Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libicki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 czerwca 2014

Na co Libickiemu blog?

Mój przedwczorajszy tekst poświęcony niczym nieusprawiedliwionej, bezsensownej i kompletnie bezmyślnej agresji paru prawicowych głupków, zwróconej przeciwko senatorowi Libickiemu i jego blogerskiej aktywności, wzbudził pewne zainteresowanie, jednak przy okazji dał okazję do postawienia mi zarzutu, że moim prawdziwym zamiarem nie było zajmowanie się ani Libickim, ani nawet sytuacją w Salonie, ale dosolenie blogerowi Sowińcowi z którym mam na pieńku. Oczywiście, nie mam tu zamiaru wyjaśniać absurdów tego zarzutu, bo to i tak nic nie da, natomiast powiem może tylko, że gdybym chciał pokazać Sowińcowi, co o nim myślę, to bym nie poświęcał mu osobnej notki, ale się na niego zasadził w Krakowie i rozbiłbym mu na głowie pomidor, względnie jajko. Skoro jednak mi na tym nie zależy, to jeśli się nim niekiedy zajmuję, to wyłącznie jako pretekstem do rozważań na tematy znacznie ciekawsze i bardziej uniwersalne.
Od czwartku jednak wciąż myślę o tym Libickim i wychodzi na to, że jeszcze raz będę się musiał nim zająć. Tym razem – obiecuję uroczyście – po raz ostatni. Może najpierw, gdyby ktoś nie wiedział, opowiem, jak jest pomyślany blog Libickiego. Jest to, o ile czegoś nie przegapiłem, jedna notka dziennie, wstawiana najczęściej z samego rana, regularnie ozdobiona wielkim, kolorowym zdjęciem Libickiego w jakiejś zabawnej sytuacji i wypełniona jednym, maksymalnie dwu- lub trzy – (jeśli akapity są jednozdaniowe) akapitowym tekstem, napisanym byle jak, bez pomysłu, bez dowcipu i bez sensu. Ponieważ któregoś dnia, zdjęcie, jakie Libicki zamieścił, przedstawiało go w towarzystwie jakiegoś dudusia z laptopem, uznałem, że Libicki – czy to z czystego lenistwa, czy problemów ruchowych – nie prowadzi swojego bloga osobiście, lecz robotę tę zleca swojemu asystentowi, co by wyjaśniało kwestię poziomu.
Nie to jest jednak najważniejsze: w końcu 95 procent tekstów ukazujących się w Salonie24, to teksty zaledwie minimalnie lepsze, a niekiedy i odrobinę gorsze, od tego, co możemy znaleźć u Libickiego. To co jest naprawdę poruszające, to fakt, że blog Libickiego jest komentowany, a niewykluczone, że w ogóle czytany, wyłącznie przez grupę wspomnianych wcześniej głupków, którzy z jakiegoś powodu uważają za konieczne Libickiego w najbardziej przykry sposób obrażać. I obrażanie to nie ma w żaden sposób wymiaru merytorycznego; tam nikt nawet nie próbuje komentować tego co Libicki napisał; tam chodzi tylko o to, by mu powiedzieć, że jest durniem, albo że wygląda jak idiota, i mu w ten sposób dokuczyć.
Libicki na te ataki w ogóle nie reaguje, a my nawet nie wiemy, czy to dlatego, że on o nich nie ma pojęcia, czy że one mu w najgorszym wypadku nie przeszkadzają. Faktem jest, że on pisze kolejny tekst, natychmiast przychodzi tych kilku stałych komentatorów, mówią Libickiemu, że wygląda jak idiota, że jest głupi, a niekiedy też, że jest głupim kaleką, a on milczy.
Wczoraj, w związku z mistrzostwami w piłce nożnej, Libicki zamieścił na blogu tekst, w którym napisał, że z trzech dotychczasowych meczów, on widział tylko dwa, no i te „jego” dwa mecze były tak fantastyczne, że on teraz widzi, że to co nam pokazują polscy piłkarze, to nie jest piłka nożna, tylko jakaś inna dyscyplina sportowa. Pomijając ogromne zdjęcie, przedstawiające Libickiego z białoczerwonym szalikiem z napisem „Polska”, nie było tam już nic więcej.
Jako pierwszy przyszedł Sowiniec i wyśmiał Libickiego za te „jego” dwa mecze, z taka sugestia, że niby czemu on pisze, że te mecze są jego, skoro on nawet nie potrafiłby kopnąć piłki. Za5raz po Sowińcu przyszedł bloger Onion13 i napisał Libickiemu, że jest głupkiem, potem przyszedł bloger, którego nie znam i napisał, że Libicki na tym zdjęciu wygląda, jak idiota, oprócz tego pojawiły się dwa specjalnie na tę okazję zrobione tak zwane memy, a dalej już nie patrzyłem.
A ja wciąż nie mogę się przestać zastanawiać, co tu się dzieje. Przyjmijmy, że Libicki ani tego co tam jest wyświetlane nie pisze, ani tego nie czyta, tylko wszystko załatwia ten jego asystent. No ale wydaje mi się, że jego asystenckim obowiązkiem byłoby wówczas poinformować Libickiego, że jego blog służy niemal wyłącznie jako miejsce, gdzie można go bezkarnie obrażać, a więc to całe wystawianie się nie ma sensu. No więc załóżmy, że ów asystent mu to mówi, tyle że Libicki na to reaguje wzruszeniem ramion i uwagą, że to nie ma znaczenia, bo większość internautów go lubi, szanuje i ceni. W tej sytuacji, równie dobrze mogę ten tekst zamknąć i przeprosić, że zawracałem głowę.
Ja jednak jestem głęboko przekonany, że Libicki – cokolwiek sobie na jego temat myślimy – aż tak głupi nie jest. On oczywiście może faktycznie te swoje żałosne zdjęcia wklejać w dobrej wierze, będąc przekonanym, że wygląda na nich wręcz fantastycznie, a pisanymi przez siebie refleksjami się wręcz zachwycać, natomiast nie wydaje mi się możliwe, żeby on mógł tolerować tę tępą agresję w szczerym przekonaniu, że to jest zaledwie nieistotny odprysk w obliczu powszechnego poparcia ze strony internetowej społeczności. Jestem głęboko przekonany, że Libicki – niezależnie od psychicznego stanu, w jakim się znajduje – wie, że jeśli on zbanuje Sowińca, Oniona i tych paru jeszcze durniów, jego blog umrze śmiercią naturalną. On to musi wiedzieć.
W tym momencie pojawia się kolejna kwestia: po co Libickiemu ten blog? Czemu jemu tak bardzo zależy, żeby go mieć i żeby się codziennie wystawiać na te szyderstwa zarówno z jego intelektu, jaki i fizycznego wyglądu? Pisałem o tym już w tamtym tekście, sugerując, że za tym stoi prosty plan, polegający na pokazaniu jak najszerszej publiczności, iż prawicowe media – w tym przede wszystkim blogi – to najbardziej prymitywne i głupie hejterstwo. I wciąż jestem skłonny tę opcję przyjąć, jako słuszną. Bo jeśli nie to, to naprawdę pozostaje nam tylko przyjąć, że choćby nie wiadomo jak bardzo był Libicki fizycznie pokrzywdzony, to wszystko jest nic w porównaniu z tym, co się dzieje w jego głowie. Są zatem tylko te dwie możliwości: on wie, co się dzieje i taka sytuacja mu pasuje, albo dalej wie, co się dzieje, tyle że uważa, że to jest nieprawda. On wkleja te zdjęcia, w przekonaniu że wygląda na nich wręcz fantastycznie, a owa odrobina autoironii tylko ów zachwyt czytelników wzmacnia, pod spodem są te teksty, jego zdaniem, najwyższej publicystycznej klasy i o największej głębi intelektualnej, jeśli idzie natomiast o Sowińca, Oniona i resztę, on wie, że to nic takiego, bo ogromna większość wprawdzie nie komentuje, ale przychodzi tam tylko i wyłącznie dla niego i stanowi jego przyszły elektorat. Ja w to, jak już wspomniałem, nie wierzę, ale i taką ewentualność biorę pod uwagę.
Tyle że znów, jeśli przyjąć którąkolwiek z tych wersji, to że są ludzie, dla których sensem życia, od czasu do czasu choćby, jest tam zajść i Libickiemu pluć w oczy, świadczy tylko o nich.
Wczoraj w związku z tym zachowaniem, zablokowałem dostęp do komentowania na moim blogu koledze Onionowi. A dziś obiecuję, że którykolwiek z nich się u mnie pojawi, zostanie w jednej chwili zbanowany, choćby nawet napisał najmądrzejszy, najdowcipniejszy i najbardziej mi miły komentarz. Jeśli którykolwiek z moich komentatorów ukoże się również komentatorem u Libickiego – wyleci bez słowa wyjaśnienia. Dlaczego? Bo, jak już powiedziałem Onionowi, ja dbam o własną reputację, a w tym wypadku mamy do czynienia z takim poziomem, że, powiem szczerze, wolę już Pantryjotę.

Tradycyjnie polecam swoje książki, do nabycia na stronie www.coryllus.pl, w tym pierwszy wybór felietonów zatytułowany „O siedmiokilogramowym liściu i inne historię”. Nakład jest już niemal wyczerpany, cena zaledwie 15 zł., a więc warto się spieszyć. Zwłaszcza, że to naprawdę nie wszystko.

czwartek, 12 czerwca 2014

Sowiniec i Libicki - dwaj przyjaciele z boiska

Bardzo nie chciałem tego robić, broniłem się przed tym zębami i pazurami, ale wygląda na to, że dłużej już nie dam rady i będę musiał w końcu tę sprawę odhaczyć, choćby po to, by móc powiedzieć, że co miałem zrobić, zrobiłem i się już więcej nią nie zadręczać. Chodzi mi mianowicie o relację między blogerami Libickim i blogerem Sowińcem – czy może raczej między Sowińcem i Libickim, bo z tego co widzę, Libicki się zachowuje, jakby był tu tylko pretekstem – i tym wszystkim, co z niej wynika dla Salonu24 i przy okazji dla nas, czyli polskiej tak zwanej konserwatywnej prawicy.
Kim jest bloger Libicki, wiemy wszyscy bardzo dobrze. Jest to przede wszystkim jeden z dwóch czy może trzech polskich polityków poruszających się na wózku, a poza tym były polityk PiS-u, dziś w Platformie Obywatelskiej, który prawdopodobnie ze strachu przed bankową windykacją staje na głowie, by zademonstrować władzom Partii swoją przydatność i w ten sposób przedłużyć polityczną karierę, w związku z czym, dzień w dzień, zamieszcza swoje refleksje na prowadzonym przez siebie blogu. W jaki sposób on to robi? Otóż jego teksty są oczywiście agresywnie antypisowskie, jednak napisane byle jak, no i kompletnie nieciekawe, przy tym – co istotne – bez niepotrzebnych wulgaryzmów, czy choćby drobnych niegrzeczności. Zwykła antypisowska publicystyka prowadzona przez człowieka, który nie jest ani zbyt inteligentny, ani szczególnie dowcipny, natomiast, owszem, stara się bardzo, by nie przekraczać tego, co się powszechnie uważa za granice podstawowej uprzejmości.
Kim jest więc tu bloger Sowiniec? To też wiemy mniej więcej wszyscy. Sowiniec to najprawdopodobniej samotny, patriotycznie zorientowany i ostatnio ewidentnie bezrobotny pracownik Uniwersytetu Jagielońskiego, który praktycznie cały swój czas spędza na Salonie24, udzielając się głównie, jako tak zwany „bingo-komentator”. Gdyby ktoś nie wiedział, w czym rzecz, Sowiniec od wielu już lat wstaje rano i już do nocy chodzi po blogach i wszędzie zostawia ślad w postaci słowa „bingo”. Czasem też zamieści jakąś patriotyczną notkę, apelującą o masowy udział w jakimś marszu, czy zbiórce, a do tego apel o masowe uczestnictwo, lub po prostu zawierającą informację, że w lokalnej telewizji będzie jego wypowiedź i żeby oglądać.
Jest jednak coś, co sprawia, że bloger Sowiniec nie jest aż tak jednowymiarowy i aż tak bezużyteczny. Otóż ile razy senator Libicki wklei swój kolejny artykuł, ów Sowiniec tam natychmiast przychodzi i obraża Libickiego tak, jak tylko potrafi, a więc najczęściej przy pomocy takich słów, jak głuptasek, głupek, dureń, prymityw i podlec. Czy pojawiają się jakieś argumenty, jakieś choćby ćwierć-merytoryczne zarzuty? Nie. Są tylko te cztery, czy może pięć słów.
Jak sądzę, ze względu na regulamin Salonu24, za swoje zachowanie wobec Libickiego, był Sowiniec już parokrotnie przez Administrację portalu karany tak zwanym „zwinięciem”, za każdym razem wracał jednak do łask, z zachowaniem wszystkich dotychczasowych zwyczajów. Czemu tak? Nie wiem oczywiście, ale jak sądzę, na Administracji robi pewne wrażenie, że Sowiniec jest w jakiś typowo krakowski sposób wciąż postacią publiczną i to, że go u siebie mają, państwu Janke po prostu imponuje. Może być też tak, że on sam, jako członek owego tak zwanego „środowiska krakowskiego”, ma paru wpływowych znajomych, którzy za każdym razem interweniują u Igora Janke i wszystko wraca na stary tor.
Jest jednak coś, co mnie autentycznie gryzie, a mianowicie pytanie, dlaczego Libicki nie zrobi czegoś, co się wręcz narzuca i jest tu w Salonie praktyką powszechnie stosowaną, czyli Sowińca nie zbanuje? Przecież to trwa tylko chwilę, nie wymaga żadnego wysiłku nawet od człowieka poruszającego się na wózku, a mogłoby cały problem rozwiązać w mgnieniu oka. Otóż moim zdaniem Libicki w jakiś sposób wie, że Sowiniec w swojej zwykłej formie jest Platformie bardzo przydatny. Zastanawiam się wręcz, czy nie jest tak, że jeśli on tu bloguje, to wyłącznie po to, by prowokować Sowińca do tych komentarzy i w ten sposób – na swoją oczywiście ograniczoną skalę – pokazywać, co to takiego ta polska prawica. Może też być tak, że oni w jakiś sposób są umówieni, bo tak naprawdę cel mają wspólny. Może być różnie, w każdym razie jedno jest pewne: gdyby tylko Libickiemu Sowiniec przeszkadzał, on by to dawno uciął. Ban i cześć.
Wiadomo też coś jeszcze. W sposób oczywisty administracja Salonu ma tu pewien kłopot, który ostatnio objawił się z podwójną siłą, i która stała się faktycznym powodem, dla którego postanowiłem się za sprawę ostatecznie zabrać. Ostatnio bowiem, jak zdążyłem zauważyć, postanowiono, że nie będzie się już Sowińca „zwijać”, tylko po to, by za chwilę ktoś zainterweniował i żeby trzeba go było „odwinąć” ponownie, ale wszystkie jego komentarze zamieszczane na blogu Libickiego – poza „bingo” naturalnie – bez dyskusji, bez jednego nawet słowa i natychmiast będą usuwane, i w ten sprytny sposób z jednej strony będzie chronione dobre imię Senatora, a z drugiej nie wyrządzi się zbyt dużej krzywdy cenionemu blogerowi.
Ktoś powie, że w tej sytuacji chyba nie ma już o czym gadać. Libicki nie musi czytać tych obelżywości, Sowiniec może przez kilka minut mieć tę swoją satysfakcję, a administracja Salonu24 poczucie, że „netykieta” działa bez zarzutu. No a co najważniejsze, współpraca na linii Libicki – Sowiniec pozostaje niezagrożona. Otóż chciałbym powiedzieć, że choć, owszem, ten rodzaj cwaniactwa robi wrażenie, ja osobiście mam wciąż pewien problem. Otóż, jak wiemy, bloger Sowiniec – wbrew woli i opinii wielu komentatorów – reprezentuje tak zwaną konserwatywną prawicę, a w związku z tym jego zachowanie jest oceniane i politycznie wykorzystywane przez ludzi, którzy polskiej konserwatywnej prawicy nie lubią i życzą jej wszystkiego najgorszego, jako bardzo mocny argument w politycznej debacie. Ja znam oczywiście opinię, wedle której, Igor Janke, jego żona Bogna i całe to towarzystwo ma jeden tylko cel – skompromitować wspomnianą prawicę i w ten sposób zagwarantować wieczny sukces wrogom Polski. Czy to ze względu na mój strasznie łagodny temperament, czy wiejską naiwność, czy może już mocno zaawansowany wiek, wolę jednak myśleć, że oni są zwyczajnie gnuśni – jak wielu z nas. A w tej sytuacji mam osobisty apel: proszę, spróbujcie się trochę wybić ponad tę okropną przeciętność i przestańcie nas kompromitować. Nas i jak najbardziej siebie również. Bo jeśli to tak już ma być do końca, to marny nasz wspólny los.

Jak informuje Coryllus, właśnie upadła fantastyczna częstochowska księgarnia i projekt ideowy pod nazwą „Latarnik”. Tak to, jak widać, idzie i na to rady nie mamy. Na szczęście www.coryllus.pl kwitnie, a tam nasze – i nie tylko nasze – książki. Zapraszam serdecznie. Kończy się nakład dwóch pierwszych książek Toyaha: Liścia i Elementarza. Dodruk nie jest planowany. Gdyby ktoś miał chęć wesprzeć ten blog finansowo, numer konta i adres paypal podane są tuż obok. Bardzo proszę i jeszcze bardziej dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...