ktoś nóż w serce wkładał – że w tym zbiorze kamiuszków:) do całości nie pasuje jaspis.
Jaspis? Jaspis nie pasuje? Jak może nie pasować? Dlaczego? Może ktoś z klasy wie?...
Jeśli nikt nie wie, to już wyjaśniam: otóż według geologa jaspis jest tutaj czymś odrębnym, ponieważ wszystkie kamienie od ametystu po szafir są minerałami, natomiast jaspis, jako jedyny w tym zestawie, jest skałą (czyli – upraszczając – zbiorem minerałów). Tego rodzaju informacja okazała się być ostatecznie nie nożem lecz balsamem dla mojego serca, ponieważ jaspis, choć z geologicznego punktu widzenia gryzł się trochę z minerałami, to jednak z teologicznego punktu widzenia był tam, gdzie być powinien, co w końcu potwierdził i geolog (pracujący na co dzień jako specjalista od fundamentowania), gdy dowiedział się, że przedstawiona wyżej grafika jest schematem fundamentu. „Skała na spodzie, jako podłoże. Bardzo dobry fundament.” – skwitował całą sprawę.
By nie przedłużać i by wszystko stało się dla nas jasne, odnieśmy teraz naszą grafikę do imion Apostołów (czego zresztą chrześcijańska Tradycja już dawno nie omieszkała uczynić) i popatrzmy na to:


Aż chce się w tym momencie po raz kolejny przytoczyć słowa Chrystusa: „Ty jesteś Piotr [Skała], i na tej Skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”.
Powiedzieliśmy w części pierwszej, że powyższe słowa są konstatacją faktu, że słońce świeci. Nas jednak interesuje to, dlaczego świeci, czyli dlaczego bramy piekielne owej skały nie przemogą? Jedna z odpowiedzi na to pytanie znajduje się na obrazie Matki Bożej z Dzieciątkiem, namalowanym być może na polecenie św. Jadwigi: diabeł ze swymi sługami nie mogą zwyciężyć Kościoła, ponieważ jego fundament (piotrowa skała) jest oparty o pierś Zbawiciela. I nie ma takiej siły (materialnej bądź duchowej), która byłaby w stanie ową pierś Chrystusową spod jaspisu usunąć. I nawet jeśli Piotrowi, bądź jego Następcom odbija, to i tak Jezus zawsze jest przy nich – inaczej mówiąc: jaspis, nawet gdyby chciał, to i tak nie jest w stanie oddzielić się, oderwać od Chrystusa.
A propos frazy: „jeśli Piotrowi, bądź jego Następcom odbija” – powróćmy do sług Chrystusa tworzących Jego Kościół, a będących – w czasach królowej Jadwigi – powodem nieustannego zgorszenia dla chrześcijan i kandydatów na chrześcijan. Mówiliśmy już o Krzyżakach, pora teraz opowiedzieć o drugim kościelnym nieszczęściu, na myśl o którym, św. Jadwiga odczuwała głębokie zawstydzenie. Owym nieszczęściem była oczywiście wielka schizma zachodnia, do której doprowadziła pycha, żądza władzy, chciwość, lekkomyślność, strach, upór, skłonność do okrucieństwa i tym podobne, przyjemne ludzkie przywary. Owa schizma podzieliła chrześcijan, a Kościół długo nie mógł się z nią uporać. Na czym polegał problem? A choćby na tym, że królowa Jadwiga panowała w czasach pontyfikatów czterech papieży, z których dwóch było antypapieżami. Ale jak rozpoznać, który jest ten prawdziwy, a który nie?
Uczeni teologowie i prawnicy różnie na ten temat się wypowiadali, a i ludzie uchodzący za świętych i później przez Kościół kanonizowani, rozmaitych dokonywali wyborów (np. św. Katarzyna ze Sieny popierała Urbana VI; św. Wincenty Ferreriusz Klemensa VII, a później Benedykta XIII). W efekcie tego wszystkiego, Kościół podzielił się na dwa zwalczające się i obrzucające wzajemnie klątwami obozy (obediencje): rzymski i awinioński – i trzeba było za którymś się opowiedzieć. Jadwiga, pomna na opinię swej mistrzyni, św. Brygidy, która twierdziła, że „gdzie Rzym, tam prawda” – opowiedziała się za obediencją rzymską (właśnie dlatego ojcem chrzestnym jej córki został papież Bonifacy IX). Jagiełło, Witold i wchodzący do Kościoła Litwini opowiedzieli się… też za Rzymem. Zmartwieniem Jadwigi było jednak to, że jej małżonek skłonił się ku rzymskiemu obozowi nie ze względu na tęsknotę za prawdą, lecz ze względu na pragnienie spokoju ze strony sąsiadów: Krzyżaków i Zygmunta Luksemburskiego. Był więc w kwestiach papieskich tam, gdzie byli oni i przynajmniej w tej sprawie nie musiał wysłuchiwać ich oskarżeń o herezję i fałszywe chrześcijaństwo.
Tak czy inaczej, sytuacja była bardzo skomplikowana i na pewno Jadwidze nie było łatwo przekonywać chrystianizowanych ludzi do Kościoła, jeśli ów Kościół sam do siebie nie miał przekonania. Bo – jak trafnie napisał jeden z historyków – „choć bezpośrednio schizma świadczyła o słabości papiestwa, to jej skutkiem było osłabienie całego Kościoła. Jego autorytet niweczyły ekskomuniki, które papieże rzucali jeden na drugiego i na swoich przeciwników. Lekceważono je, bo każdy człowiek podlegał jakiejś ekskomunice. Zdewaluowało się określenie «heretyk», bo tak nazywali jedni drugich. Głoszono, że biskup rzymski popadł w herezję, zastanawiano się więc, czy papiestwo jest potrzebne Kościołowi. Władcy świeccy zaś, za cenę opowiedzenia się za którąś z obediencji, zyskiwali od papieża lub antypapieża nowe przywileje i umacniali swój wpływ na sprawy Kościoła w państwie”.
Krótko mówiąc: sodomia i gomoria – co bardzo musiało smucić św. Jadwigę. Ze swej strony zachęcała ludzi by sercem trwali przy Rzymie, któremu zawsze była wierna i gorąco się modliła o jedność Kościoła ufając, że Chrystus swej Oblubienicy i Następcy św. Piotra nie opuści.
Wyrazem tej ufności jest obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, od którego rozpoczęliśmy naszą opowieść. Powstał on w Roku Pańskim 1398, który wówczas wielu ludziom wydawał się być rokiem końca schizmy. Bo właśnie tego roku, wszystkie państwa popierające do tego czasu antypapieża Benedykta XIII, odstąpiły od niego. Wydawało się – i Jadwidze i wielu innym dobrym ludziom – że jedność jest o wyciągnięcie ręki. Pomylili się wszyscy, ale obraz, jako znak niewzruszonej miłości Chrystusa do Kościoła i Jego Najwyższego Pasterza – pozostał. I budzi nadzieję do dnia dzisiejszego.
Cóż jeszcze dodać? Może to, że nasze dzisiejsze obawy związane z abdykacją Ojca Świętego, muszą wydać się śmieszne, w porównaniu z obawami, których doświadczać musiała św. Jadwiga. Czego byśmy nie powiedzieli o dzisiejszym Kościele, nie jest on w takim upadku, w jakim był w tamtych czasach. Św. Jadwiga poleciła, by na obrazie przedstawić nagiego Pana Jezusa, ponieważ wątpiła, czy w Kościele jest dość dobrych czynów, które mogłyby stanowić chrystusowe szaty. Pewnie przesadziła w swych obawach, ale nawet gdyby miała rację i gdyby jedynym strojem Zbawiciela było – tak jak na obrazie – papiestwo, to ciągle mówimy o zwycięstwie. Bo tam gdzie papiestwo tam Kościół, którego „bramy piekielne nie przemogą”.
I na koniec: z powyższej opowieści wynika, że największe zagrożenie dla Kościoła, rodzi się wewnątrz Kościoła. W związku z tym chciałbym jeszcze raz przywołać postać znanego nam geologa, specjalistę od fundamentów. Otóż twierdzi on, że w normalnych warunkach nie stosuje się warstwowego fundamentu. To jest po prostu niepotrzebne, przy tym drogie i w ogóle takie jakieś cudaczne. Natomiast jest taki przypadek, kiedy warstwowy fundament jawi się jako niezbędny. Owym przypadkiem są choćby hale przemysłowe, w których zamontowano jakieś maszyny powodujące swoją pracą duże drgania. By owe wewnętrzne drgania zniwelować i w ten sposób uchronić budynek przed zniszczeniem, najlepiej jest posadowić go na warstwowym fundamencie.
Myśleliście kiedyś o Jezusie, że jest dobrym inżynierem?
Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie wstrząśnie Kościołem do tego stopnia, by ten się rozpadł.
Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie będzie w stanie oderwać się od Chrystusa.

No i to tyle. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak poinformować, że wszystkie pieniądze, jakie ewentualnie jutro wpłyną na moje konto, zostaną przekazane jako ofiara od nas internautów na dobro parafii w Kiekrzu. A ja już załatwię z Księdzem, żeby się nie opędzał i ją zechciał przyjąć.

wtorek, 19 lutego 2013

Don Paddington: O abdykacji Benedykta, św. Jadwidze i pewnym naszyjniku

Oto chciałbym ogłosić nowinę, jak na to co nas mogło dziś spotkać, najlepszą. Otóż nasz Dobry Ksiądz Don Paddington napisał dla nas specjalnie tekst i poprosił mnie, abym go tu wkleił. Tekst jest długi jak należy, złożony z dwóch części. Dziś część pierwsza, a na jutro już mamy obiecaną drugą. Za chwilę ja już sobie pójdę i zostawię nas z samym Księdzem, ale zanim to zrobię chciałbym jeszcze raz prosić o wsparcie tego bloga. Ja wiem, że wszystko co kto ma na zbyciu powinno właściwie zasilić kasę kościoła w Kiekrzu, ale ponieważ - na ile go znam - Ksiądz by to i tak posłał tu do nas, to aby uniknąć zbędnych ruchów, jeszcze raz bardzo proszę. Słuchajcie! Sytuacja jest absolutnie podbramkowa. My mamy jakieś złoty trzydzieści i całą kupę dzwoniących od rana telefonów. Tak źle nie było od dawna. Ratunku!

Niniejszym tekstem chciałbym dołączyć do grona tych wszystkich dobrych ludzi („naszych” i „nie-naszych”), którzy próbują odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego słońce świeci?”. Zajmowanie się powyższym pytaniem jest samo w sobie czymś nader niewdzięcznym, zwłaszcza jeśli o wyjaśnienie powyższej kwestii zabiegają „najprymitywniejsi członkowie ekipy budowlanej, którym nie zależy na nikim i niczym”, a takiego biednego żuczka jak ja, z lubością „wdeptali by w ziemię okutym trzewikiem”. Moją złą sytuację na starcie pogłębia też okoliczność, że usiłując odnieść się do zapodanego na wstępie pytania, będę odwoływał się do treści pewnego świętego wizerunku. Trzeba zaś wam wiedzieć, że ostatnio w kontekście rzeczonych świętych obrazów poprztykałem się głupio z Krzysztofem Osiejukiem i z Coryllusem (bo – zarazy jedne – stawiali się, gdym im rozmaite rzeczywiste, bądź domniemane bezeceństwa wytykał), co jest sytuacją mało fajną, zwłaszcza jeśli Coryllus spełni swoją groźbę i będzie się odgryzał. Cóż… Będzie, co będzie.
Przechodząc do ad remu, chciałbym nie tyle podywagować sobie na temat: „dlaczego abdykował papież i kto będzie następnym”, co raczej spróbować uspokoić tych wszystkich, którzy martwią się (myślę, że szczerze) o nasz jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Skąd wiem, że owo zmartwienie jest szczere? A choćby stąd, że wielu zainteresowanych tematyką solarną odczuwa lęk na samą myśl, że papieżem może zostać np. Jego Eminencja kardynał Nycz, bądź też inny poszukiwacz prawdy, mający prawo do noszenia kardynalskiego kapelusza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że owi lękający się najprawdopodobniej pamiętają o słowach Chrystusa skierowanych do Księcia Apostołów: „Ty jesteś Piotr [Skała], i na tej Skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą” – tym niemniej, mimo owej pamięci, lękają się. Dlaczego ta piękna obietnica zawarta w Słowie Bożym, nie uspokaja wszystkich przestraszonych? Może mają małą wiarę? To pewnie też, ale przede wszystkim – jak sądzę – owi dobrzy, zatroskani o Kościół ludzie czują, że powyższe zdanie Zbawiciela jest zaledwie skonstatowaniem faktu, że słońce świeci, natomiast nie ma w nim wyjaśnienia, dlaczego świeci.
Spróbujmy więc przysłowiowo schwycić przysłowiowego byka za przysłowiowe rogi i zmierzmy się ze stojącym przed nami problemem.
Zacznijmy od obrazu:


Jak można zauważyć, jest to właściwie fragment obrazu. Dla ciekawych reszty, krótkie wyjaśnienie: na delektowanie się całością trzeba będzie poczekać, a załatwili wam to Coryllus z Toyahem swoimi niedzielnymi tekstami o świętych wizerunkach. I tak możecie się cieszyć, że w ogóle cokolwiek widzicie. Widzicie zaś obraz namalowany najprawdopodobniej w XVIII (góra w XVII) wieku, będący kopią wizerunku Madonny z Dzieciątkiem, który to wizerunek pochodzi z końca wieku XIV. Obraz jest bardzo piękny, a sporządzono go w taki sposób, by mówił o bardzo wielu ciekawych sprawach. Nas jednak w tej chwili interesuje z tego wizerunku tylko Dziecię Jezus, a mówiąc ściśle, naszyjnik spoczywający na piersi Zbawiciela.
Ten naszyjnik jest czymś bardzo frapującym. Widziałem już bowiem w życiu trochę tego typu obrazów, ale przyznam się, że po raz pierwszy spotkałem się z przedstawieniem małego, nagiego Jezusa, który byłby przyozdobiony jakąś biżuterią. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że nie wszystko widziałem i nie o wszystkim wiem i być może takich obrazów jest całe mnóstwo. Tym niemniej, po zasięgnięciu opinii znajomych historyków sztuki śmiem twierdzić, że tego rodzaju przedstawienie osoby Chrystusa jest nie tylko wyjątkowe (zwłaszcza w sztuce średniowiecznej), ale też najzwyczajniej w świecie dziwne.
By jakoś uporać się z ową dziwnością, pokazywałem różnym mądrym ludziom rzeczony obraz i prosiłem ich, by kwestię naszyjnika jakoś zracjonalizowali. Niestety, owi specjaliści w interpretacji tego co widzą nie wychodzili poza konstatacje typu: „kolare korolu kolorowego”, lub: „talizman chroniący przed złym urokiem”. Na tego rodzaju ekspertyzy można było tylko wzruszyć ramionami, co zresztą w żaden sposób nie przybliżało mnie do wyjaśnienia tajemnicy Jezusowego naszyjnika.
Przełom nastąpił w momencie, gdy obrazowi przyjrzał się mój dobry znajomy – geolog z zawodu i upodobania. Otóż wysunął on przypuszczenie, że ów wisior to po prostu naszyjnik z jaspisu. W tym momencie wszystko zaczęło mi się w głowie układać. Byłem uszczęśliwiony: „Jaspis. JASPIS! Coś pięknego! Jak mogłem o tym nie pomyśleć? No normalnie coś niesamowitego!”
Czy szanowni czytelnicy rozumieją mój entuzjazm? Myślę, że tak! Bo przecież każdy wie, że wśród szlachetnych (bądź uchodzących za szlachetne) kamieni wymienianych przez Biblię, jaspis zajmuje poczesne miejsce. W Starym Testamencie jaspis jest wymieniany jako jeden z elementów, składających się na uroczyste szaty arcykapłana (Wj 28,2-4; 15-21). I już w tym momencie spotykamy się z czymś zadziwiającym. Bo jeśli prawdą jest, że ukazany na obrazie naszyjnik jest wykonany z jaspisu, to biorąc pod uwagę fakt, że Arcykapłanem Nowego Testamentu jest Chrystus (o czym poucza nas Duch Święty w Liście do Hebrajczyków), musimy dojść do wniosku, że autor (bądź zleceniodawca) interesującego nas obrazu, wykazał się wyjątkowej subtelności teologiczną intuicją: Arcykapłan Nowego Testamentu, z całego przepychu szat arcykapłana Starego Testamentu zachował dla siebie tylko jaspis. A postaramy się wykazać, że Chrystus naprawdę innej szaty – poza jaspisem – nie przyodziewa.
Nim to nastąpi, weźmy głęboki oddech, zapomnijmy na chwilę o szlachetnych i niekoniecznie szlachetnych kamieniach i porozmawiajmy o św. królowej Jadwidze. Dlaczego właśnie o niej? Na pewno nie dlatego, że Coryllus pisze 3 część Baśni jak niedźwiedź, do czego – jak podsłuchałem – potrzebna mu jest wiedza o pożyczce, którą Siemowitowi IV udzielili krakowscy Żydzi po to, by ów dziarski, mazowiecki książę mógł sfinansować planowany przez siebie ślub z Adegawenką. O krakowskich starozakonnych wiem niewiele, ale gdyby nie to, że Coryllus się na mnie nastroszył, to bym mu podpowiedział, że Siemowita finansował też toruński rajca Olbracht Rues (Albrecht Russe), czyli po prostu Hanza, a gdy projekt pod tytułem: „Piast mężem Jadwigi i królem Polski” nie wypalił, wierzyciel ów domagał się od księcia zwrotu długu. A domagać się czegoś takiego od wiecznego gołodupca, którym był władca Mazowsza, nie było czymś łatwym. Dość powiedzieć, że zniecierpliwiony Olbracht zażądał w końcu pieniędzy od żyranta długu, którym okazał się być wojewoda kaliski Sędziwój z Szubina, jeden z najważniejszych w Królestwie Polskim ludzi, swego czasu zwolennik osadzenia księcia mazowieckiego na polskim tronie. Sprawa długo się wlokła. Jeszcze w 1400 roku Siemowit z jednej strony zapewniał Sędziwoja, że dług dawno został spłacony, a z drugiej strony dyskretnie prosił rajców Torunia, aby wpłynęli na Olbrachta, żeby ten zawiesił swe roszczenia wobec pana wojewody na czas aż do dwu tygodni po zapustach. Nie ma co gadać: ludzki pan ów Siemowit, ludzki pan…
Jak wspomniałem, podpowiedziałbym to wszystko Coryllusowi, ale ponieważ on się na mnie nastroszył i jeszcze groził, że się będzie odgryzać, to niech obejdzie się smakiem (ha, ha).
Czy ta historia o Siemowicie, Sędziwoju i Olbrachcie ma cokolwiek wspólnego z interesującym nas obrazem, a przede wszystkim z jaspisowym naszyjnikiem? Nic mi o tym nie wiadomo. To był tylko taki wtręt, żeby Coryllusa zniechęcić do gryzienia…
Wiem natomiast o bardzo silnych danych (szczegóły owych danych możemy w tej chwili pominąć), które świadczą o tym, że nasz obraz ma coś wspólnego z Rokiem Pańskim 1398, oraz z osobami: św. Brygidy Szwedzkiej i biskupa krakowskiego Piotra Wysza, herbu Leszczyc. To wszystko zaś – czyli rok 1398, św. Brygida, bp Piotr Wysz – kieruje naszą uwagę na wspomnianą wcześniej św. Jadwigę Andegaweńską.
W tym miejscu warto wyjaśnić, że w odróżnieniu od roku 1398 i św. Brygidy, Piotr Wysz nie jest bohaterem naszej opowieści. Pojawia się on tutaj tylko i wyłącznie po to, by skojarzyć obraz (którego najprawdopodobniej – być może dzięki darowiźnie św. Jadwigi – był właścicielem) z postacią królowej. Dla porządku jednak wspomnijmy, że ów znakomicie wykształcony człowiek, był najbliższym, zaufanym współpracownikiem Jadwigi, jej opiekunem i moralną podporą, oraz szefem (niekoniecznie formalnym) jej kancelarii, a po śmierci świętej władczyni został wykonawcą jej testamentu. Był znany z bezwzględnego oddania dla królowej, w odróżnieniu od drugiego, ważnego w kancelarii Jadwigi człowieka, to jest Wojciecha Jastrzębca, który znany był z tego, że na jej dworze był człowiekiem Jagiełły i Witolda i z ich poruczenia miał oko na Andegawenkę. Ten to Wojciech stał się w czasie panowania króla Władysława żywym dowodem na to, że wierność wobec Jadwigi (choć świętą była osobą) jest z jakichś tajemniczych względów czymś zupełnie bez znaczenia, natomiast wierność wobec monarchy i jego litewskiego kuzyna jest nader korzystna. Przekonał się o tym właśnie Piotr Wysz, którego Wojciech, gangsterskim chwytem, przy poparciu Jagiełły i Witolda, w 1412 roku pozbawił urzędu biskupa krakowskiego, po czym sam ów urząd objął. Moment ten stał się początkiem oszałamiającej kariery polityczno-ekonomicznej rodu Jastrzębców w Królestwie Polskim, podobnie jak upadek Piotra Wysza stał się początkiem oszałamiającej, polityczno-ekonomicznej degrengolady rodu Leszczyców (podnieśli się dopiero pod berłem Prusaków).
Piszę o tym po to, byśmy sobie uprzytomnili, że św. Jadwiga przeżywała wielkie trudności nie tylko dlatego, że musiała zrezygnować z miłości swego życia, wyjść za mąż za znacznie od niej starszego, nieokrzesanego Litwina, oraz znosić złe języki opowiadające o przyczynach jej rzekomej bezpłodności. To wszystko były głupstwa w porównaniu z cichą, ale zajadłą (ze strony Jagiełły) i pełną dystansu (ze strony Andegawenki) rywalizacją dwóch królewskich kancelarii, a przede wszystkim w porównaniu z tym, co Jadwiga – osoba głęboko wierząca i kochająca Kościół – musiała przeżywać jako ta, która swego męża i poddany mu litewski naród, do tegoż Kościoła miała przyprowadzić. Wszystko bowiem wskazuje na to, że królowa uznawszy za swoją życiową misję chrystianizację (w wersji katolickiej) Władysława oraz Litwy – nie mogła się z tym zadaniem uporać. Jadwiga czuła, że choć formalnie wszystko wygląda całkiem nieźle: Jagiełło przyjął chrzest, chrzest przyjął też Witold i bojarzy litewscy, budowano na Litwie kościoły, a papież ustanowił w Wilnie biskupstwo – to jednak do właściwego opisania tej sytuacji lepiej nadają się słowa Boga Jedynego, który poprzez proroka Izajasza tak się żalił: „Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie”. Królowa widziała, że chrzest i przynależność do Kościoła są dla Władysława i pozostałych Litwinów bogactwem – ale tylko i wyłącznie w wymiarze politycznym, ekonomicznym, ewentualnie kulturowym. W wymiarze duchowym natomiast… W ogóle można mieć wątpliwości, czy Jagiełło i jego poddani o wymiarze duchowym myśleli. A skoro nie myśleli – jednocześnie zachowując dla pragmatycznych, doczesnych względów zewnętrzną, chrześcijańskiego kształtu poprawność – to tym samym nie myśleli o własnym zbawieniu. Tego rodzaju sytuacja, musiała być dla tak pobożnej osoby jak Jadwiga, czymś nader przerażającym.
Można sądzić, że królowa w czasie 15 lat swego panowania, podejmowała nieustanny wysiłek (i wszystko w jej życiu temu wysiłkowi było podporządkowane), by tak jej mąż, jak i naród litewski, przylgnęli sercem do Chrystusa i do Jego Kościoła. Ale niestety – wszystko wskazuje na to, że św. Jadwiga tej szczęsnej sytuacji nie doczekała.

czwartek, 14 lutego 2013

Kardynał Nycz patrzy na Watykan

Poniższy tekst wymaga paru słów wyjaśnienia. Przede wszystkim, on w znacznym stopniu powtarza tezy, które sformułowałem w odniesieniu do arcybiskupa Nycza jeszcze przed laty. Ponieważ jednak uznałem, że warto by było to wszystko powtórzyć na okoliczność najnowszych wydarzeń i spekulacji, stworzyłem swego rodzaju wariację na kanwie tamtego tekstu. A więc, jeśli mój kumpel Kozik, który zna wszystkie moje teksty, nagle pomyśli sobie, że to już gdzieś czytał, niech nawet nie szuka. To faktycznie gdzieś tam jest. Druga rzecz natomiast jest taka, że ja ten tekst opublikowałem już wczoraj na Salonie. Tak się jednak stało, że wczoraj powstały aż dwa teksty, a więc jeden z nich poszedł tu, a drugi tam, a ja dziś sobie pomyślałem, że będzie dobrze, jeśli one się zamienią miejscami, i w ten sposób ci wszyscy, którzy lubią czytać to, co ja piszę tylko tutaj, poznają tekst o Nyczu, a ci, którzy na ten blog akurat nie przychodzą, zobaczą, co słychać u Ziemkiewicza i jego ferajny. A jeśli komuś one przypadną do gustu w sposób może bardziej wyjątkowy, niż zwykle, będzie mi miło, jeśli dostanę za niego jakiś drobny przelew na podany obok numer konta. Dziękuję.


Nie minęły nawet dwa dni od chwili, gdy Benedykt XVI ogłosił swoją abdykację, a karuzela nazwisk, jak idzie o nowego papieża, z każdą chwilą kręci się coraz szybciej. Po pierwszym szoku, który sprawił, że nieprzyjaciele Kościoła, zaczęli przeklinać Benedykta, że miał on czelność zrezygnować ze służby owemu Kościołowi, i w ten sposób zasiał w ich sercach lęk o Jego przyszłość, pozbierali się oni wszyscy jako tako, i zaczęli obstawiać swoje typy. Ponieważ jednak stan ich umysłów nie pozwala im nawet na spokojne oddawanie moczu, na tyle choćby, by sobie przy tym nie nasikać w spodnie, ta giełda wygląda jak wygląda, a część z nich zaczęła wręcz przebąkiwać o Kazimierzu Nyczu. Że on byłby w sam raz.
A ja pamiętam jak w roku 1978 ogłoszono, że Konklawe obrało papieżem kardynała Wojtyłę, w antypaństwowo nastrojonej części społeczeństwa pojawił się żart o rozczarowaniu komunistów tym, że miał być towarzysz Babiuch, a tu nagle jakiś Wojtyła. Śmialiśmy się z tego żartu głośno i przeciągle, i ani nam do głowy nie przyszło, że kiedy już Polska odzyska wolność, dowcip ów powróci do nas w formie karykatury.
Z tej właśnie okazji przypomniało mi się też pewne stare już trochę kazanie arcybiskupa Nycza, a właściwie pewien drobny, choć z naszego dzisiejszego punktu widzenia kluczowy, jego fragment, który tak poruszył siły Mordoru, że ów fragment wyświetlił się od razu na tefaunowskim pasku, informując wszystkich pobożnych Polaków, że arcybiskup Nycz właśnie ogłosił koniec żałoby. Z newsem tym pobiegłem do mojej żony, a ona wtedy zrobiła wielkie oczy i spytała: „A to była jakaś żałoba?”
W tej sytuacji, pozostało mi tylko się rakiem wycofać i zanurzyć w dalszych, jakże naiwnych rozważaniach. Przy okazji, już po chwili doszła do mnie informacja uzupełniająca, że arcybiskup Nycz, nie dość, że poinformował nas o końcu żałoby, to w dodatku jeszcze, uznał za konieczne dać nam naukę w temacie tzw. woli bożej, a więc czegoś, czemu my – za przykładem Hioba – mamy się bezwzględnie podporządkować.
Kiedy już sprawę odpowiednio przeżuł TVN, zgłosiła się do nas ”Gazeta Wyborcza”, i z dumą i satysfakcją, pod optymistycznym tytułem „Koniec żałoby”, zacytowała owe święte słowa owego świętego człowieka:

„Cmentarz nie jest naszą świątynią ani naszym domem. Owszem, przychodzimy tam opłakiwać najbliższych, ale przychodzi moment, kiedy musimy wrócić do codziennego życia i podjąć te wszystkie trudy, które są do podjęcia w ojczyźnie, Kościele, rodzinach. Niezbadane są wyroki boskie, człowiek ma prawo stawiać pytanie: ‘Dlaczego tak się stało?’. Niemniej nie możemy się na tym zatrzymać. Często trzeba powiedzieć sobie jak Hiob biblijny: ‘Bądź wola Twoja’”.

A ja sobie myślę tak. Od tego czasu minęły już lata, a ja wciąż mam kupione u Niepoprawnych dla nas wszystkich malutkie przypinki, z białoczerwoną szachownicą i napisem ‘Katyń 10.04.2010’, i niekiedy wciąż noszę taką wpiętą w kurtkę tuż nad zbolałym sercem. I wciąż się niekiedy zastanawiam, co by sobie o mnie pomyślał kardynał Nycz, gdyby zobaczył, że mimo upływu lat od dnia, kiedy on zakończył żałobę, ja tak wciąż lekceważę jego zalecenia?
I wtedy sobie myślę, że może faktycznie wypadałoby ją zdjąć. Zdjąć, bo inaczej będę miał grzech pogardy dla bożej woli? No dobra. Załóżmy, że ją zdejmę. A co ja mam zrobić, jeśli oni mi ów skrwawiony i unurzany w błocie strzęp białoczerwonej szachownicy pokażą znów w telewizorze? Jak mam zareagować? Czy mam na ten obraz patrzeć, czy może pokornie spuścić oczy i zająć się „ojczyzną, Kościołem i rodziną” w jakiś inny sposób, tak by przede wszystkim zadowolony był ze mnie arcybiskup Nycz? No a kiedy, nie daj Boże, znów mi przyjdzie zobaczyć, jak jacyś nieznani mi ludzie pakują do worków moje kwiaty, krzyże i znicze, by je wywieźć na miejskie wysypisko śmieci, a wokół stoi tłum ludzi, z których jedni płaczą, a drudzy zacierają ręce z satysfakcji, to co mam czuć? Co arcybiskup Nycz mi radzi czuć w takim momencie? Powiew woli bożej? Jej niezbadaność? I to tak od razu, czy może najpierw powinienem oczyma wyobraźni przyjrzeć się, jak ten stan praktycznego uniesienia osiągnął sam Arcybiskup? Sam? A może jemu ktoś w tym po przyjacielsku pomógł? Ktoś bardziej rozumiejący się w meandrach życia na styku woli bożej a historycznej konieczności? I tak wspólnie uradzili sprawę końca żałoby. Ksiądz wniósł wiarę, a jego przyjaciel rozsądek.
Jakiś czas temu, przy okazji kolejnych refleksji na temat aborcji, napisałem tu o piosence Boba Dylana, gdzie pojawia się historia boksera, który zabił na ringu swojego przeciwnika. Pomysł tej narracji jest taki, że Dylan przytacza słowa różnych osób, w ten czy inny sposób organizujących tę walkę, z których każdy tłumaczy swój udział w tym przedsięwzięciu słowami: „To nie ja”. A więc jest sędzia, który nie przerwał walki, jest tłum, który dopingował zawodników, jest menedżer zmarłego boksera, który zwyczajnie nie wiedział, że jego podopieczny jest nie w pełni formy, jest dziennikarz sportowy, zachęcający do szerokiej promocji boksu, jest nawet sprzedawca biletów na tę walkę, który jedyną swoją winę widzi w tym, że taki ma zawód. Ale i wreszcie jest sam bokser, który swoimi ciosami zabił drugiego człowieka. I on akurat nie wchodzi w jakieś szczególnie pokrętne dywagacje. Stwierdza prosto i zwyczajnie: „To przeznaczenie. To wola boża”. Dokładnie w ten sposób. „It was destiny. It was God’s will”.
Ciekawe, proszę Księdza Arcybiskupa, prawda? Że akurat on. Bezpośredni sprawca, właściciel tej pięści, powołuje się na wolę bożą. Bardzo to interesujące. Jak to łatwo znaleźć się w złym towarzystwie, czyż nie?
Smutno mi jak cholera. Żeby nas tak bezlitośnie i głupio opuścić. Tego się po moim Kościele nie spodziewałem. I właśnie z tego powodu, kiedy wciąż przeżywam zapowiedź odejścia papieża Benedykta, pojawia się w moim sercu iskierka nadziei, że następnym papieżem nie będzie jednak kardynał Nycz, ale ktoś, kto za jeden ze swoich pierwszych obowiązków uzna spotkanie się właśnie z nim i wytłumaczenie mu, dlaczego Kościół uznał go za Swój bardzo poważny zawód.

wtorek, 12 lutego 2013

Co kardynał Dziwisz ma wspólnego z "Gazetą Wyborczą"

Moja pierwsza reakcja na wiadomość, że Benedykt XVI postanowił abdykować, była bliska paniki. Kiedy usłyszałem, że on przestaje być naszym papieżem, najzwyczajniej się przestraszyłem. Dlaczego? Bo ja bardzo nie lubię, jak w moim Kościele dzieją się rzeczy nieprzewidziane. Oczywiście natychmiast zrobiłem pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy, a więc zadzwoniłem do księdza Krakowiaka, a on mnie, tak jak to on, dobrodusznie, uspokoił, mówiąc, że nic się nie stało, pomijając może fakt, że od dziś opinii publicznej, gdy tylko coś jej przyjdzie do głowy, będzie łatwiej naciskać na przyszłych papieży, by odchodzili do swoich klasztorów.
No a potem zaczęły się pojawiać oficjalne komentarze, i powiem uczciwie, że to one dopiero mnie zaniepokoiły. No bo spójrzmy na to, co się stało. Benedykt XVI, z pokorą, jaką mamy szansę ujrzeć tylko na takim poziomie, ogłasza, że stracił siłę do dalszego posługiwania ludziom i światu i musi odejść, a na to wybucha wrzawa tak absurdalna, że nawet nie ma sposobu, by się do niej jakoś sensownie odnieść.
O co mianowicie chodzi? Przede wszystkim, o to, że Benedykt XVI wcale nie stał nad grobem, a zrezygnował. Dlaczego? Jakim prawem? Kardynał Dziwisz pozwolił sobie wręcz na przyrównanie sytuacji, w jakiej był Benedykt, do tej sprzed lat, której on sam był świadkiem, a mianowicie niezłomnego cierpienia Jana Pawła II. Uznał kardynał Dziwisz za stosowne nawet przypomnieć biednemu papieżowi Benedyktowi słowa naszego Jana Pawła, w których uczył On, że z krzyża się nie schodzi. Że na krzyżu się umiera. To prosty wiejski ksiądz takie rzeczy wie, a wybitny niemiecki teolog i papież – już nie?
Co tam zresztą Dziwisz? Jego możemy próbować jakoś rozumieć. Spędził z Janem Pawłem II te wszystkie lata i w pewnym momencie mógł się poczuć niemal jak jego drugie wcielenie. Ale obok kardynała Dziwisza, głos też zabrały media, którym, wydawałoby się, powinno być naprawdę obojętne, czy papież Benedykt XVI jest dalej tym papieżem, czy już nie. Mało tego – oni powinni się chyba nawet ucieszyć, że on odchodzi. W końcu, nie za bardzo można z ich punktu widzenia dostrzec jakikolwiek interes w tym, by na czele Kościoła stał akurat on. Tymczasem „Gazeta Wyborcza” wpadła w taką histerię, że na swojej stronie internetowej opublikowała sondaż pod tytułem: „Czy uważasz, że Benedykt XVI miał prawo abdykować?” Dlaczego? O co im chodzi? Po jasna cholerę im ten papież?
No i proszę sobie wyobrazić, że z pomocą przyszedł mi mój nieoceniony kumpel-komentator Redpill, pisząc takie oto słowa:
Wiesz, ja myślę, że to jest atak wyprzedzający. Bo w tym, że człowiek, który już dwadzieścia lat temu wszedł w wiek emerytalny, ma dosyć, nie ma ani zdrowia, ani sił, aby pełnić tę ważną służbę, nie ma nic ani dziwnego, ani nagannego. Ale Kościół z Benedyktem, to było coś w jakiś sposób niegroźnego i znanego, jego pontyfikat był traktowany jak przedłużenie pontyfikatu Jana Pawła II, starego i chorego Jana Pawła. A teraz nie wiadomo, co będzie, jeśli to będzie człowiek silny, mądry i wierny, to jest się czego bać. Stąd ten atak, dopóki można”.
Czyż to nie jest wręcz fantastyczne spostrzeżenie? Czyż w nim nie leży odpowiedź na wszystkie najświeższe, dręczące nas zagadki? Czyż to nie jest wyjaśnienie, dlaczego oni wszyscy tak bardzo chcieli, by Benedykt XVI żył wiecznie, a przy okazji zachował swój dotychczasowy stan zdrowia, z ewentualną tendencją do pogarszania się. Czy wreszcie to zachowanie nie przypomina nam jakoś szczególnie tego, co obserwujemy w przypadku Jarosława Kaczyńskiego, u którego, dziwnym trafem, dokładnie ta sama ekipa, z takim upodobaniem szuka wszelkich możliwych oznak choroby psychicznej, nie mówiąc już o fizycznych słabościach? By, kiedy już znajdą bardziej bezpośredni dowód na potwierdzenie słuszności swoich podejrzeń, mogli spokojnie zakrzyknąć: „Bądź nam królem polskiej prawicy!”
Otóż uważam, że Redpill ma rację. Jeśli przyjąć, że Ojciec Święty Benedykt XVI był w istocie rzeczy tak bardzo słaby, że ciężko mu było dbać o ten nasz atakowany z każdej strony Kościół – a musimy wierzyć, że on akurat odchodząc, mówił prawdę – to znaczy, że dla całego zła tego świata, jego niezwykła zupełnie decyzja musiała stanowić cios, jakiego ono ani się nie spodziewało, ani nie jest dziś w stanie spokojnie znieść. I to dlatego wciąż oni wszyscy przywołują przykład Jana Pawła II. Co za potworność!
Jednak tu – na co pewnie bardziej czujni czytelnicy zwrócili uwagę – mamy pewien kłopot. Jeśli przyjąć słuszność powyższej diagnozy, musimy nieco inaczej spojrzeć najpierw na cierpienie, potem poświęcenie, a następnie owo bolesne trwanie Jana Pawła II. Musimy się zastanowić, czy to, że przez wszystkie te ostatnie lata, kiedy On był tak bardzo słaby i tak bardzo z dnia na dzień gasnący, nie stanowiło dla ludzi złych – z obu stron tego podziału – fantastycznej okazji do autentycznego harcowania. I czy to nie dlatego, Jego śmierć w wielu z nas wzbudziła taki smutek i te wciąż powtarzające się żale, że mógł nam jeszcze trochę pożyć, bo to jego trwanie dawało nam naprawdę wielkie pole manewru. I możemy się też zastanowić, czy to nie owo trwanie doprowadziło nas do miejsca, w którym dziś znajduje się Kościół w Polsce.
Nie wiem, czy mam rację. Jest, jak zawsze zresztą, całkiem możliwe, że wszystko to wygląda zupełnie inaczej, niż mnie i Redpillowi się wydaje, a to, co ja tu piszę, to zwykłe bluźnierstwo. Ja bym jednak bardzo chciał wiedzieć, skąd nagle pojawiło się tylu zawiedzionych zapowiedzią odejścia papieża, którego – nie ukrywajmy – oni zwyczajnie nienawidzili. Już za dwa miesiące Kościół Powszechny będzie miał nowego Pasterza. I to prawdopodobnie już nie jakiegoś ledwo żywego staruszka, ale kogoś, kto będzie wszystko świetnie widział i słyszał i rozumiał. A ja mam tylko nadzieje, że on im zwyczajnie nie da żyć. Jak mówię – i tym, i tym.

Jak zwykle serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy, nie przetrwamy nawet miesiąca. Dziękuję.

czwartek, 18 sierpnia 2011

On się nazywa Pałasiński. Jacek Pałasiński

Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, z tego, że ten typ skojarzeń ma się tu trochę jak pięść do nosa, jednak ze skojarzeniami już tak jest, że one są, i na to nic już nie można poradzić. Inna sprawa, że i tak akurat innych w zasięgu mojej pamięci nie ma, więc siłą rzeczy, tak jak jest, musi zostać. O co chodzi? Otóż w swoim „Roku 1984”, Orwell w pewnym momencie opowiada, jak to Winston próbuje sobie przypomnieć coś z czasów, kiedy świat był względnie normalny, i właściwie jego pamięć rozbija się już na samym początku o następujący dylemat: czy to co on sobie niby przypomina, działo się naprawdę, czy może mu się tylko tak zdaje. Ja tę niezwykłą powieść czytałem już bardzo dawno temu, a więc nawet w tej chwili nie umiem powiedzieć, czy to chodziło tylko o kasztany, czy aż o dzwony kościołów, niemniej problem był właśnie taki – że nowy świat jest już tak bardzo inny od tamtego, który został ostatecznie starty z powierzchni ziemi, a jednocześnie też robi wrażenie czegoś tak naturalnego, że istotnie, wszystko co kiedyś może i było, wydaje się dziś tak egzotyczne, że aż nierzeczywiste.
Przypomniał mi się ten Orwell na poziomie tak trywialnym i bylejakim, jak trywialny i byle jaki jest bohater tych refleksji, i, przyznam, że mam w związku z tym trochę wyrzuty sumienia, no ale skoro słowa płyną, nie należy im przeszkadzać. Nawet kiedy płyną wodą tak brudną i lichą. Mam otóż wrażenie, że był taki czas, kiedy dziennikarze zatrudnieni w najróżniejszych telewizyjnych stacjach, czy gazetach nie mogli brać udziału w reklamach zamawianych przez firmy zewnętrzne. A więc, jeśli ktoś taki jak na przykład redaktor Lis miałby ochotę za ciężkie pieniądze wystąpić w reklamie jakiegoś banku, czy towarzystwa farmaceutycznego, musiałby najpierw przestać być dziennikarzem TVP. O ile sobie przypominam, był nawet taki przypadek, że któraś z dziennikarek TVN-u wystąpiła w jakiejś zewnętrznej reklamie i z tej okazji została wywalona z pracy, a myśmy wszyscy sobie myśleli, że wiele na tym nie straciła, bo sobie pewnie jakąś nową pracę łatwo znalazła, natomiast co za tę reklamę dostała, to jej.
Czemu i skąd takie przepisy? Wydaje mi się, że powód dla ich wprowadzenia był tak samo oczywisty, jak fałszywy. Chodziło o to, by nie budzić podejrzeń, że dziennikarze publicznych mediów – publicznych w sensie tym, że kierowanych do opinii publicznej – są uzależnieni od jakichkolwiek innych od tej właśnie opinii agend i wpływów. Żeby nikt nie miał powodu sądzić, że taki, skoro już o nim mówimy, Tomasz Lis może w swojej publicznej misji kierować się interesem na przykład jakiegoś banku, który mu płaci za jego usługi. Jak mówię, reguła ta była tyle oczywista, co fałszywa, choćby z tego względu, że ostatnią rzeczą, jaką o sobie mogą powiedzieć tak zwani niezależni dziennikarze, jest to, że oni są właśnie niezależni, i to akurat wie każde w miarę choćby przytomne dziecko. No ale przepis był i wszyscy sobie z nim jakoś musieli radzić.
Dziś, kiedy widzimy tak bardzo wyraźnie, jak najprzeróżniejsi dziennikarze choćby takiego TVN-u, od Kuby Wojewódzkiego poczynając, przez Szymona Majewskiego, a kończąc na Tomaszu Zubilewiczu sprzedają się bez żadnych problemów wszystkim, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z bankiem, czy firmą farmaceutyczną, czy wreszcie siecią komórkową, jedynym pytaniem, jakie możemy sobie zadawać, jest już tylko to, czemu jeszcze nie wzięli się za tę robotę Grzegorz Miecugow, czy Monika Olejnik. Bo to istotnie jest zagadka przedziwna.
No ale przez to, że, z jednej strony, nasza świadomość tego, że żaden z nich nie jest ani obiektywny, ani niezależny, ani samodzielnie myślący, jest już naprawdę oczywista, a z drugiej, sami dobrze widzimy, co się tam wyprawia na poziomie tej niezwykłej już prostytucji, może się bardzo łatwo zdarzyć, że nagle, na wspomnienie czasów minionych, zaczniemy przecierać sobie oczy i pytać: „Czy to rzeczywiście tak było? Śmieszne.” A przed nami otwiera się przestrzeń wolności tak już szeroka, że nie ma właściwie absurdu, który nie mógłby zostać przyjęty, jako coś całkowicie zrozumiałego i naturalnego. Weźmy takiego Jacka Pałasińskiego. Załóżmy że któregoś dnia okaże się, że on zostaje zatrudniony jako pierwszy medialny doradca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, i na zmianę, albo prowadzi ten swój zabawny program o świecie według Jacka, albo występuje na konferencjach prasowych i tłumaczy, dlaczego należy podsłuchiwać telefoniczne rozmowy Jarosława Kaczyńskiego, a robi to, dajmy na to, w takim stylu: „Niech się, pani redaktor szanowna, skurwysyn cieszy, że jeszcze żyje”. Po czym pędzi do studia, bo tam już na niego czeka któraś z jego koleżanek, by powiedzieć: „To o czym nam dziś opowiesz, Jacku?” A on na to: „Dziś, Agato, będzie o pięknej Krecie”.
Absurd? Pewnie że tak. Sam to nawet wcześniej powiedziałem. Tyle że to jest absurd w świecie, który powoli odchodzi w przeszłość. Dziś do Hiszpanii przyleciał Benedykt XVI i mieliśmy wszyscy okazję obejrzeć na ekranach naszych telewizorów bezpośrednią transmisję z tego wydarzenia. Telewizja TVN24 na tę okoliczność do pracy wysłała aż dwóch swoich zawodowców, w tym właśnie samego specjalistę od religii jednocześnie i spraw międzynarodowych, Jacka Pałasińskiego. Pałasiński tym razem wprawdzie ani razu nie użył wobec Ojca Świętego epitetu „kruchutki staruszek”, ani też o zmarłym Janie Pawle II nie mówił „późny”, ale myślę sobie, że to pewnie była jakaś instynktowna reakcja na to, jak on sam dostrzegł, jak ciężka demencja złapała za mózg jego samego. O tym jednak za chwilę, bo najpierw chciałbym dokładniej pokazać, kogo mamy przed sobą, kiedy mówimy o Jacku Pałasińskim. Otóż Jacek Pałasiński, o ile mi wiadomo, jeszcze w reklamach nie występuje, natomiast prowadzi swój blog. I, wbrew temu, czego ktoś mógłby się spodziewać, nie jest to blog o pracy dziennikarza, albo o wspomnieniach Pałasińskiego z pobytu we Włoszech, ale normalny, pełen autentycznego mięsa, blog polityczny, myślę, że pod wieloma względami jeszcze bardziej wyrazisty, niż ten nasz. Popatrzmy na następujący fragment. Jarosław Kaczyński przybył na Jasną Górę na spotkanie Rodzin Radia Maryja i powiedział, że przed sobą widzi Polskę. Pałasiński na to pisze tak:
Nie uwłaczając nikomu, to, Panie Premierze, na Jasnej Górze stała przed Panem Polska na zasiłku, Polska najmniej twórcza, Polska nie umiejąca produkować bogactwa, Polska niewykształcona, Polska zaściankowa, Polska nieprzygotowana do stawienia czoła wyzwaniom współczesności, Polska zabobonna, Polska czerpiąca swą siłę do przetrwania z chorobliwej nienawiści do wszystkiego co czyste, szlachetne i mądre, Polska, która podzieli się wedle własnego życzenia, Polska mentalnie zakorzeniona w komunizmie, Polska, która za Polskę nigdy się nie biła, Polska budująca dla Polaków małe, krzywe i szare domy, Polska nie potrafiąca nawet wybudować gładkiej szosy, Polska rozkradająca własność prywatną i publiczną, Polska z pochodów na 22 lipca, Polska szmalcowników i donosicieli, Polska podła i głupia. To Pan wybrał sobie taką Polskę i chce do niej przynależeć. My nie”.
Wbrew pozorom, na mnie największe wrażenie z tego potoku czarnych glutów, nie zrobił jego środek, lecz początek i koniec, a dokładniej to, otwierające całość, „nie uwłaczając nikomu”, i zamykające ją „my”. Oczywiście, owo „nie uwłaczając nikomu”, w swojej tu akurat szczególności, jest bardzo typowe. Ono należy do tej bezcennej skarbnicy polskiej postkomunistycznej obłudy, rozpoczynającej się jeszcze na początku lat 90. od oświadczenia któregoś z udeckich polityków o jedzeniu nożem i widelcem, a kończącej się na dniu dzisiejszym i tej tuskowej bablaninie o miłości i empatii. Jednak jego szczególność jest równie uderzająca, ze względu na osobę samego Pałasińskiego. Ale o tym znów, ale za to, w ramach wieńczącej całość konkluzji, za chwilę, bo teraz trzeba coś powiedzieć na temat tego „my”. Na początku tego wpisu pisałem o skojarzeniach. Otóż kiedy czytam ten tekst z blogu Jacka Pałasińskiego, nie mogę nie wspomnieć „niemieckiego” skeczu Monty Pythona, kiedy to któryś z nich, przebrany za oficera Gestapo, wyciąga do nas palec w czarnej, skórzanej rękawiczce i mówi: „Vee know vot you did. Vee have seen your acts. Vee vill make you suffer and beg for mercy”. Jakoś tak. I teraz czytam to “my” Pałasińskiego I słyszę to prześmiewcze “vee”. To jest oczywiście bardzo komiczne, ale pewien dreszcz po plecach, owszem, przechodzi. Trzeba tylko red. Pałasińskiego trochę przylizać, no i nieco inaczej mu przystrzyc ten ruski wąsik.
Oglądałem zatem w telewizji transmisję z przylotu Benedykta XVI do Madrytu i do moich uszu dotarł komentarz Jacka Pałasińskiego o takiej urodzie, że aż to wszystko postanowiłem specjalnie na potrzeby tego bloga spisać. Proszę się wczuć. Samolot ląduje, otwierają się drzwi i słyszymy relację Jacka Pałasińskiego:
Już szef ceremoniału… he, he… zszedł, no i teraz wreszcie moment klu. Benedykt XVI stawia stopę, za nim kardynał… no i powitanie z królem. Juan Carlos Bourbon, Juan Carlos Pierwszy, który swe dzieciństwo spędził w Rzymie, nota bene, na wygnaniu… eee… chciałoby się powiedzieć obok królowa Sofia, jako się rzekło spadkobierczyni… eee… dynastii królów greckich. No i takie dość jeszcze właśnie na schodach. Część purpuratów stoi jeszcze, to tak w stu procentach niezgodne z… eee… protokołem, no ale… he, he… mamy do czynienia z dniami młodzieży, więc tu tak często protokół… eee… niestety często nie wystarcza”.
Słuchaliśmy tego Palasińskiego, jednocześnie, zupełnie jak nie z tego świata, widzieliśmy na ekranie Króla, Królową, Papieża Benedykta, tych wszystkich kardynałów.. i wyliśmy ze śmiechu. A kiedy już nam przeszło, i śmy się uspokoili, ja sobie przypomniałem te wszystkie wcześniejsze występy tego kosmity i pomyślałem sobie, po jaką cholerę on prowadzi ten swój blog. Ja rozumiem Wojewódzkiego i tę jego reklamę komórek, albo Majewskiego z tym bankiem. No, to są autentyczne pieniądze, których głupio nie brać, jak dają. Ale blog? Czy on naprawdę nie ma co robić w domu, tylko pluć na Prawo i Sprawiedliwość i ludzi, którzy je popierają? Rozumiem, że Walter pozwala, a może nawet i wspiera takiego typu aktywność, no ale czyż on nie ma niczego innego do roboty? Myślałem tak sobie, myślałem, i przyszły mi do głowy dwie rzeczy, i to już nie wiem kompletnie, która dla Pałasińskiego jest bardziej okrutna. On może mieć faktycznie mentalność takiego gestapowca ze skeczu Monty Pytona i to „vee” go tak rajcuje, że nie jest w stanie się powstrzymać. W telewizji nie dają, to on pisze na blogu. Druga opcja jednak jest taka, że Pałasiński czuje jakoś pół-świadomie, że jest debilem, który, o ile mu czegoś nie napiszą na kartce, to nie da sobie rady. Jednak przez to, że był akurat na tej placówce w Rzymie, kiedy umierał Jan Paweł II i jakimś cudem złapał tę popularność za nogi, to teraz musi się męczyć, i wszyscy tę mękę widzą, i ją jakoś zapamiętują. I stąd się on tak rwie do tego pisania, żeby pokazać ludziom, że on naprawdę umie coś powiedzieć tak bardziej inteligentnie. Tak jak to robią jego inni wykształceni koledzy. No i stąd się wzięło to „nie uwłaczając nikomu”. A ja się tylko zastanawiam, czy mu ten wordowski korektor nie musiał poprawić „uwłączając”. W sumie ciekawe, prawda?
Ten blog, jak wiemy, od samego początku służy wszystkim chętnym ludziom dobrej woli. Za darmo i bez ograniczeń. Jednak jeśli ktoś ma możliwości i chęci, bardzo proszę o finansowe wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Każdy gest przyjmę z najwyższą radością i wdzięcznością. Dziękuję.

wtorek, 7 kwietnia 2009

Guma na mózgu, mózg w gumie

W swojej drodze do Afryki, odpowiadając na pytanie jednego z dziennikarzy dotyczące plagi AIDS właśnie w Afryce, Benedykt XVI wypowiedział następujące słowa: „To tragedia, której nie można powstrzymać tylko pieniędzmi, której nie można powstrzymać, rozdając prezerwatywy, bo one jeszcze potęgują problem.” Przesłanie to nie powinno dziwić żadnego myślącego człowieka, i to nawet nie ze względów ideowych, lecz czysto zdroworozsądkowych. Nie będę tu jednak wyjaśniał rzeczy oczywistych. Trochę dlatego, że nie chcę się rozpisywać bardziej niż zwykle, ale też z tego względu, że od czasu, kiedy papież Benedykt powiedział co powiedział, minęło już wystarczająco dużo czasu, żeby niemal wszystkie odpowiednie argumenty zostały – skutecznie i nieskutecznie – przedstawione. Poza tym jeszcze, ze względów, o których za chwilę, chciałem zająć się tym tematem z troszkę innej strony. Pragnę mianowicie zastanowić się, dlaczego? Skąd się bierze tyle kontrowersji tam gdzie tych kontrowersji być nie powinno?
1 kwietnia Komisja Spraw Zagranicznych Belgijskiego Parlamentu, zdecydowaną większością głosów, postanowiła skierować do Papieża rezolucję potępiającą go za jego słowa http://www.rp.pl/artykul/67352,286036.html.
Ponieważ projekt rezolucji poparły niemal wszystkie ugrupowania parlamentarne, uważa się, że przyjęcie rezolucji przez cały Parlament jest faktycznie przesądzone. Spekuluje się również, że akt belgijski jest zaledwie pierwszym z wielu oficjalnych posunięć tego typu w Europie, a zatem atak na Kościół Katolicki będzie się w najbliższym czasie toczył nie tylko na poziomie kultury pop (wysyłanie prezerwatyw do Watykanu), ale w skali daleko poważniejszej.
Jeszcze zanim dotarła do mnie informacja o belgijskiej akcji, wpadłem na fachowe amerykańskie czasopismo medyczne o nazwie American Journal of Obstetrics and Gynecology. Według oficjalnych szacunków, AJOG należy do 100 najbardziej wpływowych czasopism z dziedziny biologii i medycyny na świecie. Jeśli wśród czytelników tego tekstu są lekarze, myślę, ze będą mogli to potwierdzić. Otóż jeszcze w roku 2004, w AJOG ukazała się praca podpisany przez wybitnego kanadyjskiego ginekologa Stephena J. Genuisa i Shelagh K. Genuis, pod tytułem „Walka z pandemią chorób przenoszonych drogą płciową: pora na re-ewaluację” http://www.teenstar.hr/pdf/1_AJOGpaper_Genuis_20041206.pdf.
Nie będę się tu wdawał w szczegółową analizę samej pracy, choćby z tego względu, że jest to artykuł skierowany do środowisk naukowych, na dodatek dotyczący kwestii związanych bezpośrednio z ginekologią, a więc nie bardzo mi tu pasuje zarzucać czytelników tego bloga zbędnymi gruncie rzeczy, z naszego punktu widzenia, szczegółami. Parę rzeczy jednak trzeba powiedziec. Otóż autorzy artykułu, analizując sytuację, nie skupiają się na epidemii AIDS, jako takiej, lecz przez cały tok swojej argumentacji mówią o tzw. chorobach przenoszonych drogą płciową (STD). Powodem tego podejścia jest fakt, że, choć rzeczywiście, na Dalekim Wschodzie, czy jeszcze bardziej w Afryce AIDS jest plagą dominującą, i niewątpliwie jest to problem najbardziej medialnie rozpoznawalny, w innych częściach świata epidemia (bo musimy mówić o epidemii) związana już jest przede wszystkim z innym typem zakażeń.
A zatem, według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), dwie trzecie wszystkich przypadków zakażeń na świecie występuje u nastolatków i osób wkraczających w wiek dorosły. Jak twierdzą autorzy, według wszelkich dostępnych informacji, opartych na rzetelnych badaniach, niezależnie od tego czy chodzi o AIDS, czy o jakiekolwiek inne choroby przenoszone drogą płciową, stosowanie prezerwatyw nie jest w ogóle istotnym czynnikiem chroniącym przed zakażeniem. Wręcz przeciwnie. Wedle wszelkich dostępnych danych, prezerwatywa nie chroni przed większością chorób przenoszonych drogą płciową, a ze względów ściśle praktycznych, nie chroni przed którąkolwiek z tych chorób, włącznie z AIDS. Podobnie zresztą jak, według tych samych poważnych źródeł, brak prezerwatywy nie ma znaczącego wpływu rosnącą liczby zakażeń. Wszelkie znane przypadki raptownego wzrostu zachorowań są powszechnie rozpoznawane, jako przede wszystkim wynik coraz wcześniejszego momentu inicjacji seksualnej u młodzieży, i – konsekwentnie – zwiększającej się mody na częste zmiany partnerów. Podobnie, we wszystkich znanych przypadkach rzeczywistego obniżenia liczby zachorowań, decydującą rolę odgrywały programy na rzecz podwyższenia wieku inicjacji, wstrzemięźliwości i wierności, czyli, najogólniej rzecz biorąc, zmiany zachowań seksualnych.
Stephen i Shelagh Genuis, powołując się na raport Amerykańskiej Agencji na rzecz Międzynarodowego Rozwoju (USAID), wskazują na efekty powszechnego wprowadzenia programu, mającego na celu zmianę zachowań seksualnych w Ugandzie. Od roku 1989 do roku 2000, zaobserwowano nie tylko dramatyczny spadek liczby kobiet posiadających więcej niż jednego partnera (z 20% do 2,5%), nie tylko jeszcze bardziej znaczący spadek liczby młodzieży między 13 a 16 rokiem życia, prowadzących aktywność seksualną (z 60% w roku 1994 do 5% w roku 2001), ale co najważniejsze, bardzo wyraźny spadek zachorowań – z 30% w roku 1994 do 5% w roku 2001. Jednocześnie USAID stwierdza, że w Ugandzie użycie prezerwatyw pozostało na stałym, niskim poziomie, natomiast „młodzi mężczyźni w wieku od 15 do 19 lat, obecnie znacznie mniej chętnie angażują się w aktywność seksualną, chętniej się żenią i znacznie chętniej zachowują wierność”.
Powyższe spostrzeżenia zdecydowanie kontrastują z tym, co można zaobserwować na przykład w Zimbabwe i w Botswanie, gdzie przez wiele lat prowadzono bardzo szeroką kampanię na rzecz stosowania prezerwatyw. I tu i tam, stwierdzono znaczny wzrost sprzedaży prezerwatyw i ich stosowania. Jednocześnie, w obu krajach, poziom zachorowań na AIDS utrzymał się na jednym z najwyższych poziomów na świecie. W miejskich dzielnicach Botswany, szacuje się, ze 55% młodych kobiet w ciąży, zakażonych jest wirusem HIV. Wyliczenia wskazują również, że do 2020 roku, w Zimbabwe dojdzie do trzydziestoprocentowego spadku zatrudnienia, spowodowany epidemią właśnie epidemią AIDS.
I teraz tak. Mam oczywiście nadzieję, że wśród komentarzy dotyczących niniejszego wpisu znajdą się głosy fachowe. Biorę też pod uwagę, że ktoś bardzo dobrze zorientowany w temacie, po zapoznaniu się z artykułem z AJOG, wykaże autorom niekonsekwencję, lub wręcz manipulację. Jednak nikt nie zaprzeczy, że analiza przedstawiona przez obu specjalistów, to nie jest ani głos amatorów, ani – tym bardziej – głos Watykanu. Należy przypuszczać, że i jeden i drugi autor artykułu to postaci uznane w środowisku, których głos się musi liczyć. To jest chyba logiczne, prawda? No ale załóżmy, że tezy przedstawione w artykule są dyskusyjne. Nie zmienia to jednak faktu, ze najwyraźniej dyskusja trwa i najróżniejsze opinie prezentowane są bez cienia wstydu na nawet najwyższych poziomach debaty. Czy to jednak okazało się być wystarczającym powodem, żeby Parlament Belgii zwrócił się z rezolucją do rządu Kanady o zrobienie porządku zarówno na Uniwersytecie w Albercie, jak i w Royal College of Surgeons of Canada? Nie. I teraz powstaje pytanie. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego belgijscy parlamentarzyści nie unoszą się swoim gniewem na opinie uznanych naukowców, które Benedykt XVI niemal cytuje? Dlaczego oni swoich pretensji kierują nie do wydawców AJOG, do WHO, do USAID, ani do dziesiątek innych kompetentnych organizacji, lecz do Watykanu?
Można by było sądzić, że skoro temat budzi tak niezwykłe emocje, osoby stojące za tymi emocjami, to ludzie autentycznie zatroskani i przy tym – konsekwentnie – doskonale zorientowani w tematyce. Nie umiem uwierzyć, że tak nieprawdopodobny poziom złości, jaki wywołały w niektórych środowiskach słowa Benedykta XVI, zawdzięczamy jedynie zwykłym emocjom i czystemu współczuciu dla ofiar epidemii AIDS. Jeśli tyle osób jest tak autentycznie przekonanych o wyjątkowej kompromitacji Benedykta XVI, to za tym ich przekonaniem musi stać jakiś zasób autentycznej wiedzy. Tymczasem wychodzi na to, że nawet jeśli ta wiedza jest faktycznie znacząca, to niewątpliwie cały czas pozostaje bardzo niepełna. Bo nie można mówić o wiedzy, skoro zakres tej wiedzy w tak rażący sposób lekceważy fakt istnienia autentycznego i rzeczywistego sporu.
Uważam więc, że za środowiskami z jednej strony propagującymi powszechne używanie prezerwatyw, a z drugiej potępiającymi Kościół za sprzeciw wobec tej kampanii, stoją w najlepszym wypadku właśnie emocje. Ale to w najlepszym wypadku. Bo w rzeczywistości, jestem przekonany, ze główną przyczyną tego niezwykłego ataku z jakim dziś mamy do czynienia, jest najszerzej rozumiany biznes erotyczny i pornograficzny, oraz na obrzeżach tego rynku – lobby homoseksualne. I niewykluczone, że nie tylko, ale o tym za moment. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że właśnie w interesie tych grup i tych osób, które świetnie egzystują dzięki erotyce – a w tym choćby całej branży żyjącej z produkcji i sprzedaży prezerwatyw – jest propagowanie i podtrzymywanie rozwiązłości seksualnej na wszelkich możliwych poziomach geograficznych, kulturowych i wiekowych.
Dla ludzi umocowanych na najwyższych szczeblach tego biznesu, jak i tej kultury, dla ich osobistego powodzenia, największym zagrożeniem jest nie pandemia AIDS i innych chorób przenoszonych drogą płciową, nie plaga rozwodów, nie rozpad rodziny, nie setki innych nieszczęść związanych z tym niezwykłym rozpasaniem, z jakim mamy do czynienia na całym świecie i na wszystkich poziomach cywilizacyjnych, lecz wręcz przeciwnie – moda na wstrzemięźliwość, wierność i emocjonalną dojrzałość.
Rezolucja przyjęta przez belgijskich parlamentarzystów jest doskonałą ilustracją problemu, na który chcę zwrócić uwagę. Oto Belgia. Kraj, który dla wielu będzie się już zawsze kojarzył przede wszystkim z pedofilską aferą sprzed lat, kiedy to został aresztowany i osądzony niejaki Mark Dutroux. Nie będę przypominał szczegółów tej niesłychanej zbrodni. Ci co pamiętają, to pamiętają i te zamordowane przez Dutroux dziewczynki, ale również całą aurę zjawiska o wiele bardziej rozległego i poważnego, niż indywidualny los dwojga dzieci. I dziś, każdy z tych którzy pamiętają, musi sobie pomyśleć własnie o tym, że wspomniana rezolucja została przyjęta właśnie w tej samej Belgii. I ja nie mówię, ze to jest bezczelność. Ja tylko zwracam uwagę na zbieg okoliczności.
A przecież nie chodzi tylko o Belgię. Mamy i Austrię, mamy Włochy mamy też i naszą polska prowincję, a kto wie, na ile tylko prowincję? Mamy Anglię i mamy Stany Zjednoczone. Mamy Tajlandię i Rosję. I mamy Pakistan, o którym tu niedawno pisałem. I mamy kolorowe magazyny, takie jak Glamour, czy Joy, czy diabli wiedzą co jeszcze. I mamy ten Internet, z którego i ja dziś korzystam, zawalony najczystszego sortu pornografią i – oczywiście – miliardy prezerwatyw rocznie produkowanych na potrzeby tej otępiałej klienteli.
Więc jeśli ktoś mi powie, żebym miał serce dla tych biednych mieszkańców Afryki, każdego dnia umierających z powodu AIDS, to ja najpierw sobie przypomnę to stare powiedzenie „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, któregoś dnia pięknie i jakże dowcipnie zmienione przez Ciebie, Przyjacielu, na „Wszystkie drogi prowadzą do Briana Eno”, a dziś już tylko kołaczące się po mojej biednej głowie informacją, że wszystkie drogi nie prowadzą, ani do Rzymu, ani do Briana Eno, ani nawet do Afryki, ale do tej budy na katowickim dworcu, gdzie można kupić i jakiś ładny film, a do niego parę gumek produkcji dowolnej. O każdej porze dnia i nocy.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...