środa, 30 grudnia 2020

Czy na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku do badań naukowych używa się wody z Gangesu?

 

       Do dziś pamiętam, swoją drogą dość skutecznie w swoim czasie wyszydzony, telewizyjny występ dwóch profesorów, specjalistów od energetyki w sprawie elektrowni jądrowych, gdzie między panami doszło do takiej awantury, że gdyby ta wymiana potrwała jeszcze chwilę, to oni zapewne wzięliby się za łby. Na szczęście program się skończył i poza paroma inwektywami, nie doszło do skandalu. A rozmowa wyglądała tak:

- Energia jądrowa jest bardzo niebezpieczna. To tak jakby zapraszać do gry diabła, gdzie stawką jest jego życie.

- Całkowicie się nie zgadzam. Energetyka jądrowa jest ze względów bezpieczeństwa publicznego najbezpieczniejszą energetyką, jaka istnieje. Energetyka jądrowa jest 50-60 razy bezpieczniejsza od węglowej.

- Gdyby taki wybuch jak w Japonii był w elektrowni węglowej, w Bełchatowie, no to co by się stało? Ten węgiel rozleciałby się gdzieś po polach, trzeba byłoby go pozbierać i koniec.

- Zawsze ginęli górnicy, zawsze ginęli pracownicy kopalni, to w związku z tym pan się nie zastanawia... To głęboko nieetyczne i niemoralne stanowisko, które pan panie profesorze prezentuje. Zarzucam to panu publicznie.

- Broni pan własnej pracy, ja pana rozumiem.

- Ja nie pracuję w żadnej instytucji związanej z energetyką jądrową. Staram się spełniać warunki swojej przysięgi doktorskiej.

- Niech państwo nie zapraszają ludzi, którzy publicznie zarzucają mi pewne rzeczy.

- To pan mi zarzuca różne rzeczy! Poza tym mówi pan rzeczy, które są nietolerowane.

- Z prymitywami, którzy... Pan mi coś zarzuca, że ja coś mówię. Proszę pana, kto panu dał tytuł? Kto panu dał tytuł, wieśniakowi jednemu?

         Tu jeszcze padło brzydkie słowo, obaj panowie naukowcy wyszli osobnymi ścieżkami, a ja sobie tamto zdarzenie przypomniałem po tym jak przeczytałem wiadomość, że około dziesięciu lekarzy profesorów, oraz kilkudzeisięcioosobowa grupa drobniejszych medycznych specjalistów wystowała – jak się okazuje już po raz drugi – apel do Prezydenta, Premiera, Ministra Zdrowia, do posłów, senatorów no i oczywiście też do mediów o to by ci machnięli ręką na ten cały COVID, te szczepionki i całą tę pandemię, bo o żadnej pandemii nie ma mowy, zarazy nie ma, a szczepionka nas w najlepszym wypadku pozabija. Tym razem padły słowa następujące:

Środowisko naukowców i lekarzy, reprezentowane przez osoby podpisane pod tym apelem, pragnie ustosunkować się do Narodowego Programu Szczepień. Uważamy, że szczepionki na SARS-CoV-2 nie zostały właściwie zbadane, są potencjalnie niebezpieczne, ich skuteczność jest nieudowodniona, a masowe szczepienia wszystkich dorosłych obywateli polskich nie mają pełnego uzasadnienia w obliczu faktu, iż 80% populacji przechodzi zakażenie bezobjawowo. Drogą do zakończenia obecnej epidemii i powrotu do stanu normalności jest stopniowe zlikwidowanie obostrzeń i dążenie do wytworzenia w społeczeństwie naturalnej odporności stadnej, przy jednoczesnej ochronie osób starszych i innych z grup ryzyka.

          Ja oczywiście jestem wystarczająco stary i doświadczony, by to że ktoś ma tytuł magistra, inżyniera, doktora, docenta, czy profesora traktować z pełną obojętnością. I to niezależnie od tego, czy mam do czynienia z prawnikiem, ekonomistą, psychologiem, filozofem, artystą, czy nawet – zwłaszcza od pojawienia się na scenie prof. Simona – lekarzem. Przyznać jednak muszę, że z lekarzami mam pewien kłopot. Bo weźmy nawet wspomnianego Simona. On oczywiście jest kompletnie obłąkany na punkcie swojej nienawiści do Jarosława Kaczyńskiego i przez to nie może się obronić przed tym, by od rana do wieczora biegać między Onetem, TVN-em oraz „Gazetą Wyborczą” i zamiast komentować kwestie na których się zna, pluć na rząd i wzywać „Strajk Kobiet” do nieustępliwej walki o legalizację prawa do aborcji, jednak, jak sądzę, nawet on wie, czym jest medycyna i ma jako takie pojęcie na temat jej historycznie potwierdzonych osiągnięć. Podobnie, wydawałoby się, że cokolwiek oni tam mają pod paznokciami, to odnośnie podstaw medycyny zachowują pewną zgodność i nie będą dostawać małpiego rozumu, choćby po przeczytaniu wystawionej przez Pfizera ulotki, w której ten zwraca uwagę na oczywisty fakt, że nowa szczepionka jest nowa, a więc wciąż jeszcze, w sposób zupełnie naturalny, w fazie testowania. Tymczasem nagle pojawia się niejaki „prof. dr hab. Roman Zieliński, Centre for Biomathematics, Genomics and Evolution” i z pokaźną grupą bardzo poważnych profesorów, co ciekawe głównie z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, wzywa polski rząd do opamiętania i pokazaniu całemu światu od Watykanu przez Brazylię po Grenlandię, że jeśli oni muszą, to niech robią z siebie durniów, a my tu między Odrą a Bugiem zachowamy rozsądek.  Ja rozumiem, że tacy członkowie owego Zakonu Wariatów jak Grzegorz Braun, czy Piotr Wielgucki, że już nie wspomnę o całej masie wyznawców głoszonej przez nich religii, nie mogą się nadziwić, że dostępne na rynku leki, a zwłaszcza te zupełnie nowe, są zaopatrzone w całe płachty drobiazgowo wyliczonych zastrzeżeń co do ich skuteczności oraz potencjalnych zagrożeń związanych z ich zażyciem; rozumiem, że oni nie są w stanie pojąć, że każdy – dosłownie każdy – nowy lek jest w pierwszej fazie w sposób naturalny traktowany jako swego rodzaju test; nie dziwi mnie, że oni nie wiedzą, że nawet producent popularnego leku o nazwie Ibuprom w dołączonej ulotce ostrzega, że połknięcie tabletki wiąże się z ryzykiem „wystąpienia krwotoku z przewodu pokarmowego, owrzodzenia lub perforacji, które może być śmiertelne i które niekoniecznie musi być poprzedzone objawami ostrzegawczymi lub może wystąpić u pacjentów, u których takie objawy ostrzegawcze występowały, [że w razie]wystąpienia krwotoku z przewodu pokarmowego czy owrzodzenia, należy natychmiast odstawić lek, [a]pacjenci z chorobami przewodu pokarmowego w wywiadzie, szczególnie osoby w wieku podeszłym, powinni poinformować lekarza o wszelkich nietypowych objawach dotyczących układu pokarmowego (szczególnie o krwawieniu), zwłaszcza w początkowym okresie terapii”.  Oni mogą nie wiedzieć, że w tej samej ulotce jest ostrzeżenie, że „ciężkie reakcje skórne, niektóre z nich śmiertelne, włączając zapalenie skóry złuszczające, zespół Stevensa-Johnsona i toksyczne martwicze oddzielanie się naskórka były bardzo rzadko raportowane w związku ze stosowaniem leków z grupy NLPZ, [że] ryzyko wystąpienia tych ciężkich reakcji występuje na początku terapii, w większości przypadków w pierwszym miesiącu stosowania leku [i] należy zaprzestać stosowania leku po wystąpieniu pierwszych objawów: wysypka skórna, uszkodzenia błony śluzowej lub inne objawy nadwrażliwości. [Ponadto] lek ten należy do grupy leków (niesteroidowe leki przeciwzapalne), które mogą niekorzystnie wpływać na płodność u kobiet”.

       Otóż Braun z Wielguckim plus dziesiątki wsłuchanych w to co oni plotą internautów mogą tego nie wiedzieć, w to jednak, że z tą samą powagą relacjonują informacje na temat nowej szczepionki osoby było nie było z medycyną związane zawodem, a często i ogromnym doświadczeniem, uwierzyć nie potrafię. Dlatego uważam, że jest jeden tylko sposób wyjaśnienia tego przedziwnego zjawiska. Podejrzewam mianowicie, że zarówno sam organizator tego szczególnego projektu, ów „prof. dr hab. Roman Zieliński, Centre for Biomathematics, Genomics and Evolution”, jak i ci wszyscy jego znajomi lekarze, to wariaci jakich wokół niemało, a jak wiemy, wystarczy jeden taki, by wokół siebie zbudować jakąś niewielką sektę. Każdy z nas zresztą, kto w swoim życiu przeszedł przez taki czy inny uniwersytet, wie jak to może realnie wyglądać. A tu przyczyny owego wariactwa mogą być najróżniejsze. Część z nich to mogą być jacyś ekolodzy, część to jacyś jogini zapatrzeni w filozofię Wschodu, niektórzy mogą należeć do jakichś religijnych sekt, jeszcze inni mogą być zaangażowani czysto politycznie w różnego rodzaju teorie spiskowe, a jakaś niewielka grupa to ci, co zwyczajnie owej pandemii nie wytrzymali i od niej postradali zmysły.

         A ja już się tylko zastanawiam, jaka byłaby ich reakcja, gdyby nagle Pfeizer zakomunikował, że po wielu latach badań udało się im stworzyć nadzwyczaj skuteczną szczepionkę przeciwko wszelkim możliwym nowotworom i że choć szczepionka jest nowa, jej działanie wciąż jeszcze nie do końca zbadane, no a poza tym możliwe są różnego rodzaju niepożądane reakcje, to oni zapraszają do jej kupowania: dwie dawki po tysiąc złotych za sztukę. Czy oni wtedy by powiedzieli, że czemu kurwa tak drogo, czy nie oglądając się na nic, ustawiliby się w kolejce? Bo tego, że te kolejki już by się kłębiły, jestem pewien na sto procent, a owi profesorowie z Białegostoku użyliby wszystkich swoich wpływów, by znaleźć się na jej początku.



poniedziałek, 28 grudnia 2020

O potrzebie zaszczepienia się przeciwko plandemii

 

      Córka moja wzięła udział w spotkaniu rodzinnym, podczas którego jej teść otrzymał od kogoś prezent w postaci dwóch egzemplarzy książki zatytułowanej „Fałszywa pandemia”. W celu przybliżenia nieco problemu, osoba wręczająca teściowi ów prezent wyjaśniła, że koronawirus to wirus jakich wiele, jeśli ktoś zakażenie znosi gorzej niż inni, to jest to kwestia indywidualnego braku odporności, a poza tym wirus pojawia się wyłącznie w śluzówce, a nie w samym organizmie, a zatem z testów uzyskujemy wyniki całkowicie niewiarygodne.  Książka jak książka, prezent jak prezent, objaśnienie również byle jakie, to co natomiast na nas wszystkich zrobiło wrażenie szczególne, to fakt, że teść mojej córki przeszedł niedawno ową chorobę i to w takiej postaci, że nieomalże nie umarł, a ów ciekawy człowiek, który postanowił mu ową książkę podarować, zrobił to po to, by ten się aż tak tym co go spotkało nie przejmował, bo to w sumie nie było nic szczególnie wielkiego.

       Czytelnicy tego bloga być może pamiętają, bo o tym tu już nie raz było, córka moja jest z zawodu biotechnologiem, w związku z czym na pewnych rzeczach zna się znacznie lepiej ode mnie i nie tylko ode mnie. Dziś wprawdzie jest przede wszystkim żoną i mamą, i  jedyne co ma wspólnego z branżą, to wspomnienia i wciąż żywe zrozumienie tematu, wystarczyło to jednak, by opowiedziała mi w sposób dość obszerny, czym jest szczepionka, na temat której w tych dniach jest wszędzie tyle szumu, jak działa i dlaczego jest w stu procentach skuteczna i bezpieczna.  Ponieważ dziecko moje ma ten dar, że pewne choćby nie wiadomo jak skomplikowane kwestie potrafi tłumaczyć na tyle jasno, że nawet jeśli mój stary łeb nie jest w stanie ich do końca zrozumieć, to ja sam ich słucham z zainteresowaniem, poprosiłem je, by mi to wszystko jeszcze raz powtórzyło, tyle że w formie pisemnej, tak bym jej opowieść mógł zamieścić tu na blogu, dla tych z nas, którzy nie mając pojęcia o niczym, uważają, że to nic nie szkodzi, bo oni gdzieś coś usłyszeli i uznali za bardzo ciekawe i wiarygodne. I tu córka moja przesłała mi link do rozmowy z kimś kogo nie znam, a kto zajmuje się ową kwestią zawodowo i zachęciła do tego bym się z owym tekstem zapoznał. Spróbuję więc zatem powtórzyć to co tam znalazłem i na czym moje dziecko oparło swoją relację. Otóż...

       Tradycyjne szczepionki zawierają wirusa, który jest w stanie normalnie namnażać się w komórkach, ale został całkowicie pozbawiony zdolności do wywołania choroby, czyli został poddany tak zwanej „atenuacji”. Na tej zasadzie działają szczepionki chociażby przeciwko wirusom świnki, odry, różyczki czy ospy wietrznej. W przypadku tego typu szczepionek, może dojść do wywołania naturalnej choroby. Każde zachorowanie, jak choćby w przypadku odry,  łączy się wtedy z ryzykiem niebezpiecznych dla zdrowia, a nawet życia, powikłań. Ryzyko to jednak istnieje, ponieważ podajemy wirusa, który normalnie replikuje się w komórkach. Dlatego tam, gdzie można, przechodzi się z wariantu atenuowanego na wariant, który nie zawiera już zakaźnego wirusa, czyli w kierunku tak zwanej „szczepionki genetycznej”. Prace nad nią zajęły ponad 30 lat. a chodziło o to, żeby maksymalnie wyeliminować te jej elementy, nad którymi mamy niepełną kontrolę. Jako że w przypadku wirusa atenuowanego, po podaniu szczepionki nie kontrolujemy go wcale, chodziło o opracowanie technologii szczepionek rekombinowanych, gdzie realnie nie występuje drobnoustrój (wirus czy bakteria), tylko białko wytworzone na bazie genu kodującego. To białko jest produkowane w organizmie, takim jak np. drożdże piekarskie, a następnie oczyszczane, dzięki czemu omijany jest cały bałagan biologiczny związany z namnażaniem i oczyszczaniem wirusa. Nie ma wirusa, ale dysponujemy jego oczyszczonym białkiem uzyskanym w innym, niechorobotwórczym, organizmie.

      Naukowcy poszli jeszcze dalej. Wyeliminowali cały aspekt związany z wirusem jako takim i postanowili skłonić nasze własne komórki, by produkowały to jedno wybrane białko wirusowe. Teraz nie ma w ogóle jakiejkolwiek możliwości, że pojawi się w naszym organizmie wirus zakaźny. Jest tylko jeden jego wybrany gen, o którym wiadomo, że koduje białko wirusa, które dobrze stymuluje odporność. Aby osiągnąć cel, naukowcy podali do wnętrza komórki krótki fragment tzw. informacyjnego RNA (mRNA), który koduje to jedno wybrane białko wirusowe. Wtedy rybosomy naszej komórki same zaczynają to białko produkować. Później, i to jest kolejna zaleta szczepionek genetycznych, białko jest rozpoznawane jako antygen, który powstał wewnątrz komórki. Dzięki temu nasza odporność będzie zawczasu przygotowana na to, że zakażenie będzie miało charakter wirusowy, a nasz organizm będzie lepiej i szybciej odpowiadał na to zakażenie.

      I tu pojawiają się nasze lęki, a mianowicie obawy, że wirusowy RNA zostanie włączony do ludzkiego genomu, co – jak to pięknie pokazano w zabawnym krążącym w Sieci memie – spowoduje na przykład, że zamiast stopy i pięciu ślicznych paluszków na jej końcu, będziemy mieli jeden wielki paluch z równie wielkim paznokciem. Rzecz jednak w tym, że w komórce organizmu człowieka jest to zwyczajnie niemożliwe, ponieważ do tego niezbędny jest bardzo konkretny zestaw enzymów, które w takiej komórce nie występują. Kolejną cechą RNA jest to, że wewnątrz komórki szybko zostanie ono zniszczone. Taka jest naturalna kolej rzeczy w przypadku dowolnego RNA. Na przykład mRNA jest produkowane na okrągło w każdej komórce, stanowi bowiem matrycę informacyjną, na bazie której komórka produkuje swoje własne białka. Po wykonaniu zadania, mRNA ulega zniszczeniu, a jeśli jest potrzeba, komórka syntetyzuje kolejną kopię wymaganego mRNA.

      Tymczasem my w szczepionce podsuwamy informację, co komórki mają syntetyzować. Sztucznie dajemy informację genetyczną, na bazie której zostanie wyprodukowane białko wirusa. Ważne jest, że długość życia takiego mRNA jest krótka, przez co ono bardzo szybko zostaje zlikwidowane. Komórka produkuje białka identyczne z wirusowymi. Potem te białka, tak jak w przypadku każdego kontaktu z obcym antygenem, zostaną rozpoznane przez tzw. profesjonalne komórki prezentujące antygen. One je zabiorą do tkanki chłonnej i pokażą, iż znalazły obce białko. Zaprezentują je limfocytom T pomocniczym, limfocyty pomocnicze rozdysponują informację o antygenie pomiędzy limfocyty cytotoksyczne i limfocyty B produkujące przeciwciała i dopiero wtedy będziemy pamiętać, żeby bronić się przed tym wirusem. Wszystkie szczepionki działają według tego schematu.

      Szczepionka, wbrew temu w co chcą wierzyć niektórzy, nie jest wynikiem tego co zostało opracowane w ciągu minionych miesięcy, lecz wiąże się z 30 latami pracy wielu osób oraz instytutów, a jej bezpieczeństwo musiało zostać przebadane na etapie długotrwałych i skrupulatnych badań klinicznych. Szczepienie daje nam odporność, omijając, i to w sposób bardzo skuteczny, wszystkie wady związane z zakażeniem samym wirusem. Trudno sobie wyobrazić, żeby stanowiło ono zagrożenie dla organizmu, bez względu na to, jak przerażające scenariusze podsuwają nam najpierw plotki, a w dalszej kolejności nasza wyobraźnia. Z biologicznego punktu widzenia, o żadnym ryzyku nie ma mowy.

     I to tyle. A ja oczywiście nie będę ukrywał, że to co tu możliwie przystępnie zacytowałem, w znacznej części stanowi dla mnie kompletny bełkot. No ale ja jestem, jak wiemy, wyjątkowo słabo oczytany, w dodatku zbyt leniwy, by się intelektualnie wysilać ponad to co mi przychodzi z naturalną łatwością. Ponieważ wiem jednak, że wśród czytelników tego bloga większość to osoby – nawet jeśli głęboko przekonane o tym, że mamy do czynienia z tak zwaną „plandemią”, a szczepionka  nas w naszym nieszczęściu tylko jeszcze bardziej pogrąży– znacznie bardziej ode mnie inteligentne, mam nadzieję, że oni akurat sobie z tym odpowiednio poradzą.

     Mnie akurat wystarczyło zapewnienie mojego dziecka, że szczepionka, która oto właśnie zaczęła do nas przybywać jest czymś absolutnie najlepszym, jak to mówią w lepszym towarzystwie, EVER. Czego i wszystkim życzę.



  

 

 

niedziela, 27 grudnia 2020

Czy na COVID można zwariować?

 

       Minęły Święta Bożego Narodzenia, podobnie jak wcześniejsze Zmartwychwstania Pańskiego, najdziwniejsze w całej polskiej historii, za chwilę kończy się nie mniej dziwny rok, a ja bardzo chciałbym jakoś skomentować moment w którym, z punktu widzenia owej wyjątkowości, się znaleźliśmy. A zrobię to w sposób dość szczególny. Oto, jak wiemy, przez dwie kolejne notki próbowałem, jak najlepiej umiałem, pokazać jak łatwo – w dążeniu do wolności naszych myśli i ocen – możemy się dać wciągnąć w stan, gdzie owa niezależność jest niczym innym jak kolejnym zniewoleniem, i gdzie twierdząc z dumą prawdziwego odkrywcy, że nic już nie jest takie jak się zdaje, nie jesteśmy w stanie dojrzeć tego, co ani nigdy nie było szczególnie skomplikowane, ani też nie wymagało od nas szczególnej czujności. A mam na myśli tak zwane oczywistości.   

      Pisałem ten tryptyk, zaczynając od  tego, jak okrutnie owa czujność została wykorzystana przez ludzi złych i głupich, choćby w kwestii smoleńskiej, a kończę go ostatnim w tym roku tekstem napisanym dla „Warszawskiej Gazety” o tym jak dziś, w czasie pandemii, wciąż nie jesteśmy w stanie wykazać choć odrobiny elastyczności. Zupełnie jakby komuś zależało, by odwrócić naszą uwagę od spraw znacznie, znacznie ważniejszych.

      Bardzo więc proszę rzucić okiem na to co poniżej i zachęcam do pewnej wcale nie tak skomplikowanej refleksji. Bo jeśli się nie opamiętamy, to znajdziemy się w miejscu, gdzie nasz spryt będziemy mogli sobie wsadzić w nos. A rzecz w tym, że ja od pewnego już czasu obserwuję, jak to wielu z nas, osób dotychczas bardzo szczerze i wspólnie zaangażowanych w obronę Polski, jej dobrego imienia i jej dobrej przyszłości, zdecydowało się w sposób nadzwyczaj radykalny stanąć przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości. I oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że często mamy już naprawdę serdecznie dość różnego rodzaju ekscesów, jakie po tych niedługo  już po pięciu latach u władzy, lęgną się jak zaraza na terenie objętym kontrolą Prezesa i jego ludzi. A mam tu na myśli zarówno sam rząd, ogólnopolskie media, ale również tak zwany teren. Rozumiem tę złość i rozumiem też to, że po tylu latach praktycznej wszechwładzy nieustannie potwierdzanej przez kompletne zepsucie opozycji, na czele z jej ekspozyturami czy to w postaci kiedyś KOD-u, czy dziś tak zwanego Strajku Kobiet, o zgnuśnienie nie trudno. To co mnie jednak zadziwia, a jednocześnie bardzo martwi, to to, że wspomniani przeze mnie szczerzy polscy patrioci osiągnęli w stosunku do rządu poziom nienawiści, który mógłby zawstydzić samą Martę Lempart z tymi nieszczęsnymi dziećmi, które ostatnio wzięły się za śpiewanie tradycyjnych polskich świątecznych melodii, tyle że tym razem wysławiających nie tyle przyjście na świat Dzieciątka Jezus, ale Jego radosne i uroczyste abortowanie.

       Zaglądam na Twittera i trafiam na biało-czerwoną flagą i parę krótkich, żołnierskich słów ową flagę autoryzującymi, a pod spodem komentarz, gdzie autor wyraża swoją pogardę dla niegdysiejszego Ryszarda Cyby za to, że ten kiedy miał szansę zastrzelić Jarosława Kaczyńskiego, sprzątnął podrzędnego działacza, i wyraża nadzieję, że jeśli pojawi się kolejny Cyba, wykaże się większą precyzją. Gdzie indziej trafiam na tweet, gdzie Mateusz Morawiecki jest określany imieniem „Mengele”, a dalej kolejne, coraz bardziej pomysłowe propozycje wymordowania tych wszystkich, którzy oddali Polskę w niewolę fałszywej pandemii. I nikt już ani nie wspomina ani o Żydach, ani o LGBT, ani nawet o wspomnianych wcześniej atakach na Wiarę. Są już tylko Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki i Adam Niedzielski i owo życzenie śmierci.

        Kiedy spadła na nas pandemia, bałem się, że jeśli to potrwa zbyt długo, niektórzy psychicznie tego psychicznie nie wytrzymają. Nie spodziewałem się jednak, że za nas się wezmą prawdziwi fachowcy i owo szaleństwo skutecznie skanalizują.



   

czwartek, 24 grudnia 2020

Co nam zostało po Smoleńsku?

 

      Muszę przyznać, że tak jak w ostatnich tygodniach nie jestem w stanie zainteresować się choćby jednym wydarzeniem pochodzącym z tak zwanej przestrzeni publicznej na tyle mocno, by zainspirowało mnie ono do bardziej pogłębionych refleksji, tak też wczoraj zrobiło na mnie dość mocne wrażenie opublikowanie przez portal onet.pl tekstu o niemieckich żołnierzach nadzwyczaj boleśnie przeżywających swoje oddalenie od rodzin podczas którejś z Wigilii spędzanej na okupowanych przez siebie podczas II Wojny Światowej terenach. Jednak wbrew ewentualnym podejrzeniom, wcale nie chodzi mi ani o drastyczność owego przekazu, ani tym bardziej o zaprezentowany przez redaktorów Onetu brak wrażliwości. Tu akurat pozostaję całkowicie obojętny. Nie wierzę bowiem w to, że publikacja owego tekstu była wynikiem czy to pomyłki, czy wręcz naturalnego dla tych zdrajców odruchu. Jestem pewien, że decyzja o tym, by najpierw ów tekst zamieścić, a następnie, po tym jak on wywoła odpowiednio dużą burzę, usunąć go i opublikować przeprosiny, została podjęta i zrealizowana w jednym z dwóch zamiarów. Chodziło mianowicie albo o to, by doprowadzić nas do wściekłości i coś tam w ten sposób ugrać, albo ów tekst stanowił zwykłą prowokację, której ostatecznym celem jest dostarczenie Orlenowi, czy komu tam,  ostatecznego argumentu do tego by Onet od Niemców kupić, a jak wiemy, czym większa determinacja po stronie ewentualnego nabywcy, tym lepsza pozycja negocjacyjna sprzedającego.

      Jakakolwiek byłaby odpowiedź na tę zagadkę – a trzeba przyznać, że jest to zagadka nie byle jaka – uważam, że my w tej sytuacji powinniśmy wzruszyć ramionami, splunąć przez ramię i spokojnie wrócić do swoich zajęć. Oczywiście, miło jest posłuchać Widomości TVP, gdzie całkowicie oficjalnie, bez cienia jakiegokolwiek dylematu stwierdza się, że Onet to „niemiecki portal wydawny w języku polskim”, nas jednak to nie powinno w najmniejszej mierze odbchodzić, przede wszystkim dlatego że my to już od dawna wiemy, podobnie jak zawsze wiedzieliśmy, że pismo „Brawo Girl”, czy „Dziewczyna” stanowiły niemiecki przekaz skierowany pod adresem polskiej młodzieży, no a poza tym najprawdopodobniej ani „wybryk” Onetu, ani też to co on ewentualnie spowoduje, nie zmienia nic ani w naszej teraźniejszości, ani przyszłości.

        I to jest właśnie owa refleksja, którą chciałem się na tym blogu podzielić: Artykuł Onetu o samotnych Szwabach śpiewających kolędy to część planu, a nam nie pozostaje nic innego, jak wypatrywać miejmy nadzieję dobrych dla nas rozwiązań.

      

     Nie taki jednak był mój plan. Zgodnie bowiem ze swoją wczorajszą zapowiedzią, zamierzam dziś kontynuować swój tryptyk na temat teorii spiskowych i zajmowanej wobec nich przez nas pozycji. Jak pisałem jeszcze w styczniu 2011 w swoim tekście na temat Katastrofy Smoleńskiej, ja nie mam bladego pojęcia, co sie wydarzyło tam na owym lotniku. Wszystko co na ten temat sądzę i w co wierzę, opieram na swojej intuicji oraz pewnym nie tak małym było nie było doświadczeniu. A zarówno owo doświadczenie jak i intuicja każą mi  pewne rzeczy przyjmować na wiarę, a w stosunku do innych zachowywać odpowiednią powściągliwość. Z tego też powodu, od samego początku z jednej strony byłem pewien, że prezydent Kaczyński oraz pozostałych 95 osób poniosło w Smoleńsku śmierć absolutnie nie przypadkowo, z drugiej natomiast do prac tak zwanej „podkomisji” podchodziłem z większą lub mniejszą ostrożnością. Czemu? A to temu mianowicie, że ja doskonale, zarówno wtedy jak i dziś, mam świadomość owej wiecznej nienawiści, ale też doskonale wiedziałem i wiem, że najgorsze co mnie może spotkać to zdanie się na głos tych, których tak naprawdę nawet nie miałem okazji poznać.  

       I stąd też wysunąłem w tamtym tekście tezę, że tam w Smoleńsku ani nie było wybuchu, ani owa mgła nie została rozpylona po to, by ten samolot się rozbił, ani nawet że owi ruscy kontrolerzy lotu specjalnie podawali polskim pilotom złe namiary, żeby wszystkich stłoczonych w tym samolocie ludzi pozabijać. Moim zdaniem – nie mówię, że w to wierzę, ale zaledwie że biorę to pod uwagę – jest bardzo prawdopodobne, że jedyny plan jaki został uzgodniony z rosyjskimi służbami był taki, że rozpyli się te mgłę, samolot nie będzie mógł lądować i ostatecznie piloci zostaną zmuszeni do wylotu gdzieś do Moskwy... i „ten idiota ze swoją głupią żoną” najedzą się wstydu. Tyle że wszystko nie poszło tak jak miało pójść, no i zdarzyło się nieszczęście.

       Dziś jednak nie chodzi mi o to akurat, lecz o to, jak łatwo nam było przyjąć do wiadomości informację, że Antoni Macierewicz, jego zagraniczni eksperci, oraz nie do końca zidentyfikowane instytuty badawcze we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii znają prawdę i lada chwila opublikują nie znoszące sprzeciwu dowody na to, że na pokładzie starującego z Okęcia tupolewa były zainstalowane materiały wybuchowe.

       Dziś, po dziesięciu latach, wydaje się, że nie ma już nikogo kto by jeszcze liczył na to, że Antoni Macierewicz trzyma dla nas jakieś niespodzianki. Że już nie wspomnę o odpowiednich wyjaśnieniach. Mało tego. Ja nie podejrzewam, by wśród nas było jeszcze wielu takich, dla których nazwisko Macierewicz, czy nazwa jego podkomisji miała jakiekolwiek znaczenie. Do czego zmierzam? Otóż chodzi mi o to, że naszym psim obowiązkiem zawsze i wszędzie jest się wystrzegać ludzi, którzy próbują w nas wmusić swoje teorie, wykorzystując czy to nasze naturalne emocje, czy też mając je głęboko w nosie, natomiast skupiając się wyłącznie na swoich interesach. Dlaczego? A to z tego prostego powodu, że my najczęściej nie mamy bladego pojęcia o tym co się dzieje i tak naprawdę jedyne co nam pozostaje to albo komuś uwierzyć, albo pozostać przy wspomnianych wcześniej doświadczeniu oraz intuicji.

      Gdy chodzi o śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ja od samego początku trzymałem się FAKTU, że było wiele osób, często osób bardzo wysoko postawionych, które życzyły mu śmierci. I nie mam tu na myśli ludzi, którzy sami, przy odrobinie odwagi, czy zwykłego szaleństwa, byliby gotowi go zabić. Nie. Myślałem tu o tych, co zaledwie życzyli mu śmierci i którzy tę śmierć przyjęliby z radością. Ale nie tylko o nich. Myślałem też o tych, co bardzo liczyli na to, że Lech Kaczyński przy jakiejś okazji  na przykład się wywróci, rozbije sobie nos, z tego nosa popłynie krew i będzie zabawa. Oni naprawdę nie potrzebowali go wysyłać do Rosji samolotem naszpikowanym trotylem. Tu mogło chodzić wyłącznie o politykę.

       I popatrzmy teraz na różnicę. Z jednej strony mamy owo życzenie śmierci, z drugiej autentyczny zamach,  przeprowadzony diabli wiedzą po ciężką cholerę, diabli wiedzą z nadzieją na jakie korzyści, diabli wiedzą za jakie pieniądze, i pytanie, jak to się dzieje, że my tak bardzo potrzebujemy ekstra emocji, że gotowi jesteśmy dla nich zrezygnować z prostej prawdy.

      Nie muszę oczywiście zapewniać, że ja w żaden sposób nie planowałem połączenia tematu Katastrofy Smoleńskiej z polityką prowadzona przez Onet. W końcu kto się mógł spodziewać, że oni tu nagle wyskoczą z tymi smutnymi niemieckimi Wigiliami? Jak widać jednak, to wszystko się jakimś cudem bardzo ładnie łączy. Otóż wydaje mi się że tak samo jak lubimy od czasu do czasu wpaść w nastrój by sobie pogrzebać w spiskowych teoriach, tak samo bardzo często nie jesteśmy chętni do tego, by się zastanowić, czy nam ktoś owych spiskowych teorii nie podsuwa wyłącznie po to, by mieć nas w garści, gdy pojawi się naprawdę dobra okazja.




 

Ponieważ dziś mamy Wigilię i wieczór jest długi, a jutro świąteczne śniadanie, podejrzewam, że kolejna i decydująca o wszystkim część mojego tryptyku ukaże się dopiero w sobotę. Tym bardziej zachęcam i przy okazji wszystkim znanym mi osobiście i nieznanym kompletnie czytelnikom tego bloga przesyłam płynące z głębi serca życzenia skutecznego zanurzenia się w Narodzinach, których zapowiedź dziś przeżywamy.

       

przemsa: Biegowa Opowieść Wigilijna

Ponieważ całkiem lubię ten tekst – a możecie mi wierzyć, że choć napisałem już ich trochę nie jest to dla mnie odczucie powszechne – pozwalam sobie go wkleić dzisiaj także tutaj. Jego pierwotna wersja znajduje się w Szkole Nawigatorów pod adresem:
http://przemsa.szkolanawigatorow.pl/biegowa-opowiesc-wigilijna

Jest dwudziesty czwarty grudnia, kilkanaście minut po piątej rano. Pada deszcz, ciemno. Biegnę lasem. Nie za bardzo wiem po co. Wiem za to dlaczego. To przez głupią, dziecinną ambicję. Mamy już dwudziesty czwarty dzień grudnia, a za mną zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów. W każdym wcześniejszym miesiącu było tego więcej. Trzeba zatem coś nadrobić nadrobić. Z trudem się zebrałem, a teraz jest mi ciężko. Sprawdzam tętno i widzę, że niewiele brakuje do mojego maksimum. Niechętnie zwalniam i wtedy właśnie czuję ukłucie. Centralnie w klatce piersiowej. Muszę stanąć. Zatrzymuję czas na zegarku, opieram się dłonią o drzewo i wystraszony daję sobie odpocząć. Po dłuższej chwili oddech wraca do normy. Żadnego bólu już nie czuć, zatem chyba w porządku. Dobrze, że do domu już niedaleko. Jeszcze tylko – zerkam na zegarek – niecałe trzy kilometry, doczłapię. Po kilkunastu minutach jestem na miejscu. Wszyscy śpią. Nie robiąc hałasu rozbieram się i wpadam do łazienki. Wchodzę pod prysznic. Nim biorę się za mycie, pozwalam wodzie długo po mnie spływać

Facet siedzi w fotelu w salonie. Ja w szlafroku wytrzeszczam na niego oczy. Zatyka mnie. Naprawdę nie wiem, jak zareagować. Nie powinno go tu być. Uciekać, krzyczeć, sięgnąć do szuflady po nóż? Ubiega mnie. Słyszę jego głos. – Spokojnie, na wszystko jest już za późno – brzęczy gdzieś głęboko w mojej głowie. Wolę nawet nie zgadywać, co to ma znaczyć. Przyglądam mu się wreszcie. Ubrany w czarny garnitur z innej epoki, w takiego samego koloru koszulę ze stojącym wysoko kołnierzykiem i gładko przyczesanymi na bok olśniewająco białymi włosami przypomina przedsiębiorcę pogrzebowego ze starych komedii. Z tym, że nie ma w nim nic śmiesznego. Wąskie usta są zaciśnięte, a zimne oczy patrzą na mnie z nienawiścią i bezwzględną zawziętością. Odzywa się znowu i wtedy dopiero zauważam, że jego twarz pozostaje nieporuszony niczym maska. Mimo to jego głos dobiega moich uszu. Czy raczej dźwięczy niezależnie od nich. Nie potrafię dokładnie go zidentyfikować.

– I jak umiera się pod prysznicem – pyta beznamiętnie.

Milczę, bo co niby mógłbym odpowiedzieć. Bardziej zajęty jestem tym, że nie mogę się ruszyć, a myśl o śpiącej na górze żonie i dzieciach sprawia, że wpadam w panikę.

– No już, możesz – mówi, a ja czuję, że odzyskuję władzę w nogach. – Idź do łazienki – rozkazuje, bo nie sposób nazwać inaczej tego tonu.

Choć nie wiem dlaczego, bez wahania wykonuję polecenie. Dziwne. Odnoszę wrażenie, że raczej sunę równo i jednostajnie nad podłogą niż stawiam kroki. – To pewnie przez ten zbyt – pocieszam się bez przekonania.

Leżę pod prysznicem golusieńki. Z rozbitej głowy lub tylko nosa – nie widzę dokładnie, bo ta nie jest zwrócona w moją stronę – sączy się krew. Ciągle lecąca woda rozcieńcza ją i w odpływie znika przypominająca napój malinowy, rzadka ciecz. Jestem jakoś dziwnie powykręcany i nie wiem, czy oddycham. Mam nadzieję, że tak, ale nie założyłbym się o to. Zdecydowanie wyglądam martwo i ze zgrozą konstatuje, że koszmarna irracjonalność całej sytuacji dziwi mnie coraz mniej.

– Zdaje się, że to nagła śmierć sercowa – słyszę i wtedy orientuje się, że stoi tuż za mną. – Nie masz pojęcia o medycynie, więc nie będę cię raczył szczegółami. Istotne, że jest z tobą na tyle źle, że zjawiam się ja. A możesz mi wierzyć, że nie fatyguję się do ludzkiego śmiecia na nierokujące pogawędki.

– Umarłem?

– Prawie. Mózg jeszcze pracuje, ale mówiąc szczerze nie oczekiwałbym cudu. A w twojej sytuacji, to właśnie cud byłby niezbędny. Na tym etapie przechodzenia do – zdecydowanie nie nazwałbym go lepszym – świata, medycyna jest raczej bezradna. Zresztą skąd miałby się wziąć tu lekarz? Nim cię ścięło definitywnie, dzwoniłeś może na pogotowie? – kończy szyderczo.

– Jesteś…?

– Diabłem. To chyba oczywiste. Przyszedłem po twoją duszę.

– A nie czeka aby tu gdzieś obok jakiś mniej upadły anioł? – pytam z pewnym zadowoleniem zauważając, że moje ciężkie poczucie humoru ma się mimo wszystko nadal nieźle.

Spogląda na mnie z politowaniem.

– Obawiam się, że są zajęci mniej beznadziejnymi przypadkami. I nie mam tu na myśli kondycji fizycznej, ale raczej dorobek tudzież całokształt.

– Nie jestem taki zły – stwierdzam niepewnie.

– Byłeś, jak już. Czas przeszły mocno uzasadniony. Wymieniać mógłbym długo, ale weźmy pierwszy lepszy przykład z brzegu. Kiedy ostatni raz przyjmowałeś Komunię?

Zaskakuje mnie. Nieprzyjemnie i boleśnie. Czuję mrowienie w – zdaje się, że mało cielesnym– karku. – Hmm. W sierpniu? – odpowiadam niepewnie.

– W czerwcu, ósmego. A mamy grudzień… – Albo dalej – ciągnie. – Wprawdzie wybrałeś się trzy razy z dziećmi na roraty, jednak na niedzielnej Mszy Świętej już się nie zjawiłeś. Pracowałeś! Pamiętaj aby dzień święty święcić! Naprawdę za każdym razem niesamowicie i niezmiennie bawi mnie ten wasza szczera, debilna bezmyślność. Macie coś napisane. Czarno na białym. Oczywiste. Przykazania, Stary i Nowy Testament, nauczanie Kościoła, świadectwa świętych. A wy i tak wiecie lepiej. No bo przecież tego nie można traktować literalnie! Ważne jest, by być uczciwym i miłym, a ta cała reszta, to taki dodatek. W dzisiejszych czasach mniej ważny. I tak dalej w ten kretyński deseń. Jeden z drugim chłopek-roztropek, mędrek myśli sobie, że wie lepiej, co należy robić, by wypełniać wolę TegoKtóryPozwoliłMiWykorzystywaćKażdąOkazję! Tego, który nie wiedzieć czemu stworzył was, a później obiecał, że po śmierci może być wam jednak dane kontemplować Jego oblicze! Pomimo tego, że ta egzaltowana idiotka Ewa i jej infantylno-naiwny maż Adam, mając WSZYSTKO, skusili się na NIC! Pomimo tego, że wprost Mu wykazałem jakim beznadziejnym jesteście ścierwem. I On śmiał ukarać także i mnie! – wrzeszczy. – Pewnie już słyszałeś kiedyś te historię, co? Aha, no tak. To tylko taka alegoria. Jaki tam Pan Światła pod postacią węża, bajki dla dzieci – kończy drwiąco.

Zmienia się. Już nie jest przedsiębiorcą pogrzebowym, ale pełzający, gadem. Grubym, oślizłym i błyszczącym. Syczy i błyskawicznie zbliża swoją wielką głowę do mojej. Złe, jednak identyczne jak w człowieczej wersji oczy wbijają się we mnie ze wstrętem.

– Nienawidzę was – wyrzuca. – Nienawidzę was tak bardzo, że nie jesteście sobie w stanie tego nawet wyobrazić. To przez was zostałem wygnany sprzed Jego oblicza! I moim jedynym celem jest zemsta. Aż do końca świata.

Patrzę jak wraca do swojej ­– z mojego punktu widzenia – dawnej, ludzkiej postaci. Znów siedzi w fotelu, a ja, tak jak na początku, stoję sparaliżowany strachem, gdy…

Zjawia się kot. Moja kotka. Człapie powoli. Ziewa. Przeciąga się i patrząc na niego obojętnie ociera się o poły mojego szlafroka. Ewidentnie jest głodna.

– Ona mnie widzi – mówię z nadzieją, która się właśnie we mnie zatliła. – A zdaje się, że powinienem być czymś w rodzaju ducha. Czy więc aby coś ci się jednak nie pomyliło – zdecydowanie nabieram pewności siebie.

Zbywa mnie machnięciem ręki. – Koty są obok. To znaczy tu i tam. Mają ten przywilej od momentu, gdy On stworzył zwierzęta. Wszystkie oddały mu cześć, a tylko to jedno odwróciło się obojętnie. Nie pozwolił się nawet pogłaskać. Bo tak. Oniemiał, ale też rozbawiło Go to tak bardzo, że po wygnaniu z Raju pozwolił kotom różnić się od innych zwierząt i być wszędzie, nie tylko ludzkim świecie. Oczywiście kot nie jest tego świadomy. Stąd te wszystkie jego dziwne, schizofreniczne zachowania i humory. Koty po prostu czują, że coś tu nie pasuje. Raz wokół sami żywi, za chwilę mignie ktoś umarły. Nie rozumieją tego i stąd te ich dziwne reakcje. Ale zostawmy koty, bo zdaje się, że twojego nakarmić będzie musiał jednak ktoś ździebko twardziej stąpający po tym świecie – zaśmiał się nieprzyjemnie.

Nic nie mówię. Słucham.

– Twój czas dobiegł końca. O niebie zapomnij. Obstawiam piekło, ale w grę niestety wchodzi również czyściec. Wprawdzie nigdy nie głosowałeś na SLD lub Platformę i napisałeś kilka śmiesznych tekstów o Tusku i Petru, ale to jednak za mało by zrównoważyć inne grzechy. Samych zaniechań masz tyle, co dni dorosłego życia. Liczę jednak, że szala przeważy się na moją stronę.

Przerywa i sprawia wrażenie zamyślonego. Albo to tylko moja wyobraźnia, bo jego twarz nie wyraża nic poza nienawiścią.

– Wieczność – zdawało mi się, że wymawia to słowo z lubością. – Jak bardzie nie jesteś w stanie wyobrazić sobie wieczności? – pyta patrząc na mnie wyczekująco.

Nie odpowiadam, ale chyba też tego nie oczekuje.

– Zdradzę ci więc, że wieczność może być już sama w sobie czymś tak okrutnym, że w zasadzie nie potrzeba niczego więcej. To niewyobrażalna dla ludzkich pomiotów, nieskończona, pozbawiona wszelkiej nadziei tęsknota za Jego miłością. Miałeś jej namiastkę tysiące razy. Bardzo mocno odczułeś jej obecność, gdy rodziły się Twoje dzieci. Więc pomyśl, że Jego miłość jest googol googoli razy większa. A Ty ją poczujesz raz, w pełni, i zostanie ci odebrana. Na zawsze i zawsze. Na wieczność. Na tym polega piekło…

Zaczynam krzyczeć. A może tylko bardzo chciałbym. Nie wiem. Jeżeli jeszcze takową mam, paniczny strach mrozi mi resztkę krwi w żyłach. Czuję lodowate, przejmujące zimno. I głos. Inny. Znajomy.

– Tato, tato. Co ci się stało? Poślizgnąłeś się pod prysznicem?

To córka. Patrzy się na mnie lekko wystraszona. Musiała wstać przed momentem. Rozglądam się otępiały. Leżę, nadal leje się na mnie zimna już woda. Z nosa cieknie mi krew. Boli głowa. Jestem zziębnięty. Z trudem podnoszę się na śliskich kafelkach. Cały się trzęsę.

– Tak, tak… –  dukam spierzchniętymi ustami. – Musiałem się poślizgnąć – mówię. Całuję ją zapewniając, że wszystko w porządku. Zakręcam kurek. Wycieram się ręcznikiem. Ubieram szlafrok. Krew tamuję chusteczką. Wychodzę do pokoju. Siadam wyczerpany i z zziębnięty na kanapie obok córki. Ta odwraca się mówiąc:

– A wiesz, tatusiku, gdy wstałam przed chwilą pomyślałam, że dziś Wigilia i pomodlę się za ciebie tak trochę bardziej…

Kotka siedzi wymownie przed miską. Podaję jej jedzenie.

 


przemsa, 24.12.17
(z drobnymi poprawkami z 24.12.20)

 


środa, 23 grudnia 2020

Tryptyk o tym co było, co jest, a czego nigdy nie będzie

 Dzisiejsza notka – będąca powtórzeniem tekstu, który zamieściłem tu jeszcze w miesiącach, które nastąpiły po Katastrofie Smoleńskiej – tym razem jednak stanowi zaledwie pierwsza część tryptyku, który będę kontynuował w kolejnych dniach. I od razu uprzedzam, że nie mam najmniejszego zamiaru pisać i wspomnianej Katastrofie i wracać do dyskutowania po raz kolejny od nowa jej przyczyn, przebiegu, no i oczywiście pokłosia. Jeśli jednak przypominam tamten tekst, to przede wszystkim, by na zasadzie, jak już wspomniałem, swoistego wstępu pokazać, jak niemal od zawsze, wszystko co nam się wydawało, że wiemy na pewno, jest zaledwie strzępkiem naszych emocji, które wystawiane są na żer różnej maści kombinatorów, wobec których w ostatecznym rozrachunku zawsze okazujemy się kompletnie bezradni.

Kiedy pisałem tamten tekst, miałem oczywiście głębokie przekonanie, że w Smoleńsku doszło do zamachu, jednak nigdy ani przez chwilę nie próbowałem utrzymywać, że wiem, kto go przeprowadził, w jaki sposób i wreszcie w jakim celu. Wiedziałem natomiast od samego początku, że był to w ten czy inny sposób rzeczywisty zamach i że nazwiska jego pomysłodawców i autorów są znane. Oceniając prace tak zwanej Komisji Smoleńskiej nie pozwoliłem sobie ta to, by choćby przez moment uznać, że to co stamtąd przychodzi to ostateczna prawda, zwłaszcza że przez te dziesięć lat tych prawd tam się przewaliło dziesiątki, a to wobec czego stoimy dziś, tylko potwierdza, że od samego początku mieliśmy ręce puste. A to z kolei prowadzi mnie do kolejnych wniosków i kolejnych refleksji, na które jednak przyjdzie czas w kolejnych dniach. Tymczasem przypominam tamten tekst o owym strasznym psikusie, a więc z mojego punktu widzenia jedynej dziś rzeczy realnie istniejącej, którą mogę potraktować jako FAKT.

 

      Jak może uważni czytelnicy tych, ukazujących się to tu to tam, refleksji zauważyli, ile razy wspominam o katastrofie smoleńskiej, używam określenia „zbrodnia”, lub wręcz „morderstwo”. Robię to w sposób świadomy i metodyczny. Jeśli przy jakiejkolwiek okazji zastępuję którekolwiek z tych określeń słowem „nieszczęście”, lub „katastrofa”, lub jakimś innym, adekwatnym do sytuacji, robię to wyłącznie ze względów literackich. To co się stało w Smoleńsku 10 kwietnia minionego roku, z mojego punktu widzenia pozostaje przede wszystkim zabójstwem i zbrodnią. Niezmiennie, od niedługo już roku.

      Używając tego a nie innego języka, zdaję sobie też świetnie sprawę, że u części z czytelników zarówno mojego bloga, jak i tekstów publikowanych tutaj, takie zachowanie będzie budziło co najmniej zniecierpliwienie. Wydaje mi się bowiem, że doskonale orientuję się w świadomości – a co może ważniejsze, w stanie sumień – osób, które niemal od pierwszego dnia po tamtej katastrofie nie marzą już o niczym innym, jak tylko o tym, by wreszcie zmienić temat i dać im święty sposób. Mimo to, jak widać, nie przestaję powtarzać niemal jak zaklęcia tych dwóch słów – „morderstwo” i „zbrodnia”, i proszę mi uwierzyć, że mam ku temu swoje bardzo mocne powody. I nie widzę takiej możliwości, żebym przestał to robić, o ile albo te powody nie ustąpią, albo ktoś mi wreszcie nie każe się zamknąć.

       Jakie zatem są to powody, dla których, zdaniem z całą pewnością wielu, staję się powoli wręcz nudny? Pierwszy jest, przyznaję, dość perfidny. Otóż mam bardzo głęboką wiarę w to, że w końcu pojawi się ta jedna osoba – choćby jedna – która wreszcie nie wytrzyma i krzyknie: „No i dobrze! Niech wam będzie. Zabiliśmy skurwysyna.” Czemu mi tak na tym zależy? Przyczyna jest prosta. Ja wiem, że oni Prezydenta zabili, i bardzo chcę, żeby to wreszcie przyznali. A zatem, jak widzimy, nie chodzi o nic innego, jak o zwykłe, niemal starożytne już pragnienie, by zanim się przejdzie do dalszej części… no, czegokolwiek, zadbać o czystość spraw niezałatwionych i pozamykać wszystkie drzwi. To jest sytuacja trochę taka, jaką znamy z Ojca Chrzestnego, kiedy to Michael Corleone, zanim wyprawi swojego nieszczęsnego szwagra w jego ostatnią podróż, musi usłyszeć to jedno zdanie: „Tak, zrobiłem to”.

       Drugi powód jest już bardziej poważny. Chodzi mianowicie o to, że ja wiem, że Prezydent, a z nim wszyscy inni, zginęli nie wbrew woli złych ludzi, ale właśnie, jak najbardziej, zgodnie z ich – nawet jeśli nie wolą – to bardzo intensywnie i wielokrotnie wyrażanym życzeniem. Ja wiem, że nawet jeśli to był wypadek, to wypadek wręcz wymodlony. A więc wiem, że to do czego doszło tamtej kwietniowej soboty, to był straszny, niewybaczalny występek dokonany przez ludzi złych, podłych i głupich. A więc zbrodnia. A skoro to wiem, to nie widzę najmniejszego powodu, żeby dla głupiej elegancji, zaciskać zęby tam gdzie ich zaciskanie jest nikomu po nic. Nawet im.

      A więc wiem, że Prezydent, Jego Małżonka, ale też Sebastian Karpiniuk i Przemysław Gosiewski zostali zamordowani mniej lub bardziej celowo. W jaki sposób? Tego niestety wciąż nie umiem powiedzieć ani ja, ani wielu z nas. No bo skąd? No bo jak? Oczywiście są tacy, którzy wykorzystują całą swoją wiedzę i zaangażowanie, żeby znaleźć odpowiednio sensowne wyjaśnienie tej zagadki, ale wszystko co mogę tu zrobić, to przyjmować te propozycje z większym lub mniejszym zaufaniem. Znam bardzo dużo relacji, robiących na mnie wrażenie bardzo eksperckich, z których wynika, że żadna z oficjalnie przedstawianych nam wersji nie ma najmniejszego sensu. I mówię tu o analizach na wszelkich możliwych poziomach obejmujących zarówno to co się wydarzyło tamtego wiosennego poranka, jak i wszystko to, co się działo wcześniej, w miesiącach poprzedzających. A więc wiem, że tak wielki samolot jak Tupolew każdą brzozę, o którą by niefortunnie zawadził, zamiast tracić skrzydło, ściąłby jak zapałkę. Wiem że gdyby jakiś cudem to ta brzoza urwałaby mu skrzydło, to uderzając w ziemię, ludzie znajdujący się w środku nie zostaliby tak strasznie zmasakrowani. Wiem też, że żołnierze pilotujący samolot nie byli głupcami, którzy z niezrozumiałego kompletnie powodu uznali nagle, że wylądują tam gdzie trzeba, nie mając kompletnie pojęcia, gdzie się znajdują i dokąd lecą, o ile ktoś im w tym ich szaleństwie skutecznie nie pomógł. Poza tym wreszcie, ci, którzy za tym nieszczęściem stoją, nie milczą. Gadają dzień w dzień, i z tego ich gadania każdy kto ma otwarte uszy i rozum może usłyszeć też bardzo dużo. Naprawdę dużo.

      Ale wiem też coś jeszcze. Na długo jeszcze zanim doszło do tego ostatecznego nieszczęścia, bardzo wiele osób – i to zarówno tych, którzy mają na wiele rzeczy wpływ, jak i tych, którzy ów wpływ bardzo mieć chcieli, ale musieli się zadowolić tym, że będą w tym wszystkim pełnić wyłącznie rolę kibiców – bardzo marzyło o tym, żeby dożyć dnia, gdy będzie leciał ten samolot, a później nagle zacznie spadać. Wiem też, że było zawsze bardzo wiele osób – i jest ich mnóstwo jak najbardziej i dziś, tyle że już z innym rodzajem uwagi – którzy, nawet jeśli nie posunęli się w swoich marzeniach aż tak daleko, żeby ujrzeć tę krew, to z wielką satysfakcją witali każdą możliwą porażkę w codziennym kalendarzu tego, kogo całym sercem nienawidzili. I tak się składa, że jeśli nawet to tylko ich pragnieniom i wysiłkom możemy zawdzięczać to, że samolot z Prezydentem spadł w to smoleńskie błoto, pozostawiając po sobie kupę złomu i przemielone ciała, to też nie mam najmniejszego powodu, żeby machnąć na to wszystko ręka i zacząć o tym nieszczęściu mówić „wypadek”.

       Jak mówię, nie mam bladego pojęcia, jak doszło do katastrofy rządowego Tupolewa. Nie wiem, czy ktoś rozpylił tam tę mgłę, czy ktoś przeniósł złośliwie radiolatarnie, żeby zmylić pilotom drogę, czy rosyjscy kontrolerzy kazali naszym pilotom lądować, podczas gdy lądować nie wolno było pod żadnym pozorem, czy – jak twierdzą niektórzy – doszło do jakiegoś supernowoczesnego wybuchu, który ten samolot rozpruł w drobny mak. Wiem natomiast z całą pewnością, że nie mogło wydarzyć się tak, że ktoś kapitanowi Protasiukowi powiedział „Ląduj”, on zapytał „Gdzie?”, ten ktoś mu powiedział „Gdzie bądź”, a on na to wypowiedział te słynne słowa: „To ja wszystkim pokażę, jak lądują debeściaki”, rąbnął w to drzewo i rozpadł się na setki krwawych strzępów.

       Ale wiem jeszcze coś. I żeby pokazać dokładnie, co wiem, spróbuję opowiedzieć pewną historię. Historię całkowicie zmyśloną, ale mam nadzieje, że się wszystkim spodoba. Otóż wyobraźmy sobie, że ja kogoś bardzo nie lubię. Co ciekawsze, mam wszelkie powody, żeby tego kogoś nie lubić. Jak to pięknie wyraził w niedawnej wypowiedzi dla Rzeczpospolitej Paweł Śpiewak, moja nienawiść do tego kogoś byłaby w pełni „uzasadniona”. Najchętniej w tej sytuacji bym mu oczywiście wlał, albo sprawił, żeby on się wyniósł z mojej okolicy, lub tak go nastraszył, żeby stał mi się posłuszny i przestał mnie nieustannie irytować. Jednak z jakiegoś powodu, ani jedno, ani drugie, ani też trzecie, nie leży w moich możliwościach. A zatem, jedyne co mi pozostaje, to – jak już powiedzieliśmy – w uzasadniony sposób go nienawidzić, i mu nieustannie dokuczać. Dokuczać tak, żeby on te moje dokuczliwości odczuł, i żeby przy każdej kolejnej okazji, odczuwając je, budził powszechny w okolicy śmiech.

      I oto wyobraźmy sobie, że ten mój znajomy, któregoś dnia planuje urządzić u siebie w domu uroczystość z udziałem zaproszonych przyjaciół, do tej uroczystości się przygotowuje, bardzo jej wyczekuje i bardzo się na nią cieszy. A ja wtedy wymyślam sobie, że to będzie bardzo dobry psikus, jeśli ja mu na przykład wsadzę szpilkę w zamek do drzwi i kiedy on będzie wracał do domu z zakupów, nie będzie mógł wejść do domu, będzie stał pod domem jak głupi, z tymi wszystkimi flaszkami i co tam jeszcze sobie na tę uroczystość przygotował, po pewnym czasie zaczną schodzić się goście i będą tak wszyscy stali pod tymi drzwiami, wystrojeni do zabawy, której nie będzie, a on będzie się jak kretyn szarpał z tymi drzwiami, wściekał, i będzie taki w tej swojej bezradności żałosny i śmieszny. A ja będę stał w oknie i pokładał się ze śmiechu. I wtedy, nagle, zupełnie niespodziewanie, kiedy on i jego kumple tak się będą bezradnie kręcić pod tą jego głupią furtką, obok będzie przejeżdżać jakaś ciężarówka, prowadzona niefortunnie przez pijanego kierowcę, wpadnie na tę całą grupę niedoszłych imprezowiczów i wszyscy w jednym momencie zginą… Przepraszam teraz wszystkich bardzo, ale czy ja kogoś zabiłem? Czy ja może jestem winien zbrodni? Czy my w ogóle możemy mówić o zabójstwie? Czy to ja może się napiłem i wjechałem w kręcących się po jezdni ludzi?

      Ja, jak mówię, nie mam pojęcia co się tam, w tamtej smoleńskiej mgle, wówczas stało. A ponieważ nie wiem, to dopuszczam wszystkie możliwości. Nawet i tę, że tak naprawdę nikt nie chciał, by się przydarzyło cokolwiek złego, a co dopiero aż tak paskudnego. Że chodziło wyłącznie o psikusa. I to nawet nie tak bardzo podłego, jak ten opisany w mojej historii, ale zwykłego, wesołego psikusa, urządzonego w dodatku w celu czysto politycznym i w bardzo dobrych intencjach – żeby skompromitować człowieka, który sobie na tę kompromitację jak najbardziej zasłużył i na nią skutecznie zapracował. Dla dobra Polski i Polaków. Biorę zupełnie szczerze pod uwagę taką możliwość, że to nieznośne i nieustanne wysuwanie się Lecha Kaczyńskiego przed szereg, to jego przekonanie o swojej ważności, to ciągłe gadanie: „Jestem prezydentem, jestem prezydentem, jestem prezydentem”, stawały się już dla niektórych tak bardzo nie do wytrzymania, że ludzie, którzy naprawdę nie mieli wielkiego pola manewru, w swojej łagodności i wesołym usposobieniu jedyne co mogli zrobić, to temu bucowi pokazać, jaki jest śmieszny i żałosny w tym swoim nadęciu. I wymyślili sobie, jak to będzie fajnie i wesoło, kiedy on z tymi wszystkimi ludźmi przyleci nad ten Smoleńsk, gdzie nikt poważny go ani nie czeka, ani nie potrzebuje, zobaczy tę mgłę i będzie musiał wracać do domu jak niepyszny. I wszyscy będziemy się śmiać i za nim wołać, że taka wyprawa, jaki prezydent, a taki prezydent, jakie to całe jego towarzystwo. Tchórz i ofiara losu i głupi kartofel. I będzie dobrze.

       I nagle, kiedy wszystko się tak elegancko rozwijało, ktoś coś spieprzył… i stało się, jak się stało.

       I co? Czy ja mam znów słuchać tych ciągłych pretensji, że mam przestać gadać o zbrodni, o morderstwie, o złych ludziach? Mogę słuchać. Zwłaszcza że wiem świetnie, co za nimi stoi. Z jednej strony mianowicie zwykły strach i poczucie kompletnego osaczenia, a z drugiej bardzo nieczyste sumienia. I ten straszny, niewymowny wysiłek, żeby przestać słyszeć te głosy. Żeby już one się wreszcie uciszyły. Żeby przestały szeptać i budzić ludzi po nocach. Mogę słuchać. Jednak jeśli ktoś się spodziewa, że przestanę się pieklić, to może na mnie już nie liczyć.

 



Integrator: Czy badania nad szczepionką wygrały z marketingiem?

Przez wzgląd na tematykę poniższy tekst nie przypadnie Wam do gustu. Na samą wzmiankę, że chcę się nad tą kwestią pochylić, a jeszcze w sposób krytyczny, dostałem zwrotkę od ludzi z branży, że to nie jest dobry pomysł i żebym się raz jeszcze a dobrze zastanowił. Tak też zrobiłem, był nawet moment, że powiedziałem sobie "niech tam", tyle, że potem usłyszałem jak inni reprezentanci zawodu bez ogródek twierdzili, że szczepionki na covid są na pewno bezpieczne i bardzo dokładnie sprawdzone, przez co znów (tym razem jak widać bezpowrotnie) zmieniłem zdanie. Bo jeśli oni nie mogą podejść do tego z dystansem a przede wszystkim z pokorą to i ja czuję się z tego obowiązku zwolniony. A skoro wiecie już o czym dzisiejszy występ będzie i gdyby ktoś nie życzył sobie brać w tym udziału, to proszę wzrokiem podążać za moim palcem co to wskazuje drzwi do wyjścia. Zostało parę osób, świetnie, proszę zatem o zajęcie miejsca, zaczynamy, bo czas nam dziś wyjątkowo ucieka, trzeba wszak świętować, a jeszcze przed nami tych kilka garści liter tytułem wstępu.

Zaczęło się od tego, że oto parę dni temu, weekend to był dokładnie, obejrzałem na Netflixie film dokumentalny o nadużyciach w świecie medycznym. Nic w tym akurat szczególnego, patologia nie jest li tylko specyfiką tej branży, ona swoje macki pcha tam wszędzie gdzie człowiek słaby ociera się o pieniędze. Film jednakże dotyka nadużyć w procesie rejestracji wyrobów medycznych więc nie mogłem go sobie odmówić. Co kluczowe dla uwiarygodnienia poruszanych w nim kwestii, szerszy opis przypadków o których tam mowa znajdziecie w sieci, do tego jeszcze, żaden z koncernów nie pozwał producenta dokumentu a przynajmniej ja do takich informacji nie dotarłem.

Obraz zaczyna się od endoprotez dzięki którym przemierzają dzisiejszy świat dziesiątki tysięcy ludzi. Bohaterem epizodu jest lekarz któremu wszczepiono implant, w efekcie czego on najpierw zaczął się czuć źle, potem bardzo źle aż razu pewnego gdy wyjechał na konferencję jego żona otrzymała telefon, że kompletnie oszalał, krzyczał na gości, na koniec pomazał długopisem wszystkie ściany w pokoju hotelowym a teraz jest do odebrania na zapleczu, związany i spokojny. Rzecz jasna on na to nie wpadł tak od razu ale ponieważ to był jednak lekarz, to drogą autoanalizy i weryfikacji karty chorób prowadzonej prywatnie dla siebie zwrócił uwagę, że problemy neurologiczne powstały niedługo od chwili przyjęcia protezy. Przestudiował dokładnie temat a przede wszystkim zbadał krew i odkrył, że ma 100 razy większe stężenie kobaltu niż mówi norma a jego źródłem najpewniej jest ta właśnie proteza. Od czasu jej wymiany, wybrał tym razem model z ceramiczną główką i plastikową panewką, stopniowo zaczęło wracać zdrowie, on zaś nie tracąc czasu rozpoczął ponowną weryfikację diagnoz stawianych pacjentom, którzy wedle posiadanych przez niego informacji też nosili w sobie endoprotezę. Także u nich, jak wcześniej w jego przypadku, choć większości przypisano demencję lub wręcz Parkinsona przyczyną dolegliwych objawów i żywej męki pacjenta był rozpad tkanek powodowany przez kobalt. Co jednak dla nas ważniejsze, wszystkie te urządzenia zostały dopuszczone na rynek przez rządową Agencję żywności i leków, a z kolei co zadziwiające rejestracji dokonano zaledwie w oparciu o zasadę ekwiwalentności. W praktyce oznacza to tyle, że jeśli poprzednie urządzenie zostało dopuszczone a nowe jest z tej samej grupy to nie ma przeciwwskazań by i ono pojawiło się na rynku. Tyleż, że urządzenie będące tu odnośnikiem też zostało zatwierdzone na zasadzie ekwiwalentności z poprzednim i mu podobnym, a to jeszcze z wcześniejszym i tak dalej. Przy takiej regule drzewo powiązań może być bardzo rozwinięte a przede wszystkim takie podejście do sprawy umożliwia homologację nowych urządzeń nawet wtedy gdy prekursorskie urządzenie będące na czubku tego drzewa zostało wycofane z rynku jako wadliwe. Oto i za nami pierwszy przykład jak coś co wpływa na życie i zdrowie ludzi zostaje wprowadzone na rynek pomimo kontroli i certyfikacji odpowiednich urzędów. 

Historia endoprotez przeplata się w tym dokumencie Netflixa z tragedią jaka dotknęła tysiące kobiet, które zdecydowały się na antykoncepcyjne spirale issure. Umieszczane w jajowodach celem utrzymania stałej bezpłodności doprowadzały do reakcji immunologicznej, na co nakładały się jeszcze błędy wynikające z wadliwego sposobu ich zakładania ale i powikłania związane z perturbacjami do jakich dochodziło gdy kobiety chciały się od nich uwolnić - spirale w trakcie tego zabiegu pękały a ich drobiny rozchodziły się po macicy powodując bardziej jeszcze wzmożoną reakcję odpornościową organizmu a w konsekwencji całą masę problemów w tym jakże wrażliwym obszarze ciała kobiety. Także te wkładki przeszły wymagane prawem badania i zostały dopuszczone na rynek przez rządową Agencję żywności i leków. Jest tam wątek jednej z bohaterek tej części filmu, która w wyniku reakcji obronnej układu immunologicznego doznała schorzenia tkanki łącznej. Makabrycznie ogląda się scenę gdy zakłada ona sobie uprząż na głowę, podwieszoną do bloczka mocowanego do sufitu, by ciągnąc za liny mogła rozluźnić kręgi szyjne i tym sposobem odjąć sobie trochę bólu. Dokument wymienia całą jeszcze gamę powikłań z jakimi musiały borykać się kobiety, które zdecydowały się na ten rodzaj antykoncepcji a które założywszy stowarzyszenie zaczęły działać poprzez Kongres na rzecz wycofania issure z amerykańskiego rynku. Odkryły przy tym, że proces homologacji przeszedł przez Agencję pomimo, że testy prowadzono na zbyt małej grupie kobiet i bez udzielenia odpowiedzi na wszystkie powstałe w ich trakcie pytania. Ruszyły wreszcie pozwy idące jak to w Stanach w setki milionów dolarów co najpewniej było jednym z powodów, które skłoniły producenta do wycofania produktu z rynku. Wielu kobietom niemniej złamało to życie i nie ma w tym nawet krzty przesady albowiem do trudu choroby doszły koszty leczenia, wszak tam za każdą wizytę u lekarza słono się płaci, a za nazbyt częste, związane z tym absencje w pracy traci się ją od ręki. O tych konsekwencjach także jest mowa w tym dokumencie. Swoją drogą, znamienne jak szatan niszczy kobiety, które poddały się jego pokusie i stanęły przeciwko prawu naturalnemu. Nie ma bata - każdy kto wchodzi w dobrowolną interakcję z diabłem wcześniej czy później będzie cierpiał. On taką właśnie walutą zwykle płaci za współpracę. [c.d. kliknij poniżej "Następna"]

Przykładów w filmie było więcej, nie chcę Was nimi zanudzać, nie chodzi też o to kto co i komuś zrobił lecz by pokazać mechanizm, który zwyczajnie nie działa jak należy. To jeszcze jeden tylko krótki przykład i przechodzimy do konkluzji.

Siatka rekonstrukcja dna miednicy, która miała podtrzymywać organa zlokalizowane w tym obszarze ciała, okazała się wrastać w nie, tworząc wraz z nimi sztywny ustrój uniemożliwiały swobodne się ich przemieszczanie a w konsekwencji ból i powikłania. Procesy o tę siatkę kosztowały producenta 300 milionów dolarów w przeciągu dekady. To kolejny produkt, który (a jakże) przeszedł restrykcyjny proces certyfikacji i konsekwencji wyszedł na rynek. Wystarczy przykładów, przecież można tak długo i nie tylko o Stanach.

W dokumencie padają trzy ważne informacje z punktu widzenia tego tekstu. Pierwsza to taka, że tylko w 2016 r spółki medyczne zapłaciły lekarzom w Stanach Zjednoczonych (jest na to tam specjalny rejestr) 2 mrd dolarów w ramach konsultacji, programów stypendialnych i innych sposobów pozyskiwania przychylności. Mamy tu zatem sytuację gdzie ludzie, którzy winni pilnować poprawności i jakości procesów zachodzących w świecie medycznym, są przez swój osobisty interes związani z tymi którym powinni patrzeć na ręce i których produkty winni rzetelnie recenzować. Druga informacja to taka, że o ile pierwotnie państwo finansowało 70% wszystkich badań o tyle teraz proporcje te odwróciły się i głównie płacą za wszystko koncerny farmakologiczne i producenci urządzeń. Płacą to i oczekują rezultatów. Pada więc w trakcie filmu z ust specjalisty wymowna konstatacja, że "Jeśli badania medyczne nie zgadzają się z marketingiem to marketing zawsze wygrywa. Zawsze.". To nie wymaga komentarza więc zostawię Was tak z tym przez chwilę. Ostatnia ważna dla nas informacja to historia sygnalistów a więc pracowników Agencji żywności i lekarstw donoszących o nieprawidłowościach do jakich dochodziło podczas homologacji, w tym przypadku akurat tomografu komputerowego. Zaciągnąłem na tę okoliczność informacji u znajomego lekarza, który stwierdził, że to jest dziś urządzenie niezbędne i bardzo dokładnie "pokazujące" wiele chorób jednocześnie. Takie stwierdzenie wszelako padło i w tym dokumencie, jednakże naukowcy-lekarze badający je przed dopuszczeniem na rynek zwracali uwagę, że tylko w Ameryce zbyt częste wykonywanie nim badań wystawia pacjenta na dawki promieniowania, które powodują raka u 50 tys Amerykanów rocznie. Mając równocześnie na uwadze korzyści płynące z jego stosowania pracownicy Agencji wnioskowali jedynie o umieszczenie stosownej informacji na obudowie i w instrukcji przekazywanej personelowi medycznemu. Skończyło to się dla nich tak, że w przeciągu 2 lat wszyscy sygnaliści zostali zwolnieni. Bo jak się w kolejnych scenach pokazuje system państwowej kontroli jest sukcesywnie przejmowany przez firmy medyczne. Podobnie jak bankierzy rozsiedli się w fotelach państwowych urzędów kontrolujących banki, co rozpoczęło niekończąca się serię kryzysów finansowych na całym świecie, tak i w przypadku tej branży na kluczowe stanowiska w krajowej administracji kontrolnej powoływani są ludzie związani z kadrą zarządzającą koncertów medycznych. Toteż jak sami twierdzą w naszym filmie przedstawiciele z branży - współpraca obu stron nigdy wcześniej nie układała się lepiej.

Wracamy do kraju. Media, jak mało kiedy, jednym głosem obwieszczają sukces wielomiesięcznych poszukiwań szczepionki na covid-19. Fakt, że czas jej opracowania zwyczajowo sięgający kilku lat w tym przypadku zmalał do kilku miesięcy tłumaczą postępem technologicznym. Ten z pozoru łatwy do przyjęcia argument stoi jednak w krępującej sprzeczności z faktem, że tak doskonała technologia wciąż nie pozwala ludzkości odnaleźć lekarstwa na raka czy inny od lat znany wirus HIV. Równie zaskakującym jest dla mnie stan, że informację o wynalezieniu szczepionki niemal w jednym czasie ogłosiło kilka firm. Rozumiem, że to jest wyścig ale też nie bieg na 1000 metrów gdzie wszyscy wiedzą co mają robić a sprinterzy wpadają na metę jeden przed drugim w odstępach o zaledwie grubość włosa. A tak to mniej więcej z tymi szczepionkami wyglądało. Mamy bowiem nieznanego ludzkości super wirusa, do wyścigu o prestiż i kasę stają najznakomitsze laboratoria i nagle okazuje się, że wszystkie one osiągają sukces niemal w tym samym czasie. I Wy to tak łykacie bez uwaga? Bo ja nie. Chciałbym by mi to ktoś wytłumaczył. By przegonił podejrzenia - że presja aby ogłosić sukces jako pierwszy była tak duża jak ta na stracie owych sprinterów skutkiem czego, ilekroć jeden zawodnik popełni false start, reszta mimo wszystko wyrywa za nim. A więc produkt gotowy czy nie - ogłaszamy sukces skoro zrobiła to konkurencja, czy tak? Bo na taki scenariusz wskazywałaby reakcja Szwajcarii, która odrzuciła wszystkie trzy najwcześniej wytworzone szczepionki podając w uzasadnieniu, że ich porządek prawny nie dopuszcza możliwości certyfikowania leków na skróty nawet w sytuacji wyjątkowej, po czym która wezwała koncerny do przedstawienia pełnej dokumentacji. No więc chłopaki pobiegli jednak na przełaj czy nie? Bo ja mam podstawy by wątpić a jeszcze trąbi mi w głowie to zdanie "Jeśli badania medyczne nie zgadzają się z marketingiem to marketing zawsze wygrywa. Zawsze."  [c.d. kliknij poniżej "Następna"]

Członkowie zarządu firmy Pfizer, która wygrała wyścig, odmówili szczepienia w pierwszej kolejności i będą ci panowie czekać na swoją kolejkę. Także Putin w trosce o szarego obywatela oddał swoje miejsce i ustawił się na końcu, na bezpiecznym końcu. Widać i tam znają zasadę pożyjemy, zobaczymy. A na to jeszcze szef Pfizera sprzedał wszystkie akcje spółki jakie posiadał w dniu gdy zakrzyknęli - "mamy to!". Podobno ta transakcja była od miesięcy planowana ale przecież gdybym ja miał w ręku panaceum na bolączkę całego świata, trzymałbym te akcje pod strażą, będąc pewnym, że ich wartość sięgnie nieba. No chyba, że nie byłybym pewny skuteczności leku, to co innego, a najwyraźniej nikt nie jest skoro producent szczepionki został zwolniony z odpowiedzialności za jej skutki uboczne a ewentualne odszkodowania tego tytułem ma płacić budżet państwa. Czytam to co sam piszę i mam wrażenie, że ktoś tu sobie z nas robi doprawdy ciężkie jaja. Powyższe fakty ale i ten, że szczepionki nie badano pod kątem działania na ludzką płodność jak i to, że testy prowadzono na osobach do 55 roku życia a mają być u nas podane w pierwszej kolejności seniorom - to wszystko w dobie dyskusji o przeludnieniu planety naprawdę może generować dreszcz na plecach. Stanę więc ja sobie jednak w tej kolejce do szczepień zaraz za zarządem Pfizera a przed Putinem, patrząc jak i oni z uwagą, co też się będzie działo. Wraz z nami przyglądać się temu wszystkiemu będzie 70 proc lekarzy, którzy jak się okazało też szczepić się nie zamierza. A to ci heca co nie? Kto by się spodziewał? Ale ja wiem, właśnie ja to wiem, jak odwrócić złe proporcje, jak przemienić lęk w wiarę. Niech więc zaszczepią się najpierw wszyscy politycy, którzy deklarują taką wolę i przepytujący ich na tę okoliczność dziennikarze. A jeszcze lepiej niech się zejdą wszyscy szefowie państw Unii Europejskiej w jeden kąt do kupy oraz ten ich umiłowany Biden ledwo powłóczący nogami, i koniecznie przed kamerami niech szczepi jeden drugiego, na koniec zaś niech jeszcze tego Tuska ktoś w końcu zaszczepi (także na wściekliznę), i tę Urszulę von coś tam co najmniej 5 razy. No i tych wszystkich piepszniętych celebrytów i w ogóle wszystkich odważnych co to się deklarują bo stoją gdzieś daleko w kolejce to może się w końcu zamkną i zaczną inaczej piszczeć gdy chwilę pod zgłoszeniu zgody będą brani pod igłę. Jeśli tak się stanie to obiecuję, że zmienię zdanie w przedmiotowej sprawie. Ale do tego czasu mam zaklepane miejsce przed Putinem.

A tak już całkiem na poważnie szczepił się nie będę bo w tak ważnych sprawach nie akceptuję działań na chybcika. Szczególnie, że tam gdzie w grę wchodzą miliardy dolarów z automatu przestaję wierzyć komukolwiek - po prostu nie chcę skończyć jak wiedzione bezgranicznym zaufaniem do procedur i systemu bohaterki dokumentu Netflixa. Ale też rozumiem tych co chcą się szczepić albo muszą. Szczególnie lekarzy z którymi rozmawiałem a którzy widząc jak z jednej strony umierają na ich oczach pacjenci a z drugiej strony mając świadomość, że ta szczepionka jest wielką niewiadomą - chcą mimo wszystko zachować się przykładnie i jak na lekarza przystało. Więcej mam za to brudu pod paznokciem niż szacunku dla tych ich kolegów co kładą w mediach honor i głowę, że szczepionka została dokładnie sprawdzona i jest bezpieczna. A niby z czego oni to przekonanie wywodzą - skoro nie brali udziału w badaniach ni testach, skoro nie tworzyli dokumentacji a przy tym wiedzą, że wszelkie wymagania zostały obniżone? No proszę, niech mnie ktoś oświeci skąd oni to wiedzą? Bo ktoś im to powiedział, a oni przyjęli to na słowo i teraz powtarzają nam? Za długo już żyję i zbyt dużo widziałem by zniżać się do komunikacji na tym poziomie. Od ludzi którzy chcą mnie do czegoś przekonać oczekuję pokory i zrozumienia dla powagi sytuacji a nade wszystko argumentu wiedzy. Póki to się nie zmieni pozostanę przy swoim.

----

Mimo wszystko na koniec taki joke...

image

wtorek, 22 grudnia 2020

Czy dobry aktor teatralny lub filmowy potrafi złapać zębami piłkę?

 Nie wiem czy Państwo zauważyli, ale ja przynajmniej mam wrażenie, że w ostatnich dniach media jakoś niechętnie zwracają się z prośbą o opinię na tematy bieżące do aktorów. Jest oczywiście możliwe, że przyczyną tego zaniedbania jest to, że ci akurat, których można w jakikolwiek sposób od siebie odróżnić są albo zbyt starzy, żeby móc z siebie wydusić choćby minimalnie zrozumiałe dźwięki, albo  cierpią na ciężki alkoholizm i w ogóle nie są w stanie już nic, albo są już tak głupi, że się już nie mieszczą nawet w tych intelektualnych przestrzeniach, które specjalnie dla nich zostały w mediach stworzone. Jest oczywiście cała kupa aktorów poniżej 60 roku życia, ale naprawdę trudno jest sobie wyobrazić, by ktoś chciał któregoś z nich pytać o zdanie, skoro ci do których oni mają mówić, nawet nie za bardzo wiedzą, który jest który; czy młody Stuhr to syn starego Damięckiego, czy młody Damięcki to syn starego Stuhra? A o aktorkach to już lepiej nie mówić.

Niedawno zmarł aktor Piotr Machalica i daję słowo, że kiedy media podały tę informację, ani ja, ani większość moich znajomych, nie mieliśmy pojęcia, który to. Ja kojarzyłem oczywiście jego ojca, i w pierwszej chwili bardzo się zdziwiłem, bo byłem przekonany, że Machalica już dawno nie żyje.  Zmarł jednak Machalicy syn i okazało się, że ta śmierć to wielki cios dla polskiej sztuki aktorskiej, tak wielki, że na mszy pogrzebowej pojawił się cały wachlarz współczesnych polskich aktorów, w tym – o czym wspomniałem we wczorajszej notce – Dorota Stalińska, kiedyś ze względu na swój charakterystyczny głos funkcjonowała jeszcze niedawno jako żeńska odpowiedź na Jana Himilsbacha, a dziś, jak się okazuje wyłącznie jako  to, co z niej zostało. Ona też, na co również zwróciłem uwagę w swoim wczorajszym tekście, dała się zauważyć wśród tej zbieraniny tylko dzięki temu, że na twarzy miała maseczkę z błyskawicą Strajku Kobiet. Zrobiono jej zatem zdjęcie, zamieszczono je w mediach, jednak o tym, by ktoś ją poprosił o wypowiedź na temat aktualnej sytuacji w kraju, nie słyszałem, tak jakby uznano, że ona się już wypowiedziała i to wystarczy. Podobnie, jak nie słyszałem, by ktoś zaczepił o rozmowę obecnych tam aktorów Żaka, Barcisa, Łukaszewicza, wspomnianego Damięckiego, czy samą Krystynę Jandę.

Chciałbym coś na temat tego co się z nimi wszystkimi ostatecznie stało napisać, ale uznałem, że podobnie jak w wielu wcześniejszych sytuacjach, wszystko już zostało powiedziane przed laty. A zatem proponuję byśmy sobie przypomnieli mój tekst jeszcze z roku 2014 na temat aktorów właśnie i tego, co oni nam są w stanie zaoferować poza swoim niekiedy bardzo wybitnym pajacowaniem.

 

 

 

 

      Początek nowego roku zaznaczył się nam bardzo spektakularnym zaktywizowaniem się dwóch środowisk – chyba jednak trzeba będzie nam tak je nazwać – jednoznacznie patologicznych, a mianowicie pijanych kierowców, oraz aktorów. Jak idzie o pijaków za kierownicą, odpowiednia debata została przeprowadzona na każdym możliwym poziomie, włącznie z tym opanowanym przez tak zwaną Radę Ministrów, i myślę, że tu już wiele więcej, niż zostało dotąd powiedziane, powiedzieć nie można… No może przynajmniej do czasu, gdy Systemowi uda się jakoś wreszcie doprowadzić do legalizacji marihuany i innych, tak zwanych „miękkich”, narkotyków, i wtedy dopiero będziemy mogli zatęsknić za starą dobrą flaszką.

      Ja jednak dziś chciałbym się zająć, być może po raz już ostatni, ale za to wreszcie na dobre, aktorami. Biorę się za tych, prawdę mówiąc, jeśli się tylko uczciwie zastanowić, diabłu ducha winnych, ludzi, i czuję pewien dyskomfort. Bo z jednej strony, jak powszechnie wiadomo, w historii współczesnej cywilizacji, niemal już tradycyjnie, to akurat środowisko, było zawsze traktowane z najwyższą pogardą, której być może najbardziej spektakularnym przejawem stał się dawny zwyczaj, by aktorów grzebać poza murami miasta, a z drugiej, jak by nie patrzeć, ich często wielki talent, niekiedy nawet graniczący ze swego rodzaju geniuszem, zawsze jakoś do nas, zwykłych miłośników teatru, czy filmu, przemawiał, i to do tego stopnia, że wielu z nich nie mogliśmy szczerze nie podziwiać.

      A zatem, kiedy myślę o aktorach, ów dysonans mnie autentycznie prześladuje, no bo – spójrzmy na problem uczciwie – jak można, stając wobec modelowego wręcz kłamstwa, jednocześnie się do niego nie odwracać z odrazą, a wręcz je w sposób jednoznaczny afirmować? Jak można kogoś z jednej strony traktować z najczystszą pogardą, a jednocześnie szczerze go podziwiać?

      Zadaję te pytania, ponieważ w moim najgłębszym przekonaniu, bez udzielenia sobie na nie odpowiedzi, nie będziemy sobie w stanie poradzić z tym, co nas ostatnio tak bardzo absorbuje, a mianowicie z zaangażowaniem niektórych przedstawicieli sztuki aktorskiej w życie publiczne. Mam nadzieję, że wiemy wszyscy, o co chodzi. Któraś z telewizji zaprasza do studia profesora Glińskiego, żeby go namówić na ocenę sytuacji politycznej w kraju, a dla dziwnie pojętej równowagi, jako partnera w rozmowie, sadza obok niego aktora Daniela Olbrychskiego. Dobrzy ludzie oglądają ów dziwny spektakl, łapią się za głowy, ci mniej odporni rzucają w stronę Olbrychskiego śmierdzącym mięsem, a jeśli ktoś ma ambicje i umie trochę pisać, to jeszcze podzieli się odpowiednią refleksją w mediach papierowych, czy na blogach. Biedny Olbrychski jest więc traktowany jak najgorsza szmata, a nikomu do głowy nie przyjdzie, by zauważyć, że on jest tylko ofiarą pewnej szczególnej perwersji, polegającej na tym, że od aktora oczekuje się czegokolwiek więcej, ponad to, by nam trochę poudawał.

      A przecież jest rzeczą jak najbardziej oczywistą, że gdyby na miejscu Olbrychskiego posadzić kogokolwiek – a mówiąc „kogokolwiek” mam na myśli naprawdę kogokolwiek z jego kolegów aktorów – jeśli chodzi o intelektualny wymiar tego występu, uzyskalibyśmy wynik niemal identyczny, i to niezależnie od tego, czyje poglądy by nam ów nieszczęśnik odgrywał. Bo kiedy zastanawiamy się nad problemem Olbrychskiego, nie łudźmy się – coś takiego, jak „problem Olbrychskiego” zwyczajnie nie istnieje. Istnieje wyłącznie problem mądrych lub głupich ocen, i większego lub mniejszego talentu w ich odgrywaniu. Kiedy Daniel Olbrychski przychodzi do studia telewizyjnego, a dziennikarka prosi go o przedstawienie takiego, a nie innego, spojrzenia na stan politycznej debaty, to on to zrobi tak jak się tego od niego oczekuje, tyle że prawdopodobnie lepiej, niż by to zrobił aktor Więckiewicz, czy Malajkat, a to wyłącznie z tej prostej przyczyny, że jest od nich lepszym aktorem.

      Ktoś mnie pewnie spyta, czy moim zdaniem Olbrychski nie ma poglądów, a ja odpowiem od razu, że to właśnie dokładnie chcę powiedzieć. Olbrychski nie ma jakichkolwiek poglądów, podobnie jak nie posiada jakichkolwiek uczuć, przeżyć, jakichkolwiek emocji, poza emocjami czysto zwierzęcymi. On, po tych wszystkich latach wyłącznie grania, nie jest już w stanie z siebie wykrzesać nic poza samą właśnie grą. Olbrychski, będąc znakomitym polskim aktorem, nie wie, czym jest smutek, żal, radość, gniew, szczęście, rozpacz; on żadnego z powyższych nie potrafi w najmniejszym stopniu odczuć i przeżyć, natomiast znakomicie potrafi to wszystko zagrać. A stan odczłowieczenia, o jakim w tym momencie mówię, powoduje, że on nawet gdyby z jakiegoś powodu poczuł ów smutek, czy radość, natychmiast by musiał zacząć jedno i drugie odgrywać, i w ostateczności tam nie zostałoby już nic więcej.

      I proszę mi nie zarzucać, że to są tylko takie moje spekulacje, lub, co gorsza, że ja w stosunku do Olbrychskiego jestem niepotrzebnie okrutny. Jeśli chodzi o spekulacje, to o nich mowy być nie może. Przecież wystarczy na niego tylko popatrzeć, kiedy on występuje w telewizyjnym studio i opowiada cokolwiek na jakikolwiek temat. Tu nie może być najmniejszej wątpliwości, że on zaledwie odtwarza kolejną rolę, a robi to albo lepiej, albo gorzej, ale zawsze dokładnie tak, jak sobie wyobraża, że powinien to robić. Co do okrucieństwa natomiast – przepraszam bardzo, ale jak można być okrutnym w stosunku do kawałka sztachety?

      W filmie Quentina Tarantino „Django” wielki filmowy aktor Leonardo DiCaprio w pewnym momencie rozbija sobie kieliszek w dłoni i jego dłoń zalewa się krwią. Jak się dowiadujemy, scena ta nie została zainscenizowana, lecz on wspomniany kieliszek rozbił autentycznie, i w efekcie autentycznie się poranił. Rzecz w tym jednak, że na filmie tego nie widać. DiCaprio nawet nie mrugnął, ale dokończył to, co miał do zrobienia, a my wszyscy tylko zamarliśmy z podziwu. Co by się stało, gdyby podczas telewizyjnego występu Olbrychskiemu spadł na łeb jakiś reflektor, czy załamał się pod nim fotel, a on by spadł na mordę? Otóż myślę, że on akurat by zaczął wrzeszczeć, albo by się rzucił do ucieczki, ze strachu, że ktoś chce go zabić. Tyle że on by się tak zachował nie dlatego, że jest od DiCaprio bardziej człowiekiem, ale dlatego, że jest od niego gorszym aktorem. A więc jest kimś, kto gorzej od DiCaprio potrafi ukryć swój brak człowieczeństwa.

      Wspominam o tym DiCaprio trochę dlatego, że ja go autentycznie cenię, jako aktora, ale też właśnie po to, by jak najlepiej wyrazić to, czym dla mnie jest aktor, jako ktoś, kto nawet jeśli kiedyś był człowiekiem, to mu minęło. Ale przecież nie chodzi tylko, ani nawet przede wszystkim, o niego. Popatrzmy na takiego Roberta DeNiro, Johnny’ego Deppa, czy znakomitą brytyjską aktorkę Helenę Bonham-Carter. Wszyscy oni wystąpili w taki czy inny sposób w komediach Ricka Gervaisa, grając siebie samych… i – co tu jest akurat kompletnie porażające – ukazując siebie – zgodnie z przygotowanym scenariuszem – jako oczywistych i bezdyskusyjnych idiotów.

       Ktoś w tym momencie pomyśli, że każde z nich ma w sobie wystarczająco dużo autokrytycyzmu, żeby spojrzeć na siebie z ową niezwykłą ironią i pokazać publicznie to, co w nich śmieszne, czy choćby i głupie. Otóż nie. Ja nie sądzę, żeby Johnny Depp, czy Robert DeNiro zgodzili się grać Johnny’ego Deppa i Roberta DeNiro jako stuprocentowych durniów, bo jeden i drugi zachowują w stosunku do siebie ten luz i ten dystans. Nie. To wszystko odbyło się tak, że Ricky Gervais napisał im te role, ich agenci ustalili warunki ich występu, a oni przyszli, to, co im kazano, zagrali, zainkasowali umówioną gażę i na tym koniec. Bez jakichkolwiek refleksji. Dla naszej rozrywki, a swojego zawodowego powodzenia.

       Ale nie mam też najmniejszych wątpliwości, że gdyby polskie życie publiczne nie było tak opanowane przez różnego rodzaju patologie, a przez to i polska kultura i sztuka stały na poziomie choćby zbliżonym do tego, jaki obserwujemy w Wielkiej Brytanii, czy w Stanach Zjednoczonych, mógłby się i u nas znaleźć jakiś reżyser, który, na przykład, zdecydowałby się nakręcić niezwykle zabawną komedię o polskich aktorach, którzy dali się wmanewrować w polityczno-medialny spór, i przy tej okazji zrobili z siebie idiotów, nająłby do tego filmu czy to Daniela Olbrychskiego, czy też może Jerzego Stuhra, czy może Annę Nehrebecką, kazał się im nauczyć przygotowanego przez siebie scenariusza, a oni by to najlepiej, jak potrafią, zagrali. A gdyby się okazało, że ów film osiągnął pewien znaczący sukces, byliby z siebie niezwykle zadowoleni. My byśmy się z nich śmiali, że jacy to oni głupi, a oni by się cieszyli. Jak pies, który złapał piłkę. Mimo że ona tak sprytnie od niego uciekała.

      Jerzy Stuhr. O nim nie mogliśmy zapomnieć. Też, jak wiemy, pojawił się w tych dniach ów wybitny aktor publicznie, i powiedział, że on nigdy nie wystąpi w filmie o Smoleńsku, bo mu na to nie pozwalają moralne i etyczne zasady, których on przestrzega od zawsze. W reakcji na to oświadczenie, ja na swoim blogu przypomniałem, jak to ten sam Stuhr swego czasu wystąpił w wyprodukowanym na zlecenie postkomunistycznego aparatu przemocy filmie „Uprowadzenie Agaty”, który nie dość, że od początku do końca był oparty na kłamstwie, to w dodatku kłamstwie nastawionym na niszczenie niewinnych ludzi. W reakcji z kolei na mój tekst, któryś z komentatorów wyraził nadzieję, że Stuhr ów tekst przeczyta i pójdzie mu w pięty. Otóż nic z tego. To znaczy, możliwe, że któryś z jego znajomych mu te moje refleksje podsunie do przeczytania, albo przynajmniej zrelacjonuje, natomiast ja nie widzę najmniejszej możliwości, by aktor Stuhr moje słowa był w stanie w jakikolwiek sposób przeżyć. Jestem głęboko przekonany, że to, co ja napisałem, obeszłoby go dokładnie tak samo, jak wspomnianego wcześniej mojego psa uwaga mojej żony, że on jednak jest strasznie czasami głupi. Jak to niedawno pięknie opisał mój syn, to, co mu się u takich psów podoba, to to, że one niczego i nikogo nie oceniają. Po prostu sobie są i tylko czekają aż ktoś albo je nakarmi, albo się z nimi pobawi. I to wszystko.

       Na koniec muszę jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie: Czy ja naprawdę nie biorę pod uwagę, że w owej branży aktorskiej mogą być jakieś wyjątki; że wśród nich są tacy, którzy jakoś sobie z tą presją poradzili i jakimś cudem udało im się urwać z tego strasznego stryczka? Myślę, myślę, myślę i już chętnie odpowiadam. Mam wrażenie, że owszem, niektórzy z nich jakiś cudem się wywinęli. To są jednak ci wszyscy, dla których decyzja przemienienia się w człowieka, siłą rzeczy musiała się wiązać z praktycznym odejściem z zawodu. Na pewno mam tu na myśli Irenę Kwiatkowską, która pod koniec życia zupełnie niespodziewanie pogrążyła się w modlitwie i, jak słyszę, ofiarowała swoje życie już tylko Bogu, by ostatecznie odejść cichutko i bardzo skromnie. To było naprawdę coś. Czy ktoś jeszcze? Nie wiem. Szczerze powiem nie bardzo się znam, ale kto wie, co tam słychać u takiego Krzysztofa Majchrzaka? Czy on może jest dziś człowiekiem? Bardzo bym chciał. Byłoby miło.