środa, 23 października 2019

O czystym jak diament sumieniu księdza Isakowicza-Zaleskiego


      Choć dla wielu czytelników tego bloga może to być sprawą oczywistą, powtórzę tu dziś raz jeszcze, że choć do kapłanów i zakonnych sióstr naszego Kościoła czuję bezwstydny wręcz szacunek, który w wymiarze fizycznym z najwyższym uporem realizuję na co dzień choćby tylko pozdrawiając ich wszystkich bez wyjątku tradycyjnym „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, są też księża, a tu mogłoby mi zabraknąć palców obu rąk, z którymi, gdy chodzi o wspomniany szacunek, mam bardzo duży kłopot. I, wbrew pozorom, nie chodzi mi najbardziej o tych wszystkich lansowanych przez liberalne media dominikanów, czy tym bardziej o pojedynczych księży takich jak ksiądz Lemański, Sowa, czy Luter, ani nawet o samego kardynała Nycza, ale o niegdyś nadzwyczaj skromnego i w sposób oczywisty zasłużonego dla naszej wolności księdza Isakowicza-Zaleskiego. Gdy chodzi o tamtych, to oni przynajmniej nawet nie próbują ukrywać zła, w które z taką dumą wdepnęli i dziś z autentyczną satysfakcją, jak gdyby nigdy nic, głoszą swoje nauki. Co do księdza Isakowicza jednak, moje myśli są znacznie poważniejsze, a uwagi o wiele bardziej surowe. Otóż przez to, że on z jednej strony przedstawia się, jako jeden z najwierniejszych obrońców Kościoła, który jest rzekomo rozsadzany od zewnątrz przez liberalnych wrogów Kościoła, a z drugiej pozwala się w sposób zupełnie skandaliczny wykorzystywać przez prawdziwych tego Kościoła wrogów, ja go uważam za nie mniejszego szkodnika niż buszujący od lat po kościelnych peryferiach Tomasz Terlikowski, Grzegorz Górny, czy całe to towarzystwo związane z takimi katolickimi portalami, jak Fronda, czy Polonia Christiana. Nie ma bowiem nic gorszego, jak owi głupcy, którzy chcieli dobrze, tyle że trafili na o wiele większych cwaniaków od siebie.
       Czemu dziś piszę o księdzu Isakowiczu-Zaleskim? Otóż on mi chodził po głowie już jakiś czas, a na tym blogu występował jeszcze lata temu, natomiast wczoraj pojawił się na dobre w związku z tym, że ów straszny, najbardziej okrutny atak wymierzony przez moce zła przeciwko księdzu Tymoteuszowi Szydło, nie mógł być już dłużej dyskretnie bardzo przemilczany przez ogólnopolskie media, no a przy tym również przez Polskie Państwo. My, którzy znajdujemy czas i odpowiednią pasję, by przebywać tu w Internecie o wiele częściej, niż przeciętni Polacy, mogliśmy już od wielu tygodni z bezradnym przerażeniem obserwować to, co bardzo źli ludzie wyprawiają, gdy chodzi o tego biednego księdza. Wcześniej sam starłem się być dyskretny i nie przykładać ręki do tego, by te wszystkie kłamstwa, rozpowszechniane przeciwko niemu, czy to na Twitterze, czy Facebooku, rozeszły się szerzej niż i tak już zupełnie bezkarnie przewalały, jednak kiedy po pewnym, jak się okazało zaledwie pozornym przyśnięciu, ruszyła kolejna fala, no i mimo że również zareagowali prawnicy księdza Tymoteusza, najbardziej bezczelni oszczercy posunęli się do tego, by w celu wzmocnienia przekazu obniżyć wiek owej wymyślonej przez te czarne dusze dziewczynki do piętnastu lat, pomyślałem, że jednak o tym tu wspomnę. Dziś sprawa jest już bardzo szeroko udostępniana, głos zabrał nawet premier Morawiecki i wciąż tylko jedna kwestia pozostaje niewyjaśniona: kto mianowicie uruchomił tę lawinę? Kto jako pierwszy opublikował ten mem, w którym Księdzu zadano pierwszy cios. Ponieważ ja mam tu swoją indywidualną opinię, pragnę się nią podzielić.
      Otóż, jak pewnie dziś sobie wszyscy przypominamy, jakieś dwa lata temu premier Szydło pochwaliła się ze zrozumiałą dumą, że jej syn został uroczyście wyświęcony i dziś już może szczęśliwie służyć wiernym jako ksiądz Tymoteusz. Następna radosna bardzo wiadomość była taka, że Ksiądz znalazł swoją pierwszą parafię w Buczkowicach, a następna, że stamtąd wyruszył do Oświęcimia, gdzie miał służyć grupie wiernych modlących się w rycie Trydenckim. No i wtedy jak grom z jasnego nieba spadła na nas informacja, że z zapowiedzianych mszy będą nici, bo ksiądz Tymoteusz zwrócił się do swoich przełożonych z prośbą o roczny urlop. No i wtedy się zaczęło.
       Piszę, że się zaczęło, choć szczerze powiedziawszy, jestem przekonany, że przynajmniej z punktu widzenia księdza Szydło, zaczęło się znacznie wcześniej, a więc w momencie, gdy wiadomość o tym, że „syn Szydło” dołączył do „szajki kościelnych pedofilów” z całą pewnością musiała zacząć kursować tam gdzie na nią czekano z oczywistym utęsknieniem. Myśmy tu może jeszcze owych głosów nie słyszeli, natomiast obawiam się bardzo, że Ksiądz je słyszeć musiał. I nie mogło być mu z tym łatwo.
       Kto zatem był tym pierwszym, który rzucił kamieniem na tyle dużym, by to drżenie można było naprawdę poczuć. Otóż pamiętam bardzo dobrze ten moment, jak wiadomość o tym, że ksiądz Szydło poprosił o urlop i go otrzymał, zaczęła być komentowana przez samego właśnie księdza Isakowicza-Zaleskiego. I to nie jeden raz, ale wielokrotnie; i to nie tylko na Twitterze, ale on swój długi nos wsadzał wszędzie tam, gdzie go o komentarz proszono. Posłuchajmy więc wyboru owych wypowiedzi, udzielanych na lewo i prawo przez owego świętego męża z najwyższą radością:
Święcenia kapłańskie odbywają się publicznie, więc każdy człowiek kościoła katolickiego ma prawo też wiedzieć, dlaczego dany ksiądz zostawił parafię. Uważam, że w przypadku urlopu ks. Szydło, powinno się wyjaśnić całą sprawę. Powinna to zrobić kuria jak i ks. Tymoteusz. Co może być przyczyną tak długiego urlopu? Powodów może być bardzo wiele. Nie ma co ukrywać, bo są też np. ludzie młodzi, którzy przechodzą załamanie, depresję… Ja młodemu księdzu życzę jak najlepiej. I jeśli nawet ma problemy, to zawsze jest sytuacja do wyjaśnienia i wtedy to jest czytelne”. 
[...]
Bezterminowy urlop zaledwie po 2 latach kapłaństwa? To oznacza tylko jedno. Wielka szkoda. Pomodlę się dziś za ks. Tymoteusza i jego Rodziców. Zachęcam też innych do modlitwy za wszystkich kapłanów, którzy przeżywają trudne chwile. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy”.
No i wreszcie dziś, czując prawdopodobnie że narozrabiał, ale jako człowiek o sercu, które zdążyło mu już wielokrotnie stwardnąć, zamiast się zwyczajnie zamknąć, już tylko brnie i ma czelność po tym wszystkim jeszcze odpowiadać premierowi Morawieckiemu na jego słowa współczucia dla księdza Szydły:
Panie Premierze Morawiecki, wszelkie ataki na rodziny są haniebne. Jednak, czy prymicje na Jasnej Górze z udziałem ministrów i marszałków nie były upolitycznieniem posługi tego kapłana? Inna sprawa, że winien on powiedzieć prawdę i przeciąć spekulacje, a nie wynajmować prawnika”.
        Mógłbym tu zapytać księdza Zaleskiego, po jasną cholerę on apeluje o prawdę i o jaką prawdę, skoro w jednej z jego wyżej zacytowanych wypowiedzi stoi jak byk, że „to oznacza tylko jedno” i że owo „jedno” to „wielka szkoda”? Mógłbym też jeszcze bardziej podrążyć i próbować księdza Zaleskiego popytać o inne rzeczy. Nie mam jednak tu zamiaru się jakoś szczególnie znęcać nad tym zagubionym człowiekiem, więc tylko może postawię publicznie skromniejsze pytanie, o co tak naprawdę chodzi księdzu Isakiewiczowi-Zaleskiemu, kiedy próbuje tak dręczyć swojego brata w kapłaństwie? Czemu jemu tak strasznie zależy, by ksiądz Tymoteusz Szydło wystąpił publicznie i opowiedział nam o swoich problemach? Czego on się spodziewa, że cóż takiego powie mu ów tak strasznie skrzywdzony, i krzywdzony nadal, ksiądz? Na jakie tajemnice on liczy i o jakie dobro Kościoła on apeluje? I o zaspokojenie jakiej swojej ciekawości?
       Zadaję te pytania, tak naprawdę udając tylko, że liczę na jakąś odpowiedź. Nie można bowiem liczyć na nic dobrego ze strony ludzi, których życie omotało siecią zepsucia, którego nawet nie sposób nazwać.



wtorek, 22 października 2019

Na różowej, na podusi, czyli o sercu i duszy


       Jestem przekonany, że o polskiej kinematografii, no i w ogóle o osiągnięciach naszej współczesnej kultury, pisałem tu parokrotnie, natomiast nie umiem sobie przypomnieć, czy wspominałem o pewnym kinematograficznym doświadczeniu, jakie na mnie spadło, kiedy któregoś dnia jakimś niezbadanym przypadkiem trafiłem na youtubie na serię bardzo krótkich brytyjskich filmów zrealizowanych przez miejscowych amatorów, które to filmy zrobiły na mnie takie wrażenie, że przez dobrych kilka dni nie byłem się w stanie uspokoić. Gdybym jednak o czymś zapomniał, powiem tylko, że chodzi o to, iż z jednej strony były to w sposób jednoznaczny zaledwie filmowe wprawki adeptów sztuki filmowej, a z drugiej jednak ich poziom, w porównaniu choćby do tego, na co minister Gliński rok rocznie wydaje ciężkie miliony, sięgał kosmosu.
       Przyznam tu zupełnie uczciwie, że mimo iż generalnie uważam się za osobę potrafiąca nazywać rzeczy po imieniu, w kwestii odpowiedzi na pytanie, czemu, gdy chodzi o nasz piękny kraj, poziom wszelkiej produkcji artystycznej jest tak żenująco niski, to ja na to pytanie odpowiedzi nigdy nie byłem w stanie odnaleźć. Czy to bowiem współczesna polska piosenka, czy współczesna polska literatura, czy w ogóle wszelkie współczesne wyczyny kulturalne z filmem włącznie, to co stamtąd otrzymujemy jest na tak niskim poziomie, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko powstało tu u nas, a nie w jakiejś choćby Francji, Włoszech, czy Bułgarii.
        I oto pojawia się kwestia, którą miałem w głowie od dłuższego już czasu, ale z różnych powodów musiała ona wciąż na swoją kolej czekać. Otóż, co wiedzą niektórzy, dorobiłem się w ostatnich latach troje wnuczek, z których jedna, ta najstarsza, wciąż mnie molestuje, bym jej puszczał umieszczone na youtubie piosenki dla dzieci. Ponieważ i ja i moja żona jesteśmy z wykształcenia anglistami, zapoznaję to dziecko również z piosenkami w języku angielskim, które jednak są na tyle pięknie zrealizowane, że bariera językowa nie stanowi dla niej jakiegokolwiek problemu. No ale oczywiście, obok owych angielskich rymów, słuchamy też piosenek polskich – co muszę tu koniecznie podkreślić, ostatnio coraz częściej – i to  na co nie mogłem nie zwrócić uwagi, to fakt, że zdecydowana większość polskich filmików z tymi piosenkami pod każdym możliwym względem zdecydowanie przewyższa to, co prezentują strony z piosenkami dla małych Amerykanów, czy Brytyjczyków. Nie chcę tu powiedzieć, że tamto to są jakieś śmieci. Nic podobnego. To są fantastyczne piosenki, pięknie zrealizowane, cudownie zaśpiewane, rzecz jednak w tym, że to wszystko co zostało stworzone przez polskich dziecięcych edukatorów bije tamtą produkcję na głowę pod każdym względem.
       Od dobrych parunastu miesięcy niemal dzień w dzień oglądam te filmiki, zrealizowane przez kompletnie anonimowych autorów, dośpiewane przez równie anonimowych artystów – często zresztą same dzieci – i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby – zostańmy tu może przy polskiej kinematografii i piosence – coś na podobnie wysokim poziomie udało się nam osiągnąć w tak zwanej sztuce poważnej, to bylibyśmy w absolutnej światowej czołówce.
      Rzecz jednak w tym, że my nawet nie wiemy, kto stoi za tym zupełnie niezwykłym osiągnięciem. Kto te wszystkie filmiki produkuje i kto je swoim talentem wypełnia kto je wreszcie wyśpiewuje. A o czym to świadczy? O tym mianowicie, że to jest coś, co się odbywa całkowicie poza rynkiem tak jak on jest powszechnie rozumiany, i to tak, że tu nie dość że nie ma mowy ani o sławie, to również o jakichkolwiek pieniądzach.
      Wśród piosenek, z którymi ostatnio budzę się każdego dnia, jest też prześliczny wierszyk Janiny Porazińskiej „Ta Dorotka”. I tu pojawia się coś, co właściwie zasługuje na osobny tekst, no ale nie sposób o tym nie wspomnieć i tu. Otóż w momencie gdy pani Porazińska pisze, anonimowa artystka śpiewa, a równie anonimowy artysta rysuje słowa:
A teraz śpi w kolebusi, w kolebusi,
Na różowej na podusi, na podusi,
Chodzi senek koło płotka, koło płotka:
Cicho, bo już śpi Dorotka, śpi Dorotka
”,
czujemy wszyscy, że stoimy wobec sztuki niezłomnej, niepodległej i niepokonanej. Sztuki wielkiej.
        No i pojawia się to pytanie, czemu ów wspaniały naród nie jest w stanie wspiąć się o szczebel wyżej i napisać znakomitą powieść, nakręcić poruszający cały świat film, czy zaśpiewać piosenkę dla dorosłych, która zrobi wrażenie na wszystkich. Wygląda na to, że odpowiedź na tę zagadkę dają nam te biedne filmiki zamieszczone całkowicie za darmo na youtubie przez ludzi, którzy w swoją pracę zaangażowali nic więcej ponad osobisty talent i serce, nie oglądając się ani na pieniądze, ani na sponsorów, ani na to, kto gdzie i jak. Wygląda na to, że przynajmniej tu u nas każda próba rozmowy o interesach kończy się kompletną klapą.
      No ale jest jeszcze coś. Otóż gdy chodzi o te piosenki, najczęściej śpiewane są przez dzieci, na pełnym krzyku, z prawdziwą radością i energią. Czasem jednak można tam znaleźć tak zwanych „zawodowych” piosenkarzy, i oni już kompletnie tracą poczucie misji. Kiedy zaczynają modulować te swoje głosy i się bez sensu popisywać, wszystko w jednej chwili siada. I tu powoli się zbliżamy do faktycznej odpowiedzi na tę naszą zagadkę: czemu? Chodzi po prostu o serce i duszę, które z jakiegoś powodu nie potrafiły przebić do, jak ją nazywają, kultury poważnej.
      Popatrzmy więc teraz może na nasz polski remake znanego przeboju „Old MacDonald Had A Farm”; popatrzmy na tę głębię ekspozycji, na ten dowcip, na siłę przekazu, na śpiew, wreszcie na tę grafikę, i zobaczmy, co byśmy mogli mieć, gdyby to wszystko udało się nam we właściwym czasie zorganizować nieco inaczej.



      

poniedziałek, 21 października 2019

Pięć wesołych kawałków na powyborczą gorączkę


Wprawdzie najnowszy numer "Polski Niepodległej" jeszcze nie trafił do kiosków, jednak z myślą o wiernych czytelnikach tego bloga przedstawiam już dziś kolejny odcinek moich "Wezwanych do tablicy". Powinno być wesoło.



Jestem pewien, że w efekcie minionych wyborów wielu z nas miało różne myśli, poczynając od pełnego entuzjazmu, a kończąc na ponurym rozczarowaniu, jednak jak zawsze wszystko to, co nam się mogło urodzić w naszych głowach, przebili tak zwani celebryci, a wśród nich na pierwszym miejscu nasza ulubienica, aktorka Krystyna Janda, która chyba już w sam wieczór wyborczy, kiedy okazało się, że projekt, który ona dla siebie wybrała nie uzyskał ponad 40 procent głosów, lecz znacznie, znacznie mniej, opublikowała następujące wyliczenia:
      Na PiS głosowało 8 mln ludzi, po tym jak PiS rozdał 100 mld zł socjału w postaci różnych plusów, czyli jeden głos kosztował 12500 zł. PiS rządził 1428 dni, czyli za jedną dobę PiS zapłacił 8 zł 75 gr. swojemu wyborcy. Firma Sedlak&Sedlak podaje, że za noc z prostytutką w Warszawie trzeba zapłacić średnio 2256 zł”.
      Oczywiście wypowiedź pani Jandy wywołała w jednej chwili całe mnóstwo szyderczych komentarzy, w których zarzucono jej przede wszystkim, że ona zupełnie najwyraźniej w świecie zwariowała, ja jednak staram się, jak zawsze, zachować w stosunku do osób, które uważam za ofiary zwykłego ludzkiego nieszczęścia, pewne zrozumienie i tu akurat chciałbym przedstawić opinię, która aktorkę Jandę choćby troszeczkę usprawiedliwi. Otóż sytuacja w której najwyraźniej bardzo dobry sprzedawca robi nadzwyczaj udany interes sprzedając swój towar po 8 złotych 75 groszy, podczas gdy Janda i jej znajomi wołają 2256, i z tego co widać, chętnych wciąż nie przybywa, musi być dla tych ludzi nadzwyczaj traumatyczna.

***

W ogóle, powyborcza trauma dotknęła bardzo szerokie kręgi uczestników naszego życia publicznego. Weźmy samego Grzegorza Schetynę, lidera partii, która w tych wyborach poniosła zdecydowanie najbardziej sromotną porażkę. Ów, jak się okazuje, człowiek jeszcze bardziej dziwny, niż można się było tego kiedykolwiek spodziewać, korzystając z faktu, że obchodzimy właśnie okrągłą rocznicę przerażającej wręcz śmierci błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, opublikował na swoim Twitterze następujący komunikat:
Dziś 35. rocznica śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. I 2. rocznica śmierci Piotra Szczęsnego – ‘Szarego Człowieka’. Obaj starali się poruszać nasze sumienia w czasach ciężkich. Składamy Im hołd”.
Kiedy wszyscy zastanawialiśmy się, czy Grzegorz Schetyna w wyniku powyborczego szoku dołączył do gruby osób dotkniętych psychiczną chorobą, odezwał się ktoś, o kim przynajmniej ja wcześniej nie słyszałem, a kto swego czasu pełnił funkcję ambasadora RP w Kanadzie, a dziś jest senatorem Koalicji Obywatelskiej, niejakiego Marcina Bosackiego. Oto ów przekaz:
Zapaliłem dziś z najmłodszym synem znicze i na grobie ks. Jerzego Popiełuszki, i w miejscu śmierci Piotra Szczęsnego. W rocznicę Ich śmierci. Obaj chcieli lepszej Polski. Dobrej Polski”.
Wśród komentarzy jakie pojawiły się po obu wypowiedziach, na czoło wysunęły się te, gdzie, jaka że w obu wpisach data śmierci Szczęsnego została pomylona o pełne dziesięć dni, sugeruje się, że to Bosacki prowadzi konto Schetynie i zwyczajnie nie potrafi się kontrolować. Z mojego jednak punktu widzenia, kto tu komu co prowadzi nie ma najmniejszego znaczenia. Fakt jest jeden i oczywisty. Oni faktycznie popadli w jakąś bardzo ciężką psychiczną chorobę.

***

Bardziej uważnych czytelników zapewne zainteresowało to, że ja tu już po raz drugi używam argumentu z psychiczną chorobą w tle. Ja też to oczywiście zauważyłem i już spieszę z wyjaśnieniem, skąd to tu się pojawiło. Otóż obejrzałem sobie właśnie wywiad, jakiego na portalu onet.pl niesławnej redaktor Elizie Michalik udzielił świeżo wybrany poseł Janusz Korwin Mikke. W pewnym momencie, proszę sobie wyobrazić, Mikke, jak to on ma w zwyczaju, poinformował widzów, że on, gdyby miał wybierać, to by swoją ośmioletnią córkę raczej wydał w ręce pierwszego z brzegu pedofila, niż pierwszej z brzegu seksedukatorki. Dlaczego tak? Otóż dlatego, że zdaniem Korwina, nawet gdyby ów pedofil poklepał jego córkę po pupie, nie wyrządziłby jej takich szkód jak wspomniana seksedukatorka swoimi zboczonymi teoriami. Indagowany przez Michalik Korwin dodał zupełnie bezwstydnie, że gdy chodzi o klepanie po pupach swoich dzieci, nie tylko zresztą swojej córki, ale nawet swojego syna, on po nich klepie, kiedy tylko ma ochotę, na co Michalik – uwaga, uwaga! – poprosiła Korwina, by on i ją klepnął, bo ona chce zobaczyć, jak to jest. W pupę. No i wtedy to ów Korwin wypalił: „Czy pani jest chora psychicznie?” Cała polityczna scena jest dziś na te słowa święcie oburzona, ja natomiast po raz pierwszy od wielu lat myślę sobie, że ten Korwin bywa jednak zabawny. No i stąd te moje dzisiejsze wybryki.

***

No ale nie mieliśmy pisać o moich wybrykach, ale o wybrykach tych co naprawdę brykają. I tu w tym momencie na pierwszy plan wysuwa się krakowski aktor i nowo wybrany senator, Jerzy Fedorowicz. Ów człowiek, jak większość z nas pewnie wie, w reakcji na zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Senatu, oraz przede wszystkim w obawie, że PiS będzie próbował zachęcić część posłów opozycji do współpracy, oświadczył co następuje:
Człowiek, który w tym momencie, kiedy tak ważna rzecz się stała w polskiej polityce, nagle zmieni front i odejdzie od ludzi, którzy na niego głosowali, będzie obłożony anatemą do trzech pokoleń. To jest pewne – oświadczył. – Jeżeli ktoś ma odwagę taką, żeby zaryzykować swoje życie, swoich dzieci i wnuków, to proszę bardzo”.
Wypowiedź Fedorowicza wywołała autentyczną burzę, na co ów opublikował oświadczenie, w którym zapewnia, że kiedy on wspominał o ryzykowaniu życiem, miał na myśli nie to, że on, jego dzieci i wnukowie w ramach politycznego rewanżu będą mordowali nas, nasze dzieci i wnuki, ale jemu chodziło o to, że nasze dzieci i wnuki za zdradę ideałów Koalicji Obywatelskiej będą okryte wieczną hańbą. I teraz jest tak. Ja oczywiście, gdyby miało się tak zdarzyć, że Koalicja Obywatelska zamierza okryć mnie, moje dzieci i wnuki hańbą, to wobec takiej hańby nie mam żadnych zastrzeżeń. Wręcz przeciwnie, ja bym nawet prosił, by Fedorowicz i jego partyjni towarzysze okryli nas wszelką hańbą, jaka im tylko przyjdzie do głowy. To jednak co mnie tu zaciekawiło szczególnie to pewien sposób myślenia, który uważam za szczególnie chory. Otóż tak jak byłem wychowywany przez swoich rodziców, zawsze sądziłem, że nawet śmierć jest lepsza od wiecznej hańby. Lepiej bowiem umrzeć niż skazać siebie, swoje dzieci i wnuki na to, by żyły w świadomości, że ich imię zostało kiedyś autentycznie zhańbione. I na to przychodzi ów dziwny człowiek i zapewnia nas, że kiedy on nam życzył śmierci, to w żaden sposób nie śmierci na jakiegoś raka, czy od ciosu noża, ale śmierci honorowej. Tylko honorowej. Takie głupstwo. Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o mnie, to wolę umrzeć niż podać rękę komuś takiemu.

***

W ogóle, z tym podawaniem ręki, od czasu gdy stwierdziłem, że tu ryzyko jest zdecydowanie zbyt duże, mam poważny kłopot. Natomiast z zupełnie czystym sumieniem mogę zadeklarować, że uściśnięcie ręki prezydentowi Andrzejowi Dudzie będzie dla mnie prawdziwym zaszczytem. Oczywiście pierwszym tego powodem jest zdjęcie, jakie zostało opublikowane w mediach, pokazujące Prezydenta, jak wyrusza do zakopiańskiego biegu na rzecz transplantacji, na którym to zdjęciu on się prezentuje jako zwyczajnie najlepszy. Drugi jednak powód stanowi jego wystąpienie podczas jubileuszu Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, a konkretnie opowiedziany przez niego następujący żart:
Jest ogólnoświatowa konferencja rektorów w południowej Afryce. Z Europy leci samolot pełen rektorów, niestety nastąpiła awaria i samolot gdzieś w okolicach Afryki Równikowej spadł do dżungli. Na szczęście większość pasażerów jakoś przeżyła, ale miejscowe plemię ogarnęło wszystkich rektorów. Niestety wszyscy rektorzy zostali zjedzeni poza jednym. Poza panem prof. Ryszardem Tadeusiewiczem, rektorem AGH. Dlaczego? Bo wódz plemienia był jego kolegą na elektrycznym, na AGH”. 
Dziś, jak słyszę, pojawiają się głosy, by, podobnie jak zdradzieckich posłów z senackiej opozycji, prezydenta Andrzeja Dudę, jego córkę i jej dzieci, za te skandaliczne, rasistowskie słowa obłożyć wieczną anatemą, ja jednak chciałbym oświadczyć, że uważam je za nadzwyczaj śmieszny żart i tym bardziej w najbliższych wyborach na Prezydenta RP będę robił wszystko, by jego kandydatura wygrała.








niedziela, 20 października 2019

Gdy kłamstwo stało się cnotą


     Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale jakieś dwa lata temu w magazynie „Wysokie obcasy” ukazała się rozmowa z pewną panią ginekolog... przepraszam bardzo, ginekolożką, w której ta powiedziała, że bardzo dobrą metodą antykoncepcyjną jest to, by kobieta po stosunku się wysikała. Sikać jednak należy nie później niż pół godziny po, bo wtedy jeszcze nasienie znajduje się w miarę blisko nocnika. W kolejnych dniach jednak pojawiło się ze strony czytelniczek tego dziwnego pisma na tyle dużo głosów krytycznych, że redakcja zmuszona była do wydania oświadczenia, że słowa owej ginekolożki, czy to zostały źle zrozumiane, czy może w ogóle były mało precyzyjne i redakcja prosi, by czytelniczki nie brały serio owej rady, bo ona jest nieskuteczna.
 Ktoś spyta, skąd ja mam tak egzotyczne informacje. Otóż stąd, że w tych oto dniach na Twitterze i w paru innych miejscach rozpętała się akcja defamacyjna pod adresem pewnej nowej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, gdzie zarzucono jej, że ona, idiotka, jako środek antykoncepcyjny proponuje sikanie po stosunku, podczas gdy sama ma pięcioro nieplanowanych dzieci. Ona sama oczywiście nic wspólnego z tego typu naukami nie miała, natomiast wszystko się zaczęło od pewnego mema, wrzuconego przez nieustalonego internautę, na którym było zdjęcie owej posłanki plus wspomniany cytat z „Wysokich obcasów”, który to mem został natychmiast puszczony dalej, a wśród puszczaczy znaleźli się nawet tak mądrzy ludzie jak pewna redaktor ze stacji TOK FM, czy sam dawny działacz niezapomnianej Konfederacji Polski Niepodległej, Krzysztof Król, który jak się okazuje, dziś wciąż walczy, tyle że zupełnie inna bronią i po zupełnie innej stronie.
   Pewien mój kolega, który trochę lepiej ode mnie orientuje się w internetowych strategiach, poinformował mnie, że w owej przestrzeni istnieją tak zwani „śmieszkowie”, którzy w nosie mają politykę, którym jest obojętne kto wygra najbliższe wybory, natomiast bawi ich tworzenie właśnie tego typu memów, gdzie konkurencja polega na tym, któremu z nich uda się większą ilość razy doprowadzić do awantury. Zainteresowała mnie ta informacja, bo faktycznie aż nazbyt często od lat mogę zaobserwować, na Twitterze przede wszystkim, owe zdjęcia osób, z jednej czy z drugiej strony sceny, z dolepionymi do nich kompletnie zmyślonymi cytatami. Jeszcze jakiś czas temu próbowałem interweniować i prosić znajomych, by nie robili z siebie idiotów i przynajmniej sprawdzali te informacje, zwłaszcza że one na odległość śmierdzą kłamstwem, jednak kiedy niezmiennie otrzymywałem odpowiedź, że „może faktycznie tak nie powiedziała, ale powiedzieć mogła”, a więc wszystko jest w porządku, no i w końcu machnąłem na nich ręką.
Widzę jednak, że zabawa trwa w najlepsze i co gorsza tak jakby po wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborach nie dość, że się zintensyfikowała, to przybrała postać jakiegoś zawziętego do granic rozumu szaleństwa. Poza informacją o sikaniu, mamy dziś, ciągnący się od grubych tygodni festiwal kpin z syna premier Beaty Szydło, który rzekomo porzucił stan kapłański, bo zrobił dziecko szesnastolatce, czy cytowanie rzekomej wypowiedzi papieża Franciszka, gdzie on ma twierdzić, że seks jest bożym darem i powinien być nauczany w szkołach. Gdy chodzi o księdza Tymoteusza, to że cała historia jest od początku do końca zmyślona, było wielokrotnie wyjaśniane, podobnie jak słowa Franciszka pozbawione owego jak najbardziej istotnego uzupełnienia, że on się sprzeciwia „ideologicznej kolonizacji” – wszystko jednak na nic. Obie informacje krążą niepokojone po Internecie, a wspomniane „Wysokie obcasy” z tego kłamstwa na temat Papieża zrobiły nawet tytuł osobnego artykułu. Gdy natomiast chodzi o księdza, doszło wręcz do tego, że on wynajął specjalną firmę prawniczą w celu skarżenia kolejnych internetowych oszczerców: wszystko na nic. Oni się zachowują, jakby stracili rozum.
  A ja się zastanawiam, co się takiego stało, że tym razem to kłamstwo przybrało aż taki rozmiar i co się stało, że owi kłamcy stali się aż tak zawzięci i nieustępliwi. Czy poszło o to, że ze strony przegranej opozycji poszła dyspozycja, by walczyć przy użyciu wszystkich dopuszczalnych środków i ona jest w ten własnie sposób realizowana, czy to wszystko jest jak najbardziej naturalną reakcją ze strony antypisowskich wyborców, którzy są w takim stanie wściekłości, że ich już tylko jest w stanie zatrzymać ściana, o którą sobie rozwalą te swoje durne łby. Tak czy inaczej, jak widzimy, idzie na ostro, i jedyne co nam pozostaje to zachować zimny spokój, bo inaczej będzie z nami jeszcze gorzej niż z nimi.



sobota, 19 października 2019

Czy w państwie policyjnym nie głosujący na PiS emeryci mogą bezkarnie jeść cukierki?


      Przed wielu już dziś laty miałem okazję uczyć pewnego dyrektora pracującego dla sieci Carrefour. Powiedział mi ów człowiek, że jednym z największych nieszczęść na jakie natrafia sieć, jest to, że liczba drobnych kradzieży dokonywanych każdego dnia w prowadzonych przez nią sklepach, w końcowym rozrachunku sprawia, że firma operuje na granicy opłacalności. Czy z tą opłacalnością było tak jak on mówił, to raczej wątpię, faktem jest jednak, że ja tych lekcji udzielałem w biurze umieszczonym nad tą halą, odgrodzoną od kupujących wielką szybą, i przez tę szybę mogliśmy obserwować bieżący ruch, i mój dyrektor zapewnił mnie, że w momencie, gdy my tu sobie miło spędzamy czas, któryś z ludzi, których widzimy, coś kradnie, a odpowiednie systemy najczęściej nie są w stanie nawet tego zauważyć.
         Przyznaję, że choć byłem pod wrażeniem, to nie poczułem szczególnego dreszczu. W końcu, co mnie obchodzi jakiś Carrefour? Nie podoba im się, niech spieprzają do Francji. Tam z całą pewnością nikt ich nie będzie okradał. Któregoś dnia jednak rozmawiałem z dziewczyną z sąsiedniej „Żabki” i powiedziała mi ona, że prawdziwą plagą są nie tylko ci kupujący, którzy przy okazji zakupów, coś tam sobie lewą ręką ściągną z półki, ale ci już najbardziej bezczelni, co wejdą do sklepu, zdejmą z półki zgrzewkę piwa i jak gdyby nigdy nic wyjdą, a ona nie jest w stanie się nawet ruszyć, bo diabli wiedzą, co oni mają w kieszeni, lub choćby w pięści. No a te kradzieże idą oczywiście na jej konto, bo jak ona jest w stanie udowodnić, że to nie ona, lub jej chłopak, to piwo zwędził?
       Przypomniało mi się to moje doświadczenie, gdy wczoraj wszystkie – ich i nasze – poratale poinformowały o nieszczęściu, jakie spotkało „pana Romana, emeryta ze Szczecina”, który tylko z tego powodu, że w sklepie „Biedronka” najpierw ściągnął z półki, a następnie zeżarł śliwkę w czekoladzie, by potem bez płacenia udać się na dalsze zakupy, został skazany przez sąd na 20 dni prac społecznych. Portal tvn24.pl posunął się wręcz do tego, by odwiedzić wspomnianego emeryta u niego w domu i nakręcić odpowiedni reportaż w wersji HD, gdzie ów biedaczek opowiada:
      Byłem w Kołobrzegu na wypoczynku. W dniu 4 lipca udałem się do sklepu ‘Biedronka’ na ulicy Tarnowskiego 3, dokonałem tam zakupu kilku produktów, włożyłem te produkty do koszyka i przechodząc między półkami, odruchowo sięgnąłem po cukierka, sądziłem że sprawa się zakończyła, tymczasem 11 października otrzymałem wyrok nakazowy”. I tu stacja pozwala najpierw emerytowi odczytać całe orzeczenie, a następnie oświadczenie, że ponieważ on nie wyniósł nic poza sklep, tylko „skonsumował na miejscu”, to zarzut kradzieży jest absurdalny.
       W opisie przedstawionym przez portal sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca:
       Pan Roman to 69-letni emeryt ze Szczecina. Wcześniej pływał jako marynarz w Polskiej Żegludze Morskiej. Jak sam mówi – opłynął cały świat. Jednak dopiero w Polsce spotkała go taka - w jego ocenie - absurdalna sytuacja. W wakacje wybrał się do Kołobrzegu. Jak relacjonuje, 4 lipca poszedł na zakupy do samoobsługowego sklepu jednej z sieci marketów. Znajduje się on przy ul. Tarnowskiego. W trakcie zakupów zauważył śliwki w czekoladzie sprzedawane na wagę. Jak tłumaczy, odruchowo wziął jednego cukierka i spróbował. Nie posmakował mu, więc zrezygnował z ich kupna. Po chwili jeden z pracowników sklepu zwrócił mu uwagę, że to kradzież. Pan Roman uznał to za nadinterpretację i kontynuował sprawunki”.
     Przepraszam bardzo, ale co to się do ciężkiej cholery dzieje? Ów były marynarz, co „opłynął cały świat” podpieprza z półki w „Biedronce” cukierka, pracownik sklepu, widząc, co się dzieje, każe mu za tego cukierka zapłacić 40 groszy, na co ten się stawia, bo on go nie ukradł, tylko zeżarł na miejscu, i wychodzi z godnością, a potem stacja TVN24 robi aferę na cała Polskę, że za jeden głupi cukierek „Biedronka” ściga jakiegoś marynarza, który opłynął cały świat.
     Powiem zupełnie szczerze, że gdy chodzi o TVN24, ja jestem gotowy na wszystko i jestem już naprawdę bardzo blisko, by ich przestać zauważać. Podobnie problem z tym idiotą, który nie dość, że nie potrafił się opanować przed tym, by zwędzić ze sklepowej półki głupiego cukierka, to potem nawet nie chciał zapłacić za niego tych głupich 40 groszy, jest dla nas kompletnie nieinteresujący. Czerwona linia między zidioceniem a kłamstwem jest naprawdę cienka. To co mnie natomiast bardzo zastanawia, to to że ów news nie dość że zrobił wrażenie na telewizji TVP Info, która ową wiadomość zdecydowała się podać na swoim internetowym profilu, to jeszcze sprowokował do działania nadzorowaną przez Zbigniewa Ziobro prokuraturę, która postanowiła zaskarżyć wspomniany wyrok na korzyść naszego miłośnika słodyczy. Mam nadzieję, że wszyscy to widzimy: prokuratura wnioskuje o to, by oskarżonemu odpuścić wszystkie grzechy. Bo ten nie wyniósł, tylko zjadł na miejscu.
      Wszyscy dziś się przejmujemy oczywiście sytuacją po wyborach, zastanawiamy się, jak się sprawy potoczą zanim przyjdzie nam wybierać w wyborach prezydenckich. Niektórzy z nas koncentrują się na sprawach bardziej bieżących, takich jak choćby na wybrykach działaczy LGBT pod papieskim oknem w Krakowie. Tymczasem tu mamy tego złodziejaszka i potężną medialną organizację, która angażuje niewyobrażalne siły i środki, by go bronić przed... no właśnie, przed kim i przed czym? Czyżby przez to całe zamieszanie nawet oni stracili panowanie nad rzeczywistością, czy może w tym obłędzie jest jakaś metoda?



piątek, 18 października 2019

O czerwonych pająkach na wesoło


        „Warszawska Gazeta” wychodzi w piątek, a zatem dzisiejszy felieton powinien się jednak nie wcinać przed zakąskę i dać naszemu kochanemu tygodnikowi choćby parę dni. Jest jednak tak, że, zgodnie zresztą z przewidywaniami, sprawy biegną tak szybko, że aby nie ryzykować jakiejś grubszej dezaktualizacji, zdecydowałem się wrzucić tę krótką powyborczą refleksję już dziś.
      No bo popatrzmy choćby na Senat. Tak zwana „opozycja” aż przebiera nogami, ekscytując się, że ma dla siebie na własność przynajmniej tę część Parlamentu, tyle że jeśli się temu obrazkowi przyjrzeć uważniej, to od razu zobaczymy, że tym biedakom nogi się tragicznie plączą i jeszcze chwila jak padną na scenę bez życia.
      Wczoraj w telewizorze widziałem jak Czarzasty z Biedroniem urządzili specjalny briefing, w całości poświęcony błaganiu, póki co jeszcze, przewodniczącego Schetyny, by zechciał albo odebrać telefon, albo sam zadzwonić, bo czas goni, a tu trzeba stworzyć jakiś sensowny blok przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, które tymczasem, jakby nie zważając na wszelkie zaklęcia, szykuje się do urządzenia sobie wspomnianego Senatu tak, by nikt już nie miał wątpliwości, że te 48 miejsc w Senacie, to jest zwycięstwo i kropka.
       Tymczasem, Schetyna pojechał do Brukseli, by prosić Tuska o błogosławieństwo i jedyne co uzyskał to owo nieszczęsne zdjęcie, na którym cały świat, no a przede wszystkim wszyscy ci dotychczas serdeczni przyjaciele Schetyny, liczący na to, że teraz przyszedł ich czas, widzą jak na dłoni, że Tusk ma go serdecznie w nosie.
      Nie mają więc ani marszałka senatu, ani nowego przewodniczącego, ani nawet kandydata w wyborach prezydenckich, które już przecież za chwilę. No i te cholerne telefony, które milczą. Pomysleć, że jeszcze kilka dni temu martwiliśmy się, że ten wynik jakiś taki byle jaki.
      Bardzo proszę. Mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”.    



      Gdy będą Państwo czytać ten felieton, wybory będą już mocno za nami i kto wie, czy nie dowiemy się czegoś, o czym ja sam dziś jeszcze nie wiem, natomiast chciałbym się tu z tymi z nas, którzy jak ja głosowali na Prawo i Sprawiedliwość, podzielić paroma refleksjami, które, mam nadzieję, będą odpowiednio oryginalne, no a przede wszystkim inspirujące. Otóż – jestem pewien, że nie byłem w tym samotny – tuż po ogłoszeniu pierwszych sondaży, a tym bardziej po tym, jak się okazało, że one są jednak ostateczne, a w dodatku oddaliśmy Senat, poczułem bardzo duże rozczarowanie. To co mnie jednak niemal natychmiast postawiło na nogi, to reakcja, nie Grzegorza Schetyny, czy opłacanych przez niego internetowych trolli, lecz sposób w jaki porażka Koalicji Obywatelskiej, a tak naprawdę Platformy Obywatelskiej, czy może bardziej, zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, zostały przyjęte przez prominentną część zaprzyjaźnionych z Platformą komentatorów. Otóż ja nie pamiętam, by oni kiedykolwiek wcześniej byli aż tak roztrzęsieni. Słucham wypowiedzi dziennikarzy, politycznych ekspertów, a wreszcie też zawsze tam obecnych tak zwanych „ludzi kultury” i oni są autentycznie wściekli z przerażenia. Popatrzmy choćby na znaną nam aż nazbyt dobrze Krystynę Jandę:
      Niepokoję się tym co będzie, tutaj nie ma mowy o żadnej demokracji. Jedna strona ma wszystkie media, całą władzę i wszystkie środki nacisku, a druga strona ma tylko siebie, wspomnienia i internet. Staram się odzywać i uczestniczyć w życiu społecznym, publicznym, ale to zostało bardzo ograniczone. [...] Druga sprawa, która jest nieuchwytna, ale przerażająca, to demoralizacja, zmiany w głowach ludzi, zmiany dopuszczające kłamstwo, niesprawiedliwość, łamanie prawa i zgadzanie się na to. Ludzie przechodzą do porządku dziennego nad bezczelnym kłamstwem. Ja na to patrzę z przerażeniem. To będzie miało wielkie konsekwencje”.
      Mam nadzieję, że wiedzą Państwo po co ten przydługi cytat. Rzecz w tym, że my faktycznie liczyliśmy na znacznie więcej i świadomość, że mimo tego, że wszystkie praktycznie argumenty były po stronie Prawa i Sprawiedliwości, jak zawsze nie doceniliśmy poziomu gnuśności wśród znacznej części społeczeństwa, jest bardzo dokuczliwa. Dziś przecież wiemy znakomicie, jak niewiele brakowało, by oni zwyczajnie wygrali, i pokazali nam dobitnie, że powtarzając wynik sprzed czterech lat w pewnym sensie unieważniamy wszystko to, czego dokonaliśmy. A więc można by się było spodziewać, że taka Krystyna Janda poczuje owo mgnienie satysfakcji, że jednak nie jest ten PiS aż tak groźny, jak się wydawało. A tu tymczasem ona się dławi ze strachu. I nie tylko ona, bo za nią idą kolejni, a za nimi jeszcze następni.
      Czy to możliwe że to tylko my jesteśmy aż tacy ambitni, że ciągle nam mało i wciąż jesteśmy z siebie niezadowoleni, natomiast gdy idzie o tę nędzę to na nich wystarczy tylko tupnąć, ewentualnie gwizdnąć, a rozbiegną się jak niezapomniane czerwone pająki?



czwartek, 17 października 2019

O brązowej tęczy na poważnie


      Niedługo zostanie zaprzysiężony nowy parlament, nowy rząd wznowi swoje prace, zapewne rozpocznie się realizacja zapowiedzianych na pierwsze sto dni zmian i to oczywiście tworzy wokół nas bardzo pozytywny nastrój. W międzyczasie dowiadujemy się, że Platforma Obywatelska znalazła się na progu rozpadu i jest całkiem niewykluczone, że już za chwilę Prawo i Sprawiedlwość nie tylko powiększy swoje zdobycze sejmowe, ale również uzyska odpowiednią większość w Senacie. Z Senatu też zresztą dochodzi nas nadzwyczaj ciekawa informacja, że senator Gawłowski nie będzie musiał po raz drugi tracić immunitetu, ponieważ już go raz utracił i to z punktu widzenia organów ścigania zupełnie wystarczy. A to tym bardziej sprawia, że przyszłość rysuje się jak najbardziej pozytywnie.
      Tymczasem jednak dzieją się rzeczy, które każą się nam obawiać, że choć to wszystko jest oczywiście bardzo ciekawe, jeśli się nie załatwi pewnych kwestii natychmiast, tego co przed nami możemy zwyczajnie nie wytrzymać. Oto ledwie wczoraj grupa osób związanych z projektem o nazwie LGBT, rzekomo dla uczczenia rocznicy ogłoszenia kardynała Wojtyły papieżem, pod słynnym papieskim oknem w Krakowie zorganizowała – a ja rozumiem, że za zgodą prezydenta Majchrowskiego –  hałaśliwą dyskotekę. Księdza, który wyszedł do tęczowych imprezowiczów potraktowano jak gówno, wyszydzono i wyproszono. Policja nie interweniowała.
       Również wczoraj, pod budynkiem Sejmu zgromadziła się grupa agresywnych działaczy protestujących przeciwko procedowanej przez posłów antypedofilskiej ustawie, którzy w pewnym momencie zaatakowali wychodzącą z budynku posłankę Pawłowicz, obrażając ją przy pomocy okrzyków i gestów, w taki sposób, że gdyby nie towarzysząca jej ochrona policji, ona miałaby prawdopodobnie problem z opuszczeniem terenu. Tu również działania policji ograniczyły się jedynie do osłonięcia Pawłowicz przed atakiem wściekłego tłumu.
       Dziś czytam, że w jednej ze szkół podstawowych w Szczytnie, wśród dwunastoletnich dzieci przeprowadzono obowiązkową ankietę, gdzie owe dzieci miały odpowiadać na pytania typu: „Czego obawiasz się najbardziej podczas uprawiania seksu?”. Jak się okazuje, ankieta została przygotowana przez niezidentyfikowaną firmę z Krakowa, a przeprowadzona na polecenie Urzędu Miejskiego w Szczytnie. Z tego co czytam wynika, że tu również policja nie interweniowała.
       No i wreszcie hit dnia. Oto w Szkole Podstawowej nr 7 w Poznaniu opiekująca się uczniowskim samorządem mgr Monika Kasprowicz, zaordynowała, że w dniu 24 października w szkole odbędzie się tak zwany „Dzień Spódniczki”, podczas którego wszystkie dzieci, zarówno dziewczynki, jak i chłopcy, mają przyjść do szkoły w spódniczkach. Jednocześnie, życząc wszystkim „miłej zabawy i pięknych spódniczek”,  tych co sprzeciwiają się pomysłowi poinformowała, że dziecko, które przyjdzie ubrane w spodnie, nie będzie brało udziału w zabawie i zostanie potraktowane z całą surowością podczas regularnych lekcji. Poproszona o wyjaśnienie sensu swojego pomysłu, mgr Kasprowicz poinformowała lokalne media, że „akcja ze spódniczkami ma wnieść kolor, luz i zabawę do szkoły. Jesteśmy szkołą otwartą. Jeśli uczniowie przychodzą do nas z propozycją, która nikogo nie obraża, nie widzimy powodu, by się na nią nie godzić”.
      Tu, jak się zdaje, również nie doszło do interwencji policji.
      Ktoś mnie spyta, co ja tak z tą policją. Czemu ja im nie pozwalam spokojnie ścigać złodziei, tylko każę się uganiać za ludźmi, którzy nie chcą niczego więcej, jak odrobiny „koloru, luzu i zabawy”. Otóż rzecz w tym, że gdy chodzi o luz i zabawę, to ja nie mam nic przeciwko, zwłaszcza gdy chodzi o ludzi, którzy są w takim stanie histerii, że bez owej chwili luzu, oni najprawdopodobniej już za chwilę eksplodują, porwą kuchenne noże, wybiegną na ulicę i zaczną nimi machać bez opamiętania. Natomiast tu mi bardziej chodzi o ów kolor. Ten kolor mi się bardzo nie podoba. To jest niby kolor tęczy, tak naprawdę jednak wiele wskazuje na to, że spod owej tęczy coraz częściej zaczyna wyłazić tło jak najbardziej brunatne i już niedługo może się okazać, że ta cała gadka o luzie, zabawie i kolorach doprowadzi nas do tego, co mogliśmy oglądać w popularnym niegdyś filmie „Kabaret”, gdzie na początku również był luz i zabawa, a potem już tylko ów brąz.



środa, 16 października 2019

O tym jak Koalicja Obywatelska przegrała z Konfederacją


       Po raz pierwszy poczułem, że coś się kroi, gdy to tu to tam pojawiły się głosy, że ponieważ wybory do Senatu wygrała opozycja, to opozycja właśnie powinna mieć prawo do mianowania Senatu tego marszałka. Poczułem, że coś się kroi, jednak bez jakiegoś szczególnego lęku. W końcu przez te kilka ostatnich lat mogliśmy się wszyscy przyzwyczaić do tego, że wszyscy ci miłośnicy demokracji mają swoje metody, by tę demokrację kwestionować, kiedy tylko ona nie zadziała wedle ich własnych wyobrażeń. Ostatnio na przykład, ile razy Prawo i Sprawiedliwość wygrywało wybory, oni niezmiennie powtarzali, że owo zwycięstwo nie jest żadnym zwycięstwem, bo jeśli się uwzględni liczbę osób, które nie brały udziału w wyborach – a przecież każdy, miłujący demokrację człowiek wie, że skoro oni nie głosowali, to też nie głosowali na PiS, a skoro tak, to oni z całą pewnością PiS-u nie lubią – to wyjdzie na to, że PiS jest w tragicznej mniejszości.
      Poczułem więc, że coś się kroi i już chwilę potem lawina ruszyła. Zajrzałem wczoraj do portalu tvn24.pl, a tam cała seria osobnych artykułów, wyjaśniających czytelnikom, że nawet gdy chodzi o Sejm, sytuacja nie jest wcale taka, jak by się mogło w pierwszej chwili wydawać. W Senacie faktycznie najwięcej głosów, bo aż 48, uzyskało Prawo i Sprawiedliwość, i faktycznie Koalicja Obywatelska, nie mówiąc już o pozostałych komitetach, owe wybory przegrała, jednak jeśli tak się dobrze zastanowić, to Senat przegrał nikt inny jak PiS właśnie, no bo przecież gdyby wygrał to, by miał ponad 50 mandatów, a nie 48. Przecież to jest logiczne, czyż nie? No i, konsekwentnie, gdyby opozycja te wybory przegrała, to by nie miała tych mandatów 51, co też jest jak najbardziej logiczne. No a teraz spójrzmy na Sejm. Niby Prawo i Sprawiedliwość dostało w wyborach blisko 44% głosów i zdobyło w Sejmie aż 235 miejsc, ale jeśli spojrzeć na mapę, to tak naprawdę oni większość zdobyli tylko w kilku województwach na wschodzie kraju, podczas gdy niemal cała Polska jest w faktycznych rękach opozycji. No i jak normalny człowiek może się pogodzić z taką niesprawiedliwością, gdzie ktoś, kto tak naprawdę wygrał, to skutkiem jakiegoś Donta, czy Sronta musi cierpieć porażkę?
        Wszystko jest też starannie zobrazkowane. Portal tvn24.pl publikuje następującą mapkę:




A poniżej informuje:
Ponad połowę głosów PiS zdobyło w 13 okręgach, natomiast Koalicja Obywatelska wygrała w 5 okręgach”.  Mam nadzieję, że widzimy, co się tu dzieje. PiS zdobyło ponad połowę w 13, natomiast Platforma wygrała, a to oczywiście prowadzi ich do ostatecznej informacji, że Prawo i Sprawiedliwość mimo że wygrało, to tak naprawdę przegrało, na co oczywisty dowód stanowi wspomniana mapka.
      I to jest właśnie to myślenie. To jest właśnie stan umysłu, z którym mamy tu do czynienia. I to jest tak naprawdę ich koncepcja demokracji, zapożyczona najwyraźniej od ich cwanych przyjaciół z Węgier, którzy podobnie, widząc, że nie są w stanie stworzyć uczciwego projektu, który da im wyborcze zwycięstwo, postanowili utworzyć blok obejmujący całe polityczne spektrum od komuny po konserwatywną prawicę, szantażując Orbana, że albo zdobędzie w całym kraju samodzielną większość, albo zostanie pozbawiony władzy. Oczywiście dla dobra demokracji. I ci tu tak samo. Nagle, ni stąd ni zowąd, uznali, że nie chodzi w ogóle ani o idee, ani o dobro państwa, ani powodzenie obywateli, ani nawet czystą politykę, ale wyłącznie o władzę... a kiedy już się tę władzę zdobędzie, to się zobaczy.
       Nigdy w Polsce, ale też na świecie, pomijając oczywiście komunę, oraz reżimy totalitarne, ze względu na naturalne zróżnicowanie wolnego społeczeństwa, nie było takiej sytuacji, by jedna partia, w całym kraju, zdobyła poparcie większości wyborców. To jest po prostu niemożliwe. I oni to dobrze wiedzą. W końcu z prawdziwym zaangażowaniem to akceptowali kiedy sami sprawowali rządy. Dziś natomiast robią wielką awanturę, bo Prawo i Sprawiedliwość obejmuje władzę mimo że większość społeczeństwa ma w stosunku do nich stosunek co najmniej obojętny. A jaki ma stosunek do nich? A cóż to ma za znaczenie, kiedy im tylko zależy na tym, by PiS się uczciwie z nimi władza podzielił. W końcu jest demokracja, czy nie?
       W tej sytuacji, idąc za przykładem stacji TVN24, oraz za proponowaną przez nich metodą, również przygotowałem odpowiednią mapkę, tyle że tym razem taką, która komu trzeba pokaże, że nawet jeśli faktycznie PiS uzyskał autentyczne poparcie jedynie w zapadłych dziurach na wschodzie kraju, to ich akurat zwyczajnie już nie ma. Oni nawet w tych wyborach nie zaistnieli. I to nawet w swojej ukochanej Warszawie. No może tylko w Wilanowie, choć i co do tego nie mam pewności. Bardzo więc proszę. Koalicja Obywatelska vs. PiS, SLD, PSL i Konfederacja. Smacznego wszystkim:



wtorek, 15 października 2019

Gdy na stół podają najlepsze


     W pierwszej kolejności chciałbym przeprosić wszystkich tych, którzy zaglądali tu wczoraj przez cały Boży dzień w nadziei na poczytanie komentarza do tego, co się przydarzyło nam w minioną niedzielę. Powody jednak dla których zdecydowałem się przeczekać tych kilka godzin były dwa i moim zdaniem usprawiedliwiają mnie w pełni. Przede wszystkim, przyznać muszę, że to czego w wyborczy wieczór dowiedziałem się z sondaży IBRIS-u zszokowało mnie w takim stopniu, że autentycznie potrzebowałem się nieco ogarnąć. Co nie mniej istotne  – jak się okazało, słusznie bardzo – brałem pod uwagę to, że przez tę noc i być może jeszcze godziny następnego dnia sytuacja będzie do tego stopnia niepewna, że lepiej mi będzie się nie wychylać z opiniami, które już za chwilę mogą się okazać nic nie warte.
      No ale skoro już wszyscy wszystko wiemy, a do tego mieliśmy też czas sobie wszystkie sprawy przemyśleć jestem na miejscu i proszę o uwagę. Otóż nie wiem, jak większość z tych, którzy podobnie jak ja życzyli Prawu i Sprawiedliwości w tych wyborach powodzenia, gdy chodzi jednak o mnie, zdecydowanie liczyłem na coś więcej. Pisałem zresztą o tym tu na blogu, wyrażając bardzo moim zdaniem logiczne przekonanie, że Polacy, ci nawet którzy polityką się nie interesują, a jeśli nawet, to nie po to by darzyć sympatią Jarosława Kaczyńskiego i jego życiowy projekt, przynajmniej na zasadzie prostego ludzkiego odruchu wiedzą, co jest dla nich dobre i co służy ich interesom, i w ten sposób pójdą gremialnie na wybory, by realizację owych interesów sobie zapewnić. Ale to nie wszystko. Czym bliżej do wyborów, tym bardziej żyłem przekonaniem, że każdy kolejny dzień, każdego w miarę rozsądnie myślącego człowieka musi doprowadzić do przekonania, że nawet jeśli PiS kłamie, to – jak to kiedyś ładnie, choć w zupełnie innym kontekście, powiedział Dostojewski – lepiej jest trzymać z PiS-em kłamcą, niż z tą bandą nieudaczników. Nie ma się więc co dziwić, że kiedy zobaczyłem, że przewaga, jaką wywalczyło Prawo i Sprawiedliwość nad wrogim sobie blokiem to zaledwie kilka posłów, byłem bliski załamania. Nie poprawiły oczywiście sytuacji nazwiska kolejnych posłów czy to Koalicji Obywatelskiej, czy PSL-u, czy Lewicy, którzy uzyskali mandaty, i daję słowo, że nie mam tu przede wszystkim na myśli posła Neumanna, czy tej internetowej cizi. Proszę sobie wyobrazić, że to co mnie autentycznie dobiło, to informacja, jaką uzyskałem od swojego człowieka w Leeds, że w konsulacie oraz ambasadzie RP w Londynie wynik wyborczy prezentował się następująco: KO - 46,8%, Lewica - 33,8%, Konfederacja - 8,8%, PiS - 8,3%, PSL - 2,3%. Oto okazuje się, że te niezmierzone tłumy Polaków czekających w godzinnych kolejkach na możliwość oddania głosu w wyborach, TYCH akurat wyborach, ludzi z których przez chwilę byłem tak dumny, stały tam tylko po to, by zagłosować tak naprawdę przeciwko Polsce. A to, w połączeniu z wszystkim tym, o czym wspominałem wcześniej, nie dało mi w żaden sposób powodu ku temu, by się radować.
      Mijał więc wczorajszy dzień, pojawiały się kolejne liczby, kolejne nazwiska, kolejni zwyciężcy i przegrani, na chwilę wyszła nadzieja, szybko niestety skorygowana, że zdobyliśmy również i Senat, przez cały ten jednak czas, jak już wspomniałem, zdążyłem ochłonąć i dziś właściwie stoję jasny i gotowy by wejść w kolejny wcale nie tak niedobry, jak mi się wydawało, dzień. A zatem, jak się okazuje, te 235 mandatów, to jest dokładnie tyle samo, co cztery lata temu, ale też dokładnie to samo, co nam pozwoliło przez całą kadencję nadzwyczaj skutecznie porozstawiać wszystkich po kątach. Przez to nieustanne poczucie zwycięstwa, jakie mi towarzyszyło od jesieni 2015 roku, najwidoczniej uznałem, że ta nasza przewaga, to musiało być naprawdę coś dużego, a tymczasem okazuje się, że owych pięciu posłów w pełni nam wystarczyło.
       Druga rzecz, to jak najbardziej potwierdzony fakt, że przez wspomniane cztery lata partia Jarosława Kaczyńskiego przyciągnęła na swoją stronę dwa miliony nowych sympatyków i w tej chwili ma ich już ponad osiem milionów, co śmiało może zapowiadać, że za kolejne cztery lata wyrównamy rekord ustanowiony przez Solidarność w roku 1980. A to, nawet jeśli zachowamy tu pewien oczywisty dystans, stanowi wynik nie byle jaki.
       Ale jest jeszcze coś, co choć początkowo wydawało się stanowić źródło pewnego, choćby i pozornego, sukcesu Koalicji Obywatelskiej, w rezultacie musi przynieść im ostateczną zgubę. Otóż jestem niemal pewien, że z tych 130 posłów, których Schetynie udało się wprowadzić do Sejmu, już wkrótce zostanie tylko garstka. Mam bardzo silne przeczucie, że już za chwilę to całe lewactwo, plus to co pozostało po Nowoczesnej, przejdzie do Lewicy, bo to ona dziś po tamtej stronie reprezentuje sukces i to ona znajduje się na pozycji wznoszącej. Nie wiem dokładnie, ilu ich tam w sumie jest, ale podejrzewam, że na tyle dużo, by ich ucieczka wywołała w Platformie Obywatelskiej autentyczny kryzys, najpierw przywództwa, a potem wiary... i wtedy to powinien nastąpić koniec tego od początku fałszywego projektu. Już nie mogę się doczekać aż oni wezmą się za fraki, nie potrafiąc się dogadać, który z nich będzie zastępcą Czarzastego, a który Zandberga.
       No i co nie najmniej ważne, to wtedy też właśnie sądy zdecydują, że okres ochronny się skończył i wreszcie ruszą te wszystkie procesy.
      I jak tam? Powie mi ktoś teraz, że ja się wczoraj poleniłem wyłącznie ze względu na Dzień Nauczyciela?



niedziela, 13 października 2019

Mój pierwszy protest wyborczy


       Szanowna Państwowa Komisjo Wyborcza, Wielmożny Panie Prokuratorze, oraz Wielce Szlachetny Panie Sędzio!
        W ten nadzwyczaj ważny dla wszystkich miłujących demokrację obywateli dzień, pragnę donieść, że w dniu wczorajszym zarządzany przez reżim portal tvp.info złamał ciszę wyborczą, publikując na swojej stronie tekst zatytułowany „Wywozili do lasu i znęcali się nad ofiarami. Sąd zmniejszył wyrok dla gangsterów”. Ze wspomnianego artykułu dowiadujemy się, że, jak to w sposób jednoznacznie tendecyjny relcjonuje wspomniały portal, „Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że kara 5, 6 i 7 lat więzienia dla osób, które wywoziły swoje ofiary do lasu i znęcały się nad nimi, jest zbyt surowa”.
       Jak się dowiadujemy z dalszej częsci wspomnianego tekstu:
      Czterech mężczyzn ze Środy Śląskiej wywoziło do lasu swoje ofiary. Każda z nich była bita, i strzelano do niej z broni pneumatycznej. Celem gangsterów było podpisanie przez porwanych zobowiązania do oddania pieniędzy, których nie pożyczyli”.
       W dalszej części wspomnianego artykułu czytamy:
      W listopadzie 2018 r. Sąd Okręgowy we Wrocławiu postanowił wymierzyć napastnikom wyższą karę. Uznano, że przez znęcanie się nad uprowadzonymi należy zmienić klasyfikację czynów z bezprawnego pozbawienia wolności na przetrzymywanie zakładnika w celu zmuszenia go do określonego działania. I tak, Krystian G. został skazany na siedem lat więzienia, Damian G. i drugi Krystian G. na pięć lat, a Maciej S. na rok i dziesięć miesięcy.
       Wszyscy mężczyźni odwołali się od wyroku. Teraz Sąd Apelacyjny – odwrotnie niż Sąd Okręgowy – uznał, że nie można im przypisać wzięcia i przetrzymywania zakładnika, a tylko pozbawienie człowieka wolności. W ten sposób kary zostały zmniejszone na odpowiednio: 6,5 roku więzienia, cztery, trzy lata oraz rok pozbawienia wolności
”.
         Uważam, że jest rzeczą nie podlegającą dyskusji, że powyższa informacja, przekazana w ten a nie inny sposób, stanowi oczywiste naruszenie przepisów o ciszy wyborczej, zachęcając do głosowania na Prawo i Sprawiedliwość, która to partia od dłuższego już czasu atakuje polski wymiar sprawiedliwości i na tym ataku buduje swoje społeczne poparcie. W tej sytuacji, Telewizja Polska winna być pociągnięta do odpowiedzialności karnej za to, że naruszając ciszę wyborczą, szczuje przeciwko obecnie funkcjonującemu – co należy podkreślić, zgodnie z obowiązującym prawem –  systemowi wymiaru sprawiedliwości, a tym samym zachęca do głosowania w dzisiejszych wyborach na Prawo i Sprawiedliwość.
       Niech żyje demokratyczna Polska w demokratycznej Europie!


      
     


sobota, 12 października 2019

Czy w przyszłym roku literacką nagrodę Nobla otrzyma japoński poeta Makoto Namaka?


   Właściwie to trochę żałuję, że z wiekiem coraz bardziej się izoluję od świata literatury, a ten mój żal pojawił się wczoraj, gdy trafiłem w Internecie na tekst niejakiej Ruth Franklin, zamieszczony jeszcze w lipcu tego roku w popularnym amerykańskim magazynie „The New Yorker” pod wiele mówiącym tytułem „Powieści Olgi Tokarczuk wobec nacjonalizmu”, a ja sobie pomyślałem, że gdybym w odpowiednim czasie był bardziej uważny, mógłbym postawić na Tokarczuk ciężkie pieniądze i dziś bym był bogaty.
      Ów nadzwyczaj obszerny tekst w papierowym wydaniu pisma opublikowany został kilka miesięcy temu, natomiast dziś powtórzony został w jego wersji internetowej w związku oczywiście z przyznaniem Oldze Tokarczuk literackiej nagrody Nobla, i wbrew pozorom – co dla nas jest całkowicie zrozumiałe – zaledwie w niewielkim stopniu poświęcony jest pisarskim talentom laureatki, natomiast większą część tekstu zajmuje wspomniany w tytule nacjonalizm.
       Proszę pozwolić, że zacytuję kilka bardziej charakterystycznych fragmentów. Już sam początek przypomina klasycznego Hitchcocka:
Warszawskie Targi Książki organizowane są każdego roku w maju na Stadionie Narodowym, pokrytej biało-czerwonymi wzorami, przypominającej kosz konstrukcji. W pogodny sobotni poranek, z setkami pomarańczowych baloników w rękach dzieci, tłumy czytelników przeczesywały stoiska z ofertami wydawców z całej Europy. Na stoisku Narodowego Instytutu Fryderyka Szopena jakaś dziewczyna grała na fortepianie „Bohemian Rhapsody”, na prowizorycznie rozstawionym stoisku sprzedawca o ciemnych długich włosach i w hipsterskich okularkach z uwagą przedstawiał jednemu z czytelników egzemplarz gejowskiego magazynu „Forever Butt” („format kieszonkowy, różowy, super gay”). Natomiast wokół stoiska powszechnie szanowanego Wydawnictwa Literackiego krążyła długa kolejka ludzi, czekających na autograf Olgi Tokarczuk, która w ciągu ostatnich lat zdobyła uznanie, jako najwybitniejsza Polska autorka, a dziś jest powszechnie typowana jako tegoroczna lauretaka nagrody Nobla.
      Tu następuje bardzo dokładna prezentacja Tokarczuk, zarówno pod względem wyglądu, ubioru, oraz charakteru, którą oczywiście pominiemy, a dalej mamy to:
      Budynek stadionu został otwarty w roku 2012 i ostatnio stał się centralnym miejscem spotkań dorocznego Marszu Niepodległości, podczas którego członkowie skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych organizacji demonstrują pod takimi hasłami jak “Polska dla Polaków”, czy “Stop islamizacji”.
       I dalej:
      W Polsce narracja historyczna odwołująca się do różnorodności i przenikania się kultur, nieuchronnie staje się narracją polityczną, jako kwestionująca odwieczny mit narodu ściśle katolickiego. Ów narodowy mit odżył szczególnie w roku 2015, kiedy pod hasłem antyimigracyjnej „jedności narodowej” do władzy doszła populistyczna partia Prawo i Sprawiedliwość. Od tego czasu rząd odmówił przyjęcia uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej, sprzeciwił się uznaniu praw par jednopłciowych, oraz wprowadził przepisy zakazujące jakiejkolwiek debaty na temat polskiej kolaboracji z Nazistami podczas II Wojny Światowej”.
      I jeszcze dalej:
      Telewizja państwowa, z której znaczna liczba Polaków pozyskuje wiadomości, konsekwentnie, w agresywnym i zniesławiającym języku, znieważa polityczną opozycję, oraz każdego, kto myśli inaczej niż partia rządząca”.
      A dalej, nawet kiedy jest niby o Tokarczuk, to też bohaterami są Polacy – ci dobrzy i ci źli:
      Zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości na przeciwko siebie mają ludzi postępowych, często młodych, mieszkających w miastach, w zachodniej części kraju, tych którzy szukają tolerancji, wielokulturowości i prawdziwego rozliczenia się z polską przeszłością. I to są czytelnicy Tokarczuk”.
     W tym momencie trafiamy do polskiej szkoły:
     Prawo i Sprawiedliwość dokonało rewolucji w edukacji: zajęcia z historii ograniczają się do historii polskiej, nauczanej z wyraźnie nacjonalistycznej perspektywy; zajęcia z literatury podkreślają klasykę polskiej literatury, na przykład powieści historyczne Henryka Sienkiewicza, a nie jej wielkich nonkonformistów, takich jak Witold Gombrowicz czy Bruno Schulz.
       Nauczyciel, który odbiega od oficjalnej linii oczywiście nie trafi do więzienia, natomiast może być zastraszony, kto wie, czy nie z groźbą przymusowej emerytury. I choć prawdopodobnie są niewielkie szanse, by się coś podobnego mogło wydarzyć w Warszawie, jeśli uczysz w małym miasteczku, lub na wsi, gdzie mieszkają ludzie o przekonaniach konserwatywnych, a religii uczy miejscowy ksiądz, twoja sytuacja zmienia się radykalnie”.
     I tak dalej, i tak dalej. Jest więc i o filmie o księżach pedofilach, który w Internecie obejrzała „połowa mieszkańców Polski”, jest też o tym, że któreś z lewackich pism o nazwie „Dwutygodnik” nie otrzymało  ministerialnych pieniędzy, w związku z czym musiało pomóc miasto, a nawet bardzo ciekawa informacja, że Olga Tokarczuk myśli o tym, by z papieru toaletowego zrobić medal dla ministra Glińskiego.
      O tym, że minister finansów zwolnił Tokarczuk z obowiązku odprowadzenia podatku od otrzymanych właśnie milionów akurat nie wspomniano.
      Ktoś się być może zapyta, skąd autorka „New Yorkera” tak dobrze się orientuje w polskich realiach. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ona tu u nas była i wszystkiego o czym pisze dowiedziała się od samej Tokarczuk, pisarza Stasiuka, prof. Moniki Płatek, no i jeszcze od pewnego nadzwyczaj awangardowego nauczyciela i dyrektora w którejś ze szkół, niejakiego Laskowskiego, z którym go zapoznała nasza laureatka. To oni właśnie tak naprawdę napisali ten tekst, a Ruth Franklin go tylko ładnie złożyła.
       A ja, już na sam koniec, by nie było nam aż tak ponuro, wspomnę tylko o dwóch rzeczach. Po pierwsze chciałem poinformować, że przed Tokarczuk literackie nagrody Nobla odebrali tacy mistrzowie pióra, jak Eyvind Johnson, Harry Martinson, Wole Soyinka, Nadżib Mafhuz, Imre Kertesz, Orhan Pamuk, czy Swiatłana Aleksijewicz... można by wymieniać.
       No i hit poranka, czyli dwa pierwsze zdania z dzieła Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”:
      Połknięty papierek zatrzymuje się w przełyku gdzieś w okolicy serca. Namaka śliną”.
      Proponuję, by w przyszłym roku Szwedzka Akademia przyznała swoją nagrodę wielkiemu japońskiemu poecie Akiro Namaka za „dzieło o uniwersalnej istotności, gorzkim wglądzie oraz językowy geniusz, które otworzyły nowe ścieżki przed japońską poezją”. Daję słowo honoru, że nikt się nie zorientuje, a wyłożone na tę hucpę pieniądze akademicy będą mogli podzielić między siebie.






piątek, 11 października 2019

Dlaczego nie będziemy kląć jak Sławomir Neumann


Na zakończenie kampanii przedstawiam swój najnowszy tekst z „Warszawskiej Gazety”, Tokarczuk natomiast zajmiemy się w ciszy wyborczej.


       Kiedy ten felieton trafi do kiosków, do wyborów pozostaną jeszcze tylko dwa dni, a ja już dziś, kiedy jeszcze pewien czas na zamartwianie się, jak to ostatecznie będzie, nam pozostał, myślę sobie, że demokracja to jest prawdziwy nóż o sześciu ostrzach. I są chwile, kiedy wielu z nas bardzo chętnie wymieniłoby ową demokrację na cokolwiek, byleby tylko mieć gwarancję, że to coś – obok oczywiście zachowania władzy w rękach tak zwanego „ludu” –  nas za bardzo nie zawiedzie.
       Ostatnie parędziesiąt lat pokazało nam bardzo wyraźnie, że szczególnie gęstej gęsiej skórki na myśl o tym, że człowieka z kartą do głosowania, stawiającego krzyżyk, gdzie mu się żywnie podoba, nie da się w żaden sposób kontrolować, dostają ci, którzy często ową demokrację noszą na sztandarach. Nie wiem, jakie nastroje panowały w szerszych kręgach, ale gdy chodzi o mnie i moich znajomych, przez owe osiem lat, kiedy to Platforma Obywatelska wraz z PSL-em robili z Polską co im przyszło do głowy, myśmy byli oczywiście zmartwieni, ale nawet nam do głowy nie przyszło, by urządzać kolejne awantury, że już nie wspomnę o zapluwaniu innych życzeniami możliwie bolesnej śmierci. Nawet nam przez myśl nie przeszło, by próbować obalać – siłą, czy podstępem –   legalnie wybrany rząd, a na wypadek kolejnej przegranej, grozić Polsce i Polakom niechybnym końcem świata. Wszyscy bowiem wiedzieliśmy, że owa demokracja to nóż szalejący we wszystkich możliwych kierunkach, ale i tak to on ostatecznie pokaże nam, jaką sobie przyszłość zgotowaliśmy.
       No i jesteśmy dziś tu gdzie jesteśmy, przed szansą – jak się dziś zdaje, wyjątkowo dużą – że tym razem uda się wygrać dla Prawa i Sprawiedliwości kolejną kadencję, a ja mimo to wciąż myślę o tym nożu o sześciu ostrzach, zdecydowanie poza moim zasięgiem, i zwyczajnie się boję, że jakimś niezmierzonym i niedostępnym dla mojej wyobraźni przekrętem losu, wieczorem 13 października okaże się, że to co mi się wydawało, czego byłem wręcz pewien, w rękach demokracji okazało się czymś kompletnie innym i wcale nie po mojej myśli.  Oczywiście, to co teraz piszę, może zostać odebrane jako pewnego rodzaju prowokacja, i ja to bardzo dobrze rozumiem, ale nawet jeśli ewentualność przegranej Zjednoczonej Prawicy mamy traktować wyłącznie jako teorię, to ja wciąż jestem gotów ją przyjąć, jako wynik właśnie demokratycznej woli ludzi, których oczywiście nie rozumiem, z którymi się zasadniczo nie zgadzam, a których nawet nie lubię i tę ich wolę zaakceptować. Skoro bowiem sam zdecydowałem się brać udział w tym systemie, nie mogę się jednocześnie na niego obrażać.
      A zatem na tych parę dni przed wyborami wyrażam mocne przekonanie, że Prawo i Sprawiedliwość wygra te wybory z większością konstytucyjną, ale jeśli się okaże że tak się nie stało, będzie mi oczywiście bardzo smutno, ale zapewniam, że nie zacznę kląć jak Sławomir Neumann.