Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna w Wietnamie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna w Wietnamie. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 października 2017

Czy za zrobienie jednego zdjęcia można pójść do piekła (repryza)

Ponad rok już minął od czasu, jak wspólnie z moim synem obejrzeliśmy sobie film Michaela Cimino „Łowca jeleni”, a ja, zarówno pod wrażeniem samego filmu, ale też rozmowy, jaką ze swoim dzieckiem zmuszony byłem odbyć, zamieściłem tu tekst na temat oczywiście samej wojny w Wietnamie, ale też – i to może przede wszystkim – sposobu, w jaki prawda o niej została przez media, oraz kulturę popularną, zmanipulowana i ostatecznie zakłamana. Dziś mój syn, podobnie jak wczesniej starsza córka, już z domu sobie poszli, ale ponieważ zostało nam jeszcze ostatnie dziecko, to tak jakoś wyszło, że i na nią przyszła kolej i znów – podkreślić muszę, że z najwyższą satysfakcją – przyszło mi obejrzeć ten film, po raz nie wiem już który. No a skoro tak, to i po raz kolejny okazało się, że wszystko to co i na samym filmie, ale też swego czasu wokół niego się działo, przyszło mi od początku do końca tłumaczyć. Uważam zatem, że nie zaszkodzi, jeśli i dziś zamieszczę tu po raz kolejny tamten tekst, z nadzieją, że przez ten rok pojawiło się tu parę osób, które przyjmą go z prawdziwą satysfakcją. Bo to jest coś, co wykracza poza podstawowy temat w sposób wręcz modelowy.

Obejrzeliśmy wczoraj z synem słynny film Michaela Cimino „Łowca jeleni”. To znaczy, tak naprawdę obejrzało go moje dziecko, a ja sobie go zaledwie przypomniałem. Powiem szczerze, że nie wiem, jak to się stało, ale mimo że on ma już 26 lat, filmem interesuje się kto wie, czy nie bardziej ode mnie, ma stałe oko na wszystko, co się we współczesnej kinematografii dzieje, tego akurat, jak się nagle okazało, nie widział nigdy. Zasiedliśmy więc sobie odpowiednio wcześnie – film Cimino trwa pełne trzy godziny – przed telewizorem, no i zanurzyliśmy w owej absolutnie niezwykłej, prowadzonej niemal w zwolnionym tempie, narracji i nastąpiła cisza przerywana tylko niekiedy leciutkim pobrzękiwaniem szkła.
No i pojawiła się w pewnym momencie owa nieśmiertelna już chyba kwestia Wietnamu, z oczywiście kluczową w tym filmie sceną, kiedy to DeNiro i Walken zmuszeni są przez żołnierzy Vietkongu do gry w tak zwaną „rosyjską ruletkę”. I to wtedy właśnie syn mój niespodziewanie zapytał mnie, czemu ta wojna wciąż tak bardzo gryzie amerykańskie sumienia. Wytłumaczyłem mu wszystko najlepiej jak umiałem, zwracając oczywiście przede wszystkim uwagę na owo słynne zdjęcie, na którym szef południowowietnamskiej policji, generał Nguyễn Ngọc Loan, zabija strzałem w głowę swojego imiennika, żołnierza Vietkongu Nguyễn Văn Léma, a które to zdjęcie, w zgodnej opinii wielu komentatorów praktycznie zapewniło Ameryce ostateczną wietnamską porażkę. Popatrzmy:


Kto wie, ten wie, a tym co nie wiedzą i są w tym momencie odpowiednio poruszeni, wyjaśnię, że owo zdjęcie – natychmiast zresztą podpisane słowem „morderstwo” oraz wyróżnione Nagrodą Pulitzera – na którym widzimy tego biednego przerażonego chłopaka, niemal dziecko, i mierzącego prosto w jego skroń bezwzględnego mordercę, zostało wykonane przez Eddiego Adamsa, reportera Associated Press i błyskawicznie rozesłane na cały świat z informacją, że oto do jakich wynaturzeń prowadzi amerykańskie zaangażowanie w Wietnamie. W konsekwencji, jak mówię, nie potrafiąc odpowiednio zareagować na ową publikację, Amerykanie zaczęli się stopniowo wycofywać z Wietnamu, ostatecznie oddając ów rejon Związkowi Sowieckiemu. To jednak, czego do dziś tak naprawdę większość z nas nie wie, to fakt, że ów biedny, tak okrutnie zamordowany chłopak z Vietkongu został chwilę wcześniej pojmany w pobliżu masowego grobu wypełnionymi 34 grobami cywilów, których dowodzony przez niego osobiście oddział właśnie pozabijał. On sam też, czego Loan był naocznym świadkiem, również osobiście, niemal chwilę wcześniej rozstrzelał pewnego południowowietnamskiego oficera wraz z jego żoną, 80-letnią matką, oraz trojgiem małych dzieci, tylko dlatego, że ten nie chciał mu powiedzieć, jak obsługiwać czołg. Tuż po aresztowaniu, Lém oświadczył, że jest bardzo dumny z tego co zrobił, a w tej sytuacji Loan stracił cierpliwość i Léma rozstrzelał. Ktoś mi teraz pewnie powie, że nie wolno zabijać i ja się oczywiście z tym zgadzam, natomiast uważam, że zachowując owo przykazanie w pamięci, ważne jest też to, by wiedzieć. Bo nie wiedzieć, to też grzech. I to niekiedy bardzo ciężki.
I proszę sobie teraz wyobrazić, że gdyby nie dociekliwość mojego dziecka, to i my byśmy się dziś nie dowiedzieli o tym, co najciekawsze, a więc to co najczęściej przychodzi później. Otóż skończyliśmy oglądać film, syn mój rzucił się do komputera, no i co się okazało? Po paru kolejnych miesiącach mianowicie generał Loan został ciężko postrzelony, w wyniku czego musiano amputować mu nogę. W trakcie oblężenia Sajgonu, kiedy wojna już się praktycznie zakończyła, przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbował prowadzić normalne życie, jako właściciel niewielkiej pizzerii. Niestety, w roku 1991 został rozpoznany, jego tożsamość została ujawniona publicznie i ostatecznie, po tym, jak na ścianach restauracji zaczęły pojawiać się napisy w rodzaju: „We know who you are, fucker”, przeszedł na emeryturę. Zmarł na raka w roku 1998. I proszę sobie wyobrazić, że w tym oto momencie na scenę wchodzi autor słynnego zdjęcia, reporter Associated Press, Eddie Adams ze swoim zamieszczonym po śmierci Loana w magazynie „Time”, a dziś już skutecznie zapomnianym oświadczeniem, w którym pisze:
„Na tym zdjęciu zginęło dwoje ludzi, ten partyzant, ale też GENERAŁ NGUYEN NGOC LOAN. Generał zastrzelił partyzanta Vietkongu ze swojego rewolweru, a ja zabiłem generała swoją kamerą. Uważam, że fotografia bywa najpotężniejszą bronią na świecie. Ludzie jej wierzą, podczas gdy w rzeczywistości ona kłamie. I nie trzeba przy niej nawet manipulować. Ukazuje ona tylko część prawdy. A to co moje zdjęcie ukryło, to kwestia: ‘Co ty byś zrobił tego upalnego dnia na miejscu generała, gdyby zdarzyło ci się ująć przestępcę tuż po tym, jak ten z zimną krwią zamordował jednego, a może dwoje, czy troje Amerykanów’… Owo zdjęcie zniszczyło jego życie. Co ciekawe, Loan nigdy nie miał do mnie o nie pretensji. Powiedział mi kiedyś, że pewnie gdybym to nie ja je zrobił, zrobiłby je ktoś inny. Ja jednak już nigdy nie przestałem mieć wyrzutów sumienia w stosunku do niego i jego rodziny... Kiedy umarł, wysłałem kwiaty z dopiskiem: ‘Przepraszam i dziś już tylko płaczę’”.
Ja zdaję sobie sprawę z tego, że sytuacja zrobiła się trochę dziwna. Z jednej strony mamy ten film, a więc, jak by nie patrzeć, najczystszy pop, z drugiej owo zdjęcie, gdzie, choćbyśmy nie wiem, jak się starali, widzimy kogoś, kto z całkowicie spokojną twarzą strzela człowiekowi w głowę, no a ja na to wszystko zaczynam opowiadać jakieś tam naprawdę zupełnie nieistotne anegdoty. Dobra więc, stoję wobec tych zarzutów z odsłoniętą piersią i proszę o jeszcze. Proszę mi też jednak pozwolić powtórzyć to, co powiedziałem już nieco wcześniej: naprawdę nigdy nie zaszkodzi wiedzieć.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Szczerze zachęcam.

niedziela, 29 kwietnia 2012

O ślinie, którą niesie wiatr ze Wschodu

Parę dni temu na tym blogu wspomniałem postać Richarda Nixona. Zdaję sobie naturalnie sprawę z tego, że czasy mamy takie, że bardzo wiele osób, choćby i bardzo wykształconych i ciekawych świata, nie ma pojęcia kim był Richard Nixon, ani tym bardziej po co o nim w ogóle powinniśmy mówić. Wiem też jednak, że wielu z tych, którzy akurat o Nixonie słyszeli i w dodatku świetnie wiedzą, dlaczego spośród tylu prezydentów Stanów Zjednoczonych, o nim wspomina się częściej niż o innych, posiedli tę swoją wiedzę w oparciu o najbardziej ordynarny przekaz propagandowy. Oczywiście nie ma sposobu, by rozmowę o Nixonie sprowadzić do rozmowy o faktach, tak jak nie da się dyskutować postaci historycznych, czy w ogóle jakichkolwiek zdarzeń, w sposób rozstrzygający, z tej to prostej przyczyny, że historia – podobnie jak sam człowiek – jest materią zbyt skomplikowaną, by cokolwiek móc powiedzieć na pewno. Spójrzmy choćby na zdarzenia tak z punktu widzenia polityki czy moralności pozornie jednoznaczne, jak zagłada Żydów, czy komunistyczna rewolucja. Przecież do dziś wielu, i to wcale nie wariatów, gotowych jest poświęcić życie by udowadniać, że to wszystko wcale nie było takie proste. A my mamy mówić o Nixonie?
Postanowiłem jednak przywołać tę jego postać z dwóch względów. Pierwszy to oczywiście taki, że ja mam autentyczne przekonanie, że Richard Nixon wcale nie był mordercą i zakłamanym durniem, lecz wręcz przeciwnie – był prezydentem wybitnym, jednym z większych w amerykańskiej historii, i choć nie zamierzam tej swojej tezy udowadniać, bo, jak już wspomniałem, jest to absolutnie bezproduktywne, uznałem za pożyteczne dać świadectwo temu swojemu przekonaniu ot tak, dla porządku. Tak jak się daje świadectwa.
Drugi jednak powód jest może jeszcze nawet ważniejszy. Otóż jest faktem, którego się nie da zakwestionować, że Richard Nixon swego czasu, zanim jeszcze trafił do przekazu popularnego jako ofiara losu, kłamca, oszust, ale też i morderca dzieci – o czym później – był politykiem absolutnie wybitnym. W roku 1960 przegrał prezydenturę z Johnem Kennedym – dziś, co ciekawe, przez tych samych, którzy Nixona potępiają, uważanym za prezydenta jednego z największych – o tak niewielki ułamek procenta, że niektórzy do dziś twierdzą, że gdyby ten wynik zaskarżył, Kennedy prawdopodobnie by sobie przez wiele jeszcze lat spokojnie żył. W końcu jednak jak wiemy Nixon tym prezydentem został, i, co ciekawe, tym samym został chyba jedynym kandydatem, który zdołał się podnieść po wcześniejszej porażce. Chyba nie ma przypadku, o ile czegoś nie przegapiłem, by w Stanach Zjednoczonych pojawił się kiedykolwiek polityk, który najpierw znalazł w sobie wystarczająco siły, by kandydować w wyborach prezydenckich, przegrać, a potem zdobyć nominację raz jeszcze i ostatecznie tę walkę wygrać. A to musi o Nixonie jako o polityku świadczyć jednoznacznie dobrze.
Ale jest jeszcze coś. Nixon był prezydentem dwukrotnie, a jego zwycięstwo po pierwszej kadencji do dziś uchodzi za unikalne. Można powiedziec, że nikt przed nim i tym bardziej po nim nie odnotował tak miażdżącego zwycięstwa nad swoim kontrkandydatem. Nawet Reagan, nie wspominając już o Clintonie, czy Obamie – kolejnych dwóch bohaterach kultury masowej. I to znów może świadczyć tylko o tym, że Richard Nixon – zanim go historia znienawidziła, a medialna propaganda zrobiła z niego karykaturę – był politykiem najwyższego kalibru. A co mamy dziś? Opinię, że George W. Bush to w amerykańskiej historii prezydent absolutnie najgorszy… zaraz po Richardzie Nixonie.
I to jest właśnie przyczyna dla której uważam, że warto Nixona wspominać. I to wcale nie koniecznie ze względu na niego samego i jego polityczne sukcesy, bo jak mówię, tu zawsze pojawi się ktoś, kto ma coś przeciwnego do powiedzenia ale przez to, że historia jego sukcesu i upadku, prawdopodobnie jak żadna inna, fantastycznie komentuje to z czym mamy do czynienia dziś. Choćby tu, w Polsce. A mianowicie totalnym zwycięstwem popkulturowego kłamstwa.
Richard Nixon był prezydentem, który wszedł w okres swojego urzędowania z zadaniem zakończenia wojny w Wietnamie i postanowienie to praktycznie wypełnił. Nie zmieniło to jednak faktu, że trochę przez tę wojnę, ale przede wszystkim przez to, że przez znaczną część lat 60-tych amerykańskie społeczeństwo, zwłaszcza na poziomie szkół, uniwersytetów i środowisk artystycznych, było bardzo skutecznie poddane sowieckiej propagandowej manipulacji, społeczna atmosfera w Ameryce była już tak napięta, że cokolwiek Nixon by zrobił, cokolwiek powiedział, cokolwiek obiecał, popularny przekaz, stawiał go od początku na pozycji przegranej. On w roku 1972 oczywiście zdobył te swoje niemal 50 milionów głosów, jednak nie zmieniało to faktu, że od początku do samego końca tej prezydentury przez znaczną część popularnej opinii był traktowany jak ktoś kto zasługuje tylko na to by go opluć. Opluć w sposób jak najbardziej dosłowny. I ja dziś chciałem trochę opowiedzieć właśnie o tym pluciu.
Bob Greene, dziennikarz „Chicago Tribune”, na przełomie lat 60-tych i 70-tych, jak sam dziś przyznaje, stanowił dumną część towarzystwa, które na sam dźwięk nazwiska „Nixon” ogarniało czyste pragnienie mordu. Skąd takie napięcie? Greene za bardzo nam tu dziś nie pomoże, ale za to przeprowadził po latach wywiad z Nixonem, w którym pyta byłego prezydenta o to, jak on tamte nastroje odbierał. A Nixon mówi, ze owszem, on doskonale był ich świadom, ale starał się z nimi zyć i je na swój sposób ignorować. Opowiada w pewnym momencie, jak to zaraz na początku jeszcze pierwszej kadencji postanowił ogłosić wycofanie pierwszych 25 tysięcy żołnierzy z Wietnamu, i kiedy przygotowywał się do tego wystąpienia, podeszła do niego śliczna 15-letnia dziewczynka i, krzycząc „ty morderco”, splunęła mu w twarz. Czy to pod wpływem tej historii, czy może dlatego, że już wcześniej dochodziły do niego relacje z tego plucia, Bob Greene przygotował i wydał książkę zatytułowaną „Homecoming”, niemal w całości złożoną ze wspomnień weteranów wojny wietnamskiej z dnia ich powrotu do Ameryki. Wspomnień o tym, w jaki sposób witano ich jeszcze na lotnisku, ale też i potem, kiedy już wrócili do domu. Ciekawa to bardzo książka. Greene wpadł na pomysł tej książki w taki sposób, że ponieważ wciąż słyszał – choć tylko w formie plotek – historie o tym, jak to powracający do domu żołnierze byli opluwani przez mijających ich ludzi, postanowił zwrócić się do tamtych żołnierzy sprzed lat z jednym pytaniem: ”Czy został pan opluty?” No i z tego powstała cała książka.
I czego się dowiadujemy? Otóż tak. To prawda. Ludzie pluli. Różni ludzie. I dzieci, i studenci, ale też i starsi; pluli hippisi, ale pluli też zwykli, niczym nie wyróżniający się obywatele. Pluli chłopcy i pluły dziewczęta. Pluli wszyscy, i plując wypowiadali słowa przeróżnie, a więc tak jak tamta dziewczynka do Nixona „you murderer”, ale też „baby killer”, „baby burner”, „fascist pig”. Różnie. Pluli żołnierzom w twarz, pluli pod nogi, ale często też pluli na medale, jakie ci żołnierze mieli przyczepione do piersi. A żołnierze? Cóż oni? To wszystko najczęściej byli 19, 20, czy 21 letni chłopcy, i, wedle niemal wszystkich relacji, musieli to znosić, bo byli w mundurach, a mundur stanowił zaszczyt i jednocześnie zobowiązanie. Więc tylko wycierali tę ślinę i przemykali pod ścianami. Opowiadają ci żołnierze w tej szczególnej ankiecie, że zdarzało się, że w barze odmawiano im obsługi, a kiedy siedzieli w sali odlotów, czekając na swój samolot, ludzie się od nich odsuwali. A oni siedzieli, z tymi medalami, wygoleni, ledwo dwudziestoletni i było im wstyd jak jasna cholera.
Nie jest też oczywiście tak, że wszyscy ankietowani przez Greene’a weterani potwierdzają to plucie. Wielu mówi, że to nieprawda. Że nikt nigdy nikogo nie opluł. Jest nawet pewien człowiek, który przeprowadza dowód, że historie o tym pluciu to wierutne kłamstwo. Owszem, zdarzało się, że ktoś ich zwymyślał, lub odmówił obsługi, niekiedy ktoś rzucił jajkiem, bywało że ktoś odpalał im pod nogami petardy, żeby zobaczyć jak odruchowo ze strachu padają na ziemię, ale plucia nie było. Są też tacy, którzy w ogóle nie mają złych wspomnień. Dla nich powrót był wyłącznie bardzo miłym i radosnym przeżyciem. Niemniej faktem jest, że wystarczająco wielu z nich potwierdza fakt plucia, by można było przyjąć, że w tamtych dniach to była autentyczna plaga. Że wtedy, na przełomie lat 60 i 70 w dobrym tonie było podejść do powracającego z Wietnamu żołnierza i go opluć. I rzucić w jego stronę: „Ile dzieci dziś zabiłeś?”
Czemu tak? Jeszcze raz muszę powiedzieć, że nie wiadomo. Ale pewne jest, że to był na tyle dobrze zorganizowany teatr, a aktorzy na tyle różnego pochodzenia i różnych talentów, że oni musieli mieć wspólnego nauczyciela, i to nauczyciela nie bylejakiego, który im najpierw powiedział, że mają przyjąć pewną rolę, następnie ich tej postawy nauczył, a następnie polecił ją konsekwentnie realizować. Dziś powszechnie znamy nazwisko zaledwie jedną z tych osób, które administrowali tamtą nienawiścią, a i to na szczeblu bardziej niż podstawowym. Oto Jane Fonda, słynna amerykańska aktorka, w Polsce znana niektórym choćby z tego, że w czasach PRL-u wsparła naszą tak zwaną „solidarnościową rewolucję”, w roku 1972 udała się z dwutygodniową wizytą do Hanoi, gdzie wzięła udział w starannie wyreżyserowanym na potrzebie komunistycznej propagandy teatrze, skutkiem czego wielu amerykańskich żołnierzy przytrzymywanych w wietnamskich więzieniach, zostało zamęczonych na śmierć. Nie będę tu opisywał tego wszystkiego, co ona przez te dwa tygodnie zrobiła i powiedziała. Kto będzie chciał, ma Internet, więc poradzi sobie i beze mnie. Chcę jednak wspomnieć jej wystąpienie po wielu już latach, w którym postanowiła przeprosić weteranów i ich rodziny, wprawdzie nie za to, za co powinna najbardziej, ale zaledwie za pewne nieistotne w całym kontekście zdjęcie. I wprawdzie nie do końca szczerze i bez większych istotnych konsekwencji, ale w na tyle charakterystyczny sposób, że pozwolę go tu sobie ową wypowiedź zacytować:
„Stało się to podczas ostatniego dnia mojego pobytu w Hanoi. Byłam tą wizytą fizycznie i emocjonalnie wykończona… Tłumacz powiedział mi, że żołnierze chcieli mi zaśpiewać piosenkę. Oni więc śpiewali, a on tłumaczył mi jej tekst. Była to piosenka o dniu, w którym w Hanoi na Placu Ba Dinh ‘Wujek Ho’ ogłosił niepodległość. Słuchałam tych słów: ‘Wszyscy ludzie stworzeni zostali równymi; mają swoje prawa; wśród nich życie, wolność i niepodległość”. To są słowa, które Ho wypowiedział podczas tej historycznej uroczystości. Zaczęłam płakać i klaskać. Nie powinniśmy traktować tych ludzi jak wrogów. Dla nich ważne są dokładnie te same słowa co dla nas, Amerykanów… Zaśpiewałam z pamięci piosenkę ‘Day Ma Di’, napisaną przez południowowietnamskich studentów w proteście przeciwko wojnie. Oczywiście to moje śpiewanie było porażką, ale wszyscy i tak byli zachwyceni, że przynajmniej spróbowałam. Skończyłam śpiewać. Wszyscy się śmiali i klaskali, ja też… Opowiadam to najszczerzej i najuczciwiej jak potrafię: ktoś (nie pamiętam kto) podprowadził mnie pod ten karabin przeciwlotniczy, a ja, wciąż się śmiejąc i klaszcząc w dłonie, usiadłam. Nawet nie bardzo zastanawiałam się, gdzie siedzę. Zaczęły strzelać aparaty… Możliwe, że to wszystko było ustawione, że Wietnamczycy to wszystko tak zaplanowali. Tego się już nie dowiemy. Ale nawet jeśli tak było, nie mam do nich pretensji. Wszystko biorę na siebie. Jeśli faktycznie zostałam wykorzystana, sama do tego dopuściłam… owa dwuminutowa utrata zmysłów będzie mnie prześladowała już zawsze… Jednak fotografia istnieje i mówi sama za siebie, niezależnie od tego, co ja sama sobie wówczas robiłam, czy myślałam. Jest mi z tym bardzo ciężko. Wielokrotnie już przepraszałam żołnierzy i ich rodziny z powodu bólu, jaki im sprawiłam tą fotografią. Nie było nigdy moją intencją krzywdzić kogokolwiek”.
Oczywiście głos kogoś takiego jak Jane Fonda, wzywający do tego by zabijać amerykańskich żołnierzy, i określający Richarda Nixona jako „nowego Hitlera”, musiał mieć dla owej szczególnej części amerykańskiego społeczeństwa pewne znaczenie, jednak mam nadzieję, że nikt z nas nie jest na tyle naiwny, by sądzić, że jakaś aktorka – choćby nie wiadomo jak ważna - mogła dojść do tego zupełnie sama. Nie ma takiego sposobu, by to ona była tam liderem. Zarówno bowiem Fonda, jak i to całe artystyczno-profesorskie towarzystwo, stali znacznie bliżej tych, którzy pluli, niż tych, którzy pluć kazali. A kim byli ci – możemy tylko przypuszczać. Podobnie jak możemy tylko przypuszczać, gdzie oni są dzisiaj, co porabiają, i jakie mają plany.
Myślę jednak, że moja wiara w to, że są wynaturzenia, których naturalny bieg historii nie jest w stanie tolerować, jest słuszna. Że zawsze, prędzej czy później musi dojść do tego, że ludzie, choćby najbardziej zaczadzeni, się obudzą i otrząsną ze swego szaleństwa jak ze złego snu. Wprawdzie taka Jane Fonda akurat dobrym przykładem tego przebudzenia nie jest, natomiast zacytowane wyżej oświadczenie daję i nam pewną satysfakcję, i nadzieję na coś bardzo szczególnego. Otóż bardzo bym chciał doczekać dnia, kiedy – z jakiegokolwiek na dobrą sprawę powodu – Donald Tusk zostanie zmuszony do tego, by siąść i napisać coś, co się będzie zaczynało od takich słów: „Stało się to tuż po tym, jak przyjechałem do Smoleńska. Byłem tą podróżą fizycznie i emocjonalnie wykończony… Tłumacz powiedział mi, że rosyjski premier chciał mi coś powiedzieć. On więc mówił, a tłumacz tłumaczył mi jego słowa. I wtedy on mnie objął, a ja się przytuliłem do niego. Sam nie wiem, jak to się stało…”. I dalej w ten sam sposób. Mam nadzieję, że tego dożyję. Czego wszystkim – w tym również oczywiście jemu – życzę.
Na koniec przytoczę pewną wypowiedź jednego z tych żołnierzy, którym udało się nie spotkać na swojej drodze Jane Fondy i jej protektorów, którego w dodatku nawet nikt nigdy ani nie opluł, ani nie zwymyślał, ale który swój żal w kwestii tego jak go powitano, gdy wrócił z Wietnamu, wyraził w sposób tak głęboki, że moim zdaniem wart zrelacjonowania:
„Nikt mnie nigdy nie opluł. I nie znam nikogo, komu by się to przytrafiło. Chociaż…
W grudniu 1968 roku miałem 20 lat i właśnie, po 13 miesiącach zabijania, czołgania się we krwi i spieprzania przed pociskami, wróciłem do kraju, i kelnerka w barze na lotnisku w San Francisco odmówiła mi sprzedaży piwa, tłumacząc mi, że prawo stanowe zakazuje podawania alkoholu osobom poniżej 21 roku życia. A ja sobie myślę, że jeśli dla kogoś kto był dwukrotnie ranny i jedynie cudem nie umarł to nie jest obrazą, to ciekawe, co nią jest.
Uczciwie powiem, że już chyba wołałbym by ona mnie jednak opluła”.
A ja od siebie, już na sam koniec proponuję wszystkim, byśmy jednak zechcieli traktować historię jako naukę.

Wszystkich, którym ten tekst w jakikolwiek sposób był potrzebny, proszę o wspieranie tego bloga. Zarówno w sposób bezpośredni, a więc przekazywanie wpłat na podany obok numer konta, jak i przez kupowanie mojej książki. Naprawdę warto. Dziękuję.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...