poniedziałek, 31 grudnia 2012

Czy polscy Dominikanie to sekta?

Wydawało mi się, że sprawę wyjaśniałem już wielokrotnie, ostatnio nawet w odpowiedniej notce swojego Elementarza, a mimo to, wciąż to tu to tam pojawiają się pytania o moje pretensje do Dominikanów. Czemu ja się akurat ich tak fatalnie czepiam? Nie Franciszkanów, nie Jezuitów, nie Salezjanów, ale akurat tych biednych Dominikanów. Za co?
Najprościej byłoby powiedzieć, że wystarczającą rekomendacją dla Dominikanów mogłoby być to, że właściwie jedyny zauważalny punkt sporu wśród tych, którzy uważają, że cokolwiek by sądzić o Katastrofie Smoleńskiej, to jedno jest jasne: Kaczyńscy dostali za swoje, to ten, czy fajniej jest u Dominikanów w Warszawie, czy może u Dominikanów w Krakowie. I to zupełnie niezależnie od tego, czy dyskutują osoby związane z Kościołem, czy od niego bardzo zdystansowane. Można powiedzieć, że temperatura zachwytu nad Dominikanami wśród walczących antyklerykałów jest nawet wyższa. Weźmy takiego młodego Maziarskiego. Jak się dowiaduję, on niedawno w „Gazecie Wyborczej” napisał coś takiego:
Najbardziej bym chciał, by [wrak tupolewa] czym prędzej przetopić na żyletki, puszki, czy co tam się robi z samolotowego złomu. Jeśli jednak w tej chwili jest to niemożliwe, to z dwojga złego wolę, żeby ten wrak był jak najdalej od Krakowskiego Przedmieścia. Moskwa jest niezłym miejscem, ale jeszcze lepsze byłyby Władywostok, Bangkok albo Sydney. Gdyby więc dało się przewieźć tego tupolewa gdzieś dalej od Polski, to ja bym bardzo prosił”.
Albo spójrzmy na znaną nam wszystkim Dominikę Wielowieyską. Oto ona: „Sprawa wraku i to, gdzie on leży, jest kompletnie drugorzędna. Jest mi kompletnie wszystko jedno, gdzie leży wrak”.
Ktoś spyta, co mają wspólnego z Dominikanami Wielowieyska i Maziarski, lub co Dominikanie mają do Katastrofy w Smoleńsku. Otóż ja nie mam oczywiście pewności, ale czuję pod skórą, że zarówno Wielowieyska jak i Maziarski, nawet jeśli sami tam nie bywają, to już ich dzieci z tego ich kościoła wychodzą, tylko po to, by coś zjeść, choć i to nie jest pewne. I że tam tego typu teksty, jakie zacytowałem powyżej, są na porządku dziennym. Dlatego że – nie oszukujmy się – to co mówią Wielowieyska i Maziarski, to żadna egzotyka. To jest najczystszy mainstream. Ani on, ani ona nigdy nie byli na tyle undergroundowi, by sobie pozwalać na jakiekolwiek ekscesy. Każde słowo, jakie wychodzi z ich ust, to coś, co słychać na mieście.
No dobra. Już słyszę, jak ktoś mówi, że owszem, Wielowieyska z Maziarskim mogą tam nawet służyć do mszy, ale jaka to wina Dominikanów? Czy oni mają cierpieć za to, że ich Słowo jest tak dźwięczne, że dociera nawet do najbardziej zakutych pał? No i skąd wreszcie ja mam taką pewność, że wśród tych pał są właśnie ci, którzy chcieliby, aby wrak tupolewa przetopić na żyletki? Ja to po prostu wiem. Nie chce mi się tego tłumaczyć, ale ja to najzwyczajniej w świecie wiem. To wszystko jest jedno towarzystwo. A polscy Dominikanie, w swojej masie tworzą część tego właśnie środowiska, i je systematycznie pompują na tak zwanym poziomie duchowym. W zamian za to, ze tamci z kolei ich pompują intelektualnie. Nie będę się nad tym dłużej rozwodził, bo ja to po prostu wiem. Z doświadczenia, umiejętności obserwacji i dzięki jakiejś tam swojej inteligencji.
Na początku tego tekstu zaznaczyłem, że odpowiedź na pytanie, co ja chcę od Dominikanów, mogłaby się ograniczyć jedynie do tych paru wspomnień i doświadczeń, jakie nabyłem, mając na oku ludzi takich jak Katarzyna Kolenda-Zaleska, czy Justyna Pochanke. Nie oznacza to jednak, że nie miałem okazji widzieć w akcji samych Dominikanów. Owszem, ich też znam na tyle dobrze, by ich obchodzić z daleka, i wcale nie mam tu nawet na myśli tych paru pijaków i dziwkarzy, którzy niejednokrotnie przynosili wstyd polskiemu Kościołowi. Ja tu mówię o Dominikanach jak najbardziej aktywnych i cieszących się świetną formą.
Tu gdzie mieszkam, jak już wspominałem, mamy kościół garnizonowy, do którego chodzimy. Ponieważ w Katowicach nie ma już wojska, w pewnym momencie pojawiła się najpierw informacja, że ten nasz kościół zostanie przekazany Duszpasterstwu Akademickiemu, a następnie, że go jednak przejmą Dominikanie. Szczęśliwie, póki co, nie nastąpiło ani jedno ani drugie, natomiast, owszem, Dominikanie dostali parafię przy ulicy Sokolskiej. Ponieważ moja starsza córka jest osoba bardzo religijną, i niestety religijną w sensie tym, że zadaje się moim zdaniem z ludźmi, jak idzie o wiarę, nie do końca poukładanymi, ona na tych Dominikanów trafiła niemal natychmiast. No i przy pierwszej okazji poszła tam na spotkanie z jakąś krakowską gwiazdą, która tu przyjechała z naukami rekolekcyjnymi. Był to starszy już ksiądz, i wedle relacji mojej córki te jego rekolekcje to był niemal w stu procentach kabaret na tematy tak między Radiem Maryja a Smoleńskiem. Jej się akurat nie podobało, ale reakcja publiczności była oczywiście jak należy. Po imprezie ona poszła do jakiegoś swojego pobożnego kolegi i mu powiedziała, że tam był ten staruszek i że jej się nie podobał. No i pobożny kolega wyjaśnił, że jej tak mówić nie wolno, bo to jest fantastyczny ksiądz, że on już o nim słyszał wcześniej, no i opowiedział o nim pewną anegdotę. Otóż któregoś dnia do niego do spowiedzi przyszedł któryś z ich kolegów, i przyznał się, że on nie bardzo lubi chodzić do normalnego kościoła, bo go denerwują te wszystkie ławki. Na to ów krakowski gwiazdor powiedział coś takiego: „Mnie też te ławki wkurwiają”. No i że to było takie wspaniałe. I to właśnie tego typu poczucie humoru sprawia, że ten ksiądz jest w środowisku postacią kultową.
Opowiedziała mi moja córka tę historię, i zamiast machnąć na tych Dominikanów ręką i trzymać się – skoro już musi – dalej tych swoich Ślązaków w Krypcie, uznała za konieczne pójść do spowiedzi na Sokolską. Wróciła, powiedziała, że było tak sobie, natomiast ona nie bardzo wie, o co temu księdzu chodziło, kiedy jej powiedział, że ona „nie powinna być takim pokurczem”. Ja jej wyjaśniłem, że, moim zdaniem, „pokurcz” to ktoś niezgrabny i brzydki, jednak ustaliliśmy, że jemu nie mogło o to chodzić. I to nawet nie ze względu na to, że moje dziecko jest zgrabne i, wedle powszechnie obowiązujących standardów, ładne, ale przez to, że on, siedząc w konfesjonale, nie był nawet w stanie tego ocenić. Ostatecznie ustaliliśmy, że jemu musiało chodzić o to, że ona w tej spowiedzi zaprezentowała się – z jego punktu widzenia – mało atrakcyjnie. I tyle. Że on pomyślał, że ona musi być jakaś do dupy. Że z niej po prostu żadna „bitch”, tylko właśnie taki „pokurcz”. I że powinna coś z tym zrobić.
A zatem, wróćmy do podstawowego pytania: Co jest nie tak z tymi Dominikaninami? Przez co ja ich tak tępię? Otóż ja osobiście jestem przekonany, ze na czym jak na czym, ale zarówno na Kościele jak i na księżach, to ja się akurat znam. Związany jestem z Kościołem od urodzenia, moje życie jest wypełnione Kościołem, i myślę, że jak idzie o ten temat, nic mnie nie zaskoczy. Wiem, że księża są różni: dobrzy, wspaniali, bohaterscy, zabawni, inteligentni, sympatyczni, ale też podli, głupi, występni, i nudni jak wojskowa latryna. Powiem więcej – ja zdaję sobie sprawę, że wśród księży są też tacy, co za księży się tylko przebrali i jeśli wciąż robią to co robią, to dlatego, że jest im tak towarzysko i finansowo wygodnie. Jak idzie o Dominikanów natomiast, mam wrażenie, że oni mają w sobie cos takiego, co sprawia, że oni są zupełnie inni. Oni mogą być naprawdę pobożni i inteligentni i uczciwi, tyle że mają na koncie ten jeden jedyny grzech, mianowicie nieskończoną pychę, i ta pycha właśnie sprawiła, że jako księża stali się całkowicie bezużyteczni. Swoim istnieniem czynią więcej szkody niż pożytku, i uważam, że nie byłoby źle, gdyby gdzieś tam – pewnie w Watykanie – uznano, że dla dobra Kościoła przydałoby się ich wszystkich zebrać do kupy i powiedzieć im bardzo stanowczo, że albo niech się opanują, albo, jeśli nie są w stanie już wrócić do korzeni, niech sobie założą jakąś sektę.

Osobiście, nie bardzo wiem, dlaczego początek kolejnego roku kalendarzowego ma być jakąś szczególną okazją do składania sobie życzeń, jednak szanując tradycję, każdemu, który lubi tego typu refleksje, jak najszczerzej życzę wszystkiego dobrego w nowym roku. A przyjaciół tego bloga zachęcam, by byli tu ze mną jak najczęściej. Dziękuję.

niedziela, 30 grudnia 2012

O człowieku, co nie dał zabrać kościoła

Wspomnienie o zmarłym wczoraj przemyskim arycbiskupie-seniorze Ignacym Tokarczuku ogranicza się właściwie do dwóch kwestii. Pierwsza z nich jest wyjątkowo mało konkretna, a przez to dla większości osób, które mogą zwyczajnie nie wiedzieć, kim był abp Tokarczuk, całkowicie bezużyteczna, a opisująca go jako postać heroiczną. Po prostu – abp Ignacy Tokarczuk był ostatnim żyjącym bohaterem polskiego Kościoła. Jak mówię jednak, w czasach gdy bohaterstwo dramatycznie się zdewaluowało, wiadomość ta dla wielu z nas ma wartość zerową. W końcu, cóż to takiego to bohaterstwo, skoro bohaterem był zarówno były minister Piętak jak i była tramwajarka Krzywonos?
I nie może tu wiele zmienić nawet ów drugi element, który pojawia się przy okazji dzisiejszego wspominania postaci zmarłego księdza. Że w czasach brutalnego PRL-u, dzięki swojej wierze, determinacji, inteligencji i odwadze, zdołał on postawić w Bieszczadach – wbrew woli zarówno lokalnej jak i centralnej władzy – ponad czterysta kościołów i kaplic. No bo znów, cóż może dla nas dziś oznaczać stawianie kolejnych kościołów? A nawet jeśli coś tam oznacza, to i tak – cóż z tego? Władza mówiła nie, a on robił swoje. Nie on jeden, i kto wie, czy też rzeczywiście najbardziej. Nawet osoba zapewne wzorowo pobożna i wręcz demonstracyjnie związana z Kościołem, a mianowicie senator Libicki, we wczorajszej notce na blogu wspomina zaledwie o „dziesiątkach” kościołów. No właśnie – kilkadziesiąt, czy kilka, czy może kilkaset… jakież to może mieć znaczenie? No ale to prawda – biskup Tokarczuk, to był nie byle kto. Prawie jak ten… no… jak mu tam było? No, ten prymas… Zgadza się. Wyszyński.
Dziś rozmawialiśmy troszkę o zmarłym biskupie i pani Toyahowa powiedziała coś wręcz fantastycznego. Otóż zauważyła ona nagle, że jeśli się chce wyeksmitować ludzi skądkolwiek, pierwsze, i właściwie jedyne, co trzeba zrobić, to odebrać im kościół. I to był prawdopodobnie główny cel komunistycznej władzy, kiedy już w ramach „Akcji Wisła” z przyukraińskich terenów zdołano wykwaterować niemal całą ludność ukraińską, a następnie, uznając, że właściwie te Bieszczady to znakomity teren, do zagospodarowania wyłącznie na rzecz pragnących wakacyjnych rozrywek towarzyszy, postanowiono, że do tych Ukraińców można by było dorzucić już całą resztę. Kiedy się przegląda ówczesną historię tamtych terenów, a jednocześnie odwiedza te miejsca i widzi te wioski, albo opuszczone całkowicie, albo zamieszkałe już tylko przez nieliczne rodziny, i kiedy się widzi takie miejsca jak Arłamów, można dojść do wniosku, że ten plan komunistom wyszedł znakomicie.
Niemal. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że jeśli możemy dziś użyć tego słowa, to przede wszystkim dzięki wierze i walce tego jednego człowieka – zmarłego wczoraj abp. Tokarczuka. Jestem głęboko przekonany, że to, iż całe Bieszczady nie podzieliły losu wspomnianego Arłamowa, zawdzięczamy owym 400 kościołom wybudowanym przez ówczesnego biskupa przemyskiego.
Nie wiem, ile główne media w Polsce poświęciły miejsca wiadomości o odejściu tego Księdza. Nie wiem, czy w ogóle poświęciły temu zdarzeniu jakąkolwiek uwagę. Wiem natomiast, że przez 20 już ponad lat Polski, o którą całym swoim życiem abp Tokarczuk, te same media zrobiły wszystko, by dziś znacząca część polskiego społeczeństwa na wiadomość o tym odejściu reagowała dziś zaledwie wzruszeniem ramion. I wiem też, że to o to właśnie od samego początku chodziło. O tę zemstę. Za to, co On zrobił, kiedy jeszcze miał siłę i możliwości. Bo wybaczyć można wiele. Wiele też można zapomnieć. Natomiast jednego System nie wybacza nigdy. Próby – w dodatku udanej – zmiany historii.

Kończy się ten rok. Jeśli to, że żyjemy i wciąż mamy nadzieję, można traktować, jako fakt istotny, to rok niezwykle udany. Z drugiej strony, fakt, że on został podsumowany z jednej strony tą śmiercią, a z drugiej reakcją na nią establishmentu, też nam wiele powinien mówić. No, ale trzymajmy się tej nadziei. Ona nam dotąd wiernie służyła. Trzymajmy się jej. A ja ze swojej strony jeszcze raz pragnę podziękować wszystkim przyjaciołom tego bloga za pamięć i poświęcenie. Proszę nie odchodzić.



piątek, 28 grudnia 2012

Porno RP

Gdyby ktoś się zastanawiał, co słychać u naszego dziś już trochę byłego kolegi LEMMINGA, śpieszę wyjaśnić. On wciąż jest z nami jak najbardziej, tyle że jeśli ma czas na to, by nie musieć zarabiać na życie, poświęca go właśnie na owo życie i – jak najsłuszniej zresztą – zajmowanie się tym blogiem ogranicza do niezbędnego minimum. A więc tyle wszystkiego, że czyta i kibicuje. Dla nas jest to oczywiście wielka szkoda, bo bez jego komentarzy nic już nie jest takie same, ale przynajmniej jego niezwykłe córeczki i równie niezwykła żona są zadowolone. A o cóż więcej może chodzić?
Dziś LEMMING przysłał mi link do wywiadu, jaki „Gazeta Wyborcza” uznała za stosowne przeprowadzić z człowiekiem, który swego czasu podobno był bardzo ważnym redaktorem zatrudnionym przez największą w Polsce sieć wydawnictw pornograficznych, i w którym to wywiadzie ów człowiek zwraca uwagę na kilka rzeczy, które dla nas akurat mogą się okazać dość interesujące.
Ja nie bez powodu w pewnym momencie użyłem słowa „podobno”. Rzecz bowiem w tym, że typ ten gada do nas anonimowo, a skoro tak, powinniśmy się spodziewać wszystkiego, miedzy innymi też tego, że to wszystko jest bujda na resorach, a całość wyszła spod paluszków jakiejś Dominiki Wielowieyskiej, czy Mikołaja Lizuta, którzy akurat przy okazji Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to nawet głupie Biedronki są zamknięte, setnie się nudzili i postanowili zarobić parę ekstra groszy. Ktoś się od razu pewnie spyta, że skoro ja biorę pod uwagę, iż ta rozmowa to zwykła fikcja, czemu się nią w ogóle zajmuję? Otóż nawet jeśli to wszystko od początku do końcu wyszło zaledwie z mózgu Mikołaja Lizuta, to ja sądzę, że on, jako zapewne poważny specjalista od wszelkiego typu pornografii, a jednocześnie dziennikarz z pewną szczególną pozycją na rynku, nie mógł sobie pozwolić na wygadywanie kompletnych bzdur. I że coś w tym, co tam jest napisane, to musi być szczera prawda.
A zatem, co tam jest takiego, co mnie – a przy okazji LEMMINGA – mogło zainteresować? Parę zaledwie rzeczy. Pierwsza to taka, że podobno pornografia, jaką mamy w Polsce, to najgorszy ruski syf, gdzie nie chodzi o nic więcej, jak o zwykłe mięso. Najlepiej obsrane. Po drugie, cały ten biznes jest w rękach osób homoseksualnych, bo ze względu na swoje naturalne uwarunkowania, tylko oni są w stanie wytrzymać ten typ perwersji. No i po trzecie, że jeśli ten rynek w ogóle jeszcze istnieje, to wyłącznie ze względu na ludzi starszych już wiekiem i częściowo chorych psychicznie. Dlatego też wspomniane wcześniej pedały gros swojej produkcji kierują na rynek czeski, gdzie – również naturalnie – panuje większa tak zwana kultura pornograficzna.
No i teraz pewnie znów pojawi się pytanie, co nas – mnie i LEMMINGA – w tym wszystkim aż tak zainteresowało, że postanowiliśmy się tematem zająć? Otóż nie wiem oczywiście do końca, jak to było z nim, ale na mnie największe wrażenie zrobiło to mięso. Coś, co – ktokolwiek był faktycznym autorem wspomnianego tekstu – zostało opisane figurą „do porzygania”. Dlaczego? Otóż w tych właśnie dniach ukazał się kolejny numer tygodnika „Newsweek”, a w nim rozmowa z Wojciechem Karolakiem – kiedyś, przeciętnym nawet jak na polskie warunki, jazzowym muzykiem, a dziś już tylko mężem Marii Czubaszek. Jako że czasy mamy takie – a zalinkowany mi przez LEMMINGA tekst z „Wyborczej” tylko to potwierdza – że bez wspomnianego wcześniej gówna, nie ma nic, rozmowa „Newsweeka” prowadzona jest na odpowiednio starannie opracowanym poziomie. Cóż więc tam mamy? Nie będę tu wchodził w szczegóły, wystarczy powiedzieć, że to jest taki trochę Jerzy Urban z początków lat 90-tych, tyle że znacznie głupszy i oczywiście znacznie mniej zabawny.
Skoro tych pytań się namnożyło tak wiele, pojawi się pewnie jeszcze jedno – skąd ja mianowicie wiem o tej rozmowie? Czyżbym aż tak dokładnie śledził to wszystko, do czego doszedł świat, że tygodnik, który jeszcze w roku 1980 próbowałem – bezskutecznie oczywiście – przemycić z zagranicy do Polski, a dziś jest w Polsce redagowany przez człowieka nazwiskiem Lis, też wpadł w pole mojego zainteresowania? No nie. A tak źle nie jest. Po prostu śledzę różnego rodzaju komentarze zamieszczane w Internecie, i wychodzi na to, że głos kogoś takiego jak Wojciech Karolak, rozpropagowany przez polskie wydanie „Newsweeka” – to jest naprawdę coś. Coś na miarę owej wspomnianej wcześniej pornografii, po którą ustawiają się w kolejkach starsi panowie, którzy nie potrafiąc obsługiwać komputera, nie wiedzą nawet, co tracą.
I myślę, że oto nadszedł dobry moment, by przejść do spraw naprawdę poważnych. Ja naprawdę w roku 1980 wracałem z mojej jedynej w PRL-u wyprawy za granicę i wiozłem ze sobą „Newsweeka”. No i go nie dowiozłem. Skasowano mi go, zanim znalazłem się w domu. Od tego czasu minęły 32 lata. Ci wszyscy którzy, podobnie jak moje dzieci, urodziły się już albo w nowej Polsce, albo tuż przed upadkiem starej, pewnie tego nie rozumieją, ale „Newsweek” to było coś. Dziś słyszę, ze Amerykanie ostatecznie swoje papierowe wydanie zamknęli. My tu w Polsce radzimy sobie świetnie. Publikując wywiad z Wojciechem Karolakiem, w którym on opowiada, jakie to zwyczaje panują u niego i jego żony w domu. Przyznam szczerze, że całości nie czytałem. Znam tylko omówienie dostępne na blogach. A zatem, nie umiem powiedzieć, czy tam też jest coś o sraniu w gardło. Z tekstu o pornografii zamieszczonym w „Wyborczej” można domniemywać, że przynajmniej być powinno.

Bardzo proszę o, oczywiście w miarę możliwości, wspieranie tego bloga. Koniec roku jest dla nas dość trudny. Liczyłem na to, że uda się jeszcze teraz rozpocząć sprzedaż nowej książki, niestety z przyczyn absolutnie niezależnych ode mnie, start został przesunięty już na nowy rok. Bardzo mi z tego powodu przykro, zapewniam jednak, że warto jest czekać. A ja wiem, co mówię. Dziękuję.

środa, 26 grudnia 2012

O tym co na skale. Na tej skale.

Swego czasu o tym już wspominałem, ale wypada przypomnieć. Otóż niemal dokładnie po przeciwnej stronie od naszego domu znajduje się kościół garnizonowy, który traktujemy, jako swój. Jest to nasz kościół od czasu, kiedy tu zamieszkaliśmy, i jako swój zaczęliśmy traktować też nasz nowy dom. A trzeba przyznać, że trochę to trwało. Poprzednio, choć należeliśmy do tej samej parafii – bałwanom, którzy przez nową cywilizację zostali tak ukształtowani, że znaczenia tego słowa zwyczajnie nie rozumieją, wyjaśniam, że w tradycyjnym świecie parafia to, poza rodziną, podstawowa jednostka organizacji społeczeństwa – chodziliśmy do kościoła parafialnego i to tam czuliśmy się jak u siebie. Nigdy nie zapomnę tamtej niedzieli, kiedy obudziliśmy się w nowym miejscu i poczuliśmy tę nieopisaną samotność, którą mogła uleczyć tylko Msza Święta w naszym starym kościele.
No ale, jak mówię, kiedy poczuliśmy się wreszcie u siebie, również i nasz nowy kościół stał się naszym nowym domem. I to tu właśnie, przynajmniej ja, czuję się dziś najlepiej. Dziwne jest to miejsce. Nasz kościół jest kościołem garnizonowym, proboszczem jest zawsze kapelan wojskowy, to tu, w tym kościele, mieści się siedziba organizacji rodzin katyńskich, to tu odbywają się wszelkie uroczystości wojskowe, to tu wreszcie przy szczególnych okazjach do mszy służą policjanci, sokiści, i wszelkie inne służby mundurowe, no i to tu każdego 10 kwietnia katowicki oddział PiS-u zamawia tradycyjną już mszę za ofiary Smoleńska.
Niezwykły jest to kościół. Trochę przez swoją architekturę, trochę przez wewnętrzny wystrój, ale też i przez to, że jest to już chyba jeden z ostatnich kościołów, gdzie wciąż funkcjonują tradycyjne balaski, przez co starsi ludzie, przystępując do Komunii Świętej, mogą się podeprzeć, a młodsi przyjmować ją, tak jak to zawsze robili, na klęcząco. No i mieć też pewność, że Msza Święta zostanie odprawiona bez udziału jakiegoś rozmodlonego dziecka z gitarą, czy z fletem, natomiast przy dźwiękach zwykłych organ.
Myślę, że przez to jednak, że wojska w Katowicach już nie ma i trochę też nie do końca wiadomo, z myślą o kim ten kościół tak naprawdę jeszcze funkcjonuje, odnoszę wrażenie, że tak zwany Ordynariat Polowy, decydując o tym, kto nam będzie proboszczował, traktuje to miejsce trochę jak miejsce zsyłki. A zatem, kiedy już dostaniemy nowego proboszcza, to on najczęściej po paru miesiącach jest stąd bez słowa wysyłany albo gdzieś do Afganistanu, albo do jakiegoś Malborka, a my się możemy tylko zastanawiać, o co poszło tym razem – o pijaństwo, kobietę, czy może o jakieś malwersacje?
Z dotychczasowym proboszczem byłem może nie zaprzyjaźniony, ale powiedzmy, że śmy się znali. Zaczęło się przez to, że kandydowałem do Sejmu, on jakoś na mnie zwrócił uwagę, no i chyba zaczął mnie traktować, jako prominentnego parafianina. Dałem mu swoją książkę o liściu i z dumą przyznam, że on ją skomplementował, używając argumentów dla mnie przynajmniej najistotniejszych. Przy okazji też dowiedziałem się, że ten akurat ksiądz, to ksiądz absolutnie, jak to lubimy mawiać – nasz. Ciekawe przy tym jest to, że on nigdy – ja przynajmniej nie pamiętam takiej sytuacji – podczas mszy nie powiedział jednego słowa, które mogłoby wskazywać na jego polityczne poglądy. Co innego w rozmowie prywatnej – tam już bywało mocno, i to na tyle mocno, że nikt z nas się nawet tego nie domyśla, a ja nie mam ochoty plotkować. Podczas Mszy jednak – zero.
I proszę sobie wyobrazić, że nasz proboszcz z dnia na dzień został nam zabrany. Teraz, tuż przed Świętami. Dosłownie z dnia na dzień. Ja go jeszcze spotkałem parę dni temu, rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic, a tu w minioną niedzielę mszę odprawiał już nowy ksiądz i zaledwie w ogłoszeniach odczytał komunikat biskupa (tego od Komorowskiego), że nasz dotychczasowy proboszcz zrezygnował i już go nie ma. Myślę, że w końcu się dowiem, o co poszło, ale na razie tylko się dziwię.
Trochę. No bo powodów, dla których on mógł polecieć, parę by się znalazło. No choćby te comiesięczne msze, które mnie się oczywiście podobały bardzo, ale już na przykład biskupowi (temu od Komorowskiego) już nie koniecznie. Kiedyś ten nasz proboszcz przyznał mi, że on, kiedy był jeszcze młodszy, walczył pół-zawodowo jako bokser wagi ciężkiej, a ponieważ kiedy mi o tym opowiadał, akurat był w trakcie remontowania parafii, i siłą rzeczy wyglądał bardziej jak ktoś przez proboszcza do tej roboty wynajęty, a nie jak osoba duchowna, i używał też słów, jakich osoba duchowna raczej nie używa, pomyślałem sobie, że tak – on faktycznie musiał kiedyś być tym bokserem.
No i ostatecznie poleciał. Jak mówię, z dnia na dzień. Bez pożegnania, bez dyskusji, bez zbędnych gestów, bez jednego słowa wyjaśnienia.
I proszę teraz sobie wyobrazić, że dokładnie wedle tej samej procedury pojawił się nowy proboszcz. Służył on sobie gdzieś we Wrocławiu, i któregoś dnia dostał informację, że ma się pakować i jechać do Katowic. I nie wiem, czy on miał okazję pożegnać się ze swoimi parafianami, czy zdążył im choćby pomachać na pożegnanie, jednak wydaje mi się, że nie. Że to wszystko stało się równie szybko jak tu u nas, w tym naszym kościele garnizonowym. Pojawił się więc ten nowy ksiądz, w tym całkowicie nowym miejscu, stanął przed ludźmi, których i on sam nie znał, ale – co pewnie jeszcze ważniejsze – którzy jego nie znali… i jak gdyby nigdy nic odprawił swoją pierwszą, potem drugą, wreszcie trzecią i czwartą mszę, i jak gdyby nigdy nic, pod koniec każdej z nich ogłosił komunikat biskupa (tego od Komorowskiego), że wasz dotychczasowy proboszcz zrezygnował. Przed każdą z nich, ale też i po każdej z nich, siedział w konfesjonale, bo to i Święta, no i w ogóle spowiadać trzeba wciąż, bez przerwy. I syn mój poszedł się do niego wyspowiadać, i później już powiedział mi, że to jest bardzo fajny ksiądz. No a na drugi dzień zorganizował nam ów fajny, nowy ksiądz piękną koncelebrowaną pasterkę z fantastycznym kazaniem zaproszonego ojca Oblata; i było mnóstwo ludzi i śpiewaliśmy kolędy i w ogóle było super.
I tak to trwa. Tak to właśnie trwa. I choćby nie wiadomo co się stało, każdy kto tylko chce to wiedzieć, będzie wiedział, że nie ma takiej siły, która mu nie pozwoli o każdej porze dnia i nocy pójść do swojego kościoła i się tam pomodlić. A jeśli tak się ułoży – a ułoży się na pewno – że znajdzie tam swojego księdza, poprosić go o spowiedź, lub komunię; a nawet o jedno i drugie. I jedno i drugie otrzyma. Za darmo. I, jak mówię, nie ma takiej siły, która by ów porządek świata była w stanie zmienić. Nawet ów biskup od Komorowskiego.

Bardzo wszystkim przyjaciołom tego bloga dziękuję za pamięć, której doświadczyłem szczególnie w Wigilię. Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku znajdę siłę, by potrafić się odwdzięczyć za każdy dobry gest, i spróbować raz jeszcze zasłużyć sobie na tę przyjaźń.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Krótki kurs języka angielskiego na Dzień Narodzin Pańskich

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale nagle sobie pomyślałem, że przy okazji Świąt Bożego Narodzenia nie zaszkodzi udzielić wszystkim bliskim choć jednej, porządnej lekcji języka angielskiego. Zachęcam do odrobiny wysiłku, bo naprawdę warto. Choćby po to, by pokazać tej bandzie idiotów, że, wbrew temu co im się zdaje, my sobie radzimy zupełnie dobrze pod każdym względem.
Wprawdzie sam tego nie wymyśliłem, natomiast, owszem, osobiście przełożyłem na język angielski dla dobra wspólnego. Jeśli jednak kogoś to przerasta, proszę się zwrócić do córki, syna, siostrzeńca, lub sąsiada i poprosić o pomoc. Jestem pewien, że w końcu się uda.

Once upon a time, in a far away village there lived a wicked woman. She was so wicked that people who saw her walking by crossed the street instantly. No one ever tried to speak to her because even a minute with her was a waste of time, and always left you with the feeling of deep sadness. That wicked woman naturally didn`t have any friends and lived all alone by herself. She didn`t even have a pet because animals she hated as much as other people.
No one had ever seen her smiling, let alone doing something nice to her fellow villagers. She was not really a bad looking person on the outside. Some could probably even say that she was quite pretty. Even when she was very old she looked nice enough, and if you had seen her out by her cottage you could have said to yourself, ‘What a nice old lady.’ But even then her inside was rotten indeed.
One day though that mean and nasty woman died. When she found herself at the gates of Heaven she was summarily turned away, and got right into Hell. But then Good Lord heard about what had happened, checked his files and found one day in the life of that nasty lady, when for some obscure reason she had given a spring onion to some poor child begging on the pavement. And God sent his angels out over the edge of Hell, they leaned out in and descended a long spring onion in to the dark and gloomy hollow.
The wicked lady spotted the onion, held on to it tightly, and the angels started pulling her up. When other people, suffering their fate in the fires of Hell, saw what was going on, they also got hold of the onion trying to take advantage of that fortunate breeze…

Szczerze powiedziawszy, ta historia oryginalnie wcale się dobrze nie kończy, ale w końcu mamy Święta, więc uznajmy, że oni wszyscy się jakoś stamtąd wygrzebali; że w tej cebuli było tyle miłości, że starczyło dla każdego.

Bardzo proszę wszystkich przyjaciół tego bloga o przyjęcie podziękowań za każdy dobry gest, którego doświadczyłem w mijającym roku. Za Waszą stałą obecność i za tę przyjaźń, dzięki której wiem, że to wszystko jest warte każdego wysiłku. Proszę też wszystkich o przyjęcie najlepszych życzeń, by Łaska Pana Naszego, rozjaśniała nasze ścieżki przez wszystkie dni, które przed nami.

sobota, 22 grudnia 2012

... a głodnych zdyscyplinować

Wiadomość o tym, że pieniądze na nowy tygodnik „autorów niepokornych” obiecała wyłożyć ruska mafia z Donbasu, i że to oni właśnie już od nowego roku będą wspierać naszą walkę o ujawnienie prawdy o Smoleńsku zrobiła na patriotycznej części opinii publicznej pewne wrażenie, natomiast pogłoska, jaką na swoim blogu ogłosił nasz kolega Coryllus, że to ostatecznie nie mafia ruska, ale nasz biznes będzie dbać o Polskę i jej przyszłość, tylko owo wrażenie wzmocniła. Niestety, tak jak to niestety dzieje się już u nas wręcz tradycyjnie, spór wokół tego newsa praktycznie ograniczył się do tego, że jedni ogłosili, iż w tej sytuacji oni nowego tygodnika kupować nie będą, bo tam już na pewno prawdy nie znajdą, podczas gdy inni zaapelowali by jednak dać naszym niepokornym szansę i przynajmniej zobaczyć, czy oni zachowają swą dotychczasową czystość. Zwłaszcza gdy przed nami start pierwszej prawdziwie patriotycznej stacji telewizyjnej, i przydałoby się jednak zewrzeć szeregi. Mogłem oczywiście cos przegapić, jednak nie dostrzegłem, by ktokolwiek – poza oczywiście Gabrielem, a to i tak ledwo półgębkiem – zechciał się zastanowić, co ów Donbas, czy człowiek nazwiskiem Benbenek mogą nagle mieć do naszego patriotyzmu. Nie zauważyłem, by z okazji pojawienia się wiadomości, że do zwycięstwa będą nas prowadzić prawdziwi srający na tę całą politykę biznesmeni, ktokolwiek podrapał się w głowę i zadał sobie pytanie, czy oni faktycznie są tacy apolityczni?
Przyznaję ze wstydem, że kiedy tygodnik „Uważam Rze” został przejęty przez patriotyczny obóz spod znaku „Nowego Ekranu”, sądziłem że na tym na razie koniec, że na najbliższy czas zaproponowany układ skutecznie domknie ów medialny pluralizm, wyznaczany z jednej strony przez „Newsweek”, a z drugiej przez „Nowy Ekran”, z grupą Tomasza Sakiewicza po środku. Tak sobie wyobrażałem nasza najbliższą przyszłość, i, powiem szczerze, czułem się z tym stosunkowo dobrze. Teraz się okazuje, ze System poczuł się już na tyle bezpiecznie, że uznał, że nic nie zaszkodzi, jeśli patriotom rzuci się jeszcze jakąś skórkę. A to oczywiście sprawić musiało, że mój przedświąteczny nastrój raptownie siadł. Bo proszę mi wybaczyć, ale ja w żadnym wypadku nie mam zamiaru uwierzyć, że nasi ludzie czy to w Donbasie, czy w ZPR-ach to są ludzie, którym w głowie stoją jedynie pieniądze. A już na pewno nie uwierzę w to, że oni w tej swojej rzekomej niezależności są durni jak kilo gwoździ.
Pisałem o tym już na blogu, ale też w swoim „Elementarzu” w części poświęconej człowiekowi nazwiskiem Gudzowaty. Mam tu na myśli coś, co on pewnego dnia powiedział Monice Olejnik w „Kropce nad i”, a ja sobie tę wypowiedź nagrałem, następnie z trudem – Gudzowaty, jak wiemy, mówi nad wyraz bełkotliwie – zapisałem na kartce papieru, by w końcu nauczyć się jej na pamięć. Gdyby ktoś nie pamiętał, chętnie przypomnę: „Jeśli ktoś komuś daje cztery miliony rocznej nagrody, to nie po to, by go nakarmić, lecz aby go zdyscyplinować”. Głupio to mówić, ale ja wciąż mam bardzo przykrą obawę, że wielu z nas jest zbyt często przekonanych, że ten cały Gudzowaty sam nie wie, o co mu chodzi. I to jest naprawdę bolesne. A jeśli ktoś mi teraz powie, ze przecież Lisickiemu nikt nie dał trzech milionów, to będzie bolesne tym bardziej.
Parę dni temu w programie „Czarno na białym” w TVN24 pokazano podobno reportaż, w którym przypomniano jak to przed paru laty w Warszawie dokonano napadu na bank, podczas którego z zimna krwią zamordowano cztery dziewczyny zatrudnione tam, jako te biedne panienki z tymi biednymi identyfikatorami na piersi. Ponieważ news to jest news, a to, co się dzieje po, nikogo już za bardzo nie obchodzi, sam muszę przyznać, że o tym, że tych morderców ujęto i posadzono, nie słyszałem, a i o sprawie też powoli zapomniałem. No i TVN24 ledwo co opowiedział nam, że to było jakichś czterech wołów z podwarszawskiej wsi, którzy w sumie z tego banku zabrali 100 tysięcy złotych, podzieli je równo po 25 tysięcy na łeb, natychmiast zresztą przepuszczając całość na ciuchy i jakieś gadżety. To co było jednak najciekawsze w tej relacji, to wiadomość, że ten akurat napad był jednym z nielicznych napadów w Polsce, przeprowadzonych bardzo zawodowo i z pełnym przygotowaniem. Oni byli jednak tak głupi, że jednego do końca nie wiedzieli.
Do czego zmierzam? Otóż rozmawiałem niedawno z człowiekiem, który w tych sprawach ma pojęcie ponadstandardowe, i powiedział mi on, że w zeszłym roku w Polsce dokonano 270 napadów na banki, ze średnim „urobkiem” 8 tysięcy złotych. Z tych wszystkich akcji, ich sprawców ujęto niemal natychmiast. Chodzi o to, że najczęściej taki napad wygląda w ten sposób, że do banku przychodzi jakaś bieda, wyciąga pistolet, każe sobie dać 500 złotych i albo zostaje natychmiast obezwładniony przez innych klientów, albo na drugi dzień przyprowadza go rodzina, prosząc bym tatusiowi darować, bo nie wiedział co robi, a tu proszę, te same 500 złotych nawet nie ruszone. Bank oczywiście pieniądze przyjmuje, natomiast tatuś idzie siedzieć. Niekiedy jednak trafi się bandzior bardziej pazerny, i zażąda miliona, albo dwóch, tyle że on – podobnie właśnie jak ci wspomniani wcześniej wieśniacy spod Warszawy – też nie wie, że w banku nie ma pieniędzy, poza tymi, które maja pokryć bieżące operacje. Że to już lepiej było pójść do jubilera, czy sklepu z laptopami. No ale wiadomo – bank panie, to bank.
No właśnie – bank. Na koniec jeszcze jedna historia, którą niedawno usłyszałem. Otóż każdy z nas pewnie wie, jak wygląda klasyczny komis samochodowy. Jest to, jak wiemy, mniejszy lub większy plac ogrodzony siatką z odrapana budą gdzieś z boku. W budzie siedzi odpowiedni pracownik, który ma za zadanie przyjąć pieniądze, albo – i tego ja na przykład już nie wiedziałem – w imieniu któregoś z banku podpisać z klientem umowę kredytową. Tak się więc stało, że jakiś czas temu w jednym z takich punktów pojawił się klient i wziął samochód na raty. Niestety wkrótce potem samochód się zepsuł i to zepsuł tak, że nie było co z nim zrobić, komis przyjąć go z powrotem nie chciał, bank kredytu umorzyć nie chciał, więc człowiek postanowił rozpocząć protest polegający na tym, że on nie będzie płacić. Kiedy zabrała się za niego bankowa windykacja i przysłała mu notę na 60 tysięcy złotych, on napisał do banku długi na dwie strony list, w którym przy użyciu najbardziej wulgarnych słów zagroził, że jak oni sobie nie wezmą tego jego samochodu i nie dadzą mu świętego spokoju, on pod ten ich bank podłoży bombę, a wszystkich tych, co są w środku, powystrzela, czy jakoś tak. Wszystko jedno. Chodziło o tak zwane groźby karalne. Dalszego ciągu tej historii już nie znam, ale podobno, kiedy oni dostali ten list, byli wszyscy bardzo rozbawieni.
Jestem pewien, że zaraz mnie ktoś spyta, a co to ma do rzeczy? Co ma wspólnego z tym, że Lisicki dostał pieniądze na swój patriotyczny projekt od gangsterów, z tym, że w zeszłym roku w Polsce było 270 napadów na banki, a więc niekiedy jeden dziennie? Coś tam pewnie ma. Gdyby nie miało, to by mi pewnie to by te dwa fakty ze sobą łączyć nie przyszło do głowy, prawda? Ale sam nie wiem, jak to opisać. Może trzeba by nam było pójść do Gudzowatego i go spytać, o co mu chodziło z tym dyscyplinowaniem. Może nam powie. W końcu, co mogę ja? Skromny bloger. Najwyżej poprosić, by, jeśli komuś ten tekst coś dał, a jest w w miarę bezpiecznych możliwościach, niech uprzejmie zechce wesprzeć ten blog. Może uda się nam jeszcze przed Świętami odetchnąć choć na chwilę. Dziękuję.

czwartek, 20 grudnia 2012

O dobrym księdzu i świętym poecie (opowieść wigilijna)

7 kilometrów na południowy-zachód od Wolsztyna, przy drodze Poznań-Nowa Sól znajduje się wioska o nazwie Obra. W wiosce znajduje się barokowy klasztor pocysterski, obecnie należący do Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, kiedyś dom dla miejscowych jezuitów. W klasztorze mieści się seminarium duchowne, oraz muzeum misyjne, a tuż obok wznosi się niezwykle piękny kościół pod wezwaniem św. Jakuba Apostoła, z równie pięknym osiemnastowiecznym obrazem "Wniebowzięcie", freskami, ołtarzami stallami, do których by wejść, należy najpierw zdeptać łeb Złemu. Kiedy obejrzymy to już wszystko, a być może weźmiemy udział w odprawionym specjalnie dla nas nabożeństwie, będziemy mogli zejść w podziemia kościoła i znajdziemy tam grobowiec z następującą inskrypcją:

Za wszystko dobro z bożej ręki wzięte,
za skarby wiary, za pociechy święte,
za trudy pracy i trudów owoce,
za chwile siły i długie niemoce,
za spokój walki, zdrowie i choroby,
za uśmiech szczęścia i za łzy żałoby,
i za krzyż ciężki na barki włożony,
niech będzie Jezus Chrystus pochwalony


A pod spodem podpis: O.K. Antoniewicz S.J.

Ponieważ mija jesień, a z nią dzień 14 listopada, kiedy to, jak co roku, obchodziliśmy kolejną rocznicę śmierci Karola Antoniewicza, wydaje się, że nie zaszkodzi przypomnieć nam wszystkim historię życia tego świętego człowieka, a może jeszcze bardziej historię właśnie jego śmierci. Proszę posłuchać.
Karol Bołoz Antoniewicz urodził się jako syn Józefa Antoniewicza w roku 1807 w od zawsze osiadłej w Polsce ormiańskiej rodzinie w miejscowości Skwarzawa pod Lwowem. Nauki w dzieciństwie pobierał pod kierunkiem nauczycieli prywatnych, a następnie rozpoczął studia prawniczych na Uniwersytecie Lwowskim. Dzięki swojej pracy i talentom, biegle władał pięcioma obcymi językami: niemieckim, francuskim, angielskim, włoskim i łaciną.
Po ukończeniu studiów zdecydował się na wyprawę do Siedmiogrodu, gdzie mieszkała część jego rodziny, i gdzie pracował nad przygotowaniem historii Ormian. Pod koniec 1830 r. powrócił do Lwowa i podjął decyzję o wstąpieniu w szeregi powstańców listopadowych. Po upadku Powstania, poznał we Lwowie Zofię Antoniewicz, swoją kuzynkę, z którą po uzyskaniu dyspensy od samego Ojca Świętego, w toku 1833 r. wziął ślub, i z którą ostatecznie zamieszkał w rodzinnej Skwarzawie.
Tam też przyszło na świat pięcioro dzieci Karola i Zofii, z których wszystkie nieszczęśliwie, jak się podejrzewa właśnie z powodu tego, że zostały poczęte ze związku kazirodczego, zmarły w wieku niemowlęcym. Przypuszcza się również, że ten właśnie ciąg nieszczęść ostatecznie zadecydował o dalszym życiu Antoniewicza.
Otóż po śmierci ostatniego dziecka, biedna kobieta straciła zdrowie, i ostatecznie, w ostatnich dniach lipca 1839 roku, w szóstym roku ich małżeństwa, zmarła we Lwowie na gruźlicę. Po śmierci dzieci i małżonki Karol Antoniewicz postanowił zrealizować plany, które – jak sam wspominał po latach, a my nie mamy powodu, by mu nie wierzyć – snuł jeszcze z chorą żoną, że jeśli ona wyzdrowieje, ona wstąpi do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, on zaś do Towarzystwa Jezusowego. A zatem, już w miesiąc po śmierci żony, Antoniewicz zlikwidował majątek i zwrócił się z prośbą o przyjęcie do nowicjatu.
Bezpośrednio po uzyskaniu święceń, Antoniewicz podjął pracę kaznodziejską we Lwowie i w okolicy. Nauczał religii w szkołach jezuickich, a także w domach prywatnych. W lutym 1846 r. jak wiemy, na terenach ówczesnej Galicji wybuchło jedno z najbardziej okrutnych w historii Polski chłopskich powstań. W okręgach jasielskim, sanockim, tarnowskim, bocheńskim i sądeckim uzbrojeni chłopi napadali grupami na majątki i plebanie, paląc, grabiąc i mordując mieszkańców. Wielkie talenty kaznodziejskie ojca Antoniewicza, które szczególnie być może zaznaczyły się podczas rozpoczętej przez niego krucjaty przeciwko pijaństwu, sprawiły, że już po zakończeniu powstania trafił on do grupki księży, których na prośbę gubernatora Galicji, księcia Ferdynanda d’Este, prowincjał jezuitów, ojciec Jakub Pierling, wysłał w rejony porabacyjne, aby tam głosili Słowo Boże. Rejony, należy wspomnieć, najcięższe, bo obejmujące tereny podgórskie. Swoją misję ojciec Antoniewicz rozpoczął w trzecim dniu po Wielkanocy, czyli zaledwie kilka tygodni po okrucieństwach powstania, a zakończył w październiku. Wraz z towarzyszącym mu ks. Ignacym Skrockim głosił nauki w Brzanach, następnie w Bobowej, Bruśniku, Ciężkowicach, Lipnicy, Gromniku, Wilczyskach, Podolu, Rożnowie, Korzennej, Tropiu, Staniątkach, Brzeźnicy, Nagoszynie i Wiewiórce.
W swoich „Wspomnieniach misyjnych” pisał ojciec Antoniewicz tak:
Niemałe to zadanie, lud rozhukany i rozpasany na wszelkie zbrodnie, nawrócić do Boga, poruszyć do żalu i skruchy, nakłonić do zwrócenia podług sił i możności szkód uczynionych, a to w czasie, gdy jeszcze krew przelana się kurzyła, gdy wszelka powaga kapłańska, wszelka powaga Boska i ludzka zniszczona. Potrzeba było stanąć na tej ziemi krwią zbroczonej, patrzeć na łzy, żyć między rozpaczą i zbrodnią, i z kazalnic znieważonych kościołów gromić zbrodnie, pocieszać smutek, uspokoić rozpacz, okazać w całej wielkości i potędze sąd sprawiedliwości i miłosierdzia Boskiego”.
Nienawiść do księży była potężna i powszechna. Ci jednak, gdy nie wpuszczano ich do kościołów, głosili nauki w opuszczonych karczmach, budynkach gospodarczych, na cmentarzach. Misje zakończyły się sukcesem, skłaniając miejscową ludność do czasem bardzo spektakularnych aktów żalu i pokuty. Chłopi gremialnie przystępowali do spowiedzi, mordercy błagali o wybaczenie win, winni sami oddawali się w ręce urzędników prosząc o sprawiedliwą karę. Po zakończeniu misji, z inicjatywy ojca Antoniewicza i ówczesnego biskupa tarnowskiego, odbyła się wielka pielgrzymka ekspiacyjna chłopów na Jasną Górę.
Kiedy w roku 1848 to rząd austriacki wydał rozporządzenie o likwidacji
klasztorów jezuickich w Galicji, ojciec Antoniewicz wyruszył do Krakowa, a potem dalej na zachód. W roku 1851 roku, w raz z sześcioma innymi jezuitami, rozpoczął głoszenie Słowa Bożego na Górnym Śląsku. Sukces owych misji był tak wielki, że w wielu miejscowościach na Śląsku wierni zaczęli stawiać krzyże misyjne – pierwsze krzyże misyjne w historii tego regionu – a wieść o grupce jezuitów obiegła całą Polskę. Wiosną 1852 roku, arcybiskup gnieźnieńsko-poznański, zaprosił wędrujących jezuitów na Wielkopolskę.
Ojciec Antoniewicz rozpoczął misje w kwietniu, wygłaszając kazania i spowiadając w Krobi, Krzywiniu. Kościanie i Niechorowie. Jak podają świadectwa tych co widzieli, na jego nauki przybywało niekiedy do 20 tys. wiernych. I wtedy to właśnie, późnym latem roku 1852, Wielkopolskę nawiedziła wielka epidemia cholery, otwierając w ten sposób ostatni okres życia ojca Karola Antoniewicza.
Władze nakazały natychmiast przerwać misje, i choć w istocie rzeczy zostały one przerwane, to ojciec Antoniewicz nie opuścił ogarniętych nieszczęściem terenów, często do końca towarzysząc biednym mieszkańcom tej części Wielkopolski. Oto jak czas ten opisywał proboszcz z Kościana:
We dnie i w nocy pracują w tutejszej parafii, już to zaraz z rana o godzinie czwartej jeżdżąc do chorych, już to przed i po południu w kościele nie opuszczają konfesjonałów, już to późno w noc,czasem o godzinie pierwszej po północy odwiedzają w mieście i po wsiach chorych na cholerę. Od 10 bm. wzywano pomocy duchowej do 24 chorych dziennie, a umiera od tego czasu do 15 osób dziennie”.
A tu zachowane świadectwo pewnego chłopa z Kiełczewa:
Wy ani połowy tego nie wiecie, co on czynił. Otóż gdy jednego dnia 13 chorych na śmierć przygotował, przyszedł odpocząć do mojej chałupy. W rozmowie nadmieniłem, iż tu znajduje się jedna rodzina opuszczona, której zapewne ani lekarz, ani ksiądz nie odwiedzi, ponieważ znajduje się w chlewie. Ks. Antoniewicz natychmiast wstał i wyszedł. Drzwi do chlewika były tak niskie, że tylko zupełnie schylonym wejść można było do niego. W środku zastał męża i żonę, leżących na gnoju w ostatnim stopniu cholery. Obok siedziało dwoje skulonych dzieci. Ks. Antoniewicz zaczął zaraz spowiadać chorych. Ale gdy żadne z nich ze słabości nie mogło się podnieść, kładł się kolejno przy każdym z nich na gnoju, żeby ich spowiedzi wysłuchać i nie opuścił ich, aż wydali ostatnie tchnienie. Teraz wyprowadził z chlewa dwoje zanieczyszczonych i brudnych dzieci. Sam je umył przy studni i poprosił mnie, abym miał o nich staranie, póki się kto z krewnych nie znajdzie”.
I wreszcie refleksja samego ojca Antoniewicza:
Wczoraj trzynaście pogrzebów, dziś już ośmiu zmarło do południa. Dzięki niechaj będą Bogu, ani jeden nie umarł niewydysponowany. Ludu pełno w kościele do spowiedzi, a nie ma komu spowiadać, bo zaledwie siądę do konfesjonału, już wołają do chorego. O! nie wiem, jak Bogu dziękować, że nam najniegodniejszym pozwolił tu pracować”.
Pewnego dnia, ojciec Antoniewicz komunikował pewnego bardzo już osłabionego chorobą człowieka. Człowiek ów był tak słaby, ze nie był w stanie przyjąć komunii. Po parokrotnych, nieudanych próbach, hostia wypadła mu z ust, spadła na ziemię, a ojciec Antoniewicz, nie chcąc by doszło do skalania Świętego Ciała Chrystusa, sam ją przyjął i w efekcie tego gestu sam zapadł na cholerę.
Mimo dramatycznie pogarszającego się stanu zdrowia, do samego końca pozostał aktywny. Prowadził misje w Poznaniu, przez krótki czas znów mieszkał w Krakowie, gdzie jednak władze nakazały mu natychmiastowe opuszczenie miasta. Decyzja ta zbiegła się z informacją, o przekazaniu jezuitom dawnego klasztoru cystersów w Obrze i o wyznaczeniu go na przełożonego wspólnoty. W dniu 4 listopada przybył ojciec Antoniewicz do Obry, gdzie jeszcze w niedzielę, 7 listopada, wygłosił w miejscowym kościele kazanie do licznie zgromadzonych wiernych. Jednak stan zdrowia nie pozwolił mu już na jakikolwiek dalszy wysiłek. Wreszcie, w dniu 14 listopada 1852 roku, w obecności kilku członków rodziny zakonnej, mając zaledwie 45 lat, zakończył swoje święte życie. Pochowany został w krypcie miejscowego, wspomnianego na początku obrzańskiego kościoła. W grobie złożyli go współbracia zakonni, gdyż żadna z osób świeckich nie znalazła w sobie na tyle odwagi, by zbliżyć się do zniszczonego chorobą ciała owego dobrego księdza.
A więc, jeśli zdarzy się nam jechać z Poznania do Nowej Soli, i miniemy już Wolsztyn, spróbujmy zatrzymać się w wiosce o nazwie Obra, wstąpmy do miejscowego kościoła i nawiedźmy grób ojca Karola Antoniewicza, jezuity. Przeczytajmy ów wiersz na płycie grobowca, napisany jak najbardziej ręką tego który tam spoczywa. A jeśli będziemy mieli szczęście, może nam się uda trafić na grupkę małych wiejskich dzieci i usłyszeć jak pięknie śpiewają kościelną pieśń „Chwalcie łąki umajone”. Jego pieśń. Pewnego księdza i poety, i – jak to już zostało powiedziane – dobrego człowieka.

Powyższy tekst został napisany specjalnie dla "Zeszytów Karmelitańskich" ojca Antoniego Rachmajdy, i został opublikowany w ich najnowszym numerze. Do nabycia choćby w Empikach. Polecam.



środa, 19 grudnia 2012

Bingo apokalipsa

Już tu swego czasu wspominałem, że nie umiem zgadnąć, ile osób czytających ten mój blog, orientuje się jednocześnie, co się dzieje na tym drugim, który prowadzę solidarnie z Gabrielem i trochę też Kamiuszkiem, w Salonie24. Czy jeden i drugi znają wszyscy, czy większość, czy może najwierniejsi czytelnicy trzymają się tylko tego miejsca, już w pewnym sensie tradycyjnego? A więc tego nie wiem, i też nie mam sposobu, by się tego dowiedzieć. Ponieważ jednak zakładam, że jakoś tam wszystko to, co tam napiszę dociera i tu, wspomnę tylko bardzo ogólnie o pewnym tekście, który postanowiłem zamieścić tam ze względów czysto propagandowych. Wyłącznie po to, by pewna prawda dotarła do jak największej liczby osób.
Otóż, jak zapewne pamiętamy, swego czasu zwróciłem tu uwagę na komiks, jaki na swoim blogu opublikował Janusz Palikot, aby dostarczyć swoim czytelnikom zabawy w formie bardzo plastycznych opisów śmierci, jaką ludowa sprawiedliwość sprowadziła na przeróżnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, poczynając od najpierw zgwałconej młotem pneumatycznym, a następnie spalonej żywcem Beaty Kempy, a kończąc na Lechu i Jarosławie Kaczyńskim wysadzonych w powietrze za pomocą bomby.
Wspomniałem o tym komiksie, jednak to co mnie od tego czasu prześladowało najbardziej, to już nie sama zawartość tego dzieła – w końcu do wszystkiego można się przyzwyczaić – lecz fakt, że mimo iż ja o owym komiksie wspominałem tyle razy, w debacie publicznej nie pojawiło się o nim nawet jedno wspomnienie. I oczywiście nie chodzi mi o to, że Janusz Palikot był tu otoczony jakąś ochroną i o nim mówiono wyłącznie dobrze. Nie – do niego akurat się strzela często i z lubością. Moje zmartwienie polega na tym, że wśród wszystkich możliwych zarzutów o niszczenie debaty publicznej, szerzenie nienawiści, i występowanie przeciwko podstawowym zasadom występującym w cywilizowanym świecie, pojawiło się wszystko – tylko nie ten komiks.
I jeszcze coś. O ile się orientuję, wśród wszelkich możliwych oskarżeń, jakie padały pod adresem Palikota, czy to ze strony samego Prawa i Sprawiedliwości, jako partii, czy już bezpośrednio ze strony osób, które osobiście zostały tam w tak brutalny sposób sportretowane, kwestia tego komiksu również się nie pojawiła. Nie wystąpiła z protestem ani Beata Kempa, ani Zbigniew Ziobro, ani rodzina Przemysława Gosiewskiego. Wszyscy, jeśli tylko się decydowali na to, by odnieść się do palikotowych ekscesów, ograniczali się do tych jego nic nieznaczących happeningów, czy idiotycznych żartów, natomiast to, co w sposób ewidentny Palikota musiałoby pogrążyć, było systematycznie niezauważane.
Poruszony bardzo tą sytuacją, i jak najbardziej też na fali ostatnio bardzo popularnej debaty o języku nienawiści, pomyślałem sobie, że napiszę o tym komiksie do „Warszawskiej Gazety” i może w ten sposób – w końcu tygodnik Piotra Bachurskiego, to jak by nie było, projekt ogólnopolski – dotrę do tych, do których dotrzeć wypada. No i proszę sobie wyobrazić, że po raz pierwszy w historii naszej współpracy, Piotr Bachurski odmówił publikacji tego tekstu.
W tym momencie zrozumiałem wszystko. Chodzi o to, że z jakiegoś powodu, zarówno System, jak i jego zaplecze, jak i wszyscy pozostali uczestnicy tego, co się dzieje na naszej scenie publicznej, nie widzą żadnego interesu w tym, by Janusz Palikot został z niej zdjęty. Wszystko wskazuje na to, że usunięcie tego jednego elementu grozi takim kryzysem, że to, co wraz z nim może nastąpić, nikomu się zwyczajnie nie kalkuluje. O Palikocie, podobnie zresztą, jak o wszystkich innych niemal aktorach polskiej polityki, można mówić wszystko; można mu stawiać wszelkiego rodzaju zarzuty; można oskarżać go o największe przestępstwa… z jednym zastrzeżeniem – należy bardzo uważać, by żadne z owych oskarżeń nie było na tyle poważne, żeby mieć jakiekolwiek konsekwencje dla stabilności polskiej polityki.
A jest to polityka szczególna. Przede wszystkim jest to polityka wojenna, jednak przez to, że wojna ta, to w znacznym stopniu wojna pozycyjna, gdzie wszystkie role, wszystkie sojusze, wszystkie wreszcie mechanizmy zostały dawno ustalone, a ich wartość potwierdzona, ona może się toczyć na pewnym w miarę znośnym poziomie jeszcze długie lata. Również jednak i to, co już dawno zostało uzgodnione – i jak najbardziej przez wszystkie strony konfliktu autoryzowane – to propaganda i jej język. A w tym systemie Janusz Palikot pełni element równie ważny jak Joachim Brudziński ze swoim chamstwem, Bronisław Komorowski z kulturą i Donald Tusk z tym swoim sympatycznym bałwaństwem. To wszystko świetnie się sprawdza i jedyne, co by mogło mu zaszkodzić, to wyjęcie z tego mechanizmu jednego choćby elementu. A już z całą pewnością tak ważnego jak Janusz Palikot, który dla propagandy tworzonej czy to z jednej strony konfliktu, czy to z drugiej, jest argumentem nie do przecenienia.
Zastanówmy się, co by się stało, gdyby nagle wybuchła sprawa tego komiksu? Wybuchła choćby na połowie tego poziomu, jak to miało miejsce w przypadku Grzegorza Brauna i jego słów o strzelnicach. Gdyby nagle taka Beata Kempa choćby podała Janusza Palikota do prokuratury o nawoływanie do okrutnego jej zamordowania. Przecież z tym, co się tam w owym komiksie znajduje, on by się nie wywinął. A jeśli nie wywinąłby się on, to zapewne też nie wywinęłoby się wielu z jego kolegów, którzy, kiedy on to publikował, stali tuż przy nim, przy swoim, jak by nie było wówczas jeszcze, wiceprzewodniczącym. A wtedy cała scena polityczna musiałaby zostać zresetowana i diabli jedynie wiedzą, kto by z tego wszystkiego wyszedł za tarczą, a kto na tarczy. Po co więc ryzykować?
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko stanowi najbardziej perfidną zmowę. I wcale nie sugeruję, że jest to zmowa, która została w jakikolwiek sposób notyfikowana, choćby tylko ustnie. Tym bardziej nie sugeruję, że oni wszyscy są bardzo dobrymi kumplami, którzy postanowili wyssać z nas całą krew. Nawet mi to nie przyszło do głowy. Oni najprawdopodobniej szczerze się wszyscy nienawidzą i życzą sobie gwałtownej śmierci. Tyle tylko, że – dokładnie tak jak to już powiedziałem wcześniej – to jest wojna pozycyjna, i ona rządzi się swoimi prawami. A jednym z najważniejszych jest to, by nikt nie zrobił niczego, co by miało naturalny bieg zdarzeń niebezpiecznie przyspieszyć.
Oto Janusz Palikot – człowiek, który ledwo co wystąpił u Moniki Olejnik i szczerze bardzo przeprosił za to, co kiedyś powiedział o patroszeniu Jarosława Kaczyńskiego. On już dziś – zwłaszcza po niesławnym wystąpieniu Grzegorza Brauna – zdaje sobie sprawę z tego, że tak dłużej nie można. Że ta nienawiść nas zżera, nawet jeśli ona nie jest prawdziwą nienawiścią, ale zwykłym, niewinnym żartem. I on, jako pierwszy wyciągnął rękę do zgody. Na te słowa najpierw wzruszyła się Monika Olejnik, a za nią reszta mediów. I tylko Prawo i Sprawiedliwość nie uwierzyło w te słowa, bo to przecież wiemy, co to za ziółko ten Palikot. A więc my mu nadal będziemy wyrzucać tamten występ, a on – nieboraczek – nie mając wyjścia, znów coś wspomni o tym, że ten samolot spadł przez pijaństwo Lecha Kaczyńskiego i jego kumpli. Tylko nie padnie jedno słowo na temat tamtego komiksu… co ja mówię, tamtego? Tego! Tego! On dziś jeszcze, kiedy piszę te słowa, fantastycznie się prezentuje na blogu Palikota.
Nikt na ten temat nie puści pary z ust, bo wie, co się stanie na drugi dzień. Prokuratura będzie musiała wszcząć śledztwo, które nawet jeśli nie będzie początkiem końca politycznej kariery Palikota i tych wszystkich zboczeńców, to z całą pewnością stworzy sytuację, gdzie już nikt do nikogo nie będzie mógł mieć pretensji o nic, a tym samym cały dotychczasowy język politycznej propagandy zostanie unieważniony. Nie będzie już Rydzyka, Niesiołowskiego, Brudzińskiego, Brauna, Pitery… I, jak już powiedziałem, nikt nie jest w stanie przewidzieć, kto z tego wyjdzie poobijany, a kto w złotej szacie.
Dziś na swoim blogu Coryllus wspomniał o nieznanym nam zdarzeniu sprzed miesiąca, kiedy to w Nowej Hucie na parkowej ławeczce spalił się pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Podobno z bardzo prozaicznego powodu – poszło o uczelniany mobbing. Tekst Coryllusa jest tak wstrząsający, ze jedyne co mi przyszło do głowy, by napisać w komentarzu, to jeszcze bardziej pewnie wstrząsające słowo „bingo!”. Właśnie tak. „Bingo”. Do tego bowiem doszliśmy. Możemy z siebie wypruć żyły; możemy się zapłakać na śmierć; możemy nawet się demonstracyjnie podpalić. Efekt będzie jeden tylko – psycholog powie, że podpalenie to forma protestu, a komentator zakrzyknie „bingo!”

Zostało jeszcze parę dni, a u nas, jak to u nas. Robi się bardzo nieprzyjemnie. Przepraszam, że to wciąż powtarzam, ale nie mam wyjścia. Bardzo proszę o jakąkolwiek pomoc. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

niedziela, 16 grudnia 2012

Ta jedna dusza, to jedno zło

Mijają kolejne dni od owego fatalnego piątkowego poranka, kiedy to w małym miasteczku w stanie Connecticut młody, ledwo dwudziestoletni człowiek imieniem Adam zmasakrował te biedne, Bogu ducha winne dzieci i ich, tak samo jak one niewinnych, nauczycieli, by w końcu też pozbawić życia i siebie, a my stopniowo zaczynamy skupiać się na sprawach bieżących. Jest to, z jednej strony, reakcja w pełni zrozumiała – w końcu już sam sposób relacjonowania przez media tego, co się stało, ale też i sposób, w jaki my sami postanowiliśmy to komentować, nie pozostawiły wiele miejsca na nowe emocje – a z drugiej, zrobiło się jakoś niezręcznie. W końcu cały piątek wypełniały tylko i wyłącznie plotki, które wszyscy chłonęliśmy z jak najbardziej otwartymi umysłami i sercami. W końcu, nawet informacja o tym, kto był prawdziwym zabójcą została zweryfikowana dopiero w sobotę. Obawiam się, że już tego, kim on był, i czemu zrobił to co zrobił, nie będzie chciał słuchać nikt. I słusznie. Po co komu to wiedzieć? Jeszcze się dowie czegoś, czego wiedzieć nie powinien, i będzie klops.
A zatem zostaniemy już tylko z wiadomością, że oto kolejny szaleniec dokonał szaleńczego czynu, natomiast jak już idzie o to, w jaki sposób ten rodzaj szaleństwa się rodzi, swoją wiedzą nas obsłużą najróżniejsi psycholodzy, czy specjaliści od zachowań przestępczych, czyli tak zwani kryminolodzy. A zatem usłyszymy, że to wszystko przez matkę, która była zafascynowana bronią i ciągała swoich synów po strzelnicach, że ów Adam w dzieciństwie za dużo czasu spędzał przed komputerem, że rzuciła go dziewczyna, a on był nadmiernie wrażliwy i zareagował w tak szczególny sposób, że nie lubili go koledzy i on przez to znienawidził cały świat, że może sam chodził do tej szkoły i miał związane z nią złe wspomnienia… można wyliczać.
Dziś pani Toyahowa znalazła gdzieś relację amerykańskiego patomorfologa, który badał ciała tych wszystkich dzieci. Otóż on zwrócił uwagę na coś, z czym nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Chodzi mianowicie o to, że w tego typu sytuacjach morderca strzela w znacznym stopniu na oślep, to znaczy oczywiście najpierw wybiera ofiarę i do niej odpowiednio mierzy, ale przez to, że wszystko dzieje się bardzo szybko, a jemu zależy, żeby zanim skończy się mu czas i naboje, zdążyć zabić jak najwięcej osób, strzela i idzie dalej. Zabójca z Newtown najwidoczniej na pierwszym miejscu dbał o jakość, a nie o ilość. Mówi lekarz, którego wypowiedź czytała pani Toyahowa, że wśród dzieci, które on zbadał nie było żadnego z jedną tylko raną. Wprawdzie w tej rozmowie tego typu diagnoza nie pada, natomiast ja mam bardzo silne przekonanie, że z tego co on mówi, wynika jednoznacznie, że on bardzo nie chciał pozostawić rannych. Że jemu zależało, by każde dziecko, do którego strzeli, zostało z całą pewnością pozbawione życia.
I jeszcze raz. Ja wiem, że w tego typu przypadkach, ci wszyscy tak zwani „szaleńcy” strzelają by zabić, jednak mam wrażenie, że nawet ów słynny Breivik miał na celu przede wszystkim, żeby tych ofiar było jak najwięcej. No i coś wcale nie najmniej istotnego. On ich tam wszystkich w jakiś sposób nienawidził. Albo za to, że są socjalistami, albo że są głupi, albo że psują urodę jego pięknej Norwegii. Diabli go tam wiedzą, o co mu chodziło. Adam Lanza, zabójca z Connecticut, nie miał żadnego powodu, by tych małych dzieci nienawidzić aż tak, by zabijając je, poświęcić ilość na rzecz jakości. Widział jedno z nich, i strzelał raz, drugi trzeci… Żeby mieć pewność. A później następne. A ja już w tym momencie sobie myślę, że on by był bardzo z siebie zadowolony nawet gdyby zabił jedno tylko dziecko. Za to bez żadnej fuszerki. Każda kolejna śmierć, to już była tylko premia.
Przypominam sobie rozmowę, jaką na zaproszenie Józefa Orła jeszcze we wrześniu, przeprowadziliśmy wraz z Coryllusem i Kamiuszkiem na temat Szatana. W pewnym momencie pojawił się temat pewnej dziewczynki, którą swego czasu spotykałem dość często, jeżdżąc tramwajem do pracy do Chorzowa. Małej, drobnej, przerażająco samotnej blondynki, o straszliwie pokaleczonej czarnymi kolczykami twarzy. No i trochę podebatowaliśmy na temat tego, co ją w tym jej krótkim tak przecież – ona nawet nie miała tych dwudziestu lat, co ów Adam z Newtown – życiu doprowadziło do tego stanu. Czy to może muzyka? A jeśli muzyka, to czy to znaczy, że muzyka jest zła? Że lepiej muzyki nie słuchać. A jeśli to było coś innego? Na przykład jakieś Pokemony, lub gry komputerowe? Czy to znaczy, że tego się należy wystrzegać, bo za tym stoi Zły? No i wtedy nagle – zupełnie niespodziewanie – przyszło mi do głowy, że a co, jeśli ten nasz świat dokładnie w każdym swoim zakątku jest tak urządzony, że człowiek może z niego brać to co dobre i to co złe, i że wybór należy wyłącznie do nas, natomiast jak idzie o Szatana, to jemu zależy wyłącznie na jakości. Że jeśli jemu się uda wyrwać Bogu jedną jedyną duszę, to on to zaliczy jako swoje bardzo duże zwycięstwo. A jeśli na dodatek ta jedna jedyna dusza popełni jedno, jedyne zło, ale za to zło idealne, zło doskonałe, to wtedy już naprawdę będzie miał powód do świętowania.
A zatem, ja już dziś, kiedy pomału to, co się stało w Ameryce w miniony piątek staje się ledwo wspomnieniem, wiem, że każde kolejne słowo, które będzie nas próbowało wmanewrować w przekonanie, że znów któryś z nas oszalał, oddala nas od prawdy, o której nigdy, przenigdy nie powinniśmy zapominać. To my wybieramy. To my korzystamy z wolności, którą dał nam Pan i powinniśmy bardzo uważać, żeby nie stać się tą jedną jedyną ofiarą, z tym jednym, choćby i jedynym zadaniem. Bo on nie przepuszcza żadnej okazji.

No i na rozpoczęcie tego ostatniego tygodnia przed Świętami, proszę o wspieranie tego bloga tak jak dotychczas. Jestem za każdy gest wdzięczny i zapewniam, że robię co mogę, by to się wreszcie skończyło. Dziękuję.

sobota, 15 grudnia 2012

Co kombinują Maksio Paterek i jego koledzy?

Powodów, dla których dotychczas pary nawet nie puściłem publicznie na temat Maksia Paterka jest kilka. Najpoważniejszy z nich to ten, że ów gest musi stworzyć dość krępującą sytuację dla pani Toyahowej, a ja nie mam żadnego interesu w tym, by ją w jakikolwiek sposób krępować. Jest też tak, że ignorowanie Paterka to podstawa naszej wspólnej polityki od trzydziestu niemal lat. I nie chodzi nawet o nic bardzo praktycznego. Paterek po prostu reprezentuje rodzaj obłąkania tak kosmiczny, że każdy normalny człowiek stara się zamykać na fakt jego istnienia oczy, uszy i oczywiście jak najbardziej umysł. Ot tak, z szacunku dla wewnętrznego i zewnętrznego ładu. Owa determinacja, by go nie zauważać była wręcz tak silna, że zarówno ja jak i pani Toyahowa postanowiliśmy nawet nie zgłaszać Paterka na policję, jako człowieka, który nas zwyczajnie molestuje.
No, niestety, trochę przez to, że postanowiłem napisać tę książkę o całej słodyczy lat, które już bezpowrotnie minęły, a ja je tak bardzo mocno pamiętam, a trochę też z tego powodu, że Paterek się ostatnio bardzo uaktywnił w naszej blogosferze, i to uaktywnił głównie w odniesieniu do naszej rodziny, wszystko wskazuje na to, że dopóki mu się nie da choćby symbolicznie po głowie, to się nie uspokoi, pomyślałem, że się już go zwyczajnie dłużej w zamknięciu trzymać nie da. A skoro tak, to trzeba opowiedzieć o jednym z najpiękniejszych zdarzeń w naszym wspólnym moim i pani Toyahowej, życiu, a więc dniu, kiedy się poznaliśmy. I tym samym, choć na moment wyciągnąć Paterka z jego Mordoru. I liczyć, że on przynajmniej doceni ów gest w postaci zachowania przeze mnie jego nazwiska w mojej dyskrecji. Jeszcze tego brakuje bym mu odstraszył klientów. Ekonomia wciąż przede wszystkim.
A było tak, że mieliśmy rok 1982, zimę może jeszcze, a może już wiosnę – tego niestety już nie pamiętam – kiedy nasz kolega Maksio Paterek przyprowadził na uczelnię pewną dziewiętnastolatkę, swoją tak zwaną dziewczynę i nam ją wszystkim ze słuszną dumą przedstawił. Jak ona wyglądała, jakie zrobiła na mnie wrażenie i co dokładnie stało się w kolejnych miesiącach, myślę, że bardzo ładnie opisałem w książce, która powinna się ukazać jeszcze w tym roku. Tu wystarczy tylko powiedzieć, że ja od tego dnia już nigdy nie umiałem myśleć o żadnej innej dziewczynie czy kobiecie. Minęły więc te miesiące, ona dostała się na anglistykę, zaczął się nowy rok akademicki, i chyba nie minęły nawet tygodnie, jak ona i ja zaprzyjaźniliśmy się tak, że Paterek zwyczajnie przestał istnieć.
Rzecz jednak w tym, że on przestał istnieć wyłącznie pozornie. Od momentu jak ona powiedziała mu, że ma już go dość, on uznał, że to się nie dzieje i rozpoczął wieloletnie starania o to, by to jego przekonanie się urealniło. Na czym one polegały? W wymiarze podstawowym na tym, że przez kolejne lata, dosłownie dzień w dzień słał jej najpierw listy, a potem już tylko drobnym maczkiem zapisane kartki, z początku bezpośrednio tłumaczące jej, że jej nowy związek to oczywisty grzech i zdrada, i naciskające na zmianę decyzji, a dalej już głównie na zupełnie neutralne tematy, że ot, spadł śnieg, lub a może byśmy pojechali w góry.
Nie wiem, ile mamy tych listów. Całe ich tony. I to wyłącznie dzięki mojej determinacji. Ja do niego napisałem może dwa razy na samym początku, tłumacząc w stylu, który jak sądzę udało mi się zachować do dziś, że powinien przestać się tak zachowywać, bo tego, co on wyprawia, żaden normalny człowiek nigdy nie zrozumie. Efekt był taki, że Paterek zaczął się do mnie zwracać na pan. Jak idzie o panią Toyahową, ona nigdy nie chciała owych listów nawet dotykać, a czym dłużej to trwało, to i nawet o nich myśleć. Raz jeden mu odpisała, za moją namową zresztą, kiedy on zaczął swoim zmartwieniem fatygować rodziców pani Toyahowej, znajomych i najbliższą rodzinę. Napisała mu, że jej się tak jak jest bardzo podoba i że gdyby nie jego zachowanie, byłaby jeszcze szczęśliwsza, i że ona go bardzo prosi, by przestał. Na to Paterek natychmiast odpisał, że on z przykrością stwierdza, że ona nic nie rozumie, i to mu tylko każe z jeszcze większą determinacją walczyć o to, by ją wyrwać z rąk zła.
Mijały lata. Paterek pisał coraz rzadziej, i ostatecznie się zamknął. Odezwał się jeszcze przy okazji naszego ślubu, pisząc jak to on Toyahowej współczuje z powodu tego, co straciła, i znów zamilkł. Nie wiem, co się z nim działo przez lata. Wspólni znajomi coś tam opowiadali, że się ożenił, czy może rozwiódł… nie będę nic mówił, bo autentycznie nie pamiętam, co się tam działo.
I oto nagle, jakoś tak parę lat temu Paterek, dziś już człowiek, jak by nie było, pięćdziesięcioparoletni, zaczął pisać znowu, tym razem jednak nie na nasz adres domowy, ale do szkoły, w której Toyahowa pracuje. Ponieważ pierwsza koperta była niepodpisana, ona ją otworzyła, zobaczyła, od kogo i przyniosła do domu. Ja ten list chętnie przeczytałem, jednak bez jakiś szczególnych wrażeń. Zwykła paplanina o tym, że idzie jesień i w górach jest pięknie. Kolejnych – bo oczywiście były kolejne – już jednak ani nie otwierała, ani nie przynosiła do domu, tylko zwyczajnie wyrzucała. Owa druga fala listów jakoś tak się zbiegła z moim kandydowaniem do Sejmu. Ponieważ gdzieś w Sieci zorganizowano jakąś wyborczą konkurencję i oprócz głosowania, ruszyła też fala komentarzy, Paterek zrobił się tam bardzo aktywny, tłumacząc, że ja jestem bardzo złym człowiekiem, który przez laty okrutnie go skrzywdził, więc żeby na mnie nie głosować.
Kiedy wróciłem na Salon24, on natychmiast pojawił się na moim blogu i już normalnie, jako Z Mordoru, zaczął pisać bardzo osobiste komentarze, dbając tylko o jedno – by nikt nie wiedział, że poszło zaledwie o szkolne uczucie osiemnastolatki do starszego od niej trochę studenta anglistyki. Później wszystkie te swoje komentarze wyrzucił, natomiast zaczął do mnie słać maile, w których komentował kolejne teksty na moim blogu. Bardzo cholera krytycznie, szczególnie jak idzie o ich wymiar moralny.
Jak się sprawy mają dziś? On oczywiście wciąż od czasu do czasu coś mi przysyła na maila, z tego co czasem słyszę, idą też jakieś listy do szkoły. Najciekawiej jest jednak na blogach. Otóż, jak niektórzy wiedzą, pewien bloger podpisujący się Pantryjota, uruchomił na swoim blogu akcję gnojenia mnie i Coryllusa. Jak owo gnojenie wygląda? Właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, ogranicza się ono do rzucania tylko hasła: „Goryllus i Golonka” i prowokowania w ten sposób dyskusji, gdzie już faktycznie dochodzi do prawdziwej rzezi z udziałem grupy pod przewodnictwem kolegi Sowińca i właśnie Paterka. Ponieważ tak się jakoś stało, że uczestnicy tego procederu dowiedzieli się, że ja i Paterek mamy jakieś swoje zaszłości, Paterek, jako oczywiście bloger Z Mordoru, wciąż tam wrzuca jakieś zwiewne aluzje o tym, że on mi kiedyś zaufał, a ja się okazałem człowiekiem złym i występnym. Co konkretnie? O tym oczywiście ani słowa. Paterek nie chce się grzebać w starych śmieciach. Natomiast uczestnicy tego szczególnego forum swoje wiedzą. W końcu PRL dał nam wiele okazji do tego, by pokazać prawdziwe oblicze, prawda?
Powiem szczerze, że pisząc ten tekst, po raz pierwszy jestem zadowolony, że pani Toyahowa ma w nosie to moje pisanie i nie wie, co się właśnie dzieje, bo mogłaby mi zabronić. A ja czuje, że to muszę napisać. Raz, zwyczajnie, żeby opowiedzieć coś, co uważam za warte opowiedzenia. A więc – standard. Jest jednak jeszcze coś. Ja za cholerę nie wiem, co Paterkowi strzeli do głowy w przyszłości. Z tego co widzę, on planuje się ograniczać do gadania. I mam nadzieję, że tak zostanie. Natomiast chciałbym żeby on też wiedział, że opcja poinformowania o tym co on robi policji jest wciąż rozważana. Szczególnie, że paru moich znajomych już mi powiedziała, że jeśli ja tego nie zrobię, to oni zrobią to za mnie. A więc może się zdarzyć, że do Paterka któregoś dnia przyjdzie paru umundurowanych panów i zaczną od komputera. A później, kto ich tam wie? Więc to jest wiadomość dla niego.
Mam jednak też coś dla Pantryjoty, Sowińca i całej reszty tego towarzystwa. Jeśli stanie się tak, że Paterkowi jednak coś głupiego strzeli do głowy i ów strzał stanie się sprawą publiczną – oni też będą mieli kłopot. Nie żeby jakiś szczególnie duży. Ot, taki sobie. Na miarę procedur. Naprawdę nie sądzę, żeby było warto.
No i już prawie na koniec jeszcze tak zwane przesłanie do Czytelnika. Dziwne miejsce ten Internet, prawda. Zupełnie jak na tym dowcipie z New Yorkera z dwoma psami siedzącymi przy komputerze. Myślę, że warto o tym zawsze pamiętać. I nie dać się nabrać pod żadnym pozorem.

No i na sam już najprawdziwszy koniec, coś jeszcze. Coś, co ich z jakiegoś powodu zawsze doprowadza do szału. Oni mi mogą darować wszystko, ale nie to. Proszę o wspieranie tego bloga tak jak dotychczas. Jestem za tę pamięć nieskończenie wdzięczny i zapewniam, że staję na głowie, żeby to się wreszcie mogło skończyć. Dziękuję.

piątek, 14 grudnia 2012

Czy Mark Zuckerberg nosi się na czarno?

Miałem dziś pisać o Maksiu Paterku, jednak w momencie gdy już miałem się zabierać do tego w gruncie rzeczy bardzo zabawnego tekstu, doszła do mnie wiadomość, że znów gdzieś – tym razem w Ameryce – ktoś się ubrał na czarno, wyposażył w odpowiednią ilość broni i amunicji, i zaczął strzelać do wszystkiego co się rusza. I znów z pełnym sukcesem. No i cały nastrój w jednej chwili mnie opuścił.
Kiedy piszę ten tekst, nasz telewizor jest po raz pierwszy od wielu dni włączony, a my, przełączając się z BBC World na TVN24 i z powrotem, staramy się zrozumieć, co się stało. BBC pokazuje relację na żywo z miasteczka, w którym doszło do owej egzekucji, i próbuje dowiedzieć się i przekazać nam coś może bardziej konkretnego. Jak idzie o TVN, mamy oczywiście rozmowy z kolejnymi psychologami plus generałem Polko, którzy, jak wiemy, zawsze są bardzo chętni, by poinformować nas o tym, czego nie wie nikt poza nimi.
W tej sytuacji, postanowiłem się zdać na swoje dzieci, no i dowiedziałem się czegoś, czego nie powiedziało mi ani BBC ani tym bardziej TVN. Otóż, jak się okazuje, w pierwszej reakcji na wiadomość o masakrze, światowe media, chcąc uzyskać jakieś ekstra informacje na temat sprawcy, zrobiły to co się w takich sytuacji powinno zrobić, a mianowicie najpierw dowiedziały się skądś, ze on się nazywa Ryan Lanza, następnie weszły na jego profil na Facebooku. No i tam znalazły wszystko co trzeba, a przede wszystkim jego zdjęcie, które w jednej chwili opublikowały wszystkie światowe stacje telewizyjne. Tak się niestety jednak stało, że w okolicy mieszkało dwóch mężczyzn mniej więcej w tym samym wieku i dokładnie o tym samym imieniu i nazwisku – Ryan Lanza, no i padło na tego drugiego. W dodatku, chwilę później okazało się, że Ryan Lanza to brat Adama, a strzelał Adam. Swoją drogą, też obecny na Facebooku. Oops!
Nie wiem, czy wiadomość o tej pomyłce zdołała się już przedostać do publicznej świadomości, myślę jednak, że ona już wkrótce zastąpi te nudy i wszyscy będziemy się mogli skupić na czymś znacznie ciekawszym, a mianowicie nad kwestią, ile odszkodowania można dostać za coś takiego? Facebook to jednak potęga. I to tyle. Do zobaczenia jutro. Ja będę pisał o Paterku. Wbrew pozorom, wcale nie tak daleko od tematu.

czwartek, 13 grudnia 2012

Co sądzę o blogerze Seawolfie?

Od paru dni mam pewien kłopot, z którym zupełnie nie umiem sobie poradzić. Otóż wszystko zaczęło się już jakiś czas temu, kiedy z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie do dziś powodu, zaczęły do mnie nadchodzić prośby o to, bym powiedział, co ja sądzę o blogerze Seawolfie. Nie o Rybitzkim, nie o Seamanie, wreszcie nie o jakimś Wszołku, ale właśnie o Seawolfie. W pewnym momencie ich zrobiło się tak dużo, że ja postanowiłem o nim umieścić notkę w swoim „Elementarzu” i, krótko mówiąc, napisałem tam coś takiego, że ja o nim nic nie sądzę, ponieważ nie mam pewności, czy on w ogóle istnieje, a jeśli istnieje, to czy jest tym za kogo się podaje, a więc jakimś morskim wilkiem prowadzącym dzień w dzień kilka blogów na raz.
Dlaczego ja w ten sposób zakwestionowałem jego realność? Otóż powód był jeden. Ja, proszę sobie wyobrazić, wiem, czym jest prowadzenie bloga w taki sposób, by się zajmować nim dzień w dzień i to nie ot tak sobie, ale na poważnie. Ja mam, tak się niefortunnie złożyło, całą kupę wolnego czasu, a i tak bardzo często zwyczajnie nie daję rady. I to między innymi stąd wzięło się moje zapewnienie, że w momencie gdy ja jakoś odbuduję swoje zawodowe zaplecze, skończę z tą fatalną zbiórką, ale też już nie będę w stanie siedzieć tu od rana do wieczora. Bo to się zwyczajnie nie da.
Oczywiście, że jest cała masa blogerów, którzy, być może nawet mimo pracy zawodowej, potrafią napisać nawet kilka tekstów dziennie, tyle że powiedzmy uczciwie, co to są za teksty! Ja mówię o prowadzeniu bloga. A więc o czymś takim, z czym mamy do czynienia w przypadku owego Seawolfa. A zatem, tego nie rozumiem. Doszło jeszcze ostatnio już do tego, że ów Seawolf, ledwo co na tym swoim morzu pozakładał kilka blogów i zaczął się udzielać w paru papierowych redakcjach, natychmiast zabrał się za pisanie książki, no i ją za chwilę już zaczyna sprzedawać. A najlepsze już w tym wszystkim jest to, że on postanowił ją zatytułować „Alfabet Seawolfa”.
Już wyjaśniam, o co chodzi. Otóż, kiedy zaproponowano mi, żebym napisał coś co będzie mogło funkcjonować jako tak zwany „alfabet Toyaha”, w pierwszej chwili pomyślałem, że to jest bardzo dobry pomysł, i że ja to napiszę i w ten sposób też to zatytułuję. Jednak już po chwili, biorąc pod uwagę, że te alfabety już się to tu to tam pojawiały, i to zaczynając na autorach tak wybitnych jak Stefan Kisielewski, a kończąc na kimś takim jak Jerzy Urban, więc cóż tam po mnie? No i uznałem, że nie będę pisał klasycznego alfabetu, ale coś co ostatecznie przybrało formę znanego tu już „Elementarza”.
No i nagle patrzę, a Seawolf ogłasza, że on wydaje „Alfabet Seawolfa”. Że go po cichutku na tym swoim statku napisał, i teraz będzie go wydawał. No i teraz dopiero pojawił się nacisk, bym się za tego Seawolfa wreszcie wziął i powiedział, co ja o nim sądzę. I powiem szczerze, że byłem już bardzo tego bliski, kiedy wpadło mi w rękę ostatnie wydanie „Warszawskiej Gazety”, a w niej felieton tego gwiazdora mórz i oceanów. Felieton nosi tytuł „Trybunał” i napisany jest w ten oto sposób, bez żadnych upiększeń. To jest oryginał:
Tak się złożyło, że spędziłem noc w szpitalu, na internie, wśród osób cierpiących, pośród innych schorzeń na bezsenność. Nie sprzyja to, jak się można łatwo domyśleć, własnej senności, gdy trzeba było słuchać wołań o lekarstwo, o basen, o różne rzeczy, ba, nawet trafił się jeden, co wołał ‘Lech Wałęsa’. Nie był to jednak Wałęsa, nie, to był jakiś inny facet. Może ów słynny Sobowtór, o którym Wałęsa wspominał. Chciał działkę? Ciekawe. No, jak widać, spektrum było bogate. Z pewnością znalazłoby się audytorium do oglądania owego spektaklu pod tytułem Trybunał Stanu dla schwytanych zbrodniarzy kaczystowskich, choć muszę powiedzieć, że nikt nie oglądał telewizji, nie zaryzykowawszy 2 złotych, które należało wrzucić do skrzynki”… właśnie tak – „nie zaryzykowawszy”. No i dalej już o tym Trybunale, na tym samym co dotychczas poziomie językowego i umysłowego chaosu.
A więc oto przed nami Seawolf, jedyny jak dotychczas bloger, który wyszedł poza tę niszę i reprezentuje ją dziś w przestrzeni niemal już publicznej. I oto to pytanie, które wciąż słyszę, a dziś jeszcze częściej niż wcześniej – co ja sądzę o Seawolfie?
No i oto też ów dylemat, o jakim wspomniałem na początku. Pisać o tym Seawolfie, czy machnąć na niego ręką. Wypada coś tam napisać – i jak widać, ostatecznie to w jakiś tam sposób robię – a z drugiej strony wciąż wraca to jedno pytanie, dlaczego akurat o nim? Co w nim jest takiego, że wielu moich kolegów uważa, że on ma coś takiego, co go wyróżnia? Czy to możliwe, że chodzi wyłącznie o to, że on się tak nagle wylansował, i nikt nie wie, jak go należy traktować?
No dobra. Niech będzie. Skoro już się za niego zabrałem, to muszę to jakoś zakończyć. Otóż nie sądzę jednak, by on był podstawiony. Gdyby był podstawiony, to by nie pisał takich tekstów, jak ten, którego fragment wyżej zacytowałem. O tak perfidną prowokację, ich bym jednak nie podejrzewał. On musi być autentyczny. Oczywiście, tym kapitanem też zapewne w ogóle nie jest, ale w końcu, jak się zadumać nad fenomenem Internetu, nie on pierwszy, nie ostatni. Czemu więc go tacy Karnowscy, czy nawet sam Sakiewicz, przygarnęli? Diabli ich wiedzą. Coryllus by pewnie by powiedział, że to po to, by skompromitować blogosferę. Kto inny, że może on jest czyimś szwagrem, czy wujkiem, czy choćby kolegą. Ja tu pozostanę zupełnie neutralny i powtórzę, że nie wiem. Natomiast jedno jest pewne. On słaby jest. Po prostu słaby. Nawet nie warto się nim zajmować. To już lepiej pewnie mi było opowiedzieć o człowieku, któremu trzydzieści już lat temu poderwałem dziewczynę i on nas wszystkich za to ściga do dziś. Ostatnio jako bloger podpisujący się „Z Mordoru”. Ale to już może jutro.

Idą Święta, a wszystko niemal jak na ostrzu noża. Bardzo zachęcam do kupowania jednej i drugiej książki. Naprawdę warto. To jednak co na teraz jest najważniejsze, to bieżące wsparcie. Bardzo proszę i dziękuję. I proszę wpaść jutro. Będzie o Maksiu Paterku.

środa, 12 grudnia 2012

Dlaczego Polska nie może się obyć bez Janusza Palikota


Po raz pierwszy napisałem o tym jeszcze jesienią 2010 roku, po tym jak mój kumpel LEMMING zwrócił mi na to uwagę, a ja tam zaszedłem, sprawdziłem i dosłownie zdębiałem. Napisałem więc cały na ten temat tekst, jednak z jakiegoś do dziś dla mnie niezbadanego powodu, publiczny efekt tej notki był żaden. W kolejnych latach próbowałem tę informację powtórzyć jeszcze trzykrotnie – za każdym razem jednak z takim samym jak oryginalnie wynikiem. Oczywiście, to tu tam podniosły się głosy oburzenia, jednak żaden z nich w najmniejszym stopniu nie wybijał się ponad to, z czym mieliśmy do czynienia, przy okazji wcześniejszych, podobnych przypadków.
Ponieważ myśl o tym, że to co mnie tak dramatycznie męczy, nie dość że mnie nie opuszcza, to z każdym kolejnym dniem napełnia coraz większą troską, pomyślałem, że najlepiej będzie jeśli ja z tych wcześniejszych tekstów zrobię pewną kompilację i poślę ją jako swój cotygodniowy tekst do „Warszawskiej Gazety”, z którą od lat współpracuję i która dotychczas robiła na mnie wrażenie miejsca bardzo otwartego, a jednocześnie zatroskanego tym co ważne. No i proszę sobie wyobrazić, że po raz pierwszy w naszej wspólnej historii, Piotr Bachurski, a więc człowiek, który „Warszawską Gazetę” wydaje, grzecznie mnie przeprosił i poinformował, że tego akurat tekstu on nie opublikuje. Dlaczego? Wbrew pozorom, nie dlatego, że on jest jakoś szczególnie niecenzuralny, ani że narusza czyjeś dobra i przez to naraża Redakcję na kontrakcję, ale tylko dlatego, że, jak to określił Bachurski, Palikot to takie coś, czego porządna redakcja i jej publiczność nie zniesie. A więc, przepraszam bardzo, ale wszystko, tylko nie Palikot.
Jeszcze niedawno sądziłem, że sprawę znają już mniej więcej wszyscy, jednak wygląda na to, że niekoniecznie. Jest całkiem możliwe, że o ile czegoś nie powiedzą w telewizji, lub nie napiszą w ogólnopolskiej prasie, a następnie nie zrobią z tego afery na cały kraj – tego zwyczajnie nie ma. A zatem krótko już bardzo. Poszło o to, ze późnym latem 2010 roku, a więc kilka miesięcy po Katastrofie, Janusz Palikot na swoim blogu opublikował komiks, w którym w bardzo zabawny sposób zaproponował, co można zrobić z niektórymi polskimi politykami. A zatem: Beatę Kempę można najpierw zgwałcić młotem pneumatycznym, a następnie żywcem spalić, Przemysława Gosiewskiego powiesić na jego własnych jelitach, Krzysztofa Putrę utopić w sedesie, a Zbigniewa Ziobro przeciągnąć łańcuchu za samochodem, by go w końcu zrzucić z Pałacu Kultury. Jak idzie natomiast o obu braci Kaczyńskich – komiks został wprawdzie opublikowany u Palikota po 10 kwietnia, ale zapewne powstał nieco wcześniej – ich można wysadzić w powietrze przy pomocy bomby. I proszę sobie wyobrazić, że ja tu nic nie koloryzuję. To są pomysły żywcem wyjęte z tego komiksu.
Jak mówię, ja się od dwóch już lat zastanawiam, dlaczego sprawa tego komiksu, który, tak już na marginesie, wciąż sobie bezpiecznie, ku uciesze chętnych, żyje na blogu Palikota, nie została nagłośniona? Czemu nikt poza mną o niej dotychczas nie wspomniał? Czemu żaden z najbardziej oddanych krytyków Palikota i jego metod uprawiania polityki nie zwrócił się do niego o wyjaśnienia? Dlaczego, jeśli już ktoś Palikotowi chce wypominać jego gesty i słowa, wspomina najwyżej o tym obdzieraniu Kaczyńskiego ze skóry, co, w sposób oczywisty było zaledwie, chamską, bo chamską, ale retoryczną zabawą? Natomiast, jak idzie o to gwałcenie Beaty Kempy młotem pneumatycznym i palenie jej żywcem, a więc coś idealnie jednoznacznego, panuje idealna cisza. Czemu?
Czemu przez te dwa lata nie zaprotestowało Prawo i Sprawiedliwość? Ja rozumiem, że Jarosław Kaczyński jest dramatycznie od tego całego popu, jakim jest Internet, odcięty. Ale czemu Beata Kempa nie wydrukowała sobie tego komiksu, i nie wsadziła go Palikotowi w gardło tak żeby się nim udusił? Przecież ona go regularnie spotyka w Sejmie, prawda? Wszyscy są strasznie chętni, by zajmować się każdym najdrobniejszym głupstwem, każdym najmniej znaczącym słowem; jak idzie o ten komiks i to wszystko, co tam się ku uciesze gawiedzi proponuje – cisza. Dlaczego?
Otóż ja uważam, że dla zachowania stabilności polskiej sceny politycznej, nikomu nie zależy, żeby ten komiks stał się publicznie znany. W interesie wszystkich najważniejszych uczestników polskiej polityki jest to, by publiczna dyskusja na ten temat nie miała miejsca. Czemu? Co to za interes? Nie mam pewności, czy to co ja sobie myślę, to prawda, jednak wydaje mi się, że dla zachowania pewnej bieżącej stabilności na polskiej scenie politycznej, istnienie kogoś takiego jak Palikot jest konieczne. A nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby ten komiks stał się przedmiotem publicznej kampanii, jego los zostałby ostatecznie określony, i on musiałby zejść ze sceny. Co najmniej. I żadne przeprosiny by tu nic nie pomogły. Ja nie wiem, po co im wszystkim Palikot, jednak wygląda na to, że on musi być i czuć się w miarę bezpiecznie. Że jeśli go posadzą, albo choćby usuną, to wszyscy inni zbyt wiele stracą. A więc on w pewnym sensie szantażuje całą polską politykę. I z tym co ma, czuje się tak bezpieczny, że przez te dwa lata nawet nie uznał za stosowne tego komiksu ze swojego bloga usunąć.
Przepraszam bardzo, ale tak to mi właśnie wygląda. A rozmowa z Piotrem Bachurskim, o której wcześniej już wspomniałem, mnie jeszcze w tym moim przekonaniu utwierdziła. Bo ja nie wierzę ani w to, że Bachurski się Palikota brzydzi aż tak, że nie chce łamów swojego tygodnika brudzić jego nazwiskiem, ani nie wierzę w to, że on się boi ewentualnej reakcji Palikota na ten mój tekst, ani też nie wierzę w to, że Bachurskiemu ten tekst może w jakikolwiek inny sposób zaszkodzić. Bachurski odmówił publikacji tego tekstu z przyczyn kompletnie innych, za to powszechnie akceptowanych przez wszystkich, którzy tak jak on z uprawiania polityki żyją.
Dziś miałem telefon z warszawskiej prokuratury i bardzo sympatyczna pani prokurator poprosiła mnie, żebym jednak znalazł czas i pieniądze i zjawił się w Warszawie, na okoliczność przesłuchania w tak zwanej „sprawie Grzegorza Brauna”. A ja już się tylko zastanawiam, co ona mi powie, jak ja jej wyjmę wydrukowany komiks z blogu Palikota i zapytam, jak to całe fatygowanie mnie przez te zaśnieżone kolejowe tory tymi zamarzniętymi pociągami ma się do biednego Przemysława Gosiewskiego powieszonego przez Palikota na jelitach. Już się nie mogę doczekać.
I nie mogę się odczekać jeszcze jednego. Dnia, w którym się dowiem, że Janusz Palikot się powiesił w garażu, lub zginął w nieszczęśliwym wypadku. I wcale nie dlatego, że ja mu źle życzę. Może w to trudno uwierzyć, ale ja wszystkim, a jemu może zwłaszcza, życzę tylko jednego. By oni tłumnie udali się do spowiedzi i już więcej nie grzeszyli. Czekam jednak na ten dzień wyłącznie ze swojej czystej jak świeży śnieg próżności. Ja po prostu uwielbiam się dowiadywać, że mój instynkt jest wciąż ostry jak brzytwa.

Tradycyjnie już zwracam się do wszystkich przyjaciół tego bloga o wsparcie, którego zwłaszcza w tych dniach mocno potrzebujemy. Jak mówię, można kupować książki, ale też – jeśli ktoś już ma obie i nie wie, co miałby zrobić z kolejnymi – można skorzystać z umieszczonego obok numeru konta. Dziękuję.

wtorek, 11 grudnia 2012

Fisher King, czyli o sile odkupienia

Echo – jeśli w ogóle jakieś tak naprawdę kiedykolwiek się pojawiło – owego niefortunnego żartu, jakim postanowiło się popisać dwóch australijskich radiowców, jak się okazało, wyłącznie po to, by zesłać śmierć na jedną niewinną zupełnie istotę, powoli wybrzmiewa, w dodatku w sposób wskazujący na to, że nikt nic z tego co się stało tak naprawdę nie zrozumiał. Okazuje się bowiem, że wszystko co z tego zapamiętamy, to albo to, że nic się tak naprawdę nie stało, bo – jak to mawia bardziej wykształcona młodzież – shit happens albo, co gorsza, że tych dwoje biednych durniów, którzy dali się wplątać w sidła Cywilizacji, zostanie zapisanych w historii jako na owej cywilizacji wrzut, a nie jej esencja.
Moje dziecko znalazło w Internecie zapis rozmowy, jaką australijska telewizja przeprowadziła z tymi ludźmi i, powiem szczerze, byłem wstrząśnięty. Otóż przy zachowaniu oczywiście całej wymaganej w tego typu sytuacjach delikatności, dziennikarka prowadząca to spotkanie, chciała przede wszystkim wiedzieć, dlaczego oni, odstawiając ten swój greps, nie wzięli pod uwagę, że może się stać coś złego, a ci na zmianę zalewali się łzami i wyjaśniali, że tego przecież nikt by nie przewidział. Wymiana ta trwała tak przez paręnaście minut, i wreszcie padło końcowe pytanie, czy oni mają coś do powiedzenia rodzinie zmarłej pielęgniarki, na co ci powiedzieli, że ich pozdrawiają, no i znów się pobeczeli.
No i tu znów podejrzewam – choćby obserwując moje dzieci – że tu reakcje będą też dwie. Jedni będą im współczuć, że jacy to oni biedni, i że jak tu teraz żyć, podczas gdy reszta wzruszy ramionami i ogłosi, że skurczybyki tylko tak udają, bo się zwyczajnie wystraszyli.
Nie spotkałem dotychczas jednak nikogo, kto by w jakikolwiek sposób nawiązał do tego co napisałem we wcześniejszym tekście tu na blogu, a przez co chciałem wskazać, że tych dwoje jest w tym samym stopniu ofiarami tego czym się zajmowali – a czym się im kazał zajmować System – co ta biedna kobieta. I że z tej sytuacji oni nie mają innego wyjścia jak przede wszystkim przejść przez to samo piekło już teraz, i to tak do końca, i ostatecznie uznać, że tak naprawdę zło leży zupełnie gdzie indziej. Że dopóki ono właśnie nie zostanie pokonane, ów „shit” będzie się zdarzał coraz częściej.
Żeby przybliżyć trochę to co mam na myśli, chciałbym przypomnieć pewien film, który jest już dość stary, niemniej dla mnie pozostaje jednym z największych wzruszeń estetycznych i emocjonalnych, mianowicie coś co się nazywa „Fisher King”. Krótko rzecz ujmując, chodzi o to, że Jeff Bridges jest bardzo uznanym radiowcem, prowadzącym ze swoimi słuchaczami nocne rozmowy na żywo. Wśród osób, które do niego wciąż dzwonią jest jakiś samotny człowiek, który wciąż mu opowiada o tym, jak to on się kocha w pewnej dziewczynie, ale ona go nie chce. Bridges próbuje jakoś go tam pocieszać, jednak któregoś dnia wpada na pomysł, by mu powiedzieć, żeby sobie z tą dziewczyną dał spokój, bo ona jest tak samo beznadziejna jak całe to jej przemądrzałe towarzystwo, w którym ona się obraca, no i mówiąc to, coraz bardziej się nakręca i zaczyna sugerować, że to jest banda takich idiotów, że z nimi w ogóle nie ma dyskusji. Że oni zasługują wyłącznie na ostateczne rozwiązanie. Słuchacz mówi okay, rozłącza się, bierze karabin, udaje się do znanego w Nowym Jorku lokalu gromadzącego młodą miejską inteligencję i dokonuje tam prawdziwej masakry.
Oczywiście, z tego się robi poważna afera, Bridges traci pracę i popada w menelstwo. Któregoś dnia, kiedy pijany się snuje po mieście, zostaje ciężko pobity przez jakichś chuliganów, i wyratowany przez innego menela, którego gra Robin Williams, a który, jak się okazuje, cudem przeżył pamiętną masakrę, tracąc jednocześnie dziewczynę, którą bardzo kochał, no i z tego zwariował. No i tu tak naprawdę zaczyna się właściwy film. Bridges zostaje stopniowo wciągnięty w bardzo skomplikowany plan, na końcu którego znajduje wspomniane wcześniej przez mnie piekło, a po nim odkupienie.
Nie wiem, czy to co piszę, brzmi dobrze, czy może trąci jakimś niebezpiecznym kiczem, ja jednak ten film bardzo lubię, więc nie mam do niego na tyle dużego dystansu, by to ocenić. A więc tak musi zostać. Jednak nie to jest tu ważne. Otóż wydaje mi się, że to co się stało w tej Australii zostało niemal idealnie opisane w tamtym filmie sprzed lat. Różnica jest taka, że tam w ogóle nie pojawia się ani problem tego, czy Bridges to był zły człowiek, czy dobry, czy Robin Williams został bardzo skrzywdzony, i czy jego szaleństwo jest jego przekleństwem, czy zbawieniem, ani też nie mamy dylematów na poziomie, do którego jesteśmy tak bardzo dziś przywiązani, a więc, czy to wszystko jest prawdopodobne, czy może to jakaś bajka. Trzeba przejść przez piekło i odkupić zło, które się stało. Tylko tyle. I na tym koniec.
Właśnie dlatego bardzo mi się nie podobał telewizyjny występ tych dwojga, który mi kazało obejrzeć moje dziecko. Z niego bowiem nie powstanie żadne dobro. Po nim wszystko pójdzie tą samą co dotychczas drogą, tyle że jeszcze szybciej, niż dotychczas. Okaże się, że tak jak jest, jest bardzo dobrze, tyle że trzeba poprawić to i owo, a przede wszystkim komunikację na linii między dostarczycielem rozrywki, a owej rozrywki odbiorcą. Sama rozrywka natomiast zostanie na tyle zwulgaryzowana, żeby nikt nie miał wątpliwości, że my się tylko tak bawimy.
A więc co ja proponuję na poziomie praktycznym? Czy mi chodzi o to, by ten Australijczyk i jego koleżanka poszli mieszkać wśród meneli i poznali, czym jest życie na poziomie jakiego oni dotychczas nie znali? Albo żeby się udali na poszukiwanie Świętego Gralla? Oczywiście że nie, choć tu akurat zrobiło się nieco cieplej. Moja propozycja jest tak prosta, że aż głupio o niej mówić. Oni powinni pójść do spowiedzi i się wyspowiadać nawet nie z tego, że nie przewidzieli konsekwencji swojego żartu, ani też z tego, że w ogóle wpadli w nastrój żartobliwy, podczas gdy nie było powodu, by sobie żartować. Oni powinni się wyspowiadać z tego, że w pewnym momencie zrobiło się tak wesoło, że stracili poczucie, w jakim świecie żyją i o co tu tak naprawdę chodzi. To powinno wystarczyć. Spowiedź powinna z całą pewnością wystarczyć. No a jeśli nie wystarczy, to można odprawić jakąś poważniejszą pokutę.
Na pewno jednak nic nie da to, że się popłaczemy i powiemy, ze jest nam bardzo przykro.

Tradycyjnie już zwracam się do wszystkich przyjaciół tego bloga o wsparcie, którego zwłaszcza w tych dniach mocno potrzebujemy. Jak mówię, można kupować książki, ale też – jeśli ktoś już ma obie i nie wie, co miałby zrobić z kolejnymi – można skorzystać z umieszczonego obok numeru konta. Dziękuję.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Co można zniszczyć, ile można spieprzyć

Poniższy tekst może robić wrażenie czegoś, co wcześniej już zostało odpowiednio zasponsorowane, jednak zapewniam, że są to wyłącznie pozory. Jedyny interes jaki mam pisząc te słowa, sprowadza się do tego, że bardzo lubię muzykę, zależy mi na tym, by muzyka ta była jak najlepsza i żeby była na tyle dostępna, bym mógł sobie jej bez ograniczeń słuchać. No i jest jeszcze coś. Otóż – a dawałem temu wyraz zupełnie niedawno tu na blogu – do szewskiej wręcz pasji doprowadza mnie sytuacja na polskim rynku sztuki, i to już niezależnie od tego czy mówimy o muzyce, filmie, czy literaturze, gdzie mafia kontrolująca ów rynek ma kompletnie w nosie jego jakość, i dba wyłącznie o to, by z niego wyrwać co się da, i nawet jeśli tego będzie nie za dużo, możliwie jak najszybciej.
Nie jest to tekst pisany na zamówienie, a mimo to, stoją za nim pewne bardzo osobiste sytuacje, bez których niewykluczone, że on by zwyczajnie nie powstał. Otóż, o czym też już tu pewnie było, tak się stało, że ja od samego właściwie początku swojej aktywności zawodowej, a w niektórych przypadkach sprawy sięgają jeszcze głębiej w przeszłość, mam kontakt z często nawet najbardziej znaczącymi lokalnymi muzykami. W ramach tych kontaktów kilku z nich uczyłem języka i z kikoma z nich współpracuję niejako zawodowo, tłumacząc im na przykład teksty do wydawanych przez nich płyt. Weźmy choćby pewien kwartet smyczkowy działający pod nazwą Kwartet Śląski. Wszyscy jego czterej członkowie to moi znajomi, a a znajomość z dwojgiem z nich to znajomość bliska. Pierwszy skrzypek zespołu to dziś mój kumpel, którego dzieci uczę angielskiego, a który sam nauczył się języka – zresztą naprawdę dobrze – trochę też przez to, że kiedy był jeszcze dzieckiem, jego rodzice zwrócili się akurat do mnie, bym go prowadził. Altowiolinista Kwartetu to też mój bliski znajomy, i swego czasu również mój uczeń. Poza tym prawie sąsiad.
O Kwartecie Śląskim wspominam nie bez powodu. Otóż wczoraj poszedłem z żoną na występ Kwartetu Śląskiego, który miał miejsce w sali koncertowej katowickiej Akademii Muzycznej, a był częścią dorocznego festiwalu, jaki się odbywa w Katowicach późną jesienią i nosi nazwę „Kwartet Śląski i jego goście”. Muszę od razu przyznać, że poszlismy tam nie do końca ani ze względu na nasze osobiste sympatie, ani też szczere przekonanie, że Kwartet Śląski to zespół naprawdę wybitny, a jego członkowie to muzycy klasy światowej, ale przez to, że w programie koncertu znajdowały się utwory argentyńskiego kompozytora Astora Piazzoli, którego bardzo lubię. Dodatkowo jeszcze Kwartet miał grać utwór zatytułowany „Five Tango Sensations”, napisany specjalnie dla Kronos Quartet, który też lubię, a uważam za artystycznie znacznie od Polaków gorszy. No i chciałem zobaczyć, jak moi kumple to zagrają.
Nie będę ani przez moment falszywy i nieszczery, ale też wiem, że i jakoś szczególnie zaskakujący, jeśli powiem, że to wykonanie „Five Tango Sensations” było takie, że gdyby ci nowojorscy Żydzi to usłyszeli, podjęliby kroki, by Kwartetowi Śląskiemu zakazać jego wykonywania publicznie. Ale nie o tym chcę dzis mówić najbardziej. Rzecz w tym, że cały ten koncert był czymś tak poruszającym, że gdyby on został nagrany na płytę, a płyta ta zostałaby odpowiednio rozreklamowana, cały nakład poszedłby w jednej chwili. „Five Tango Sensations” było zagrane w składzie podstawowym, oczywiście z akordeonem, natomiast drugi utwór Piazzoli „Pory Roku” dodatkowo z towarzyszeniem gitary i kontrabasu. Między nimi, mielismy jeszcze przerywnik w wykonaniu samego gitrzysty, który nam zagrał „Asturias” Albeniza.
Ten tekst nie ma ambicji stanowić recenzji koncertu. Osobiście uważam, że wszyscy występujący wczoraj muzycy – zarówno moi kumple z Kwartetu, jak i akordeonista, gitarzysta i człowiek grający na kontrabasie – to najwyższej klasy artyści i fachowcy. Ale nawet zakładając, że ja się nie znam i nie umiem tego typu sztuki ocenić na poziomie sciśle zawodowym, to pozostaje czymś poza wszelką dyskusją, że wczorajszy występ porwał zgromadzoną publiczność tak jak tylko można sobie owe porywanie wyobrazić, i że – powtórzę to jeszcze raz – gdyby to co wczoraj się tam działo zarejestrować na płycie, większość tych co tam byli, tę płytę by sobie kupiła.
O co chodzi? Rzecz w tym, ze ja mam wszystkie płyty Kwartetu Śląskiego. Mam je nie dlatego że je sobie kupiłem, ale dlatego że je dostałem jako egzemplarze autorskie. Oprócz płyt Kwartetu mam też pięciopłytowe wydanie utworów organowych przeróżnych dawnych kompozytorów w wykonaniu wybitnego katowickiego muzyka Juliana Gembalskiego. To też dostałem w prezencie. Z tych wszystkich tytułów, dwie kupiłbym sobie sam. Mówię o kwartetach smyczkowych Góreckiego i o Gembalskim. Cała reszta z mojego punktu widzenia mogłaby się spokojnie nie ukazywać, natomiast z całą pewnością byłoby lepiej gdyby zamiast Lasonia, czy Krzanowskiego, Kwartetowi ktoś zechciał wydać płytę z muzyką najwybitniejszych kompozytorów światowych, takich właśnie jak Piazzola choćby. A więc żeby ktoś zechciał włożyć pieniądze w to, by Kwartet Śląski – zespół z całą pewnością wybitniejszy od takiego na przykład Kronos Quartet – grając muzykę tak wybitną jak na to zasługuje, mógł siebie, a przy okazji Polskę, lansować po scenach całego świata. Bo z Lasoniem i paroma innymi współczesnymi śląskimi kompozytorami tego nie osiągnie.
I w tym momencie pojawia się kłopot. Otóż ja sobie wyobrażam, co by się działo, gdyby manager Zespołu udał się do jakiegoś Urzędu Marszałkowskiego, czy kto tam dzieli pieniędzmi na kulturę, i zaproponował, że oni wydadzą płytę z dwoma wspaniałymi utworami wielkiego argentyńskiego kompozytora Piazzoli. Że bedzie kwartet, akordeon, gitara i kontarbas, i kupa fantastycznej muzyki, która spodoba się wszystkim, którą można nawet grać pod koniec wesela, kiedy już nikomu się nie chce tańczyć, a nastrój jest wciąż podniosły. Piazzola? A kto to taki? Cóż on ma wspólnego z naszą ziemią i naszym folklorem? Precz!
Ale jest jeszcze coś. I to jest historia, którą mi kiedyś trochę półgębkiem sprzedał ktoś kto się na tych sprawach zna, a ktorego z kolei znam ja. Otóż kiedy Kwartet Śląski nagrał pierwszą płytę z kwartetami Henryka Mikołaja Góreckiego, to nagranie stało się światowym bestsellerem. Kwartety smyczkowe Góreckiego to był Kwartet Śląski i na tym koniec. No i w pewnym momencie postanowił je nagrać Kronos. Nagrał, pięknie wydał... i okazało się, że nikt tego nie chciał słuchać, bo muzycy z Katowic byli zwyczajnie lepsi. Wtedy firma, która zajmuje się karierą Amerykanów – tu akurat nie wiem, jak to się dokładnie odbyło – ale wykupiła prawa do tego jednego nagrania Kwartetu, nakład się sprzedał, i wznowienie jest już niemożliwe. Czy to przypadkiem nam czegoś nie przypomina?
Na koniec zachęcam do wysłuchania tego krótkiego występu. I jak ktoś chce, niech potraktuje to jako zagadkę, co to takiego?




Proszę serdecznie o wspieranie tego bloga. Czy to przez kupowanie książek, czy bezpośrednią pomoc na podany obok numer konta. Gdybym umiał grać na jakimś instrumencie choć w połowie tak ładnie, poszedłbym na ulicę. A tak... Cóż mi pozostaje?