poniedziałek, 31 maja 2010

Super Niania dla Leminga



Proces opluwania pamięci pilotów zamordowanych w Smoleńsku wraz z naszym prezydentem i pozostałymi osobami wysłanymi 10 kwietnia w tę ich ostatnią podróż przez chciwy i bezlitosny System, uległ chwilowemu zawieszeniu. Okazuje się, że nowi przyjaciele Donalda Tuska, z powodów dla jednych niezgłębionych, a dla innych oczywistych, owszem, przekażą Polsce – a raczej temu co z Polski pozostało – jakieś informacje, dotyczące jakiś zdarzeń, ale z równoczesnym i jednoznacznym zakazem dzielenia się tą wiedzą z polskim społeczeństwem. Wprawdzie minister Miller dzielnie z siebie wydusił, że nas zakazy braci Rosjan do niczego nie zobowiązują, ale świetnie wszyscy wiedzą, że wystarczy jedno złe spojrzenie Papy i pan minister, podobnie jak każdy inny przedstawiciel nadwiślańskiej władzy, położą uszy po sobie i pole do popisu pozostawią już tylko lepszym od siebie specjalistom od zajmowania się bieżącą edukacją niewolników.
Myślę, że nie tylko ja – przez ten naiwny ułamek chwili – zastanawiałem się, co teraz, w sytuacji, gdy nagle po raz kolejny potwierdziło się, że nie ma mowy o sprawiedliwym i uczciwym wyjaśnieniu przyczyn tej tragicznej katastrofy, zrobią, lub choćby tylko powiedzą ci wszyscy, którzy już zacierali ręce na ten dzisiejszy, jak się okazało tak samo smutny, jak wszystkie mijające nas w tej ciszy, poniedziałek. I myślę, że nie tylko ja pomyślałem sobie, że niestety, nie powiedzą nic. Jedyne co zrobią, to wydmą pogardliwie usta i wzruszą ramionami pokazując nam najdobitniej, że ich nie interesuje naprawdę nic poza ostatecznym położeniem dłoni z tyłu głowy i padnięciem na oba kolana. Nie powiedzą nic, nie zrobią nic, nie pozwolą sobie nawet na sekundę zwykłej ludzkiej refleksji, która po tych wszystkich krętactwach Systemu wydawałaby się oczywista i jedyna.
Dziś w telewizji wystąpił jakiś prawnik z jakiejś niechybnie renomowanej kancelarii, który oświadczył, że on absolutnie nie rozumie, z jakiej to przyczyny i dla jakich to wartości Rosjanie odmawiają nam prawa do informacji na temat zapisu ostatnich rozmów w kokpicie tego nieszczęsnego samolotu. Przecież to ani ich samolot, ani ich śmierć, ani ich biznes. Po jasną cholerę oni zaparli się, żeby tak bardzo chronić tę wiedzę. A ja jestem pewien, że gdybym miał okazję tego mądrego człeka puknąć w główkę i zachęcić do myślenia, to on by natychmiast uniósł się gniewem sprawiedliwego, że niby co to za podłe insynuacje! Jestem też pewien, że obok tego prawnika, obok tego pracownika mediów, obok wszystkich tych nieszczęsnych komentatorów i przed ekranami swoich telewizorów, ale i tu choćby, w tym naszym Salonie, podobnie jak wielu, wielu innych pijanych tym słodkim zniewoleniem i błogą bezmyślnością, znajdują się całe tłumy Polaków, którzy nawet teraz nie zapłaczą nad tym kłamstwem i tego kłamstwa niewinnymi ofiarami.
W komentarzu pod jedną z ostatnich notek na tym blogu, dotyczącej jak to często tu bywa tego właśnie ordynarnego kłamstwa i jego ogłupiałych ofiar, pewien nasz kolega, o wdzięcznym nicku Ambiwalentna Anomalia, napisał tak:
„Otóż gdy człowiek na podstawie wielu przekazów buduje sobie w głowie pewną prawdę - jego prawdę, misternie składa klocki będąc poddany... nazwijmy to permanentnej propagandzie czy manipulacji staje się tak naprawdę człowiekiem bez wyjścia. Działa to tak, że im bardziej jego poglądy sa idiotyczne, niezgodne z prawdą - tym trudniej jest mu z nich zrezygnować. Bajką jest twierdzenie, że usłyszenie prawdy u człowieka który żyje w kłamstwie (ze swojej winy , czy z powodu zmanipulowania) powoduje u niego olśnienie i zachwyt. Wręcz odwrotnie, powoduje agresję i coraz bardziej idiotyczne trzymanie się coraz bardziej idiotycznych tez. Proces kłamstwa gdy już się zacznie - nie możne się skończyć tak łatwo i brnięcie w okłamywanie samego siebie jest coraz dalsze, a agresja coraz większa do tych co starają sie takiego człowieka przekonać...To tyle wstępu. A teraz moja teza: nigdy nie uda się przekonać ludzi zmanipulowanych, żyjących w fikcji, gdy powie im się prawdę prosto w oczy. Należy to robić umiejętnie dając do zrozumienia, że w tej całej sytuacji jest furtka, przez która bez szwanku na swym honorze może przejść do świata prawdy. A zatem złą droga jest ganienie ludzi - lepszą jest tłumaczenie ze nie mieli wyjścia, że ulegli, ale nie całkiem itp.”
Dziś nabieram chyba już ostatecznego przekonania, że to jest jedyna droga. Że z nimi nie można jak z normalnymi ludźmi, ale z tak zwanym przypadkiem. Że moje dotychczasowe przekonanie, że jeśli ktoś błądzi, to wystarczy go szturchnąć i pokazać palcem, żeby go naprostować, było jak najbardziej błędne. Czuję przy tym, że – jeśli faktycznie słowa naszego blogowego kumpla są słuszne – to wielu ludzi, których mogliśmy jakoś wyciągnąć z tej tępej otchłani, w rzeczy samej zmarnowaliśmy. Dziś doniesiono mi, że użytkownik, który na moim blogu nie ma głosu, podpisujący się jako jakaś wrona wykpił mnie, że ja jestem tak durny, że nie wiem, że piosenkarka Kora nie nazywa się Ostrowska, lecz Jackowska. Bywa. W końcu znaczna część moich rodaków, jeśli w ogóle coś wiedzą, to tylko trochę i tylko niekiedy. Gorsze jest to, że kiedy tej wronie życzliwi komentatorzy wyjaśnili, że się myli, to ona, zamiast się podrapać po tępym łbie i powiedzieć przepraszam, poszła w takie zaparte, że wszystkim odebrało mowę. Kiedy dobrym ludziom wydawało się, że są rzeczy, których już kwestionować się nie da, bo należą nie do opinii, lecz do faktów, to nagle zobaczyli jak na obrazku, że wcale nie. Że fakty w ogóle już nie istnieją, a wyłącznie opinie. Że prawdy nie ma. Jest tylko osobisty sąd i wściekłość.
Do wyborów zostało już bardzo niewiele czasu. Wygląda na to, że czad jest tak wielki, że może się okazać dla niektórych już nie do odpędzenia. Z drugiej strony poczucie, że mogliśmy coś zrobić, a to zaniedbaliśmy jest autentycznie bolesne. Że zabrakło nam tego sprytu. Że wśród nas zabrakło jednej porządnej Super Niani. Dla braci lemingów. A zatem mam do wszystkich salonowych przyjaciół Bronisława Komorowskiego małą uwagę. Słuchajcie. Wiecie co? Przyznam ze wstydem, że ja w pewnym momencie też myślałem, że z tego Komorowskiego to świetny koleś. Powiem więcej. W pewnej chwili niemal byłem tego pewien. Że on jest i elegancki i mądry i taki…. no wiecie… wyjątkowy. Ostatnio myślę sobie że chyba byłem głupi. Nie że bardzo głupi. Aż tak, to nie. W końcu to naprawdę ciężko było zauważyć. Ale on chyba jednak nie jest taki jak się wydawał. Myślę sobie, że może ten Kaczyński jednak byłby lepszy. Jak sądzicie?

niedziela, 30 maja 2010

Kwiaty od księdza Paddingtona



Kiedy brytyjski posel do Parlamentu Europejskiego Nigel Farage nazwał Belgię „nieistniejącym państwem” i „sztucznym tworem”, oczywiście śmialiśmy się bardzo, bo raz, że ten wybuch złości był tak bardzo brytyjski, a jednocześnie czuło się, że coś w tym musi być autentycznego i przy tym jak najbardziej usprawiedliwionego. Myśleliśmy więc też trochę o tej Belgii, tym szczególnym państwie gromadzącym ten szczególny naród, i próbowaliśmy sobie poukładać wszystko to co na ten temat wiemy i czego możemy się domyślać. W pewnym momencie Toyahowa zwróciła uwagę na fakt, że nawet jeśli oni mają tego swojego króla, to on nie jest nawet królem Belgii, a zaledwie tak zwanym „królem Belgów”, a więc nie królem Państwa i narodu, ale jedynie królem jakiegoś ludu, czy plemienia. Konsekwentnie więc, pomyśleliśmy sobie, że w tej słynnej już dziś tyradzie posła Farage było coś więcej, niż typowe dla nich wręcz montypythonowskie wyzłośliwianie się na temat wszystkich i wszystkiego.
Osobiście nie mam nic do Belgów. Podobnie zresztą jak do Włochów, Szwedów, Paragwajczyków, czy Holendrów. Natomiast myśl o tym, że Nigel Farage, twierdząc że Belgia to „non-country” mógł mieć swoje racje, dość mocno mnie prześladuje i kieruje mnie dziś w stronę rozważań o wiele bardziej uniwersalnych i w najmniejszym stopniu nie związanych z samą Belgią. Już bardziej – zdecydowanie bardziej – z Polską. Z moją ukochaną Polską. Moją ojczyzną i moim państwem.
Większą część swojego życia przebyłem w Polsce, która państwem – a już na pewno moim państwem – nie była. Była państwem z wielkiej literatury, z pięknych opowieści, ale zaledwie państwem-wspomnieniem. Byłem już człowiekiem bardzo, bardzo dorosłym, kiedy Polska dała mi choćby najbardziej podstawowy pretekst do tego, żeby myśleć o niej nie tylko jako o narodzie, ale również o państwie. Moim państwie. Marne to było państwo, ale nie było dnia, tygodnia, roku, żebym jakoś nie żył nadzieją, że w końcu przyjdzie ten czas, że Polska stanie się prawdziwym, dumnym, silnym i wspaniałym państwem. Ta nadzieja, ta wiara i to marzenie kazało mi wciąż bardzo aktywnie to moje kulawe i biedne państwo wspierać i kochać. I liczyć, że któregoś dnia i ono mnie dojrzy i nagrodzi swoją wielkością i chwałą. Tak to własnie przez te wszystkie ostatnie lata mojego życia się układało. Gdzieś tak między marzeniem a wspomnieniem.
Smoleńskie nieszczęście w ciągu zaledwie kilku chwil, zarówno te marzenia jak i te wspomnienia zdruzgotało. Wspomnienia przykryło tą mgłą, a marzenia zatopiło w tej krwi. W ciągu zaledwie paru sekund polskie państwo – to wszystko co z niego już mieliśmy i to wszystko co z niego się rodziło – zostało rozbite w drobny pył. Polskie państwo przestało istnieć. Umarło. Zostało zamordowane jednym krótkim gestem. Dlaczego mówię, że państwo umarło? Przede wszystkim dlatego, że ono faktycznie umarło. Ono umarło w jednym króciutkim huku, i w tym wszystkim co po nim zostało. A więc już tylko w tych pustych krzesłach w katyńskim lesie, a później już tylko trzepocie tych flag i zieleni tych mundurów. Przede wszystkim to. Ale ważne – może jeszcze ważniejsze – jest to, że jeśli się przyjrzeć temu pobojowisku, to wszędzie widzimy tych szabrowników, którzy, kiedy już państwa nie ma, bez żadnych obiekcji, bez chwili refleksji, to co z tego państwa zostało, próbują obskubać już do samego końca. Bez wstydu. Nawet przed licheńskim sanktuarium.
Dni które mijają od katastrofy samolotu z Prezydentem – a tak naprawdę z naszą Polską – na pokładzie spędzam na ciągłej zadumie i nieustannym rozglądaniu się wokół siebie i obserwowaniu tego ruchu i tego szumu i tych odgłosów, które ten czas wypełniają. Spędzam też te dni na ciągłym liczeniu sił jakie dzielą tę przestrzeń. I każdy nowy dzień przynosi bolesną pewność, że pewna część naszego narodu już dawno swoje państwo odpisała na straty. Że już jakiś czas temu, znaczna grupa naszego społeczeństwa swojego państwa już do niczego nie potrzebuje. Jedyne co stanowi przedmiot ich zainteresowania, emocji i pasji, to tylko to, jak najwięcej uda się z tego co pozostało wyciągnąć dla siebie. Szukam jednego człowieka. Tego jednego sprawiedliwego w Sodomie, który wyjdzie z tego tłumu i powie: „Przepraszam, ale mam dość. Ja już dłużej tak nie mogę”. I nic. Ani jeden. Ani jeden z nich nie podniesie ręki i nie powie: „Chcę wrócić do domu”. Ani jeden z nich nawet się nie przejął tym, że Polska, właśnie jako państwo, umiera. Można wręcz ujrzeć, że każdemu z nich jest dokładnie wszystko jedno, czy od jutra Polska stanie się częścią Belgii, czy Rosji, czy może Niemiec. Może być nawet tak, że każdemu z nich będzie ściśle obojętne, czy od jutra Polska stanie się częścią niczego i czy ktoś nie zacznie na nas mówić, że jesteśmy „non-country”.
Jest jednak naród. Mieliśmy go okazję widzieć i słyszeć przez te wszystkie dni, kiedy państwo umierało, czy to pod na Krakowskim Przedmieściu, czy to na krakowskim rynku, wczoraj w Zakopanem, czy na ulicach naszych miast, czy to wreszcie na filmie Solidarni 2010. Wiem, że zobaczymy go już za tydzień w Warszawie podczas uroczystości beatyfikacji księdza Popiełuszki. A więc jest naród. Jest naród, tak jak był już wiele razy w naszej historii, i wierzę, że dziś jest jeszcze bardziej i jeszcze mocniej. Wierzę też że będzie dalej i jeszcze mocniej aż do dnia wyborów, by pokazać światu, że nawet jak nie ma już swojego państwa, o które mógłby się oprzeć i które mógłby kochać, to jest narodem, który o tym państwie nie przestał marzyć. I którego, w tym jego marzeniu, nikt i nic nie jest w stanie pokonać.
To co tu dziś piszę pochodzi z bardzo bezpośredniej inspiracji naszego blogowego kapelana Don Paddingtona. Możecie mi zazdrościć – i myślę że powinniście – ale stało się tak, że wczoraj miałem okazję SŁUCHAĆ – nie czytać, ale słuchać – jego słów. Piękne to było kazanie. Don Paddington skonstruował je wokół dwóch obrazów. Jednego – tych pustych krzeseł w katyńskim lesie; i drugiego – mundurów naszych żołnierzy, niosących z taką gracją trumny z właśnie zamordowaną Polska. Tych mundurów, tej naszej współczesnej husarii – naszej już tylko dziś pogrzebowej husarii. Polskiego wojska, dziś już jedynie wojska pogrzebowego.
Nie będę opowiadał tego, co wczoraj mówił do mnie ksiądz Paddington, bo i nie dam rady i nie ma w ogóle jak. Gdyby on prowadził swój blog i chciałoby mu się ten swój wielki apel tu umieścić, byłby to najwspanialszy wpis od samego początku istnienia Salonu. Pozbawiony jego głosu – co, jak idzie o wymiar czysto emocjonalny, sprawę by znacznie ograniczyło – ale i tak, byłby to najwspanialszy wpis w całej historii tego miejsca. Te puste krzesła w katyńskim lesie, puste jak polskie kościoły pozbawione krzyży w przeddzień Zmartwychwstania, i te piękne mundury naszego wojska, tej naszej husarii – husarii już tylko pogrzebowej.
Don Paddington prosił o modlitwę. Mamy jeszcze trochę czasu. On wie co mówi.

sobota, 29 maja 2010

Topiarze fryty z TVN24



Po dwóch dniach bardzo ciężkich doświadczeń związanych z oglądaniem przekazu medialnego firmy ITI Mariusza Waltera i towarzyszy, nie wytrzymałem, przełączyłem kanał na cokolwiek i ogłosiłem na blogu, że moja przygoda z telewizją TVN24 dobiegła końca. Te dwa dni, nawet dla kogoś kto, tak jak ja, naprawdę wiele przeżył, jeśli idzie o obserwacje sposobów robienia ludziom wody z mózgu, były czymś wyjątkowym. Wydaje mi się, że po raz pierwszy od lat 80-tych, a może w ogóle po raz pierwszy w życiu, miałem okazję ujrzeć kłamstwo tak bezczelne. Po raz pierwszy, choćby dlatego, ze nawet wtedy, w tamtych czasach, kłamstwo – mimo że straszne i totalne – stanowiło jednak pewien rytuał i przynajmniej nie udawało czegoś czym nie jest. To po pierwsze. Co jednak może jeszcze bardziej poruszające, to fakt że tu mieliśmy do czynienia z przeskokiem tak dramatycznym, że przy jednoczesnym zachowaniu całej dotychczasowej dekoracji, efekt musiał być piorunujący.
W reakcji więc na ten wybuch wręcz komunistycznej agresji, postanowiłem zrezygnować z usług telewizji, z którą w ten czy inny sposób byłem związany przez całe lata i dałem tej mojej decyzji odpowiedni wyraz na blogu. I oto wczoraj przyszedł do mnie mój syn i poinformował, że TVN24 od rana, i na swojej stronie internetowej i w samej już telewizji, na zmianę albo wykpiwa kolejne wpadki Bronisława Komorowskiego, albo informuje wszystkich, że wszystko co nam Rosjanie dostarczają w kwestii katastrofy w Smoleńsku jest niepewne i niepotwierdzone. Że najprawdopodobniej materiały, które otrzymamy w przyszłym tygodniu z Rosji nic nowego nie wniosą, nic nie wyjaśnią i nie będą miały żadnej szczególnej wartości. Co więcej, według relacji mojego syna, TVN24 nawet cytuje jakiegoś bardzo dobrze poinformowanego człowieka z Moskwy, który wie na pewno, że polscy piloci podczas lądowania robili wszystko jak trzeba, a gen. Błasik słowem na niech nie naciskał.
Złamałem się i rzuciłem okiem na TVN24 i natychmiast wszystko się potwierdziło. Oni wczoraj, jak najbardziej, skupili się na tym, by nikt broń Boże nie zechciał ich podejrzewać o to, że oni coś knują. Nawet Konrad Piasecki nie zaprosił do swojego programu – zgodnie z tradycją ostatnich dni – ani Aleksandra Kwaśniewskiego, ani Leszka Millera, ani nawet Andrzeja Olechowskiego, tylko Joannę Kluzik-Rostkowską. A później, już u Rymanowskiego, wprawdzie fotele grzali tradycyjnie zwykli topiarze fryt ze stajni Agory i ITI, ale też głównie po to, żeby się znęcać nad Komorowskim i jego sztabem.
Wbrew pozorom, sytuacja którą wyżej opisałem nie jest w żaden sposób optymistyczna. Wbrew pozorom, ona wcale nie świadczy o tym, że to towarzystwo ma jeszcze jakieś normalne odruchy i potrafi dzięki tym odruchom rozpoznawać wiatr i zapach. Niestety nic z tego. Obawiam się, że to co oni wyprawiają świadczy wyłącznie o dwóch rzeczach. Po pierwsze, on muszą mieć bardzo dobry system monitoringu, który im pozwala się orientować w społecznym odbiorze tego co oni robią. Po drugie są oni z cała pewnością w posiadaniu całego wachlarza przeróżnych możliwości manipulowania opinią publiczną, przy jednoczesnym zachowaniu pozorów informacyjnej rzetelności. Oni, jak pokazali to przez ostatnie dni, potrafią w sposób absolutnie płynny tworzyć taki system informacyjny, który i będzie skuteczny i wiarygodny. Przynajmniej jeśli idzie o typowego odbiorcę. Oni bez najmniejszego kłopotu – co ciekawe ustami dokładnie tych samych osób – mogą najpierw przez całe dni i noce informować ludzi, że polscy piloci, we współpracy z generałem Błasikiem, zamordowali naszego prezydenta, a już po chwili, bez mrugnięcia okiem, uzupełniać tę informację wiadomością, że owszem, tyle że nie do końca i podobno trochę inaczej. A to już nie jest ani wesołe, ani lekkie. Bo to jest problem Systemu. Systemu, który działa i to działa świetnie.
Wczoraj napisałem polemikę z Ludwikiem Dornem, który ni stąd ni z owąd postanowił dołączyć się do owego Systemu, i robiąc to wykazał się gorliwością, która jeśli nie przeraziła, to z całą pewnością zaszokowała. Nazwałem ten tekst „Ludwik Dorn – czyli człowiek z frytą”. Kilka osób poinformowało mnie, że oni nie wiedzą, o co chodzi z tą frytą i z tym topiarzem, który pojawił się obok niej w toku tej refleksji. Otóż tłumaczę. Sprawa polega na tym, że kiedyś już dość dawno temu napisałem tu pewien tekst, w którym ten bardzo czcigodny zawód został potraktowany z lekkim przymrużeniem oka i jak najbardziej poważnie wykorzystany do pewnych refleksji natury ogólnej. Pozwalam sobie więc tu przypomnieć ten wpis sprzed miesięcy, jak zwykle z nadzieją, że będzie dobrze. Topiarz fryty – dla Was ponownie.
W ostatnich dniach, miałem dwukrotnie nieprzyjemność wrócić wspomnieniami do pewnej bardzo interesującej kwestii związanej z prezydenturą Lecha Wałęsy. Otóż, jak niektórzy wciąż potrafią sobie przypomnieć, a część – siłą rzeczy – nie pamięta, Lech Wałęsa miał swoja ekipę telewizyjną, która obsługiwała każdy jego ruch. Każdy, w tym sensie, że musiał być to ruch, który odpowiednio wcześniej Mieczysław Wachowski uznał za wart odpowiedniego naświetlenia. Odbywało się to tak, ze kiedy Lech Wałęsa miał się spotkać z jakimś ministrem i na przykład go opieprzyć, odpowiednia ekipa ustawiała odpowiednio Prezydenta, włączała światła, wpuszczała do środka konkretną ofiarę, puszczała w ruch kamery i wieczorem w wiadomościach leciał odpowiedni materiał. Efekt był zawsze taki sam – Wałęsa stał, groźnie chrząkając i robiąc swoje miny, a przed nim, nerwowo wycierając spocone dłonie, na przykład minister Dyka odbierał z pokorą reprymendę. Tylko raz, plan się nie powiódł. Mianowicie wtedy, gdy do Wałęsy zawitał minister Macierewicz… ale szybciutko złe wrażenie zostało – jak wszyscy wiemy – skutecznie zatarte.
Przypomniała mi się ta sztuczka z wałęsowską telewizją wczoraj, kiedy przeczytałem w Rzepie rozmowę z Erykiem Misiewiczem, na temat zbliżającego się kongresu Prawa i Sprawiedliwości. Eryk Mistewicz, zapytany, czy PiS po tym kongresie odzyska równowagę i czy poprawi swoje notowania wobec PO, powiedział, że wszystko zależy od tego, jak kongres zostanie zrelacjonowany przez media. Chodzi bowiem o to, ze Platforma, chcąc PiS-owi ukraść show, planuje przedstawić w sobotę swój program walki z kryzysem i jeśli teraz czołówki gazet i programów informacyjnych zajmie PiS, to wygra PiS, a jeśli Platforma – to, oczywiście, wygra Platforma. Będzie się też – naturalnie – liczyło tak zwane story, więc jeśli przyjdzie Palikot i opowie story, to PiS też raczej przerżnie.
Swoją drogą, to jest bardzo ciekawe. Eryk Mistewicz, rok temu wymyślił ten swój greps ze story i tak mu się to spodobało, że od tego czasu nie mówi o niczym innym. Prosimy Mistewicza do studia, pytamy go o pogodę, a on na to: story. Bierzemy go do gazety, pytamy o ulubiony film, a on: story. W tym zapętleniu przypomina nam tego profesora z historii opowiedzianej przy okazji wywiadu z Markiem Migalskim dla Dziennika kóry to uczony od dwudziestu lat żyje z jednego jedynego wykładu. Który na początku swojej kariery napisał cykl wykładów, opublikował je w jakimś skrypcie i wszystko co robi od tego czasu to recytuje ten skrypt kolejnym rocznikom studentów.
Drugi raz, przypomniał mi się ten Wałęsa, kiedy dziś na ułamek chwili zajrzałem do TVN-u i tam zobaczyłem, jak Donald Tusk siedzi sobie z paroma ministrami i wszyscy w pocie czoła pracują nad czymś niezwykle ważnym. Przeglądają jakieś kartki, mruczą coś pod nosem, drapią się po zmasakrowanych wysiłkiem intelektualnych czołach, a na głównym miejscu przy stole, pan premier patrzy surowo to na jednego, to na drugiego i wszystko starannie zapamiętuje. Jeszcze kamera od czasu do czasu pokaże siwego, zafrasowanego ministra Boniego, który też widać, że nie zasypuje gruszek w popiele. I tylko brakuje mu takich okularów ze sznureczkami, żeby mu mogły mądrze zwisać na szyi.
Jeszcze nie zdążyłem dojść do siebie po tym cyrku, a tu nagle słyszę, jak z Moskwy donosi red. Zaucha. Imienia nie wymienię, żeby nie kalać pamięci wielkich Dżambli. Otóż red. Zaucha objaśnia nam wszystkie tajemnicze kwestie związane z wczorajszym sukcesem, jaki odniósł Donald Tusk spotykając się z Putinem. Otóż, ponieważ okazało się, że spotkanie to zostało kompletnie zlekceważone przez rosyjskie media – kompletnie! – Zaucha postanowił nam pokazać, że ten fakt, wbrew pozorom, jest też sukcesem. Okazuje się mianowicie, że skoro rosyjskie media o spotkaniu nie wspomniały, to dobrze, bo jakby wspomniały, to niechybnie by Polskę zbluzgały, opluły i skopały. A tu cisza – więc dobrze jest.
Mówi Zaucha, że ta cisza naprawdę dobrze świadczy o polsko-rosyjskich relacjach, bo jeszcze dwa lata temu, było ostro. No ale wtedy Polska była „pod rządami braci Kaczyńskich”. Tak własnie powiedział Zaucha i od razu się przestraszył, że głupio palnął. Błyskawicznie wyjaśnił, że to nie on tak mówi, ale to w Rosji tak się mówi. Że w Rosji to taki zwyczaj, żeby mówić, ze Polska była rządzona przez braci Kaczyńskich, ale on – Zaucha – doskonale wie, że to tak nie jest… i tak dalej, i tak dalej. Jeszcze trzy razy (trzy razy!) powtórzył, że wprawdzie Rosja obecnie Polskie ma w dupie, ale to dobrze, bo gdyby nas w tej dupie nie miała, to byśmy mogli zasłużyć sobie na jakieś niemiłe słowa i korespondencja się skończyła.
Jutro PiS ma swój kongres, Platforma ujawnia plan walki z kryzysem, a Eryk Mistewicz czeka, jak oba wydarzenia zostaną zrelacjonowane przez niezależne media. No i kto opowie lesze story. A ja już wiem, jak to będzie. Wiem, bo role zostały już rozpisane parę lat temu, z odpowiednimi zmianami jesienią 2007. Story też została napisana. Jak ten skrypt sprzed dwudziestu lat. Ja jedynie mogę tu wspomnieć o jeszcze jednej – zupełnie już nieistotnej kwestii. Otóż chwilę po relacji Zauchy z Moskwy, TVN24 puścił jakiś kawałek o egzotycznych profesjach. Byłem tak poruszony tą reinkarnacją telewizji belwederskiej sprzed 15 lat, że nie za bardzo uważałem. Jednak w pewnym momencie pokazali jakiegoś hutnika, czy kogoś takiego i powiedzieli, że ten pan to TOPIARZ FRYTY. Taka nazwa. I myślę sobie tak. Tu w Salonie, od czasu do czasu, kiedy wspomnę o jakimś sprzedajnym dziennikarzu, to moi koledzy od razu upominają mnie, że to nie dziennikarz, ale ‘pracownik mediów’. Ja jednak sobie myślę, że pracownicy mediów to już jednak klasyka. Teraz działa coś, co ci własnie pracownicy mediow wykształcili w swoim środowisku. Coś kompletnie nowego i tak kuriozalnego, że nie ma dla tego czegoś nazwy.
Na przykład ten redaktor Zaucha. Kim on jest? Mi by bardzo pasowała nazwa: ‘topiarz fryty’. Ja wiem, że ten dobry człowiek, którego postać przez chwilę mignęła nam w materiale TVN-u, może się czuć czegoś pozbawiony. Ale tak by było dobrze. On niech będzie hutnikiem, natomiast Zaucha będzie się nazywał ‘topiarz fryty’. Czemu? Bo tak jest odpowiednio głupio, śmieszno i straszno. Prawie jak po rusku.

piątek, 28 maja 2010

O czarnych klubowiczach, byśmy nie zapomnieli



Pewnie większość z nas zauwazyła wzmożone ostatnio działania czarnej propagandy, które dodatkowo jeszcze zostały wypełnione agresją, jakiej dawno nie widzieliśmy. Ponieważ zawsze jest dobrze wiedzieć, kto to do nas puka, proszę poczytać sobie następujący tekst. Oryginalnie został on opublikowany już rok temu w zaprzyjaźnionym Mieście Pana Cogito - banerek z linkiem tuż obok. Polecam.
Znów ktoś powiedział, że Wałęsa to głupek, a na dodatek agent i dziwkarz i pan Bolesław nie wytrzymał. On oczywiście nie wytrzymał już dużo wcześniej, ale tym razem nie wytrzymał na dobre. A przynajmniej tak mówi. Skąd taka reakcja? Ja w Salonie przeczytałem wczoraj, że Jarosław Kaczyński uprawia seks doodbytniczy z Ludwikiem Dornem, a informacja ta została ubarwiona bardzo szczegółowymi i niemniej realistycznym opisami tego pożycia, a mimo to nie słyszałem, żeby którykolwiek z panów przy tej okazji ogłosił, że zrzeka się wszelkich dotychczas uzyskanych honorów i wyjeżdża z Kraju. Ktoś mi powie, że te plwociny na temat Dorna i Kaczora to rojenia chorego umysłu, podczas gdy pan Bolesław, nawet jeśli nie jest dziwkarzem, to z pewnością jest głupkiem i agentem. No ale przecież cała cywilizowana opinia publiczna gotowa jest zaświadczyć własnym życiem, że to wszystko są oszczercze brednie, a sam były prezydent może na to nawet dać słowo honoru. Więc o co chodzi?
Dobrze. Wiem. To wciąż niczego nie wyjaśnia. W końcu obraza to obraza. Tu, na mnie na przykład, wciąż tabuny czerwonych pająków mówią, że jestem komunistą i mimo że to nieprawda, to ja bardzo jestem z tego powodu załamany. Ale czy ja grożę, że jak oni nie przestaną, to ja wyemigruję? Komunista zresztą to pikuś. Inni bowiem opowiadają, że ja jestem do bani nauczycielem. I też jest mi przykro, bo jakże tak! Ale nawet tu nie grożę, że w tej sytuacji się pogniewam, oddam wszystkie swoje dyplomy, ordery, puchary i cholera wie co jeszcze, zamknę się w sobie i przestanę chodzić do knajpy z moimi byłymi uczniami. Pozdrowienia!
A więc może chodzi o to, że na Wałęsę gadają w książkach i w telewizji, a na mnie tylko w Salonie? Może i tak. Kto wie? No ale w czym Salon, lub Polis gorszy od mainstreamu? Przecież już dawno mądrzejsi ode mnie wyjaśnili, że w zinformatyzowanym i oplecionym medialną siecią świecie nie ma już właściwie podziału na media ważniejsze i mniej ważne. Internet w dzisiejszej dobie wygrywa wybory. Telefony komórkowe obalają rządy. Niedawno w telewizji widziałem, że prawdziwa sztuka filmowa już nie jest tworzona w Hollywoodzie, ani nawet w Nowym Jorku, nie mówiąc już o Indiach, lecz w youtubie i wspominanych już kamerkach firmy Samsung. Więc jak to jest? Jak ja tu napiszę, że Wałęsa to komunistyczny szpicel i pospolity złodziej, to pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje dopóki nie wydrukuje tego IPN albo Arcany? A niby dlaczego? Panie Prezydencie, moim zdaniem jest Pan ruskim bucem i kapusiem! Halo? Słyszy mnie Pan? Chce Pan na bilet?
Cała Polska, od jakichś 15 lat, wie na sto procent, że Lech Wałęsa był tajnym, świadomym i bardzo chętnym do pracy współpracownikiem tajnych służb komunistycznej represji. Każdy Polak, jeśli tylko jest minimalnie zainteresowany życiem publicznym, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Lech Wałęsa, będąc wiceprezydentem u Mieczysława Wachowskiego, ukradł, a zapewne także zniszczył, całą kupę bardzo tajnych i cennych dokumentów świadczących o jego uwikłaniu we współpracę agenturalną. I nie ma tu żadnych wyjątków. Powyższy stan rzeczy jest znany każdemu, a jeśli ktoś nie chce o tym rozmawiać, albo wręcz te fakty kwestionuje, to wyłącznie ze względów politycznych i z uwagi na bieżące interesy. Nie ma ludzi w Polsce - za wyjątkiem osób kompletnie nieprzytomnych - którzy wierzą w to, że Lech Wałęsa jest autentycznym bohaterem polskiej walki o niepodległość. Ostatni tacy wymarli doszczętnie wspomniane już15 lat temu.
Ale jest jeszcze coś co każdy - nie koniecznie nawet zdrowo - myślący Polak doskonale wie. To mianowicie, że Lech Wałęsa jest najzwyklejszym, najbardziej przeciętnym durniem. Kiedy oglądamy Lecha Wałęsę w telewizji, czytamy jakąś jego prasową wypowiedź, albo idziemy na jakieś z nim spotkanie i słuchamy jak plecie, wiemy znakomicie, ze mamy do czynienia ze zjawiskiem w publicznej przestrzeni absolutnie wyjątkowym. I - podkreślam to raz jeszcze - wie to każdy. Ja, Wy, Monika Olejnik, a nawet Bronisław Komorowski i Donald Tusk, nie mówiąc już o Palikocie. Każdy człowiek, który ma oczy które widzą i uszy które słyszą, wie że tu nawet nie ma o czym gadać. Pozostaje czysta polityka i bezczelne kłamstwo.
A więc w tej sytuacji, kiedy głosy wyrażające w stosunku do Lecha Wałęsy czystą pogardę nie chcą zamilknąć, Wałęsa wybucha i mówi, że on już ma dość. Ja oczywiście do pewnego stopnia go rozumiem. On wprawdzie zaprzecza wszelkim pomówieniom, twierdzi, że nie dość, że jest czysty jak złoto, to jest człowiekiem mądrym, sprytnym i bardzo przenikliwym, ale osobiście jestem przekonany, że zna swoje intelektualne i moralne ograniczenia bardzo dobrze, czuje je, męczy się z nimi i w gruncie rzeczy ich nienawidzi. I to jest sytuacja bardzo niekomfortowa. On, dzięki tej swojej historii i tym przedziwnym zakrętom losu, znalazł się tu gdzie się znalazł, z tą całą swoją sławą i nadmuchaną wielkością, z tymi doktoratami, z tymi pieniędzmi, z tą rozpoznawalnością i absolutnie nie jest w stanie sobie z tym poradzić. I gdyby jeszcze świat mu dał na chwilę odetchnąć, to może by sobie znalazł jakieś spokojne miejsce i żył jak zwykły człowiek - owszem, kiedyś bardzo znany, a nawet przez wielu uwielbiany - ale teraz już tylko jako ten właśnie zwykły człowiek. Myślę, że można by nawet było się tak umówić, że prawo by mu dało dożywotnią absolucję.
Tymczasem, niestety, całe bandy bezwzględnych kombinatorów, z szczerze powiem, że nie do końca dla mnie pojętych powodów, postanowiły grać tym biednym człowiekiem tak długo, aż go prawda i zwykłe, ludzkie pragnienie sprawiedliwości, dopadnie i zetrze w pył. Cóż za brak litości! Cóż za wyrachowanie! I po co? Jaka będzie z tego bezpośrednia korzyść? Załóżmy nawet to, że Donald Tusk, razem ze swoim nowym kumplem Napieralskim zlikwidują IPN? Załóżmy nawet takie rozwiązanie, że instrukcja, którą w tak mocny sposób na swoim blogu przedstawił Aleksander Ścios http://cogito62.salon24.pl/394624.html, zostanie zrealizowana i jakimś cudem uda się doprowadzić do tego, że wprowadzi się ustawowy zakaz mówienia źle o Lechu Wałęsie. Wszędzie. W książkach, gazetach, telewizji, a nawet w rozmowach prywatnych. Załóżmy nawet, że Parlament uchwali w budżecie specjalny fundusz na rozwój prac badawczych nad historyczną wielkością Lecha Wałęsy. Mało tego - niech nawet Parlament uchwali likwidacje z polskiego słownika imienia Bolesław. I co to zmieni? Prawo i Sprawiedliwość nie wygra następnych wyborów parlamentarnych? Nie żartujmy. Andrzej Olechowski zostanie przyszłym prezydentem Polski? Andrzej Olechowski. Oto dopiero nadchodzi ciekawy kawałek tej historii. Bo tak naprawdę tu wcale nie chodzi o Wałęsę. On już jest ostatecznie skończony. Z niego już nic nie będzie. Ta przygoda jest już dawno zamknięta. Tu nawet nie chodzi o Donalda Tuska i te wszystkie nadzieje, jakie z nim wiążą całe grupy naiwnych komentatorów w rodzaju Krzysztofa Leskiego. Powiem więcej. Tu nawet nie jest problemem Janusz Palikot i jego nieuchronnie zbliżające się przywództwo w Platformie. Skoro już zdecydowaliśmy się na tę demokrację, to nawet dziesięć stadionów dla Legii Warszawa, kolejne 15 kanałów tematycznych telewizji TVN i sześć orderów uśmiechu dla pani Bożeny, nie zmienią faktu, że do następnych wyborów pójdą wyłącznie osoby zaangażowane całym sercem. Sercem prawdziwym, a nie okrwawionym mięśniem. Tu może chodzić najwyżej o kogoś takiego jak Andrzej Olechowski.
Kiedy Lech Wałęsa już był Bolkiem, ale jeszcze nie wszyscy sobie z tego zdawali sprawę, Olechowski przez wszystkich dobrych ludzi nazywany był nie inaczej jak TW Must. Co ciekawe, ta jego ubecka przeszłość nigdy nie wydawała się robić wrażenia ani na nim, ani na osobach z zewnątrz. Tak się jakoś zawsze składało, że Olechowski był powszechnie rozpoznawany jako były kapuś, a jedyna znana mi reakcja na tę wiedzę ograniczała się do wzruszenia ramionami. Ale co tam ubek? Przez całe długie lata Olechowski funkcjonował na peryferiach polskiego zycia politycznego i gospodarczego, zawsze w sytuacjach najbardziej podejrzanych z możliwych, i też nigdy to nikogo nie obchodziło. Doszło do tego, że Olechowski osiągnął taki stan, gdzie każdy wiedział, że ktoś taki jak Olechowski istnieje, że jest osobą niezwykle ważną i wpływową, ale przy tym wszyscyśmy się zachowywali, jakby to kim on jest, czym się zajmuje i z jakiej to w ogóle okazji jest wciąż osobą publiczną, nas w ogóle nie interesowało. Dziś już, między innymi właśnie dlatego, że żyjemy w świecie otwartym i demokratycznym, wiemy o istnieniu tworu o nazwie Bilderberg. Dla przybliżenia, cytat z wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Grupa_Bilderberg:
„Grupa Bilderberg albo Klub Bilderberg - nieformalne międzynarodowe stowarzyszenie wpływowych osób ze świata polityki, biznesu i przemysłu. Spotkania grupy odbywają się raz do roku. Podczas nich omawiane są najważniejsze w danym czasie dla świata sprawy dotyczące polityki i ekonomii. Pierwsze spotkanie tego typu miało mieć miejsce w holenderskim Hotelu de Bilderberg (stąd pochodzi nazwa grupy) w Osterbeek w maju 1954, a odbyło się z inicjatywy wpływowego polskiego polityka i emigranta Józefa Retingera, który był stałym sekretarzem grupy aż do śmierci w 1960. Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów. Tym też należy tłumaczyć brak zainteresowania mediów spotkaniami, w których uczestniczą m.in. takie osobistości jak prezes Banku Światowego James Wolfensohn, żona byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Hillary Rodham Clinton, były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, żona Billa Gatesa - Melinda Gates, czy Andrzej Olechowski. Według uczestników, ze względu na nieformalny charakter, spotkania pozwalają na swobodną wymianę poglądów niezależnie od aktualnych animozji politycznych. Niejawność spotkań i ogromne wpływy posiadane przez zaproszone osoby, spowodowały, że niektórzy komentatorzy przypisują członkom Grupy Bilderberga tworzenie nieformalnego rządu światowego, a w konsekwencji zamiar wprowadzania rozwiązań ekonomiczno-politycznych sprzecznych z wolą społeczeństwa. Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku.
Grupa Bilderberg nie jest organizacją, ponieważ nie istnieje w niej coś takiego jak członkostwo i nie wybiera się żadnej rady, chociaż posiada oficjalne biuro w Lejdzie w Holandii. Domniemani uczestnicy Grupy Bilderberg z Polski to m.in.: Andrzej Olechowski - od 1994 Hanna Suchocka - 1998 Sławomir Sikora (prezes Citibanku) - 2004 Jacek Szwajcowski (prezes Polskiej Grupy Farmaceutycznej) - 2005 Aleksander Kwaśniewski - 2008" Dlaczego ja się postanowiłem nagle zająć tym „klubem"? Z trzech powodów. Dwa z nich są wymienione w samym tekście w wikipedii. Pierwszy: „Konferencje Grupy Bilderberg odbywają się przy obecności wyselekcjonowanych dziennikarzy, lecz zgodnie z obietnicą dyskrecji, nie zdają oni relacji z przebiegu ani treści rozmów". Drugi: „Niektórzy zwolennicy teorii spiskowej dotyczącej tzw. Nowego Porządku wskazują Klub Bilderberg jako bezpośrednich kontynuatorów idei zakonu iluminatów. Jednakże są także osoby które wskazują inne grupy wpływowych osób jako realizatorów Nowego Porządku". Ci którzy czytają moje teksty z reguły sa osobami myślącymi, więc ani słowa już o tym. Po co?
Jest jednak jeszcze trzeci powód, dla którego się trochę wystraszyłem. Sam Olechowski. On ostatnio, nie wiadomo z jakiej cholernej okazji, pokazuje się publicznie dużo za często. Bardzo dużo za często. Przyłazi, gada i straszy. I ja autentycznie nie wiem, co on tu robi, a - co najgorsze - co on może. A boję się, że on akurat może więcej, niż nam się wydaje. No i wciąż się zastanawiam, czego on tu szuka. Wczoraj występował u Olejnikowej i ja po raz pierwszy w życiu widziałem ją w stanie takim, jaki osiągają tylko młode dziewczyny na pierwszej w życiu randce. Bardzo to było ciekawe. Na szczęście, w tym wszystkim są informacje, które każą nam się nie lękać. Nie lękać się i wierzyć, że jest coś, czego bramy piekielne nie przemogą. Wczoraj dotarła do nas informacja, że w Ameryce rozbił się samolot należący do człowieka nazwiskiem Irving Moore 'Bud' Feldkamp III, wielokrotnego milionera i właściciela największej w Stanach sieci klinik aborcyjnych. Samolot spadł na katolicki cmentarz, tuż przy grobie nienarodzonego dziecka. 14 znajdujących się na pokładzie osób - w tym dzieci i wnuki Feldkampa - zginęło. http://www.fronda.pl/news/czytaj/szokujacy_wypadek_ktorego_nie_opisza_wielkie_media
I tak to właśnie się plecie ten świat. Bohaterowie przychodzą, odchodzą, ci prawdziwi i ci zupełnie sztuczni. A świat się spokojnie i pewnie plecie. Czego sobie i Wam życzę.

czwartek, 27 maja 2010

Jak miłość i serdeczność rozdeptała nienawiść



Dziś dotarła do mnie wiadomość, że Gutek Film – taka firma – wycofała się z dystrybucji filmu Solidarni 2010. A więc myślę sobie, że skoro się wycofała, to oryginalnie miała w swoich planach jego dystrybucję. A więc – myślę sobie dalej – że skoro planowała film Ewy Stankiewicz rozpowszechniać i nagle z tego rozpowszechniania zrezygnowała, to z cała pewnością nie dlatego, że im się cos pomyliło, ale ponieważ, ktoś im taką zmianę decyzji doradził. I z całą pewnością nie poszło o to, że prawnicy Gutka zauważyli, że film ten niesie w sobie tak dużą zawartość elementów prawnie niebezpiecznych, że lepiej nie ryzykować, ale poszło o wymiar bardziej środowiskowy i towarzyski. Ktoś zwyczajnie musiał Gutkowi powiedzieć, że jak chce się utrzymać w branży, to niech z branża nie zadziera. Bo trzeba nam wiedzieć, że cenzury już nie ma. Mamy wolność i demokrację i europejskie standardy. Oprócz tego wszystkiego, mamy jeszcze towarzystwo. I to własnie dziś towarzystwo nam zapewnia naszą kulturową i cywilizacyjną ofertę.
W jednych z moich komentarzy pod najnowszym wpisem w Salonie napisałem, że kwestia zablokowania dystrybucji tego filmu, obok ocenzurowania jego reklamy, jest wydarzeniem historycznym. To co wyprawia dziś System, od czasu katastrofy samolotu z Prezydentem pod Smoleńskiem, z coraz większą intensywnością aż do dziś, jest dowodem na to, że stare już słowa Jarosława Kaczyńskiego o tym, że dojście do władzy Platformy Obywatelskiej będzie miało dla Polski skutki znacznie gorsze niż stan wojenny, były jak najbardziej słuszne. To z czym mamy do czynienia w ostatnich dniach, w całej publicznej przestrzeni od mediów po głos tak zwanych autorytetów, przez serię aktów dokonanych po stronie przedstawicieli władzy, stanowi absolutnie najczarniejszy scenariusz, jakiego nie mogli się spodziewać nawet najbardziej pesymistycznie nastawieni komentatorzy. Wydaje mi się, że wynikiem tego co się stało 10 kwietnia, a więc nie do końca udanego zamachu, i nieoczekiwanej mobilizacji znacznej części społeczeństwa, jest to przede wszystkim, że System przestał już nawet stwarzać pozory, że stanowi część nowoczesnej cywilizacji, lecz zacisnął pięści i zęby i ruszył do ataku. Nie ma już w tej chwili co udawać. To co się odbywa w naszym kraju, to, jak idzie o poziom propagandowy i że tak powiem wychowawczy – to jest czysta komuna.
A pomyśleć, że kiedyś denerwowaliśmy się, że strasznie dużo wokół tej nienawiści. Że ta atmosfera wokół nas jest taka gęsta i tak okropnie w tej swojej gęstości nieprzyjazna. To z czym mamy do czynienia dziś, to już nie jest nienawiść. Tu już nie ma emocji. Tu już jest czysta, niewzruszona realizacja planu. Tu już nikt ani nie udaje, ani się nie unosi, ani nie traci nerwów. Tu już jest prawdziwa wojna. Żebyśmy jednak nie zapomnieli, jak to się zaczynało, chciałbym przypomnieć tekst sprzed dwóch lat, który zamieścił w Salonie. Niestety odpowiednie linki już od dawna nie działają, bo i sam Salon w międzyczasie zmienił całość serwisu, a i też nie wiem, czy cytowane wpisy jeszcze w ogóle istnieją. Poczytajmy sobie i powspominajmy. O tym, jak miłość i serdeczność rozdeptała nienawiść:
Nie mam pewności, kiedy słowo ‘nienawiść' po raz pierwszy pojawiło się w debacie publicznej w Polsce. Możliwe, że, gdyby prześledzić publicystykę Adama Michnika, okazałoby się, że coś przegapiłem, ale, jak dobrze pamiętam, pojęcie nienawiści znalazło swoje zastosowanie, zarówno, jako argument, jako bicz i jako obietnica nagrody, mniej więcej w tym samym czasie, gdy okazało się, że w Polsce nie uda się wprowadzić tzw. systemu meksykańskiego. Gdyby ktoś nie wiedział, chodzi tu o system w którym na wiele, wiele lat, władzę w Polsce miała objąć jedna partia, partia prawdopodobnie o nazwie Solidarność, zarządzana przez jedną grupę osób, która to grupa będzie przyznawała miejsce w hierarchii czy to administracyjnej, czy to państwowej, wyłącznie na zasadzie kooptacji. To wtedy zaczęto w Polsce mówić o nienawiści. Albo o nienawiści ‘zoologicznych antykomunistów', albo ‘jaskiniowych klerykałów', czy nienawiści ‘polskiego antysemityzmu'.
To co mnie od samego początku uderzało w tej walce z nienawiścią, to fakt, że na czele utworzonych przez tę kampanię oddziałów, stali ludzie, których jedynym motorem działania było czyste, bezinteresowne obrzydzenie do politycznego przeciwnika. Pamiętam, że w wyborczej kampanii prezydenckiej, wszystkie zarzuty przeciwko Lechowi Wałęsie i jego środowisku, skupiały się wokół hasła nienawiści. Jeśli mówiło się o Wałęsie, jako o człowieku z siekierą, to zawsze przy okazji tej siekiery, wracało słowo ‘nienawiść'. Nie było debaty publicznej, gdzie w stosunku do obozu demokratycznego nie skierowano by uwagi: "Ależ wy potraficie nienawidzić!"
Kiedy w jednym z niedawnych moich wpisów, przypomniałem, jak Gazeta Wyborcza w roku 1991 nazwała Wiesława Chrzanowskiego faszystą, wielu moich kolegów z Salonu uznało, że jestem idiotą i prowokatorem, bo tak być po prostu nie mogło. Otóż właśnie, że mogło. Mogło i było. Czasy walki z nienawiścią były takie, że nie było zdarzenia ani słowa, które by potrafiły zdziwić. A przypominam, to wszystko miało miejsce na długo jeszcze, zanim pojawiły się oczy Antoniego Macierewicza i dzioby Kaczorów. Wtedy dopiero Andrzej Celiński zaczynał mówić o ludziach spoconych w pogoni za władzą, a jego kolega partyjny krzywił się z pogardą na widok tych, którzy nie potrafią właściwie trzymać noża i widelca. To było jeszcze zanim Jan Maria Rokita uznał, że państwo, z całym swoim aparatem zniszczy wszelkie przejawy politycznego protestu. Nienawiść dopiero raczkowała.
Prawdziwy czas na batalię przeciw nienawiści przyszedł, gdy obalono rząd Jana Olszewskiego, kiedy na okładce tygodnika Wprost pojawiły się oczy, Jacek Snopkiewicz opublikował swoją pracę o ‘teczkach', a w Gazecie Wyborczej zadebiutowała przyszła wielka polska poetka, Wisława Szymborska wierszem zatytułowanym - nomen omen - Nienawiść. To wtedy termin ‘nienawiść' wszedł do słownika kultury popularnej i to wszedł z wielkim rozmachem i w wyjątkowo szczególnym kontekście. Nienawiść przestała oznaczać tradycyjną sytuację, w której ktoś kogoś nienawidzi, a została ograniczona do wypadków, w których ktoś kogoś nienawidzi niesłusznie. To wtedy, w moim otoczeniu, pojawili się ludzie, którzy, wykrzywiając twarze w pogardzie, mówili: "ja bym tę pełną nienawiści hołotę rozgniótł, jak pluskwy". Kogo mieli na myśli? Różnie. Raz Macierewicza, raz Kaczyńskich, raz Krzaklewskiego, innym razem prymasa Glempa, red. Iłowieckiego, czy piosenkarza Piotra Szczepanika.
Obecnie, po tych wszystkich latach, zarówno samo słowo się zużyło, jak i pojawiło się mnóstwo innych nowych określeń z powodzeniem opisujących zjawiska na styku socjologii, kultury i polityki. Prawdziwą potęgą stały się media, Internet nie tylko otworzył drzwi do świata, ale również poszerzył język i wyobraźnię. Jeśli chcemy zniszczyć, rozdeptać, unurzać w gnoju przeciwnika, nie musimy już zarzucać mu nienawiści. Możemy oskarżyć go o brak kultury, o nadmierne rozideologizowanie, o skrajny subiektywizm, czy wreszcie o tzw. zdziczenie obyczajów. A kiedy już wszystko zostanie powiedziane, odpowiednio wyjaśnione i podparte obrazem, to można będzie nawet postraszyć sądem.
Niedawno, tu w Salonie, zwrócono mi uwagę na wpis poświęcony mojej osobie - specjalnie mówię, osobie, a nie publicystyce - gdzie pewien człowiek pisze, że ja nie miałbym nic przeciwko temu, żeby moje córki zatrudniły się w burdelu http://kilkazdan.salon24.pl/84538,index.html . Dlaczego on tak o mnie pisze. Otóż ma ten ktoś do mnie żal, że ja nie szanuję ludzi i tego, co oni szanują.
W odpowiedzi na ten tekst, zabrała głos inna uczestniczka tego forum idei, która sugeruje, żeby się mną nie zajmować, bo ja jestem (domyślam się, że razem z moimi dwiema córkami) niepoważny i przesłała autorowi tego ‘burdelowego' postu pozdrowienia. Wprawdzie sama bezpośrednio nie zarzuciła mi uprawiania nienawiści, ale pozwoliłem sobie zajrzeć do jej innych pism i oto czytam, jak w jednym z komentarzy zwraca się do swojego polemisty: "Nie mam lekarstwa ani na Twoją niewiedzę ani na Twoją chorobliwą nienawiść". I dalej już, żeby pokazać, na czym polega czas miłości i szacunku, i jak wygląda świat, gdzie nienawiść ostatecznie została pokonana, pisze w sposób następujący (większe błędy poprawiłem, żeby oczyścić przekaz): "Jak mogliście myśleć, że Rokita wejdzie do rządu, w którym jest Kryże, Ziobro, jakieś głupie pindy pokroju Kępy, Kalaty, Fotygi, Jakubiak, cała masa PZPR-owców, esbeków i TW? [...] Synowie morderców AK-owców są wiceministrami sprawiedliwości w rządzie Kaczyńskiego [...] Czerwona hołota jest w rządzie Kaczyńskiego. Wszyscy z rodowodem PZPR-owskim. Wszyscy jak Ziobro z rodzin kacyków PZPR-owskich, jak Jasiński - biuro paszportowe za PRL - czyli awangarda SB, jak Gosiewski syn członka PZPR, jak Dorn syn komunisty z Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, której celem było przyłączenie Polski, a zwłaszcza Lwowa i Kresów do ZSRR ( co tak pięknie im się udało!)- nie musisz się wysilać i daleko szukać - wystarczy przejrzeć listę członków rządu, władz PiS itp.
Nie pieprz mi banialuków - możesz sobie takie pogaduchy robić na onecie - kto jest czerwoną hołotą - widać aż zbyt dobrze. A kto jest pindą też widać" http://renata.rudecka-kalinowska.salon24.pl/31872,index.html
Więc tak to potoczyły się losy nienawiści i walki z nią przez te, jakby nie było, już co najmniej osiemnaście lat. Nienawiści, braku kultury, dyskusji nie na poziomie, awanturnictwa, zdziczenia obyczajów.
Na szczęście przetrwaliśmy to, co najgorsze i dotrwaliśmy do czasów miłości i szczęścia. Miłości, bo przecież nikt, kto prawdziwie nie kocha nie może rządzić i oczywiście nikt, kto nie potrafi prawdziwej miłości docenić, na szczęście sobie nie zasłużył.
Ani on, ani jego dzieci.

środa, 26 maja 2010

Vineeta Gupta, czyli Polacy nie gęsi - dla Was z wdzięcznością



Mija kolejny miesiąc, kiedy to dzięki uprzejmości czytelników tego bloga, można zyć, pisać i mieć nadzieję na to, że jakoś wspólnie dotrwamy nowego roku szkolnego. Chciałbym znów, jak już raz sobie pozwoliłem, podziękować wszystkim za pomoc, która i z pewnością świadczy o Was i – mam nadzieję – o mnie.
A zatem, bardzo dziękuję najpierw Arturowi i wszystkim moim druchom Paypalowcom a dalej, Pawłowi z Warszawy za codzienne kupowanie tej gazetki. Jestem absolutnie wstrząśnięty. LEMMINGOWI za stałe wsparcie, zachętę, pomoc i solidarność. Mojemu koledze Traube za stałą obecność. Juliuszowi za determinację i stałą obecność. Ginewrze. Państwu Mitkom z Niemiec za solidarność i determinację. Mojej przyjaciółce Ginewrze. Joli z Warszawy za to, że znów ty byłaś. Krzysztofowi ze Szczecina za to, że znów tu wpadłeś. Piotrowi z Warszawy za stały abonament. Ewie z Warszawy – bardzo dziękuję. Mirkowi z Krakowa za solidarność. Krzysztofowi z Białegostoku z uściskiem dłoni na drugi koniec Polski. Agenturze Kłodzka.- dobrze Was mieć. Krystynie z Warszawy z nadzieją na spotkanie. I Tobie Koziku. Bożenie z Gdańska z radością, że i Gdańsk jest nasz. Sławkowi z Sosnowca – z radością, że i Sosnowiec jest nasz. Państwu Wieczorkom z wiarą, że się kiedyś odwiedzimy. Witkowi z Warszawy za stałą obecność. Annie z Olsztyna za stałą obecność. Tomkowi z okrzykiem, że i Wrocław jest nasz. Mojemu Człowiekowi z Pruszkowa… nie myślcie sobie – Pruszków też zdobyty. I Tobie Sławku – do Warszawy. I Tobie Jolu z Sieprawa. Bardzo.
Bardzo jeszcze raz dziękuję i proszę o pamięć jeszcze może do końca lata.
Zgodnie ze zwyczajem, Wam właśnie dedykuję ten wpis. Jeszcze z grudnia 2008. Bez szczególnych odniesień. Lubię go. I tyle. Nazywa się „Vineeta Gupta, czyli Polacy nie gęsi”. Baaaaardzo długi, ale – mam nadzieję – smaczny:
Z wszystkich miejsc na świecie, pomijając oczywiście moje miasto, moją wieś, moje morze i moje góry - no i oczywiście mój Przemyśl - moim ulubionym jest Anglia. A szczególnie Londyn. Kiedy byłem trochę młodszy, lubiłem mawiać, że umrzeć oczywiście chciałbym w Polsce, ale gdyby mi przyszło żyć w Londynie, to nie miałbym nic przeciwko temu. Jest coś takiego w Londynie, w jego kształcie, w jego ludziach i w jego atmosferze, co sprawia, że mógłby po nim wędrować od rana do wieczora i nie widzę możliwości, żebym się znudził. Kiedyś miałem okazję sobie iść wzdłuż Tamizy, od Chelsea aż do Tate. I tylko żałowałem, ze nie można by tak wrócić, spojrzeć raz jeszcze na elektrownię w Battersea (to te kominy z Animals Pink Floyd) a później przejść tę drogę jeszcze raz i patrzeć na joggujących bez względu na pogodę londyńczyków i na sunące się nad głową bardzo, bardzo powoli wielkie samoloty.
Albo pojechać do Greenwich, by stanąć sobie tam, gdzie „zaczyna się czas", obok tego zegara, nad tą zielenią i spojrzeć na Londyn. Albo po prostu zajść do któregoś z pubów i popatrzeć na ludzi, pijących piwo (świetne, najlepsze) i od czasu do czasu podnoszących się ze swoich krzeseł, żeby wrzucić parę monet do grającej szafy. Żeby pójść do St. James's Park i popatrzeć na dzieci w szkolnych mundurkach, siedzące na ławkach i jedzące swoje trójkątne kanapki. Żeby znów zobaczyć te cudacznie poubierane Angielki, tak okropnie nieładne i, jednocześnie, tak nieprawdopodobnie światowe. Żeby znów poczuć w kieszeni ten miły kształt i ciężar monety jednofuntowej. I posłyszeć ten niepowtarzalny londyński akcent, który nigdy nie jest taki sam, a zawsze pozostaje ściśle londyński.
Lubię Londyn. Wbrew pozorom jednak, nie bywam tam często. Prawdę powiedziawszy, byłem w Londynie zaledwie parę razy w życiu. Na dodatek krótko i tylko w niektórych miejscach. I nic też nie wskazuje na to, żebym nagle zaczął tam podróżować. Raz że mnie nie stać, a dwa że nawet nie mam za bardzo kiedy i do kogo tam jeździć. Londyn więc, podobnie zresztą jak całą resztę Anglii, oglądam w telewizji, albo w kinie. I czytam o nim w gazetach. Właśnie z oddali widać, jak ta moja miłość do Londynu jest bezinteresowna i nieodwzajemniona. Nie ma właściwie dnia, żeby nie dochodziły do mnie informacje, że, zarówno samo miasto, jak i cały ten kraj, zmierza ku nieuchronnemu upadkowi. Jeśli się przyjrzeć dobrze, to widać bardzo wyraźnie, że to co tam jeszcze zostało, to ta wielka historia i ta nieprawdopodobnie manifestująca się wszędzie tradycja. Cała reszta, to już tylko najbardziej zwulgaryzowana cywilizacja. To już tylko rozbite rodziny, gówniarze z nożami, aborcja do 24 tygodnia, najbardziej oburzające medyczne eksperymenty, bandy debili, którzy przez cały tydzień, w swoich garniturach, jeżdżą do pracy w City po to, żeby w piątek wieczorem kupić tani lot do Pragi, czy Krakowa i z powrotem, i przez weekend odstawiać tu czyste buractwo.
Niedawno w telewizji dali informację, że jakaś pani i jej chłopak (tam już małżeństw prawie nie ma), uprowadzili swoją (a może tylko jej) córkę, trzymali ją całymi tygodniami zaćpaną w tapczanie, a wszystko to po to, żeby zrobić ogólnokrajową aferę z zaginionym dzieckiem i zarobić co nieco na medialnym szumie. To też jest Anglia, którą kocham. Bez odpowiedzi.
Parę dni temu, w Rzeczpospolitej, przeczytałem artykuł o tym, że „z oksfordzkiego słownika dla dzieci usunięte zostały słowa związane z chrześcijaństwem i monarchią". Chodzi o to, że, ponieważ wydawcy słownika uznali, ze świat poszedł bardzo do przodu i nowe pokolenia mają w nosie zarówno Kościół, jak i Królową, można spokojnie i jedno i drugie zacząć powoli eliminować ze społecznej świadomości. Według relacji Rzepy, w nowym wydaniu słownika, wśród 10 000 słów, które metodycy uznali za najważniejsze dla dziecka, zabrakło takich pojęć jak „opactwo, ołtarz, biskup, kaplica, pastor, mnich, zakonnica, parafia, psalm, święty, grzech, czy diabeł". Oczywiście dla mnie najbardziej ciekawy jest ten „diabeł". Najbardziej ciekawy, najbardziej wymowny i - tak naprawdę - najbardziej podstawowy. No ale, jak mówię, nie tylko on poleciał. Mogę tylko przypuszczać, że skromnie, usunął się na sam koniec kolejki.
Wiadomość ta, oczywiście, mnie zmartwiła, ale - przyznam - niezbyt zaskoczyła. Ja widziałem, co się szykuje, od pewnego już czasu. Jest taki podręcznik do nauki języka angielskiego, który popularnie nazywa się Alexander. Moim zdaniem, jeśli idzie o naukę na poziomie podstawowym, nie wymyślono dotychczas absolutnie nic lepszego. Alexander jest niepokonany i nawet nie widzę możliwości, żeby ktoś mu mógł tu zagrozić. Ale nawet nie o to chodzi. Sprawa polega na tym, że podręcznik ten już od wielu lat jest w naszych szkołach nieużywany. Nie ma go na ministerialnych listach, nie jest w ogóle nawet dopuszczony do szkół. Sami zresztą nauczyciele, nawet jeśli w o ogóle go znają, nie traktują go z powagą. Alexander jest czarno-biały, cieniutki, nie ma w nim ani zdjęć, ani komiksów, ani żadnych zbędnych rzeczy. Czysta nauka.
Ponieważ powstał dawno temu, niesie z w sobie całą autentyczną atmosferę nie tak wciąż bardzo starej Anglii. W Alexandrze płaci się wciąż funtami i pensami (w starszych wydaniach nawet szylingami), bohaterowie mieszkają na King Street w Londynie, nazywają się Sawyer, tworzą rodziny, czytają gazety, a jeśli są dziećmi i mają na imię Sally i Tim, odrabiają zadania domowe. Pan Sawyer odwozi je codziennie do szkoły, a wieczorem, kiedy Sally, czy Betty, chce iść do znajomych, ma wrócić przed jedenastą, bo inaczej pan Sawyer zwyczajnie jej nie puści.
Od czasu, jak L.G. Alexander napisał swój podręcznik, zmieniło się wiele. Przede wszystkim, w obecnie wydawanych książkach do nauki nie ma ani funtów, ani Betty, ani ulicy King Street w Londynie, ani dwóch dziadów w czerwonym autobusie. Dorośli latają samolotami między Los Angeles a Paryżem, dzieci siedzą przy komputerach i piszą maile, w sklepie płaci się przy pomocy euro, ewentualnie karty, a jeśli ktoś nosi jakieś imię, to nie ma sposobu, żeby je przeczytać, a co dopiero zapamiętać z tej prostej przyczyny, ze nie są to imiona chrześcijańskie.
Jak to się stało, że do tego doszło? Kto tak fatalnie Anglików załatwił? Jak to się stało, że oni dali sobie wyrwać z rąk coś tak niepowtarzalnego i tak cennego? Powiem szczerze, ze mam swoje podejrzenia, ale są one na tyle słabe, że nie będę się tutaj popisywał. Fakt jest jednak faktem. Wszystko wskazuje na to, że coś się skończyło. W artykule w Rzeczpospolitej, wypowiada się na temat tych niezwykłych zmian w słowniku dla dzieci jakaś pani z Oxford University Press. Mówi tak: „W poprzednich wydaniach było na przykład dużo nazw kwiatów, bo wiele dzieci mieszkało na wsi. Teraz ich środowisko się zmieniło. Żyjemy w wielokulturowym społeczeństwie. Ludzie nie chodzą już tak często do kościoła."
Więc oczywiście, jest to jakieś wytłumaczenie. Ale ja bym potrzebował czegoś mocniejszego, bardziej pewnego. Wbrew pozorom bowiem, to o czym tu pisze, to nie jest problem wyłącznie angielski. Odpowiedź na to pytanie jest również ważna dla mnie, Polaka, mieszkającego tu i planującego tu mieszkać do końca. Liczącego bardzo na to, ze Polska sobie poradzi dużo zgrabniej, niż Anglia. Mam więc wrażenie, że o wiele lepszą i pełniejszą odpowiedź na te moje dylematy daje - zgadzam się, w sposób bardzo symboliczny - co innego. Ta pani z Oksfordu nazywa się Vineeta Gupta.

wtorek, 25 maja 2010

To był tylko biznes



Już w dzień, w którym samolot z naszym prezydentem na pokładzie roztrzaskał się pod Smoleńskiem, wiedziałem i dałem temu nawet wyraz na tym blogu, że nigdy nie dowiemy się, jakie były przyczyny tej katastrofy. Żeby być precyzyjnym, chodziło mi o to, że nigdy nie dowiemy się, jakie były prawdziwe przyczyny tej katastrofy. Bo to, że poznamy jakieś przyczyny, było dla mnie naturalne. Byłem przekonany, że już niedługo jakaś międzynarodowa, czy może tylko polska, komisja fachowców i lotniczych ekspertów, przedstawi raport, z którego będzie wynikało, że to ta mgła zabiła tych ludzi, albo że pilot zasnął, albo że samolot był stary i krzywo latał, czy wreszcie sam prezydent Kaczyński z żoną wleźli do kabiny pilotów i byli tak irytujący, że pilot nie wytrzymał tego napięcia i walnął tym samolotem o smoleńską ziemię. A więc w taki sposób wyobrażałem sobie to co powinno nastąpić w ciągu najbliższych tygodni i zamiast czekać na te rozstrzygnięcia, postanowiłem zająć się wyborami.
I jest tak, że od tego nieszczęścia niedługo miną dwa miesiące, a my obserwujemy dwa równocześnie pełznące zjawiska. Z jednej strony nerwowe dopingowanie wszystkich nas, dla których śmierć Prezydenta i wszystkich innych osób jest powodem niekończącego się bólu i którzy wciąż nie są wstanie dojść do siebie po tym, co wtedy, tego 10 kwietnia się wydarzyło, by przestali, bo rzekomo normalna Polska już nie może znieść tych naszych fanaberii. Z drugiej strony słyszymy nieustanne zapewnienia, że śledztwo prowadzone przez najbardziej godnych zaufania rosyjskich specjalistów jest w jak najlepszej kondycji, a każdy kto myśli inaczej, powinien jak najszybciej się z tej swojej opinii wytłumaczyć, następnie przeprosić, i wreszcie się zamknąć do czasu aż mu się pozwoli gadać dalej.
Czego się więc w tej naszej żałobie dowiadujemy? Od samego początku słyszymy wszystko i nic. A to że mgła; a to że były jakieś reflektory zepsute; że słychać było strzały i że to podobno nasi BOR-owcy, ale że jednak nie; że piloci nie znali języka, ale że jednak znali; że pilot lądował, bo myślał że jest jeszcze wysoko, a chwilę potem, że wcale nie wiadomo, czy lądował, bo zorientował się, że jest tak nisko pięć sekund przed katastrofą. Jesteśmy zarzucani przeróżnymi informacjami, zawsze podobno bardzo wiarygodnymi, często przekazywanymi przez najróżniejszych generałów, ministrów i pilotów, które już chwilę później okazują się nieaktualne i są zastępowane przez nowe, równie nic nieznaczące. Ale jest jeszcze coś. Po pierwsze nieustanne zapewnienia, że przez najbliższy rok co najmniej, nie będziemy wiedzieć nic, bo sprawa tego śledztwa jest bardzo skomplikowana i to musi trwać, a po drugie, że pewne rzeczy już wiadomo, ale wiedzą to tylko Rosjanie, albo że wiemy to też i my, ale nie powiemy, bo to tajemnica.
A zatem, od niemal już dwóch miesięcy, mamy kompletny chaos informacyjny, który w dodatku przez swoją intensywność robi wrażenie chaosu sterowanego i pełnego intencji, których oczywiście nie znamy, ale na temat których możemy za to spekulować. Jest jednak jeszcze coś, tym razem element bardzo stały, wracający do nas niemal od samego początku, wśród tego szumu informacyjnego, z precyzją rakiety. Wśród nieustannych zapewnień, że czarne skrzynki są wciąż badane, że wciąż nie wiemy, co tam na nich słychać i że dowiemy się dopiero za jakiś czas, kiedy już Rosjanie je zbadają i nam powiedzą, wraca informacja o tym, że podobno w kabinie pilotów słychać głos. To jest jedyne, co udało się dotychczas wysłuchać z tego zapisu. Piąty głos. Poza tym nie wiadomo nic. Kto to był, co gadał, kiedy, jak długo. Wiadomo tyle, że słychać głos. Czyj? Kto wie? Może Prezydenta? Pewnie jego. On zawsze właził do kokpitu. A może to jego żona? Wiemy, jaka ona była. Wszędzie się wpychała. A może to tylko stewardessa? W końcu stewardessy czasem tam wchodzą? A może kto inny? Przecież w samolocie było dużo ważnych osob. Podobno nawet był taki zwyczaj, podczas prezydenckich lotów, że piloci zapraszali pasażerów, żeby sobie popatrzyli. Ale nie. Podobno to było niedozwolone. Chociaż… kto wie? No więc, kto to tam gada? Czyj to głos? I kiedy on został nagrany? I czy na pewno ten głos był w kabinie, a nie gdzieś obok i docierał przez otwarte drzwi? Bo podobno w tym prezydenckim samolocie drzwi do kokpitu były zawsze uchylone. Wiadomo na pewno jedno. To jest głos kobiecy. A więc albo pani prezydentowa, albo – co też możliwe – stewardessa. Podobno ten głos został zarejestrowany 16-20 minut przed katastrofą, a więc jakieś 250 kilometrów przed Smoleńskiem. O! Już wiadomo, nieoficjalnie, ale wiadomo, bo jest przeciek z komisji. To podobno był generał Błasik. To jego głos. A więc jednak nie Prezydent. I nie kobieta. Ale czy na pewno? Podobno na pewno. A więc zapytajmy się osoby najlepiej poinformowane. Ci jednak nic nie powiedzą. Jeden mówi, że to absolutna bzdura i skandal, że takie plotki krążą. Drugi na to, że nic jeszcze nie wiadomo. Trzeci, że wiadomo, ale nie wolno mówić.
I tak to trwa przez niemal dwa miesiące. Trochę mgły, trochę braków w wyszkoleniu, trochę mało doświadczenia, i jeszcze te reflektory, a może też wcale nie próbował lądować, tylko nagle wziął i spadł. Ale nie ma dnia, żeby jedna informacja nie pojawiała się jako wydarzenie dnia niemal codziennie – ktoś był w kokpicie. Co z tego? Nie wiadomo. Ale w końcu społeczeństwo ma swój rozum, więc niech kombinuje. Dzień w dzień, od niemal dwóch miesięcy, wraca jak bumerang jedna, tyle że wciąż przetwarzana, uzupełniana i korygowana informacja – jednak jest piąty głos. Ktoś był w kokpicie. Nie wiemy nic. Zero. Minister Miller mówi, że przyczyny wypadku (oczywiście, jak że by inaczej), jeśli w ogóle, poznamy za jakieś dwa lata. Kto inny wyjaśnia, że nie za dwa lata, ale za rok. Ale na razie nie wiadomo nic. Nawet nie jest pewna godzina katastrofy. Nic. Z wyjątkiem tej jednej informacji – ktoś był w kabinie pilotów.
Od wczoraj wiemy już niemal wszystko. To znaczy, prawie niemal wszystko. To znaczy, wszystko to co mamy wiedzieć. Prawie. Edmund Klich, jeden z najwybitniejszych ekspertów od tej katastrofy, i ktoś kto jest przy tej robocie od samego początku, przyszedł do telewizji TVN, żeby Sekielskiemu i Morozowskiemu opowiedzieć co słychać. A co słychać? Miałem okazję najpierw wczoraj przez parę godzin przeżywać ten żółty tefauenowski pasek z informacją, że była piąta osoba w kokpicie i że to był generał Błasik i że on był w kabinie do samego końca i że to ujawnił ów Klich. Później obejrzałem odpowiedni fragment tego programu. Otóż pytają Klicha, czy on może potwierdzić, że była piąta osoba w kokpicie. No, nie. Ale podobno była. No dobra, była. A kto to był? Tego na razie nie wiadomo. Ale mówią, że gen. Błasik. No, nie wiadomo. Może on. Ale czy na pewno on? Nie powiem. No ale skoro już pan przyszedł, niech pan powie. No niech już będzie. Powiem. Błasik. A jak długo tam był? No, do końca. A po co? Nie wiadomo, ale wiemy przecież, że samolot miał duże opóźnienie, wizyta była ważna, wszystkim zależało, żeby lądować, więc był. A co jest na skrzynkach? Coś tam jest, jakieś pojedyncze zdania, ale nie pamiętam co. No ale jakie zdania? Nie wiem. Mówią niewyraźnie. Nie można nic zrozumieć…
Jeśli ktoś przypuszcza, że ja sobie stroję żarty, to jest w głębokim błędzie. Tu nie ma żadnych żartów. Tu jest wyłącznie śmiertelna powaga. To jest prawdopodobnie najbardziej poważny tekst, jaki kiedykolwiek powstał na tym blogu. To jest tekst o śmierci pomnożonej przez 96. Mamy przed sobą tego Klicha. Człowieka, który ani nic nie wie, ani nic nie może powiedzieć, ani nic powiedzieć nie chce, a który jednocześnie lezie do studia telewizyjnego na zaproszenie dwóch gwiazd najbardziej popkulturowego dziennikarstwa, i lezie tam wyłącznie po to, żeby poinformować o dwóch rzeczach – pierwsza to taka, że on nic nie wie, a druga taka, że w kabinie pilotów samolotu roztrzaskanego w Smoleńsku do samego momentu katastrofy przebywał generał Błasik. A wiadomo to stąd, że zapis z czarnych skrzynek odtwarza jego głos. I tyle. To wszystko, co Klich wie. Że jest głos i czyj to głos. Klich przyszedł w poniedziałkową noc do telewizji, żeby najpierw się przez parę minut krygować, że nic nie powie, a potem powiedzieć o generale Błasiku.
Musimy to powtórzyć najdobitniej jak się tylko da. 10 kwietnia, w Smoleńsku doszło do straszliwej katastrofy polskiego samolotu, w której to katastrofie rozpadło się na drobne strzępy 96 bardzo znaczących dla naszego kraju osób, w tym prezydent Kaczyński i pani Kaczyńska. Nie wiadomo, co było przyczyną tej katastrofy i – jak nam się to tu to tam mówi – niewykluczone, że nigdy się tego nie dowiemy. Wiadomo, że oni wszyscy zostali tragicznie w tej katastrofie przemieleni i że to co ocalało, to wieniec, godło, wiele najróżniejszych osobistych rzeczy i trzy telefony satelitarne przeznaczone do prezydenckiego użytku. Podobno one też ocalały. Podobno. Wiadomo też, że miejsce katastrofy jest wystawione na pastwę ludzi i zwierząt i nie ma takiej siły, która by to miejsce przed tymi sępami ochroniła. No i wiadomo jeszcze coś. W kabinie pilotów do samego końca był generał Błasik. Od niemal samego początku widać bardzo precyzyjnie nakreśloną tendencję. Trzeba doprowadzić z jednej strony do takiej sytuacji, że nikt się nie odważy sugerować, że w Smoleńsku doszło do czegoś więcej niż wypadku, że dość już tego mazania się, bo Polska czeka, i że wszyscy mają wiedzieć i pamiętać, że w kabinie był piąty głos. Cały medialny wysiłek nastawiony jest na tę jedną intencję. Nic nie wiadomo, poza jednym – w kabinie był piąty głos.
Jestem pewien, że ta informacja będzie powracać przez następne kilka tygodni. Nie wykluczam, że w piątek 18 czerwca, lub może nawet gdzieś w Internecie 19 czerwca, albo może na pierwszej stronie Gazety Wyborczej w tę sobotę, pojawi się informacja, że zapis z czarnych skrzynek pokazuje dobitnie, że w kabinie pilotów został uruchomiony system głośnomówiący i ten głos to jednak nie był głos generała Błasika, lecz Jarosława Kaczyńskiego, który kazał pilotom lądować bez względu na warunki, bo jesienią mają się odbyć wybory prezydenckie i dla Lecha Kaczyńskiego i jego środowiska sukces wizyty w Katyniu jest z tego względu bardzo istotny. W poniedziałek, informację tę się skoryguje i wyjaśni, że jednak to była stewardessa i to 20 minut przed lądowaniem i że każdy kto się czuje dotknięty tym pomówieniem, niech przyjmie wyrazy ubolewania. Albo i nawet nie to. Bo w końcu nowe czasy będą wymagać nowych gestów.
Od pierwszego dnia po katastrofie w Smoleńsku, wiedziałem, że nigdy nie dowiemy się co tam się naprawdę wydarzyło. I, szczerze powiem, że nawet nie chciałem o tym mówić. Bo po co? Uważałem, że trzeba żyć i przygotowywać się do wyborów. Spodziewałem się, że niedługo coś nam dadzą, pewnie na temat tej mgły, lub jakichś ludzkich błędów, czy ludzkiego charakteru, i kto będzie chciał, to tym się przejmie, a kto nie – to nie. Nie spodziewałem się jednak, że System pozwoli sobie na coś tak absolutnie obrzydliwego. Że po tym, co już zrobił, nie odważy się ani na kolejny atak, ani na tak bezczelną i pełną agresji próbę przerzucenia odpowiedzialności za tę katastrofę na tych, którzy do dziś nie potrafią przez nią spać z rozpaczy i trwogi.
Ja wiem, że ów System bardzo nie znosi, jak ktoś próbuje za bardzo spekulować na tematy przyczyn tego co tam się stało. A więc nie będę spekulował. Powiem zwyczajnie, bez żadnych „może”, „kto wie?”, „zastanówmy się”. Jak oni tak, to ja tak. Jestem przekonany, że Prezydent, jego małżonka i 94 pozostałych osób lecących tym samolotem zostało w najbardziej wyrachowany sposób zamordowanych. Przez kogo? Tego nie wiem. Ani nie wiem, czy przez Rosjan, czy przez naszych, czy przez jednych i drugich wspólnymi siłami i w ramach wspólnego przedsięwzięcia. Czy przez polityków, czy przez biznesmenów. Zostali zamordowani ze względu na dwie tylko osoby – Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława. Dla władzy i dla pieniędzy. Nawet nie z czystego zła. To był tylko biznes. Ja to rozumiem. Tak to jest. Zawsze na początku i na końcu jest tylko biznes.
KOMENTARZE:
Swoją to drogą to mogliby te autopiloty robić mniej czułe na naciski.
2010-05-25 10:52 bieszczadnik.salon24.pl
... a skoro oni wiedzą że My wiemy, więc System odpuścić nie może, będzie do końca walczył. Ale niestety to nie jest tylko biznes, a wiesz dlaczego! Bo się irracjonalnie pastwią, więc widzę tu rękę mocy ciemną ohydną!
2010-05-25 10:53 dech.salon24.pl
@Toyah Tak, masz rację - najwyższy czas abyśmy to głośno powiedzieli: "Prezydent, jego małżonka i 94 pozostałych osób lecących tym samolotem zostało w najbardziej wyrachowany sposób zamordowanych". To boli jak diabli, to łamie serce, ale to trzeba było powiedzieć...
2010-05-25 10:53 galiusz.salon24.pl
toyah Nieuważnieś czytał tego Puzo. Michael wyraźnie mówi w pewnym momencie, że to wszystko, co oni robią, łącznie z handlem, jest bardzo osobiste. Tak bardzo, że bardziej być nie może, że u podstaw tego wszystkiego stoi zawsze osobista uraza i błąd, za który należy zapłacić. I to się nigdy nie zmieni.
2010-05-25 10:54 coryllus.salon24.pl
@ toyah - to niech pan powie, do kogo należy ten drugi głos w kabinie? - nie pamiętam - na pewno pan nie pamięta?oj, niech pan powie! - no dobra. Drugi głos w kabinie należy do Kaczyńskiego, Kaczyńskiej, Wassermana, Kochanowskiego, Gęsickiej. - no i do kogo jeszcze, niech pan nam powie!! - i do Kurtyki
2010-05-25 10:54 tytuspullo.salon24.pl
Toyah Prosze Pana, dobrze, ze Pan to powiedzial. Czuje dokladnie tak samo, od 10 kwietnia. Straszny ten tekst i dobitny. Ale DZIEKUJE Panu za niego. Jak dzisiaj rano kliknelam na ten fragment wypowiedzi Klicha, gdzie on tak parszywie udaje, ze niby tak go do muru przyciskaja, ze nie powie, bo mu nie wolno, a potem jednak mowi, to myslalam, ze ja tam pojde i mu dam w morde! Za to ze lazi do tych telewizji i udziela tych durnych wywiadow, a niby tajmnica go obowiazuje. Wszystko to takie nagrane, sztuczne, juz te jego pierwsze niby skarzenia sie na wspolprace w Rosji, byly zmylka, zeby opinie publiczna zjednac Ja musze to powiedziec, bo strasznie sie zdenerwowalam jak patrzylam na te jego falszywy twarz: to swinia! ewqa 0 31
Toyahu, W celu identyfikacji 5-ego głosu jeżdził już ktoś z MSZ. I co i nic. To wszystko to celowa dezinformacja. 2010-05-25 11:03 Hobo 2 0 513
Podlosc E.Klicha i TVN Czy ten balwan E.Klich pomyslal jaka krzywde wyrzadza rodzinie gen.Blasika. Co to za ludzie, bez serc, sumien i odpowiedzialnosci za slowa. Dziennikarze /to raczej zle slowo/ z tvn obrazaja zawod dziennikarski powinni sie nazywac manipulatorami.Podlosc jest tak wielka, ze az trudno o ttym pisac.
2010-05-25 11:17 savena 0 50
@ Z grubsza już wiadomo (wąwóz, błąd załogi, milczenie wieży) i petent Klich Edmund zbija punkty wyborcze dziwną co prawda techniką, ale przecież wyrwy dezinformacyjne liczne i bogate. (Ostatnio Jerzy Miller i kategoryczne stwierdzenie o pełnym udziale polskich urzędników w śledztwie, a następnie prokurator wojskowy oczekujący na przesłanie mu protokołu do podpisu...) Jednym słowem katastrofa. Ale kto się do niej przyczynił, to przecież wiemy już niemal od samego początku... I co ciekawe, całą brudną robotę wykonały polskie media. Putin mógł sobie pozwolić na ograniczenie aktywności do ruszania palcem w bucie... A za chwilę Rosja udzieli nam pomocy w klęsce żywiołowej (już lecą samoloty, pompy, sprzęt). Katastrofa, kataklizm... Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie... 2010-05-25 11:18 Sulima 0 172
co zrobili z Klichem w ciagu kilku tygodni? zastraszyli? prxzekupili? przeciez pamietamy, jak jako jedyny publicznie zaprotestowal przeciwko takiemu prowadzeniu sledztwa. a teraz nawet fizycznie wyglada na zeszmaconego...
2010-05-25 11:20 OldSurehand 40 101 ku4RP.salon24.pl
moze to juz czas na dzialanie Jesli sa tacy co oczekują na tę prawdę to chyba warto rozważyć utworzenie społecznej instytucji, której celem bedzie wyjaśnienie tego co się wydarzyło.Osoby zufania spolecznego, konto i angażowanie najlepszych specjalistów. Nie mozemy "utopić " się w nieuwadze, zaniedbaniach, niekompetencji.
2010-05-25 11:22 Soc 1 1 zdroje.salon24.pl
@OldSurehand "co zrobili z Klichem w ciagu kilku tygodni? zastraszyli? prxzekupili? przeciez" pokazali mu dokumenty
2010-05-25 11:24 karol353 0 223
@OldSurehand on się tylko targował o cenę, a Ty nieopacznie wziąłeś to za dobrą monetę! pozdrawiam.
2010-05-25 11:25 CmentarnyDech 35 493 dech.salon24.pl
@Toyah Dobrze napisane !!! Ja w ogóle uważam, że wszystkie te rewelacje to tak zwane "szczury", czyli fałszywe lub przesadzone informacje służące do siania zamętu. Pisałam o tym w notce "O wypuszczaniu szczurów" z 05.05. Zamiast zawracać sobie nimi głowę, trzeba się zastanowić, kto najwiecej skorzystał na tej katastrofie. Wygląda na to, iż było to środowisko byłego WSI. Można więc podejrzewać, że to właśnie oni wraz z cześcią służb rosyjskich /niekoniecznie tą kochajacą Putina/ zmajstrowali ten wypadek. Władze rosyjkie się w tym zorientowały i teraz szantażują stronę polską. Taka hipoteza nieźle tłumaczy to, co się obecnie dzieje.
2010-05-25 11:27 elig 312 emerytka.salon24.pl link do komentarza zgłoś nadużycie usuń odpowiedz
@OldSurehand a dwóch generałów ze sztabu odeszło jednego dnia. ludzie nie wytrzymują presji, bo prawda jest najwyraźniej straszna.
2010-05-25 11:29 Zuzanna Lenska 18 72 Zuzanna zuzanna.salon24.pl
@toyah To ja Ci powiem że idę do Spowiedzi bo nienawiść mi wzbiera i jakieś słówko do św Faustynki szepnąć by o wstawiennictwo za Ojczyznę prosić... Świątynia pod nosem, a i pogoda nastraja...
2010-05-25 11:31 CmentarnyDech 35 493 dech.salon24.pl
a jaką profesję (specjalność) wojskową miał gen. Błasik? Czy aby nie był on przypadkiem pilotem? Na dodatek dowodcą Sił Powietrznych Co zatem dziwnego w tym, że wymienia uwagi z pilotami.
2010-05-25 11:31 unukalhai 0 12085
@Zuzanna Lenska Właśnie coś w tym jest tylko ignoranci ze starych mediów nie łączą faktów!
2010-05-25 11:33 CmentarnyDech 35 493 dech.salon24.pl
@toyah Podpisuję się pod tym, co Pan napisał, a zwłaszcza pod ostatnim akapitem; sama bym tego lepiej nie ujęła. Dziękuję, że Pan pisze
2010-05-25 11:36 mdm 0 49

poniedziałek, 24 maja 2010

Życie



Dziś nieco wcześniej, poruszony wypowiedzią Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, gdzie ona wyraziła swoje zniesmaczenie faktem, że niektórzy ludzie noszą żałobę dłużej niż tydzień i w ten sposób narażają ją na przykrości, które jej trudno jest znieść, wyraziłem przypuszczenie, że środowisko, jakie reprezentuje Kidawa-Błońska, podobnie zresztą, jak ona sama - to świat obcy. Obcy do tego stopnia, że dla nas, ludzi przywiązanych do tradycyjnej kultury i cywilizacji jaką znamy, całkowicie niedostępny. Kiedy tak sobie myślałem o tej Kidawie i zastanawiałem się, jak będzie można ten problem rozwiązać, kiedy dojdzie już do starcia bezpośredniego, gdzie albo uda się proces unieważniania tego wszystkiego co nas ukształtowało powstrzymać, albo ten świat będzie się musiał skończyć, wróciła ze szkoły moja najmłodsza córka i powiedziała, że jej koleżanka zaszła w ciążę, a ponieważ tej ciąży nie chciała, od znajomego lekarza wyłudziła odpowiednią tabletkę i to dziecko zamordowała.
Przede wszystkim muszę od razu się zastrzec, że ja zdaję sobie sprawę z tego, że wydarzenia posunęły się ostatnio tak daleko, że problem aborcji - zwłaszcza aborcji prostej, czystej i zwykłej - jak gdyby lekko przybladł. Że informacje, jakie ostatnio do nas dochodzą z tak zwanego świata, pokazują nam bardzo jasno, że nadchodzą czasy, w których to moje dzisiejsze pisanie może się okazać zwykłą dziecinadą. Wiem też świetnie, że cała ta historia z ciążą to może być zwykłe kłamstwo, jakie sobie dziewczynki we wczesnych latach licealnych mogą opowiadać, żeby zrobić wrażenie na koleżankach. Mimo to jednak, się wzruszyłem .
Pamiętam dni, kiedy pierwszy raz dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli dziecko. To był późny PRL, moja żona poszła do swojej pani doktor, a ta ją od drzwi spytała: "To co? Usuwamy?" Ona nie miała żadnego powodu, żeby o to pytać, ale widocznie miała taki nastrój, więc spytała. Pamiętam, że byliśmy tym pytaniem bardzo poruszeni. Dziś, ponad dwadzieścia lat po tym doświadczeniu, młodsza Toyahówna przychodzi i mówi, że jej koleżanka z klasy poszła do jakiegoś lekarza i on jej załatwił tabletkę. A więc wszystko działa jak zawsze, tyle że poziom tego wszystkiego zszedł w okolice gimnazjów i liceów.
Jaka jest szansa, że to co ta dziewczynka opowiedziała mojej córce to szczera prawda? Nie wiem. Mam nadzieję, że to nieprawda. Ale boję się, że w końcu czemu nie? Czasy są bardzo szczególne. Kidawa-Błońska oświadcza, że nie życzy sobie oglądać żałoby dłużej niż tydzień, jak się dowiaduję, aktorka Janda ogłasza, że będzie żądąła odszkodowania za żałobę, bo jej teatry poniosły straty, Magdalena Środa chwali się publicznie, że ona swoim studentom na zajęciach objaśnia, że rodzina jako wartość jest dziewiętnastowiecznym zabobonem i że odnosi nawet na tym polu pewne sukcesy. A zatem - czemu nie? Może więc jest tak, że ta dziewczynka zaszła w ciążę, poszła do znajomego lekarza i jakoś z nim utargowała to co chciała?
Tego się jednak nie dowiemy. To co wiemy, to to że zostajemy powoli wypierani. I że najprawdopodobniej idzie wojna. Kto wie, czy to właśnie nie ta, o której wspominał niedawno Andrzej Wajda. A więc musimy się bardzo skoncentrować. Póki co, chciałbym tu przypomnieć tekst, który zamieściłem na tym blogu jeszcze w grudniu 2008 roku, zatytułowany 'Życie'. O życiu właśnie. Zapraszam.
Wśród wielu zjawisk, z którymi muszę się potykać przez całe moje życie, są też takie, których natury nie udało mi się nigdy zgłębić. Ponieważ, jak sięgnę pamięcią, od zawsze lubiłem wiedzieć, co i jak, i najgorsze, co mnie mogło spotkać to zdarzenia i sytuacje, nad którymi nie dość, że nie potrafiłem intelektualnie zapanować, to jeszcze często miałem wrażenie, że jestem wobec nich kompletnie bezradny. Jedną z tych rzeczy jest i zawsze było to, występujące w pewnych środowiskach, nieprawdopodobnie obsesyjne pragnienie czyjejś śmierci. I nie chodzi mi tu o to zwykłe, wulgarne życzenie śmierci dla kogoś kogo nie lubimy tak bardzo, że w pewnym momencie jedyne co nasza bezradność potrafi stworzyć, to właśnie to straszne rozwiązanie ostateczne. Oczywiście, jest tego dużo, i intensywność tego typu emocji czasem nawet mnie przeraża, ale w sumie wydaje mi się, że więcej w tych gestach i w tych słowach zwykłej złości, która równie szybko przemija, jak i przychodzi, niż czegoś ostatecznego. Więc nie o tym chcę mówić.
Kiedy myślę o tych chorych pragnieniach, to widzę przed sobą ludzi, którzy, z jednej strony, uważają się najczęściej za niezwykle światłych, pełnych współczucia i dobrych intencji humanistów, a z drugiej ich umysły są nieustannie zaprzątnięte jedną myślą. Jak by to można było zrobić, żeby tak poprawić świat, aby ogólny poziom wygody i szczęścia podniósł się znacząco, a jednocześnie jak najmniej ludzi słabszych i siłą rzeczy nie objętych tym pozytywnym wzmocnieniem, ucierpiało? Oczywiście żaden z tych specjalistów od poprawiania natury - bo tu właśnie o poprawianie natury chodzi - nigdy nie przyzna, że oni mają na celu zabijanie. A jeśli nawet wskutek ich pełnych dobrych zamierzeń działań, jakaś śmierć od czasu do czasu nastąpi, to oni zrobią wszystko, żeby znaleźć dla niej jakąś zastępczą nazwę, albo jakieś szczególnie przekonujące usprawiedliwienie. Najczęściej, w imię właśnie wyższych racji i w imię współczucia i w imię dbałości o to co najważniejsze - czyli właśnie życie. Co za pokrętność!
Ludzie o których mówię są aktywni właściwie stale, tyle że ich aktywność raz jest niższa, a raz wyższa. Potrafią całymi latami coś sobie tam dłubać, coś kombinować, od czasu do czasu rzucić parę słów, by nagle, ni stąd ni zowąd, rozpętać wielomiesięczną kampanię na rzecz albo rozszerzenia prawa do aborcji, albo ponownego zdefiniowania pojęcia eutanazji, czy wreszcie do wprowadzenia takich regulacji prawnych, żeby coś co dotychczas było ze względów biologicznych, czy prawnych niemożliwe, stało się możliwe - choćby tylko troszeczkę. Najczęściej oni wszyscy nie mają w propagowaniu tych swoich cudacznych rozwiązań żadnego osobistego interesu. Wielu z nich, jeśli chcą, żeby można było bezkarnie zabijać dzieci nienarodzone, czy żeby można było bezkarnie skracać męki, w sposób ostateczny, starszym ludziom, czy żeby - jak to ostatnio się przydarzyło pewnemu bardzo wrażliwemu i szlachetnemu posłowi z Krakowa - tak posterować procesem prokreacji, żeby ludzie, którzy nie są w stanie mieć dzieci, jednak te dzieci miały, nie robią tego dlatego, że sami mają kłopot z niechcianą ciążą, niechcianą babcią, czy okropnie chcianym dzieckiem. Oni tę całą swoją aktywność, bardzo często traktują jako działalność społeczną, prowadzoną niemal na takich samych zasadach, jak to się dzieje w przypadku Jerzego Owsiaka i jego Orkiestry. Czysta akcja szczerych serc. Uwaga do osób z tej głupszej strony - to była ironia.
Są też wśród nich tacy również, którzy po prostu zawsze byli zafascynowani tak zwanym rozwojem, tak zwanym postępem, tak zwaną nauką. To o nich, już wieki temu, pisali różni autorzy książek, a autorzy filmów, już dziesiątki lat temu, tworzyli horrory, które miały przestraszać wszystkich na tyle wrażliwych, że wiedzieli co się stanie, jeśli człowiek - w swoim szaleństwie - zacznie zastępować Pana Boga. To oni jakimś cudem przetrwali te wszystkie prawdziwe i wymyślone kataklizmy i ze zdwojoną energią, kiedy tylko widzą probówkę wypełnioną jakimś tajemniczym płynem, zaczynają nerwowo dreptać w miejscu.
Więc, jak już wspomniałem na początku, nigdy nie potrafiłem rozgryźć ich do końca. Wydawałoby się, że dla człowieka średnio inteligentnego i średnio wrażliwego, nie powinno stanowić większego kłopotu, żeby zadumać się nad tajemnicą życia, nad życia zagadką i nad tego życia niepowtarzalnym pięknem, żeby nabrać w stosunku do tego życia wystarczającej pokory i żeby raz na zawsze przynajmniej przestać przy tym życiu się niepotrzebnie kręcić. Przecież właśnie całe nasze życie jest związane z nieustannym, bardziej lub mniej mądrym, filozofowaniem. Człowiek może być głupi, może być zły, może być gnuśny i szaleńczo beztroski, ale jednej rzeczy nie można mu odmówić. Tej mianowicie, że przynajmniej raz na jakiś czas, wymyśli sobie jakąś refleksję na temat czasu, który mija, albo śmierci, która jest nieuchronna, albo świata, który jest taki piękny (lub brzydki). A tu nagle, przychodzą ludzie, z pozoru zupełnie psychicznie opanowani, i wtykają swoje spocone paluchy w sprawy absolutnie dla nich niedostępne. Co za tępota! Mówi im się, że nienarodzone dziecko jest człowiekiem i być może chce bardzo żyć. Na nic. Mówi im się, że starszy człowiek, albo choćby i młody, ale cierpiący, też tak naprawdę najbardziej potrzebuje miłości. Jak kulą w płot. Mówi im się, że jeśli ktoś nie może mieć dzieci, to dzieci mieć nie może, a jeśli nagle ktoś wykombinuje, że spróbujemy sprawę obejść troszkę bokiem i przy minimalnych stratach może jakoś się uda to chciejstwo zaspokoić, to w takim myśleniu czai się czyste zło. Pudło.
Czemu tak się dzieje? Wydawałoby się, że wszystko to jest tak oczywiste. Otóż nie. Z jakiegoś powodu, wygląda na to, że jest bardzo duża grupa ludzi, którzy, jeśli w ogóle myślą o życiu, to na poziomie supermarketu. Czyli w kategoriach tylko ceny i jakości. Ja tego nie rozumiem, ale wygląda na to, że tak to właśnie się dzieje. Nawet jeśli któryś z nich się zaduma nad życiem na poziomie nieco wyższym niż to co widzimy, to i tak efekt jest tak okropnie prostacki, że aż wstyd to komentować. Aż nie potrafię uwierzyć, że w odniesieniu do czegoś tak nam bliskiego, jak nasze życie, można osiągnąć tak nieprawdopodobny stan zgłupienia.
Pozwolę sobie na akcent osobisty. Mamy troje dzieci. Każde z nich jest tak nieprawdopodobnie inne, tak niezwykle niepowtarzalne, w tak absolutnie niewytłumaczalny sposób różne o drugiego, że czasem sam się z siebie śmieję, że każde z nich z pewnością jest od innego listonosza. Mamy ich troje. I od czasu, jak zrozumieliśmy, ze już więcej dzieci mieć nie będziemy, prześladuje mnie myśl, że ja nigdy już się nie dowiem, jakie by było to czwarte dziecko. Czy to byłby chłopak, czy dziewczynka? Czy to moje czwarte dziecko byłoby takie jak któreś z tych, które są z nami, czy może byłoby zupełnie inne? Jak wpadnę w odpowiedni nastrój, zaczynam się autentycznie denerwować. Bo, choć wiem, że to jest szaleństwo, to świadomość tego, że to potencjalne życie, ta potencjalna osoba właściwie jest na wyciągnięcie ręki, mnie paraliżuje.
I teraz wyobraźmy sobie coś, co źli ludzie lubią lekceważyć, jako płód, czy zygotę, czy plemnik. A co ludzie mniej źli starają się postrzegać w kategoriach społecznych, które - jak wiemy - są bardzo skomplikowane. O czym tu w ogóle można gadać??? Przecież tu żadne słowo się nie mieści. Tu w ogóle nie ma miejsca na dyskusję. Tu jest problem osoby. Osoby niepowtarzalnej. Osoby jedynej. Tu chodzi o boski akt stworzenia. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć?
A ta myśl działa w dwóch kierunkach. Opowiem Wam coś jeszcze. Młody Toyah, kiedy miał trzy lata, może mniej, leżał kiedyś wieczorem w swoim łóżeczku i nagle zaczął okropnie płakać. Płakał tak strasznie, że nie było sposobu, żeby go uspokoić. Kiedy wreszcie doszedł do siebie, powiedział nam, o co chodzi. Otóż on sobie leżał w tym łóżku, słyszał, jak życie w domu się toczy, jak starsza Toyahówna gdzieś tam łazi, jak my sobie coś tam przestawiamy i nagle on sobie pomyślał, JAKIE TO MUSIELIŚMY MIEĆ STRASZNIE SMUTNE ŻYCIE, KIEDY JEGO NIE BYŁO NA ŚWIECIE!
On sobie tak leżał, pomyślał sobie o tym świecie, kiedy on, jako osoba, jako koncepcja, jako kształt, jako dusza, jako nowe życie, był gdzieś - nie wiadomo gdzie - a nasz świat był uboższy o tę jedną, jedyną osobę. I uznał, ze to jest bardzo smutne. I się pobeczał.
Przecież to jest takie proste. Na tyle proste, że nawet trzyletnie dziecko potrafi jakoś to opisać. A tu nagle okazuje się, ze pełno mądrych, starszych, wykształconych i bardzo doświadczonych ludzi, nie jest w stanie tego nawet zahaczyć swoją myślą. Co to się dzieje? Czyżby najprostsza, najbardziej podstawowa wrażliwość była towarem aż tak bardzo delikatesowym? Może i tak. Może właśnie o to chodzi. Chodzi o wrażliwość. To by się nawet zgadzało. Młody Toyah w tym roku zdaje maturę, wcześniej ma studniówkę i skarży się, że nie ma z kim na tę studniówkę iść. Czyżby on był tak bardzo inny, że na tym przecież tak nieskomplikowanym polu on po prostu odpada? Czyżby miało być tak, że od pewnego poziomu wrażliwości, świat współczesny przestaje istnieć? Czy to możliwe, że, część z nas po prostu w pewnym momencie została z tyłu i jesteśmy już tylko obiektami muzealnymi? Jakimś odległym wspomnieniem, na które ludzie prawdziwie związani z dylematami współczesnego świata patrzą jak na dziwadła?
Biedny młody Toyah. Czy warto to było w tak młodym wieku uderzać w tak wysokie tony? Ciekawe. Warto to było?

Mars napada



Wywiad jak Robert Mazurek przeprowadził z Małgorzatą Kidawą-Błońską dla sobotniej Rzeczpospolitej stał się hitem, i został już bardzo solidnie omówiony choćby przez naszego kolegę rosemanna. http://www.facebook.com/note.php?note_id=442687966928&id=279230960724 . Hitem stał się trochę oczywiście przez to, że tak jak większość rozmów Mazurka robi odpowiednie wrażenie, ale przede wszystkim jednak dlatego, że Mazurkowi udało się, po raz pierwszy chyba od kultowych w późnym PRL-u jeszcze Onych Teresy Torańskiej, w tak czysty sposób przedstawić osobę publiczną kompletnie odartą z tak zwanego wizerunku. Mazurek osiągnął coś, o czym wielu dziennikarzy może tylko marzyć. A więc posadził przed mikrofonem – w naszym wypadku – pierwszoplanowego polityka i poprowadził rozmowę w taki sposób, że wszystko to, co każdy polityk stara się maksymalnie ukryć, a więc właśnie wszystko to co kryje się za tym wizerunkiem, rozwinęło się w sztandar najczystszego prostactwa, by nie powiedzieć – agresywnej, pełnej samozadowolenia tępoty.
Małgorzata Kidawa-Błońska pełni funkcję rzecznika sztabu wyborczego Bronisława Komorowskiego, a więc jest takim platformowym odpowiednikiem Pawła Poncyliusza. Ponadto jest osobą – co widać wyraźnie na dołączonym do wywiadu zdjęciu – bardzo elegancką i według wszelkich pozorów wręcz reprezentacyjną. Więcej. Jeśli zajrzymy do internetowej wyszukiwarki, możemy się dowiedzieć, że pani Kidawa-Błońska jest również zwyciężczynią Konkursu Wirtualnej Polski na „najpiękniejszą polską posłankę”, tuż za kolejną medialną gwiazdą PO – Joanną Muchą. I oto, staje pani Kidawa-Błońska przed mikrofonem, przystrojona całym tym swoim wyżej wymienionym dorobkiem, i już po chwili z tego jej wizerunku zostają tylko pojedyncze zdania, zdania udokumentowane, zapisane, odpowiednio uwiecznione, które już zawsze będą wyłącznie służyły do zilustrowania intelektualnego upadku, jaki stał się udziałem współczesnych polskich elit.
Chwalę tu Roberta Mazurka, choć nie do końca jestem pewien, czy to on był głównym twórcą tej rewelacji, czy może Kidawa-Błońska jest czymś tak wyjątkowym, że nawet w rozmowie przeprowadzonej na zamówienie sztabu Bronisława Komorowskiego, czy ilustrowanego magazynu Pani, ona nic lepszego by z siebie nie umiała wydobyć. Może jest tak, że kampania prezydencka Komorowskiego w sposób naturalny przyciąga do siebie ten już absolutnie najgorszy asortyment, który tak naprawdę pozbawiony jest jakiegokolwiek wizerunku, i jedyne co trzeba zrobić, żeby tych ludzi zobaczyć takimi jakimi oni są, wystarczy ich tylko postawić w miejscu widocznym i pozwolić gadać? A może jest tak, że gdyby Robert Mazurek, zamiast Kidawy-Błońskiej wziął na spytki Sławomira Nowaka, Zbigniewa Hołdysa, czy Daniela Olbrychskiego, to nie poszłoby mu równie łatwo? Może oni tam nie wszyscy są aż tacy?
Jak już zaznaczyłem na początku, sprawa tej rozmowy została już odpowiednio skomentowana, więc nie będę powtarzał oczywistości. Zwróciłem jedynie uwagę na ten ciężki zgrzyt, jaki prawdopodobnie uderza wszystkich, którzy sobie wcześniej wyobrażali, że ktoś taki jak Małgorzata Kidawa-Błońska nie może być aż tak tępy. Gdyby na miejscu Kidawy siedział minister Miller na przykład, lub były poseł Filipek, można by było nawet na te ekscesy nie zwrócić uwagi, lub uwagę zwrócić, ale machnąć ręką. Kidawa jest natomiast jak najbardziej wyborny dowcip o blondynce w realu. Ona żyje. I Mazurek ma przynajmniej taką zasługą, że ją do tego życia powołał.
Jest jednak coś jeszcze, na co chciałbym zwrócić uwagę w tej szczególnej rozmowie, a co jest ściśle związane z problemem tego wizerunku, który jakże zbyt często okazuje się jedynym co pewna część polskiej polityki posiada. W pewnym momencie tego wywiadu, Kidawa-Błońska, próbując usprawiedliwić słowa o „nekrofilii politycznej”, zaczyna się skarżyć, że ona bardzo źle znosi tę przedłużającą się żałobę, te kwiaty, te świeczki. A na pytanie Mazurka o to, jak ona osobiście przeżywa swoje osobiste straty, oświadcza, że jak jej mama umarła, to ona nosiła się na czarno tydzień i ani dnia dłużej. Ten fragment akurat jest dla mnie tak niezwykły z dwóch powodów. Po pierwsze, uderzające jest to, że ona to w ogóle mówi. Wydaje mi się, że gdyby zamiast Kidawy siedział tam Kutz, albo Palikot, albo jakiś durny aktor, czy piosenkarz, to żaden z nich nie złożyłby takiego świadectwa, bo by mu zwyczajnie było wstyd. Bo wiedziałby, że przyznając się do czegoś takiego, mógłby się już właściwie przyznać do wszystkiego. A więc tu akurat mamy do czynienia ze wspomnianą wyżej wyjątkowością Małgorzaty Kidawy-Błońskiej osobiście.
Druga część tego zjawiska jest jednak, moim zdaniem, znacznie bardziej interesująca. Chodzi mi mianowicie o to, że ona prawdopodobnie rzeczywiście po śmierci swojej mamy cierpliwie odczekała tydzień i zanurzyła się w życiu. Że, kiedy ona mówi o tej mamie, to nie dlatego, że bieżąca polityka wymaga tego typu kłamstw, a to że ją wyznaczyli do tej roboty, to taka kolej rzeczy. Ona najpewniej autentycznie uważa, że żałoba – każda żałoba – powinna trwać maksymalnie tydzień, bo inaczej otaczający nas świat może w stosunku do nas zgłosić pretensje, i będą to pretensje jak najbardziej słuszne. Należy więc uznać, że cały ten wstręt, jaki część naszych elit ostatnio manifestuje wobec nastroju smutku po stracie ludzi zabitych w katastrofie pod Smoleńskiem, niekoniecznie musi wynikać z tej satysfakcji, że zginął tam też Prezydent, jego żona i kilku jego przyjaciół, i tego, że jego brat stracił rodzinę, ani też z tej złości, że część publicznej opinii rozgrzebuje tę sprawę szukając winnych, podczas gdy winnych nie ma. To, owszem, nie jest bez znaczenia. Jednak można dziś podejrzewać, wsłuchując się w szczere wyznania Małgorzaty-Kidawy Błońskiej, że oni zwyczajnie uważają, że żałoba sama w sobie jest czymś niezrozumiałym i zbędnym. Że ta ich wściekłość na ten dojmujący smutek, jaki wypełnia życie wielu Polaków, jest niekoniecznie spowodowany tym, że to nie jest ten smutek, lub że to jest ten typ uczucia, który u nich akurat manifestuje się w zawziętej satysfakcji. Że oni stanowią od pewnego czasu obcą cywilizację.
Parę dni temu wspominałem o Zbigniewie Hołdysie, który je w czapce, czym ustawia się poza najbardziej podstawową kulturą i tradycją, jaką znamy. Myślę, że u Hołdysa kwestia tej czapki nie jest już wynikiem wyboru, którego on kiedyś dokonał, zaakceptował i go z takim zaangażowaniem hołubi. On, kiedy je, nie zdejmuje czapki, bo mu to nie przychodzi do głowy, ale też dlatego, że nie ma takiego odruchu, żeby ją przy stole zdejmować. Podobnie z Błońską. Ona też nie dlatego nie ma uczuć, bo doszła do wniosku, że tak będzie lepiej. Wydaje mi się dziś, że to wszystko stanowi część czegoś znacznie bardziej rozbudowanego. Że oni są zwyczajnie inni. Że oni nie walczą nie tylko o doraźne wpływy i o doraźną satysfakcję. To już jest spór cywilizacyjny. Oni są obcy. Jest bardzo możliwe, że przez ostatnie lata tuż obok nas został wyhodowany nowy gatunek człowieka. Ktoś komu łzy są potrzebne wyłącznie do tego, by mu oczy nie zaskorupiały.
PS – Wywiad o którym mówimy jest oczywiście bezpłatnie dostępny na stronach Rzeczpospolitej. Ponieważ jednak, aby go czytać w całości, i tak należy się zalogować do serwisu, podaję wersję dostępną na Facebooku.