środa, 13 listopada 2019

O Zjednoczonej Demokracji po raz pierwszy i możliwie ostatni


      Kto wie, ten wie, kto nie, temu chciałem zwrócić uwagę na pewien bardzo moim zdaniem istotny dla tak zwango świata demokratycznego szczegół. Otóż niedawno na Węgrzech doszło do wyborów samorządowych, gdzie skutkiem znanej nam wszystkim sytuacji, wystartowały zaledwie dwa ugrupowania; pierwsze z nich to rządzący na Węgrzech z sukcesem od lat Fidesz, a z drugiej koalicja wszystkich pozostałych partii, od najbardziej radykalnej lewicy do najbardziej konserwatywnej prawicy. Ponieważ w walce o Budapeszt Fideszowi nie udało się uzyskać większości, burmistrzem stolicy Węgier został kandydat zjednoczonej opozycji Gergely Karácsony, uzyskując 50,86% głosów, i w ten oto sposób wolny świat mógł wreszcie ogłosić zwycięstwo na Węgrzech demokracji i sromotną porażkę kandydata Fideszu, Istvána Tarlósa, który spotkał się z poparciem zaledwie 44,10% mieszkańców Budapesztu i okolic..
       Przypomniałem sobie, nie po raz pierwszy zresztą w ostatnich tygodniach, tamtą sytuację, przy okazji tego, co się dzieje u nas w Polsce, a zwłaszcza za każdym razem, gdy z nadzwyczajnym uporem media publikowały mapkę – co ciekawe mapkę wyprodukowaną na owych mediów potrzeby  przez Państwową Komisję Wyborczą – z której wynikało niezbicie, że Prawo i Sprawiedliwość dosłownie przerżnęło ostatnie wybory parlamentarne, zwyciężając zaledwie w kilku wschodnich województwach. Cała reszta kraju, wolą narodu oczywiście, trafiła w ręce zjednoczonej opozycji. Dziś natomiast, kiedy wreszcie rusza nowy parlament, a marszałkiem Senatu zostaje kandydat Platformy Obywatelskiej, Tomasz Grodzki, mam w głowie już tylko obraz tych wyciągniętych w geście zwycięstwa ramion, w uszach okrzyk: „Zwyciężyła demokracja!” i długie, niemilknące brawa.
       Jak wiemy, w całej najnowszej historii polskiego parlamentaryzmu nie zdarzyło się tak, by którekolwiek ugrupowanie, czy też koalicja ugrupowań zdobyły bezwzględność większość. Dotychczas było tak, że wyborcy otrzymywali przeróżne, czasem aż nazbyt liczne oferty, z których mogli wybierać, no i w efekcie ktoś tam te wybory wygrywał. Pierwszym ugrupowaniem, które przekroczyło owe zaklęte 50 procent – oczywiście nie w całej Polsce, ale w wielu miejscach – było Prawo i Sprawiedliwość, a tym samym uzyskało bezwzględną większość w Sejmie. I tak to zadziałała w Polsce demokracja. Jak wszyscy widzimy od wczoraj, marszałkiem Senatu nie zostaje przedstawiciel partii, która uzyskała największą liczbę głosów, ale kandydat jednej z partii formalnie tworzącej tak zwaną „Koalicję Obywatelską”, a w rzeczywistości znanej nam aż nazbyt dobrze „Zjednoczonej opozycji”.
       Czy to jest demokracja? Oczywiście że nie. Demokracja bowiem polega na tym, że różne polityczne siły walczą ze sobą na programy, ludzie z owych programów wybierają to co im najbardziej pasuje, no i w końcu podejmują decyzje. Tu, jak chyba wszyscy widzimy, w ogóle nie było walki na programy. Jedyną partią, która miała jakikolwiek program, było Prawo i Sprawiedliwość i ów program zdobył w wyborach największą liczbę głosów. Cała reszta startowała – podobnie zresztą jak to miało niedawno miejsce na Węgrzech – pod jednym tylko hasłem: „Niszcz faszyzm!”. No i wczoraj własnie ów faszyzm został zniszczony, a ów dziwny lekarz mógł ogłosić zwycięstwo demokracji.
       Okropna jest, przyznam szczerze, ta chwila. Oczywiście, wciąż pamiętam o różnicy między Węgrami, a Polską, gdzie póki co przynajmniej w koalicję z liberałami, zielonymi, oraz lewactwem spod znaku LGBT nie weszła jeszcze Konfederacja. Z drugiej jednak strony, oglądałem wczoraj Krzysztofa Bosaka, który wyglądał na bardzo zadowolonego z faktu, że w tej kadencji Prawo i Sprawiedliwość nie będzie mogło robić, co mu się żywnie podoba, bo skutecznie będzie mu podstawiał nogi demokratycznie wybrany Senat. Konfederacji, jak wiemy, w Senacie nie ma, w Sejmie nawet jej najszczersze chęci nie dadzą rady wpłynąć na stan rzeczy, zastanawiam się natomiast, co by było, gdyby oni jakimś cudem uzyskali te trzy, czy cztery miejsca w Senacie. Bardzo chciałbym to widzieć, jak, czy to Bosak, czy jakiś inny Tumanowicz, podnoszą rękę projektami napisanymi w brukselskich gabinetach. I powiem zupełnie szczerze, że wcale nie uważam, że to jest jakaś szczególna fikcja. W końcu mamy demokrację, czy nie?




wtorek, 12 listopada 2019

Gdy prawdziwi katolicy biorą się za nasze dzieci


Trochę późno, ale ze względu na zapowiadany wyjazd do Gdyni i okolic, postanowiłem dopiero dziś przedstawić swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. Felieton dla mnie bardzo ważny, no i może też dlatego przyjęty, jak słyszę, przez najbardziej oddanych swojej gazecie czytelników, z rozczarowaniem, by nie powiedzieć oburzeniem. Tym razem na szczęście chyba nikt nie wzywa red. Bachurskiego do tego, by mnie stamtąd wyrzucił na zbity pysk, natomiast, owszem, są żądania, bym się ze swojego antykatolicyzmu wytłumaczył. Uczynię to za tydzień, natomiast dziś bardzo zachęcam do refleksji.       


      Pewnie trochę przez to, że ostatnio wreszcie zobaczyłem wspaniały film Grzegorza Brauna o Marcinie Lutrze i jego rewolucji protestanckiej, ale wydaje mi się, że przede wszystkim na pewną moją obsesję, gdy chodzi o atak jaki na Kościół szykuje liberalna lewica, z jak najbardziej aktywnym udziałem prominentnych ludzi Kościoła, wpływ mają wypowiedzi wspomnianych ultra pobożnych katolików. Co ciekawe, choć ów atak jest prowadzony z dwóch stron, to niejako w porozumieniu. Lewica mianowicie naciera na Jana Pawła II, jako głównego organizatora pedofilii w Watykanie, z  imieniem papieża Franciszka na sztandarach, ci drudzy natomiast, próbują  przedstawić Franciszka, jako szpiega światowej masonerii, przeciwstawiając mu oczywiście Jana Pawła II.
     Właśnie zdarzyło mi się obejrzeć program „Warto rozmawiać” na temat tak zwanego Synodu Amazońskiego, urządzony przez – tak, tak – publiczną telewizję, z udziałem Jana Pospieszalskiego, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, szefa niesławnego portalu Polonia Christiana, niejakiego Krystiana Kratiuka, głównego eksperta od pobożności, Grzegorza Górnego, oraz nieznanego mi kompletnie staruszka, który rzekomo bardzo się przyjaźnił z Janem Pawłem II i w ten sposób gotów jest zaświadczyć, że gdyby ów papież zobaczył co dziś wyprawia Franciszek, to by go zabił jednym piorunem. No ale niestety oczywiście on widzieć tego nie może, więc mamy problem.
      Obejrzałem więc ową debatę i pierwsze co mnie uderzyło, to to, że w odróżnieniu od wszystkich poprzednich, tych nawet które nie udają, że mają wyłącznie cel propagandowy, tym razem nie zaproszono do niej choćby jednej osoby, której zadaniem byłoby choćby powierzchowne bardzo zilustrowanie tytułu programu. Tu bowiem rozmowy nie było ani śladu; wyłącznie bezlitosne i z każdą chwilą coraz bardziej bezwstydne atakowanie obecnego papieża. Oczywiście audycja miała swój główny temat, czyli wspomniany Synod Amazoński, ale o Amazonii i jej problemach uczestnicy dyskusji rozmawiać nie mieli najmniejszej ochoty.
      Hasło do ataku rzucił ks. Isakowicz-Zaleski:
      Myślę więc, że to wszystko jest w rękach papieża Franciszka, który jest oczywiście legalnym papieżem. On zadecyduje, czy dojdzie do schizmy, czy nie dojdzie. Tym razem nie reformator w rodzaju Lutra, czy Kalwina, ale tym razem Ojciec Święty, jeżeli uzna on te postulaty, to doprowadzi do schizmy. I to jest sytuacja bez precedensu w historii Kościoła, bo do tej pory żaden papież do schizmy nie doprowadził”.
       W tym momencie rozpoczęło się ogólne rwanie włosów z głów, a Grzegorz Górny wezwał wszystkich do „modlitwy, pokuty, odmawiania różańca i jałmużny”, by na koniec głos zabrał ponownie ks. Tadeusz i padły słowa kluczowe:
       Trzeba się również modlić za papieża Franciszka o jego.... boję się tego słowa... ale muszę je wypowiedzieć – opamiętanie, żeby nie doprowadził do schizmy. Ale również potrzebny jest głos ludu, właśnie wtedy, gdy zawodzą ci najważniejsi pasterze”.
      Słucham tego wszystkiego, patrzę na te przebiegłe oczy i aż czuję swąd czasów niegdysiejszej reformacji, z najpobożniejszym z nich wszystkich na czele.




piątek, 8 listopada 2019

Trus me - god


         Dziś w celach ściśle wypoczynkowych wyjeżdżamy na cztery dni do Gdyni i choć początkowo myślałem, by dać Czytelnikom od siebie odpocząć, tak się jednak stało, że moje dziecka znalazło na Facebooku pewną zupełnie niezwykłą historię zaanonsowaną przez administratorów następującymi słowami:
         Ten film może przedstawiać przemoc wobec dziecka lub osoby nastoletniej. Nie usunęliśmy go z Facebooka, ponieważ może pomóc w uratowaniu tego dziecka. Aby dowiedzieć się, co możesz zrobić aby udzielić pomocy, lub ją uzyskać, przejdź do centrum pomocy”.
        A obok odpowiedni guziczek dla osób wrażliwszych.
        Oczywiście nie muszę zapewniać, że gdyby ten komunikat był pierwszą rzeczą, jakiej się w opisanej sytuacji dowiedzieliśmy, raczej byśmy tę stronę zamknęli i poszli się bawić gdzie indziej, jednak tak się składa, że na ów komunikat trafiliśmy już z pewną wiedzą, a ja dziś ową wiedzą pragnę się podzielić. Otóż chodzi o to, że w styczniu 2017 roku 6-letnia córeczka pewnych Rachel i Levi’ego Devine, o imieniu Kinnady zachorowała na bakteryjne zapalenie opon mózgowych i trafiła do szpitala w stanie krytycznym.  Ani rodzice dziewczynki, ani tym bardziej ona sama nie byli w żadnej mierze osobami religijnymi, natomiast znajomy rodziny opublikował na Facebooku apel do  wszystkich osób, które mogłyby ewentualnie go przeczytać, o modlitwę. Jak wyglądały te modlitwy, nie wiemy i wiedzieć nie możemy, rzecz jednak w tym, że z tego, co pisząc ten tekst coraz mocniej i głośniej słyszę, wedle wszelkich dostępnych relacji, w pewnym momencie dziewczynka zmarła, by po chwili, całkowicie już zdrowa, powrócić.
        I w tym momencie pojawia się film, który można znaleźć dziś w wielu miejscach Sieci, a który Facebook łaskawie, mimo podejrzeń, że może on przedstawiać „sceny przemocy wobec dziecka” zgodził się udostępnić. Zanim go tu pokażę, małe wyjaśnienie dla tych z nas, którzy, jak sądzę, już krzyczą: „Cóż to za ludzie, ci rodzice, którzy w chwili gdy ich dziecko umiera znajdują czas i siły na to, by tę scenę nagrywać?” Otóż, jak się dowiaduję,  to co widzimy na filmie to sceny zamykające cały proces. To co widzimy, to sceny, które rodzice zdecydowali się zarejestrować dopiero wtedy, gdy zorientowali się na dobre, co się dzieje. Zanim doszło do tego, co oglądamy, minęła godzina bez żadnych telefonów, żadnych kamer, żadnego szukania sensacji. Te blisko 14 minut to relacja z powrotu, jakiego, na ile się orientuję, świat nie widział. Popatrzmy na to co się tam odbywa, a jeśli ktoś jest zainteresowany, to nie musi nawet zaglądać do Facebooka i czytać te tysiące komentarzy, zwłaszcza że oni w każdej chwili mogą jednak dojść do wniosku, że owej „przemocy” nowoczesny świat tolerować nie może. Informacje na temat Kinnady Devine można znaleźć w Internecie gdzie bądź. A tymczasem już sam film:



      I jeszcze wiadomość na koniec:





czwartek, 7 listopada 2019

O pobożnych schizmatykach i wybrukowanym piekle


      Cały wczorajszy i przedwczorajszy dzień poświęciłem na rozpamiętywaniu tego, co się stało poprzedniego wieczoru podczas telewizyjnej audycji „Warto rozmawiać”. Wspomniałem o tym we wprowadzeniu do historii ani świętego, ani błogosławionego nawet księdza Antoniewicza, również za parę dni, więcej na ten temat pojawi się tu na blogu, przy okazji publikacji najnowszego felietonu do „Warszawskiej Gazety”, wczoraj wieczorem jednak wreszcie wpadłem na pomysł, jak powinna wyglądać moja na to co się tam stało reakcja, by była najbardziej skuteczna, no i jestem tu, „jasny i gotowy”.
     Najpierw jednak powiem, w czym rzecz. Otóż Jan Pospieszalski postanowił najnowsze wydanie swojego programu poświęcić dwóm tematom, właśnie zakończonemu tak zwanemu Synodowi Amazońskiemu, oraz polskiej premierze filmu „Nieplanowane”. Gdy chodzi o film, przyznam, że ani nie dotrwałem, ani dotrwać nie miałem potrzeby, natomiast, owszem, rozmowy Pospieszalskiego ze swoimi znajomymi wysłuchałem w całości i to co mnie w niej uderzyło, to dwie rzeczy, pierwsza to ta, że o samym Synodzie było mało, a ile razy pojawiała się okazja, by o nim porozmawiać, to wypowiedzi natychmiast schodziły w stronę bardzo ciężkiego,  i co gorsza w nadzwyczaj śliski sposób podstępnego, ataku na papieża Franciszka za jego rzekome próby zniesienia kapłańskiego celibatu. Doszło wręcz do tego, że zarówno sam Pospieszalski jak i zaproszeni przez niego do studia ekspert religijny tygodnika „W Sieci” Grzegorz Górny i redaktor naczelny portalu Polonia Christiana, Sebastian Kratiuk, pozwalali sobie na najbardziej bezwstydne aluzje w stosunku do Papieża, natomiast ksiądz Isakowicz-Zaleski z pobożną miną dziękował każdemu z osobna, że powiedział coś, czego „jemu mówić nie wolno”. I tak to leciało, kiedy jednak w pewnym momencie doszło do tego, że ksiądz Zaleski nie wytrzymał i otwartym zupełnie tekstem zakomunikował, że jeśli papież Franciszek „się nie opamięta”, to w ten sposób doprowadzi do pierwszej w historii Kościoła schizmy, której autorem będzie Watykan, a Kratiuk z Górnym zaczęli się niemal publicznie modlić, to z kolei  ja nie wytrzymałem. I wcale nie przesadzam. Kiedy ksiądz Zaleski zakomunikował: „Trzeba się również modlić za papieża Franciszka o jego.... boję się tego słowa... ale muszę je wypowiedzieć – opamiętanie, żeby nie doprowadził do schizmy. Ale również potrzebny jest głos ludu, właśnie wtedy, gdy zawodzą ci najważniejsi pasterze”, odezwał się lud i tych dwóch gogusiów ze staranie przylizanymi przedziałkami nad śliskimi uśmiechami na zatroskanych twarzach, ogłosili, że w tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak „modlitwa, różaniec, pokuta oraz jałmużna”. Zobaczyłem oczami wyobraźni Grzegorza Górnego, jak w tym swoim wypieszczonym garniturze i różańcem w jednej dłoni, a w drugiej kolejnymi książkami o Świętym Gralu, których tym razem nie sprzeda, ale rozda w ramach jałmużny, dostałem autentycznej cholery.
       Co ciekawe, chyba po raz pierwszy w historii swojej audycji Pospieszalski nie zdecydował się dopuścić do dyskusji nikogo z tak zwanej „drugiej strony”, choćby po to, by Telewizja Polska mogła powiedzieć, że broni papieża. Trochę mnie to zmartwiło, jednak po pewnym czasie uznałem, że to może i lepiej, bo naprawdę byłoby tragedią, gdyby Pospieszalski, swoim starym zwyczajem generowania awantur, na przeciwko księdza Zaleskiego posadził księdza Lemańskiego na przykład. Mijał zatem wczorajszy dzień i nagle trafiłem w Internecie na katolicki portal Catholic Herald i tekst pewnego C.C. Pecknolda. Ani sam portal, ani też chyba ów Pecknold nie są wielkimi entuzjastami obecnego pontyfikatu, natomiast, owszem, oni publikują informacje, które wskazują jednoznacznie, że przede wszystkim owa histeria, z jaką dziś mamy do czynienia w telewizyjnych studiach, to nic nowego, i że jeśli można w ogóle mówić o jakiejkolwiek schizmie, to  wyłącznie ze strony kompletnie niedouczonych i w tym swoim niedouczeniu kwestionujących podstawową dotyczącą Kościoła naukę Jezusa o „Skale, której bramy piekielne nie przemogą”. Specjalnie z myślą o czytelnikach tego bloga przełożyłem tekst owego Pecknolda na język polski i dziś pragnę go tu przedstawić. Proszę posłuchać:

        Powszechnie wiadomo, że podczas Soboru Watykańskiego II, wielu kapłanów, zakonników, biskupów i teologów spodziewało się zmian w nauczaniu Kościoła odnośnie antykoncepcji. Owa nadzwyczaj postępowa nadzieja została zniszczona przez jednoznaczne stwierdzenia encykliki Humanae Vitae papieża Pawła VI, w której to potwierdził on odwieczne nauczanie Kościoła. Wielu z nas jednak zapomina, że ​​inne wielkie rozczarowanie liberalnego kościoła lat 70. dotyczyło celibatu kapłańskiego. „Miękkie” nauczanie Kościoła odnośnie małżeństwa i moralności seksualnej szło w parze z oczekiwaniem, że celibat kapłański, jak swego czasu przewidywał Karl Rahner, nie przetrwa przejścia Kościoła do nowoczesności.
    Krótko po zakończeniu Soboru tysiące kapłanów odeszło od Kościoła, seminaria i klasztory zaczęły pustoszeć, zarówno pod względem liczebności, jak i świętości. Spadek liczby księży był częściowo wynikiem upadku wiary w kapłaństwo, sakramenty, ofiarę samej Mszy. Kiedy tylu kapłanów przeszło w stan świecki, udział osób świeckich zaczął być traktowany jako swego rodzaju klucz do przezwyciężenia owego kryzysu. Ku radości świeckich szyderców i wyznawców Marcina Lutra, zlaicyzowani kapłani czasem posuwali się nawet do tego, by żenić się ze zlaicyzowanymi zakonnicami.
      Jednak wielu wytrwało. Wielu pozostało wiernymi kapłanami i ci nadal wierzyli, że ich doświadczenie soboru – jako „wydarzenie” bardziej duchowe, niż rozumowe – wzywa ich do pracy nad głębszą, epokową zmianą, nawet gdyby do jej urzeczywistnienia miało dochodzić przez całe ich życie. I nie chodziło tu wcale o poglądy zwykłych mężczyzn i kobiet, uniesionych duchem czasu. Owe emocje zostały podniesione do najwyższych poziomów.
      W 1970 r. grupa najwybitniejszych niemieckich teologów obecnych na krajowej konferencji biskupów, wydała komunikat, w którym podkreślili, że potwierdzenie w roku 1967 przez papieża Pawła VI celibatu kapłańskiego, i to mimo tak wielkiego i powszechnego sprzeciwu, wymaga dyskusji. Stwierdzili wówczas autorzy owego pisma, że jakiekolwiek zastrzeżenia Pawła VI co do święceń małżeńskich (viri probati) nie mogą stanowić końca dyskusji. Nalegali przy tym, by Kościół znalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby zdecydować się na bardziej otwartą, bardziej kolegialną dyskusję na temat celibatu kapłańskiego. Oto wspomniany tekst:
    My niżej podpisani teologowie, dzięki zaufaniu niemieckich biskupów powołani do komisji do spraw wiary i moralności, czujemy się zmuszeni do przedstawienia następujących rozważań biskupom niemieckim.
    Nasze refleksje dotyczą konieczności pilnej analizy i roztropnego przyjrzenia się obecnemu prawu dotyczącemu celibatu w Kościele Łacińskim zarówno w Niemczech, jak jak całym Kościele Powszechnym.
      Kościół musi zachować Swoją misyjną siłę wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. W każdym wypadku, obowiązujący dziś nakaz celibatu nie może stanowić absolutnego punktu odniesienia w ewentualnych dyskusjach, z takim wymaganiem, że wszelkie inne kwestie kościelne i duszpasterskie muszą być z nimi zgodne. Jeśli wobec „szczególnych wyjątków” nawet sam papież nie odrzuca sposób bezwzględny możliwości wyświęcania starszych żonatych mężczyzn („viri probati”), co przecież i tak już jest w niektórych sytuacjach praktykowane, tym samym więc potwierdza, że przy zaistnieniu nowych okoliczności, można by ponownie ocenić prawo i praktykę celibatu.
      W swojej analizie, nie zasugerowaliśmy niemieckim biskupom żadnych rozwiązań, jednak mamy prawo i obowiązek w tej trudnej chwili, na podstawie naszego teologicznego doświadczenia, oraz w poczuciu nadanego nam obowiązku, przekazać członkom niemieckiej konferencji biskupiej, z całym szacunkiem dla ich wysokiego urzędu i stanowiska, że gdy chodzi o temat celibatu, powinni oni mieć prawo do wystąpienia z nową inicjatywą nawet wobec dotychczasowej praktyki Kościoła, czy deklaracji samego papieża.
       Powyższy list został podpisany przez Josepha Ratzingera, Karla Rahnera, Waltera Kaspera, Karla Lehmana i kilku innych mniej znanych teologów niemieckich. Trzej z nich zostali kardynałami, a jeden nawet papieżem. Chociaż później napisał niektóre z najpiękniejszych rzeczy o celibacie kapłańskim, w rzeczywistości to właśnie Benedykt XVI uczynił najwięcej na rzecz zwiększenia liczby żonatych kapłanów.
       Mylą się więc ci, którzy sądzą, że kwestia viri probabti – o której tyle dyskutowano podczas ostatniego synodu amazońskiego – jest w jakikolwiek sposób wyjątkowym owocem pontyfikatu papieża Franciszka. Wedle relacji George’a Weigela, jeden z biskupów brazylijskich odpowiedzialny za kształtowanie planu synodu Amazońskiego, pod koniec postępowania synodalnego z pasją wykrzyknął „To nasza ostatnia szansa”. Musimy jednak zrozumieć, że to właśnie tacy jak on kapłani, wielu z nich pod sam koniec swojego życia wyprowadzonych na tę jedną chwilę ze swoich emerytur, przeżyli całe swoje życie w nadziei na tę właśnie ostatnią szansę.
      Dla tego właśnie pokolenia wciąż przeżywającego tamto „epokowe wydarzenie”, to właśnie musi być ten moment, kiedy oni wreszcie poczuli, że są już bardzo bliscy doprowadzenia kapłaństwa do miejsca, na które tak bardzo liczyli w latach 70. Ale cóż to jest za miejsce? Czy owa „ostatnia szansa” nie jest przypadkiem „ostatnim westchnieniem” tamtego pokolenia, które przez chwilę żyło w nadziei ostatecznych zmian? Czy to nie jest ostatnie westchnienie tych, którzy stawiają proces nad treścią? Czy to nie jest koniec owego pokolenia teologów, którzy traktują ludzkie doświadczenie jako standard wobec pisma i tradycji? Czy to nie jest koniec pokolenia, które uważa, że ​​tymczasowe potrzeby stoją wyżej od kontemplacji wiecznych prawd, zwracając większą uwagę na lokalne posągi niż na Najświętszą Maryję Pannę?
        Jest też jednak i inne pokolenie, być może nie tak jeszcze liczne, które chce na nowo postawić tamte granice. Istnieje pokolenie, które kontempluje święte dziewictwo Chrystusa, które widzi nie tylko ludzkie prawo, ale wyższość świętego celibatu jako ofiary słusznie nakazanej dla głoszenia doskonałej ofiary Chrystusa. Jest takie pokolenie, które wierzy, że głoszenie Chrystusa ukrzyżowanego przyniesie większe żniwo. Jest takie pokolenie. Nawet jeśli jeszcze głównie nie w Rzymie, to istnieje. I oddycha pełną piersią.

      Na zakończenie pragnę zwrócić uwagę na dwie kwestie. Przede wszystkim mam tu na myśli nazwisko Josepha Ratzingera, które pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie, a w dalszej kolejności na fragment innej wypowiedzi tego samego Pecknolda, tu nie cytowanej, gdzie znajdujemy opinię, że nigdy w całej historii Kościoła nie znajdziemy czasów, gdzie był On mniej, lub bardziej grzeszny niż jest dzisiaj, nie wyłączając z tego nawet tamtych dni, kiedy Jezus chodził po Ziemi, a jednocześnie sugeruje Pecknold, że w tej sytuacji ani dziś ani wtedy nie należało nic więcej ponad modlitwę i posłuszeństwo.
      Zwróciłem na to uwagę w esemesie, który wysłałem Pospieszalskiemu, ale nie muszę chyba zapewniać, że nie zareagował. W końcu to są bardzo zajęci ludzie.









wtorek, 5 listopada 2019

O dobrym księdzu i świętym poecie, czyli o bramach co nie przemogą


Wczoraj miałem tu tekst o naszych Los Perfectos, niesiony kolejnymi emocjami, napisałem mniej więcej w tym samym temacie felieton dla „Warszawskiej Gazety” i już czuję, że przez najbliższe dni nie będę potrafił myśleć o niczym innym jak o tej bandzie faryzeuszy, zaczynając od ks. Isakiewicza-Zaleskiego, a kończąc na Grzegorzu Górnym. Może jednak dziś, choćby przez to, że zbliża się kolejna rocznica śmierci księdza Karola Antoniewicza, ale też dla nabrania odpowiedniego oddechu, przypomnę pewien dawny tekst, który najpierw ukazał się w niegdysiejszych „Zeszytach karmelitańskich”, potem tu na tym blogu, a wreszcie, w postaci szczególnego epilogu, ozdobił moje „39 wypraw na dziewiąty krąg”. Posłuchajmy proszę jeszcze raz tej opowieści i, proszę, uważajmy na nowych Lutrów, bo tym razem idą ławą.


      7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


     A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.
     Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.
    Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.
     Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.
      Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.
      Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
      Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.
      W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:
Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.
      Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.
      Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.
       Karol Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Antoniewicza.
      Władze nakazały natychmiast przerwać tę działalność i choć w istocie rzeczy została ona przerwana, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:
We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.
      A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
      I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:
Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.
      Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.
      Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.
      A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.




poniedziałek, 4 listopada 2019

O społecznej omercie i chirurgach Kościoła


       Gdyby ktoś zapytał mnie o mój stosunek do abp. Głodzia, to bym bez chwili zastanowienia odpowiedział, że mój stosunek do tego człowieka jest dokładnie taki sam jak do wszystkich tych księży, których nie znam, a do których z jakiegoś powodu nie czuję szczególnej sympatii. Szacunek, należny zresztą każdej osobie duchownej, owszem, gdy chodzi jednak o sympatię, to w żadnym wypadku. Czemu tak się dzieje, że mimo iż kogoś nie znam, to go nie lubię? Myślę, że to jest praktyka na tyle powszechna, że nie muszę jej tu wyjaśniać. Tak to już po prostu jest, że już przy pierwszym poznaniu jedni ludzie robią na nas wrażenie dobre, a inni jakoś nie i często tak już zostaje. A więc dokładnie tak samo mam z księżmi, których oglądam w telewizji – jednych lubię bardziej, drugich mniej i bardzo często bez żadnego wyraźnego powodu.
       O co chodzi z abp. Głodziem, jak sądzę, wszyscy wiemy. Od pewnego czasu, a dokładnie od pewnego wieczoru, kiedy to telewizja TVN24, opierając się na informacjach uzyskanych od grupy miejscowych księży, pokazała reportaż, w którym poinformowała, że Arcybiskup jest osobą niesympatyczną, a często wręcz chamską, do tego stopnia, że używa wyrazów nieprzyzwoitych niemal tak często, jak to czyni poseł Neumann, nie ma dnia, byśmy o tych wszystkich „kurwach” nie czytali lub słyszeli. No i o tym jeszcze że abp Sławoj Leszek uwielbia luksusy, jak nie przymierzając ów burmistrz Włoch, o którym też ostatnio coś tam opowiadano.
      A więc o abp. Głodziu i o jego rzekomych wybrykach wypowiadać się nie zamierzam, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na  różnego rodzaju komentatorów, wynajmowanych przez najczęściej wręcz systemowo wrogie Kościołowi media. Oto wczoraj trafiłem na dwie wypowiedzi udzielone najpierw Onetowi, a następnie stacji TVN24, przez tak zwanych „ludzi Kościoła”. Z Onetem, a konkretnie niesławną Renatą Kim, rozmawiał nasz kościelny ekspert Tomasz Terlikowski i powiedział, że on „bardzo by chciał, żeby abp Głódź został ukarany”. Wprawdzie pewnie nic z tego nie będzie, bo on i tak już za parę miesięcy odchodzi na emeryturę, ale gdyby jednak Papież go jeszcze teraz odwołał, to Głódź by z jednej strony dostał za swoje, a z drugiej w ten sposób Lud Boży by widział, że Kościół jednak słucha głosu wiernych i to by Go wzmocniło. Co jeszcze powiedział Renacie Kim Tomasz Terlikowski, trudno mi powiedzieć, bo cały czas czekając aż ona go zapyta o papieża Franciszka i dojdzie do wesołej awantury, nie za bardzo Terlikowskiego słuchałem,  no ale Kim wiedziała, co robi i wszystko zaczęło i skończyło się na Głodziu.
     O wiele ciekawsza była natomiast audycja „Fakty po Faktach”, gdzie o abp. Głodziu porozmawiali sobie jakiś ksiądz Andrzej Kobyliński i przebrana za księdza kobieta przedstawiona jako „teolog, diakon Kościoła ewangelicko-augsburskiego Halina Radacz”. Na marginesie, zaciekawiło mnie bardzo, że przedstawiając tę, kobietę TVN użył nazwy „teolog”, a nie „teolożka”. Czyżby tam forma „teolożka” traktowana jest jako zbyt filuterna? No ale do rzeczy. Otóż ks. Kobyliński, komentując sprawę Arcybiskupa, stwierdził, że „w tej strasznej i brutalnej historii, przerażają dwa fakty. Pierwszy fakt to ta zmowa milczenia, która trwa od kilkudziesięciu lat, gdy chodzi o społeczeństwo i Kościół katolicki. Druga kwestia – nie mniej smutna – to jest niewydolność struktur Kościoła katolickiego. W pewnym sensie Kościół katolicki jako instytucja, która trwa od dwóch tysięcy lat, doszedł do ściany i niewydolność instytucji w sposób widoczny obnażył dramat globalnej pedofilii klerykalnej”. 
      Gdy chodzi o samą kwestię grzesznych ścieżek abp. Głodzia, ks. Kobyliński sprawę odpowiednio uściślił: „To jest wielki skandal, ale ten skandal trwa nie od dzisiaj. Tak naprawdę można powiedzieć, że trwa od 30 lat. Wiedza w Polsce, jeśli chodzi o różnego rodzaju złe zachowania księdza arcybiskupa, jest powszechna. To pokazuje nam niemoc instytucji kościoła katolickiego, ale także taką omertę naszego społeczeństwa, jeśli chodzi o niereagowanie na ewidentne zło”.
       A ja chciałem już tylko dodać krótki komentarz, w nawiązaniu zresztą do uwagi ks. Kobylińskiego na temat dwóch faktów, które go aż tak „przeraziły”. Otóż podczas gdy w księdzu owo przerażenie wywołała „omerta społeczeństwa” (swoją drogą, za tę omertę w mojej opinii należałoby owemu pobożnemu człowiekowi napluć z balkonu na kapelusz) i ściana, do której jego zdaniem doszedł właśnie Kościół, mnie akurat przerażają dwa inne fakty. Pierwszy to taki, że ów odważny ksiądz jest nieustannie przywoływany jako autorytet przez dwa główne portale, od kilku dobrych lat stojące na czele antyfranciszkowej krucjaty, a mianowicie Frondę i Polonię Christianę. Ktoś spyta, co on im takiego opowiada, co im się podoba. Otóż proszę sobie wyobrazić, że gdy chodzi o szczegóły, to nic takiego. Można by wręcz powiedzieć, że on krytykuje we wspołczesnym Kościele to wszystko, co tym wszystkim, jak ich zabawnie nazwał Coryllus, „los perfectos”, się tak naprawdę bardzo podoba, czyli te wszystkie Odnowy w Duchu Świętym, Godziny Uwielbienia, można wymieniać. W wypowiedzi dla Frondy ks. Kobyliński pisze:
      ,,Do kościoła katolickiego przeniknęło w dużym stopniu niekatolickie, zielonoświątkowe rozumienie szatana, diabła i złych duchów. Wspólnoty pentekostalne akcentują o wiele bardziej niż katolicy działanie i obecność diabła, złych duchów w życiu człowieka. To pandemoniczna wizja świata - diabeł i złe duchy są właściwie wszędzie i wciąż musimy z nimi walczyć. Ta nowa gałąź chrześcijaństwa rozwija się w tempie zdumiewającym. Konsekwencje rewolucji pentekostalnej będą większe niż skutki reformacji Marcina Lutra w wieku XVI. Nowa reformacja zielonoświątkowa zmieni mapę chrześcijaństwa na świecie”.
     A zatem, o co tu, przepraszam chodzi? Czemu ks. Kobyliński biega między Frondą, a telewizją TVN24 i głosi upadek Kościoła, tej „skały, której bramy piekielne nie przemogą”? No i czemu na niego postawiła zarówno ta dziwna telewizja i ten dziwny portal? Otóż odpowiedź jest, moim zdaniem, jedna. Otóż ów ciekawy ksiądz jednym i drugim służy tylko w jednym, w głoszeniu upadku wspomnianej przez Jezusa Skały. I to mnie faktycznie przeraża. Nie abp Głódź, ale oni.
    No i drugi fakt, na który ks. Kobyliński jak sądzę nie zwraca uwagi, a ja go owszem z przerażeniem rejestruję. Otóż podczas gdy on całą swoją wypowiedź buduje wokół krytyki współczesnego Kościoła, owa pani w koloratce wyłącznie się zajmuje przedstawianiem swojej religii, jako przykładu, z którego Kościół Katolicki powinien czerpać. Tłumaczy ks. Kobylińskiemu Radaczowa:
    Problem wynika trochę ze struktury Kościoła. W kościołach ewangelickich mamy dużo więcej demokracji. Głos zgromadzenia parafialnego, rady parafialnej jest realnym głosem. W synodzie Kościoła, tej władzy naczelnej, większość stanowią ludzie świeccy, zwykli parafianie wybrani i powołani do służby w synodzie. Natomiast w systemie hierarchicznym jest problem. Jest to, co tworzy każda hierarchia. Ofiara, pokrzywdzony – bo ci ludzie, którzy protestują, są duchowo pokrzywdzeni – odwoływać się mogą de facto do sprawcy tego pokrzywdzenia”.
     Jak mówię, to jest to, co mnie przeraża, że podczas gdy przedstawiciel religii pogrążonej od lat zarówno w duchowym, jak i strukturalnym chaosie – ile to już dziś mamy tych denominacji, 40, czy może 50 tysięcy? – religii, będącej w sposób oczywisty dziełem Szatana, twardo stoi na straży owej starej, sformułowanej przez starego Lutra propagandy, i jednego marnego słowa nie powie na temat ewentualnego zepsucia, swojego, jej męża, czy ich sąsiadów, to nasz dobry ksiądz nie robi nic innego, jak próbuje dowieść sobie i światu, że jest już po nas. Ale nie tylko on. Za nim idzie cała masa tych wszystkich „prawdziwych katolików”, którzy gdyby ich tylko dopuścić do głosu i do możliwości tego głosu egzekwowania, oni by nam i tej naszej omercie pokazali, gdzie raki zimują.


    

niedziela, 3 listopada 2019

Czy niezależny senator Krzysztof Kwiatkowski wystartuje w wyborach na prezydenta RP


Poniższy tekst pisałem jeszcze w minioną niedzielę, na zamówienie „Wraszawskiej Gazety” i mimo że minęło już wystarczająco dużo czasu, by on się typowo bardzo zdezaktualizował, nic takiego się nie stało. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że to o czym wtedy pisałem, dziś jest jeszcze bardziej realne. Zapraszam więc. Powinno być wesoło.

      Do startu nowego Sejmu i Senatu zostało nam jeszcze nieco czasu, natomiast już dziś możemy zaobserwować parę zupełnie niezwykłych zjawisk, które świadczą zarówno o tym że fatalnie przegrana opozycja próbuje prowadzić jakąś swoją kompletnie idiotyczną grę, jak i też o tym, że oni wpadli w desperację graniczącą z obłąkaniem.
      Otóż przede wszystkim, kiedy wydawało się, że po pierwszym szoku, wezmą się oni w garść, zrozumieją, że przegrali i spróbują się jakoś przeorganizować tak by przynajmniej zająć jakieś w miarę sensowne pozycje przed majową walką o prezydenturę, okazuje się, że oni wciąż brną w nieszczęście, jakie sobie sami zgotowali i najwidoczniej nie ma ludzkiej siły, która by ich mogła z tego błędu wyciągnąć za uszy. Zamiast, jak mówię, wziąć się w garść, oni albo jeżdżą do Brukseli po ratunek, albo tu na miejscu powtarzają w kółko, że PiS rzekomo tracąc Senat poniósł spektakularną porażkę i od dziś prezes Kaczyński będzie już tylko tracił, a wszystko to zostanie uroczyście podsumowane majową porażką Andrzeja Dudy.
        Jak będzie w maju, tego oczywiście wiedzieć dziś nie możemy, z tego choćby powodu, że wciąż nie wiadomo, kto poza prezesem Kosiniakiem-Kamyszem i Korwinem w ogóle w owych wyborach wystartuje. Niewykluczone zresztą, że jeśli wszystko się będzie rozwijało w dotychczasowym tempie, to zobaczymy tam dosłownie wszystkich, włącznie z Klaudią Jachirą, a przy całkiem prawdopodobnym rozłamie w Konfederacji, do tej wesołej gromadki może dołączyć sam Grzegorz Braun.
      Tego więc nie wiadomo, natomiast każdy kto potrafi choćby rozwiązywać słupki wie, że Senat zostanie przejęty przez  tych, którzy mają władzę w Sejmie, a przez to i w kraju. Tak to już po prostu jest, że decyduje ten kto ma realną siłę i dzięki owej sile jest skutecznie zorganizowany.
      Proszę popatrzeć zupełnie na spokojnie na rozkład głosów w Senacie. Dzięki temu, że Prawo i Sprawiedliwość ma tam realnie 49 głosów, niezależnie od tego, czy tak już z nimi pozostanie, czy przeciągnie do siebie kilku bardziej przytomnych senatorów z Koalicji Obywatelskiej – o posłach PSL, jako nie posiadających jakiejkolwiek siły przetargowej, nie wspominam – lub czy za kilka miesięcy senatorowie Kwiatkowski i Gawłowski pójdą siedzieć, to i tak to właśnie Prawo i Sprawiedliwość utrzyma kontrolę nad tą śmieszną izbą.
      Ktoś zapyta, jak owa kontrola będzie realizowana, a ja już odpowiadam. Otóż ponieważ w ten sposób zorganizowana izba będzie najczęściej obradować przy obecności większości senatorów PiS-u, nawet jeśli od czasu do czasu opozycja się zmobilizuje, odwoła marszałka Karczewskiego i na jego miejsce wybierze Borusewicza, to zaledwie na parę dni i już za chwilę wszystko wróci do normy ustalanej, jak już wspomniałem, w sposób naturalny przez władzę.
      A zatem, przestańmy się wreszcie emocjonować tą bzdurą i zróbmy choćby jak najszybciej coś takiego, by się dało postawić do pionu podskakujących Polsce sędziów.



sobota, 2 listopada 2019

Na co poganom z Amazonii ekologia?


      Parę dni temu trafiłem na informację, że jacyś dwaj nadzwyczaj pobożni katolicy weszli do rzymskiego kościoła Santa Maria in Traspontina, skradli stamtąd kilka figurek pozostawionych tam przez przybyłych z Amazonii do Rzymu Indian, a następnie wrzucili je do Tybru. Czemu oni tak postąpili? Odpowiedź jest prosta. Otóż owe figurki, jako symbole ściśle pogańskie, z ich punktu widzenia stanowiły akt jednoznacznie bluźnierczy i w rzeczy samej zasługiwały na takie właśnie a nie inne potraktowanie. Nie muszę oczywiście wspominać, że o owym zdarzeniu dowiedziałem się od któregoś z jak najbardziej, podobnie jak ci dwaj pobożni Włosi, pobożnego użytkownika Internetu, wraz z towarzyszącym zresztą owej informacji komentarzem, że oto z jednej strony papież Franciszek toleruje stopniowe przesuwanie się Kościoła w stronę czystej bezbożności, a z drugiej, że w naszym Kościele, na całe szczęście, są wciąż autentyczni bohaterowie, którzy są gotowi na poświęcenie niemal życia dla obrony Wiary.
      Ponieważ mam taki zwyczaj, że gdy tylko trafiam na informację, która mnie w jakikolwiek sposób porusza, sprawdzam dokładnie w czym rzecz, no i również tu znalazłem coś, o czym chciałbym dziś poinformować. Otóż rzecz przede wszystkim polega na tym, że owe figurki – tak na marginesie, przedstawiające nagą brzemienną kobietę o imieniu Pachamama, która dla rodzimych mieszkańców Amazonii od wieków jest boginią płodności i dawczynią życia – któregoś dnia w pielgrzymce do Rzymu zostały przywiezione przez świeżo nawróconych do wiary w Jezusa Indian, jako dar uwielbienia dla Maryi i tam przyjęte przez miejscowego proboszcza jako znak Wiary. Stały więc sobie owe dziwne figurki w bocznej nawie owego kościoła bezpiecznie przez jakiś czas, aż wreszcie wspomniani obrońcy czystości tej samej Wiary je stamtąd usunęli i wśród okrzyków entuzjazmu ze strony równie jak oni rozmodlonych osób na całym świecie, utopili je w Tybrze.
       Czytam więc internetowe komentarze dotyczące tej sprawy i bez najmniejszego zaskoczenia stwierdzam, że na celowniku jest przede wszystkim oczywiście papież Franciszek, który po raz kolejny okazał się zdrajcą. Ów zgiełk jest tym bardziej wzmacniany komentarzami części hierarchii, na czele z pewnym kardynałem, a ja w tym momencie chciałbym machnąć na to szaleństwo ręką i przejść do wspominanego tu niedawno całkiem Onetu, który publikuje wywiad na tematy różne z nieznanym mi księdzem. Oczywiście sam fakt, że Onet bierze się za któregoś z duchownych, jest dla mnie wystarczającym argumentem za tym, by owego kaznodzieję traktować z najwyższą ostrożnością, i jak się okazuje, na ogół słusznie. W pewnym jednak momencie wspomnianej rozmowy pojawia się coś, co robi na mnie na tyle duże wrażenie, że nie mogę się powstrzymać przed komentarzem. Oto cytat. Pytanie i odpowiedź:
- W trakcie synodu amazońskiego pojawiło się nawet nowe pojęcie grzechu - ekologicznego. Środowiska skrajnie konserwatywne upatrują w tym synodzie koniec ‘czystości’ katolickiej doktryny. Mówią wręcz, że Kościół umiera, ulega synkretyzmowi i staje się protestancki. Mają rację?
- Tu znowu popatrzyłbym na kontekst finansowy. Ameryka Łacińska (w tym Amazonia) to od dawna miejsce wyzysku… Tam dochodzi do wymierania całych plemion na skutek gospodarki rabunkowej. Wielki biznes (nie tylko z USA) jest zainteresowany tym, by nikt się nie interesował sytuacją tych plemion, by nikt mu nie przeszkadzał. Zabito już wielu misjonarzy w tamtym rejonie, gdy próbowali nagłośnić to ludobójstwo. Za portalami atakującymi papieża Franciszka oraz obecnie Synod Amazoński stoi również ten kapitał, któremu zależy na milczeniu wokół niszczenia przyrody i ludzi”.
      I to jest coś co mnie poderwało na równe nogi: „Za portalami atakującymi papieża Franciszka oraz obecnie Synod Amazoński stoi również ten kapitał”.
      Gdy chodzi o ekologię, to przyznaję bez bicia, że ją akurat mam głęboko w nosie, w pełnym przekonaniu, że Matka Ziemia sobie ze wszystkim sama znakomicie poradzi. Co do pieniędzy natomiast, moja dzisiejsza sytuacja jest taka, że ja wiem, co oznacza 5 tysięcy i nic ponadto, a tym bardziej więc nie wiem nic o kapitale, o którym wspomina ksiądz, którego nazwiska ani nie pamiętam, ani też nie uważam, że ono jest w tym akurat kontekście istotne. Moje doświadczenie natomiast gdy chodzi o stary bardzo myk z wędką i rybą każe mi podejrzewać, że ów ksiądz w tym akurat wypadku może trzymać rękę na pulsie. A jeśli i on i ja mamy rację, to znaczy, że ci dwaj, jak to tu to tam słyszę, nadzwyczaj dzielni, tak okropnie zatroskani o czystość Kościoła, mężczyźni, którzy utopili te Pachamamy, mogli nie mieć wcale tak czystych intencji, jak by się nam wszystkim mogło wydawać.
      Tyle zatem w kwestii ekologii i pieniądza. Co do ludzi, już od pewnego czasu mam bardzo silne podejrzenie, że ci z nas co najbardziej kochają Pana Boga, jednocześnie, kiedy widzą drugiego człowieka, w najlepszym wypadku zaczynają ziewać.





piątek, 1 listopada 2019

"Wyborcza", czyli chuj, dupa i kamieni kupa


     Na dziś miałem przygotowane dwa różne tematy i już wydawało się, że na któryś się zdecyduję, kiedy zupełnym przypadkiem trafiłem na następujący obrazek: otóż na samej górze stoi napis „wyborcza.pl”, poniżej odpowiednie uzupełnienie „magazyn świąteczny”, ja się natychmiast domyślam, że chodzi o Dzień Wszystkich Świętych, a kiedy jeszcze niżej widzę tytuł „Likwidujmy cmentarze, ratujmy planetę. Jak zniknąć bez śladu”, jeśli jestem gotów zainteresować się owym wydarzeniem wcale nie dlatego, że pomysł by likwidować cmentarze wydaje się być zbyt ekstrawagancki nawet jak na „Gazetę Wyborczą”, ale dlatego że ja już wcześniej gdzieś czytałem, w czym rzecz. Otóż, jak informuje Facebook, czy Twitter – nie pamiętam – coraz popularniejszym rozwiązaniem stworzonym na potrzeby Nowego Wspaniałego Świata na wypadek śmierci bliskiej osoby jest to, by owe zwłoki utylizować w taki sposób, by one się sprawdziły jako nawóz. Ów plan jest do tego stopnia precyzyjnie opisany, że tu i ówdzie pojawiają się nawet specjalne punkty, gdzie można oddać ciało swojej mamy, taty, czy dziecka, by one tam najpierw odpowiednio zgniły, a w dalszej kolejności, jak już wspomniałem, posłużyły jako nawóz. A to, wedle owych wierzeń, ma tworzyć coś na wzór Nowej Ekologii.
       To jednak że ja wiem, w czym rzecz, w żadnym wypadku nie oznacza, że nie mam tu nic do powiedzenia, choćby i na temat „Gazety Wyborczej”. Otóż biorąc pod uwagę fakt, że stajemy właśnie wobec wielkiego katolickiego święta Wszystkich Świętych, gdzie, jak się dowiaduję, biznes związany choćby z produkcją samych zniczy, oscyluje wokół pięciu miliardów złotych, to że „Gazeta Wyborcza” postuluje likwidację cmentarzy, wcale moim zdaniem nie świadczy o tym, że oni ideologicznie całkowicie odjechali do miejsca, skąd nie ma powrotu, ale że, co o wiele ważniejsze, znaleźli się w stanie, gdzie tego co tam się wyprawia, nikt już nie kontroluje. Owszem, jest rzeczą nadzwyczaj ciekawą spotkać człowieka, który zupełnie serio sugeruje, by tu i teraz zamknąć cmentarze, a naszych zmarłych w specjalnych zakładach przerabiać na nawóz, wszystko po to, by ratować Matkę Ziemię, o wiele ciekawsza jest jednak sytuacja, gdy wydawałoby się jeden z głównych ośrodków antypolskiej propagandy nie jest w stanie wyprodukować na okoliczność owego święta i owej propagandy, która jak rozumiem, ma mu umożliwić powrót do władzy, niczego poza owym dziwnym apelem dotyczącym likwidacji cmentarzy.
       Ja wiem, że „Gazeta Wyborcza” w ostatnim czasie przeżywa ciężki kryzys, że tam wciąż trwa walka o to, kogo wyrzucić na pysk, a kogo zostawić, tak by wciąż zachować jakieś nadzieję na przyszłość; wiem też i to, że dziś sytuacja na rynku jest taka, że gdyby nagle „Gazeta Wyborcza” przestała się ukazywać, nawet czytelnicy „Tygodnika Powszechnego” by na to wydarzenie nie zwrócili uwagi. To jednak, że oni w tej nadzwyczaj napiętej sytuacji politycznej zdecydowali się na zamieszczenie owego apelu, świadczyć musi wyłącznie o tym, że tam już panuje kompletne bezhołowie. W moim rozumieniu, jeśli oni decydują się na coś tego typu, jest to najlepszy dowód na to, że tam już nikt nad niczym nie panuje. A skoro tak, to musimy dojść do wniosku kolejnego: ci cwaniacy wiedzą może nawet lepiej niż my, że to już koniec. A skoro koniec, to i chuj z tym wszystkim, jak by to pięknie i nadzwyczaj celnie powiedział poseł Neumann.