wtorek, 29 kwietnia 2008

Homo sovieticus, czyli o skuteczności tresury

FYM umieścił tu niedawno niezwykle ciekawą refleksję, gdzie się zastanawiał nad tym, ogólnie rzecz ujmując, co system sowiecki zrobił z ludźmi, których uważał za swoich poddanych.
Temat jest tak obszerny, że umówić go skutecznie nie udało się ani FYM, ani nie uda się tego zrobić mi, ani nie sposób go omówić pewnie w ogóle, a co dopiero w tak krótkiej formie, jak zwykły skromny blog.
Na dodatek, temat ten, oprócz tego, że niezwykle złożony, jest okropnie śliski, bowiem wystarczy powiedzieć homo sovieticus , żeby do tego światła zaczęły się garnąć nie tylko osoby prawdziwie uczciwe i zatroskane, ale również, a być może nawet przede wszystkim, najgorszego autoramentu manipulatorzy, którzy, gdy tylko zwietrzą okazję, by dokopać komuś, kogo nie lubią, sięgają po ten argument z niezwykłą lubością.
Z tym drugim typem mieliśmy w ciągu tych kilku lat wolności do czynienia – i wciąż mamy – aż nazbyt często. Czy to jakiś światły publicysta, czy jakiś mądry polityk, czy któryś bardzo nowoczesny ksiądz, właściwie każdego dnia nachyla się nad tym marnym, głupim Polakiem i mówi mu ciepłym, zatroskanym tonem: "
“Jesteś jakże typową ofiarą systemu”.
"Ja nie - ty".
A system był, system działał i system nie próżnował. A ja dziś bardzo chciałby wtrącić swoje trzy grosze do tej niekończącej się rozmowy o tym, co osiągnął?
Mam tu jedno, bardzo interesujące wspomnienie.
Pewna dziewczyna studiowała w innym mieście i co tydzień wracała pociągiem do domu. Ponieważ pociąg przyjeżdżał na dworzec jej miasta późnym wieczorem, zawsze czekał na nią jej chłopak.
Któregoś dnia, pociąg z jakiegoś powodu się spóźniał. Ponieważ żadnej informacji o spóźnieniu i o czasie spóźnienia nie było, chłopak poszedł do odpowiedniego okienka. Pani nie było w okienku, za to stała w głębi, na zapleczu, i gawędziła sobie z koleżanką. Chłopak czekał cierpliwie, wreszcie zawołał: “Może by tak pani zechciała tu podejść”. Pani podeszła do okienka, wychyliła głowę na zewnątrz i zawołała do przechodzących milicjantów, żeby zrobili porządek z “tym awanturującym się pijakiem”.
Milicjanci przyszli, wsadzili chłopaka do swojej niebieskiej nyski, zawieźli na posterunek milicji, przesłuchali, a następnie skierowali sprawę do kolegium, które odpowiednio skazało chłopaka na bardzo wysoką grzywnę za awantury po pijanemu. Przyznać trzeba uczciwie, że go nie pobili, bo przecież mogli. Może oszczędzili go, bo się nie stawiał i nie pyskował.
I teraz przed nami trzech bohaterów tego zdarzenia. Wszyscy trzej żyli w ramach systemu i trzej podlegali obróbce, o której w swoim blogu pisał FYM.
Pani z okienka, pan milicjant i chłopak.
Powstaje pytanie. Która z tych trzech osób dała się wytresować systemowi? Pan milicjant, który napisał wniosek do kolegium, pani z okienka, która poczuła się częścią systemu i zadziałała, czy chłopak, który wszystko, co milicjanci kazali, wykonał bez protestu, mimo, że był całkowicie niewinny?
Gdybym pytanie to zadał komuś takiemu, jak na przykład red. Żakowski, to pewnie bym się dowiedział, że homo sovieticusa poznajemy nie po tym, co robił kiedyś, ale jak się prowadzi obecnie.
Gdybyśmy spytali o to jakiegoś komunistę, powiedziałby nam, że nikt tu nie zawinił, bo PRL był naszą wspólną ojczyzną i trzeba było jakoś żyć.
A my? Co na ten temat sądzę ja i Wy? Pozwólcie, że zanim ja wypowiem się jednoznacznie, jeszcze przez chwilę powspominam.
Kiedy byłem dzieckiem, chodziłem z moim Ojcem na pochody pierwszomajowe. Bardzo lubiłem te pochody i bardzo lubiłem, jak jest 1 maja, bo było wesoło, kolorowo, pod moim oknem jeździli kolarze, w parku sprzedawali watę na patyku i wiatraczki z plastiku i oranżadę.
Później przestałem je lubić i przestałem w nich brać udział. Zorientowałem się też, że nikt właściwie pierwszomajowych pochodów nie lubi, a już zwłaszcza ci, którzy na nie chodzą. Pochodów nikt nie lubił, komunistów każdy nienawidził, a gdybym historię chłopca z dworca opowiedział publicznie tym wszystkim obywatelom machającymi flagami, balonikami i chorągiewkami, prawdopodobnie ogromna większość splunęłaby symbolicznie, ale by się nie zdziwiła. Bo ogromna większość wiedziała, że komuniści to mordercy, których należy się bać.
Jednocześnie jednak, pewnie ta sama większość powiedziałaby, że po pierwsze chłopak dobrze zrobił, że się nie kłócił, że milicjant jakiś porządniejszy, bo chłopca nie pobił, a pani z okienka to zwykła ruska swołocz, ale może była pijana.
Czy można powiedzieć, że oni wszyscy - ci ludzie w komunistycznym pochodzie - byli psychicznymi ofiarami systemu? Czy może na odwrót. To właśnie dzięki ich zdrowemu rozsądkowi jakoś się nam udało?
Skłonny jestem przypuszczać, że owszem, wśród nas było dużo, bardzo dużo ludzi, którzy jakoś tam padli ofiarą tej wielkiej operacji pod nazwą “budujemy człowieka radzieckiego”. Niektórzy bardziej, inni mniej, jedni częściej, inni rzadziej. Ale na ogół nie mam pretensji. Uważam, że na ogół nie daliśmy się.
Może z wyjątkiem naprawdę nielicznych. Takich, jak na przykład artysta Janusz Józefowicz, który zamiast iść w pochodzie, jak przystało na normalnego obywatela, łaził po szwedzkich supermarketach i kradł wszystko, co uznał za ładne i przydatne, a o czym jakiś czas temu, w wywiadzie dla magazynu Pani, czy może Twój Styl z dumą opowiadał.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Najbardziej znany człowiek na świecie, część ostatnia

No i to już koniec historii o Muhammadzie Alim, tak jak ją opowiedział Bob Greene, a ja przetłumaczyłem na język polski.
Dziękuję za uwagę i mam nadzieję, że nawet ci, którzy z jakiegoś powodu przez te pięć odcinków głównie się złościli, ostatecznie pomyślą sobie, że warto było przeczytać tę relację.
A jak ktoś zapragnie wyciągać z tej historii jakieś dodatkowe wnioski, albo szukać w niej ukrytego dna, to bardzo proszę.
I ja mam pewne skojarzenia.


W Liceum im. Cardozo, w jednej z najbardziej niebezpecznych dzielnic Waszyngtonu, policjanci pilnowali wejścia do budynku. Uczniowie zostali zebrani w auli, jednak nikt ich wcześniej nie uprzedził, że w planie jest spotkanie z Alim.
Słuchali więc jakiegoś innego wystąpienia, gdy, niezapowiedziany, Ali wszedł tylnymi drzwiami do sali. Najpierw zauważyło go kilka osób, później kilka kolejnych. Wzdłuż auli podniósł się szum, gdy Ali, pociągając nosem, szedł między rzędami w kierunku sceny.
Gdy był jeszcze w pół drogi, nad salą rozległo się skandowanie: “Ali! Ali! Ali! Ali!”
Kiedy się odezwał, jego głos był jednak tak cichy i niewyraźny, że praktycznie nikt go nie słyszał. Zaczęli krzyczeć, by zaczął mówić głośniej, ale on robił wrażenie, jakby nie zauważał tych głosów i wciąż mówił do nich “dziewczynki i chłopcy” tym swoim szeptem.
Zapytał, czy mają jakieś pytania. Ładna dziewczyna siedząca w pierwszym rzędzie, najwyraźniej zaskoczona jego powolnym, cichym, łamiącym się głosem, podniosła rękę, a on pokazał na nią.
- Czy pan to naprawdę Muhammad Ali? - spytała.
Ali spojrzał na nią. - Spotkamy się po szkole - powiedział. - I powiedz swojemu chłopakowi, że, jak ma jakieś problemy, z nim też się mogę zobaczyć po szkole.
Jakiś chłopak, najwyraźniej przyjaciel dziewczyny, wstał. - Palant - powiedział Ali. - Spotkamy się po szkole.
Jednak poza pierwszymi pięcioma, lub sześcioma rzędami, nikt go nie usłyszał.
Ali zwrócił się do dyrektora i z uniesionymi pięściami znów zaczął udawać walkę i pokazywać swój słynny taniec. Dyrektor pokręcił głową i się cofnął.
Gdy przyjechaliśmy do Liceum Dunbara, Ali już bardzo kaszlał. Szedł dokładnie tam, gdzie prowadzili go miejscowi Muzułmanie. Tym razem, do budynku administracji.
Ali stał nieruchomo, kaszląc i wycierając nos i czekając na wskazówki, dokąd iść dalej. Jakaś urzędniczka spojrzała na niego i powiedziała - Ten człowiek jest chory. Czy ktoś wezwał lekarza?
Jednak Alego prowadzono już do jednej z klas. W korytarzu, jakaś młoda matka, która akurat odwiedzała szkołę, podbiegła do niego i próbowała wręczyć mu swoje dziecko. Ali wyciągnął ręce po niemowlę, lecz Herbert Muhammad powiedział - Ali, jesteś zbyt przeziębiony, by trzymać to dziecko.
Ali oddał niemowlę kobiecie.
Szliśmy korytarzami. Uczniowie kierowali się do klas. Ali nachylił się do mnie i powiedział - One wszystkie są moje. To właśnie dał mi Allach. To jest niebo na ziemi.
Obok nas przechodził starszy mężczyzna, który z jakiegoś powodu był akurat w szkole. Ali wykonał dźwięk świerszcza przy uchu mężczyzny, jednak ten, najwidoczniej niedosłyszący, nie zareagował.
Weszliśmy do szkolnej biblioteki. Wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu przerwali swoją pracę. Jednak jeden z chłopców siedział do nas plecami. Czytał przy swoim stoliku i był pogrążony w lekturze.
Ali podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu. Chłopiec podniósł głowę i otworzył zdziwiony usta. Chciał coś powiedzieć, lecz Ali przyłożył palec do swoich ust, jakby chciał uciszyć chłopca.
Gdy wychodził z sali, Ali mijał wysokiego potężnie zbudowanego chłopca. Stanął.
Spojrzeli sobie w oczy i Ali uniósł pięści. Zaczął tańczyć i skakać wokół chłopca.
Chłopak jednak się nie cofnął. Również uniósł pięści. Nie próbował uderzyć Alego, ale też nie ustąpił o centymetr. Poruszał się razem z Alim, pokazując wyraźnie, że się nie boi. Na twarzy Alego pojawiły się krople potu. Chłopak podszedł bliżej. Na jego twarzy pojawił się pewny siebie uśmiech. Zaczął popychać Alego, przejmując kontrolę nad sytuacją.
W bibliotece zapanowała kompletna cisza. Ali zakaszlał. Chłopak zaczął przysuwać swoje pięści do twarzy Alego. Ich ramiona się spotkały. Odgłos pięści odbijał się echem od ścian. Nagle rozległ się stukot i wszystko się stanęło.
Na żółtej wykładzinie leżał modlitewny zegarek Alego. Ali wolno się schylił. Podniósł zegarek i ponownie zapiął go sobie na ręce.
- Chodź już, Ali. - powiedział Herbert Muhammad. - Już i tak jesteśmy spóźnieni.
Wyszli z biblioteki. Oczy Alego ponownie, na ułamek chwili, spotkały się z oczami chłopaka. A następnie znów zaszły mgłą i znów Ali wyglądał, jakby był całkowicie nieobecny.

TVN 24 zaprasza do Tyńca, czyli tête-à-tête z Panem Bogiem

W telewizji TVN 24, przed chwilą niejaki Leszek Kabłak przekazywał relację spod klasztoru w Tyńcu, umożliwiając po raz kolejny wszystkim wykształconym i światłym obywatelom nowej Rzeczypospolitej zapoznanie się z nowinkami z rezerwatu znanego powszechnie, jako Kościól Katolicki.
Relacja była niezbyt długa, no ale jak ktoś jest bardziej zainteresowany, jak to tak żyją ci rzymscy katolicy, to TVN ma dla nich specjalny kanał, nad którym profesjonalną pieczę sprawuje Szymon Hołownia.
Redaktor Kabłak dostarczył informacji bardziej ogólnych, coś takiego bardziej na kształt Tyniec - The Best Of...
Więc było, że tam jest ładnie, że można wynająć pokój i tam sobie pomieszkać z dala od tych wszystkich samochodów i komputerów, że jak ktoś jest poltykiem Platformy, to też tam może się serdecznie wyciszyć, ale co najważniejze... Uwaga, uwaga! - w Tyńcu można przede wszystkim sobie zorganizować "tête à tête z Panem Bogiem".
Ja chciałem tu wyrazić wdzięczność redaktorom TVN24 za to, że tak wiele wysiłku wkładają w pracę duszpasterską. W tych smutnych czasach, gdy ludzie, zajęci swoimi codziennymi sprawami, nie mają czasu na to, by tak bardziej spróbować coś z dziedziny ducha, czy... tego tam... duszy, należy się im zaproponować jakąś mądrą rozrywkę.
Przecież nie można tak tylko: praca, sklep, Szkło Kontaktowe, spać, znowu praca, znowu runda wózkiem między pólkami, do domu, znów Szkło - i tak całe życie. Człowiek zasługuje na więcej. Choćby parę godzin tête à tête z Jezusem, albo z Maryją.
I osobiście Szanownemu Panu Redaktorowi: Tak trzymajcie, Redaktorze.

niedziela, 27 kwietnia 2008

Najbardziej znany człowiek na świecie, część 4

Witam ponownie. Kontynuujemy reportaż o Muhammadzie Alim, “najbardziej znanym człowieku na świecie", autorstwa amerykańskiego dziennikarza Boba Greene'a, w moim skromnym tłumaczeniu.
Z przyjemnością zauważam, że coraz więcej osób czyta tę niezwykłą relację, i że dużo z Was podziela moje refleksje, a jednocześnie nie mogę nie zauważyć, że z każdym nowym fragmentem pojawiają się gdzieniegdzie coraz większe emocje, u niektórych nawet przyjmujące agresywną formę.
Agresja niekiedy osiąga takie rozmiary, że niektórym (rannal) odbiera podstawy rozsądku i każe im z tego wszystkiego rozumieć tylko tyle, że Ali jest dla mnie mistrzem i autorytetem.
Ciekawe, co to się w niektórych głowach wyprawia?
Tak czy inaczej, przed nami kolejna część. Postaram się, żeby to była już przedostatnia.

Wkroczyliśmy na Krajowe Lotnisko w Waszyngtonie. W przejściu, na Alego czekała już grupa Muzułmanów. Były to osoby sponsorujące zjazd, na który Ali przybył ze swoim wystąpieniem.
Ruszyliśmy w kierunku sali odbioru bagażu. W Alim nastąpiła gwałtowna zmiana. W samolocie, mimo, że jego głos był dalej niewyraźny i ledwo słyszalny, sam Ali był stosunkowo skoncentrowany i uważny. Tu jednak, gdy każda przechodząca osoba wołała coś w jego stronę, lub przystawała, by na niego spojrzeć, wydawało się, że wprowadził się w ten sam rodzaj transu, w którym znajdował się jeszcze w Chicago. Jego oczy straciły jakikolwiek wyraz, na nikogo nie patrzył, twarz była pusta i martwa. A gdy ludzie wołali jego imię, wszystko to stawało się jeszcze bardziej widoczne.
Pomyślałem sobie: to, co się z nim dzieje, to nie jest zwykłe otępienie na skutek zbyt wielu walk. On nie jest tak okropnie nieobecny od tych wszystkich uderzeń. Bardziej, jest to efekt przyjmowania innego rodzaju nieustannych ciosów. Od ponad dwudziestu lat, był atakowany ciągłą popularnością, ciągłym popychaniem, ciągłym szarpaniem, za każdym razem, gdy zaryzykował pokazanie się publicznie. To właśnie tego miał za dużo – nie pięści, lecz nieprzerwanego kontaktu ze strony ludzi obcych. Najwyraźniej to mu zaszkodziło. A widać to było najlepiej wtedy, gdy znajdował się w samym środku nowych tłumów.
Przedzieraliśmy się w kierunku wyjścia. Jego oczy patrzyły ślepo. Tylko raz się odezwał. Jakiś mężczyzna stanął dokładnie przed nim. Nie mówił jednak do Alego, lecz do mnie. Powiedział - Hej, niech pan spyta Alego, czy wciąż potrafi latać, jak motyl i kłuć, jak pszczoła.
- Szybować - szepnął Ali, nie patrząc na mężczyznę. - Szybować, jak motyl.
Kiedy Alego poprowadzono do czekającego na zewnątrz samochodu, wokół słychać było tylko krzyki i wrzaski. Za kierownicą siedział jeden z Muzułmanów, który następnie zawiózł nas do Holiday Inn w centrum miasta. Nie był to jeden z bardziej eleganckich hoteli. Apartament Alego znajdował się na samym końcu korytarza na siódmym piętrze.
Dyrektor hotelu, Thomas Buckley, czekał na Alego w salonie apartamentu.
- Czy jest coś, co mogę dla pana zrobić? - spytał Buckley.
Ali był już bardzo przeziębiony. - Jak tu zrobić, żeby było cieplej? - spytał.
Buckley podszedł do termostatu i zwiększył temperaturę - Jesteśmy do usług naszych klientów - powiedział.
Oczy Alego wciąż były nieobecne. Jego głos był niemal całkowicie niezrozumiały.
- Służba innym to czynsz, jaki płacimy za mieszkanie w niebie - powiedział.
Następnego ranka, Ali siedział w hotelowej kawiarni z Herbertem Muhammadem i kilkoma lokalnymi działaczami muzułmańskimi. Miał na sobie ten sam garnitur, który nosił dzień wcześniej. Przemówienie, które miał wygłosić na zjeździe zaplanowane było dopiero na następny dzień. Dziś miał w planie wizytę w kilku publicznych szkołach w centrum Waszyngtonu.
- Herbert - odezwał się Ali, głosem równie cichym, jak poprzedniego dnia. - Za co otrzymujesz od Allacha punkty?
- Co masz na myśli? - odparł Herbert Muhammad.
- No wiesz – powiedział Ali. - Jeśli na przykład pomożesz starszej kobiecie przejść na drugą stronę ulicy, czy Allach przyznaje ci za to punkty?
- Oczywiście, że tak - odparł Herbert Muhhamad. Ali skinął głową. Herbert zwrócił się do mnie i powiedział - Ali ma dobre serce.
Ali czekał na zamówione wcześniej pszenne tosty. Czekanie się wydłużało. Sięgnął przez stół i zdjął tosta z talerza jednego z Muzułmanów. Kiedy przyniesiono jego zamówienie, Ali zdjął kromkę z góry i oddał ją Muzułmaninowi.
Kobieta przy ladzie odebrała telefon. Słuchała przez chwilę, a następnie podeszła do nas.
- Panie Ali - powiedziała. - Telefon do pana.
- Kto to? - odezwał się Ali, patrząc na swój tost.
- Ten ktoś powiedział, że nazywa się Eddie Cantor* - powiedziała kobieta.
Ali wstał i ruszył do telefonu.
- Ali - zawołał za nim Herbert jeszcze zanim Ali doszedł do lady. – Z kim ty będziesz rozmawiał?
- Z Eddiem Cantorem - odpowiedział Ali beznamiętnym tonem.
- Ali - powiedział Herbert ze śmiechem. - Eddie Cantor nie żyje. Jeśli to on do ciebie dzwoni, chciałbym to widzieć.
Ali podniósł słuchawkę i zaczął rozmowę. W jej trakcie, potarł palce i zrobił dźwięk świerszcza obok ucha kasjerki. Kobieta rozejrzała się, a następnie nerwowo potarła ucho. Ali powtórzył swoją sztuczkę. Kobieta znów potarła ucho.
Wrócił do stolika. Spytałem, kto do niego dzwonił.
- Eddie Kendricks - powiedział Ali. - Kiedyś śpiewał w Temptations.
- Skąd wiedział, że pan tu jest? - spytałem.
Ali wzruszył ramionami. Spojrzał na swój zegarek modlitewny i dał mi znak, bym był cicho. Gdy inni przy stoliku jedli swoje śniadanie, zamknął oczy i zaczął się modlić.
Jechaliśmy ulicami. W Szkole Podstawowej im. Clary Muhammad, w zrujnowanej dzielnicy miasta, w auli na niskim piętrze, Ali stał przed klasą złożoną z 75 uczniów. Gdy dzieci śpiewały mu piosenkę, złożył ręce na piersiach. Raz na jakiś czas, ruszał lekko palcem w tył i w przód, jakby dyrygował orkiestrą.
- Tak się cieszę, że widzę was dzieci, tu wszystkie - wyszeptał do nich. Były to bardzo małe dzieci. Było jasne, że wiedzą, że spotykają bardzo ważnego człowieka, ale jednocześnie można było podejrzewac, że nie do końca wiedzą, kim on jest.
W Liceum Shaw Juniora, w szkole mieszczącej się w nowoczesnym pawilonie, gdy prowadzono go do szkolnej auli, nauczyciele i uczniowie biegli do niego, próbując go dotknąć. Policzki miał pomazane szminką od pocałunków nauczycielek.
Byliśmy popychani w morzu ciał, próbując dotrzeć do sceny. Grała szkolna orkiestra, cała aula unosiła się jednym wielkim piskiem i wrzaskiem.
- Oto cały świat - powiedział do mnie. - Tak dokładnie wygląda całe moje życie.
W końcu udało mu się dotrzeć do sceny. Podczas gdy orkiestra grała temat z Rockiego, Ali wyciągnął z kieszeni niebieski grzebień i przyczesał włosy.
- Dziewczęta i chłopcy - powiedział dyrektor do mikrofonu. - To, że mogę tu teraz stać, na tej scenie, z tym człowiekiem, jest prawdopodobnie najważniejszym momentem w całym moim życiu. Uważam, że i dla was powinna to być najważniejsza chwila.
Ali, który od rana wyglądał na coraz bardziej przeziębionego, wyjął chusteczkę. Kucharka ze szkolnej stołówki krzyknęła - Muhammadzie Ali, kocham cię! - Ali wytarł nos.
Dyrektor poprosił Alego na mównicę. Powiedział, że chce, żeby uczniowie zadawali Alemu pytania, ale pierwsze chciałby zadać osobiście.
- Muhammadzie - powiedział. - Czy gotów byłby pan powiedzieć, że pańska najtrudniejsza walka była z Frazierem?
- Moja najtrudniejsza walka była z moją pierwszą żoną - powiedział Ali.
Rozmawiał jeszcze z uczniami przez jakieś piętnaście minut. Kiedy opuszczał aulę, zatrzymał się przed dwójką chłopców. Zaczął udawać, że się z nimi boksuje, przesuwając swoje stopy w tył i w przód w słynnym “Tańcu Alego". Chłopcy unieśli ręce w górę i się wycofali. Jakaś nauczycielka, która nie brała udziału w spotkaniu w auli, spostrzegła Alego i zaczęła drżeć. - Boże Święty - powiedziała z szeroko otwartymi oczami.

To tyle na ten niedzielny, piekny wieczór. Jeszcze tylko wyjaśnię, kto to Eddie Cantor. Amerykański piosenkarz, aktor komediowy, autor piosenek, bardzo popularny w latach wczesnej telewizji.
Jutro koniec naszej podróży z Muhhammadem Alim, no i czas na refleksje.

Najbardziej znany człowiek na świecie, część 3

Zapraszam do trzeciej części opowieści o najbardziej znanym człowieku na świecie. Ali leci do Waszyngtonu, a my patrzymy, słuchamy i, mam nadzieję, wyciągamy wnioski.

Zanim dotarł na miejsce, stewardessa, która od dłuższego czasu mocowała się z jakimś kartonem, usiłując położyć go na górnej półce, poprosiła Alego - Czy zechciałby pan wstawić go na półkę? Ma pan zdecydowanie więcej mięśni ode mnie.
Ali, bez słowa, położył karton na półce. Prześlizgnął się obok mnie i usiadł przy oknie. Inna stewardessa pochyliła się i spytała - Czy kiedy już wystartujemy, będzie pan miał ochotę na drinka, czy coś lżejszego do picia?
- Mleko - powiedział Ali, tak cicho jednak, że kobieta go nie usłyszała.
- Słucham pana? - spytała.
- Mleko - powtórzył Ali, patrząc prosto przed siebie.
Ruszylismy w kierunku pasa startowego. Nabraliśmy prędkości, unieśliśmy się w powietrze i wtedy Ali powiedział - Nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie umierać.
Jakieś pięć minut od startu, obrócił się w moją stronę i powiedział - Teraz, przez jakiś czas nie będę z panem rozmawiał. To mój czas na modlitwę. – Uniósł rękę. Zauważyłem, że nosi dziwny zegarek z pływającą strzałką.
- To muzułmański zegarek modlitewny - powiedział Ali. - Musimy się modlić o różnych porach dnia. Za każdym razem, jak nadchodzi mój czas na modlitwę, włącza się alarm. Strzałka zawsze pokazuje Mekkę.
- Skąd go pan ma? - zaciekawiłem się.
- Dał mi go król Arabii Saudyjskiej - odpowiedział Ali. - Miał go na ręku, zdjął i mi go podarował. Wcześniej nosiłem Timexa.
Zamknął oczy, jakby pogrążył się w modlitwie.
Gdy ponownie otworzył oczy, powiedział - Moim pragnieniem, moim głównym celem, jest przygotowanie się do życia na tamtym świecie. To powinno być celem każdego człowieka.
- No a to życie? Teraz? - spytałem.
- To życie nie istnieje - odpowiedział Ali. - Podbiłem świat i nie dało mi to satysfakcji. Boks, sława, reklama, popularność... moja dusza nie odczuła żadnej satysfakcji. Kto mógłby być bardziej popularny? Kto mógłby osiagnąć większe szczyty? To wszystko nic, jeśli nie pójdziesz do nieba. Możesz mieć przyjemności, ale to wszystko nic nie znaczy, jeśli nie sprawisz przyjemności Bogu.
Mężczyzna siedzący po drugiej stronie przejścia odpiął pas i podszedł do nas. Nazywał się William Dore. Był prezesem firmy o nazwie Global Divers & Contractors z Lafayette w Louisianie.
- Ali - powiedział. - Pragnę uścisnąć pańską dłoń. - Zarobiłem na panu 12 dolarów, kiedy walczył pan z Sonny Listonem.
- Tylko tyle? - zapytał Ali.
- Postawiłem tylko trzy - powiedział Dore, lecz Ali już odwrócił głowę.
- To była wielka przyjemność oglądać pana przez te wszystkie lata - powiedział Dore. - Uczynił pan wiele dla dyscypliny.
Kiedy Dore wrócił na swoje miejsce, Ali powiedział do mnie - Boks był niczym. Był kompletnie nieważny. Boks był tylko sposobem, żeby zaprezentować mnie światu.
Przerwano mu w pół słowa. Pam Lontos z firmy motywującej przyszła z części turystycznej. Klęczała w przejściu i usiłowała wręczyć Alemu jakąś broszurkę. Pierwsze słowa broszury informowały: “Poznanie podstaw sprzedaży przekazu pozwoli ci odnaleźć twój prawdziwy potencjał, a następnie przekształcić ten potencjał w zysk...”.
Stewardessa położyła ręce na ramionach Lontos - Przepraszam panią - powiedziała. - Jeśli życzy sobie pani autograf, z przyjemnością przyniesiemy go pani na miejsce.
- Ale ja nie chcę autografu - wyjaśniała Lontos, prowadzona już jednak do swojego przedziału.
Ali pociągał nosem. Wyglądało, że łapie go przeziębienie. Wyciągnął zza mojej głowy małą poduszeczkę, urwał z niej kawałek papierowej poszewki i wytarł nos. Po chwili już spał.
Zbliżaliśmy się do Waszyngtonu. Ali popukał mnie w ramię. Pokazał za okno. Pod nami jaśniały światła pomników i budynków rządowych.
- No i co pan o tym myśli? - zapytał.
- Bardzo ładne - odparłem.
- Niech pan spojrzy na te wszystkie światła w tych wszystkich domach - powiedział. - To wszystko moi wielbiciele. Czy wie pan, ze mógłbym zajść do któregokolwiek z tych domów, zapukać do drzwi, a oni by wiedzieli, kim jestem? To dziwne uczucie. Patrzeć tak na świat i wiedzieć, że każdy człowiek mnie zna. Czasem myślę sobie o tym, żeby wyruszyć w świat autostopem, bez pieniędzy, i tylko pukać do różnych drzwi, ile razy bym zgłodniał, albo potrzebował się przespać. Mógłbym to zrobić.

To na razie tyle. Dziękuję. Jutro dalsza część.

sobota, 26 kwietnia 2008

Widzę to co widzę, czyli nadmuchiwanie mistrzów

Poszedłem do sklepu kupić sos do obiadu i w budce “Ruchu” zobaczyłem wydawnictwo DVD zatytułowane: “Rozmowy z Mistrzem”. W związku z tym, że na okładce widzimy zadumanego Leszka Kołakowskiego, domyśliłem się natychmiast, że tytułowy “mistrz” to on. Jest oczywiście taka ewentualność, że to nie Kołakowski jest tym “mistrzem”, tylko Kołakowski przeprowadza rozmowy z jakimiś na przykład wybitnymi sportowcami. Znając jednak naszą polską atmosferę społeczną, tę możliwość odrzucam. A więc mistrzem jest Kołakowski. Jest mistrzem , tak jak na przykład mistrzem był dla apostołów Jezus. “Jezu, mój mistrzu”, mówił apostoł i wszystko było na swoim miejscu.
Dlaczego Kołakowski jest mistrzem? Pytanie to tylko na pozór jest prostackie. Owszem, wszyscy wiemy, co to są autorytety, szczególnie autorytety niekwestionowane. Wszyscy też wiemy, że jeśli ktoś już został autorytetem, to oczywiście może nim przestać być w każdej chwili, tyle, że o tym możemy dopiero zostać poinformowani, kiedy czas nadejdzie. Nie wcześniej.
A Kołakowski autorytetem jest. Tak jak, zmarły już, Kuroń, lub z żyjących Bartoszewski, Geremek, Wałęsa, czy Andrzej Wajda, lub, znów zmarły już , Stanisław Lem. No dobra... więc to są autorytety, ale żeby mistrzowie? Kołakowski jest autorytetem, bo jak coś powie, to tak jak trzeba i nie ma ryzyka, że powie coś tak, jak nie trzeba. Dlaczego jednak jest mistrzem? W czym Kołakowski jest mistrzem? Czyżby Kołakowski odkrył coś, czego nikt inny nie odkrył? Czy może Kołakowski zrobił coś, albo coś skonstruował (niechby i jakąś myśl), czego to dotychczas nikt nie skonstruował? A może Kołakowski coś zauważył, co przez lata całe pozostało ukryte? No coś takiego, jak na przykład, że Boga nie ma, albo, że Bóg jest, albo, że jest kilku bogów. Nie wiem. Trudno mi spekulować. Jestem zwykłym człowiekiem, który wie to co udało mu się dowiedzieć, więc nie umiem podać przykładu jakiegoś porażającego odkrycia, lub choćby jakiejś porażającej informacji.
To ja już wolę Kazika. Jak Kazik śpiewa – a wymyślił to sam! – “Widzę to co widzę i niczego się nie wstydzę. Niech się wstydzi ten co robi, a nie ten co widzi”, to jeśli idzie o ten fragment, jestem gotów powiedzieć do Kazika “mistrzu”. Do Kazika mogę mówić “mistrzu”, nawet za krótszy fragment, choćby taki: “Dobry chłopak był i mało pił”. To jest mistrzostwo i to akceptuję z pochylonym czołem. Nawet tytuł mojego bloga jest mistrzowski, a to też Kazik, a nie Kołakowski.
W czym jest mistrzem Kołakowski?
W tych dniach, systematycznie umieszczam na tym blogu tekst Boba Greene’a o Muhammadzie Alim. Ali jest mistrzem, bo przez ponad dziesięć lat był właściwie niepokonany. Przegrał raz w Frazierem, ale później sprał go dwa razy, więc był i jest mistrzem. Ludzie, jak go widzą, wołają na niego "Mistrzu!" Ali jednak, będąc mistrzem, nie jest autorytetem (no może dla niektórych, afrykańskich nastolatków, ale bardziej powszechnie już nie). Dlatego też Bob Greene może, bez narażania swojej reputacji, napisać reportaż o Alim i pokazać jego ludzką małość. Podobnie jak kiedyś napisał reportaż o wówczas wschodzącej gwiazdce amerykańskiego kina, uwielbianej przez tłumy Kristy McNicoll, w którym to reportażu przedstawił ją, nie jako marną aktorkę, lecz jako wredną, nadętą, głupią panienkę. I też nic mu się nie stało.
Bob Greene ostatnio stracił reputację, niemniej jednak nie za to, że zszargał niekwestionowany autorytet. Za to mianowicie – UWAGA! – że miał romans z 18-letnią dziewczynką. Za to właśnie wyleciał z redakcji i za to Amerykanie sobie pomyśleli o nim, że nawet on bywa głupi.
Tak głupi, jak najgłupszy “autorytet” i najbardziej dmuchany “mistrz”.

Najbardziej znany człowiek na świecie, część druga

Pomyślałem, że odpuszczę sobie na moment sprawy doraźne i przedstawię w Salonie tekst, który, moim zdaniem, jest z jednej strony niezwykle uniwersalny, a z drugiej, w naszej szczególnej, polskiej sytuacji, tak akurat na czasie, że Was zainteresuje.
Wygląda na to, że jednak polityka w wydaniu tradycyjnym wciąż górą.
Co mi osobiście nie przeszkadza, bo tak, czy inaczej, to prawie moje życie.
O co poszło? Przeczytałem wywiad z Lechem Wałęsą w niejakiej “Gali” i przypomniał mi się ten przepiękny reportaż z Chicago Tribune o wielkim kiedyś bokserze, Cassiusie Clayu, a później Muhhamadzie Alim.
I właściwie nie chodziło mi o to, żeby powiedzieć: “Patrzcie wszyscy, przecież Wałęsa jest jak Ali”. Moim zamierzeniem było raczej wyrażenie żalu z tego powodu, że, jak dotychczas, nie znalazł się w Polsce dziennikarz, który potrafiłby w tak wyjątkowy sposób, w sumie bez złośliwości i jakiejś tępej małości, zdjąć choć fragment legendy z naszego Lecha.
Mieliśmy wprawdzie książkę byłego rzecznika Wałęsy “Wódz”, no ale Nowina - Konopka to nie Greene, a poza tym nawet, gdyby to był Greene, to w wyjątkowo nikczemnym nastroju. Więc on się nie liczy.
Jak już wspomniałem, pierwsza część reportażu o Alim nie wzbudziła chyba szczególnych emocji, no ale kim byśmy byli, gdyby nie nasza wierność przekonaniom? A ja jestem szczerze przekonany, że niniejszy tekst znać warto. I warto go tu kontynuować, choćby dla Pana Gumby.
A więc do dzieła. Część druga.

Za nami siedział jakiś mężczyzna, zwrócony w przeciwną stronę.
- Coś panu pokażę - powiedział Ali. Potarł kciuk i palec wskazujący w tak sposób, że rozległ się jakby dźwięk świerszcza. Obrócił się, zbliżył palce do ucha mężczyzny, potarł nimi i wydobył dźwięk. W momencie, gdy mężczyzna się obejrzał, Ali już patrzył w inną stronę, jak gdyby nic się nie stało. Lecz po chwili, zrobił to raz jeszcze. Człowiek siedzący za nami potrząsnął głową. Potarł ucho. Gdy wrócił do swojej gazety, Ali ponownie wyciągnął rękę i ponownie wykonał palcami odgłos świerszcza.
Mężczyzna wstał i się rozejrzał. Lecz w tym momencie Ali rozmawiał już ze mną, jak gdyby nic się nie stało. Wspomniałem coś na temat tego, że jest traktowany, jak “super postać”.
- Posrać? - spytał Ali.
- Postać - powiedziałem. - Super postać.
- Wiem – odpowiedział. - Zrozumiałem pana za pierwszym razem. Zażartowałem sobie. Nie znam się na “super postaciach”. Jedyne co wiem na pewno to, że jestem najbardziej znanym człowiekiem na świecie.
- Jest pan pewien?
- No a kto jest bardziej znany? - spytał Ali.
- Reagan? - spytałem.
- Nie żartuj pan - obruszył się Ali. - Gdyby Reagan pojechał do Maroko, lub Persji, mógłby chodzić sobie ulicami i nikt nie zwróciłby na niego uwagi. Jak ja tam jestem, trzeba wzywać wojsko, by mnie pilnowali. Nawet nie mogę wyjść na ulicę.
- Czemu? - spytałem.
- Co czemu? - spytał Ali.
- Czemu pan? – spytałem. - Był pan wielkim bokserem. Ale to całe... Czemu pan?
- Nie wiem - odpowiedział Ali. - Nie jestem mądry. Od pana jestem głupszy. Nie umiem pisać tak poprawnie, jak pan. Nie umiem tak szybko czytać, jak pan. Ludzi jednak to nie obchodzi. Bo to pokazuje, że jestem zwykłym człowiekiem. Jak oni.
W tym momencie, przerwała nam kobieta nazwiskiem Pam Lontos. Podała Alemu wizytówkę. Z wizytówki wynikało, że jest prezesem jednej z motywujących firm, z siedzibą w Dallas, i organizuje publiczne wystąpienia.
- Czy wygłaszał pan kiedykolwiek motywujące przemówienia o tym, jak uwierzyć w siebie? - zwróciła się do Alego.
Ali nie odezwał się do niej, ani nawet na nią nie spojrzał.
- Chciałabym porozmawiać z panem o wygłaszaniu publicznych wykładów - powiedziała. - Czy jest pan związany z jakąś agencją? Byłby pan zdziwiony, ile pieniędzy można zarobić za jedyne 45 minut pracy. Można zarobić kupę pieniędzy.
Ali wciąż na nią nie patrzył.
- Z naszą agencją współpracują David Brinkley* i Norman Vincent Peale* - powiedziała. - Nie chciałby pan zarobić kupy pieniędzy po prostu stojąc i mówiąc?
- Gadam za darmo - odrzekł Ali. - Dla Boga.
I wtedy pojawił się Herbert Muhammad. Menadżer Alego był grubym mężczyzną, na głowie miał futrzaną czapkę.
- Ali, gdzieś ty był? - zawołał. - Szukam cię po całym lotnisku.
Ogłoszono, że należy kierować się do samolotu. Pam Lontos odeszła, a my ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami stał jakiś businessman. Ali wyciągnął rękę, zbliżył palce do ucha mężczyzny i zrobił swojego świerszcza. Gdy mężczyzna się obrócił, Ali patrzył już w drugą stronę.
Usiedliśmy w pierwszym rzędzie, pierwszej klasy, po prawej stronie. Ali zajął miejsce przy oknie, a ja przy przejściu. Wchodzili pozostali pasażerowie. Wydawało się, jakby Ali nie zwracał na nich uwagi. W pewnym momencie, jednak, powiedział - Muszę coś zrobić.
Przeczołgał się nade mną. Wyciągnął rękę do mężczyzny, który zmierzał to klasy turystycznej. Poklepał mężczyznę po ramieniu.
- Ej! – zawołał.
Mężczyzna obrócił się. Jego twarz skamieniała na widok Alego. Ali wskazał na podłogę, gdzie leżała koperta z biletu.
- Coś panu spadło - powiedział Ali.
- O Boże... dziękuję - wyszeptał mężczyzna.
Ale Ali już patrzył gdzie indziej. Poszedł do kokpitu. Schylił głowę i wślizgnął się do środka. Poklepał pilota po ramieniu,
Pilot, pierwszy oficer i inżynier pokładowy spojrzeli zszokowani. Ali skinął głową. Następnie odwrócił się i wrócił na swoje miejsce.

Dziękuję z auwagę. To tyle na dzisiaj. Dalszy ciąg muszę dopiero pięknie przełożyć. Jutro może.
_______________________________________________________________________
* David Brinkley - znany dziennikarz NBC News. Z naszego punktu widzenia, nic szczegónego
* Norman Vincent Peale - psychiatra, pastor, autor wielu książek na temat tak zwanego "pozytywnego myślenia", nienawidził Kennedy'ego bo to katolik; w sumie warto poczytać na wikipedii.

piątek, 25 kwietnia 2008

Ludzie wielcy i ludzie mali, czyli najbardziej znany człowiek na świecie

Zgodnie z zapowiedzią, chciałem Wam przedstawić tekst amerykańskiego dziennikarza, Boba Greene’a, który specjalnie dla Was przełożyłem na język polski, a zatytułowany “Najbardziej znany człowiek na świecie”. Tekst został przed laty opublikowany w wielu amerykańskich gazetach i magazynach, a później wydany w książce Boba Greene’a “Cheesburgers”.
Tekst jest o Muhammadzie Alim, bokserze, i chociaż boks to sport, albo ewentualnie business, początkowo myślałem, żeby potraktować ten tekst, jako jednak refleksję polityczną, bo oryginalnie, wspominając o Alim, pisałem o Lechu Wałęsie i jego, że się tak wyrażę, kolorycie.
Uznałem jednak, że nie powinniśmy przesadzać. W końcu to wszystko są tylko ludzie, a ludzie to jednak nie koniecznie i nie zawsze polityka.
Oczywiście, jeśli ktoś, czytająć ten tekst, dojrzy w nim jakieś, przecież siłą rzeczy nieintencjonalne, a jednak bardzo narzucające się skojarzenia o charakterze bardziej szczególnym, to bardzo proszę.
Zaczynamy.


Głos był szokujący.
- Ile mi zapłacicie?
Głos był niewyraźny, zamazany, niemal jak szept. Rozmowa była międzymiastowa, więc słowa tym bardziej robiły wrażenie wypowiadanych z wysiłkiem.
Powiedziałem, że o ile mi wiadomo, Esquire nie płaci ludziom, o których pisze. Tak czy inaczej, chodzi o wydanie specjalne; pięćdziesięciu mężczyzn i kobiet z minionych pięćdziesięciu lat zostało wybranych, jako najbardziej wpływowi w swoim czasie. On był jedną z tych osób. Redakcja chciała umieścić go w wydaniu.
- Wykorzystujecie mnie tylko, żeby zwiększyć sprzedaż – powiedział Muhammad Ali. Głos praktycznie zanikał. - Chcecie mnie dać na okładkę.
- Nie, powiedziałem, Ali nie będzie na okładce. Ale będzie w bardzo dobrym towarzystwie.
- Jestem najbardziej znanym człowiekiem na świecie – powiedział głos.
Odpowiedziałem, że w wydaniu będą też inni znani ludzie; ludzie, być może, równie sławni, jak on.
- Kto? - zapytał Ali.
Odpowiedziałem, że niektórzy z nich to takie osobistości, jak John F. Kennedy, Franklin D. Roosevelt, Martin Luter King.
- Oni wszyscy nie żyją – powiedział Ali.
Na Lotnisku Międzynarodowym O’Hare w Chicago, czekałem na lot 184 American Airlines z Los Angeles. Manager Alego, Herbert Muhammad, powiedział mi wcześniej, że Ali będzie na pokładzie, by następnie się przesiąść na kolejny lot do Waszyngtonu. W Waszyngtonie będzie miał wystąpienie na zjeździe muzułmanów.
Herbert Muhammad powiedział, że nie może obiecać, że Ali zechce ze mną rozmawiać; to będzie zależało od niego. Zasugerował jednak, że jeśli chcę zaryzykować, powinienem spakować walizkę, kupić bilet do Waszyngtonu i czekać przy bramce, gdy samolot z Alim będzie lądować.
Usiadłem więc w fotelu bezpośrednio naprzeciwko wyjścia na pas. Samolot przyleciał kilka minut przed czasem. Około dziesięciu pasażerów opuściło samolot, a po nich wyszedł Ali. Miał na sobie szary garnitur; w spodniach nie miał paska. Garnitur robił wrażenie drogiego, buty jednak były znoszone i rozczłapane.
Podszedłem i przedstawiłem się. Nie spojrzał na mnie, tylko zapytał.
- Gdzie Herbert?
Głos był dokładnie tak samo cichy i niewyraźny, jak przez telefon.
Odpowiedziałem, że nie wiem i poinformowałem go, że samolot do Waszyngtonu będzie odlatywał za 45 minut spod bramki w końcu korytarza.
Ali zdjął marynarkę. Mimo, że był mroźny, zimowy dzień, na sobie miał niebieską koszulę z krótkimi rękawami. Ruszył w stronę następnej bramki.
To co się działo na lotnisku, przypominało te telewizyjne reklamy, w których wszyscy nagle zamierają w bezruchu. Zdarzało m się wcześniej podróżować z ludźmi sławnymi, ale czegoś podobnego nie widziałem nigdy w życiu. Każdy, dosłownie każdy, zatrzymywał się na widok Alego. Sam Ali był znacznie grubszy, niż kiedy jeszcze walczył, ale teraz miał już lat czterdzieści, a jego włosy przyprószone były siwizną. Poza tym jednak, nie można było go nie rozpoznać. Każda para oczu wpatrywała się w Alego. Każde usta bezgłośnie wypowiadały słowo “Ali”.
- Mistrzu, świat nie znał nikogo większego - krzyknął jakiś mężczyzna. Ali wyminął go, nawet nie podnosząc wzroku.
- Gdzie Herbert? - spytał ponownie.
Znów odpowiedziałem, że nie wiem. Jakaś kobieta, w średnim wieku, dobrze ubrana, nie mająca w sobie absolutnie nic ekscentrycznego, spostrzegła Alego i padła przed nim na kolana, jakby miała się modlić. Ominął ją.
Zaprowadziłem go do właściwej bramki. Usiedliśmy w sali odlotów. Miał ze sobą walizeczkę; właściwie to było coś większego, coś bardziej jak walizka domokrążcy. Otworzył ją i wyjął książkę zatytułowaną Widmo śmierci: Spojrzenie na życie pozagrobowe.
Otworzył książkę. Pochylił się nade mną i zaczął czytać na głos, jednak tak cicho, że z trudem rozumiałem słowa.
- Życie już wkrótce dobiegnie końca i trzeba będzie się rozstać z przyjemnościami. Ile razy ujrzysz jak niosą człowieka do grobu, przypomnij sobie, że pewnego dnia i ty dojdziesz do celu...
Spytałem go, co jeszcze ma w tej swojej walizce. Zaczął kopać w środku. Zawartość wyglądała, jak worek jakiejś biednej, bezdomnej kobiety krążącej po ulicach. Jakieś broszurki, stare zdjęcia, rachunki, kartki papieru – walizka była wypełniona po brzegi. Wyciągnął egzemplarz Biblii i uchylił okładkę. W środku był autograf, którego nie potrafiłem odczytać.
- Oral Roberts *– szepnął.
Przed nami stała kobieta. Miała ze sobą małą córeczkę – kobieta powiedziała, że dziecko ma na imię Clarice i że ma 6 lat. Delikatnie popchnęła dziecko w kierunku Alego. Dziewczynka pocałowała Alego w policzek.
- Normalnie, to ona nie jest taka przyjazna do ludzi - powiedziała kobieta. Ali, nie mówiąc nic, wstał i również pocałował kobietę w policzek.
- No widzisz? - powiedziała kobieta do dziewczynki. - Właśnie spotkałaś kogoś wielkiego.
Przed Alim zatrzymał się mężczyzna nazwiskiem Joseph Loughry, dyrektor międzynarodowych systemów bankowych w General Electric Information Services w Rockville.
- Mam synka imieniem James - powiedział Loughry.
Ali, nie podnosząc głowy, nie patrząc na Loughry’ego, przyjął od niego kartkę i napisał: “Dla James’a od Muhammada Ali”.
Loughry podziękował Alemu, jednak ten ani się do niego nie odezwał, ani nawet na niego nie spojrzał. Kiedy odszedł, Ali powiedział do mnie.
- Najmniejszą, maleńką rzecz, jako czynimy, Bóg zapisuje. Każdy najmniejszy atom, widzi. W dzień Sądu, wszystko dobro i wszystko zło zostanie zważone. Każdy liść spadający z drzewa, Bóg widzi. A pomyśl tylko, ile tych drzew.


Dziękuję bardzo. To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że się Wam podobało. Jutro dalszy ciąg.
_________________________________________________________________________
*Oral Roberts – amerykański milioner i ewangelista. Jak chcecie, poczytajcie w wikipedii. Ciekawy typ.

czwartek, 24 kwietnia 2008

Jerzy Pilch, czyli pionkem na szach

Wszystkich potencjalnych polemistów i prześmiewców, którzy zechcą mi wytknąć głupotę i arogancję, chciałem uprzedzic, że tytuł niniejszego wpisu ma charakter sarkastyczny i został celowo wybrany tak, by dokuczyć Jerzemu Pilchowi.
Ale do rzeczy. W moim poprzednim tekście, o Lechu Wałęsie i Muhammedzie Alim, wspominając o Jerzym Pilchu napsiałem, że jest on wielkim i wybitnym pisarzem i autorytetem. Był to oczywiście żart, ale okazało się, że jeden z moich salonowych kolegów potraktował te słowa najzupełniej poważnie i się bardzo na mnie oburzył. To nieporozumienie oburzyło z kolei innych moich kolegów i powstała lekka awantura.
Kiedy sprawę przemyślałem, doszedłem do wniosku, że w czasach, gdy na temat takiego Pilcha i jego rzekomych talentow głosi się tak niestworzone rzeczy, to normalny człowiek faktycznie może z tego wszystkiego stracić orientację i przestać zupełnie odróżniać ironię od stwierdzeń jak najzupełniej poważnych.
W tej sytuacji postanowiłem dać wyraźne świadectwo mojego stosunku do osoby Jerzego Pilcha i poszukać w pamięci jakiegoś dźwięcznego przykładu, który udokumentuje jak najpoważniej to, czym Pilch jest i co reprezentuje.
Opisałem więc pewną, w moim odczuciu, kompromitującą Pilcha historię i zwróciłem się do moich ewentualnych czytelników o wzięcie udziału w małej ankiecie i udzieleniu odpowiedzi na parę pytań.
Niestety temat Wałęsy i Alego, przynajmniej na razie, został wyczerpany, więc kwestia Pilcha nie została już dostrzeżona.
Postanowiłem więć spróbować i przedstawić Salonowi tę refleksję raz jeszcze, włącznie z moją ankietą, w osobnym wpisie, licząc na to, że jednak okaże się, że było warto.
Zapraszam więc ponownie:
W książce o Kaczyńskich pt. 'O dwóch takich' jest zdjęcie Lecha jak siedzi pochylony nad szachownicą.
Pilch, w związku z książką i w związku ze zdjęciem, poświęcił cały swój felieton w Dzienniku na szyderstwa z Prezydenta, że pajac się lansuje do fotografii, a nawet nie widzi, że partia nad którą tak duma, jest ewidentnie przegrana.
Po jakimś miesiącu, albo nawet dwóch, Dziennik opublikował list od jakiegoś szachowego mistrza, który zwrócił uwagę, że partia nie jest przegrana, bo ze zdjęcia wynika, że to sam początek.
A ja się zastanawiam, jak coś takiego się odbywa. Otwiera Pilch książkę, ogląda zdjęcia i widzi szachownicę w stanie ewidentnego debiutu. Przesuwa wzrok i widzi Lecha Kaczyńskiego. Siada przy biurku i pisze felieton, zaśmiewająćc się do rozpuku, że Kaczor pozuje do przegranej partii.

I teraz mam trzy pytania, a Wy odpowiadajcie:
1. Czy Pilch wiedział, że zdjęcie przedstawia debiut?
2. Czy Pilch wiedział, że kłamie?
3. Czy więcej ludzi przeczytało felieton Pilcha, czy wyjaśnienie szachisty?
I jeszcze jedno:
4. Czy powyżej opisana sytuacja zmienia cokolwiek w towarzyskiej pozycji Pilcha i jego promotorów?

Dziękuję za uwagę. I przypominam. Już jutro tu na blogu pierwsza część przewibitnego felietonu Boba Greene'a o Muhhamadzie Alim. Ale nie tylko o Alim. Bardzo nie tylko.

Walka wszechczasów: Lech Wałęsa kontra Muhammad Ali

Z Lechem Wałęsą mam związane jedno bardzo znaczące wspomnienie.
Otóż w roku 1990 bardzo wspierałem przewodniczącego w walce o prezydenturę (Wszystkch przebiegłych polemistów uprzedzam: nie dlatego, że był niezwykle mądrym i wybitnym umysłem, lecz dlatego, że miał możliwości i liczyłem, że jest zdeterminowany).
W ramach kampanii wyborczej Wałęsa jeździł po Polsce, spotykał się z ludźmi, przedstawiał program, a przed sobą miał wszędzie tak niewyobrażalne tłumy, że do dziś żaden polityk nawet nie jest w stanie o podobnym przyjęciu marzyć.
Jesienią przyjechał do Katowic, gdzie mieszkam, i spotkał się z sympatykami w wypełnionym po brzegu Spodku. Od tego czasu tak wypełniony katowicki Spodek widziałem tylko raz, na koncercie Page’a z Plantem.
Nie mogłem brać udziału w spotkaniu, bo mieliśmy małe dziecko i nie bardzo wypadało mi wychodzić na cały wieczór z domu. Poszedłem na kompromis. Wziąłem mojego paromiesięcznego syna na tzw. “brzuch” i poszedłem do Spodka popatrzeć na Wałęsę. Ponieważ byłem z małym dzieckiem, udało mi się podejść pod samą mównicę i miałem okazję popatrzeć na przyszłego prezydenta z najbliższej odległości.
Wtedy właśnie przeżyłem coś, co pamiętam do dziś. Wałęsa, mój bohater, mój prezydent, stał za mównicą i przemawiał, jak to on. Mocno, zdecydowanie, stanowczo, pięknie. A ja patrzyłem i widziałem jego oczy. Oczy puste, nie widzące, bez żadnego błysku, bez żadnej emocji. Oczy człowieka, który nie patrzy i który nie widzi. Wtedy to właśnie po raz pierwszy pomyślałem, że Wałęsa jest całkowicie nierealny. Że jest jak automat, jak świetnie zaprogramowana maszyna.
Scena ta przypomniała mi się zupełnie niedawno, kiedy czytałem felieton znanego amerykańskiego dziennikarza Boba Greene’a, poświęcony sylwetce wielkiego mistrza bokserskiego Muhammad’a Ali już po latach chwały. Felieton zatytułowany jest “Najsłynniejszy człowiek na świecie” i opisuje parę dni, które dziennikarz spędził z Alim.
W swojej relacji, Bob Greene przedstawia Alego, jako człowieka, który jeśli mówi, to mówi tak cicho i niewyraźnie, że trudno go zrozumieć. Inna sprawa, że Ali właściwie nie mówi. Jedyne praktycznie słowa, które wypowiada, to albo refleksje na temat Allaha, które najpewniej wyczytał gdzieś i zapamiętał, albo jedno niezmienne zdanie: “Jestem najsłynniejszym człowiekiem na świecie”, w najróżniejszych odmianach, takich jak “Któż może być bardziej sławny”, albo “Któż mógłby osiągnąć większe szczyty”, albo “Sława jest niczym o ile nie zachwycisz Boga".
No i przede wszystkim widzimy człowieka, który nie patrzy na ludzi, nie widzi ludzi, nie rozmawia z ludźmi. Człowieka, który porusza się w tłumach, jakie go otaczają, a jego oczy cały czas pozostają, jak za matową szybą.
Bob Greene zastanawia się, czemu Ali jest tak mało przytomny, Czy to jakaś choroba, czy może efekt wszystkich tych ciosów, które w życiu otrzymał. Ale odpowiada sobie od razu, że nie. W końcu Ai raczej bił, niż bił bity. To wszystko, to efekt tych tłumów, tego szaleństwa, tej sławy. On po prostu tego nie wytrzymał
Czytałem o Alim i też myślałem, jednak tym razem myślałem o Wałęsie teraz i sprzed lat, że przecież to nic nie znaczy, że tłumy są niszczące, że nie da się zachować pełnej koncentracji w takich warunkach dzień w dzień. A nie każdy ma w sobie tyle świętości, co Jan Paweł II, o którym ci, co go widzieli mówili, że wokół siebie stale roztaczał taką aurę, że każdy, komu udało się być blisko Niego czuł, że w pewnym momencie patrzy tylko na ciebie, a jak mówi, to też tylko do ciebie i do nikogo innego.
A dziś znów pojawił się Lech Wałesa w wywiadzie dla pisma “Gala”. Wałęsa jak to Wałęsa; opowiada, że jakiś milioner chciał dać milion dolarów za jego serce, że gdyby nie on, Wałęsa, to rewolucji by nie było, no i że generalnie on, Wałęsa, jeżeli jest próżny, to tylko trochę, jak każdy. Nic nowego.
O wiele ciekawsza jest przytoczona na wstępie wypowiedź wielkiego pisarza, myśliciela i wielki polski autorytet, mianowicie Jerzego Pilcha, na temat Wałęsy. Otóż Pilch twierdzi, że nawet jeśli przyjmiemy, że Wałęsa “nie wie wszystkiego, albo nawet nie wie nic, to wie jednak >coś poza tym<”
Tym samym Lech Wałęsa został ustawiony już na początku rozmowy jakby poza czasem i poza przestrzenią. Niekiedy mówi się: “Moje problemy zaczynają się tam, gdzie kończą problemy innych”; sam Lech Wałęsa kiedyś mawiał: “Nie czytam książek, bo po przeczytaniu pierwszego zdania, wiem, jaki jest koniec”. Teraz Pilch mówi, że Wałęsa nie wie nic, bo wie więcej.
Po Pilchu, oddajmy głos byłemu prezydentowi. W pewnym miejscu, pytany o to, ile ma wnuków, Wałęsa odpowiada: "Wszystkie dzieci są moje. Wszystkie wnuki na świecie też”.
I od razu wracam do Alego. Podczas swojej wizyty w jednej z “czarnych” waszyngtońskich szkół, Ali “idzie korytarzami. Dzieci wchodzą do klas. Ali nachyla się i mówi: >One są wszystkie moje. Oto co otrzymałem od Allaha. Oto niebo na Ziemi<”.
I wówczas przypominam sobie jeszcze jedną scenę, kiedy Ali przedziera się przez lotniskowy tłum, ludzie krzyczą, ktoś klęka i się modli, jakaś kobieta wręcza Alemu dziecko do potrzymania, a Ali nie patrząc szepcze:
“To cały świat. To całe moje życie. Nie jestem wykształcony. Jestem głupszy od ciebie. Nie potrafię pisać tak ładnie, jak ty. Nie potrafię czytać tak szybko, jak ty. Ale ludzie tym się nie przejmują. Bo to pokazuje, że jestem zwykłym człowiekiem. Jak oni”.
A po chwili znowu: “Podbiłem świat i nie dało mi to satysfakcji. Kto mógłby być bardziej popularny. Kto mógłby osiągnąć większe szczyty?”
A ja sobie w tym momencie pomyślałem. To by był figiel, gdyby akurat wówczas na lotnisku pojawił się nasz Lechu, w drodze, powiedzmy do Houston na wszepienie rozrusznika, i usłyszał, co mówi Ali. Z pewnością podkręcił by groźnie wąsa i mruknął: “Ja”.
A potem obaj panowie rzuciliby się na siebie z pięściami i rozpoczęli prawdziwą, jedyną, niepowtarzalną walkę.
P.S. Od jutra, dla zainteresowanych, w odcinkach, całość felietonu Boba Greene’a o Le... o Muhammedzie Alim. Zapraszam.

środa, 23 kwietnia 2008

Brunatny Kowboj kontra Stowarzyszenie Drobnych Kłamczuchów

Histeria związana z osobą Wojciecha Cejrowskiego trwa kolejny dzień i z niewiadomych powodów zatacza coraz szersze kręgi.
Jest to o tyle ciekawe, że można by było sądzić, że ktoś taki jak Wojciech Cejrowski nie powinien zaprzątać ani głów światłych, ani głów mniej światłych, ani nawet głów kompletnie ciemnych z tej prostej przyczyny, że jest on obecnie kompletnie nikim, przynajmniej z punktu widzenia czegoś, co się nazywa domeną publiczną.
Owszem, pokazuje się w telewizji, owszem, wydaje nawet książki, ale jego pozycja medialna jest mniej nawet istotna niż jest to w przypadku kogoś takiego, jak niejaki Pudzian, albo Katarzyna Skrzynecka.
Więc skąd taki zgiełk?
ytanie to należy postawić jeszcze z jednego powodu. Otóż z Cejrowskim jest pewien problem. Mianowicie w okresie, kiedy był on jeszcze, przez krótki czas, ale czas bardzo istotny, kimś ważnym, został przez główne media i główne autorytety w Polsce potraktowany, jak osoba trędowata. Nie ma sposobu, żeby wyliczyć tu choćby jeden mały procent wyzwisk, którymi został Cejrowski obsypany przez umysły najwybitniejsze. Za co? Za to, że publicznie powiedział, że jest z Ciemnogrodu i uważa to za powód do chwały.
Jeśli w ostatnich czasach o Cejrowskim słyszeliśmy tak mało, albo zgoła nic, to nie dlatego, że na uwagę nie zasługiwał, bo zasługiwał o wiele bardziej, niż wspomniana już Katarzyna Skrzynecka i wielu, wielu innych. Nie słyszeliśmy o nim, bo nie dawał powodu, żeby go dalej niszczyć. Po prostu zajął się swoimi ukochanymi Indianami i temu zajęciu oddawał się profesjonalnie i szczerze. A cóż to może obchodzić funkcjonariuszy nowej ery?
I teraz nagle podnosi się rwetes. Dziennik na pierwszej stronie podaje: Cejrowski opuszcza Polskę, bo nie chce płacić podatków. W swoim internetowym wydaniu zmienia akcent: Cejrowski opuszcza Polskę, bo nie podoba mu się Tusk. Wewnątrz numeru, vice-naczelny Dziennika pisze: “Cejrowski z komika stał się postacią komiczną”.
I oczywiście nie ważne jest, że Dziennik i jego funkcyjni kłamią. W końcu do tego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.
Ważne jest co innego. Z jakiegoś powodu, najniższy krąg medialnego piekła postanowił zrobić z Cejrowskiego sprawę ogólnonarodową. Z jakiegoś powodu zdecydowano się doprowadzić do sytuacji, w której Cejrowski niedługo stanie się bohaterem Szkła Kontaktowego, a banda głupków (nie piszę "wykształciuchów", bo mogą pomyśleć, że ich chwalę), którzy nie mają o niczym pojęcia, o ile ich wcześniej nie uświadomią Miecugow z Sianeckim, która dotychczas kojarzyła nazwisko Cejrowski z cerowaniem może, będzie słała do TVN-u sms-y piekląc się na haniebny postępek "tego" Cejrowskiego.
Swego czasu Bergman - reżyser - opuścił Szwecję ze względu na wysokie podatki. Ostatnio czytamy wywiady z Johnem Cleesem, który opuścił Anglię, bo go mierzi angielska pogoda. Aktor Depp mieszka we Francji i przy byle okazji pluje na Amerykę, bo tak mu się podoba.
Nasz wielki i kochany Wojciech Fibak głównie mieszka za granicą, a to, czy ma jeszcze polskie obywatelstwo, nikogo nie obchodzi, i tak naprawdę nikt tego nie wie.
Cezary Michalski natomiast nie przespał minionej nocy, bo dostał cholery na Cejrowskiego i dziś musi wszystkich swoich czytelników poinformować, że “Cejrowski stał się tylko śmieszny”.
No to ja w tej sytuacji mam panu redaktorowi coś do powiedzenia. I powiem to z zachowaniem odpowiedniej, jak na sytuację, stylistyki:
Otóż, słuchaj Pan! Cejrowski był śmieszny zawsze, o czym Pan dobrze wiesz. Natomiast Pan kiedyś śmieszny nie byłeś. Pan się śmieszny stałeś dopiero jakiś czas temu. Ale wygląda na to, że złapało to Pana na fest”.

wtorek, 22 kwietnia 2008

Z brzytwą na społeczeństwo

Nie czytam magazynu o nazwie “Press”, ale czytam Rzeczpospolitą i Salon24, więc dowiedziałem się właśnie, że grupa dziennikarzy oficjalnie uznała, że ich obowiązkiem jest zrobić wszystko by Kaczyński nie powrócił do władzy.
Jak relacjonuje przekaz "Press", Rafał Ziemkiewicz, dziennikarz nazwiskiem Najsztub poinformował, że media uznały ekipę Kaczyńskiego za “niebezpieczną”, dziennikarz nazwiskiem Baczyński z kolei podał informację, że PiS-u nie wolno traktować jak “każdej innej partii”, a jeszcze inny dziennikarz, nazwiskiem Władyka dodał, że Polska powinna “powstrzymać powrót PiS-u do władzy”.
Wymienione wyżej osoby są powszechnie znane i w pewnym sensie stanowią mainstream polskiego dziennikarstwa. Tym bardziej, wszystko co piszą, lub mówią ci panowie, nie jest jakąś tam paplaniną, lecz głosem środowiska.
I ten właśnie głos środowiska mnie martwi. Martwi mnie jednak nie dlatego, że panowie Najsztub, Baczyński i Władyka nienawidzą PiS-u, boją się PiS-u, uważają, że PiS powinien zniknąć ze sceny i w związku z tym prowadzą na rzecz tej swojego przekonania propagandę.
Osobiście nie uważam, żeby tego rodzaju zaangażowanie przynosiło chlubę jakiemukolwiek dziennikarzowi, ale pal licho. Chcą, niech sobie piszą. Ja ich nie zatrudniam, nie ja im płacę.
Problem, o którym chcę pisać polega na tym, że panowie Najsztub, Baczyński i Władyka nie tylko prowadzą swoją wojnę, ale że wzywają Państwo Polskie do przyłączenia się do tej wojny.
Panowie Najsztub, Baczyński i Władyka uznali, że demokracja jest ułomna i akt wyborczy nie wystarczy do tego, by zapewnić odpowiednią dbałość o stan Państwa. Tym samym uznali oni, że nie tylko należy wyeliminować ze sceny politycznej jedną z partii, ale również część społeczeństwa należy pozbawić prawa wolnego wyboru.
Bo cóż oznaczają apele panów Najsztuba, Baczyńskiego i Władyki? Sens ich wystąpień jest taki – jeśli dobrze go rozumiem – że polityczna działalność Jarosława Kaczyńskiego stanowi tak wielkie zagrożenie dla ładu państwowego, że należy zorganizować pospolite ruszenie na rzecz oczyszczenia kraju z tego typu jednostek. I nie drogą wyborczą, ale drogą zmasowanej i zorganizowanej propagandy.
Nie drogą wyborczą, ale – proszę zauważyć – też nie drogą prawną. Bo wydawałoby się, że cóż bardziej prostego? Wystarczyłoby napisać wniosek o zdelegalizowanie PiS-u, odpowiednio go uzasadnić , zgłosić ów wniosek do odpowiednich instytucji, i ze spokojem czekać na decyzję.
Panowie Najsztub, Baczyński i Władyka dobrze jednak wiedzą, że PiS-u nie da się zdelegalizować. I to nie dlatego, że sądy są w rękach faszystów, a Sejm, podobnie, opanowany jest przez wrogów prawa i sprawiedliwości. PiS-u nie da się zdelegalizować, a wyborców PiS-u pozbawić praw wyborczych, bo nie ma do tego podstaw. Wiedzą oni bardzo, że sprawa zaczyna się i kończy na tym, że oni, podobnie jak pewna część społeczeństwa, nienawidzą Kaczyńskiego, i na tym koniec.
Powtarzam raz jeszcze. Nie chodzi o to, że Najsztub wraz ze swoimi kolegami uprawiają propagandę przeciwko jednej partii i części społeczeństwa. Nie chodzi o to, że wzywają oni społeczeństwo do niegłosowania na PiS. Niech sobie dalej apelują. Oni jednak wiedzą, że prawdopodobnie te apele nie przyniosą już efektu. A w związku z tym proponują zjednoczenie tzw. służb medialnych (a może właściwie wszystkich możliwych służb; w końcu cel jest wielki) do propagandowego zniszczenia tej części społeczeństwa.
Jaki więc z tego wniosek? Wniosek jest taki, że panowie Najsztub, Baczyński i Władyka chcą przeprowadzić pewną operację polityczną na poziomie pozaprawnym. Korzystając ze swojego szczególnego umocowania w domenie publicznej, chcą wykorzystać to swoje umocowanie do pozbawienia jednej partii i znacznej części społeczeństwa prawa wyborczego.
I jeszcze coś. Z działań panów Najsztuba, Baczyńskiego i Władyki wynika jednoznacznie, że stanowią oni zagrożenie dla ładu państwowego, ładu społecznego i dla podstawowych praw obywatelskich. I gdybym miał czas i ochotę, to pewnie bym podał ich trzech do sądu.
Pewnie bym przegrał. W końcu sądy są jeszcze na tyle cywilizowane, że nie zdelegalizują partii politycznej ot tak sobie, ale niestety nie na tyle cywilizowane, żeby wziąć trzech takich dziennikarskich chuliganów, jak Najsztub, Baczyński i Władyka za kołnierz i starannie nimi potrząsnąć.
Ale zawsze jakąś satysfakcję bym miał.

niedziela, 20 kwietnia 2008

Dlaczego wciąż nienawidzimy TVN

Właśnie szczęśliwie wpadł mi w oko blog podpisany Andrzej-Łódz, a w nim, dość już stary, wpis, zatytułowany “Dlaczego nienawidzę TVN?”
Jeśli ktoś nie miał dotychczas okazji, bardzo polecam. Historia, którą Autor przedstawia robi autentycznie porażające wrażenie.
Oto tekst Andrzeja:
Rzecz miała miejsce dwa-trzy lata temu, nie pamiętam nazwisk ani miejsc. Cytaty przytaczam z pamięci. TVN nadała wtedy reportaż o prowincjonalnym proboszczu, który zgorszony postawą pijanych watah włóczących się wieczorem po gminie postulował u władz wprowadzenie godziny nocnej policyjnej dla osób poniżej 18 r..ż.
TVN proboszcza mocno obśmiał. Insynuowano mu totalniackie zapędy. Miał je ilustrować materiał nagrany w ogródku księdza, który pokazywał jakiś krzaczek tłumacząc do kamery: "żeby roślina rosła ładnie, trzeba ją przycinać, usuwać chwasty i pielęgnować tylko te pędy, z których może być nadzieja".
Jakieś dwa tygodnie później ktoś proboszcza ożenił z kosą. Chyba do dziś nie wiadomo kto. W każdym razie nieznany sprawca dorwał go na plebanii wieczorem i zaszlachtował jak świnię. Sprawa nie zrobiła się bardzo głośna ale i tak bardziej niż chcieli tego Walter z Suboticem. Po paru dniach "Fakty" nadały wstrząsający reportaż o zamordowanym księdzu.
Ani słowa o materiale sprzed dwóch tygodni. Tym razem dowiedzieliśmy się, że ksiądz był spokojnym, prawym człowiekiem kochanym przez parafian, którzy z bólem opowiadali o okolicznościach zbrodni. Dobroduszność księdza zilustrował materiał, w którym ksiądz jak na spokojnego proboszcza przystało, opowiadał o ogródku: "A tu rosną moje różyczki. Niektóre więdną nie wiem czemu a przecież je przycinam. Bo wie pan, żeby roślina rosła ładnie, trzeba ją przycinać, usuwać chwasty i pielęgnować tylko te pędy, z których może być nadzieja. Dużo roboty przy tych różach, wie pan?"

http://zakopane1973.salon24.pl/50972,index.html
Jak mówię, sprawa jest już dość stara, historia opisana przez Andrzeja jeszcze starsza, czasy się zmieniają, miesiące mijają...
Sam TVN i problem TVN-u pozostaje bez większych zmian. Szczerze powiedziawszy, ani na lepsze, ani na gorsze.
Bez zmian pozostaje stosunek wyrażany do tej dziwnej stacji przez wielu z nas.
Oto przykład najnowszy. Dzisiejszy program “Kawa na ławę”, poświęcony w dużej części propagandowej kampanii pewnych środowisk i towarzystw przeciwko prezydentowi Kaczyńskiemu.
Bogdan Rymanowski zaczyna swoją “Kawę” w następujący sposób:
“Zaczynamy od przełomu w dostępie do wiedzy o politykach. Palikot sprowokował, Prezydent zdecydował”.
Po chwili: "Będzie raport. Czy to nie jest zasługa posła Palikota, który swoim prowokacyjnym pytaniem uruchomił lawinę”.
Kiedy uczestnicy programu, na czele z marszałkiem Niesiołowskim, ogólnie rzecz biorąc, wyrażają opinię, że nie ma o czym gadać (też ciekawe – nagle nie ma o czym gadać), bo Palikot sprawę nadmuchał i w sumie pozostaje tylko zażenowanie, red. Rymanowski wrzuca nowy temat:
“Cienka jest granica między szczerością, otwartością, a ekshibicjonizmem”
Że niby Prezydent ujawniając raport o stanie swojego zdrowia być może popada w rodzaj ekshibicjonizmu.
Wszyscy wiemy, co wyprawiają media z TVN-em na czele, oraz część polityków, od czasu gdy Palikot przedstawił się społeczeństwu ze swoim blogiem. Znamy całą tę retorykę, wszystkie te sztuczki, całą stojącą za tym wszystkim agresję i całe to kłamstwo.
Pamiętamy każdy jeden dzień, gdy po raz nie wiadomo który najświatlejsze umysły tłumaczyły Prezydentowi, że jeśli jest zdrowy, to przecież nie ma się czego bać. W końcu jest Prezydentem wszystkich Polaków, a Polacy przecież powinni wiedzieć, czy ich Prezydent nie choruje na Alzheimera.
Okazuje się, że doradcy Prezydenta i on sam są może sprytni, ale nie na tyle sprytni, żeby pomieszać szyki TVN-owi. Rymanowski dał już znak, w którą stronę mają podążać teraz myśli Polaków.
Jutro w Faktach red. Sianecki zapewne przedstawi sondę uliczną na temat, co Polacy sądzą na temat ekshibicjonizmu wśród polityków.
Tradycja nie może zaginąć. Metody również.

sobota, 19 kwietnia 2008

Rokita XXI, czyli jak paść na starcie

Ponieważ po umieszczeniu mojego poprzedniego wpisu o Rokicie i jego zdesperowanych kolegach ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, postanowiłem wykonać parę “serdecznych”, jak by to ujął premier Tusk, gestów.
Przede wszystkim pomyślałem, że skoro już postanowiłem zająć się fenomenem portalu Polska XXI, zwykła intelektualna uczciwość wymaga, żeby oprócz telewizyjnego wysłuchania naszych bohaterów, zapoznać się z faktycznym owocem ruchu ich myśli, a mianowicie z tym, co ujrzymy po wkliknięciu w pasek przeglądarki: www.polskaxxi.pl.
Stało się. Strona jest przepiękna. A na stronie: Dutkiewicz, Ujazdowski, Rokita, Matyja i Karasiewicz (sic!)
I tu pierwsze zaskoczenie. Dotychczas uważałem, że Dutkiewicz, Ujazdowski, Rokita i Matyja, to tylko nazwiska symbole, a Polska XXI, to istna burza mózgów, nazwisk i uniesionych wielkością czół. A tymczasem okazuje się, że oprócz tych czworga, tylko ten biedny, smutny poseł Karasiewicz, którego jedynym życiowym wyczynem jest to, że podobno wymyślił go poseł Polaczek.
Ale, jak mówię, strona ładna, kolorowa, jak kto chce klikać, droga wolna.
Więc klikam w Rokitę. Czytam. “Kopiuj”, “wklej” i proszę uprzejmie:
Kochani, będzie tylko parę słów, bo musze niestety pędzić do pociągu do Warszawy (Choć nie lubię wyjeżdżać), umówiliśmy się bowiem z Ujazdowkim i Dutkiewiczem na późno wieczorną dyskusje z internautami najpierw na Onecie, a potem w TV u red. Pospieszalskiego. Napiszcie wieczór albo jutro, co o tych dyskusjach sądzicie. W każdym razie bardo są mi bliskie opinie takie jak te które na naszym blogu wygłosili ostatnio Lidia Blaszka, Artur Gołąbek, Jerzy Maciejowski czy Krzysztof Jagłowski. Potrzebujemy wśród ludzi o raczej konserwatywnych poglądach poważnej wymiany myśli jak kania dżdżu! W życiu publicznym rodzą się ciekawe plany i projekty tylko wtedy jak ludzie mają otwarta głowę , rozmawiają i traktują siebie i innych serio! Bo słowa i myśli nie służą tylko do salonowej zabawy. Jak kiedyś napisał Słonimski: Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głowa, głową!!! Ja jestem pod dużym wpływem Hannah Arendt, która uważała, że istotą republiki jest właśnie to, że jest ona trenem dla bezinteresownej ekspresji tych, którzy się uważają za obywateli. Jak zaczynamy się słuchać nawzajem (nie jak posłowie, którzy przecież w ogóle nie słuchają tego co mówią do siebie), to właśnie czynimy pierwszy krok w stronę stawania się obywatelami. Z każdym, kto do mnie pisze podejmę rozmowę bo jest to korzyść także dla mnie. Niech się więc Parakalein tak nie irytuje, bo i na porządną debatę z nim nadchodzi już chwila. Odezwę się dłużej, jak wrócę do Krakowa jutro wieczorem. Cześć!
To nie fragment, to nie wycinek jakiejś znaczącej, poważnej refleksji. To całość wpisu J.M. Rokity na portalu Polska XXI.
W ostatnich dniach w Salonie, na temat Rokity pojawiły się najróżniejsze opinie, miłe i niemiłe. Wśród tych dobrych, dominowały dwie: Rokita jest inteligentny i oczytany.
A ja czytam Rokitę w dniach jego politycznego odrodzenia, jego ponownego intelektualnego debiutu, jego tryumfalnego powrotu do polskiej polityki i polskiego życia publicznego. Oto nadchodzi człowiek, który zasieje ziarno zdarzeń nowych i wielkich. Jan Maria Rokita – człowiek historia, człowiek symbol, człowiek znak.
I oto przed nami: "Kochani" i "Cześć”; a między tymi dwoma gejzerami najzwyklejszego obciachu, informacja, że Rokita się śpieszy na pociąg do Warszawy (niechętnie - a jakże!) i dalej to już tylko nawet nie bełkot, tylko senne snucie się po opłotkach najbardziej prymitywnej paplaniny, okraszonej tak nieprawdopodobnym niechlujstwem, że młodzież licealna, w wigilię matur, powinna jak najszybciej zerknąć do omawianego portalu, by trochę poćwiczyć.
Nie planowałem dziś nic już pisać. Wlazłem nieopatrznie na ten nieszczęsny portal i stało się. Trzeba więc jakoś zakończyć.
Niech więc będzie elegancko, grzecznie, uprzejmie.
Mili Państwo, z tego na 100% nic nie będzie.

piątek, 18 kwietnia 2008

Warto rozmawiać, warto obserwować, warto wiedzieć

Myślę, że Jan Pospieszalski, zapraszając przed kamery trzech panów z czegoś, co się nazywa chyba Polska XXI, osiągnął znacznie więcej niż się wcześniej mógł spodziewać on sam, i ktokolwiek inny.
Otóż, kiedy na ekranie telewizora pojawił się jednocześnie Rokita, poseł Ujazdowski i prezydent Dutkiewicz, cała zainteresowana programem Pospieszalskiego Polska mogła ujrzeć w jednej chwili, co to jest jałowość i nijakość w postaci najczystszej.
Ktokolwiek przez chwilę się zastanowił nad tym co widzi, mógł w jednej sekundzie, zanim ktokolwiek otworzył usta, zdać sobie sprawę z tego, jak wielkiego talentu i jakich zdolności wymaga bycie politykiem.
Chodzi mi o to, że, kiedy widzimy czy to Schetynę, czy Kaczyńskich, czy Pawlaka, Oleksego, czy nawet Olejniczaka lub Sierakowskiego, czujemy instynktownie, że przed nami stoi ktoś, kto po prostu się na tym wszystkim jakoś tam zna.
Możemy ich nienawidzić, możemy nimi gardzić, nie możemy jednak powiedzieć, że nie odnieśli sukcesu, i to najczęściej sukcesu nieprzypadkowego. Bo polityka, jak się zdaje, pod tym jednym względem nie różni się od pisarstwa, wyczynu sportowego, aktorstwa, czy piosenkarstwa. Tu też trzeba mieć czy to talent, czy jakiś spryt, czy też coś, co niektórzy nazywają iskrą bożą.
Wczoraj u Pospieszalskiego siedziało przed kamerą trzech panów, z których jeśli którykolwiek odniósł w życiu jakiś sukces, to być może tylko prezydent Wrocławia, który okazał się urzędnikiem bardziej kompetentnym, niż jego lokalni konkurenci.
Dodatkowo jeszcze, w odróżnieniu od swoich kolegów, Dutkiewicz się prawie nie odzywał i to też sprawiło, że ktoś mniej wymagający mógł pomyśleć, że on akurat coś tam może ukrywa.
Ktoś powie, że nie mam racji, ponieważ Dutkiewicz może za trzy lata zostać prezydentem kraju, a nie każdy przecież ma takie perspektywy. Otóż może nie każdy, ale jednak wielu. Przypomnę tylko i Cimoszewicza i Kuronia i prof. Strzembosza i nawet gen. Wileckiego. Kuroń zmarł, więc nie zdążył trafić do Demokratów. A gdzie reszta?
"Whatever happened to all the heroes, all the Shakespearoes...", że zacytuję klasyków. Tak na marginesie: oni sukces odnieśli, taki Tomasz Wołek powiedzmy – już nie.
Więc to by była kwestia Dutkiewicza.
Na Ujazdowskim nie ma co się na dłużej zatrzymywać i to wcale nie dlatego, że we wczorajszym występie u Pospieszalskiego utrzymywał, że to Reagan, jako pierwszy, korzystał z Internetu dla politycznej promocji, ani też dlatego, że pewnego byłego posła PiSu, którego nazwiska nikt poza nim samym nie zna, promował argumentem, że jest świetny, bo “bardzo młody”.
Ujazdowski się politycznie nie liczy, bo jest po prostu zaledwie jednym z ludzi o miłej powierzchowności, których spotykamy na ulicy codziennie, a jeśli są naszymi sąsiadami, to jest nam bardzo miło ich od czasu do czasu spotkać na schodach.
Powiedzmy, że to iż ludzie widzą w nim miłego człowieka, to sukces. Jednak, o ile się nie mylę, ta akurat zaleta nie stanowi kategorii politycznej.
Ciekawsza sprawa jest z Rokitą, bo Rokita nie ma nawet tego. Rokita przez wszystkie swoje lata obecności w polityce osiągnął jeden sukces; został mianowicie szefem URM-u u Suchockiej i zdążył przez ten niecały rok chyba zasłynąć jedną krótką kwestią: “Państwo użyje całej swojej siły, żeby zwalczyć antypaństwowe działania niektórych polityków”.
No i jeszcze ożenił się ze zdolną kobietą.
Niektórzy, w tym nawet red. Paliwoda w Salonie, utrzymują, że Rokita jest inteligentny. Przede wszystkim bycie inteligentnym jest tak samo kategorią polityczną, jak bycie miłym. Ja w końcu też jestem inteligentny, ale ani mi do głowy nie przyjdzie, żeby się z tym pchać do polityki i wykorzystywać, jako element promocji.
Umiem też pisać okrągłe zdania, ale to akurat też nie jest kwestia inteligencji, tylko tak jakoś jedne rzeczy człowiek umie, a innych nie.
Z tą rokitową inteligencją jednak, w moim najgłębszym przekonaniu, wcale też nie jest taka sprawa czysta. I znowu, wcale nie dlatego, że we wczorajszym programie Rokita stwierdził, że w Internecie nie ma chamstwa i brudu, bo jak on napisał tekst na swoim blogu, to dostał 125 komentarzy i 124 z nich było grzecznych i merytorycznych.
Również nie dlatego, że na pytanie, czy przypadkiem nie po to wyszedł z kuchni swojej żony, żeby pokazywać się jak dawniej w telewizji, odpowiedział, że absolutnie nie, bo on zrezygnował z występów w telewizji na dobre.
Rokita w moim odczuciu nie jest bardziej inteligentny od przeciętnego wykształconego Polaka, bo tej szczególnej inteligencji, przynajmniej od czasu, jak jest medialnie znany, po prostu nie wykazuje.
Inteligentny jest Zbigniew Boniek, inteligentna jest nawet Doda Elektroda, inteligentni są oczywiście red. Wildstein i red. Pospieszalski. Rokita nie.
Jedyne, co Rokita posiada to wyjątkowy talent do jednoczesnego budowania bardzo elokwentnie skonstruowanych zdań i robienia od 20 lat jednej i ciągle tej samej miny. A przez to robić wrażenie, że to co mówi, skrywa coś jeszcze, ale tylko on wie, co.
Nie rozumiem, jak można tego nie widzieć? Rokita się pokazuje, zaczyna gadać i pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy, to mu powiedzieć: “Idźże pan już stąd!”.
Żeby jeszcze mówił coś odkrywczego, lub świeżego. Tymczasem on, z tym swoim, nawet nie spojrzeniem, bo w jego spojrzeniu jest jeszcze mniej, niż w spojrzeniu Lecha Wałęsy, tylko przebiegłym wyrazem twarzy mówi, że dobrze by było, gdyby Trybunał Konstytucyjny oceniał etyczny wymiar ustaw.
Rozpisałem się o Rokicie, podczas gdy miało być o Pospieszalskim i trzech nieudanych politykach, a trzeba kończyć. Więc, żeby zamknąć te refleksje podziękuję raz jeszcze Pospieszalskiemu, że w sposób tak graficzny pokazał, że polityka to jednak sztuka i talent.
No i pogratuluję mojej koleżance i kolegom z Salonu. Byliście świetni pod każdym dosłownie względem.
Zupełnie jak The Stranglers.

czwartek, 17 kwietnia 2008

O Palikocie, o Ruskich i o tym, jak to w biznesach bywa

Któregoś dnia z jakiegoś, wszystko jedno z jakiego, powodu publicznie ogłaszam, że dyrektor w mojej firmie cierpi na zaburzenia osobowościowe. Kiedy informacja się roznosi, ponownie występuję, tym razem z apelem, żeby szef dał się przebadać, a wyniki badania przedstawił do wiadomości załogi i ewentualnie lokalnej prasy.
Sprawa się robi coraz bardziej znana, a przy tym dla niektórych przykra, więc składam kolejne oświadczenie, że z tymi zaburzeniami, to mnie trochę poniosło, więc pana dyrektora szczerze przepraszam. Jednocześnie zapewniam, że nie chciałem pana dyrektora obrazić, chodziło mi tylko o jego stan psychiczny, bo powszechnie słychać, że on jest po prostu wariat.
Dyrektor nie przyjmuje przeprosin i wnosi o to, by pracownicy trzymali poziom. Związek zawodowy w mojej firmie natychmiast wydaje oświadczenie, w którym przede wszystkim apeluje do dyrektora o zaprzestanie szykan wobec pracowników, a poza tym wyraża opinie, że ludzie mają prawo do informacji na temat psychicznej kondycji dyrekcji.
W związku z powyższym ponownie wydaję oświadczenie, w którym przepraszam pana dyrektora za to, co powiedziałem i ponownie apeluję do niego, by się dał przebadać, bo w mieście mówią, że zaburzenia osobowościowe to nie wszystko. Że chorób jest więcej. I to nawet bardziej poważnych.
Dyrektor ogłasza, że jest zdrowy, nie leczy się, ani nie leczył, że nie widzi powodu, żeby się zajmować tym tematem, bo temat jest sztuczny. Na koniec prosi, żebym przestał plotkować i może wreszcie oficjalnie i ostatecznie przeprosił za pomówienia.
Związek zawodowy wydaje kolejne oświadczenie, w którym szydzi z dyrektora, że ma jakieś przedziwne kompleksy, oraz wzywa go do zaprzestania prześladowań wśród pracowników i udania się wreszcie na badania, bo podobno ma jakieś kłopoty z głową i nie tylko.
Ja osobiście przepraszam dyrektora po raz kolejny i po raz kolejny zapewniam, że mówiąc o chorobie psychicznej pana dyrektora poszedłem o krok za daleko, niemniej pracownicy i ludzie na mieście chcieliby jednak wiedzieć, jak to jest z tą schizofrenią, nie wspominając już o tym, że podobno dyrektor – o czym mówi wielu – wykazuje objawy starczej demencji, połączonej z atakami niczym nie usprawiedliwionej agresji.
No i, skoro tak dyrektorowi zależy, to nie ma problemu - przepraszam ponownie.
I tak dalej... i tak dalej... Taka to sobie kompletnie fikcyjna historia, która ani się nie zdarzyła, ani też zdarzyć się nie mogła. Przede wszystkim dlatego, że dyrektor prawdopodobnie od razu w pierwszy dzień wywaliłby mnie z pracy i nawet Solidarność by mi nie pomogła.
Poza tym takie rzeczy w firmach się nie dzieją, nawet nie dlatego, że personel się boi, ale z tej prostej przyczyny, że normalni ludzie raczej od absurdów uciekają.
Ktos powie, że jest jeszcze jeden problem. Otóż ta moja fantazja ma się nijak do naszej politycznej rzeczywistości, bo firma to firma, a Rzeczpospolita to rzecz pospolita, czyli powszechna, czyli wspólna, więc nie ma o czym gadać. Czy jednak rzeczywiście?
Niedawno, w wywiadzie dla Rzepy, minister w rządzie Donalda Tuska, Michał Boni snuł marzenia, jakby to było pięknie, gdyby państwo działało, jak normalna firma. Państwo byłoby firmą z dyrektorem i pracownikami, obywatele klientami, tu byłaby podaż, tu popyt, tu pieniądz, tu produkcja i wszystko by fantastycznie się kręciło.
Obawiam się jednak, że gdyby marzenia – przecież nie tylko Boniego – się zrealizowały, poseł Palikot już by dawno z tej firmy wyleciał. Zresztą nie tylko on.
O ile oczywiście firma z marzeń naszych platformianych postępowców byłaby normalną europejską firmą, a nie ruskim kołchozem, gdzie wszyscy chleją i łajdaczą się od rana do nocy. Na czele z przewodniczącym Związku.
Tam, naturalnie Palikot byłby nietykalny. Jak zresztą jest i dziś, tu w realu.

Uwaga: Tajemnicze kręgi w mieście Lecha Wałęsy i Pawła Huelle

Wprawdzie, jak pisze dzisiejsza Rzepa, “żadna z nominacji biskupich w ostatnich latach nie wywołała tylu komentarzy i emocji, co abp. Sławoja Leszka Głódzia”, jednak możemy przewidywać bez większego ryzyka, że te komentarze i emocje, które mamy okazję podziwiać dziś, to nic w porównaniu z tym co nas czeka w niedalekiej przyszłości.
17 kwietnia już wprawdzie jutro (albo dzisiaj), ale nie ma wątpliwości, że każda kolejna godzina zostanie w pełni wykorzystana przez najświatlejszych ze światłych. Na razie mamy tylko nieśmiałe sygnały: troszkę ze stolicy, jeden głos z Krakowa, a poza tym to tylko z jednego miasta. Rzepa mianowicie podaje, że kandydatura abp. Głódzia “wywołała sprzeciw w kręgach gdańskich”.
Tu mam pewien problem. Nie znam “kręgów gdańskich”. W Gdańsku byłem parę razy, poza dworcem kolejowym, podobało mi się właściwie wszystko, a zwłaszcza Rod Stewart, na ulicach widziałem najróżniejszych ludzi, ale muszę przyznać, że żadna ze spotkanych osób nie robiła wrażenia, żeby stanowiła część jakiegoś “kręgu”.
Rzepa też nie ułatwia zadania, bo mówiąc o “kręgach” wspomina jedynie pisarza nazwiskiem Huelle. Oprócz Huellego pojawia się w raporcie Rzeczpospolitej tylko jedno jeszcze nazwisko, księdza Jankowskiego, ale sugestia jest taka, że ksiądz Jankowski znajduje się poza “kręgami gdańskimi”.
Jak wspomniałem, kiedy odwiedzałem Gdańsk, widziałem wiele ludzi. Nie wiem, jaki jest ich stosunek do nominacji papieskiej. Wyglądali jednak bardzo zwyczajnie i w swojej zwyczajności bardzo też różnie, mam więc podejrzenie, że ich akurat opinie na ten temat też mogą być różne.
Co mam więc robić? Jak mam myśleć? Co mam sądzić o faktycznej skali “komentarzy i emocji”, skoro z doniesień pani red. Czaczkowskiej na 100% wiem tylko tyle, że Paweł Huelle chce, żeby po Gdańsku jako arcybiskup przechadzał się, skoro już nie arcybiskup Tadeusz, to każdy, tylko nie Sławoj Leszek Głódź.
W telewizji mówili, że zdaje się jeszcze Lech Wałęsa coś klika. Ale czy ja wiem? Wczoraj klika to, dziś nagle kliknie coś innego i trzeba będzie odszczekiwać.
Opierając się na własnym doświadczeniu, domyślać się też mogę, że pewnie również jakichś aktorów gdańskich i piosenkarzy mogą dławić “emocje”. Ale kogo jeszcze? Chyba wiem, W Gdańsku mieszka człowiek nazwiskiem Stefan Chwin. On jest, podobnie jak pan Huelle, pisarzem i chyba też może należeć do “kręgów”, o których wspomina red. Czaczkowska.
Pana Chwina znam o tyle, że jakiś czas temu dziennik Dziennik opublikował ankietę wśród osób mądrych, wrażliwych, wykształconych i wpływowych pod tytułem: “Czy Polska jest sexy”, a pan Chwin napisał długi artykuł, którego główną myśl wyrażały zdania takie jak: “Polska to dresowaty lud z lumpeksu”, “krajobraz polski sączy depresyjne trucizny”, “Polska to naród kurtkowców, szalikowców, bereciarek”.
W swoim komentarzu pisarz Chwin również zasugerował, że woli poruszać się po “Ibizie i Wyspach Kanaryjskich”, które są “sexy”, bo “wszystko w jego duszy krzyczy: uciekać jak najdalej stąd!”
Ponieważ w mojej duszy wszystko krzyczy, że Stefan Chwin również należy do “gdańskich kręgów”, chciałbym przekazać pewną sugestię wszystkim, jawnym i ukrytym, przedstawicielom owych “kręgów”. Pana Huelle mianowicie proszę, żeby może, jeśli jego wrażliwość wymaga zwiększonej aktywności, a uroda i reputacja jego miasta leżą mu na sercu, niech na chwilę machnie ręką na Głódzia i pójdzie na wódkę ze swoim, jak domniemywam, kolegą Chwinem i poprosi, żeby nie kompromitował miasta.
Stefanowi Chwinowi proponuję, żeby wyjechał na Ibizę. I tam pozostał.
Lechowi Wałęsie nic nie proponuję, bo nie mam skypa, więc mnie i tak nie zrozumie. Natomiast pozostałym członkom “kręgów” proponuję, żeby się ujawnili, najlepiej w postaci listu otwartego. Wyborcza go opublikuje, a red. Czaczkowska zrelacjonuje w Rzepie, podając nazwiska.
Wówczas powiem Wam coś więcej.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Od kogoś, przeze mnie, wciąż do Ciebie

Dziś ode mnie zaledwie parę słów.
Na blogu Publicystów Rzeczpospolitej ukazał się dziś komentarz agula, a w nim wyliczenie już może troszkę zwietrzałe, ale wcześniej nie widziałem. Przeklejam je więc do mojego bloga i, kto chce, niech się zapoznaje.
Ciekawe bardzo.

Na stronie internetowej PO
http://www.platforma.org/materialy-ipn/
zliczane sa glosy "osób wierzacych, że Polska może osiągnąć swój cud gospodarczy pod rządami Platformy Obywatelskiej"
Po krotkiej analizie mozna wywnioskowac, ze na tej stronie uruchomiony jest skrypt, ktory regularnie dopisuje okolo 440 glosow co minute. Oto przyblizone odczyty pomiedzy godz 2:06 a 2:20 oraz 2:58 a 3:10
02:06 236681
02:07 237158
02:08 237568
02:09 237980
02:10 238385
02:11 238797
02:12 239209
02:13 239656
02:14 240075
02:15 240531
02:16 240973
02:17 241432
02:18 241872
02:19 242313
02:20 242752

02:58 259742
02:59 260200
03:00 260642
03:01 261107
03:02 261559
03:03 262031
03:04 262480
03:05 262924
03:06 263360
03:07 263817
03:08 264274
03:09 264738
03:10 265172
Taka regularnosc nie jest dzielem przypadku. Nie chcialo im sie nawet wykorzystac generatora liczb przypadkowych. Na wszelki wypadek zrobilem kopie ekranu z wynikami sondy oraz czasem na taskbarze pomiedzy 2:58-3:10

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Posłuchajcie, to do Was...

Wczoraj, nocną porą, umieściłem w Salonie tekst, który wydawał mi się uczciwy i potrzebny. Stanowił on apel do moich towarzyszy w publicystycznej biedzie, by byli dumni ze swoich poglądów i nie ustawiali się w stosunku do bardziej w Salonie uprzywilejowanych komentatorów w pozycji kogoś gorszego tylko dlatego, że ich opis nie jest oznaczony kolorem czerwonym, lecz zwyczajnie czarnym.
Pisałem też, żeby broń Boże, nie wdawali się w polemikę z kimś, kto na tę polemikę nie zasługuje, ale za to często przez zespół dziwnych przypadków znalazł się wśród osób, którzy o swoje miejsce na stronie głównej Salonu nie muszą się martwić.
Pisałem to wszystko, bo było mi przykro obserwować, jak niektórzy z moich przyjaciół robią wrażenie, jakby wierzyli, że znalezienie się w gronie polemistów kogoś o bardziej rozpoznawanym nazwisku miało być szczególnym wyróżnieniem i zaszczytem.
Stało się jednak tak, że ten mój tekst, który, jeszcze raz podkreślam, uważałem za ważny i uczciwy, nie znalazł się na głównej stronie Salonu. Są inne, między innymi kompletnie z kolei – moim zdaniem – nieistotny i niepotrzebny wpis Jana Rokity.
I ja to rozumiem, nie dziwię się i tym bardziej nie mam pretensji do nikogo. Osobiście uważam, że intelektualna siła Salonu zdecydowanie bardziej opiera się na osobach spoza, że tak powiem, “czerwonych” rewirów, ale jest to tylko moja opinia, więc nie mam, jak mówię, co się obrażać. Pan Igor ma pewnie taką politykę, że wpis Rokity jest wydarzeniem, a wpis kogoś tam raz jest, a raz nie jest. Jego dobre prawo.
Pod moim niezamieszczonym na głównej stronie wpisie znalazły się tylko dwa komentarze: Maryli, którą znam, i kogoś o imieniu nowy33 – drugi ban, kogo dotychczas nie znałem. Oba wpisy są dla mnie bardzo miłe i daję słowo honoru, że wolę te dwa od osiemdziesięciu opinii ze strony wielu z ważnych członków Salonu24. Dlaczego? Bo ci dwaj są siłą rzeczy całkowicie samodzielni i niezależni. Podobnie nie mam potrzeby czytać tekstów red. Warzechy, ani się pod nimi wpisywać. Dlaczego? Z prawie tego samego powodu, co powyżej.
Ale jak pisałem, tekst mój nie ukazał się na stronie głównej. Może dlatego, że ktoś uznał, że jest on byle jaki, a może ze względów bardziej merytorycznych. Nie wiem. W każdym razie, w ramach mojego stałego apelu do bliskich mi osób w Salonie pozwolę sobie wkleić tu mały fragment tego wpisu, z nadzieją, że może tym razem, choć na krótko zostanie udostępniony tym wszystkim, do których mówiłem, a którzy zaczynają jednak od strony głównej.
Od wczoraj rzucę od czasu do czasu okiem na wspomnianą Superstację, licząc na odrobinę inspiracji. I oto stoi jakiś pan z firmowym mikrofonem i w ramach chyba serwisu informacyjnego, mówi następujące słowa: “Belzebub z Torunia”. Mówiąc to, nie cytuje. Nie powołuje się na Palikota. Ten “Belzebub z Torunia” w jego relacji płynie jako zupełnie autonomiczna część dziennikarskiej informacji. No i teraz załóżmy, że człek ten, który póki co jest tylko jednymi z charakterystycznych bardzo ust i oczu Superstacji, zacznie pisać pod swoim zdjęciem w Salonie? Niby do czego nas ta nowa sytuacja obliguje? Ponieważ mam zaszczyt pisać tu w Salonie od niedawna, z pewnym opóźnieniem zauważyłem zorganizowanie się grupy zaangażowanych i wrażliwych obserwatorów życia w Kraju i na świecie, która postanowiła ogłosić bojkot medialnego kłamstwa, co nas niszczy i prześladuje. Osobiście uważam, że to, że tu jesteśmy i wiemy o sobie i staramy się pisać prawdę i prawdę tę propagować, jest najlepszym i, jak na razie, zupełnie wystarczającym sposobem walki ze złem, o którym mowa. Oczywiście gest bojkotu jest bardzo piękny i chwała autorom za to. Ten gest, to słowo, ten znak... jestem za.
Jednak to, co moim zdaniem liczy się najbardziej, to fakt realnego zaistnienia grupy osób o przekonaniach konserwatywnych, prawicowych, patriotycznych, którzy potrafią na bardzo wysokim poziomie zaprezentować liczącą się alternatywę. Dyskusja jest potrzebna. Kto sobie życzy, niech przyjdzie i powie nam, że się mylimy. Albo nawet że jesteśmy głupi i naiwni, a my będziemy im odpowiadać i się spierać. Pod warunkiem jednak, że naprzeciwko nas stoi uczciwy i prawdziwy przeciwnik, a nie, że tak się wyrażę, adwokat Rodziny.
Pozdrowienia i podziękowania i dla Was i dla pana Igora i wielu innych. Bo to między innymi dzięki Wam żyje się ostatnio dużo przyjemniej.

Bojkot, czyli dumni bez kompleksów.

Właśnie w Superstacji dobiegł końca program, w którym, jak co tydzień, miły i zapewne pełen uczciwych intencji Jan Wróbel zadawał się z szajką bezwzględnych manipulatorów. Już tu w Salonie wielokrotnie pojawiało się pytanie, czemu Wróbel to robi. Bez odpowiedzi, jeśli przyjmiemy oczywiście, że wyjaśnienie o potrzebie rozmowy nie jest żadną odpowiedzią.
Dobiegł więc końca wspomniany program, tymczasem w naszym Salonie kończy się intelektualna wymiana między Łukaszem Warzechą, a niektórymi z moich ambitnych kolegów na temat tak zwanego “bojkotu”. Ponieważ w swoim założeniu sam bojkot dotyczyć ma między innymi właściciela red. Warzechy, czyli niejakiego Springera, wymiana, na którą zwróciłem uwagę jest cokolwiek zabawna i dziwna (ciekawe, że Anglicy mają na te dwa pojęcia jedno słowo). Warzecha szydzi z moich kolegów, moi koledzy z Salonu apelują do Warzechy o postawę merytoryczną, a Warzecha oczywiście wszelkie apele odrzuca i szydzi dalej.
O ile postawa Warzechy jest dla mnie zupełnie zrozumiała, stanowisko kolegów co najmniej zaskakuje. Bo czego oni właściwie od Warzechy oczekują? Że okaże się nagle dziennikarzem. A z jakiej to niby racji? Czy jakby ni stąd ni z owąd w Salonie pojawiło się zdjęcie Janiny Paradowskiej z wytłuszczonym na czerwono nazwiskiem i z jedną z jej dziwnych opinii poniżej, to nagle wszyscy mamy się rzucać do polemiki?
Ale niech będzie. W końcu Paradowska ma swoje lata i swoją pozycję; powiedzmy, że zasłużyła na słowo prawdy. Weźmy jednak przykład bardziej zbliżony do Warzechy.
Od wczoraj rzucę od czasu do czasu okiem na wspomnianą Superstację, licząc na odrobinę inspiracji. I oto stoi jakiś pan z firmowym mikrofonem i w ramach chyba serwisu informacyjnego, mówi następujące słowa: “Belzebub z Torunia”. Mówiąć to, nie cytuje. Nie powołuje się na Palikota. Ten “Belzebub z Torunia” w jego relacji płynie jako zupełnie autonomiczna część dziennikarskiej informacji. No i teraz załóżmy, że człek ten, który póki co jest tylko jednymi z charakterystycznych bardzo ust i oczu Superstacji, zacznie pisać pod swoim zdjęciem w Salonie? Niby do czego nas ta nowa sytuacja obliguje?
Ponieważ mam zaszczyt pisać tu w Salonie od niedawna, z pewnym opóźnieniem zauważyłem zorganizowanie się grupy zaangażowanych i wrażliwych obserwatorów życia w Kraju i na świecie, która postanowiła ogłosić bojkot medialnego kłamstwa, co nas niszczy i prześladuje. Osobiście uważam, że to, że tu jesteśmy i wiemy o sobie i staramy się pisać prawdę i prawdę tę propagować, jest najlepszym i, jak na razie, zupełnie wystarczającym sposobem walki ze złem, o którym mowa. Oczywiście gest bojkotu jest bardzo piękny i chwała autorom za to. Ten gest, to słowo, ten znak... jestem za.
Jednak to, co moim zdaniem liczy się najbardziej, to fakt realnego zaistnienia grupy osób o przekonaniach konserwatywnych, prawicowych, patriotycznych, którzy potrafią na bardzo wysokim poziomie zaprezentować liczącą się alternatywę. Dyskusja jest potrzebna. Kto sobie życzy, niech przyjdzie i powie nam, że się mylimy. Albo nawet że jesteśmy głupi i naiwni, a my będziemy im odpowiadać i się spierać. Pod warunkiem jednak, że naprzeciwko nas stoi uczciwy i prawdziwy przeciwnik, a nie, że tak się wyrażę, adwokat Rodziny.
Był tu do niedawna i działał komentator o imieniu Azrael. Przyznam, że tępiłem go bardzo konsekwentnie, jednak nie za poglądy, które – jestem pewien – szczerze wyznawał, ale za to, że – w moim odczuciu – był zwykłym komunistą, który staje na głowie, żeby wszyscy wiedzieli tyle tylko, że on jest jedynie ateistą, a tak poza tym to zwyczajnie woli PO od PiS-u. Jednocześnie myśl i tzw. koloryt zawarte w jego tekstach nie różniły się ani o jotę od tego, co przez wszystkie polskie komunistyczne dziesięciolecia głosili tacy intelektualiści, jak Urban, Toeplitz, Passsent, czy Górnicki. Był jednak jakoś tam samodzielny, krytyczny i przynajmniej myślał, że reprezentuje siebie. Mimo, że osobiście nie miałem ochoty z nim wchodzić w dyskusję, to niechby już tam sobie był.
Natomiast bardzo bym chciał, żebyśmy nie upokarzali się, prosząc o poważną debatę autorów, których jedyne kompetencje sprowadzają się do tego, że przez moment są znani, jako dziennikarze mediów akurat z jakiegoś powodu publicznie lansowanych. Szczególnie gdy komentatorzy ci lekceważenie partnera w dyskusji traktują, jako swój żywioł i codzienność. To, że pisząc i wysyłając nasze komentarze nie możemy – w odróżnieniu od niektórych z nich – mieć pewności, że nasz tekst znajdzie się na głównej stronie Salonu, nie powinno być dla nas powodem do kompleksów, ale właśnie wyzwaniem.
Mówimy o bojkocie. Jeśli chcemy namawiać do bojkotu Dziennika, Wyborczej, Radia Zet, Polsatu, TVN-u, czy czego tam jeszcze, to może przy okazji nie pchajmy się z prośbami o polemikę do kogoś takiego, jak Łukasz Warzecha na przykład.
Bo jeśli mamy pretensję do Jana Wróbla, że sprzedaje swoje autentyczne zdolności Janinie Paradowskiej i jej medialnym właścicielom, bądźmy sami bardziej dumni.