piątek, 19 kwietnia 2019

Gdy On umiera


      Jesteśmy wreszcie w na progu Dnia Zmartwychwstania, a ja sobie myślę, że skoro nawet grzechem by było pójść do McDonalda na Big Maca, to co dopiero czytać jakieś niewydarzone refleksje na blogach. W tej sytuacji dziś bardzo króciutko, ale, w co mocno wierzę, bardzo pożytecznie.
      Nie wiem naprawdę, czy o tym wspominałem, czy nie, ale swego czasu zdarzyło się tak, że zadzwonił do mnie mój syn, a ja z jakiegoś powodu się nie zgłaszałem. On wiedział, że nie mam akurat lekcji, że jestem w domu, a ja mimo to się nie zgłaszałem. Pomyślał więc, że pewnie, jak zawsze, mam ściszony telefon, więc zajrzał do Sieci. No ale tam mnie też nie było. Sprawdzał więc na blogu, na Facebooku, na Twitterze i dzwonił – na nic. Dziś już nie pamiętam, co takiego się stało, że się kompletnie wyłączyłem, faktem jest jednak, że po paru godzinach on uznał, że ja umarłem i zaczął się bardzo gorliwie modlić, żeby to nie była prawda. No i to, jak się domyślamy, wymodlił.
      Ktoś powie, że on nic nie wymodlił, tyle tylko że ja coś tam miałem na głowie i się nie udzielałem. I to jest oczywiście możliwe. On się wystraszył niepotrzebnie. Jednak w jego rozumieniu – i to rozumieniu, które ja jestem gotów podzielać – on to że ja wciąż żyję w rzeczy samej wymodlił. No i znów ktoś zapyta, co on miał wymodlić, skoro ja wcale nie umarłem, jednak na to ja odpowiem bardzo prosto: on się nie modlił o to, bym ja ożył, ale żebym nie umarł. On się modlił, ponieważ wierzył w moc modlitwy, a nie w czary. Wciąż zbyt trudne? Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji ja już nie wiem, co powiedzieć.
      Natomiast mam do powiedzenia coś znacznie chyba bardziej ciekawego. Oto moja młodsza córka niedawno wpadła na bardzo oryginalną myśl. Otóż, jej zdaniem, ponieważ, jak wiemy, czas jest złudzeniem oraz pułapką, do której się wszyscy ochoczo przyzwyczailiśmy, nam się niezmiennie wydaje, że Chrystus za nasze grzechy wycierpiał już bardzo dawno temu. Tymczasem – wciąż relacjonuję jej tok myślenia – jest nadzwyczaj prawdopodobne, że On za nas cierpi i umiera dziś, w każdej chwili naszego życia. Tu i teraz. Jego cierpienie i śmierć to nie jest wydarzenie sprzed dwóch tysięcy lat, ale czymś co umyka naszemu rozumieniu czasu. Rzecz w tym że on cierpiał, cierpi i dopiero cierpiał będzie, a wielkość i intensywność tego cierpienia zależy od nas i tego, jak żyjemy. A zatem, zdaniem mojej córki, każdy grzech który popełniamy, to kolejny cios, kolejna rana, kolejny ból zadany Jezusowi.  I konsekwentnie, każde dobro, które czynimy, to nawet najdrobniejsza ulga w tym cierpieniu.
     Powiem szczerze, że nie mam pojęcia, czy to co ona mówi ma sens, a tym bardziej, czy nie jest tak, że to jest truizm, na który wybitni teologowie już dawno wpadli, a ja stoję przed nim jak dziecko we mgle. Jednego natomiast  jestem pewien. Dziś, gdy wszyscy stajemy wobec tej wielkiej tajemnicy Śmierci i Zmartwychwstania, tego typu refleksje nie są w niczym mniej usprawiedliwione niż zastanawianie się, czy Jezus sam zmartwychwstał, czy Jemu w tym pomógł Pan Bóg. A już z pewnością nie są w stanie ich zagłuszyć rozważania na tym, który papież jest ten prawdziwy: Franciszek, czy Benedykt?
     Zostawiam więc ten blog z tą refleksją na najbliższe dni. Powinno wystarczyć.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Idą Święta, a ja jak co roku polecam "Wyborczą"


Właśnie wysłałem kolejny felieton do red. Bachurskiego i tak się złożyło, że poświęciłem go, po raz już drugi w historii tego bloga, moim bardzo osobistym refleksjom na temat niezwykłej zupełnie przydatności „Gazety Wyborczej” do przedświątecznego mycia okien. Kto czytał moją notkę sprzed dziewięciu lat, być może pamięta w czym rzecz, jednak biorąc pod uwagę fakt, że takich osób może być siłą rzeczy niewiele, a Święta już tuż-tuż, pomyślałem sobie, że dla wspólnej korzyści i dobra wspólnego, przypomnę dziś tamten tekst, zachęcając do zakupu tego naprawdę świetnego papieru. Wyrażam tylko nadzieję, że wczorajsze wydanie było takie cienkie zupełnie wyjątkowo, no i że oni nie codziennie sobie liczą po 5 zł za egzemplarz.


      Tak się ostatnio podziało, że Toyahowa, podobnie zresztą jak obie nasze córki, zakochały się w niejakim doktorze Housie. Gdyby ktoś nie wiedział, doktor House to postać czysto fikcyjna, choć nie do tego stopnia, żeby za nim stała wyłącznie zaawansowana technika komputerowa. Jego wprawdzie nie ma, ale aktor – bo to jest film – który gra jego rolę, jest jak najbardziej prawdziwy i wygląda dokładnie tak samo, mówi tak samo, porusza się tak samo i – co może najciekawsze – jest dokładnie taki sam, jak fikcyjny doktor House. Co gorsza, musiałbym być kompletnie zakłamany i w dodatku stuknięty, żeby udawać, że nie rozumiem, co za tym oczarowaniem stoi. Przyznaję więc bez awantur. Chciałbym być jak doktor House.
      Ponieważ nie jestem, jedyne co mi pozostaje to w każdy piątek pędzić do zaprzyjaźnionej budki z gazetami i kupować mojej żonie i moim obu córkom kolejny odcinek tego niezwykłego serialu. Dlaczego do budki z gazetami? Dlatego mianowicie, że Gazeta Wyborcza od pewnego czasu dodaje do swojego piątkowego wydania kolejne trzy epizody House’a i można tę płytkę kupić za 6 złotych. Dlaczego do zaprzyjaźnionego? Dlatego że we wszystkich innych kioskach nie można płytki kupić bez gazety. Chcesz House’a– musisz kupić Wyborczą. W sumie, tę politykę rozumiem, co nie znaczy, że muszę się jej podporządkowywać, prawda?
      I teraz następuje coś, co z jednej strony bardzo całą sprawę komplikuje, a z drugiej jest prawdziwym powodem, dla którego powstaje dzisiejszy wpis. Jak wszyscy wiemy, zbliżają się Święta Zmartwychwstania Pańskiego i powoli trzeba sprzątać mieszkanie. Ponieważ ostatnio jestem raczej bezrobotny, czuję że ten obowiązek w dużym stopniu spada na mnie. Obecnie jestem na etapie okien. Dziś, zanim się wziąłem za kolejny pokój, poszedłem do zaprzyjaźnionego kiosku po trzecią część trzeciej serii House’a… I jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że zamiast zaprzyjaźnionej pani Natalii jest kto inny, a o Housie dla mnie nic nie wiadomo. Nie pozostało mi więc nic innego, jak kupić płytkę gdzie indziej, ale za to z całą grubą Gazetą Wyborczą. Co też uczyniłem. Bez bólu. A dlaczego bez bólu, proszę posłuchać.
      Otóż, tym którzy jeszcze tego nie wiedzą, trzeba wiedzieć, że jestem mistrzem świata w szybkim i skutecznym myciu okien. Nauczyła mnie tego moja mama, kiedy jeszcze byłem dzieckiem, i od tego czasu swój talent wyłącznie rozwijam. Umycie okna zabiera mi rekordowo mało czasu, efekt jest zawsze bardzo pierwszej klasy, a do wykonania tej pracy potrzebuję wyłącznie wiadra z wodą, kawałka szmaty, płynu do mycia szyb i jedną przeciętnej grubości gazetę. Musi być gazeta. Żaden magazyn, żaden kolorowy chłam., nic śliskiego i błyszczącego. W grę wchodzi wyłącznie standardowa gazeta. Na czym polega sztuka mycia okien na poziomie mistrzowskim? Bierzemy szmatę i wiadro z wodą, myjemy najpierw szybę bardzo szybko z podstawowego syfu, następnie opryskujemy ją płynem z butelki, po czym starannie wszystko pucujemy zwiniętą w kupkę gazetą. Nie używamy żadnych ściereczek, żadnych gąbek, żadnych wycieraczek. Szybę pucujemy wyłącznie gazetą. Efekt jest taki, że ani nie robią się zacieki, ani smugi, ani nic nie trzeba poprawiać, wszystko odbywa się szybko i nawet kiedy z gazety zostaje tylko brudna mokra kupka, wszystko działa jak najlepiej. Na koniec, możemy ewentualnie rzucić na swoje dzieło krytycznie okiem i, jeśli jest coś do poprawienia, to przy pomocy nowego kawałka gazety i szczypty płynu jesteśmy w stanie to coś poprawić.
       Od pewnego czasu nie kupujemy gazet w ogóle i kiedy wczoraj wziąłem się za pierwsze okno, z przykrością zorientowałem się, że mam wszystko, a więc wiadro, wodę, szmatę, płyn… ale nie mam gazety. Wiedziałem że na Metro jest już przede wszystkim za późno, a poza tym ono akurat jest za cienkie, więc kupiłem Dziennik. I cóż się okazało? Wszystko było jak trzeba, tyle że z tą różnicą, że do umycia dwóch okien musiałem zużyć całą gazetę. Ten papier był tak beznadziejny – nie wiem, czy za cienki, czy za słaby, czy w ogóle jakiś lewy – że jednej szyby nie dało się zrobić, żeby coś jeszcze w ręku zostało. Czyścił dobrze, ale mówię Wam – rozpadał się w rękach. A więc, naturalną koleją rzeczy, zostawiłem resztę roboty na dziś.
       No i pojawił się ten House. Wierzcie mi lub nie, ale w życiu nie miałem w ręku czegoś tak fantastycznego jak ta Gazeta Wyborcza. Wystarczyło wziąć ten papier do ręki, zmiąć go należycie i od razu się czuło, że to jest ten moment. Że to jest coś niepowtarzalnego. W poprzednich latach właściwie wyłącznie myłem okna starymi Rzepami i przyznać muszę, że nie było źle. Rzepa jest mocna, szybko schnie, wystarcza na dość długo, ale niestety jest za twarda. A przez to, mam wrażenie, że rysuje szkło. Oczywiście, po jednym razie tego nie widać, ale jeśli wycieramy szyby Rzeczpospolitą regularnie, po pewnym czasie robią się nawet nie tyle że rysy, ale szyba matowieje. Odrobinkę tylko, ale matowieje. Dziennik, jak mówię, sprawdziłem wczoraj, i to jest nieszczęście. Po kilku ruchach, w ręku zostaje papka. Normalna papka. Do tego, od czasu jak niektórzy z nas jeszcze to brali do ręki, cena wzrosła dramatycznie, i przy obecnych 2,60 za numer, to już jest wyłącznie strata pieniędzy. Jeśli się uda umyć jedno okno, to i tak dużo. Wyborcza jest wprawdzie jedynie o 10 groszy tańsza, ale jaka oszczędność! Ja dzisiaj wszystkie okna – a zapewniam, że mam ich niemało i są przede wszystkim duże – umyłem jednym egzemplarzem, a i tak jeszcze zostało na wyłożenie kosza na śmieci.
       Mam wrażenie, że papier, na którym Agora drukuje swój dziennik jest może nawet tak samo dobry, jak stary, jeszcze peerelowski papier, z którego robiono na przykład Trybunę Robotniczą i którym prawdopodobnie okna myła moja mama. On nie dość że świetnie leży w dłoni, bardzo dobrze się mnie, a więc nie jest ani za twardy ani za miękki, to – czego nie rozumiem – bardzo dobrze się regeneruje. A więc, kiedy już wydaje się, że nic z niego nie będzie, to wystarczy go rozłożyć, przewietrzyć i on się znów robi suchy i gotowy do ponownego użycia. A przez to, że teraz jest – choć wciąż mocny – znacznie bardziej miękki niż na początku, bardzo dobrze się nadaje do poprawiania ewentualnych niedoróbek. Gdzieniegdzie można natrafić na reklamy jakichś szwedzkich ścierek po 30 złotych. Zapewniam. Zmoczona, zgnieciona, pomięta i lekko podsuszona Gazeta Wyborcza jest absolutnie najlepsza. Proszę popatrzeć na to zdjęcie. Przecież, gdyby komuś się chciało, nawet mógłby to czytać.




       A zatem polecam Wyborczą. Jest bezwzględnie najlepsza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może mieć obiekcje natury moralno-politycznej. Tym bardziej, że nie da się ukryć, że każda złotówka, którą tu przeznaczymy na porządne umycie naszych okien na Święta, idzie do kieszeni ludzi, których za bardzo nie szanujemy. No ale zawsze można sobie powiedzieć – i będzie to jak najbardziej prawda – że jeśli my kupimy tę gazetę, to dla kogoś, kto ją może bardziej potrzebować, już nie starczy. A zatem, mamy na koncie dobry uczynek. A że Agorze wzrośnie sprzedaż i będą mogli podwyższyć nakład? Proszę bardzo, niech podwyższają. Święta miną i znów wszystko wróci do normy, a oni zostaną z kupą szmat, z którymi nawet nie będą mieli co zrobić.

Jak zawsze, bardzo namawiam do kupowania moich książek. Normalne księgarnie oczywiście odpadają, natomiast najlepsza jest jak najbardziej pod ręką. Wystarczy wpisać adres www.basnjakniedzwiedz.pl i już. Gdyby natomiast ktoś chciał książkę z dedykacją autora, proszę sie kontaktować ze mną pod adresem k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Czy pisać, czytać, liczyć i myśleć można się nauczyć bez pomocy szkoły?


   Przepraszam wszystkich którzy się mogą poczuć znużeni tematem, ale im dłużej w szkołach trwa strajk, tym bardziej czuję, że już od bardzo dawna nie pojawiła się w publicznej przestrzeni równie fantastyczna okazja do refleksji co do kwestii, która w ten czy inny sposób dotyczy nas wszystkich i to dotyczy w sposób możliwie najbardziej bezpośredni, a mianowicie szkoły właśnie. Oczywiście, jest i służba zdrowia i sądy i urzędy, czy wreszcie wszędzie obecna polityka, a więc coś choć w gruncie rzeczy wręcz wirtualnego, to wciąż wypełzającego na nas z każdego kąta, jednak w każdym z tych przypadków sprawy z nimi związane dotyczą zaledwie części z nas. Szkoła to w pewnym sensie drugi dom, jeśli nie dla nas, to dla naszych dzieci, wnuków czy siostrzeńców, gdzie naprawdę nie ma sposobu, by zachować brak zainteresowania. Ja sam w dodatku związany jestem z tą częścią naszego życia niemal na co dzień, praktycznie od zawsze, jako uczeń, ojciec, ale również nauczyciel, więc tym bardziej jest mi trudno się wyłączyć. Proszę więc mi już pozwolić przejść do rzeczy.
   Otóż tak się stało, że choć szczęśliwie w szkole już od dawna nie pracuję, to w ostatnim czasie mam niemal codzienny kontakt z siódemką tak zwanej szkolnej dziatwy, a wśród nich dwoje w ósmej klasie szkoły podstawowej, dwoje maturzystów, jeden chłopak w pierwszej klasie liceum, drugi zdającym maturę w przyszłym roku, oraz dziewczynka w identycznej sytuacji. Każde z tych dzieci chodzi do innej szkoły, z których tylko w jednej nie ma strajku, a mianowicie w tej, gdzie „moje” dziecko będzie zdawało maturę dopiero za rok. Troje z pozostałych dzieci jest albo w trakcie egzaminów, albo tuż przed. One wszystkie, z jednym wyjątkiem – tu swoją drogą, co bardzo ciekawe, mamy do czynienia ze szkołą płatną –  oczywiście do szkoły nie chodzą i albo siedzą w domu i dzielą czas między naukę, a zabawę, albo spędzają czas na tak zwanych „korkach”.
    I proszę sobie wyobrazić, że żadne z nich, w tym jak najbardziej tych troje, które stoją w obliczu najważniejszych egzaminów w ich dotychczasowym życiu, nie robią najmniejszego wrażenia, żeby dni, które własnie mijają, traktowały jako dla nich stracone. Rozmawiałem z tymi dziećmi na ten temat i daję słowo, że żadne z nich, ani te, które swój egzamin mają dopiero przed sobą, ani nawet te, które w tych dniach muszą się uczyć być może tak intensywnie, jak jak nigdy wcześniej, ani jednym słowem nie poskarżyły się, że przez to, że one nie mogą chodzić do szkoły i odbierać potrzebną im wiedzę od swoich nauczycieli, cokolwiek tracą. U żadnego z nich nie zauważyłem śladu lęku przed egzaminem, do którego nie zaostaną odpowiednio przygotowane przez panią z polskiego, angielskiego, czy matematyki. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza te, które w ostatnich tygodniach się głównie uczą, twierdzą, że sytuacja w jakiej się wbrew swej woli znalazły, jest dla nich wręcz idealna, ponieważ dzięki niej nie muszą bez sensu tracić czasu na siedzenie godzinami w szkolnych klasach i wspólnie ze swoimi nauczycielami udawać, że wchodzą w jakąś super pożyteczną interakcję.
   I to, moim zdaniem, jest coś, czego owa rozdokazywana menażeria, wybierając się na ten swój protest, nie przewidziała – że z niego popłynie w świat tylko jedna naprawdę pożyteczna społecznie. Otóż w intelektualnym stanie, w jakim oni się znaleźli i w którym się czują tak bardzo pewnie, są tak naprawdę uczniom kompletnie zbędni.
    Ale jest jeszcze coś, być może jeszcze bardziej istotnego. Otóż proszę zwrócić uwagę, że nauczyciele nie zastrajkowali w październiku styczniu, czy nawet w marcu. Oni wybrali na ten protest czas w najbliższej okolicy egzaminów. Czemu tak? Oczywiście powód był jeden: oni wiedzieli, że w każdym innym momencie pies z kulawą nogą by się tym ich protestem nie zainteresował. Dlaczego? Właśnie dlatego, że tak naprawdę jedynym momentem, mającym praktyczne znaczenie w całym okresie tej tak zwanej edukacji, są właśnie egzaminy. Ale tu też nie przez to, że one w jakikolwiek sposób potwierdzają uczniowską wiedzę, czy choćby tylko stanowią podsumowanie tego, czego te dzieci się przez te wszystkie lata nauczyły o tym, czy o owym. Egzaminy mają znaczenie przede wszystkim techniczne, stanowiąc formalną przepustkę do przyszłej kariery. A zatem uderzenie nie w proces nauczania, ale w egzaminy właśnie, miało stanowić zamach na życie uczniów w sensie jak najbardziej dosłownym. I stąd, z jednej strony tak wielki niepokój rodziców i uczniów, a z drugiej determinacja strajkujących, ponieważ gra toczyła się nie o to, czy te dzieci będą mądre, czy głupie, wesołe czy smutne, czy czegoś się nauczą, czy nie, ale czy uda się je zastraszyć na poziomie wręcz fizycznym.
     No i tu znów, okazało się, że gdyby nie to, to nawet gdyby zamknięto szkoły przed dziećmi na długie miesiące, nikt by nawet nie zauważył tego protestu i tylko tu i ówdzie pojawiłaby się ta niezwykła myśl: po cholerę komukolwiek w ogóle taka szkoła? No i to już jest konkluzja wyjątkowo ponura.

Moje książki, jak wiadomo, można kupować w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ale też, gdyby ktoś życzył sobie dedykację, tu u mnie, przez kontakt mailowy: k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Czy koniec strajku nauczycieli wyznaczy koniec publicznej kariery Rafała Ziemkiewicza?


      Kiedy piszę ten tekst, wygląda na to, że Rafał Ziemkiewicz wciąż nie zorientował się, co się stało, a stało się to, że najprawdopodobniej on własnie zakończył swoją karierę. Oto na fali strajkowego obłędu, który najwyraźniej pożarł obydwie strony owego starcia, nasz pan redaktor opublikował na swoim Twitterze następującą skargę:
      Insynuowano mi obrzydliwie w PO-mediach, jakobym do życzeń na Dzień Nauczyciela podpiął jakąś panią z pornoindustrii. Teraz gdy ta pani wystąpiła w TVN jako jedna z liderzyc zaostrzania strajku nauczycieli przez zablokowanie bachorom promocji, czekam na przeprosiny”.
      A pod tekstem zestawił dwa następujące zdjęcia:




          Jak się zdołałem zorientować, sprawa polega na tym, że TVN24 przedstawił wypowiedź nauczycielki z Białegostoku, w której ta wezwała do tego, by „nie dopuścić, nie sklasyfikować uczniów, nie wydać świadectw kończących szkołę”, Ziemkiewicz ją zobaczył w pełnej krasie i uznał, że kiedy on w październiku zeszłego roku składał nauczycielom szydercze życzenia z okazji ich święta, pisząc:
      W Dniu Nauczyciela - wszystkim pedagogom serdeczne życzenia i podziękowania za ich ciężką i często docenianą dopiero po wielu latach pracę”,
      zdjęcie którym zilustrował ów przebłysk dowcipu faktycznie przedstawiało autentyczną nauczycielkę z Białegostoku, panią Iwonę Jarocką. Rzecz w tym, że kobieta na zdjęciu sprzed miesięcy, to w rzeczy samej gwiazda filmów pornograficznych Jessica Jaymes, z którą Jarocka nie ma absolutnie nic wspólnego, który to jednak fakt oczywiście nie był już w stanie powstrzymać tego, co się z twitterowego konta Ziemkiewicza wysączyło w momencie owej szczególnej publikacji. W  momencie, kiedy wystukuję te słowa, twitt Ziemkiewicza rejestruje 1,2 tys. polubień, oraz 326 podań, a pod nim w stosunku do nauczycielki z Białegostoku wylewa się tak niewyobrażalna fala pogardy, że opinie takie jak:
      Przyjaciółka Niesiołowskiego”;
      Ona raczej na brak kasy nie narzeka. Robi sobie darmową reklamę. Takie korepetycje które ona udziela są pieruńsko drogie”;
      Stare próchno się z dupy sypie”;
      Może mi pałę postawić”;
      Botoksowa lafirynda”;
      Stara lampucera słabo wydmuchana przez pokój nauczycielski”;
      należą do tych bardziej eleganckich.
      Jak mówię, moim zdaniem to co się stało wyznacza ostateczny koniec kariery tego ponurego durnia. Ja wiem, że są czasy, gdzie granice kompromitacji zostały tu i ówdzie przesunięte poza kosmos, ale powtórzę po raz trzeci. Moim zdaniem, jeśli tylko ta nauczycielka się zaweźmie, to jest już po Ziemkiewiczu. To co mnie natomiast zastanawia, to coś nieco innego. Otóż mija właśnie 13 godzina jak Ziemkiewicz zamieścił swój twitt, on tam sobie ciągle bezpiecznie wisi, a dyskusja się nie kończy. Jak znam ten system, twitt Ziemkiewicza jest już żywy w ponad 300 innych miejscach, gdzie oczywiście internauci pokazują wszystkie swoje talenty.
        Czemu Ziemkiewicz go nie usunął? Czyżby był tak głupi, że uznał to co się dzieje za fantastyczną zabawę? Otóż nie sądzę. On oczywiście nie jest szczególnie inteligentny, czego zdążył dowieść już niejednokrotnie, jednak nie wierzę by on był aż tak głupi. Moim zdaniem on przy sobocie leży gdzieś zaćpany i nie ma czasu się zajmować tym całym swoim Twitterem. Pewnie wróci do domu nad ranem, wyrzyga się, położy spać, wstanie po południu i wtedy dopiero zobaczy, jaka to na niego od wczoraj czeka niespodzianka.
       No ale oczywiście może być różnie i z tego nic nie będzie. Wtedy będę musiał ze smutkiem stwierdzić, że ten idiotyczny strajk naprawdę nie przyniósł nam nic dobrego.


Gdyby ktoś był zainteresowany kupnem którejś z moich książek, w tym oczywiście tej najnowszej o języku jako ciężkiej broni Imperium Brytyjskiego, zapraszam do kontaktu. Mój adres: k.osiejuk@gmail.com


sobota, 13 kwietnia 2019

Czy z pokojów nauczycielskich zostaną usunięte klamki?


      Nie minął jeszcze tydzień od czasu gdy nauczyciele rozpoczęli swój protest przeciwko Dobrej Zmianie, a wygląda na to, że wszystkie plany i nadzieje, jakie za ową akcją stały w pierwszym rzędzie, zaczynają powoli zdychać, a oni wszyscy zostają już tylko z tym swoim pajacowaniem w kostiumach krów, czy świń, nagranym na telefonie i sprzedanym na Twitterze. A ja sobie myślę, że po raz kolejny okazało się, że nie ma takiego idiotyzmu, takiej bezczelności, czy wreszcie takiej kompromitacji rządzących, które by natychmiast nie zostały przelicytowane przez intelektualne popisy naszej kadry nauczycielskiej. Minister Suski, minister Zalewska, marszałek Karczewski – można wymieniać – oni potrafią naprawdę niemało, ale wystarczy nam choćby na moment zajrzeć do pierwszego lepszego pokoju nauczycielskiego, by natychmiast zweryfikować wszystkie nasze wcześniejsze emocje.
       Wspomniałem o owych filmikach, które jak grzyby po deszczu wyrastają to tu to tam i gdzie kolejni nauczyciele stają wręcz na głowie, by w bardzo krótkim czasie doprowadzić do sytuacji, gdzie już niedługo słowa „nauczyciel”, czy, co rzecz jeszcze gorsza, „szkoła”, zaczęły być traktowane jako wulgaryzmy. I owszem, filmy te robią kolosalne wrażenie, zwłaszcza na tych z nas, którzy dotychczas mieli przekonanie, że co by nie mówić o niektórych szkołach, czy niektórych nauczycielach, to jest to środowisko takie samo mniej więcej jak każde inne – lekarskie, prawnicze, czy dziennikarskie, gdzie wprawdzie większość to banda durniów, no ale zaledwie większość, a nie wszyscy. Tymczasem z tego co oni sami nam demonstrują wynika jednoznacznie, że, jak ocenił kiedyś jeden z moich uczniów – tak na marginesie, prawnik – „nauczyciele to najgorszy element”.
       Ktoś powie, że ja manipuluję. Pokazuje kilka kabaretowych grepsów wymyślonych i wykonanych w kilku szkołach przez jakąś lokalną nędzę i jak zawsze generalizuję. Proszę bardzo, zostawiam więc idiotów na boku i przedstawiam nauczyciela poważnego, dyplomowanego, z jednego z najlepszych krakowskich liceów, uwielbianego przez uczniów, nagradzanego nagrodami dyrektora, dla którego nauczanie to życiowa pasja i który – uwaga, uwaga – został właśnie wysłany przez środowisko do reprezentowania jego interesów w stacji TVN24, mgr. Dariusza Martynowicza. Martynowicz uczy języka polskiego i w taki oto sposób w wywiadzie dla wspomnianej stacji zaczyna prezentację swoich powodów do protestu:
      Ja protestuję właściwie w różnych sprawach. Walczę o swoje prawa, o los swojej rodziny. Bo ja mam też dzieci. Nie tylko dzieci mają osoby, które teraz są rodzicami gimnazjalistów i osób, które zdają egzaminy”.
      Wysłuchałem tego fragmentu z na tyle dużym rozbawieniem, że natychmiast przełączyłem się na całość tej rozmowy, jednak kiedy już na samym jej początku red. Pochanke wspomniała o „liście” jaki Martynowicz ogłosił publicznie, a napisany rzekomo „świetnym językiem”, machnąłem na tę rozmowę ręką i przeszedłem do wspomnianego listu. Jak się okazało ów tekst również został opublikowany przez TVN24, a tam już na samym początku, z jednej strony, prawdziwa literatura, a jednocześnie coś, przy czym ta przebrana za krowę nauczycielka traci cały swój urok. Oto pisze Martynowicz:
       Zamykaliśmy je zazwyczaj w pokoju nauczycielskim i w naszych szufladach. Tam leżały skryte gdzieś między uczniowskimi wypracowaniami. Mówione w pośpiechu, wyrażone czasem tylko w spojrzeniu, między łykiem kawy a kserowaniem kolejnych sprawdzianów. Nasze niewypowiedziane, czasem ze wstydem kamuflowane, małe tęsknoty. Tęsknoty o lepszej szkole, normalnej pensji i rodzinnych wakacjach w Chorwacji – wreszcie samolotem, a nie jak zazwyczaj samochodem. Wreszcie bez presji oszczędzania...”. 
      A więc już wiemy, o czym marzą strajkujący. Oni marzą o tym by zarabiać tyle, by wreszcie na wakacje do Chorwacji móc się udać samolotem, a się nie tłuc samochodem. No i żeby w tej Chorwacji móc, jak każdy normalny polski pracownik, listonosz, pani sklepowa, pracownik banku, taksówkarz, rejestratorka w przychodni, pani pielęgniarka, policjant, zadawać szyku bez liczenia się z pieniędzmi. A ja już się tylko zastanawiam, co siedzi w głowie mgr. Martynowicza. Czy jemu chodzi o to, że jego zdaniem samolot to jest taki szpan, że na niego stać tylko bogatych? A może on jeździ na wakacje do Chorwacji autostopem i marzy o prostej wygodzie? A może on wie, że samolot jest znacznie tańszy od samochodu, tyle że ponieważ regularnie cały swój nauczycielski budżet wydaje na benzynę, opłaty za autostrady, oraz wożenie się po okolicy już na miejscu, musi tam jeść już tylko szczaw i mirabelki, więc liczy na to, że na samolocie zaoszczędzi i wtedy starczy mu na rakiję? Tyle że w takim razie, czemu on już teraz nie lata tam samolotem, tylko jeździ autem?
        Próbuję tego bałwana rozgryźć, wreszcie zrezygnowany macham ręką i trafiam na Twitterze na mem utworzony przez jednego z użytkowników, który przy pomocy zabawnego fotomontażu wyszydził grupę polskich aktorów:




       Śmieszne? No, owszem, niczego sobie. Proszę jednak sobie wyobrazić, że na ów żart w jednej chwili zareagowała posłanka Pihowicz, biorąc go za dobrą monetę i pisząc: „’Rzondamy podwyrzek dla nauczycielów’ od żondu!!! Brawo Aktorzy!!!!
      A więc, już wiemy chyba, na czym stoimy. Po przeciwnej stronie mamy już tylko kupę nieudanych wariatów i żadnej drogi ucieczki. W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak liczyć na Dobrą Zmianę. Wobec tego z czym mamy do czynienia, już tylko chyba może zadziałać goły terror. Proponuję zacząć od ogłoszenia wstrzymania obiecanych podwyżek, w dalszej kolejności oczywiście pozbawienie tych durniów majowej wypłaty, a na koniec obowiązek odrobienia strajku w lipcu. Oczywiście z udziałem dzieci. To będzie kara za to, że oni nie znaleźli w sobie dość obywatelskiej odpowiedzialności, by już w pierwszym dniu strajku pójść do pokoju nauczycielskiego i na kopniakach odprowadzić tych wszystkich magistrów do ich klas.

piątek, 12 kwietnia 2019

Czy prawicowa cenzura to cenzura dobra


Jak już wspominałem, „Warszawska Gazeta” została wycofana z kiosków „Ruchu” ze względu na zadłużenie, jakie owa przez lata gnuśności wypracowała w stosunku do biznesu red. Bachurskiego. W tej sytuacji, jak się domyślam, znaczna część Polski została odcięta od owego tygodnika, a przy okazji moich felietonów, w związku z tym postaram się swoje kolejne teksty publikować tu już w piątek. Dziś sprawa dość nietypowa, bo odpowiedź na pretensje Czytelnika, a przy okazji dość poonura refleksja ogólna. Zapraszam.       


       W styczniu tego roku minęło 6 lat, jak regularnie co tydzień zamieszczam w „Warszawskiej Gazecie” swój felieton. Od roku 2013 wiele się zmieniło, gdy chodzi o mnie jednak, jedna rzecz pozostała bez zmian. Otóż ja niezmiennie wyznaję ową zasadę, wyrażona kiedyś przez Wojciecha Młynarskiego: „Tu się, psia nędza, nikt nie oszczędza”. Mało tego. Ja ani przez moment nie pomyślałem, że ponieważ to co piszę może się komuś nie spodobać, to ja tym razem może spuszczę z tonu.
       Jak ta moja postawa jest odbierana? Doświadczenie mi podpowiada, że źle nie jest. Owszem, od czasu do czasu słyszę, że część Czytelników poczuła się rozczarowana tym, czy owym, jednak generalnie większych pretensji nie słyszę, a z różnych kontaktów osobistychdomniemuję, że są też osoby, które na kolejny mój felieton czekają z życzliwością.
        Jest przy tym wszystkim coś, co uważam za rzecz absloutnie unikalną w polskiej przestrzeni medialnej. Otóż pan Piotr Bachurski nigdy, ani jednym słowem, nie zasugerował, bym którykolwiek z moich tekstów wycofał, lub bym w nim zmienił choćby jedno słowo... przepraszam... RAZ się zdarzyło, że zostałem ZAPYTANY, czy ze względów procesowych ZECHCIAŁBYM zmienić jedno słowo. A przecież nie mam wątpliwości, że punktów, w których red. Bachurski z chęcią by się ze mną pospierał, jest bardzo dużo. A mimo to, jak mówię, on nigdy nie zażądał ode mnie, bym się zamknął. O czym to świadczy? O tym mianowicie, że „Warszawska Gazeta” jest wydawnictwem prawdziwie wolnym i niezależnym.
         Bywa też odwrotnie. Aż nazbyt często czytam w „Warszawskiej Gazecie” teksty, których z przeróżnych względów nie lubię. Raz tylko byłem tak oburzony, że napisałem polemikę, którą naturalnie Bachurski mi opublikował. Poza tym, nigdy nawet nie pisnąłem, zakładając, że mnie nic do tego. A już nawet do głowy mi nie przyszło, by zaapelować do Piotra Bachurskiego: „Czy autorzy takich określeń powinni zaszczycać grono komentatorów Państwa Tygodnika, którego jestem sympatykiem?
        A z taką właśnie kwestią zwrócił się do Redakcji czytelnik, któremu  nie spodobał się mój felieton o dwóch post-peerelowskich redaktorach sportowych, Włodzimierzu Szaranowiczu oraz Dariuszu Szpakowskim. O co poszło? Oczywiście wspomniany Czytelnik zastrzega, że „bez wątpienia każdy ma niezbywalne prawo do wyrażania sympatii lub antypatii wobec osób funkcjonujących w przestrzeni publicznej, w tym i dziennikarzy”, jednak już dalej pokazuje wyraźnie, że owo „każdy” dotyczy tylko tych, którzy mają poglądy, które mu nie przeszkadzają.
         Osobiście tego rodzaju postawę uważam za najgorszą; znacznie gorszą niż to, gdybym ja nagle oszalał i napisał felieton sugerujący, że Lech Wałęsa to wielki polski bohater. W takiej bowiem sytuacji, to byłby tylko głupi pogląd, który każdy mógłby bezlitośnie wyszydzić. Owo zdanie jednak o „zaszczycaniu grona komentatorów”, to powód do niepokoju. Jeśli bowiem część z nas zaczyna tęsknić za porządną prawicowo-konserwatywną cenzurą, to chyba czas szeroko otworzyć oczy i uszy.


Moja nowa książka schodzi nad podziw dobrze. W ciągu paru tygodni sprzedaliśmy niemal 100 egzemplarzy i nic nie wskazuje na to, by się to miało zatrzymać. Przypominam przy tym, że mam u siebie kilkanaście egzemplarzy i tej, ale też paru innych tytułów, a zatem gdyby ktoś był zainteresowany zakupem wraz z osobistą dedykacją, zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com.


środa, 10 kwietnia 2019

Na ostateczne pożegnanie gimnazjów - pieśń radosna


Jak już wszyscy chyba wiemy, zapowiadany przez KZNP strajk nauczycieli jednak doszedł do skutku i dziś mamy tak zwaną sytuację zero-jedynkową. Albo więc Broniarz z towarzyszami i z tym intelektualnie dramatycznie zgnuśniałym towarzystwem okupującym polskie szkoły doprowadzą do kryzysu, który zdmuchnie ze sceny władzę Prawa i Sprawiedliwości, albo władza skutecznie kryzys przeczeka i przy pierwszej nadarzającej się okazji tym wszystkim, którzy się dali wciągnąć w tę grę, tak dopieprzy, że oni się z tego nie pozbierają. Sposobów jest wiele, wystarczy że poza oczywistym pozbawieniem strajkujących nauczycieli miesięcznej pensji, wspomnę i o takiej, że oni wszyscy, wraz z uczniami – którzy, zwróćmy uwagę, nawet palcem nie kiwnęli, żeby zawalczyć o swoje wtedy, kiedy mieli na to niepowtarzalną szansę – zamiast pojechać na wakację, będą musieli lipiec spędzić na lekcjach. 
Dawałem już temu parokrotnie wyraz w swoich wcześniejszych notkach, dziś tylko potwierdzę swoje stanowisko, że moim zdaniem rząd ma tutaj bardzo starannie opracowany plan, który ma doprowadzić do ostatecznego wyrwania zębów środowisku nauczycielskiemu, które, jak wiele na to wskazuje, nigdy nie przestanie występować przeciwko każdej prawdziwie polskiej władzy i dopóki będzie miało szansę, swoją nienawiść do niej będzie skutecznie realizowało.  Ale powtórzę też, że w awanturze, której jesteśmy świadkami, z najwyższym trudem trzymam sztamę z władzą, a przeciwko strajkującym nauczycielom. To bowiem, co nam w ostatnich dniach pokazał rząd, kłamiąc na temat zarobków nauczycieli w sposób absolutnie wstrząsający, woła o pomstę do nieba. Jest jednak też coś, co sprawia, że tu akurat mam jednego tylko prawdziwego wroga, a więc Broniarza i spółkę. A mam tu na myśli likwidację gimnazjów, przeprowadzoną nadzwyczaj solidnie i skutecznie, przez Dobrą Zmianę, co, w moim rozumieniu rzeczy, stanowi pierwszy i zdecydowanie niezbędny ktrok do tego, by można było liczyć na lepszą przyszłość. Mimo wszystko.
Dziś więc, przy tej ciekawej bardzo okazji, chciałbym przedstawić dawny dość już tekst, napisany przy współpracy z moją żoną tekst na temat szkoły, z którą dziś już się szczęśliwie rozstaliśmy, a z którą wtedy jeszcze musieliśmy się męczyć jak jasna cholera. Bardzo proszę.


      Weekendowa „Rzeczpospolita” opublikowała właśnie tekst poświęcony czemuś, co zostało, dziś już chyba z 10 lat temu, nazwane reformą systemu edukacji, i co wraca do nas z każdym rokiem w postaci nie reformy, lecz jakichś przedziwnych ruchów, które zamiast reformować, powodują tylko kolejne wstrząsy. I stopniową zapaść całego systemu.
      No i oczywiście „Rzeczpospolita”, dokładnie w swoim stylu, odpowiednim do tego typu sytuacji, zamiast zwrócić uwagę na sedno problemu, kieruje nas na stary – i skutecznie wypróbowany – tor rozważań, na temat tego, czy to co się w polskiej szkole dzieje, budzi protesty środowiska, bo nauczyciele, tak jak każda korporacja, dbają tylko o własną kieszeń, czy może za tymi niepokojami stoi zwyczajny lęk o dalszy spadek jakości nauczania? Czy jest tak, jak mówi były szef MEN Edmund Wittbrodt – dziś oczywiście człowiek Platformy Obywatelskiej – że „każde środowisko protestuje, kiedy burzy się porządek, do którego się przyzwyczaiło”, czy może rację ma ów anonimowy nauczyciel z Krakowa, który wyraża obawę, że w nowym systemie uczniowie „zupełnie zbagatelizują naukę tych przedmiotów, których nie wybiorą jako rozszerzonych”? Czy wreszcie, jak alarmują dyrektorzy szkół, zmiana programu nauczania sprawi, że wielu nauczycieli straci pracę, czy może bardziej należy wierzyć jakiemuś Andrzejowi Jasińskiemu z czegoś, co się nazywa Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, który zapewnia, że wprawdzie na poziomie ogólnym liczba godzin niektórych przedmiotów się zmniejszy, ale wszystko się wyrówna w ramach późniejszych specjalizacji?
      I tak się toczy ta niby-debata, a tymczasem, jak już wspomniałem na początku, system edukacji systematycznie się rozpada. I to z powodów całkiem niezależnych od tego, co powie któryś z dyrektorów, czy jakiś urzędnik zatrudniony w jednym z tych absurdalnych urzędów tuczących się na polskiej szkole. A początek przecież, trzeba przyznać, nie był całkiem niedorzeczny. Pomysł, by skrócić podstawówkę z ośmiu do sześciu lat, miał zdecydowanie ręce i nogi. Nie trzeba przecież wybitnego umysłu, by rozumieć, że 7 i 8 klasa, a więc 14 i 15-latki, to dzieci zdecydowanie za duże, żeby chodzić do tej samej szkoły co 7-latki. I że trzymanie ich dzień w dzień, przez całe lata, w tym środowisku, w dodatku w towarzystwie tych nauczycieli, ich wyłącznie, i to pod każdym możliwym względem, demoralizuje.
      A więc zaproponowany system 6 + 3 + 3 mógł być z pewnością dobrym rozwiązaniem. Jednak sens tego rozwiązania mógłby być odpowiednio rozpoznany pod jednym warunkiem, że po skończeniu szkoły podstawowej, małe dzieci staną się dziećmi dużymi, a więc gdyby po szóstej klasie 13 latki przechodziły w doroślejszy system nauczania. Niestety, wbrew, jak się domyślam, planom jakie mieli autorzy tej reformy, polskie gimnazja nigdy nie miały okazji pełnić owej funkcji pośredniego ogniwa między podstawówką dla małych i liceum dla dużych. Skracać pobyt w szkole dla małych – do 13 roku życia, i przygotować do pobytu w szkole dla dużych – od 16 roku życia.
      Gimnazja przy liceach – tyle że niestety bardzo nieliczne – akurat starają się to robić, i z nienajgorszym skutkiem, co widać po wynikach, ogólnej postawie i stopniu dojrzałości swoich absolwentów. Tyle że są to gimnazja pojedyncze, najczęściej specjalistyczne, a więc przeważnie z oddziałami dwujęzycznymi, do których w dodatku dzieci przyjmowane są na podstawie wewnętrznych egzaminów. No i bardzo dobrze. Myślę zresztą, że tak to właśnie miało, przynajmniej w teorii, wyglądać w całej Polsce: 13-latki będą podlegały edukacji bardziej zbliżonej do tej, jakiej podlegają 18- latki, niż tej, która obejmuje dzieci 7 czy 9-letnie.
      Oczywiście, może też być tak, że kiedy postanowiono wprowadzić gimnazja, akurat nikt nic sobie szczególnego nie myślał, ani tym bardziej nie planował. Mogło się zdarzyć, że gdzieś ktoś coś usłyszał, pomyślał, że właściwie czemu nie, i tyle. Że od samego początku nikt nawet nie brał pod uwagę, że gimnazja zostaną wyodrębnione ze szkół podstawowych, i że one będą pełniły jakąkolwiek inną funkcję poza posiadaniem tej swojej nazwy. A może któryś z tych bałwanów pomyślał, że kiedyś były gimnazja, więc niech i dziś, w nowej Polsce, też będą? Wszystko jest możliwe.
      Nieważne. To co się liczy, to fakt, że one generalnie, co widać po 10 latach od czasu jak się pojawiły, zaczęły gimnazja żyć własnym życiem, stając się czymś całkowicie – zakładam dobrodusznie – niezamierzonym. A więc przede wszystkim przedłużeniem podstawówek, wylęgarnią młodocianych przestępców i polem nieustannego użerania się nauczycieli z uczniami, i odwrotnie. Miałem okazję przed kilkoma laty pracować zarówno w takim, które było przerobioną podstawówką i w takim, które zostało podczepione do liceum. Różnica jest wręcz niewyobrażalna. Oczywiście, dzieci są tylko dziećmi i oczywiście są różne wszędzie. Jednak nigdzie tak jak w tym typowym osiedlowym gimnazjum, nie widać było tak wyraźnie, że to jest dalej ta sama podstawówka, tyle że akurat gdzieś wywiało maluchy. Dlaczego tak się dzieje? To oczywiste. Te szkoły są za duże, bez żadnego oblicza – a przez to wszystkie takie same – i oczywiście obowiązkowe dla wszystkich, bez jakiejkolwiek preselekcji, z identycznym dla wszystkich egzaminem końcowym.
      Pamiętam 15 latków przychodzących do liceum 10 lat temu, i pamiętam te podstawówkowe dzieci, jak stawały się niemal dorosłą młodzieżą po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w liceum; tyle im było potrzeba żeby się przestawić na doroślejszy system w szkole. Na samodzielne robienie notatek, na elementarną odpowiedzialność za własne zaniedbania, lenistwo czy nieobecności, na porzucenie nawyku uciekania się do oczywistych kłamstw jako wymówek itd. Teraz do liceum przychodzą dzieci 16 letnie, i kiedy można by się było spodziewać, że ów dodatkowy rok, jaki uzyskały dzięki trzem latom w gimnazjum, pozwoli im wejść w ten nowy świat z większą powagą i przygotowaniem, okazuje się, że wszystko poszło w dokładnie przeciwnym kierunku. Ich „podstawówkowe’ nawyki zostały tylko lepiej utrwalone, a przez to, że wiek 15-16 lat to czas naprawdę szczególny, stały się też znacznie trudniejsze do wyprostowania, i teraz często nawet semestr, nawet rok, do tego nie wystarcza. I tę zmianę widzi każdy w miarę doświadczony nauczyciel.
      I teraz wchodzimy w coś, co zostało nazwane reformą podstawy programowej. Od września 2012 owa fikcja w postaci gimnazjów, które miały stanowić wspomniane przez mnie wcześniej ogniwo na drodze do dorosłości, a stały się bezsensownym i nie służącym niczemu przedłużeniem podstawówki, zamiast ulec poważnej naprawie, została tylko wzmocniona i jakby oficjalnie zatwierdzona. Przypomnę bardzo krótko, o co w tej reformie chodzi. Myśl jest mianowicie taka, że skoro młodzież uzyskuje tak fantastyczne wykształcenie ogólne w podstawówkach i gimnazjach, a nam, w nowych, jakże wymagających czasach, trzeba przede wszystkim specjalistów, prawie całe nauczanie ogólne będzie się odbywało w podstawówkach i gimnazjach, natomiast licea zajmą się niemal już tylko kształceniem wspomnianych fachowców. I znów, oczywiście, być może miałoby to sens, gdyby gimnazja można było uznać za sukces. Bo w teorii wszystko do siebie pasuje: trzy lata kształcenia ogólnego w gimnazjum + rok ogólnego kształcenia w liceum + dwa lata na specjalizację. A więc cztery plus dwa – wszystko wygląda rozsądnie. Tyle że teoretyczne założenia wzięły w łeb pewnie z powodu (oczywiście!) braku pieniędzy na przebudowanie szkół, zmniejszenie ich itd., a więc czegoś, co było pierwszym i być może podstawowym warunkiem sukcesu.
      A więc co będziemy mieli? Dokładnie to co napisałem wyżej, tyle że jeszcze gorzej. Bo w momencie gdy te biedne dzieci nabiorą podstawowej ogłady, by wziąć się wreszcie do prawdziwej nauki, okaże się, że czas już minął. I w efekcie, pojawi się cała armia 19 latków, którzy ani nie będą umieli liczyć, ani pisać, ani mówić, którzy będą się snuć po ulicach, bez pracy, bez jakiegokolwiek sensu w życiu i bez jakichkolwiek perspektyw. I proszę mi nie mówić, że ja przesadzam i dramatyzuję. Już jest bardzo źle. Niedawno w tej samej „Rzeczpospolitej”, w której dziś czytam ten kompletnie pusty tekst, nawet nie wiadomo po co i dla kogo, Robert Mazurek rozmawiał z pewną panią doktor z Uniwersytetu Warszawskiego, która ma zajęcia ze studentami dziennikarstwa. I w tej oto rozmowie, skarżyli się właściwie oboje, że ci właśnie młodzi ludzie, pragnący w przyszłości zostać dziennikarzami, systematycznie nie są w stanie rozpoznać nawet najbardziej pospolitych polskich frazeologizmów, takich jak „posypać głowę popiołem”, czy „gdzie dwóch się bije” i takie tam. I to są studenci dziennikarstwa. I proszę mi teraz powiedzieć, na jakiej zasadzie mamy wierzyć, że studenci budownictwa, medycyny, psychologii, matematyki, czy elektroniki są lepiej przygotowani?
      Oto prawdziwy problem. Pewnie, że nauczyciele boją się, że stracą pracę, czy choćby nawet tylko część etatów. Może akurat my angliści mniej niż fizycy, matematycy, czy poloniści, ale tu też przecież nie jest łatwo. Strach przed kryzysem jest powszechny. I wcale nie dotyczy tylko nauczycieli. Życie jest coraz trudniejsze, koszty utrzymania rosną, przyszłość jest bardzo, bardzo niejasna. Nikt nie jest spokojny. W tej sytuacji, uważam za wyjątkową bezczelność ze strony tych, którzy w tak bezmyślny sposób psują polską szkołę, pokazywanie palcem na nauczycieli i ogłaszanie, że oto mamy kolejną korporację, ze swoimi antyspołecznymi pretensjami. Że polskie państwo stara się wreszcie uczynić ten system wydajnym i i bardziej przystosowanym do nowych wyzwań, a tymczasem grupa leniuchów, dla swoich prywatnych interesów, gotowa jest wysadzić w powietrze tak potrzebną reformę. Oczywiście dobrze się tego typu argumentów słucha, zwłaszcza gdy samemu się jest produktem tego nieszczęsnego systemu. Nie zmieni to jednak faktu, że w rzeczywistości o żadnej reformie mowy nie ma, i że tu wcale nie chodzi o nauczycieli. Oni zresztą akurat, wbrew tej propagandzie, nigdy za wiele nie mieli. Problemem jest polska szkoła, która zwyczajnie umiera.
      Ktoś pewnie mi teraz powie, że łatwo jest mi tak się tu oburzać i tylko krytykować tych co, co by o nich nie mówić, przynajmniej próbują coś robić. A czy ja mam jakieś propozycje? Ale przecież ja je tu przedstawiłem. Niech już zostanie ten system. Niech te gimnazja sobie będą. Tyle że bez podjęcia przez państwo pewnego wysiłku – również finansowego – co do tego, by z gimnazjów zrobić prawdziwe szkoły dla dzieci, które już za chwilę staną się dorosłe, nie ma w ogóle o czym mówić. To już lepiej było tego nie ruszać i zostawić tamtą 8-letnią podstawówkę sprzed lat i cztery lata liceum z fakultetem w dwóch ostatnich klasach. Lub ewentualnie, skoro koniecznie trzeba coś zmieniać, wrócić do tego co mieliśmy w dawnej Polsce, a więc do systemu 6 letnich, lub jeszcze lepiej, 5-letnich – czyli obowiązkowo do 18 roku życia – gimnazjów, zorganizowanych na takiej zasadzie, że będą się mieściły jak najdalej od lokalnych szkół podstawowych. Dziecku, które weszło w 13 rok życia, powie się, że jest już dużym chłopcem – dziewczynkom akurat mówić tego nie będzie trzeba, bo one same dobrze to wiedzą – a teraz marsz do gimnazjum, do nauki! No ale żeby to skutecznie przeprowadzić, trzeba wiedzieć, po co się to robi i z jaką perspektywą. A więc trzeba mieć na sercu polską szkołę i polskiego ucznia… no i może przede wszystkim samą Polskę.
      No właśnie. Polskę. Za cokolwiek się wziąć, na końcu i tak pojawia się Polska. A więc znów odbyliśmy sobie taką akademicką pogawędkę, wywołującą najwyżej wzruszenie ramion.

Na szczęście już nie. Dziś już nie. Na szczęście.



wtorek, 9 kwietnia 2019

Listonoszem w skroń, czyli o szkodliwości niepalenia



       Mimo że, prawdę powiedziawszy, nie ma za bardzo o czym gadać, wypada mi choć parę słów powiedzieć na temat Targów Wydawców Katolickich, które jak co roku przeleciały przez Arkady Kubickiego w Warszawie. Tak naprawdę, one akurat – pomijając doskonałe wręcz do tego celu miejsce – nigdy nie były moimi ulubionymi, jednak przyznać muszę, że tegoroczne akurat należały do najgorszych w ogóle i były niemal tak fatalne, jak pamiętne targi na Stadionie Narodowym, po których ostatecznie postanowiłem do Warszawy w maju już nie przyjeżdżać. A wydawało się, że gorzej już było. Otóż w roku 2016, kiedy to organizacja owych katolickich targów zbiegła się z pierwszymi prawdziwie wolnymi obchodami rocznicy Katastrofy Smoleńskiej i wszyscy ci, na których czekaliśmy z naszymi książkami poszli świętować wolność, doszliśmy do wniosku, że to już koniec, że kiedy wreszcie udało nam się przepędzić tę bandę zdrajców i wszystko zaczyna powoli normalnieć, nic tu już po nas. No ale okazało się, że to tylko złudzenie. Rok 2017 był znów dobry, potem były targi jesienne, dobre zawsze i niezmiennie, no i oto w miniony weekend po raz pierwszy zobaczyłem, jak wyglądają Arkady Kubickiego bez czytelników.
      Owszem, nie jest tak, że tam było zupełnie pusto, albo że my sami nie mieliśmy co robić z czasem. Aż tak źle nie było i raczej nie będzie, niemniej jednak było słabo. Żeby zobrazować sytuację, powiem tylko, że przez te dwa dni zarobiłem tyle samo co jesienią na Targach Historycznych, tyle że wtedy jeszcze moją ostatnią książką były listy od Zyty i to wtedy dopiero Gabriel zaproponował mi, bym przygotował coś na wiosnę. Obawiam się więc, że gdyby nie moja nowa książka, nie zwróciłaby mi się nawet podróż do Warszawy.
      Czemu tak? Nie mam pojęcia. Z tego zresztą, co czytam u Gabriela, on też nie bardzo wie, w czym rzecz. Mógłbym pomyśleć, że to jest coś nie tak z nami, jednak to nie to. Księgarnia pracuje pełną parą i wygląda na to, że, jak zwykle, cena wydania książki zwróci się już na dniach. A trzeba wszystkim wiedzieć, że my nie dostajemy dotacji. Koszta druku pokrywamy solidarnie i ja i Gabriel. A więc musi być jakiś problem z samymi Targami i ich organizatorami. Jaki? Znowu muszę powiedzieć, że nie wiem. Ja wiem, co mi się tam nie podoba, ale czy to samo myślą ludzie, którzy w tym roku się nie pojawili? Może tak, a może chodzi o coś innego. Na miejscu organizatorów jednak puknąłbym się w czoło, zaryzykował podejrzenie, że może nie zaszkodziłoby przeformułować definicję „książki katolickiej”, zbadać jeszcze raz rynek i stworzyć system nie tylko sprzedaży, ale również promocji. Właśnie tak: promocji. Nie jestem bowiem pewien, czy oni długo pociągną albo na jakichś niewydarzonych niby-religijnych sensacjach, lub na handlu opasłymi albumami, które, jeśli ktoś kupuje, to tylko z myślą o prezencie, który będzie duży i kolorowy, a na który trudno nawet znaleźć miejsce na półce. Jeśli już ma istnieć coś takiego jak „książka katolicka”, to za nią musi stać coś, co przynajmniej ma pozory misji.
      Póki co jednak, jak mówię, jest słabo i choć mam nadzieję, że ktoś się tam jednak obudzi, to boję się, że szansę na to są niewielkie. Zwłaszcza gdy scena naprawdę niewielka i zrobiona wyjątkowo „niemistrzowsko”.
     W tej sytuacji poplotkuję troszeczkę, ale najpierw wprowadzenie. Otóż, jak wiemy, ostatnio troszkę dyskutujemy na temat moralnego wymiaru palenia złych książek. Osobiście uważam, że palenie czegokolwiek, poza ogniskiem na grilla, oraz niekiedy śmieci, jest bez sensu, natomiast nie widzę najmniejszego powodu, by z wszystkich śmieci, jakie się wokół nas nazbierają, złe książki miały podlegać jakiejś szczególnej ochronie. Gdy chodzi o mnie, to gdybym tylko lubił się bawić ogniem, to takiego Harrego Pottera, czy którą bądź powieść Kuczoka, czy Mroza, spaliłbym bez mrugnięcia okiem. A niby, czemu nie? Starą gazetę wolno, a Kuczoka nie? Bądźmy poważni.
      Książek jednak nie palę i o ile sobie przypominam, nigdy nie paliłem. Jeśli wpadnę w nastrój to, owszem, wyrzucam do kosza i to tyle. Tu przypominam sobie bardzo zabawną historię jeszcze z PRL-u, kiedy to spędzałem czas u mojego drogiego kumpla Piotra Prońki, który wówczas jeszcze mieszkał wysoko w bloku tu w Katowicach i nagle zauważyłem, że na półce z książkami stoi książka Kosidowskiego „Opowieści biblijne”. Zapytałem go więc: „Piotr. A co u was robi Kosidowski?”. Piotr spojrzał na Kosidowskiego surowo, potem jeszcze surowiej na swoją śliczną żonę Maję i zapytał: „Majeczko, czy ty wiesz, że u nas w domu nie ma miejsca dla Kosidowskiego?” i jednym zdecydowanym ruchem wyrzucił go z 10, a może 12 piętra przez okno.
      Przypomniałem sobie tę historię w niedzielę w Arkadach, kiedy to nagle na naszym stoisku pojawiła się sama i we własnej osobie pani Macierewiczowa, jak gdyby nigdy nic wzięła do ręki moją książkę o angielskim listonoszu i zaczęła ją przeglądać. Następnie mnie zagadnęła o język angielski i zaczęliśmy rozmawiać. Rozmowa była dość długa, bardzo wnikliwa i oczywiście nadzwyczaj uprzejma. Ani ona nie powiedziała kim jest, ani ja nie zasugerowałem jednym choćby słowem, że, owszem, wiem, no i w końcu ona książkę kupiła, pozdrowiła nas grzecznie, my pozdrowiliśmy ją, i sobie poszła.
       A ja sobie myślę, że to dopiero będzie figiel, jak ona przyniesie tę książkę do domu, pokaże panu Antoniemu, a on, jakimś cudem, okaże się mieć świadomość, cóż to takiego ona na ich dom sprowadziła. I wtedy weźmie tę moją książkę do ręki, zapyta: „Haniu! Czy ty wiesz, co to jest?”, a następnie wyrzuci Listonosza przez otwarte okno. A ja już tylko się modlę, żeby on kogoś nie trafił nim w skroń, bo będzie afera na całą Polskę. Ja ciągle oczywiście zaledwie skromnie teoretyzuję, jednak na wszelki wypadek zachęcam do palenia. Może być w kominku.


Gdyby ktoś życzył sobie kupić nabyć moją najnowszą książkę, mój adres k.osiejuk@gmail.com.
Panią, której na zakończenie targów zabrakło pieniędzy i wzięła książkę obiecując, że zapłaci przelewem, proszę o pamięć. 












poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Czy Dariusz Szpakowski to emisariusz dobrej zmiany


Ponieważ wczoraj wróciłem bardzo późno, a dziś mam od rana różne zaległości o warszawskich targach napiszę coś osobno jutro, natomiast teraz zaległy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Jak już wspominałem, ponieważ zbankrutowany „Ruch” od długiego już czasu nie płaci wydawcom, Piotr Bachurski postanowił zakończyć z nimi współpracę, co spowodowało, że zarówno „Warszawska”, jak i inne pokrewne wydawnictwa są do nabycia wszędzie, tylko nie tam. Tu można natomiast regularnie czytać moje felietony i krótkie kawałki do „Polski Niepodległej”. Zachęcam.  


      Dziś może zacznę od pewnej dawnej już bardzo refleksji. Otóż kiedy pojawiły się pierwsze jaskółki nadchodzących zmian – dla młodszych czytelników mam informację, że chodzi o lata 1988-1989 –  miałem różnego rodzaju marzenia, jednak tak naprawdę najbardziej przyjemne w dotyku było to, by dwie osoby – nie Kiszczak, Urban i Jaruzelski, ale Włodzimierz Szaranowicz oraz Dariusz Szpakowski – zostały wyrzucone poza nawias tego, co się nazywa przestrzenią publiczną. Czemu padło na tych dwóch gagatków? Nie wiem, jak bym to mógł w odpowiedni sposób naświetlić, rzecz w tym, że właśnie ci dwaj, dla mnie przynajmniej – być może przez swoją nieustanną obecność w owej przestrzeni – stanowili swego rodzaju symbol całego tego nieszczęścia. Oczywiście, gdy chodzi o Kiszczaka, Jaruzelskiego i Urbana, nie miałem żadnych innych marzeń jak to, by oni – zanim podobnie jak Szpakowski i Szaranowicz zejdą mi z oczu – ucieszyli mnie swoim widokiem, jak dyndają na solidnej przydrożnej gałęzi. Jednak choćby największe emocje, jakie mi towarzyszyły owym marzeniom, nie mają się nijak do tego, co czułem, gdy rzecz dotyczyła Szpakowskiego i Szaranowicza.
      Jak pewnie wszyscy się tu doskonale orientujemy, ostatecznie ani Jaruzelski, a tym bardziej Kiszczak czy Urban nie poszli wisieć, to jednak co robi na mnie wrażenie jeszcze większe, jako pozorny drobiazg, to owi dwaj sportowi komentatorzy, Dariusz Szpakowski oraz Włodzimierz Szaranowicz. Problem w tym, że, przynajmniej z mojego punktu widzenia, owa parka, wręcz kwintesencja tego, co dziś możemy wspominać jako PRL-owska propaganda, PRl-owskie kłamstwo, ale również ta najbardziej ponura PRL-owska nędza, nagle zadają szyku, jako pierwsze gwiazdy publicznej telewizji.
        Skąd to moje dzisiejsze poirytowanie? No właśnie stąd. Problem bowiem polega na tym, że w ostatnich dniach media zarządzane przez Dobrą Zmianę urządziły Włodzimierzowi Szaranowiczowi najbardziej uroczystą fetę w związku z tym, że ten postanowił zakończyć swoją karierę sportowego komentatora – swoją drogą, ciekawe, skąd ta nagła decyzja –  i to z czym mamy do czynienia to stek kłamstw próbujących nam wmówić, jaki to z tego trepa był i jest polski patriota. Mało tego: w zgiełku owych uroczystości niemal kompletnie zniknęła osoba Dariusza Szpakowskiego, który w czasach, gdzie wszystko wisiało na ostrzu noża, pozostawał pod stałą opieką Szaranowicza i dzięki owej opiece, doszedł do miejsca, w którym jest dziś.
      Ktoś się zapyta, w czym problem. Co nas mogą obchodzić Szaranowicz i Szpakowski, dwa smutne relikty czasów, które już nigdy nie wrócą? Otóż rzecz w tym, że tak naprawdę to nie o nich się toczy gra. To czy wygramy, czy przegramy zależy od ludzi, którzy z PRL-em mają tyle wspólnego, że poświęcili życie, by go zniszczyć. Jeśli jednak ni stąd ni z owąd okazuje się, że Dobra Zmiana do tej grupy postanowiła dokooptować dwoje przybłędów z czasów pogardy, to ja nie mogę zareagować inaczej jak pytaniem: Czy ja może czegoś nie wiem?




Pozwalam sobie przypomnieć raz jeszcze, że mam tu u siebie znaczną ilość mojej najnowszej książki o języku imperium jako narzędziu nadzwyczaj agresywnej kulturowej ekspansji. Dedykacja w cenie. Zapraszam do kontaktu: k.osiejuk@gmail.com




niedziela, 7 kwietnia 2019

sobota, 6 kwietnia 2019

Czy nauczyciele mają przyjaciół?

   Szczerze powiedziawszy, ze względu na wyjazd do Warszawy, nie planowałem na ten weekend żadnego tekstu, ponieważ jednak siedzę sobie właśnie spokojnie w pociągu, a od wczoraj dostaje kolejnej już z rzędu cholery na naszą kochaną najlepszą zmianę, pomyślałem, że w sumie nic nie zaszkodzi jeśli skorzystam z technicznych możliwości, jakie daje współczesny świat i napiszę coś na telefonie. Otóż wczoraj właśnie, pani premier Szydło, wydelegowana przez rząd do prowadzenia negocjacji z Broniarzem i jego kliką, ogłosiła że nauczycielom narzekającym na zbyt niskie pensje zaproponowano absolutnie najlepsze rozwiązanie, sprowadzające się do tego, że rząd sfinansuje podwyżki zwiększając nauczycielom liczbę obowiązkowych godzin. A zatem, oni będą więcej pracować, i w ten też sposób będą więcej zarabiać. Znając najnowsze metody traktowania nauczycieli przez rząd, powinienem się właściwie cieszyć. W końcu oni mogli zupełnie spokojnie zaproponować rozwiązanie przeciwne: nauczyciele, owszem, będą pracować dłużej, ale za to im się pensje obniży. "I co? Ciągle niezadowoleni? Dziwne".
      Mimo to się nie cieszę. Dlaczego? Bo z tego co słyszę, wiem już z całą pewnością, że oni doskonale wiedzą co robią. Oni w tych rozmowach zdecydowanie traktują nauczycieli w taki sam sposób, w jaki sami nauczyciele traktują krnąbrnych uczniów, których pragną skutecznie zniszczyć. Metoda jest prymitywnie prosta. Trzeba kłamać w żywe oczy, a na twarzy utrzymywać jeden przekaz: jutro będzie jeszcze gorzej. Chodzi o to, by ucznia - a tu nauczyciela - doprowadzić do takiego stanu, że on najpierw z wściekłości zacznie płakać, a potem już będzie się tylko grzecznie patrzył w książkę.
     Opowiadała mi wczoraj uczennica, jak w piątej klasie podstawówki jej pani od historii któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie i bez żadnego widocznego powodu, przy całej klasie, przybliżyła twarz do jej twarzy, spojrzała jej prosto w oczy i zapytała: "Zuzia, czy ty masz jakiś przyjaciół?" Zaszokowana i przestraszona dziewczynka - swoją drogą nadzwyczaj porządne i grzeczne dziecko - odpowiedziała: "No tak". Na co nauczycielka, jeszcze mocniej wlepiając wzrok w jej oczy, powoli podkręciła głową i powiedziała: "Nie. Nie masz".
      Ona do dziś nie ma pojęcia, skąd ta czerń, natomiast ja odnoszę wrażenie, że to w jaki sposób rząd traktuje reprezentowanych przez ZNP nauczycieli, to kropka w kropkę ta sama bezczelna i bezkarna agresja, o jakiej opowiadała mi moja Zuzia. Oni zbliżają swoją szyderczą twarz do twarzy nauczyciela, którego - często zresztą bardzo słusznie - uważają za wroga i pytają publicznie: "Czy ty w ogóle masz przyjaciela?"
      W tej sytuacji uważam że już nic nie stoi na przeszkodzie, by z owym strasznym wręcz uporem najpierw w kółko powtarzać to same kłamstwo o sredniej pensji brutto nauczyciela dyplomowanego w rzekomej wysokości 5,5 tys. zł, a następnie ogłaszać podwyżkę do 8 tys.
     "Czy ty masz w ogóle jakiegoś przyjaciela?"
      Jak wiemy, to co mnie dotychczas irytowało w zachowaniu rządu najbardziej, to właśnie owe 5,5 tys. Ponieważ w żaden sposób nie potrafiłem pojąć, skąd oni te cyferki wzięli, uznałem że ot tak, poszukali jakiejś odpowiednio szokującej wielkości i przypierniczyli nią w ten głupi, nauczycielski leb. I oto okazuje się że nic podobnego. To jest suma jak najbardziej realna, w którą się wlicza pensje dyrektorów oraz różnego rodzaju roczne nagrody dla "wyróżniających się" nauczycieli: nagroda dyrektora, nagroda ministra, nagroda kuratora, nagroda prezydenta miasta. I to stąd właśnie owe 5,5 tys. I to stąd też, jak już zaproponowała minister Zalewska, owe dodatkowe pięć stów miesięcznie dla każdego z nich.
      Czemu oni to robią? To już sobie wyjaśniliśmy. Chodzi o to by wdepnąć to zgnuśniałe środowisko w ziemię i przykryć brudną szmatą. No ale czemu im tak bardzo na tym zależy? No więc to też sobie wyjaśniliśmy. To jest prawdziwa wojna, gdzie się nie bierze jeńców. Rząd prawdopodobnie się już zorientował, że jeśli się tego całego ZNP nie weźmie za twarz, oni będą wracać regularnie, za każdym razem z coraz wyżej podniesioną głową.
     No i dobrze. Niech tak będzie. Ja się jednak obawiam, że obok tego wystąpi inne zjawisko. Uczniowie i ich rodzice jeszcze bardziej będą traktować nauczyciela jak taniego lenia i złodzieja, a ten, gdziekolwiek się pojawi i zostanie zapytany co robi, ostatnią rzeczą jaką zrobi, będzie przyznanie się, że uczy w szkole. To już bezpieczniej będzie powiedzieć: "Normalnie, pracuję w burdelu".

Jeszcze raz zapraszam dziś i jutro na Targi Wydawców Katolickich w Warszawie w Arkadach Kubickiego. Jak już tam będę, napiszę jaki numer ma nasze stoisko, bo póki co, sam nie wiem.
   

piątek, 5 kwietnia 2019

O czym się rozmawia na SS Mantola?


W związku z podejmowaną raz na kilka lat dyskusją o stanie oświaty i sposobach jej uleczenia, planowałem na dziś wrzucić stary już tekst mojej żony o gimnazjach. To jednak będzie musiało poczekać albo na dzień początku strajku, albo na jego odwołanie, z radosną deklaracją, że wreszcie wszystko gra. Powód tego jest taki, że otrzymałem właśnie trochę egzemplarzy mojej najnowszej książki i chciałbym poinformować, że jeśli ktoś ma ochotę na osobistą dedykację, proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.  
Wspomniana książka, mimo że stanowi swego rodzaju kontynuację wcześniejszej, o angielskim listonoszu, jest bardzo inna. Przede wszystkim, mniej tam jest samej nauki, natomiast znacznie więcej zwykłych refleksji na temat Brytyjskiego Imperium. A więc mniej podręcznika, a więcej zwykłego czytania.
Na zachętę przedstawiam fragment jednego z rozdziałów.


      Rozmawialiśmy tu chwilę temu o angielskim humorze i wydaje mi się, że temat został praktycznie wyczerpany, w dodatku z bardzo niebezpiecznym przytupem na końcu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co w gruncie rzeczy stanowi drobnostkę, a w dodatku nie jestem wcale pewien, czy to co ja traktuję jako pewną stałą, nie jest jednak wynikiem przypadku. A mam tu na myśli pojawiający się od czasu do czasu w angielskiej narracji element szyderstwa z obcych akcentów, a zwłaszcza akcentu niemieckiego i francuskiego.
      Gdy chodzi o Francję, dość oczywiste powody wydają się być dwa. Przede wszystkim, ze względu na owo odwieczne sąsiedztwo oni są w stosunku do siebie wyjątkowo nastroszeni, co po stronie francuskiej objawia w tym, że z uporem lepszej sprawy udają, że coś takiego jak język angielski - szczególnie w wymiarze imperialnym - nie istnieje, a jeśli gdzieś nawet istnieje, to oni nie mają z nim nic wspólnego. Stanowi to oczywiście  zmartwienie dla wszystkich tych, którzy wybiorą się do Francji na wakacje, a języka nie znają choćby w stopniu podstawowym. Otóż turysta z owym deficytem skazany jest na najbardziej okrutny bojkot i wręcz dojmującą samotność. Tam nawet recepcjonista w hotelu będzie udawał, że gdy chodzi o język angielski, on nie jest w stanie zrozumieć choćby sekwencji „Three two five, please”.
      Po stronie angielskiej w rewanżu następuje już czyste szyderstwo, a więc nadzwyczaj zabawne przedrzeźnianie Francuzów, którzy się przełamią i spróbują jednak mówić po angielsku. A tu problem potrafi autentycznie eksplodować. Mieliśmy tu u nas kiedyś wizytę pewnej nauczycielki języka angielskiego z Francji właśnie, wizyta trwała pełny tydzień i powiem uczciwie, że to w pewnym sensie był dla mnie tydzień najstraszniejszy. Ona oczywiście rozmawiała z nami w języku angielskim i muszę przyznać, że była wyjątkowo towarzyska, a ja praktycznie nie rozumiałem, co ona do mnie mówi. I to wcale nie dlatego, że ona języka nie znała. Problem sprowadzał się wyłącznie do owego upiornego wręcz akcentu, który blokował transmisję niemal w stu procentach.
     No i faktem jest, że Anglicy z najwyższą radością parodiują ten akcent gdzie tylko mogą, czy to w znanym serialu „’Allo, ‘allo”, czy w przepięknej scenie przed francuskim zamkiem w filmie „Monty Python and the Holy Grail”. Nie mamy tu niestety dźwięku, no ale w końcu po coś nam Pan Bóg dał wyobraźnię, więc korzystajmy z niej:
Arthur: Well, what are you then?
Guard: I'm French! Why do think I have this outrageous accent, you silly king!
Galahad: What are you doing in England?
Guard: Mind your own business!
Arthur: If you will not show us the Grail, we shall take your castle by force!
Guard: You don't frighten us, English pig-dogs! ---Go and boil your bottoms, sons of a silly personI blow my nose at you, so-called Arthur-king, you and all your silly English knnnniggets. Thppppt!
Galahad: What a strange person.
Arthur: Now look here, my good man!
Guard: I don't want to talk to you no more, you empty headed animal food trough wiper!...... I fart in your general direction! Your mother was a hamster and your father smelt of elderberries!
Galahad: Is there someone else up there we could talk to?
Guard: No, now go away or I shall taunt you a second time-a!
Arthur: Now, this is your last chance. I've been more than reasonable.
Guard: Fetch la vashe!
 Guard: Quoi?
Guard: Fetch la vashe!
       Ciekawsza moim zdaniem sytuacja ma się na linii Anglia - Niemcy. Oczywiście, faktem jest, że Niemcy narobili sobie kłopotu przez te wszystkie kwestie wojenne, jednak trzeba im przyznać, że oni angielskiego się uczą chętnie, ten ich akcent aż tak irytujący jak w przypadku Francuzów nie jest, no a poza tym, w ogóle oni są do Imperium nastawieni dość przyjaźnie. Tymczasem okazuje się, że właściwie tylko te dwa elementy, czyli trudność z wymawianiem dźwięku „ł”, oraz owo niemal gardłowe „r”, wystarczają, by cały Londyn pokładał się ze śmiechu.
       Proszę rzucić okiem na fantastyczną wręcz książkę Roalda Dahla dla dzieci o czarownicach. Proszę popatrzeć na scenę, gdzie po raz pierwszy spotykamy tak zwaną Grand High Witch, a więc stworzenie wręcz modelowo najgorsze i ona się odzywa:
You may rrree-moof your shoes”, a po chwili: “Vitches of Inklant! Miserrrable vitches, useless lazy vitches! Feeble frrribbling vitches! You are a heap of idle good for nothing vurms!”, a dalej: “I am having my breakfast this morning, and I am looking out of the vindov at the beach, and vot am I seeng? I am asking you, vot am I seeing? I am seeing a rrreevoltning sight! I am seeing hundreds, I am seeing thousands of rrrotten, rrre-pulsive little children playing on the sand! It is putting me rrright off my food! Vye have you not got rid of them? Why have you not rrrubbed them all out, these filthy smelly children?
       Jakby tego było jeszcze mało, tę dziwną mowę komentuje główny bohater tej książeczki, Lukas:
      She had a peculiar way of speaking. There was some sort of foreign accent there, something harsh and guttural, and she seemed to have trouble pronouncing the letter w. As well as that, she did something funny with the letter r. She would roll it round and round her mouth like a piece of hot pork-crackling before spitting it out”.
      To dziecko się niewinnie zastanawia, co z nią jest nie tak, a my, podobnie zresztą jak sam autor, doskonale wiemy, że rzecz polega na tym, że ta czarownica - powtarzam, osoba wręcz symboliczna dla wszelkiego zła tego świata - jest Niemką i tak naprawdę ma na imię Greta, Hilda, Gabrielle i bardzo chętnie chodzi w mundurze SS. No i oczywiście, jak każdy Niemiec, nie wie, że słowa why i vye, what i vot, to nie to samo, no i że oczywiście England to nie Inklant.

Jutro i pojutrze jestem w Warszawie na Targach Wydawców Katolickich, a więc jeśli ktoś nie ma zbyt daleko, serdecznie zachęcam do przyjścia. Powinno być wesoło.





środa, 3 kwietnia 2019

O przekonujących i ładnie podanych kłamstwach


    8 kwietnia, czyli dzień zapowiedzianego początku strajku nauczycieli, a wraz z nim terminy pierwszych egzaminów naszych dzieci, zbliżają się nieubłagalnie, a jednocześnie trwają rozmowy między Komunistycznym Związkiem Nauczycielstwa Polskiego i rządem i choć, szczerze powiedziawszy, od początku nie wierzę w to, że do strajku – przynajmniej w zapowiedzianej formie – w ogóle dojdzie, to, owszem, mam oko na to, co się po obu stronach tej żałosnej awantury dzieje. Dlaczego twierdzę, że mamy do czynienia nie dość że z awanturą, to jeszcze z awanturą śmiechu wartą? Otóż rzecz w tym, że tak jak sam rozumiem problem, a uważam, że go rozumiem dość dobrze, jedna i druga strona urządziła nam tu zwykłą komedię, gdzie każdy z tych śmieszków  doskonale nauczył się swojej roli i odgrywa ją najlepiej jak tylko potrafi w jednym tylko celu: by ci, do których te żarty są kierowane, pod koniec całego przedstawienia nagrodzili ich rzęsistymi brawami, wznosząc znane hasło Cezarego Krysztopy: „Żądamy przekonujących i ładnie podanych kłamstw”.  Nie mam najmniejszych bowiem wątpliwości, że zarówno rząd, jak i ci tak zwani związkowcy – o nauczycielach już nie mówię, bo ich akurat w znacznej większości uważam za wyjątkowo kiepskie towarzystwo, które ani nic z tego co się dzieje nie rozumie, ani zrozumieć nigdy nawet nie chciało – robią to co robią, by tę akurat grupę społeczną mieć bezpiecznie gnuśniejącą pod swoim butem.
To zresztą owa gnuśność, w jakiej jest zanurzony po uszy przeciętny polski – swoją drogą, wcale nie jestem pewien, czy tylko i czy przede wszystkim polski – nauczyciel, jest moim zdaniem pierwszą przyczyną tego, że wspomniany teatr może być od lat odgrywany na tak niskim poziomie, a przy tym z tak niezwykłą skutecznością. Jestem bowiem szczerze przekonany, że gdyby jeden z drugim poczuli choćby minimalną potrzebę objęcia rozumem sytuacji, w jaką zostali wplątani zarówno przez Związek, jak i przez kolejne rządy, potrafiliby sami, bez zasmarkanej uprzejmości tych cwaniaków, zadbać o to, by zarówno warunki w jakich pracują, pensje, no a przede wszystkim społeczny szacunek były dziś znacznie, znacznie wyższe. Niestety, jest tak, że praca nauczyciela, ale też realizacja tak zwanego obowiązku szkolnego, to w znacznej mierze kompletna fikcja, gdzie każdy nauczyciel oraz uczeń jest jednocześnie i katem i ofiarą, a prawdziwe życie toczy się albo na korkach, gdzie można przynajmniej liczyć na jakąś naukę, albo w domu, kiedy już mąż przyniesie do domu pensję i będzie można będzie pójść na zakupy.
A zatem, jak już wspomniałem, stan rozmów między stronami tego przedstawienia pasjonuje mnie bardzo średnio, muszę jednak przyznać, że wczoraj pojawiła się na chwilę informacja, która, owszem, zwróciła moją uwagę i pozwoliła mi przynajmniej przez chwilę wierzyć, że ktoś tu jednak przynajmniej na chwilę ma ludzkie odruchy. Otóż, jak może część z nas wie, wśród sformułowanych jakiś czas temu przez Ministerstwo Edukacji ofert dla nauczycieli pojawiło się wyjątkowo bezczelne kuriozum w postaci obietnicy pięciu stów miesięcznie dla tak zwanego „dobrego nauczyciela”. Ja oczywiście wiem, że szczególnie w kręgach zaprzyjaźnionych z dyrekcją, owa propozycja wywołała entuzjazm, poza tym jednak nic więcej, ponad zwykłe wzruszenie ramion, no i może z rzadka autentyczne wzburzenie. Któż to bowiem jest „dobry nauczyciel”? Wedle jakich kryteriów – poza oczywiście subiektywną opinią dyrekcji, która zawsze i wszędzie pozostaje poza jakąkolwiek kontrolą – można ocenić, który nauczyciel jest „dobry”? Jest dobry, bo go lubią uczniowie? A może jest dobry, bo jest lubiany w pokoju nauczycielskim? A może jest dobry, bo jest surowy i uczniowie są grzeczni na jego lekcjach? A może to jest ten nauczyciel, który organizuje w szkole Walentynki oraz Hallowe’en i w tłusty czwartek przynosi pączki? A może to ten, co zajmuje się organizacją Dnia Walki z Faszyzmem? Już wiem! To jest nauczyciel, którego uczniowie mają same piątki? To jest ten, którego zawodostwo wyznacza liczba laureatów olimpiad? To jest nauczyciel z najlepszymi wynikami podczas matur?
A co w takim razie z nauczycielami WF-u, czy muzyki? Co z nauczycielami w podstawówkach, gdzie dzieci są najczęściej same z siebie mądre, albo głupie i od nauczyciela nie zależy praktycznie nic poza dbaniem o dyscyplinę? A co z nauczycielami w prowincjonalnych szkołach, gdzie olimpijczyków nie ma prawie w ogóle? A co z tymi, co uczą w osiedlowych szkołach, gdzie muszą się zmagać głównie z miejscową bandyterką? A co z nauczycielami w szkołach specjalnych, gdzie o wynikach mowy być nie może? A co z nauczycielami w szkołach, które dzięki niekompetencji dyrektora, mają renomę „słabych” i które przyjmują wyłącznie te dzieci, dla których nie było miejsca gdzie indziej? A co ze szkołami, które, jeszcze z powodu zamierzchłych zasług jeszcze PRL-owskiej dyrekcji cieszą się opinią „najlepszej szkoły w mieście” i do których drzwiami i oknami walą najzdolniejsze dzieci w całej okolicy i gdzie nawet najgłupszy, najbardziej leniwy nauczyciel nie jest w stanie wiele popsuć? Co wreszcie z nauczycielami naprawdę znakomitymi, pełnymi poświęcenia i o niezwykłych talentach, do tego stopnia znienawidzonych przez dyrektora, że ten prędzej rzuci tę robotę, niż wyznaczy go do jakiejkolwiek nagrody?
Kiedy dowiedziałem się o propozycji owych pięciu stów dla wyróżniających się nauczycieli, przyznam, że na myśl, że moja Dobra Zmiana mogła wpaść na coś tak beznadziejnie głupiego, dostałem autentycznej cholery. I oto, proszę sobie wyobrazić, właśnie wczoraj pojawiła sie informacja, że premier Szydło zaproponowała Broniarzowi, że ona da nauczycielom jakieś tam podwyżki, pod warunkiem, że Broniarz zrezygnuje z forsy dla „najlepszych nauczycieli”, i to one własnie zostaną przesunięte na zwykłe wynagrodzenia. I oto, proszę sobie wyobrazić, Broniarz odpowiedział, że mowy nie ma. On w żadnym wypadku nie zgodzi się na to, by pozbawić dyrektorów możliwości trzymania nauczycieli za ich tępe pyski. No i na tym rozmowy stanęły.
 To było wczoraj, jeszcze przed południem i powiem szczerze, że nie wiem co dalej z ową jedyną sensowną jak się zdaje w tym całym oszustwie propozycją. Powiem jednak szczerze, że spodziewam się marnego zakończenia. To już prędzej mogę oczekiwać, że oni ustalą coś wręcz przeciwnego. Wszystkie dotychczas zapowiedziane podwyżki zostaną odwołane, podstawowe pensje pozostaną na dotychczasowym poziomie, natomiast „dobry nauczyciel” dostanie miesięczny dodatek w wysokości 5 tys. zł. netto... no niech będzie, że trzech najlepszych nauczycieli w szkole plus dyrekcja. No i wzrośnie składka na ZNP.
A reszta nich od czasu do czasu postrajkuje przeciwko Kaczorowi i pedofilom w Kościele.



Przypominam uprzejmie, że jest już do kupienia moja nowa książka. Tu: https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/imperium-czyli-gdzie-pada-cien-na-ss-mantola/