sobota, 24 sierpnia 2019

Ciemny lud, boski pijar i błogosławione kłamstwo - wersja na dziś

        Do wyborów zostało jeszcze kilka dobrych tygodni, a ja mam na dziś dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że to, co gdyby nie to nieszczęście w Tatrach, wypełniałoby dziś nasze dni w pełni i do samego końca, to zaledwie początek całej serii politycznych awantur – niewykluczone, że znacznie cięższych niż owo głupstwo z tą jakąś Małą Emi, czy jak jej tam – które zostaną przerwane dopiero w piątek przed ciszą wyborczą. Stawka tych wyborów jest tak wysoka, że zwłaszcza ci, dla których to jest walka praktycznie o życie, gotowi są do wszystkiego, a skoro są gotowi, to obawiam się, że też do wszystkiego się posuną. Druga refleksja jest taka, że temperatura owej wojny jest tak wysoka przede wszystkim z tego powodu, że w całej naszej dotychczasowej, nazwijmy ją demokratyczną, historii nie było takiej sytuacji, że między obiema stronami doszło do idealnej wręcz równowagi, gdy chodzi o możliwości propagandowe, gdzie takie oto kłamstwo zostało podniesione do rangi cnoty. Podkreślę może to, o czym wspomniałem wcześniej. Nie sugeruję, że dotychczas kłamstwo cnotą nie było. Owszem, było jak najbardziej, tyle że dziś po raz pierwszy doszło do sytuacji, że kłamać, jeśli tylko zaistnieje taka potrzeba, mogą jedni i drudzy i w dodatku jedni i drudzy są wyposażeni we wszystkie odpowiednie do tego instrumenty, by ono się niosło po całej Polsce.
        Obserwuję wydarzenia związane ze wspomnianą Małą Emi, wsłuchuję się w te wszystkie fajerwerki, jakie są odpalane przez opozycję i współpracujące z nią media i myślę sobie, że gdyby nie przede wszystkim telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego, te kilka tygodni w zupełności wystarczyłyby do tego, by, tak jak to miało miejsce w roku 2007, po wkroczeniu do akcji Leszka Balcerowicza z jego projektem „Schowaj babci dowód”, Prawo i Sprawiedliwość mogłoby już dziś pakować walizki. Na szczęście, jak mówię, mamy ten nasz „Dziennik Telewizyjny” w wydaniu turbo, Norbiego, „Zniewoloną” i to wszystko stanowi moim zdaniem wręcz idealną ochronę dla choćby tego, co znamy pod nazwą 500+, więc możemy się czuć bezpieczni.
       Wspomniałem o kłamstwie, jednak proszę zwrócić uwagę, że my tak naprawdę nie mamy bladego pojęcia, czy to co słyszymy to kłamstwo, czy może prawda. Owszem, prawdą są wspomniane 500+ oraz 13 emerytura i tego nie ma potrzeby udowadniać, natomiast czort jedyny wie, czy to wszystko, co owe programy otacza, to jest to, co nam się wydaje, czy może jest to jakaś próba zamydlenia nam oczu. Podobnie odwrotnie. My tak naprawdę nie jesteśmy w stanie bezpiecznie stwierdzić, czy wszystkie zarzuty, jakie przychodzą ze strony opozycji, a kierowane są pod adresem owych programów i w ogóle wszystkiego, co się dzieje na terenie okupowanym obecnie przez Prawo i Sprawiedliwość, to prawda, czy kłamstwo.
       Nie wiemy tego wszystkiego, a mimo to staramy się jakoś w tej propagandzie poruszać i znajdować drogę do upragnionej prawdy. Z gorszym czy lepszym skutkiem, ale jestem pewien, że każdy z nas bardzo mocno dąży do tego, by ową prawdę rozpoznać i za nią pójść.
      Gdyby ktoś myślał, że to jest coś bardzo nowego, to ma rację tylko częściowo. Kwestia umiejętności rozpoznawania kłamstwa i odnajdowania prawdy towarzyszy nam od lat, a w ostatnich niemal już trzydziestu latach wydaje się czymś, co przyszli historycy, ale też socjologowie, psychologowie, czy zwykli polityczni komentatorzy będą omawiali z tym samym co dziś zacięciem. Różnica jest tylko taka – i o tym już wspomniałem – że po raz pierwszy ów atak nadchodzi z równą siłą z obu stron. A to wymaga od nas jeszcze większej niż wcześniej czujności.
        Z okazji tych bardzo doraźnych refleksji przypomniałem sobie swój tekst sprzed wielu już lat, bo z czerwca 2008 roku, kiedy to jeszcze TVP szła ramię w ramię z TVN-em oraz Polsatem, a wokół nich był wyłącznie spalony teren. Tekst miał bardzo znaczący tytuł „Ciemny lud, boski pijar i błogosławione kłamstwo”, a my go dziś mamy znów tu:

       Jak wszyscy wiemy, najbardziej obrzydliwą i odrażającą postacią polskiej sceny politycznej, bardziej nawet obrzydliwą i odrażającą niż Jarosław Kaczyński, jest Jacek Kurski. Za co nienawidzimy posła Kurskiego? Przede wszystkim za to że jest bulterierem, no a oprócz tego za dziadka w Wehrmachcie. Jest jeszcze jednak rzecz, w związku z którą Jacek Kurski jest nam przykry: otóż podobno kiedyś powiedział o ludzie, że jest ciemny i że ów ciemny lud kupi wszystko, co mu się zaproponuje.
      Osobiście nie wiem, czy poseł Kurski tak powiedział, bo o tym, że tak powiedział mówią mi ludzie, co do których prawdomówności mam zaufanie ograniczone. Zakładam jednak, że faktycznie jest tak, jak mówi jedna pani redaktor i jeden pan redaktor, a za nimi legion innych pań i panów redaktorów. Zakładam tak głównie z tego powodu, że czasem mam podejrzenia, że lud faktycznie jest ciemny i kupi wszystko. Przyznaję jednak przy tym, że bywa i tak, że nachodzi mnie wrażenie, że jednak lud nie jest ciemny i że z tym handlem nie jest sprawa tak łatwa. To nawet częściej. No, ale jak mówię, myśl pierwsza nie jest dla mnie bardzo egzotyczna, bo bywa, że ją podzielam.
      Natomiast do czego zmierzam? Od lat wielu obserwuję zjawisko polegające na tym, że pewna część opinii publicznej o pewnej innej części opinii publicznej ma zdanie złe, pełne pogardy i bezwzględnego odrzucenia. Swoje zdanie przedstawiciele tej grupy manifestują w najróżniejszy sposób, albo przez drobne złośliwości, albo przez otwarte szyderstwo, albo przez pełną socjologicznego skupienia analizę. Jednocześnie przy tym, ci sami ludzie, którzy z czystego przekonania, że mają do czynienia z czymś gorszym, głupszym, dzikim i niedostosowanym kulturowo i cywilizacyjnie, gotowi są drugiego człowieka ukrzyżować, bardzo głośno protestują, jeśli ktoś inny ich zaliczy do intelektualnego podgatunku. Wtedy to właśnie słyszymy te wszystkie tyrady na temat tego, jak to obraża się zwykłego, prostego, myślącego przecież człowieka. I właśnie ofiarą tego przedziwnego standardu padł swego czasu Jacek Kurski. Powiedział, że lud tępy i wyszedł na ludu tego wroga. Kto go ogłosił tym wrogiem? Właśnie ci, którzy nic innego nie robią, jak obrażają ludzi na wszystkie możliwe sposoby.
       Dziś w Rzeczpospolitej czytam analizę specjalisty od wizerunku, pijaru, marketingu i nie wiadomo, czego jeszcze, Eryka Mistewicza. Eryk Mistewicz nie umie wyjść z podziwu dla niezwykłej skuteczności pijarowskiej kampanii Platformy Obywatelskiej w robieniu obywatela na szaro. Eryk Mistewicz oczywiście nie pisze, że ciemny lud to kupi. On ani przez moment nie mówi, że wystarczy jeden sprytny fachowiec od oszukiwania wyborcy, żeby wyborca zachował się, jak przeciętny leming. Eryk Mistewicz jedynie zachwyca się tym, jak to dzięki paru sprytnym pociągnięciom platformowych pijarowców wyborca uznał, że jest inaczej niż jest.
      Ja, na przykład, uważam, że to co powiedział w niedzielę Donald Tusk o prawdziwych Polakach i piłce nożnej i obowiązkach rodzicielskich, to tak nieprawdopodobny wstyd, że słów brak. Eryk Mistewicz na to przychodzi i mówi, że oczywiście mam rację, ale jednocześnie muszę pamiętać, że Donald Tusk nie mówi tego do mnie, lecz do ciemnego wyborcy, który lubi takie „story” i na takie „story” jest bardzo łasy. Oczywiście Eryk Mistewicz nie używa brzydkich słów, nie obraża ludzi bezpośrednio, nie mówi nawet, że dzieje się coś szczególnego. Dla Eryka Mistewicza to, że człowiek-wyborca jest głupi jest rzeczą tak oczywistą, że on nawet nie musi tego komentować. Jemu wystarczy się tylko zadumać nad skutecznością marketingowego oszustwa, zachwycić się tą skutecznością i uśmiechnąć szeroko. Bardzo szeroko.
      Jeśli idzie o mnie, to mnie już właściwie nic nie dziwi i coraz mniej oburza. Przeżyłem najróżniejsze kłamstwa, wielkie, mniejsze, drobne i całkiem małe. Przeżyję więc nawet sytuację, w której mądrzy ludzie powiedzą mi, że kłamać można, a nawet trzeba. A jak się pokłamie skutecznie i z fantazją, to można nawet się tym kłamstwem zachwycić.Ciekawe jednak, co Eryk Mistewicz i jego kumple sądzą o Jacku Kurskim i jego oburzającej opinii na temat ciemnego ludu?






Zachęcam wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki o języku angielskim jako tajnej broni Brytyjskiego Imperium. Wystarczy kliknąć w okładkę tuż obok. A jak ktoś życzy sobie dedykację, to proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.


     

piątek, 23 sierpnia 2019

Sześć wesołych kawałków na końcówkę lata


To jest rzeczywiście niezwykłe, jak te miesiące mijają. Ledwo starałem się zabawiać Państwa moimi poprzednimi kawałkami dla "Polski Niepodległej", a tu już pora na kolejne. Przyznaję, że część z tego my tu na blogu mamy już omówione, ale temat był tak nośny, że nie mogłem z niego zrezygnować. 


Pozwolę sobie zacząć nasz comiesięczny przegląd skeczów od spraw zagranicznych. Gdyby ktoś nie wiedział, to w tych dniach z wizytą na Ukrainę przybył premier Izraela Benjamin Netanjahu ze swoją najświeższą żoną i ledwo oboje wysiedli z samolotu, stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Oto na tę parkę Żydów czekała grupka ubranych w stroje regionalne dziewcząt z powitalnym bochenkiem chleba, Netanjahu urwał kawałek i zaczął przeżuwać, następnie ułamał kawałek dla żony, podał go jej, a ona zrzuciła go na ziemię gestem, jakby odganiała się od jakiegoś robactwa. Ktoś powie, że wystarczy spojrzeć na twarz tej kobiety, by dojść do wniosku, że ona zwyczajnie nie była w stanie nie tylko zrozumieć, o co chodzi z tym chlebem, ale mogła nawet pomyśleć, że to co jej podał jej Bibi, to jakiś ruski nowiczok i ona musi się bronić. Swoją drogą, to bardzo ciekawe. Nasi rodzice uczyli nas, by nie oceniać ludzi po wyglądzie, a tu okazuje się, że są sytuacje, gdy to jest pierwsze co powinniśmy robić, zwłaszcza w pewnych szczególnych bardzo przypadkach.

***

Pies drapał tę Żydówkę. Spójrzmy przez chwilę na człowieka, który jest jej mężem. Otóż zapytany przez dziennikarzy, co sądzi o zachowaniu żony, bez mrugnięcia okiem odpowiedział, że jego zdaniem ona się zachowała wzorowo, ponieważ, gdyby nie ten gest, jego wizyta na Ukrainie mogła pozostać niezauważona. Teraz natomiast, skoro wszyscy gadają o tym chlebie, on wie, że każdy Ukrainiec będzie wiedział, jak powinni być Żydom wdzięczni za te odwiedziny. A ja już tylko sobie myślę, że taki Netanjahu – a kto wie, czy tylko on – muszą być strasznie niezadowoleni, że historia nic nie wspomina o ich udziale w wielkim głodzie jaki Sowieci zgotowali Ukrainie w latach 30. W końcu nieważne jak gadają, byle gadali. A jeśli przy tej okazji złapie się kolejnego antysemitę, to tym lepiej.

***

W kwestii antysemityzmu, wcale nie jestem pewien, czy z nim pożegnaliśmy się już na dobre, bo w końcu cholera wie, kto jest kim. Weźmy choćby taką oto sytuację, że z okazji 75 rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej odbyły się objęte patronatem Prezydenta RP uroczystości, na które został zaproszony rabin Schudrich. Czemu Prezydent go zaprosił, do końca nie wiemy, ale niewykluczone, że to ze względu na pokutujący tu i ówdzie mit, że rabini to mądrzy ludzie. W każdym razie Schudrich demonstracyjnie odrzucił zaproszenie, oświadczając, że wspomniane uroczystości „znieważają pamięć wszystkich obywateli Polski poległych w walce z Niemcami”, a zaproszenie go do wzięcia w nich udziału traktuje Schudrich jako „osobistą zniewagę”.
No i niech będzie. W końcu, może to i lepiej, bo kto wie, jaką on by tam demonstrację odstawił. Może przyniósłby ze sobą chleb i zaczął nim pluć? No ale, jak się okazuje, na gest Schudricha zareagowała pisarka Maria Nurowska następującym oświadczeniem:
Ja, Maria Nurowska, polska pisarka, przepraszam szczególnie naród żydowski, za obelgę, która nadeszła ze strony polskiego prezydenta. To nie jest mój prezydent, jak i obecne władze, Prezydent, premier i wysocy urzędnicy państwowi w rocznicę 100-lecia odzyskania niepodległosci szli w jednym marszu. z faszystowskimi bojówkami!
Z powyższego tekstu wynika, że Nurowska jest jeszcze głupsza od Schudricha. I ja bym chętnie dodał do tego jeszcze jakiś komentarz, ale się trochę boję, bo a nuż okaże się, że ona jest Żydówką i takiej porcji antysemityzmu nawet redakcja „Polski Niepodległej” nie zniesie.

***

Najwyższy czas, by zamknąć temat żydostwa i skupić się na tym co nasze i polskie, a do tego najlepiej nam się przyda sama prof. Magdalena Środa, która na swoim facebookowym profilu zamieściła następującą refleksję:
Po co udawać? Wszyscy mają Boga w dupie. Jędraszewski nie jest wyjątkiem. Coś jest na rzeczy. Moje pytanie brzmi: dlaczego to trafiło się Bogu a nie jego sługom? Dlaczego to Pana Boga spotkał tak podły los a nie jego fałszywych hierarchów. Prostak i nienawistnik Jędraszewski zostanie zaraz wielkim bohaterem narodowym (żołnierzem wyklętym, powstańcem, ‘Popiełuszką’ i pretendentem do beatyfikacji) a Pan Bóg zostanie zapomniany. Niesprawiedliwy jest ten świat”.
Właściwie w tej sytuacji, my ludzie, którzy od niedawna mamy Pana Boga, jak to subtelnie przedstawiła Środa, „w dupie” i skupiamy się już tylko na czczeniu „prostaka” abp. Jędraszewskiego, powinniśmy wyrazić wdzięczność dla tej czarownicy za to, że pod naszą nieobecność ona dba o to, by Pan Bóg nie utracił do końca Swojej pozycji. Ja natomiast nie jestem pewien, czy kiedy ona wspomniała księdza Popiełuszkę w kontekście najbliższej przyszłości Arcybiskupa, to tak tylko chlapnęła, czy może coś akurat wie. Oczywiście może być różnie, ja jednak bym radził odpowiednim służbom, by ją i jej towarzystwo miały na oku.

***

Swoją drogą, to co mnie w tak zwanej „sprawie Jędraszewskiego” mocno poruszyło, to fakt, że podczas gdy wszyscy się szalenie przejęli tą częścią wypowiedzi Arcybiskupa, w której ten wspomina o „tęczowej zarazie”, nikt, włącznie z najbardziej tępymi komunistami, takimi jak Leszek Miller, czy Włodzimierz Cimoszewicz jednym słowem się nie zająknęli w kwestii, w końcu wydawałoby się bardzo dla nich obraźliwych, słów Księdza o „zarazie czerwonej”. Czy to możliwe, że oni doskonale wiedzą, że podobnie jak słowa o „tęczowej zarazie”, również te o „zarazie czerwonej” w ogóle nie odnosiły się do ludzi, ale jak najbardziej do ideologii? Czy możliwe jest, że oni wszyscy – włącznie z wcześniej wspomnianą Magdaleną Środą – mają ową czerwoną zarazę we wspomnianej dupie, a dziś postanowili z pełnym, rewolucyjnym wręcz zapałem, bronić tej nowej, tęczowej, która, jak słusznie zauważył abp. Jędraszewski wyrasta bezpośrednio z tamtej i nadzwyczaj skutecznie stara się sprzedać, w o wiele bardziej atrakcyjnym opakowaniu.

***

Owo opakowanie musi być naprawdę atrakcyjne, skoro łapią się na nie również osoby duchowne. Oto właśnie porzucił stan kapłański pewien dość popularny ksiądz z Lublina nazwiskiem Łukasz Kachnowicz. Próbując wyjaśnić to co zrobił, stwierdził, że nie mógł znieść tego, jak Kościół traktuje jego „heteronienormatywnych przyjaciół”. Przy okazji też przedstawił nadzwyczaj oryginalny sposób wykazania, jak słuszne jest to, co zrobił. Proszę trzymać się foteli:
Od dawna miałem jeden problem z moimi włosami: zawsze po jednej stronie odstawały mi boki. Nawet zaraz po strzyżeniu. Żaden dotychczasowy fryzjer nie mógł sobie z tym za bardzo poradzić, choć miałem dobrych fryzjerów. I nagle, bam, Jurij, młody fryzjer z Białorusi, który od pół roku jest w Polsce, znajduje rozwiązanie. Zauważa, że w tej części włosy naturalnie układają mi się do przodu, w przeciwieństwie do tych po drugiej stronie przedziałka. Zaczesuje je do przodu i... tadaaam: wszystko się ładnie układa! I mówi mi: trzeba trochę pójść za nimi, posłuchać ich. Tyle lat traktowałem moje włosy na siłę, nie słuchając ich, więc odstawały. A wystarczyło trochę posłuchać.
I wiecie co? Tak, tak, od razu pomyślałem o swoim życiu i o tym, co się w nim ostatnio dzieje. Tyle lat traktowałem siebie jak swoje włosy. Nie słuchałem samego siebie. Próbowałem się ‘zaczesywać’, traktować rożnego rodzaju ‘pomadami’, które miały pomóc mi w ułożeniu życia. Tak naprawdę układałem je ciągle według oczekiwań innych. Ale to nie było naturalne. I ciągle coś w tym życiu odstawało. Ciągle gdzieś mi się to życie buntowało. A ja próbowałem je dalej układać na siłę. Aż tu nagle przychodzi moment, w którym pozwoliłem sobie pójść za prawdą, która jest we mnie. I przestało odstawać. Czuję, że zaczynam żyć w zgodzie z sobą samym”.
Pamiętam, jak nasi rodzice mieli zwyczaj, by usprawiedliwiać czyjeś występki, mówiąc, że lepiej by pił niż kradł, lepiej by kradł niż chuliganił, czy po prostu, że głupi on, ale zawsze powie „dzień dobry”. Choć w stosunku do osób duchownych niezmiennie zachowywałem pełny szacunek, przyznaję, że gdy chodzi o księdza Kachnowicza, i jak sądzę wcale niemałą grupę jemu podobnych, to uważam, że lepiej niech oni już chodzą w tych marszach niż mieliby obmacywać ministrantów.




Wszystkich zainteresowanych kupnem moich książek zachęcam do zaglądania do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Tam jest wszystko, czego potrzebujemy, by poczuć prawdziwą wolność.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Pożegnanie z Listami


       Mam nadzieję, że czytelnicy czekający na kolejne refleksje na tematy wszelkie mi wybaczą, ale musimy jeszcze raz wrócić do kwestii książek i ich sprzedaży. Otóż jest tak, że z 18 egzemplarzy moich listów do Zyty, jakie niespodziewanie do mnie wróciły, zostało pięć. Pisałem już o tym, ale tu tylko powtórzę. Ponieważ, moim zdaniem, te listy są wydarzeniem w naszej najnowszej historii absolutnie wyjątkowym, a je je osobiście traktuję jako swego rodzaju osobisty sukces, nie miałbym sumienia sprzedawać tej końcówki nakładu – a jest to w rzeczy samej końcówka nakładu – po oryginalnej cenie, owe 13 zostały zaoferowane oraz kupione po 100 zł. za egzemplarz. Zostało więc pięć ostatnich egzemplarzy i one, zgodnie z moją wcześniejszą zapowiedzią, od dziś są do kupienia wyłącznie na Allegro, niestety już po 200 zł. Tu
      Gdyby ktoś wciąż nie wiedział, na jakim poziomie się poruszamy, przedstawiam maleńki fragment tych listów i zachęcam do ich kupowania. To jest najprawdopodobniej ostatnia taka okazja. Drugiej nie będzie.
      Na pewno Katastrofa Smoleńska wiele osób radykalnie zmieniła, a przecież nie znamy mechanizmu ‘zwyczajnego’, nie gwałtownego umierania... A może umieramy najpierw powolutku, po odrobince, a potem coraz szybciej?  Myślę, że po osiągnięciu – to jest oczywiście spekulatywny model – dostępnej dla konkretnego Human Being poziomu świadomości własnej świadomości, ówże Being jest po prostu gotowy do innych zadań. Jeśli Bóg tak chce, to mogą to być wyjątkowo trudne zadania na tym padole łez, jeśli Bóg tak chce... Na ogół jednak jest to gotowość do Zmiany. Nie bez powodu lud od wieków prosi – ‘Od nagłej i niespodziewanej śmierci uchowaj nas Panie’, co przecież zakłada, że lud wie, że dobra śmierć, taka zwyczajna, jest spodziewana! Skądś to lud od zawsze wie, prawda? Ciekawa sprawa”.
       Najszczerzej polecam.




             

środa, 21 sierpnia 2019

O Żydzie który patrzy na ukraiński głód


      Jak osoby odwiedzające ten blog zapewne wiedzą, ja bardzo niechętnie angażuję się w temat żydostwa, czy to w ujęciu indywidualnym, czy też globalnym. Czemu tak? Powodów jest parę, ale tu chciałbym wymienić dwa. Przede wszystkim ja się na żydostwie nie znam i znać nie mam pragnienia, a poza tym jestem przekonany, że powszechny nastrój jest taki, że ja ich mógłbym tu albo chwalić, jacy to oni zdolni i zaradni, albo zostawić całą kwestię tym, których owa kwestia pasjonuje i gdzie oni są traktowani tak jak sobie było nie było na to zasłużyli. A zatem, krótko mówiąc, nic tu po mnie.
      Tym razem robię wyjątek, bo zdarzyło się coś, co nawet na mnie zrobiło wrażenie. Otóż nie wiem, czy to jest już dziś wiedza powszechna, ale z wizytą na Ukrainę przybył premier Izraela Netanjahu z żoną i na lotnisku został powitany przez grupę wystrojonych w regionalne stroje dziewczyn, które poczęstowały wysiadających z samolotu Żydów chlebem. I proszę sobie wyobrazić, że doszło do tego, że Netanjahu najpierw ułamał sobie kawałek, potem ułamał drugi, przekazał swojej żonie, swój wsadził do ust i zaczął przeżuwać, podczas gdy jego żona swój rzuciła na ziemię takim ruchem jakby się jakiś paproch przykleił jej do palców.
       Czemu ona to zrobiła, ani nie wiem, ani dociekać nie zamierzam, zwłaszcza że, jak już wspomniałem, na temat żydostwa większej wiedzy nie posiadam, to co mnie natomiast bardzo zainteresowało, to reakcja na to zdarzenie samego Netanjahu. Otóż zapytany przez dziennikarzy, czemu jego żona wykonała ten niezwykły zupełnie – zwłaszcza na Ukrainie, która, gdy chodzi o chleb, ma swoje szczególne doświadczenia – gest, odpowiedział bez mrugnięcia okiem, że jego zdaniem to było bardzo dobre posunięcie, bo bez niego o owej wizycie pies z kulawą nogą by nie wspomniał, a teraz wszyscy o niej gadają na okrągło. A więc, jak zawsze, Żydzi górą.
       W tej sytuacji ja jednak – co zresztą wszyscy widzimy – postanowiłem zrobić wyjątek i zająć się dziś, choć przez krótką chwilę, wspomnianym wcześniej żydostwem. Otóż przez całe swoje życie to tu to tam miałem okazję poznawać coraz to nowsze nasze polskie powiedzenia z Żydem w roli głównej. Pomijając fakt, że one były niemal wyłącznie w nastroju, który dziś się przyjmuje określać słowem „antysemityzm”, muszę przyznać, że niezmiennie mnie zachwycała ich niezwykła wprost poetycka uroda. I szczerze powiedziawszy, zawsze miałem wrażenie, że spoza tych żartów wychodzi coś w rodzaju jednak sympatii. Dziś, kiedy patrzę na ten film z przylotu Żydów na Ukrainę, myślę sobie, że w tych powiedzeniach nie ma śladu ciepła. I chyba jednak bardzo słusznie.
      I tak sobie przypominam niedawną rozmowę z moją żoną, która w odróżnieniu ode mnie akurat owym żydostwem się zajmuje pasjami, kiedy zastanawialiśmy się nad tym, czemu oni musieli wycierpieć przez te wszystkie wieki – bo nie oszukujmy się, Holokaust to zaledwie ułamek tego co ich od czasu gdy ukrzyżowali Boga spotkało – aż tak wiele przykrości. A ja wciąż się zastanawiam, co oni, mimo że mieli naprawdę wiele okazji, by się opamiętać, mają w sobie takiego, że ich to wszystko musiało spotkać. Po raz kolejny patrzę na tę scenę na lotnisku, jak się domyślam, w Kijowie, następnie czytam wyjaśnienia Netanjahu i wydaje mi się, że jestem coraz bliżej.



Informuję z prawdziwą satysfakcją, że z książek z listami od Zyty zostało mi już zaledwie sześć egzemplarzy. Kto ma wobec tych listów jakiekolwiek plany, ma czas do końca dnia, bo wszystko co mi zostanie, dziś wieczorem wrzucam na Allegro po 200 zł. I jestem pewien, że tam ta oferta zostanie doceniona.
     

wtorek, 20 sierpnia 2019

O zapomnianej łodzi


      Jak pewnie część z nas zdążyła się zorientować, przez cały ten czas jak prowadzę swój blog, udało mi się wydać dziewięć książek i wszystko wskazuje na to, że to już koniec. Trochę mnie to martwi, bo, jak słyszę Quentin Tarantino planuje nakręcić jeszcze jeden film, przez co będzie miał ich dziesięć, a ja się prawdopodobnie zatrzymam tu gdzie jestem, no ale niech będzie i tak, zwłaszcza że ja, jak by nie patrzeć, się jednak rozwijałem. Natomiast, gdyby ktoś mnie się spytał, którą z moich książek uważam za najlepszą, nie umiałbym odpowiedzieć z tego prostego powodu, że podobnie jak ani razu w ciągu tych ponad już dziesięciu lat nie zdarzyło mi się opublikować na tym blogu notki, z której byłbym choć trochę niezadowolony, tak każdą z tych książek chowam w swojej bardzo życzliwej pamięci. Gdybym jednak mimo to miał wyróżnić z nich dwie, to bym przede wszystkim wskazał na „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, która zarówno pod względem czysto literackim, jak i... że tak to ujmę – emocjonalnym, przewyższa wszystko co znam, natomiast w sensie ważności, postawiłbym na tak zwane „listy od Zyty”, które zupełnie szczerze uważam za coś absolutnie wyjątkowego w minionych trzydziestu latach.
        Dziś jest tak, że z owych dziewięciu tytułów dostępnych są już tylko cztery, a więc wspomniane „Marki, dolary...” „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, po raz nie wiadomo po raz który wznawiane „Kto się boi angielskiego listonosza”, no i naturalnie najnowsza – „Imperium, czyli gdzie pada cień na MS Mantola”. Reszta jest sprzedana i nic nie wskazuje na to, by którakolwiek z nich miała zostać wznowiona. A ja niezmiennie mam w głowie wspomniane listy od Zyty. Czemu? Otóż temu, że choć one się sprzedały stosunkowo szybko, to, jak już powiedziałem, w moim odczuciu stanowią najbardziej niesprawiedliwie zlekceważoną książkę w naszej najnowszej historii. By wytłumaczyć w czym rzecz muszę przejść do kolejnego akapitu.
      Otóż kiedy zmarła Zyta Gilowska, a ja zwróciłem się do jej męża, Andrzeja Gilowskiego z prośbą, by zgodził się na publikację tych listów, on w pierwszej chwili zaprotestował, tłumacząc się, że ze względu na ich treść, on się boi, że to co się może stać włanością publiczną, może też zaszkodzić Rodzinie. I wtedy ja na to odpowiedziałem mniej więcej tak: „Panie Andrzeju, właśnie pochował Pan żonę, na której pogrzebie, transmitowanym przez państwową telewizję, byli Prezydent RP, premier rządu RP, oraz prezes rządzącej partii. Proszę zrozumieć, że w tej sytuacji nikt z nich nie jest w stanie Pana dotknąć choćby spojrzeniem”. No i, jak wszyscy wiemy, pan Andrzej Gilowski udzielił mi zgody na tę publikację. Pojawia się pytanie, cóż takiego znajduje się w tych listach. Otóż, wbrew pozorom, nic aż tak sensacyjnego. Zaledwie parę bardzo drobnych szczegółów, jednak na tyle istotnych dla naszej wiedzy o świecie w jakim przyszło nam żyć, że ja osobiście niepokój pana Andrzeja Gilowskiego byłem w stanie zrozumieć. Mógłbym nawet powiedzieć, że te kilka tak naprawdę słów, jakie przez te niespełna trzy lata zdążyła mi powiedzieć Zyta Gilowska, to prawdziwy przewodnik po współczesnej Polsce.
        Jest jednak jeszcze coś. Otóż w momencie gdy książka się ukazała, ona trafiła na pierwsze miejsce listy książek zakazanych, i to zakazanych po wszystkich stronach sceny. Z tego co wiem, nikt nigdzie, po żadnej ze wspomnianych stron, nie odważył się wspomnieć choćby jednym słowem, że coś takiego jak prywatne maile Zyty Gilowskiej w ogóle istnieje. I tu mamy coś niezwykle ciekawego, bo proszę sobie wyobrazić, że tu nie poszło o ewentualne zagrożenie dla partii rządzącej – Zyta Gilowska do końca była całym sercem z Jarosławem Kaczyńskim – lecz o interesy pojedyńczych osób i środowisk. To wyłącznie ze względu na strach przed ujawnieniem brzydkich rzeczy ich dotyczących, wokół tej książki zapanowała bezwzględna zmowa milczenia. Doszło do tego, że o niej nie wspomniano nawet podczas rocznicowej uroczystości na lubelskim uniwersytecie. Mało tego, kiedy próbowałem umieścić informację o tych listach w notce poświęconej Zycie Gilowskiej w Wikipedii, nie minęło pięć minut, jak ona została stamtąd usunięta.
          I choć mimo faktu że ona się dość szybko sprzedała, ja wciąż chowam w sobie pretensje, przede wszystkim o to, że coś, co powinno stać się powszechną sensacją, zostało aż tak zlekceważone, ale też o to, że trzeba było aż trzech lat, by te głupie tysiąc egzemplarzy czegoś tak ważnego, się sprzedało. Jest więc tak, że książki z listami od Zyty już nie ma ani w księgarni u Coryllusa, ani – z tego co widzę – w ogóle nigdzie, a ja dopiero co dowiedziałem się, że nasz kolega Wacek z Opola gdzieś odnalazł jeszcze jakieś 18 egzemplarzy, które pozostały po którymś ze zorganizowanych przez tamtejszą Solidarność spotkań.
       Dziś z tych książek zostało już zaledwie siedem sztuk, ale ja mam ważniejszą informację. Otóż ja nie mam sumienia, by tę resztkę nakładu sprzedawać po 30 zł, tak jak to było zamierzone na początku. W tej sytuacji dziś cena tych listów wynosi dziś 100 zł, a zapewniam, że jak dojdziemy do pięciu ostatnich egzemplarzy, to ja ją podwyższę do 200 zł i wrzucę na Allegro. Już nie mogę się doczekać wyniku, a jeśli ktoś wciąż nie rozumie, o co chodzi, przedstawiam krótki fragment z tych wyznań:
      Problem lekarstw jest jasny -  lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie ‘na nie’, odmawiam ‘współpracy’, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla ‘dyskrecji’, bo aż taka chora to nie byłam)  i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom ‘ratowania życia’, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam ‘im’ nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także - co chyba najważniejsze - poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość”.


     
Jak już wspomniałem, mam jeszcze siedem egzemplarzy wspomnianej książki. Cena egzemplarza, jak już wspomniałem, wynosi 100 zł. Kto zdąży – gratulacje. Kto nie – będzie musiał kupować na Allegro. Znacznie już drożej. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.



poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Czy wizerunek Matki Bożej to dobro ogólnonarodowe?


      Może niektórzy z nas wciąż pamiętają, gdyby jednak komuś coś umknęło, to przypomnę jak kilka już lat temu napisałem tutaj, że wszystkie prowadzone przez  antyaborcyjne środowiska akcje, na których przedstawia się zdjęcia rozszarpanych kilku tygodniowych płodów, są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek innego sensu, niż tego który ma na celu doprowadzenie do histerii tak ludzi wrażliwych, jak i tych, którzy wszelką wrażliwość mają głęboko w nosie. Krótko mówiąc, chodzi o to, że dziś, jeśli któraś z pań ma życzenie przerwać ciążę wystarczy że zdobędzie zwykłe tabletki na wrzody żołądka i zażywając jedną, a najwyżej dwie, ma pewne poronienie jak złoto.
       Wiedzę tę uzyskałem od zaprzyjaźnionego lekarza ginekologa i to on też mi powiedział, że ponieważ organizatorzy owych awantur, z jednej czy z drugiej strony, wiedzą doskonale, że one mają już dziś wyłącznie cel polityczny, a walka o prawo do życia, do śmierci, wolności, czy zniewolenia, nie ma tu nic do rzeczy, to co robią jest zwykłą brudną polityką.
      Przypomniałem sobie ową kwestię sprzed lat dziś, gdy praktycznie nie ma dnia, byśmy nie słyszeli o kolejnych starciach między wszelkiej maści zboczeńcami spod znaku tęczy, a niezłomnymi patriotami spod znaku Krzyża. Otóż dotarła właśnie do mnie pewna nadzwyczaj interesująca informacja, która sprawiła, że o tych wszystkich awanturach zacząłem myśleć dokładnie tak samo jak o walkach między feministkami z wieszakami, a ludźmi demonstrującymi zdjęcia poćwiartowanych dziecięcych ciał. Tu bowiem bardzo podobnie nie chodzi o to, by dojść do jakiegoś ostatecznego rozstrzygnięcia, lecz wyłącznie o tworzenie wiecznego zamieszania, gdzie z jednej strony jakiś wariat z biustonoszem na głowie będzie wymachiwał obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej z dorobionymi cyckami, a z drugiej cała rzesza oburzonych katolików będzie kierowała sprawę do sądu w związku z obrazą uczuć.
       Dałem przykład z Matką Boską nie bez przyczyny. Otóż, jeśli przyjrzymy się metodom działania osób reprezentujących ideologię LGBT, musimy zauważyć, że gdyby oni ograniczyli się wyłącznie do tego, by swoje demonstracje budować wyłącznie wokół owej tęczy i choćby nie wiadomo jak perwersyjnych dekoracji, pies z kulawą nogą by ich nie oszczekał. Rzecz w tym, że oni niezmiennie maszerują nosząc takie czy inne symbole religijne. Ja nigdy tego nie zrozumiałem, czemu na tych demonstracjach wciąż widzimy osoby przebrane za biskupów, czy siostry zakonne, czemu – tak jak ostatnio – tam się pojawiają te waginy wpisane w eucharystyczne symbole. Czemu tych ludzi tak męczy świadomość tego, że gdzieś są ludzie którzy wierzą w Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Jezusa i Jego nauki? Co ich to w ogóle obchodzi? Jaki to jest ich problem?
       Jest jednak faktem, że symbolika religijna stanowi podstawowy wystrój tych demonstracji i to fakt jej notorycznego bezczeszczenia powoduje tak wielkie społeczne oburzenie, z którego nigdy nic nie wynika, a co gorsza, nigdy nic nie wyniknie. Czemu? Już tłumaczę. Otóż sytuacja jest taka, że jeśli ja na przykład zobaczę jakiegoś sodomitę który niesie obraz Matki Boskiej Częstochowskiej z doczepionym do Jej ust bananem, to, owszem, mogę założyć sprawę w sądzie o naruszenie moich osobistych uczuć religijnych, jednak wyłącznie w trybie karnoprawnym, co mnie od samego początku skazuje na porażkę. Wówczas bowiem to ja będę musiał udowodnić, że ów banan nie był jedynie dziełem sztuki, lecz aktem agresji skierowanym przeciwko mojej religijnej wrażliwości. A tego nie udowodnię.
      Jeśli w Warszawie zostanie otwarta wystawa, na której zostanie pokazana seria krzyży, gdzie zamiast Jezusa będziemy mieli parówkę, prezerwatywę, czy zwykłego penisa, moja sytuacja również nie zmieni się ani na jotę, gdyż tu znów, to do mnie będzie należało udowodnienie, że to o co mam pretensje to nie dzieło sztuki i święta wolność wypowiedzi, lecz realna obraza moich uczuć.
      A fakty są takie, że wystarczyłoby zaledwie przyjąć ustawę, w której wszystko to co dla nas jest święte, a co więcej, ma symboliczne znaczenie dla naszej historii oraz narodowej świadomości, zostało objęte cywilnoprawną ochroną na wypadek naruszenia czyichś dóbr osobistych. Wystarczyłoby zapisać w ustawie, że wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej jest objęty ochroną prawną przewidzianą dla dóbr osobistych. Wystarczyłoby uznać na drodze ustawowej, że znak Krzyża stanowi znak i symbol związku religijnego i on również podlega prawnej ochronie przewidzianej dla dóbr osobistych. Ale przecież ja nie tylko mam na myśli ten jeden wizerunek i ten jeden symbol. Jestem pewien, że ustawodawca ma wystarczająco dużo możliwości, by owym aktem objąć niemal wszystko, czym dziś się nieustannie próbuje nas rozjuszyć, włącznie z biskupimi czy zakonnymi szatami.
     Ktoś powie, że to jest nie do wykonania, bo w rzeczy samej przecież mamy wolność ekspresji, więc nie ma możliwości wprowadzenia przepisów, które będą ową wolność ustawowo ograniczały. Jeśli ktoś się czuje obrażony, proszę bardzo, może się procesować, no ale poza tym nie ma tu już  żadnego innego pola manewru.
      Otóż, jak już wcześniej wspomniałem, ta ścieżka jest w istocie rzeczy ślepa i z gruntu nie do wykorzystania. Proszę jednak zwrócić uwagę na coś zupełnie przez nas lekceważonego, a mianowicie choćby na fakt, że podczas omawianych tu demonstracji nigdy się nie zdarzyło, by którykolwiek z tych wariatów niósł tablicę z logo Prawa i Sprawiedliwości z dorysowanym na przykład kutasem. Ktoś powie, że może im tak fantastyczny pomysł nie przyszedł do głowy, a ja na to odpowiem, że jest to oczywiście możliwe, jednak głównym powodem tego braku jest Ustawa o Partiach Politycznych, a szczególnie jej artykuł 17, gdzie jak byk stoi:
Nazwa, skrót nazwy i symbol graficzny partii politycznej zgłoszonej do ewidencji w sposób określony w art. 11 korzystają z ochrony prawnej przewidzianej dla dóbr osobistych”.
      Mam nadzieję, że wiemy już wszyscy, co by się stało, gdyby któryś z nich wpadł na ten fantastyczny wręcz pomysł, by w ten oto sposób zaczepić PiS. On by niemal z automatu stanął przed sądem, z pozwu cywilnoprawnego, gdzie to nie PiS musiałby udowodnić, że się poczuł dotknięty, ale on, że o żadnym dotknięciu nie ma mowy.
       Spójrzmy teraz na Matkę Boską Częstochowską, a tak naprawdę nie tylko na Nią. Gdzie by się znaleźli ci wszyscy mądrale, gdyby istniała ustawa stwierdzająca, że ten czy inny wizerunek objęty jest szczególną ochroną na zasadach odnoszących się do dóbr osobistych. Nie da się? Proszę uprzejmie. Oto przed nami fragment ustawy dotyczącej osoby zupełnie innej, podobnie zresztą jak Matka Boska, dla znacznej części społeczeństwa zupełnie obojętnej:
U S T A W A
z dnia 3 lutego 2001 r.
o ochronie dziedzictwa Fryderyka Chopina
Art. 1. 1. Utwory Fryderyka Chopina i przedmioty z nim związane stanowią dobro ogólnonarodowe podlegające szczególnej ochronie. Nazwisko Fryderyka Chopina i jego wizerunek są chronione odpowiednio na zasadach dotyczących dóbr osobistych.
      Mam nadzieję, że i tutaj wszyscy wiemy, co by się stało, gdyby któryś z nich uznał, że byłoby czymś szalenie dowcipnym gdyby on wpisał słynny profil Szopena w tęczę i poniósł go podczas którejś ze swoich demonstracji, głosząc dodatkowo, że Szopen, jak wszyscy wiemy, był osobą transpłciową. Ministerstwo Kultury, które tu jest prawnym właścicielem tego wizerunku i jego symbolicznej dla Polski wartości, dołożyłby temu idiocie taką karę, że ten by się z niej nie podniósł.
      A zatem mamy taką oto sytuację. Chronione są nazwy i znaki partii politycznych, chronione jest nazwisko Fryderyka Szopena, jego wizerunek, ale i nawet – co tu jest czymś wręcz fascynującym –  Dworek w Żelazowej Woli wraz z otaczającym go parkiem”, a to wyłącznie przez to, że wszystko to Ustawodawca uznał za „dobro ogólnonarodowe”, natomiast gdy chodzi o Obraz Jasnogórski, w niego póki co można walić jak w kaczy kuper. A niby czemu to? Bo są wśród nas osoby niewierzące? Nie żartujmy. Ja też mam w nosie Mazurki Szopena i zdecydowanie bardziej od nich cenię Beatlesów.
       A zatem, wracając do kwestii podstawowej, nie widzę żadnych powodów byśmy się musieli dalej zadręczać wybrykami tych sodomitów. Co więcej, nie widzę jakichkolwiek przeciwwskazań ku temu, by ich zwyczajnie wziąć za pysk i ustawić do pionu. To jest naprawdę kwestia jednej decyzji. Czemu jej wciąż nie ma? Oczywiście biorę pod uwagę to, że oni są zbyt zajęci bieżącą polityką i nie wpadło im to do głowy, ale jest też moim zdaniem bardzo możliwe, że sytuacja taka jaka jest, im bardzo pasuje. Przynajmniej mają przeciwnika, a bez niego trzeba by było czasem ruszyć głową, by nie powiedzieć – dupą.





Przypominam, że jakimś cudem udało mi się odzyskać kilkanaście egzemplarzy mojej książlki z listami od prof. Zyty Gilowskiej. Z tych kilkunastu zrobiło się już ledwie kilka, ale te wciąż czekają na chętnych. Dziś cena jest już znacznie wyższa od oryginalnej, ale tak to jest z tym cholernym rynkiem i moim osobistym poczuciem wartości. I inaczej nie będzie. Zachęcam do kontaktu. Mój adres mailowy to k.osiejuk@gmail.com





      

niedziela, 18 sierpnia 2019

Czy w Sejmie RP zostanie odsłonięta tablica pamięci męczeńskiej śmierci Dawida Kosteckiego?


       Miałem na dziś nieco inne, bardziej szerokie plany, jednak, jak wiemy, co ma wisieć, nie utonie, a my dziś się zajmiemy kwestią znacznie bardziej doraźną. Otóż nieopatrznie zajrzałem wczoraj na onet.pl, by zobaczyć, jak sobie te biedaczki radzą, i z miejsca trafiłem na tekst o długim i przeciągłym tytule: „Tajemniczy telefon znajomego Dawida Kosteckiego do ‘Gazety Wyborczej’. ‘Proszę przekazać Mariuszowi Kamińskiemu pozdrowienia’”. Gdyby ktoś nie wiedział, Kostecki to były bokser, a w ostatnich latach bezwzględny bandyta, który parę tygodni temu albo sami się powiesił, albo został w więziennej celi powieszony przez swoich kolegów, i w związku z tym Platforma Obywatelska z wszystkimi możliwymi przystawkami, oraz zaprzyjaźnionymi redakcjami, postanowiła wszcząć wokół tej sprawy ogólnopolską awanturę pod hasłem „Marek Kuchciński morduje świadków swojej przestępczej działalności”.
      Nie mam ani ochoty, ani też nie widzę potrzeby, by objaśniać wszystkie te drogi którymi wędrują myśli ludzi Platformy, poza tym uważam, że wszystko, na co chciałem dziś zwrócić uwagę znajdziemy w samym tekście Onetu. Proszę uważać, bo będzie trzęsło:
     Maciej M. jest bliskim znajomym Dawida Kosteckiego. Dwa tygodnie po śmierci pięściarza miał również podjąć próbę samobójczą. Wówczas władze więzienia postanowiły przewieźć go z Rzeszowa na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego w Krakowie.
     Podczas pobytu w Krakowie udało mu się skontaktować z dziennikarzami [‘Gazety Wyborczej’]. W swojej wiadomości podawał, że Dawid Kostecki nie popełnił samobójstwa, lecz zginął, bo miał dużą wiedzę o kulisach tzw. afery podkarpackiej. Dotyczy ona powiązań policji z właścicielami rzeszowskich domów publicznych.
      Po tym, jak Maciej M. skontaktował się z mediami, ponownie został przeniesiony, jednak nie podano dokąd. Dziennikarzom ‘GW’ udało się ustalić, że Maciej M. przebywa w szpitalu przy zakładzie karnym nr 2 przy ul. Kraszewskiego w Łodzi.
      Wczoraj Maciej M. wysłał do ‘Gazety Wyborczej’ wiadomość, w której twierdzi, że obsługa szpitala oraz służba więzienna próbują udowodnić, że jest niepoczytalny. Mężczyzna w swojej celi miał m.in. znaleźć gwoździe. Boi się, że zostanie oskarżony, że to on je przemycił, aby zrobić sobie krzywdę. W jego celi ma nie być również prądu.
       Jak informuje ‘GW’ dziś bliskim Macieja M. udało się go odwiedzić w zakładzie karnym. Uniemożliwiono im wyniesienia kartki z oświadczeniem dla mediów.
      Maciejowi M. udało się jednak dziś dodzwonić do ‘Gazety Wyborczej’. W krótkiej rozmowie powiedział, że grożono mu śmiercią. - W zakładzie karnym w Rzeszowie wychowawca powiedział mi "Lepiej, żebyś pier*** się na linę" - powiedział Maciej M. Dodał, że ma informacje, które mogą obciążyć Zbigniewa Ziobrę i Patryka Jakiego.
      - Proszę przekazać Mariuszowi Kamińskiemu pozdrowienia. Chodzi o spotkanie w hotelu. On będzie wiedział o co chodzi - po tych słowach Maciej M. się rozłączył”.
      Czy Państwo widzą to co ja widzę? Oto przed nami jeden z głównych portali informacyjnych w Polsce i jedna z najbardziej wpływowych gazet, a tam historia o jakimś gangsterze, który, jako świadek korupcji na szczytach władzy, drży o swoje życie, umieszczany jest w ściśle chronionych przed publicznym okiem celach, zamykany w zakładach psychiatrycznych to w Krakowie, to w Łodzi, skąd nie wiadomo jakim cudem wciąż się mu „udaje” albo dodzwonić do „Gazety Wyborczej”, albo wysłać im wiadomość z kolejnymi rewelacjami na temat zarówno gwoździ, które mu obsługa podrzuca, żeby go w odpowiednim dla siebie momencie oskarżyć o to, że chce sobie je wbić w skroń lub w sece, jak i grożenia mu śmiercią przez  więziennego wychowawcę.
      Zamknięty ten jakiś Maciej M. – a ja się domyślam, że „Gazeta Wyborcza” ukrywa swoje źródło za inicjałem, by władze Prawa i Sprawiedliwości nie domyśliły się, kto to taki chce zadenuncjować ministrów Jakiego i Ziobro, i go nie zabiły tak jak Kosteckiego – w którymś z pisowskich psychiatryków, łapie za telefon i dzwoni do redakcji „Wyborczej”, prosi redaktorów, by w związku z jakimś spotkaniem w hotelu przekazali Mariuszowi Kamińskiemu pozdrowienia, w tym momencie obsługa szpitala wyrywa mu z ręki telefon, no ale wiadomość zostaje przekazana i wspomniani redaktorzy w te pędy owe pozdrowienia przekazują dalej i, jak rozumiem, już tylko nastawiają czujnie uszu, by usłyszeć, jak minister Kamiński na te pozdrowienia zareaguje. Czy się tylko ze strachu porzyga, czy może ucieknie na Białoruś, lub, jeszcze lepiej, do Północnej Korei.
       Ktoś mi powie, że powinienem wiedzieć, czym jest Onet i w związku z tym traktować ich z należnym lekceważeniem. Otóż ja sam Onet traktuję jak najbardziej lekceważąco, tyle że gdy chodzi o ten akurat przypadek, to muszę przyznać, że oni jak najbardziej relacjonują gołe fakty. „Gazeta Wyborcza” w rzeczy samej opublikowała ową relację na temat telefonicznych rozmów, jakie odbyła ze wspomnianym Maciejem M., a owa publikacja w kręgach antyreżimowej opozycji wywołała takie poruszenie, że... proszę posłuchać:
       Posłowie PO-KO zaapelowali w środę do ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o nadanie statusu świadka koronnego i objęcie szczególną ochroną w zakładzie karnym Macieja M.
      Na konferencji w Sejmie poseł PO-KO Arkadiusz Myrcha przypomniał, że w związku z okolicznościami śmierci Dawida Kosteckiego parlamentarzyści tego ugrupowania składali wnioski do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry i apelowali do marszałek Sejmu o podjęcie natychmiastowych działań w tej sprawie.
      - Tak jak wczoraj deklarowaliśmy, występujemy w trybie art. 152 do pani marszałek Sejmu o natychmiastowe zwołanie komisji sprawiedliwości i praw człowieka, na której posiedzeniu powinien być obecny osobiście pan minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro - powiedział Myrcha.
     - Wystąpimy również o ochronę dla ostatniego już, prawdopodobnie kluczowego świadka w aferze podkarpackiej - Macieja M. Wystąpimy o status osoby szczególnie chronionej w zakładzie karnym oraz o status świadka koronnego dla Macieja M. - zapowiedziała z kolei posłanka Agnieszka Pomaska (PO-KO)”.
      Minęły obchody Święta Wojska Polskiego, zostało po nich wszystko to co zostało i zostać musiało, przed nami dwa miesiące zanim ta straszna nędza zostanie rozbita w proch, a oni najwidoczniej są już w punkcie gdzie nie pozostaje im nic innego jak prowadzić tajne rozmowy telefoniczne z jakimiś wariatami, nawet jeśli za te rozmowy muszą owym wariatom odpowiednio płacić. No i jeszcze jest Lech Wałęsa, który dziś zapowiada krwawą walkę o demokrację, i który już za chwilę prawdopodobnie nawiąże kontakt z mieszkańcami Galaktyki Gama X„Gazeta Wyborcza” oraz Onet natychmiast nas o tym wydarzeniu poinformują, a TVN24 przeprowadzi z tego wydarzenia transmisję na żywo.
      I tak się skończy III RP. Nie hukiem, lecz skomleniem.



Pragnę przypomnieć, że mam jeszcze tylko 7 egzemplarzy książki z listami od Zyty Gilowskiej. Ona nie jest dziś już tak tania, jak była przez minione trzy lata, niemniej lepiej jest się nie spóźnić. Bo jest nadzwyczaj prawdopodobne, że to jest już koniec. Mój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com
 



sobota, 17 sierpnia 2019

Czy tegoroczną nagrodę Grzegorza I Wielkiego odbierze Marcin "Różal" Różalski?


Możliwe, że to jest troszkę zbyt wcześnie, ale damy radę. Oto mój wczorajszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Polecam serdecznie.


      Myślę, że wciąż pamiętamy, jak nie tak wcale dawno, bo na samym początku tego roku, reżyser filmowy Patryk Vega, wspólnie z prof. Ryszardem Legutko, został wyróżniony przez środowisko „Gazety Polskiej” tak zwaną nagrodą św. Grzegorza I Wielkiego, za to, że, jak to pięknie sformułowała przedstawicielka fundatora,  red. Katarzyna Gójska Hejke, ów wybitny człowiek i artysta „dzielnie stawał w obronie prawdy w życiu publicznym”.  O co chodziło konkretnie? Otóż o film Vegi zatytułowany „Botoks”, który zdaniem prawicowych mediów stanowił niezwykłe świadectwo chrześcijańskiej wrażliwości reżysera, a według oceny zaprezentowanej przez samego zainteresowanego „dzieło nakreślone bezpośrednio ręką Boga”.
      Dziś już, po tych kilku miesiącach, wiemy, że w filmie Vegi chrześcijaństwa jest dokładnie tyle samo co rzekomej wrażliwości jego twórcy, że promocja, jaką prawicowe media Vedze urządziły, była zaledwie bezczelnym propagandowym kantem, a na dodatek, wchodzi właśnie na ekrany kolejne dzieło Vegi, tym razem jednak nie dość że nie o potrzebie obrony wartości, ale tych, którzy owych wartości próbują bronić, najbardziej wulgarnie wyszydzający. 
      I gdy wydawałoby się, że to co się stało w przypadku Vegi i owego brudnego geszeftu ze wspomnianą nagrodą, nauczy tych wszystkich durniów przynajmniej tego, że  jeśli nie ma się szacunku dla drugiego człowieka, to nie ma mowy o szacunku dla siebie samego, i oni nie będą już więcej próbować tego rodzaju metod zbijania politycznych punktów, bez oglądania się na choćby podstawową przyzwoitość, to, proszę sobie wyobrazić, że nowym bohaterem wspomnianych środowisk, tym razem reprezentowanych przez portal braci Karnowskich wpolityce.pl, stał się niejaki Marcin „Różal” Różalski, były mistrz tzw. mieszanych sztuk walki, znany jednak głównie ze zdeformowanej tatuażami twarzy i z wypowiedzi w rodzaju: „Satanista w prostej linii, ja by nie patrzeć, to jest poganin, to ktoś kto nie idzie w dogmatach katolickich, które są najbardziej zakłamanymi kurwa dogmatami świata. Wystarczy sobie przeczytać, jakąkolwiek kurwa mądrą książkę, nie napisaną przez jakiegoś cymbała, jakiegoś kurwa chrześcijanina, który pierdoli jakieś głupoty, tylko normalną książkę. Polecam ‘Biblię Szatana’ LaVeya”.
       Za co zatem Karnowscy polubili dziś tego dziwnego człowieka? Otóż, proszę sobie wyobrazić, za to, iż ten udzielił im wywiadu, a oni, nazywając go po przyjacielsku „Różal”, zaanonsowali krzykliwymi literami „TYLKO U NAS” i pozwolili mu mówić:
       Każdy ma swoje rzeczy święte. Dla jednej osoby będzie to rodzina, dla innej krzyż i wiara. Dla mnie święte są symbole narodowe. Nie można żartować z flagi i godła, bo za te symbole zginęły miliony ludzi. Tolerancją mają być żarty z symboli narodowych?”
       Otóż chciałbym na koniec oświadczyć, że jeśli tak zwani „dziennikarze niepokorni” zamierzają się nadal w ten sposób z nami zabawiać, to ja nie znam odpowiednio wulgarnych słów by ich nimi potraktować. A już zwłaszcza, gdy oni w przyszłym roku wspomnianą wcześniej nagrodę zdecydują się dać swojemu nowemu kumplowi, Różalowi.



Wszystkim zainteresowanym przypominam, że udało mi się zdobyć paręnaście egzemplarzy mojej, wyczerpanej już, książki z listami od śp. Zyty Gilowskiej. Jeśli ktoś pomyśli, że warto by to mieć, zapraszam do siebie pod adresem k.osiejuk@gmail.com.
  

piątek, 16 sierpnia 2019

O pokręconych dróżkach Bożej Opatrzności


      Nie pamiętam niestety, od którego z księży (bo to z całą pewnością był ksiądz) to usłyszałem, ale chodzi mniej więcej o to, że tak zwana Opatrzność Boża nie działa tylko w jednym kierunku, ale jak najbardziej w obu. A ja to widzę mniej więcej tak, że jeśli idzie sobie człowiek drogą i rozwiąże mu się but, on się zatrzyma, żeby go zawiązać i w tym momencie tuż przed nim urwie się stary, zaniedbany balkon, to owszem można powiedzieć, że ten but mu się rozwiązał dzięki Bożej Opatrzności i też tylko dzięki owej opatrzności on wciąż żyje. Może być też jednak inaczej. Idzie sobie człowiek drogą, rozwiąże mu się but, on się schyli, żeby go zawiązać, ruszy dalej i w tym momencie spadnie mu na głowę stary zaniedbany balkon i go zabije. Otóż zdaniem owego księdza za tym również stoi Opatrzność Boża, która uznała, że – choć my oczywiście tego nie rozumiemy – tak będzie lepiej, gdy chodzi o interes większy.
       Podoba mi się ta teoria choćby z tego względu sam mam pewne ważne dla mnie doświadczenie, które, z mojego przynajmniej punktu widzenia, świadczy o krętych drogach owej Bożej Opatrzności, która, dla mojego przynajmniej dobra, zadziałała w sytuacji, gdy wszystko wskazywało na to, że nie pozostaje mi nic innego jak płakać. Mam na myśli Stan Wojenny, który w pewnym momencie mojego życia zmartwił mnie naprawdę bardzo, a w jego efekcie dziś, zamiast gnić gdzieś w Danii, czy Niemczech wśród bandy zboczeńców, jestem tu gdzie jestem i bardzo sobie to chwalę. A daję słowo, że było już naprawdę blisko.
       Otóż rzecz jest w tym, że moim zdaniem – choć, powtarzam, większości z tego my ani nie rozumiemy, ani nie mamy możliwości, by zrozumieć to kiedykolwiek – jedną z gorszych rzeczy, jaka nam grozi, to narzekanie na tak zwany los. Bo kto wie, czy za tym, co nazywamy losem, nie stoi po prostu Pan Bóg i Jego dla każdego z nas plan.
      To co dotychczas napisałem brzmi bardzo poważnie i wydaje się zapowiadać jakieś nie wiadomo jak głębokie refleksje. Tymczasem, nic podobnego. Dziś będziemy mówić o polityce i to w wydaniu najbardziej podstawowym. Otóż, jak wszyscy wiemy, wczoraj w Katowicach odbyły się uroczystości Święta Wojska Polskiego i powiem zupełnie szczerze, że ja w najśmielszych swoich przypuszczeniach nie spodziewałem się, że może dojść do czegoś o takiej skali. A wszystko zaczęło się od dnia gdy – oczywiście po wcześniejszych umizgach –  Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło, że w październikowych wyborach z Katowic i okolicy będzie kandydował sam premier Mateusz Morawiecki. Usłyszałem tę wiadomość i wprawiła mnie ona w naprawdę dobry nastrój, nie dlatego, że uważam Morawieckiego za fantastycznego człowieka – czemu swoją drogą nie zaprzeczam – ale ze względu na to, że po raz nie wiem już który Jarosław Kaczyński pokazał, że jest najwyższej klasy strategiem. Jeśli Mateusz Morawiecki zdobędzie serca mieszkańców Śląska – a to, o czym w dalszej części tej notki, jest dziś więcej jak pewne – Prawo i Sprawiedliwość ma szansę na większość konstytucyjną.
       Ucieszyłem się zatem z tej nominacji i nie musiałem dłużej czekać, by się dowiedzieć, że w ogóle Katowice stały się głównym celem wyborczej kampanii Prawa i Sprawiedliwości, z kulminacją w dniu wczorajszym. Otóż chodzi mi o to, że poszliśmy z żoną wczoraj do miasta oglądać te czołgi i samoloty i powiem szczerze, że ja od czasu jak tu przed laty przyjechał św. Jan Paweł II, nie miałem okazji obserwować takich tłumów i takiego entuzjazmu. Poszliśmy do miasta i widząc co się dzieje, pierwsze co zrobiliśmy, to daliśmy nogę i jak najprędzej wróciliśmy do domu. Tak było, i dla mnie, a więc dla kogoś, kto wydawałoby się zna dobrze gnuśność w jakim ten region jest od lat pogrążony, to co zobaczyłem to był autentyczny szok.
        Piszę te słowa i wiem, że wciąż pewnie nie powiedziałem, po co w ogóle te dzisiejsze refleksje. Już to naprawiam. Otóż, jak słyszę, pojawiają się zarzuty, że Prawo i Sprawiedliwość urządziło ten cały „cyrk” wyłącznie w jednym celu: by wesprzeć kampanię premiera Morawieckiego. I ja chcę tu powiedzieć, że owszem, ów „cyrk” jak najbardziej wspiera kampanię Premiera, podobnie jak sama nominacja Premiera wspiera kampanię PiS-u na Śląsku. Powiem więcej. Wszystko, dosłownie każdy dzień, jaki nam wyznacza czas do wyborów, gdy chodzi o Śląsk, jest wyłącznie po to, by wesprzeć kampanię premiera Morawieckiego i jak najbardziej PiS-u. Powiem jeszcze więcej: to że wczoraj, podczas tak zwanego „wojskowego pikniku”, przez całe godziny premier Morawiecki chodził wśród ludzi, rozdawał autografy i się z ludźmi fotografował, to nie brudny pomysł Jarosława Kaczyńskiego; to wyłącznie efekt czegoś, co nastąpiło znacznie, znacznie wcześniej. A zatem problem wcale nie polega na tym, że tu doszło do jakiegoś oszustwa. Nic podobnego. To wszystko, z czym mamy dziś do czynienia to wyłącznie efekt całej serii wybitnie korzystnych dla PiS-u wydarzeń, z których najświeższym jest fakt, że akurat znaleźliśmy się w przededniu setnej rocznicy Powstań Śląskich i trzeba by było nie mieć kropli oleju w głowie, by z tej okazji nie skorzystać.
      Proszę spojrzeć na serię zdarzeń. Po ośmiu latach tego upadku, od którego, wydawałoby się nie ma ucieczki, pojawia się na scenie Andrzej Duda, który rozbija w proch Bronisława Komorowskiego, chwilę później Prawo i Sprawiedliwość uzyskuje w wyborach samodzielną większość, która umożliwia mu bezkarne realizowanie planu, który, jak rozumiem, Jarosław Kaczyński miał w głowie od lat. Mijają lata i wszystko wskazuje na to, że wreszcie doczekaliśmy czasu, że owo Zło, z którym musieliśmy się w ten czy inny sposób mierzyć nawet nie przez osiem, ale przez 30 niemal lat, zostanie ostatecznie zniszczone. A jakby tego było mało, nagle się okazuje, że wszystkie wiatry, jakie zaczynają nagle wiać, wieją wyłącznie w tym jednym upatrzonym wcześniej kierunku.
      Od wczesnych godzin rannych brałem udział we wczorajszych uroczystościach i nie mogłem się otrząsnąć z wrażenia, że wszystko się układa w taki sposób, by każda kolejna kolejna minuta przybliżała Prawo i Sprawiedliwość do ostatecznego, i chyba jednak faktycznie ostatecznego, zwycięstwa. Tu naprawdę nie chodzi o to, że władza wykorzystuje swoją władzę właśnie po to, by wzmacniać szanse na wyborcze zwycięstwo. Otóż nie. Władza nie musi korzystać z władzy. Wystarczy, że będzie korzystała z tego, co wspomniane wiatry przyniosą. A wiatry te, jak już wspomniałem, są nadzwyczaj korzystne.
      Nadszedł zatem czas, by sobie wyjaśnić, czemu tak. Co się takiego stało, że obecna władza ma tyle nieprawdopodobnego wręcz szczęścia? Jak to się dzieje, że wydawałoby się każdy ruch powietrza działa na jej korzyść i ona nawet nie musi szczególnie mocno walczyć, by ów ruch wykorzystać? Otóż ja mam swoją teorię i ona jest związana bardzo mocno z tym, o czym pisałem na początku tych refleksji. Otóż moim zdaniem, za wszystkim tym, co się zdarzyło zarówno w latach 2005-2007, no i potem, przez kolejne osiem lat, z kulminacją w postaci Katastrofy Smoleńskiej, oraz sfałszowanych wyborów prezydenckich, stała Boża Opatrzność. Jestem szczerze i głęboko przekonany, że gdyby tam chociaż jedna cegiełka spadła o ułamek sekundy wcześniej lub później, wszystko by się potoczyło zupełnie inaczej...
      Ja zdaję sobie sprawę, że w tym momencie wpadłem w nastrój niebezpiecznie metafizyczny, ale cóż ja mogę poradzić, skoro minął ten wczorajszy dzień i ja ani przez moment nie miałem chwili wątpliwości, że wszystko bardzo przyspieszyło, do tego stopnia, że my tu właściwie możemy przestać się martwić. A gdy chodzi o mnie, to z najwyższą radością mogę trzymać w sercu fakt, że podczas uroczystej Mszy za Ojczyznę, jaka miała miejsce w moim kościele, z udziałem wspomnianego Premiera, nie wspominając już o Prezydencie z Małżonką, miałem zaszczyt czytać św. Pawła do Koryntian z tym fragmentem, gdzie na końcu zostaje pokonana śmierć.
        Bardzo miło jest być choćby marnym skrawkiem tego tak upragnionego zwycięstwa.





Przypominam, że niemal cudem udało mi się zdobyć ostatnich 18 egzemplarzy mojej książki z listami od Zyty Gilowskiej. Większość z nich już jest w rękach Czytelników, natomiast, owszem, można wciąż do mnie pisać na adres k.osiejuk@gmail.com i pytać. Zapraszam.

środa, 14 sierpnia 2019

Jak się nie zgubić na rynku książki?


      Właśnie dotarła do mnie informacja, że ostatecznie sprzedał się nakład mojej książki „39 wypraw na dziewiąty krąg”, w związku z czym postanowiłem dziś wrzucić notkę czysto techniczną. Otóż przede wszystkim należy nam wiedzieć, że z wszystkich moich książek, jakie do tej pory ukazały się w Klinice Języka, do nabycia zostały już tylko cztery: „Marki, dolary...”, „Podwójny nokaut”, „Kto się boi angielskiego listonosza”, oraz ostatnia, „Gdzie pada cień na MS Mantola”. U siebie, z tych których nakład został wyczerpany, mam już tylko trzy egzemplarze „39 wypraw”, oraz kilka (ze względu na ruch w zamówieniach, nie wiem dokładnie, ile) listów od Zyty.
       Jak sądzę, pomijając „Listonosza”który jest wznawiany regularnie, póki co żadne dodruki nie wchodzą w grę. Kto miał okazję zaglądać do bieżących tekstów Coryllusa, wie, że mamy ciężki kryzys czytelniczy i musimy go przeczekać, z nadzieją, że coś się ruszy. Czemu tak jest, mam swoje podejrzenia, ale nie jest moją sprawą, by tu w to wchodzić. Wystarczy, że wspomnę, że kilka dni temu oglądałem rozmowę, jaką z Kubą Wojewódzkim przeprowadził dla Onetu Jarosław Kuźniar i praktycznie jedynym tematem tej rozmowy była najnowsza książka Wojewódzkiego, którą ten zabrał ze sobą i regularnie, nie próbując nawet zachowywać pozorów, wystawiał ją do kamery. I myślę sobie, że skoro jest jak jest, to znaczy, że ten rynek leży i kwiczy. Skoro ktoś taki jak Kuba Wojewódzki, człowiek, dla którego, wydawałoby się, wydanie książki to kaprys na waciki, musi prosić swoich znajomych z Onetu, by mu pozwolili tę książkę rozreklamować, to znaczy, że dzieje się coś, co do czego skali, możemy jedynie spekulować.
      A zatem, mamy kryzys, w którym udało mi się już sprzedać – przypominam że praktycznie bez żadnego wsparcia ze strony rynku – pięć książek. I to jest wynik. Z reakcji czytelników, którzy spóźnili się z kupnem listów od Zyty Gilowskiej – moim zdaniem, najważniejszej książki, jak ukazała się w Polsce co najmniej w minionych latach – wnioskuję, że mamy tu jeszcze, w tej powszechnej nędzy, pewne możliwości.
      A zatem, jeśli ktoś nie zareagował na czas i nagle zapragnął kupić sobie moje „Wyprawy”, czy „Listy”, zapraszam do siebie. Przy okazji jedna uwaga, być może najbardziej istotna. Otóż aby się zorientować w cenach uzyskiwanych przez niektórych autorów, zaszedłem na Allegro i tam zobaczyłem, że „Vademecum ojca” Korwina idzie po stówie, coś tam Cejrowskiego, ale z autografem, za 150, a stary Łysiak – lepiej nie mówić. W tej sytuacji uznałem, że byłoby mi wstyd, gdybym przynajmniej tę Zytę sprzedawał po 30 zł. A zatem, jeśli ktoś ma ochotę, dziś ta cena wynosi 100 zł. Przesyłka i dedykacja w cenie. W końcu, jak powszechnie wiadomo, jeśli sami się nie zaczniemy szanować, to trudno liczyć na innych.
       Mój adres k.osiejuk@gmail.com



wtorek, 13 sierpnia 2019

Będą polować - repryza


       Oglądam dziś trochę telewizję i, z tego co zdążyłem zauważyć, wśród pięciu najważniejszych informacji na czoło wysuwa się sprawa jakiegoś gangstera, który zmarł w w więziennej celi, a mecenas Giertych na jego szyi wypatrzył dwa ślady po ukłuciach, które mu zadalił Jarosław Kaczyński z Markiem Kuchcińskim. By jakoś zrównoważyć ten wstyd, pomyślałem sobie, że przypomnę swój dawny tekst, jeszcze z roku 2011, a więc z czasów, gdy chyba wszyscy mieliśmy o wile zdrowszą perspektywę w ocenianiu stanu państwa i jego urzędników. Ciekawe, ilu z nas w ogóle pamięta jeszcze to o tym to, o czym ja mówię?

       Kilka dni temu, wśród wielu różnych informacji, jakie stale otrzymuję od znanych mi i nieznanych osób, znalazła się i taka, że pojawiła się oto spekulacja, że śmierć byłego wiceministra w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Eugeniusza Wróbla będzie wymagała znacznie poważniejszych wyjaśnień, niż to iż z niepewnych powodów zabił go jego niepoczytalny syn. A zatem – jak słyszę – nawet jeśli nie teraz, to być może za kilka kolejnych lat, i to nieszczęście będzie trzeba ponownie badać w ramach prac jakiejś komisji parlamentarnej, czy innego specjalnie na tę okazję powołanego ciała. Mniej więcej tak samo, jak to dziś się dzieje ze sprawą zamordowanego przed wieloma laty Krzysztofa Olewnika.
      W pierwszym odruchu, oczywiście zainteresowałem się tym co usłyszałem, jednak – jak w wielu innych tego typu przypadkach, z którymi mamy do czynienia w dzisiejszej politycznej sytuacji Polski – moja główna reakcja była taka, że może i tak, a może i nie. Czasy bowiem mamy takie, że skoro wszystko jest możliwe – a jak się okazuje, wszystko możliwe jak najbardziej jest – możliwe są też najróżniejsze fantastyczne ludzkie domysły. W świecie, w którym System wziął ludzi gruntownie za pysk, pozostawiając ich w przekonaniu, że cokolwiek ich spotka, mają przyjąć bez najmniejszego skrzywienia, nie można się dziwić, że część ofiar takiego traktowania, zwłaszcza ta bardziej myśląca, musi wychodzić z założenia, że lepiej nie wierzyć w nic, niż się z tragicznym opóźnieniem ciężko zdziwić, że po raz kolejny daliśmy się wystrychnąć na dudka.
      Pomyślałem więc sobie, że może być i tak, że syn ministra Wróbla faktycznie zwariował, zatłukł swojego ojca, pociął go tą piłą na kawałki, następnie wywiózł go nad ten zalew i te nieszczęsne szczątki utopił, a dziś nic z tego nawet nie pamięta bo mu szaleństwo zjadło mózg. Ale też dlaczego niby nie może być sensowna taka wersja, że ponieważ Eugeniusz Wróbel był wybitnym specjalistą od lotnictwa, miał bardzo wiele do powiedzenia na temat katastrofy Smoleńskiej i chciał się tą swoją wiedzą podzielić, został z tej okazji zamordowany przez System, a ten jego syn i jego możliwe szaleństwo zostało tylko do tego odpowiednio wykorzystane? Czemu nie może być tak? A to niby czemu taka wersja zdarzeń ma być wykluczona? Czyżby pojawiły się jakieś nowe informacje na temat ludzi, którzy od kilku lat zajmują się Polską? Nic mi na ten temat nie wiadomo.
     No ale, jak mówię, przyjąłem te nowe fakty z pełną otwartością, a jednocześnie z pełną rezerwą, czekając albo na ewentualne dodatkowe dane, lub na wiadomość, że sprawa jest jednak definitywnie zakończona. I oto przy okazji sytuacji towarzyskiej, jaka wiąże się z dniami zamykającymi każdy rok, spotkałem się z moim bardzo bliskim, choć jakiś czas już nie widzianym kumplem, który – jak się dowiaduję – był dobrym znajomym rodziny Eugeniusza Wróbla i jego osobiście, na tyle dobrym, że z nimi wszystkimi był, jak to się mówi, na ty. I okazało się, że on do sprawy ma stosunek bardzo podobny do mojego. A więc – może tak, a może nie. Z tą tylko różnicą, że w jego wypadku za wersją „tak” przemawia nie tylko przekonanie, że ludzie, których ostatnio tak często mamy w naszych złych myślach, są zdolni do wszystkiego, ale wiele bardzo konkretnych szczegółów. Otóż kolega mnie informuje, że od rzekomej awantury między młodym Wróblem i jego ojcem, a zatopieniem poćwiartowanych zwłok, minęły zaledwie trzy godziny. Każdy z nas wie, jak to trzy godziny to jest mało czasu, jeśli mamy do wykonania coś ważnego i pracochłonnego. Każdy z nas wie, jak czas szybko biegnie, jeśli mamy na coś zaledwie trzy godziny, a tej pracy jest naprawdę dużo. Nie wiem, jak inni, ale ja czasami nawet mam koszmary, że muszę cos zrobić, a tego zrobić już nie zdążę, bo z jednej strony czas nie pozwala, a z drugiej wszystko idzie jakoś wolniej, niż iść miało.
      Młody Wróbel w ciągu tych trzech godzin najpierw zabił więc swego ojca, następnie pociął piłą zwłoki na drobne kawałki, następnie wyniósł je w workach do samochodu, następnie skutecznie posprzątał mieszkanie, wycierając krew na tyle dokładnie, że po powrocie do domu rodzina nie zauważyła nic podejrzanego, wreszcie wywiózł te worki nad Zalew i tam dopiero, po tych trzech godzinach, zadzwoniono do niego, pytając, co z ojcem. Ani ja, ani nikt z nas prawdopodobnie, nie wie ile czasu zajmuje ćwiartowanie ludzkich zwłok piłą mechaniczną. Nie wiemy też, czy tego typu czynność można prowadzić metodycznie, spokojnie odliczając czas. Osobiście na przykład wiem, ile czasu zajmuje posprzątanie mieszkania z większego bałaganu. Wiem też – i proszę mi wybaczyć to zestawienie – ile czasu zajmuje posprzątanie łazienki po zabiciu paru karpi. Wiem też, ile czasu zajmuje zabicie tych karpi.
       A z synem Eugeniusza Wróbla problem był jeszcze taki, że on podobno działał pod wpływem skrajnego wzburzenia, czy wręcz i obłąkania. I tu znów nie umiem ocenić sytuacji, ale wydaje mi się, że stan takiego szaleństwa, gdzie bez jakichkolwiek przyczyn, poza opętańczą furią, nie bardzo ułatwia planowania i metodycznego działania. Wydaje mi się, że jeśli ktoś jest aż tak obłąkany – to bez względu na to, czy się spieszy, czy działa jak w zwolnionym tempie – nie ma szansy zdążyć.
      I jest jeszcze coś. Mój kolega, który znał tych ludzi bardzo dobrze, twierdzi, że Eugeniusz Wróbel był potężnie zbudowanym, silnym, wysportowanym mężczyzną, podczas gdy jego syn – absolutnie i uderzająco – wręcz przeciwnie. On mi mówi, że syn Wróblów, postawiony przy swoim ojcu, to było niepozorne chuchro. I on nie umie uwierzyć, że ten chłopak był w stanie skutecznie pozbawić przytomności kogokolwiek, a co dopiero swojego ojca.
      Ale to już wszystko. Oczywiście, wiadomo – co już zostało przypomniane – że Eugeniusz Wróbel był wybitnym specjalistą lotniczym. To podobno głównie dzięki niemu, w ogóle istnieje lotnisko w Pyrzowicach koło Katowic. Wiadomo, że on na temat wszelkich możliwych tajemnic związanych z katastrofą w Smoleńsku mógł wiedzieć naprawdę dużo. Ale co wiedział, i czy to co wiedział mogło by nas jakkolwiek posunąć do przodu? I czy to co wiedział, to wiedział tylko on, czy może takich osób w Polsce jest więcej, tyle, że akurat niefortunnie wypadło na niego, że to on wystąpi jako przykład dla wszystkich, którym jakieś niebezpieczne myśli snują się po głowach? Tego nie wiem ani ja, ani też mój kolega, znajomy rodziny państwa Wróbel.
      O wiele więcej natomiast możemy powiedzieć na doraźne tematy polityczne. Na przykład ledwo co wywiadu telewizji TVP Info udzielił prezydent Bronisław Komorowski i oświadczył, że sprawa smoleńska w ogóle nie powinna być tematem naszych rozmów. Przyczyna katastrofy jest jedna, a mianowicie podjęta przez polskich pilotów próba lądowania w złych warunkach. Według tego co czytam, Komorowski stwierdził ni mniej ni więcej, jak tylko że: „radziłbym nie szukać jakiś ekstra nadzwyczajnych wytłumaczeń, bo niestety - w moim przekonaniu - sprawa jest w sposób arcyboleśnie prosta”. A więc to jest to co nasz prezydent „by nam radził”. Żebyśmy przestali grzebać, gdzie nie trzeba. To jest rada, jaką ma dla nas nasz prezydent. Domyślam się też, że on nam to radzi, jak to się kiedyś mówiło, po dobroci. Dziś. Następnym razem, jeśli nie skorzystamy z tej rady, niewykluczone, że jego ludzie, będą musieli podjąć działania bardziej przemawiające do rozumu. Jakie? A skąd to my szaraczki mamy wiedzieć?
      To jest zatem zły glina. A co słychać u gliny dobrego? Otóż glina dobry też zabrał głos. Kiedy go spytano, jakie on ma życzenia na przyszły rok, okazało się, że życzenia są dwa. Chodzi mu o to, żeby swojego wnuka nauczyć grać w piłkę, a następnie pójść z nim pierwszy raz w życiu na mecz. Skomentowałem już tę szczerą niezwykłą wypowiedź Donalda Tuska – bo, jak już się wszyscy słusznie domyślamy, to on jest tym dobrym policjantem – w komentarzu na blogu. Przyszło mi bowiem do głowy, że jemu już naprawdę niewiele zostało. Póki sił i zdrowia starczy, można biegać za piłką. A cała reszta już naprawdę nie od niego zależy. Reszta to już czysta geopolityka.
      Jak słyszę, Jan Pietrzak, artysta kabaretowy, zażartował ostatnio, że w ramach klasycznych powrotów historii w formie farsy, mamy znów sytuację opisywaną jako podział „Wasz prezydent, nasz premier”, tyle że to już jest układ, jak mówię geopolityczny, a nie nasz przaśny, polski. Gdyby ktoś chciał znać moje zdanie w tej kwestii, mam poczucie, że tak czy inaczej, w tak sformułowanym układzie, Donald Tusk stoi na pozycji przegranej. I niech lepiej uważa, bo z całą pewnością jego dobry kumpel Komorowski wciąż uwielbia zapach sosenek o świcie.





Książka z listami od Zyty Gilowskiej schodzi na tyle szybko, że należy się obawiać, iż jeszcze chwila, a ktoś będzie płakał. Przypominam kontakt: k.osiejuk@gmail.com.