Obiecywałem sobie, ze nie będę już wracał do spraw Śląska, Ślązaków i tak zwanej śląskości z dwóch powodów. Przede wszystkim, przez wzgląd na moich przyjaciół, którzy ze Śląskiem czują się związani emocjonalnie i wszystko co w ich regionalny patriotyzm uderza, traktują jako osobistą przykrość. A ja swoim przyjaciołom przykrości sprawiać nie chcę. Po drugie, chodziło mi o swoją własną reputację. Zdaję sobie mianowicie sprawę z tego, że napięcia są tak duże, że często przesłaniają zdrowy rozsądek. A w związku z tym mam prawo obawiać się, że jeszcze jeden mój gest przeciwko tak zwanej śląskości, a ja, przynajmniej w oczach niektórych z nas, stracę całkowicie. Obiecywałem sobie, i niestety, nic z tego nie będzie.
Cóż takiego się stało? Otóż i stało się i się dzieje. Dzieję się niemal codziennie, i nie ma w tym nic dziwnego. Ja tu w końcu mieszkam i musiałbym być głuchy i ślepy, żeby pewnych rzeczy nie zauważać. Wczoraj na przykład przechodziłem sobie obok kiosku z gazetami i zauważyłem, bardzo zresztą wyeksponowany, nowy tytuł, a mianowicie coś, co się nazywa Nowa Gazeta Śląska. A tam, już na pierwszej stronie, uderzył mnie w oczy wielki tytuł informujący o tym, że dekret KRN znoszący autonomię Śląska jest nielegalny. Oczywiście gazety nie kupiłem, natomiast wyszukałem sobie ich stronę w Internecie, i tu z kolei uderzył mnie adres – nie nowagazetaslaska.pl, lecz nowagzetaslaska.eu. Oczywiście, ktoś mi powie, że to akurat jest bez znaczenia. Obecnie mnóstwo adresów jest podpiętych pod domenę ‘eu’. No ale oni sobie wybrali tę, a nie inną, a ja to zauważyłem. I koniec gadki. Wszyscy pozostajemy przy swoim.
Ale ja nie chciałem o Nowej Gazecie Śląskiej. To był tylko pierwszy z brzegu przykład tego, co się dzieje. Kiedy siadałem do tego tekstu, miałem w głowie coś nieco ciekawszego. Otóż, jak już być może wspominałem, mamy psa. Najmłodsza Toyahówna skończyła ostatnio 18 lat i jej koleżanki z tej okazji postanowiły się złożyć i kupić nam psa labradora. Nie żebym narzekał. Pies jest prześliczny, kochany, ma smutne oczka i już nawet nie sika w domu i nie robi kupy. A teraz nawet śpi, spał też i wcześniej, a jak go znam, resztę dnia też spędzi – śpiąc. Natomiast jeden fakt jest taki, że trzeba z nim niekiedy wychodzić, a drugi taki, że wychodzić z nim mam też ja, głównie ze względu na to, że jestem już stary i mam dbać o zdrowie. Wychodzę więc z nim i na nowo odkrywam świat.
Być może pierwszym moim zaskoczeniem było to, że nasze śląskie ulice są w sposób absolutnie dramatyczny zaśmiecone. Kiedy jeszcze nie miałem psa, chodziłem sobie tam i z powrotem i, jeśli przychodziło mi do głowy, żeby patrzeć pod nogi, to wyłącznie w obawie przed psimi kupami. Dziś widzę, że kupy, to akurat jest drobiazg. Prawdziwe nieszczęście to potworne ilości najróżniejszych śmieci – papierki, jakieś stare folie, skórki od chleba, resztki jedzenia, jakichś ogryzków, ości z ryb, resztki jarzyn, obierki z ziemniaków, i już zupełnie niezidentyfikowany syf. Ale głównie jakieś jedzenie. Moje miasto pokryte jest od horyzontu, po horyzont wyrzuconym przez ludzi jedzeniem. Wyrzuconym przez ludzi, którzy tu mieszkają.
Ale, kiedy szedłem sobie na spacer z naszym psem, korzystając z tego, że on się wciąż zatrzymuję, a ja mam czas, żeby raz na jakiś czas też przystanąć i się rozejrzeć, na jednym z budynków zauważyłem coś niezwykłego. Wmurowaną tablicę poświęconą pamięci Jana Mitręgi. Starsi czytelnicy być może wiedzą, kim był Jan Mitręga, ale na wszelki wypadek – no i z myślą o tych młodszych – przedstawiam odpowiednią informację:
„Urodził się 21 kwietnia 1917 w Michałkowicach, w polskiej rodzinie o tradycjach powstańczych i narodowych. W 1935 wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS), a w 1936 do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej (KZMP). Od 1937 pracował na KWK Michał (Siemianowice Śląskie). W czasie II wojny światowej był współorganizatorem akcji strajkowej wymierzonej w politykę Niemiec, sprzeciwiającej się 10 godzinnemu systemowi pracy. W 1945 stanął na czele konspiracyjnej Rady Zakładowej, czuwającej nad tym by Niemcy nie zniszczyli zakładu pracy podczas swojej ewakuacji. W latach 1947–1952 był szefem Rady Zakładowej KWK Michał. W 1952 został powołany do pracy jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki. W tym czasie ukończył także Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. W tym czasie powołał Międzyresortową Komisję Węgla Kamiennego. Wstąpił do PZPR (1952–1990). W latach 1945–1970 był członkiem Zarządu Głównego Związku Zawodowego Górników (ZZG), w latach 1955–1975 prezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Inżynierów i Techników. W latach 1961–1975 członkiem KC PZPR, w latach 1962–1975 posłem na Sejm PRL III, IV, V i VI kadencji. Od 1935 był członkiem (seniorem)ZHP. W roku 1972 otrzymał tytuł doktora honoris causa Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Działał w katowickim kole Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Był uważany za człowieka Władysława Gomułki, którego uważał za największego polskiego patriotę po 1945. Wspierał działania generała Mieczysława Moczara na Śląsku. Teksty Jana Mitręgi zamieszczał lewicowo-narodowy Tygodnik Ojczyzna.
W 2007 obchodzono jubileusz 90-lecia Jana Mitręgi. Otrzymał on z rąk prezydenta Siemianowic Śląskich Jacka Guzego przyznany mu przez Radę Miasta tytuł Honorowego Obywatela Siemianowic Śląskich. Zmarł 7 listopada 2007 roku”.
Życiorys jak życiorys. Pełno takich w powojennej historii Polski i pewnie każde jego zdanie – tak jak każde zdanie w tamtych życiorysach – jest jak najbardziej prawdziwe i ścisłe, włącznie z tym współorganizowaniem akcji strajkowej przeciwko Niemcom w czasie okupacji i wspieraniem działań (co to musiały być za działania!) generała Mieczysława Moczara na Śląsku. Mnie dziś jednak bardziej od Mitręgi interesuje ta tablica. Otóż jest ona wmurowana na ulicy Powstańców, naprzeciwko dawnego Ministerstwa Górnictwa, a dziś Kompanii Węglowej, pod którą od czasu do czasu przychodzi jakaś demonstracja z udziałem cegieł i kilofów, i później tę wizytę relacjonuje telewizja TVN24, na frontowej ścianie czegoś co się nazywa Stowarzyszenie Techników i Inżynierów Górnictwa. Tablica jak tablica, a więc widzimy twarz Mitręgi, pod twarzą napis: „Jan Mitręga (1917-2007) twórca nowoczesnego przemysłu węglowego i energetyki w Polsce. Wybitny Ślązak, wielki patriota. Szanował ludzi, wiernie im służył”, a pod napisem mnóstwo pięknych, kolorowych kwiatów. Właśnie tak.
Stałem tam pod tą tablicą z moim psem i myślałem sobie, że to jest bardzo ciekawa sprawa z tym Mitręgą. U nas na Śląsku wielkich Ślązaków, których czcimy i z których jesteśmy dumni, mieliśmy zawsze dość znaczną ilość. Osobiście mam wrażenie, że właściwie nie ma Ślązaka, który byłby w jakiś sposób osobą publiczną, i nie był jednocześnie przez jakąś inną grupę Ślązaków. uważany za postać wielką i wybitną. Czy to Korfanty, czy Morcinek, czy Arka Bożek, Ligoń, Rymer, czy jacyś inne dzieci tej ziemi, o bardziej egzotycznie brzmiących nazwiskach, jak Wilhelm Martin Kutta, czy Johann Georg III von Oppersdorff – wszyscy oni to tu to tam są przez śląskich patriotów czczeni i uwielbiani. Powiem szczerze, że osobiście większości z nich nie znam, a jeśli nawet znam, to nic o nich nie wiem, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że dla wielu, śląskość ma to do siebie, że ona sama stanowi przepustkę do historii. Jeśli ktoś ma śląskie papiery, a jednocześnie jego nazwisko pojawiło się parę razy publicznie, w dowolnym okresie naszej historii, dla porządnego Ślązaka ten koś automatycznie staje się ikoną.
Jak mówię, Morcinek to dla mnie przede wszystkim ten gość od Łyska z pokładu Idy i Stalinogrodu, Korfanty to ktoś kogo podobno nienawidził Piłsudskiego – i wzajemnie, Ligoń to z kolei patron ulicy Ligonia, a ten Johann Georg III von Oppersdorff, to z kolei nikt. Ale jest też paru Ślązaków, których znam świetnie, wiem o nich znacznie więcej niż o Arce Bożku, a którzy dla prawdziwego śląskiego patrioty są Ślązakami wybitnymi w co najmniej takim samym stopniu jak Bożek. Co najmniej, a kto wie, czy nie bardziej nawet. Mam tu na myśli przede wszystkim Jerzego Ziętka, Barbarę Blidę i teraz Jana Mitręgę. Ktoś powie – komuchy. Nieprawda. Komuchem się jest poza tą ziemią. Tu wszyscy jesteśmy jedną rodziną. Solą tej ziemi.
Śląskiego fenomenu Jerzego Ziętka nie rozumiałem nigdy. Człowiek, który nie dość, że był najwierniejszą i wieczną częścią naszej rodzimej bolszewii, to jeszcze – jak mówią ci co wiedzą – cieszył się takim zaufaniem Centrali, że nie było w Polsce nikogo na tyle dzielnego, żeby mógł go zaczepiać od kątem jego przedwojennej przeszłości. A gdy tylko zmarł, stał się śląską ikoną, bohaterem i świętym. Naszym Panem Wojewodą. Naszym Jorgiem. No ale do niego wszyscy jakoś się przyzwyczailiśmy. Z Blidą sprawa wydawałaby się prosta. Ona przez to, że poniosła śmierć z rąk Jarosława Kaczyńskiego i jego watah, stała się w jednym momencie jedną ze śląskich błogosławionych i tu nie ma dyskusji. Ale to nie do końca musi o to tylko chodzić. Jak wsłuchać się we wspomnienia o „naszej Basi”, tam znajdziemy wszystkich – nie tylko przedstawicieli pierwszego frontu antykaczystowskiego. Będzie więc i miejscowy ksiądz, ksiądz arcybiskup, muzyk z Siemianowic Józef Skrzek – można by wymieniać – dla nich wszystkich, nawet jeśli ona nie padła ofiarą polityki PiS-u – to z pewnością umarła za Śląsk. Za te kopalnie, za ten trud. I teraz nagle pojawił się ten Mitręga. To znaczy, jak się okazuje, pojawił się już jakiś czas temu, ale dziś pięknie jakoś się do naszej sytuacji dopasował.
A ja się zastanawiam, czemu akurat on? Czemu nie Zdzisław Grudzień, czy Edward Babiuch, czy wreszcie czemu nie Edward Gierek? Ktoś powie, że to już jednak z drugiej strony Brynicy, i ja to rozumiem. Gierek, Babiuch i Grudzień to gorole. No ale przecież, jak by nie patrzeć – wybitni. No i Mitręga też nie tylko Gomułkę i Moczara, ale i ich z całą pewnością szanował. Czy jego słowo tu nie wystarczy? Czy jego autorytet tu nie ma znaczenia? No a poza tym, to naprawdę zaledwie parę kilometrów. No i oni jednak – może z wyjątkiem Gierka – mieli w glosie tę specyficzną nutkę. Czy to się nie liczy?
Więc jednak nie. Na Śląsku wielkość to kategoria bardzo wyśrubowana. Tu liczy się każdy kilometr. Co ja mówię „kilometr”? Centymetr się liczy. Śląski patriotyzm to nie zabawa, to nie żart. To jest prawdziwa walka, a z tą walką idzie prawdziwa duma. I tu nie ma kompromisów. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Bo na szali jest przyszłość. Tego miejsca, tych ludzi i tej historii.
Jan Mitręga. Wybitny Ślązak i wielki patriota. Ten który nam stworzył nowoczesny przemysł węglowy. Mitręga, Ziętek, Blida, w przyszłości oczywiście Kazimierz Kutz. A poza nimi, oczywiście wielu, wielu innych – wybitnych bardziej, mniej, lub w ogóle, ludzi wspaniałych, ale też podłych, których łączy jedno – przez pewne środowiska na Śląsku oni wszyscy zostali uznani za synów tej ziemi, a więc nietykalnych. I w ten sposób, znaleźli się poza historią, poza Polską i w właściwie poza światem.
Wspomniałem tu parę dni temu, jak to w zeszłym tygodniu w telewizji wystąpiła Anita Werner i zapytała jednego ze swoich gości, jak jego zdaniem zareagowałby Jan Paweł II, gdyby dziś żył i usłyszał Jarosława Kaczyńskiego, kiedy ten mówi o śląskości jako o ukrytej opcji niemieckiej. Parę osób zdążyło się to tu to tam na to jej zachowanie pooburzać, natomiast ja mam wrażenie, że ta sprawa przede wszystkim się coś za długo ciągnie. Wydawało się, że sprawa owej „śląskości” została już dokładnie i do końca wyjaśniona. W międzyczasie też pojawiło się mnóstwo różnych równie atrakcyjnych okazji, by może nawet jeszcze skuteczniej gnoić Kaczyńskiego i jego środowisko. Myślę sobie w tej sytuacji, że może, skoro oni są aż tak zażarci, dobrze by było postawić sprawę jasno i powiedzieć, że tu w ogóle nie chodzi o jakąś opcję „ukrytą”. Ta opcja w żadnej mierze nie jest ukryta. To wszystko jest jak najbardziej otwarte i oficjalne. I ten kierunek jest jak najbardziej precyzyjnie określony.
Niedawno miałem okazję gościć w pewnym śląskim domu w Chorzowie. Od razu muszę powiedzieć, że ci moi śląscy znajomi to bardzo mili ludzie. Naprawdę mili i przyznaję uczciwie, że ich towarzystwo jest mi sympatyczne. Lubię tam bywać i oni chyba tez lubią, kiedy ja tam u nich jestem. Otóż jest tak, że ich synek w pokoju ma powieszoną niemiecką flagę z napisem Deutschland, a jak wychodzi się od nich na korytarz, na drzwiach naprzeciwko wisi wielkanocna ozdoba w postaci zajączka i napisu „Willkommen”. Wychodzę z tego domu, udaję się na przystanek tramwajowy i od razu – jak już zdarzyło mi się to parę razy wcześniej – słyszę, jak z pobliskiego sklepu muzycznego biegną do mnie dźwięki najbardziej typowych niemieckich szlagierów. O nie! Ta opcja w żaden sposób się nie ukrywa. Ona całkowicie otwarcie się obnaża i jest w tym obnażeniu bezwstydna coraz bardziej. A prawdziwe nieszczęście polega na tym, że im bardziej nasza Polska będzie stanowiła dla nich wyłącznie zawód – a przyznać musisz, Polsko, że ostatnio jakoś się fatalnie staczasz – oni coraz częściej będą się zwracać w kierunku Niemców. W końcu, cóż im pozostaje innego? Hrabia Bronisław Komorowski? Nie żartujmy.
I tu musi się, już na sam koniec pojawić pewna jeszcze refleksja. Cokolwiek by o Ślązakach mówić, nie da się zaprzeczyć, że potrafią czcić swoich bohaterów. Dziś sobie więc myślę, że w pewien paradoksalny sposób, szkoda wielka, że Lech Kaczyński nie był Ślązakiem. Przede wszystkim miałby już w każdym śląskim mieście i miasteczku swój pomnik, swoją tablicę i jakiś obiekt – szkołę, szpital, stadion, rondo, ulicę – nazwany swoim imieniem. Tak jak choćby wspomniany wcześniej Ziętek. A biorąc pod uwagę, że tzw. śląska agenda potrafi być naprawdę ekspansywna, niewykluczone, że Gorzelik z kolegami nawet by wymusili na Warszawie, by i tam dla pierwszego Prezydenta-Ślązaka stanęło coś dużego. Niestety, prezydent Kaczyński Ślązakiem nie był, a ponieważ nasza polska szlachta ma jego pamięć i jego samego w dużej pogardzie, będzie się jeszcze przez ileś tam lat po tej Polsce, wśród tych Polaków, tułać. Właśnie po Polsce. Bo, trzeba Wam wiedzieć, i Tobie też, Moja Droga Ginewro, że ten tekst jest w tym samym stopniu o Ślązakach, co i o Polakach.
