wtorek, 25 czerwca 2019

Jeżeli, czyli koleś ma dobrą fazę


Tak trochę między kolejnymi wystąpieniami Rzecznika Praw Obywatelskich, oraz zawsze gotowych do czynu rzeczników Rzecznika, a ledwo co zainicjowaną przez onet.pl debatą na temat pewnego Roberta rzekomo zamordowanego w Krakowie przez trzech księży przed grubo ponad 20 laty, pojawiła się kolejna już informacja o tym, że gdzieś w Polsce zostało zatłuczone na śmierć kolejne niemowlę. Wstyd mi jak jasna cholera, ale muszę przyznać, że tych informacji jest ostatnio tak dużo, że już sam zaczynam tracić i rachubę, ale też i, co gorsza, poczucie realności owych nieszczęść. Jak mówię, jest mi okropnie z tego powodu wstyd, ale kiedy słyszę o tym, że gdzieś w Polsce czy to ojciec, czy matka, czy oboje pobili na śmierć swoje ledwo co narodzone dziecko, to już nie bardzo wiem, czy to jest dziecko, o którym już słyszałem, czy może to jest przypadek nowy, czy to dziecko żyje, czy umarło na miejscu, czy może właśnie nie udało się go uratować. No a skoro tak, to – powtarzam, czuję się z tym okropnie – ale ja zaczynam tego typu informacje lekceważyć. O wiele bowiem łatwiej jest mi skupić uwagę – no a przede wszystkim swoje współczucie – na tej dziewczynce spod Świdnicy, no i naturalnie walce rzecznika Bodnara, by jej zabójca nie został jakoś szczególnie zhejtowany przez polskie bydło.
       No ale tak się stało, że zupełnym przypadkiem, przeglądając Internet, wpadłem na informację, że bezpośrednią przyczyną śmierci dopiero co zamordowanej przez swoich rodziców 9-miesięcznej dziewczynki z Olecka było to, że złamane żebro przebiło jej serce. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, czy tak malutkie, czy nieco starsze dziecko ginie od noża, wbitego w serce żebra, czy zostaje ugotowane w piekarniku, nie ma większego znaczenia, no ale tu znów przyznaję się do swojej słabości, to serce przebite złamanym żebrem zrobiło na mnie wrażenie szczególne. Chodzi mi o to, że gdyby omawiany tu trochę ostatnio Kubuś z Wrocławia nie poderżnął temu dziecku gardła i nie zadał jej dziesiątków ciosów nożem, ale jakimś szatańskim sprytem tak ją uderzył, że złamał jej żebro, a to żebro przebiło jej serce, to ja bym się zwyczajnie pobeczał. Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o wymiar symboliczny, to chyba nawet śmierć Jezusa na krzyżu schodzi na plan dalszy.
       Nie o tym jednak chciałem pisać w pierwszej kolejności, ale o tym, czemu w ostatnich latach tak często rodzice mordują swoje malutkie dzieci. Ponieważ zrobiło się własnie aż zbyt poważnie, to nie będę przeciągał i popisywał się kolejnymi wstępami, ale przejdę od razu do rzeczy i powiem, że moim zdaniem za tym stoją dopalacze. To nie jest ani wóda, ani zwykłe zidiocenie, ani mecz w telewizji, ale to coś, co w człowieka wstępuje, gdy się tego czegoś nażre. Ja miałem w ostatnich latach kilka okazji oglądać na ulicy ludzi, którzy ani nie są pijani, ani obłąkani, ani zwyczajnie wściekli na świat, ale są w takim stanie opętania, że osobiście nie widzę powodu, by każdy z nich, gdyby mu tylko to dziecko w tym momencie podsunąć pod ryj, by to dziecko zatłukł jak... no właśnie – demona.
       Już niemal 10 lat temu problem dopalaczy się pojawił w mediach, no i oczywiście w wystąpieniach polityków, jednak albo z jednej strony traktowaliśmy to jako problem ówczesnej władzy, albo raczej dziatwy szkolnej. Czasy jednak, jak wiemy się zmieniają, i wygląda na to, że tamta dziatwa już dawno wkroczyła w wiek dorosły, próba zamykania handlujących owymi dopalaczami sklepów skończyła się tym, że powstały coraz to nowsze produkty, a handel ze sklepów przeniósł się do okien na parterach kamienic i dzieją się rzeczy straszne.
      Myślę cały czas o tym serduszku przebitym żebrem i dochodzę do przekonania, że gdybym to ja miał decydować, co jest dziś najważniejsze dla naszego państwa, to bym machnął ręką nawet na to 500+ i się skupił na czymś znacznie, znacznie poważniejszym, bo za jakiś czas może się okazać, że zabraknie chętnych do owych wypłat.
      Żeby może pokazać, jak bardzo jest dziś poważniej, proponuję by zajrzeć może do mojego starego tekstu, jeszcze właśnie z roku 2010, gdzie to wszystko naprawdę stanowiło dziecięcą zabawę.

      Nie wiedzieć czemu, w tym informacyjnym bagnie, jakie nas zalewa – od niedźwiedzi panda, przez pijanych nauczycieli, po nową fryzurę Joanny Muchy – pojawił się nagle temat tzw. dopalaczy, a więc chemicznych środków powszechnie i jak najbardziej legalnie sprzedawanych dzieciom w dużych polskich miastach, dla zarobku i ze zwykłego, pierwotnego pragnienia śmierci. Piszę „nie wiedzieć czemu”, bo w rzeczy samej ten typ informacji, w świecie niemal już nierzeczywistej zabawy i zidiocenia, nie wiadomo ani czemu ma służyć, ani też do kogo ma być faktycznie adresowany. Ktoś niezorientowany mógłby przypuszczać, że oto problem, który każdy normalnie myślący i w miarę uważny obserwator życia zna od lat doczekał się wreszcie odpowiedniego potraktowania ze strony polskiego państwa i że właśnie cały ten czarny biznes zostaje zlikwidowany, a jego właściciele postawieni wobec bankructwa. Na ten jednak temat nic nie wiadomo. Jeśli już, to jest wręcz odwrotnie. Informacja jest bowiem taka, że sprawa jest trudna, a – jak sami zainteresowani, czyli ci mordercy z rozbawieniem zaświadczają – perspektywa pozostaje też raczej bez zmian. Może więc chodzi o to, by o tym niezwykle interesującym zjawisku poinformować społeczeństwo i zachęcić kogo trzeba do obywatelskiej aktywności? Nie sądzę, choć na ten temat jeszcze będzie. Nie sądzę, bo jak wszystko na to wskazuje, coś takiego jak obywatelska inicjatywa już dawno w Polsce zostało wytępione, i to też wcale nie przypadkiem. Jeśli więc jakiś mądrala w telewizji informuje, że dobrym pomysłem byłoby zorganizowanie społecznego sprzeciwu wobec tych sklepów, on sam musi wiedzieć, że zwyczajnie pieprzy trzy po trzy, a poza tym, nie ma pojęcia o czym mówi. I o tym też będzie później. A zatem i adres też jest nie bardzo znany.
      Coś jednak na rzeczy być musi. Bo temat jest zbyt poważny i zbyt przy tym ponury, żeby sobie tak media miały teraz przez parę dni poużywać. Czy rzeczywiście? Otóż zaryzykuję tezę, że niekoniecznie. Może być po prostu tak, że temat dopalaczy pojawił się wyłącznie dlatego, że na niego przyszła kolej. Dokładnie tak samo jak w pewnym momencie uwaga opinii publicznej została zaabsorbowana stadionem w Bydgoszczy, czy tym chłopcem spod Przemyśla, którego rodzice nakarmili muchomorem, przyszła pora na dopalacze. Ktoś powie, że to nie są żarty, że to nawet nie jest kwestia jakieś pojedynczej tragedii, która zawsze może liczyć na odpowiednią publiczność, lecz tu mamy do czynienia z problemem systemowym. Że tu chodzi o życie narodu. Że tu w grę wchodzi coś co mamy za oknem. Niewykluczone że niedługo wszyscy. Że pewien typ wrażliwości wymaga, żeby tego akurat problemu nie wykorzystywać dla tak nędznych celów jak władza.
      I znów. Może i tak jest. Nie mam tu żadnej pewności, ale zupełnie bym się nie zdziwił, gdyby się miało okazać, że rozmowy o wrażliwości i odpowiedzialności stanowią już tylko pieśń przeszłości na każdym możliwym poziomie. Od czasu jak się okazuje, że nawet smoleńska katastrofa i tak straszna śmierć tylu ludzi potrzebowały zaledwie paru dni, by całe zło tego świata stanęło pewnie na obie nogi, a dziś widok tego porzuconego samolotu nie budzi w znacznej części społeczeństwa emocji większych, niż wiadomość o tym, że jutro prawdopodobnie też będzie padać, powinniśmy zapomnieć o tym co jeszcze wypada, a co już nie. A zatem, mam podejrzenie, że te dopalacze to temat na dwa, trzy dni i tyle wszystkiego. Że za te dwa czy trzy dni będzie dokładnie tak jak było dotychczas – kolejne sklepy będą powstawać, kolejne odmiany tej trucizny znajdą swoich nabywców, a kolejni biznesmeni zarobią kolejne pieniądze. Psy pozostaną psami, sądy pozostaną niezależne i niezawisłe, prezydent będzie pełnił swoją służbę, no i może też już z pielgrzymki do Smoleńska wrócą pani Komorowska z panią Komorowską, a Donald Tusk z panią Małgosią udadzą się na kolejny wypoczynek.
      A ja cały czas myślę o tych dopalaczach. Dzień w dzień jadę do pracy i z okien tramwaju widzę ten sklep, na którym stoi jak byk niezwykle dobitny napis, że przede mną rozrywka na wyciągnięcie reki, a nawet jest podany – wielki niemal tak jak to słowo ‘dopalacze’ – numer telefonu, na który mogę zadzwonić, jeśli albo mi się nie chce, lub nie jestem w stanie się ruszyć z domu. Mijam ten sklep, nie widzę co jest w środku, poza jakimiś przebijającymi się przez zaciemnione szyby iskierkami świateł, i tylko ten napis ‘dopalacze’ mówi mi, że to nie jest kolejny sex shop, lub salon gier, ale narkotykowy salon dla starszej i młodszej młodzieży szkolnej.
      Mogę się oczywiście mylić i niedługo okaże się, że nasze państwo właśnie teraz, kiedy piszę te słowa, podejmuje szereg bardzo zdecydowanych i przemyślanych czynności mających na celu likwidację tego nieszczęścia. Że tak, jak przy naszej kompletnej nieświadomości, urzędnicy prezydenta rozpisywali bardzo precyzyjny plan usunięcia krzyża sprzed Pałacu na Krakowskim Przedmieściu, dziś też ktoś w jakimś gabinecie zbiera się, żeby już niedługo cały ten podły biznes rozgonić na cztery wiatry. Ja tu jednak nie jestem po to by się karmić złudzeniami, ale by drżeć ze strachu. Szczególnie gdy tak wiele wskazuje na to, że w momencie gdy przestanę się bać – nastąpi ostateczny koniec i tego państwa i tego narodu. Siedzę więc tu dziś i myślę sobie, że najprawdopodobniej moje niedawno tu formułowane obawy, że wobec oczywistej secesji państwa polskiego, jesteśmy na prostej drodze do tego, żeby brać sprawy w swoje ręce, mają jak najgłębsze podstawy. Bo jeśli tak ma wyglądać Polska, a więc ma być państwem chaosu, bezprawia, powszechnej nędzy i zwycięstwem tych, którzy potrafią sobie poradzić, to ja bym nie chciał być w skórze ani tych którzy dziś rządzą, ani tych co im tę władzę gwarantują. Bo natura chaosu nie wytrzymuje. Po prostu.
      O co mi chodzi? O nic konkretnego. Jeszcze nie. Ale pofantazjować można, prawda? Otóż ja mam troje dzieci. Załóżmy, że moja najmłodsza córka – która jest osobą, jak już kiedyś wspominałem, wyjątkowo niezależną i czasem beztroską – zacznie korzystać z oferty firmy dopalacze.com i od tego umrze. Ponieważ jest tak, że ja widziałem jak ona się rodzi, i może też trochę z tego powodu ją bardzo kocham i nie wyobrażam sobie, jak mógłbym bez niej żyć, jeśli zdarzy się, że ona od tego świństwa umrze, to ja jestem sobie akurat w stanie wyobrazić, że ja zorganizuję się tak, że pójdę do tego sklepu, o którym wspomniałem i ich wszystkich powystrzelam. A ponieważ już wtedy prawdopodobnie będzie mi wszystko jedno, pojadę do Warszawy, zaczaję się na jakiegoś ministra i go też rozwalę, Tak jak robią ludzie na tych amerykańskich filmach o ludziach, którzy zostali doprowadzeni do tego stanu, że po prostu niszczą ten świat, bo im przestało zależeć. Mogę też zrobić tak, że zadzwonię na ten numer, który widnieje na szybie sklepu, zamówię by mi ktoś przywiózł do domu coś mocnego, a jak ten ktoś się u mnie w domu pojawi, to mu poderżnę gardło i zrzucę go na pysk z balkonu.
      Przepraszam, czy ktoś może ma pretensje, że zaczynam przesadzać? Że mnie ponosi? A niby czemu? Przecież od samego początku mówimy o niczym innym jak śmierci. I to nie byle jakiej, ale usankcjonowanej przez państwo, które zobojętniało.
      A więc ja bym bardzo chciał wiedzieć, dlaczego ci wszyscy, którzy albo dziś w Polsce rządzą, albo ci, którzy im w tym rządzeniu pomagają, albo ci, którzy uciekają się do najbardziej bezwzględnych zabiegów, żeby zachować status quo, mają tak strasznie mało wyobraźni. Przecież to naprawdę nie jest takie trudne. Zwłaszcza że to tak naprawdę nie chodzi o mnie. Ja sobie tylko lubię pofantazjować. Mi wystarczy fantazjowanie. Ale nie można zapominać, że to państwo – państwo w obecnej sytuacji tak strasznie egoistyczne i bezmyślne – doprowadziło wielu ludzi do stanu, który naprawdę niczego już nie może gwarantować.
      Oglądamy ostatnio angielski serial o Tudorach. Głupio patrzeć, jak Anglia – ta piękna, niezwykła, dumna Anglia, którą tak podziwiamy – wyrosła na tak strasznej zbrodni i takim kłamstwie. Toyahowa patrzy jak Henryk VIII pewnego dnia postanowił ściąć ileś tam zupełnie niewinnych osób, bo mu tak wyszło z obliczeń, że w ten sposób będzie mu się lepiej królowało, i mówi, że z tego punktu widzenia, to co oni dziś zrobili w Smoleńsku jest jak najbardziej zrozumiałe. Dla takiego Henryka, cóż miałby znaczyć jeden samolot, choćby aż tak ważny? Patrzymy na tę Anglię sprzed stuleci i myślimy sobie, że myśmy tacy okrutni nigdy nie byli. Te tłumy oblizujące się na widok egzekucji – to takie niepolskie. Takie nie nasze. Ciekawe. Też tak mi się wydaje, że my to jednak co innego. My nie. Ale kto wie?
      Jednego jednak możemy być pewni. Nasza dzisiejsza władza, to nie władza królewska. Co by o nich nie mówiły te panie, które patrzą rozanielonym wzrokiem na Donalda Tuska i jego przybocznego Grasia, ani jeden ani drugi to jednak ani Henryk ani Cromwell, i choćby dlatego powinni zdecydowanie znać swoje ograniczenia. A jeśli ich nie znają, to będą się mogli któregoś dnia bardzo nieprzyjemnie zdziwić. Ten rodzaj nonszalancji nie może im do końca uchodzić na sucho. Nawet jeśli Polacy to nie Anglicy, tylko taki sobie skromny i łagodny lud, który bardziej żyje marzeniami niż twardymi faktami. Bo nie tylko ja mam dzieci. I nie tylko ja je tak bardzo kocham. I jeszcze raz. Czemu to jest tak trudno pojąć?




poniedziałek, 24 czerwca 2019

Osobówka z Mrowin do Opola


Czas, jak wiemy, nie daje nam chwili oddechu, w związku z czym ani się obejrzeliśmy, a tu już kolejny tydzień. A zatem nie pozostaje mi nic innego jak przedstawić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Jak zawsze – starocie.


      Do czasu gdy w minioną niedzielę, tuż po tym jak nasza policja ujęła człowieka podejrzewanego o zamordowanie 10-letniej dziewczynki z Mrowin, Wiadomości TVP najpierw przez pierwsze 10 minut informowały o kolejnym sukcesie prezesa Kurskiego w postaci najnowszej edycji festiwalu w Opolu, a następnie o kolejnych sukcesach Wojska Polskiego, wydawało mi się, że tragedią tego biednego dziecka żyje cała Polska. Ponieważ jednak jestem przekonany, że wspomniany prezes Kurski ma bardzo dokładnie policzone proporcje między zainteresowaniami naszego społeczeństwa i zdecydowanie wie, co i jaki ma wpływ na tak zwaną oglądalność, muszę założyć, że z tą „całą Polską” może być zupełnie inaczej niż mi się wydaje.

      Jest jednak coś, co wskazuje, że przynajmniej w niektórych częściach naszego społeczeństwa, wobec tego, co się wydarzyło w Mrowinach, festiwal w Opolu zszedł na drugi plan. Proszę sobie wyobrazić, że od pierwszego dnia jak odkryto zmasakrowane zwłoki tej dziewczynki, na stronie internetowej żarowianie.pl, ale również na licznych portalach ogólnopolskich zaczęło się autentyczne piekło. Oto okazało się, że zarówno mieszkańcy samej wioski Mrowiny, bliższych oraz dalszych okolic, jak i też rejonów niezwiązanych, wzięli sprawy w swoje ręce i na przykład już na początku okazało się, że dziewczynkę zamordował jakiś Kowalski, któremu w związku z tym sąsiedzi spalili chałupę. Kiedy okazało się, że to jednak nie Kowalski, pojawiła się informacja, że to był na pewno jakiś miejscowy ksiądz, bo jak wiemy, to nie mógł być nikt inny. Po księdzu, pojawiła się informacja kolejna, że za zabójstwem stoi władza Prawa i Sprawiedliwości, która mordując osoby powracające osoby z emigracji, tak by do kolejnych powrotów zniechęcić tych, co się jak dotąd nie zdecydowali. Czemu? To jasne. Jeśli oni się tu zlezą, nie starczy na 500+. A więc to zabójstwo to robota Kaczyńskiego.
      Ale to nie wszystko. Okazało się, że jeśli policja nie skorzysta z rady osób znacznie bardziej doświadczonych, morderca będzie mordował dalej, tak długo jak mu się zechce. A rozwiązanie zagadki jest przecież bardzo proste: wystarczy mianowicie sprawdzić logowania wszystkich telefonów komórkowych w okolicy, przeanalizować uzyskane dane i dalej już nie trzeba będzie szukać. Pojawili się też naoczni świadkowie, którzy widzieli jak pod szkołą przez trzy dni krążyła srebrna toyota, której kierowca z obleśnym uśmiechem obserwował kręcące się wokół dzieci. Głos nawet zabrał Krzysztof Dymkowski, znany „łowca pedofilów” i poinformował, że oto zgłosił się do niego świadek, dzięki którego informacjom udało się wytypować sprawcę, którym jest niejaki Piotr Boszko z Piekar Śląskich.
      Ktoś zapyta, po cholerę mój dzisiejszy tekst. Otóż powód jest jeden. Chciałem mianowicie wyrazić podziękowanie dla policji za to, że byli tak szybcy i dostarczyli mieszkańcom Mrowin sprawcę. Gdyby nie to, obawiam się, że już dziś wioska Mrowiny stałaby w ogniu, a jej mieszkańcy by się z uprzejmą pomocą z zewnątrz  wymordowali.


Zachęcam wszystkich do czytania moich książek. Zostało ich jeszcze kilka, wystarczy więc kliknąć jedną z okładek tuż obok i już jesteśmy w domu. Naprawdę warto.




Zachęcam wszystkich do czytania moich książek. Zostało ich jeszcze kilka, wystarczy więc kliknąć jedną z okładek tuż obok i już jesteśmy w domu. Naprawdę warto.

niedziela, 23 czerwca 2019

Jako mięso armatnie rzucają dzieci


    Dość dobrze pamiętam dzień, kiedy to na organizowanym w moim mieście szczycie klimatycznym wystąpiła przybyła ze Szwecji dziewczynka z warkoczykami, nazwiskiem Greta Thunberg, i pięknym angielskim wygłosiła przemówienie na temat apokalipsy, która nas czeka, jeśli się nie opamiętamy i nie zaczniemy na poważnie walczyć z zabójczym CO2.
     Przyznaję, że głównym powodem, dla którego zapamiętałem tę dziewczynkę, nie było ani to, co ona mówiła i jak – choć przyznaję, że treść i forma tego wystąpienia robiły wrażenie – ani też fakt, że ona wcześniej ogłosiła tak zwany „szkolny strajk”, podczas którego w każdy piątek od rana do późnego popołudnia obiecała protestować przed szwedzkim parlamentem, ale ze względu na to jak ładnie ona mówiła po angielsku. Skaza zawodowa. Proszę o wybaczenie.
     Zdążyłem o tym wydarzeniu zapomnieć, gdy oto ledwie wczoraj dowiedziałem się, że w piątek właśnie w Warszawie przed budynkiem Sejmu dokładnie taki sam strajk ogłosiła 13-letnia Inga. Inga od swojej szwedzkiej koleżanki różni się tym, że tamta jest nieco starsza i nie tak szczupła, poza tym jednak wszystko pozostaje takie samo. Inga, tak jak Greta, ma warkoczyki, siedzi pod Sejmem z tablicą z napisem „Wakacyjny strajk klimatyczny” i zapewnia, że w ten sposób będzie tam siedzieć przez cały miesiąc w każdy kolejny piątek.
      Gdy chodzi o mnie, to zarówno moje poglądy na naszą ogólną myśl twórczą, jak i polityczne wyczyny tak zwanej „opozycji totalnej” sprowadzają się do tego, że jest słabo, jednak przyznaję, że numer z tym dzieckiem zrobił na mnie wrażenie szczególne. Na domiar złego, jak się w pewnym momencie okazało, przy Indze i na jej miejscu protestu pojawił się jakiś kodowiec z kamerą i przeprowadził z nią wywiad, wrzucony chwilę później na Facebooka, z którego jednoznacznie wynikało, że to biedne dziecko jest od początku do końca wykorzystane przez swoją mamę, klimatyczną aktywistkę, a ono samo o tym, do czego została użyte nie ma bladego pojęcia. Ów cwaniak – zauważmy, że tak jak to tylko możliwe dziewczynce życzliwy – staje na głowie, żeby z tego dziecka wyciągnąć jakieś w miarę sensowne deklaracje, tymczasem ono prezentuje kompletną bezradność zmieszaną ze zwykłym, pospolitym strachem przed wypowiedzeniem kolejnego słowa. Jeśli ktoś potrafi, niech sobie ów film znajdzie na Facebooku i będzie miał wtedy pełną jasność, że mamy tu do czynienia z niczym innym jak czystym... jak oni na to mówią? Molestowaniem?
      Ale nie warto by było być może o tym pisać – zwłaszcze że prawdopodobnie kolejny piątek już nigdy nie nadejdzie – gdyby nie informacja jaką pozyskałem o wspomnianej wcześniej Grecie Thunberg. Otó, jak się dowiadujemy ze źródeł jak najbardziej potwierdzonych – w tym przez samych rodziców dziewczynki – owa Greta, 15-letnie dziecko swoich rodziców, jest psychicznie chora. Wedle, jak mówię całkowicie oficjalnych doniesień, ona nie dość, że cierpi – które z naszych dzieci dziś na to nie cierpi? – na tak zwany Zespół Aspergera, wykazuje skłonności depresyjne, przechodzące w próby samobójcze. Ponadto, zarówno ona jak i jej rodzice, twierdzą, że dzięki swoim nadzwyczajnym zdolnościom, potrafi ona zobaczyć gołym okiem dwutlenek węgla. I to jest ta jej niezwykła szczególność, która sprawiła, że różnego rodzaju konferencje klimatyczne zapraszają ją do przyjazdu i zabrania głosu. Ona widzi wypełniający naszą atmosferę dwutlenek węgla i to właśnie jej każe przed nim ostrzegać.
      Ledwie co wczoraj pisałem o wybryku rzecznika Bodnara w kwestii aresztowania niejakiego Jakuba A. i jak sądzę, powiedziałem wszystko, co powiedzieć miałem. Tu jednak mamy coś w moim rozumieniu rzeczy znacznie bardziej poważnego. Oto przed budynkiem Sejmu ktoś kazał temu biednemu, 13-letniemu dziecku, siedzieć przez wiele godzin w upale, by załatwiało w jego imieniu jakieś szemrane interesy, z tego co słyszę, w ów ohydny proceder zamieszana jest matka tej dziewczynki, a ja się już tylko zastanawiam, czy to może nie stanowi dobrego powodu dla Rzecznika Praw Obywatelskich do urzędowej interwencji.
      No dobra – rzecznik Bodnar, jak wiemy, działa wyłącznie na gwizdek, więc na niego akurat tu liczyć nie możemy. No ale mamy przecież jeszcze naszego Rzecznika Praw Dziecka. Ja wiem, że on ostatnio dostał mocno po łbie w związku z również tu trochę wspomnianymi klapsami i musi być nadzwyczaj ostrożny, przepraszam jednak bardzo, ale tu mamy do czynienia z czymś, wobec czego nawet dwadzieścia solidnych pasów na tyłek robi wrażenie urodzinowego prezentu. Czy naprawdę musimy czekać na to aż to dziecko popełni samobójstwo i będziemy mogli powiedzieć, że to jest żywy efekt władzy Prawa i Sprawiedliwości?

       Tu jest link do Ingi, a dalej już o Grecie.





Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. Można to robić na kilka sposobów. Najprościej jest kliknąć w znajdujące się tuż obok okładki, ale można też wejść na stronę www.basnjakniedzwiedz.pl i tam sobie wybrać co dusza zapragnie, a zapewniam, że możliwości jest wiele. Jest też jednak możliwość kontaktu bezpośredniego pod adresem k.osiejuk@gmail.com. Zapraszam serdecznie.

sobota, 22 czerwca 2019

O przestępcach w majtkach, a nawet i bez


     Nie umiem dziś powiedzieć, kiedy po raz pierwszy zwróciłem na to uwagę, ale prawdą jest, że któregoś dnia zauważyłem, że gdy, czy to polska policja, czy któraś z pokrewnych służb, aresztuje jakiegoś gangstera, czy handlarza narkotykami, to jednocześnie rzuca go na ziemię, zakuwa w kajdanki, a on sam, z jakiegoś nieznanego mi powodu, jest w majtkach. Przyznam szczerze, że te majtki mnie zawsze mocno poruszały. Czemu jest zawsze tak, zastanawiałem się, że oni w tych majtkach są zakuwani, następnie w tych samych majtkach wyprowadzani z mieszkania i dalej w tych majtkach wsadzani do policyjnego auta? Czemu policjanci nie dali im się nawet ubrać? Nie wiem więc dokładnie, co spowodowało, że zacząłem o tym myśleć, natomiast domyślam się, kiedy uznałem, że odpowiedź na ten dylemat znam. Otóż stało się to po tym jak podczas próby zatrzymania przez służby, samobójstwo popełniła była minister Barbara Blida. Myślę, że mimo upływu czasu, większość z nas pamięta, o co chodzi, zwłaszcza że przypadek wspomnianej Blidy jest do dziś przez antypisowską opozycję używany jako przykład państwowego terroru wobec opozycji. Ile razy ktoś z nas wspomni o śmierci Pawła Rosiaka z Łodzi, od razu jest nam przypominana Barbara Blida, jako osoba w gruncie rzeczy zamordowana przez reżim Prawa i Sprawiedliwości.
      Przypomnijmy sobie zatem, jak to było. Otóż w związku z podejrzeniami korupcyjnymi, do mieszkania Barbary Blidy w Siemianowicach weszli funkcjonariusze ABW i Blidę aresztowali. Zanim jednak zaprowadzili ją do radiowozu, ponieważ Blidzie zachciało się siusiu, pod nadzorem funkcjonariuszki, pozwolili jej skorzystać z ubikacji. Na dodatek, jako że Blida krępowała się siusiać w obecności obcej osoby, funkcjonariuszka dyskretnie odwróciła wzrok... no i w tym momencie Blida wyciągnęła ukryty w łazience pistolet, zlitowała się nad policjantką i sobie, a nie jej strzeliła w głowę. Od tego już czasu Prawo i Sprawiedliwość nosi na sobie ów ciężar – ciężar oskarżenia o polityczne zabójstwo. My oczywiście dziś już wiemy, co by było, gdyby Barbara Blida została potraktowana przez ABW w taki sam sposób, jak są traktowani owi wspomniani przeze mnie na początku gangsterzy, a więc rzucona na podłogę, skuta, a następnie wyprowadzona choćby w papciach i koszuli nocnej na zewnątrz. Przede wszystkim oczywiście wciąż by żyła, no ale nam tu bardziej chodzi o to, co by na to wszystko powiedziały liberalne media z Rzecznikiem Praw Obywatelskich na czele. Wiemy to dziś już wszyscy, a ja nie muszę tego powtarzać.
      To w każdym razie był moment, kiedy zrozumiałem, dlaczego ci wszyscy handlarze narkotykami, gangsterzy, okrutni zabójcy, ale też pospolici przestępcy zatrzymywani w sprawach, w których tle znajdują się skradzione grube miliony i gdzie jest o co walczyć do samego końca, nie mają czasu by założyć skarpetki, buty i spodnie, a jeśli chce im się siusiu, to już niestety muszą to zrobić na miejscu. Ale przecież przykład z Barbarą Blidą to zaledwie jeden z wielu. Pamiętamy wszyscy pewnie jak niedawno policja wezwana została w związku z próbą rozbicia bankomatu i w momencie gdy już się wydawało, że sprawa jest załatwiona, jeden z bandytów strzelił do policjanta z broni maszynowej i go zabił. Przynajmniej ja pamiętam, jak w Warszawie dwóch gówniarzy wybijało okna w tramwaju, policjant w cywilu zwrócił im uwagę i wówczas jeden z nich wyjął nóż i policjanta położył trupem. I tu również zastanówmy się, co by było, gdyby ów policjant był zaopatrzony w odpowiedni sprzęt, no i przede wszystkim był dobrze wyszkolony, i tego bandytę rzucił na ziemię, skuł, a kto wie, czy jeszcze profilaktycznie nie ściągnął mu spodni do kolan, żeby ten nie potrafił za dobrze się ruszać. I tu odpowiedź jest prosta. Policjant by żył, ale za to Rzecznik Praw Obywatelskich na czele z liberalnymi mediami zrobiliby wszystko, by go postawić przynajmniej przed sądem dyscyplinarnym.
       Dziś mamy przypadek tego Kubusia, studenta z Wrocławia, którego cała Polska miała okazję oglądać jak ten w samych majtkach bardzo zabawnie skacze na jednej nodze, a wokół niego idą policjanci i dbają o to, by się ten biedaczek nie wywrócił i nie zrobił sobie krzywdy. Gdy chodzi o mnie, to ja, jako cham ze wsi, bym mu kazał się do radiowozu doczołgać, pomagając mu ewentualnie butem, jednak resztki chrześcijańskiej wrażliwości, które gdzieś mam w sobie, każą mi wyrazić wdzięczność dla wspomnianych panów za to, że oni zadbali o bezpieczeństwo Kubusia i pomogli mu jakoś doskakać do radiowozu. Ja bym chyba jednak tego nie zniósł, gdyby on sobie nabił guza, albo zadrapał kolano. W końcu człowiek ma prawo do tego, by wyglądać elegancko, czyż nie?



piątek, 21 czerwca 2019

Miejsca w sercu


      Niedawno zdarzyło mi się, czy to na Facebooku, czy może na Twitterze, trafić na filmik, który pokazywał pewien nadzwyczaj interesujący eksperyment. Oto pewien pan pojawiał się w okolicy zupełnie zwyczajnego placu zabaw, gdzie, jak to na zupełnie zwyczajnym placu zabaw, dzieci się bawiły, a ich mamy siedziały sobie na ławeczce nieopodal i zabijały czas. Ów pan najpierw pytał kolejne mamy, czy one może uprzedzały swoje dzieci, by pod żadnym pozorem nie wdawały się w jakiekolwiek rozmowy z obcymi ludźmi, a kiedy one stanowczo zapewniały, że dzieci są w pełni świadome zagrożeń, przechodził do samego już eksperymentu.
      Myślę, że już większość z nas wie, do czego zmierzam, ale i tak opowiem. Otóż wspomniany pan podchodził kolejno do bawiących się dzieci ze ślicznym, malutkim, białym pieskiem i już po chwili, każde z tych dzieci zgadzało się pójść z nim gdziekolwiek on je zapraszał, tylko po to by zobaczyć więcej jeszcze słodszych piesków.
      Zakładając, że ów eksperyment był przeprowadzony uczciwie, a mam mocne podejrzenie, że z najwyższym prawdopodobieństwem tak właśnie mogło być, zadumałem się nad przyczyną takiego a nie innego zachowania tych dzieci. Dlaczego, mimo że są one bardzo mocno napominane przez rodziców, by pod żadnym pozorem nie rozmawiać z obcymi, bo tam czyha ból i śmierć, gdy przychodzi co do czego, wszystkie postanowienia je opuszczają. Otóż w tym jednym momencie prawdopodobnie o wszystkim decyduje ten jeden – symboliczny jak najbardziej – piesek. Mam głębokie przekonanie, że nie ma takiej nauki, takiej groźby, takiego lęku, które by nie ustąpiły wobec atrakcji jaką dla małego dziecka stanowi ów śliczny, mały, biały piesek.
      Pamiętam jak moje własne dzieci były jeszcze tak małe że nie wstydziły się chodzić ze mną za rękę – a ów czas towarzyszył mi przez grube ponad dziesięć lat – szliśmy kiedyś w czwórkę na spacer. Zosia siedziała mi na barana, Hanka i Antek po obu moich obu stronach, jak Ojciec przykazał, trzymali się moich kieszeni... i nagle, w chwili gdy czekaliśmy na odpowiedni moment, by przejść przez ulicę, Antka coś zainteresowało po jej drugiej stronie i dał w tak zwaną długą. Ja oczywiście najpierw na niego wrzasnąłem, on się gwałtownie zatrzymał, a ja w tej samej chwili, jako że obie ręce miałem zajęte trzymaniem Zosi za nogi, dałem mu lekkiego kopa w tyłek. Kop był odpowiednio lekki, jednak nie na tyle, by sześcioletnie dziecko mogło wzruszyć na niego ramionami. Od tego czasu on nigdy nie powtórzył tego numeru, a daję słowo, że okazji miał wiele. A ja dziś oczywiście nie sądzę żeby to akurat był powód dla którego on dziś żyje w zdrowiu i szczęściu, ale tego oczywiście wykluczyć nie mogę.
      Bóg mi świadkiem, że nienawidzę tego robić, ale muszę w tym momencie nawiązać do sprawy owej biednej dziewczyny, która parę miesięcy temu, wracając łódzkim rankiem – samotnie oczywiście, jak to ma dziś miejsce w przypadku wielu dziewczyn, które po tej biedaczce pozostały – z jakiegoś wieczornego spotkania, została zaczepiona przez nieznajomego Gruzina, poszła z nim do jego mieszkania, gdzie ten ją najpierw zgwałcił, a następnie okrutnie zamordował. Otóż mogę się tu fatalnie mylić, ale nie mogę się opędzić od myśli, że gdyby jej tato lub mama w pewnym momencie jej życia zdzielili jej porządnego kopa w tyłek, ona by dziś żyła.
      No dobra, przyznaję, że tamten kop nie był wpisany w program i został użyty w sytuacji awaryjnej, niech zatem zamiast kopa będzie zwykły klaps. Otóż nie mogę się opędzić od myśli, że gdyby to biedactwo w pewnym momencie swojego dramatycznie krótkiego życia dostała klapsa od mamy czy taty, dziś by żyła.
        Już wiemy, skąd dziś ten temat, prawda? Tak się mianowicie stało, że Rzecznik Praw Dziecka miał tę odwagę, by się wypowiedzieć na temat różnicy między klapsem a pobiciem, i w efekcie stało się to co się stać musiało. Liberalni politycy, oraz będące na ich usługach media żądają dziś dymisji Rzecznika, ponieważ ten rzekomo zachęca do przemocy wobec dzieci.
       A ja sobie przypominam pewien film sprzed lat, zatytułowany „Places in Heart”, gdzie Sally Field, swoją drogą nagrodzona przy tej okazji Oscarem za pierwszoplanową rolę, gra kobietę, która po niespodziewanej śmierci męża zostaje sama i musi sobie radzić z grupką dzieci. Któregoś dnia okazuje się, że jeden z jej synów nabroił, musi zostać ukarany, a ona, biedna, ponieważ nigdy tego nie robiła, nie wie, jak to się robi. W tym momencie Field zwraca się do swojego dziecka i pyta: „W jaki sposób ojciec by cię ukarał?”, na co ten jej odpowiada szczerze i uczciwie, że ojciec by mu dał na pupę ileś tam pasów. I to kochająca swoje dziecko matka niezwłocznie egzekwuje.
      Wiem, że powinienem ten tekst zakończyć jakimś odpowiednio mocnym akcentem, jednak nic mi mądrego do głowy nie przychodzi. Powiem więc tylko, że mam nadzieję, że tych idiotów ostatecznie do pionu postawią nasze dzieci. One im to co ważne do tych tępych głów wbiją najbardziej skutecznie. Bardzo na to liczę.



czwartek, 20 czerwca 2019

We Love Hate


     Parę dni temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „I Love Hate”, w którym zwróciłem uwagę na eksperyment prowadzony przez Wojciecha Jabłońskiego, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego niegdysiejszego komentatora stacji TVN24, gdzie ów Jabłoński publikuje na Twitterze najbardziej podłe komentarze skierowane przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, tym samym prowokując dodatkowy internetowy hejt. Z tego co udało mi się znaleźć w Sieci wynika, że Wojciechowski prowadzi ten swój projekt badawczy już od kilku lat, a jego ostatecznym celem jest publikacja książki a temat hejtu właśnie.
      W pierwszej chwili, gdy wpadłem na twitty Jabłońskiego, pomyślałem, że może i ta akcja ma jakiś sens, jednak już po chwili, widząc, że poziom plugastwa wylewający się z owego projektu jest zbyt duży, zbyt gęsty, a przede wszystkim zbyt długotrwały, by go choćby w miarę przytomny umysł mógł tolerować, uznałem, że to co robi Jabłoński kwalifikuje się jednak jako albo psychiczna choroba, albo świadome przestępstwo, no i napisałem ten swój tekst.
      By zilustrować to co się tam dzieje wrzuciłem kilka komentarzy jednego z fanów Jabłońskiego i uznałem, że sprawa jest zamknięta. Tymczasem ledwo co wczoraj Jabłoński przebił kolejny sufit i, jak sądzę wreszcie osiągnął swój ostateczny cel, tym razem jednak – i to jest ów przykry powód, dla którego piszę dziś te słowa – dzięki żywej współpracy tak zwanych „naszych”. Otóż proszę sobie wyobrazić, że znalazł Jabłoński gdzieś w sieci niewyretuszowane zdjęcie śp. Lecha Kaczyńskiego w trumnie, opublikował je z szyderczym komentarzem „Niosła go Polska”... no i się zaczęło, tym razem jednak, obok oczywistych zachwytów ze strony prostego antypisu, życzenie śmierci skierowane w przeciwną stronę:
 Jestem prorokiem. Odjebią tego cwela. Zobaczycie! I chuj mu w ryj”.
Brałeś pod uwagę próbę samospalenia? Może wtedy ktoś dostrzeże takiego świra”.
Do takich jak ty powinno się strzelać w łeb bez wyroku sądowego, chory pojebie”.
Jesteś kurwą”.
Jesteś siusiakiem bo chuj brzmi zbyt dumnie. Wal się na ryj”.
Szkoda, że Jabłoński nie leciał tym Tupolewem, byłaby to korekta błędu jego matki, która nieopatrznie dała mu się urodzić”.
Wyszły z ciebie ruskie korzenie którego dziad i baba na czołgach sowieckich do Polski wjechali więc skoro masz dostęp do takich zdjęć to pokaż też swoje z nieletnimi chłopcami których nazywasz pukaweczki ty pedrylu”.
Jesteś zwykłym ścierwem psycholu. Jeszcze będziesz skomlał”.
Jak wyciągniesz kopyta to co niedziela będę przychodził na cmentarz i będę szczał na twój grób”.
Jabłoński ty skurwysynie pierdolony”.
Jesteś śmieciu gównojadem”.
Oszołomie pierdolony, obyś się udławił zgniłą kiełbasą”.
Co za kanalia! Ja liczę aż Ty debilu statystycznie wpadniesz pod samochód i będziesz zdychał powoli”.
Ciebie gościu też poniosą kiedyś, ale myślę że raczej Lucyfer na łopacie będzie Cię do pieca kremacyjnego w piekle wrzucać...”.
      I tak dalej i tak dalej, przez cały Boży dzień. Co na to Jabłoński? On oczywiście jest cały w skowronkach. Nie dość że przekazuje dalej do Sieci każdy ten bluzg, to jeszcze na większość z nich odpowiada w sposób jeszcze bardziej prowokacyjny, z autentyczną radością, co widać choćby na przykładzie odpowiedzi na ostatni z przytoczonych przeze mnie komentarzy: „I o to mi właśnie chodzi. Sam Lucyfer, mówisz?”
      ...a my, durnie, podskakujemy tak jak on nam zagwiżdże.
      Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się napinam, bo to jest Internet i tam nigdy ani nie było inaczej, ani nie będzie. I owszem, ja to wiem, natomiast chodzi mi o to, że bardzo bym chciał, żebyśmy akurat w tym udziału nie brali, a jak już to, żebyśmy się przynajmniej przy tym nie podpisywali nickiem „PiS4Ever”.






środa, 19 czerwca 2019

Czy w przyszłym roku gwiazdą Opola będzie duet Janda - Hołdys?


      Tegoroczny festiwal polskiej piosenki w Opolu oglądałem dwukrotnie, w dzień otwarcia oraz, ledwo co, w poniedziałek. Po raz pierwszy było tak, że córka moja kazała mi oglądać coś na Netflixie i w momencie gdy zaczęliśmy się wygodnie usadawiać przed telewizorem, z powodu upałów padł nam internet i skończyliśmy, jak już wspomniałem, na słuchaniu polskich piosenek. Drugi wybór był zdecydowanie bardziej świadomy, ponieważ w tak zwany „wieczór alternatywny” miał wystąpić zespół The Dumplings, który, tak się składa, tworzą bliscy znajomi mojej córki, więc zwyczajnie nie wypadało przepuścić okazji. Oglądaliśmy więc tych The Dumplings, gdy nagle okazało się, że na zakończenie wieczoru występować będzie nie kto inny jak lider jednej z czołowych muzycznych gwiazd czasu Stanu Wojennego, zespołu Tilt, Tomasz Lipiński.
        Od razu muszę zaznaczyć, że gdy chodzi o zespół Tilt, osobiście jestem równie bezradny jak w przypadku Grzegorza Ciechowskiego i Republiki. Ja ich piosenki zwyczajnie lubię i tego nic nie jest w stanie zmienić. Tytuły takie jak „Mówię ci że”, „Runął już ostatni mur”, czy „Rzeka miłości”, to są piosenki których do dziś słucham z prawdziwą przyjemnością. Nie jest przy tym jednak tak, że nie będę tu dziś mówił tego co mi w duszy gra, a gra mi mianowicie to, że ów Tomasz Lipiński jest synem śp. Eryka Lipińskiego, a więc człowieka który, gdy chodzi o nie tylko PRL-owską przeszłość ma za uszami dużo za dużo. Ale i tu znów, nie chodzi mi tak naprawdę o to, kim był i czym się w swoim życiu odznaczył stary Lipiński, dlatego nie będę szperał w jego życiorysie, zostawiając to zajęcie naszym niezastąpionym antysemitom. Mój problem dotyczy wyłącznie Lipińskiego juniora, jego muzycznej kariery, a przede wszystkim jego występu na tegorocznym festiwalu polskiej piosenki w Opolu.
      Pierwsze co mnie zatem uderzyło, to fakt, że Tomasz Lipinski, decydując się przyjąć propozycję prezesa Kurskiego i wystąpić na festiwalu w Opolu, postanowił, że, aby dać sobie odpowiednie alibi, na tę okazję demonstracyjnie założy tęczową muszkę. Następnie, by owa muszka nie pozostała aż tak samotna i bez znaczenia, podczas samego już występu zrobił wszystko, by możliwie dyskretnie przekazać publiczności wiadomość, że wprawdzie Polska dziś znajduje się w uścisku faszyzmu, jednak trzeba wierzyć, że już wkrótce „słońce wyjrzy” i nastanie nowy dzień. Dodatkowo, zapowiadając swój występ, zapewnił, że on, jako stary punkrocker, zaczynał jako biedy młodzieniec, zagubiony w peerelowskich zakamarkach, bez pracy, bez celu i bez perspektyw. Mało tego. Gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, czemu Lipiński zdecydował się wziąć udział w imprezie w sposób jednoznaczny pisowskiej, zakomunikował ów ciekawy człowiek ze sceny, że festiwal w Opolu nie jest własnością „ani prezesów, ani ministrów”, ale Opola oraz Opolan. Cokolwiek by to miało znaczyć, ja mam tu dwie uwagi. Pierwsza a nich jest taka, że kiedy wspomnę lata 70, kiedy to Tomasz Lipiński kupił sobie pierwszą gitarę, nie jestem w stanie przestać myśleć o jego tacie, człowieku w znacznym stopniu trzęsącym wówczas polską kulturą. Druga z nich to ta, że nasz Tomek, mimo swoich powszechnie znanych politycznych przekonań, tu też manifestowanych przez wspomnianą tęczową muchę, zdecydował się wystąpić na, jak by nie było pisowskiej, imprezie – gdyby ktoś miał tu jakieś pytania, proszę sobie przypomnieć atmosferę z lata roku 2016 i towarzyszące jej nastroje i owych nastrojów efekty.
      No i rzecz trzecia. Oto na wezwanie prezesa Kurskiego Tomasz Lipiński stawia się w wyznaczonym miejscu i czasie ze swoją gitarą, gra trzy stare, jeszcze z lat 80. kawałki, jak się domyślam, oceniając nie tylko propagandowe koszta tej imprezy, inkasuje od TVP nie byle jaką gażę i... założywszy sobie na szyję tę głupią muchę, zaczyna coś bredzić na temat chmur, które muszą ustąpić, i tłumaczy nam, że on tu jest wcale nie ze względu na tych wszystkich „prezesów”, ale wyłącznie przez to, że to jest „festiwal polskiej piosenki”.
     Doprawdy, bardzo to zabawne. Słucham tego Lipińskiego – swoją drogą, po tych wszystkich latach, do tego stopnia operującego już jedynie najniższą częścią skali, że jego śpiew to już praktycznie tylko recytacja – i myślę sobie, że następny rok przyniesie nam z całą pewnością znacznie więcej radości. Wtedy najpewniej Kurskiemu uda się na swój festiwal ściągnąć samego Zbigniewa Hołdysa, żeby nam zaśpiewał „Nie płacz Ewka”, którego się jednak wcześniej uprzedzi, że jeśli tylko spróbuje choćby tak sobie od niechcenia politykować, nie dostanie ani grosza. A ten biedaczek podporządkuje się bez mrugnięcia okiem.
      Nie śmiem nawet marzyć, by po Hołdysie, jako gwiazda wieczoru wystąpiła Krystyna Janda i zaśpiewała nam wielką piosenkę wielkiego Marka Grechuty „Guma do żucia”. Za ile? A cóż to za pytanie? Wzięliśmy za pysk mafię vatowską, to nas stać.



Zapraszam wszystkich do czytania moich książek, które można kupić klikając w wybrane okładki tuż obok. Ewentualnie, jeśli ktoś sobie życzy osobistą dedykację, kontaktując się bezpośrednio pod adresem k.osiejuk@gmail.com.

wtorek, 18 czerwca 2019

Żydzi vs. Goje - remis ze wskazaniem


       Może niektórzy z nas pamiętają jak parę lat temu wspomniałem tu o pewnym placu przy ulicy Mickiewicza w Katowicach, na którym dawno, dawno temu stała wielka, przepiękna żydowska synagoga, a po tym jak ją Niemcy zrównali z ziemią i minęły kolejne długie lata, najpierw postawiono tam skromną tablicę upamiętniającą ową ponurą historię, a następnie zabudowano prowizorycznymi, śmierdzącymi budami, w których ruszyła sprzedaż tanich majtek, klapek, dresowych spodni, bluzek, biustonoszy i tego wszystkiego, czym się handluje w tego typu przybytkach. Czemu przyszło mi wtedy do głowy o tym ponurym targowisku w ogóle pisać? Otóż tak się zdarzyło, że przechodziłem tam, próbując się między tymi budami przedrzeć do przylegającego do owego placu ośrodka zdrowia i nagle trafiłem na wspomnianą tablicę... pomazaną swastykami oraz napisami w rodzaju „żydzi do gazu”. Wróciłem do domu, wziąłem twardą szczotkę, szmatę, jakiś płyn i na zaciekawionych oczach tych wszystkich bab, tablicę z tego gówna obmyłem.
      Później jednak zadałem sobie pytanie, jak to jest, że to akurat ja, a więc ktoś kto do spraw żydowskich ma stosunek w najlepszym wypadku obojętny, musiał się zatroszczyć o te malowidła. Ale mało tego. Pomyślałem też sobie od razu, że jak to jest, że ci, którzy, wydawałoby się, powinni być znacznie bardziej zainteresowani losami tego niezwykłego miejsca, w odróżnieniu ode mnie zdają się mieć kompletnie w nosie, co się tam dzieje.
      I tu przechodzimy do czasów jak najbardziej teraźniejszych. Otóż jest tak, że na Facebooku, gdzie jestem dość aktywny, czynna jest strona o nazwie „Śląsk jest śliczny”, którą jeszcze chwilę temu z pewną przyjemnością odwiedzałem. Co się tam dzieje? Dwie rzeczy mianowicie, czyli wrzucane są albo zdjęcia i komentarze dowodzące, jak rzeczywiście piękny jest Śląsk, albo sugerujące, że Śląsk, owszem, może być piękny, jednak tylko po warunkiem, że władzę przejmą tu szczerzy Ślązacy, najlepiej pod politycznym kierunkiem wytyczonym przez lokalną „Gazetę Wyborczą”, bo jak dotychczas region przynosi sobie wyłącznie wstyd. I oto parę dni temu pewien komentator zwrócił uwagę na fakt, że żydowski cmentarz na ulicy Kozielskiej jest dramatycznie zaniedbany i wyraził pretensje do władz miasta, że nic z tym nie robiąc, winne są zdrady żydowskiej pamięci. Napisałem więc komentarz, w którym zauważyłem, że żydowski cmentarz na ulicy Kozielskiej, jak długo sięgam pamięcią, zawsze był w ruinie, że za ową ruinę w najmniejszym stopniu są odpowiedzialne władze miasta i że skoro się zgadało, to proponowałbym, żeby się zastanowić, kto jest winien temu, że tak zwany Plac Synagogi przy ulicy Mickiewicza został przekształcony w brudne i śmierdzące targowisko, pochłaniający tę smutną pamiątkową płytę tak skutecznie, że nawet pies z kulawą nogą się nią nie zainteresuje. W tym momencie pojawił się człowiek nazwiskiem Piotr Fuglewicz, jak się już niedługo miało okazać, strony „Śląsk jest śliczny” administrator i nadzwyczaj przenikliwie zwrócił mi uwagę na fakt, że właścicielem placu nie jest Gmina Żydowska, lecz jakiś miejscowy restaurator, któremu Gmina ów teren sprzedała, bo bardzo potrzebowała pieniędzy. Kiedy ja na te wyjaśnienia odpowiedziałem, że widocznie Gminie bardziej niż na upamiętnieniu Pogromu zależało na postawieniu tych bud, zostałem poinformowany, że za szerzenie „antysemickich bredni” otrzymuję karnego tygodniowego bana. I w rzeczy samej owego bana otrzymałem.
      O co chodzi? Oczywiście nie o bana. Ów tygodniowy „jeżyk” na stronie „Śląsk jest śliczny”, jeśli mnie w ogóle obchodzi, to tylko ze względu na ową formę kary, tak w gruncie rzeczy zabawnej, a dla Fuglewicza będącej najwyraźniej powodem do osobistej dumy. To czy mi ten wesołek zakaże komentować na swojej stronie na Facebooku przez tydzień, pół roku, czy na zawsze, ja mam głęboko w nosie, natomiast chodzi mi po głowie inna, dość szczególna, refleksja. Otóż ledwie co wczoraj zamieściłem tu swój tekst z ostatniej „Warszawskiej Gazety”, w którym zbeształem tych wszystkich durniów, którzy nie są w stanie skomentować piłkarskiego meczu Polska – Izrael bez odwoływania się do swoich antysemickich emocji. Ludzi, którzy gdy słyszą, że Polska będzie grała w piłkę z Izraelem, natychmiast zaczynają wpadać w całą sekwencję idiotycznych szyderstw, z których przewodnim hasłem jest „lać Żydów”. Ludzi wreszcie zwyczajnie głupich. Zwyczajnie, zwyczajnie głupich. Dziś zatem chciałem wszystkich tych, którzy się moim wczorajszym tekstem poczuli urażeni, pocieszyć, że nie są sami. Po drugiej stronie mamy bowiem dokładnie to samo szaleństwo, to samo opętanie i dokładnie ten sam fundamentalizm, by nie powiedzieć najbardziej prymitywny ultracyzm. Nibyśmy to już wcześniej przerabiali, ale przynajmniej ja miałem właśnie przyjemność poczuć to szczególnie mocno.





poniedziałek, 17 czerwca 2019

Czy my przypadkiem nie jesteśmy idiotami?


Skoro przez kilka kolejne dni zajmowaliśmy się sprawami poważnymi, myślę, że nadszedł czas na chwilę zabawy, a skoro tak, to proponuję swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Powinno być dobrze.

      Przyznaję, że meczu piłkarskiego Polska – Izrael, nie oglądałem, a co gorsza, kiedy on się akurat toczył, ostatnią rzeczą, jaka mi chodziła po głowie, to był jego aktualny wynik. Czemu tak? Z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że ja bardzo lubię piłkę nożną, a w związku z tym nie mam przyjemności w oglądaniu meczów rozgrywanych przez drużyny trzeciorzędne, drugi natomiast związany był z faktem, że kiedy nasi chłopcy walczyli z Izraelem, to ja brałem udział w konsekracji pewnego kościoła i nawet gdybym chciał, to i tak bym o jakichkolwiek sportowych wydarzeniach nie pamiętał.
      Nie zmienia to jednak faktu, że zdarzyło mi się w miniony poniedziałek spędzić nieco czasu w Internecie, a tam życie się toczyło  jak zawsze. A przy tej okazji musiałem naturalnie zauważyć, jak to sam Internet przygotowywał się do wspomnianego meczu. I tu muszę uciec się do dygresji. Otóż gdy chodzi o bardzo popularnego na całym świecie Twittera, tam system sprowadza się do tego, że każdy użytkownik wybiera sobie pewną grupę użytkowników, z którą życzy sobie mieć kontakt i dalej porusza się już po ścieżkach, które sobie sam wybrał. Proszę sobie więc wyobrazić, że tam gdzie mój wzrok sięgał – a tu mam na myśli jednak lepszą część naszej sceny prawicowej – doszło do wydarzeń wręcz szokujących. Można było bowiem odnieść wrażenie, że podstawowa emocja, jaka się tam ujawniła, sprowadzała się do komentowania nadchodzącej wojny polsko-żydowskiej i to w sposób tak głupi i nie do zniesienia, że w pewnym momencie poczułem autentyczny wstyd, że to jest towarzystwo, które sam sobie wybrałem.
       W czym rzecz? Rzecz w tym, że ci wszyscy durnie stanęli wręcz na głowie, żeby przy okazji czegoś tak niepoważnego jak trzeciorzędny mecz piłkarski, dokumentnie zepsuć reputację, jaką z naprawdę wielkim trudem udało się Prawu i Sprawiedliwości, jako projektowi poważnemu, zdobyć w czasach naprawdę niełatwych. Jak słyszę, Polacy Izraelowi wlali  i to się oczywiście zdarza. Ktoś wygrywa, ktoś przegrywa. My natomiast dziś mamy już tylko jeden temat sprowadzający się z jednej strony do tego, że Pereira wystąpił w koszulce z liczbą 88, a tym samym oddał cześć Adolfowi Hitlerowi, a z drugiej, że Żydzi dostali od nas po nosie i co to będzie, gdy Polska teraz będzie musiała im wypłacić nie jakieś głupie 300 miliardów, ale dwa razy więcej.
      Pozostaje pytanie, skąd to wszystko się wzięło. Ktoś mógłby pomyśleć, że wszystko przez Pereirę i jakiś wpis PZPN-u na temat pogromu. Nieprawda. Moim zdaniem tego wszystkiego by nie było, gdyby nie kompletna histeria, nakręcona przez polską internetową prawicę w obliczu zbliżającego się meczu z Izraelem.
      Ja bym tylko miał na koniec jedną bardzo poważną uwagę. Otóż nie wierzę, by Samuel Pereira, przez wiele lat  gwiazda społecznościowych mediów, nie wiedział, z czym się kojarzą dwie ósemki.



Jak zawsze serdecznie wszystkich zachęcam do kupowania moich książek. Te które jeszcze są w ofercie można znaleźć w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Choćby klikając w okładki znajdujące się tuż obok.

       

niedziela, 16 czerwca 2019

I Love Hate


      Zwracałem już tu na to uwagę niejednokrotnie, ale cóż szkodzi powtórzyć? Otóż na tyle na ile udało mi się zorientować, zdecydowana większość czytelników tego bloga to są osoby o których można powiedzieć wiele, ale z całą pewnością nie to, że są tak zwanymi internautami. Cóż to oznacza dla nas? To mianowicie, że oni mają przeróżne zajęcia, z których czytanie tego, co ja tu od ponad dziesięciu lat zamieszczam stanowi zaledwie maleńki ułamek codziennych zajęć, a to z kolei oznacza, że oni również nie są zainteresowani tym, co się w Internecie wyprawia poza tym blogiem.
      Dla nich własnie mam dziś informację o tym, że na Twitterze, o czym oni musieli kiedyś tam słyszeć, bardzo ostatnio jest aktywny człowiek nazwiskiem Wojciech Jabłoński. O Wojciechu Jabłońskim kilka lat temu słyszeliśmy wszyscy, a to z tego powodu, że on był systematycznie goszczony w telewizji TVN24, jako tak zwany „niezależny ekspert”, który jednak niezmiennie reprezentował polityczne racje wyrażane przez Prawo i Sprawiedliwość. Mówiąc krótko i szczerze Jabłoński był nasz.
      Otóż dziś ów Jabłoński, swoją drogą pracownik Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzi swój twitterowy profil w jednym tylko celu: chodzi o to, by produkować najbardziej bezwzględny w swoim okrucieństwie hejt pod adresem PiS-u właśnie. Jeśli ktoś miał choćby pobieżnie, niekoniecznie bezpośrednio, okazję przyjrzeć się temu co się dzieje w Internecie, wie, na czym polega wspomniany hejt, choćby przy ostatniej okazji, okrutnej śmierci pewnej 10-letniej dziewczynki. Gdy jednak chodzi o Jabłońskiego, to co on na okrągło, dzień w dzień, produkuje, to wręcz hejtu parodia. Jego komentarze to przejaw czegoś tak potwornego, że ktoś, kto widzi to po raz pierwszy gotów jest zacząć wrzeszczeć. To natomiast co w tym najciekawsze, to fakt, że on to robi całkowicie bezkarnie, z nadzwyczajnym samozadowoleniem i z wręcz demonstrowaną pewnością, że jest w pełni chroniony. Czemu tak?
      Otóż, jak się możemy domyślać, uważnie obserwując owe komentarze, ale również z różnych informacji znalezionych w Internecie, Jabłoński, w ramach swojej habilitacji, prowadzi naukowy eksperyment pod nazwą „Hejt w Internecie”, w ramach którego, samemu hejtując, uruchamia hejt kolejny, bardziej już powszechny i niekiedy jeszcze większy. Czemu on się zdecydował na PiS, nie musimy się zastanawiać. Każdy kto ma jako takie pojęcie na temat tego, jak się rozkładają nasze polityczne emocje, wie, że przeciwna strona z punktu widzenia projektu Jabłońskiego byłaby kompletnie bezużyteczna. Jeśli jednak celem jest Prawo i Sprawiedliwość, mamy prawdziwą eksplozję czegoś, czego słowa „nienawiść”, czy „pogarda” nie są w stanie objąć.
        Obserwuję owego Jabłońskiego od dłuższego czasu i o ile na początku przyglądałem się temu eksperymentowi z uwagą, dziś odnoszę wrażenie, że poziom zła, jaki z jego komentarzy wychodzi – jak już wspomniałem wcześniej, zła wręcz karykaturalnego – nie znajduje żadnego usprawiedliwienia. Mało tego. Mimo że Jabłoński, jak sądzę człowiek w pełni wyrachowany i skupiony na swoim projekcie, ma wyobraźnię naprawdę rozległą, to jednak, co z mojego punktu widzenia jest prawdziwie fascynujące, to internauci, których ten zachęcił do rozmowy. Gdy chodzi o Jabłońskiego, ja nawet biorę mocno pod uwagę, że on, wchodząc w to coś, w pewnym momencie zwyczajnie zwariował i dziś nawet nie kontroluje tego, co robi, gdy chodzi jednak o jego fanów, mamy do czynienia z ludźmi jak najbardziej prawdziwymi i szczerymi.
       Czytałem wczoraj komentarze na jego profilu i w pewnym momencie trafiłem na użytkownika podpisującego się Greg ‘Derduch’ Köhler i nagle zrozumiałem, że gdy zestawimy ze sobą zwykłą pracę naukową i jej wynik, to może się okazać, że z jednej strony mamy zaledwie pomysł, po drugiej natomiast stronie pojawia się prawdziwe mięso. Pieprzyć zatem, że się tak nieładnie wyrażę, Jabłońskiego, zwłaszcza że, jak już wspominałem, wcale nie wiemy, czy on w ramach swoich uniwersyteckich zajęć nie dostał zwykłego pomieszania zmysłów. To co nas dziś interesuje znacznie bardziej, to potwór, któremu on, chcąc nie chcąc, dał życie. Posłuchajmy owego Köhlera. Od góry, po kolei:
To zero ziobro piszemy z małej litery. W szkole was nie uczyli? To proste: szydło, gówno, ziobro, duda, sedes, mocz - piszemy z małej litery”.
Kiedy tłuką się dwie kobiety w ciąży, to tak, jakby gówniaki walczyły w robotach bojowych”.
Kryśka Pawłowicz już jest wkurwiona, bo Playboy odmówił jej rozkładówki”.
Jarosław Kaczyński był przezywany w dzieciństwie ‘osrajnoga’ i był napierdalany równo przez wszystkich. Jestem dumny, że mój ojciec także znęcał się nad tym jebanym karłem”.
Samsung Galaxy S10plus to pierdolony złom i chujnia. Jak nim zaraz zapierdolę to się chujostwo rozjebie na 10000 kawałków. Takiego kurwa zlomu to jeszcze nie miałem. Poza iPhone naturalnie. Co za gówno jebane!
Jarosław Kaczyński mam dla ciebie gnomie dobrą wiadomość: Raz w dupę to nie pedał. W twoim wypadku nalezy dopisać ‘dziennie’”.
Jeżeli Tusk odpuści Hitlerowi kłamstwa i pomówienia, to jest taką samą pizdą jak i PiSlerowcy. Hitler musi za swoje odpowiedzieć, nie wolno kurwie odpuszczać”.
Pierdolony polski motłoch. Jedne chuje zagłosowały na reżim zbrodniczy, drugie kurwy zostały w domu. I macie, Hitler znowu was wydymał. Jebać was. W dudę. Brudnym ziobrem. I niech wam brudziński buty zapierdoli. O!
Każdemu kto głosował na reżim popierdolonych kato-faszystów i karla, najserdeczniejsze życzenia, z głębi serca: Żeby was chuj upalił!
      Gdyby ktoś uznał, że słowa nie ranią, wspomnę tylko, że tam, owszem, jest też filmik pokazujący długo i przeciągle, jak się ostrzy nóż, ale też odpowiednie obrazki, takie choćby jak ten:




      Ktoś mnie spyta, czemu ja to robię. Czemu publikuję komentarze człowieka najwyraźniej psychicznie chorego. Otóż powody są dwa i moim zdanie wystarczająco dobre na moje usprawiedliwienie. Pierwszy to taki, że ostatnio strasznie dużo się mówi o hejcie, również w Internecie, i o tym, że należy z nim walczyć. Otóż każdy kto choćby owego Internetu liznął, wie, że jedynym rozwiązaniem jest systemowe ograniczenie dostępu, tak jak to ma miejsce choćby w Chinach. W obecnej sytuacji jedyne na co można liczyć, to to, że pozamyka się konta, gdzie pojawiają się sugestie, że „Bóg, Honor i Ojczyzna”, ewentualnie że „Pan Bóg stworzył człowieka kobietą i mężczyzną”, no a resztę trzeba koniecznie zostawić, w taki sposób, by słowa Donalda Tuska o tym, że „oni mają media, a my mamy Internet”, mogły mieć jakiś sens.
     Druga rzecz jest, moim zdaniem, znacznie ciekawsza i tu muszę wrócić do Wojciecha Jabłońskiego. To co mnie absolutnie zadziwia, to fakt, że ów Jabłoński faktycznie został zaakceptowany przez mainstream, w tym sensie, że podczas gdy jego ekscesy robią wrażenie niewiele mniejsze niż cytowane powyżej, on pozostaje całkowicie nietykalny. O tym, co on prezentuje, wszelkie media milczą, tak jakby doskonale wiedziały, że mają do czynienia z pracownikiem uniwersytetu, a kto wie, czy nie z kimś zaprzyjaźnionym, kto prowadzi naukowy eksperyment. Niedawno tylko, po tym jak Jabłoński brzydko się wyraził o pani poseł Pawłowicz, jednym krótkim komentarzem zareagował portal wpolityce.pl.
      Rozumiem, że o Jabłońskim usłyszymy powszechnie, kiedy ktoś kogoś zwyczajnie zaszytyletuje. Nożem naostrzonym przez jego znajomego z projektu, Grega ‘Derduch’ Köhlera.

piątek, 14 czerwca 2019

Ksiądz Rafał Krakowiak o Kościele postawionym na jaspisie


Nad prezbiterium świeżo konsekrowanego kościoła w Ludomach znajduje się niewielki obraz przedstawiający nagie Dzieciątko Jezus, którego szyja przyozdobiona jest czerwonymi koralikami. Mieliśmy tu już ponad sześć lat temu okazję czytać o tych koralikach, ów tekst został również zamieszczony w mojej książce z listami od śp. Zyty Gilowskiej, dziś już póki co niedostępnej, by zamknąć jednak odpowiednio ów tryptyk na temat owej niezwykłej konsekracji, przypomnę tamten tekst, napisany specjalnie dla nas przez naszego księdza Rafała Krakowiaka. Jest to długa lektura, ale mam nadzieję, że sobie jakoś z tym poradzimy. Bardzo polecam, tym zwłaszcza, którzy pojawili się tu bardziej niedawno.

      



      Niniejszym tekstem chciałbym dołączyć do grona tych wszystkich dobrych ludzi („naszych” i „nie-naszych”), którzy próbują odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego słońce świeci?”. Zajmowanie się powyższym pytaniem jest samo w sobie czymś nader niewdzięcznym, zwłaszcza jeśli o wyjaśnienie powyższej kwestii zabiegają „najprymitywniejsi członkowie ekipy budowlanej, którym nie zależy na nikim i niczym”, a takiego biednego żuczka jak ja, z lubością „wdeptali by w ziemię okutym trzewikiem”. Moją złą sytuację na starcie pogłębia też okoliczność, że usiłując odnieść się do zapodanego na wstępie pytania, będę odwoływał się do treści pewnego świętego wizerunku. Trzeba zaś wam wiedzieć, że ostatnio w kontekście rzeczonych świętych obrazów poprztykałem się głupio z Krzysztofem Osiejukiem i z Coryllusem (bo – zarazy jedne – stawiali się, gdym im rozmaite rzeczywiste, bądź domniemane bezeceństwa wytykał), co jest sytuacją mało fajną, zwłaszcza jeśli Coryllus spełni swoją groźbę i będzie się odgryzał. Cóż… Będzie, co będzie.
      Przechodząc do ad remu, chciałbym nie tyle podywagować sobie na temat: „dlaczego abdykował papież i kto będzie następnym”, co raczej spróbować uspokoić tych wszystkich, którzy martwią się (myślę, że szczerze) o nasz jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Skąd wiem, że owo zmartwienie jest szczere? A choćby stąd, że wielu zainteresowanych tematyką solarną odczuwa lęk na samą myśl, że papieżem może zostać np. Jego Eminencja kardynał Nycz, bądź też inny poszukiwacz prawdy, mający prawo do noszenia kardynalskiego kapelusza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że owi lękający się najprawdopodobniej pamiętają o słowach Chrystusa skierowanych do Księcia Apostołów: „Ty jesteś Piotr [Skała], i na tej Skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą” – tym niemniej, mimo owej pamięci, lękają się. Dlaczego ta piękna obietnica zawarta w Słowie Bożym, nie uspokaja wszystkich przestraszonych? Może mają małą wiarę? To pewnie też, ale przede wszystkim – jak sądzę – owi dobrzy, zatroskani o Kościół ludzie czują, że powyższe zdanie Zbawiciela jest zaledwie skonstatowaniem faktu, że słońce świeci, natomiast nie ma w nim wyjaśnienia, dlaczego świeci.
      Spróbujmy więc przysłowiowo schwycić przysłowiowego byka za przysłowiowe rogi i zmierzmy się ze stojącym przed nami problemem.
      Zacznijmy od obrazu:





      Jak można zauważyć, jest to właściwie fragment obrazu. Dla ciekawych reszty, krótkie wyjaśnienie: na delektowanie się całością trzeba będzie poczekać, a załatwili wam to Coryllus z Toyahem swoimi niedzielnymi tekstami o świętych wizerunkach. I tak możecie się cieszyć, że w ogóle cokolwiek widzicie. Widzicie zaś obraz namalowany najprawdopodobniej w XVIII (góra w XVII) wieku, będący kopią wizerunku Madonny z Dzieciątkiem, który to wizerunek pochodzi z końca wieku XIV. Obraz jest bardzo piękny, a sporządzono go w taki sposób, by mówił o bardzo wielu ciekawych sprawach. Nas jednak w tej chwili interesuje z tego wizerunku tylko Dziecię Jezus, a mówiąc ściśle, naszyjnik spoczywający na piersi Zbawiciela.
Ten naszyjnik jest czymś bardzo frapującym. Widziałem już bowiem w życiu trochę tego typu obrazów, ale przyznam się, że po raz pierwszy spotkałem się z przedstawieniem małego, nagiego Jezusa, który byłby przyozdobiony jakąś biżuterią. Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że nie wszystko widziałem i nie o wszystkim wiem i być może takich obrazów jest całe mnóstwo. Tym niemniej, po zasięgnięciu opinii znajomych historyków sztuki śmiem twierdzić, że tego rodzaju przedstawienie osoby Chrystusa jest nie tylko wyjątkowe (zwłaszcza w sztuce średniowiecznej), ale też najzwyczajniej w świecie dziwne.
By jakoś uporać się z ową dziwnością, pokazywałem różnym mądrym ludziom rzeczony obraz i prosiłem ich, by kwestię naszyjnika jakoś zracjonalizowali. Niestety, owi specjaliści w interpretacji tego co widzą nie wychodzili poza konstatacje typu: „kolare korolu kolorowego”, lub: „talizman chroniący przed złym urokiem”. Na tego rodzaju ekspertyzy można było tylko wzruszyć ramionami, co zresztą w żaden sposób nie przybliżało mnie do wyjaśnienia tajemnicy Jezusowego naszyjnika.
      Przełom nastąpił w momencie, gdy obrazowi przyjrzał się mój dobry znajomy – geolog z zawodu i upodobania. Otóż wysunął on przypuszczenie, że ów wisior to po prostu naszyjnik z jaspisu. W tym momencie wszystko zaczęło mi się w głowie układać. Byłem uszczęśliwiony: „Jaspis. JASPIS! Coś pięknego! Jak mogłem o tym nie pomyśleć? No normalnie coś niesamowitego!”
      Czy szanowni czytelnicy rozumieją mój entuzjazm? Myślę, że tak! Bo przecież każdy wie, że wśród szlachetnych (bądź uchodzących za szlachetne) kamieni wymienianych przez Biblię, jaspis zajmuje poczesne miejsce. W Starym Testamencie jaspis jest wymieniany jako jeden z elementów, składających się na uroczyste szaty arcykapłana (Wj 28,2-4; 15-21). I już w tym momencie spotykamy się z czymś zadziwiającym. Bo jeśli prawdą jest, że ukazany na obrazie naszyjnik jest wykonany z jaspisu, to biorąc pod uwagę fakt, że Arcykapłanem Nowego Testamentu jest Chrystus (o czym poucza nas Duch Święty w Liście do Hebrajczyków), musimy dojść do wniosku, że autor (bądź zleceniodawca) interesującego nas obrazu, wykazał się wyjątkowej subtelności teologiczną intuicją: Arcykapłan Nowego Testamentu, z całego przepychu szat arcykapłana Starego Testamentu zachował dla siebie tylko jaspis. A postaramy się wykazać, że Chrystus naprawdę innej szaty – poza jaspisem – nie przyodziewa.
Nim to nastąpi, weźmy głęboki oddech, zapomnijmy na chwilę o szlachetnych i niekoniecznie szlachetnych kamieniach i porozmawiajmy o św. królowej Jadwidze. Dlaczego właśnie o niej? Na pewno nie dlatego, że Coryllus pisze 3 część Baśni jak niedźwiedź, do czego – jak podsłuchałem – potrzebna mu jest wiedza o pożyczce, którą Siemowitowi IV udzielili krakowscy Żydzi po to, by ów dziarski, mazowiecki książę mógł sfinansować planowany przez siebie ślub z Adegawenką. O krakowskich starozakonnych wiem niewiele, ale gdyby nie to, że Coryllus się na mnie nastroszył, to bym mu podpowiedział, że Siemowita finansował też toruński rajca Olbracht Rues (Albrecht Russe), czyli po prostu Hanza, a gdy projekt pod tytułem: „Piast mężem Jadwigi i królem Polski” nie wypalił, wierzyciel ów domagał się od księcia zwrotu długu. A domagać się czegoś takiego od wiecznego gołodupca, którym był władca Mazowsza, nie było czymś łatwym. Dość powiedzieć, że zniecierpliwiony Olbracht zażądał w końcu pieniędzy od żyranta długu, którym okazał się być wojewoda kaliski Sędziwój z Szubina, jeden z najważniejszych w Królestwie Polskim ludzi, swego czasu zwolennik osadzenia księcia mazowieckiego na polskim tronie. Sprawa długo się wlokła. Jeszcze w 1400 roku Siemowit z jednej strony zapewniał Sędziwoja, że dług dawno został spłacony, a z drugiej strony dyskretnie prosił rajców Torunia, aby wpłynęli na Olbrachta, żeby ten zawiesił swe roszczenia wobec pana wojewody na czas aż do dwu tygodni po zapustach. Nie ma co gadać: ludzki pan ów Siemowit, ludzki pan…
      Jak wspomniałem, podpowiedziałbym to wszystko Coryllusowi, ale ponieważ on się na mnie nastroszył i jeszcze groził, że się będzie odgryzać, to niech obejdzie się smakiem (ha, ha).
      Czy ta historia o Siemowicie, Sędziwoju i Olbrachcie ma cokolwiek wspólnego z interesującym nas obrazem, a przede wszystkim z jaspisowym naszyjnikiem? Nic mi o tym nie wiadomo. To był tylko taki wtręt, żeby Coryllusa zniechęcić do gryzienia…
Wiem natomiast o bardzo silnych danych (szczegóły owych danych możemy w tej chwili pominąć), które świadczą o tym, że nasz obraz ma coś wspólnego z Rokiem Pańskim 1398, oraz z osobami: św. Brygidy Szwedzkiej i biskupa krakowskiego Piotra Wysza, herbu Leszczyc. To wszystko zaś – czyli rok 1398, św. Brygida, bp Piotr Wysz – kieruje naszą uwagę na wspomnianą wcześniej św. Jadwigę Andegaweńską.
      W tym miejscu warto wyjaśnić, że w odróżnieniu od roku 1398 i św. Brygidy, Piotr Wysz nie jest bohaterem naszej opowieści. Pojawia się on tutaj tylko i wyłącznie po to, by skojarzyć obraz (którego najprawdopodobniej – być może dzięki darowiźnie św. Jadwigi – był właścicielem) z postacią królowej. Dla porządku jednak wspomnijmy, że ów znakomicie wykształcony człowiek, był najbliższym, zaufanym współpracownikiem Jadwigi, jej opiekunem i moralną podporą, oraz szefem (niekoniecznie formalnym) jej kancelarii, a po śmierci świętej władczyni został wykonawcą jej testamentu. Był znany z bezwzględnego oddania dla królowej, w odróżnieniu od drugiego, ważnego w kancelarii Jadwigi człowieka, to jest Wojciecha Jastrzębca, który znany był z tego, że na jej dworze był człowiekiem Jagiełły i Witolda i z ich poruczenia miał oko na Andegawenkę. Ten to Wojciech stał się w czasie panowania króla Władysława żywym dowodem na to, że wierność wobec Jadwigi (choć świętą była osobą) jest z jakichś tajemniczych względów czymś zupełnie bez znaczenia, natomiast wierność wobec monarchy i jego litewskiego kuzyna jest nader korzystna. Przekonał się o tym właśnie Piotr Wysz, którego Wojciech, gangsterskim chwytem, przy poparciu Jagiełły i Witolda, w 1412 roku pozbawił urzędu biskupa krakowskiego, po czym sam ów urząd objął. Moment ten stał się początkiem oszałamiającej kariery polityczno-ekonomicznej rodu Jastrzębców w Królestwie Polskim, podobnie jak upadek Piotra Wysza stał się początkiem oszałamiającej, polityczno-ekonomicznej degrengolady rodu Leszczyców (podnieśli się dopiero pod berłem Prusaków).
      Piszę o tym po to, byśmy sobie uprzytomnili, że św. Jadwiga przeżywała wielkie trudności nie tylko dlatego, że musiała zrezygnować z miłości swego życia, wyjść za mąż za znacznie od niej starszego, nieokrzesanego Litwina, oraz znosić złe języki opowiadające o przyczynach jej rzekomej bezpłodności. To wszystko były głupstwa w porównaniu z cichą, ale zajadłą (ze strony Jagiełły) i pełną dystansu (ze strony Andegawenki) rywalizacją dwóch królewskich kancelarii, a przede wszystkim w porównaniu z tym, co Jadwiga – osoba głęboko wierząca i kochająca Kościół – musiała przeżywać jako ta, która swego męża i poddany mu litewski naród, do tegoż Kościoła miała przyprowadzić. Wszystko bowiem wskazuje na to, że królowa uznawszy za swoją życiową misję chrystianizację (w wersji katolickiej) Władysława oraz Litwy – nie mogła się z tym zadaniem uporać. Jadwiga czuła, że choć formalnie wszystko wygląda całkiem nieźle: Jagiełło przyjął chrzest, chrzest przyjął też Witold i bojarzy litewscy, budowano na Litwie kościoły, a papież ustanowił w Wilnie biskupstwo – to jednak do właściwego opisania tej sytuacji lepiej nadają się słowa Boga Jedynego, który poprzez proroka Izajasza tak się żalił: „Ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie”. Królowa widziała, że chrzest i przynależność do Kościoła są dla Władysława i pozostałych Litwinów bogactwem – ale tylko i wyłącznie w wymiarze politycznym, ekonomicznym, ewentualnie kulturowym. W wymiarze duchowym natomiast… W ogóle można mieć wątpliwości, czy Jagiełło i jego poddani o wymiarze duchowym myśleli. A skoro nie myśleli – jednocześnie zachowując dla pragmatycznych, doczesnych względów zewnętrzną, chrześcijańskiego kształtu poprawność – to tym samym nie myśleli o własnym zbawieniu. Tego rodzaju sytuacja, musiała być dla tak pobożnej osoby jak Jadwiga, czymś nader przerażającym.
      Można sądzić, że królowa w czasie 15 lat swego panowania, podejmowała nieustanny wysiłek (i wszystko w jej życiu temu wysiłkowi było podporządkowane), by tak jej mąż, jak i naród litewski, przylgnęli sercem do Chrystusa i do Jego Kościoła. Ale niestety – wszystko wskazuje na to, że św. Jadwiga tej szczęsnej sytuacji nie doczekała.
      Dlaczego św. Jadwiga nie doświadczyła tej radości, by chrystianizowani za jej przyczyną Litwini (z jej królewskim małżonkiem na czele), czcili Boga nie tylko wargami, lecz także sercem przylgnęli do Chrystusa i Jego Kościoła? Powód był trywialny: jest bardzo trudno być blisko Chrystusa, a przynależność do Jego Kościoła traktować jako wielkie szczęście w sytuacji, gdy słudzy tegoż Chrystusa reprezentujący ów Kościół, są powodem nieustannego zgorszenia.
      Cóż takiego działo się wtedy w Kościele, że Litwini (i zresztą nie tylko oni) byli tak bardzo zgorszeni? Powodów, by to co dzieje się w Kościele było dla kogoś źródłem zgorszenia, jest zawsze bardzo wiele i jest to sytuacja stała, poniekąd ponadczasowa. Przełom wieku XIV i XV był jednak pod tym względem czasem szczególnym i trzeba przyznać, że poganin czy neofita litewski, gdy patrzył na ówczesny Kościół widział coś, czego św. Jadwiga najprawdopodobniej głęboko się wstydziła.
       Na nasz użytek zajmijmy się tylko tymi sprawami, które królową zawstydzały najbardziej. A spraw takich było dwie. Pierwsza dotyczyła Krzyżaków. Pamiętamy z lekcji historii, że rozwiązanie kwestii krzyżackiej było dla Litwinów – w wymiarze politycznym, gospodarczym a także najbardziej dosłownym – sprawą życia i śmierci. Rozwiązanie tej kwestii stanowiło też dla Jadwigi sprawę życia i śmierci: życia wiecznego, bądź śmierci wiecznej dla Litwinów i nie tylko Litwinów. Było bowiem czymś oczywistym, że trudno jest zaufać Kościołowi, którego reprezentantami są bracia zakonni w płaszczach z czarnymi krzyżami. Przez te osławione czarne krzyże na płaszczach, Krzyż, jako święty znak wiary naszej, źle się Litwinom kojarzył. Źle się też kojarzył sam Chrystus, skoro tolerował zbrodnie i niesprawiedliwości popełniane przez swoje sługi z Malborka.
      Jadwiga była tego wszystkiego świadoma i rozumiała, że Litwie z chrześcijaństwem będzie źle dopóty, dopóki Krzyżacy radykalnie się nie zmienią, bądź też z tych czy innych względów nie znikną. Królowa nie miała nadziei, że potężny ekonomicznie i militarnie zakon, ni stąd ni zowąd zniknie z Prus, natomiast całkiem poważnie spodziewała się, że wobec akcji misyjnej prowadzonej na Litwie przez Polskę, Krzyżacy ograniczą swoją zaborczość, uznają w Litwinach swoich braci w wierze i w ogóle ukażą światu, że wzorując się na Chrystusie są „łagodnego i pokornego serca”. By do takiej zmiany w braciach zakonnych doprowadzić, Jadwiga chętnie się z Krzyżakami spotykała, dobrym słowem przekonując ich do zmiany swego postępowania. Prowadziła też z nimi ożywioną korespondencję, zwłaszcza z Wielkim Mistrzem, Konradem von Jungingen. Często też w ich intencji się modliła. Zakonni rycerze byli wobec królowej bardzo uprzejmi, ale jej zabiegami wokoło ich poprawy zupełnie się nie przejmowali.
      Czy Jadwiga się zniechęciła? Nic na to nie wskazuje, natomiast jest faktem, że z biegiem czasu postawę Krzyżaków święta królowa zaczęła postrzegać jako coś, co musi być ukarane – by sprawiedliwości stało się zadość i by karany opamiętał się i nawrócił. Na ową myśl (dość obrazoburczą w owych czasach) naprowadziła ją najprawdopodobniej lektura tekstów „Objawień” św. Brygidy Szwedzkiej, wielkiej mistyczki zatroskanej o Kościół Święty. Jedną z przyczyn owej troski był także zakon krzyżacki, o którym Chrystus powiedział Brygidzie co następuje: „Umieściłem ich [Krzyżaków] na kresach chrześcijaństwa, lecz oto już walczą przeciwko mnie nie dbając o dusze, nie współczują ciałom nawróconym na wiarę katolicką, uciskają ich pracami, pozbawiają dziedzictwa i z większym bólem posyłają ich do piekła niż gdyby trwali w pogaństwie; walczą też jedynie, by się w pychę pomnożyli i powiększyli w chciwość. Dlatego nadejdzie dla nich czas, a połamane będą zęby ich; prawica będzie okaleczona i podcięta ich prawa noga, by poznali siebie i żyli”.
      Jadwiga zadbała, by ta wypowiedź Chrystusa o Krzyżakach, przekazana przez św. Brygidę, stała się znana w Polsce i na Litwie. I słowa te stały się źródłem nadziei dla wielu ludzi, przede wszystkim tych, których zakon krzyżacki bardzo gorszył. Królowa zaś ową nadzieję jeszcze wzmocniła, gdy w Roku Pańskim 1398, podczas spotkania w Toruniu z krzyżackimi dostojnikami, rozgniewana ich uporem i butą, powiedziała do nich: „Wprawdzie ja, za życia mego powstrzymam prawicę mego małżonka, lecz po mojej śmierci, z wyroków Bożych straszna was czeka kara za to, że tak zaciętymi staliście się wrogami swoich panów, z których łaski chlebem, jałmużną i nadaniami żyjecie, a za doznane dobrodziejstwa, za udzielone sobie ziemie i posiadłości odpłacacie się krzywdami. Niechybna wojna przyniesie wam zagładę!
Mocna rzecz! Istnieją świadectwa, że zwycięstwo pod Grunwaldem, ówcześni ludzie przyjmowali jako potwierdzenie prawdziwości przepowiedni św. Brygidy i proroctwa św. Jadwigi – przepowiedni i proroctwa, które mówiły nie tyle o klęsce militarnej zakonu krzyżackiego, co przede wszystkim o oczyszczeniu Kościoła z tego co brudne i podłe.
W ten sposób doszliśmy do punktu, w którym – zanim zajmiemy się drugą sprawą będącą źródłem zgorszenia dla chrześcijan i dla kandydatów na chrześcijan – warto powrócić do kwestii jaspisowego naszyjnika. Popatrzmy jeszcze raz, na interesujący nas obraz:



       Wspomnieliśmy już tekstach Starego Testamentu mówiących o jaspisie. A cóż o owym kamieniu mówi Nowy Testament? Poczytajmy:
      Przyszedł jeden z siedmiu aniołów, […] i tak się do mnie odezwał: «Chodź, ukażę ci Oblubienicę, Małżonkę Baranka». I uniósł mnie w zachwyceniu na górę wielką i wyniosłą i ukazał mi Miasto Święte – Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego, jakby do JASPISU o przejrzystości kryształu: Miało ono mur wielki a wysoki, miało dwanaście bram, a na bramach – dwunastu aniołów i wypisane imiona, które są imionami dwunastu pokoleń synów Izraela.[…]. A mur Miasta ma dwanaście warstw fundamentu, a na nich dwanaście imion dwunastu Apostołów Baranka. […]. A mur jego jest zbudowany z JASPISU, a Miasto – to czyste złoto do szkła czystego podobne. A warstwy fundamentu pod murem Miasta zdobne są wszelakim drogim kamieniem. Warstwa pierwsza – JASPIS, druga – szafir, trzecia – chalcedon, czwarta – szmaragd, piąta – sardoniks, szósta – krwawnik, siódma – chryzolit, ósma – beryl, dziewiąta – topaz, dziesiąta – chryzopraz, jedenasta – hiacynt, dwunasta – ametyst.” (Ap 21, 9-20)
Cóż widzimy w tym opisie? Widzimy Kościół Święty (Oblubienicę, Małżonkę Baranka) takim, jakim jest On w rzeczywistości. W tej chwili, oczy naszych ciał wspaniałości tej rzeczywistości jeszcze nie dostrzegają. Owe oczy skalibrowane są raczej na obserwację w Kościele tego, co wiąże się ze wspomnianymi wcześniej brudami i podłościami. Ale gdy nastanie wieczność, zasłona przykrywająca w tej chwili nasze oczy zostanie zdjęta i zobaczymy rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, czyli zobaczymy na przykład to:



        Zobaczymy oczywiście nie jakąś nędzną grafikę, czy prostacki schemat, ale coś, co swoją wspaniałością nieskończenie ową grafikę przewyższa i jest opisywanym przez Apokalipsę fundamentem Kościoła. Odnosząc powyższy schemat do wymienianych przez św. Jana szlachetnych kamieni, ów fundament przedstawia się mniej więcej tak:



       Fajne, prawda? Wspomniany wcześniej znajomy geolog, gdy przy jakiejś kolejnej okazji pokazałem mu ten schemat, pochwalił mnie za w miarę trafny dobór barw, ale jednocześnie kręcił głową i mówił, że w tym zestawie kamieni, jeden z nich do całej reszty nie pasuje. I zupełnie niespodziewanie powiedział – a było to jakby mi ktoś nóż w serce wkładał – że w tym zbiorze kamiuszków:) do całości nie pasuje jaspis.
      Jaspis? Jaspis nie pasuje? Jak może nie pasować? Dlaczego? Może ktoś z klasy wie?...
Jeśli nikt nie wie, to już wyjaśniam: otóż według geologa jaspis jest tutaj czymś odrębnym, ponieważ wszystkie kamienie od ametystu po szafir są minerałami, natomiast jaspis, jako jedyny w tym zestawie, jest skałą (czyli – upraszczając – zbiorem minerałów). Tego rodzaju informacja okazała się być ostatecznie nie nożem lecz balsamem dla mojego serca, ponieważ jaspis, choć z geologicznego punktu widzenia gryzł się trochę z minerałami, to jednak z teologicznego punktu widzenia był tam, gdzie być powinien, co w końcu potwierdził i geolog (pracujący na co dzień jako specjalista od fundamentowania), gdy dowiedział się, że przedstawiona wyżej grafika jest schematem fundamentu. „Skała na spodzie, jako podłoże. Bardzo dobry fundament.” – skwitował całą sprawę.
      By nie przedłużać i by wszystko stało się dla nas jasne, odnieśmy teraz naszą grafikę do imion Apostołów (czego zresztą chrześcijańska Tradycja już dawno nie omieszkała uczynić) i popatrzmy na to:



       Aż chce się w tym momencie po raz kolejny przytoczyć słowa Chrystusa: „Ty jesteś Piotr [Skała], i na tej Skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”.
Powiedzieliśmy w części pierwszej, że powyższe słowa są konstatacją faktu, że słońce świeci. Nas jednak interesuje to, dlaczego świeci, czyli dlaczego bramy piekielne owej skały nie przemogą? Jedna z odpowiedzi na to pytanie znajduje się na obrazie Matki Bożej z Dzieciątkiem, namalowanym być może na polecenie św. Jadwigi: diabeł ze swymi sługami nie mogą zwyciężyć Kościoła, ponieważ jego fundament (piotrowa skała) jest oparty o pierś Zbawiciela. I nie ma takiej siły (materialnej bądź duchowej), która byłaby w stanie ową pierś Chrystusową spod jaspisu usunąć. I nawet jeśli Piotrowi, bądź jego Następcom odbija, to i tak Jezus zawsze jest przy nich – inaczej mówiąc: jaspis, nawet gdyby chciał, to i tak nie jest w stanie oddzielić się, oderwać od Chrystusa.
      A propos frazy: „jeśli Piotrowi, bądź jego Następcom odbija” – powróćmy do sług Chrystusa tworzących Jego Kościół, a będących – w czasach królowej Jadwigi – powodem nieustannego zgorszenia dla chrześcijan i kandydatów na chrześcijan. Mówiliśmy już o Krzyżakach, pora teraz opowiedzieć o drugim kościelnym nieszczęściu, na myśl o którym, św. Jadwiga odczuwała głębokie zawstydzenie. Owym nieszczęściem była oczywiście wielka schizma zachodnia, do której doprowadziła pycha, żądza władzy, chciwość, lekkomyślność, strach, upór, skłonność do okrucieństwa i tym podobne, przyjemne ludzkie przywary. Owa schizma podzieliła chrześcijan, a Kościół długo nie mógł się z nią uporać. Na czym polegał problem? A choćby na tym, że królowa Jadwiga panowała w czasach pontyfikatów czterech papieży, z których dwóch było antypapieżami. Ale jak rozpoznać, który jest ten prawdziwy, a który nie?
      Uczeni teologowie i prawnicy różnie na ten temat się wypowiadali, a i ludzie uchodzący za świętych i później przez Kościół kanonizowani, rozmaitych dokonywali wyborów (np. św. Katarzyna ze Sieny popierała Urbana VI; św. Wincenty Ferreriusz Klemensa VII, a później Benedykta XIII). W efekcie tego wszystkiego, Kościół podzielił się na dwa zwalczające się i obrzucające wzajemnie klątwami obozy (obediencje): rzymski i awinioński – i trzeba było za którymś się opowiedzieć. Jadwiga, pomna na opinię swej mistrzyni, św. Brygidy, która twierdziła, że „gdzie Rzym, tam prawda” – opowiedziała się za obediencją rzymską (właśnie dlatego ojcem chrzestnym jej córki został papież Bonifacy IX). Jagiełło, Witold i wchodzący do Kościoła Litwini opowiedzieli się… też za Rzymem. Zmartwieniem Jadwigi było jednak to, że jej małżonek skłonił się ku rzymskiemu obozowi nie ze względu na tęsknotę za prawdą, lecz ze względu na pragnienie spokoju ze strony sąsiadów: Krzyżaków i Zygmunta Luksemburskiego. Był więc w kwestiach papieskich tam, gdzie byli oni i przynajmniej w tej sprawie nie musiał wysłuchiwać ich oskarżeń o herezję i fałszywe chrześcijaństwo.
Tak czy inaczej, sytuacja była bardzo skomplikowana i na pewno Jadwidze nie było łatwo przekonywać chrystianizowanych ludzi do Kościoła, jeśli ów Kościół sam do siebie nie miał przekonania. Bo – jak trafnie napisał jeden z historyków – „choć bezpośrednio schizma świadczyła o słabości papiestwa, to jej skutkiem było osłabienie całego Kościoła. Jego autorytet niweczyły ekskomuniki, które papieże rzucali jeden na drugiego i na swoich przeciwników. Lekceważono je, bo każdy człowiek podlegał jakiejś ekskomunice. Zdewaluowało się określenie «heretyk», bo tak nazywali jedni drugich. Głoszono, że biskup rzymski popadł w herezję, zastanawiano się więc, czy papiestwo jest potrzebne Kościołowi. Władcy świeccy zaś, za cenę opowiedzenia się za którąś z obediencji, zyskiwali od papieża lub antypapieża nowe przywileje i umacniali swój wpływ na sprawy Kościoła w państwie”.
Krótko mówiąc: sodomia i gomoria – co bardzo musiało smucić św. Jadwigę. Ze swej strony zachęcała ludzi by sercem trwali przy Rzymie, któremu zawsze była wierna i gorąco się modliła o jedność Kościoła ufając, że Chrystus swej Oblubienicy i Następcy św. Piotra nie opuści.
      Wyrazem tej ufności jest obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem, od którego rozpoczęliśmy naszą opowieść. Powstał on w Roku Pańskim 1398, który wówczas wielu ludziom wydawał się być rokiem końca schizmy. Bo właśnie tego roku, wszystkie państwa popierające do tego czasu antypapieża Benedykta XIII, odstąpiły od niego. Wydawało się – i Jadwidze i wielu innym dobrym ludziom – że jedność jest o wyciągnięcie ręki. Pomylili się wszyscy, ale obraz, jako znak niewzruszonej miłości Chrystusa do Kościoła i Jego Najwyższego Pasterza – pozostał. I budzi nadzieję do dnia dzisiejszego.
      Cóż jeszcze dodać? Może to, że nasze dzisiejsze obawy związane z abdykacją Ojca Świętego, muszą wydać się śmieszne, w porównaniu z obawami, których doświadczać musiała św. Jadwiga. Czego byśmy nie powiedzieli o dzisiejszym Kościele, nie jest on w takim upadku, w jakim był w tamtych czasach. Św. Jadwiga poleciła, by na obrazie przedstawić nagiego Pana Jezusa, ponieważ wątpiła, czy w Kościele jest dość dobrych czynów, które mogłyby stanowić chrystusowe szaty. Pewnie przesadziła w swych obawach, ale nawet gdyby miała rację i gdyby jedynym strojem Zbawiciela było – tak jak na obrazie – papiestwo, to ciągle mówimy o zwycięstwie. Bo tam gdzie papiestwo tam Kościół, którego „bramy piekielne nie przemogą”.
      I na koniec: z powyższej opowieści wynika, że największe zagrożenie dla Kościoła, rodzi się wewnątrz Kościoła. W związku z tym chciałbym jeszcze raz przywołać postać znanego nam geologa, specjalistę od fundamentów. Otóż twierdzi on, że w normalnych warunkach nie stosuje się warstwowego fundamentu. To jest po prostu niepotrzebne, przy tym drogie i w ogóle takie jakieś cudaczne. Natomiast jest taki przypadek, kiedy warstwowy fundament jawi się jako niezbędny. Owym przypadkiem są choćby hale przemysłowe, w których zamontowano jakieś maszyny powodujące swoją pracą duże drgania. By owe wewnętrzne drgania zniwelować i w ten sposób uchronić budynek przed zniszczeniem, najlepiej jest posadowić go na warstwowym fundamencie.
      Myśleliście kiedyś o Jezusie, że jest dobrym inżynierem?
Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie wstrząśnie Kościołem do tego stopnia, by ten się rozpadł.
      Kto będzie nowym papieżem? Trzeba się modlić o dobrego człowieka. Ale nawet jeśli następcą św. Piotra zostanie ktoś zły i przewrotny, to i tak nie będzie w stanie oderwać się od Chrystusa.