środa, 30 września 2015

Donoszę na samego siebie

Jak doniosły media, panowie Leszek Miller i Janusz Palikot zostali właśnie uznani winnymi przez sąd w Warszawie tego, że podczas którejś z konferencji prasowych wspólnie i w porozumieniu określili Ryszarda Petru mianem człowieka „wynajętego przez banki”. Wprawdzie wygląda na to, że ani jeden ani drugi za ów występek nie pójdą do więzienia, a co więcej, nie będą nawet musieli we wspomnianych bankach brać milionowych kredytów na publikowanie ogłoszeń w „Wyborczej” i w „Rzeczpospolitej” z oświadczeniem, że „Ryszard Petru „nie jest człowiekiem wynajętym przez banki”, niemniej jednak wyrok jest i przeprosić trzeba będzie.
Ktoś mnie spyta, co mnie obchodzą relacje między Millerem, Palikotem i Petru, a ja przyznaję, że one w przeważającej swojej części faktycznie mało mnie obchodzą, natomiast tu akurat czuję, że ich sprawa bardzo wyjątkowo jest również moją sprawą. Otóż stało się tak, że choćbym nie wiem jak się wykręcał, faktem jest, że to ja obu panów, czyli Leszka Millera i Janusza Palikota podjudziłem do popełnienia owego przestępstwa. Oto pragnę donieść, że w dniu 31 maja 2015 roku, na swoim blogu, w komentarzu pod tekstem zatytułowanym „Ruch umarł, niech żyje ruch, czyli kto kogo rucha”, napisałem, że „Ryszard Petru to kandydat banków”. Jakby tego było mało, niespełna miesiąc później, również na swoim blogu, w tekście pod tytułem „Kto się boi PiS-u i czy jest na to jakaś maść?” już bardzo bezpośrednio pisałem o Ryszardzie Petru i „wynajmujących go bankach”. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że zarówno pan Leszek Miller jak i Janusz Palikot są dorosłymi ludźmi i odpowiadają za siebie, niemniej jednak, mając przekonanie, że bez mojego bloga im by nawet do głowy nie przyszło, by się tak fatalnie wplątać w było nie było działalność przestępczą, chciałbym prosić Wysoki Sąd o darowanie winy panom Millerowi i Palikotowi, To wszystko moja wina, a oni postąpili jak postąpili z własnej głupoty i jestem pewien, że już więcej nie będą.
Pozostaje mi już tylko wyjaśnić, jak to się stało, że tu na tym blogu pojawiło się to straszne oskarżenie, że Ryszard Petru to człowiek wynajęty przez banki? Otóż tu odpowiedź jest prosta. Jak niedawno zauważył dziennikarz Piotr Skwieciński, my blogerzy stanowimy zaledwie nicnieznaczący odprysk tego co w istocie rzeczy tworzy w Polsce głos opinii publicznej. To co sobie myślimy i to co piszemy, nie ma jakiegokolwiek znaczenia, raz z tego względu, że nie mamy realnego sposobu, by odpowiednio głęboko oceniać bieżące wydarzenia, a dwa, że nasz głos i tak nie jest słuchany. W konsekwencji, to co my tu sobie piszemy, to wyłącznie jakieś pozbawione sensu wytwory naszych wybujałych ambicji, na które nawet nie warto zwracać uwagi. Tym bardziej więc uważam, że Wysoki Sąd powinien uznać, że panowie Miller i Palikot powiedzieli co powiedzieli ze zwykłej głupoty, a więc nie należy ich czynu traktować poważnie. A ja z mojej strony oczywiście bardzo chętnie pana Ryszarda Petru przeproszę: Wielmożny Panie, niech się Pan już nie gniewa. Przecież to jasne, że Pan z bankami nie ma nic wspólnego. Sam nie wiem, co mi strzeliło do tego mojego hejterskiego łba.

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.




poniedziałek, 28 września 2015

Agnieszka i inni, czyli na co komu talent?

Kumpel mój, Marek Kamieński, wybitny artysta plastyk, niektórym z nas znany tu, jako autor obrazów umieszczonych na okładkach moich książek, kiedyś, bardzo dawno temu jeszcze, powiedział mi coś, co z jakiegoś powodu do dziś zapamiętałem, i co w pewnym sensie sformatowało moje myślenie o sztuce i o potędze talentu. Otóż jego zdaniem jest czymś absolutnie skandalicznym, a jednocześnie przejmująco smutnym, że losy wielkich artystów plotą się w taki sposób, że dajmy na to „Słoneczniki” takiego Van Gogha zdobią wnętrza jakichś ponurych gabinetów w jeszcze bardziej ponurych korporacjach, podczas gdy on sam, po to, by owe „Słoneczniki” stworzyć, uznał za stosowne oszaleć i na dowód owego szaleństwa obciąć sobie ucho. Oczywiście, ja miałem wiele różnych innych okazji rozmawiać z Kamieńskim o sztuce i z owych rozmów zawsze wynikała ta jedna prawda, że tak zwany „wyczyn”, w jakiejkolwiek formie, realnie sprowadza się do tego, że albo ktoś to kupi, albo nie, natomiast to wszystko, co ostatecznie doprowadziło do tego, że owo dzieło w ogóle powstało, nie ma już żadnego znaczenia. I to wszystko się sprawdza nawet w przypadku tych choćby najmniej wyszukanych gwiazd popu, dla których ich fani gotowi są oddać nie tylko osobistą godność, ale niekiedy nawet i życie. Który bowiem z owych wielbicieli choćby przez chwilę jest w stanie się zadumać nad tym, jaki talent, jaki wysiłek i ile, bywa że poświęceń, musi stać za każdym pojedynczym sukcesem? Zero. Stajemy wobec ludzkiego geniuszu i stawiamy wyłącznie żądania.
Swego czasu, w jednej ze swoich prasowych wypowiedzi, były już wówczas prezydent Richard Nixon powiedział coś takiego: „Nie każdy może być prezesem General Motors. Nie każdy może być prezydentem Stanów Zjednoczonych”. I nie dajmy sobie wmówić, że za tą refleksją stało rozdęte ego Nixona. Wcale niekoniecznie. On, jak sądzę, chciał tylko nam powiedzieć, że jeśli ktoś zostaje prezydentem Stanów Zjednoczonych, czy prezesem General Motors, to w żadnym wypadku za tym nie stoi głupi przypadek. A nam naprawdę nie zaszkodzi, jeśli będziemy w stanie ten fakt zauważyć i uszanować.
Myślę o tym, proszę sobie wyobrazić, w związku z tym, że Agnieszka Radwańska właśnie wygrała turniej ATP w Tokio. Zastanówmy się może przez chwilę, kim trzeba być, co trzeba umieć, jakie trzeba mieć talenty, by wygrać turniej ATP w Tokio. Zastanówmy się może, ile jest osób na świecie, które dziś są w stanie wygrać turniej ATP w Tokio i co trzeba umieć i mieć, by znaleźć się w gronie tych, którzy są w stanie tego dokonać. Nie wiem ile jest ludzi na świecie, którzy grają w tenisa dla przyjemności, ilu gra w tenisa w ramach tej jednej szczególnej pasji, ilu gra w tenisa wyczynowo. Wiem natomiast, że na świecie jest zaledwie kilka osób, które są w stanie wygrać turniej ATP w Tokio i wśród nich jest Agnieszka Radwańska.
I oto nagle okazuje się, że dla wielu z nas, rzekomo osób, które interesują się sportem, dla których kibicowanie jest prawdziwą pasją, osób, które podobno najlepiej wiedzą, o co w sporcie chodzi, zwycięstwo Agnieszki Radwańskiej jest dobrym powodem, by przyjść i ogłosić, że to dobrze, że wreszcie Agnieszka Radwańska stanęła na nogi, bo ostatnio wydawało się, że ona jest do niczego. Przypominam, że mówimy o dziewczynie z Krakowa, która dzięki swojemu talentowi i ciężkiej pracy została jednym z najwybitniejszych specjalistów w swojej branży na świecie.
Do czego zmierzam? Otóż, jak część z nas już wie, zbliża się premiera nowego filmu z Jamesem Bondem i tym razem otwierającą produkcję piosenkę zaśpiewał artysta nazwiskiem Sam Smith. Nie znam tego Smitha, z tego co słyszę, wiem, że nie kupię jego płyty, w dodatku moja córka mówi mi, że reakcja tak zwanych fanów muzyki popularnej jest taka, że ów Smith to syf i hańba. Ja jednak wiem przy tym jedno: nie każdy może zaśpiewać piosenkę do nowego Bonda. Dziś jest to ów Smith, wcześniej była Adele, jeszcze wcześniej Tina Turner i Paul McCartney i nie oszukujmy się: tu nie ma przypadków. A zatem, w naszej sytuacji, szydzenie z tego Smitha jest idiotyzmem szczególnym. Oczywiście, możemy go nie słuchać, tak jak nie słuchamy obu Justinów – Timberlake i Biebera, The Who, czy Miley Cyrus, jednak nie możemy nie przyznać, że nie każdy może być Bieberem, czy Cyrus. Powiedziałbym wręcz, że nie każdy może być Petem Townshendem, choć przyznaję, że tu akurat mam swoje wątpliwości.
Agnieszka Radwańska wygrała turniej ATP w Tokio, wygrywając ze Szwajcarką Belindą Bencić, która wcześniej pokonała Samanthę Stosur, Garbiñe Muguruzę i Karolinę Woźniacki i wszyscy jesteśmy bardzo zadowoleni, no bo jesteśmy kibicami, a Radwańska jest nasza. I dziś jest już ósma na świecie. A ja nie mam wątpliwości, że jeśli w najbliższym turnieju ona odpadnie w pierwszej rundzie z jakąś debiutantką i znów wypadnie z pierwszej dziesiątki, wokół niej zbierze się całe towarzystwo prawdziwych kibiców, którzy jej świetnie wytłumaczą, dlaczego ona tak naprawdę jest do dupy. Bo jest za chuda, za mało ambitna, mało trenuje i w dodatku ma beznadziejnego trenera. I, proszę mi wybaczyć, ale ani trochę nie czuję się lepiej przez to, że wiem, że dziś w Hiszpanii też cała kupa kibiców nie może darować Muguruzie, że przegrała z kimś tak byle jakim jak Belinda Bencić i że koniecznie powinna najpierw zmienić trenera, a potem poprawić forehand, albo coś innego.
Tak już nasz świat wygląda, że każdy z nas ma ten swój najczęściej jeden talent i albo go wykorzystuje, albo marnuje. Wśród nas są ludzie, którzy nie dość, że ów jeden talent dostali, to którym w dodatku ów jeden talent udało się do tego stopnia pomnożyć, że podziwiają ich nie tylko znajomi, nie rodzina, nie miejscowa publiczność, ale cały świat. I my doskonale znamy ich nazwiska. I w sytuacji, gdy właściwie jedyne co nam pozostaje, to ich podziwiać za to, czego nam akurat nie udało się dokonać, z czystego zwierzęcego egoizmu uznajemy za stosowne im doradzać, czy – o grozo! – tłumaczyć, co oni powinni, żebyśmy poczuli ów dreszcz emocji. Co ciekawe ten sam, któregośmy sami nigdy nie umieli ani sobie, ani innym, zapewnić. Dlaczego? Bo lubimy sport i się na sporcie znamy? Proszę, beze mnie.

Przypominam, że w księgarni na stronie www.coryllus.pl są do kupienia moje książki. Szczerze zachęcam.

niedziela, 27 września 2015

Gdy przyszli Marsjanie i chcą się przytulić

Nie będę ukrywał, że niezbyt się dobrze czuję w sytuacji, gdy przychodzi mi komentować, i to w dodatku po raz kolejny, sprawę tak zwanych „uchodźców”, jednak obłęd, którego niemal każdego dnia jesteśmy wszyscy świadkami, nie pozwala mi się tak naprawdę zająć czymkolwiek innym. Dlaczego tak mi źle z tym tematem? Przede wszystkim, ja nie bardzo lubię sytuację, kiedy ten blog staje się zbyt mainstreamowy, a trzeba przyznać, że w ostatnich dniach o uchodźcach już rozmawiają nawet dzieci na przerwach w szkole, a gdzieniegdzie nawet przy śniadaniu w przedszkolach. Komu więc potrzebny jestem jeszcze ja? Drugi powód jest może jeszcze bardziej istotny, a chodzi mianowicie o to, że jeśli się wsłuchać we wszystko to, co zostało na ten temat powiedziane, nie ma takiej możliwości, by gdziekolwiek jeszcze ukrył się jakiś oryginalny argument. Pisałem parę razy o tych Erytrejczykach w Szwajcarii, bo miałem wrażenie, że o zagrożeniu, jakie owa historia opisała akurat u nas pies z kulawą noga nie wspomniał… no ale poza tym, cóż można powiedzieć więcej?
I oto nagle doszła do mnie informacja, że Kinga Dunin – gdyby ktoś nie pamiętał, to ta pani, której przez pewien czas usługi seksualne świadczył wybitny polski pisarz Ignacy Karpowicz, za co ona finansowo wspierała jego twórczy komfort – w felietonie zamieszczonym na łamach „Krytyki Politycznej”, zachęcając polskie kobiety do poślubiania syryjskich uchodźców, napisała co następuje:
Martwimy się o asymilację? Nie ma lepszego sposobu na asymilację niż małżeństwo, jak wiadomo. Miłość jest w stanie pokonać wszelkie kulturowe przeszkody. Przy okazji może niektórzy zmienią schaboszczaka z kapustą na coś zdrowszego. A piękne i liczne dzieci (polskim mężczyznom, jak widać po wskaźnikach, płodzenie słabo wychodzi) staną się wspaniałymi polskimi obywatelami. Mężczyźni zaś będą mieli motywację – żona, dzieci – do wytężonej pracy”.
Ktoś powie, że Dunin to idiotka, w dodatku idiotka wzgardzona przez jakiegoś taniego pederastę, a więc powinno się ją traktować adekwatnie do jej zasług, i ja oczywiście jestem gotów ową argumentację zrozumieć. Rzecz jednak w tym, że już niezależnie zupełnie od tego, co owa Dunin ma w głowie, ona ze swoimi opiniami tworzy część pewnego szczególnego propagandowego frontu, który ostatnio się bardzo uaktywnił i robi wrażenie, jakby miał na celu zorganizowanie nam tu w Polsce takiego piekła, że się z niego nie wyrwiemy przez długie lata. A wszystko z powodu wspomnianego idiotyzmu właśnie.
Co mam na myśli? Otóż u granic Europy stoją już w tej chwili miliony ludzi – w sposób oczywisty i jednoznaczny, kulturowo i cywilizacyjnie nam obcych – w oczekiwaniu na to aż my wreszcie pozwolimy im tu wjechać i zmienić nasze życie na zawsze, a wielu z nas w jakimś nieprawdopodobnym zaślepieniu zaczyna głosić nauki o rzekomej uniwersalnej solidarności i powszechnej miłości, z taką intensywnością, że już tylko można się dziwić, że w naszych galeriach handlowych od rana do wieczora nie jest grany wielki przebój Johna Lennona „Imagine”. I, owszem, trzeba przyznać, że głos Kingi Dunin brzmi tu szczególnie donośnie, co jednak nie zmienia faktu, że ten obłęd zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Przecież nie oszukujmy się, czym jest wczorajsze wystąpienie premier Kopacz na temat miłości i nienawiści, jak w gruncie rzeczy powtórzeniem tego, co nam próbowała powiedzieć Kinga Dunin?
W tej sytuacji, chciałbym bardzo powrócić tu do słynnego filmu Tima Burtona „Marsjanie atakują”. Gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, sytuacja jest taka, że na wiadomość o tym, że lada dzień na Ziemi mają wylądować Marsjanie, wszyscy – dosłownie wszyscy – reagują histerią, którą można porównać już tylko do tego, z czym mamy do czynienia dziś, a co starałem się opisać powyżej. No i w momencie, gdy oni wszyscy w niemal religijnym uniesieniu czekają na tych Marsjan, aż oni przybędą i poszerzą nasze pole wolności, ci lądują, wyciągają swoją fikuśną broń i w sposób najbardziej okrutny niszczą wszystko, co im wejdzie w drogę. Bez dyskusji, bez sentymentów i co ciekawsze, bez śladu zrozumienia sytuacji. Owi Marsjanie to przede wszystkim całkowicie inny wymiar w tym sensie, że gdy my po naszej, ziemskiej stronie mamy cały wachlarz wrażliwości, poczynając od ludzi podłych, głupich i złych, po jedynie dramatycznie naiwnych, tam jest świat, który pod względem moralnym można oceniać mniej więcej tak deskę w przydrożnym płocie.
No i tu Kinga Dunin proponuje, by nasze dziewczyny wychodziły za mąż z tych muzułmanów, bo oni przynajmniej są prawdziwymi mężczyznami. A premier Kopacz wzywa do powszechnej miłości i tolerancji. W tej sytuacji ja mam do opowiedzenia pewną historię. Oto w sklepie w sąsiedztwie pracuje pewna zaledwie 19-letnia, moim zdaniem bardzo ładna i rezolutna dziewczyna. I oto opowiedziała mi ona właśnie, że parę dni temu w sklepie pojawił się pewien bardzo przystojny mężczyzna o śniadej urodzie, powiedział, że jest z Jordanii i zaczął ją namawiać do tego, by się z nim romantycznie związała. Mówił jej, że ona jest najpiękniejsza na świecie, że on ją kocha, że nie może przez nią spać, że jest gotów dać jej nawet tysiąc, a nawet dwa tysiące złotych, by ona z nim poszła na kolację. Ona odmawiała, on wracał na drugo dzień, gonił ja po całym sklepie, prosił by pozwoliła się chociaż pocałować, ostatecznie jednak, widząc, że ona jednak ma swój honor, po kilku dniach zniknął. Opowiedziałem tę historię córce, a ona mi na to, że ona to wszystko zna, bo raz że ma parę koleżanek, które miały tego typu przygody, a dwa że i one mają swoje znajome i z tych wspólnych opowieści wynika, że owi muzułmanie właśnie tacy są; oni krążą po okolicy i próbują wyciągać co się wyciągnąć da. Zgodnie ze znaną nam skądinąd muzułmańską zasadą, że Allah wprawdzie zabronił kłamać, ale zrobił jeden wyjątek, gdy idzie o kobiety. Moje dziecko, jak twierdzi, osobiście zna jedną dziewczynę, która poznała jednego z nich w czerwcu, a dziś są już po ślubie.
W tej więc sytuacji ja już mam tylko dwie rzeczy do powiedzenia. Oto nasz ulubiony artysta Morrissey w swoim czasie zaśpiewał piosenkę – nie, nie o Arabach – której fragment brzmiał następująco:

On nie chce cię zasmucić.
O nie, on ci tylko chce zaimponować.
Chce tylko opanować twoją kulturę
I zaprzyjaźnić się z tobą na zawsze.
Bengali, Bengali,
Zapomnij o swoich zachodnich planach
I zrozum, że życie z tobą jest wystarczająco
trudne.
Ta srebrna obwódka na twoich butach,
Ta gwiazda na kostce, która tak oślepia,
Ten tak wysoki żółty obcas
Przypomina mi, bym ci powiedział
Łagodnie
‘Zapomnij o swoich planach.”
Życie z tobą jest wystarczająco trudne…


No a już na sam koniec, fragment filmu „Marsjanie atakują”. Bardzo znaczący. Życzę wszystkim dobrej zabawy.





Przypominam, że wszystkie książki są do nabycia w księgarni na stonie www.coryllus.pl






sobota, 26 września 2015

Czy ktoś nam wali kijem po kratach?

Nie bardzo wiem, w jaki w ogóle sposób stało się to kwestią dyskutowaną publicznie, faktem jest jednak to, że od kilku dni nie ma dnia, bym nie usłyszał, że gdzieś w Polsce postanowiono rozebrać pomnik sowieckiego zbrodniarza wojennego, niejakiego Iwana Czerniachowskiego, i w związku z tym rosyjska ambasada kieruje do nas nieustanne pretensje. Doszło do tego, że telewizja TVN24 wysłała do rosyjskiej ambasady jedną ze swoich czołowych dziennikarek, Brygidę Grysiak, ona oczywiście od samego rosyjskiego ambasadora usłyszała to co usłyszeć miała i musiała, no a TVN24 nam wszystko bardzo starannie zrelacjonował.
Obejrzałem tę rozmowę i przyznaję, że sam byłem pod wrażeniem. My tutaj na tym blogu mamy naprawdę wiele powodów, by się niczemu nie dziwić, czy to – ci starsi z nas – mając w pamięci wszystkie tamte kłamstwa czasów PRL-u, czy – to już ci młodsi – wspominając kolejne dni III RP, ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich ośmiu lat, kiedy to władza Platformy Obywatelskiej pokazała, że zawsze można jeszcze bardziej, jeszcze więcej i jeszcze sprytniej. Tu jednak mieliśmy tego ambasadora, eleganckiego pana o bardzo miłej, i to nawet niekoniecznie jak na Rosjanina, powierzchowności, który przemawiał starannie i wyczerpująco, i nie wypowiedział jednego słowa, które nie byłoby kłamstwem. Przepraszam wszystkich bardzo, ale tak to nawet Donald Tusk nie potrafił. Nawet Adam Szejnfeld. Nawet Andrzej Morozowski. I to, przyznaję, mną nawet wstrząsnęło.
Dziś oczywiście wszystkie media relacjonują wypowiedź owego Rosjanina, a poziom emocji jest tak wielki, że nawet Michał Kamiński skutecznie zachęcił premier Kopacz, by i ona zabrała głos – głos twardy i zdecydowany. To jednak czego mi w tych wszystkich komentarzach brakuje, to odniesienia do dwóch fragmentów wystąpienia Ambasadora, które na mnie osobiście zrobiły wrażenie szczególne. Oto w pewnym momencie, kiedy Grysiak zasugerowała, że Ambasador w pewnym sensie, biorąc w obronę owego Czerniachowskiego, powtarza argumenty jakby żywcem wyciągnięte ze stalinowskiej szkoły politycznej propagandy, ten – i tu akurat nie dysponuje dokładnym cytatem, ale sens był jak najbardziej taki – odpowiedział pani dziennikarce, że owszem, ona ma rację, tylko że świat, a w tym oczywiście my Polacy, powinien zrozumieć, że Rosjanie tak naprawdę nie mają nic innego; że jeśli oni zakwestionują prawdę o wojnie taką, jaką im w spadku zostawił Stalin, oni równie dobrze mogą się zamknąć. Usłyszałem te słowa i wręcz podskoczyłem z wrażenia, bo nagle sobie uświadomiłem, że tak to właśnie wygląda: oni tak naprawdę, gdy chodzi o politykę historyczną, stoją pod ścianą i nie mają się już gdzie cofnąć. Mogą oczywiście przyznać, że wiecie, rozumiecie, ów Czerniachowski, faktycznie był jakiś nie bardzo, no i to faktycznie on bez sensu zastrzelił tego biednego czołgistę, tyle że co dalej? No co? No więc on, ich przedstawiciel w Polsce, przedstawił ów dylemat wręcz obrazowo.
Drugi moment podczas owej rozmowy, który jakoś uciekł uwadze komentatorów, to ten, gdy redaktor Grysiak zapytała Rosjanina, jakie on, będąc tu w Polsce, realizuje zadania. I kiedy można się było spodziewać, że on odpowie coś w rodzaju, że jego misją jest podtrzymywanie przyjaznych relacji między Rosjanami a Polakami, albo że on pragnie dopilnować, by polsko-rosyjski handel rozkwitał i dawał coraz lepsze perspektywy na przyszłość, on akurat bardzo krótko, zdecydowanie i jednoznacznie odpowiedział, że on tu w Polsce ma za zadanie pilnować rosyjskich interesów. Czyli czego na przykład? No na przykład tego, by pamięć po wielkim bohaterze Związku Sowieckiego Iwanie Czerniachowskim miała się dobrze, no i żeby świat wiedział, że II Wojna Światowa była przede wszystkim efektem zbrodniczej polityki polskich władz, no a gdy chodzi o Związek Sowiecki, to oni się wyłącznie bronili.
A ja sobie myślę, że skoro tak, to jedyne co nam pozostaje, to, poza jednym oficjalnym oświadczenie, nie dawać się wciągać w tę dyskusję. I to z dwóch względów. Przede wszystkim nie da się prowadzić dyskusji z rosyjskim ambasadorem, jeśli owa dyskusja siłą rzeczy musi być prowadzona na dwóch różnych poziomach. Nie ma możliwości prowadzić dyskusji, podczas której my będziemy mówić, że Czerniachowski to zwykły morderca i my nie życzymy sobie mieć u nas jego pomników, a Rosjanie będą powtarzali, że dla nich ten sam Czerniachowski to święty bohater Związku Sowieckiego, który oddał życie, wyzwalając spod niemieckiej okupacji sprzymierzoną z Hitlerem Polskę i oni nie mogą pozwolić, by jego pamięć była przez Polaków szargana. To jest koniec dyskusji i nie ma co się w ogóle oszukiwać.
Ale jest jeszcze coś, co moim zdaniem jest systematycznie lekceważone, a ja uważam, że świadomość tego jest nam potrzebna niemal jak woda. Otóż moim zdaniem zarówno tego typu eventy, jak ten z ruskim protestem przeciwko rozebraniu pomnika Czerniachowskiego, czy wcześniejsze, związane z kolejnym wystąpieniem Jana Grossa, są nam podrzucane w jednym tylko celu – by nas wyprowadzić z równowagi. One mają wyłącznie jeden cel: doprowadzić nas do cholery i utrzymywać nas w owej cholerze tak długo, aż oni będą mieli pewność, że nam pozostanie już tylko to, albo ewentualnie wyjście do sklepu na zakupy.
Nie wiem, jak wygląda sytuacja w innych regionach kraju, ale w Katowicach jest tak, że między piłkarskimi drużynami GKS-u Katowice i Ruchu Chorzów prowadzona jest nieustanna wojna. Jeśli ktoś się lokalną piłką nożną nie interesuje, to ma spokój, natomiast jeśli owszem, to musi zauważyć, że mury Katowic w wielu miejscach są ozdobione postawioną do góry nogami literką „R”. I ja się domyślam, że sens tych obrazków jest taki, by każdy kibic Ruchu Chorzów, ile razy zobaczy to odwrócone „R” dostał autentycznego szału, no i żeby z tego szału urodziło się coś jeszcze. O wiele ważniejszego, niż jakaś głupia piłka. Otóż moim zdaniem, ile razy dowiadujemy się, że Jan Gross powiedział, że Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców, czy że rosyjski ambasador wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że II Wojna Światowa była wynikiem sojuszu Polski z Hitlerem, czy choćby tego, że Katastrofa Smoleńska to skutek alkoholizmu Lecha Kaczyńskiego i jego kumpli generałów, jesteśmy traktowani jak najbardziej tępi kibice Ruchu Chorzów, i niestety obawiam się, że bardzo skutecznie.
W związku z tym, apeluję serdecznie, zachowajmy postawę wyprostowaną, a ów szyderczy uśmiech niech nie opuszcza naszych twarzy choćby na moment. Oni naprawdę nie mają nic poza tym kijkiem i tą kratą.



Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia wyłącznie w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

piątek, 25 września 2015

Czy Erytrejczycy wiedzą, do czego służy nóż?

Ponieważ muszę bardzo intensywnie robić korektę najnowszej książki, z którą bardzo byśmy chcieli zdążyć na październikowe targi w Krakowie, nie mam wręcz fizycznie możliwości, by napisać coś nowego. Ponieważ jednak wszyscy w ten czy inny sposób żyjemy sprawą emigrantów, znów nieco wcześniej proponuję najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”, a przy okazji coś, czego wydawałoby się nie trzeba powtarzać, gdy nagle okazuje się, że jak najbardziej. I to nie raz, nie dwa.

Pisałem już o tym swego czasu na blogu, ale i nie tylko, jednak w związku z bardzo świeżą decyzja polskiego rządu, by posłusznie wykonać wszystkie polecenia kanclerz Merkel i jej przedstawicieli w Brukseli i wpuścić do Polski całe to nieszczęście funkcjonujące pod nazwą „uchodźców”, wydaje mi się czymś bardzo koniecznym, by sprawę przypomnieć.
Otóż parę lat temu w internetowym wydaniu telewizji TVN24 ukazała się, ilustrowana ślicznym zdjęciem, niemal jak z przewodnika turystycznego, informacja zatytułowana „Rodzina imigrantów rozsadza budżet szwajcarskiej wioski”. Poniżej natomiast poleciała już goła historia. Oto trzy lata temu do owej wioski o nazwie Hagenbuch, zamieszkałej przez nieco ponad tysiąc mieszkańców, z lokalnym budżetem 150 tys. euro przybyła z Erytrei w Afryce dziewięcioosobowa rodzina, a ponieważ ona od początku nie była w stanie utrzymać się przy życiu, natychmiast została otoczona opieką gminy. Na pierwszy gwizdek poszło darmowe mieszkanie z tysiącem euro czynszu plus 2,1 euro na utrzymanie. Po pewnym czasie, kiedy okazało się, że rodzice nie są w stanie zajmować się siódemką dzieci, troje czy czworo z tych dzieci zostało umieszczonych w sierocińcu, generując dodatkowe koszta opieki nad tymi pasożytami do wysokości 30 tys. euro miesięcznie, natomiast z myślą o tych, co zostali w domu, wydatki podniesiono do 16,5 tys. euro. Efekt więc był taki, że na utrzymanie owej rodziny miesięcznie trzeba było wydać 50 tys. euro, co stanowiło jedną trzecią całego budżetu i co oczywiście zagroziło bankructwem gminy. W tej sytuacji, władze rozważają podwyższenie podatków.
I o tym właśnie był ów artykuł w tvn24.pl. Że przez tych dziewięcioro dzikusów trzeba będzie podwyższyć podatki, kto wie, czy nawet nie o 5%.
Ja wprawdzie, co pewnie większość z nas zauważyła, użyłem w powyższej relacji słowa „pasożyty”, które w tekście tvn24, choćby z uwagi na tak zwaną polityczną poprawność, oczywiście nie pada, jednak zrobiłem to bardzo celowo. Otóż nie mam najmniejszej wątpliwości, że taki właśnie był jedyny cel, dla którego redaktorzy portalu postanowili nas uraczyć tą absurdalną opowieścią. Chodziło wyłącznie o to, byśmy sobie wszyscy w jednej chwili pomyśleli, że jaki to straszny jest ów „socjał”, który spokojnych, porządnych i uczciwie pracujących obywateli zmusza do dzielenia się swoimi pieniędzmi z bandą jakichś nie wiadomo skąd wziętych pasożytów. Proszę sobie wyobrazić, że w wiadomości portalu nie pada nawet słowo „Afryka”; tam jest tylko ta jakaś „Erytrea” i ta dziewiątka jakichś brudasów, pewnie Cyganów.
Od dnia jednak owej publikacji minęło nieco czasu i dziś już wszyscy świetnie wiemy, że ów „socjał” to nic szczególnie szokującego, by nie powiedzieć złego. I naprawdę nie ma się czemu dziwić. W końcu co nam szkodzi pomóc z naszych podatków paru biedakom, kiedy już za rogiem czają się następni? A ci już z całą pewnością nie czekają aż im damy jakiś zasiłek.

Przypominam wszystkim, że mam jeszcze u siebie kilka ostatnich egzemplarzy „Siedmiokilogramowego liścia”, czyli pierwszego zbioru moich felietonów. Gdyby ktoś był zainteresowany, proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl. Jeszcze chwila i po nich zostanie już tylko jeden pamiątkowy egzemplarz.

środa, 23 września 2015

Czy Radek Sikorski zasłużył na świnię?

Oczywiście każdy dzień przynosi wystarczająco dużo nowinek, byśmy się mieli przejmować każdą z nich, wśród nich pojawiła się jedna, która mnie akurat zainteresowała w sposób szczególny. Oto mój ulubiony portal tvn24 poinformował, że w Wielkiej Brytanii ukazała się biografia premiera Camerona, autorstwa człowieka przedstawiającego się jako Lord Ashcroft pod tytułem „Mów mi Dave”, i tam są przedstawione informacje sugerujące, jakoby ów pan premier, podczas nauki najpierw w elitarnej szkole Eaton, a następnie na studiach w Oxfordzie prowadził się wyjątkowo paskudnie, z punktem kulminacyjnym w postaci uprawiania oralnego seksu ze zdechłą świnią. Właśnie tak.
Ktoś w tym momencie naturalnie może powiedzieć, że to jest jakiś absurd. Możemy wszak uznać, że imperialna tradycja rejonów Eeaton czy Oxfordu może dopuszczać regularne używanie marihuany, czy nawet kokainy, czy nawet – o grozo – korzystania z usług prostytutek, jednak seks ze zdechłą świnią stanowi wstrząsającą wręcz przesadę. Ja jednak, mimo tego, że, owszem, jestem w pewnym sensie w tym momencie pod wrażeniem, uważam, że gdy chodzi o Brytyjskie Imperium, powyższy opis jest jak najbardziej realny. Przy całym moim szacunku do, że tak się wyrażę, turystycznych walorów Wielkiej Brytanii, nie ulega dla mnie najmniejszych wątpliwości, że Wielka Brytania to jest miejsce, gdzie wszelki awans – zgodnie z odwieczną tradycją – uwarunkowany jest odbyciem oralnego stosunku ze zdechłą świnią. Taka to, jak to mówią nasze dzieci, karma.
A zatem, nie mam najmniejszego powodu, by podane przez lorda Ashforda informacje o tym, jak to premier Wielkiej Brytanii – ten, poprzedni, i jeszcze poprzedni – aby osiągnąć odpowiedni stopień awansu, musiał odbyć oralny stosunek ze zdechłą świnią, kwestionować. Powiedziałbym wręcz, że gdybym miał bardziej wyostrzoną wyobraźnię, ja bym ów numer ze świnią sam wymyślił już lata temu. Czemu? Bo obserwuję Imperium od lat na wszelkich możliwych płaszczyznach i nie sądzę, by oni się nawet kiedykolwiek jakoś szczególnie ukrywali.
I oto nagle, we wspomnianym kontekście, wśród najszczerszych patriotów, pojawiło się podejrzenie, że skoro taki David Cameron, jako szanowany dziś absolwent Oxfordu, aby odnieść towarzyski, akademicki, a ostatecznie i polityczny sukces, musiał odbyć stosunek oralny ze zdechłą świnią, to można się spodziewać, że tym bardziej tego typu gest musiał być wymuszony na naszym Radku Sikorskim. Jeśli tam na tym Oxfordzie dochodzi do tego typu testów i podlegają im osoby z papierami z Eaton, tym bardziej wykazać się muszą jacyś ponurzy „foreigners”. Otóż, moim zdaniem, to nie jest tak. Ów seks ze zdechłą świnią – nawet w towarzystwie porządnego bucha – to nie jest jakiś szczeniacki rytuał, lecz bardzo poważny gest, do którego dopuszczani są wyłącznie najlepsi. A w tej sytuacji, nie sądzę, by Radek Sikorski miał tu jakiekolwiek szanse. Jeśli on faktycznie, jak głosi plotka, był tam lubiany i szanowany, w najlepszym wypadku moim zdaniem, mógł zostać dopuszczony do tego, by sobie przez dziurkę od klucza popatrzeć, jak się koledzy bawią.
A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale oddajmy mu przynajmniej to. Polska górą.

Zachęcam do kupowania książek najlepszych: www.coryllus.pl.

poniedziałek, 21 września 2015

Jak nie być jaszczurką na drucie?

Dobiegło końca nasze tournée po Opolszczyźnie i wypada podzielić się paroma refleksjami. Przede wszystkim należy wspomnieć spotkanie w Domu Kultury w Kietrzu, na które przyszło ponad 50, w większości miejscowych, osób, które wytrzymały z nami trzy godziny, z których naprawdę wielu kupiło nasze książki i po raz nie wiem już który, pozwoliły nam uwierzyć, że to co robimy ma wielki sens i jeszcze większe perspektywy. Przy okazji chciałem wyrazić wielkie uznanie dla pana kierownika Wiesława Janickiego, człowieka niezwykłego, który zorganizował nasze spotkanie. Brak mi słów.
Na Uniwersytecie w Opolu Gabriel miał wykład o Katarach, ja tym razem siedziałem na publiczności i muszę powiedzieć, że dopiero z tej szczególnej perspektywy mogłem docenić to, z czym tu tak naprawdę mamy do czynienia. Po niemal dwugodzinnym spotkaniu wszyscy – podkreślam WSZYSCY – byli tak poruszeni, że mi już tylko pozostawało patrzeć z zazdrością, jak – ani mnie nie widząc, ani do niczego nie potrzebując, ani pewnie nie wiedząc, że ja tam w ogóle jestem – jeden po drugim ustawiali się w cierpliwej kolejce, by kupić Maciejewskiego „Kredyt i wojnę” i dostać ten jeden jedyny autograf.
No i wreszcie mamy ów dwudniowy Jarmark Franciszkański, z punktu widzenia naszych oczekiwań i interesów, zakończony niemal kompletną porażką. Samo miejsce, cała organizacja, wystrój i atmosfera były imponujące, jednak nie ma co ukrywać, że owa przestrzeń, rozciągająca się między wiejskim chlebem ze smalcem, a wędlinami z Zakopanego, przez podrabiane zapachy od Diora, nie pozostawiała wiele miejsca dla dwóch, choćby nie wiadomo jak wybitnych, autorów. Tak, tak – tam najprawdopodobniej sam Andrzej Stasiuk zostałby przykryty przez brzuchomówcę z jaszczurką na drucie. I tu mam refleksję, którą chciałbym się podzielić, a która przyszła mi do głowy po spotkaniu z pewną niedoszłą. Otóż owa pani zatrzymała się przy naszym stoisku, wzięła do ręki moją książkę o markach, dolarach i bananach, zaczęła czytać… a po paru minutach ją odłożyła, mówiąc mniej więcej coś takiego: „Ależ to jest świetnie napisane! Ale to się czyta! Trudno się oderwać”… i sobie poszła. A ja sobie pomyślałem, że to jest pierwszy znak nowych czasów; że ten strach przed wolnością musi się skończyć; że ów terror Systemu nie utrzyma się o wiele dłużej. A najlepiej widać to na przykładzie muzyki. Dziś już takiego U-2, Erica Claptona, czy Stinga słuchają wyłącznie ludzie, dla których U-2, Eric Clapton, czy Sting stanowią ostatni etap po Beatlesach, Rolling Stonesach i Rodzie Stewarcie. Dziś bowiem prawdziwy rynek muzyczny istnieje już tylko w Internecie i tworzą go wykonawcy, o których mainstream nie słyszał i już nigdy nie usłyszy. Dzisiejsza muzyka to wykonawcy, którzy taki magazyn „The Rolling Stone” mają w najwyższej pogardzie z tego względu, że ten o prawdziwym życiu nie ma absolutnie nic do powiedzenia. A ludzie, którzy kupują płyty i bilety na koncerty owych nowych artystów, o magazynie „The Rolling Stone” najprawdopodobniej nawet nie słyszeli. Dzisiejsza muzyka to nie gdyński Open’er, ale Off, czy Tauron w Katowicach. I z każdym rokiem ów fakt będzie coraz bardziej widoczny. Miłośnicy muzyki dziś bowiem, aby trafić na swoją ulubioną piosenkę, nie muszą czytać muzycznej prasy, nie muszą słuchać radia, nie muszą pytać o zdanie muzycznych dziennikarzy, nie muszą śledzić głównego nurtu – oni wszystko znajdują w Internecie, bez łaskawej pomocy pośredników.
Gdy idzie o literaturę niestety, dziś wciąż wszyscy jesteśmy do tego stopnia sterroryzowani przez rynek, że choćbyśmy nie wiadomo jak byli przekonani, że nasze serca są zupełnie gdzie indziej, wciąż, jak ta ćma, będziemy krążyć wokół jakiegoś Karpowicza, Krajewskiego, czy wspomnianego Stasiuka. Ale to już się kończy. Przyszłość widzieliśmy wystarczająco wyraźnie w miniony piątek w małej, zniszczonej przez Nowy Świat, miejscowości Kietrz, podczas spotkania z ludźmi, którzy po tych wszystkich latach uświadomili sobie nagle, że są wolni.

Za parę tygodni wybory, które wygrają: prawo i sprawiedliwość. I to jest bardzo ważne. Zachęcam jednak wszystkich do czytania. Nie propagandowej pulpy, ale czegoś autentycznie prawdziwego: www.coryllus.pl. Tak naprawdę tylko to przetrwa.

piątek, 18 września 2015

Niewiarygodna i smutna historia biednego Michasia i jego niegodziwego ojca

Ponieważ dziś wyjeżdżam do Opola i okolic na targi i cykl spotkań, a więc już teraz przedstawiam kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, że będzie jak zawsze.


Pamiętamy, jak kilka dni temu, próbując ratować partię przed klęską, premier Kopacz ogłosiła, że z list Platformy wystartują Ludwik Dorn, Grzegorz Napieralski i Michał Mazowiecki, co zdychającej Platformie przyda świeżej krwi, a przy okazji rozszerzy elektorat na tyle, by pojawiła się szansa nawet jeśli już nie na zwycięstwo, to przynajmniej na honorową porażkę. Panowie pojawili się na specjalnie zwołanej uroczystości, wygłosili odpowiednie przemówienia, zbierając serię takich czy innych komentarzy, i sprawa ucichła, ustępując miejsca kolejnym równie wstrząsającym sensacjom.
I oto nagle spadła na nas wiadomość, że Michał Mazowiecki jednak kandydować nie będzie. Czemu? Co takiego się stało? Kto mu co zrobił, że mu ochota na polityczną karierę minęła? Tego nie wiemy i, szczerze powiedziawszy, odpowiedź na tę zagadkę mało nas interesuje. Natomiast niezmiernie interesujący jest fakt, że w celu uczczenia owej niezwykłej decyzji, tygodnik „Polityka” zamieścił wspomnienie na temat Michała Mazowieckiego i podał co następuje:
Gdy Michał miał pięć albo sześć lat, za radą znajomych umieścił najmłodszego syna w ośrodku w Świdrze z nadzieją, że będzie tam pod lepszą opieką i obserwacją niż u samotnego ojca. – To był niewypał – mówił Michał Mazowiecki. – […] Ojciec przyznał potem, że to była pomyłka”.
I to jest bardzo interesujące. Oto Mazowieckiemu umiera żona, on zostaje z trójką dzieci i najmłodszego natychmiast oddaje do przytułku. Wagę owej informacji zdecydowanie wzmacnia wspomnienie, nie tak przecież dawne, o tym, jak owe dzieje biednego wdowca były opisywane przez media przed kilku laty. Popatrzmy na fragment odpowiedniego tekstu z „Super Expressu”:
Ciężar ich wychowania spadł na niego. Kiedy go internowano, najmłodszy syn miał zaledwie 13 lat. […] Bardzo to przeżywał. Na dodatek w przeddzień oszczeniła nam się Figa - opowiadał premier Teresie Torańskiej”.
[…] Poświęcił się dzieciom całkowicie. Poza pracą i domem nie miał życia prywatnego. […] Jego premierowanie oceniać będą potomni i historia. Wiadomo jednak, że z roli ojca wywiązał się wzorowo.
Zawsze miał czas dla dzieci. Kiedy już został premierem i niemalże nocował w Urzędzie Rady Ministrów, to synowie chcąc go zobaczyć, odwiedzali go, jedli razem obiad lub po prostu wpadali pobyć z ojcem. Byli prawdziwą rodziną na dobre i złe. Starsi synowie pomagali mu przy pisaniu jego exposé”.
I tu właśnie pojawia się to pytanie: A młodsi? Co z młodszymi? Mieliśmy okazję oglądać ów szczególny występ Michała Mazowieckiego, kiedy władze Platformy Obywatelskiej postawiły go na tej czarnej scenie i kazały mu mówić. Wszyscy, mam nadzieję, wciąż pamiętamy ów prawdziwie wstrząsający widok człowieka z innego świata. A dziś zostajemy już tylko z tą jedną wiadomością: kiedy biedny Michaś miał zaledwie 5 lat, właśnie zmarła mu mama, a jego ojciec uznał, że dobrze mu zrobi zamieszkać w przytułku.
I pomyśleć tylko, że dla nich wszystkich, nie ma w tym absolutnie nic ciekawego.

Dla przypomnienia. Dziś o 19.00 spotkanie w Domu Kultury w Kietrzu, jutro i pojutrze Jarmark Franciszkański w Opolu, a jutro o 18.00 kolejne spotkanie na Uniwersytecie Opolskim. Zapraszam.

czwartek, 17 września 2015

Co wiedział Lech Kaczyński?

Wielokrotnie wyrażałem tu na tym blogu żal, że w dyskusji, jaką prowadzimy, czy to tu w sieci, czy w przestrzeni już znacznie bardziej publicznej, większość z nas ani nie słucha, ani nie myśli, ani nie wyciąga wniosków, ani, co gorsza, nie uważa, że słuchać, myśleć i wyciągać wnioski w ogóle by wypadało, bo wystarczy nasz naturalny błysk, wrodzona inteligencja i ewentualnie to jedno ucho, gdyby faktycznie miało się pojawić coś nowego. Jestem absolutnie przekonany, że gdyby nie ów brak uwagi, 90% procent naszych zmartwień ległoby w gruzach, a świat by w jednej chwili nabrał barw. Niestety jest tak, że praktycznie bez przerwy stajemy wobec tak potężnej z jednej strony ignorancji, a z drugiej zwykłego braku staranności, że nieustannie dostajemy w łeb i wszystko wraca do punktu wyjścia.
Jak mówię, sytuacje tę znam, bardzo nad nią ubolewam i w pewnym sensie zdążyłem ją zaakceptować, jednak to co się stało wczoraj, autentycznie zwaliło mnie z nóg. Oto podczas sejmowej debaty na temat uchodźców premier Kopacz, pragnąc dokuczyć Jarosławowi Kaczyńskiemu, wspomniała jego zamordowanego w Smoleńsku brata, zarzucając mu, że jako prezydent wynegocjował i podpisał Traktat Lizboński, godząc się tym samym na to, że przyszłe kwestie będą rozstrzygane przez większość w głosowaniu, a nie w ramach konsensusu.
I oto na mównicę wszedł Jarosław Kaczyński i powiedział coś, czego najwyraźniej nikomu z komentujących nie udało się zrozumieć, a co dla mnie stanowiło rzecz absolutnie wstrząsającą. Mniej więcej tak:
Kiedy Lech Kaczyński negocjował Traktat, wiedział – nie będę tu wyjaśniał, skąd wiedział, ale wiedział – że zbliżają się wybory i że owe wybory z pewnością wygrają formacje proeuropejskie, które, gdy przyjdzie co do czego, zgodzą się na wszystko. W tej sytuacji postanowił podpisać Traktat w formie, jaką zdołał wynegocjować. A wynegocjował bardzo dużo. Z 13 punktów, nie udało się zachować tylko jednego, ściśle technicznego”.
Gdyby ktoś nie pamiętał – co swoją drogą mnie nie dziwi – przypominam, że negocjowanie Traktatu trwało całymi miesiącami, a podpisany został już po wyborach, w grudniu 2007 roku. Po wyborach, jak wczoraj na to zwrócił uwagę Jarosław Kaczynski, oczywiście przegranych. Po wyborach, po których, jak przewidywał Lech Kaczyński, nowa władza zgodziłaby się na każdą propozycję silnych państw Unii. Podpisany został w wynegocjowanym przez Lecha Kaczyńskiego kształcie.
I ja oczywiście biorę pod uwagę to, że Jarosław Kaczyński plecie bzdury. Że powodem podpisania przez Lecha Kaczyńskiego Traktatu w owej kulawej formie wcale nie była dbałość o to, by Polska nie skończyła jeszcze gorzej, lecz zwykły dla niego brak przytomności. Rozumiem też, że niektórzy z nas uważają, że ów traktat od początku do końca był zdradą i żadne słowa tego nie zmienią. Problem polega jednak na tym, że we wszystkich komentarzach, jakie mam okazję od wczoraj wysłuchiwać, nie ma śladu tego typu argumentacji, ale coś, co wskazuje na to, że wszyscy ich autorzy zwyczajnie nie zrozumieli tego, co Jarosław Kaczyński powiedział. Wszyscy oni bowiem szyderczo sugerują, że Jarosław Kaczyński oficjalnie przyznał, że Lech podpisał Traktat Lizboński, bo liczył na to, że dzięki temu PiS wygra wybory. Właśnie tak. Dosłownie wszyscy jeden za drugim od wczoraj powtarzają, że zbliżały się wybory, trzeba było pomóc PiS-owi w zwycięstwie i Lech Kaczyński podpisał ów traktat, po to by PiS wygrał. A na dowód tego, regularnie, co pół godziny, wszystkie telewizje puszczają fragment wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, gdzie ten mówi wyraźnie, że Prezydent wiedział, że wybory zostaną przez PiS przegrane, na co telewizyjni komentatorzy klepią się po brzuchach ze śmiechu, jaki ten prezes głupi, że się tak fatalnie przyznał. Naprawdę! Nawet zwykle uchodzący za osobę niezwykle przebiegłą Ludwik Dorn powtórzył ów idiotyzm i ani nie mrugnął. A my za nim.
Proszę zwrócić uwagę. Lech Kaczyński, wedle relacji Jarosława, w roku 2007 wiedział, że zbliżają się wcześniejsze wybory i że Prawo i Sprawiedliwość je przegra. On to wiedział. I zgodził się na podpisanie Traktat Lizbońskiego, w taki sposób, żeby nowy rząd Platformy Obywatelskiej nie miał okazji przyjąć czegoś znacznie gorszego. I o tym zostaliśmy wczoraj poinformowani przez Jarosława Kaczyńskiego. Że Lech wiedział. I nic. Wygląda na to, że nikt tego nie usłyszał. Przepraszam bardzo, ale czy w tej sytuacji jest sens?

Informuję, że jutro o godzinie 19.00 w Domu Kultury w Kietrzu odbędzie się spotkanie z Coryllusem, na którym będę i ja. W sobotę natomiast w Opolu odbędzie się Jarmark Franciszkański, na którym również będziemy do dyspozycji. Tego samego dnia wieczorem, mamy spotkanie na Uniwersytecie. Szczegóły na blogu Gabriela. Zapraszam.

wtorek, 15 września 2015

Everytap, czyli Szatan przyjechał z Nevady




Oto kilka dni temu na pustyni Black Rock w Nevadzie zakończyła się doroczna impreza organizowana od lat pod nazwą „Burning Man”. Każdego roku, od ostatniego sierpniowego poniedziałku do pierwszego poniedziałku we wrześniu, Burning Man zaprasza gości – w większości biznesmenów z Doliny Krzemowej, oraz różnego rodzaju tak zwanych „start-upowców” i „wizjonerów”, w regularnej liczbie ponad 50 tysięcy – by przybywali do Nevady i stawali się jedną wielką rodziną, no a przy okazji oczywiście, fantastycznie się bawili! Owa zabawa wygląda tak jak większość tego rodzaju festiwali, a więc z głośników leci nieustanny rave, czy jakieś inne techno, banda zaćpanych, nagich ludzi tańczy i pieprzy się 24 godziny na okrągło, z tą jedynie różnicą, tu nie mamy do czynienia z czymś, co zwykle nazywamy „białym śmieciem”, lecz z tak zwanymi yuppies, a więc młodą, wykształconą inteligencją z wielkich miast. Dodatkowo jeszcze dochodzi tam do czegoś, co oni sami nazywają „radykalną samoekspresją” a sprowadza się do wznoszenia quasi ołtarzy w formie przedziwnych konstrukcji, co sprawia, że cała impreza nabiera charakteru ściśle religijnego. Kulminacją owego festiwalu muzyki i sztuki jest wzniesienie potężnej drewnianej postaci imieniem „The Man” i spalenie jej w rytmie owej zabawy.
Wyznawcy projektu mają swój własny dekalog, który sprowadza się do, jakkolwiek by one idiotycznie nie brzmiały, następujących punktów:

1. radykalna inkluzja
2. obdarowywanie
3. dekomodyfikacja
4. radykalny indywidualizm
5. radykalna autorefleksja
6. wspólnotowość
7. społeczna odpowiedzialność
8. nie pozostawianie śladów
9. uczestnictwo
10. natychmiastowość

Autorzy projektu szczycą się tym, że ich festiwal jest jedynym tego typu zgromadzeniem na Ziemi, który można obserwować z kosmosu, my więc przenieśmy się na drugą półkulę, by zobaczyć owych start-upowców już nie z satelity, ale zwyczajnie, twarzą w twarz. I tu już nie będzie żadnego komentarza. Goły cytat:
Restauracje, puby, kluby - odwiedzający te miejsca skorzystają dzięki innowacyjnej aplikacji Everytap. 40 proc. udziałów w tym projekcie nabywa TVN Ventures. - Użytkownicy mogą wynosić realne korzyści, nabijać punkty za wizyty, za wydane pieniądze lub konkretne produkty. A później odbierać nagrody - tłumaczy Maciej Piwko, dyrektor zarządzający Everytap. Jak dodaje, ‘aplikacja jest kierowana do mieszkańców większych miast, którzy korzystają z miejskiej rozrywki’.
Usługę Everytap uruchomiono w 2013 roku i jest już dostępna w ponad 120 punktach Trójmiasta i ma ponad 10 tys. zarejestrowanych i aktywnych użytkowników. - Bardzo szybko rośnie ich liczba - przyznaje dyrektor zarządzający Everytap.
Everytap od tego tygodnia działa również we Wrocławiu, a jak informuje Maciej Piwko ‘w najbliższych tygodniach będzie także w Warszawie i wszystkich większych miastach’.
Everytap jest platformą łączącą w sobie technologię beaconów z aplikacją mobilną, dzięki której użytkownicy mogą otrzymywać kontekstowe wiadomości, oferty i nagrody podczas zakupów lub wizyt w takich miejscach, jak restauracje, sale koncertowe czy stadiony.
Oferuje współpracującym z nią reklamodawcom, sklepom, restauracjom i instytucjom możliwość opracowania dedykowanych programów lojalnościowych i ofert promocyjnych, oraz w pełni elastycznego zarządzania kampaniami marketingowymi skierowanymi do klientów znajdujących się w ich lokalach.
Platforma Everytap jest jedną z pierwszych aplikacji tego typu na świecie, która wykorzystuje bezprzewodową technologię beaconów, oferującą nieograniczone możliwości dotarcia do klientów w oparciu o mikrolokalizację.
- Rynek beaconów to już dzisiaj jest ogromny biznes, który globalnie szacowany jest na miliard dolarów - twierdzi Jan Wykrytowicz, partner TVN Ventures.
Spółka Everytap rozpoczęła pracę nad aplikacją w 2013 roku, a ostatnie 12 miesięcy jej rozwoju wpierał fundusz zalążkowy Black Pearls, który miał w niej 16 proc. udziałów wraz ze współfinansującą projekt PARP.
TVN Ventures będzie jedynym inwestorem instytucjonalnym spółki, natomiast pozostała część udziałów pozostanie w rękach jej założycieli.
- W tej chwili bardzo mocno przyglądamy się rynkowi nowych form reklamy, komunikacji z klientem, stąd też inwestycja w Everytap - tłumaczy Jan Wykrytowicz.
- Natura naszych inwestycji to nie tylko inwestycje finansowe. Jesteśmy bardzo mocno zaangażowani w poszczególne firmy. W odpowiednim momencie Everytap będzie komunikowany w mediach TVN-u - zapowiada.
Transakcja przewiduje, że udziałowcem przestanie być fundusz Black Pearls VC. Transakcja składa się inwestycji gotówkowej oraz media for equity (M4E).
TVN Ventures to stworzony w tym roku przez Grupę TVN fundusz venture capital, który zajmuje się wspieraniem zarówno już funkcjonujących na rynku startupów, jak i inwestowaniem w nowe koncepcje na biznes
”.
Zachęcam do pogłębionych refleksji.

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

poniedziałek, 14 września 2015

Über alles?

A zatem stało się to co się musiało stać. Niemcy, mianowicie, zamknęli swoje granice. Wbrew prawu unijnemu, wbrew europejskim traktatom, wbrew europejskiej konstytucji. Jak gdyby nigdy nic. Bez choćby śladu pozorów. A ja sobie myślę, że jednoznaczna i bezdyskusyjna korzyść z tego dla nas jest taka, że może niektórzy z nas przynajmniej zorientują się, na czym polega system, który powszechnie nazywamy Unią Europejską. Otóż układ jest taki, że rządzą Niemcy i to co Niemcy zadecydują, obowiązuje resztę towarzystwa. Niemcy postanowili, że w ramach solidarności ogólnoeuropejskiej, wszyscy otwieramy granice, a kto będzie marudził zostanie do tego zmuszony siłą (Schultz), a na to oczywiście polski rząd grzecznie położył uszy po sobie i zadeklarował pełne posłuszeństwo. Dziś Niemcy, uznawszy, że ich wyliczenia okazały się błędne – lub może globalna polityka zmieniła kierunek – granice zamykają, a my zostajemy z tym smutnym oświadczeniem polskiego Episkopatu, że Caritas w pełnej gotowości czeka na decyzje polskich władz.
Rzecz w tym, że nie ma czegoś takiego jak polska władza. Mamy wyłącznie bandę tanich cwaniaków, którzy nie są w stanie wykonać jednego kroku bez odpowiednich instrukcji z zewnątrz. Pozostaje nam więc już tylko zawołać: Niech żyją Węgrzy, niech żyją Czesi, niech żyją Rumuni, niech żyją Słowacy, niech żyje Polska!

Książki, jak zawsze, są do nabycia w księgarni na stromnie www.coryllus.pl.

niedziela, 13 września 2015

Państwo Czerwoni

Jak zapowiedział Coryllus, lada chwila ukazuje się kolejny numer „Szkoły nawigatorów”. Mamy tam dwa moje teksty. Na zachętę, dziś fragment jednego z nich. Serdecznie zachęcam.

Dziś o małżeńskich relacjach, łączących przez wszystkie laty ich pobytu w Białym Domu prezydenta Roosevelta i jego żonę, wiemy znacznie więcej, niż wiadomo nam było jeszcze w latach 60-tych ubiegłego wieku. To dopiero w roku 1966, po ukazaniu się książki Jonathana W. Danielsa „The Time Between the Wars”, wyszło na jaw, że Eleanore była osobą biseksualną, że przez cały okres małżeństwa Roosevelt był nieustannie otoczony kochankami, że w Białym Domu znajdował się specjalny apartament używany przez niejaką Lucy Mercer, która w pewnym momencie uzyskała status na tyle szczególny, że służby prezydenckie używały wobec niej specjalnego określenia „Mrs Johnson”, i że gdyby nie fakt, że matka Roosevelta groziła, że jeśli ten rzuci żonę, on z tego miliona dolarów nie zobaczy ani centa, to niewykluczone, że sama Eleanor swoją polityczną działalność prowadziłaby nie z Waszyngtonu, ale prosto z Moskwy.
To wszystko były informacje, które w przestrzeni publicznej zaistniały dopiero, jak już wspomnieliśmy, w latach 60-tych, natomiast wszystko to co już w tamtych latach wiadome było na temat roli, jaką pełniła Eleanor zarówno w Białym Domu, jak i poza nim, wystarczyłoby znakomicie, by sobie wyrobić opinię na temat tego, czym tak naprawdę była prezydentura Franklina D. Roosevelta. Rzecz bowiem w tym, że niemal od pierwszego dnia, kiedy państwo Rooseveltowie wprowadzili się do Białego Domu, pani Roosevelt uznała, że choć wprawdzie pełniony przez jej męża urząd jego samego znacznie ogranicza, gdy chodzi o nią, to nie ma żadnego powodu, by ona miała nie wykorzystywać okazji. Sposób, w jaki realizowała swoje ambicje na polu biznesowym, w pewnym momencie przybrał rozmiary fobii. Przez wszystkie lata pobytu w Białym Domu nie było praktycznie tygodnia, by Eleanore Roosevelt nie wystąpiła czy to w jakiejś reklamie mydła, proszku do prania, czekolady, kosmetyków. Kolorowe magazyny organizowały jej sesje zdjęciowe, podczas których, przebrana za Indianina, opowiadała o tym, jak wygląda życie w Białym Domu, każdego dnia publikowała felieton pod tytułem „Mój dzień”, który ukazywał się w gazetach w całym kraju, a oprócz tego dla szeregu kolorowych magazynów pisała większe już teksty na każdy możliwy temat. Jednocześnie specjalnie przygotowanym na jej potrzeby samolotem podróżowała po całym kraju, wygłaszając w każdym niemal mieście różnego rodzaju wykłady. Nie można przy tym nie wspomnieć, że za każdy pojedynczy występ, czy to w reklamie, czy za felieton, zdjęciową sesję, czy wspomniany wykład, inkasowała bardzo znaczne sumy, do tego stopnia, że, jak udało się oszacować, przez 15 lat od czasu, gdy zamieszkała w Białym Domu, zarobiła ogólnie ponad 3 miliony dolarów.
Powstaje pytanie, jak to było możliwe, że przez te wszystkie lata prezydent Roosevelt pozwalał na to, by jego żona z takim zaangażowaniem kompromitowała jego urząd. Częściową odpowiedzią mogą być wspomniane już wcześniej relacje, panujące w tej szczególnej rodzinie, gdzie prezydent praktycznie mieszkał ze swoją kochanką, dzieci robiły swoje interesy, a sama Eleanor też traktowała to małżeństwo i swoją w nim rolę, jako część biznesu. Jednak wydaje się, że głównym powodem, dla którego prezydent Roosevelt pozwalał żonie na te wszystkie fanaberie, było to, że dzięki jej bardzo głębokiemu zarówno politycznemu, jak i osobistemu zaangażowaniu w kontakty z amerykańskimi komunistami, mógł liczyć na polityczne poparcie, jakiego w ówczesnej politycznej sytuacji, sama Partia Demokratyczna, której był kandydatem, zdobyć dla niego nie mogła. A więc to właśnie dzięki osobistemu zaangażowaniu Eleanor i jej równie osobistym przyjaźniom, poza głosami Demokratów, miał też jako prezydent i jako kandydat na prezydenta, poparcie tak zwanej Amerykańskiej Partii Pracy, po latach przekształconej w Amerykańską Komunistyczną Partię Pracy, Partii Liberalnej, w praktyce również grupującej przeróżnej maści komunistów, ale też przeróżnych drobniejszych komunistycznych grup, takich jak Amerykański Kongres Młodzieży, Liga Młodych Komunistów, Międzynarodowa Służba Studencka, Amerykańska Mobilizacja Pokoju, czy Amerykański Związek Studentów. Każdą z tych grup Eleanor Roosevelt hojnie sponsorowała, a wedle skromnych szacunków, ich polityczne poparcie dawało Rooseveltowi dodatkowy milion głosów w kolejnych wyborach.
Kontakty jakie Eleanor Roosevelt utrzymywała z czerwonymi w pewnym momencie stały się tak bliskie, że niektórzy z nich, by wspomnieć choćby tak wybitnych przedstawicieli sowieckiej agentury jak John Lash, Abbot Simon, czy Joe Kadden, zostali stałymi lokatorami w Białym Domu. Wielu pomieszkiwało w prezydenckich apartamentach z taką regularnością, że w pewnym momencie doprowadziło to do sytuacji tak karykaturalnej, że kiedy pewnego dnia przed Białym Domem doszło do wielkiej komunistycznej demonstracji przeciwko wojnie i faszyzmowi, część demonstrantów obserwowała wydarzenia z okien apartamentów, w których przed laty spał Abraham Lincoln.

Zarówno kwartalnik, jak i inne książki można kupić w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

sobota, 12 września 2015

O tym jak Prawo i Sprawiedliwość spaliło gitarę

Właśnie obejrzałem sobie w telewizorze konwencję Prawa i Sprawiedliwości, aktualnie prezentuje się Platforma Obywatelska z zapowiadanymi od wczoraj sensacjami, a ja już mam tylko jedną refleksję, którą pragnę się bardzo krótko podzielić.
Jak niektórzy z nas może pamiętają, w swojej książce o muzyce opisałem pewne zdarzenie jeszcze sprzed wielu, wielu lat, kiedy to podczas festiwalu w Monterrey doszło do konfrontacji między Jimi Hendrixem a Petem Townshendem, liderem zespołu The Who. Poszło o to, że podczas gdy popisowym grepsem The Who było wówczas to, by podczas wykonywania zamykającego koncert numeru „My Generation” zniszczyć sprzęt, Hendrix na koniec swojego występu podpalał gitarę, i Townshend doskonale wiedział, że po tym, jak Hendrix spali gitarę, pies z kulawą nogą nie zwróci uwagi na ekstrawagancje The Who. Stąd też bardzo mu zależało, by to nie oni zamykali wieczór, ale Hendrix. Polazł więc Townshend do Hendrixa przed koncertem i prosił go bardzo, by ten zgodził się zamienić kolejnością występów, argumentując, że Hendrix to taka gwiazda, a numer z podpaleniem gitary na tyle spektakularny, że on z pewnością i tak otrzyma swoją porcję oklasków. Bez efektu. Hendrix przyszedł, zagrał, spalił gitarę i wszyscy poszli do domu.
I tamten incydent właśnie, jak wspomniałem, przypomniał mi się, kiedy oglądałem konwencję Prawa i Sprawiedliwości, bo uświadomiłem sobie nagle, że oto właśnie owa gitara została skutecznie i ostatecznie spalona. Kiedy piszę ten tekst, w telewizji przemawia komisarz Lewandowski. Przepraszam bardzo, ale nawet jeśli on w pewnej chwili zacznie skakać po tej mównicy i walić się po łbie mikrofonem, rzeczywistości nie zmieni. Ten pociąg już odjechał.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać inne historie nie tylko na temat The Who i Hendrixa, zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut. Naprawdę warto.

piątek, 11 września 2015

Islam napada, a ci jak zawsze na posterunku

Dziś znów jednocześnie, w „Warszawskiej Gazecie” i tutaj, refleksja na temat uchodźców, Marsjan i naszej naiwności.

Nie wiem, czy czytelnicy „Warszawskiej Gazety” wiedzą, o kim mowa – choć o to ich nie podejrzewam – trzeba nam jednak wiedzieć, że Wojciech Sadurski to przede wszystkim – jak wszyscy oni – tak zwane „resortowe dziecko”, ale również poważny autorytet wypowiadający się niekiedy na bieżące tematy w różnego rodzaju telewizjach. Kiedy piszę „od czasu do czasu” wiem co robię, bo bardzo mi zależy, by nikt nie pomyślał, że Sadurski to postać o pozycji zbliżonej choćby do Janusza Palikota, czy Andrzeja Halickiego. On, owszem, bywa gwiazdą, jednak nie powinniśmy zapominać o proporcjach. Sadurski to przede wszystkim jakiś Sadurski i na tym koniec.
I oto nagle ów Sadurski nagle jakimś cudem pojawia się w przestrzeni publicznej i oświadcza, co następuje:
Małe, złośliwe państewko – przesiąknięte kompleksami i poczuciem żalu do całego świata (Trianon); tonące w toksycznej atmosferze połączenia smuty z agresywnością wobec słabych. Tłusta, niezdrowa kuchnia, marne wina, przereklamowana stolica z wdziękiem zapyziałych lat 1970-tych, marna muzyka[…]. Jako peryferium europejskiego imperium, biedniejszy kuzyn Wiednia i Pragi. Jako państwo Unii Europejskiej – powód do wstydu i zażenowania”.
Ktoś kto nie zna sprawy, może sobie pomyśleć, że Sadurski wypowiedział się na temat jakiegoś fikcyjnego państwa, w którym postanowił umieścić akcję swojej powieści i dziś na życzenie mediów dzieli się swoimi refleksjami. Tymczasem nic z tego. Sadurski – a za nim praktycznie wszystkie ogólnopolskie media – przekazują wiadomość, że Węgry to pod każdym praktycznie względem syf i dziadostwo.
I w tym momencie pojawiają się dwie kwestie. Pierwsza z nich dotyczy tego, skąd się wzięły owe emocje, a odpowiedz jest oczywista. One wzięły się stąd, że w reakcji na dziś absolutnie zagadkowy nagły napływ do Europy fali uchodźców z Północnej Afryki, premier Węgier Viktor Orban ogłosił, że owi uchodźcy stanowią problem przede wszystkim dla Niemiec, a nie Węgier, Polski, Czech, czy Estonii, i tym sposobem popełnił grzech największy, a więc grzech niezależności. Druga jest znacznie ciekawsza. Otóż wygląda na to, że dla drobnych wyrobników, takich jak Sadurski – ale również całej kupy lepiej od niego znanych nam polityków i komentatorów – kwestia owego szczególnego exodusu stała się okazją do wyjątkowo tandetnego lansu. To bowiem, co oni wszyscy robią, przypomina jako żywo sceny z popularnego filmu „Mars atakuje”, gdzie na wiadomość, że Ziemia została zaatakowana przez Obcych, zaczynają się aktywizować najróżniejszego rodzaju grupy głoszące intergalaktyczną przyjaźń i solidarność, a wszystko po to, by w efekcie owi Obcy, kiedy nadejdzie ten moment wzięli się w pierwszej kolejności za nich i ich zwyczajnie wymordowali.
Europa została zaatakowana przez Islam, a w reakcji na to ci co z jednej strony zawsze byli idiotami, a z drugiej mieli ów przywilej, by sprawować władzę, prowadzą swoją, jakże wyrafinowaną, politykę. A ja w tej chwili mam już tylko jedno życzenie. Niech im oni poobcinają łby.

Już wkrótce ukaże się moja kolejna książka, tym razem o tym, co słychać na dziewiątym kręgu, do tego czasu serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania tego, czego jeszcze jakimś cudem nie mamy.

czwartek, 10 września 2015

Kartofle z jajkiem, czyli dobrze jest być przyzwoitym

Podczas swojego kolejnego wydania, Forum Ekonomiczne w Krynicy tytuł Człowieka Roku przyznało Jarosławowi Kaczyńskiemu i z jednej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę zarówno skład jury, jak i nazwiska dotychczas laureatów, jest to wydarzenie zaskakujące. W końcu jest przejawem pewnego obłędu to, że jury, w którego składzie znajdują się taki Jan Bury, czy Hanna Gronkiewicz-Waltz, zamiast nagrodzić oczywiste zasługi Ryszarda Petru, czy księdza Sowy, ni stąd ni z owąd decyduje się wyróżnić kogoś takiego jak Jarosław Kaczyński. Z drugiej jednak strony, jeśli już opadnie pierwszy kurz, a my nabierzemy do sprawy pewnego dystansu, to zobaczymy, że nie stało się nic szczególnego. W końcu, kapituła owej nagrody liczy 29 członków, z czego, jak się okazuje na Kaczyńskiego głosowało zaledwie dziewięciu, a biorąc pod uwagę, że na skutek wyczerpania się przez ostatnie lata wszelkich możliwych do zaakceptowania kandydatów, im już zostali tylko premier Ukrainy Jaceniuk, polscy siatkarze, prezes KGHM i jakiś biznesmen, i w efekcie, nie trzeba było naprawdę Kaczyńskiego, by to wygrać.
W tej sytuacji histeria, jak ogarnęła tak zwane elity robi wrażenie dosyć dziwne. Wspomniany Ryszard Petru ogłosił, że on Kaczyńskiego zna wyłącznie z tego, że ten ukradł księżyc, Niesiołowski – że Kaczyński powinien dostać nagrodę dla chuligana roku, premier Cimoszewicz – że on już nigdy więcej nie przyjedzie do Krynicy, a były prezydent Kwaśniewski, że on się zgadza z Cimoszewiczem. No i jeszcze Zbigniew Boniek zabrał głos, że nagroda powinna była przypaść trenerowi Nawałce. Przepraszam bardzo, ale czy oni przypadkiem z tego strachu kompletnie już nie oszaleli. Co im szkodziło wystawić do tej nagrody wspomnianego Petru? Przecież on by to wygrał w samych skarpetkach.
Stało się jednak jak stało i po pierwszym szoku pojawia się wyjaśnienie. Otóż kapituła nagrody dała ten tytuł Kaczyńskiemu, bo chciała mu się podlizać w związku z zapowiadanym zwycięstwem PiS-u w nadchodzących wyborach. Te dziewięć osób z 29 głosowała na Kaczyńskiego, bo się chciało przypodobać nowej władzy. No i dobrze. Ja akurat nie znam tego składu tak do końca, ale ponieważ wiem, że w zeszłym roku Człowiekiem Roku został komisarz Lewandowski, mogę się domyślać, że Karnowski, który , jak się wydaje, kandydaturę Kaczyńskiego zgłosił, jest tam jednak w mocnej mniejszości. No a w tej sytuacji, i Petru i Cimoszewicz i Niesiołowski i Kwaśniewski powinni się raczej cieszyć, że przynajmniej tych dwudziestu wykazało prawdziwą niezłomność i pisowskiemu terrorowi nie uległo. A zatem, o co i na kogo się obraził Cimoszewicz, że już nigdy do Krynicy nie wróci? Na posła Burego? Że nie przekupił kogo trzeba?
Daję słowo, że nie wiem, o co chodzi. Jedyna odpowiedź, jaka mi się tu nasuwa, to ta, że oni faktycznie już ledwo ciągną. Również można to było zaobserwować wczoraj, kiedy telewizja TVN24 poświęciła specjalny program temu, by dowieść, że to iż w Polsce dzieci nie dojadają i że o tym informował zarówno NIK, jak i GUS, jest bezczelnym pisowskim kłamstwem, bo obie instytucje ani słowem nie wspominały o dzieciach niedojadających, a tym bardziej głodujących, natomiast oba raporty informowały jedynie, że w Polsce 900 tysięcy osób żyje poniżej granicy ubóstwa, a to wcale, zdaniem autorów audycji, nie oznacza, że one nie dojadają. Bo, jak usłyszeliśmy, oni mogą na przykład nie mieć na czynsz, lub lekarstwa, natomiast zawsze coś tam zjeść można. Dla poparcia zresztą owej tezy redaktorka TVN-u pojechała do jakiejś wsi na Kujawach, gdzie jak głosi raport, jest najgorzej, by porozmawiać z tymi ludźmi. I proszę sobie wyobrazić, że dowiedzieliśmy się, że choć oczywiście bogato nie jest, to jednak dzieci codziennie jedzą kartofle, a czasem też do nich jajko, więc głodne nie chodzą. No a poza tym, jak wyznała owa mama, one nie mają wielkich wymagań. TVN pokazał nam nawet te dzieci i widać było ostro i na kolorowo, że były wesołe i uśmiechnięte.
No i jeszcze się dowiedzieliśmy, że jeśli gdzieś faktycznie dojdzie do sytuacji, że na kartofle akurat nie starczyło, bo trzeba było kupić lekarstwo, to w szkole jest zupa. No i, gdyby ktoś nie wierzył, zobaczyliśmy tę zupę. Prawdziwą ciepłą zupę w dużym kotle. Naprawdę dużo zupy.
A więc tak. Z jednej strony, bez żadnego praktycznie wysiłku, Jarosław Kaczyński został człowiekiem roku w Krynicy, elity się obraziły, a w związku z tym owa impreza zapewne od przyszłego roku zostanie przejęta przez „naszych”, z drugiej rządowa propaganda informuje nas wszystkich, że wcale nie chodziło o szczaw i mirabelki, tylko o kartofle. No i jest jeszcze coś na sam koniec. Zajrzałem sobie na portal tvn24.pl i główna wiadomość dotyczyła najnowszej zapowiedzi pani premier Kopacz, że przyjmiemy uchodźców z Afryki, „bo to nasz test na przyzwoitość”. Tuż pod tym natomiast było duże kolorowe zdjęcie jakiejś rodziny i tytuł: „Ciężarna matka trójki dzieci do eksmisji”. Już się bałem, że to jacyś uchodźcy, ale na szczęście nasi. Na sto procent nasi. Chwała Bogu, bo co byśmy zrobili bez tej przyzwoitości?

Za tydzień wspólnie z Gabrielem będziemy w Opolu i okolicach spotykać się z czytelnikami. Kto może, niech się czuje zaproszony. Kto nie – też. A jeśli już się naprawdę nie uda, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Tam jest dokładnie to samo, tyle że bez dedykacji.

środa, 9 września 2015

Anetka, czyli życie

Jak niektórzy z nas mieli możliwość zauważyć, niedawno obchodziłem swoje sześćdziesiąte urodziny. Ponieważ sześćdziesiąt lat to w sposób obiektywny nie byle co, można by uznać, że sprawa jest zamknięta, tymczasem w moim skromnym wypadku wydarzyło się coś, co całość postawiło w zupełnie innym świetle, a mnie zmotywowało, by napisać notkę absolutnie wyjątkową.
Oto zatem moja opowieść urodzinowa.
Proszę sobie wyobrazić, że moim ojcem chrzestnym był niejaki „pan Włodek”. Ja owego „pana Włodka”, o ile dobrze pamiętam, nie widziałem nigdy na oczy, nie mam pojęcia, kim on był, co robił, czy był osobą sympatyczną, czy wręcz przeciwnie, jednak tak się akurat złożyło, że kiedy się urodziłem, byłem bardzo chory i rodzice moi musieli mnie na gwałt ochrzcić, no a tym samym, również na gwałt znaleźć dla mnie rodziców chrzestnych.
Skąd oni wzięli owego „pana Włodka”? Otóż kiedy krótko po wojnie mieszkali jeszcze wraz z moim starszym bratem Szklarskiej Porębie, jedynymi ich znajomymi byli sąsiedzi, państwo K., którzy mieli sklep i córkę, o której zawsze się mówiło „panna Irena”. Jak bardzo byli oni nam bliscy, świadczyć może też fakt, że „panna Irena” została matką chrzestną mojego brata. A zatem, była ta Szklarska Poręba, Osiejukowie z synem i ich sąsiedzi i przyjaciele, państwo K. z córką Ireną, i, jak się okazuje, z synem – wspomnianym już „panem Włodkiem”, który akurat mieszkał w innej części Polski. Nie mam tu oczywiście pewności, ale zdaje mi się, że on poszedł do wojska gdzieś na Pomorzu, tam założył rodzinę i tam też już został.
Kiedy doszło do pamiętnej wymiany pieniądza, państwo K. stracili cały majątek, zabrali co mieli i wyjechali do Katowic, a moi rodzice pojechali za nimi. No i tu również owa znajomość, czy przyjaźń nie zgasła, nawet kiedy już starsi państwo K. poumierali, a „panna Irena” wyszła za mąż za niejakiego B. i siłą rzeczy została „panią Ireną”.
Kiedy ja się jednak urodziłem taki słaby i chory, była jeszcze „panna Irena”, a jej brat, „pan Włodek” został moim ojcem chrzestnym.
I proszę sobie wyobrazić, że „pan Włodek” miał córkę Anetkę w moim, lub podobnym, wieku, której ja nigdy nie mogłem spotkać, ale o której wciąż słyszałem, którą znałem ze zdjęć i pamiętam, że to była prześliczna dziewczynka. Rodzina „panny Ireny” przyjechała do Katowic raz, kiedy ja miałem dziewięć lat, a ja z tego pamiętam tylko Anetkę. Spędziliśmy jedno popołudnie z rodzicami na działce i ja z tego dnia pamiętam do dziś, że jedliśmy truskawki i że Anetka była naprawdę pięknym dzieckiem. Więcej już jej nie zobaczyłem.
No i przechodzimy do dnia dzisiejszego. W dniu moich sześćdziesiątych urodzin, żona moja kazała mi pójść ze sobą na rower. Jedziemy więc tymi rowerami przez las (w Katowicach, wbrew temu co niektórzy mogą sądzić, lasów jest zatrzęsienie) i w pewnym momencie spotykamy mojego ucznia sprzed lat, pewnego Tomka z żoną, którego nie widziałem od czasu jak przestałem uczyć w szkole. Bardzo miło i długo sobie w czwórkę rozmawiamy, następnie się żegnamy, a ja nie mogę sobie darować, że nie pamiętam jego nazwiska. Wracamy do domu, a ja ciągle grzebię w pamięci za tym nazwiskiem. I czym dłużej grzebię w pamięci, tym bardziej wiem, że muszę sobie przypomnieć, jak on miał na nazwisko. No i wtedy, w odruchu czystej desperacji, myślę sobie, że wejdę na Naszą Klasę, gdzie nie byłem od trzech już, czy może nawet czterech lat i tam go spróbuję znaleźć. Nie jest to łatwe, bo za cholerę nie umiem sobie przypomnieć hasła, no ale jakoś się udaje. Tomka nie znajduję, natomiast okazuje się, że przez te wszystkie lata nazbierała się kupa wiadomości od bardziej, mniej, czy w ogóle nieznanych mi osób. I proszę sobie wyobrazić, że wśród tych wiadomości znajduję najnowszą, zaledwie z sierpnia tego roku, o następującej treści:
Dzień Dobry, pozwoliłam sobie napisać żeby spytać czy zna Pan może rodzinę B. z Katowic, a konkretnie Irenę B. i jej syna Marka. To moja ciotka ze strony ojca, Włodzimierza K. Szukam z nimi kontaktu, a z dzieciństwa pamiętam że przyjaźnili się z rodziną Osiejuków, którzy mieli syna Krzysztofa. Pamiętam Krzysia Osiejuka z okresu jak miał 9 lat i Pan mi tu na zdjęciu w nk wydaje się podobny. Jeśli to się zgadza i może mi Pan pomóc nawiązać kontakt z rodziną, to podaję kontakt do siebie…”, no i tu już tylko dane Anetki.
Oczywiście w żaden sposób Anetce nie mogłem pomóc z tego prostego powodu, że wszyscy już dawno nie żyją, a gdy chodzi o Marka, to przez to, że on był znacznie ode mnie młodszy, nie był nigdy moim kolegą i jego los pozostał mi kompletnie nieznany. No aleśmy sobie miło porozmawiali, ona mi powiedziała, że byłem pierwszym chłopakiem, jakiego poznała w życiu, a ja jej, że ona z kolei pierwszą dziewczynką, w której się kochałem, do tego stopnia, że do dziś pamiętam tamte truskawki, no a poza tym przez to, że jej tata był moim ojcem chrzestnym, jesteśmy praktycznie rodziną.
Bardzo to wszystko jest wzruszające, no i pełne znaków. Człowiek kończy te swoje sześć dych, zagląda bez sensu na tę Naszą Klasę i nagle sobie uświadamia, że gdyby nie ten rower i ten uczeń i to dziwne odnalezienie starego jak świat hasła, jedynym prezentem urodzinowym byłyby te wypasione flaszki i szwajcarski scyzoryk z korkociągiem od mojej ukochanej żony, która potrzebowała zadbać o to, żebyśmy, kiedy znowu pojedziemy do Budapesztu, mieli czym otworzyć wino w hotelowym pokoju pod koniec kolejnego dobrego dnia.

Jeśli komuś się ta historia spodobała i chciałby pozostać w nastroju, zachęcam do kupna mojej książki o markach, dolarach, bananach i pewnym biustonoszu, która jest do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.




wtorek, 8 września 2015

Czy przemysł pogardy organizuje walki psów?

Zdaję sobie sprawę oczywiście z tego, że dzisiejsze refleksje w pewnym sensie dotyczą kwestii tak oczywistych i dawno zamkniętych, że poświęcanie im jakiejkolwiek uwagi jest co najmniej żenujące. Mam jednak przy tym wrażenie, że, choć faktycznie sprawa jest dramatycznie jasna, właśnie przez ową jasność, ona z biegiem czasu do tego stopnia się strywializowała, że wielu z nas – a ja z całą pewnością – zatraciło czujność, której, jak wiemy, tracić pod żadnym pozorem nie wypada.
Żeby pokazać, o co mi chodzi, proponuję, byśmy wrócili pamięcią do dnia zaprzysiężenia prezydenta Andrzeja Dudy i sposobu, w jaki ów dzień został uczczony przez ogólnopolskie stacje telewizyjne. Z jednak strony, jak pamiętamy, od rana do końca dnia każdy krok Prezydenta był z pełną uwagą relacjonowany, żadne jego słowo, czy jego gest nie został ani zmanipulowany, ani choćby ocenzurowany, atmosfera przez cały dzień była odpowiednio poważna i uroczysta, natomiast kierownictwo stacji – w tym wypadku, rzecz akurat dotyczy TVN24 – stanęło wręcz na głowie, by, jak rozumiem, w celu zrównoważenia emocji, do komentowania dnia niemal wyłącznie wynająć osoby, które przez minione lata zasłynęły z niekontrolowanej nienawiści do PiS-u. W pewnym momencie doszło wręcz do tego, że wśród tak zwanych „ekspertów”, ni stąd ni z owąd, pojawił się, nieobecny w TVN-ie od lat, niejaki Kucharczyk, a więc jeden z tych, którzy swoją wytrwałą aktywnością, swego czasu wykreowali choćby takiego Cybę.
Oglądaliśmy więc transmisję z kolejnych uroczystości, tak obiektywnie istotnych dla polskiego państwa, a w tle od rana słychać było najzwyklejsze szczucie. Z jednej strony widzieliśmy Andrzeja Dudę niesionego w tym strasznym upale entuzjazmem zgromadzonych ludzi, a w tle wylewała się owa nienawiść. A ja w tym momencie uświadomiłem sobie, że to z czym mamy do czynienia, to nie manipulacja, nie propaganda, a nawet nie polityczny dyskurs, ale cały sens tego, czym są dzisiejsze media, czyli właśnie szczucie jednych przeciwko drugim. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że jeśli faktycznie współczesne media stworzyły ów tak zwany „przemysł nienawiści”, to nie dlatego, że nastał polityczny czas, który od nich tego wymagał, ale dlatego, że im już znacznie wcześniej z ekonomicznego rachunku wyszło, że tylko eksploatując nienawiść, zło i to co w człowieku małe i podłe, odniosą komercyjny sukces. Politycy natomiast uznali jedynie, że gwarancją ich sukcesu będzie sprowokowanie sytuacji, gdzie owe media, takie jakie one są i być nigdy nie przestaną, staną się narzędziem bezpośredniej polityki.
Ja oczywiście wiem, że i Monika Olejnik i Andrzej Morozowski i Maciej Knapik mają swoje poglądy i to właśnie dzięki owym poglądom są jeszcze tam gdzie dziś są, natomiast jeśli wspomniana Olejnik do swojego programu niezmiennie zaprasza Janusza Palikota, to wcale nie dlatego, że ona go jakoś szczególnie szanuje, czy uważa jego poglądy za szczególnie inspirujące, ani tym bardziej przez to, że kazała jej Platforma Obywatelska, ale dlatego, że on jest niezwykle cennym narzędziem do utrzymania odpowiedniego napięcia, które najlepiej będzie jeśli się skończy kolejnym morderstwem, bo wtedy będzie można otworzyć nowy temat, co zwiększy tak zwaną „oglądalność”.
Dlatego też wcale nie jestem pewien, czy kiedy 6 sierpnia telewizja TVN od rana do wieczora udzielała głosu osobom, którzy wyłącznie prezydenta Dudę opluwali, robiła to dlatego, że skłoniły ją do tego jej polityczne afiliacje. Moim zdaniem, pierwszym celem tego ruchu było podtrzymanie atmosfery konfliktu, bez której oni stracą rację bytu.
Tak sobie o tym myślę i nagle przypominam sobie pierwsze dni po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to na chwilę cała ta nienawiść, która doprowadziła do owego nieszczęścia, jakby wyparowała, tylko po to, by powrócić ze zdwojoną siłą już chyba we wtorek. Wówczas wydawało mi się, że za tym stoi polityczny plan nie dopuszczenia do utraty władzy przez sprawców owej tragedii. Dziś jednak mam bardzo silne poczucie, że o ile faktycznie po stronie Platformy Obywatelskiej cel był właśnie taki, media, a więc ci, którzy doprowadzili do owej eskalacji, wykonywali tylko swoją pracę. Oni znakomicie zdawali sobie sprawę z tego, że o ile nie uda im się osiągnąć wcześniejszego poziomu społecznego napięcia, ludzie przestaną oglądać telewizję, a oni sami zaczną tracić finansowo. Nikt bowiem nie będzie miał ochoty oglądać politycznych debat, gdzie siedzi dwoje polityków, jeden drugiemu nie przerywa, drugi pierwszego nie obraża, a wokół panuje atmosfera powagi i troski o sprawy publiczne. Dlatego właśnie niemal w jednym momencie na pierwszy plan zostali wysunięci Kazimierz Kutz, Janusz Palikot, Magdalena Środa, Stefan Niesiołowski, czy Andrzej Wajda, a więc ludzie, którzy gwarantowali, że po obu stronach sceny dojdzie wkrótce do nowej histerii. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby taka Krystyna Pawłowicz, czy Antoni Macierewicz tylko chcieli regularnie występować w programach telewizyjnych, tak jak dziś taki choćby Marian Piłka – a, jak wiemy, oni się do tego nie palą – codziennie mielibyśmy autentyczne mordobicia, a na ulicach regularne strzelaniny. Monika Olejnik nie dlatego nie zaprasza do siebie Macierewicza, by on się wziął za łby z posłem Rutnickim, dlatego, że nie wypada, albo jakoś straszno. Ona tego nie robi, bo wie, że on i tak nie przyjdzie. Rutnicki – owszem. Macierewicz – nie.
Żeby pokazać, jak to wszystko działa, będę musiał odwołać się do przykładu z najbliższego otoczenia. Otóż jeden z naszych bliskich znajomych, samotny wdowiec, człowiek już mocno starszy, pobożny, niezwykle uczciwy i porządny, o od zawsze bardzo tradycyjnych poglądach, od wielu już lat spędza czas pielęgnując w sobie szczerą i niczym niezakłóconą nienawiść do PiS-u i wszystkiego, co się z PiS-em choćby pozornie wiąże, a więc na przykład do kibiców Legii Warszawa, czy Victora Orbana. Gdy chodzi o spędzanie czasu, to on cały boży dzień ogląda telewizję TVN24, a że, jak już wspomniałem, jest człowiekiem samotnym, wszystko, czego się przez cały dzień dowiaduje, wypełnia go po brzegi, gotuje się w nim i w efekcie go niszczy. W związku z tymi emocjami, zerwał już praktycznie kontakty z wszystkimi znajomymi, którzy popierają PiS i jedynym jego już zmartwieniem jesteśmy my. Gdyby nie to, że z nami nie ma jak porozmawiać, jemu z całą pewnością byłoby lżej. Przez nas natomiast bardzo cierpi.
Ja pamiętam dwa momenty, kiedy ów starszy pan złagodniał. Pierwszy to w sobotę 10 kwietnia. Pamiętam nawet, jak wtedy, czy może w niedzielę, powiedział nam, że jemu jest przykro z powodu tego, co on mówił i myślał o Lechu Kaczyńskim jeszcze w piątek wieczorem, a kiedy ogląda te zdjęcia, co oni pokazują w telewizji, to widzi, że oni jako małżeństwo bardzo ładnie razem wyglądali. Wszystko skończyło się po paru dniach i trwa nieprzerwanie do dziś. Drugi moment owego uspokojenia pojawił się na chwilę, kiedy Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie. On wprawdzie na Dudę nie głosował, jednak przyznał, że on „do niego akurat nic nie ma”, natomiast nie lubi PiS-u, więc… sami rozumiecie.
Parę dni temu zadzwonił do nas, zaczął krzyczeć, że on nienawidzi tego „wszawego towarzystwa” i że każdy porządny Polak wie, że „Duda to Maliniak”. Otóż ja nie wiem, skąd on wziął to „wszawe towarzystwo”, natomiast na ile go znam, to wiem, że on sam tego nie wymyślił. „Wszawy” to nie jest słowo z jego słownika. On musiał je usłyszeć gdzieś w telewizji i mu się spodobało. Natomiast doskonale wiem, skąd się wziął ów Maliniak. Oglądałem niedawno „Szkło Kontaktowe” i w pewnym momencie zadzwoniła jakaś pani i powiedziała, że Duda to Maliniak z „Czterdziestolatka” z tą różnicą, że jeszcze gorszy, bo prawdziwy Maliniak przynajmniej coś zbudował – na przykład Dworzec Centralny – a Duda wszystko burzy. Usłyszałem więc tego Maliniaka i zrozumiałem, że tak to właśnie było zaplanowane, by nasz znajomy go usłyszał, zapamiętał i się zdenerwował.
I teraz chodzi o to, że, moim zdaniem, oni to robią nie po to, by ten czy inny człowiek głosował na Platformę, Komorowskiego, Kopacz, czy Siemoniaka. Z tego co ostatnio widzimy aż nazbyt wyraźnie, jest wręcz odwrotnie: im zależy, żeby Platforma, Komorowski, Kopacz i Siemoniak zostali w tych wyborach tak upokorzeni, i żeby to upokorzenie z jednej strony było tak bolesne, a z drugiej strony, żeby zostało przedstawione na tak wstrząsającym tle, by triumf Prawa i Sprawiedliwości niczego nie uspokoił, lecz spowodował tylko jeszcze większe napięcia. Oni się zachowują jak organizatorzy walk psów, dla których sam wynik walki ma znaczenie o tyle, o ile spowoduje po obu stronach jak największą wściekłość i stworzy odpowiedni nastrój na przyszłość. Oni naszemu znajomemu, a przy okazji wielu innym w gruncie rzeczy dobrym, łagodnym i porządnym ludziom, podsuwają pod nos tego Maliniaka dokładnie tak, jak tamci specjaliści od psów, drażnią je, by były gotowe przeciwnika zagryźć na śmierć. Dlaczego? Bo tylko w ten sposób inwestycja się zwróci. A wynik, jak mówię, nie ma znaczenia.
I to jest to, czego ja do śmierci nie daruję, dziś już na szczęście dogorywającej, Platformie Obywatelskiej i tym wszystkim, którzy stworzyli dla niej taki a nie inny „spin”. Tego, że oni postanowili osiągnąć sukces, żerując na najniższych ludzkich instynktach, i że do tego celu wynajęli media, mając na uwadze to, co jest w nich najgorsze, a więc owo powszechne pragnienie śmierci.
Parę dni temu oglądałem program prowadzony przez Andrzeja Morozowskiego, w którym do dyskusji na tematy bieżące zostali zaproszeni Zbigniew Girzyński i Stefan Niesiołowski. Zaczął Girzyński, gadał, gadał i gadał, tymczasem Niesiołowski siedział milczący, jakby nie bardzo przytomny, ani nie machał rękami, ani nie robił min, ani tym bardziej Girzyńskiemu nie przerywał, a ja zauważyłem, że Morozowski jest jakiś niezadowolony. Wreszcie Girzyński skończył, odezwał się Niesiołowski, a na twarzy Morozowskiego pojawił się szeroki, pełen upiornej wręcz satysfakcji, uśmiech. I taki już pozostał do końca programu. Jeśli ktoś myśli, że to dlatego, że Morozowski i Niesiołowski to kumple, jest w ciężkim błędzie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek. Tam można znaleźć zapis tego wszystkiego przez wszystkie kolejne dni.

poniedziałek, 7 września 2015

Chłód na linii Jerzy Urban - Platforma Obywatelska, czyli o zaleganiu afektu

Dziś wyjątkowo krótko, bo właśnie skończyłem sześćdziesiąt lat i jestem nie w sosie. Mam nadzieję, że jakoś to wszyscy jednak zniesiemy.

Właśnie przed chwilą dotarła do mnie informacja, że wreszcie uzyskaliśmy odpowiedź na nurtujące nas od paru dni pytanie, dlaczego Andrzej Rozenek, wbrew wcześniejszym doniesieniom z różnych stron, nie kandyduje w nadchodzących wyborach parlamentarnych z list Platformy Obywatelskiej. Otóż, wedle relacji samego Piotra Gadzinowskiego, a więc człowieka z całą pewnością poinformowanego, poszło o to, że Rozenek już witał się z gąską, kiedy swoje pretensje do jego kandydatury zgłosił sam pan marszałek Bogdan Borusewicz. Opinia Borusewicza jednak, wbrew temu, co się nam może wydawać, nie dotyczyła tego, kim jest Rozenek i w jaki sposób jego kandydatura może skompromitować kampanię Platformy Obywatelskiej, ale poszło o sprawy osobiste, a dokładnie o to, że swego czasu, jako zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Nie”, Rozenek „krytykował prominentnego polityka za notoryczne latanie samolotami z Senatu do domu, do Gdańska”, czego Borusewicz Rozenkowi nie potrafi zapomnieć.
Gadzinowski, jak donosi Onet, żali się na postepowanie Platformy Obywatelskiej, zwracając uwagę na to, że właściciel „Nie” Jerzy Urban wraz z żoną, od lat wspierają swoimi głosami partię Ewy Kopacz i za to zostają oboje wraz ze swoimi przyjaciółmi tak fatalnie postponowani, to jednak nas już akurat nie interesuje wcale. To co wiemy na pewno i przy tej wiedzy trwamy, to to, że oni ostatecznie zdechli. Zabawne, że jeszcze przed wyborami.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni Coryllusa na stronie www.coryllus.pl. Szczerze zachęcam.

niedziela, 6 września 2015

Bronisław Wildstein, czyli nauka spadania

Na dziś plan był zupełnie inny, jednak wczoraj, pod sam koniec dnia, zajrzałem na portal wpolityce.pl i na samej górze trafiłem na tekst, który mnie poraził do tego stopnia, że w jednym momencie wiedziałem, że tego nie można tak zostawić. Popatrzmy jednak od początku na to, co się stało. Wchodzę oto na ów portal i najpierw od lewej do prawej widzę ryje Wołka, Żakowskiego i Lisa, pod spodem tytuł: „Jak być sławnym, czyli perpetuum mobile. ‘Przemysł nienawiści i pogardy wymierzony w PiS i prezydenta Dudę pracuje na pełnych obrotach’”, a jeszcze niżej coś takiego (wszystko w brzmieniu oryginalnym):
Ponieważ przemysł nienawiści i pogardy wymierzony w PiS i prezydenta Dudę pracuje na pełnych obrotach, można więc uprawiać felietonistykę wyłącznie reagując na jego ekscesy. Moje zadanie jest jednak nieco ambitniejsze. Co jakiś czas próbował będę w kolejnych tekstach, niezobowiązująco naszkicować strukturę tego zjawiska i wskazać jego rozmaite przejawy”.
A ja, choć już wiem, że to całe „moje zadanie”, „będę próbował”, czy „w kolejnych tekstach”, wskazuje na to, że mamy do czynienia z kimś stojącym znacznie wyżej w hierarchii wyznaczanej przez prawicowe media, niż jacyś Wikło, Fijołek, Łosiewicz, czy nawet Warzecha, cierpliwie czytam dalej. A dalej już mamy pierwszy tekst z zapowiedzianej serii. I czego się dowiadujemy?
Otóż okazuje się, że jakiś aktor i „kabotyn” (nazwiska niestety nie poznajemy) kompletnie nieznany i bez jakiegokolwiek dorobku, wyłącznie dlatego, że jest pederastą, uważa za stosowne pluć na PiS i prezydenta Dudę. Co takiego ów pederasta powiedział, autor tekstu trzyma w tajemnicy podobnie jak jego nazwisko, a my zostajemy wyłącznie z informacją, że jakiś aspirujący aktor-pederasta, w ramach podtrzymywania przemysłu nienawiści, obraził PiS i prezydenta Dudę.
Dalej dowiadujemy się, że jest całe mnóstwo „aktorów, reżyserów czy artystów”, którzy są wynajmowani do plucia na PiS i Prezydenta, i jako kolejny przykład, autor omawianego tekstu przywołuje niesławnego Dominika Tarasa, który jeszcze przed laty zdobył pewną popularność prześladując ludzi modlących się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu.
I to już wszystko. Tak się prezentuje pierwsza część cyklu, którego celem jest prezentacja struktury tak zwanego „przemysłu nienawiści i pogardy”. Na zakończenie tylko taka oto refleksja (tu również w kształcie niezmienionym):
Okazuje się więc, że istnieje prosta metoda wypromowania się dzięki próbie poniżenia określonych osób życia publicznego i kwestionowaniu tradycyjnego porządku wartości. Postacie w ten sposób awansowane na firmament życia publicznego mogą użyczać swojego prestiżu postaciom kolejnym. Perpetuum mobile”.
A zatem ostatecznie zostajemy wyłącznie z jakimś niezidentyfikowanym aktorem-pederastą, który nie lubi Dudy, skutecznie zapomnianym wariatem-prowokatorem sprzed lat i trzema informacjami, z zastrzeżeniem, że one są niesprawdzone. Pierwsza z nich jest taka, że wspomniany Taras znajduje się dziś „zdaje się” w więzieniu, druga, że „nie wiem, czy to prawda, ale podobno” Wajda chciał nakręcić o nim film, a trzecia, że niejaka Katarzyna Janowska „możliwe że” dzięki swoim zachwytom nad Tarasem, została dyrektorem TVP Kultura. I stąd to perpetuum mobile.
I wreszcie dochodzimy do miejsca, gdzie wszystko się musi rozstrzygnąć, a mianowicie do autora tego nieszczęścia. Któż to taki mógł ów tekst sporządzić? Już odpowiadam: autorem jest sam Bronisław Wildstein – legenda prawicowego dziennikarstwa i nie tylko. To sam on nam to przyniósł i to nikt inny jak on zapowiedział, że to co dostaliśmy to zaledwie pierwszy odcinek z całej serii.
Parę dni temu na swoim blogu Coryllus opowiedział nam o apelu, jaki do świata skierował Jacek Żakowski, prosząc o finansowe wspieranie tak zwanego „poważnego dziennikarstwa”. Żakowski, prosząc o ową kasę, zaznaczył, że wśród najbardziej potrzebujących są przedstawiciele zarówno lewicy, prawicy, jak i centrum. Troszkę się tu zastanawialiśmy, kogo on miał na myśli, mówiąc o prawicy. Dziś już wiemy, że to musiało chodzić o Wildsteina. Kiedy czytam jego ostatni tekst, nie mam najmniejszych wątpliwości, że bez tych paru stów na flaszkę on nie napisze już ani słowa.
http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/264445-jak-byc-slawnym-czyli-perpetuum-mobile-przemysl-nienawisci-i-pogardy-wymierzony-w-pis-i-prezydenta-dude-pracuje-na-pelnych-obrotach

Oczywiście niezmiennie informuję, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl i nigdzie poza tym. System sucks!

sobota, 5 września 2015

Telewizja Republika, czyli krótko z przodu, z tyłu długo i wąsik na przedzie

Nie wiem, ilu z nas, podczas politycznych sporów, jakie prowadzimy już od niemal dziesięciu lat, czy to ze znajomymi, czy też wcale nie rzadziej wewnątrz rodzin, zdarzyło się spotkać z zarzutem, że ta część polskiej prawicy, z którą się identyfikujemy, czy jesteśmy identyfikowani, budzi powszechną niechęć ze względów czysto estetycznych. Rzecz w tym, że choć oczywiście nasze poglądy są im niemiłe, nie one tu decydują, gdy chodzi o wspomnianą niechęć. To co sprawia, że oni nas tak nienawidzą, to w znacznej mierze przekonanie, że my w swojej masie jesteśmy brzydcy, nieokrzesani, dzicy i chamscy.
Z tą opinią zresztą bardzo wyraźnie współgra ów mit, tak bardzo popularny w środowiskach tak zwanych „inteligenckich”, czy określanych inaczej epitetem „młodzi, wykształceni z dużych miast”, że typowy wyborca Prawa i Sprawiedliwości, to jakiś „Janusz spod Rzeszowa” bez zębów i bez pracy, ale za to z grzywką i wąsem, który po powrocie z kościoła włącza Telewizję Trwam, by posłuchać informacji odnośnie tego, kto się właśnie okazał Żydem.
Otóż ja z tego typu ocenami wielokrotnie się spotykałem, i to zarówno w przedstawionej wyżej wersji turbo, jak i też w bardziej wyważonej, sprowadzającej się do tego, że ktoś mnie nagle informuje, że to ciekawe, że ktoś tam w telewizji powiedział coś w obronie PiS-u, mimo że na pisowca akurat nie wyglądał. Ja wiem, że to zabrzmi jak żart, ale znam też osobę, która nie mogła się nadziwić, ze zmarły w Smoleńsku minister Stasiak był z PiS-u „bo absolutnie nie wyglądał”.
A zatem mamy pewne zjawisko socjologiczne, polegające na tym, że polityczne poglądy w sposób całkowicie realny zmieniają nasz ogląd rzeczywistości, co jest jednak czymś absolutnie nowym. Ja sobie bowiem nie przypominam, żebym ja, albo którakolwiek z bliskich mi osób – kiedykolwiek, choćby w najczarniejszych latach pierwszej połowy lat 90-tych – twierdziła, że Henryk Wujec, czy Andrzej Celiński, czy nawet Adam Michnik wyglądali jakoś inaczej, albo jakoś inaczej od zwykłych ludzi się zachowywali. Wszystko zawsze kończyło się na poglądach, osobistej kulturze, ewentualnie na zwykłej podłości. Nie muszę oczywiście zapewniać nikogo, że mając świadomość, że tu dochodzi do jakiegoś szaleństwa, zawsze z tego typu opiniami walczyłem, tłumacząc komu tylko mogłem, że przede wszystkim ja znam całą kupę ludzi głosujących na Prawo i Sprawiedliwość, którzy mimo że chodzą do kościoła, są i inteligentni i grzeczni i weseli i sympatyczni i wedle wszelkich znanych mi kryteriów zwyczajnie ładni – dokładnie tak samo, jak ci, co PiS-u nie znoszą – no a poza tym, patrząc na to wszystko zupełnie z boku, jest czymś zupełnie absurdalnym przekonanie, że poglądy polityczne zmieniają ludzi fizycznie, czy odwrotnie – że ludzie ładni i mądrzy głosują na inny program polityczny, niż ludzie brzydcy i głupi.
Walczyłem więc z tymi poglądami, a jednocześnie zawsze miałem bardzo przykre wrażenie, że tak naprawdę świetnie wiem, o co tam chodzi. Wysłuchiwałem szyderstw na temat tych buraków o ciężkich powiekach, o tych wiecznie z siebie zadowolonych gębach, pewnych siebie durniów, wiedziałem, że oni są w całkowitym błędzie, a z drugiej strony nie mogłem przestać się bać, że jest coś, o czym nie wiem, a wiedzieć powinienem.
I oto wczoraj Coryllus wspomniał u siebie TV Republika, a dokładnie jeden z niej malutki fragment, kiedy to dwóch redaktorów szydzi z Grzegorza Brauna. Ja Brauna nie lubię, uważam, że jest on kimś, kto marnując szereg niezwykłych wręcz talentów, popełnia grzech największy. Braun mnie dziś nie interesuje, a jego los jest mi idealnie obojętny. Stało się jednak tak, że wspomniani redaktorzy TV Republika nie dość, że wyszydzili wypowiedź Brauna, która na szyderstwo absolutnie nie zasługiwała, to jeszcze poważyli się na manipulację na takim poziomie kompromitacji, że ja już zwyczajnie nie mam słów. Ale mało tego. Oglądam ów zalinkowany przez Coryllusa film, gdzie tych dwóch kosmitów – bo to są kosmici! – rży z Brauna i nagle sobie uświadamiam, że to jest właśnie to, co ja w swojej naiwności przegapiłem, a co ci wszyscy, którzy przez te wszystkie lata tłumaczyli mi, że ja trzymam z absolutnie najgorszym elementem, mieli nieustannie w swojej świadomości. Patrzę na tych dwóch durniów i nagle widzę, jacy oni są brzydcy, jacy żałośni, jacy beznadziejni. I już wiem, co miała na myśli owa moja znajoma, kiedy mówiła, że Stasiak nie wyglądał na PiS-owca. Ona jakimś niezwykłym cudem, zanim to wszystko się objawiło tak bardzo publicznie, wiedziała, że PiS to ten tępy idiota z bezczelnym uśmiechem na twarzy, który nawet jeśli mu się udowodni, że jest bezczelnym idiotą, jest dokładnie tak samo zadowolony z siebie jak zawsze.
Dziś, kiedy tak już o tym myślę, nagle sobie uświadamiam, że ja ich już widziałem parokrotnie tu, na tych blogach, tyle że w swojej naiwności chciałem wierzyć, że to tylko Internet. Niestety, jak się okazuje, byłem w błędzie. Takiego gnoju tu na blogach nie ma nawet w chwilach najgorszego kryzysu. Żeby to ujrzeć w pełnej okazałości, trzeba sobie dopiero puścić TV Republika i modlić się, by za parę miesięcy nie okazało się, że nie będzie już nic innego. Bo zatęsknimy za Dziennikiem Telewizyjnym.






Wszystkich miłych, wrażliwych, mądrych i otwartych wyborców Andrzeja Dudy zapraszam do księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki.

piątek, 4 września 2015

Janina Ochojska przyjmuje Murzynów po 10 patyków od sztuki

Nie wiem, czy to był jakiś przypadek, czy nagle stanie się to powszechnym zwyczajem, ale podczas dzisiejszej wyprawy po ziemniaki aż dwa razy zostałem zaczepiony przez jakieś dzieci z mikrofonami którejś z katowickich stacji radiowych, które chciały ode mnie usłyszeć, co sądzę najpierw o niedzielnym referendum, a następnie poznać moją opinię na temat przyjmowania uchodźców za Afryki. Obojgu udzieliłem na jedno i drugie pytanie wyczerpującej wypowiedzi, ponieważ jednak kwestia uchodźców, a bardziej ogólnie, świadczenia tak zwanych „zorganizowanych usług dobroczynnych” wciąż mi chodzi po głowie i czuję, że nie da się jej załatwić paroma zdaniami prostego komentarza, chciałbym dziś przypomnieć pewną historię, o której już jakiś czas temu miałem okazję pisać tu na blogu.
Żeby jednak odpowiednio wejść w temat, pragnę poinformować, że dziś właśnie media podały, że wybitna polska działaczka na rzecz wspomnianego czynienia dobra, Janina Ochojska, powiedziała, że nie powinniśmy marudzić, i natychmiast zacząć przyjmować tylu uchodźców, ile nam przysyłają, bo „Unia za każdego płaci 10 tysięcy euro, a to jest dużo”.
Ja oczywiście wiem, że odrzucając propozycję Ochojskiej, narażam się na zarzut, że jestem durniem, który nie umie liczyć, jednak muszę tę dobrą kobietę poinformować, że nawet mając jeden pokój wolny i świadomość, że 60 tysięcy euro to nie w kij dmuchał, ja tych 6 uchodźców nie przyjmę, nie dlatego, że się boję, że oni mi zgwałcą moje córki i syna, ale przez to, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że na tych 60 tysiącach się nie skończy, i to w dodatku wcale nie w tę stronę, o jakiej myślimy.
I tu bardzo krótko przypomnę historię, o której wspomniałem wcześniej. Otóż do małej szwajcarskiej wioski o nazwie Hagenbuch, decyzją władz centralnych, sprowadzono dziewięcioosobową rodzinę z Erytrei – rodziców z siódemką dzieci w wieku różnym. Na pierwszy gwizdek zorganizowano im mieszkanie, na opłacenie którego przeznaczono, oczywiście z budżetu gminy, 1 tys. euro czynszu plus ponad 2 tys. na jego utrzymanie. Po pewnym czasie, kiedy okazało się, ze rodzice ani myślą pracować – inną sprawa, że ciekawe bardzo, gdzie by to mieli robić – opieka na dzieci została przejęta przez fundację – jak się domyślam, taką ichniejszą Ochojską – o nazwie Solid Help A.G., która w jednej chwili zażądała od gminy 30 tysięcy euro miesięcznie, na to między innymi, by te dzieci raz na tydzień zawozić do zoo, żeby tam, jak rozumiem, nabrały odpowiedniej empatii i stały się lepszymi ludźmi. Kiedy dzieci zostały przeniesione do sierocińca, nagle okazało się, że rodzicom przez to jest ciężej i gmina musiała zwiększyć pomoc dla tych dwojga do 16 tysięcy euro miesięcznie, co w sumie, jak łatwo policzyć, przekroczyło 50 tysięcy euro miesięcznie.
I w tym momencie okazało się, że przez to, że budżet przeznaczony na utrzymanie rodziny z Erytrei przekroczył jedną trzecią całego lokalnego budżetu, aby wioska nie zbankrutowała, zachodzi konieczność podwyższenia podatki. Właśnie tak.
I myślę, że już nie muszę więcej tłumaczyć, dlaczego propozycja Janiny Ochojskiej, bym się zastanowił nad ofertą ze strony Unii mnie nie pociąga. Bo wiem znakomicie, że w momencie, kiedy oni tu przyjadą, zostaną wszyscy otoczeni takim wianuszkiem różnego rodzaju organizacji dobroczynnych i fundacji, że nagle się okaże, że ja mam ich wszystkich codziennie na własny koszt wozić taksówkami do chorzowskiego zoo, tyle że to będą taksówki, które oni mi sami dostarczą. I że to będzie zaledwie początek. I że ani się nie zorientuję, jak te 10 tysięcy euro będę musiał przekazać pani Janinie Ochojskiej , w ramach zwykłej ludzkiej solidarności.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.