Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubezpieczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubezpieczenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2015

Jak doprowadzić do bankructwa TUiR Warta S.A.

Po kilku dniach dość intensywnego napięcia popadłem w stan, w którym nagle poczułem, że nie mam absolutnie nic na jakikolwiek absolutnie temat do powiedzenia, i właściwie mógłbym sobie zrobić przerwę na ten weekend, ale przyszło mi do głowy, że może wykorzystam ten moment intelektualnej pustki i opowiem przygodę, która mi się przydarzyła kilka miesięcy temu. Ot tak, trochę dla zabawy, a trochę dla nauki.
Otóż, jak może niektórzy z nas pamiętają, jesienią ubiegłego roku skradziono mi telefon, o czym, ze względu na to, iż ów fakt mocno nadwyrężył moje możliwości obsługiwania na bieżąco bloga, poinformowałem. A stało się tak, że którejś niedzieli wracałem z porannego spaceru z psem, kiedy zza rogu wyszedł na nas nieznajomy człowiek z równie nieznajomym psem, który na widok mojego psa dostał ciężkiej cholery i rzucił się, by go zamordować. I wzajemnie. Starcie trwało dłuższą chwilę, podczas której człowiek od psa darł na mnie mordę, ja próbowałem zwierzęta rozdzielić, a kiedy wszystko udało się szczęśliwie zakończyć, zorientowałem się, że korzystając z zamieszania, pan od psa (no bo raczej nie pies) rąbnął mi telefon.
Ponieważ telefon miał swoją wartość, na tyle dużą, że podpuszczony przez operatora podczas podpisywania umowy, zdecydowałem się go ubezpieczyć, pierwsze co uznałem za stosowne zrobić, to poszedłem z kradzieżą na policję, a następnie zgłosiłem tak zwaną „szkodę” do ubezpieczyciela, czyli do TUiR Warta. Po dokonaniu wszelkich niezbędnych formalności, Warta uruchomiła proces sprawdzenia i otrzymałem pierwsze pismo, gdzie zostałem poinformowany, że – z zachowaniem oryginalnej pisowni – „TUiR WARTA S.A. dokonało czynności likwidacyjnych dotyczących szkody polegającej na uszkodzeniu telefonu SONY C6903 XPERIA Z1. Z zebranych w sprawie informacji wynika, że w nieznanych okolicznościach doszło do nieznany przywłaszczenia telefonu” i że ponieważ opisane zdarzenie nie jest objęte ochroną, Warta nie przyjmuje odpowiedzialności i odszkodowania nie przyznaje.
Napisałem do Warty odwołanie, w którym przede wszystkim zwróciłem uwagę na to, że oni najwidoczniej mnie pomylili z kimś innym, i na to przyszła odpowiedź, w której już wprawdzie nie wspomniano o uszkodzonym telefonie, natomiast zwrócono mi uwagę, że wprawdzie ustalono, że „telefon był w kieszeni, po czasie poszkodowany zorientował się, że telefon został skradziony”, jednak ponieważ ubezpieczenie obejmuje wyłącznie przypadek „kradzieży z włamaniem, kradzieży zuchwałej, kradzieży kieszonkowej, rabunku, dewastacji, uszkodzenia lub zniszczenia w wyniku nieszczęśliwego wypadku, z wyłączeniem zalania, oraz nieuprawnionego użycia telefonu”, należy uznać, że „szkoda nie powstała w wyniku zdarzenia objętego ochroną”.
Napisałem więc do Warty kolejne pismo, w którym wyjaśniłem, że skoro telefon był w kieszeni, a ja się nagle zorientowałem, że telefon został skradziony, to zdarzenie należy nazwać kradzieżą kieszonkową. Ale też, jeśli Warcie nie podoba się określenie „kradzież kieszonkowa”, może to co się stało uznać za kradzież zuchwałą, ewentualnie rabunek, i też zachować czyste sumienie.
I wtedy otrzymałem kolejne, trzecie już pismo, w którym Warta wyjaśniła mi, że problem polega na tym, że to co mnie spotkało, to nie kradzież, lecz „przywłaszczenie rzeczy znalezionej”, a na liście szkód, które Warta autoryzuje przywłaszczenie w jakiejkolwiek postaci nie występuje.
I pewnie tak by się ta wymiana ciągnęła do, pardon my french, zasranej ich lub mojej śmierci, gdyby nie mój serdeczny kumpel Przemek Walkowiak, który znalazł u siebie w domu prawdziwego chińskiego androida z potłuczonym ekranem, oddał go do naprawy i już w najbliższym tygodniu mam dostać to cacko, stając się prawdopodobnie jedynym w całej naszej bandzie, który nie będzie się posługiwał jakimś głupim Sonym, Samsungiem, czy, nie daj Boże, Nokią, ale autentycznym chińczykiem bez nazwy. Już się nie mogę doczekać.
Natomiast tym z nas, którym kiedykolwiek przyjdzie do głowy, by się ubezpieczyć w firmie TUiR Warta S.A. na jakąkolwiek okoliczność, chciałbym poradzić, żeby tego pod żadnym pozorem nie robili, a zaoszczędzone pieniądze wydali na piwo Ciechan, natomiast jeśli mamy telefon w Orange, z którym najwidoczniej Warta ma wspólne interesy, i ten telefon któregoś dnia nam się znudzi, proponuje, żeby złożyć na policji zawiadomienie, że dwóch Cyganów z nożem nam go zabrało, a następnie zgłosić w Warcie prosty rabunek i niech płacą.

Informuję, że w księgarni pani Lucyny Maciejewskiej pod adresem www.coryllus.pl wciąż można kupować ostatnie już egzemplarze moich pierwszych dwóch książek, sygnowanych jeszcze imieniem Toyah, a więc „O siedmiokilogramowym liściu”, oraz „Twój pierwszy elementarz”. Cena jednego egzemplarza wynosi zaledwie 15 zł, a więc mniej niż miesięczna rata w Warcie. Nawet nie ma o czym gadać.

niedziela, 3 października 2010

Gramy w życie

Pamiętam jak parę miesięcy temu zadzwonił do mnie bank, w którym niefortunnie mam uruchomiony kredyt, i jakaś wypuszczona na front przez tych przedsiębiorczych ludzi biedaczka, zaproponowała mi, żebym za sto złotych miesięcznie skorzystał z ich pośrednictwa w dostępie do bezkolejkowej i jak najbardziej bezpłatnej służby zdrowia. Ponieważ zarówno ja, jak i moja żona, przy wspomnianym dostępie do, również jak najbardziej, bezpłatnej opieki zdrowotnej korzystamy od wielu już lat z obowiązkowego – i przy okazji znacznie bardziej kosztownego niż sto złotych na rodzinę – pośrednictwa tzw. ZUS-u, nie planowałem bez sensu zwiększać rodzinnych wydatków, rozmowa była krótka i sprowadzała się niemal wyłącznie do uprzejmego nieprzerywania miłej pani. Mimo to, zdążyłem się jeszcze dowiedzieć, że cała ta oferta nie ma najmniejszego sensu, bo ja i tak bym nie pasował do koncepcji banku. Choćby ze względu na fakt, że mamy aż troje dzieci, a oni całą operację zaplanowali na rodziny maksymalnie czteroosobowe.
Jak mówię, sprawa dodatkowego ubezpieczania zdrowia i życia w prywatnych bankach interesowała mnie w stopniu minimalnym, mimo to jednak przez jakiś czas, ten niezwykły telefon chodził mi po głowie. No bo proszę pomyśleć. Polskie państwo, wręcz z cywilizacyjnie gwarantowanej zasady, zapewnia każdemu obywatelowi wcześniej opłacony w formie składek dostęp do powszechnie dostępnej ochrony zdrowia. Jedyne czego w ramach tego narodowego porozumienia ono od nas wymaga, to tego, byśmy my – jeśli tylko mamy możliwość – pracowali, a ono już się zajmie resztą. I oto od pewnego czasu widzimy, jak najbardziej przejrzyście, że jedyne co z tej umowy dziś nam pozostało, to nasza praca, wspomniane składki i system, który bardzo skrupulatnie egzekwuje owych składek spływalność. Wprawdzie z jakiegoś powodu, jak dotychczas nie widzimy wokół siebie porzuconych, umierających na ulicach ludzi, i oczywiście wszędzie jest całe mnóstwo aptek, gdzie – jeśli nas tylko na to stać – możemy sobie kupić niemal dowolne lekarstwo, które przynajmniej teoretycznie może nas wyleczyć, niemniej każdy w miarę rozgarnięty obywatel wie, że to jest już niemal wszystko, co nam dziś pozostało i na co możemy jako tako liczyć.
Wspomniałem o aptekach. Oczywiście sens ich istnienia jest jak najbardziej oczywisty z wielu powodów. Przede wszystkim chodzi o to, żeby mógł się rozwijać przemysł farmaceutyczny i żeby dzięki temu wielu ludzi miało dobrą i dobrze płatną pracę. Niektórzy twierdzą, że może jeszcze chodzić o to, że gdyby nie było aptek, ludzie których boli głowa, nie mogą spać po nocach, lub cierpią na dolegliwości trawienne, nie mieliby co z sobą zrobić. Na to jednak pada argument, że ponieważ tak naprawdę wcale nie ma pewności, co w tych tabletkach jest, bez nich wcale nie musiałoby być gorzej niż jest teraz. Tak czy inaczej, przyglądając się sytuacji, nie sposób nie podejrzewać, że ostatni, w miarę dobrze funkcjonujący, bastion bezpłatnej służby zdrowia, czyli tzw. lekarz pierwszego kontaktu, jest skutecznie przez państwo chroniony właśnie ze względu na konieczność zapewnienia płynnego funkcjonowania aptek, a przez to dalszego rozwoju światowego przemysłu farmaceutycznego. Z punktu widzenia Systemu on jest jedynym po stronie tak zwanej służby zdrowia elementem, w który wciąż warto inwestować.
Takie to myśli chodziły mi po głowie w związku ze wspomnianą bankową ofertą, a jednocześnie niemal co tydzień wydawaliśmy kolejne pieniądze czy to na jakieś witaminy, czy to na dentystę dla nas, lub dla któregoś z naszych trojga dzieci, czy znów na badanie akcji serca dla naszej córki, na różnorakie badania dla naszych pozostałych dzieci, czy wreszcie na kolejną kontrolę mojego osobistego już serca u mojego kardiologa. I oto niedawno w telewizorze pojawiła się nowa reklama. Reklam niezwykła, bo znacznie dłuższa od innych, a jednocześnie maksymalnie prosta. Na ekranie widzimy tylko jedną panią, która opowiada nam mniej więcej o tym samym, o czym ja pisałem wyżej, tyle że innymi – znacznie bardziej łagodnymi – słowami, i informuje mnie, że jeśli na podany numer wyślę esemesa z jednym tylko słowem SZPITAL, to wtedy ona do mnie oddzwoni i przedstawi mi instrukcję, co mam dokładnie zrobić, żebym, jak będę potrzebował ratować swoje lub swojej rodziny życie i zdrowie, mógł skorzystać ze szpitalnej opieki. Piszę „dokładnie”, bo co mam zrobić „mniej więcej”, to już wynika już z samej reklamy. Mam tej pani płacić złotówkę dziennie, a wtedy ona, jeśli się poważnie pochoruję, da mi tysiąc złotych na to, bym sobie kupił łóżko w szpitalu, a później codziennie kolejne tysiąc na to, żeby mnie stamtąd nie wywalili na twarz. Czy jakoś tak. Niezwykłe jest to, że ona właściwie powiedziała to najbardziej jednoznacznie. Że obecnie, jeśli coś mi się stanie, jedyne co mi pozostanie to iść się pomodlić to kościoła. Szpitale są już pozamykane, klucze wyrzucone do ścieku, a obsługa poszła na ryby.
Powiem szczerze, że reklama ta zrobiła na mnie jeszcze bardziej przejmujące wrażenie niż tamten telefon z banku. Z jakiegoś powodu, może przez to, że ona nie miała charakteru zamkniętego – a więc sympatycznej rozmowy ucho w ucho – lecz wkroczyła w domenę jak najbardziej publiczną, przypomniała mi konkurs, jaki któryś z operatorów komórkowych organizuje dla nas regularnie od pewnego czasu. Polega on na tym, że ludzie mają wysyłać esemesy po pięć złotych za sztukę, a kiedy już ich wyślą odpowiednio dużo, czyli za jakieś 200 tys. zł., to dostaną zupełnie za darmo czarną limuzynę marki BMW. Oglądałem więc tę panią, pod nią migający czterocyfrowy numer, nad numerem napis SZPITAL, i myślałem sobie, że następnym etapem będzie prawdopodobnie esemesowa zabawa dla wszystkich Polaków właśnie pod tytułem SZPITAL, lub ZDROWIE, a może po prostu ŻYCIE, i zamiast grać o samochody, każdy z nas będzie mógł sobie zagrać o bezpłatnego dentystę, chirurga, onkologa, albo podręczny zestaw leków na ukojenie nerwów, lub nie przerywany koszmarami sen. W perspektywie może się nawet pojawić nagroda w postaci darmowego wyjazdu do Holandii na równie darmowy zabieg eutanazji.
Oczywiście mam na myśli konkursy całkowicie dobrowolne. Kto nie ma ochoty, będzie mógł nie grać. Na razie. Niewykluczone że już niedługo minister Boni przedstawi nowy program pod tytułem na przykład „Rozwój 2045”. Gdzie ZUS wreszcie zostanie zlikwidowany, banki nie będą musiały się już dzielić z państwem najmniejszym procentem, natomiast każdy obywatel w ramach programu „SMS dla każdego” zostanie objęty obowiązkowym ubezpieczeniem na życie i zdrowie, następnie otrzyma specjalny, napędzany słoneczną energią breloczek, i będzie raz na miesiąc grał . I wtedy to właśnie gra stanie się ustawowym obowiązkiem.
Na koniec pragnę przypomnieć pewien może nie wszystkim jeszcze uświadomiony fakt. W listopadzie mamy w Kraju wybory samorządowe. Jeśli ktoś myśli, że ta informacja nie ma nic wspólnego z treścią powyższego artykułu, jest w bardzo poważnym błędzie. To jest mniej więcej informacja tak samo ważna i w temacie, jak choćby ta, że rząd premier Tuska postanowił uderzyć w przemysł dopalaczowy. Z pełną mocą, determinacją i takie tam.


Powyższy tekst ukazał się wcześniej w Warszawskiej Gazecie

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...