środa, 31 lipca 2019

Czy heteroseksualni faceci tatuują sobie jajka?


        Nie będę teraz sprawdzał, czy robię to po każdym swoim powrocie z rodzinnej wsi, ale nie zdziwiłbym się gdyby tak własnie było. Rzecz w tym, że moje tam wyprawy wiążą się niezmiennie ze spotkaniem z moim kuzynem, bardzo wybitnym i doświadczonym lekarzem, a skoro tak, to jednocześnie z taką czy inną ciekawostką związaną bardziej lub mniej bezpośrednio ze służbą zdrowia. Niektórzy pewnie wciąż pamiętają tekst sprzed lat, w którym podzieliłem się informacją uzyskaną od mojego kuzyna właśnie, że dzisiejsza debata na temat prawnej ochrony życia poczętego jest praktycznie pozbawiona sensu, jako że kobieta która pragnie przerwać ciążę, może to zrobić bez najmniejszego problemu, zażywając dwie, lub trzy tabletki na wrzody żołądka, gdzie wśród działań nieporządanych, jest jedno jak najbardziej porządane, czyli poronienie. Pisałem o tym, a dziś przypominam tylko dlatego, że, moim zdaniem, przypominania nigdy za dużo.
       Spotkałem się z moim kuzynem i tym razem powiedział mi on dwie nowe rzeczy, które zrobiły na mnie wrażenie. Otóż przez to, że on jest jeszcze straszy ode mnie, od dłuższego czasu nie marzy już o niczym innym jak pełnej emeryturze, zwłaszcza że różnica pokoleniowa między nim, a jego pacjentkami jest dziś tak wielka, że on już z trudem daje radę. O ile kiedyś wszystko mieściło się w pewnych tradycyjnych ramach, a jeszcze te kobiety były na tyle zwyczajne, że można było sobie nawet z nimi wesoło pogadać, to dziś w większości są to młode dziewczyny, które zgłaszają się z jakimiś nieprawdopodobnie ciężkimi powracającymi infekcjami spowodowanymi przez tatuaże oraz różnego rodzaju ozdoby umieszczane w miejscach skrajnie intymnych. No i, jak mi mówi, już w tej chwili dla niego, człowieka już wkrótce 70-letniego, ta praca jest już wyłącznie psychiczną udręką.
       Druga rzecz, o jakiej mi opowiedział mój kuzyn to to, że gdy chodzi o dzisiejszy stan służby zdrowia, całe to gadanie o braku lekarstw to od początku do końca kłamstwo, natomiast faktem jest, że lekarzy jest zdecydowanie dużo za mało i to jest problem wręcz kosmiczny. Ale to jeszcze nie wszystko. Zdaniem mojego kuzyna, gdy on patrzy na młodych lekarzy zatrudnianych w szpitalach, pierwsza jego myśl jest taka, że z nich dwie trzecie nadaje się do natychmiastowego zwolnienia. Oni są w większości tak niekompetentni, tak głupi i tak nieodpowiedzialni, że przy tym tempie degeneracji zawodu i w sytuacji gdzie już niedługo lekarzy będzie się brało prosto z ulicy, pozostaje już tylko modlitwa.
       Pomyślałem sobie, że wspomnę o tym swoim walkacyjnym spotkaniu z dwóch powodów. Przede wszystkim, chyba wczoraj znalazłem na Twitterze komentarz pewnego młodego geja, studentna medycyny, który zamieścił dwa swoje zdjęcia, jedno w lekarskim kitlu, a drugie z flagą LGBT i zadał mi pytanie, czy jeśi za pięć lat będę wymagał lekarskiej pomocy, a pod ręką będzie tylko on, to czy zaryzykuję, czy może z pogardą odwrócę sie na pięcie. Napisałem mu, że mam nadzieję, że on skończy te swoje studia jako pierwszej klasy student i znakomity lekarz i że uda mi się trafić akurat na niego.
        Wczoraj też moja córka przyniosła mi inny, również znaleziony na Twitterze komentarz, gdzie pewna pani, również w nawiązaniu do awantury LGBT, pisze, że ona sobie absolutnie nie życzy, by nauczycielem jej dziecka była osoba seksualnie zaburzona, no i owa uwaga w prawicowym internecie wywołała prawdziwy entuzjazm. Porozmawialiśmy sobie z moim dzieckiem na ten temat, a mi nie pozostało nic innego jak się z nim zgodzić, częściowo też przez to, co usłyszałem od mojego kuzyna. Ja bowiem nie życzę sobie, żeby moje dziś już wnuki uczyły kobiety, które tatuują sobie wargi sromowe i wbijają tam sobie kolczyki, ani też ich jak najbardziej heteroseksualni partnerzy, których podnieca wciskanie im do pochwy różnego rodzaju przedmiotów.
        Mało tego. Ja nie życzę sobie, żeby moje wnuki były narażone na kontakt z nauczycielkami, które lubią być przez swoich partnerów biczowane, które od czasu do czasu lubią sobie coś wciągnąć do noska, a przy swoich dzieciach używają słowa „kurwa” tak jakby ono było zaledwie odkaszlnięciem lub westchnieniem, a 1 września będą najprawdopodobniej wirować w radosnym tańcu na ulicach Wolnego Miasta Gdańsk.
         Nie wiem, czy to co piszę jest wystarczająco jasne. Na wszelki wypadek wrócę jeszcze raz do swoich dawnych rozmów z moim kuzynem. Otóż kiedy jeszcze żył znany aborcjonista dr Romuald Dębski, kuzyn mój – tak zwany ginekolog katolicki – poinformował mnie, że ów Dębski, nie mając cienia litości dla dzieci z zespołem Downa, jest jednocześnie znakomitym lekarzem i nadzwyczaj życzliwym i pomocnym kolegą. Dziś wróciliśmy do tamtego tematu i kuzyn mój potwierdził tamte informacje, mówiąc jednocześnie, że brakuje mu Dębskiego, bo już wokół siebie nie ma nikogo, do kogo mógłby się zwrócić o pomoc, czy poradę. A jednocześnie też wspomniał znanego nam z zupełnie innej strony lekarza, dla wielu z nas stanowiącego wręcz symbol walki o życie poczęte, określając go jednym krótkim słowem: „szuja”.
       W sumie, jak się zastanawiam, podoba mi się to słowo. Sam akurat, o ile sobie dobrze przypominam, nie używam go prawie w ogóle. A tu nagle ta „szuja”. I zastanawiam się, czy nie byłoby pożyteczne, gdybyśmy dyskutując nad tym, kto powinien leczyć, uczyć, czy w ogóle w jakikolwiek sposób obsługiwać nasze dzieci czy wnuki, wychodzili z tego założenia, że to przede wszystkim nie powinny być szuje. Reszta jest już wyłącznie kwestią drugorzędną.



wtorek, 30 lipca 2019

O dwóch głupich wołach i płaczącej Maryi


         Właśnie wróciliśmy z żoną z parodniowej wyprawy w moje rodzinne strony, czyli do Sławatycz i okolic, i w owym, nadzwyczaj gęstym programie, zajechaliśmy do wioski Hanna. O Hannie pisałem w swojej książce – dziś już niedostępnej – „Twój pierwszy elementarz”, a dziś może przypomnę tamtą refleksję:
      Gmina na Górnym Podlasiu. Tam jest tak ładnie, że kiedy swego czasu Anna Jagiellonka w swej podróży na Ruś zatrzymała się tam na nocleg, tak jej się tam spodobało, że na pożegnanie pozwoliła, by lokalni mieszkańcy nazwali swoją wieś jej imieniem. No i mamy dziś Hannę. To są moje tereny. Polecam. Nawet jeśli tam wieczną władzę pełnią jakieś panie ze Związku Nauczycielstwa Polskiego z otwartymi sprawami sądowymi”.
       Dziś tam, jak się zdaje, panie z ZNP nie rządzą, natomiast, owszem, wójtem gminy jest niejaka Kowalik, która bardzo dba o to, by nikt o niej nie wiedział nic, a ja w tej sytuacji zaglądam do miejscowego, nadzwyczaj pieknego drewanianego kościółka, gdzie w centralnym miejscu ołtarza znajduje się niezwykły obraz Matki Bożej, a miejscowy ksiądz proboszcz opowiada mi jego historię. Otóż, jeszcze w okolicach przełomu wieków XIX i XX, od południa Bugiem płynęli ukraińscy flisacy, wioząc ze sobą kopię obrazu z wizerunkiem Matki Jezusa. Po długim żeglowaniu, głodni i strudzeni, zatrzymali sie na wysokości wsi Kuzawka, między Hanną i Sławatyczami i poprosili o gościnę. Zostali naturalnie odpowiednio podjęci, na pamiątkę zostawili swoim gospodarzom ów święty obraz i popłynęli dalej. Godpodarze zawiesili ów obraz w godnym miejscu i nagle patrzą, a tu postawiona pod obrazem ławeczka jest cała mokra. Wytarła więc gospodyni ławeczkę, a ona za chwilę jest znów mokra, i tak w kółko. Uznali więc dobrzy ludzie, że Matka Boża płacze. W tej sytuacji uradzono – w tamtych czasach wszystko było znacznie prostsze – że ponieważ Ona chce najpewniej do kościoła, należy ów obraz zapakować na ciągnięty przez dwa woły wóz i jako cudowny zawieźć go do Sławatycz. Kiedy jednak woły znalazły się na rozdrożu, okazało się, że za żadne skarby nie życzą one sobie ciągnąć w prawo do Sławatycz, ale w lewo do Hanny. Oczywiście, mieszkańcy Sławatycz, które już wtedy były wsią większą od Hanny i poważniejszą, nie byli takim obrotem spraw zachwyceni – i nie są do dziś – ale ponieważ nie było sposobu, by się owym wołom przeciwstawić, ów cudowny obraz znalazł się ostatecznie w Hannie, gdzie dziś, po wielu latach i po niedawnym remoncie kościoła, który zachwyca swoją urodą, jest dostępny dla wszystkich, którzy życzą sobie tam uklęknąć i się pomodlić.
       Jak mówię, rozmawiałem z miejscowym proboszczem i on – człowiek, z mojego punktu widzenia, może aż za nadto intelektualnie wyrazisty – zapewnił mnie, że powyższa historia, to nie bujda wymyślona przez władze gminy w celu przyciągnięcia turystów, ale jak najbardziej potwierdzona w parafialnych dokumentach, wraz z zeznaniami świadków, prawda. Tak było i wszystko stoi na papierze jak, nomen omen, wół.
        A więc byłem tam, wszystko widziałem, przed świętym obrazem jak należy zgiąłem kolano, pomodliłem się, a na koniec otrzymałem od księdza proboszcza odpowiedni obrazek, a dziś tu daję to świadectwo i zwracam się do wszystkich to czytających: Pamiętajcie. Tak naprawdę my sami gówno wiemy, natomiast zawsze się może okazać, że para starych głupich wołów będzie miała nam coś szczególnego do powiedzenia.





     
      


niedziela, 28 lipca 2019

Sześć nowych kawałków na lato w rozkwicie


I ani się obejrzeliśmy, a tu już kolejny miesiąc puka do drzwi, a wraz z nim kolejna seria moich krótkich kawałków dla „Polski Niepodległej”. Bardzo więc proszę i życzę dobrej zabawy.


Jesienne wybory zbliżają się wielkimi krokami, owe kroki coraz głośniej wystukują  rytm bę-dzie-lanie, bę-dzie-lanie, bę-dzie-lanie i wygląda na to, że ów dźwięk oraz przesłanie tego stukotu dotarły wreszcie do wszystkich walczących o powrót do władzy stron, co w pierwszej kolejności doprowadziło do tego, że tak zwana Koalicja Europejska z tego zdenerwowania się najzwyczajniej w świecie rozpadła na drobne kawałki, Schetyna przytulił się do Nowackiej, Czarzasty popędził do Biedronia, a Kukiz do Kamysza. Ci ostatni robię zresztą wrażenie szczególnie zabawne, bo choć są już najprawdopodobniej po zapowiedziach, to wciąż nie mogą się dogadać, kto się łączy przeciwko PiS-owi z kim, czy PSL z Kukizem, czy Kukiz z PSL-em. Tyle dobrego, że pierwszy punkt wspólnego programu mają już ustalony: tęcza jednak nie jest symbolem spółdzielczości, ale normalnie – pedałów.

***

Oczywiście owemu politycznemu wzmożeniu towarzyszy odpowiednia propaganda. Tak jak wiosną, czarna władza PiS-u miała upaść pod ciężarem protestu nauczycieli i wspierających ich uczniów, na początku lata faszystowski rząd miał zostać obalony przez kartofle, które zdaniem pewnego czołowego stratega Platformy Obywatelskiej stały się rarytasem porównywalnym już tylko z truflami, tak teraz, dzięki krwi, która się polała w Białymstoku, już po jesiennych wyborach Jarosław Kaczyński wyląduje w więzieniu, a Kościół Katolicki stanie się niszową, nikomu nieznaną sektą. Żartuję? Ależ skąd! To żyje i nawet wydaje dźwięki.

***

 Proszę tylko posłuchać. Oto przed nami Piotr Stasiński, jeden z głównych cyngli „Gazety Wyborczej”:
 „’Faszole’, ‘naziole’, kibole – ośmielani przez władzę i księży – są niemal bezkarni. Władza dba, żeby za nienawiść i przemoc nie spotykały ich dotkliwe sankcje. Prokuratura umarza śledztwa albo udaje, że je prowadzi. Władza zaprojektowała i prowadzi kampanię nienawiści wobec ludzi o innej niż heteroseksualna orientacji. Minister edukacji (niech jego nazwisko będzie zapamiętane – Dariusz Piontkowski) uważa, że ‘marsze środowisk forsujących niestandardowe zachowania seksualne budzą ogromny opór’, więc nie powinny być organizowane. To się dzieje w Polsce. Faszyzacja kraju pod troskliwą opieką władzy. Za mocne słowa? Macie wątpliwości? Ja nie.
Oczywiście każde słowo z tej erupcji obłędu robi wrażenie, mnie natomiast bardzo interesuje pewien pozorny drobiazg. Otóż chciałbym wiedzieć, czemu Stasiński uznał za stosowne umieścić w cudzysłowie faszoli i nazioli, natomiast już nie kiboli.  Czy ja jako znany faszol mam się przez ten cudzysłów czuć zdegradowany wobec kibola, czy wręcz przeciwnie, wyróżniony? No a kiedy to już zostanie wyjaśnione, to pozostając na poziomie nowoczesnego językoznawstwa, bardzo jestem ciekawy, jak dziś powinniśmy mówić na dziewczynę faszola, naziola, czy kibola. Faszola, naziola, kibola?

***

A wbrew pozorom, nie jest to taki sobie problem. Oto ledwie co rozpłynęła się we mgle doraźności słynna „nurczyni” (gdyby ktoś nie wiedział, chodzi tu o koleżankę po fachu nurka), głos zabrała znana nam tu aż nazbyt dobrze pisarka Manuela Gretkowska i ogłosiła, że jest „wroginią polskiego narodu”. Żeby dowieść, że jest wroginią prawdziwą, przedstawiła na to dowód bezpośredni:
Nie podaję ręki pisowcom. Niszczą mój kraj, udając przy tym, że nie wiedzą, co robią. Mogę się założyć, że oni sami nie wiedzą, czym jest wagina, bo to, czym jest ginekologia, wyznacza Kościół, a nie medycyna. Nie możesz zamrozić jajeczek w klinice, bo przecież Watykan zakazuje. Krzyż nad kaplicą i apteką, więc niektórym polskim farmaceutom myli się, dla kogo pracują – dla ludzi czy dla Ducha Świętego alergicznego na antykoncepcję. Mam znajomych, którzy po przebudzeniu biegną do internetu sprawdzić, czy prezes jeszcze żyje. Wierzą, że gdy odejdzie, będzie lepiej”.
Ten zresztą fragment zasługuje na osobne potraktowanie. Ktoś powie, że Gretkowska fantazjuje. Rzecz w tym, że to ona ma tak poraniony umysł, że zaraz „po przebudzeniu biegnie do internetu sprawdzić, czy prezes jeszcze żyje, ale ponieważ resztkami władz umysłowych czuje, że coś tu nie gra, zwala to na swoich wyimaginowanych znajomych. Otóż nic podobnego. Ona nie zmyśla. Ona z całą pewnością tego typu znajomych ma i to bardzo wielu, zwłaszcza we wspomnianych na początku dzisiejszych refleksji „Dniach Sądu”, kiedy oni wyrastają jak grzyby po deszczu. Tu w sąsiedztwie na przykład mieszka pewna bardzo nobliwa staruszka, taki bardziej typ słodkiej katechetki i swoją drogą osoba nadzwyczaj pobożna, która całkiem niedawno, podczas zakupów, niemal ze śliną wściekłości wylewającą się z ust, powiedziała do sprzedawczyni: „Wie pani, jak ja się budzę rano i widzę mordę tego Kaczyńskiego, to bym ją rozdarła na kawałki”. Dosłownie tak. I własnie tak – rano.

Ale wróćmy jeszcze na krótką chwilę do Gretkowskiej, bo trzeba nam wiedzieć, że ona mówi długo i przeciągle, jako że odpowiednio dużo miejsca użyczyli jej wspomniany wcześniej Stasiński z ferajną. I oto więc przyznaję owa dziwna pani, że kiedyś nie raziła jej w ogóle chrześcijańska rybka przyklejana na samochodach przez bardziej pobożnych kierowców. Teraz jednak „się boję, że otworzy usta, a w niej pojawią się ząbki chrześcijańskiej piranii”. No a to mnie prowadzi już na nasze podwórko i do równie nam niesławnego Tomasza Sakiewicza, który z charakterystyczną dla siebie bezmyślnością najpierw zainicjował, a następnie publicznie zapowiedział, że do któregoś z najbliższych numerów „Gazety Polskiej” dołączy taką swoją, patriotyczną rybkę, w postaci deklaracji: „Strefa wolna od LGBT”, co sprawi, że obok owego symbolu chrześcijaństwa, pobożni członkowie Klubów Gazety Polskiej będą eksponowali tę właśnie deklarację. Pomysł jest w sposób oczywisty tak głupi, że sam Sakiewicz, widząc, że coś mu nie wyszło, zaczął się gwałtownie tłumaczyć, że to wcale nie chodzi o to, o co chodzi, ale wyłącznie o protest przeciwko „cenzurze i nietolerancji”. Rozumieją Państwo. Cenzura i brak tolerancji tak spętał obywatelskie i zawodowe swobody Sakiewicza, że ten uruchomił sprzedaż naklejek wymierzonych w pedałów. A ja sobie już tylko myślę, jak to dobrze, że ci co się zgromadzili po przeciwnej stronie są od Sakiewicza jeszcze głupsi, bo jeszcze parę taki numerów i byłoby po nas.

***

Tymczasem w rzeczy samej oni mają znacznie mocniejsze głowy. Proszę sobie wyobrazić, że ostatnio chyba, po wycofaniu się na z góry upatrzone pozycje przez Zbigniewa Hołdysa, czołowym po autorytetem zjednoczonej opozycji został inny popularny piosenkarz, niedawny kumpel chłopaków z tygodnika „Sieci”, tak zwany Skiba. On z kolei na swoim facebookowym profilu uderzył w ton niemal poetycki. W swoim tekście, stanowiącym literacką parodię fikcyjnego wystąpienia wspomnianych wcześniej faszola oraz faszoli, najpierw daje odpór Sakiewiczowi, dzięki którego „cennym wskazówkom nie mieliśmy wątpliwości, którego faceta skopać i której dziewczynie obić ryja”, no a dalej już normalnie:
Pokazaliśmy całej Polsce i światu, że nie ma w Białej Polsce miejsca dla zboków. Po katolicku i chrześcijańsku powiedzieliśmy im ‘wypie…lać’. Dziękujemy kościołowi katolickiemu za wsparcie duchowe. Dzięki kazaniom takich mądrych ludzi jak biskup Jędraszewski, Dec, Głódź czy nasz biskup białostocki Tadeusz Wojda, mieliśmy duchową siłę, by pluć w twarze tych podludzi z marszu. Jeszcze raz dziękujemy Panie Prezesie za opiekę prawną nad naszymi chłopakami, wsparcie finansowe i parasol ochronny, a przede wszystkim za wskazanie wrogów naszej umiłowanej ojczyzny. Kopać ich będziemy z radością, aż do wyrzucenia ich z Polski, albo zamknięcia w obozach”.

***

Naprawdę bardzo jest przyjemnie patrzeć, jak oni się szarpią, zwłaszcza gdy wciąż pozostaje pewną zagadką, czemu ten strach jest aż tak wielki, że zwyczajnie odbiera rozum. W końcu myśmy byli w sytuacji wcale nie lepszej, a niekiedy znacznie gorszej i pozbawionej nadziei, przez bite osiem lat, a z pewnego punktu widzenia o wiele dłużej i jednak aż daleko nie odjechaliśmy. A pamiętajmy, że to był też czas, kiedy z nami był jeszcze ktoś taki jak Marek Migalski. Dziś ten biedny człowiek publikuje taką myśl:
Dobrze, zróbcie z Polski kraj wolny od ludzi LGBT. A także od Niemców, Żydów, lewaków, ekologów, feministek, osób upośledzonych umysłowo i chorych fizycznie. Tylko nie nazywajcie tego państwa Rzeczą Pospolitą. Raczej Rzeszą”.
W tej sytuacji nam już nie pozostaje nic innego jak się przyjaźnie uśmiechnąć do Migalskiego i mu wesoło odpowiedzieć: „Ależ Panie Marku, o kraj wolny od osób upośledzonych umysłowo i chorych fizycznie walczy od wielu już lata Pańska Europa. Czemu Pan tak na nas krzyczy?”

No i to tyle. Życzę wszystkim radosnego początku tygodnia i do zobaczenia chyba we wtorek, już na normalnych zasadach.

piątek, 26 lipca 2019

Czy kokaina na jajkach Macierewicza da zwycięstwo Zjednoczonej Opozycji?


Jak już to wcześniej zapowiadałem, przez kilka weekendowych dni nie ma nas w domu, a zatem ten blog złapie trochę oddechu. Wczoraj byliśmy w podróży, więc nic nie pisałem, natomiast dziś, ponieważ jest piątek i w kioskach pojawiiło się najnowsze wydanie „Warszawskiej Gazety”, myślę, że przynajmniej części Czytelników należy się mój najnowszy felieton. A zatem bardzo proszę.

      Oto w dniach, kiedy wszystko wydaje się ciekawsze i bardziej inspirujące od tego, co się dzieje na scenie politycznej, zdarzyło się cośautentycznie ciekawego, a to właśnie ze względu na wspomniany poziom inspiracji. Otóż, jak wiemy, doszło w Białymstoku do tak zwanej – zauważmy, że w pewnym sensie zorganizowanej przez prezydenta Truskolaskiego – „parady równości”, a więc eventu gdzie, jak uczy doświadczenie, propaguje się głównie seksualne rozpasanie połączone z ciężką antychrześcijańską retotyką, no i, jak to miało miejsce wielokrotnie wcześniej, na miejscu zdarzenia pojawiły się połączone grupy narodowców, które postanowiły ów gorszący festyn zakłócić. Kiedy wspominam o akcjach wcześniejszych, myślę nie tylko o demonstracjach organizowanych przez środowiska LGBT, ale o wszelkich demonstracjach w ten czy inny sposób wymierzonych w wartości narodowe, patriotyczne i zwyczajnie konserwatywne. Różnica tym razem – mimo że nie doszło do niczego, poza bardzo zdecydowaną reakcją policji, co by w jakikolwiek sposób wyróżniało wspomniany happening od poprzednich  – polegała na tym, że ów Białystok przez liberalne media został natychmiast opisany jako „Nowe Jedwabne”.
       Czemu tak? Co się takiego stało, że cała kupa polityków, oraz politycznych komentatorów, a za nimi zwykłych obywateli, do tego stopnia oszalała, że bez większej potrzeby postanowiła wystawić się na pośmiewisko. Czytam dziś relację z wydarzenia w Onecie, gdzie niejaki Jacek Dehnel wspomina tak:
      Przed placem widzimy, jak dziesięć metrów dalej bojówki rzucają się na ludzi; wielki facet w czerwonej kominiarce zakrywającej całą głowę kopie z obrotu kolejne osoby, w tym kilkunastoletnie dziewczyny. Część się rozbiega, lecą kolejni rycerze, napakowani, z wściekłymi twarzami.
      Ukrywamy się w aptece: personel przestraszony, jakaś przerażona, dziesięcioletnia może dziewczynka z matką (nie szły chyba nawet na paradę, po prostu tu trafiły), która błaga: ‘Mamo, zrób coś, zabierz mnie stąd, ja się boję’; za chwilę wpada roztrzęsiona nastolatka, na ramionach wiszą jej strzępy oderwanej torby; próbuje skontaktować się ze swoim przyjacielem, Kornelem, z którym szła, ale na Kornela znów się rzucili i tracą ze sobą kontakt. Próbuję ją uspokajać, zapinam szelkę od ogrodniczek, upewniamy się, że nie przepadły jej rzeczy, bo pozbierała je z oderwanej torby do plecaka. Za oknami cały czas przebiegają bandyci”.
       Owa relacja staje się oczywiście w różnej formie pretekstem do kolejnych wystąpień, tym razem znacznie poważniejszych niż ów Dehnel, i znów pojawia się pytanie, co im się stało w głowę, że postanowili się zwyczajnie wbić w piach?
       Otóż odpowiedź jest prosta: oni są już w takiej desperacji, że biorą wszystko, co im wpadnie w oczy oczy. Mieliśmy przez tydzień festiwal schabu po 25 zł. i masła po złotych 9, wcześniej pedofilię w Kościele, jeszcze wcześniej strajk nauczycieli, no a to przecież nie koniec. Jak słyszę, jeszcze się ma okazać, że Macierewicz z Misiewiczem sypali sobie kokainę na jajka. Stoję gotowy i nie mogę się doczekać.



Jutro będziemy się od rana bawić, więc do zobaczenia w niedzielę. 

środa, 24 lipca 2019

Wakacje z Jarosławem Kaczyńskim, lub bez


     Pewnie wszyscyśmy w ostatnich dniach zauważyli, że w obliczu nadchodzącego nieubłagalnie historycznego zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w nadchodzących wyborach, pojawiają się głosy – nadchodzące również ze strony tak zwanych „naszych” – że ten cały PiS to gówno, a, co gorsza, oszustwo. W tej sytuacji chciałbym się podzielić pewną refleksją. Otóż proszę sobie wyobrazić, że już jutro ja i moja żoną wyruszamy w podróż do mojej rodzinnej wsi Sławatycze, gdzie zamierzamy spędzić pełne trzy dni, po czym wrócić do Katowic. Aby tam dotrzeć musimy w pierwszej kolejności dojechać pociągiem do Warszawy, następnie, również pociągiem, do Białej Podlaskiej, no i w końcu, dzięki uprzejmości Rodziny, znaleźć się na miejscu.
       Wspomniana podróż z Katowic do Białej Podlaskiej, wedle najbardziej dogodnych wyliczeń, kosztuje ok. 90 zł na głowę, co oznacza, że ja i moja żona powinniśmy za jutrzejszą wyprawę zapłacić ok. 180 zł. Przyznaję że, jak na nasze możliwości, oraz tak krótki wypad, to jest wynik. A ja w tym momencie chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że od stycznia tego roku każdy rodzic, który odchował trójkę dzieci ma ustawowe prawo do tak zwanej „Karty Dużej Rodziny”, w związku z czym, kiedy kupowałem bilety na tę podróż dla nas dwojga, zapłaciłem za tę całą przyjemność w sumie 62 zł z groszami. Nie na głowę, lecz na dwie. Przy okazji, spieszę donieść, że doszło do bardzo ciekawej rozmowy z panią kasjerką. Otóż, poruszony bardzo ceną, którą usłyszałem,  podczas finalizowania owego zakupu, zauważyłem, że obecny rząd bardzo o nas zadbał, na co pani odpowiedziała mi z uprzejmym uśmiechem, że owszem i że skoro daje, to należy brać. Mogłem oczywiście zapytać, co dalej, a przede wszystkim co będzie, kiedy  pojawi się ktoś, kto dawać przestanie. Jednak ponieważ nie chciałem robić polityki, zamilkłem.
       Jeśli zatem nagle pojawi się ktoś, kto mi powie, że, owszem, należy brać, tyle że trzeba zrobić wszystko, by dawać przestał, bo tak się skończy się to całe rozdawnictwo, to ja proponuję puknąć się mocno bardzo w – ile ich tam jest – czółka.
         Tak to zatem wygląda i w związku z tym nie pozostaje mi nic innego jak poinformować wszystkich, że w nadchodzących wyborach Prawo i Sprawiedliwość uzyska większość konstytucyjną. I to jest wiadomość na kolejne kilka dni. Powinno wystarczyć.



poniedziałek, 22 lipca 2019

O lubieniu i nie lubieniu raz jeszcze, czyli piosenka jest dobra na wszystko


      Szczerze powiedziawszy, słabo mi przychodzi pisanie o bieżącej polityce. Rzecz w tym, że wszystko jest tak przewidywalne, tak powtarzalne i, co gorsza, tak oczywiste, że nie bardzo widze sposób, by napisać coś, nawet nie prowokującego, ale zwyczajnie interesującego. A daję słowo, że się staram. Przeczytałem na przykład informację o tym, że pewna artystka namalowała portret Niesławnego Nergala, ten od niej portret kupił i obiecał, że go wystawi na aukcję z przeznaczeniem na Fundację o Wolność Świata od Religii, czy jakoś tak. Przy okazji, owa Pani udzieliła wypowiedzi dla mediów i powiedziała, że ten Nergal to nie dość, że jest bardzo sympatyczny, to jeszcze fajny.
      Przed chwilą obejrzałem sobie fragment wywiadu z Patrykiem Vegą dla Onetu i ten z kolei mówi, że jego nowy film ma na celu pogodzenie dramatycznie rozbitego społeczeństwa.
     Moje dzieci były w tych dniach w Przemyślu i jakimś cudem natrafiły na idący przez miasto pochód, na czele którego szedł poseł Arłukowicz. Zapytałem syna, czy poza Arłukowiczemi jego znajomymi ktoś jeszcze w tym pochodzie szedł, a ten odpowiedział, że nie dość, że nikt, to jeszcze wyglądało na to, że poza nim nikt na tę nędzę nie zwrócił uwagi.  
      Przepraszam bardzo, ale o czym tu pisać?
      Pomyślałem więc, że wszystkich spragnionym bieżących komentarzy czytelników poproszę o jeszcze chwilę cierpliwości i pociągnę temat zespołu The Who. Pod wczorajszą notką pojawił sie komentarz miłośnika sztuki Pete’a Townshenda i jego kolegów, w której ten przedstawił mi listę piosenek zespołu, które jego zdaniem stanowią o jego wielkości. Posłuchajmy więc dziś zespołu The Who:



Było ostro? To prosimy dalej:



Jeszcze? Proszę uprzejmie. Oto, zdaniem Czytelnika, najlepsza wersja utworu „Pinball Wizard”:



       W tej sytuacji ja przedstawię kilka piosenek kilku zespołów o pozycji znacznie mniejszej od The Who, działających w tym samym okresie i w podobnej stylistyce, o których dziś mało kto pamięta. Najpierw The Kinks:



Teraz Troggs:



I jeszcze Troggs, gdyby ktoś myślał, że to jest tylko 'one hit wonder', jak The Who:



Lećmy dalej. The Animals:



Spencer Davis Group. Ktoś zna?



T-Rex?



Guess Who (sick!)



        Przepraszam bardzo, ale jaki ja mam intelektualny i estetyczny interes, żeby słuchać The Who?
        Ktoś powie, żebym się odpieprzył, bo skoro ktoś lubi piosenki The Who, to ma do tego prawo. Więcej, każdy ma prawo twierdzić, że wrzucone tu piosenki The Who są o niebo lepsze, niż owe pojedyncze, który podobają się mi. No i dobrze. Ale w takim razie, jak nie rozumiem, skąd u tych samych ludzi taka złość, kiedy ja powiem, że od The Who wolę Chochoły. Wolno mi, prawda?

        
      



niedziela, 21 lipca 2019

O filmach bez scenariusza, powieściach bez historii i piosenkach bez melodii


       Dzisiejszy tekst, tak akurat wyszło, najprawdopodobniej zainteresuje zaledwie małą część z nas, tę mianowicie która wśród swoich codziennych zajęć wymienia słuchanie muzyki, i to nie na zasadzie tak zwanego „niezbędnego szumu”, ale muzyki jako tego elementu naszego życia, bez którego byłoby nam równie pusto jak bez dobrego jedzenia, dobrej flaszki i dobrego towarzystwa. Ponieważ jednak, zanim osoby niezainteresowane będę zmuszony zaprosić na jutro, również dla nich mam pewną bardzo ciekawą historię. Otóż, jak niektórzy pewnie pamiętają, 10 czerwca byłem w Ludomach na uroczystości konsekracji kościoła, no a potem oczywiście wróciłem do domu. Opowiem trochę o powrocie. Otóż dzień był nadzwyczaj upalny, jeden z tych naprawdę upalnych czerwcowych dni, które wszyscy pamiętamy, siedziałem w pociągu z Poznania do Katowic, a ponieważ na trasie Poznań – Wrocław trwają tak zwane prace, pociąg posuwał się z prędkością 20 km/godz, a PKP udostępniły nam wagony z tych najgorszych, w pewnym momencie pomyślałem sobie, że jeśli nie sprawię sobie natychmiast jakiejś przyjemności, to zwyczajnie zejdę. A skoro tak, to wszedłem na Allegro i kupiłem sobie winylową koncertową płytę Led Zeppelin, o której istnieniu wcześniej nawet nie słyszałem. Z powodów tu nieistotnych doszło do nieporozumienia, co spowodowało, że człowiek który płytę mi sprzedał, do mnie zadzwonił, no i zaczęliśmy gadać. Ja zwykle nie reaguję na nieznane numery, a już z całą pewnością nie w sytuacji, gdy jadę pociągiem, na zewnątrz jest upał nie do wytrzymania, wszystkie okna są pootwierane i człowiek nawet nie słyszy własnego oddechu. No ale tym razem odebrałem, no i jak mówię, był to człowiek, który sprzedał mi tę płytę, a dzwonił, by wyjaśnić nieporozumienie. Ponieważ jestem osobą z natury uprzejmą, odpowiednio uprzejmie rozmawiałem z nieznajomym mi człowiekiem i kiedy już mieliśmy wrócić do swoich zajęć, on mi wyznał, że czyta mojego bloga, ma moje książki, no i w ogóle trzyma ze mną polityczną sztamę. Tak jak się jednak spodziewałem, w końcu też mnie poinformował, że gdy chodzi o książkę o muzyce, to ma swoje uwagi, a ja oczywiście od razu wiedziałem, że chodzi o The Who. No bo o cóż innego? O Metallicę? Nie żartujmy.
      W tym momencie osoby niezorientowane, o co chodzi w kilku ostatnich zdaniach, już pożegnam i będę kontynuował temat. Ale najpierw wrócę do wspomnianej książki. Otóż jest tam rozdział, w którym absolutnie szczerze, uczciwie i z pełnym przekonaniem, że mam rację, stwierdziłem, że dla wielu jak najbardziej kultowy zespół The Who to nędza, która choćby takim naszym Chochołom nie dorasta do pięt. O co mi chodziło? Naprawdę o nic wielkiego. Chciałem tylko zwrócić uwagę na to, że podczas gdy Chochoły zaśpiewały pięć fajnych piosenek: „Szpilki”, „Tak mi źle”, „Zaimki”, „Naście lat”, „Amor a kysz”, to The Who może się pochwalić wyłącznie jedną, a mianowicie „My Generation”. Do dziś jestem głęboko przekonany, że pomijając mój dawny tekst o Wołyniu, żadne wypowiedziane przeze mnie słowo nie wywołało w stosunku do mnie podobnej fali niechęci, no i to pewnie przez tamto doświadczenie, kiedy odbywałem rozmowę z moim nowym znajomym, od razu wiedziałem, że musi chodzić o te Chochoły i to The Who.
       Od tamtego czasu upłynął już grubo ponad miesiąc, ja zdążyłem kupić kilka kolejnych płyt, z których jestem nadzwyczaj zadowolony, no a co najważniejsze, zdążyliśmy się  jakoś tam zaprzyjaźnić, przynajmniej do tego stopnia, że gadamy sobie przez telefon i planujemy spotkanie. Rozmawialiśmy też wczoraj, no i wreszcie zeszło na to nieszczęsne The Who. Ponieważ ja się upierałem, że mamy do czynienia z kompletnym nieporozumieniem, mój nowy znajomy poprosił mnie, bym sobie posłuchał koncertu The Who z Leeds, bo wtedy dopiero zrozumiem, jak fatalnie sie pomyliłem, stawiając nad nimi nasze polskie Chochoły. Wysłuchałem więc owego koncertu i muszę przyznać, że oni faktycznie grają najlepiej. Ja naprawdę dawno nie słyszałem – nie wyłączając z tego nawet mojego ulubionego Led Zeppelin – rockowego grania o takim poziomie energii i profesjonalizmu. Tam zwyczajnie nie da się włożyć szpilki. Jedyny problem jest w tym, że poza wspomnianym wcześniej „My Generation”, z powodów dla mnie oczywistych, rozciągniętym do nieznośnych piętnastu minut, nie ma nic. Ani jedna z tych piosenek, nie dość że nie jest kompletnie do zapamiętania, to w dodatku podczas samego słuchania nie wywołuje jakichkolwiek emocji. Rozmawialiśmy dość długo i w pewnym momencie zeszliśmy na Beatlesów, Roda Stewarta i innych wielkich artystów muzyki pop. Doszliśmy do porozumienia w tym, że Paul McCartney jest wybitnym – kto wie, czy nie jednym z najwybitniejszych – gitarzystą basowym, a Ringo Starr podobnie wybitnym perkusistą; przyjęliśmy wspólnie za fakt, że Black Sabbath, Colosseum, czy Ten Years After, to wspaniali muzycy. Ja jednak przez cały ten czas miałem w głowie myśl, że choć to wszystko prawda i to prawda bardzo istotna, najważniejsze jest to, że oni, poza muzycznym profesjonalizmem, pozostawili po sobie piosenki. A gdyby nie te piosenki, to oni cały ten swój kunszt mogliby wsadzić sobie w nos.
      Na prośbę mojego nowego kolegi wysłuchałem koncertu The Who z Leeds i z tym samym przekonaniem co wcześniej będę powtarzał: ONI NIE MAJĄ PIOSENEK. A skoro tak, to oni są jak film bez scenariusza, książka bez historii, spotkanie bez towarzystwa. Pisałem o tym w swojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, a tu tylko przypomnę. Były jeszcze lata  60, wróciłem do domu ze szkoły, wszedłem do pokoju, a na stole leżał odpakowany częściowo z szarego papieru „Dziwny jest ten świat” Niemena. Ja tego widoku i tej atmosfery nie umiem zapomnieć do dziś. Ale jest coś więcej. Do dziś pamiętam każdą z tamtych piosenek. Zgoda. „My Generation” jest lepsze, ale na tym koniec.
      Napisałem mu o tym i ciekawy jestem co mi odpowie, póki co jednak, ja mam coś do powiedzenia. Otóż jest w Warszawie na ulicy Nowogrodzkiej sklep muzyczny o nazwie Megadisc, gdzie można kupić muzykę o jakiej miłośnikom tak zwanego „grania” się nie śniło. Właściciel sklepu, pan Jacek Leśniewski, to człowiek – ilu takich zostało w naszych sparszywiałych czasach – który żyje tym co robi i żyje tym bez jakichkolwiek kompromisów. Siedzę nad płytami, które od niego kupiłem, głaszczę te okładki, wchłaniam ich zapach, no i słucham tej muzyki, o której istnieniu nawet nie miałem pojęcia i myślę sobie, że powinienem się tymi wrażeniami podzielić. Co tym samym czynię.


     

sobota, 20 lipca 2019

Gdy media są w rękach cwanych bałwanów


Dzień się zaczyna tak pięknie, że nie pozostaje mi nic innego jak machnąć ręką na produkowanie kolejnego felietonu, a zamiast tego przedstawię swój najnowszy tekst dla „Warszawskiej Gazety”. Z wciąż pozostającym pytaniem: Czemu to tylko ja?    

       Oto popularny dziennikarz Robert Mazurek skierował na łamach „Rzeczpospolitej” do szefowej Wiadomości TVP Danuty Holeckiej list otwarty, w której zarzucił jej, że uprawiana przez nią propaganda od czasów Stanu Wojennego różni się jedynie tym, że dziś dziennikarze nie są przebrani za żołnierzy. List Mazurka wywołał pewne poruszenie, nie tyle ze względu na swoją treść – bo ta była równie idiotyczna jak wszystko to co słyszymy z ust prominentnych przedstawicieli tzw. „totalnej opozycji” – ale przez fakt, że Mazurek dotychczas uchodził za dziennikarza związanego z prawicą i jego wystąpienie rzeczywiście zabrzmiało mocno fałszywie.
       Gdybym miał dyskutować z Mazurkiem, to nie wchodziłbym w merytoryczną polemikę, ale zwrócił uwagę na fakt, że gdy ktoś, kto od dobrych dwudziestu lat tkwi w centrum najbardziej bezczelnej politycznej propagandy, nagle unosi się oburzeniem na ową propagandę właśnie, to to jest wydarzeniem, a nie jakieś tam cwaniactwa Jacka Kurskiego i jego ludzi.
       No ale ponieważ tam gdzie wypadałoby splunąć, należy rozmawiać, chciałbym dodać i swój głos do zainicjowanej przez Mazurka krytyki publicznych mediów. Nie chodzi mi jednak o to nieznośne wręcz judzenie, z którym mamy do czynienia na co dzień, dokładnie tak samo długo, jak długo częścią tej branży jest Robert Mazurek, bo, szczerze mówiąc, tę część całego przedsięwzięcia uważam za jedyną możliwą, natomiast to co mnie autentycznie doprowadza do cholery to intelektualny poziom prezentowany przez kolegów Mazurka, w tym również tych, z którymi on przez wiele lat bez mrugnięcia okiem i z pełnym zaangażowaniem współpracował.
       Oto obejrzałem dziś kolejne wydanie propagandowej audycji TVP, „W tyle wizji”, którego gospodarzami byli Stanisław Janecki i Dorota Łosiewicz z macierzystego dla Mazurka tygodnika „Sieci” i proszę sobie wyobrazić, że jak długo żyję, z tego co odstawiła na wizji wspomniana Łosiewicz, nie miałem okazji nawet sobie wyobrazić.
       Najpierw red. Łosiewicz zaczęła dumać, ile tak zwanych „jedynek” zażyczył sobie PSL w negocjacjach z Platformą Obywatelską: czy było ich 200, czy 20? Ostatecznie, red. Janecki wyjaśnił Łosiewicz, że oczywiście 20. Po chwili, kiedy tematem audycji stała się 50 rocznica startu pierwszej misji na Księżyc, Łosiewicz zakomunikowała, że od czasu jak Neil Armstrong postawił swoją stopę na powierzchni Księżyca, „nie udało się tego osiągnąć nikomu”. Tu również Janecki poczuł się w obowiązku ją poprawić. Nie minęło kilka minut, jak red. Łosiewicz z autentycznym wzruszeniem ogłosiła, że dziś już trwają zapisy na prywatne loty na Księżyc i cena biletów sięga „8 tys. funtów”. No i tu znów Janecki poprawił ją, że nie osiem, ale osiemset, i tak ostatecznie owa audycja dobiegła ostatecznego końca.
       A ja się już tylko zastanawiam, jak oni – w tym ów red. Robert Mazurek – wyobrażają sobie, że to wszystko uzyska kształt, o jakim wszyscy marzyliśmy, kiedy problem polega na tym, że osobami za to odpowiedzialnymi są zwykli głupcy.



Zachęcam oczywiście niezmiennie do kupowania moich książek. Wszystkie te które jeszcze się nie sprzedały są dostępne w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie proszę pisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com.




piątek, 19 lipca 2019

Co wyborcy Magdaleny Adamowicz sądzą o wieczności?


      Myślę, że stałych czytelników tego bloga nie muszę przekonywać, że wśród wielu rzeczy które mnie w jakimkolwiek stopniu interesują, być może na ostatnim miejscu znajduje się to, kto jaki posiada majątek, a tu również myślę o politykach, co do których mam niezmienne przekonanie, że nie po to oni szli w tę branżę, żeby dziadować. I oczywiście, nie zmienia faktu to, że jest coś naprawdę szczególnego w tym, że milionerami stają się ludzie, którzy poza zadawaniem szyku w tym czy innym towarzystwie, nie zhańbili się jakimikolwiek talentami, ani nawet jakąkolwiek pracą. Mam już swoje lata i wiem, że wolny rynek to pojęcie naprawdę szerokie, a mi nic do tego.
      Nie wiem więc za bardzo dlaczego, kiedy dziś zostały ujawnione majątki świeżo-wybranych europejskich parlamentarzystów, zainteresowało mnie bardzo oświadczenie majątkowe złożone przez Magdalenę Adamowicz, wdowę po zamordowanym prezydencie Gdańska. Oczywiście, ona nie jest, i, jak się zdaje, nigdy nie była politykiem, więc dobrze by było wiedzieć, skąd ona to wszystko ma. Ktoś powie, że odziedziczyła po zmarłym mężu, który w polityce robił przez długie lata. I ja to rozumiem. Adamowicz robił co robił, żył jak żył, więc dziś trudno by jego żona i dzieci nie miały z tego korzystać. Nie trzeba w końcu daleko sięgać, by przyjrzeć się finansowej sytuacji prominentnej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, Doroty Arciszewskiej-Milewczyk, która po śmierci swojego męża-biznesmena – i to biznesmena na skalę światową – zdecydowała się żyć z odziedziczonym po nim majątkiem równym zadłużeniu i, jak widzimy, radzi sobie z tym – w odróżnieniu od wielu swoich współobywateli – znakomicie i to znów nie jest nasza sprawa.
        No więc, przyjmujemy z dobrodziejstwem inwentarza wiadomość, że Magdalena ze swoimi córkami – to jest wbrew pozorom element nadzwyczaj istotny – podobnie jak posłanka Milewczyk, wszystko zawdzięcza talentom męża. I że to jest sytuacja normalna. Spójrzmy jednak przez chwilę na oświadczenie majątkowe Adamowicz:
- środki pieniężne zgromadzone w walucie polskiej: 176,185,91 zł;
- środki niepełnoletniej córki zgodnie z załącznikiem;
- papiery wartościowe: 157,529,75 zł, 35,328,47, 41,858,39;
- mieszkanie z połączonych technicznie dwóch lokali (2KW) oraz miejsce w hali garażowej: 499 tys. zł oraz 410 tys. zł. (pozostałe mieszkania w załączniku);
- Działka niezabudowana: 180,000 zł, 150,000 zł, 45,000 zł;
- 30400 akcji w PZU oraz 1500 w KGHM;
- członkostwo w radzie nadzorczej TRANSREM sp. Zoo, Gdańsk: wynagrodzenie netto 22,487,32 zł.;
- umowa o pracę Uniwersytet Gdański, AWF FiS, członkostwo w radzie nadzorczej: 118,789 zł. netto;
- dochody z najmu: 110,992 zł.
      No i czas na zobowiązania:
- własny kąt hipoteczny w PKO BP, do spłaty 505,754,00 zł.;
- kredyt hipoteczny MAL BAZA 365 [??? – moje], do spłaty 314,260 zł.;
- kredyt hipoteczny MAL BAZA 365 [????? - moje]: 98,418 zł.
      W czym rzecz? Otóż wbrew pozorom, nie w tym że ta straszna kobieta aż tak nieroztropnie zdecydowała się żyć na krawędzi. Jej los, szczerze powiedziawszy, jest mi obojętny. Mnie interesują tylko dwie rzeczy. Pierwsza to taka, co to za cholera ta MAL BAZA i dlaczego nikt nie uznał za stosowne mi tego wytłumaczyć. A druga, kiedy już się dowiem, co to ta takiego, może ktoś mi odpowie na pytanie, co się porobiło w głowach aż tylu mieszkańców Gdańska i okolic, że my się dziś musimy zajmować czymś tak małym?




środa, 17 lipca 2019

Czy powinniśmy dziękować Bogu za Internet?


      Miałem na dziś nieco inne plany, jednak z samego rana trafiłem na Twitterze na coś takiego że już nie umiałem się oderwać. Przedstawiam Państwu internautkę Adrianę Borowiecką:
       Kaczyński umiera. Ale na screenie jest w linku, że dziada chcą pochować jakże by było inaczej na Wawelu. Jakby skurwysyn się czymś zasłużył z bratem. Wypieprzyć obu z Wawelu plus żoneczkę Maryśkę K.
       Mamy więc ten tekst, poniżej zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego, jeszcze niżej informację podaną przez portal o nazwie wieści24.pl, że ów Kaczyński jest śmiertelnie chory na raka, no a dalej już sama dyskusja, a w niej nasi i nie nasi, a wszyscy najwyraźniej gotowi do tego, by w odpowiednio godny sposób rozpocząć nowy dzień. Na bandę tych satanistów machnę jednak ręką, a zajmę się wyłącznie prawdziwymi polskimi patriotami. Spójrzmy przez chwilę:
 Kobietą jesteś, ale chętnie bym ci pizdnął w ryj”;
Stara i paskudna ździra z ciebie,brzydsza niż kwit na węgiel”;
Skurwysyn to cię spłodził, a potem inny wyruchał w dupę”;
Chyba Ci tłuszcz padł na mózg. Tłuszcz z dupy”;
Ty szmato podła jeszcze nie zdechłaś????? Jak śmiesz życzyć śmierci????? Ile ci zarazo czerwona płacą za to hejtowanie?????”;
Nie dość że tępa ameba to jeszcze kurewsko brzydka”;
Powiem ci coś ADA. Patrzę na Twój tweet i zerkam na twój tłusty leb to nie jestem zdziwiony że zamiast mózgu który służy do myślenia masz pod czaszką około 1kg gówna. Jeśli ktoś pisze takie rzeczy to zawsze zadaje pytanie GDZIE TY SIĘ WYCHOWAŁAŚ?? W BURDELU??”;
Ciebie stara kurwo widocznie nikt przez całe życie dobrze nie wypieprzył - co zresztą nie dziwi, mało kto lubi głupa rżnąć - przez to tak ci jad ostatnie czynne komórki we łbie wyżera”;
Co za kurwisko nienawistne”;
I kto to pisze? Jakaś ubecka qrwa? Ty suko jesteś tak samo głupia jak brzydka i gruba?”;
Zamknij dupę gruba raszplo”;
Spierdalaj do Mcdonaldsa na burgera gruby trolu”;
Tłusta szmata idż się wykręć”.
Jeny, takie słowa z tak paskudnej mordy. Utkaj dziurę ulańcu. Zabłysnąć możesz jedynie na TT takimi wstawkami zbierajac watpliwy poklask od oszołomow twojego pokroju. I cyk - zgłoszonko. Wypierdalaj do warzywniaka po pietruszkę za 20 zeta”.
      O co chodzi? No, niestety, o to, co zawsze. A więc przede wszystkim mój kłopot polega na tym, że niemal wszystkie wyżej zacytowane wypowiedzi są oznaczane albo orłami w koronie, albo biało-czerwonymi flagami, albo czerwoną liczbą 100 dla oznaczenia roku polskiej niepodległości. A więc mamy tu niemal wyłącznie nadzwyczaj zaangażowanych w polskie sprawy patriotów, a więc ludzi, na których wszyscy tak bardzo liczymy. Ale prawdziwy kłopot polega na tym, że tam są oczywiście dwie strony i druga, tu nie cytowana, jeśli w czymś od naszej odstaje, to wyłącznie w tym, że częściej wspomina o śmierci. Co to oznacza? To mianowicie, że na poziomie tak zwanego politycznego sporu mamy poziom emocji, z którym chyba jednak już sobie nie poradzimy.
       Ktoś powie, że to jest tylko Internet i to w dodatku w swoim wyjątkowo paskudnym wydaniu; że biorąc pod uwagę fakt, iż połowa społeczeństwa w ogóle nie interesuje się polityką, a zdecydowana jego część nie ma nawet pojęcia, co to takiego ten cały Twitter, to mamy do czynienia z niszą niszy niszy. I to jest prawda. Ten syf, który się tam kotłuje to tak naprawdę ułamek procenta, który w żaden sposób nie odzwierciedla prawdziwego stanu rzeczy. Jest też całkiem możliwe, że większość z ludzi, o których rozmawiamy, to tak naprawdę nasi sąsiedzi, na co dzień ani trochę mniej mili i życzliwi od nas samych. I, powtarzam raz jeszcze, to wszystko jest bardzo możliwe. Dziś jednak myślę o tym, co Jarosław Kaczyński powiedział niedawno na którymś z przedwyborczych pikników, że powinniśmy wreszcie złożyć broń i zacząć żyć w jakiejś tam zgodzie. Ja wiem, że on doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że to jest nie do wykonania i jego słowa mają wymiar wyłącznie propagandowy, no ale zakładając, że gdzieś tam w czyichś marzeniach faktycznie pojawia się obraz owej zgody, to właśnie opisana dziś przez mnie wymiana pokazuje bardzo wyraźnie, że to są marzenia ściętej głowy – oczywiście najchętniej głowy tej „pizdy”, czy „chuja” po drugiej stronie.
      Wczoraj zajmowaliśmy się tutaj Robertem Mazurkiem i jego krytyką publicznej telewizji i uprawianej przez nią propagandy, której poziom jego zdaniem stanowi nie mniejsze zagrożenie niż narkotyki i pornografia. W pewnym momencie, w swoim tekście Mazurek jednak woła: „O dzięki Ci Boże za Internet!”, co jak rozumiem stanowi wyraz satysfakcji, że w tym ciężkim starciu czystego zła, nie jesteśmy zdani wyłącznie na telewizję. No więc bardzo proszę, mamy też Internet i już chyba pewność, że jeśli za coś powinniśmy dziękować Panu Bogu, to akurat zdecydowanie bardziej za telewizję, choćby i tę kierowaną przez Jacka Kurskiego, niż za Internet. Bo choć oczywiście to całe nieszczęście zaczyna się na szczeblach znacznie wyższych niż twitterowe konta jakichś wariatów, to właśnie tu możemy je ujrzeć w wersji HD i we wszystkich kolorach tęczy. I to tu w Internecie właśnie znajdziemy odpowiedź na klasyczne już pytanie: Kiedy będzie lepiej?


   

wtorek, 16 lipca 2019

Obrazek z doliny nicości


       Jak niektórzy z nas już wiedzą, popularny dziennikarz Robert Mazurek na łamach „Rzeczpospolitej” opublikował list otwarty do szefowej „Wiadomości TVP” Danuty Holeckiej, w którym zasugerował, że propagandowa bezczelność kierowanej przez nią audycji wymaga już tylko tego, by zatrudnieni tam dziennikarze zostali przebrani w mundury Ludowego Wojska Polskiego. Przeczytałem ten list i przyznaję, że w pierwszej chwili dostałem takiej cholery, że chciałem Mazurka wdeptać jak najbardziej merytorycznie w ziemię, jednak po pewnym zastanowieniu uznałem, że dam sobie spokój. Człowiek bowiem, który od lat stanowi wręcz jądro tego nieszczęścia jakie są polskie media i nagle, ni stąd ni zowąd, zaczyna się ustawiać w pozycji jedynego sprawiedliwego, nie zasługuje na nic więcej, jak, wspominany tu już parokrotnie szlag w łeb zdechłym kurczakiem. A ja ten własnie gest zamierzam w stosunku do niego dziś wyegzekwować.
      Zanim jednak przejdę do rzeczy muszę wrócić do czasów, kiedy to powstawała moja książka, w której zamieściłem swoją korespondencję ze śp. Zytą Gilowską. Otóż, jak chyba wszyscy rozumiemy, zanim zdecydowaliśmy się ją ostatecznie wydać, musiałem zwrócić się z prośbą o zgodę do męża pani premier, Andrzeja Gilowskiego. Ten początkowo prosił, by tych listów nie publikować, a wśród wymienionych przez niego powodów szczególne wrażenie zrobił list, w którym pani premier odniosła się do sytuacji, jaka miała miejsce w TVP, kiedy to jej szefem był Bronisław Wildstein, a owej sytuacji głównym aktorem był brat naszego dzisiejszego bohatera, Roberta Mazurka. Obawiał się mianowicie pan Gilowski, że ujawnienie tego listu może się źle przysłużyć staraniom Rodziny, by dla upamiętnienia tak wielkiej postaci, jaką była prof. Gilowska, założyć fundację jej imienia i zdobyć dla niej patronat Prezydenta RP.
      Ktoś zapyta, co ma Robert Mazurek, do swojego brata, jego brat do Wildsteina i wreszcie, co ma do tego wszystkiego prezydent Duda. Otóż sprawa, wbrew pozorom, jest bardzo prosta. Otóż, jak mi relacjonował pan Gilowski, prezydent Duda właśnie przyznał Wildsteinowi jakiś poważny order, no i państwo Gilowscy obawiali się, że skoro ci dwaj są w takiej komitywie,  to jeśli rodzina Zyty Gilowskiej, która, jak się nagle okazuje, brzydko się wypowiedziała na temat Wildsteina, zgłosi się nagle do Prezydenta z prośbą o patronat, to ten im go zwyczajnie nie udzieli. Wtedy własnie użyłem wobec pana Gilowskiego argumentu, który tu lekko może sparafrazuję:
      Proszę Pana, pochował pan właśnie swoją żonę, kobietę na której pogrzebie byli jednocześnie Prezydent RP, Premier Rządu RP oraz prezes rządzącej partii. Proszę mi w tej sytuacji powiedzieć, kto jest w stanie cokolwiek zrobić przeciwko tej pamięci?
      I proszę sobie wyobrazić, że pan Gilowski w tym momencie powiedział: „Zgoda”.
     Myślę, że teraz jest dobry moment na to, by zacytować list prof. Gilowskiej, który wywołał wspomniany niepokój:
      Drogi Panie Krzysztofie!
      Tak jest, tak trzymać! I nie puszczać! Nicować tę nicość aż do kości.
      Bo to jest nicość. Kupiłam to dzieło [
mowa o książce Bronisława Wildsteina „Dolina nicości” – przyp. mój] i przeczytałam, w pierwszej chwili pomyślałam, no cóż - wprawdzie grafomania, ale dobrze motywowana. Jednak tylko w pierwszej chwili, przez kilka minut.
      Do mojego popsutego (przez medycynę, geny mam dobre) zdrowia musi się Pan przyzwyczaić, bo lepiej nie będzie. Ale może zdążymy jeszcze wspólnie coś zrobić? Jak Bóg da.
      A teraz opowiem Panu anegdotkę. W MF zastałam w charakterze rzecznika prasowego bezczelnego młodziana bez wykształcenia i manier, przyjętego przez moją poprzedniczkę („to brat Roberta Mazurka”) w skład tzw. gabinetu politycznego, co niebywale ułatwiło szybkie rozstanie, ponieważ owe gabinety rozwiązują się automatycznie wraz ze zmianą osoby ministra. Otóż ten młodzian najpierw wpakował mnie na „minę” (miał dużo mniej wyczucia ode mnie) a potem nawet mnie straszył i groził mi jakimiś bliżej nieokreślonymi retorsjami. Smarkacz groził wicepremierowi przy świadkach i mimo to (sić!) jeden z ministrów przyjął go na trochę do swojego działu prasowego, a potem wylądował u Wildsteina w TVP na jakieś pół roku. Kiedy Wildstein odchodził z TVP, to tym chłopakom (między innymi owemu „bratu”) zapewnił kolosalne odprawy jako kompensatę utraconych zarobków, ponieważ byli to „specjaliści rynkowi”. Wówczas poprosiłam Mariusza Kamińskiego (CBA) na rozmowę i zapewniłam Go, że to nie żadni fachowcy, a przykładowo „ten mój” to zwykły miglanc i dyletant, więc ofiarowanie mu pół miliona złotych (500 000 zł) odprawy z państwowej firmy jest złodziejstwem. Dałam to na piśmie - na papierze Ministra Finansów - skierowanym do Szefa CBA.  Mariusz Kamiński chyba nie zdążył nic z tym zrobić, ale jego następca z całą pewnością ten papier znalazł (wcale się nie ukrywałam) i po-pokazywał. I co? I nico. I to jest obrazek z doliny nicości, prawda?
      Serdecznie pozdrawiam,
      Zyta Gilowska
      Gdyby ktoś liczył w tym momencie na jakikolwiek komentarz, to przepraszam, ale poza zwróceniem uwagi na to, że oto dziś, w pewnym sensie jeden z bohaterów tego przekrętu, Robert Mazurek, unosi się nagle moralnym oburzeniem wobec zła, z którym ani on, ani jego żona, ani – tak tak – jego dziecko nie mogą sobie poradzić, nie powiem już nic więcej na ten temat.
       I chętnie bardzo skończę już ten tekst, który, przyznaję, jest mi bardzo niemiły, zwracając uwagę na dwie rzeczy. Moja książka ostatecznie okazała się wcale nie tak niebezpieczna, jak początkowo obawiała się rodzina Zyty Gilowskiej, a to z tego powodu, że przez te wszystkie miesiące, kiedy była ona jeszcze dostępna, pies z kulawą nogą się na jej temat nie zająknął. Gdyby nie ten blog i starania Gabriela Maciejewskiego z wydawnictwa Klinika Języka, ona by już dziś dawno została skutecznie przemielona, tak jak miliony ton innych książek zalegających magazyny w całej Polsce. Dziś jej nakład jest wyczerpany, natomiast tu raz jeszcze się okazuje, że towarzystwo ma się nadzwyczaj dobrze.
      Ale jest coś co robi wrażenie być może jeszcze większe. Otóż z tego co widzę, fundacja o jakiej myślała rodzina pani profesor Gilowskiej ostatecznie nie powstała. Ciekawe dlaczego?
      I jeszcze coś. Ktoś pewnie zapyta, po ciężką cholerę ja dziś postanowiłem ujawnić coś, co powinno było zostać tajemnicą. Otóż powód jest jeden. Jestem mianowicie pewien, że to iż dziś stoimy przed wielką szansą ostatecznego odebrania władzy tej czarnej zarazie, która dręczy Polskę od dziesięcioleci, zawdzięczamy w dużym stopniu Jackowi Kurskiemu i Danucie Holeckiej. Ja o nich osobiście mogę sobie myśleć różnie, faktem jest jednak to, że gdyby nie ich determinacja, to my byśmy tego ataku nie przetrwali. I w tej oto sytuacji przychodzi Robert Mazurek i, tak naprawdę w imieniu tych co szczęśliwie przegrali, prosi nas o to, byśmy byli bardziej mądrzy, kulturalni i eleganccy. W imieniu prof. Zyty Gilowskiej pragnę Wam wszystkim powiedzieć: Idźcie w cholerę.




Ponieważ, jak już wspomniałem, książka z listami od śp. Zyty jest już niedostępna, nie będę zachęcał do je kupowania. Jest oczywiście pewna szansa, że Gabriel zarządzi jakiś drobny dodruk, ale póki co, trzeba było się wykazać większym refleksem. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z nas wyciągną z tego naukę. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com
      



poniedziałek, 15 lipca 2019

Let's sing along with John, Paul, George and Ringo


      Są dwa powody, dla których zdecydowałem się dziś nie dzielić świeżymi refleksjami, ale przedstawić Państwu jeden z rodziałów z mojej książki o cieniach na SS Mantola.  Pierwszy jest taki, że z powodu różnych zajęć, faktycznie nie dałbym rady napisać nic nowego, a drugi, że słuchałem ostatnio różnych piosenek Roda Stewarta i pomyślałem sobie, że poza Beatlesami nie ma nikogo o tak wielkim dorobku, gdy chodzi o liczbę popularnych przebojów. Nikt poza tymi dwoma nie jest w stanie tak bogato wypełnić porządnej playlisty, w taki sposób by starczyło na kilka godzin, i żeby to jednocześnie były melodie, które da się zwyczajnie śpiewać. Przypomniałem więc sobie, przy okazji tego Stewarta, Beatlesów, a wraz z nimi rozdział z mojej książki o języku Imperium. No a zatem zapraszam do czytania, no i oczywiście zachęcam do tego, by tę książkę kupować i czytać. Najprościej będzie napisać do mnie na adres k.osiejuk@gmail.com. Naprawdę warto.

       Znałem w życiu dwie osoby, które nauczyły się płynnie posługiwać językiem angielskim i w mowie i w piśmie, ucząc się całkowicie samodzielnie i w praktyce nie korzystając z jakichkolwiek lekcji. Pierwszą z nich był kolega ze studiów, który nie miał języka angielskiego ani w szkole, ani nie uczył się na kursach, ani prywatnie, a wszystko czego się na jego temat dowiedział, to oglądając filmy, słuchając piosenek, a przede wszystkim czytając brytyjską prasę, która wbrew pozorom była w tamtych czasach jak najbardziej dostępna w tak zwanych Klubach Międzynarodowej Prasy i Książki, czyli krótko mówiąc dzisiejszych Empikach. A więc, jak nam sam opowiadał, czytał on jak opętany te gazety, tłumaczył sobie z nich każde słowo, no i w końcu uzyskał taki poziom, że został przyjęty na filologię angielską tu niedaleko w Sosnowcu, a trzeba wiedzieć, że w tamtych latach była to sztuka  wymiarze wyznaczanym przez studia medyczne.  Druga ze wspomnianych osób, to moja młodsza córka, która wprawdzie miała angielski w szkole, jednak na poziomie takim, że równie dobrze moglibyśmy o tym nie wspominać. Co ciekawe, nie uczyła się angielskiego w domu, raz że ja osobiście nigdy nie widziałem możliwości, by uczyć własne dziecko, a dwa, że, wbrew temu, co niektórzy sądzą, my tu po angielsku ani nie rozmawiamy ani w ogóle ten temat w życiu rodzinnym aż tak często się nie pojawia. Jak to więc się stało, że ona dziś z angielskiego jest naprawdę dobra? Otóż w jej akurat wypadku zadziałało wyłącznie słuchanie piosenek i uczenie się na pamięć tych tekstów. Oczywiście, ona musi mieć bardzo szczególne językowe ucho, oraz pamięć, niemniej fakt jest faktem: to co ona dziś niewątpliwie uzyskała, zawdzięcza niemal wyłącznie tym piosenkom.
      Kiedy myślę o tych kilku pozaakademickich sposobach uczenia się języka, a więc czytaniu gazet, oglądaniu filmów, oraz słuchaniu piosenek, odnoszę wrażenie, że dziś już właściwie pozostaje nam tylko ten film. Czemu tak? Sprawa jest prosta: gazety są tak stare jak tamten świat, który już jest dawno za nami, a więc nie jesteśmy nawet sobie w stanie wyobrazić, by któreś z naszych dzieci, czy nawet my sami, nagle kupowali „Daily Mirror”, czy „International Herald Tribune” - a to się wówczas najczęściej czytało - by potem ślęczeć nad tymi zdaniami ze słownikiem. Podobnie niestety jest z piosenką. Wprawdzie ich jest wokół cała masa, niemal wszystkie, nawet jeśli wykonywane przez Duńczyków, czy Belgów w języku angielskim, w swojej znacznej większości w najmniejszym stopniu nie spełniają swojej edukacyjnej roli. Wiąże się to głównie z tym, że akurat tam śpiewany tekst był od zawsze zaledwie  pretekstem do tego, by publiczność mogła się słuchając i tańcząc, również wesoło bawić, podśpiewując sobie w rytm melodii. W efekcie, teksty, których moglibyśmy się nawet nauczyć na pamięć, to często nie są nawet pełne zdania, lecz jakieś skrawki luźnych obrazów bez treści. I niech się nam nie wydaje, że ta prawda dotyczy tylko sztuki z naszego punktu widzenia niższej. Proszę choćby rzucić okiem na znakomitą przecież i w jak najbardziej znakomitym wydaniu piosenkę, przy której w dodatku możemy się znakomicie bawić, a mianowicie „Sweet Dreams” zespołu Eurythmics:
Sweet dreams are made of this
Who am I to disagree?
I travel the world
And the seven seas,
Everybody's looking for something.
Some of them want to use you
Some of them want to get used by you
Some of them want to abuse you
Some of them want to be abused.
      A dalej? Dalej jest już tylko gorzej:
Hold your head up
Keep your head up, movin' on
Hold your head up, movin' on
Keep your head up, movin' on
Hold your head up
Keep your head up, movin' on
Hold your head up, movin' on
Keep your head up, movin' on
      Przepraszam wszystkich bardzo, ale to od tego już lepsza jest “Autobiografia” Perfectu. Przynajmniej gdy chodzi o naukę języka. I to jest bardzo wielka szkoda, bo kiedy sobie przypominam choćby to jak ja sam znałem na pamięć piosenki Beatlesów, Roda Stewarta, Genesis, Dylana, czy, dużo później już The Smiths, to dziś wiem, że ten pociąg już odjechał, a następnego już nie będzie. Popatrzmy choćby na Beatlesów i zauważmy, że tu nie tylko są porządne zdania, ale najbardziej podstawowa gramatyka:
When I get older losing my hair
Many years from now
Will you still be sending me a Valentine
Birthday greetings bottle of wine
If I'd been out till quarter to three
Would you lock the door
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
You'll be older too
And if you say the word
I could stay with you
I could be handy, mending a fuse
When your lights have gone
You can knit a sweater by the fireside
Sunday mornings go for a ride
Doing the garden, digging the weeds
Who could ask for more
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
Every summer we can rent a cottage
In the Isle of Wight, if it's not too dear
We shall scrimp and save
Grandchildren on your knee
Vera, Chuck and Dave
Send me a postcard, drop me a line
Stating point of view
Indicate precisely what you mean to say
Yours sincerely, wasting away
Give me your answer, fill in a form
Mine for evermore
Will you still need me, will you still feed me
When I'm sixty-four
      Czemu wybrałem akurat tę piosenkę? Otóż dlatego, że tu jest praktycznie wszystko. I zdania warunkowe, i konstrukcje imiesłowowe, i czasowniki modalne, i Present Perfect i Past perfect, no i - last but not least - tak nieprawdopodobnie bogate słownictwo. Proszę sobie więc wyobrazić teraz ucznia, który słuchając tej piosenki wielokrotnie, w końcu zna ją na pamięć i w efekcie nie jest wręcz w stanie zrobić tak powszechnie występującego błędu jak na przykład „When I will have sixty four years”, a już jako czysty zysk zna na pamięć zwroty takie jak „Who could ask for more?”, „Drop me a line”, czy „If it’s not too dear”.
       A przecież to jest zaledwie jedna z setek podobnie pożytecznych piosenek, nie tylko zresztą Beatlesów.
      Ja wiem oczywiście, że to co tu piszę, jest zarówno nauczycielom, jak i uczniom jak psu na budę, więc te uwagi mogą wyłącznie służyć jako być może ciekawa refleksja na temat świata, któryśmy znacznie przegonili, ale popatrzmy jeszcze na coś, co nie jest tak stare jak Beatlesi, ale i tak należy do świata który minął. Fragment piosenki REM „Losing My Religion”:
That's me in the corner
That's me in the spotlight
Losing my religion
Trying to keep up with you
And I don't know if I can do it
Oh no, I've said too much
I haven't said enough
I thought that I heard you laughing
I thought that I heard you sing
I think I thought I saw you try
Every whisper
Of every waking hour
I'm choosing my confessions
Trying to keep an eye on you
Like a hurt lost and blinded fool, fool
Oh no, I've said too much
I set it up

       Tu oczywiście nie ma zbyt wiele rzucającego się w oczy sensu, o który warto by się było bić, jednak spójrzmy, ile tu konstrukcji, które jeśli zapadną nam w pamięć, potrafią się naprawdę przydać. Choćby to „I heard you laughing” i chwilę później „I heard you sing”. Daję słowo, że na empikowych kursach tego nas nikt nie nauczy. Dlaczego? Bo ci którzy tam uczą, w najlepszym wypadku słuchają Moniki Brodki. W najlepszym.


            .