poniedziałek, 31 lipca 2017

Tonąca w radości i rozpaczy historia o spóźnionym sprzątaniu

Ponieważ skutkiem pewnej szczególnej serii zdarzeń, wszystko nam się opóźniło, wyszło tak, że ten tydzien otworzymy tekstem wspomnieniowym, jeszcze z roku 2009. Ale za to jakim! Polecam bardzo gorąco. Tu jest wszystko, co nas dziś powinno interesować.


      Nie wiem, ile może być jeszcze osób, które wciąż, do dziś, pamiętają, że 9 lutego roku, który nam się niedługo skończy, w miejscowości Udine we Włoszech zmarła kobieta nazwiskiem Eluana Englaro. Niektórzy mówią, że ona nie zmarła, ale została zamordowana. Są jednak też i tacy, którzy mówią, że ona w żaden sposób nie została zamordowana, ale sobie cichutko zmarła, i to dzięki wsparciu ludzi, którzy nie mieli nic innego na myśli, jak tylko to, żeby owej Eluanie ulżyć w przykrościach, które ona – biedna – musiała znosić. Prawda jest akurat taka, że choć ona nie została zamordowana, to wcale nie umarła sobie cichutko. Umarła z hukiem, od którego wprawdzie świat się jakimś cudem nie zawalił, ale jeśli nie wiemy dlaczego, to tylko dlatego, że nie znamy tak naprawdę bożych ścieżek. I jesteśmy tu głupi jak przysłowiowa klozetowa deska.
      Eluana Englaro ani nie została zamordowana, ani też nie umarła cichutko, i to akurat wiemy na pewno. Wiemy tez jeszcze coś. To mianowicie, że na początku, zdecydowany plan, żeby ją zabić, istniał z całą pewnością, i że, mimo iż ostatecznie jednak ów plan nie wypalił, jej śmierć sprawiła, że w wielu miejscach tego naszego świata, już chwilę potem, wystrzeliły korki szampana. No i z tej informacji wynika jeszcze jedna. Że ten świat już nie żyje, dokładnie tak samo, jak ta biedna kobieta. A co gorsza, zmarł ten nasz świat w sposób jak najbardziej zasłużony.
      Kiedy Eluana Englaro została doprowadzona do zawału serca, napisałem tu, w Salonie tekst, który do dziś uważam za swój może i najważniejszy, a poświęcony właśnie jej śmierci i tym korkom, a który zatytułowałem pytaniem: „I znów mamy się zamknąć?” http://toyah.salon24.pl/88280,i-znow-mamy-sie-zamknac. Kto chce, może do niego zajrzeć i sobie poczytać. Myślę, że nawet mogłoby się to teraz okazać dość pożądane. Nie wykluczam nawet, że właściwie, biorąc pod uwagę to, że wielu czytelników tego bloga śledzi na co dzień to, co się dzieje w świecie, mogłoby to się też okazać jedyną rzeczą, którą warto teraz zrobić. No ale napiszę jeszcze coś, co czuję, że musi być napisane. Więc, kto chce, niech czyta. Kto nie chce, niech płacze. To jest bowiem na to idealny moment.
      Powód, dla którego w lutym napisałem i umieściłem tu ów tekst był jednoznaczny. Chodziło o to, że za tą śmiercią, która mną osobiście bardzo poruszyła, pojawiły się głosy satysfakcji. I rzecz nie wtym nawet, że z radości podskoczyła Kazimiera Szczuka i jej znajomi, ale że nawet tu na blogu, znaleźli się tacy, którzy poczuli się zmuszeni do tego by ze szczęścia zagulgotać. Nie mówię tu o jakiejś szczególnej satysfakcji. Nie takiej, jaką się czuje, kiedy nasi siatkarze zdobędą medal, lub gdy polska drużyna piłkarska wlepi Kanadzie. Satysfakcji skromnej. Mówię o zwykłej, prostej satysfakcji z tego powodu, że udało się skutecznie doprowadzić do kolejnej niewinnej śmierci, i że ta tak niewinna śmierć, przeszła jak trzeba. Czysto i gładko.
      Napisałem więc ten tekst, głownie po to, żeby powiedzieć tym wszystkim, którzy się cieszą, że ich radość nie może być pełna z jednego tylko, ale bardzo znaczącego powodu. Otóż, kiedy Cywilizacja odmówiła Eluanie Englaro posiłku, z takim zamiarem, że jeśli ona nie będzie jadła i piła, to po prostu umrze, ta nieszczęsna kobieta – tak wyszło – nie umarła ani z głodu, ani z pragnienia, ale zanim jej organizm nie wytrzymał tego braku, nie wytrzymało jej serce. A rozpadło się jej ono właśnie z tej rozpaczy, z tego strachu, z tego nieszczęścia i z tego – być może – bólu. Ktoś mi powie, że bólu nie, bo Cywilizacja – w swojej pełni – do samego końca podawała jej środki ów ból uśmierzające. Więc niech będzie, że bólu nie. Przynajmniej nie tego, który taka Kazimiera Szczuka, lub pewien internetowy kometator, mogą objąć swoją bardzo szczególnej myślą.
      Napisałem ten pełen najgorszej rozpaczy tekst i zakończyłem go następującymi słowami: „I już na sam koniec, pomyślałem sobie jeszcze o jednym. Nie wiem, czy się to bardzo niektórym z Was spodoba, ale jednak to powiem. Wczoraj usłyszałem, że Eluana Englaro nie umarła z głodu. Ona umarła na zawał serca. A wszystko zaczęło się tak. Przyszli dobrzy ludzie i zwilżyli jej usta, żeby jej za bardzo nie spierzchły z pragnienia. I dali jej środki przeciwbólowe, gdyby - umierając - miała poczuć jakiś dyskomfort. I tak, przez parę dni, zwilżali jej te usta i znieczulali ten ból umierania z głodu i pragnienia. I w pewnym momencie pękło jej serce…”
      Czemu tak? Otóż dlatego, że, kiedy dowiedziałem się, że ona nie umarła z głodu i z pragnienia, lecz na zawał serca, z przerażeniem pomyślałem sobie, ze ona – w tej swojej bezradności, w tym swoim bezruchu i w tej swojej nieszczęsnej samotności – doskonale wiedziała, co się dzieje. Że ona świetnie słyszała tych wszystkich ludzi, włącznie ze swoim ojcem, jak szykują dla niej ten upiorny koniec. I że, kiedy poczuła głód i pragnienie, domyśliła się, co się stało i umarła. Tak sobie pomyślałem. I napisałem ten tekst.
      I oto w tych dniach, dochodzi do nas informacja, ze w Belgii, po dwudziestu trzech latach nawiązano kontakt, czy, jak wolą niektórzy, wyprowadzono ze stanu wegetatywnego, pewnego mężczyznę. Zapamiętajmy jego nazwisko – Rom Houben. To nazwisko i tamto – Eluana Englaro. Otóż stało się tak, że ów Rom Houben, po ponad dwudziestu latach stanu, który dla wielu jest stanem nie zasługującym ani na litość, ani nawet na współczucie, odzyskał świadomość i pierwszą rzeczą, jaką powiedział, to ta, że on przez te dwadzieścia trzy lata, dzień za dniem, doskonale wiedział, co się wokół niego dzieje. I że tak bardzo pragnął coś powiedzieć, ale nikt go nie słyszał. Opowiada, jak krzyczał wniebogłosy ( W NIEBO GŁOSY) – ale nikt go nie słyszał. I o tym też dziś mówi. Jak strasznie chciał powiedzieć, że on wszystko wie i wszystko czuje, a jednocześnie z coraz większym bólem i rozpaczą wiedział, że to wszystko na nic. Bo nikt go ani nie rozumie, ani nie słyszy, ani nawet nie planuje usłyszeć. Ale powiedział coś jeszcze. Że to jest stan straszny nie do opisania.
I wszyscy się dziś tym niezwykle ciekawym zdarzeniem emocjonujemy. Wszyscy strasznie się ekscytujemy, że jakież to jest niesamowite, że dzieją się takie rzeczy. Że ileż to jeszcze tajemnic kryje przed nami współczesna medycyna i współczesna nauka. Patrzcie państwo! Toż to się w głowie nie mieści! Taka niby roślina, a wszystko wiedział. No, no. A my tu myślimy, że już wszystko wiemy. Oj ten człowiek! Ileż to jeszcze zagadek przed nami ten nasz świat kryje!
       Piszę ten tekst, a za chwilę wkleję go na tym blogu. I nie wiem kompletnie, czy ludzi, którzy pamiętają, co się stało w lutym tego roku we Włoszech, jest dużo, mało, lub czy w ogóle ktokolwiek jeszcze wie i pamięta. A jeśli pamięta, to czy pamięta też, że Eluana Englaro nie zmarła z głodu, ale z rozpaczy. I już wiem, że nawet jeśli jest ich więcej, niż się mogę spodziewać, to ta wiedza i ta pamięć nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Że ta wiedza jest psu na budę. Że ta wiedza jest gówno warta! Z tej prostej przyczyny, że świat, w którym żyjemy, tego typu zdarzenia traktuje wyłącznie jako kolejny news. Jako to bowiem wyłącznie świetny powód, by dzień, który właśnie minął uznać za pełny i udany. A doszło do tego z tego marnego i jakże prostego powodu, że świat w którym żyjemy nie jest już więcej cywilizacją życia, lecz cywilizacją śmierci. Z tego wreszcie nieszczęsnego powodu, że kiedy o cywilizacji śmierci wspominał Jan Paweł II, to on się nie bawił kolejnymi bon motami, lecz przekazywał wiadomość, którą myśmy uznali za coś równie interesującego i poruszającego, jak szlagwort Pokolenie JP II. Oto świat, oto cywilizacja, gdzie to o czym dziś piszę, nie jest ani znakiem, ani przestrogą, lecz wyłącznie towarem. Dokładnie takim jak jogurt na cholesterol, kolagen na zmarszczki, czy piątka na Orkiestrę.
      Przepraszam bardzo, ale muszę kończyć, bo czuję, jak każde następne słowo prowadzi mnie nawet jeśli nie do bardzo spektakularnego podpalenia się w głupim i niemym proteście, to do wybuchu gniewu, który mnie z tego miejsca – w absolutnej zgodzie z regulaminem – zwolni. Jakież to szczęście, że Dobry Bóg, nie tylko obdarzył nas i naszą nędzą i naszą wielkością, ale dał nam przy tym jeszcze tę umiejętność przystosowania się. I do jednego i do drugiego.

Książki jak zawsze są do kupienia w naszej ksiegarni. Kto chce, znajdzie.


niedziela, 30 lipca 2017

O wecie, którego nie było, nie ma i nie będzie

      Dziś niedziela, więc zgodnie z moją obietnicą sprzed dwóch tygodni powinien być jakiś starszy tekst, jednak stało się tak, ze pod moim wczorajszym tekstem, opublikowanym również na portalu www.szkolanawigatorow.pl, ukazał się komentarz naszego nieocenionego kolegi Orjana o następującej treści, w sprawie pretensji, jakie część z nas ma do Prezyednta w sprawie ustaw sądowych:
      „A tak w sprawie tego, co widać, albo nie widać:
        Czy mógłbyś wskazać jakiś dowód, że Prezydent złożył w Sejmie dwa umotywowane wnioski przekazującego te dwie ustawy Sejmowi do ponownego rozpatrzenia (tak się formalnie nazywa prezydenckie weto)?
       No wiesz, że stosowny wniosek tam formalnie do dzisiaj doręczył.
      Gdybyś bowiem (lub ktokolwiek) taki dowód znalazł, to z łatwością trafimy na treść tego umotywowania i już będziemy bliżej odpowiedzi na pytanie: dlaczego?
      Dopóki nie ma takiego wniosku w Sejmie, to nie ma zadnego weta”.
      I dalej, w odpowiedzi na pytanie innego komentatora, czy w związku z tym należy uznać, ze Prezydent, informując o „wecie”, kłamie, Orjan zamieścił kolejny komentarz, z mojego punktu widzenia absolutnie kluczowy:
      „Czy zawetuje, jeszcze nie wiemy. Liczą się fakty, a nie zapowiedzi faktów.
        Gdyby jednak w końcu nie zawetował, to kogo ‘okłamałby’. Nas tutaj, czy tę całą ‘totalną’?
        W polityce, podobnie jak na wojnie, kłamstwo nie istnieje. A już w ogóle nie jest kłamstwem stworzenie się błędnego obrazu w wyobraźni przeciwnika mentalnie zbyt leniwego, aby uważnie  śledzić rozwój sytuacji”.
         Przepraszam bardzo, ale czy my widzimy, na co zwrócił naszą uwagę Orjan? Jak chyba wszyscy tu wiemy, zgodnie z Konstytucją, „Prezydentowi RP przysługuje prawo weta prezydenckiego wobec ustaw uchwalonych przez Sejm RP. Sejm może weto Prezydenta RP odrzucić większością kwalifikowaną 3/5 głosów w obecności połowy ustawowej liczby posłów”. Przepraszam raz jeszcze, ale czy ktoś może słyszał, żeby wspomnaina procedura została uruchomiona? Ja nie.
         Jest jednak coś jeszcze, o czym czytam w przepisach, a o czym Orjan w swoim bezcennym kometarzu nie wspomniał. Otóż mamy tam jeszcze jeden zapis: „Prawo weta nie obejmuje ustawy budżetowej i ustawy zmieniającej Konstytucję”.
      Ponieważ z mojego punktu widzenia, mamy sytuację całkowicie nową, a ja nie jestem ani prawnikiem, ani kimś, kto lubi i potrafi się bawić paragrafami, nic już wiecej nie powiem, tylko ograniczę się do życzenia wszystkim miłej niedzieli. Książki są, jak zawsze, do nabycia w ksiegarni pod adresem www.basnjakniedziwedz.pl.

     


sobota, 29 lipca 2017

Szacun, czyli o zwykłej wierności

Dziś proponuję, byśmy sobie poczytali mój felieton z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”. Właściwie nic tu nie ma nowego, ale też w ogóle nic nowego się nie dzieje, a gdziekolwiek zajrzymy to wychodzi wciąż ten sam temat, czyli wojna światów.    

Pamiętam, że gdy Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie, pojawiły się głosy, że faktycznym prezydentem będzie Jarosław Kaczyński, Duda natomiast będzie wyłącznie parafował polecenia Prezesa. Kiedy doszło do pierwszego spotkania obu panów, media przez kilka dni nie pisały o niczym innym jak tylko o tym, że oto owa zależność została potwierdzona w praktyce. Kiedy prezydent Duda po raz pierwszy został zmuszony do zdementowania plotek, jakoby wciąż wisiał na linii Nowogrodzka – Pałac, komentarze były jednoznaczne: kłamie, bo co ma robić. Pamiętam też jak któryś z dziennikarzy zapytał Prezydenta, czy często odwiedza Jarosława Kaczyńskiego, a ten mu odpowiedział, że to Prezes co najwyżej może przychodzić do niego, a nie odwrotnie. Wtedy pojawiła się informacja, że chyba doszło do jakiegoś spięcia, bo Andrzej Duda niezbyt uprzejmie potraktował swojego szefa. No a potem pojawiło się przezwisko „długopis”.
      Mijały miesiące, a owe wyjątkowo podłe, i, co najważniejsze, całkowicie bezpodstawne plotki, wyłącznie przybierały na sile, osiągając kumulację w satyrycznym programie „Ucho Prezesa”, gdzie prezydent Duda został wyszydzony w sposób już ostateczny, jako ten, kto bardzo chce zostać potraktowany przez Jarosława Kaczyńskiego jako część ekipy, czy choćby ktoś zasługujący na chwilę uwagi, jednak kończy jako klasyczne popychadło, o imieniu Adrian. Czemu Adrian? Jak to czemu? Bo imienia Prezydenta nikt nawet nie pamięta. Oto jak kultura popularna załatwiła Prezydenta RP.
     Jak wszyscy wiemy, po serii spektakularnych sukcesów, związanych najpierw z wizytą Donalda Trumpa, a chwilę później brytyjskiej pary książęcej, prezydent Duda zdecydował się nie podpisywać dwóch niezwykle ważnych dla rządu PiS-u ustaw reformujących system sądowniczy. W jednym momencie wspomniana wcześniej kultura popularna imię Adrian zastąpiła oryginalnym imieniem Andrzeja, a autentyczną karierę, jak gdyby nigdy nic, zaczęło robić słowo „szacun”. Niestety to nie wszystko. Po przeciwnej stronie tej sceny nagle okazało się, że ten cały Duda to zdrajca, w dodatku, jako były członek Unii Wolności, zdrajca w pełni przewidywalny. A więc, jednak Adrian.
     I proszę zwrócić uwagę, co się w tej sytuacji dzieje. Tak bardzo atakowana przez europejskich biurokratów Polska pokazała najbardziej dobitnie, że jest państwem prawa i wzorowej demokracji, gdzie wszystko działa sprawnie i uczciwie, a tymczasem między częścią polskich patriotów, a wspomnianymi unijnymi instytucjami dochodzi do niezwykłego wprost sojuszu, gdzie atakuje się polskie państwo, a na samym szczycie tego wszystkiego, jak jakaś szydercza wisienka na torcie, rozbrzbiemawa szyderczy wręcz syk: „Szacun”.
       Przepraszam bardzo, ale gdy chodzi o mnie, to proszę na mnie nie liczyć. Prezydent Duda jest moim prezydentem, premier Szydło jest moim premierem, prezes Kaczyński jest przywódcą Prawa i Sprawiedliwości, a więc projektu, na który głosuję od z górą 25 lat. Bo wiem, że to przed czym stoimy, to nie zwykła wojana miedzy prawicą, a lewicą, ale wojna ściśle cywilizacyjna, gdzie stawką jest coś więcej niż to, po ile będzie benzyna.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

piątek, 28 lipca 2017

Charlie Gard, czyli Nowy Holocaust

Dotychczas o sprawie Charliego Garda ani nie pisałem, ani choćby jednym słowem nie wspominałem, bo zwyczajnie nie miałem odwagi, bojąc się, że jedno moje słowo sprawi, że wszystko runie. Gdyby ktoś nie wiedział – co zresztą jest w tych mocno wypełnionych emocjami czasach nadzwyczaj prawdopodobne – o co chodzi, spieszę wyjaśnić. Otóż Charlie Gard to niespełna roczny chłopczyk, który wczoraj właśnie biał być i zapewne już został w majestacie prawa zamordowany, bo był chory, a dzisiejsza służba zdrowia nie była w stanie znaleźć dla niego lekarstwa.
Ktoś powie, że to nic nowego. W końcu każdy z nas wie, co to takiego eutanazja, a poza tym to nie pierwszy przecież raz, jak się dowiadujemy, że gdzieś ktoś umarł, bo był chory, a lekarze nie potrafili na jego chorobę znaleźć sposobu. To prawda, tego typu przypadków mieliśmy przez ostatnie lata wystarczająco dużo, by się z nerwów spocić. Tym razem jednak stoimy wobec jakości całkowicie nowej: oto po raz pierwszy to nie człowiek mający już dość tego życia, czy choćby i jego rodzina, wołają o śmierć, ale owej śmierci rząda System. Wbrew choremu, wbrew rodzinie, wbrew tym wszystkim, którzy twierdzą, że to życie jest święte, a nie śmierć. Przypadek Charliego Garda to sytuacja całkowicie nowa, gdzie rodzice tego biednego dziecka błagają, by to dziecko im zostawić, uruchamiają ogólnoświatową akcję w obronie prawa ich dziecka do życia, a System decyduje: „Ma umrzeć”.
Powtarzam, dotychczas było tak, że kiedy – zachowajmy już może to imię, jak symbol – Charlie był zbyt mały, zbyt niedołężny, ewentualnie zwyczajnie zbyt chory, by artykułować swoje oczekiwania od świata, który go zdecydował się przyjąć, ów świat uznawał, że ostateczna decyzja należy do rodziny. To rodzice, rodzeństwo, dzieci, dziadkowie, krótko mówiąc, osoby najbliższe, mają prawo decydować, co jest dobre dla tego, kogo kochają najbardziej. I przyznaję, że za tym stała jakaś – owszem, nie do konca ludzka – ale jednak logika. Dziś nagle się okazuje, że to było tylko takie gadanie, na które można było sobie pozwolić do czasu, gdy sprzyjała temu sytuacja. Dziś nagle okazuje się, że kiedy zabrakło argumentów, zostało owo słynne pragnienie śmierci i wspierająca je naga siła. Dziś nagle okazuje się, że to co nam zostało, to nie prawo do życia, lecz prawo do śmierci.
O zabójstwie Charliego Garda dowiedziałem się z portalu tvn24.pl, a więc od ludzi reprezentujących wspomniane życzenie śmierci. Proszę posłuchać:
Brytyjski sędzia, po rozpatrzeniu racji wszystkich stron, musiał postawić ultimatum: albo rodzice ustalą ze szpitalem do czwartkowego popołudnia, gdzie ich niespełna roczny syn dożyje swoich dni, albo zostanie przewieziony do dziecięcego hospicjum, gdzie zostanie odłączony od aparatury podtrzymującej życie”.
Proszę zwrócić uwagę, z czym my tu mamy do czynienia. Oto sędzia „rozpatrzył” rację wszystkich stron i „musiał” postawić ultimatum: albo rodzice Charliego sami wskażą miejsce egzekucji, albo owo miejsce wskaże System.
Ale oto dalszy ciąg tej niezwyklej relacji: „We wtorek rodzice zgodzili się na przerwanie uporczywej terapii”. A ja w tej sytuacji już tylko się dziwię, że oni nie napisali, że, przekonani argumentami sędziego, który „rozpatrzył racje wszystkich stron”, nie tyle się zgodzili, co wręcz zwrócili się z łaskawą prośbą o przerwanie terapii.
Ale jest coś jeszcze. Otóż, jak nas informuje ten sam portal, rodzice Charliego, pragnąc go ochronic przed karzącą ręką Nowego Wspaniałego Świata, z prośbą, by nie zbijać ich dziecka zwrócili się do instytucji, wydawałoby się w tego typu sprawach najwyższej, a więc Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, no i proszę sobie wyobrazić, że ów trybunał również ogłosił, że prawem człowieka nie jest żyć, lecz umrzeć.
To nie wszystko. Kiedy już wszystkie próby uniknięcia tej masakry okazały się bezskuteczne, rodzice Charliego, który tymczasem leżał sobie gdzieś w brytyjskim szpitalu, czekając na egzekucję, zwrócili się do Systemu, by ten pozwolił im zabrać swojego synka do domu, by on umarł tam, u siebie, w swoim łóżeczku. No i również tym razem okazało się, ze to nie te czasy. Okazało się, że „względy proceduralne” nie pozwalają na tego typu ekstrawagancje, a Charlie ma umrzeć na łonie Systemu. Tego, że przede wszystkim liczą się znaki, już naturalnie nikomu się wspomnieć nie chciało.
Ponieważ zrobiło się tak upiornie, że jeszcze chwila, a ja zwyczajnie eksploduję, proponuję byśmy wrócili na powierzchnię i przyjrzeli się temu, co tam, panie, w polityce. Jak wiemy, rząd Prawa i Sprawiedliwości, wbrew bardzo stanowczym protestom pewnej części społeczeństwa, a przede wszystkim europejskich instytucji, chciał przeprowadzić reformę sądownictwa, niestety ową reformę zawetował Prezydent, swój ruch tłumacząc tym, że on wprawdzie uważa, że reforma jest pilna i niezbędna, niemniej, wprowadzając ją, należy postępować rozważnie. Otóż nie. Przypadek chłopczyka, zamordowanego wczoraj gdzieś w którymś z brytyjskich – jakaż to ironia – hospicjów, pokazuje nam bardzo jednoznacznie, że tu nie ma czasu na dąsy. Toczy się wojna dwóch kompletnie różnych światów i stawką jest życie, albo śmierć. A kiedy już dojdzie do tego, że przegramy, to oni nas jako swoich jeńców zwyczajnie dobiją. Też nowość.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Zawsze najlepsze.

czwartek, 27 lipca 2017

Podchodzą mnie krótkie numery, rozdział kolejny

Dziś czwartek, a my wciąż musimy nadganiać zaległości. W związku z tym, dziś moje cotygodniowe kawałki z „Polski Niepodległej”, jeszcze z poprzedniego wydania. Tymczasem w kisokach najnowszy numer tego niezwykłego tygodnika. Szczerze polecam.


Wprawdzie wszystko wskazuje na to, że miniony tydzień upłynął nam pod znakiem wystepu przewodniczącego Wałęsy w stacji TVN24, jednak zgodnie z ewangelicznym zaleceniem, by najlepsze wino zostawić na później, do pana Bolka wrócimy nieco później, a na razie zajmijmy się człowiekiem niemal kompletnie anonimowym, posłem Platformy Obywatelskiej nazwiskiem Tomasz Lenz. Otóż stało się tak, że ów Lenz wystąpił przed dziennikarzami i zwracając się do jednego z nich, reprezentującego publiczną telewizję, powiedział co następuje: „Uczestniczy pan w manipulacji i oszukiwaniu Polaków. Bierze pan za to pieniądze. Też pan zostanie rozliczony za to, tak jak Urban. Skończy pan jak Urban. Rachoń skończy jak Urban. Wszyscy skończycie, jak Urban”. Biorąc pod uwagę fakt, że aby brać udział w manipulacji i oszukiwaniu Polaków za pieniądze, nie trzeba być ani dziennikarzem, ani nawet politykiem, ani nawet przedstawicielem koncernów farmaceutycznych, Lenz z tymi swoimi groźbami wyrwał się jak pierwszej klasy kosmita. Jednak nie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Pierwsze wrażenie na wszystkich zrobił ten Urban. Pomysł bowiem, by to jego przyjąć jako symbol życiowej porażki mógł się narodzić jedynie w głowie, nawet jeśli kosmity, to z pewnością któregoś z tych już najbardziej durnych.

*

Tu zresztą akurat konkurencja jest duża i ów poziom zgłupienia, jaki wszyscy ostatnio mamy okazję obserwować, można tłumaczyć wyłącznie strachem przechodzącym w bezsensowną zupełnie agresję. Oto, w reakcji na przegłosowanie przez Sejm dawno zapowiadanych i przez zdecydowaną wiekszość społeczeństwa wyczekiwaną od lat reformę sądownictwa, odezwał się poseł Platformy Sławomir Neumann i zapowiedział, że wszyscy posłowie, którzy przegłosowali projekt zmian w prawie zostaną ukarani. By nie być gołosłownym, było tak: „49 posłów PiS, którzy podpisali się pod tym projektem, mogą się spodziewać zarzutów karnych za udział w zamachu stanu. Ci wszyscy, którzy podniosą rękę czy chcieliby podnieść rękę za tym projektem ustawy o Sądzie Najwyższym, takich samych zarzutów mogą się spodziewać”. Biorąc pod uwagę fakt, że tego typu rozstrzygnięcie obecnie jest prawnie wykluczone, powstaje pytanie, czy przypadkiem nie jest tak, że na wypadek odzyskania władzy Platforma Obywatelska planuje wprowadzenie systemu, dotychczas znanego chyba tylko w Korei Północnej, gdzie aby zostać oskarżonym o zamach stanu wystarczy posiadać własne zdanie.

*

Jak wszyscy dobrze wiemy, nawet tam gdzie wszystko jest postawione na głowie, pojęcie zamachu stanu wciąż jednak funcjonuje w ramach ogólnie przyjętej logiki, wedle której przejęcie władzy jest dokonywane przez opozycję, a nie przez układ rządzący. I oto okazuje się, że nawet jeśli to prawda, inaczej zupełnie sprawy się mają na scenie zajmowanej przez opozycję totalną, a więc dziś reprezentowaną przez Grzegorza Schetynę. Ów ciekawy człowiek mianowicie wystąpił obok posła Neumanna i, podobnie jak jego partyjny kolega, zapowiedział działania mające powstrzymać wspomiany pełzający zamach stanu. A uczynił to w taki oto sposób: „Chcemy bardzo wyraźnie powiedzieć, że odbieramy ten akt jako zapowiedź zamachu stanu. To jest likwidacja niezależności Sądu Najwyższego, to uderzenie we władzę sądowniczą, w trójpodział władz, demokrację parlamentarną i w historię ostatnich 27 lat”. Bez sensu? A jednak chyba nie do końca. Coś nam chyba jednak wyjaśnia wspomniana przez Schetynę „historia ostatnich 27 lat”. Jeśli bowiem przyjąć, że owe „ostatnie 27 lat” to całkowicie realny byt polityczny, którego władza ma charakter boski, to faktycznie trzeba uznać, że to co robi Prawo i Sprawiedlwość to klasyczny pucz.

*

To by zresztą też wyjaśniało sens wystawiaia przez połączone siły totalnej opozycji, jako swojego głównego patrona Lecha Wałęsy. Wielu prostych ludzi zachodzi w głowę, jaki ludzki umysł mógł wymyślić plan, wedle którego odzyskanie władzy z rąk pisowskich faszystów ma gwarantować osoba i myśl kogoś tak sychicznie zdemolowanego jak Lech Wałęsa, a tymczasem może być tak, że to nie chodzi wcale o Wałęsę i to co on wygaduje, ale o wspomniane 27 lat, podczas gdy on sam jest zaledwie owym plakatem, który u Orwella zapewniał tych najbardziej ogłupiałych, że „starszy brat ma cię na oku”. Może się okazać, że to tylko my się przejmujemy wybrykami przewodniczącego Wałęsy, natomiast dla całej tej półprzytomnej ze strachu zbieraniny on pozostaje wyłącznie ową przysłowiową deską, która nie pozwala im ostatecznie zatonąć. I to stąd jego ciągła publiczna obecność. Tak bezwstydna i bezczelnie niewzruszona.

*

W związku z podjętą przez rząd akcją ostatecznego oczyszczenia polskich sądów z postpeerelowskich złogów, wspomniany Wałęsa został poproszony o wypowiedź dla stacji TVN24, gdzie wykorzystał każdą możliwą okazję do tego, by poobrażać wszystkich tych, którzy przez minione lata próbowali stanąć mu na drodze, poczynając od kolegi ze stoczni, niejakiego Schillera, przez Sławomira Cenckiewicza, a kończąc na ministrze Macierewiczu. Co ciekawe jednak, o żadnym z nich Wałęsa nie wypowiedział się z taką nienawiścią, jak o poległym w Smoleńsku Lechu Kaczyńskim. Kiedy prowadząca rozmowę z Wałęsą Monika Olejnik, zgodnie z popularną ostatnio metodą, przywołała pamięć Prezydenta, jako tego „dobrego”, Wałęsa się wyraźnie zniecierpliwił: „Pani mi da spokój z tym Kaczyńskim. To jest chory przypadek i będą długo medycy się zastanawiać, jak taki przypadek przypadkiem dostał miejsce, którego nie wolno było nigdy mu powierzyć”. Bardzo ciekawy jest ów nawet jak na Wałęsę niezwykle autentyczny brak opanowania. Czyżby było tak, że Lech Wałęsa wie na temat Smoleńska coś więcej niż się przyjęło wiedzieć?

*

Jak już wspomnieliśmy, z praktycznego punktu widzenia, nie ma najmniejszego znaczenia, co nam ma do powiedzeia Lech Wałęsa, bo tego, co naprawdę ważne, i tak nikt zauważyć nie ma ochoty, a to co zaledwie śmieszne, jednych śmieszy, a drudzy udają, że tego nie słyszą. We wspomnianej rozmowie zdarzyło się jednak coś autentycznie poruszającego. Otóż chyba po raz pierwszy w życiu Wałęsa nie dość, że się do niej jednoznacznie przyznał, to jeszcze przedstawił jako dowód swojej wielkości swoją współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. A było, jak się niespodziewanie okazuje, tak: „Byłem mocny, to bezpieka mnie służyła, a nie ja. To oni wykonywali wszystko, co ja chciałem. Chciałem mieszkanie, musieli mi dać. Chciałem pieniądze, musieli mi dać. A chciałem jeszcze większe, no to nie chcieli już ze mną pracować. No, czy większego bohatera chcecie? Jako jedyny pokonałem bezpiekę, jako jedyny bezpieka służyła mnie”…
… Ponieważ, jak wszyscy widzimy, zrobiło się jakoś dziwnie, zanim tę wypowiedź odpowiednio przetrawimy, musimy nieco ochłonąć. Kto wie, czy nawet nie wspomagając się szklaneczką czegoś mocniejszego.

*

Dochodząc do siebie posłuchajmy, jak Lech Wałęsa rozwija kwestię wspomnianego mieszkania: „Mieszkałem w hotelu robotniczym, gdzie było ponad tysiąc robotników i żeby mnie wyrwać, bo byłem groźny, na siłę dano mi mieszkanie. Widzi pani? Taka jest prawda, a oni mówią, że dostałem w nagrodę. Nie, bo ja byłem wtedy przywódcą i mogłem podnieść hotel, tam gdzie było ponad tysiąc robotników. I żeby zabrać mi tę broń, to wyrzucono mnie do jakiegoś kiepskiegpo mieszkania. O! Widzi pani? Tego Centkiewicz nie zauważa”. No i znów pewnie ktoś przyjdzie i zacznie pytać, to jak to ostatecznie było? Mówił im Lechu „Dawać mi natychmiast mieszkanie”, a oni natychmiast robili co im każe, czy może oni go do tego mieszkania zaciągnęli siłą, by wraz z tysiącem mieszkańców hotelu robotniczego nie obalił komuny? Jak mówię, w tym akurat wypadku żadne pytanie nie doczeka się odpowiedzi, bo nie o pytania i odpowiedzi chodzi. Chodzi tylko o ten plakat i hasło „Starszy brat ma cię na oku”.

*

Zaczęliśmy od Jerzego Urbana, skończmy więc na jego starym kumplu, Leszku Millerze. Ciekawe bowiem bardzo jest to, że w tym całym szaleństwie resztki przytomności zachował akurat człowiek, którego zdecydowanie bardziej można było podejrzewać o to, że wraz z Janem Lityńskim i Włodzimierzem Cimoszewiczem będzie się dziś kładł rejtanem na senackiej mównicy. Otóż na swoim twitterowym koncie wspomniany Miller opublikował następujący komentarz: „Prawo o ustroju sądów powszechnych z 1928r. Art. 71. Naczelny nadzór nad wszystkimi sądami i sędziami sprawuje Minister Sprawiedliwości”. Koniec, kropka. Żadnego dodatkowych wyjaśnień, tylko ta informacja. Kto z nas pamięta lata 80. ubiegłego wieku, musi się zadumać na tym, jak kręte potrafią być ludzkie ścieżki. I te i tamte.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Naprawdę warto.



środa, 26 lipca 2017

Czy książe William interesuje się sportem?

Głównie przez ślub mojego dziecka, ale też różne inne wydarzenia, które mnie mocno zaabsorbowały, dopiero dzić chciałbym przedstawić felieton z bieżącego numeru „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że on się idealnie nada do tego, byśmy w tych ciekawych bardzo dniach nabrali odpowiedniej perspektywy. Zachęcam serdecznie.          


     Zdaję sobie oczywiście sprawę z nastrojów, panujących po tej intelektualnie bardziej zaawansowanej stronie sceny, gdzie emocjonowanie się takimi „głupstwami”, jak najpierw wizyta prezydenta Trumpa, a dziś pary książęcej Williama i Kate, pozostawia się tak zwanej „tłuszczy”, sam jednak biorę te wszystkie szyderstwa na pierś, dedykując je takim mistrzom jak choćby Witold Gadowski, który nazwał wystąpienie księcia Williama „dobrym, bo krótkim”. Jednocześnie przyznaję, że sam obie wizyty i wszystko co się z nimi wiąże, uważam za niezwykle dla nas ważne i tylko żałuję, że nie mogłem tam wtedy być i machać jakąś choćby najmarniejszą chorągiewką.
     Nie będę jednak dziś pisał ani o Trumpie, ani o liście, jaki do Polaków skierowała królowa Elżbieta, bo mi się zwyczajnie nie chce, natomiast, owszem, chętnie zwrócę uwagę na pewne całkowicie zlekceważone wydarzenie, jakie miało miejsce podczas tak zwanego garden party na trawniku w warszawskich Łazienkach na zakończenie pierwszego dnia wizyty Williama i Kate. Oto, już po tym, jak najpierw brytyjski ambasador, a po nim książe William, wygłosili swoje mowy i wszyscy ze swoimi kieliszkami przenieśli się na trawę, by tam już sobie dalej gawędzić, nie mogłem nie zauważyć, że wśród zaproszonych gości znalazła się również Irena Szewińska, wielki sportowiec, mistrz olimpijski i rekordzista świata.
     Gdyby ktoś nie pamiętał, chętnie przypomnę. Otóż był czas kiedy Szewińska była najszybszą kobietą świata, i to nie, jak by się nam mogło wydawać, a więc na jednym dystansie, ale najszybszą zarówno na 100, 200, jak i 400 metrów. Jeśli mówimy o tych trzech dystansach, ona biła rekordy dziesięciokrotnie i to przez 12 kolejnych lat, a więc, gdy chodzi o lekkoatletykę, można powiedzieć, że przeszła do historii jako ktoś na miarę Muhammada Alego.
     I oto oglądam w telewizji imprezę na łazienkowskim trawniku i w pewnym momencie widzę, jak niedaleko księcia Williama stoi wspomniana Szewińska i pies z kulawą nogą na nią nie zwraca uwagi. Otoczony wianuszkiem chętnych do pokazania się w jego towarzystwie, a dla mnie kompletnie nieznanych, ludzi, książe William miło spędza czas, a tymczasem skromnie, nieco w oddali, całkowicie samotna, stoi Szewińska, niepewnie się uśmiechając, a ja powiem szczerze, nie mam pojęcia, co ona sobie myśli. Bardzo liczę na to, że znajdzie się ktoś kto ją przedstawi księciu i powie: „Oto kobieta, która przez 12 lat, kiedy pana nie było na świecie, na tym samym świecie nie miała konkurencji. Pańska babcia ją musi pamiętać”. Jednak, z tego co zdążyłem zauważyć, nie przyszedł nikt.
     Książe William pogadał chwilę z kim tam chciał, po czym zaprowadzono go do Macieja Gortata i Alicji Bachledy Curuś, którzy, jak słyszę, są akurat parą. Szewińskiej już nie widziałem. Zresztą i tak transmisja się skończyła, na ekranie został już tylko Krysztopa i Gadowski, więc wyłączyłem telewizor i puściłem sobie Milesa.

Wszystkich serdecznie zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania nie tylko moich książek.
            


wtorek, 25 lipca 2017

O Adrianie, który szczęśliwie trzyma nas za pysk

     Nie wiem, czy to jest tylko dziwne, czy może to już wstyd, niemniej jest faktem, że o tym, dalczego prezydent Andrzej Duda jest przez ludzi złych i gnuśnych nazywany Adrianem, dowiedziałem się bardzo późno, a do tego czasu wydawało mi się, że ów Adrian funkcjonuje powszechnie tak jak dotychchczas fuckcjonowali Wiesiek, Ziutek, czy Janusz, tyle że już nie na poziomie tak zwanego buractwa, ale symbolu znacznie poważniejszego, związanego mianowicie z dość popularnymi w srodowiskach młodych bandytów Patrykiem, Sebastianem ewentualnie Denisem. A to by świadczyło o tym, że oni jednak intelektualnie weszli na poziom nieco wyższy. Okazuje się, że jeszcze nie tym razem. Wygląda na to, że tym razem akurat zeszli o stopień niżej.
      Jak się dowiedziałem, imię Adrian pojawiło się dzięki pewnemu, popularnemu w Internecie, satyrycznemu programowi, przedstawiajacemu w komiczny sposób powszechny dzień Jarosława Kaczyńskiego, gdzie właściwie wszyscy są w mniej lub bardziej sposób sympatycznie zabawni, z wyjątkiem właśnie prezydenta Dudy, który, praktycznie jako jedyny, jest tam ukazany jako kompletny loser, który bardzo chce uzyskać dostęp do ucha Prezesa, tyle że prezes nawet nie wie, jak on ma na imię, a reszta go naturalnie wciąż kopie w tyłek, by się zechciał przesunąć, bo tarasuje drzwi.
      Jak mówię, z wyjątkiem być może jednego odcinka wspomnianego programu, nie udało mi się tym czymś zainteresować. Owszem, widzialem scenę gdzie prezydent Duda siedzi skromnie na krzesełlku przed gabinetem Prezydenta, w oczekiwaniu na to, że Prezes zechce go przyjąć, i jest wciąż odsyłany z kwitkiem, poza tym jednak byłem skazany wyłącznie na internetowe komentarze, no i ostatecznie na owego „Adriana”. Ale też w tym samym momencie, kiedy sobie uświadomiłem, że w owym satyrycznym programie praktycznie jedyną absolutnie negatywną, traktowaną bez śladu sympatii, postacią jest prezydent Duda, zrozumiałem też, że za tym wyborem nie może stać przypadek. Tam wszyscy są w sumie w ten czy inny sposób prawdziwi, nawet jeśli wyszydzeni, czy zaledwie wyśmiani. Nawet minister Macierewicz, czy jeszcze bardziej minister Błaszczak dają się łatwo zidentyfikować, no i oczywiście budzą pewną sympatię, tymczasem prezydent Duda, jako ów Adrian, zasługuje wyłącznie na pogardę. W programie „Ucho Prezesa”, bo taki to coś nosi tytuł, jedynie prezydent Duda został pokazany jako ktoś, kto do tej wesołej trzódki zwyczajnie nie pasuje, jako worek nieszczęść i zwykły głupek.
       Ostatnie trzy dni spędziłem na weselnych uroczystościach swojego syna i prześlicznej Doroty, a tam miałem okazję spotkac się z kuzynem, który do niedawna pełnił ważną funkcję w jednej z ostanio przejętych w całości przez Prawo i Sprawiedliwość niezwykle eksponowanych instytucji, a jednocześnie człowiekiem, którego serce jest tak blisko idei Wielkiej Polski, jak moje własne nigdy nawet nie śmiało być. I on mi powiedział, że to wszystko to jest banda beideowych i zepsutych skurwysynów, z którą Prezes oczywiście próbuje walczyć, ale sam jeden zwyczajnie nie daje rady.
      I w tym momencie, wraz z gestem prezydenta Dudy, pojawia się pytanie, czemu oni postanowili się akurat wziąć za niego. A jednocześnie razem z nim odpowiedź jasna i czysta. Oni się wzięli za Dudę, bo czują, że dopóki on nas ma na oku, projekt „Dobrej Zmiany” jest niezagrożony. Szanujmy więc naszego Prezydenta. Bez niego leżymy i kwiczymy. Ta banda durniów nie zna umiaru i jeśli raz na jakiś czas nie dostaną po ryju, nic ich już nie postawi na nogi.
      Już na sam koniec parę słów o tak zwanej „totalnej opozycji”. Nawet nie próbujcie. Możecie w dalszym ciągu spokojnie mówić na niego „Adrian”. Dla was to jest wciąż „Adrian”. A lepiej już było. Możecie wyjeżdżać do Rosji, ewentulanie do Brukseli. Jeden diabeł.

Wszystkich bardzo serdecznie zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia dziś być może jedyne prawdziwie wartościowe książki na świecie.

piątek, 21 lipca 2017

O modlitwach i ich niewątpliwej skuteczności

Jest tak, że jutro żeni się mój ukochany syn , w związku z czym wybywam do Krasiczyna pod Przemyślem, a zatem zarówno jutro, jak i pojutrze, a niewykluczone, że i w poniedziałek, będę nieobecny. Swoją drogą, jeśli ktoś ma blisko, zapraszam. Kościół w Krasiczynie, sobota, godzina 14. Ja tymczasem pomyślałem sobie, że przez najbliższe trzy, czy cztery dni  będzie tu wisiał tekst jeszcze z roku 2010, co do którego miałem kiedyś autentyczną nadzieję, że wstrząśnie nie tylko tym blogiem, ale w jakiś sposób i całą Polską, a jedyny jego efekt jest taki, że ja go tu znów przypominam, z coraz mniejszą nadzieją, że może w końcu znajdzie się ktoś, kto się przynajmniej zatrzyma i zapyta: „Przepraszam, ale czy to się dzieje naprawdę?”


     Niewątpliwą zasługą jednego z przyjaciół tego bloga było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu już raz zwrócić uwagę na to coś, co odkrył dla nas nasz kumpel, ale najwidoczniej albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym szacunku – uważam że jest wyjątkowo niemądre.
      A zatem to by były zasługi naszego znakomitego kolegi. Przejdźmy do moich. Otóż ja postanowiłem zająć się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych zainteresowań polską polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne. Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki takie sobie, a resztę i tak ja Wam opowiem.
      Chodzi mianowicie o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary, z całą pewnością jeszcze sprzed Katastrofy komiks wyprodukowany przez jakiegoś Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć, jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot. Tak czy inaczej, opublikował on ów komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy. Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się, że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już polewano ich benzyną i miano podpalić, pojawili się komandosi i ich uratowali. W 1911 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale wybuchła tzw, afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to, że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie. No i to utopiło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krwawą i okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy „Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z Pałacu Kultury. Niestety, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb i zaprowadzili porządek.
      To wszystko są wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem ludzie po kryjomu malują obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną „Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.
      Jak mówię, komiks ten został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to, że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem – w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu – u mnie na tym blogu właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego na celu zniszczenie jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć, ale słowem. Zwykłym słowem. To tu tak słychać owo przesłanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to skutecznością modlitwy. W odpowiedzi na te sugestie, wiele osób wpada w autentyczne oburzenie i zadaje pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego, a skierowane zostało do Pawła Kowala. Kowal odpowiedział, że tak. Że słowo potrafi zabić. Jeśli komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia, możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie.
      Co natomiast, jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy pomysł. I staje się już wyłącznie ową desperacką próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota, Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu, który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest wyłącznie margines i przykry wypadek. Że życie toczy się daleko poza tymi ekscesami, że on, to ktoś, kto nawet już za bardzo nie jest częścią Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.
      Kiedy zaczynając pisać ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani o jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego powieszonego „za flaki” na jakimś pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na zawsze. Jako znak i dowód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią. Będzie już tylko to.
      Powiem jeszcze jaśniej, o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten wyjaśnił dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się zająć normalną, zwykłą polityką, zamiast wciąż rozstrząsać jakieś i tak nie do wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w Rzeczpospolitej, Joanna Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z Kaczyńskiego.
      Otóż ja wszystkim im mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej. Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku przestało mnie interesować.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam z całego serca.


czwartek, 20 lipca 2017

O zdradzieckich mordach i świętej pamięci jego brata

      Mogę się mylić, ale na ile sobie potrafię wszystko w głowie poukładać, dotychczas chyba nie zwróciłem tu uwagi na bardzo moim zdaniem ciekawe zjawisko, a polegające na tym mianowicie, że ludzie, którzy wcześniej najpierw zmarłemu w Smoleńsku prezydentowi Kaczyńskiemu życzyli gwałtownej i możliwie bolesnej śmierci, a kiedy ona już wreszcie nastąpiła, nie potrafili się przez całe długie lata powstrzymać od odpowiednio głośnych okrzyków entuzjazmu, dziś nagle zaczynają wykorzystywać imię człowieka, którego przed laty wystawili na śmierć, jako argument w walce z jego – wedle niektórych teorii, cudem ocalałym – bratem.  Nie pisałem o tym, bo, jak już to podkreśliłem zaledwie wczoraj, nie bardzo lubię dzielić się refleksjami na tematy bieżące, które, jak wiemy, dziś są, a jutro nawet pamięć o nich skutecznie blednie. Stało się jednak tak, że podczas obrad Sejmu, które w tych dniach nas tak bardzo absorbują, poseł Platformy Obywatelskiej Budka zasugerował, że Jarosław Kaczyński ze swoim atakiem na władzę sądowniczą czekał do czasu aż jego brat, Lech Kaczyński, zejdzie mu z oczu, no i w tej sytuacji Prezes uznał, że nadszedł czas i powiedział to, co wszyscy już wiemy, a ja nie mogę sobie oszczędzić tej przyjemności, by całość jego wystąpienia powtórzyć:
      Powtórzę raz jeszcze. Przez pięć lat, a więc od czasu gdy Lech Kaczyński został wybrany przez naród prezydentem, do dnia okrutnej śmierci w Smoleńsku, nie było jednego słowa, o którym ci, co go nienawidzili, mogliby powiedzieć, że żałują, że ono nie padło. Gdy chodzi o tak zwaną „mowę nienawiści”, ci którzy się nią od lat karmią, z całą pewnością muszą tu czuć pełną satysfakcję. Ale też, kiedy wreszcie padł ów ostateczny cios, nie było jednego słowa, co do którego ci, co cieszyli się z jego śmierci, mogliby powiedzieć, że żałują, że ono nie padło. I tu także, gdy chodzi o tak zwaną „mowę nienawiści”, ci którzy się nią od lat karmią, z całą pewnością musieli czuć satysfakcję. Wszyscy wszystko pamiętamy i tej pamięci nic nie zagłuszy.
     I oto na mównicę sejmową wchodzi jeden z nich i ogłasza, że gdyby Lech Kaczyński dziś żył, to nie pozwoliłby na hucpę, którą nam ufundowało Prawo i Sprawiedliwość? Przepraszam bardzo, ale takiej bezczelności świat nie widział.
     W tej sytuacji z najwyższą przyjemnością powtarzam słowa prezesa Kaczyńskiego, tym razem już jednak jako swoje: „Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem jego świętej pamięci brata, niszczyliście go, zamordowaliście go, jesteście kanaliami”.

Zapraszam wszystkich do odwiedzania ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupowania mojej książki. Polecam serdecznie.      


środa, 19 lipca 2017

Nasi napadają

      Dotychczas chyba nie odzywałem się w kwestiach doraźnej polityki, a już z całą pewnością nie pisnąłem choćby jednym słowem na temat tak zwanej „reformy sądownictwa”. Pierwszym tego powodem było to, że w ogóle bardzo się staram nie wcinać miedzy przysłowiowy kieliszek a zakąskę, a poza tym, przepraszam bardzo, ale cóż jest interesującego w komentowaniu spraw całkowicie oczywistych? A za taką mianowicie uważam bezwzględną konieczność zrobienia ostatecznego porządku z ową sędziowską, czy, może lepiej, całą prawniczą korporacją. Było jednak tak, że przy okazji ostatniej awantury pojawiła się pewna kwestia, która mi nie dawała spokoju, no ale, jak mówię, ani mi w głowie było zawracać ludziom tymi swoimi dylematami głowę, więc siedziałem cicho. No i oto wczoraj pod koniec dnia odezwał się Prezydent, ogłoszając, że nie podpisze ustawy o Sądzie Najwyższym, o ile Sejm nie przyjmie jego nowelizacji ustawy o wyborze członków Krajowej Rady Sądownictwa, gdzie o wyborze sędziego ma decydować już nie zwykła większość sejmowa, ale 3/5 głosujących.
      Kiedy to usłyszałem, przyznaję, że odetchnąłem z ulgą, przede wszystkim dlatego, że Prezydent zadeklarował gotowość podpisania ustawy o Sądzie Najwyższym, na której nam wszystkim bardzo zależy, ale też przez to, że on swoim oświadczeniem rozwiązał problem owego KRS-u. Ja bowiem nie mogłem znieść sytuacji, kiedy naczelnym argumentem za tym, że zmiany w systemie sprawiedliwości są jak najbardziej uczciwe i nie mające niż wspólnego z polityką, jest to, że sędziów Sądu Najwyższego nie będzie wybierał Sejm, ale wskazani przez Prawo i Sprawiedliwość sędziowie. Przepraszam bardzo, ja jestem starym kaczystą i do końca moich dni będę głosował na Prawo i Sprawiedliwość, ale to w żaden sposób nie oznacza, że jestem idiotą, który nie rozumie, co się dzieje. Nie może być bowiem tak, że politycy Prawa i Sprawiedliwości uznali, że z tą swoją nędzną większością jakoś dociągną do następnych wyborów, potem się zobaczy, a ja się będę na to głupio uśmiechał. Niech się może trochę bardziej postarają i bardzo dobrze, że prezydent Duda ich do wyjścia z tej gnuśności zmusił.
      Ale jest jeszcze coś, co uważam za dużą korzyść płynącą z prezydenckiego gestu. Otóż on w ten sposób przekazał części parlamentarnej opozycji bardzo czytelną wiadomość, że oto przed nimi ostatnia szansa, by zdążyć na pociąg, który już za chwilę odjedzie. Że oni oczywiście dostaną miejsce w wagonie towarowym, i na razie lepiej już nie będzie, ale przynajmniej nie zostaną na peronie ze Schetyną i Petru i tą całą bandą durniów, którzy dziś się cieszą, że może Adrian stał się wreszcie Andrzejem. Mało tego. On również pokazał tej naszej nieszczęsnej Europie, że zmiany, jakie  następują w Polsce, mieszczą się jak najbardziej w cywilizacyjnym standardzie i w ten sposób większości z nich zwyczajnie zamknął usta. Ale i to nie koniec. Dzięki temu wystąpieniu, Andrzej Duda zapewnił nam bardzo dobrą przyszłość. Właśnie tak. Przyszłość.
      I oto, proszę, sobie wyobrazić, w pierwszej reakcji na wystąpienie prezydenta Dudy, publiczna telewizja poprosiła o wypowiedż najpierw Jerzego Targalskiego, następnie Jacka Karnowskiego, potem jakiegoś anonimowego podobno prawnika, a na końcu – to nie żart – Mariana Kowalskiego, z których każdy, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, oskarżył Andrzeja Dudę o zdradę. Targalski posunął się wręcz do tego, że użył słowa „Targowica”.  Oglądałem relację Telewizji Polskiej i, powiem szczerze, byłem pod wrażeniem. To co oni – a mnie tu oczywiście, ze zrozumiałych względów,  najbardziej zajmuje Karnowski –  odstawili, w pierwszej chwili po tym jak Prezydent wygłosił swoje oświadczenie, pozwoliło nam wszystkim niemal w jednej chwili zorientować się, kto jest kim.
     Kiedy piszę ten tekst, czytam, że odbyło się spotkanie Prezydenta z marszałkami Sejmu i Senatu i że skuteczna i pełna reforma sądownictwa pozostaje niezagrożona, co tylko mnie utwierdza w przekonaniu, że my tu tak naprawdę wiemy tylko tyle, ile nam się wiedzieć pozwoli. Rzecz w tym, że myśmy tę prawdę znali od zawsze, a taki Karnowski z Targalskim poznali dopiero co i w tym momencie znaleźli się tuż obok takiego Tomasza Lisa. Co za wstyd.
      Spieprzać, dziady!!!


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje ksiązki. Polecam serdecznie.

wtorek, 18 lipca 2017

Podchodzą mnie krótkie numery, część kolejna

Jako że jutro środa, a więc kolejny numer „Polski Niepodległej”, przedstawiam zestaw moich krótkich kawałków do śmiechu z poprzedniego numeru tego naprawdę bardzo ciekawego tygodnika i zachęcam do kupowania kolejnych.


Miniony tydzień upłynął nam pod znakiem, jak dziś już wszyscy wiemy, historycznej wręcz wizyty w Polsceprezydenta Donalda Trumpa, a może jeszcze bardziej jego warszawskiego wystąpienia. Wydaje się przy tym, że niekiedy poziom komentarzy, jakie nadeszły ze wszystkich wręcz stron, przebija nawet to, co nam zostawił Trump. Oto pewne wrażenie zrobiła na wszystkich wypowiedź Stefana Niesiołowskiego, który ni w pięć nie w dziewięć oświadczył, że „Trump to cham”. Ja bym jednak tym akurat nie przejął się jakoś szczególnie. W końcu nie trzeba Niesiołowskiego, by nazwać kogoś chamem. O wiele ciekawsza bowiem jest dalsza część mądrości wysączonych ustami naszego pana profesora: „Pan Trump nie robi wrażenia znawcy historii jakiegokolwiek kraju, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, i nie jest jasne, czy w ogóle wie z kim spotka się w Warszawie. Myślę, że w samolocie odlatującym z Warszawy zapyta swoich doradców, kto to był ten Duda? Na co usłyszy najpewniej, że spotkał się z Kucowołochem, a może z Sarmatokarpem lub kimś w tym rodzaju?”
Wygląda na to, że przy takim prof. Niesiołowskim nie jest łatwo jest być nie tylko chamem, ale i głupcem. W końcu, w konfrontacji z tym jakimś Sarmatokarpem, nawet taki Włodzimierz Cimowszewicz nie dałby rady.

*

A trzeba nam wiedzieć, że mistrz Cimoszewicz, to człowiek o niezwykłej wprost inteligencji i najgłębszej refleksji. Komentując wystąpienie prezydenta Trumpa, powiedział co nastepuje: „Miałem chwilami wrażenie, że takiej ilości pochlebstw spokojnie mógłby wysłuchać chyba tylko nieboszczyk na własnym pogrzebie. Normalny człowiek zaczynałby być zaniepokojony i zastanawiałby się, czy to jest na serio, czy to jest poważne. To były często pochlebstwa adresowane do polskich emocji, dosyć zrozumiałych. Ale było tego zdecydowanie więcej niż by wskazywała na to kurtuazja”.  A nam już tylko pozostaje wyrazić wdzięczność Cimoszewiczowi, że tak ofiarnie wciąż nas próbuje doprowadzać do przytomności. Gdyby nie on, to byśmy mogli jeszcze zacząć porównywać wystąpienie Trumpa ze słynnym „Ich bin ein Berliner” Kennedy’ego.

*

Tu zresztą mamy szczególną ciekawostkę, która wskazywałaby na to, że Cimoszewicz ma zdecydowanie rację, twierdząc, że tym razem poszło o coś znacznie więcej niż zwykłą kurtuazja, tyle że mając tę rację, jednoczesnie jej kompletnie nie rozumie. Otóż chyba nikt dotychczas nie zauważył, że fragment przemówienia Trumpa, w którym on woła „Przyjeżdżajcie do Polski, przyjeżdżajcie do Warszawy”, jest żywcem zaczerpnięty z jednego z kilku draftów berlińskiej mowy Kennedy’ego: „Lasst sie nach Berlin kommen”. A to zdecydowanie świadczy o tym, że stoimy wobec czegoś, co można bez mrugnięcia okiem określić pojęciem „game changer”, a co musi doprowadzić do tego, że wspomniany Cimoszewicz – a przecież i nie tylko on –  przestanie się pokazywać nawet w zaprzyjażnionym TVN24.

*

Póki co musimy go jednak zarówno oglądać, jak i słuchać. Jak pamiętamy, podczas niedawnego kongresu Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński przypomniał, że jak dotychczas Polska nie otrzymała od Niemiec odszkodowania za straty, jakie poniosła w wyniku II Wojny Światowej, odszkodowania do którego praw nigdy się nie wyrzekła. Na to natychmiast w te oto słowa zareagował rzeczony Cimoszewicz: „Jarosław Kaczyński lekceważy fakty historyczne, Polska oficjalnie zrzekła się reparacji wojennych. To prawda, że okoliczności były niejasne, ale przez 60 lat wszystkie kolejne rządy, i PRL, i III RP, nie występowały z roszczeniami. Z prawnego i międzynarodowego punktu widzenia nie mamy żadnego tytułu do domagania się reparacji”. Z prawnego i miedzynarodowego puntu widzenia? Co to jest za zwierzę? Biedni Niemcy. Co krok, to kolejna porażka. Jak nie Trump w Warszawie, to antyglobaliści w Hamburgu, jak nie antyglobaliści w Hamburgu, to Cimoszewicz w telewizji TVN24. Czy ich naprawdę nie stać już na nikogo lepszego, kto byłby w stanie bronić ich interesów w Polsce, niż jacyś zasuszeni komuniści?

*

Ja zdaję sobie sprawę z intelektualnego poziomu, jaki prezentują tak zwani artyści, jednak kto wie, czy nie byłoby lepiej, gdyby na ów front, zamiast Ciemoszewicza i spółki, skierować paru z nich, zwłaszcza gdy w obliczu postepującej pauperyzacji owych środowisk, dla paru euro wielu z nich może naprawdę być gotowych do najwyższych poświęceń.  Weźmy takiego aktora komediowego Malajkata. Oto, proszę sobie wyobrazić, że w związku z wystąpieniem prezydenta Trumpa na placu Krasińskich, zamknięte dla ruchu zostały przylegające do placu ulice. Jednocześnie, tak się pechowo złożyło, tuż obok placu znajduje się budynek warszawskiej Akademii Teatralnej, gdzie równie pechowo odbywał się organizowany przez wspomnianego Malajkata teatralny festiwal o adekwatnej nazwie „ITSelF”. W przeddzień wystąpienia Trumpa komik Malajkat wydał oświadczenie, w którym poskarżył się, że przez wizytę prezydenta, on i jego kumple poniosą znaczne straty finansowe i oświadczył: „Nie oczekujemy zaś niczego więcej niż wzajemności i, być może, drobnej gratyfikacji dla naszych wysiłków kulturalnych. Czy możemy liczyć na Pańskie wsparcie?” W tej sytuacji pozwolę sobie zaapelować: Panie Malajkacie! Od Trumpa Pan nic nie uzyska. To podły kapitalista, który ma w nosie wielką sztukę. Niech Pan zacznie działać na Twitterze, jak choćby taki Tomasz Lis, a Berlin Panu to sowicie wynagrodzi.

*

No właśnie. Nie mogliśmy nie zauważyć aktywności Tomasza Lisa. Ten, komentując gorące przyjęcie, jakie Trumpowi zgotowali mieszkańcy Warszawy, nazwał ich „miłośnikami paciorków, którzy lubią prezenty od wielkiego pana z Hameryki”. Również pani Lisowa zabrała głos i nazwała obecnych na spotkaniu z Prezydentem mieszkańców Warszawy „zwiezioną autokarami tłuszczą”. Mało tego. Wrażenie, jakie zrobił na wszystkich zarówno Trump, jak i witający go tłum, było tak wielkie, że dał nawet głos sam Wojciech Sadurski, profesor i intelektualista, i na zaprzyjaźnionym portalu natemat.pl przedstawił następująca diagnozę: „Do władzy doszli ignoranci dumni ze swojej ignorancji. Demokratyczna większość dała im do tego mandat. ‘Nie mamy wykształcenia, ale z tego powodu nie czujemy się gorsi, za nami są tłumy’. To, z czym mamy dziś do czynienia w Polsce, to triumf aroganckiego i ignoranckiego plebsu”. Swoją drogą, to jest coś absolutnie niezwykłego. Od kilku dni obserwujemy piekło, jakie Niemcom zgotowali tak zwani alterglobaliści, widzimy płonący Hamburg, nieprzytomny z nienawiści tłum plądrujący sklepy, setki rannych policjantów, Melanię Trump, nie mogącą w obawie o życie opuścic hotelu, a tymczasem to Polaków nasi mędrcy wyzywają od „tłuszczy” i „plebsu”.

*

Czy to nie dziwne? Okazuje się, że nie dla wszystkich. Ów ponury dysonans na swoim zwykłym poziomie wsparł były artysta estradowy Zbigniew Hołdys: „Gdyby społeczeństwo polskie było wyedukowane, wiedziało kim jest Trump – powinno go przywitać tak, jak mieszkańcy Hamburga”. Wypowiedź Hołdysa wywołała wyraźne zakłopotanie nawet wśród jego dotychczasowych politycznych i kulturowych sojuszników, z mojego punktu widzenia jednak, tam wszystko jest na swoim miejscu. Co więcej, intelektualnie i emocjonalnie między tym, co głosi Hołdys, a słowami czy to państwa Lis, czy też profesora Sadurskiego, nie ma żadnej istotnej różnicy. W każdym bowiem z tych przypadków mamy do czynienia z zimną, bezlitosną i, co najważniejsze, systemową pogardą dla drugiego człowieka. Ów stan umysłu, znakomicie, choć jak sądzę, zupełnie bezwiednie, wyraził sam Grzegorz Schetyna w swoim wystąpieniu w Sejmie przy okazji próby odwołania ministra Błaszczaka. W pewnym momencie, zwracając się do Jarosława Kaczyńskiego, przewodniczący Schetyna powiedział tak: „Jesteście obrzydliwi, bo nie potraficie się bronić”. Z tego co wiem, nikt nie zwrócił na ów freudowski wręcz gest uwagi, dla  mnie natomiast tam jest wszystko. Cała historia człowieka w jego najbardziej okrutnej i bezwzględnej postaci, gdzie nagle okazuje się, że nie ma nic bardziej obrzydliwego, niż ktoś, kto już nie jest w stanie się bronić. Bardzo to mocne. Uważam, że oni powinni ten tekst wywieszać na swoich sztandarach.


Zapraszam wszystkich do zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są jak zawsze do nabycia moje książki.


poniedziałek, 17 lipca 2017

Gdy Niemcy ratują Puszczę Białowieską

          Stali czytelnicy tego bloga orientują się z pewnością znakomicie, że mieszkając tu gdzie mieszkam i uważając to miejsce za niemal najpiękniejsze pod słońcem, wyjątkowo źle znoszę towarzystwo miejscowej ludności, która, przyznaję, że jak najbardziej słusznie i prawomocnie, uważa je za swoje, czyli tak zwanych „Ślązaków”. Od razu jednak muszę wyjaśnić pewną bardzo istotną rzecz. Otóż ja sam jestem w pewnym Ślązakiem, w tym mianowicie sensie, że tu się urodziłem, tu się wychowałem i ani na moment nie uznałem, że to nie jest mój dom. Jeśli jednak wciąż z niezmiennym uporem powtarzam tę frazę, że źle znoszę towarzystwo „tak zwanych Ślązaków”, chodzi mi o to, że ja faktycznie czuję się obco, gdy w swoim otoczeniu spotykam ludzi, a takich tu jest moim zdaniem dużo za dużo, którzy uważają i gdzie tylko mogą to swoje przekonanie deklarują, że jeśli oni z Polską mają więcej wspólnego niż z Niemcami, to wyłącznie dlatego, że do Polski mogą się przejechać autobusem, a do Niemiec muszą wykupić miejsce w autokarze.
      Z tego samego więc względu traktuję jako element zdecydowani mi obcy – w sensie znanym powszechnie pod pojęciem „alien” – niejakiego Gorzelika, prowadzony przez niego Ruch Autonomii Śląska, oraz oczywiście wszystkich tych, którzy są z nim emocjonalnie związani. Kiedy widzę, w jaki sposób tych może tysiąc, dwa tysiące, czy niech ostatecznie będzie, że i pięć, mieszkańców Katowic i okolic prowadzi polityczną akcję na rzecz oderwania Śląska od Polski, czuję wyłącznie agresję. Kiedy ich widzę i słyszę jak nie dość że głoszą te swoje hasła, to jeszcze gdzie tylko mogą zaznaczają teren, choćby w postaci kawiarni pod nazwą „Kattowitz”, mam jedno tylko życzenie, by oni wyszcy wynajęli odpowiednią liczbę autokarów i udali się wspólnie do Hamburga. Najlepiej tam.
      Rozmawialiśmy tu ostatnio o nich troszeczkę i w pewnym momencie żona moja zadała pytanie podstawowe: „To czego tak naprawdę oni chcą?” Odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą, że autonomii, jednak ona nadal drążyła: „No dobra, autonomii, czyli czego?” No i tu, powiem szczerze, nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. No bo cóż by miała owa „autonomia” oznaczać? Zwykły gest czy może coś więcej, a więc to na przykład, że nasze podatki nie będą szły do Warszawy, ale do Berlina? No i oto w minioną sobotę szedłerm sobie na interwencyjną wizytę do mojego teścia, zahaczając po drodze o centrum miasta, a tam natrafiłem na, jak się okazuje, zorganizowany na cześć żółto niebieskiej (swoją drogą, ciekawe skojarzenie, co nie?) flagi Śląska, marsz wspomnianego Ruchu Autonomii Śląska. Marsz był duży, robił jak najbardziej wrażenie, to co mnie jednak zaskoczyło, a jednocześnie i zszokowało, to fakt, że pomijając owe flagi i ludzi przebranych w tradycyjne śląskie stroje, jedyny postulat marszu, jaki udało mi się zauważyć, wyrażał się w postaci wielkiego transparentu z napisem: „V KOLUMNA JEDNA POLSKA JEDEN SUWEREN JEDEN SZYSZKO”… Ups!
      Nie kłamię. Na początku pochodu szły przebrane w regionalne stroje małe dzieci, za dziećmi cała kupa mężczyzn w czarnych, znanych nam z filmów Kazimierza Kutza, odświętnych garniturach, a dalej jacyś przebierańcy z siekierą i piłą elektryczną i transparentem z napisem „V KOLUMNA JEDNA POLSKA JEDEN SUWEREN JEDEN SZYSZKO”. A ja proszę, by zwrócić uwagę nawet nie na to, że, ni stąd ni z owąd, tam, poza odpowiednimi flagami, nie ma śladu walki o ową „autonomię”, lecz czysta biężąca polska polityka. A, jakby tego było mało, nikt nawet nie wspomina o  „jednym Ziobro”, „jednym Macierewiczu”, czy, zupełnie nautralnie, „jednym Kaczyńskim”. Przez Katowice idzie wielki marsz Ruchu Autonomii Śląska, a na swoich sztandarach nie niesie ani żądania przekazania Śląska w niemieckie ręce, ani nawet wyrwania Polski z rąk pisowskich faszystów, ale szydzi z ministra Szyszki. Przeprszam bardzo, ale co Niemców obchodzi minister Szyszko? Co Niemców obchodzi Puszcza Bałowieska i te drzewa?
     Nie lubię ministra Szyszki za parę rzeczy, jednak one tu i teraz wydają się być kompletnie bez znaczenia, skoro, jak się okazuje, na niego się czają Niemcy. Jeśli ni stąd i z owąd okazuje się, że z ich puktu widzenia, nie liczą się ani sądy, ani trybunały, ani cała ta cholerna demokracja, lecz minister Szyszko z jego siekierami, to znaczy, że trzeba zachować wyjątkową czujność. O czym bardzo starannie donoszę.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl,gdzie są do kupienia moje książki.

     

niedziela, 16 lipca 2017

Dyplom dla Księdza Arcybiskupa

      Chciałem dziś napisać tekst o marszu, w jakim wczoraj przeszli przez moje miasto sympatycy Ruchu Autonomii Śląska, ale nagle sobie uprzytomniłem, że trzy pod rząd teksty o takiej intensywności, to jednak zbyt dużo dla niektórych z nas. W czym rzecz? Od pewnego czasu część czytelników tego bloga, skarży się, że przez to, że ja tu z nieznanym wcześniej uporem zamieszczam codziennie nowy tekst, oni często nie są w stanie za nimi nadążyć i raz na jakiś czas stają w obliczu sytuacji, gdzie albo są zmuszeni czytać zaległe teksty za jednym zamachem jeden po drugim, co im się niekoniecznie podoba, albo, co im się podoba jeszcze mniej, część z nich im zwyczajnie umyka. Doszło wręcz do tego, że niedawno mój nieoceniony kumpel Lemming powiedział mi, że on ma ze mną łatwo, bo podczas gdy Coryllus pisze jeden tekst dziennie, to ja piszę rzadziej i przez to daję czytelnikowi parę dni na zaczerpnienie oddechu. A to, jak rozumiem, świadczy o tym, że on zwyczajnie część z tego co się tu ukazuje, systematycznie przegapia. Co, również z mojego punktu widzenia, nie jest niczym dobrym.
     W tej sytuacji pomyślałem sobie, że mam dwie możliwości: albo po prostu wpadać tu rzadziej, albo dalej zamieszczać te teksty codziennie, jak dotychczas, tyle że przynajmniej w niedzielę dać czytelnikowi odetchnąć. Postanowiłem zatem spróbować tego drugiego rozwiązania, jednak też nie do końca. Otóż w niedzielę notka, owszem, będzie, tyle że nie nowa, lecz wspomnieniowa, sprzed lat. O czym? Obojętne. Pierwsza lepsza notka, która w wpadnie mi w oko i uznam ją za wartą przypomnienia. Czy ten pomysł się przyjmie? Nie wiem, ale spróbujmy przynajmniej tę niedzielę potraktować nieco lżej. Zobaczymy, jak to będzie. Dziś tekst z roku 2011. Trochę w temacie poruszonym ostatnio przez samego przewodniczącego Wałęse, a mianowicie, jak długo Katechizm nakazuje obchodzić żałobę.

      

      O kazaniu arcybiskupa Nycza, a właściwie o pewnym drobnym, choć z mojego punktu widzenia kluczowym, jego fragmencie przeczytałem na tefaunewoskim pasku. Ponieważ, mimo wszystkich ostatnich doświadczeń, wciąż przejmuję się tym, co mówią moi biskupi, pobiegłem do pani Toyahowej i powiedziałem jej, że arcybiskup Nycz właśnie ogłosił koniec żałoby. Ja wiem, że Toyahowa, jako osoba demonstrująca niemal stuprocentowy brak zainteresowania tym, co my tu wyprawiamy, niekoniecznie zasługuje na to, by ją tu wciąż cytować, niemniej nie wypada mi też lekceważyć faktów. A faktem jest, że ona potrafi naprawdę bardzo wiele. No więc stało się tak, że ja przeczytałem tę informację, poszedłem do mojej żony, by jej o tym co się stało powiedzieć, a ona wtedy zrobiła wielkie oczy i spytała: „A to była jakaś żałoba?”
      W tej sytuacji, pozostało mi tylko się rakiem wycofać i zanurzyć w dalszych, jakże naiwnych rozważaniach. Przy okazji, już po chwili doszła do mnie informacja uzupełniająca, że arcybiskup Nycz, nie dość, że poinformował mnie o końcu żałoby, to w dodatku jeszcze uznał za konieczne dać mi naukę w temacie tzw. woli bożej, a więc czegoś, czemu ja – za przykładem Hioba – mam się bezwzględnie podporządkować. Żeby nikt mi nie zarzucił, że mówię o tym, co znam tylko z omówień, zajrzałem do – jak się domyślam przynajmniej z punktu widzenia nauk arcybiskupa Nycza – do źródła najbardziej kompetentnego, a więc do „Gazety Wyborczej”, która z dumą i satysfakcją, pod optymistycznym tytułem „Koniec żałoby”, cytuje owe święte słowa:
      „Cmentarz nie jest naszą świątynią ani naszym domem. Owszem, przychodzimy tam opłakiwać najbliższych, ale przychodzi moment, kiedy musimy wrócić do codziennego życia i podjąć te wszystkie trudy, które są do podjęcia w ojczyźnie, Kościele, rodzinach. Niezbadane są wyroki boskie, człowiek ma prawo stawiać pytanie: ‘Dlaczego tak się stało?’. Niemniej nie możemy się na tym zatrzymać. Często trzeba powiedzieć sobie jak Hiob biblijny: ‘Bądź wola Twoja’”.
      A ja sobie myślę tak. Bardzo niedawno, zaledwie kilka dni temu, kupiłem u „Niepoprawnych” dla nas wszystkich malutkie przypinki, z białoczerwoną szachownicą i napisem ‘Katyń 10.04.2010’, i noszę taką wpiętą w kurtkę tuż nad zbolałym sercem. I co ja mam teraz zrobić? Zdjąć ją, bo inaczej będę miał grzech pogardy dla bożej woli? No dobra. Załóżmy, że ją zdejmę. A co ja mam zrobić, jeśli oni mi ów skrwawiony i unurzany w błocie strzęp białoczerwonej szachownicy pokażą znów w telewizorze? Jak mam zareagować? Czy mam na ten obraz patrzeć, czy może pokornie spuścić oczy i zająć się „Ojczyzną, Kościołem i Rodziną” w jakiś inny sposób, tak by przede wszystkim zadowolony był ze mnie arcybiskup Nycz? No a kiedy, nie daj Boże, znów mi przyjdzie zobaczyć, jak jacyś nieznani mi ludzie pakują do worków moje kwiaty, krzyże i znicze, by je wywieźć na miejskie wysypisko śmieci, a wokół stoi tłum ludzi, z których jedni płaczą, a drudzy zacierają ręce z satysfakcji, to co mam czuć? Co arcybiskup Nycz mi radzi czuć w takim momencie? Powiew woli bożej? Jej niezbadaność? I to tak od razu, czy może najpierw powinienem oczyma wyobraźni przyjrzeć się, jak ten stan praktycznego uniesienia osiągnął sam Arcybiskup? Sam? A może jemu ktoś w tym po przyjacielsku pomógł? Ktoś bardziej rozumiejący się w meandrach życia na styku woli bożej i historycznej konieczności? I tak wspólnie uradzili sprawę końca żałoby. Ksiądz wniósł wiarę, a jego przyjaciel rozsądek.
      Jakiś czas temu, przy okazji kolejnych refleksji na temat aborcji, napisałem tu o piosence Boba Dylana, gdzie pojawia się historia boksera, który zabił na ringu swojego przeciwnika. Pomysł tej narracji jest taki, że Dylan przytacza słowa różnych osób, w ten czy inny sposób organizujących tę walkę, z których każdy tłumaczy swój udział w tym przedsięwzięciu słowami: „To nie ja”. A więc jest sędzia, który nie przerwał walki, jest tłum, który dopingował zawodników, jest menedżer zmarłego boksera, który zwyczajnie nie wiedział, że jego podopieczny jest nie w pełni formy, jest dziennikarz sportowy, zachęcający do szerokiej promocji boksu, jest nawet sprzedawca biletów na tę walkę, który jedyną swoją winę widzi w tym, że taki ma zawód. Ale i wreszcie jest sam bokser, który swoimi ciosami zabił drugiego człowieka. I on akurat nie wchodzi w jakieś szczególnie pokrętne dywagacje. Stwierdza prosto i zwyczajnie: „To przeznaczenie. To wola boża”. Dokładnie w ten sposób. „It was destiny. It was God’s will”.
      Ciekawe, proszę Księdza Arcybiskupa, prawda? Że akurat on, bezpośredni sprawca, właściciel tej pięści, powołuje się na wolę bożą. Bardzo to interesujące. Jak to łatwo znaleźć się w złym towarzystwie, czyż nie?
      Smutno mi jak cholera. Żeby nas tak bezlitośnie i głupio opuścić. Tego się po moim Kościele nie spodziewałem. No ale trudno. Rozumiem, że należy się brać za sprawy poważne. Proszę uprzejmie, proszę Księdza Arcybiskupa. Oto melduje się do pracy na rzecz Ojczyzny, Rodziny i Kościoła. Trzy w jednym.
      Oto też wczoraj, i również na tefauenowskim pasku pokazała się informacja może jeszcze bardziej od słów abp Nycza jednoznaczna, czysta i prosta jak przysłowiowy drut. Cytuję: „Prezes fundacji TVN ‘Nie jesteś sam’ Bożena Walter, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Magdalena Środa, ksiądz Adam Boniecki, Janusz Gajos i Ryszard Kalisz otrzymali dyplomy ‘Europejczyka Roku 2010’”. Domyślam się, że wielu z czytających te słowa, podobnie zresztą jak to było w moim przypadku, spróbuje się dowiadywać, jaka wiadomość została przez telewizję TVN przedstawiona przed i po tej, choćby po to, żeby uzyskać jakiś w miarę sensowny kontekst owej fascynującej informacji. Otóż zapewniam wszystkich, że kontekstu nie ma. News jest taki jak go przedstawiłem wyżej: „Prezes fundacji TVN ‘Nie jesteś sam’ Bożena Walter, prof. Jerzy Bralczyk, prof. Magdalena Środa, ksiądz Adam Boniecki, Janusz Gajos i Ryszard Kalisz otrzymali dyplomy ‘Europejczyka Roku 2010’”. I kropka.
     W związku z powyższym, korzystając z tego, że mam okazję zabrać publicznie głos, no i również w odpowiedzi na apel Księdza Arcybiskupa, pragnę skierować pod adresem wszystkich, którzy mają zawodowy powód, żeby mnie wysłuchać, dwa pytania, które dręczą mnie bardzo. Proszę mi wytłumaczyć, dlaczego wśród osób, które otrzymały dyplomy, nie znaleźli się inni wybitni Europejczycy, tacy jak: Andrzej Wajda, Zbigniew Hołdys, Kora Jackowska, Marek Kondrat, prof. Jan Hartman, Krzysztof Daukszewicz, Jacek Pałasiński, Katarzyna Hall, Hanna Gronkiewicz-Waltz, prof. Władysław Bartoszewski, Tomasz Lis, Adam Małysz, Wojciech Kuczok, Cezary Michalski, Kazimierz Kutz, Dominik Taras, Andrzej Olechowski, Elżbieta Zapendowska, Tomasz Wołek, ksiądz arcybiskup Józef Nycz, Jerzy Iwaszkiewicz, Maja Komorowska, Tomasz Sekielski, Eryk Mistewicz, Włodzimierz Cimoszewicz, Stefan Niesiołowski, ksiądz Kazimierz Sowa, Jerzy Owsiak, Henryka Krzywonos, major Michał Fiszer, Agnieszka Holland, Tomasz Nałęcz, Kuba Wojewódzki, Jolanta Kwaśniewska, generał Stanisław Koziej, Krzysztof Materna, Jerzy Stuhr, Monika Olejnik, Daniel Olbrychski, Wojciech Fibak, Szymon Hołownia, Jerzy Buzek, Dominika Wielowiejska, i – last but not least – Jacek Michałowski?
      Druga natomiast sprawa, z jaką pragnę się zwrócić do osób kompetentnych, to dlaczego jest tak mało organizacji, które mogłyby przydzielać różnego rodzaju dyplomy wybitnym Polakom i Europejczykom. Uważam, że podobnie jak w naszym kraju jest z pewnością bardzo wiele zasłużonych osobistości, tak też z pewnością istnieje możliwość stworzenia odpowiedniej liczby organizacji, które mogłyby owe osoby odpowiednio nagradzać. Szczególnie mocno ich potrzebujemy teraz, kiedy koniec żałoby odsłonił nam tyle ludzkiego dobra. Ku chwale Ludowej Ojczyzny!

Moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.