wtorek, 31 grudnia 2019

Do siego roku, czyli jak tu przeżyć jeszcze paru...


       Przyszedł wczoraj na chwilę do nas mój zięć i nie wiedzieć czemu z miejsca zadał mi pytanie o opinię na temat mijającego roku. Na to ja mu, również z miejsca, odpowiedziałem, że skoro przyszły nam na świat dwie śliczne i zdrowe dziewczynki, sprawa jest chyba dość jasna. On na to, ponieważ, jak sądzę, miał ochotę trochę ponarzekać, nieco zmarkotniał, uczciwie jednak przyznał, że skoro ja wystrzeliłem z aż tak grubej rury, to nie mamy co dalej gadać. Na to ja mu dołożyłem jeszcze fantastyczną pierwszą połówkę sezonu Liverpoolu i zwycięstwo wyborcze Prawa i Sprawiedliwości i w tym momencie nasze podsumowywanie roku się zakończyło moim pełnym zwycięstwem.
       A szkoda, bo jeśli by dobrze poszukać, to znalazłoby się parę powodów do marudzenia, a ja w owej sytuacji ciężkiego niedopowiedzenia chciałbym dzisiejszy felieton poświęcić czemuś, co wedle wszelkich możliwych analiz stanowi w moim rozumieniu nasze prawdziwe nieszczęście, czyli sytuacji w polskich sądach. To jest bowiem moim zdaniem coś, co – nawet gdyby w wariancie najbardziej optymistycznym przyjąć, że władza Prawa i Sprawiedliwości przez długie lata będzie trwała niezagrożona – jeśli nie zostanie bardzo szybko rozwiązane, doprowadzi do tego, że wszystko to na co liczymy, da nam wynik jednoznacznie karykaturalny. Skąd ta dzisiejsza refleksja? Otóż również wczoraj, dotarła do mnie wiadomość, że sąd w Zamościu rozstrzygnął sprawę jeszcze z początku mijającego roku, gdzie dwóch żuli z okolicznej wsi zatłukło na śmierć pewnego człowieka. A było tak, że człowiek wracał z żoną i dwiema córeczkami samochodem z cmentarza i jednego ze wspomnianych żuli, który akurat przechodził drogą wraz ze swoją cizią, ochlapał błotem. W tej sytuacji żul szybko wywołał drugiego żula, z którym błyskawicznie ruszyli w pogoń za, jak rozumiem, znajomym kierowcą, dopadli go pod domem i tam, na oczach rodziny, rozwalili mu głowę czymś odpowiednio tępym i ciężkim, no i go zabili.
        Jak mówię, sprawa o zabójstwo właśnie się zakończyła i obaj sprawcy zostali skazani przez zamojskiego sędziego na odpowiednio pięć i cztery lata więzienia plus nawiązkę na rzecz osieroconych dzieci w wysokości po 50 tys. zł. na głowę. Czemu wspominam o tej nawiązce, mimo że i to co już przed nią, robi odpowiednio duże wrażenie? Otóż chcę przez to powiedzieć, że najpewniej sędzia nie dopatrzył się tu okoliczności łagodzących, a świadczyć też o tym musi to, że przy zeznaniach licznych świadków i wbrew argumentom obrony, że to bydło zostało przez swoją ofiarę sprowokowane, sąd uznał, że tam nie ma absolutnie okoliczności łagodzących i mamy do czynienia z czystą, niczym niezmąconą agresją.
       Ja jednak, jak czytelnicy tego bloga wiedzą, jestem zawsze nadzwyczaj ostrożny i uważam na każde swoje słowo, a więc i w tym wypadku zakładam, że było jednak tak, że ów zakatowany na śmierć człowiek, przede wszystkim przez swoją wrodzoną wredność, specjalnie ochlapał błotem tych dwoje. Biorę również pod uwagę, że któremuś z nich on jak najbardziej słusznie zalazł już wcześniej za skórę i oni mieli powody, by go szczerze nienawidzić, a ich nienawiść tym bardziej wzrosła po wspomnianym ochlapaniu. Biorę też pod uwagę, że argumenty obrony były jak najbardziej słuszne i faktycznie, kiedy ci dwaj swoją ofiarę w końcu dopadli, to, zamiast słowa „przepraszam”, usłyszeli najbardziej wulgarne obelgi i już naprawdę było im ciężko odłożyć to coś, co mieli pod ręką, i odejść w pokoju. No i wreszcie nie wykluczam faktu, że oni go wcale zabić nie chcieli, tylko zwyczajnie, jak to zwykli ludzie, dostali cholery na kogoś, kto na nic lepszego nie zasługiwał.
        Rzecz jednak w tym, że o ile mi wiadomo, żeby człowieka zatłuc na śmierć, trzeba się jednak bardzo mocno napracować. Żeby kogoś zabić, to albo trzeba mu strzelić z pistoletu prosto w ucho, albo wbić sztylet pod żebro, ewentualnie – o czym wiemy wszyscy aż nazbyt dobrze –  podłożyć bombę w samolocie. Żeby kogoś skutecznie pozbawić życia nie wystarczy przywalić mu deską w łeb. A więc domyślam się, że jeśli oni już osiągnęli znany nam wynik, to się nie oszczędzali. Taka też zresztą była ocena sądu w Zamościu. Oni go zabili, bo zabić chcieli, a dziś, jeśli tego co zrobili nie żałują, to tylko dlatego, że ich zdaniem jemu się należało.
      I efekt jest taki, że jeden z nich idzie siedzieć na pięć lat, a drugi na cztery, a jak znamy życie, obaj za dobre sprawowanie wyjdą na wolność za lat parę, a te dwie dziewczynki tych stu tysięcy nie zobaczą na oczy.
      No i teraz powstaje pytanie najważniejsze, czemu ów sędzia z Zamościa postanowił wydać taki a nie inny wyrok? Otóż, moim zdaniem, pierwsze co powinniśmy wykluczyć, to to, że on wykrzesał z siebie to nadzwyczajne chrześcijańskie ciepło, które mu kazało potraktować owych zbirów tak łagodnie. To jest zwyczajnie niemożliwe, nawet na Marsie. A skoro tak, to wszystko wskazuje na to, że on wydał ów wyrok, wiedząc, że dzięki temu zrobi odpowiednie wrażenie na tych, z którymi  walczy i oni może już teraz zrozumieją, że nie ma się co stawiać, bo naprzeciwko siebie mają system, do którego dostępu nigdy nie uzyskają. A jak to zrozumieją, to się wycofają.
      Taka to historia na koniec mijającego roku, który, jak wspomniałem na początku tej notki, był dla mnie nadzwyczaj dobry. Ponieważ domyślam się, że nie jestem tu jedyny, któremu wszystko się ostatnio udało, chciałbym przypomnieć, że są jeszcze miejsca, skąd może przyjść atak, którego zwyczajnie nie wytrzymamy. Dlatego też nie wolno nam się cofnąć ani o centymetr.



poniedziałek, 30 grudnia 2019

O nożu i widelcu i poszumie liści


Dziś wszyscy żyjemy sprawą antypolskiego wystąpienia Putina i ja także mam poczucie, że wypadałoby je jakoś skomentować, no ale z drugiej strony zastanówmy się, jaki sens jej komentować słowa postaci całkowicie fikcyjnej? To już lepiej powiedzieć coś na temat tego, jak na te słowa zareagowali nasi niedzielni zdrajcy. No ale to akurat przyszło mi napisać w tekście dla „Warszawskiej Gazety”, który tu i tak ukaże się w najbliższy weekend. W tej sytuacji pomyślałem, że przypomnę dawny bardzo tekst, jeszcze z kwietnia 2010 i to wciąż jeszcze sprzed smoleńskiej katastrofy, kiedy stosunki Polsko-Rosyjskie były jak z bajki.  Tam powinno być wszystko, co się nam w tych okolicznościach przyda.


      Przy okazji wczorajszych uroczystości w lesie katyńskim wypełniło mnie tyle przeróżnych mysli, że w pewnym momencie nawet sięgnąłem do czasów, gdy to co dziś dla jednych stanowi chlubę 3 RP, a dla innych jej zgubę, dopiero się hartowało. Przypomniało mi się na przykład, jak – obecny jak najbardziej wczoraj w Katyniu – Tadeusz Mazowiecki pojechał tam po raz pierwszy i telewizja pokazała, jak on, premier polskiego rządu i jego rzeczniczka Niezabitowska pląsają w jakiejś ruskiej sali na tańcach, które im miejscowi zorganizowali. Patrzyłem więc na byłego premiera, jak siedzi obok bawiącego się komórką Wałęsy na krzesełku, które im w tym lesie ustawiono i zastanawiałem się, czy on sobie jeszcze przypomina tamtą upojną noc? Kiedy ich tam przywieźli i potraktowali z taką uwagą, a on tańczył z piękną panią Małgosią i czuło się powiew historii.
      Ale przypomniałem sobie jeszcze coś. Jak wtedy, w tamtych mniej więcej też czasach, któryś z polityków partii, która wprawdzie rządziła bardzo krótko, ale zawsze była bardzo zainteresowana tym by decydować o tym kto rządzić ma, wypowiedział słowa, które brzmią mi w uszach do dziś – czasem jak żart, a niekiedy jako pewnego rodzaju fatum. Nie pamiętam kto to był. Czy bardziej pasuje tu Andrzej Celiński, czy może Władek Frasyniuk. Myślę, ze jednak był to pan Władek, ewentualnie jego kolega Zbyszek Bujak, lub jakiś inny aspirujący polityk o mocnych, czerwonych dłoniach i skupionym czole. Nieważne. Liczą się te słowa. Że jak to dobrze mianowicie jest być członkiem partii ludzi, którzy wiedzą, jak się je nożem i widelcem.
      No więc dziś, po latach, widać to wyraźniej niż kiedykolwiek, że to co wówczas brzmiało jak żart lub głupstwo, zaciążyło nad Polską niczym fatum. Że to właśnie te słowa o nożu i widelcu, podobnie zresztą jak ów taniec Premiera z błyszczącą i roześmianą Małgorzatą Niezabitowską gdzieś w drodze do tego lasu, stanowiły bardzo znaczącą część tego „mitu”, o którym wspomniał wczoraj w Katyniu premier Tusk, a który tak bardzo ukształtował naszą pamięć o zbrodni sprzed lat. Bo nie jest oczywiście ani mitem los tych tysięcy Polaków, ani nie jest mitem los tej dziewczyny, o której prawdopodobnie przedwczoraj dowiedział się Donald Tusk i postanowił nam opowiedzieć. Szczególnym natomiast mitem – mitem założycielskim – jest właśnie ten nóż i widelec i to bogactwo świateł i te pląsy i ten radosny śmiech bawiącej się władzy.
      Do czego zmierzam? Mam otóż wrażenie, że przed współczesną Polską – kiedy już i Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski i Wojciech Jaruzelski mogą najwyżej pełnić funkcje doradcze dla osób sprawujących władzę – stoi jedna alternatywa. Albo jej los zostanie oddany w ręce tych, którzy wiedzą, że Państwo i Naród to coś znacznie więcej niż błogie poczucie przebywania w dobrym towarzystwie, albo będzie w dalszym ciągu skazany na kaprysy ludzi, którzy nade wszystko ukochali dyskretne pobrzękiwanie srebrnych zastaw.
      Każdy dzień zbliżający nas do wczorajszych uroczystości w Katyniu przynosił kolejne potwierdzenie faktu, ze z punktu widzenia polskiej polityki zagranicznej nie ma nic cenniejszego, jak osiągnięcie takiego stanu, gdy między Polską a Rosją nastanie nie wzajemny szacunek, nie prawdziwa wspólnota interesów, a nawet nie chłodna równowaga, ale zaledwie ten moment, gdy oni powiedzą „przepraszam”, my powiemy „wybaczamy”, a wtedy już wreszcie będziemy się mogli wspólnie upić i dalej już tylko trzeźwieć w błogim przekonaniu, że polityka jedzenia nożem i widelcem po tych wszystkich, wieloletnich staraniach, przyniosła efekty. No i nadszedł ten dzień, a przestrzeń publiczna wypełniona była już tylko tym pełnym napięcia wyczekiwaniem na to, co zrobi ten, w którego rękach jest nasze przyszłe dobre samopoczucie, a może i los. Czy przeprosi, czy się uśmiechnie, czy zwolni kroku, czy może choćby spojrzy życzliwie? A jeśli nie przeprosi, to co powie? I jak to powie? Co przywiezie? A jak przywiezie, to czy da, czy tylko pokaże? A może chociaż obieca, że jak będzie miał chwilę, to się zastanowi?
      Nie nastąpiło ani jedno, ani drugie, ani siódme. Najpierw się spóźnił, potem się przywitał, następnie szybko zrobił co miał zrobić… i, cholera, jeśli spojrzał, to tylko przed siebie. Patrzyłem na idących obok siebie Putina i naszego premiera, jak maszerują szybkim, mocnym krokiem i jedyna satysfakcja jaką czułem to ta, że jednak te piłkarskie treningi przydały się na tyle, że nie trzeba się było bardzo zadyszeć. A później te przemówienia. I tu już się chciało wyć. Gdy Donald Tusk – zapewne silnie podenerwowany sposobem, w jaki został potraktowany – opowiadał Putinowi o tamtej dziewczynie, i z takim napięciem patrzył w jego stronę, w ten idealnie nieprzyjazny profil człowieka, który i tak go pewnie nie słuchał. I chwała Bogu, bo jeszcze by mu odpowiedział: „Daj pan spokój! Co mnie obchodzą wasze wzruszenia? Takich historii, to ja wam mogę opowiedzieć setki. A jak chcecie, to zapraszam do siebie. Puszczę wam jakiś ładny film. My tu w Rosji mamy bardzo zdolnych filmowców”.
      Albo jeszcze gorzej. Bo coś by mu nagle strzeliło do tego ruskiego łba i spojrzałby polskiemu premierowi z bezczelnym uśmiechem w oczy i powiedział: „No dobra, przepraszam za tę dziewczynę” i Tusk by się pobeczał z wdzięczności i wzruszenia. A za nim obserwatorzy, komentatorzy, historycy i cała ogłupiała część polskiej opinii publicznej. I w ten sposób wreszcie ten „mit”, o którym Premier wspomniał, skutecznie by się wypełnił.
      A tak niewiele było trzeba. Wystarczyło tak nie pędzić. Nie zgodzić się na ten krok. Przystanąć, rozejrzeć się po tych drzewach, wciągnąć nosem ten zapach wiosny i pomyśleć sobie że to jeszcze tamta wiosna, i zmusić Rosjanina, żeby przystanął. A wtedy mu powiedzieć: „Słyszysz pan tamte strzały? Czujesz pan ten płacz? Widzisz pan ten las?” To było naprawdę proste. Nawet ktoś taki jak Tusk mógł to zrobić. Co do reszty, musimy niestety jeszcze poczekać. Na prawdziwego człowieka i autentycznego mężczyznę. Który nie tylko będzie umiał wykonać jeden prosty, ludzki gest, ale znajdzie jeszcze w sobie poczucie, bycia Polakiem. A to sprawi, że to on będzie nadawał tempo. I nie zawsze przecież. Ale na pewno w jednej z tych wciąż nielicznych sytuacji, kiedy naprawdę wszystko należy już tylko do nas i tylko od nas zależy. Wtedy dopiero wszyscy zobaczymy, jak mało znaczą słowa. A już zwłaszcza jakieś tam „przepraszam”.




niedziela, 29 grudnia 2019

Jak wspierać prawicę i przeżyć


      Któregoś z tych dni spacerowałem sobie z psem mojego dziecka po okolicy i na ogólnodostępnej tablicy z ogłoszeniami trafiłem na coś takiego, i jestem pewien, że większość czytelników tego bloga już w tej chwili rozumie, dlaczego stanąłem jak wryty, a następnie zrobiłem to zdjęcie:



       Mam też nadzieję, że jest już również zupełnie jasne, że zaintrygowany owym szaleństwem, zadałem sobie trud, by wpisać podany adres do wyszukiwarki i sprawdzić kto za nim stoi, no i oczywiście w tej chwili wiem już wszystko co było mi potrzebne. Otóż proszę sobie wyobrazić, że na ich głównej stronie ruchu zbyt dużego nie ma, są tam zaledwie trzy wpisy, oba z początku roku, ale cóż to za wpisy: pierwszy z nich, anonsowany wielkim napisem „#STOP KONKORDAT”,  to apel do władz Rzeczpospolitej o zniesienie umowy konkordatowej z Kościołem, drugi, sporządzony w trzech językach, polskim, angielskim i jidysz list gratulacyjny do premiera Izraela Netanjahu w związku z wygranymi przez niego wyborami, i jeszcze jeden list, tym razem już tylko w języku litewskim jak sądzę – co sprawia, że nie wiem, w jakiej sprawie – ale za to ilustrowany zdjęciem Donalda Trumpa. List w sprawie Konkordatu jest podpisany i stąd też się dowiaduję, że prezesem Ruchu 11 listopada jest niejaki Michał Fałek, pierwszym wiceprezesem znany części z  nas pastor Chojecki, drugim natomiast człowiek nazwiskiem Andrzej Turczyn. W głębszych partiach strony jest też zamieszczony program owej partii, którego większą połowę stanowią zdjęcia prezesa, oraz obu wiceprezesów, a także krótki rys biograficzny trzech panów, a ponieważ chciałbym część swojej uwagi poświęcić owemu pastorowi, proszę bardzo:
Paweł Chojecki – wiceprezes Ruchu 11 Listopada, były ateista, dziś pastor biblijnego konserwatywnego kościoła w Lublinie, działacz i komentator społeczny, który w niespotykany sposób łączy przesłanie chrześcijańskie z bieżącymi wydarzeniami politycznymi”.
       Otóż ja na Chojeckiego miałem okazję trafić, jako na w pewnym momencie nadzwyczaj popularnego wśród fanów polskiej prawicy narodowej wideoblogera, który jeszcze kilka lat temu wspólnie z Marianem Kowalskim, byłym kandydatem na prezydenta RP, z tak zwanym „Prezesem Marszu Niepodległości” Robertem Bąkiewiczem, z ex-księdzem Międlarem, z Grzegorzem Braunem, z Wojciechem Olszańskim vel Aleksandrem Jabłonowskim, samozwańczym prezesem czegoś co nosi nazwę Związku Jaszczurzego, i z całą kupą innych tak zwanych „polskich patriotów” tworzył zaczątki „prawdziwej i jedynej prawicy”, dziś realizującej się w postaci Konfederacji.
      Oczywiście aktualnie oni wszyscy są dramatycznie pokłóceni, pastor Chojecki zajmuje się wysyłaniem listów gratulacyjnych do premiera Netanjahu, Braun udziela się jako poseł do Sejmu, Kowalskiego można od czasu do czasu spotkać w TVP Info, Olszański i Jabłonowski działają na własny rachunek, a wspomniana reszta kibicuje temu, czy owemu, licząc na to, że w końcu i do nich uśmiechnie się los i podobnie jak Braun, Bosak, czy Winnicki zostaną posłami, a przynajmniej red. Rachoń, tak jak Kowalskiego, zaprosi ich, by wystąpili w jego telewizyjnym programie.
        A my? Cóż my? Nam już tylko pozostaje trzymać się od całego tego towarzystwa jak najdalej, żeby się na samym końcu nie okazało, że oni nas tak skutecznie porozstawiają po kątach, że jedyne co nam zostanie, to już tylko obstawiać albo Zjednoczoną Koalicję Europejską, albo równie zjednoczoną „jedyną antykomunistyczną biblijną partię w Rzeczpospolitej”. A tu już mamy gotowe exposé, kto wie, czy nie przyszłego premiera:




    

sobota, 28 grudnia 2019

A co gdy zostanie już tylko kłamstwo?


         Świąteczny okres już nam pomaleńku mija, a mnie nie stąd ni zowąd na głowę spadł tekst niejakiej Klaudii Kolasy, zamieszczony w samą Wigilię na portalu Wirtualna Polska, a zatytułowany „Polskie tradycje wigilijne to dla obcokrajowców koszmar. 12 potraw, a według nich każda gorsza od poprzedniej”. Jak się możemy już nawet teraz domyślić, rzecz w tym, że Kolasa wymieniła bożonarodzeniowe wrażenia z którymś ze swoich zagranicznych znajomych, ten jej opowiedział, jak to się nacierpiał, zmuszony przez polskich gospodarzy do zjedzenia karpia, pierogów z kapustą i grzybami, barszczu z uszkami i makowca, a jej się w związku z tym zrobiło tak strasznie wstyd za Polskę, że postanowiła dokonać swoistego aktu ekspiacji i właśnie w Wirtualnej Polsce opublikowała tekst, w którym przedstawiła reportaż oparty o zebrane przez nią inne opinie na temat owego obrzydlistwa.
       A wygląda to tak:
       Peter pochodzi ze Szwecji. Spędza w Warszawie święta Bożego Narodzenia już po raz 11. Choć zdążył się już przyzwyczaić do obowiązujących w Polsce tradycji, nadal pamięta ten dzień, kiedy spróbował karpia po raz pierwszy. – To było 11 lat temu. Spróbowałem. Nie powiedzieli mi co to. Ten pierwszy kęs … Pamiętam, jakby to było wczoraj. Poczułem zapach akwarium. A później ości… jedna za drugą… i ten smród – wzdryga się. Wcześniej karp kojarzył mu się jedynie z jedzeniem dla kota. W Szwecji również nie jest to ryba spożywana przez ludzi”;
      Wujowie klepią się po brzuchach z radości, ciotki krzątają się po kuchni, donosząc kolejne talerze. Babcie zacierają szczęśliwie ręce z myślą, że wszyscy w końcu się najedzą, a zagubiony obcokrajowiec siedzi w kącie i ma myśli podobne jak Scott z Londynu, który w rozmowie ze mną zastanawia się: ‘skoro takie potrawy podają dziś na uroczystej kolacji, to co dostają tego dnia w więzieniu?’”;
       Okej. Postaram ci się to wytłumaczyć – zaczyna Daniele. – W krajach południowych karp nie jest uznawany za jadalną rybę. Żyje w słabych warunkach. Śmierdzi. Nie jest smaczny. Wy podajecie go w wigilię [mała litera w oryginale] i dodatkowo pokrywacie go galaretą. Serio? To nie poprawia sytuacji. Wiem, że w waszej kulturze to ważna ryba i w wielu innych kulturach również, ale dla nas nie jest ona smaczna”;
      Ramon lubi polską kuchnię i na co dzień odnajduje się tu świetnie. Jednak wigilia [jak wyżej] jest dla niego nie do zniesienia. W Brazylii tego dnia zaczynałby kolację o 22. Na stole znalazłby pieczonego indyka, pieczoną wieprzowinę i inne mięsiwa, różnego rodzaju sałatki oraz desery. Nie rozumie, czemu Polacy to sobie robią, bo przecież w sklepach jest tyle produktów. - Mogliby już odpuścić i iść z duchem czasu. Grzyby, kapusta i ryby. Przecież to istny koszmar! – zaznacza”.
        Prawdziwe fajerwerki pojawiają się jednak na koniec. Otóż wedle relacji Wirtualnej Polski w takich Włoszech „również 24 grudnia nie jadają mięsa, a 25 jest już dozwolone”. A my już rozumiemy, że to nie to co w Polsce, gdzie przede wszystkim we wszystkich domach, gdzie zainstalowane są kościelne kamery – a zwłaszcza w tych, które goszczą gości ze Szwecji oraz Wielkiej Brytanii – nie dość że w Wigilię wszyscy zmuszeni są do wpieprzania kapusty z grzybami i zagryzania karpiem w galarecie, to jeszcze w 25 grudnia można wyłącznie dojadać po kolacji wigilijnej i nawet zwykłej szynki nie można wziąć na twarz.
      No i runda honorowa:
      Chociaż kulinarne tradycje świąteczne są odmienne w każdym kraju, to każdy tego dnia chce spędzać czas z najbliższymi. Obcokrajowcy, którzy trafili do polskich domów, z pewnością mają powody, by tu być i żadne jedzenie nie zepsuje im tego wyjątkowego wieczoru. A Polacy nadal będą zagryzać karpia pierogiem z kapustą i grzybami, i kolędować w najlepsze”.
      Wbrew, jak sądzę, oczekiwaniom, nie będę komentował tego czegoś, bo jestem przekonany, że każdy kto ma tu zwyczaj przychodzić, może bez najmniejszych trudności zrobić to indywidualnie, a ja mam już tylko nadzieję, że zdecyduje się na to dziś, wyjątkowo również tu na blogu. Zamiast tego jednak przejdę do czegoś pozornie zupełnie innego, a mimo to, w pewien szczególny sposób z tematem związanego. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w okresie okołoświątecznym, kiedy telewizja Canal+ transmituje mecze angielskiej ligi piłkarskiej, to zarówno w ich przerwie, jak i po ich zakończeniu emituje serię wyprodukowanych przez siebie krótkich filmowych nowelek, wszystkie niezmiennie w reżyserii niesławnego Mikołaja Lizuta, oraz z niezmiennym udziałem młodego Stuhra i Magdaleny Cieleckiej, a opartych na opowiastkach wybranych polskich autorów. Wczoraj więc, tuż po zakończeniu meczu Wolverhampton – Manchester City, zamiast tradycyjnego komentarza zaproszonych ekspertów, Canal+ przedstawił historyjkę autorstwa Manueli Gretkowskiej. Opowiem może: Otóż do kościoła, gdzie w centralnym miejscu nad ołtarzem widnieje wielka figura Matki Boskiej z Jezusem na piersi, wchodzi Stuhr, przyklęka, żegna się  niedbale i w momencie gdy, jak się można domyślić, pragnie się pomodlić, Matka Boska się materializuje i w tym momencie już aktorka Cielecka bardzo obcesowym tonem prosi Stuhra o „fajkę”. Ten się najpierw oczywiście dziwi, że oto przeżył cud, ale Cielecka natychmiast wybija mu te kaprysy z głowy i każe mu skoczyć do sklepu po papierosy. On znajduje jakiegoś skręta, daje jej zapalić, no i oboje dalej sobie rozmawiają, głównie o tym, że on jest jakimś strasznym dupcynglem, który zdradza kolejne partnerki i powinien się ustatkować. On oczywiście tłumaczy się przed Cielecką, że jemu jest bardzo ciężko zrezygnować z owych doczesnych przyjemności, jednak ta go konsekwentnie wyszydza tłumacząc, że ma przestać myśleć tylko o „dupczeniu” – tak, tak, to jest słowo, które z ust Matki Boskiej Cieleckiej jak najbardziej pada – no ale w tym momencie dzwoni telefon, Stuhr odbiera, błyskawicznie zakłada na siebie księżowską sutannę, mówi, że opłata będzie jak zawsze według cennika, Cielecka znów wraca do roli Matki Boskiej, a on pędzi udzielić komuś ostatniego namaszczenia. The End.
       O co chodzi? Otóż z jednej strony mamy tę Wirtualną Polskę i jej autorkę ubolewająca nad tym, że w Polsce Kościół każe jeść karpia z kapustą i grzybami nawet 25 grudnia i w dodatku śpiewać te głupie kolędy, z drugiej Manuelę Gretkowską oraz Mikołaja Lizuta we wspólnym geszefcie z Cielecką i Stuhrem, jadących, jak się zdaje, dzień w dzień na, nomen omen, pasku, dostarczanym im regularnie przez francuski Canal+, a ja w tej sytuacji nie potrafię jakoś nie zareagować. A więc reaguję i pragnę po raz kolejny już poinformować wszystkich, że nawet jeśli Jarosław Kaczyński nagle nieszczęśliwie odejdzie, a na swojego zastępcę wyznaczy samego Piotra Glińskiego, to ja będę trzymał sztamę z Glińskim. Bo, jak to ładnie kiedyś określił mistrz Dostojewski, nawet jeśli mu udowodnią, że Jezus jest kłamstwem, to on woli zostać z Jezusem – kłamstwem, niż z nimi. Bo tam jest już tylko piekło.


       


piątek, 27 grudnia 2019

O tym jak Janina Ochojska ratuje Planetę przed zanieczyszczonym klerem


       W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że może nie będę zaczynał tej notki od przedstawiania jej bohaterów, bo przecież czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, kto jest kim, jednak po chwili uznałem, że może lepiej będzie zrobić pewien wstęp. Rzecz bowiem w tym, że kiedy piszę dziś ten tekst, a ktoś tam daleko go czyta, to owszem, wszystko jest jasne, jednak kto wie, co będzie za rok czy dwa, kiedy wszystko się zmieni i nagle okaże się, że ci, których nazwiska i dokonania znaliśmy kiedyś świetnie, przeminęli z wiatrem, a te teksty tu zostaną i przyszli czytelnicy będą zachodzić w głowę, o kogo mi do ciężkiej cholery chodziło.
       A zatem dziś mamy dwoje bohaterów, mianowicie Janinę Ochojską oraz Gretę Thunberg, a więc zaczynajmy. Janina Ochojska jest dziś głównie znana z tego, że, będąc osobą cierpiącą na chorobę Heinego-Medina, postanowiła zrobić karierę na tak zwanej „dobroczynności” i ową karierę jak najbardziej zrobiła. Oczywiście, nie jest ona osobą tak popularną jak – że pozostanę przy czynieniu dobra – Jerzy Owsiak, czy nawet Anna Dymna, że już nie wspomnę o gwieździe największej z nich, czyli Zenku Martyniuku – który jak najbardziej czyni dobro, a jeśli ktoś nie wierzy, niech spyta jego fanów – ale owszem, jest jakoś rozpoznawana, zwłaszcza od czasu, gdy zachorowała na nowotwór i zdobyła mandat europosła.
       Drugą osobą, której dzisiejszy felieton postanowiłem poświęcić, jest szwedzkie dziecko nazwiskiem Greta Thunberg, osoba również chora, tyle że tym razem zdecydowanie bardziej psychicznie niż fizycznie, a której rodzice postanowili zbić na jej chorobie fortunę i uczynili ją ambasadorem walki z dwutlenkiem węgla, który ich dziecko rzekomo widzi i swoimi łzami skutecznie niszczy.
       Kiedy piszę te słowa, zarówno Janina Ochojska, jak i Greta Thunberg, są osobami w pełni rozpoznawalnymi, a dzięki usłużnym mediom ich każdy krok pozostaje zapisany w świadomości obserwatorów życia publicznego. Jak już wspomniałem, jest bardzo prawdopodobne, że już za kilka lat, po jednej i drugiej nie pozostanie nawet wspomnienie, dziś jednak cała Polska, a przynajmniej ta obecna w Internecie, wie, że Janina Ochojska – przypomnijmy, że posłanka do Parlamentu Europejskiego – wysłała do Grety Thunberg wiadomość na Twitterze, w której poinformowała ją, że ksiądz arcybiskup Marek Jędraszewski wypowiedział się krytycznie na temat tak zwanego „ekologizmu” i w ten sposób przeciwstawił się nauczaniu Kościoła Katolickiego. Tekst swój Janina Ochojska ułożyła w języku angielskim, a ja dziś pomyślałem, że skomentuję go z punktu widzenia kogoś, kto się odpowiednio w sprawie orientuje. Przede wszystkim jednak, pozwolę sobie zacytować całość komentarza Ochojskiej:
Dear Greta, I support your activity, but, imagine you that archbishop from Cracow Jędraszewski considers you as a manipulated person who denies the Bible. Although God said: ‘make the earth a subject’, not ‘let us destroy it’. Good luck. We have a lot to change :)
      Jeśli ktoś myśli, że chodzi mi o ten uśmiech na końcu ni z dupy ni z łokcia, czy nawet o to nieszczęsne imagine you jest w błędzie. Takie rzeczy robią lepsi od Ochojskiej, my tego oczywiście nie rozumiemy, jednak nie jest to nasz problem. Chodzi w ogóle o język, w jakim Janina Ochojska napisała owego twitta. Jestem mianowicie przekonany w stu procentach, że Greta Thunberg, dziecko kompletnie ubezwłasnowolninone, nie mające pojęcia o niczym z wyjątkiem owego dwutlenka węgla, który rzekomo widzi i przed nim drży, z tego, co tam jest napisane, nie zrozumie nic. Ona oczywiście język angielski ma opanowany, przede wszystkim natomiast, najprawdopodobniej nie dość, że nie wie nic na temat Stworzenia, najpewniej też nie wie, kto to taki ów „Although God”, to tym bardziej nie jest w stanie choćby się domyślić, o co chodzi z tym całym „making the Earth a subject”. Przede wszystkim, w języku angielskim ów fragment z Pisma Świętego brzmi całkowicie inaczej, a to co stworzyła Ochojska jest dla jakiegokolwiek angielskiego ucha kompletnie niezrozumiałe. To co napisała w języku, jak jej się zdawało, angielskim, to bełkot, z którego nie będzie najmniejszego pożytku, choćby nawet dla kogoś takiego jak Greta Thunberg.
         Druga rzecz to ta, że najprawdopodobniej profilu Grety Thunberg na Twitterze nie prowadzi ona, ale ktoś wynajęty do tej roboty przez jej cwanych rodziców i siłą rzeczy cały wysiłek Janiny Ochojskiej pójdzie na marne, a ona nie otrzyma nawet krótkiej odpowiedzi, którą mogłaby się chwalić wśród znajomych, że oto sama Greta Thunberg odpisała jej na Twitterze, co prawdopodobnie było pierwszą przyczyną, dla której Ochojska się w ogóle w ten donos zaangażowała. A zatem – pudło.
      Po co więc ten mój dzisiejszy tekst? Otóż muszę przyznać, że gdy chodzi o język angielski, ja stale żyję pewnym ciężkim kompleksem w tym sensie, że bardzo źle znoszę, gdy ktoś, w głębokim przekonaniu, że nie zna żadnych barier, próbuje się nim posługiwać i robi to tak, jak właśnie zrobiła Janina Ochojska. A wystarczyłoby nawet nie konsultować się z ludźmi bardziej kompetentnymi; wystarczyło wyszukać ów fragment z Pisma Świętego w Internecie i byłby gites. Wyszło tymczasem na to, że Janina Ochojska jest z jednej strony tak próżna, a z drugiej tak gnuśna, że kiedy już wpadła na pomysł, by zakapować abp. Jędraszewskiego temu nieszczęsnemu dziecku, nie chciało jej się nawet sprawdzić, co i jak. A o czym to świadczy? O tym mianowicie, że z nimi wszystkimi jest jeszcze gorzej, niż mogło się nam wydawać.
       Na sam koniec – jak na ironię – pozwolę sobie zacytować oryginalny fragment z Księgi Rodzaju, który ta nieszczęśnica tak fatalnie sobie wyobraziła:
       And God blessed them. And God said to them, ‘Be fruitful and multiply and fill the earth and subdue it, and have dominion over the fish of the sea and over the birds of the heavens and over every living thing that moves on the earth’”.
        No i po polsku:
        Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: ‘Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi’”. 
        No ale przyznajmy: gdyby Greta Thunberg się z owym Bożym nakazem zapoznała, to by z wściekłości oszalała. A więc może w końcu ta nasza Ochojska wiedziała, co robi?




     

wtorek, 24 grudnia 2019

Postrachu duchów piekielnych...



Święta Maryjo,  módl się za nami.
Święty Józefie,  módl się za nami.
Przesławny Potomku Dawida,  módl się za nami.
Światło Patriarchów,  módl się za nami.
Oblubieńcze Bogarodzicy,  módl się za nami.
Przeczysty Stróżu Dziewicy,  módl się za nami.
Żywicielu Syna Bożego,  módl się za nami.
Troskliwy Obrońco Chrystusa,  módl się za nami.
Głowo Najświętszej Rodziny,  módl się za nami.
Józefie najsprawiedliwszy,  módl się za nami.
Józefie najczystszy,  módl się za nami.
Józefie najroztropniejszy,  módl się za nami.
Józefie najmężniejszy,  módl się za nami.
Józefie najposłuszniejszy,  módl się za nami.
Józefie najwierniejszy,  módl się za nami.
Zwierciadło cierpliwości,  módl się za nami.
Miłośniku ubóstwa,  módl się za nami.
Wzorze pracujących,  módl się za nami.
Ozdobo życia rodzinnego,  módl się za nami.
Opiekunie dziewic,  módl się za nami.
Podporo rodzin,  módl się za nami.
Pociecho nieszczęśliwych,  módl się za nami.
Nadziejo chorych,  módl się za nami.
Patronie umierających,  módl się za nami.
Postrachu duchów piekielnych,  módl się za nami.
Opiekunie Kościoła Świętego,  módl się za nami.



Wszystkim przyjaciołom tego bloga życzę z całego serca, by Jezus Malusieńki im błogosławił, a  Święty Józef otaczał płaszczem Swojej opieki.



poniedziałek, 23 grudnia 2019

O elemencie najgorszym i naszych wobec niego obowiązkach


       We wczorajszej notce wspomniałem o tym, że niejaki Adam Neumann, w uzupełniających wyborach wysunięty przez Platformę Obywatelską na prezydenta Gliwic, oskarżył Borysa Budkę o to, że ten próbował kupić od niego stanowisko ewentualnego przyszłego wiceprezydenta dla swojej żony. Zarówno Budka, jak i Budkowa najpierw zdecydowanie tej informacji zaprzeczyli, następnie zażądali od Neumanna, by się ze swoich słów wycofał, a kiedy ten owe apele zlekceważył, Budkowa założyła Neumannowi sprawę o zniesławienie i sprawa jest w toku.
       Ponieważ, jak zapewne czytelnicy tego bloga zauważyli, informacja o tym wszystkim widoczna jest dziś praktycznie jedynie na tym blogu, a jeśli kiedykolwiek przeleciała przez media, to tylko przez niektóre i to na tyle przelotnie, że nawet ja jej we właściwym czasie nie zanotowałem, pojawią się zapewne pytania, skąd ja wiem, że jakaś sprawa w ogóle jest. Otóż wiem to od samego Budki, który o wszystkim opowiedział w wywiadzie dla stacji RMF-FM, a ja jego relacji jak należy wysłuchałem. Wraca więc znów pytanie, jak to jest, że w sytuacji kiedy polityczne napięcie sięga zenitu i wszyscy już tylko liczą te sondażowe procenty, sprawa Budki i Budkowej praktycznie nie istnieje? Czemu media, w tym również tak zwane „społeczne”, o sprawie nie dość że milczą, to w ogóle robią wrażenie kompletnie nią niezainteresowanych. Owszem, mamy niezwykle interesującą aferę łapówek przyjmowanych przez doktora Grodzkiego, mamy kolejne informacje na temat skandalicznych wręcz wyroków wydanych przez tych czy innych sędziów, mamy wreszcie najróżniejsze, drobniejsze już doniesienia, o pojedynczych wybrykach pojedynczych polityków antypolskiej opozycji, nie wyłączając z tego nawet ich komentarzy na Twitterze, a o Budce – przypomnijmy, że szefie Klubu Koalicji Obywatelskiej oraz głównym kandydacie do zastąpienia Grzegorza Schetyny na stanowisku przewodniczącego partii – cisza jak makiem zasiał.
      Pisałem wczoraj, że analizując sprawę logicznie, są trzy sposoby opisania tej sytuacji i wszystkie, moim zdaniem, bardzo ciekawe, zwłaszcza że gliwickie wybory już 5 stycznia. Jeden to ten, że ten cały Neumann to kompletny świr i jeśli on planuje zostać prezydentem Gliwic, i ma do tego wsparcie Platformy, to znaczy, że oni już kompletnie zwariowali. Druga ewentualność, to ta, że Budka faktycznie chciał od niego kupić tę wiceprezydenturę dla swojej żony i to jest afera nie byle jaka. No i jest jeszcze trzecia możliwość, taka mianowicie, że w tej nieszczęsnej Platformie doszło do takiego starcia między Schetyną a Budką, że Schetyna postanowił go przy pomocy swojego kumpla Neumanna wysadzić, no ale to jest tym bardziej temat dla dziennikarzy, polityków i komentatorów z każdej strony. A tu nic.
       Myślę więc sobie, że cała ta ich polityczno-medialna zabawa się pewnie układa, tak jak to symbolicznie bardzo się zapisało podczas obrad sejmowej komisji, gdzie dwoje posłów Koalicji Obywatelskiej nagle zaczęło się zupełnie poważnie zastanawiać, czy oni będą „robić jaja”, czy obradować na poważnie. Jest bowiem bardzo możliwe, że dla nich wszystkich, z jednej zresztą i drugiej strony, to wszystko to są tak naprawdę tylko owe „jaja” i oni zwyczajnie nie są w stanie ich przerobić zbyt wiele w jednym czasie, a my mali ludkowie się tym wszystkim jak dzieci przejmujemy. Sprawa Budki więc została odłożona na później, a dziś mamy to co mamy, czyli przede wszystkim aferę Grodzkiego.
        No więc dobra, niech będzie Grodzki, zwłaszcza, że ja, owszem, mam w tym temacie parę uwag. Otóż również wczoraj, wpadłem na dwie wypowiedzi obrońców Grodzkiego, które mnie dość zaintrygowały. Otóż najpierw ktoś na wspomnianym wcześniej Twitterze zaproponował, by się może już tak na niego tak nie szykować, bo przecież dawanie łapówki to też przestępstwo, a więc ci wszyscy co dziś go atakują, są nie mniejszymi kryminalistami od niego. Ponieważ zarzut ten  dotyczy ludzi, których Grodzki praktycznie podstawił pod ścianą, pozwolę sobie go odpowiednio zlekceważyć, jako wyjątkowo głupi, zwłaszcza że oni sami chyba najlepiej wiedzą, w jakiej sytuacji ich zeznania mogą stawiać rownież ich. Natomiast o wiele ciekawsze jest to, co w telewizorze powiedział komunistyczny poseł Robert Kwiatkowski. Otóż jego zdaniem, pretensje osób rzekomo pokrzywdzonych przez Grodzkiego są mało wiarygodne, bo one się pojawiają dopiero dziś, kiedy Grodzki został ważnym politykiem. Gdyby ci wszyscy ludzie, od których on rzekomo wyciągnął cięzkie pieniądze, zgłosili sprawę w czasie kiedy ona była aktualna, to, owszem, można by było z nimi rozmawiać. A tak, niech się zamkną, bo są niepoważni.
        Ponieważ prowadzący rozmowę z Kwiatkowskim Klarenbach wobec tego argumentu nawet nie pisnął, a ja uważam, że on może się pojawiać częściej, chciałbym tu o czymś opowiedzieć. Otóż w roku 1983 mój tato trafił do szpitala z nowotworem wątroby. Sytuacja była nadzwyczaj ciężka i wówczas przyszedł do nas prowadzący Tatę lekarz i powiedział, że jest lekarstwo, które mogłoby go uratować, podał nam jego nazwę i kazał szukać, zastrzegając jednak, że ono jest praktycznie nie do zdobycia, a jeśli już, to bardzo drogie, bo zagraniczne. Kiedy wydawało się, że już zrezygnujemy, pewna aptekarka, widząc naszą desperację, powiedziała nam, że ona nie rozumie, czemu my bez sensu chodzimy po mieście, skoro to coś znajduje się stale w każdej aptece szpitalnej i to w ramach ubezpieczenia. Poszliśmy więc do apteki w szpitalu, gdzie leżał mój tato i tam się dowiedzieliśmy, że oni owo cudowne lekarstwo oczywiście mają. Przy okazji pani aptekarka powiedziała, że jest jej przykro, że ów lekarz zachował się jak się zachował, ale ona na to, co się dzieje w tych dyżurkach, już nic nie jest w stanie poradzić.
       Zanim przejdę do konkluzji, wspomnę tylko, że przy tej okazji zwróciłem się do ojca kolegi, który sam był bardzo doświadczonym lekarzem o pomoc, ale ten zupełnie szczerze powiedział, że Ojciec jest praktycznie bez  szans, natomiast lekarstwo, które polecił nam tamten lekarz, nawet w o wiele lepszej sytuacji, byłoby czymś kompletnie w tym wypadku bezużytecznym. Po paru tygodniach nasz tato zmarł, a ja  z tamtym wspomnieniem żyję, jak widać, do dziś.
       Czy myśmy próbowali coś z tym zrobić? Oczywiście że nie, bo jak i po co? Natomiast zapewniam wszystkich – w tym oczywiście „Brunatnego Roberta” – że gdybym się dziś dowiedział, że tamten lekarz został ważnym politykiem i zadaje szyku jako wrażliwy pan doktor, i jego byli pacjenci zaczęliby mu wypominać różne zaszłości, nie czekałbym ani chwili, by dokładnie to wszystko opowiedzieć, z nazwiskiem, datami, oraz nazwą tamtego lekarstwa. Inna sprawa, że jest całkiem prawdopodobne, że ów lekarz, podobnie jak wielu jego pacjentów, też już nie żyje. Mam tylko nadzieję, że kiedy umierał, zdążył zrozumieć, że te wszystkie pieniądze, które wyciągnął od biednych, zdesperowanych ludzi, to syf i nędza.
         Oglądałem wczoraj fragment orędzia marszałka Grodzkiego, patrzyłem na jego zimne jak lód oczy, kompletnie nieruchomą, wręcz psychopatyczną, twarz i pomyślałem sobie, że szanse tego akurat człowieka na opamiętanie są wyjątkowo marne.

 

niedziela, 22 grudnia 2019

O ich mordach zdradzieckich, pod choinkę


       Wczoraj dotarły tu do mnie, niemal jak dwa prezenty pod choinkę, dwie wiadomości. Pierwsza z nich to taka, że poseł Borys Budka jednak się uparł, by zostać szefem Platformy Obywatelskiej po Grzegorzu Schetynie, a druga, że żona Budki pozwała kandydata tejże Platformy na prezydenta Gliwic Adama Neumanna, za to, że ten publicznie zarzucił Budce i jego żonie, że ci przyszli do niego z pieniędzmi, by Neumann, kiedy już zostanie tym prezydentem, żonę Budki zrobił swoim vice. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że Platforma Obywatelska to partia, gdzie Marsjanie musieliby specjalnie aplikować, by zostać tam choćby szarymi członkami, mimo to, ta druga wiadomość zwłaszcza, zrobiła na mnie wrażenie. Proszę spojrzeć na to, co tam się dzieje. Platforma wystawia w nadchodzących wyborach tego Neumanna – swoją drogą, oni muszą mieć chyba jakiś ciężki kompleks na punkcie tego nazwiska – ten natychmiast ogłasza, że Budka z żoną chcą go skorumpować, a Budkowa z tym oszczerstwem idzie do sądu, twierdząc, że Neumann kłamie jak bura suka. Ja tu widzę trzy możliwości: pierwsza to taka, że ten Neumann to jest kompletny wariat i nie wie, co się wokół niego dzieje, druga to ta, że Budkowie faktycznie do niego z tą kopertą poleźli, a trzecia, że to jest wszystko robota Schetyny, który w ten sposób umówił się z Neumannem, żeby Budkę ostatecznie z tego towarzystwa wymiksować. Mnie oczywiście najbardziej pasuje, jako najbardziej prawdopoodobna, wersja trzecia, ale również muszę brać pod uwagę, że Neumann mówi szczerą prawdę. Ja tę Budkową raz widziałem na żywo w sklepie z serami i powiem szczerze, że ona mi jak najbardziej wygląda na idelany odpowiednik owej żony rybaka ze znanej bajki o złotej rybce i bym się absolutnie nie zdziwił, gdyby ona zmusiła Budkę, by jej tę fuchę załatwił. Jak mówię jednak, każda z tych wersji bardzo mi odpowiada i każdą z nich przyjmuję w prezencie świątecznym, dziś natomiast – jako że nic więcej już do głowy mi nie przychodzi – przypomnę swój tekst sprzed dwóch lat, jak najbardziej poświęcony zdradzieckim mordom. Bardzo proszę.


      Mogę się mylić, ale na ile sobie potrafię wszystko w głowie poukładać, dotychczas chyba nie zwróciłem tu uwagi na bardzo moim zdaniem ciekawe zjawisko, a polegające na tym mianowicie, że ludzie, którzy wcześniej najpierw zmarłemu w Smoleńsku prezydentowi Kaczyńskiemu życzyli gwałtownej i możliwie bolesnej śmierci, a kiedy ona już wreszcie nastąpiła, nie potrafili się przez całe długie lata powstrzymać od odpowiednio głośnych okrzyków entuzjazmu, dziś nagle zaczynają wykorzystywać imię człowieka, którego przed laty wystawili na śmierć, jako argument w walce z jego – wedle niektórych teorii, cudem ocalałym – bratem.  Nie pisałem o tym, bo, jak już to podkreśliłem zaledwie wczoraj, nie bardzo lubię dzielić się refleksjami na tematy bieżące, które, jak wiemy, dziś są, a jutro nawet pamięć o nich skutecznie blednie. Stało się jednak tak, że podczas obrad Sejmu, które w tych dniach nas tak bardzo absorbują, poseł Platformy Obywatelskiej Budka zasugerował, że Jarosław Kaczyński ze swoim atakiem na władzę sądowniczą czekał do czasu aż jego brat, Lech Kaczyński, zejdzie mu z oczu, no i w tej sytuacji Prezes uznał, że nadszedł czas i powiedział to, co wszyscy już wiemy, a ja nie mogę sobie oszczędzić tej przyjemności, by całość jego wystąpienia powtórzyć:
      „Przepraszam bardzo panie marszałku, ale ja bez żadnego trybu. Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego świętej pamięci brata, niszczyliście go, zamordowaliście go, jesteście kanaliami”.
      Powtórzę raz jeszcze. Przez pięć lat, a więc od czasu gdy Lech Kaczyński został wybrany przez naród prezydentem, do dnia okrutnej śmierci w Smoleńsku, nie było jednego słowa, o którym ci, co go nienawidzili, mogliby powiedzieć, że żałują, że ono nie padło. Gdy chodzi o tak zwaną „mowę nienawiści”, ci którzy się nią od lat karmią, z całą pewnością muszą tu czuć pełną satysfakcję. Ale też, kiedy wreszcie padł ów ostateczny cios, nie było jednego słowa, co do którego ci, co cieszyli się z jego śmierci, mogliby powiedzieć, że żałują, że ono nie padło. I tu także, gdy chodzi o tak zwaną „mowę nienawiści”, ci którzy się nią od lat karmią, z całą pewnością musieli czuć satysfakcję. Wszyscy wszystko pamiętamy i tej pamięci nic nie zagłuszy.
     I oto na mównicę sejmową wchodzi jeden z nich i ogłasza, że gdyby Lech Kaczyński dziś żył, to nie pozwoliłby na hucpę, którą nam ufundowało Prawo i Sprawiedliwość? Przepraszam bardzo, ale takiej bezczelności świat nie widział.
     W tej sytuacji z najwyższą przyjemnością powtarzam słowa prezesa Kaczyńskiego, tym razem już jednak jako swoje: „Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem jego świętej pamięci brata, niszczyliście go, zamordowaliście go, jesteście kanaliami”.




sobota, 21 grudnia 2019

Przybyli aktorzy pod okienko


Przedstawiam dziś swój najświeższy felieton z Warszawskiej Gazety. Tym razem o aktorach niezłomnych.      

     Mogę się mylić, ale mam wrażenie przez te już kilka dobrych lat, jak publikuję swoje cotygodniowe refleksje w „Warszawskiej”, konsekwentnie trzymałem się tematów krajowych i chyba ani razu nie wyszedłem poza granice zakreślone przez nasze polskie „awantury”. Wygląda więc dziś na to, że po raz pierwszy opowiem o czymś, co się własnie zdarzyło daleko od nas a konkretnie w Wielkiej Brytanii. Jednocześnie jednak zapewniam, że temat ów wybrałem wcale nie w oderwaniu od spraw, którymi żyjemy, a wręcz przez wzgląd na nie właśnie.
      Otóż, jak wiemy, w Wielkiej Brytanii miały właśnie miejsce przyspieszone wybory parlamentarne, w wyniku których konserwatyści odnieśli zwycięstwo, którego wielkość można porównać jedynie do osiągnięć niezapomnianej Margaret Thatcher. To jednak co w owym brytyjskim wydarzeniu zwraca naszą szczególną uwagę, to fakt, że histeria, jaka już na drugi dzień po wyborach ogarnęła tamtejsze środowiska liberalno-lewicowe była tylko minimalnie mniejsza od tej, z jaką w tygodniach poprzedzających ostatecznie ową sromotną porażkę głosiły one swój rzekomo pewny przyszły sukces.
       Aby dać przykład owych kompletnie obłąkanych zachowań, a tym samym pokazać, jak to z czym my tu w Polsce musimy się użerać, stanowi zaledwie marną parodię tego, czym oni tam żyją na co dzień, opowiem o tym, co wykonał, słynny również u nas, aktor Hugh Grant. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ulegając przekonaniu, że  tylko on, wybitny artysta i człowiek, przed którym klęka świat, jest w stanie sprawić, że „faszyzm nie przejdzie”, postanowił osobiście chodzić od domu do domu i namawiać mieszkańców do tego, by zagłosowali przeciwko partii Borysa Johnsona. Mało tego. Ponieważ on bardzo w swoim mniemaniu sprytnie uznał, że labourzyści mają małe szanse, by zagrozić Johnsonowi, postanowił zachęcić wyborców, by zrobili coś, czego wielu z nich nie robiło nigdy wcześniej, czyli zagłosowali na liberalnych demokratów. Byle tylko odebrać władzę – powtórzmy to raz jeszcze – faszystom.
       Ktoś powie, że przesadzam, a więc oddajmy głos samemu Grantowi:
       Wybory, które przed nami, nie są wyborami takimi jak inne. Dziś znaleźliśmy się na skraju  upadku, jakiego brytyjska historia nigdy wcześniej nie doświadczyła. Partia konserwatywna została przejęta przez prawicowych ekstremistów, a ponieważ nie jesteśmy w stanie zmienić obowiązującej ordynacji, nie wolno nam głosować, jak nam mówi serce, bo doprowadzimy do prawdziwej katastrofy”.
      Do czego zmierzam? Otóż już za chwilę tu u nas rusza kampania przed majowymi wyborami prezydenckimi, no i niewykluczone, że oni się prędzej czy później zorientują, że Kidawa-Błońska to kompletne nieporozumienie i też nie zdziwię się, jeśli ktoś tam, korzystając z brytyjskiego przykładu, postanowi zatrudnić choćby Daniela Olbrychskiego, by ten chodził po domach i wzywał Bogu ducha winnych obywateli do taktycznego głosowania  na Szymona Hołownię, który potrafi przynajmniej wypowiedzieć trzy kolejne zdania bez jakiejś kompromitującej wpadki. Taktycznie oczywiście, no bo serce sercem, ale faszyzmowi trzeba powiedzieć „dość”.


      

     

piątek, 20 grudnia 2019

Jak upaść na zbity pysk


           O tym by to wreszcie powiedzieć, myślałem od dawna, ponieważ jednak nigdy nie było do tego dobrej okazji, jakoś to wszystko czekało. I oto wczoraj przyszło mi do głowy, że ponieważ, owszem, okazja się pojawiła, i to wcale nie byle jaka, przyznam się wreszcie, dlaczego szanuję Zbigniewa Ziobro. Otóż powodów było w naszej najświeższej historii parę, jednak to czym on mi zaimponował najbardziej, to jego zachowanie po tym, jak najpierw uznał, że upadający, jak mu się nagle wydało, Jarosław Kaczyński nie jest już mu do niczego potrzebny, następnie postanowił pokazać nam, że to on jest prawdziwym liderem, by w końcu, gdy tylko się zorientował, że zachował się głupio i kompletnie bez sensu, zamiast się nadąć, zacząć na Kaczyńskiego pluć, a następnie przyłączyć się do innych, bardziej od niego w owym pluciu doświadczonych, potrafił publicznie uznać swój błąd i skorzystać z tego, że Prezes – wbrew zresztą popularnej opinii – ani się nie obraża, ani tym bardziej nie jest człowiekiem mściwym. I to jest właśnie to, co mi u niego zaimponowało.
      A przecież, cokolwiek by o nim mówić, jest to polityk znacznie bardziej uzdolniony i o znacznie lepszej publicznej pozycji niż wielu innych, którzy zaczynali tak jak on i dziś się gdzieś tłuką po nakreślonych przez Grzegorza Schetynę i jego ferajnę marginesach. On naprawdę miał wszelkie powody, by się zawziąść, tupnąć nogą i skoczyć w otchłań, w przekonaniu, że tam na niego czeka ostateczne zwycięstwo. Nie zrobił tego, bo miał wystarczająco dużo oleju w głowie – i to zupełnie niezależnie od tego, jak szczere było to jego pokajanie – by zacisnąć zęby i stanąć mocno, na obu nogach tam gdzie jest siła i sukces. Dziś oczywiście, co wszyscy widzimy, podobnie jak Gowin – również człowiek rozsądny, choć akurat o zdecydowanie mniejszym przebicu – coś tam od czasu do czasu kombinuje, by się nie dać już tak kompletnie politycznie ubezwłasnowolnić, jednak absolutnie nie ma mowy o jakiejś znaczącej nielojalności. Bardzo ładnie zresztą opisał ich sytuację Adam Lipiński, mówiąc że PiS bez nich sobie świetnie poradzi, natomiast oni bez PiS- już nie. I Ziobro, jak sądzę, wie to znakomicie.
        Skąd mi dziś przyszedł do głowy ów Ziobro? Proszę sobie wyobrazić, że do tych myśli zainspirowali mnie politycy, że się tak wyrażę, Konfederacji, kiedy już w pierwszych głosowaniach w sprawie ustawy sądowej, postanowili głosować stając ramię w ramię z Lewicą, Koalicją Obywatelską oraz PSL-em. Kiedy się o tym dowiedziałem, pomyślałem sobie, że taki jest właśnie los ludzi, czy ugrupowań, którzy wychodzą z założenia, że ponieważ z ich punktu widzenia, kiedy już udało im się chwycić przysłowiowego Pana Boga za palec, to co dziś jest najważniejsze, to uzyskanie odpowiedniej pozycji i rozbudowa politycznych przyczółków. Im nie chodzi o prezentowanie programu, próby jego realizacji – zwłaszcza gdy wiedzą, że póki co, w ich wykonaniu to nikogo nie interesuje – że już nie wspomnę o czymś tak egzotycznym jak Państwo i Naród. Owszem, oni gdzieś tam z tyłu głowy mają może i jedno i drugie, jednak zawsze z tą myślą, że na realny patriotyzm jeszcze przyjdzie czas; najpierw trzeba zbudować odpowiednią bazę. Czemu zatem oni nie przyłączą się do silniejszych i w ten sposób nie spróbują zadbać o autonomię, którą tak cenią? Otóż tu jest problem: oni są zbyt zarozumiali, a więc, krótko mówiąc – zbyt głupi. Są głęboko przekonani, że wszyscy razem mają tak nieprawdopodobny spryt i inteligencję, że kropla za kroplą ostatecznie dojdą do miejsca, gdzie to oni będą decydować.
       No ale w tej sytuacji ktoś zapyta, czemu oni uznali za stosowne przyłączyć się do wspomnianych „plwaczy”? Otóż dlatego właśnie, że to jest część ich nadzwyczaj inteligentnie przemyślanego planu. Oni w tej egzotycznej kupie zaatakują przeciwnika dziś najpoważniejszego, a ponieważ ich argumenty będą na tyle dźwięczne, by porwać znaczną część prawicowej opinii, ostatecznie na polu bitwy zostaną tylko oni, no a cała ta nieudaczna opozycja, wraz z pisowskim żydostwem, wyląduje na marginesie.
       I znów wraca pytanie: gdzie w tym wszystkim Polska? Czy oni nie widzą, o co toczy się gra i jak bardzo jest ona zażarta? Już to wspomniałem: Polska jest oczywiście ważna, ale jeszcze nie dziś. Dziś chodzi o to, by zrobić ten jeden krok i pokazać wszystkim, gdzie raki zimują. Wtedy dopiero przyjdzie czas na Polskę. A co do gry, to owszem, gra jest i jest zażarta, tylko to jest zupełnie inna gra, niż ta o której myślą ludzie słabi i mali.
        I taki to jest los ugrupowań takich jak Konfederacja. Pamiętamy rok 2005 i kolejne dwa lata, kiedy Prawo i Sprawiedliwość postanowiło rządzić w koalicji z Samoobroną i LPR-em, a ja tu tylko jeszcze zaznaczę, że i jedni i drudzy oficjalnie uchodzili za  ugrupowania nadzwyczaj patriotyczne i polskie. I proszę sobie może przy tej okazji przypomnieć, że zarówno Lepper, jak i Giertych, od pierwszej niemal chwili przede wszystkim dbali o to, by pokazać wyborcom, że to oni, a nie Kaczyński, chcą dobrze dla Polski; że to oni w kolejnych wyborach powinni uzyskać władzę; bo to oni nie będą się bać tej bezbożnej i antyludzkiej Europy; oni, w odróżnieniu od PiS-u, nie będa służyć silnym. Wszystkim nam się wydawało, że kiedy udało się polskiej prawicy wygrać jedne i drugie wybory, kiedy Lech Kaczyński został prezydentem i kiedy ze strony Systemu w stronę Polski został skierowany tak straszny atak, oni – przecież w gruncie rzeczy politycy, którym ta szansa spadła jak manna z nieba – powinni uznać, że sukces Prawa i Sprawiedliwości to również ich sukces, zarówno osobisty, jak i polityczny, i że trzeba się tej szansy trzymać zębami i pazurami. A tymczasem oni uznali, że to nie im, ale PiS-owi powinno teraz bardziej zależeć... i skończyli jak skończyli. Leppera skrytobójczo zamordowano, a Giertych jest już dziś wyłącznie chłopcem na posyłki grupy ITI, jak nie przymierzając Ryszard Kalisz, czy Andrzej Olechowski, strasznie z siebie dumni, że jeszcze nigdy nie mieli tak dużo pieniędzy.
         No a teraz mamy tych głupców skupionych wokół Korwina i Brauna, a to co w tym pewnie najzabawniejsze, to jak sądzę fakt, że przez tę swoją bezmyślną ambicję, oni z takim samym zaangażowaniem uprawiają politykę zewnętrzną, jak i wewnętrzną. W końcu, jak to jest żeby taki Bosak był trzecim po Braunie i Korwinie? Czyż my nie jesteśmy lepsi i bardziej zasłużeni? Już tylko więc patrzeć, jak oni sami się wezmą za łby. Jesień roku 2007 tym razem się nie powtórzy, natomiast, owszem, to wczorajsze głosowanie, w ich przekonaniu, tak bardzo przenikliwie zaplanowane, zaprowadzi ich tam, gdzie trafili ich poprzednicy. Niewykluczone, że do samego TVN-u.




czwartek, 19 grudnia 2019

Czy sędziowie mają poczucie humoru


         Pojawiło  się wczoraj parę doniesień, które zrobiły na mnie pewne wrażenie, jedno z nich jednak poruszyło mnie szczególnie. Otóż w Olsztynie do człowieka handlującego choinkami podeszli dwaj mężczyźni i grożąc mu użyciem siły zabrali dwie z nich i z choinkami uciekli w nieznanym kierunku. Pan od choinek oczywiście natychmiast poinformował o napaści policję, a ta błyskawicznie ruszyła za chuliganami w pogoń. Pierwszego z nich wytropiła niedługo po napadzie na miejskim przystanku, kiedy próbował wsiąść ze swoją zdobyczą do autobusu, natomiast na drugiego wpadła w jego mieszkaniu, kiedy ten był właśnie zajęty dekorowaniem świątecznego drzewka. Jak się dowiadujemy nieoficjalnie, obaj panowie to sędziowie Sądu Rejonowego w Olsztynie.
...

       Jesteście Państwo pod wrażeniem? Powiem więc, że bardzo słusznie, choć tak się składa, że zupełnie niepotrzebnie, bowiem wprawdzie, owszem, w Olsztynie doszło faktycznie do zaboru choinek i faktycznie z użyciem gróźb karalnych, tyle że na sprzedawcę choinek napadli zwykli bandyci, bez tytułów sędziowskich, a ja sobie tych sędziów zwyczajnie wymyśliłem. Czemu tak? A temu mianowicie, że wpadając na ten żart z sędziami miałem stuprocentową pewność, że zdecydowana większość Czytelników – a kto wie, czy wręcz nie wszyscy – uzna go za szczerą prawdę, w dodatku wcale nie tak bardzo zaskakującą i chciałem sprawdzić, czy mam rację.
        Rzecz w tym, że dziś reputacja jaką muszą i jeszcze długo będą musieli znosić polscy sędziowie sprawia, że nie ma takiego zła, choćby w jego najbardziej egzotycznej formie, które by w odniesieniu do nich akurat nie było traktowane jako, owszem, niekiedy zaskakująca, ale jednak oczywistość.
      Aby pokazać, jak ta prawda działa w praktyce, opowiem może, w jaki sposób dzisiejszy temat w ogóle się w mojej głowie pojawił. Otóż ze względów, które nie są dziś dla nas specjalnie istotne, żona moja zajmuje się sprawami publicznymi w stopniu bardzo ograniczonym, do tego wręcz stopnia, że, kiedy od czasu do czasu mnie o coś pyta, to ja się często czuję zszokowany, że ona o tym czymś nawet nie słyszała. A zatem jest też tak, że ponieważ o zdecydowanej większości z ujawnianych przez media występkach sędziów ona dowiaduje się ode mnie, i to raczej w formie comiesięcznej kompilacji, reaguje na te opowieści bez tej charakterystycznej dla  nas blazy. No i tak też właśnie było i wczoraj, kiedy jej opowiedziałem o tych dwóch durniach z choinkami. Słuchała owej historii z zainteresowaniem i w pewnym momencie przerwała mi, i w sposób całkowicie naturalny, bez śladu ironii, zadała to pytanie: „Pewnie to byli dwaj sędziowie Sądu Najwyższego”.
       W pierwszej chwili potraktowałem to pytanie jako szyderstwo, ale już po chwili pomyślałem sobie, że czemu nie?  Czemu nie przyjąć, że ona faktycznie pomyślała, że skoro ja już postanowiłem jej opowiedzieć historię o dwóch – kto wie, czy nie napitych – gościach kradnących choinki, to na końcu musi pojawić się coś naprawdę ekstra, a więc, czemu nie sędziowie? No i wtedy też wpadł mi do głowy pomysł na tę dzisiejszą notkę.
       Ktoś powie, że przesadziłem. Bywa różnie, ale przecież czy aż tak, to pewnie nie. Dla nich więc mam pytanie sprawdzające, to jak to w końcu było, uwierzyli Państwo w ten numer na początku, czy uznali, że ja sobie strugam żarty?
       Żarty? W tej sytuacji pozwolę sobie na koniec zaproponować pewien bonus, tym razem już nie o sędziach, lecz o tak zwanych gangsterach. Otóż pewien mój dobry znajomy parę lat temu udawał się autokarem na wycieczkę na narty. Autokar jak to autokar, wycieczka jak wycieczka, z tą różnicą, że w środku znajdowała się grupa kilku osób, które nie dość, że zachowywały się jakby owa wycieczka była zorganizowana wyłącznie z myślą o nich, to jeszcze przez całą drogę, jak to mówią, polewając. Kiedy po odpowiednio męczącej podróży mój znajomy dojechał na miejsce, okazało się, że towarzystwo z autokaru jest zakwaterowane w tym samym co on hotelu, a przekonał się o tym już pierwszego wieczoru, kiedy postanowił skorzystać z szeroko dostępnego jacuzzi i okazało się, że tam też postanowili się zastołować jego autokarowi kompani, no i wtedy dopiero w pełnej okazałości mógł potwierdzić, że oni posiadali wszelkie atrybuty klasycznych zbirów, a więc złote łańcuchy, sygnety, no i widoczne ślady siłowni. No i tam też, podobnie jak wcześniej w autokarze, byli oni również wyposażeni w alkohol – podkreślić należy, że bardzo drogi – a ponieważ uznali mojego znajomego za swojego nieproszonego,m ale jednak gościa, zaproponowali mu, by się z nimi napił. On oczywiście odmówił, oni oczywiście ruszyli tradycyjnie w gadkę typu „Kto nie pije ten kapuje” i takie tam, i wreszcie mój znajomy wpadł na złoty pomysł, by im powiedzieć, że on pić nie może, bo jest niepijącym alkoholikiem... W tym momencie po jacuzzi rozniósł się pełen szacunku pomruk i od tego momentu panowie zaczęli traktować mojego znajomego jak „jednego z gangu”, o czym świadczyć mogło choćby to, że bez skrępowania zaczęli prowadzić rozmowy biznesowe, z których on się mógł dowiedzieć wiele bardzo ciekawych szczegółów, takich jak na przykład kto, kogo, jak i za ile.
...
       
      I teraz muszę przyznać się do kolejnej prowokacji. Otóż z tymi gangsterami, to ja tylko zażartowałem. To wcale nie byli gangsterzy. A ja teraz mam dwa pytania finałowe: ilu z Państwa uwierzyło mi, kiedy powiedziałem, że tym razem już kończymy z tematem sędziów? No i ilu z Państwa wierzy mi teraz, kiedy mówię, że tylko żartowałem?





środa, 18 grudnia 2019

Donald Tusk - gwizd artystyczny


Oto poinformował mnie mój syn, że Donald Tusk, wciąż, jak się zdaje, snując się to tu to tam po Polsce i promując swoją książkę, zażartował, że polsce nie grozi ‘polexist”, ale raczej „wypierpol” i ów bonmot zaczął nagle robić karierę na miarę niegdyś „ciepłej wody w kranie”, potwierdzając w ściśle określonych środowiskach pozycję Tuska jako najbardziej inteligentnego żartownisia polskiej polityki. A mnie natychmiast naszły refleksje, nawet nie tyle związane z faktem, że on ów „wypierpol” ukradł posłowi Konfederacji, Dobromirowi Sośnierzowi, który go wymyślił i użył na Twitterze jeszcze rok temu, ale z tym, że sądząc po tym, co się dzieje w ostatnich dniach, można dojść do przekonania, że z byłym premierem dzieje się coś bardzo niedobrego. Ja oczywiście już dawno wiedziałem, że jest to człowiek dość dramatycznie ograniczony, jednak nie ulega dla mnie najmniejszych wątpliwości, że tak dramatyczne wykorzenienie z Polski i to na tyle lat, osłabiło go jeszcze bardziej, a ostatnie dni wskazują na to, że ów zjazd robi się coraz bardziej niebezpieczne.
Ponieważ to co się stało chciałbym jakoś oryginalnie skomentować, a prawdę powiedziawszy, mam wrażenie, że wszystko co miałem mądrego do powiedzenia na temat tego dziwnego człowieka, już powiedziałem, chciałbym z tej akurat okazji przypomnieć jeden z pierwszych swoich tekstów, jakie zdarzyło mi się mu poświęcić, w nadziei, że tak będzie dobrze, by nie powiedzieć, bardzo dobrze. A zatem, bardzo proszę.


     Przydarzyła mi się bardzo zabawna historia. Siedziałem sobie w domu i słuchałem muzyki. Grał Bill Evans – pianista, razem z Tootsem Thielemansem na harmonijce. Kto się interesuje, z pewnością wie, o co chodzi. Weszła najmłodsza Toyahówna, wydęła z pogardą usta i spytała: „A co to za okropieństwo?’ Na to ja: „Organki”. Na co moja córka: „Okropne”. I znów ja: „To Toots Thielemans – on jest wybitny”. I wtedy moje dziecko: „Kto???? Tusk?”
      Otóż sprawa wygląda następująco. Oczywiście nie Tusk, tylko Toots. Toots Thielemans – jeden z największych muzyków XX wieku. Można nie znać tego nazwiska, można nie wiedzieć, kto to taki, ale wystarczyło żyć i mieć uszy otwarte, żeby od czasu do czasu usłyszeć tę harmonijkę i jej nie zapomnieć. Wystarczyło te kilka ważnych filmów, jak choćby „Midnight Cowboy”, żeby już nigdy nie zapomnieć tej melodii. A więc nie Tusk, ale Toots. Wielki muzyk, znany głównie ze swojej harmonijki, ale również gitarzysta i… gość, który potrafił pięknie gwizdać. A więc bardzo zdolny człowiek. Nie Tusk.
      Domyślam się, że ktoś kto znalazł się na tym blogu po raz pierwszy, pomyśli sobie zapewne, że tu się odbywa jakieś szaleństwo. Mało tego. Jestem pewien, że nawet ci, którzy byli tu już wcześniej, mają święte prawo, żeby uznać, ze ja albo ostatecznie straciłem siły, albo się po prostu zdemoralizowałem. Proszę wszystkich o zachowanie spokoju. Aż tak źle nie jest. Atmosfera tylko z pozoru jest głupkowata. Owszem, kiedy moja córka wyskoczyła z tym Tuskiem, to wpadliśmy w nastrój zabawowy i zaczęliśmy się prześcigać w najróżniejszych pomysłach, jak by to było, gdyby nagle się okazało, że Donald Tusk potrafi grac ładnie na harmonijce, albo – nie daj Boże – jest okazał się wirtuozem w artystycznym gwizdaniu. Włączalibyśmy sobie TVN24, na ekranie pojawiałby się napis ‘na żywo’, kamery pokazywałyby nam rzecznika Grasia, który by z kolei anonsował wystąpienie Premiera… i wtedy na mównicę wchodziłby Donald Tusk i pięknie grał na organkach. Lub gwizdał. To byłoby coś. To byłaby prawdziwa rewolucja. Oto mamy ten nasz polityczny świat. Tych wszystkich pieprzonych prezydentów, ministrów, premierów, komisarzy, te wszystkie parlamenty, te strategie, te gospodarki, te niespełnione obietnice, tę nieustanna walkę o głosy wyborców… a tu nagle pojawia się, który gra na organkach, a następnie grzecznie się wszystkim kłania i idzie do domu.
Niedawno, Hanna Gronkiewicz Waltz powiedziała, że, jak idzie o miasto, którym ona zarządza, to właściwie nie trzeba już nic robić. Wystarczy, żeby wszędzie były kwiaty i żeby w chodnikach nie było dziur, na których można by połamać nogi. Ludzie będą chodzić jak naćpani i będzie git. Ja do tego bym jeszcze dodał takie rozwiązanie, żeby wszędzie, wzdłuż ulic poumieszczać wielkie telebimy, na których mieszkańcy miasta mogliby nieustannie oglądać, jak Donald Tusk gwiżdże, lub gra na harmonijce.
      Wbrew pozorom, to nie jest obraz aż tak bardzo absurdalny. Właściwie, jak się dobrze przyjrzeć, to wszystko zmierza dokładnie w tym kierunku. Wczoraj telewizja poinformowała, że Premier przedstawił coś, co się nazywa Polska 2030 – Wyzwania Rozwojowe. Chodzi o to, że – prawdopodobnie po to, by nas ostatecznie dobić – postanowiono nam pokazać, jak to będzie za dwadzieścia lat pod rządami ludzi, którzy nam dwa lata temu wskoczyli na plecy i nie chcą zleźć. Nie będę opisywał, jak ta Polska w roku 2030 ma wyglądać. Po cholerę? I tak wszystko wiadomo – domy mają być wysokie, ze szkła i stali, a pociągi mają jeździć bardzo szybko. Chcę jednak zwrócić uwagę na jedną rzecz. Otóż najprawdopodobniej autorem tego szaleństwa był nie Donald Tusk, lecz sam Michał Boni. Dlaczego tak myślę? Przede wszystkim dlatego, że mignął mi ten ubek wczoraj w telewizorze. Ale jest tez drugi powód moich podejrzeń. Ja na Boniego mam oko już od pewnego czasu. Dokładnie od dnia, kiedy przeczytałem z nim rozmowę w Rzeczpospolitej, gdzie on opowiadał, jak to w przyszłości każdy będzie miał komputer i będzie sobie z każdym rozmawiał na Skypie. To właśnie wtedy uznałem, że nie ma takich słów, które by potrafiły opisać nieszczęście, na jakie sami się zechcieliśmy skazać 21 października 2007 roku. Ale nie ma też takich słów, które by w pełni sprawiedliwie mogły załatwić sprawę o nazwie ‘Michał Boni’.
      Więc już nic więcej nie napiszę. Pewnie puszczę sobie „Nocnego Kowboja” i może się w ten sposób trochę uspokoję.




wtorek, 17 grudnia 2019

Pięć krótkich kawałków na nadchodzące Święta


Najnowszy wydanie „Polski Niepodległej” wciąż jeszcze przed nami, natomiast ja już dziś pozwolę sobie przedstawić tu na blogu najnowszą serię krótkich kawałków, które tam publikuję od dłuższego już czasu. Zapraszam i życzę dobrych wrażeń.


Jak wiemy już dziś wszyscy, w Wielkiej Brytani odbyły się przyspieszone wybory parlamentarne i partia Borysa Johnsona odniosła sukces porównywalny już tylko z osiągnięciami Margaret Thatcher. Dla tych z nas, którzy liczą na to, że już wkrótce większość Europy pójdzie polskim, czy węgierskim śladem i skutecznie postawi się temu, co niektórzy nazywają postępem, a co w sposób oczywisty musi doprowadzić wspomnianą Europę do ciężkiego i nieodwracalnego upadku, jest to wiadomość dobra. To jednak co powinno nas w nie mniejszym stopniu zainteresować, to reakcja na to zwycięstwo brytyjskich elit. Otóż z tego co możemy zaobserwować, histeria, jaką ono tam wywołało jest równie dojmująca jak to, czego od czterech już ponad lat niemymi świadkami jesteśmy i my, i co czasem widzimy jako coś absolutnie wyjątkowego. Otóż nic podobnego. To nie jest w żaden sposób reakcja wyjątkowa. Siły antycywilizacyjnego oporu są wszędzie takie same, a ich metody jakby wyjęte z tej samej formy. Patrzmy uważnie na to co się dzieje w Wielkiej Brytanii, bo wtedy dopiero zrozumiemy, że przeciwnik wcale nie jest taki przebiegły, jak się nam to próbuje przedstawiać.

***

Weźmy choćby osobę nie dość że tu u nas niemal zupełnie nieznaną, to w ogóle chyba na tyle publicznie obcą, że gdyby nie „Gazeta Wyborcza” i okolice, można by było potraktować jak jakiś paproch, który został nam tu wdmuchnięty przez przypadek, a więc niejaką Agatę Bielik-Robson, profesora z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. No ale, jak już za chwilę się przekonamy, to wcale nie jest byle kto, przynajmniej w sensie, który nas tu zwykle interesuje. Otóż w rozmowie przeprowadzonej przez wspomnianą „Gazetę Wyborczą” ta dziwna kobieta powiedziała co następuje:
„Czy ty nie rozumiesz, co tu się dzieje? Mamy apokaliptyków u władzy! Teraz, po kilku latach, sytuacja jest jeszcze trudniejsza, bo rząd PiS-u udaje normalizację – od tego jest Morawiecki z tą swoją gładką mową – ale tak naprawdę działa ciągle według wzorca stanu wyjątkowego, wywracając wszystko na nice i igrając z apokaliptycznym ogniem. To może się skończyć społeczną katastrofą, co zresztą Kaczyńskiemu w ogóle by nie przeszkadzało. Podejrzewam, że byłby szczęśliwy, gdyby tu wszystko spłonęło.
To są ludzie o temperamencie apokaliptycznym. Rządzą nami postaci, którymi kieruje gigantyczna siła resentymentu, to dla PiS-u jedyny rodzaj paliwa. Ich napędza nienawiść do ‘Salonu’, do III RP, do elit dawnej Unii Demokratycznej, do umownego Holoubka z Konwickim, bo ten ‘Salon’ ich wykluczał w latach 90. w czasie osławionej wojny na górze.
Trzeba pamiętać, że cała ta prawicowa inteligencja, która teraz jest kośćcem dobrej zmiany, to są wszystko ludzie, którzy zostali strąceni w tamtych latach do szeolu. Do absolutnego niebytu. Zostali wykluczeni ze wspólnoty i obmówieni jako szaleńcy. Wariaci. I teraz wracają jako zombie.
Wracają z rejonów śmierci, z rejonów społecznego wygnania. I – jak wszystkie zombie – mają jeden niesamowity power: zemstę. Niech spłonie świat, ale niech króluje sprawiedliwość!
Ja uważam tę władzę za patologiczną u swego zarania. Mamy w Polsce rząd zombie. Najgorsze, co w każdym horrorze się przydarza, to upiory wracające z rejonów śmierci. I właśnie taki czuję strach przed tym rządem, jakbym śniła horror. Wszelkie paktowanie z nimi, każda próba normalizacji ich rządów, jest absolutnym błędem”.
A ja proszę popatrzeć na to, co się dzieje w tych głowach. Oto piąty rok od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość pokonało siły cywilizacyjnego szaleństwa i pierwszy, gdy społeczeństwo po raz drugi pokazało co sądzi o tym co wspomniane głowy wypełnia, a tam tymczasem wszystko nadal się kotłuje, jakby zupełnie nic się nie stało; więcej nawet – jakby oni w tym wszystkim odnaleźli jakąś nową siłę i są w nią tak zapatrzeni, jakby nie byli nawet w stanie dostrzec, że tam już nie ma nic poza czystym obłędem.

***

Jeśli komuś nie wystarczy Bielik-Robson, oddajmy głos kolejnym... tak tak – zombie we własnych osobach. Oto przed nami aktor Daniel Olbrychski w internetowej rozmowie z Moniką Jaruzelską:
„Kiedyś powiedziałem, że gdybym musiał być adwokatem z urzędu, to umiałbym znaleźć argumenty, żeby bronić targowiczan, którzy przecież wiedzieli, że tak czy tak przegramy; żeby bronić mojego wroga Radziwiłła w ‘Potopie’; umiałbym bronić naszych przywódców po Jałcie, bo trafiliśmy pod but Stalina i wtedy wszystko zależało tylko od tego, ile tej autonomi ktoś umiałby...Potrafiłbym ich bronić. Ale nie zgodziłbym się, nawet za represje, bronić obecnie rządzących Polską,bo jest to podłość, głupota i niekompetencja. Wywołanie podziału społeczeństwa – bo to jest zbrodnia – oszustwem o zamachu w Smoleńsku. To jest zbrodnia, co wykonał Macierewicz i co podtrzymał, bo na tym wygrał, Kaczyński. Obydwaj świetnie wiedzieli, że nie było zamachu. Dzielić, żeby rządzić. Tak robili tylko okupanci w Polsce, ale też ci okupanci bywali czasami bardziej szlachetni, mniej podli, broniąc interesów własnych, silnych krajów”.
Słucham tego człowieka, patrzę na jego twarz... i nagle widzę, że on pod jednym i drugim okiem ma wciąż świeże ślady wypadku, któremu uległ jadąc gdzieś, jak zwykle, po pijaku zapewne, na swoim skuterze. Widzę tę obitą mordę i myślę sobie, że owe sińce znakomicie symbolizują stan, jaki wywołało nie tylko przecież w nim, ale w całym tym obłąkanym towarzystwie, kolejne zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości. A to jest ni mniej ni więcej jak stan, gdy oni nagle, ni stąd nie zowąd, zobaczyli całą złożoność czasów, które nie tylko nas irytowały, gdy siedzieliśmy rozwalenia w naszych pluszowych fotelach, ale zwyczajnie strzelały nam w potylicę.

***

Przyznaję, że nie wiem oczywiście, jak dziś wygląda prof. Magdalena Środa, mogę sie jednak domyśleć, że nawet jeśli ona nie ma siniaków pod oczami i rozbitej wargi, musi przynajmniej mieć włosy upaprane od błota i zgniłych liści. A mam prawo mieć tego typu podejrzenia, czytając jej wypowiedź już nie tyle na temat szlachetnych sowieckich okupantów i podłego Jarosława Kaczyńskiego, co w kwestii... zwierząt i ich, jak najbardziej obywatelskich, praw:
„Jest taka propozycja, żeby zwierzętom przydzielić obywatelstwo. Są zwierzęta udomowione, które powinny być traktowane jak współobywatele, potem są zwierzęta liminalne, graniczne, które żyją z nami np. szczury, karaluchy albo coś takiego i one powinny mieć status uchodźców i są zwierzęta dzikie, które powinny mieć status obywateli państw suwerennych”.
Ktoś mi w tym momencie zarzuci, że w momencie gdy ja z polityki – nawet jeśli nomen omen „liminalnej” – nagle postanowiłem się przenieść na oddział psychiatryczny dla przypadków, które współczesna medycyna uznała za zbyt egzotyczne, ta rubryka stała się zwyczajnie niepoważna. Otóż nie zgadzam się. Jest bowiem bardzo możliwe, że prof. Środa – przypominam, że wciąż z sukcesem funkcjonująca w medialnym mainstreamie – zaledwie pokazuje nam naszą przyszłość. Możliwe jest, że ona wie coś, co nam się jeszcze nie ujawniło w najgorszych nawet koszmarach. Mało tego. Jest bardzo możliwe, że na to, co ona nam mówi, jest już przygotowywane uzasadnienie, nie tylko  polityczne, ale również teologiczne.

***

Mniej więcej bowiem wraz z powyższą wypowiedzią owej dziwnej kobiety – przypomnę tylko, że całkiem niedawno publicznie ogłaszającej, że jest czarownicą – głos zabrał kto wie, czy nie przyszły Prezydent RP, Szymon Hołownia, przedstawiając teologiczną interpretację ewangelicznego świadectwa o Męce i Zmartwychwstaniu  naszego pana Jezusa Chrystusa:
„Ludzie nie widzą jednej podstawowej rzeczy, że Jezus stał się człowiekiem ale też – przecież powtarzamy to w każde święta Paschy – stał się zwierzęciem. Stał się Barankiem Ofiarnym. Jezus wziął na siebie ból, krzyk, krew, pot i łzy tysięcy zwierząt ofiarnych, które byłyby zabijane jeżeli On nie złożyłby swojej ofiary”.
A ja już na koniec pozwolę sobie przypomnieć słowa naszego świętego Jana Pawła: „Nie lękajmy się”. Poza swoim obłędem bowiem, oni nie mają już nic więcej. Czy tu w Polsce, czy w Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych, na Węgrzech, czy gdziekolwiek indziej na świecie.