środa, 31 maja 2017

Polska bez głowy i bez serca, czyli trup



Wydaje się, że nawet ludzie tak cyniczni jak my, nie możemy nie zareagować na kolejne doniesienia na temat właśnie ujawnianej zawartości kolejnych smoleńskich trumien. Niezależnie bowiem od tego, jakie były faktyczne przyczyny Katastrofy, czy tam – jak mówią ludzie naiwni i prości – faktycznie doszło do wybuchu, czy może, jak mówią ludzie kulturalni i wykształceni, niedoświadczeni piloci ulegli naciskom nad wyraz doświadczonych polityków i rąbnęli tym samolotem w drzewo, na końcu bowiem tej czarnej opowieści, jak się okazuje, są już tylko owe otwarte trumny, a w nich, to czego ani jedni ani drudzy nie przewidzieli nawet w najbardziej obłąkanych snach. Stoimy więc nad tymi trumnami, w których kawałki ciał są wymieszane z niedopałkami papierosów, a wszystko zawinięte w czarną budowlaną folię związaną sznurkiem i nie pozostaje nam już nic innego, jak spojrzeć „odejrzeć się” temu nieszczęściu prosto w oczy i chyba się jednak zamknąć. Napisałem w tej sprawie krótki felieton dla „Warszawskiej Gazety”, który tu się ukaże w weekend, natomiast dziś może przypomnę tekst, którego większość z nas albo nie pamięta, albo w ogóle nie miała okazji czytać, napisany w tamtym gorącym bardzo czasie specjalnie dla nas przez naszego Dobrego Księdza, Rafała Krakowiaka. Bardzo zachęcam:





      Najpierw dorzucę swój kamyczek do metafizycznych interpretacji Katastrofy. Jest odwiecznym zwyczajem, że od 5 niedzieli Wielkiego Postu, w naszych świątyniach zakrywa się krzyże, albo wręcz wynosi się je z kościoła. Istnieje wiele interpretacji tego zwyczaju (zasłona jako znak tajemnicy, którą jest Boża miłość do człowieka; „post dla oczu”; znak uniżenia się Syna Bożego), ale mnie osobiście zawsze odpowiadała ta, której sensem było pytanie: „Wyobraź sobie, co by się stało ze światem, z ludźmi, z Tobą, gdyby nie było tego wszystkiego, co krzyż sobą wyraża?
      Ta myśl o braku obecności krzyża i wynikających z tego konsekwencjach, przyszła mi do głowy w sobotę, 10 kwietnia, gdy w telewizyjnych relacjach opisujących mordercze cechy smoleńskiej mgły, pokazywano katyński krzyż, jego cień i te puste krzesła, na których nikt już nie usiadł… Przyszła mi ta myśl do głowy, bo ktoś powiedział, że w prezydenckim samolocie była cała Polska. Była tam cała Polska (taka, jaką Ona w swej różnorodności jest, w wymarzonych przez śp. Prezydenta ideowych proporcjach, oraz z tym, co z owych proporcji może wynikać), ponieważ Lechowi Kaczyńskiemu – i pewnie Bożej Opatrzności – zależało, by cała Polska (właśnie taka!) pokłoniła się Ofiarom Katynia i by cały świat to zobaczył. No i zobaczył…
      I ta Polska została zasłonięta, zabrana. Pozostała pusta przestrzeń (albo jak chce Lech Wałęsa: Polska z obciętą głową i wyrwanym sercem, tzn. trup), w którą żałobnie się wpatrujemy, mając okazję by zastanowić się, co się stanie ze światem, z Polakami, jeśli Polski (z wiadomymi ideowymi proporcjami i różnorodnością) nie będzie i nie będzie tego wszystkiego, co taka Polska sobą stanowi.
I Pan Bóg w dobroci swojej pokazuje nam co się stanie.
      Pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest wreszcie państwem, które tak dobry człowiek jak premier Putin, traktuje z należytą atencją. Może to już czynić, ponieważ – jak to wczoraj ocenił moskiewski dziennik "Kommiersant" – po tragedii w Smoleńsku powstała sytuacja, w której możliwy jest prawdziwy przełom w stosunkach między Rosją i Polską, a – cytuję: "ci politycy w Polsce, którzy opowiadają się za pojednaniem z Rosją, otrzymali taką swobodę manewru, o jakiej tydzień temu mogli tylko marzyć".
      Prawda, że to jest piękne?
      Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup) może być zarządzana bez głowy i serca, co unaocznia nam wszystkim biedny i jakoś taki zdziwiony premier Tusk (dlaczego zdziwiony? Przecież jako dobry chrześcijanin, głęboko przeżywający w niedawnym Wielkim Tygodniu tajemnice Męki Pańskiej, powinien był wiedzieć, że gdy dzieje się jakieś zło, to działa wtedy ręka szatana, posługująca się niekiedy ręką całkowicie materialną, oraz Ręka Bożej Opatrzności, która – z szacunku dla ludzkiej wolności – zło dopuszczając, z tego zła dobro wyprowadza. Czyżby Pan Premier poczuł się zaskoczony obecnością ręki, pisanej z małej litery?). Oczywiście, premier Tusk osobiście bardzo się stara i na pewno bardzo dba o zachowanie Majestatu Rzeczypospolitej. Stąd też tylko i wyłącznie głupocie jego niefrasobliwych, pozbawionych wyobraźni doradców można przypisać fakt, że wszystkie asy dzierży w swych dobrych dłoniach premier Putin.
      Skoro jednak ambasador Polski w Moskwie, razem ze wszystkimi swoimi ludźmi nie rozpoczął „okupacji” smoleńskiego lotniska, skoro nie podjęto próby (być może naiwnej), by jak najszybciej polskimi siłami to lotnisko zabezpieczyć, skoro nikt z rządu Pana Tuska nie zwrócił się z prośbą o powołanie międzynarodowej komisji (choćby NATO-wskiej) d.s. zbadania okoliczności śmierci Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP i najwyższych polskich dowódców wojskowych, no to co tak prostolinijny i szczery człowiek jak premier Putin miał zrobić? Pozwolić, by we wraku zderzonego ze smoleńską mgłą prezydenckiego samolotu, grasowały jakieś cmentarne hieny? Oczywiście, że nie mógł na coś takiego pozwolić. A to, że przy okazji wpadła mu w ręce możliwość by sprawić (np. sugestią, iż w smoleńskiej katastrofie, miały swój „ręczny” udział polskie służby specjalne), aby premier polskiego rządu przytulał się do niego skwapliwie, ufnie i na zawołanie, świadczy tylko o tym, że Premier Rosji wie doskonale, iż polityka to m.in. sztuka wykorzystywania możliwości.
      Bóg pokazuje, że Polska bez głowy i serca (tzn. trup), jest już gotowa na to, by usłyszeć rosyjskie „przepraszamy za Katyń”. Co prawda, do niedawna oficjalne stanowisko Kremla (równoległe do klękania premiera Putina w Katyniu) wyrażone przed sądem w Strasburgu było następujące: „Nie udało się potwierdzić okoliczności schwytania polskich oficerów, charakteru postawionych im zarzutów i tego, czy je udowodniono, ani też tego, czy Polaków w ogóle rozstrzelano” – ale cóż, sytuacja rozwija się w sposób dynamiczny.
      Gdy w minioną sobotę, o godz. 8:56 pojawiła się owa wspominana już, a wymarzona swoboda manewru, nic nie stoi na przeszkodzie (nawet zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji, ze strony bezczelnych i chciwych potomków katyńskich ofiar, chcących swymi roszczeniami oskubać biedne rosyjskie państwo na sumę przynajmniej 22 miliardów dolarów), by prezydent Miedwiediew mógł powiedzieć, że katyński mord został dokonany z polecenia najwyższych władz radzieckich, w tym Józefa Stalina. Możemy tylko domniemywać, dlaczego sobotnia katastrofa w sposób tak nagły zwiększyła bezpieczeństwo naszych rosyjskich przyjaciół, ale tak czy inaczej czują się bezpieczniejsi i już.
      Bóg pokazuje także i to, że Polska bez głowy i serca, jest znakomitym, pragmatycznym i elastycznym partnerem gospodarczym. Wymarzona swoboda manewru, która jakże niespodzianie (żeby nie powiedzieć: szczęśliwie) pojawiła się w minioną sobotę, daje możliwość chociażby sfinalizowania polsko-rosyjskiej umowy o dostawy gazu ziemnego do Polski. Dzięki temu obecny i następne polskie rządy, nie będą sobie musiały zaprzątać głowy dywersyfikacją dostaw (te wszystkie kosztowne, nie mające ekonomicznego uzasadnienia gazoporty, azerbejdżańskie rury, czy mityczne łupkowe gazy), bo i faktycznie, sama myśl o innych źródłach paliw niż rosyjskie, jest nadużyciem zaufania i wielką krzywdą wobec tych, którzy okazują nam tak wielkie zrozumienie i solidarność.
      Na tę nową, ekonomiczną jakość Polski, rynki finansowe zareagowały pozytywnie, czego znakiem było to, iż w miniony poniedziałek, na warszawskiej giełdzie „WIG20 po spokojnej sesji wzrósł o prawie 1 proc., czym ustanowił nowy rekord zwyżki i pokazał swoją siłę”. I trzeba się z tego cieszyć, bo jak mówi jeden z finansowych analityków (Piotr Kuczyński), po sobotnich wydarzeniach „rządząca koalicja (przez rynki odbierana jako dla nich korzystna) umocniła się. Pamiętać też trzeba, że wybór nowego szefa NBP zapewni jednolitość opinii na linii RPP – NBP – rząd. Znikną swary. Dlatego też, brutalnie mówiąc, inwestorzy zagraniczni mogą niedługo jeszcze lepiej oceniać sytuację w Polsce”.
      Coś pięknego!
      No i na koniec, a propos – jak to taxer nieco wyżej ładnie ujął: „obrzydliwej w treści, a ślicznej w formie” notki toyaha, Bóg pokazuje nam, że Polska bez głowy i serca, będzie Polską ruskich buców (powodowany ostrożnością procesową wyjaśniam, że określenie „ruski buc”, jest na blogu toyaha terminem technicznym, opisującym coś co jest bardzo osobiste, intymne, wręcz ontologiczne - a skutkujące mentalnością charakteryzującą się wewnętrzną pustką, kulturowym wykorzenieniem, pobłażliwym stosunkiem do fałszu i lekceważeniem dla prawdy, swego rodzaju bezwzględnością i innymi tym podobnymi przymiotami).
      Oczywiście, biorąc pod uwagę to, co napisałem wyżej, należy zauważyć, że te nasze swojskie, ruskie buce, to jednak druga liga, w porównaniu ze wschodnimi mistrzami. Tym niemniej pomysł, propagowany przez tak wiele znakomitych autorytetów, by nienawiść i szaleństwo w imię jedności społeczeństwa podnieść do rangi normy powszechnej, ze wszech miar zasługuje na uznanie.
Czy to już wszystko, co dobry Bóg nam pokazuje? Oczywiście, że nie. Bóg pokazuje także i to, że nadszedł czas, by się na coś zdecydować: albo na żywą (w wiadomych ideowych proporcjach i różnorodności) Polskę Kaczyńskiego, (i tu trzeba się liczyć chociażby: z zimnym wiatrem i mgłą z Rosji, niezadowoleniem inwestorów zagranicznych, rechotem i fuckami ruskich buców), albo na święty spokój Polski martwej, nie mającej wpływu na bieg spraw politycznych, gospodarczych czy społecznych.
      Nie wiem dlaczego właśnie teraz nadszedł czas wyboru. Ale wiem, że Bóg pokazując nam to wszystko pragnie, byśmy wybrali dobrze. Już wkrótce zasłona będzie zdjęta. Czas namysłu minie. Polska nie jest jeszcze trupem. Na razie śmierć dotknęła Jej symbole. To jest bolesne, ale Polska jest, żyje. Patrząc na tłumy chcące pokłonić się Prezydenckiej Parze, jestem optymistą. Tych ludzi żadne wulkaniczne pyły nie przykryją.
      No i jest Pan Jarosław, który owych ludzi – daj Boże! – poprowadzi.


Przy okazji apelu dotyczącęgo specjalnego wydania „Newsweeka”, dwóch czytelników uznało, że mój tekst zasłużył na swoistą refundację, co wprawdzie na porządnego singla nie wystarczyło, ale za to kupiłem sobie dwupłytowe winylowe wydanie „My Life in a Bush of Ghosts” Davida Byrne’a i Briana Eno. Cudo! Bardzo dziękuję. Już niedługo, bo w przyszły weekend w Bytomiu odbędą się organizowane przez Piotra i Coryllusa już po raz drugi targi książki, a do tego czasu zapraszam do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki.

wtorek, 30 maja 2017

Podchodzą mnie wolne numery, czyli króciaki - rozdział kolejny

No i znów kolejny tydzień minął nam jak z bicza strzelił, jutro znów środa, a wraz z nią kolejny numer „Polski Niepodległej”. Tradycyjnie więc, zachęcam do kupowania tego naprawdę mocnego tygodnika, choćby po to, by spobie poczytać kolejną porcję moich krótkich kawałków na tematy różne. Dziś, jeśli ktoś nie zdążył kupić numeru poprzedniego, owe „króciaki” z przed tygodnia. Zapraszam.



Trochę dla zasady, a trochę też ze zwykłego, mocą Bożą przykazanego nam szacunku dla osób duchownych, nie zajmowaliśmy się tu dotychczas księżmi. No dobra, zrobiliśmy przy jakiejś szczególnej okazji wyjątek dla księdza Sowy, no ale powiedzmy sobie szczerze – jeśli on któregoś dnia wreszcie się zachowa się jak mężczyzna, zrzuci tę krepującą go sutannę i zacznie handlować kubańskimi cygarami, to nikt nie powie, że jemu się tak porobiło zaledwie wczoraj. A zatem, ksiądz Sowa jest poza dyskusją. Dziś natomiast robimy kolejny wyjątek i słuchamy tego, co ma nam do powiedzenia sam biskup Tadeusz Pieronek. Proszę się skupić: „Wkrótce w każdym miasteczku będzie musiał być pomnik Lecha Kaczyńskiego, jak w Związku Sowieckim pomnik Stalina. Rosjanie, żeby podlizać się rządzącym, stawiali pomniki Stalina. Powstawały jak grzyby po deszczu od Moskwy po najmniejsze miasteczka. W każdym domu musiał wisieć portret Stalina. Można próbować wprowadzić taką religię, ale to będzie religia Kaczyńskiego, nie religia chrześcijańska. […] Jeszcze niech w każdym domu będzie portret Lecha Kaczyńskiego, przed którym trzeba będzie się kłaniać, jak w Korei Północnej”. Czy przypadkiem nie jest tak, że, jak powiedział ktoś bardzo mądry, najniższy krąg piekła zarezerwowany jest dla biskupów?

*
Swoją drogą, to bardzo ciekawe, że stacja TVN24 nie wypełnia całego swojego przekazu rozmowami z osobami duchownymi. Czyż to by nie podniosło im notowań? W końcu cóż może jeden ksiądz Sowa plus jakiś zbłąkany dominikanin, gdy walka trwa w najlepsze? Tymczasem tam wciąż na zmianę albo Cimoszewicz, albo Marcinkiewicz. Choć, przyznaję, ostatnio coś drgnęło, bo do łask wrócił Ludwik Dorn i od razu walnął z grubej rury: „Sam Błaszczak powiedział: lepiej płacić karę niż przyjmować uchodźców. Rząd PiS zdaje sobie sprawę z tego, że odmowa przyjęcia uchodźców ma swoje konsekwencje dla Polski, ale liczy na to, że dzięki temu wygra kolejne wybory, bo im gorzej dla Polski, tym lepiej dla PiS-u". A zatem, wygląda na to, że tak naprawdę to Kaczyński, wykorzystując swoje wpływy w europejskich instytucjach, naciska na to, by Polska wreszcie została obłożona jakimiś poważniejszymi sankcjami, a Tusk, Timmermans i cała reszta posłusznie realizują jego cwane plany. A wszystko po to, by PiS wygrał kolejne wybory i wprowadził regularny faszyzm. Pomyśleć tylko, że kiedyś zupełnie poważnie mówiono, że Dorn to człowiek prawie tak samo inteligentny jak Jan Maria Rokita. Szalenie.

*
Z tym Rokitą to w sumie jest bardzo ciekawa sprawa. Dziś czołowy publicysta rządowego tygodnika „W Sieci”, a w czasach gdy hartowała się III Rzeczpospolita, szef Urzędu Rady Ministrów w rządzie Hanny Suchockiej, człowiek, który w dniach, gdy służby fizycznie eliminowały kolejno, jednego po drugim, ludzi dla ówczesnego systemu niewygodnych, udzielił oficjalnej wypowiedzi dla mediów i zapowiedział, że Państwo z całą surowością będzie niszczyło jakiekolwiek próby zakłócania porządku publicznego. Oczywiście wszyscyśmy wtedy myśleli, że to chodzi tylko o tę kukłę Wałęsy, którą rzekomo chciał spalić Kaczyński, jednak historia naszą naiwność wyprostowała bardziej niż mogliśmy się tego spodziewać w najczarniejszych snach. Swoją drogą, ciekawe ile oni mu płacą. Ze źródeł zbliżonych dowiadujemy się, że on się ceni co najmniej tak samo, jak Zybertowicz z żoną. Co najmniej.

*
Ja wiem, że o pieniądzach w dobrym towarzystwie gadać jest bardzo niezręcznie, bo to i rodzą się podejrzenia o zwykłą zawiść, albo, co jeszcze gorsza, o lewicowe skrzywienie. Sam choćby autor tych kawałków został niedawno oskarżony przez Rafała Ziemkiewicza o to, że pracuje za darmo i wszystkich zachęca do tego samego. Tak czy inaczej, temat w sposób naturalny wraca, a wraz z nim osoba Piotra Ikonowicza, który nie znika z publicznej przestrzeni od niemal już 30 lat i najwyraźniej radzi sobie znakomicie. Kim jest Piotr Ikonowicz, poza tym, że bratem gwiazdy stacji TVN Magdy Gessler, tego nie wie nikt. Gdzieniegdzie pojawiają się informacje, że Ikonowicz to tak zwany „społecznik”, no ale nie oszukujmy się, ile można wyciągnąć miesięcznie z bycia społecznikiem? Niektórzy mówią, że on jest na utrzymaniu siostry, z drugiej jednak strony słychać, że Gesslerowie nie mają nic poza długami. No a w tej trudnej dla nas sytuacji pojawił się nie kto inny jak sam ojciec Rydzyk, który nam wszystko odpowiednio naświetlił, a całość jak trzeba zrelacjonował nie kto inny, jak sam pan Piotr. Otóż spotkał się on ostatnio z ojcem Rydzykiem, by załatwić jakieś obywatelskie sprawy Torunia i niestety spotkanie zakończyło się dla Ikonowicza porażką. Posłuchajmy samego Ikonowicza: „Do tego ciągle nazywał mnie komunistą. Myślę, że pewni ludzie Kościoła mają wciąż w sobie szacunek do komunistów, bo ci mieli realną władzę. Im się silna władza podobała. Podejrzewam więc, że ojciec Rydzyk nazywając mnie komunistą, chciał dać mi do zrozumienia, że jestem twardy i sprytny. Powiedziałem, że przyjmuję to jako komplement. Rozmowa z nim nie pozostawia wątpliwości, po czyjej jest stronie”. No tak. Po co nam komuniści, skoro mamy 500+? Panie Piotrze, zapraszamy. Swoją drogą, rozmowa z ojcem Rydzykiem to musiał być prawdziwy hit.

*
Ja tak tu rozdaje te zaproszenia, a nie wiadomo, czy się kolejka nie zablokuje i biedaczek będzie musiał się jednak zwrócić o autoryzację do swoich dawnych kumpli, w tym samego premiera Cimoszewicza. Ten z kolei wystąpił niedawno w zaprzyjaźnionym TVN24 i wygłosił wykład na temat wartości chrześcijańskich. Otóż Cimoszewicz nie jest w stanie pojąć, że „partia, która demonstracyjnie obnosi się zw swoją religijnością potrafiła doprowadzić do tego, że 70 procent chrześcijańskiego społeczeństwa godzi się na to, żeby naruszać elementarne zasady chrześcijaństwa”. Gdyby ktoś nie wiedział, o czym ten nieszczęścik mówi, jemu chodzi o to, żeby tam w tej jego Puszczy Białowieskiej pobudować obozy dla muzułmańskich uchodźców i ich pokochać. Ta empatia to zapewne po tacie. Nie ma jak rodzina.

*
Czy ktoś wie, kim byli rodzice plastyka Rafała Olbińskiego? A przyznać trzeba, że to by była wiedza cenna. Ów wybitny artysta udzielił bowiem wywiadu, dotychczas całkowice nam nieznanemu, portalowi o wdzięcznej nazwie koduj24.pl i wygłosił następującą opinię: "W Polsce są dwie klasy elit. Pierwsza, to arystokracja talentu i arystokracja osiągnięć, arystokracja intelektu i moralności. To są obecnie ci, którzy nie podobają się rządzącym. No i ta druga grupa, to elity z nadania, gdzie nie liczy się merytoryka, tylko jakaś ideologia, bardziej lub mniej fanatyczna. Te elity wywodzą się z tak zwanej bezmiernej miernoty i nie tworzą niczego pozytywnego w życiu narodu. One są wyłącznie destruktywne. Są po to, żeby zaistnieć, na dłuższą metę kompromitują, cofają nasz postęp cywilizacyjny. To jest fanatyzm uważający, że wszyscy inni są gorsi od nas i powinniśmy ich wszystkich zniszczyć. To jest obrzydliwe". Ktoś w miarę przytomy oczywiście zada pytanie, jak można autentycznie, wręcz fizycznie, nienawidzić, a jednocześnie apelowac o wzajemny szacunek, no ale za tego typu logiką stoją lata doświadczeń. A w tej sytuacji faktycznie nie pozostaje nam nic innego jak pytanie: kim byli rodzice Rafała Olbińskiego?

*
Pojawiła się tu na chwilę Puszcza Białowieska, a ponieważ wygląda na to, że nie było sposobu, by jako argument miało tu służyć coś tak nędznego jak Włodzimierz Cimoszewicz, temat musi wrócić. Oto, jak się dowiadujemy od zaprzyjaźnionej stacji TVN24, "ponad 200 aktorów, muzyków, pisarzy i naukowców pisze do najwyższych instancji w państwie, żeby ratować najstarszy w Polsce las - Puszczę Białowieską. Zaczyna ona przypominać pustkowie. - To jest pomnik przyrody, który można porównać do bazyliki na Wawelu - mówi Kamil Sipowicz, muzyk, jeden z sygnatariuszy". Ktoś powie, że tym razem to jednak ciężko przesadziłem. W końcu gdzie Cimoszewicz, a gdzie Sipowicz? Jakby nie patrzeć, Cimoszewicz to jednak były premier, a Sipowicz.. diabli go wiedzą... drobny ćpun, dealer, poeta? A mimo to, da się wyczuć te wibracje, które łączą się gdzieś w okolicach Wawelu. Ależ On tego miejsca nienawidzi!



Zapraszam wszystkich do naszej nowej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek. To jest już ostatnia stacja.



poniedziałek, 29 maja 2017

O profesorze Cwalinie z Archipelagu Gulasz

      Nie trzeba się chyba szczególnie mocno interesować polityką, wystarczy nie chodzić z zamkniętymi oczami i uszami zatkanymi woskiem, by wiedzieć, że jeśli już od tylu lat Europa, czy szerzej rozumiany tak zwany „cywilizowany świat” nie doświadczył wojny, to między innymi dlatego, że dziś, aby najpierw człowieka zniewolić, a następnie odebrać mu wszystko, co ma najcenniejszego, a więc wolność, jaką został na początku obdarowany przez Boga, nie trzeba do tego ani czołgów, ani rakiet ani nawet plutonu egzekucyjnego. Nowoczesny świat osiągnął poziom rozwoju, gdzie wszystko to, co dotychczas było z reguły wymuszane drogą bezpośredniego fizycznego terroru, dziś można uzyskać przy pomocy nadzwyczaj skutecznych i obejmujących niemal każdą dziedzinę ludzkiej aktywności technik manipulacyjnych. I kiedy mówię o propagandzie, wcale nie mam tu na myśli jedynie telewizji, czy w ogóle mediów, czy to elektronicznych, czy też papierowych. Oczywiście to co dostarczane jest nam z ekranów telewizora, czy z okładek kolorowych magazynów, jest przez swoją jednoznaczność najbardziej widoczne, jednak by zrozumieć zasięg owego przemysłu kłamstwa wystarczy choćby w sobotnie popołudnie odwiedzić, miejscową galerię handlową, ujrzeć to elektryzujące światło, ów blask sklepowych wystaw, owe równe rzędy półek wypełnionych starannie pięknie ułożonym towarem, by zadać sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że jesteśmy na autentycznej wojnie i to wcale nie jako żołnierze, ale jako tej wojny ofiary.
      Cześć z nas pewnie przypomina sobie świat przedstawiony w klasycznej powieści George’a Orwella „Rok 1984”, gdzie oczywiście wszystko wręcz tonie we wszechobecnym kłamstwie i terrorze, tyle że z jednej strony, owego terroru na co dzień nie widać, a kłamstwo jest nieustannie zagłuszane propagandą produkowaną na okrągło w tak zwanym Ministerstwie Prawdy. No i proszę też zwrócić uwagę na to, że tam sama wojna obecna jest wyłącznie w równie kłamliwej, jak wszystko inne, propagandzie, której pierwszym celem jest wbicie tak zwanemu „ciemnemu ludowi” w głowy przekonania, że jeśli z entuzjazmem nie przyjmie tego, co mu się oferuje, owa wojna, która się wręcz czai za niewidocznymi drzwiami, zburzy cały ład, porządek i błogi spokój, no i oczywiście przyniesie ze sobą dotychczas nieznany terror. Oczywiście to porównanie nie jest aż tak bardzo proste. Świat Orwella to jednak świat komunizmu – biedny i szary – natomiast ten w którym żyjemy my, to świat tak zwanej liberalnej demokracji i kapitalizmu z ludzką twarzą, gdzie jest i jasno i ciepło i kolorowo, a jeśli człowiekowi od czasu do czasu zrobi się smutno, to zawsze go będzie stać na to, by sobie coś ładnego kupić i w ten sposób się na pewien czas rozpogodzić. Mimo to jednak będę się upierał, że metoda egzekwowania posłuszeństwa, tu i tam jest dokładnie taka sama, oparta na kłamstwie właśnie i strachu przed tym, że owa woda w kranie stanie się któregoś dnia letnia nie do wytrzymania, a kto wie, czy też i nie bardziej żółtawa. I aby ów stan podporządkowania utrzymać, należy stworzyć i utrzymać stały system powszechnej manipulacji, obejmującej, jak mówię zarówno media, literaturę, kulturę oraz rynek tak zwanych dóbr pierwszej potrzeby, od zupek w proszku po tabletek na prostatę.
      A zatem, powtórzmy raz jeszcze, każdy z nas, kto choćby raz na jakiś czas się zatrzyma i rzuci okiem na świat, który go otacza, ma świadomość, że po tamtej stronie stoi niezmiennie owo straszne, niezgłębione kłamstwo, a tu gdzie stoimy my, toczy się walka o to, by się jakoś osłonić przed tym gradem pocisków. No i jeszcze coś, co sprawia, że ów pojedynek robi wrażenie wyjątkowo nierównego. Oto owemu strasznemu atakowi kłamstwa nieustannie towarzyszą płynące dokładnie z tej samej strony ostrzeżenia, byśmy pod żadnym pozorem nie dali sobą manipulować. Te same dokładnie siły, których jedynym celem jest nam zawrócić w głowie i odebrać wszystko co mamy, wciąż nam powtarzają: „Myśl samodzielnie”, „Nie ulegaj propagandzie”, „Miej swój rozum”, „Bądź sobą”, „Nie daj się ogłupić mediom”, „Ufaj swoim emocjom”, „Nie wierz politykom”, no i przede wszystkim „Czytaj dobre książki”, „Oglądaj wartościowe filmy”, „Chodź do teatru”, „Przeżywaj wysoką sztukę”.
      Ktoś mnie spyta, co mi strzeliło do głowy, by tracić czas na takie oczywistości. W końcu sam przed chwilą przyznałem, że każdy w miarę przytomny obserwator, wie jak jest. I to jest fakt, który musimy solidarnie uznać, jednak dzieje się od czasu do czasu też tak, że bezczelność owych kłamców przekracza nawet te granice, do których już się zdążyliśmy przyzwyczaić. Oto tygodnik „Newsweek” wypuścił specjalny numer w objętości niemal 150 stron i w obłędnej cenie 19,99 zł, o następującym tytule „Newsweek Extra – o propagandzie”. To oczywiście zaledwie tytuł, na samej okładce natomiast widzimy jak najbardziej rysunek maszynki do mielenia mięsa, tak by każdy z nas od początku wiedział, jak groźna w tym mieleniu potrafi być zmanipulowana propaganda, no i podtytuły: , „Nie daj się ogłupić – poradnik”, „Jak nami manipulują”, i jak najbardziej zapowiedź tego co w środku: „Nie dla trolli i fake newsów”, „Kościół: Jak utrzymuje rząd dusz”„Ciemny lud ich kupił: Putin, Orban, Trump, Kaczyński”, no i wachlarz najwybitniejszych autorów i jednocześnie, jak rozumiemy, również specjalistów od propagandy i manipulacji: Król, Lewicka, Michalski, Sierakowski, Varga, Warszawski. To oni nam tłumaczą, jak się mamy bronić przed kłamstwem propagandy.
      Wszyscy znamy tygodnik „Newsweek”, choćby z cotygodniowych okładek. Od wielu już lat, nawet nie będąc czytelnikami owego magazynu, jeśli ktoś nas w tej sprawie zaczepi, możemy mieć niemal stuprocentową pewność, że znajdziemy tam Jarosława Kaczyńskiego, z wykrzywioną, albo bezmyślnością, albo szaleństwem, twarzą, ewentualnie księdza głaszczącego po głowie małe dziecko. Podkreślam – od wielu lat, dla każdego w miarę uważnego obserwatora, jest oczywiste, że każdy kolejny numer „Newsweeka” będzie poświęcony albo wdeptywaniu w ziemię Jarosława Kaczyńskiego, ewentualnie oskarżaniu Kościoła o pedofilię, a ostatnio też Polaków o to, że są bandą śmierdzących dzikusów. To jest właśnie „Newsweek” i wie to każdy kto, jak mówię, w miarę uważnie przygląda się temu co się dzieje w publicznej przestrzeni. I w tym momencie ten sam „Newsweek” wypuszcza specjalny numer swojego magazynu, poświęcony rzekomo temu, by nas wszystkich zachęcić do samodzielnego myślenia i do nieulegania politycznej i obyczajowej propagandzie i manipulacjom.
      Wspomnieliśmy o okładkach „Newsweeka”. Zajrzyjmy więc do wnętrza specjalnego wydania owego tygodnika, którego rzekomą misją jest nauczenie nas samodzielnego myślenia. Jak już wspomniałem, oni z myślą o nas zadrukowali niemal 150 bogato ilustrowanych stron. Proszę sobie więc wyobrazić, że, pomijając normalne ilustracje, oraz zwyczajowe zdjęcia autorów, tam są wizerunki zaledwie kilku osób: Hitlera, Trumpa, Jaruzelskiego, Macierewicza i Orbana. Swoją drogą, ciekawe że najwięcej tu oberwał Orban właśnie, i to głównie tytułem poświęconego sobie tekstu: „Wielki brat z Archipelagu Gulasz”. Archipelag Gulasz. To jest naprawdę coś. Śladu komentarza, wyłącznie rzetelna polityczna analiza.
      No i jeszcze na koniec niejaki profesor Cwalina ze swoim poradnikiem zatytułowanym „Dziewiętnaście rad, jak nie dać sobą manipulować”. Wszystkie są naprawdę znakomite, mnie jednak osobiście najlepiej się spodobała rada numer 18: „Nawet jeśli poszukujesz rozrywki (przed telewizorem, komputerem, czy przy lekturze), nie wyłączaj czujności”. A zatem oto rada jak się nie dać zwieść bezwzględnym manipulatorom. Serdecznie Szanownemu Panu Profesorowi Cwalinie dziękuję. Na pewno zapamiętam i się zastosuję.
      Tymczasem siedzę tu dziś, gapię się w tę głupią czerwoną okładkę tego gówna, na które wydałem całe dwadzieścia złotych tylko po to, by Was zabawić i cholera mnie bierze. A zatem, jeśli ktoś uważa, że powyższa notka jest więcej warta, niż owo extra wydanie „Newsweeka”, zwracam się z grzeczną prośbą o refundację owych dwudziestu złotych. Wszelką nadwyżkę naturalnie przeznaczę na alkohol, który spożyję za zdrowie mojej wnuczki, co właśnie weszła w drugi tydzień swojego życia. Oto mój numer konta: 50 1050 1214 1000 0092 2516 8591.

Jednocześnie zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować moje książki. Serdecznie polecam.




niedziela, 28 maja 2017

Powrót reportera bez granic, czyli o tym jak Bronio się sfajdał

Jak już miałem okazję tu informować, z powodu niespodziewanych technicznych komplikacji związanych z wklejaniem obrazków, najpierw nie udało mi się przesłać tekstu, który sobie na dziś zaplanowałem, a następnie, w całym tym zamieszaniu, jak ostatni kretyn usunąłem sobotnią notkę o hyclach z ulicy Czerskiej. W związku z tym oryginalne plany musiałem odłożyć na później i zamiast przygotowanego tekstu, przedstawić swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Ponieważ jednak wszystko wskazuje na to, ze technika się odbiesiła, zrobię tak, że z wczorajszego oraz oryginalnego dzisiejszego tekstu uczynię jeden i go wrzucę tak, byśmy tę niedzielę mieli wypełnioną aż trzema notkami naraz. Proszę popatrzeć, co mi wyszło.


Jestem pewien, że przynajmniej część z czytelników tego bloga pamięta, jak to jeszcze w dawnych czasach, zanim w Smoleńsku doszło do pamiętnej rzezi, w Austrii odbywały się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Przy okazji meczu między naszą drużyną, a gospodarzami, który miał zdecydować o ewentualnym awansie polskich piłkarzy do kolejnej rundy, na stadionie pojawili się prezydenci Austrii i Polski i owa obecność została odpowiednio pokazana w telewizji. To co z owego wydarzenia zapisało się w publicznej świadomości, to dwie rzeczy. Przede wszystkim, podsumowując grę polskiej drużyny, prezydent Kaczyński powiedział „dobry był Boruc bardzo”, z czego antypisowska propaganda stworzyła frazę: „Dobry był Borubar” i rozpropagowała ją na tyle skutecznie, że nikt już nie miał wątpliwości, że Kaczyński to idiota, któremu nagle wydało się, że polski bramkarz ma na nazwisko Borubar, no i od tej chwili to co dziś powszechnie określamy przy pomocy słowa „Smoleńsk” zaczęło przybierać bardzo realnych kształtów. To był prawdziwy hit, natomiast nieco w cieniu owego kłamstwa pojawiło się inne, w postaci rozpowszechnionego w Sieci przez „Agencję Gazeta” zdjęcia, na którym prezydent Lech Kaczyński rozkłada zwykły kibicowski szalik z napisem „Polska”, tyle że ów napis jest prezentowany do góry nogami. Wprawdzie już po chwili okazało się, że owo zdjęcie to zaledwie jedno z całej serii, wykonanej w momencie, gdy Prezydent dopiero rozkładał ów szalik, który już w kolejnej sekundzie znajdował się we właściwej pozycji, jednak ci kłamcy uznali, że trzeba publiczności pokazać akurat to jedno, tak by każdy raz już na zawsze wiedział, co to za nieszczęście z tego Prezydenta. No i odpowiedni przekaz poszedł i konsekwentnie się rozwijał i umacniał, aż doszło do ostatecznego rozwiązania, kiedy to ktoś zdecydował, że trzeba jednak pokazać „temu durniowi”, gdzie jego miejsce i ów pomysł, jak wiemy, został zrealizowany nad wyraz skutecznie.
     I oto ledwo co wczoraj, z górą siedem lat po tamtej zbrodni, dokładnie ci sami ludzie, którzy wówczas tworzyli odpowiednie dla niej podstawy, opublikowali krótki film ze szczytu NATO w Brukseli, na którym, z użyciem doskonale już sprawdzonych metod, spróbowali ukazać prezydenta Andrzeja Dudę jako wiejskiego głupka. Przy pomocy serii wyrwanych z kontekstu ujęć, odpowiedniego montażu, oraz bardzo wyraźnego komentarza, wysłali w świat informację, że prezydent Duda podczas szczytu był albo pijany, albo znajdował się w stanie poważnego psychicznego kryzysu. Sam zresztą sposób, w jaki redaktorzy „Wyborczej” zdecydowali się ową prezentację zatytułować, nie pozostawiał jakichkolwiek wątpliwości, co do ich zbrodniczych wręcz intencji: „Dziwne gesty i śmiechy. Prezydent Andrzej Duda na szczycie NATO zachowywał się bardzo specyficznie”.
      Jak mówię, ów klip stanowi serię bardzo prymitywnych manipulacji, na omawianie których nie ma tu miejsca, natomiast warto zwrócić uwagę na zdjęcie, które całość zapowiada. Widać część brukselskiego towarzystwa, jak pozuje do wspólnego zdjęcia, Andrzej Duda natomiast, w geście zwycięstwa, zupełnie bez sensu, unosi do góry kciuki. I tu znów, jak się okazuje, reporter „Gazety Wyborczej” wykonał całą serię zdjęć, na których zebrani politycy przygotowują się do zajęcia swoich miejsc i przybrania odpowiednich pozycji, i każdy z nich albo się śmieje, albo gestykuluje, albo jeden drugiego poszturchuje, ewentualnie robi jakieś miny, a prezydent Duda akurat wykonuje owo klasyczne „thumbs up”. I to jest akurat ten ułamek sekundy, kiedy to stojący obok niego Macron i Merkel już skończyli, ewentualnie jeszcze nie zaczęli, Duda unosi te kciuki, a ów killer z „Wyborczej” uznał, że to jest moment, by nacisnąć spust. A więc, jak widzimy, wszystko tu stare, stare są hycle...
      Oczywiście, to wszystko jest bardzo smutne, czasem wręcz przerażające, ja jednak mam dla tego cwaniaka, który to wszystko sobie tak sprytnie obmyślił, wiadomość, która mu się raczej nie spodoba. Twój czas już minął. Na wszystko jest już za późno. Jeszcze chwila i nie pozostanie po tobie choćby i pierdnięcie. Już jest po tobie. Mieliście zabić obu i gdybyście się tylko odpowiednio spisali, dziś nie byłoby ani Dudy ani waszej nienawiści. A tak, tę robotę zwyczajnie spapraliście. Wszystko spieprzyliście, więc dziś możecie sobie te wasze grepsy wsadzić w swoje brązowe dziurki. Choćby i wzajemnie.
I tu bym mógł skończyć ten ponury dość tekst, gdyby nie coś co mnie samego zaskoczyło i wprawiło w zupełnie nie najgorszy humor. Oto właśnie znalazłem w sieci ujęcie, choć jeszcze z roku 2010, to już po tym jak władzę przejęły władzy gangi, jak to wówczas ani już Lech Kaczyński, ani jeszcze Andrzej Duda, lecz sam ledwo co upieczony prezydent Bronisław Komorowski zadaje szyku na szczycie NATO w Lizbonie.
Ja wiem, że to jest chwila. Zdaję sobie sprawę z tego, co może zrobić z człowiekiem współczesna technika. Ale czyż nie o tym właśnie w ten czy inny sposób rozmawiamy od lat? Tym bardziej jednak uważam, że powinniśmy dziś wszyscy rzucić okiem na to, do czego tam w owym mgnieniu oka doszło. Czy słyszymy ten rechot, że oto prezydent się nam posrał? Nie? Ciekawe. A cóż to się stało? Czyżby kogoś zatkało?







Z przyjemnością ponawiam apel o nawiedzanie naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie sprzedajemy nasze książki. Polecam.

O tym jak totalna opozycja zabiła Opole

Ponieważ Diabeł jeden wie, dlaczego, nie wklejają mi się tu dziś zdjęcia, z owej szczególnej konieczności, przedstawiam dziś kolejny felieton z „Warszawskiej Gazety”. Tym razem o piosence. A do zdjęcia wrócimy, jak Bóg da, jutro


Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem nazwę „Opole”, natomiast wiem, jak to się stało, że o owym „Opolu” w ogóle usłyszałem. Otóż moja edukacja w tym temacie rozwijała się równolegle ze świadomością, że istnieje coś takiego, jak „Sopot”. Skoro jednak tak, to mogę też zgadywać, że do owej świadomości słowo „Opole” dotarło wraz z pojawieniem się w naszym domu telewizora marki „Szmaragd”, a na jego ekranie czegoś, co nosiło nazwę Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu.
Podobnie jak nie pamiętam początków, tak samo nie pamiętam, kiedy uznałem, że ów opolski festiwal mnie zupełnie nie dotyczy, ale i tu mam pewne podejrzenia. Wydaje mi się, że moment ten musiał nadejść wraz ze stopniowym zanikaniem PRL-u, co oznaczało też pojawienie się czegoś, co nam przedstawiano jako nową falę polskiego rock and rolla, a więc też z czasem, kiedy na tę całą piosenkę ostatecznie machnęliśmy ręką. W końcu, ile można było słuchać zespołu Lombard, czy Lady Pank, no a przede wszystkim, po co?
Mimo to, świadomość tego, że ów festiwal istnieje i że przez tych parę letnich dni w telewizji lecą polskie piosenki, miała w sobie coś pocieszającego, co dawało nam pewność, że nie wszystko jeszcze umarło. Trochę tak, jakby nagle po latach późnym wieczorem można było włączyć telewizor i obejrzeć sobie stare odcinki Doktora Kildare’a, Świętego, czy Kapitana Sowy. Z każdym rokiem było oczywiście coraz gorzej i ostatecznie okazało się, że skoro nie ma Lombardu i Kombi, to zostają już tylko jakieś pozbawione choćby śladu znaczenia gwiazdki, typu Piasek, Kayah, czy Steczkowska i tak zwana „wieczna Marylka”.
No ale Opole wciąż trwało stanowiąc jakiś cywilizacyjny pomost między tym, co szczęśliwie odeszło, a tym co podobnie nieszczęśliwie nastało.
I oto okazuje się, że wystarczyło coś tak w gruncie rzeczy abstrakcyjnego jak myśl jakiegoś Arkadiusz Wiśniewskiego, by owa, było nie było, autentyczna, tradycja przestała z dnia na dzień istnieć. Gdyby ktoś nie wiedział kim jest ów Wiśniewski, śpieszę wyjaśniać. Wiśniewski to aktualny prezydent Opola, któremu przyszło nagle do głowy, że jeśli on wypowie Telewizji Polskiej umowę o współorganizację festiwalu, to w ten sposób upadnie rząd Prawa i Sprawiedliwości i wszystko będzie tak jak było kiedyś, a tymczasem niewykluczone, że z powodu prostej niegospodarności on pójdzie zwyczajnie siedzieć. Ktoś teraz powie, że pies drapał Wiśniewskiego. To co się liczy to fakt, że wreszcie zobaczyliśmy wszyscy, jak ważna jest reforma na poziomie samorządów. I to jest prawda. Natomiast to co jest najważniejsze dla mnie, to lista artystów, których już więcej być może nie będę musiał oglądać, a więc – cytuję – „Kasia Nosowska, Audiofeels, Piasek, Michał Szpak, Grzegorz Hyży, Kasia Popowska, Kasia Cerekwicka i Kasia Kowalska”, a może wreszcie ten rynek się odetka i pojawi się ktoś na miarę choćby Marka Grechuty.


Tak jak wczoraj i jutro i pojutrze, moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam.

piątek, 26 maja 2017

O tym jak Wikipedia napompowała mi ego

No i znów miałem inne plany, niestety stało się coś, co zmusza mnie do pozostania przy kwestiach doraźnych. Część z nas sprawę zna, ja jednak pozwolę sobie na wszelki wypadek przypomnieć. Otóż przy okazji dyskusji pod wczorajszą notką na portalu szkolanawigatorow.pl paru komentatorów zaproponowało mi, bym – i dla wyjaśnienia pewnych nieporozumień, ale też spopularyzowania pewnych zupełnie niezwykłych myśli – zajrzał do Wikipedii i hasło „Zyta Gilowska” uzupełnił o informację na temat książki, którą po jej śmierci wydała Klinika Języka, a zawierająca korespondencję, jaką ona przez ostatnie lata swojego życia prowadziła z pewnym blogerem, którego teksty czytała, ceniła i lubiła komentować. Skorzystałem więc z dobrej rady i już na samym końcu notki, po informacji o śmierci Zyty, dopisałem co następuje: „We wrześniu 2016 roku, nakładem wydawnictwa Klinika Języka i za zgodą rodziny Zmarłej, ukazała się książka Krzysztofa Osiejuka „O samotnej wyspie, zagubionej łodzi i oceanie bez kresu”, zawierająca prywatną korespondencję, jaką w latach 2011-2013 Zyta Gilowska prowadziła z Autorem”.
Zmiany zostały wprowadzone oraz zapisane, no i proszę sobie wyobrazić, że nie minęło pięć minut, jak administracja Wikipedii ową informację usunęła, przywracając wersję poprzednią. No i tu należy się Czytelnikom wyjaśnienie. Otóż jest tak, że wprawdzie Wikipedia stanowi wolne forum – wolne do tego stopnia, że całkiem niedawno przez kilka dobrych tygodni karierę robiło tam hasło „San Escobar” – gdzie jedyną praktycznie granicę owej wolności, teoretycznie przynajmniej, stanowią ewidentne kłamstwa i codzienne eksplozje szaleństwa, których jak wiemy jest pod dostatkiem, jednak właśnie ze względu na owe obostrzenia, pod nazwą „Wikipedyści”, funkcjonuje tam zespół anonimowych woluntariuszy, którzy mają dbać o to, by owa Wikipedia nie skończyła gdzieś na śmietniku Internetu. I oto, jak się okazuje, zaledwie parę minut po tym, jak dokonałem wspomnianej edycji, jeden ze wspomnianych Wikipedystów uznał ją za niezgodną z zasadami i ją usunął. Przy okazji, w specjalnie do tego wyznaczonym miejscu, ukazała się sygnowana przez wikipedystę Jacka, informacja następującej treści: „Przywrócenie poprzedniej wersji. Książka nie jest poświęcona prof. Gilowskiej. Autor nie ma hasła na Wikipedii”. Co jeszcze ciekawsze, z informacji, jakie uzyskałem od czujnych czytelników, wynika jednak, że owo wyjaśnienie zaledwie zastąpiło wcześniejsze, w następującym brzmieniu: „Nie wydaje się, by informacja o prywatnie wydanej książce po śmierci profesor była informacją encyklopedyczną do zamieszczenia w haśle o profesor Gilowskiej. Wymienia się raczej publikacje książkowe autorstwa danej osoby, a nie jakoś z nią powiązane. Książkę tę być może warto natomiast wykorzystać jako źródło do uzupełnienia hasła”.
A zatem, czego się od naszego wikipedysty dowiadujemy? Po pierwsze tego, że w Wikipedii, a więc projekcie ściśle encyklopedycznym, nie zamieszcza się informacji o książkach wydanych „prywatnie”, po drugie, że skoro już się jakieś publikacje wymienia, to „raczej autorstwa danej osoby” i wreszcie po trzecie, że nawet jeśli tu i tam bywa inaczej, to dyskutowana książka „nie jest poświęcona prof. Gilowskiej”. Ups!
Skąd to moje zaskoczenie? Otóż, jak mówię, od opublikowania przeze mnie owych zmian, do ich usunięcia, nie minęło nawet pięć minut, a wikipedysta Jacek już wiedział, że książka „O samotnej wyspie, zagubionej łodzi i oceanie bez kresu” nie została „poświęcona prof. Zycie Gilowskiej”. Przepraszam bardzo ale skąd on to wiedział? Znów przepraszam, ale jedynym wyjaśnieniem owej zagadki jest to, że on tę książkę zna, ewentualnie zna kogoś, kto ją czytał. A skoro tak, to nie ma najmniejszych wątpliwości, że, czy to on, czy ów znajomy, doskonale wiedzą, że książka z listami od Zyty, to jak najbardziej książka poświęcona Zycie i tylko niej. A zatem, czemu kłamią? Odpowiedź na to jest prosta i ja już ją w ten czy inny sposób na tym blogu formułowałem parokrotnie wcześniej. Rzecz w tym, że oni wiedzą coś jeszcze. To mianowicie, kto był adresatem owych listów, kto był ich wydawcą, i dziś, tym razem już z powodów czysto osobistych, zrobią wszystko, by ich nazwiska nie ujrzały światła dziennego. A skoro nie da się nic zrobić by oni zwyczajnie zdechli, niech przynajmniej świat o nich milczy
.
Właściwie od pierwszego dnia, jak prowadzę ten blog, spotykam się z zarzutem, że moje ego jest przerośnięte jeszcze bardziej niż moja prostata, by już nie wspomnieć o brzuchu. Przepraszam bardzo, ale jakie ja mam wyjście, skoro, jak się okazuje, wzięła się za mnie sama Wikipedia? Z pretensjami proszę się więc zwracać do nich.

A książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl.

czwartek, 25 maja 2017

Za co masoni nie lubią listów Zyty Gilowskiej?

Zupełnie uczciwie i szczerze muszę wyznać, że zabieranie się do dzisiejszego tekstu przychodzi mi szczególnie ciężko z dwóch względów. Przede wszystkim ja naprawdę bardzo unikam sytuacji, by bohaterami moich notek, i to z jakiegokolwiek powodu, stawali się ludzie, których obecność tutaj przyniesie mi hańbę raczej niż zaszczyt. Oczywiście, w ciągu tych niemal już 10 lat zdarzało mi się pisać o elemencie absolutnie najgorszym, jak choćby, niedawno zupełnie, o Radku Sikorskim, czy Ewie Kopacz, niemniej jednak zawsze mogłem się próbować wykręcić argumentem, że przynajmniej o żadnym z nich nie można było powiedzieć, że są nikim, a ich obecność w przestrzeni publicznej jest niczym więcej, jak wyplutą gumą do żucia. Drugi powód, dla którego czuję się tu wyjątkowo niezręcznie jest taki, że naprawdę nie sądzę, by ten akurat tekst miał mieć jakiekolwiek obiektywne znaczenie. A ja lubię, gdy moje teksty są jednak po coś.
Mimo to, postanowiłem sobie dziś pofolgować i mam tylko nadzieję, że uda mi się z tematu wycisnąć coś więcej, niż ową prostą, doraźną interwencje w sprawie w gruncie rzeczy kompletnie nieinteresującej. Otóż już parę tygodni temu okazało się, a zaledwie wczoraj potwierdziło, że wśród licznych czytelników tego bloga znajduje się człowiek nazwiskiem Stanisław Krajski. By się dowiedzieć, kim jest ów Krajski możemy zajrzeć do Wikipedii i stamtąd się dowiedzieć, że to jest człowiek ojca Rydzyka, znany głównie z badań nad historią masonerii. Ja sam, podobnie zresztą jak, w co mocno wierzę, wielu czytelników tego bloga, na temat osób, które dziś, a więc w roku 2017 przyłażą do nas, by nam zawracać głowę tymi pieprzonymi piramidami, mam zdanie jak najgorsze i szczerze powiedziawszy, uważam ich za wyjątkowo cwanych prowokatorów. O ile dobrze pamiętam, o samej masonerii na tym blogu pisałem jeszcze rzadziej, niż o Władysławie Frasyniuku, a w związku z tym tym bardziej uważam, że pisanie o Krajskim nie przynosi mi chluby. No a jednak piszę. Czemu? Rzecz mianowicie w tym, że jak się właśnie dowiedziałem, ów Krajski w ostatnich tygodniach jeździ po Polsce z wykładami, podczas których, z jednej strony, systematycznie zabawia publiczność, cytując fragmenty mojej książki o zapomnianej łodzi, a jednocześnie informuje – zauważmy, że w sposób bezczelnie kłamliwy – owych nieszczęśników, którzy zdecydowali się zarwać wieczór i pójść na to gówniane spotkanie, że ja wydałem listy od Zyty Gilowskiej wbrew stanowisku rodziny.
I tu dochodzimy do momentu, w którym mam nadzieję, że to iż na tym blogu pojawiło się nazwisko Krajski, będzie jednak miało jakąś wartość. Otóż chodzi o to, że ja oczywiście rozumiem, że ów biedny człowiek, by zarabiać na życie, musi pasożytować na pracy innych osób. Rozumiem też, że on, cytując listy, jakie do mnie pisała Zyta Gilowska, jak ognia unika wspomnienia zarówno mojego nazwiska, jak i tytułu książki, w której te listy zostały opublikowane. Jest bowiem pewien rodzaj ludzkiej nędzy, która nie jest w stanie funkcjonować na powszechnie akceptowanym cywilizacyjnym poziomie, bo by się zwyczajnie posrała.
Jest jednak coś, czego autentycznie nie rozumiem, a to tego mianowicie, że Krajski, bezczelnie wykorzystując opublikowane przez mnie listy Zyty Gilowskiej, uznał jednocześnie za konieczne powtarzać owo kłamstwo, że ja owe listy opublikowałem wbrew stanowisku rodziny. Tematem jego pogadanek nie jest osoba Zyty Gilowskiej, nie jest ich tematem moja książka, tym bardziej nie są ich tematem moje relacje z rodziną prof. Gilowskiej, a mimo to on zanim zacznie mi kraść te historie, czuje potrzebę opowiedzenia zebranym o tym, jak to syn Zyty napisał mi kiedyś, że on nie chce publikacji tych listów. Ja nie mam najmniejszych wątpliwości, a wnioskuję to z informacji, którymi sam Krajski ze swoją publicznością bez wstydu się dzieli, że on musi doskonale wiedzieć, że książka o łodzi, wyspie i oceanie została wydana z bardzo silnym poparciem ze strony pana Andrzeja Gilowskiego, męża Zyty, a mimo to, ile razy w swoich kolejnych wykładach podpiera się tym, co przeczytał w mojej książce, a skoro znaczną część swojego czasu poświęca na powtarzanie owych kłamstw, to znaczy, że tam są jakieś ciemne intencje. Jakie to są intencję, pewności mieć nie mogę, natomiast mam swoje podejrzenia. Otóż najprawdopodobniej Krajski – znany tropiciel światowej masonerii – doszedł do jakże słusznego przekonania, że momencie gdy to, o czym się pisze tu na naszym blogu stanie się własnością publiczną, on wraz z całą tą gadką o masonach zostanie skutecznie unieważniony, a ci wszyscy, którzy dotychczas stanowili jego publiczność nagle otworzą oczy i zobaczą to, co jest faktycznie zmartwieniem naszego świata. Co ciekawsze – i to jest najważniejsze przesłanie dzisiejszej notki – wygląda na to, że nie on jeden. A to jest wiadomość naprawdę dobra.


Książka z listami od prof. Zyty Gilowskiej znajduje się tuż obok. Wystarczy kliknąć w okładkę. Gdy chodzi natomiast o księgarnię, mamy już nową, pod nowym adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam serdecznie.

środa, 24 maja 2017

Je ne suis pas Igor

Oglądałem wczoraj trochę telewizję i w pewnym momencie pojawił się jakiś obcy mi poseł Platformy Obywatelskiej i zasugerował, że zamach w Manchesterze był sprowokowany chytrym planem Jarosława Kaczyńskiego mającym na celu odwrócenie uwagi od sprawy biednego Igora, który, nie przewidziawszy rok temu, że policja go za chwilę potraktuje paralizatorem, nażarł się amfetaminy, czy jakiegoś innego gówna, w efekcie czego zmarł. Zdaniem posła Platformy, którego nazwiska nie zanotowałem i nie widzę powodu, by mieć z tego powodu wyrzuty sumienia, całe to gadanie o zagrożeniu terrorystycznym, jakiego od poniedziałkowego wieczoru jesteśmy świadkami, to wyłącznie perfidna zasłona, której celem jest podtrzymanie w Pokoleniu 500+ jakże błędnego przekonania, że policjanci to tak zwani „good guys”, a przestępcy wręcz odwrotnie. Zwłaszcza w okresie, gdy zaatakował faszyzm.
Słucham owego posła, czytam bieżące relacje tak zwanych „zaprzyjaźnionych” mediów i już tylko rozglądam się, aż na mieście pokażą się młodzi ludzie w koszulkach z napisem „Je suis Igor”. Biorę oczywiście pod uwagę fakt, że, podobnie jak wśród dziennikarzy, prawników, czy lekarzy można trafić na tak zwany gorszy sort, tak też z ową patologią możemy mieć do czynienia na posterunkach policji, tym z nas, którzy mają w zwyczaju reagować histerycznie na medialną propagandę, chciałbym jednak przypomnieć historię jeszcze z ponurego roku 2010, kiedy to pewien warszawski policjant napotkawszy na swej drodze dwóch wyrostków demolujących okolicę, zwrócił im uwagę i za to przez jednego z nich został na miejscu zasztyletowany. Ja oczywiście mam świadomość, że gdyby tamten dzielny człowiek był z jednej strony podobnie wyszkolony, a z drugiej miał w sobie ową smugę szaleństwa, którą znamy z amerykańskich dramatów policyjnych, dziś by żył. Niestety mam też pewność, że gdyby on faktycznie potrafił przewidzieć skutki owej fatalnej dla siebie konfrontacji, i owego bandytę z napisem „CHWDP” na koszulce profilaktycznie uszkodził, musiałby się jednocześnie do końca życia tłumaczyć przed liberalną opinią publiczną z tego, że jakiemuś biednemu Denisowi, czy Sebastianowi przyszło niepotrzebnie cierpieć.
Rzecz bowiem polega na tym, że w momencie gdy człowiek – obojętnie jak naturalnie porządny, czy występny – decyduje się na karierę policjanta, zgadza się też na to, że każdy jego dzień będzie wypełniony kontaktami z tak zwanymi „bad guys”. Praca policjanta, niewykluczone, że w jeszcze większym stopniu niż ma to miejsce w zawodzie nauczyciela, jest nieodłącznie związana z nieustannym zagrożeniem ze strony ludzi złych i to złych w sposób bezwzględny. A w tej sytuacji każdy policjant ma przed sobą dwie możliwości, albo się odważnie z nowymi wyzwaniami skonfrontować, albo dać skorumpować i skupić się na tym, by jakoś przeżyć kolejny dzień.
I to jest to co mam potrzebę przekazać w dzisiejszej notce. Problem jaki dziś dyskutujemy ma bowiem znaczenie tylko przy uwzględnieniu faktu, że z tego co wiemy, i czego, o ile mi wiadomo, nie kwestionuje nawet rzecznik Bodnar, ów Igor się prowadzał po liniach niezbyt prostych. Oczywiście głupio jest umrzeć, a już umrzeć w tak młodym wieku, natomiast, jak się okazuje, czymś znacznie głupszym jest życie w przekonaniu, że liczy się tylko to co jest tu i teraz. Zwłaszcza gdy przy tej okazji trafi się na policjanta, który traktuje swoją pracę poważnie, lub, co gorsza, zbyt poważnie. Ktoś powie mi, żebym się nie wymądrzał i zamiast tego próbował się wczuć choćby w sytuację rodziców owego Igora, którzy do dziś chodzą w żałobie i nie mogą się doczekać sprawiedliwości. Otóż nic z tego, a to z tego powodu, że gdyby któregoś dnia mój dorosły syn, którego kocham nad życie, się zaćpał, ruszył w tak zwane miasto, tam zostałby pod byle jakim pretekstem zatrzymany przez policję i zamiast się grzecznie podporządkować policyjnym poleceniom, zaczął się z tymi policjantami szarpać, i nagle by się okazało, że ci policjanci to nie policjanci, lecz psychopaci, to oczywiście moja rozpacz nie znałaby granic, jednak o to co się stało miałbym przede wszystkim pretensje do siebie, że swojego syna źle wychowałem, potem do niego, że się zachował jak ostatni kretyn, a na samym dopiero końcu do policjantów. No a już z całą pewnością nie łaziłbym po mediach dając się wykorzystywać w jakiejś politycznej łapance.
Policja ma swoją robotę. Podobnie jak lekarze, prawnicy, inżynierowie, lekarze i nauczyciele. To co policjantów odróżnia od reszty, to to, że każdy z nich, w związku z wykonywaną przez siebie pracą, każdego dnia może stracić życie. Oczywiście to nie jest ich zasługą. Taka robota i koniec. Ale też to, że wielu z nich – czy to dlatego, że są źli, czy zwyczajnie głupi – płynącej z tego faktu odpowiedzialności nie rozumie, nas akurat w żaden sposób nie usprawiedliwia.




Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam serdecznie.

wtorek, 23 maja 2017

Podchodzą mnie nowe numery, ciąg dalszy

No i minął kolejny tydzień, jutro w kioskach pojawi się jak w każdą środę, kolejny numer „Polski Niepodległej”, a w nim moje krótkie kawałki do śmiechu. Polecam. Tymczasem dla tych, którzy nie mają możliwości kupienia oryginału, zeszłotygodniowe wydanie.


Posłanka Platformy Obywatelskiej Joanna Mucha, wbrew naszym nadziejom, nie porzuciła polityki na rzecz literatury, i choć zapewne będzie swoja literacka karierę kontynuować, bakcyl polityki jej nie daje spokoju. Podczas niedawnego marszu na rzecz wolności, poproszona przez dziennikarza o kilka słów komentarza, powiedział co następuje: „Dzisiejsza partia rządząca uważa, że rządzenie większościowe i przegłosowywanie większościowe to jest demokracja. To jest bolszewizm. Dokładnie bolszewizm, a nie demokracja”. A nam już nie pozostaje nic innego jak przyznać posłance Musze rację. Demokracja to jest rządzenie i przegłosowywanie mniejszościowe. Bierzemy takiego Michnika, Olechowskiego i Smolara i oni się już wszystkim za nas zajmą. Na tyle skutecznie, by nie dopuścić do tego, by się w Polsce rozplenił bolszewizm.

*

Wszystkich tych, którzy obawiają się, że owo demokratyczne rządzenie mniejszościowe może doprowadzić do sytuacji, kiedy to bolszewicka większość zostanie pozbawiona reprezentacji, możemy uspokoić. Demokratyczna mniejszość jest w posiadaniu wszystkich instrumentów, które jej pozwolą na reprezentowanie zarówno mniejszości, jak i większości. Proszę spojrzeć na ostatnie komunikaty formułowane przez Grzegorza Schetynę i jego polityczne zaplecze. Okazuje się, że kiedy mniejszość przejmie demokratycznie władzę, program 500+ zostanie rozszerzony, wiek emerytalny nie będzie podwyższony, najniższa płaca będzie stopniowo podwyższana, i tym sposobem władza zadba o interesy wszystkich. Demokratycznie i wbrew populistycznemu i faszystowskiemu bolszewizmowi.

*

Gdyby ktoś jednak myślał, że im tam wszystkim już się w głowach kompletnie poprzewracało, spieszę donieść, że jednak nie. Niczym samotny biały żagiel, po owym oceanie zidiocenia dryfuje posłanka Platformy Obywatelskiej Izabela Leszczyna. Chyba jako jedyna, ona nie dość że się zorientowała, to jeszcze swoimi spostrzeżeniami pochwaliła się w telewizji TVP Info i poinformowała, że kiedy Grzegorz Schetyna powiedział, że Platforma Obywatelska jest przeciwko przyjmowaniu uchodźców, to zaledwie żartował. Niestety, podana przez nią informacja pojawiła się już po tym, jak wszyscy ważniejsi politycy Platformy, chcąc wesprzeć swojego przewodniczącego gdzie mogli zapewnili, że ależ oczywiście, Platforma nigdy nie była za przyjmowaniem uchodźców. Wprawdzie po przytomnym wystąpieniu posłanki Leszczyny sam Schetyna ogłosił, że Platforma jednak będzie uchodźców przyjmować, no ale jedyny efekt był taki, że wszyscy, włącznie ze stacją TVN24, wzruszyli ramionami. Cała Polska zamarła w oczekiwaniu na kolejne wystąpienia Izabeli Leszczyny.

*

Zamiast niej, mogą być ewentualnie byli prezydenci. W kolejności dowolnej. Zacznijmy od tego pierwszego od końca, czyli Bronisława Komorowskiego. W wywiadzie dla polskiej edycji „Forbesa” ów wybitny mąż stanu ogłosił co następuje: „Jak Polacy zaczną wracać z Wielkiej Brytanii, rząd ogłosi, że to sukces i dowód na skuteczność rządu. A to będzie dowód na jego nieskuteczność, bo Polacy będą wracali, jeśli na Wyspach będzie się im gorzej żyło. A to będzie oznaczało, że rząd nie potrafi zadbać o ich interesy”. Ja mam propozycję jeszcze ciekawszą. Jeśli Polacy zaczną wracać do Polski z Niemiec, Francji, Szwajcarii, Holandii, Szwecji i Włoch, to też będzie wina rządu Beaty Szydło, bo przez swój egoizm i niechęć do przyjęcia części muzułmańskich emigrantów, uczynił życie w tamtych krajach nie do zniesienia. Pomidor.

*

Oto następny z nich, Aleksander Kwaśniewski. Zapytany przez Radio Zet, kto mógłby być „naszym polskim Emmanuelem Macronem” Kwaśniewski odpowiedział: „Zakładając, że to ma być ktoś młody, dynamiczny, z jakimś dorobkiem, to jest tylko jeden człowiek, Robert Biedroń”. I wbrew pozorom, ja uważam, że tym razem prezydent Kwaśniewski ma stuprocentową rację. Robert Biedroń spełnia niemal wszystkie wymogi, by kandydować na urząd polskiego Emmanuela Macrona, zwłaszcza że jest nadzwyczaj prawdopodobne, iż i on swój dzisiejszy sukces, podobnie jak Macron, zawdzięcza temu, że w dzieciństwie został uwiedziony przez znacznie od siebie starszą kobietę. Jest tylko jeden problem, dotyczący bezpośrednio Kwaśniewskiego. Jest bardzo podejrzane, że on zamiast Biedronia nie wskazał Krystiana Legierskiego. Czyżby poszło o kolor skóry. Fe! Nieładnie.

*

Zresztą za owe rasistowskie skłonności Kwaśniewski zostały natychmiast ukarany przez trzeciego z tego towarzystwa, czyli samego Lecha Wałęsę, który w wywiadzie, jakiego obaj mężowie wspólnie udzielili tygodnikowi „Newsweek” pokazał Kwaśniewskiemu gdzie jego miejsce. W momencie gdy rozmowa zeszła na Jarosława Kaczyńskiego, a więc, co oczywiste, już na samym początku rozmowy, Przewodniczący rzucił Kwaśniewskiemu prosto w twarz, że to on odpowiada za to, że Polska wpadła w łapy Kaczorów: „Dziś nie byłby tym, kim jest, gdyby Aleksander Kwaśniewski, walcząc podstępnie w kampanii wyborczej, nie popsuł mi drugiej kadencji. Moja druga kadencja uporządkowałby sprawy polityczne i ekonomiczne i pozwoliła wyprowadzić Kaczyńskich z polityki, jak wyprowadziłem wojska radzieckie z Polski”. Swoją drogą, jest bardzo możliwe, że Wałęsa wie, co mówi. W końcu starsi z nas dobrze pamiętają wczesne lata 90 i muszą przyznać, że to rzeczywiście był czas, gdy władza potrafiła wyprowadzać z polityki nad wyraz skutecznie. Przez szacunek dla zmarłych, może jednak nie będziemy wymieniać ich nazwisk.

*

Wygląda więc na to, że z tej trójki, najlepiej jednak wypada Lechu. Ten bowiem, jak zwykle, nawet jeśli mówi o pogodzie, to i tak tylko po to, by powiedzieć coś o sobie, a to na takim poziomie szaleństwa, że jego słowa nie są już nawet komentowane na Twitterze. Oto na swoim facebookowym profilu zamieścił zwykły internetowy mem, na którym widzimy go w bojowej postawie, a przed nim podpis: „Chwała Bohaterowi! Lech Wałęsa wyzwolił nas z rządów komunizmu. Jest prawdziwym bohaterem. PiS nie może tego znieść”. Poniżej natomiast komentarz samego Wałęsy: „Ale cena-- całe życie mi uciekło i Nie o Taką Polskę”. Swoją drogą, to bardzo ciekawa refleksja, z tym uciekającym życiem. Może jakiś zdolny reżyser nakręci kiedyś film pod tytułem „Lech Wałęsa – historia alternatywna”, na którym zobaczymy Lecha, jak się pnie w górę po szczeblach milicyjnej kariery, by dopiero właśnie, pod sam koniec spokojnego życia, podczas Marszu Wolności, stanąć na czele wielkiego protestu przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości i jego planom obniżenia resortowych emerytur. Czyż to nie byłby hit?

*

No więc jednak chyba nie. Konkurencja jest zbyt duża. Właśnie na ekrany weszła szósta część „Obcego”, za parę miesięcy premiera nowej odsłony „Łowcy Androidów”. Cóż tu ma do szukania biedny Lechu ze swoim wariactwem? Może ewentualnie, gdyby mu dodać do towarzystwa Kazimierza Marcinkiewicza z Izabel, oraz przewodniczącego Junckera z jego znajomymi przywódcami obcych planet. Nawet nie trzeba by było za bardzo naciągać scenariusza. Niby horror, a mimo to samo życie.

*
No dobra. Dość już głupich żartów. Wracamy na Ziemię. Otóż proszę sobie wyobrazić, że w nadawanym przez Onet programie „Tomasz Lis” prof. Magdalena Środa przedstawiła następującą analizę: „Kaczyński jest tchórzem. Jeździ z obstawą i nigdy nie miał do czynienia z ludem innym, niż smoleński. Nie rozumie Polski innej niż krzyżacka, średniowieczna. Nie myśli w perspektywie, bo nie ma dzieci, więc wszystko w myśl zasady po nas choćby potop… My nie schodzimy na peryferia, już tam jesteśmy. Polska będzie krajem coraz bardziej kuriozalnym, zabory tak się zaczęły”. Ktoś powie, że coś mi się pomyliło, bo to w żaden sposób nie jest Ziemia. Otóż owszem, to jeszcze jest Ziemia. Ta sama prof. Środa jeszcze w maju 2015 roku, w akcie desperacji po przegranej przez Bronisława Komorowskiego pierwszej rundzie wyborów prezydenckich, wspólnie z profesorami Janem Hartmanem, Kazimierzem Kikiem, oraz Genowefą Grabowską, założyła stowarzyszenie pod nazwą „Wolność i Równość”. Dziś po owym projekcie nie pozostał nawet kurz, natomiast profesorowie Kik i Grabowska, owszem, są już jak najbardziej nasi i w reżimowej telewizji komentują Dobrą Zmianę łokieć w łokieć z Tomaszem Sakiewiczem i Dorotą Kanią. W końcu przyjdzie ten dzień, że do owej wesołej gromadki dołączą Środa z Hartmanem i wtedy dopiero zobaczymy jak wygląda świat alternatywny.

*

Ciekaw jestem natomiast, jak sobie w tym wszystkim poradzą ci wszyscy biedacy, pozostawieni przez Donalda Tuska na peronie warszawskiego Dworca Centralnego, z obietnicą powtórnego przyjścia, kiedy się dowiedzą, że ten pociąg już nie przyjedzie i żeby się może lepiej odsunęli od torów, bo jeszcze ktoś kogoś niechcący popchnie i nieszczęście gotowe.



Przypominam wszystkim, że od kilku dobrych dni działa znakomita platforma blogowa szkolanawigatorow.pl. Dzięki staraniom Coryllusa udało się stworzyć miejsce, gdzie dopiero teraz widać, jaką wartość, intelektualną, publicystyczną i literacką, mogą stanowić blogi. Tu nie ma miejsca na tę nędzę, jaką znamy choćby z Salonu24. Proszę zajrzeć i się przekonać. Moje książki natomiast są do kupienia również w nowej księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl.


poniedziałek, 22 maja 2017

Co łączy Jana Hartmana z ONR-em?

Dziś pozwolę sobie przedstawić tekst, zamieszczony oryginalnie na portalu papug.pl, z którym jednak jestem tak bardzo emocjonalnie związany, że nie mogę się powstrzymać, by go przedstawić i tu. Mam nadzieję, że się spodoba.


W ostatnich dniach przez Polskę przetoczyła się lekka burza związana z dokumentem, jaki pod tytułem „Chrześcijański kształt patriotyzmu” zdecydowała się nam przedstawić Konferencja Episkopatu Polski. Piszę, że burza była „lekka” wcale nie dlatego, że ona rzeczywiście sama w sobie przeszła ledwo zauważona, ale przez fakt, że poziom napięcia między Hierarchią, na czele z samym Franciszkiem, a wiernymi reprezentowanymi – jak najbardziej samozwańczo – przez tak zwanych „prawdziwych katolików”, stał się ostatnio tak znaczny, że w tej chwili praktycznie każdy gest Kościoła wywołuje po drugiej stronie oburzenie. A to sprawia, że w tej chwili naprawdę trudno jest znaleźć taką wypowiedź, czy to papieża, czy to któregoś z kardynałów, czy też bardziej lokalnych hierarchów, która spowoduje wybuch większy od poprzedniego. Obserwowana po stronie części wiernych złość jest tak intensywna, że oni w tej chwili już właściwie tylko drżą. Niedawno Franciszek przyjął grupę starych Żydów, reprezentujących tych, którym się udało przeżyć niemiecki terror, i idąc za przykładem św. Franciszka z Asyżu, demonstracyjnie ucałował ich dłonie. Widok papieża całującego ręce Żyda podziałał na wspomnianych „prawdziwych katolików” z tak destrukcyjną siłą, że niektórzy z nich nie dość, że wśród członków owej żydowskiej delegacji nagle dojrzeli Rotschildów z Rockefellerami we własnych osobach, to doszli do wniosku, że oto Franciszek wszedł w kolejny etap przekazywania Kościoła w ręce Szatana. A więc w tej sytuacji chyba się zgodzimy, że jakiś skromny komunikat Episkopatu Polski, nawet jeśli traktuje naszych patriotów z nieznośną dla nich protekcjonalnością, może wywołać burzę co najwyżej „niewielką”.
A mimo to, wydaje mi się, że warto się nad tym, co się stało, przez chwilę zadumać. Otóż chyba w tej chwili już większość z nas zdążyła zwrócić uwagę, choćby obserwując ruch na rynku popularnych gadżetów, że patriotyzm jest w modzie. O ile jeszcze parę lat temu pierwszy lepszy sklep z pamiątkami, czy popularną konfekcją, zawalony był t-shirtami z napisem „Radio ma ryja”, czy „Precz z kaczyzmem”, dziś owa oferta niemal w stu procentach została zastąpiona przez koszulki, bluzy, czapki, breloczki, kubki, szaliki, głoszące bez cienia poczucia obciachu „śmierć wrogom Ojczyzny”, a i to w wersji łagodniejszej. Jednocześnie też, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa, wspomniana oferta stanowi zaledwie forpocztę czegoś znacznie poważniejszego, a więc zorganizowanych ruchów politycznych, które niechby i sobie działały i głosiły ową śmierć dla wrogów Ojczyzny, gdyby nie fakt – i tu przechodzimy do sedna sprawy – że one bardzo chętnie, obok tradycyjnej symboliki narodowej, na swoich sztandarach umieszczają wizerunek Jezusa Chrystusa.
Konferencja Episkopatu Polski wydała swój komunikat i to, że w jednej chwili tak nerwowo zareagowali na niego nasi patrioci, mnie nie dziwi. Oni nigdy nie byli zbyt przytomni, a dziś, w tym strasznym chaosie, jakim nam obdarowała kultura popularna we współpracy z mediami, już nie radzą sobie zupełnie, co jednak jeszcze bardziej zastanawiające, odezwała się równie druga strona, czyli, mówiąc krótko sataniści, choćby w osobie znanego nam wszystkim Jana Hartmana, który oświadczył, że wreszcie po wielu latach kompletnego zgnuśnienia Kościół stanął na wysokości zadania i powiedział, jak jest. Czemu Hartman mówi to co mówi nie wiem, natomiast podejrzewam, że prawdziwy obłęd nie wybiera i wali jak popadnie. Jeśli natomiast idzie o mnie, to ja zachowuję pełny spokój i do jednych i drugich mam tylko jedną wiadomość. Ta skała, na której Jezus postawił Swój Kościół stoi i nawet nie chodzi o to, że bramy piekielne Go nie przemogą. To jest oczywiste. Natomiast możemy być równie pewni, ze nie przemogą go połączone siły polskich narodowców z polskimi satanistami. A jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, polecam oczywiście tekst komunikatu, o którym dziś rozmawiamy, bo tam możemy znaleźć słowa, które powyższe tezy wyłącznie wspierają:
Święty Jan Paweł II na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1995 r. podkreślał, iż ‘należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny. Prawdziwy patriota nie zabiega nigdy o dobro własnego narodu kosztem innych. To bowiem przyniosłoby ostatecznie szkody także jego własnemu krajowi, prowadząc do negatywnych konsekwencji zarówno dla napastnika, jak i dla ofiary. Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego fundamentalizmu’
W podobny sposób, w liście znacznie wcześniejszym, bo z września 1972 roku „o chrześcijańskim patriotyzmie”, ujęli to polscy biskupi. Pisali oni: „Choć człowiek stawia wartości ojczyste bardzo wysoko, to jednak wie, że ponad narodami jest Bóg, który jedyny ma prawo do tego, aby ustanawiać najwyższe normy moralne, niezależnie od poszczególnych narodów. Takie poczucie rzeczywistości opiera patriotyzm na prawdzie, oczyszcza go i uzdalnia do pogłębienia świadomości wspólnoty rodziny ludzkiej. Broni nas ono od obojętności na losy drugich, uwrażliwia coraz bardziej na potrzeby każdego człowieka, obojętnie jakim językiem mówi i jakie ma poczucie narodowe” […]
Prawdziwa miłość do ojczyzny opiera się na głębokim przywiązaniu i umiłowaniu tego, co rodzime, niezależnie od czasu i przestrzeni. Łączy się z głębokim szacunkiem dla wszystkiego, co stanowi wartość innych narodów. Wymaga uznania wszelkiego dobra znajdującego się poza nami i gotowości do własnego doskonalenia się w oparciu o dorobek i doświadczenie innych narodów. Siłą twórczą prawdziwego patriotyzmu jest więc najszlachetniejsza miłość, wolna od nienawiści, bo nienawiść – to siła rozkładowa, która prowadzi do choroby i zwyrodnienia dobrze pojętego patriotyzmu”.
Przypominam, to są fragmenty omawianego przez nas wyżej dokumentu Episkopatu. Czy w owych zacytowanych przez biskupów słowach jest coś, co by nam kazało podejrzewać, że ta Skała jest jednak bardzo krucha? Nie? No jasne, tamtych słów z prawdziwą satysfakcją słuchaliśmy w latach, gdy wszyscy nie byliśmy jeszcze tacy intelektualnie samodzielni i politycznie wolni, jak dziś, więc nie widzieliśmy zagrożeń. Dziś natomiast, jak najbardziej, nie możemy pozwolić na to, by ktoś nie wiadomo kto próbował nam tu mieszać w naszych planach dla Polski. Chętnie to powtórzę – po wszystkich stronach sceny. Nawet Jan Hartman się pojawił.


Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco i szczerze.

niedziela, 21 maja 2017

O patrzeniu się w gwiazdy. Lub w ogień

Ponieważ tak wyszło, że w ostatnich tygodniach właściwie co chwilę, a ostatnio od rana do wieczora codziennie, mam okazję oglądać jedniodniowe dzieci, oraz ich rodziców, moje uczucia, gdy chodzi o życie poczęte oscylują nieustannie w granicach najwyższego wzruszenia. Być może część z nas wie, jak wygląda korytarz w szpitalu na wydziale noworodków w tych dniach, ale i tak opowiem. Otóż tam wciąż, w jedną i druga stronę, krążą takie specjalne wózki, w których znajdują się owe mikroskopijne wręcz niemowlęta, właściwie nie słychac płaczu, większość z nich spokojnie sobie śpi, natomiast to co robi autentyczne wrażenie, to ojcowie, którzy te wózki pchają. Cała kupa maleńkich dzieci, których twarzy niemal spod tych kocyków nie widać, od czasu do czasu pojawi się jakiś najmniejszy na świecie nosek, czy paluszki, no i ci ojcowie. I podczas gdy owe dzieci są najczęściej takie same, ojcowie wyglądają najróżniej. To są albo jacyś młodzi chłopcy, którzy wyglądają jakby się właśnie urwali z matury, albo starsi intelektualiści z brodami, albo jacyś grunge’owcy z tatuażami na łydkach, ale wreszcie również tacy zwykli, zapuszczeni faceci z okolicznych blokowisk, którzy o wiele bardziej pasowaliby do flaszki z piwem na jakiejś ławeczce. I oni też pchają te wózki i z nabożeństwem wpatrują się w twarze swoich córeczek, czy synów. Czasem obok niech pojawi się kobieta w koszuli nocnej, czy szlafroku, tyle że one wszystkie, podobnie jak ich dzieci, wyglądają bardzo podobnie, nieuczesane, nieumalowane i takie właściwie niknące w tej szczególnej przestrzeni. Niekiedy ona i on zatrzymają się przy rzędzie krzesełek przysiądą na chwilę i trzymając się za ręce, oboje będą się wpatrywać w te czerwone noski ukryte gdzieś w fałdach tych zawiniątek.
Naprawdę, polecam wszystkim ten widok. A jeśli komuś pozostaje tylko sobie to wszystko wyobrazić, polecam i to. To jest coś co można porównać chyba tylko z gapieniem się w rozgwieżdżone nocne niebo. Lub w ogień. No a skoro w ogień, to chciałbym przypomnieć swój bardzo stary tekst, mniej więcej o tym samym. Mniej więcej. Nazwałem go „O szpiclach, katach i tchórzach, czyli honor urzędnika”.




Minister Ewa Kopacz oświadczyła właśnie, że ona osobiście, jeśli idzie o sprawę 14-latki z Lublina i jej zamordowanego przed urodzeniem dziecka, czuje się świetnie, bo postąpiła zgodnie z przepisami, jak porządny urzędnik.
Ponieważ tę wiadomość z lubością podają dzisiejsze media, domyślam się, że ten akt samozadowolenia pani minister jest związany z zarzutami skierowanymi przeciwko tej wybitnej kobiecie przez środowiska katolickie, a wynikających z tego, że jeśli ktoś się czuje związany z nauką Kościoła, nie powinien raczej brać udziału w morderstwie, a już szczególnie w morderstwie bezbronnego dziecka.
Pani minister Kopacz uznała, że skoro ona jest urzędnikiem państwowym, ministrem w rządzie, osobą odpowiedzialną za egzekucję przepisów konstytucyjnych, to jeśli te przepisy każą mordować, to ona powinna wykazać się tu odpowiednią dyscypliną. Toteż się wykazała.
Dla pani minister Ewy Kopacz, osoby pobożnej i - jak mówią - głęboko religijnej, sprawa jest prosta. Więc dla niej, jej decyzja urzędnika i ministra, jest decyzją prostą i głęboko słuszną. Trudno: jej serce, jej sumienie.
Z mojego jednak punktu widzenia, to, co się stało, z bardzo dużym udziałem pani minister, jest wyjątkowo brudne i nieprzyzwoite. Tak jak brudne i nieprzyzwoite jest zasłanianie się przez panią Kopacz swoim statusem urzędniczym.
Przypominam. Zachęceni przez cywilizacyjną, kulturową, a przy okazji – co ważne – państwową, promocję seksu i seksualnych zachowań, Agata i jej chłopak skorzystali z atmosfery i Agata zaszła w ciążę. Matka Agaty zażyczyła sobie aborcji, dziewczynka – według różnych relacji – albo się zgodziła chętnie, albo nie zgodziła, albo nie wiedziała, co zrobić. W efekcie, do akcji wkroczyły środowiska pro-aborcyjne i wspólnie z jej mamą, ostatecznie Agatę namówiły do zabójstwa dziecka.
I wtedy przyszła pani minister Ewa Kopacz i, jako odpowiedzialny i solidny urzędnik, pokazała dziewczynce drogę do osoby, która chętnie podejmie się wykonania mokrej roboty.
Gdyby dziś, minister Kopacz powiedziała, że nie ma mowy o jakimkolwiek dziecku, bo to jest tylko płód, albo, że może to i dziecko, ale przy osobistej życiowej wygodzie Agaty i jej mamy (ojciec dziecka , zdaje się, już od samego początku został ze sprawy wyłączony), jako osoba ludzka, mniej wartościowe, to dałbym jej spokój. Tak jak zupełnie nie mam nic do powiedzenia tym najróżniejszym paniom i panom strzelającym dziś korkami od szampana, że zacytuję red. Mazurka.
Oni mnie nie obchodzą. Natomiast pani minister Ewie Kopacz mam do powiedzenia tyle, że w moim odczuciu, swoim gestem urzędnika państwowego dołączyła do tych, o których pisał Herbert: “Oni wygrają”.
I jeszcze jedno. Ja, na jej miejscu, z tego zwycięstwa tak bardzo bym się nie cieszył.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupić moje książki.

sobota, 20 maja 2017

O małym Radku, jego rodzicach i czarnych czasach PRL-u

Dziś może poczytajmy sobie mój felieton z najnowszego numery „Warszawskiej Gazety”. Mimo że jego bohaterem jest ni z gruszki niż pietruszki były minister Radek Sikorski, zapewniam, że trochę zabawy powinno być.


Być może czytelnicy „Warszawskiej” jeszcze to pamiętają, jednak na wszelki wypadek przypomnę. Swego czasu – przy jakiej okazji, niestety akurat powiedzieć nie umiem – powróciła do nas kwestia tajemniczego wyjazdu, wówczas jeszcze zaledwie ucznia 3 klasy Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, a dziś byłego ministra, Radka Sikorskiego, do Wielkiej Brytanii. A było tak, że mieliśmy lato roku 1981, w Polsce szalała solidarnościowa rewolucja, w zaciszu komunistycznych gabinetów szykowano już stan wojenny, a tymczasem wspomniany Radek Sikorski szykował się do wyjazdu na letni kurs języka angielskiego. Kim był wówczas Radek Sikorski? Z tego co wiemy, kończył właśnie 3 klasę liceum, szykował się do zbliżającej się szybkimi krokami matury, no ale przede wszystkim znany był lokalnie, jako przywódca szkolnego strajku solidarności.
Mamy więc owego Radka, który tuż po wiosennych strajkach, których – przypomnijmy – był przywódcą, dostaje paszport i wyjeżdża do Anglii na wakacje. Pomijając oczywiście ów paszport, nie wiem, ile w roku 1981 trzeba było zapłacić za kurs angielskiego na miejscu, natomiast wiem, że dziś to jest jakieś 6 tysięcy złotych za dwa tygodnie, a więc nie mało. Radek dostał ten paszport, poleciał samolotem do Londynu i, jak już wszyscy wiemy, nie wrócił ze względu na stan wojenny. Wprawdzie, gdy jego klasa szykowała się do nowego roku szkolnego i do matury, do 13 grudnia było jeszcze parę dobrych miesięcy, no ale Radek nie wrócił i, jak wiemy, rozpoczynał właśnie swoją niezwykłą karierę.
Zastanawialiśmy się tu przed laty, jak to się stało, że 18-letni Radek Sikorski, mając w dodatku na koncie przewodzenie temu strajkowi, otrzymał w ogóle paszport, no ale jest coś jeszcze, moim zdaniem nie mniej intrygującego, a mianowicie owa zagadka pod tytułem „Rodzice”. To jest bowiem temat: kim byli rodzice Radka Sikorskiego, by w roku 1981 mogli sobie pozwolić na ową fanaberię – a to musiała być fanaberia – by wysłać swoje dziecko do Anglii na letni kurs języka angielskiego.
I proszę sobie wyobrazić, że w tych dniach udało mi się wreszcie dotrzeć do owej informacji. Otóż, gdy chodzi o mamę, wiadomości nie mamy, natomiast ojciec Radka był skromnym projektantem w miejscowym biurze projektów, a jednocześnie przewodniczącym zakładowej Solidarności. To on w roku 1981 swojemu dziecku zorganizował ów wyjazd, to on go sfinansował, to on wreszcie załatwił mu paszport.
Ale mało tego. Otóż okazuje się, że ów skromny projektant mógł sobie pozwolić na luksusy znacznie większe. Jak się właśnie dowiadujemy, to on, już na zasłużonej emeryturze, w roku 1989 kupił tak dziś słynną posiadłość w Chobielinie, tę samą, o której niedawno wspomniał sam Radek Sikorski, ironizując, że jeśli tylko otrzyma odpowiednie finansowe wsparcie, postawi tam pomnik Lechowi Kaczyńskiemu z inskrypcją „Terrain ahead. Pull up”.
Miał rację stary Shakespeare. Doprawdy, są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom.


A skoro już jesteśmy przy Shakespearze, to miło jest mi poinformować, że wczoraj z samego rana moja starsza córka uczyniła mnie pełną gębą dziadkiem. Byłem, widziałem, potwierdzam, tam tych dzieci był taki tłum, że co do tego, że program 500+ działa i działać nie przestanie, nie może być już jakichkolwiek wątpliwości. Jeszcze tylko załatwimy sprawę Sikorskiego i paru jego kumpli i zamiast więzień przyjdzie nam budować oddziały porodowe. A tu dowód na to, że zmiana jest bardzo dobra.



piątek, 19 maja 2017

Viva Hate - reaktywacja

Jeszcze w dawnych, ciemnych czasach, gdy kolejne sukcesy „polityki miłości i dobrych wibracji” wskazywały na to, że już nigdy się nie wygrzebiemy spod owego terroru, prezydent Lech Kaczyński zapowiedział wizytę w Bielsku Białej, na co natychmiast zareagowała „Gazeta Wyborcza” artykułem, w którym Prezydenta najpierw wyszydziła, a następnie oddała głos internautom, którzy już zajęli się całą resztą. Pisałem o tym, co się wówczas stało, tu na blogu, przytaczając treść tamtych komentarzy, które stanowiły przykład hejtu, jakiego ani wcześniej, ani później świat nie widział. Od tamtego czasu, a więc, o ile dobrze pamiętam, od roku 2009, zmieniło się wiele. Przede wszystkim ci wszyscy, którzy wówczas Lecha Kaczyńskiego traktowali jak największe zło, zasługujące na gwałtowną śmierć w okrutnych męczarniach, dopięli swego. Lech Kaczyński w istocie rzeczy niewiele miesięcy później zmarł gwałtownie i niewykluczone też, że w niewysłowionym bólu. Jednak nie owa zbrodnia jest tematem dzisiejszych refleksji. Dziś chodzą mi po głowie tamte komentarze, a przede wszystkim owa społeczna atmosfera, która znajdowała swoje ujście również w internetowych ekscesach. To wówczas bowiem bardzo popularna, jak najbardziej też wśród poważnych komentatorów, była opinia, że dopóki Platforma Obywatelska ma przewagę w Internecie, dopóki jej politycy mogą spać spokojnie.
I oto, jak już zauważyliśmy, tamte czasy odeszły niemal w niepamięć, i to co z całą pewnością rzuca się dziś w oczy to fakt, że tamci hejterzy albo się skutecznie postarzeli i dziś już wyłącznie zadają fasonu na marszach KOD-u, albo się zwyczajnie przebranżowili i dokładnie z tym samym zacięciem co wtedy korzystają z dobrodziejstw Internetu, tyle że dziś już przedstawiając się, jako ludzie dojrzali i poważni, świadomi tego, jakie oczekiwania ma w stosunku do nich Ojczyzna. Popatrzmy może, jak owo zaangażowanie wygląda dziś.
Oto, co ciekawe zresztą, nie w jakiejś głupiej „Gazecie Wyborczej”, ale w prestiżowym, wydawanym przez niemieckiego Springera, magazynie „Forbes”, ukazała się rozmowa z byłym już prezydentem Bronisławem Komorowskim w którym ów wybitny mąż stanu podzielił się opinią, że „Polska powinna zacząć przygotowywać się do wejścia do strefy euro”, co sprawiło, że portal forbes.pl został w jednej chwili zalany paroma tysiącami komentarzy, z których niemal wszystkie miały za punkt honoru Komorowskiego bez litości wyszydzić. Pozwolę sobie dziś powtórzyć tamten zabieg sprzed lat i pokazać, jak się dziś ma głos ludu:

„Komorowski - od dnia ogłoszonego przez siebie referendum - powinien milczeć i nie pokazywać się publicznie”.
„Na Mazury macać kury!!”
„I to powiedział człowiek, który pomylił dług publiczny z deficytem budżetowym”.
„Przyjmiemy euro to będziemy bogaci i może uchodźcy zechcą u nas zamieszkać...”
„Odezwałsię polityk i fachowiec światowej klasy ale jaki portal tacy ‘fachowcy’”.
„Pan Komorowski zna się tylko na chodzeniu po krzesłach i waleniu dechą. Ten Pan nie był w stanie zdać matury, a zabiera głos na tematy, których jego umysł nie ogarnia”.
„No to ‘ekspert’ od euro się wypowiedział”.
„Od kiedy ten śmieszny pan zna się na finansach ? Na czym on się w ogólne zna? Pan pierdołka spadł ze stołka i nadal nie może dojść do siebie”.
„W snach chyba, Bulu!!!!”
„Panu, panie Komorowski już dziękujemy”.
„No i błysnął geniusz”.
„A mikser już oddał?”
„Bronek Komuchowski ty się ucz ortografii a nie ekonomii”.
„Ten prostak, jak zwykle w bulu i nadziei, wypowiada się w sprawach, o których nie ma zielonego pojęcia”.
„Wypowiedź na poziomie dziecka z podstawówki, wstyd że to mówi były prezydent”.
„Tak, to jest pilne, trzeba wejść w strefę euro i zakupić mnóstwo krzeseł i żyrandoli, to nam się przyda jak zostanę znowu szogunem Polski”.
„Komorowskiemu się wydaje że jest mądry, a to nieprawda bo jest głupi”.
„Ciekawe czy odnalazł ‘bydło na pastwisku'? czy znalazł ekspres do kawy? 'Kto w małych rzeczach jest uczciwy to i w dużych będzie uczciwy’".
„Cholerny pajac. Szykuj się, ale na polowanie”.
„Ej ty Bulu! Przecież to twój ryży farmazon za twojej kadencji podawał termin dla ‘juro’. Wtedy nic nie robiłeś a teraz się mądrzysz”.
„Gada jakby się na tym znał”.


I tak to się toczy przez, jak mówię ponad dwa tysiące kolejnych komentarzy, a z tego co udało mi się zaobserwować, wszystkie w dokładnie w tym samym tonie. Może raz na parędziesiąt pojawi się ktoś, kto złoży Komorowskiemu życzenia wszystkiego dobrego i zapewni o swoim poparciu dla idei zjednoczonej Europy, ale to wszystko. A zatem, musimy przyznać, że poza zmianą władzy i zmianą społecznych wektorów, jaką owa zmiana przyniosła, nie zmieniło się wiele. Internetowa społeczność jest aktywna jak zawsze, poziom emocji podobny, jedyna może różnica to ta, że podczas gdy tamte komentarze były przeważnie znacznie bardziej wulgarne, no i głównie krążyły wokół wyrażanego na różne sposoby życzenia śmierci, język dzisiejszych jest znacznie łagodniejszy, no i przede wszystkim biednemu Bronkowi nikt już nawet nie życzy złamania nogi. Takie tam kabarety na poziomie audycji „W tyle wizji”.
No i refleksja końcowa. Przy tego typu nastrojach, a nie ma żadnych wątpliwości, że czym dalej od Internetu, tym szanse towarzystwa, które stara się reprezentować były prezydent wyłącznie maleją, na zmianę sił nie ma najmniejszych szans. Co najmniej przez jedno pokolenie. I to jest wiadomość taka sobie. Tyle dobrego, że wreszcie się może spełni prognoza wyrażona przed laty przez prof. Pawła Śpiewaka:
Jeśli PiS wygra jesienne wybory, to ma wszystko: parlament, rząd, prezydenta, swój Trybunał Konstytucyjny, rzecznika praw obywatelskich, wkrótce IPN. Ma telewizje, radia, swoje media. Będą mieli pod kontrolą wszystko, łącznie ze sportem. Ja się tego nie boję, bo nie bardzo wierzę w despotyczne skłonności PiS-u. Pocieszam się, że to byłby raczej miękki reżim. Dziennikarze będą się bali mocniej zaatakować PiS, niezależni eksperci nie będą się tak wyrywać do krytykowania rządu, sędziowie będą brali pod uwagę to co powie prezydent Duda. Wszyscy będą wiedzieć, że z nimi trzeba się liczyć. Ale będzie to wszystko jakieś miękkie, da się to przeżyć…”. Że on to mówił o władzy Platformy? A cóż to zmienia, poza tym, że tamtego jednak, jak się okazało, ostatecznie przeżyć się nie dało, a to najwyraźniej po wszystkich spływa jak po – nomen omen – kaczce?

Zachęcam wszystkich do zaglądania do naszej księgarni, czynnej 24 godziny na dobę pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, i do kupowania moich książek.