Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śląsk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 października 2017

Czy Ślązacy będą wysyłać do Barcelony paczki z niemiecką czekoladą?

Mamy sobotę, a więc całkiem odpowiedni dzień na mój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety”. O autonomiach.       


      W hiszpańskiej Katalonii najpierw odbyło się o dawna szykowane  niepodległościowe referendum, przez państwo natychmiast uznane za nielegalne, i dziś mamy sytuację, którą niektórzy gotowi są określać mianem wojny domowej, a reszta wie, że nawet jeśli uznamy ten nastrój za grubo przesadzony i nawet jeśli Hiszpania ostatecznie jakoś sobie z tą sytuacją poradzi, to kraj już nigdy nie będzie taki jak był przez wieki. Dlaczego? Dlatego, że owa dotychczas tylko gdzie niegdzie szeptana teoria, że nie ma czegoś takiego jak państwo, czy, co wiecej, naród, nagle się urzeczywistniła jako święta i niepokonana. I pomyśleć tylko, że wszystko się zaczęło od czegoś tak wydawałoby się niepoważnego, jak autonomia.
     Wydarzenia w Hiszpanii – i nie trzeba tu być szczególnie wrażliwym obserwatorem, by to zauważyć – wręcz automatycznie kojarzą się z tym, co się dzieje w innych rejonach świata, a więc również z naszego punktu widzenia miejscu najważniejszym, czyli na Śląsku, gdzie nawet jeśli na szczęście jeszcze nie politycznie, ale, owszem, jak najbardziej kulturowo, coraz bardziej rosnące wpływy zyskuje tak zwany Ruch Autonomii Śląska, którego lider, Jerzy Gorzelik, by wspomnieć o tym tak tylko na marginesie, zdążył już przesłać Katalończykom swoje wyrazy solidarności, i trzeba tu mieszkać, by widzieć wyraźnie, w jakim kierunku ów kulturowy blitzkrieg zmierza.
     To prawda, polityczne wpływy Gorzelika i prowadzonego przez niego Ruchu uległy ostatnio dramatycznemu zmniejszeniu i gdyby nie desperackie próby utrzymania się przy władzy Platformy Obywatelskiej, ich, jako organizacji, prawdopodobnie by już dawno nie było, natomiast, jak mówię, wystarczy tu mieszkać, by widzeć jak oni są skuteczni, gdy chodzi o to, co u zwierząt się określa nazwą „zaznaczania terenu”, a tu sprowadza się do pozostawiania gdzie się tylko da i to w każdej możliwej formie śladów tego, że tu nie jest Polska, lecz Śląsk, a więc byt calkowicie autonomiczny, by nie powiedzieć, osobny.
      No właśnie – osobny. Zarówno sam Gorzelik, jak i ludzie, którzy zasadniczo popierają jego wysiłki na rzecz przyznania Śląskowi autonomii, może nie na co dzień, ale w sytuacjach, gdzie trzeba się deklarować jednoznacznie, zarzekają się, że im ani w głowie odłączanie się od Polski i tworzenie osobnego bytu państwowego. Chodzi tylko o to by Polska uszanowała śląską tożsamość i skoro nie da się póki co uzyskac nic wiecej, to by przynajmniej pozwoliła Ślązakom cieszyć się publicznie własną „ślunkom godkom”. No i stąd nagle pojawiają się w mieście lokale o nazwie „Cafe Kattowitz”, sklepy sprzedające pamiątki, gdzie wszystko jest opisane gotykiem, a w wiadomościach sportowych nadawnych przez najpopularniejszą lokalnie stację radiową, zamiast słowa „mecz” występuje niemiecki „spiel”.
      A zatem, biorąc to wszystko pod uwagę, miejmy na nich oko i przede wszystkim pamiętajmy, Polska jest jedna i o żadnych autonomiach mowy być nie może. Jak chcą, niech się uczą pisać gotykiem, ale to wszystko.

Przypominam, że moje książki są jak zawsze do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Jak już sprzedamy te, będziemy wydawać kolejne, a zatem zachęcam gorąco.

       

poniedziałek, 13 lutego 2017

Szpil w busie, a Ślązacy na karuzeli

          Był czas, kiedy bez radia nie wyobrażałem sobie życia i faktycznie ono w mniejszym lub większym stopniu wypełniało mój dzień. Od wielu jednak lat, jeśli zdarza mi się odbierać radiowe dźwięki, to albo z łazienki, w której akurat moja żona bierze kąpiel, albo oczywiście – jak wielu z nas – podczas jazdy komunikacją miejską, zakładając że siedzimy gdzieś z przodu, a kierowca ma włączone radio. Poza tym ja osobiście radia unikam jak zarazy. Dlaczego? Z tego prostego, a dla mnie zupełnie oczywistego, powodu, że estetyczny poziom, jaki ów wynalazek sięgnął w ciągu minionych lat, a sprowadzający się do tego, że tam albo jest grana muzyka, której najczęściej nienawidzę, albo, między jedną a drugą piosenką, nadawane są popisy jakichś dwóch gówniarzy, które mnie wyłącznie męczą, jest dla mnie nie do zniesienia. Do dziś pamiętam, jak kiedyś w ciągu paru dni musiałem w roli pasażera przejechać chyba z tysiąc kilometrów samochodem, słuchając nieprzerwanie Radia Zet i powiem szczerze, że gdyby ktoś mnie pytał o najgorsze estetyczne przeżycie w życiu, to byłoby pewnie właśnie to. Radio Zet słuchane przez kilka godziny bez przerwy.
      Nie znam się więc na radiu, nie słucham radia, nie wiem, jakie są w tej chwili radiowe stacje poza Radiem Maryja, Radiem Zet, TOK-FM,-em, RMF-em, no i oczywiście Polskim Radiem i wiedzieć tego nie muszę. Natomiast zdarzyło się ostatnio, że jechałem do pracy miejskim busem i kierowca miał radio nastawione na stację, której nie znam, o której wcześniej nie słyszałem, ale której istnienia też nawet nie podejrzewałem, a mam na myśli coś, co nadaje w tak zwanym „Schlesische sprache”. Z tego co zdążyłem usłyszeć, jest to stacja dokładnie taka jak każda inna, czyli z muzyką, przerywaną reklamami, oraz z gadką w wykonaniu dwóch dziennikarzy, z wiadomościami co godzinę, tyle że tam zamiast „a teraz”, mówi się „a tero”, zamiast „widziałem” – „widziołech”, a na „mecz” mówi się „szpil”. I o ów „szpil” mi dziś, przy okazji tej notki, chodzi. Rzecz w tym, że w tym akurat czasie, gdy sobie siedziałem w tym busie, a w uszach rozbrzmiewała mi owa „ślunska godka”, leciały akurat wiadomości sportowe – zwykłe wiadomości sportowe, takie jak te, które znamy od dziesięcioleci – tyle że tam właśnie zamiast „mecz”, używano słowa „szpil”, a każde pojedyncze słowo wymawiało się z tym charakterystycznym, ciężkim, jak ja to określam „chamskim” śląskim zaśpiewem.
      To co mnie jednak naprawdę uderzyło, to to, że, z tego co zdążyłem usłyszeć, ów „szpil” był tam jedynym niemieckim słowem. Poza tym mieliśmy tylko wspomniany zaśpiew. Ponieważ większość wspomnianej informacji dotyczył piłki nożnej, słowo „szpil” wracało co chwilę i to, naturalnie, w całym swoim gramatycznym bogactwie. A więc mieliśmy „dzisiejszy szpil”, „pod koniec szpila”, „jutrzejszemu szpilowi”, no i oczywiście „o tym szpilu”. Słuchałem tej błazenady i nagle sobie uświadomiłem, że oni – a mam tu na myśli wszystkich tych miejscowych patriotów, którzy oblepiają miasto nalepkami z hasłem „godom po ślunsku” i gdzie tylko mogą zaznaczają teren w sposób już bardziej zdecydowany, czyli albo uruchomiając restaurację „Kattowitz”, czy wydając gazetę pod nazwą „Zeitung” – znaleźli się w autentycznej pułapce, z której bez języka polskiego, a więc jedynego tak naprawdę języka, który znają, się nie wyrwą. No bo, zastanówmy się, co to jest za komedia z tym „szpilu”, „szpila”, czy „szpilowi”? Ja bym zrozumiał, gdyby oni ograniczyli nieco swoje ambicje i zamiast „mecz”, mówili „mycz”, albo co by tam im przyszło do tych tępych łbów, no ale „szpil”? Przecież to się nie trzyma kupy. Niech no oni tylko spróbują to zapisać. Jak to będzie wyglądało? „Spielowi”? „Spielu”? Który Niemiec będzie wiedział, o co chodzi?
      Przy okazji wygranego przez Liverpool meczu z Tottenhamem oglądaliśmy trochę w Internecie rozmowy z kibicami The Reds, no i przyznaję, że oni w większości mówili tak, że jak akurat z tego rozumiałem niewiele. Ów „scouse accent” jest tak ciężki, że normalny człowiek wobec niego zwyczajnie pozostaje bez szans. Jednak, co by o nim nie mówić, to jest wciąż język angielski. Nie francuski, nie włoski, nie niemiecki. Ci kibice Liverpoolu mówią po angielsku i dzięki temu są powszechnie traktowani, jako element miejscowego kolorytu, a nie jako banda idiotów, którzy postanowili na przykład mówić po francusku, tyle że z zachowaniem angielskiej gramatyki i udawać, że kultywują lokalną tradycję.
      Czytelnicy tego bloga znają mój stosunek do tak zwanego „śląskiego patriotyzmu” i nie mam tu ochoty dziś niczego tłumaczyć. Muszę natomiast stwierdzić, że ta moja niedawna przejażdżka do pracy busem, potwierdziła w mojej opinii jedynie słuszność wszystkich tych moich „śląskich kompleksów”. Na tym poziomie, póki co, nic się nie zmieni. Niech się oni wszyscy pukną w swoje drewniane czoła.

Zapraszam wszystkich i każdego do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy moje książki. Polecam.
      

      

środa, 27 kwietnia 2016

Czy w Reichu lubią słuchać piosenek Mariusza Kalagi?

W jednym z dawnych już tekstów, w których, przyznaję, że być może ze zbyt dużą dezynwolturą, przedstawiłem swoje emocje, gdy chodzi o tak zwaną śląskość, opisałem wydarzenie, które zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie i niewykluczone, że w jakiś sposób sprawiło, że w ogóle postanowiłem na ten temat się wypowiedzieć. Otóż w pewien zimowy wieczór stałem sobie na przystanku tramwajowym w Chorzowie i czekałem na tramwaj do Katowic. Obok znajdował się tak zwany „sklep muzyczny”, co oznaczało sprzedaż płyt CD, i z wystawionych na zewnątrz głośników leciały śpiewane w języku niemieckim piosenki reprezentujące gatunek powszechnie znany pod nazwą „muzyka biesiadna”. Ktoś się zapyta: „Czyli disco polo?” Otóż nie. Przede wszystkim, disco polo, jak sama nazwa wskazuje, to jest muzyka polska, a poza tym, przy tym, co usłyszałem tamtego zimowego wieczoru na przystanku tramwajowym w Chorzowie, disco polo to zdecydowanie sztuka wysoka. Tam grano niemiecką piosenkę biesiadną.
Postanowiłem dziś wrócić do tamtych wspomnień, bo parę dni temu, nudząc się nagle jak pies, zacząłem skakać po telewizyjnych kanałach i trafiłem na telewizję, której szczęśliwie nigdy wcześniej oglądać nie miałem okazji, a tam akurat trwał koncert życzeń. Każdy z nas, który pamięta głęboki PRL, wie też, co to takiego ów koncert życzeń. Otóż była to, bądź to telewizyjna, bądź radiowa audycja, gdzie puszczano nam piosenki z dedykacją dla osób mniej lub bardziej bliskich. Program zwykle prowadzili pan i pani, w pewnym momencie pojawiał się komunikat typu: „Dla ukochanej mamy i żony Kasi Jędrzejczak z Sosnowca z okazji 34 rocznicy urodzin, z najlepszymi życzeniami od męża Władka, córki Janeczki i syna Kazika”, no a potem już leciał Krzysztof Krawczyk lub Anna Jantar. I tak przez godzinę. Od czasu jednak jak Polska wstąpiła na drogę demokracji, a potem konsekwentnie stała się częścią Europy, koncerty życzeń stały się przeżytkiem, a jeśli ktoś z nas dziś chce zaistnieć w przestrzeni ogólnopolskiej, to może najwyżej zatelefonować do Szkła Kontaktowego, ewentualnie do Radia Maryja i liczyć na to, że go puszczą.
I proszę sobie wyobrazić, że ja tu nagle, między jedną a druga wizytą w Polsce Komisji Weneckiej, wpadam na telewizję Silesia, a tu dwie kobiety wyglądające, jak gwiazdy zabawy tanecznej w mojej wiosce w roku 1966, siedzą za wielkim stołem i w języku śląskim zapowiadają, że z okazji urodzin… i tak dalej. A po tej zapowiedzi pojawia się niejaki Mariusz Kalaga i mamy to:



A zatem, jak widzimy, nie jest to ani Krzysztof Krawczyk, ani Anna Jantar, ani nawet Reni Jusis, lecz niejaki Mariusz Kalaga. Tamci mogą się lansować w cieple III RP, tu natomiast znajdujemy się w wymiarze całkowicie osobnym i faktycznie, gdyby nie wciąż pewne suflowane bokiem zagrożenia w postaci uwag Jarosława Kaczyńskiego o „opcji niemieckiej” to Kalaga musiałby albo zacząć śpiewać po niemiecku, albo do wypełniania radością kolejnych dni by mu znaleziono godnego zastępcę w wydaniu oryginalnym. No ale Kalaga, jak widzimy, śpiewa jak najbardziej po polsku, a jak przejrzymy jego bogate dossier na youtubie, to i znajdziemy nawet oryginalne wykonanie „Barki”.
I jeśli ktoś myśli, że to już koniec, jest w ciężkim błędzie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że szedłem sobie niedawno ulicą Młyńską w Katowicach i, tak jak to zawsze czynię przy tej okazji, mijając sklep z muzyką, zatrzymałem się, by zobaczyć, co tam dziś dają. I oto od lewej do prawej, najpierw była nowa płyta tego satanisty Bowiego, obok płyta tej satanistki Rihanny, a jeszcze bardziej na prawo Kalaga i jego DVD zatytułowane „Benefis Mariusza Kalagi – 30 lat na scenie”. Przepraszam bardzo, ale to jednak znacznie dłużej niż… no może nie Bowie, ale Rihanna na pewno.
Najnowsza płyta Bowiego „Black Star”, którą on nagrał i następnie oddał swoją duszę Diabłu, uważam za jedną z najwybitniejszych płyt w historii muzyki popularnej. Wysłuchałem ją raz i dalej już nie słucham, bo się boję. Nowej płyty Rihanny słucham czasem i uważam, że to jest kawał fantastycznego wręcz popu. No ale tu nagle mamy tego Kalagę, ten koncert życzeń w TV Silesia, te 30 lat na scenie, no i ten Śląsk, tak bardzo ekspresyjny na przystanku tramwajowym w Chorzowie pewnego zimowego wieczoru. Patrzę więc na tego Kalagę, staram się wczuć w emocję tych wszystkich ludzi, którzy mnie każdego dnia otaczają z każdej strony i dla których z takim sukcesem wciąż działa ta dziwna telewizja i myślę sobie, że oni naprawdę uwierzyli, że są poza tym wszystkim; że ich ta cała Polska nie interesuje; że oni stanęli właśnie na progu upragnionych Niemiec i za chwilę znajdą się w raju.
Otóż, tym razem ze szczerym zrozumieniem i jednak sympatią, zmuszony jestem ich poinformować, że oni są już mocno spóźnieni. Jeśli chcą sobie posłuchać fajnych szlagrów, to tylko tu, w Polsce. Tam w Reichu większość leci już wyłącznie po angielsku. Tam Kalaga się najzwyczajniej w świecie nie mieści. Takie czasy.

Jeśli chodzi o książki, to ja naprawdę szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam są wszystkie książki, które aktualnie są warte uwagi. W tym sześć moich. Polecam.

sobota, 27 lutego 2016

Czy Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego zmieni patrona?

Na słupach ogłoszeniowych i w paru innych jeszcze miejscach mojego miasta pojawiła się ostatnio duża czarna swastyka. To znaczy, nie sama swastyka, jednak na pierwszy rzut oka widać tylko tę swastykę i nic już poza nią. A wygląda to mniej więcej tak:


Kiedy przyjrzymy się jednak tej demonstracji z bliska, zobaczymy, że swastyka nałożona jest na twarz kobiety, całość stanowi zapowiedź przedstawienia teatralnego, przygotowanego przez Teatr Śląski w Katowicach, a zatytułowanego „Leni Riefenstahl. Epizody niepamięci”, natomiast kobieta na plakacie to Leni Riefenstahl, niesławna autorka filmów kręconych na zamówienie hitlerowskiej propagandy. I tu muszę od razu przyznać się do pewnego kompleksu. Otóż najnowsze doświadczenie każe mi bardzo mocno podejrzewać, że jeśli gdzieś w okolicy pojawiają się niemieckie napisy, lub nazistowskie znaki, to powody tego mogą być tylko dwa, albo jacyś lokalni miłośnicy powrotu Śląska do niemieckiej ojczyzny próbują przemycić drogą sobie symbolikę pod pretekstem uprawiania działalności kulturalnej, albo chodzi o to, by przy pomocy tych gestów realizować jakieś polityczne interesy na użytek sytuacji wewnętrznej. I tak, jeśli nagle w centrum miasta pojawia się kawiarnia o nazwie „Kattowitz”, lub w kioskach pokazują się gazety, których tytuły są pisane gotykiem, to ja wiem, że za tym stoją ciężkie antypolskie resentymenty. Jeśli w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej” pojawia się napis „Juden raus”, to ja mogę zakładać, że oni w ten sposób prowadzą swoją zwykłą brudną politykę. Jeśli natomiast Teatr Śląski wystawia sztukę o Leni Riefenstahl i reklamuje ją wielką czarną swastyką, to pewne lokalne środowiska mają na oku oba te cele, a więc z jednej strony, skazić publiczną przestrzeń owym bliskim swojemu sercu niemieckim śladem, a z drugiej, ową swastyką zaatakować tych, których uważają za swoich politycznych przeciwników.
Wspomniałem o tym, że tego typu refleksje, w moim wypadku, są wynikiem pewnego kompleksu i ja faktycznie do pewnej części miejscowego towarzystwa jestem nastawiony niezwykle podejrzliwie. I nawet jeśli owej podejrzliwości nie jestem w stanie przekonująco uzasadnić, bardzo ją w sobie hołubię. W tym jednak wypadku, a więc gdy chodzi o tę swastykę na twarzy Leni Riefenstahl i całe to przedstawienie zapowiadane przez Teatr Śląski, czuje się całkowicie usprawiedliwiony, bo i ten smród jest tym razem wyjątkowo wyraźny, ale też jego źródło nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości. Oto niejaka Ewelina Marciniak, kobieta, która tę sztukę wyreżyserowała, udzieliła wywiadu portalowi polityka.pl i zapytana, czy w przedstawieniu będzie nawiązanie do polskiej współczesności, odpowiedziała:
Ważnym elementem ideologii faszystowskiej była polityka kulturalna, o której dziś w Polsce tak głośno. A że opowiadam o Leni Riefenstahl i jej biografii, na pewno poruszę temat roli i odpowiedzialności artysty, postawię pytanie, czy artysta może być apolityczny i jak może stać się narzędziem w rękach władzy. To przede wszystkim jednak będzie opowieść o tym, jak społeczeństwo daje się zahipnotyzować i jak niewinne, urzędowe dyrektywy mogą prowadzić do eskalacji przemocy, krok za krokiem. Coś, co się wydaje niewinne i jest na to społeczne przyzwolenie, może się zamienić w coś bardzo niebezpiecznego. Historia powinna nas uczyć – nas Polaków, ale też ludzi w ogóle, bo nastroje prawicowe i nacjonalistyczne rosną dziś niemal w każdym zakątku świata”.
Mam nadzieję, że teraz wszyscy mamy znacznie pełniejszy obraz tego, co się tu nam szykuje. Oto Teatr Śląski wystawia sztukę, którą, z jednej strony, reklamuje przy pomocy wielkiej, czarnej swastyki i nazwiska wybitnej niemieckiej artystki filmowej, a z drugiej, próbuje nas przekonać, że ta swastyka to robota polskich patriotów, którzy właśnie przejęli władzę i chcą tu wprowadzać nazistowskie porządki, sama Riefenstahl natomiast to dla owej władzy wzór dobrej współpracy na linii artysta – totalitarne państwo.
Należy przyjąć, że ów projekt w postaci przedstawienia o Leni Riefenstahl, które ma nas ostrzegać przed nową polityką kulturalną faszystowskiej władzy w Polsce, narodził się jeszcze zanim w szafie państwa Kiszczaków znaleziono wymianę korespondencji między wybitnym polskim aktorem Andrzejem Sewerynem, a generałem Czesławem Kiszczakiem, w której to Kiszczak gratuluje Sewerynowi roli szekspirowskiego Ryszarda III, gdzie to nasz znakomity aktor z mistrzowskim talentem pokazuje, czym jest okrutna, antyludzka władza, natomiast Seweryn dziękuje swojemu dobroczyńcy za dobre słowo i zapewnia o poparciu i dozgonnej wierności. A więc to musiało być przed. Na pewno natomiast plan przedstawienia narodził się już po tym, jak Seweryn i cała kupa jego znajomych artystów niemal codziennie demonstrowała swoje poparcie dla władzy Platformy Obywatelskiej i osobiście dla prezydenta Bronisława Komorowskiego, a więc jeszcze zanim kariera Leni Riefenstahl stała się wzorem dla ministra Glińskiego i skupionego wokół niego świata kultury.
Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, przy naszym tak bogatym doświadczeniu, łączącym to, co już za nami, z tym co właśnie z takim zachwytem odkrywamy, wygląda na to, że zarówno pani Marciniak, jak i kierownictwu Teatru Śląskiego pozostaje już tylko Riefenstahl, owa swastyka i nadzieja, że stanie się coś takiego, co sprawi, że na Śląsku, urzędowym stanie się język niemiecki, a wtedy oni będą mogli wreszcie przestać udawać i odsłonić tę szlachetną twarz tak brzydko zakrytą na tym nikomu już niepotrzebnym plakacie.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić moje książki. Jeśli ktoś nie zna, polecam serdecznie.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Panboczek w stajni vs. Czysta Panna, czyli Śląsk napada

Jak pewnie przynajmniej niektórzy czytelnicy tego bloga pamiętają, parokrotnie, i to chyba dosłownie parokrotnie, zdarzyło mi się przedstawić tu swoje emocje związane z tym, co się popularnie określa nazwą „śląskiej kultury”. Ponieważ emocje te w przeważającej większości były mocno negatywne, blog ten po opublikowaniu owych tekstów zyskał sobie cały szereg wrogów, niemal wyłącznie wśród przedstawicieli urażonej śląskości. Nie będę tu dziś powtarzał swoich antyśląskich obsesji i w żaden sposób nie będę wynajdywał kolejnych argumentów w dyskusji dotyczącej kwestii tak bardzo poruszającej śląskie serca, a więc sprawiedliwego czy niesprawiedliwego traktowania Ślązaków przez Polskę, natomiast chciałbym się odnieść do pewnego pojedynczego elementu, jaki pojawił się w komentarzach pod tekstami poprzednimi, a mianowicie rzekomo ciężkich prześladowań, z jakimi się nawet tu na Śląsku spotyka tak zwana „ślunsko godka”.
Już po opublikowaniu swojego ostatniego „śląskiego” tekstu, odbyłem rozmowę z pewną znajomą panią, która wprawdzie osobiście do Ślązaków i tego wszystkiego, co ich charakteryzuje najbardziej, ma stosunek zbliżony do mojego, jednak muszę dziś przyznać, że i ona – osoba ode mnie znacznie starsza – poinformowała mnie, że w porównaniu z tym, co ona przypomina sobie jeszcze z dawnych bardzo lat PRL-u, to co mamy dziś, to naprawdę wersja najłagodniejsza z możliwych. Ja jej mówiłem, że ja nie rozumiem pretensji, jakie Ślązacy mają odnośnie owej dyskryminacji, bo ja gdzie się nie ruszę, wszędzie słyszę „szprechających” Ślązaków, ale ona niezmiennie mi powtarzała, że kiedy ona przyjechała tu w latach 50-tych, to praktycznie innej niż śląska mowa, tu nie było. Dziś, jak mi zdecydowanie zaświadcza własnym doświadczeniem, jest tu całkowicie spokojnie. Przynajmniej gdy idzie o Katowice.
A zatem, chciałem przede wszystkim z tego miejsca przeprosić wszystkich tych, którzy poczuli się dotknięci moimi insynuacjami, jakoby „ślunska godka” radziła sobie znakomicie, i przyznaję, że za bardzo uwierzyłem swojemu, jak się okazuje, ułomnemu doświadczeniu. Z drugiej jednak strony, chciałbym wszystkich zatroskanych o swoją przyszłość Ślązaków pocieszyć i poinformować ich, że perspektywy dla nich nie są aż tak złe, jakby się mogło wydawać.
Otóż przede wszystkim, proszę sobie wyobrazić, w naszych katowickich tramwajach – nie wiem, jak jest w Chorzowie, bo od czasu gdy się okazało, że tam już obowiązuje głównie język niemiecki, się tam nie zapuszczam – komunikaty nadawane z myślą o pasażerach przekazywane są po śląsku – dokładnie rzecz biorąc, po śląsku i po angielsku. Najprzud po ślunsku, a potym, choby ktoś niy wiydzioł, kaj się znaloz, po angiylsku. Wsiadam do tramwaju tu obok na Placu Miarki i najpierw słyszę powitanie, gdzie jakaś pani życzy mi miłej podróży i uprzedza, że mam skasować bilet, a potem już tylko „jadymy!” i po kolei: „Świntygo Jana!”, „Rynyk!”, „Rundo!” i tak dalej, i w tym kolorze. Ile obok mnie jedzie ludzi, którym to odpowiada, ale ile takich, których, tak jak mnie, to irytuje, nie wiem, ale też nie sądzę, żeby to autorów owego projektu interesowało.
A więc mamy ten tramwaj. Okazuje się jednak, że Ślązacy wywalczyli sobie znacznie więcej. Oto jedna z moich uczennic, dziecko w żaden sposób niezwiązane emocjonalnie z kulturą śląską, pokazała mi karteczkę z tekstem najbardziej popularnych kolęd, jaką w związku ze zbliżającymi się Świętami dzieci w jej szkole otrzymały od swojej pani do nauczenia. Oto mała próbka:
Dzisioj w betlyjce, tam pod Betlejym, cuda są i dziwy,
Bo prosto z nieba, aby świot zbawić Gość wielgi tam przibył,
Ponboczek w stajni…” i tak dalej, i tak dalej, by już nie wspominać o „zlonych pieluchach”.
A zatem, kierunek, jak widać jest wytyczony, a ja już naprawdę mam tylko jedno pytanie: czemu im nie wystarczyło przełożyć tekst owej kolędy na gwarę śląską? Po jaką cholerę, oni uznali, że należy przerobić cały ten tekst? Czyżby „Panna Czysta” się za bardzo gryzła z wyższą kulturą? Nie byliśmy jeszcze na koncercie w budynku nowego NOSPR-u, ale nie wykluczam, że tam kolejne koncerty też już są zapowiadane „jak trza”.
Na koniec już, w ramach świadczenia dobrych usług, chciałbym się zwrócić do autorów wspomnianego wcześniej projektu „tramwajowego”, żeby jednak, kiedy już wyczytują nazwy kolejnych przystanków, owych nazw nie podawali w języku angielskim. Rzecz w tym, że nazwa to nazwa, a więc jeśli jakiś Brytyjczyk jedzie na ulicę Św. Jana, to jedzie na ulicę Św. Jana, a nie na „St John Street”, a kiedy jedzie na Rondo, to jedzie na Rondo, a nie na „Roundabout”. Ja wiem, że to może być dla niektórych z Was trudne do przyjęcia, ale naprawdę nie warto czekać do czasu aż Śląsk zyska z dawna wyczekiwaną autonomię, „ślunsko godka” stanie się językiem międzynarodowym, a w takim Londynie i w londyńskich autobusach pojawią się komunikaty informujące tych co się udają na Baker Street, że „my som na ulicy Piekorza”.

Z niezmienną przyjemnością informuję wszystkich zainteresowanych, że moje książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam bardzo serdecznie.

środa, 27 sierpnia 2014

O kulturalnej jumie w wielce kulturalnym stylu

Parę dni temu przez media przeleciała informacja, że prokuratura postanowiła się zająć meczem piłkarskim miedzy Śląskiem Wrocław i Cracovią, czy może Arką Gdynia i Zawiszą Bydgoszcz, obojętne, który miał się odbyć na Stadionie Narodowym, na organizację którego polskie państwo wydało jakieś półtora miliona złotych, a który ostatecznie, z przyczyn, które są tu dziś dla nas kompletnie nieistotne, się nie odbył. Co prokuratura chce od organizatorów? Otóż podejrzenie jest takie, że cały pomysł na zorganizowanie owej imprezy od początku do końca polegał właśnie na tym, by ona się nie odbyła; by rozprowadzając ów budżet mieć świadomość faktu, że im mniej trzeba się będzie zajmować samym meczem, tym więcej zostanie do podziału. No a skoro tak, to juma. A skoro juma, to kryminał, bo póki co, kraść nie wypada.
Wysłuchałem tej informacji i powiem szczerze, że ani mi nie drgnęła powieka. Otóż chyba jeszcze paręnaście lat temu w Gdyni wystąpić miał David Bowie i też ostatecznie do koncertu nie doszło, jak się okazało, z powodu nikłego zainteresowania ze strony publiczności. Tak się składa, że akurat David Bowie jest mi doskonale obojętny, nigdy nie miałem ani jednej jego płyty, z wyjątkiem „Ziggi Stardust”, której akurat fizycznie nie znoszę, nie znam nawet tytułów jego piosenek, i myślę, że nawet gdyby on miał wystąpić w katowickim Spodku, wolałbym ten czas spędzić w inny sposób. Wiem natomiast, że David Bowie to światowa gwiazda pierwszej jasności, a liczba jego fanów w Polsce wystarczyłaby, żeby wypełnić największe z dostępnych w kraju areny. Koncert w Gdańsku natomiast się nie odbył, bo, jak ogłosili organizatorzy, bilety nie poszły.
To co się stało, było dla mnie wiadomością na tyle szokującą, że postanowiłem sprawę zbadać niemal u źródła, a zatem skonsultowałem się z moim wieloletnim kumplem, który nie dość, że jest umocowany w branży na tyle wysoko, by sytuację znać, to jeszcze mieszka w Gdyni i to co się tam dzieje zna jeszcze lepiej, niż i tak już by nam wystarczyło. Powiedział mi więc mój kumpel, że cała ta impreza pod tytułem „David Bowie w Polsce” została załatwiona dokładnie w ten sposób, jak wiele lat później ów mecz na Stadionie Narodowym: rzuca się hasło, uzyskuje się jak najwyższy budżet, a następnie robi się wszystko, by go rozdzielić na jak najmniej osób, w jak największej części, z efektem wymarzonym takim, że samemu artyście odpala się odpowiednie odszkodowanie za występ, do którego z jakichś tam przyczyn nie doszło, i wszyscy są zadowoleni.
Przypomniała mi się zarówno sprawa niegdysiejszego koncertu Davida Bowie, ale też owe zeszłotygodniowe doniesienia na temat przekrętu z meczem na Stadionie Narodowym przy okazji imprezy o nazwie Tauron Festival, która odbywa się corocznie w Katowicach. Jak pewnie większość z nas wie, Tauron to jeden z czterech najważniejszych w Polsce dostawców energii i to ów koncern właśnie uznał, że opłaci im się drobną część budżetu przeznaczonego na promocję zainwestować w tego rodzaju festiwal. Że niby muzyka to energia. Ponieważ jednak prezesi Taurona na muzyce i organizacji festiwali znają się w stopniu minimalnym, do tej roboty wynajęli kierowaną przez dwóch lokalnych cwaniaków firmę o nazwie More Music Agency. Ja akurat nie wiem dokładnie, jak się tego typu biznesy organizuje, ale domyślam się, że wszystko odbyło się bardzo prosto: Tauron przelewa na konto owej „Agency” żywą gotówkę, a jej szefowie za to zobowiązują się zorganizować festiwal w taki sposób, by on się odbył, odniósł jakiś tam medialno-komercyjny sukces, no i żeby w następnym roku główny sponsor nie zmienił reprezentującego branżę partnera. Co trzeba, żeby to wszystko się jakoś zamknęło? Otóż przede wszystkim trzeba wynająć odpowiedni teren, postawić kilka scen, wydrukować bilety, zorganizować ich dystrybucję, zaprosić do udziału odpowiednią liczbę wykonawców, zapowiedzieć udział dwóch czy trzech gwiazd pierwszej wielkości, no i odpowiednio, i jak najszybciej, podzielić ten budżet, najlepiej tak, żeby przy następnej okazji mieć dobry argument do wyproszenia jego zwiększenia.
W tym roku Tauron Festival zapowiadał występ dwóch gwiazd. Przede wszystkim Neneh Cherry z nowym projektem, no i ledwie debiutującego, a mimo to już otoczonego dość znacznym kultem Australijczyka o ksywie Chet Faker. Gdybym ja akurat miał pieniądze i czas, i gdybym jeszcze mógł te pieniądze i czas tak spożytkować, by obejrzeć tylko tych dwoje, pewnie bym się zdecydował, natomiast faktem jest, że dla znacznej części młodej festiwalowej publiczności sens udziału w tegorocznym festiwalu opierał się na obecności owego Fakera. Jestem pewien, że bardzo duża część biletów na festiwal została sprzedana właśnie ze względu na niego, i to właśnie ze względu na niego tegoroczna edycja Tauron Festival miała odpowiednią rangę. Z tego co mi opowiadały moje dzieci, bilety na koncert Australijczyka zostały sprzedane niemal natychmiast, a z biegiem czasu, wraz ze zbliżaniem się koncertu, ich cena skoczyła niemal dwukrotnie. No i nagle, kiedy do dnia występu zostało już ledwie parę dni okazało się, że Faker jednak nie wystąpi. Dlaczego? Nie wiadomo. Bo tak wyszło. Podobno źle się poczuł.
Ktoś się zapyta, po jasną cholerę ja się zajmuje takim głupstwem, jak Tauron Festival i jakiś gwiazdor, który nie dotrzymuje terminów. Otóż czytelnicy tego bloga, w większości pewnie słabo zorientowani, gdy idzie o dzisiejszy rynek muzyczny, tego nie wiedzą, ale ostatnie lata w Polsce to autentyczna plaga odwołanych koncertów. Nie są to wprawdzie wydarzenia na poziomie Black Sabbath, ACDC, czy Iron Maiden, jednak dzisiejszy rynek – i tego też osoby niezainteresowane mogą nie wiedzieć – to przede wszystkim artyści znani z Internetu, a więc ci, co dziś tworzą autentyczny popyt. Black Sabbath, ACDC, czy Iron Maiden, to muzyka dla starych dziadów, takich jak ja, gwiazdy klasycznego popu, takie jak Justin Timberlake, Jaz-Z, czy Rihanna to świat nam zupełnie obcy, natomiast dzisiejszy rynek festiwalowy, a więc wobec ciężkiego kryzysu na rynku płytowym, tak naprawdę rynek jedyny, to klasyczny internetowy underground. W minionych latach swoje koncerty w Polsce w ostatniej chwili, poza Chetem Fakerem, odwołali tacy wykonawcy, jak Ellie Goulding, Future Islands, Jake Bugg, czy Thom Yorke. Z gwiazd większych, w ostatniej chwili odwołany został ostatni komercyjny hit, Pharrell Wiliams. W Gdańsku wprawdzie odbył się koncert Justina Timberlake’a, stanowiący część bieżącej światowej trasy artysty, na który oficjalne ceny biletów dochodziły do tysiąca złotych, jednak to, co widzowie zobaczyli, to zaledwie cień tego, co zapowiadały doniesienia z innych aren. Inny program, inny wystrój, w efekcie znacznie skromniejszy show, no i sam występ zwyczajnie krótszy. Dlaczego? Co takiego się stało, że coś, co wedle wszelkich znanych dotychczas standardów nie mogło różnić się pod jakimkolwiek względem od oryginału, w rezultacie okazało się kompletną porażką?
Otóż ja mam na to i wszelkie wcześniejsze pytania odpowiedź jedną. Otóż moim zdaniem, dziś organizacja wszelkich akcji związanych z wykorzystywaniem budżetów – budżetów, podkreślam, jakichkolwiek, a więc zarówno prywatnych, jak i publicznych – sprowadza się do tego, by jak największą ich część rozdzielić między organizatorów, a za to, co zostanie, spróbować jakoś tę imprezę sfinansować. Najlepiej oczywiście, jak już wspomniałem na początku tej notki, i z czym mieliśmy do czynienia w przypadku afery z meczem na Stadionie Narodowym i niedoszłego występu Davida Bowie sprzed lat, byłoby doprowadzić do sytuacji, gdzie impreza się zwyczajnie nie odbędzie. Mam wrażenie, że najgorsze, co tych cwaniaków może spotkać to to, jak się zachował Justin Timberlake. On prawdopodobnie w ostatniej chwili dowiedział się, że nie ma tego, nie zapewniono tamtego, nie dadzą mu jeszcze czegoś, a w dodatku poinformowali, że pieniędzy jednak jest mniej, niż miało być, a on, zamiast się zgodzić na jakieś skromne odszkodowanie i w Gdańsku się nie pokazać, pomyślał, że głupio byłoby tak się nagle obrażać, wziął co dali, tyle że sam też dał to co dał i tyle.
No i teraz znów ktoś się spyta, co z tego? Co nas interesuje branża rozrywkowa i tych paru gangsterów, którzy postanowili się na niej dorobić. Otóż moim zdaniem, to, co się stało na Stadionie Narodowym i to, co się dzieje w przemyśle muzycznym jest zaledwie odpryskiem owej gigantycznej „jumy”, z którą mamy do czynienia na każdym poziomie polskiego życia publicznego. Moim zdaniem, w każdym możliwym jego wymiarze, i to niezależnie od tego, czy chodzi o małe wioski, wielkie miasta, rynek książek, muzyki, prasy, filmu, teatru, nauki, czy czegoś, co się oficjalnie opisuje terminem „coaching”, a co obejmuje wszelkiego rodzaju kursy, szkolenia, doradztwa, dziś już nie chodzi o nic innego, jak tylko o to, by wypatrzeć gdzieś jakieś pieniądze, zgłosić się z dowolnym projektem, a następnie już tylko pozwolić, by dokooptowano do interesu tyle odpowiednio znaczących osób i instytucji, by można było mieć pewność, że całe przedsięwzięcie uda się zamknąć w taki sposób, by każdy był zadowolony. No może, z wyjątkiem klienta, który zapłacił i albo dostał coś, na co nie liczył i pomyślał, że może następnym razem będzie lepiej, albo się obraził i dostał zwrot pieniędzy.
Wróćmy na chwilę jeszcze do dwóch wspomnianych wcześniej cwaniaków z More Music Agency. Tak się składa, że wśród paru innych tak zwanych „jednostek kulturalnych” na Śląsku, oni obsługują znany w środowisku Jazz Club „Hipnoza”. Jeszcze kilka lat temu nie było tygodnia, by w owej „Hipnozie” nie odbywał się jakiś poważny mniej lub bardziej koncert. W „Hipnozie” występowali David Murray, Arthur Blythe, Billy Bang, Kahil El’Zabar, Nicole Mitchell, wszyscy przy pełnej sali. Dziś tam już się głównie pije piwo i słucha jazzu z odtwarzacza CD. Czemu? Ależ to jest proste: po cholerę się napinać, skoro miasto i tak to co i tak już przeznaczyło na rozwój lokalnej kultury, da? Jak mówię, to co ja tu piszę, opiera się nie na mojej wiedzy, ale na tym co widzę i co mi każe wyciągać wnioski, ale moim zdaniem jest tak, że dziś ci dwaj nie muszą już robić poza tym, że raz do roku przedstawią listę, na której będzie napisane, jak to przez minione 12 miesięcy Jazz Club „Hipnoza” przyczynił się do rozwoju kultury na Śląsku, ile pieniędzy wydał, o ile więcej będzie potrzebował w roku następnym, ktoś tam przybije pieczątkę i sprawa załatwiona. Jak mówię, po co się napinać, a już zwłaszcza, gdy jeszcze jest ten Tauron?
A odbiorca tej oferty? On zresztą i tak już wkrótce prawdopodobnie zostanie na tyle skutecznie wyćwiczony, że będzie zadowolony zawsze, wiedząc, że jeśli nie będzie tego piwa, to nie będzie nic, a kiedy nie będzie nic, to jak żyć panie premierze? Jak żyć?

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie wciąż obowiązują wyjątkowo ciekawe promocje na niektóre z moich i Coryllusa książek. Szczerze polecam, również te, akurat promocjami nie objęte. No i wciąż, jak zawsze, proszę wszystkich, którym zbywa, o wsparcie dla tego bloga. Dziękuję.

wtorek, 4 grudnia 2012

Przybijam piątkę ze Ślązakami

W minioną sobotę byliśmy przy okazji tak zwanych Andrzejek na wizycie u mojego teścia, no i przy tej z kolei okazji w moje ręce wpadło piątkowe wydanie „Gazety Wyborczej”. Biorąc pod uwagę, że na wieść, że oni piszą już nawet i o mnie, ledwo co sam osobiście, bez jakiegokolwiek przymusu kupiłem sobie „Gazetę Wyborczą” – tym razem w wydaniu sobotnim – mogę uczciwie stwierdzić, że jak idzie o ten szczególny kierunek reżimowej propagandy, jestem już pewnego rodzaju ekspertem.
Co zatem zauważyłem? Otóż nie ulega wątpliwości, że „Gazeta Wyborcza”, z intensywnością – jeśli porównać ich z takim choćby TVN-em – wręcz niewyobrażalną, zajmuje się przede wszystkim niszczeniem pisofaszyzmu. Oczywiście ze względu na charakter mojej wizyty i osobę gospodarza, nie wypadało mi siedzieć cały wieczór i czytać „Wyborczej”, a zatem sytuację znam dość pobieżnie, ale takie właśnie odniosłem wrażenie. Oni już dawno przekroczyli granice obsesji, i dziś się zachowują jak, nie przymierzając niektórzy blogerzy Salonu24 – z obu zresztą stron.
A więc wojna z PiS-em trwa i to trwa w wymiarze dla zwykłego człowieka niepojętym. To jednak co mnie uderzyło znacznie bardziej niż wspomniane antypisowskie obłąkanie, to charakter jaki uzyskał lokalny dodatek do „Wyborczej”, a więc coś co u nas akurat nosi nazwę „Gazeta Katowice”. Otóż – i to akurat zostało zdecydowanie potwierdzone przez mojego teścia – wygląda na to, że ta część projektu „Agory” została przekazana w ręce Ruchu Autonomii Śląska, i o ile w głównym wydaniu bez opamiętania wali się w jakiekolwiek ruchy po stronie Prawa i Sprawiedliwości, tu głównym wrogiem są władze Katowic z prezydentem Uszokiem na czele, oraz katowicki arcybiskup Wiktor Skworc. Pierwszy bohater natomiast jest już tylko jeden, czyli tak zwana „ślunska godka”.
I nie jest wcale tak, że ja tu sugeruję, iż katowickie wydanie „Gazety Wyborczej” jest napisane w śląskim narzeczu. Tak akurat to jeszcze nie jest, natomiast niemal cały obecny tam propagandowy przekaz – bo to w istocie rzeczy jest wyłącznie, od początku do końca, czysta propaganda – jest tak jednoznacznie zdefiniowany, że niezależnie od tego, czy oni będą te swoje teksty pisać po śląsku, czy po polsku z tym śmiesznym akcentem – sprawa pozostanie jak najbardziej oczywista: „Gazeta Katowice” to organ najbardziej zdesperowanej frakcji w Ruchu Autonomii Śląska.
Jeśli się odpowiednio długo spróbuje poobserwować to co tam się wyprawia, w pewnym momencie można mieć nadzieję, że nienawiść tych ludzi do Katowic jest tak wielka, że kiedy oni już zdobędą władzę, to z tego miasta uczynią jakąś przeklętą autonomię dla „goroli”, natomiast prawdziwe życie będzie się toczylo na obrzeżach, a więc w jakimś Nowym Bytomiu, czy Czerwionce, oczywiście uprzednio oczyszczonych z elementu wrogiego, a więc pewnie głównie Ślązaków, którzy nie nauczyli się mówić płynnie po niemiecku.
Jeśli ktoś sądzi, że ja z braku lepszych tematów postanowiłem znów podrażnić się ze Ślązakami, to jest w głębokim błędzie. Dziś akurat nie chodzi mi o nich, lecz wyłącznie o „Gazetę Wyborczą” i to wszystko co za nią stoi, a czego ja nawet nie chcę znać. Otóż ja uważam, że obecny charakter jej katowickiego wydania nie jest ani sprawą przypadku, ani wynikiem politycznych afiliacji jego redaktorów. Wiadomo powszechnie, że wojna jaką Ruch Autonomii Śląska i stowarzyszona z nim Platforma Obywatelska wywołali tu na Śląsku osiąga niekiedy natężenie, którego nie powstydziliby się potykający się politycy obozów zwaśnionych w skali kraju. W związku z tym awantury z jakimi mamy tu do czynienia i nienawiść jakie one rodzą też potrafią osiągnąć nie byle jaką skalę. Jednak nie ma takiej możliwości, by projekt tak jednak doświadczony i tak starannie kontrolowany jak „Gazeta Wyborcza” pozwolił sobie gdziekolwiek na choćby minimalna dowolność. Jeśli katowicka ”Gazeta Wyborcza” stała się faktycznym organem RAŚ-u, to znaczy, że coś się szykuje. Jeśli „Gazeta Katowice” piórem swoich dwóch czołowych felietonistów, a więc Kazimierz Kutza PS „Kuc” i Michała Smolorza ps. „Kanar”, na zmianę niszczą albo Jarosława Kaczyńskiego albo abp. Skworca, to znaczy że to nie jest ani trochę zabawa, w jaką się zaangażowało paru śląskich folksdojczów, ale poważny plan. Jeśli wreszcie katowicka „Gazeta Wyborcza” stała się niemal biuletynem w gruncie rzeczy zarządzanego przez RAŚ Muzeum Miasta Katowic, to nadszedł czas, bym ja może zmienił swoje dotychczasowe, bardzo nieprzyjazne czemuś co nazywam „ślązactwem”, podejście do tego regionu i tych ludzi, i zaczął bronić porządnych Ślązaków przed Ślązakami zdecydowanie mniej porządnymi. Przed Ślązakami o których zaczynam myśleć, że są zwyczajnymi uzurpatorami. Zrzucanymi tu nam na jakichś ruskich spadochronach zaimportowanych przez ludzi z Warszawy.
Napisałem te słowa i od razu zrobiło mi się lepiej. Niedawno moja córka podała mi link do pewnego kabaretu i kazała mi go oglądać. Całe, panie, 20 minut! Kabaret jest jak najbardziej stąd, nosi nazwę „Kabaret Młodych Panów”, i rozśmiesza nas wyłącznie w narzeczu śląskim. Opierałem się jak mogłem, ale w końcu uległem. I muszę powiedzieć, że nie pamiętam, kiedy się tak śmiałem. Ja się, proszę Państwa śmiałem tak, że się zwyczajnie ze śmiechu popłakałem. To było coś najbardziej zabawnego od czasu Mumio. Proszę sobie popatrzeć i posłuchać. A ja już tylko się zastanawiam, co się z nimi stanie, kiedy nie daj Boże, Agora S.A. zaprowadzi tu swoje porządki. Zwłaszcza za ten żart ze skutkami braku wody w zbiorniku w Goczałkowicach. Akurat w sobotę, jasna cholera!
Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać. Zwłaszcza gdy wsparcie nadeszło z tak bardzo nieoczekiwanej strony.



Przy okazji, tradycyjnie już, wszystkich którzy uważają, że to moje pisanie na coś się przydaje, proszę o wspieranie go i przez kupowanie książek i przesyłanie tego co tam komu może zbywa na podany obok numer konta. Bez tego jest już po nas. Dziękuję.

czwartek, 6 października 2011

Gdy modlitwy zostają wysłuchane

Wszyscy, a już na pewno większość stałych czytelników tego bloga wie, że jego autor to ktoś, kto wie wszystko, a nawet jeśli nie wie, to jest o tym, że wie, szczerze przekonany, a nawet jeśli tego przekonania nie ma, to z całą pewnością każdy dowie się tego od tych, co go nienawidzą, i życzą mu tego, by jak najszybciej zdechł. Otóż dziś chciałem oświadczyć – właśnie ja, człowiek, który prowadzi ten blog – że nie wiem nic. Że świat jest dla mnie zagadką, której rozwiązać nie potrafię, a wszystko co się wokół mnie dzieje, stanowi dla mnie tajemnicę, wobec której stoję nagi i bezradny.
A wszystko zaczęło się wczoraj. Przyznaję uczciwie, że tak samo jak organizowanych przez telewizję TVN tak zwanych „debat przedwyborczych”, z oczywistych względów nie oglądałem, tak i też właśnie z jakiegoś nieokreślonego powodu zacząłem oglądać ostatnią z nich, zapowiadaną przez media, jako tę najważniejszą i decydującą, w której udział wezmą już nie pojedynczy eksperci, ale sami przywódcy. I oto, niespodziewanie dla wszystkich, okazało się że z udziału w niej zrezygnował Donald Tusk, a zamiast niego, pojawił się minister Sikorski, który w dodatku – do tej sprawy jeszcze wrócimy – został przez prowadzącego audycję przedstawiony jako Ryszard Sikorski. Mało tego. Okazało się, że Waldemar Pawlak, cokolwiek byśmy o nim nie myśleli, zachował w sobie ten rodzaj chłopskiego sprytu, który w tej szczególnej sytuacji kazał mu zachować się z honorem, i, podobnie jak Premier, wysłać do studia państwa Walterów kogoś w swoim zastępstwie. Niech sobie Tusk nie myśli. W rezultacie, owa wielka debata zgromadziła, z jednej strony, Sikorskiego i Fedak, a z drugiej kompletnie rozbitych Kowala i Napieralskiego (z – jak nas informują – uczepionym klamki Palikotem), no i redaktora Marciniaka, czy jak tam się nazywa ów topiarz fryt. A ja sobie myślę, że gdyby nasza sytuacja choć w miarę przypominała znane nam wszystkim cywilizacyjne schematy, tamten wieczór przeszedłby do annałów politycznej kompromitacji w każdym calu. Niestety, jedyny jęk, jaki do nas dotarł, wypadł tylko z ust przewodniczącego Napieralskiego, który poczuł rozczarowanie nieobecnością pana premiera i owo rozczarowanie zechciał wyartykułować. Cała reszta do dziś udaje, że się nic nie stało.
Czemu Pawlak nie przyszedł do TVN-u, jest sprawą oczywistą, i już przeze mnie wyjaśnioną. Niech sobie Tusk nie myśli, że Pawlak będzie się upokarzał towarzystwem ludzi, którzy dla niego, Tuska, są zbyt niscy. Pozostaje problem samego Tuska. Czemu on uznał, że na zakończenie tej dziwnej kampanii dobrze będzie wykonać gest, który wedle wszelkich standardów powinien go pogrążyć? Ktoś powie, że się niepotrzebnie podniecam, bo Jarosław Kaczyński też wczoraj nie przyszedł, a to mi akurat nie przeszkadza. I zgoda – Kaczyński nie przyszedł, tyle że Kaczyńskiego tam się nikt nie spodziewał. On już dawno zadeklarował, że jest ponad to, i z pajacami dyskutować nie zamierza. W przypadku Donalda Tuska natomiast, mieliśmy do czynienia z obietnicą, i obietnica ta została złamana. I to jest coś, czego ja zrozumieć zwyczajnie nie potrafię.
I oto przyszedł dzień kolejny. Jarosław Kaczyński, zupełnie nieoczekiwanie – w sumie, jest to bardzo ciekawe, że ten plan udało się tak długo trzymać w tajemnicy – wsiadł w pociąg i wyruszył na grób Anny Walentynowicz. Akcja ta zrobiła na Systemie takie wrażenie, ze w pewnym momencie któryś z bardziej szczerych, i mniej opanowanych, dziennikarzy TVN-u zapytał posła Hofmana, dlaczego PiS nie wpadł na ten pomysł wcześniej. Tymczasem, jak się dowiadujemy – a ja, ze względu na zbieżności, że tak to określę, życiorysowe doświadczam niemal na żywo – premier Donald Tusk przybył na Śląsk i dokonał aktu kompromitacji absolutnie nam, przez minione cztery lata, a kto wie, czy nie więcej, nieznanej. Oglądam dziś jakiś program w telewizji TVN24, widzę redaktorów Knapika i Morozowskiego i słyszę na własne uszy, jak Morozowski mówi, że gdyby mu przyszło do głowy głosować na Platformę Obywatelską, to ręka mu z pewnością zadrży. Dlaczego? Bo miał dziś okazję oglądać Donalda Tuska w akcji.
Co to za okazja? Otóż, jak wspomniałem, Donald Tusk i jego kampania postanowiła dziś zawitać na Śląsk. I nie wiem, czy przyczyną tego co się stało, było to, że oni nagle zobaczyli, co na tę końcówkę przygotował Kaczyński i dostali cholery, czy może coś innego – na przykład zwykłe ludzkie zmęczenie – ale nagle się okazało, że Platformie Obywatelskiej tego jednego dnia nie dość że zabrakło, to ten jeden dzień pozostanie już na zawsze – choćby i w refleksjach z więziennej celi – w ich pamięci, jako decydujący o ich – jak najbardziej parszywym – losie. A cóż takiego się stało? Przede wszystkim, Donald Tusk, wbrew swojej dotychczasowej strategii, postanowił, niemal z minuty na minutę, zrezygnować z dotychczasowego lansu, a więc przede wszystkim, przesiadł się z „Tuskobusa” do zwykłej limuzyny, odmówił spotkań dziennikarzami i z nakręconymi przez niego wcześniej ludźmi. Rozwścieczony TVN pokazał to bez śladu litości. Co gorsza, ten sam rozwścieczony TVN, opowiedział nam właśnie o jakimś biednym staruszku, któremu Donald Tusk, osobiście i solennie, obiecał obiad i spotkanie, któremu kazał kupić sobie z tej okazji nową koszulę i się odpowiednio wyszykować, i któremu, najzwyczajniej na świecie, i to jak najbardziej publicznie, osobiście kazał poświęcić swój czas na spotkanie z samym premierem, a następnie wystawił go do wiatru. Bo się dowiedział, że gdzieś po okolicy kręcą się jacyś kibole, i się posrał ze strachu.
Mało tego. Ten sam rozwścieczony TVN pokazał grupę drobnych przedsiębiorców, czekających nad Premiera pod jakimś lokalnym budynkiem, gdzie ten się spotykał z innymi – tyle że już staranniej dobranymi – przedsiębiorcami, i błagających go, by łaskawie zechciał do niech podejść i porozmawiać, i w tym samym momencie, tego samego Premiera, wsiadającego bez słowa do czekającego na niego samochodu, nawet nie podnoszącego wzroku na dosłownie płaczących ludzi.
Co za cholera? O co tu chodzi? Co oni kombinują? Nie mam pojęcia. Został jeden dzień do końca kampanii. Dzień być może najważniejszy, a Donald Tusk postanowił popełnić piękne i bardzo wystawne samobójstwo. Jak mówię, media z tej okazji dostały cholery, a jednocześnie zostały opublikowane dwa kolejne sondaże, z których wynika, że nie ma się co bać. Platforma wygrywa bezdyskusyjnie. Prawo i Sprawiedliwość tonie. Czyżby ci, którzy są naprawdę blisko tego wszystkiego już jakiś czas temu zauważyli, że Donald Tusk nie wytrzymał tego napięcia? Że najzwyczajniej w świecie odpadł? Że to już koniec? I że te dwa sondaże zostały przygotowane już dużo wcześniej, na tę szczególną okoliczność? Powiem uczciwie, że nie wiem. Zupełnie uczciwie powtórzę to, co napisałem na samym początku tych refleksji. Nie wiem nic. Nic nie rozumiem. Nic nie wiem. Zwłaszcza, że dziś jest dopiero czwartek, a ostatni dzień kampanii dopiero przed nami. Co zrobią Tusk i Kaczyński? Nie mam pojęcia.
Od czego jednak mam Was? Powiedzcie mi, o co tu chodzi?A skoro już jesteśmy przy apelach, tradycyjnie proszę o kupowanie książki i o wspieranie tego bloga finansowo pod podanym obok numerem konta. Jutro mamy piątek, pojutrze sobotę, w niedzielę wybory, ale to jest przy okazji długi weekend i żyć jakoś trzeba. A ja już Wam mówiłem nie raz, jaka jest sytuacja. A zatem proszę o wsparcie. I dziękuję.

czwartek, 5 maja 2011

Z punktu widzenia mojego psa

Obiecywałem sobie, ze nie będę już wracał do spraw Śląska, Ślązaków i tak zwanej śląskości z dwóch powodów. Przede wszystkim, przez wzgląd na moich przyjaciół, którzy ze Śląskiem czują się związani emocjonalnie i wszystko co w ich regionalny patriotyzm uderza, traktują jako osobistą przykrość. A ja swoim przyjaciołom przykrości sprawiać nie chcę. Po drugie, chodziło mi o swoją własną reputację. Zdaję sobie mianowicie sprawę z tego, że napięcia są tak duże, że często przesłaniają zdrowy rozsądek. A w związku z tym mam prawo obawiać się, że jeszcze jeden mój gest przeciwko tak zwanej śląskości, a ja, przynajmniej w oczach niektórych z nas, stracę całkowicie. Obiecywałem sobie, i niestety, nic z tego nie będzie.
Cóż takiego się stało? Otóż i stało się i się dzieje. Dzieję się niemal codziennie, i nie ma w tym nic dziwnego. Ja tu w końcu mieszkam i musiałbym być głuchy i ślepy, żeby pewnych rzeczy nie zauważać. Wczoraj na przykład przechodziłem sobie obok kiosku z gazetami i zauważyłem, bardzo zresztą wyeksponowany, nowy tytuł, a mianowicie coś, co się nazywa Nowa Gazeta Śląska. A tam, już na pierwszej stronie, uderzył mnie w oczy wielki tytuł informujący o tym, że dekret KRN znoszący autonomię Śląska jest nielegalny. Oczywiście gazety nie kupiłem, natomiast wyszukałem sobie ich stronę w Internecie, i tu z kolei uderzył mnie adres – nie nowagazetaslaska.pl, lecz nowagzetaslaska.eu. Oczywiście, ktoś mi powie, że to akurat jest bez znaczenia. Obecnie mnóstwo adresów jest podpiętych pod domenę ‘eu’. No ale oni sobie wybrali tę, a nie inną, a ja to zauważyłem. I koniec gadki. Wszyscy pozostajemy przy swoim.
Ale ja nie chciałem o Nowej Gazecie Śląskiej. To był tylko pierwszy z brzegu przykład tego, co się dzieje. Kiedy siadałem do tego tekstu, miałem w głowie coś nieco ciekawszego. Otóż, jak już być może wspominałem, mamy psa. Najmłodsza Toyahówna skończyła ostatnio 18 lat i jej koleżanki z tej okazji postanowiły się złożyć i kupić nam psa labradora. Nie żebym narzekał. Pies jest prześliczny, kochany, ma smutne oczka i już nawet nie sika w domu i nie robi kupy. A teraz nawet śpi, spał też i wcześniej, a jak go znam, resztę dnia też spędzi – śpiąc. Natomiast jeden fakt jest taki, że trzeba z nim niekiedy wychodzić, a drugi taki, że wychodzić z nim mam też ja, głównie ze względu na to, że jestem już stary i mam dbać o zdrowie. Wychodzę więc z nim i na nowo odkrywam świat.
Być może pierwszym moim zaskoczeniem było to, że nasze śląskie ulice są w sposób absolutnie dramatyczny zaśmiecone. Kiedy jeszcze nie miałem psa, chodziłem sobie tam i z powrotem i, jeśli przychodziło mi do głowy, żeby patrzeć pod nogi, to wyłącznie w obawie przed psimi kupami. Dziś widzę, że kupy, to akurat jest drobiazg. Prawdziwe nieszczęście to potworne ilości najróżniejszych śmieci – papierki, jakieś stare folie, skórki od chleba, resztki jedzenia, jakichś ogryzków, ości z ryb, resztki jarzyn, obierki z ziemniaków, i już zupełnie niezidentyfikowany syf. Ale głównie jakieś jedzenie. Moje miasto pokryte jest od horyzontu, po horyzont wyrzuconym przez ludzi jedzeniem. Wyrzuconym przez ludzi, którzy tu mieszkają.
Ale, kiedy szedłem sobie na spacer z naszym psem, korzystając z tego, że on się wciąż zatrzymuję, a ja mam czas, żeby raz na jakiś czas też przystanąć i się rozejrzeć, na jednym z budynków zauważyłem coś niezwykłego. Wmurowaną tablicę poświęconą pamięci Jana Mitręgi. Starsi czytelnicy być może wiedzą, kim był Jan Mitręga, ale na wszelki wypadek – no i z myślą o tych młodszych – przedstawiam odpowiednią informację:
Urodził się 21 kwietnia 1917 w Michałkowicach, w polskiej rodzinie o tradycjach powstańczych i narodowych. W 1935 wstąpił do Związku Młodzieży Socjalistycznej (ZMS), a w 1936 do Komunistycznego Związku Młodzieży Polskiej (KZMP). Od 1937 pracował na KWK Michał (Siemianowice Śląskie). W czasie II wojny światowej był współorganizatorem akcji strajkowej wymierzonej w politykę Niemiec, sprzeciwiającej się 10 godzinnemu systemowi pracy. W 1945 stanął na czele konspiracyjnej Rady Zakładowej, czuwającej nad tym by Niemcy nie zniszczyli zakładu pracy podczas swojej ewakuacji. W latach 1947–1952 był szefem Rady Zakładowej KWK Michał. W 1952 został powołany do pracy jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki. W tym czasie ukończył także Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. W tym czasie powołał Międzyresortową Komisję Węgla Kamiennego. Wstąpił do PZPR (1952–1990). W latach 1945–1970 był członkiem Zarządu Głównego Związku Zawodowego Górników (ZZG), w latach 1955–1975 prezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Inżynierów i Techników. W latach 1961–1975 członkiem KC PZPR, w latach 1962–1975 posłem na Sejm PRL III, IV, V i VI kadencji. Od 1935 był członkiem (seniorem)ZHP. W roku 1972 otrzymał tytuł doktora honoris causa Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Działał w katowickim kole Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych. Był uważany za człowieka Władysława Gomułki, którego uważał za największego polskiego patriotę po 1945. Wspierał działania generała Mieczysława Moczara na Śląsku. Teksty Jana Mitręgi zamieszczał lewicowo-narodowy Tygodnik Ojczyzna.
W 2007 obchodzono jubileusz 90-lecia Jana Mitręgi. Otrzymał on z rąk prezydenta Siemianowic Śląskich Jacka Guzego przyznany mu przez Radę Miasta tytuł Honorowego Obywatela Siemianowic Śląskich. Zmarł 7 listopada 2007 roku”.
Życiorys jak życiorys. Pełno takich w powojennej historii Polski i pewnie każde jego zdanie – tak jak każde zdanie w tamtych życiorysach – jest jak najbardziej prawdziwe i ścisłe, włącznie z tym współorganizowaniem akcji strajkowej przeciwko Niemcom w czasie okupacji i wspieraniem działań (co to musiały być za działania!) generała Mieczysława Moczara na Śląsku. Mnie dziś jednak bardziej od Mitręgi interesuje ta tablica. Otóż jest ona wmurowana na ulicy Powstańców, naprzeciwko dawnego Ministerstwa Górnictwa, a dziś Kompanii Węglowej, pod którą od czasu do czasu przychodzi jakaś demonstracja z udziałem cegieł i kilofów, i później tę wizytę relacjonuje telewizja TVN24, na frontowej ścianie czegoś co się nazywa Stowarzyszenie Techników i Inżynierów Górnictwa. Tablica jak tablica, a więc widzimy twarz Mitręgi, pod twarzą napis: „Jan Mitręga (1917-2007) twórca nowoczesnego przemysłu węglowego i energetyki w Polsce. Wybitny Ślązak, wielki patriota. Szanował ludzi, wiernie im służył”, a pod napisem mnóstwo pięknych, kolorowych kwiatów. Właśnie tak.
Stałem tam pod tą tablicą z moim psem i myślałem sobie, że to jest bardzo ciekawa sprawa z tym Mitręgą. U nas na Śląsku wielkich Ślązaków, których czcimy i z których jesteśmy dumni, mieliśmy zawsze dość znaczną ilość. Osobiście mam wrażenie, że właściwie nie ma Ślązaka, który byłby w jakiś sposób osobą publiczną, i nie był jednocześnie przez jakąś inną grupę Ślązaków. uważany za postać wielką i wybitną. Czy to Korfanty, czy Morcinek, czy Arka Bożek, Ligoń, Rymer, czy jacyś inne dzieci tej ziemi, o bardziej egzotycznie brzmiących nazwiskach, jak Wilhelm Martin Kutta, czy Johann Georg III von Oppersdorff – wszyscy oni to tu to tam są przez śląskich patriotów czczeni i uwielbiani. Powiem szczerze, że osobiście większości z nich nie znam, a jeśli nawet znam, to nic o nich nie wiem, natomiast nie mam najmniejszych wątpliwości, że dla wielu, śląskość ma to do siebie, że ona sama stanowi przepustkę do historii. Jeśli ktoś ma śląskie papiery, a jednocześnie jego nazwisko pojawiło się parę razy publicznie, w dowolnym okresie naszej historii, dla porządnego Ślązaka ten koś automatycznie staje się ikoną.
Jak mówię, Morcinek to dla mnie przede wszystkim ten gość od Łyska z pokładu Idy i Stalinogrodu, Korfanty to ktoś kogo podobno nienawidził Piłsudskiego – i wzajemnie, Ligoń to z kolei patron ulicy Ligonia, a ten Johann Georg III von Oppersdorff, to z kolei nikt. Ale jest też paru Ślązaków, których znam świetnie, wiem o nich znacznie więcej niż o Arce Bożku, a którzy dla prawdziwego śląskiego patrioty są Ślązakami wybitnymi w co najmniej takim samym stopniu jak Bożek. Co najmniej, a kto wie, czy nie bardziej nawet. Mam tu na myśli przede wszystkim Jerzego Ziętka, Barbarę Blidę i teraz Jana Mitręgę. Ktoś powie – komuchy. Nieprawda. Komuchem się jest poza tą ziemią. Tu wszyscy jesteśmy jedną rodziną. Solą tej ziemi.
Śląskiego fenomenu Jerzego Ziętka nie rozumiałem nigdy. Człowiek, który nie dość, że był najwierniejszą i wieczną częścią naszej rodzimej bolszewii, to jeszcze – jak mówią ci co wiedzą – cieszył się takim zaufaniem Centrali, że nie było w Polsce nikogo na tyle dzielnego, żeby mógł go zaczepiać od kątem jego przedwojennej przeszłości. A gdy tylko zmarł, stał się śląską ikoną, bohaterem i świętym. Naszym Panem Wojewodą. Naszym Jorgiem. No ale do niego wszyscy jakoś się przyzwyczailiśmy. Z Blidą sprawa wydawałaby się prosta. Ona przez to, że poniosła śmierć z rąk Jarosława Kaczyńskiego i jego watah, stała się w jednym momencie jedną ze śląskich błogosławionych i tu nie ma dyskusji. Ale to nie do końca musi o to tylko chodzić. Jak wsłuchać się we wspomnienia o „naszej Basi”, tam znajdziemy wszystkich – nie tylko przedstawicieli pierwszego frontu antykaczystowskiego. Będzie więc i miejscowy ksiądz, ksiądz arcybiskup, muzyk z Siemianowic Józef Skrzek – można by wymieniać – dla nich wszystkich, nawet jeśli ona nie padła ofiarą polityki PiS-u – to z pewnością umarła za Śląsk. Za te kopalnie, za ten trud. I teraz nagle pojawił się ten Mitręga. To znaczy, jak się okazuje, pojawił się już jakiś czas temu, ale dziś pięknie jakoś się do naszej sytuacji dopasował.
A ja się zastanawiam, czemu akurat on? Czemu nie Zdzisław Grudzień, czy Edward Babiuch, czy wreszcie czemu nie Edward Gierek? Ktoś powie, że to już jednak z drugiej strony Brynicy, i ja to rozumiem. Gierek, Babiuch i Grudzień to gorole. No ale przecież, jak by nie patrzeć – wybitni. No i Mitręga też nie tylko Gomułkę i Moczara, ale i ich z całą pewnością szanował. Czy jego słowo tu nie wystarczy? Czy jego autorytet tu nie ma znaczenia? No a poza tym, to naprawdę zaledwie parę kilometrów. No i oni jednak – może z wyjątkiem Gierka – mieli w glosie tę specyficzną nutkę. Czy to się nie liczy?
Więc jednak nie. Na Śląsku wielkość to kategoria bardzo wyśrubowana. Tu liczy się każdy kilometr. Co ja mówię „kilometr”? Centymetr się liczy. Śląski patriotyzm to nie zabawa, to nie żart. To jest prawdziwa walka, a z tą walką idzie prawdziwa duma. I tu nie ma kompromisów. Ani w jedną, ani w drugą stronę. Bo na szali jest przyszłość. Tego miejsca, tych ludzi i tej historii.
Jan Mitręga. Wybitny Ślązak i wielki patriota. Ten który nam stworzył nowoczesny przemysł węglowy. Mitręga, Ziętek, Blida, w przyszłości oczywiście Kazimierz Kutz. A poza nimi, oczywiście wielu, wielu innych – wybitnych bardziej, mniej, lub w ogóle, ludzi wspaniałych, ale też podłych, których łączy jedno – przez pewne środowiska na Śląsku oni wszyscy zostali uznani za synów tej ziemi, a więc nietykalnych. I w ten sposób, znaleźli się poza historią, poza Polską i w właściwie poza światem.
Wspomniałem tu parę dni temu, jak to w zeszłym tygodniu w telewizji wystąpiła Anita Werner i zapytała jednego ze swoich gości, jak jego zdaniem zareagowałby Jan Paweł II, gdyby dziś żył i usłyszał Jarosława Kaczyńskiego, kiedy ten mówi o śląskości jako o ukrytej opcji niemieckiej. Parę osób zdążyło się to tu to tam na to jej zachowanie pooburzać, natomiast ja mam wrażenie, że ta sprawa przede wszystkim się coś za długo ciągnie. Wydawało się, że sprawa owej „śląskości” została już dokładnie i do końca wyjaśniona. W międzyczasie też pojawiło się mnóstwo różnych równie atrakcyjnych okazji, by może nawet jeszcze skuteczniej gnoić Kaczyńskiego i jego środowisko. Myślę sobie w tej sytuacji, że może, skoro oni są aż tak zażarci, dobrze by było postawić sprawę jasno i powiedzieć, że tu w ogóle nie chodzi o jakąś opcję „ukrytą”. Ta opcja w żadnej mierze nie jest ukryta. To wszystko jest jak najbardziej otwarte i oficjalne. I ten kierunek jest jak najbardziej precyzyjnie określony.
Niedawno miałem okazję gościć w pewnym śląskim domu w Chorzowie. Od razu muszę powiedzieć, że ci moi śląscy znajomi to bardzo mili ludzie. Naprawdę mili i przyznaję uczciwie, że ich towarzystwo jest mi sympatyczne. Lubię tam bywać i oni chyba tez lubią, kiedy ja tam u nich jestem. Otóż jest tak, że ich synek w pokoju ma powieszoną niemiecką flagę z napisem Deutschland, a jak wychodzi się od nich na korytarz, na drzwiach naprzeciwko wisi wielkanocna ozdoba w postaci zajączka i napisu „Willkommen”. Wychodzę z tego domu, udaję się na przystanek tramwajowy i od razu – jak już zdarzyło mi się to parę razy wcześniej – słyszę, jak z pobliskiego sklepu muzycznego biegną do mnie dźwięki najbardziej typowych niemieckich szlagierów. O nie! Ta opcja w żaden sposób się nie ukrywa. Ona całkowicie otwarcie się obnaża i jest w tym obnażeniu bezwstydna coraz bardziej. A prawdziwe nieszczęście polega na tym, że im bardziej nasza Polska będzie stanowiła dla nich wyłącznie zawód – a przyznać musisz, Polsko, że ostatnio jakoś się fatalnie staczasz – oni coraz częściej będą się zwracać w kierunku Niemców. W końcu, cóż im pozostaje innego? Hrabia Bronisław Komorowski? Nie żartujmy.
I tu musi się, już na sam koniec pojawić pewna jeszcze refleksja. Cokolwiek by o Ślązakach mówić, nie da się zaprzeczyć, że potrafią czcić swoich bohaterów. Dziś sobie więc myślę, że w pewien paradoksalny sposób, szkoda wielka, że Lech Kaczyński nie był Ślązakiem. Przede wszystkim miałby już w każdym śląskim mieście i miasteczku swój pomnik, swoją tablicę i jakiś obiekt – szkołę, szpital, stadion, rondo, ulicę – nazwany swoim imieniem. Tak jak choćby wspomniany wcześniej Ziętek. A biorąc pod uwagę, że tzw. śląska agenda potrafi być naprawdę ekspansywna, niewykluczone, że Gorzelik z kolegami nawet by wymusili na Warszawie, by i tam dla pierwszego Prezydenta-Ślązaka stanęło coś dużego. Niestety, prezydent Kaczyński Ślązakiem nie był, a ponieważ nasza polska szlachta ma jego pamięć i jego samego w dużej pogardzie, będzie się jeszcze przez ileś tam lat po tej Polsce, wśród tych Polaków, tułać. Właśnie po Polsce. Bo, trzeba Wam wiedzieć, i Tobie też, Moja Droga Ginewro, że ten tekst jest w tym samym stopniu o Ślązakach, co i o Polakach.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

O gorolach z RAŚ, Ruskich z Warszawy i Hanysach z Przemyśla

Poprzedni wpis dotyczył magazynu Press i postawy, jaką w stosunku do Jarosława Kaczyńskiego przyjął System, jednak z jakiegoś powodu, w pewnym momencie, dyskusja pod tą notką poszła w stronę tzw. śląskiego obłędu i już w tej przestrzeni pozostała. Trochę tego żałuję, bo jeszcze zanim zamieściłem ów wpis o chujach z magazynu Press, planowałem kolejny poświęcić właśnie sprawie Gorzelika, jego bandy i ich autentycznych i przyszywanych sympatyków. Wpis ów się tu własnie ukazuje, a ja wiem, że ponieważ prawdopodobnie wszystko co było na ten temat do powiedzenia, zostało powiedziane, na bardziej interesującą rozmowę nie mam już co liczyć. No ale bywa i tak. Przynajmniej więc sobie poczytacie.
W niedawno opublikowanym Raporcie o Stanie Rzeczpospolitej, Jarosław Kaczyński napisał następujące słowa:
Istnieje wiele przesłanek, by twierdzić, że kategoria Narodu nie jest podnoszona w programach i zasadniczych wystąpieniach przedstawicieli PO, choć mówi się tam o Polakach czy pozycji Polski. Z drugiej strony, PO w swoim przekazie mocno podkreśla znaczenie regionalizmów, czego szczególnym przykładem jest ostentacyjne akcentowanie przez Donalda Tuska swojej kaszubskości.
Niedawno umieszczono, wbrew wyrokowi Sądu Najwyższego z 2007 roku, narodowość śląską w spisie powszechnym. Sąd Najwyższy słusznie bowiem wywiódł, że historycznie rzecz biorąc, niczego takiego jak naród śląski nie ma. Można dodać, że śląskość jest po prostu pewnym sposobem odcięcia się od polskości i przypuszczalnie przyjęciem po prostu zakamuflowanej opcji niemieckiej.
W PO nie budzą protestu postawy jawnie antypolskie, wręcz obrażające Polaków. Przykładem jest choćby długotrwała obecność w tej partii Kazimierza Kutza, którego publicystyka w wielu wypadkach jest jadowicie antypolska. Ważny jest też stosunek do Ruchu Autonomii Śląska, którego członkowie kandydowali z list PO, mimo że ta formacja jawnie odcina się od polskości. Jej szef Jerzy Gorzelik mówi wprost: jestem Ślązakiem, nie Polakiem, Polska nie jest dla mnie najważniejsza. Niezwykle charakterystyczna jest też bardzo agresywna reakcja czołowego polityka PO, szefa klubu Tomasza Tomczykiewicza, na formułowaną w Sejmie krytykę decyzji zawarcia koalicji z RAŚ w samorządzie wojewódzkim, a także stała opcja tej partii na współpracę z Mniejszością Niemiecką na Śląsku Opolskim. I to mimo powtarzających się incydentów wskazujących na to, że przynajmniej niektórzy działacze tej mniejszości ostentacyjnie demonstrują nielojalność wobec państwa polskiego (zdejmowanie polskich flag i godła w gminach rządzonych przez MN)”.
Tyle. Gdyby pokusić się o proste i uczciwe podsumowanie tego co zostało powiedziane wyżej, myślę, że wystarczyłoby powiedzieć, że Jarosław Kaczyński we fragmencie swojego Raportu zaatakował polityczną ekspozyturę pewnej części mieszkańców Śląska, w postaci Ruchu Autonomii Śląska i w osobie jego szefa Jerzego Gorzelika, za działania separatystyczne. Działalność RAŚ Kaczyński nazwał antypolską i proniemiecką, i umieścił ją w szerszym, zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie, kontekście politycznym. Przy okazji, powołując się na wyrok Sądu Najwyższego z 2007 r., wyraził opinię, że coś takiego jak narodowość śląska nie istnieje, a jeśli ktokolwiek mimo wszystko się przy tym wciąż upiera, musi to oznaczać przyjęcie przez te osoby „zakamuflowanej opcji niemieckiej”.
Histeria jaka w związku z tym fragmentem raportu wybuchła, objęła swoim zasięgiem tereny znacznie wykraczające poza Śląsk i interesy tzw. Ślązaków. Dziś, w kolejnym dniu medialnej nagonki na Jarosława Kaczyńskiego, owe szaleństwo osiągnęło swój jak najbardziej karykaturalny wymiar nie tylko w tym, że całe grupy społeczeństwa, dotychczas związane ze Śląskiem w jeszcze mniejszym stopniu niż sam Jerzy Gorzelik – przypomnijmy tu, że jego mama ma korzenie przemyskie – demonstracyjnie zaczęły deklarować narodowość śląską, ale wobec, z jednej strony, oczywistości diagnozy Jarosława Kaczyńskiego, a drugiej, potrzeby nieustannego tępienia jego osoby, informacja dochodząca ze strony tak zwanych już dziś ‘biedronkowców’ stała się wyłącznie czymś na kształt emitującego spienioną ślinę bełkotu.
Oto wczoraj, w momencie rozpoczęcia audycji ‘Dzień po dniu’ w TVN24, red. Krzysztof Górnicki powiedział co następuje: „Nie milkną echa po raporcie Prawa i Sprawiedliwości i słowach Jarosława Kaczyńskiego sugerujących, że Ślązacy nie są prawdziwymi Polakami”. Oto doszło do tego, że Jerzy Gorzelik i jego towarzysze od lat deklarują, że Ślązacy nie są Polakami, intensywnie namawiają wszystkich, którzy czują się Ślązakami, do publicznego deklarowania narodowości śląskiej, przy każdej niemal okazji opisują Polskę i Polaków jako swego rodzaju okupantów i wyzyskiwaczy, i nagle z dnia na dzień, okazuje się, ze to nie on. Nie oni. To Jarosław Kaczyński, występując publicznie, otwarcie i stanowczo przeciwko określaniu Ślązaków jako nie-Polaków – określił Ślązaków jako nie- Polaków. I tym samym ich wszystkich śmiertelnie poobrażał.
W tej sytuacji, pozostaje mi już tylko podejrzewać, że w najbliższych dniach, w odruchu pogardy dla nacjonalistycznego zbydlęcenia Jarosława Kaczyńskiego, wszyscy Ślązacy, dotychczas deklarujący swój sprzeciw wobec prób nazywania ich Polakami, zaczną wpisywać do ankiet w rubryczce ‘narodowość’ – słowo ‘polska’. Natomiast cała reszta, a więc dziennikarze, artyści, celebryci, politycy Platformy Obywatelskiej, w tym swoim zupełnie niezwykłym psychicznym odlocie – zostaną Ślązakami. I wówczas Kazimierz Kutz będzie Polakiem z Krakowa, Donald Tusk Kaszubem urodzonym w swoim ukochanym Bytomiu, a Tomasz Lis chłopakiem z szopienickiego podwórka, posługującym się wyłącznie mową niemiecką. Marek Migalski założy w Raciborzu Towarzystwo Wspierania Prawdziwej Polskości, Joanna Kluzik ogłosi, że jest Portugalką z Frankfurtu i wówczas wszyscy oni pójdą na zakupy do Biedronki i kupią sobie oryginalny niemiecki bourbon wyprodukowany gdzieś we Francji, w cenie 32 zł za flaszkę.
A co z Gorzelikiem? Gorzelik ze względu na rodzinne koligacje swojej mamy, zostanie uznany przez swoich dotychczasowych kumpli za rasowo podejrzanego i zesłany na przymusowe roboty poza Rybnik. I niech się cieszy, jeśli uda mu się trafić przynajmniej do okręgu Karl-Marx-Stadt.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dla Ginewry - z przyjaźnią, nędzą życia i z przeprosinami

Tekst o literacie Kuczoku pisałem napełniony dwoma uczuciami. Wściekłością i lękiem. Moja wściekłość była skierowana na Kuczoka i całą tę antypolską ferajnę, która stopniowo i bardzo konsekwentnie zabiera nam naszą naturalną przestrzeń, natomiast lęk związany był z osobą mojej koleżanki Ginewry i może – choć nieco w mniejszym stopniu – paru innych moich bliskich znajomych. Nie muszę wspominać, że mam tu na myśli moich przyjaciół – Ślązaków. Dlaczego Ginewra zaprzątała mi umysł szczególnie. Przede wszystkim dlatego, że wiedziałem iż ona będzie jedną z pierwszych osob, które przeczytają ów mój tekst, ale również dlatego, że bardzo dobrze zapamiętałem jeden mikroskopijny moment, kiedy ona dała mi odczuć, ze dla niej jej śląskość jest kwestią baaaardzo poważną.
Dlaczego więc, zamiast dać sobie spokój, postanowiłem pisać o Kuczoku? Bo musiałem. Po prostu. Wszystko co tu piszę, piszę dlatego że muszę. Tu ze mną jest jak ze Skaldami. Oni śpiewają bo muszą, ja piszę bo muszę. No ale ktoś mnie spyta, po co w ogóle wspominałem o Ślązakach, Śląsku i śląskości? Czy nie mogłem tego wpisu zwyczajnie ocenzurować i udawać, że fakt iż ten dureń ma na nazwisko Kuczok, nic mnie nie obchodzi. Powiem szczerze, że miałem taki zamiar. Naprawdę. W pewnym momencie rozważałem nawet taką opcję. Że ja wszystkie fragmenty, gdzie się pojawia problem mojej anty-śląskiej obsesji ocenzuruję i słowo ‘Śląsk’ tu nie zostanie wymienione. Ostatecznie jednak z tego rozwiązania zrezygnowałem. Dlaczego?
Otóż pomyślałem sobie, że ja nie będę pisał o Ślązakach, Śląsku i śląskości, ale wyłącznie o Kuczoku i o sobie. Że jednym słowem nie wspomnę o tym, co ja mam przeciwko śląskości, że ja jednym słowem nie wspomnę o tym, co mnie u Ślązaków denerwuje, natomiast przyznam tylko to, że owszem – ja śląskości nie rozumiem, czuję w stosunku do niej niechęć i, przyznaję, że jest to uczucie absolutnie subiektywne, wręcz irracjonalne. Dlaczego więc – ktoś spyta – skoro tak dobrze znam Ślązaków, sądziłem, że mi to ujdzie na sucho? I tu przyznać muszę, że, mimo tego ryzyka, podejrzewałem, że na sucho mi to nie ujdzie. A myślałem tak właśnie dlatego, że Ślązaków dość dobrze znam i wiem, że oni takich wybryków jak zimne antyślązactwo nie darują. Nawet jeśli ono nie jest sformułowane bezpośrednio, ale wyłącznie jako wyznanie winy. Mimo to zaryzykowałem.
No i mam za swoje. Ginewra – osoba, którą uważam za osobę niezwykle miłą, mądrą, elegancką i porządną – napisała mi, że ona moim tekstem czuje się bardzo dotknięta. Więcej. Że ja swoim tekstem „zrobiłem jej ogromną przykrość”. A ja wiedziałem, że tak będzie. Że wystarczy, że ja przyznam, że z jakiegoś niemal irracjonalnego powodu czuję w stosunku do tzw. ‘śląskości’ niechęć – a Ginewra poczuje się skrzywdzona. Dlaczego? Właśnie dlatego że jest Ślązaczką. I ona w związku z tym nie ma wyjścia. Ona się musi poczuć skrzywdzona. Za co? Za to może że ja coś brzydkiego powiedziałem o Ślązakach? Że ja – nie daj Boże – coś brzydkiego powiedziałem o niej? Ależ skąd! Ona poczuje gniew wyłącznie z tego powodu, że ja przyznałem, ze ślązactwo mnie irytuje. Mnie. Subiektywnie i w sposób jak najbardziej dla mnie naturalny.
W tym momencie kusi mnie bardzo, żeby zapytać Ginewrę, czy ona by była na mnie obrażona tak jak jest w tej chwili, gdybym ja na przykład napisał, że ja nie wiem dlaczego, ale tak już mam, że jeśli spotykam przypadek jakiejś ciężkiej podłości, albo czytam wypowiedź jakiegoś wyjątkowego bydlaka, a później dowiaduje się, że on ma na nazwisko Lippman, albo Raciborski, to moją jedyną reakcją jest pełne zrozumienia ‘Aha!’. Uważam, że ten argument byłby idealny, ale wiem, że on tu jest nie na miejscu. Dlatego przede wszystkim, że ja już znam odpowiedź. Ginewra nie uznałaby tego wyznania za agresję pod adresem Żydów, ale oczywiście – tak jak poprzednio – wyłącznie pod adresem Ślązaków. Dlaczego? Bo jest Ślązaczką i jako taka, uważa, że kwestia ślązactwa nie może być dyskutowana, o ile nie chodzi o to, by omówić ciężki los tej ludności i jej zasługi dla Polski. A jeszcze ci Żydzi!
Ale też jest jeszcze jeden powód, dla którego chcę, żeby ten tekst był maksymalnie konkretny i pozbawiony złośliwości. Ja bardzo szanuję Ginewrę, podobnie jak szanuję moich pozostałych przyjaciół-Ślązaków, i bardzo nie chcę ich rozdrażniać. I tak już to robię, więc nie chcę bardziej. Chcę poza tym bardzo uczciwie i starannie pokazać im, ze się mylą. Nie co do wybitności, szczególności i zasług ludu śląskiego, ale co do moich intencji i moich grzechów. Bo, jak już na to wskazałem wcześniej – mój tekst nie był o Ślązakach. On by ł o Kuczoku i o mnie.
O Kuczoku już więcej nie będzie. Natomiast pozwolę sobie jeszcze powiedzieć parę słów o sobie. Otóż ja jestem rodzinnie związany z południowym Podlasiem. Moi rodzice urodzili się nad Bugiem między Kodniem a Włodawą, a ja jeśli mam w ogóle jakąś krew o której warto mówić, to ich krew. Jaka to krew? Trudno mi powiedzieć. Kiedy rozmawiam z moimi przyjaciółmi Ślązakami, oni mi potrafią dużo opowiadać o tym, czym jest śląskość i jacy to Ślązacy są. Że pracowici, że czyści, że uprzejmi dla starszych, że bogobojni, że dobrosąsiedzcy, że honorowi, i że wreszcie od wieków krzywdzeni. Co ja mogę powiedzieć o sobie jako o człowieku z południowego Podlasia? Nie wiem. Więcej tu ma do powiedzenia pani Toyahowa. Ona ze mnie nieustannie kpi, każdą kpinę kończąc zdaniem, „No, ale rozumiecie. Tatuś jest z Podlasia”. O ile się orientuję, chodzi o to, że my na Podlasiu jesteśmy chamami bez ogłady i wyczucia, którzy w dodatku przez tydzień chodzą w tych samych majtkach i skarpetkach. Czy ja się obrażam? Nie. Dlaczego. Bo, ja wprawdzie o nas nie wiem wiele, ale jedno wiem na pewno. My się nie obrażamy.
Co o ludziach z Podlasia myśli moja żona, już wiem. Co myślą inni mieszkańcy Polski? Nie mam pojęcia. Mam wrażenie – takie jest moje doświadczenie – że Ślązacy nie są nastawieni zbyt entuzjastycznie. Ale mogę się oczywiście mylić. Wiem natomiast z całą pewnością, że ludzie sobie rożnie myślą o różnych rzeczach, o innych ludziach, o różnych poglądach, o różnych zdarzeniach i że na to co sobie oni myślą, nie ma rady. Wiem też, że Niemcy nie lubią Belgów, Francuzi Anglików, a Anglicy nikogo. I na to też nie ma rady. Wspominane tu zostały regionalizmy i ich zasługi dla ogólnego dobrobytu. Wiem o co chodzi. Ja na przykład uwielbiam Górali i Kaszubów. Ciekawa jednak sprawa. Ile razy rozmawiam z kimś, kto mieszka wśród jednych czy drugich, a nie jest częścią tej kultury, ten ktoś mi mówi, że oni są nie do zniesienia. Zawsze z tym dodatkiem: „Pobyłbyś trochę wśród nich, to byś wiedział, o czym mówię”. O co chodzi? Nie wiem. Podobnie jak nie wiem, o co chodzi pani Toyahowej z tym, że tatuś jest z Podlasia. Ale nie wnikam. Dlaczego? Bo szczerze powiem, mało mnie to obchodzi. Dlaczego? Myślę że przede wszystkim dlatego, że nie jestem Ślązakiem.
I tu dochodzę do sedna. Ja, gdyby ktoś mnie zapytał, co ja mam przeciwko Ślązakom, bardzo bym chciał wszystko co myślę opowiedzieć. Tyle że nie potrafię. To nie jest nic bardzo konkretnego. To jest prawdopodobnie coś takiego, co się każdemu zdarza od czasu do czasu, że coś go irytuje, ale kiedy chce się tą swoją irytacją podzielić z innymi, to wszyscy wzruszają ramionami i mówią mu, żeby dał spokój, bo się czepia. No i najczęściej mają rację. No bo co można powiedzieć na to, że ja nie lubię nazwiska Nowok, lub Polok? Dlatego ja nie chcę – i też nie próbowałem – opowiadać, jacy to ci Ślązacy są, że mnie tak czasami złoszczą. Ja tylko powiedziałem jaki jest Kuczok. No i dodałem – bo się nie potrafiłem powstrzymać – ten osobisty akcent, że mnie nie dziwi, że on się akurat nazywa Kuczok. I za to teraz zbieram. A zbieram – i jestem głęboko i szczerze przekonany, ze mam rację – bo Ślązacy sa obrażalscy jak cholera. Obrażają się na każdym kroku. O wszystko. Niech tylko poczują, że ich poczucie wielkości zostało zaatakowane, natychmiast się obrażają. Nie wszyscy, ale większość. I jestem pewien, że to jest fakt.
Oczywiście mógłbym tu, skoro już w ogóle zostałem sprowokowany, żeby powiedzieć to jedno zdanie o Ślązakach, a nie o sobie, drążyć temat dalej, ale nie będę. Bo jak mówię, mi nie chodzi wcale o Ślązaków, ale o Kuczoka i siebie stojącego naprzeciwko niego. Siebie z moją miłością do Polski i z moimi ludzkimi kompleksami i dziwactwami. Jednak muszę powiedzieć parę słów. Już bardzo konkretnie, bardzo merytorycznie, tak by Ginewra, którą szanuję i znajomość z którą sobie cenię, nie powiedziała, że próbuję się wykręcić czystą retoryką. Otóż jest jedna rzecz. Chodzi mi o informację, którą Ginewra przekazała w komentarzu adresowanym akurat nie do mnie, ale do Marylki. Proszę, oto dłuższy cytat:
Jednym z elementów śląskiej tożsamości jest poczucie krzywdy. Wiele by o tym pisać, skąd się wzięło - ma to zjawisko tradycję wielowiekową (jak zechcesz, mogę Ci przysłać swój artykuł na ten temat). Zostało to poczucie spotęgowane w czasach PRL-u i znalazło swój wyraz także w III RP.
Śląsk po latach bandyckiej eksploatacji staje się dzisiaj obszarem zdegradowanym. Zamykając kopalnie (często wbrew rachunkowi ekonomicznemu, chociaż oczywiście oficjalna propaganda mówi, że wszystkie kopalnie są nierentowne i "państwo" do nich dopłaca), odbiera się ludziom godność, a dla górniczych rodzin godność i związany z tym etos pracy są bardzo istotnym składnikiem ich tożsamości.
Dlatego ci ludzie w swojej rozpaczy zwracają się ku takim inicjatywom jak RAŚ, bo czują się opuszczeni przez polityków, których wybrali do Sejmu.”
Uważam, Moja Droga Ginewro, że to co napisałaś świadczy o tym, że na punkcie tej swojej tożsamości jesteś całkowicie zapętlona. Problem polega na tym, że w dzisiejszej Polsce nie ma regionu, nie ma rodziny, nie ma kultury, nie ma człowieka – z wyjątkiem bandy kolonizatorów i ich przydupasów – którzy nie byliby w jakimś stopniu, najczęściej ogromnym, pokrzywdzeni i zdegradowani. Masz ludzi biednych, opuszczonych, wykpiwanych, bez nadziei na jakąkolwiek przyszłość. Masz polską wieś, polskie miasteczka, polskie ulice wypełnione ludźmi, którzy już dziś wiedzą, że umrą na obrzeżach nowoczesnego świata. Ludzi, którzy, gdyby nie świadomość, że mają niedaleko ten supermarket, umarli by z rozpaczy. Masz polską religijność wyśmiewaną i gnojoną bezlitośnie przez bandy zbirów i złoczyńców. Masz tych ludzi harujących 18 godzin na dobę, te dzieci krążące po drogach w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarobku, te dziewczyny handlujące swoim ciałem, żeby jakoś było. Czy to są wszystko Ślązacy eksploatowani przez Polskę?
LEMMING niedawno pisał o dwóch biednych chłopcach, których spotkał gdzieś w Polsce jak kupowali ziemniaki i dwa jajka za 2,40. To nie było na Śląsku. A Ty mi coś pieprzysz o Ślązakach, którym odebrano godność, bo są Ślązakami. Ja nie jestem w stanie dnia przeżyć, żeby nie słyszeć tego śląskiego szwargotu, i to nie skrywanego, nie wypowiadanego w konspiracji, z leku przed agresją bogatej i wypasionej reszty Polski, ale głośnego, dumnego i rozpychającego się już nawet w państwowej telewizji. Niedawno stałem w Chorzowie na ulicy Wolności czekając na tramwaj. Obok był sklep muzyczny i z głośników leciały wyłącznie jedna pod drugiej jakieś niemieckie knajpiane piosenki. Przypadek? To w takim razie włącz sobie telewizję Silesia i obejrzyj koncert życzeń. Zobacz co się tam dzieje. Przepraszam Cię bardzo, ale czy oni – ci biedni zaszczuci Ślązacy – zwracają się ku „takim inicjatywom jak RAŚ”, żeby mogli tych piosenek słuchać bez bicia przerażonego serca, czy może, żeby ich było więcej? A jak komuś się nie podoba, niech wypieprza za Bug?
Jeszcze raz Cię proszę. Przestań się obrażać. To w ogóle nie chodziło o Ciebie. Podobnie jak to tak naprawdę nie chodziło o Śląsk. Ja chciałem napisać parę słów o Kuczoku. I go wdeptać w ziemię. Bo tak już mam. Natomiast gdyby on się nazywał nie Kuczok, tylko Oleszczuk, albo – tak jak ta idiotka – Kuryluk, a ktoś by mi napisał, że Polskę zaatakowała banda niedomytych nadbużan, to bym na to machnął ręką. Natomiast, owszem, byłoby mi wstyd, że ten ruski buc ma nazwisko, które się kończy tak samo jak moje.
No i oczywiście, przepraszam.

sobota, 30 sierpnia 2008

Przepraszam bardzo raz jeszcze, czy znów ktoś powiedział do mnie 'hanys'?

Któregoś lata, w czasie przemyskich wakacji, poszedłem z moją żoną do miejscowej restauracji sobie pojeść. W pewnym momencie, przysiedli się do nas dwaj lokalni pijaczkowie, więc siedzieliśmy we czwórkę i miło sobie gawędziliśmy. Kiedy zeszło na tematy bardziej szczegółowe, jeden z naszych nowych znajomych zapytał, skąd jesteśmy. Powiedzieliśmy, że z Katowic, na co dowiedzieliśmy się, że jesteśmy ‘hanysy’. Powiedziałem, że to jest dokładnie tak samo, jak bym ja powiedział, że oni są Ukraińcami i kiedy wydawało się, że śmierć nadeszła, kolega eksperta od nacjonalizmów uspokoił sytuację pięknym, śpiewnym zdaniem: „Daj spokój, frajer ma rację”.
Muszę od razu zaznaczyć, że jestem bardzo słaby w rozprawianiu na tematy narodowe. Cała moja mądrość zaczyna się i kończy na tym, że jestem Polakiem i bardzo mi z tym dobrze. Mam do Polski przeogromny sentyment i jak słyszę, że ktoś lubi Polskę i Polaków, czuję satysfakcję. Mam bardzo bliskiego kolegę, który urodził się, wychował i wykształcił w Anglii, a w pewnym momencie swojego życia przeniósł się z rodziną do Polski i powtarza, że dzień, w którym podjął tę decyzję, to bardzo dobry dzień w jego życiu. Ile razy o tym myślę, to się wzruszam. Więc taki ten mój nacjonalizm. Kiedy chodzę ulicami Katowic, nie zastanawiam się, kto z ludzi, których mijam jest Ślązakiem, kto przyjechał tu spoza Śląska, kto się tu urodził, a kto tu wychował dzieci.
Czytam dziś w Rzeczpospolitej najpierw komentarz pana Igora Janke i jego apel do Ślązaków, a następnie artykuł, który sprowokował pana Igora do działania. O co chodzi? Okazuje się mianowicie, że gdzieś tu na moim Śląsku, może w Katowicach, a może gdzieś dalej, w Opolu, czy w Gogolinie, mieszka człowiek nazwiskiem Roczniok. Kto to jest ten Roczniok. Jest to człowiek, który szefuje związkowi grupującemu ludzi, którzy chcą – zdaje się – oderwania Śląska od Polski. Ja wiedziałem już wcześniej, że coś takiego jest, ale jakoś sobie tę wiedzę zlekceważyłem i w sumie dalej chodziłem po ulicach mojego ukochanego miasta, jak gdyby obywatel Roczniok był tylko żartem.
Szczerze powiedziawszy, sądziłem raczej, że kierownikiem w tej chorej firmie o nazwie Związek Ludności Narodowości Śląskiej jest Kazimierz Kutz, albo może taki jeden Michał Smolorz, który chyba też coś tam w tych sprawach ma do powiedzenia, no a tu się okazało, że oni są tylko mózgiem tego przedsięwzięcia, a Roczniok jest tylko u nich na pensji. Tak czy inaczej, ostatni raz, kiedy myślałem o Kutzu – a raczej o tym dziwnym kółku – to było przy okazji uznania przez nasz rząd niepodległości Kosowa. Byłem bardzo przeciwko tej decyzji i kiedy moje dzieci pytały mnie, dlaczego, powiedziałem, że jestem tak samo przeciwko tworzeniu z Kosowa nowego państwa, jak byłbym przeciw odłączeniu od Polski Śląska, czy Kaszub.
Argumentowałem, że tak jak jest, jest zupełnie nienajgorzej, natomiast łatwo sobie wyobrazić, jak by się zmieniło nasze życie, gdyby nagle okazało się, że nie mieszkamy już w Polsce, tylko w jakiejś nowej demokracji o nazwie Śląsk. Mówiłem im, że na sto procent, mimo całego gadania o tym, jak nowe śląskie władze szanowałyby nie-śląskich mieszkańców tego rejonu, mimo wszystkich zapewnień o tym, że każdy, kto nie chce mówić po śląsku i nie ma śląskiej historii miałby dokładnie te same prawa, co reszta obywateli, odczulibyśmy zmianę natychmiast. A to by było bardzo źle. I nie byłoby tak, że przynajmniej uciemiężeni dotychczas rdzeni Ślązacy odetchnęliby wolnością. Ich sytuacja poprawiłaby się tylko o tyle, że poczuliby się wreszcie kimś znacznie lepszym od reszty mieszkańców Śląska. Natomiast my – ludzie nie mówiący po śląsku – dostalibyśmy po prostu po głowach.
I myślałem sobie o ludziach, którzy mieszkając w Kosowie, poczują się już niedługo obcy. O ludziach, dla których ta wolność nie będzie żadną wolnością, a jedynie początkiem życia w charakterze osób drugiej i trzeciej kategorii.
Tyle sobie myślałem wówczas, kiedy wolny świat uznawał Kosowo, jako nowe, niezależne państwo. Dziś wiem jeszcze więcej i jeszcze więcej sobie mogę wyobrażać. Wiem na przykład, jak to się stało, że dwie gruzińskie prowincje zostały faktycznie odłączone od Gruzji i wpadły pod rosyjski but. Procedura była taka, jak to na ogół w tych wypadkach bywa. Pojawiła się grupa lokalnych patriotów, którzy – wszystko jedno z jakich przyczyn – zapragnęli niepodległości dla swojego... no właśnie, czego? Miasta, wioski, dzielnicy, okolicy? Nieważne. Zapragnęli i wyrazili tę gotowość oficjalnie. W tej sytuacji, wszystko poszło już szybko. Pojawił się ktoś, kto im tę niepodległość dał. I teraz jest tak, że jedni się cieszą, a inni – niestety znacznie większa grupa – w najlepszym wypadku mają to wszystko w nosie, a jeszcze inni – w tym cały cywilizowany świat – po prostu mają kłopot.
Kto się cieszy? Na pewno cieszy się Putin i jego agenci w Gruzji. Cieszy się podobno Łukaszenka. Możliwe że cieszy się Andrzej Lepper. Chyba cieszy się poseł Wenderlich i posłanka Szymanek-Deresz. No i jak się właśnie okazało – cieszy się obywatel Roczniok. Roczniok jest szczęśliwy, bo, jak twierdzi, dzięki szybkiej i zdecydowanej akcji Rosji, nie doszło w Gruzji do rozlewu krwi, no a przede wszystkim dlatego, że zwyciężają aspiracje wolnościowe.
A ja się zastanawiam, co Roczniok kombinuje. Czy to możliwe, że on sobie wyobraża, że można doprowadzić do podobnego rozwoju wypadków, jak w Gruzji? Razem z Kutzem i jeszcze paroma wariatami zaczną codziennie podnosić rejwach, że dzieje im się krzywda, że Polacy mają w stosunku do niech jakieś bardzo niedobre zamiary, że oni się czują osaczeni i prześladowani, aż ktoś w końcu któregoś dnia spotka Rocznioka i nakładzie mu po pysku i wtedy się zacznie. W Gazecie Wyborczej wystąpi Kazimierz Kutz i ogłosi, że na Śląsku dochodzi do pogromów i że trzeba coś z tym zrobić. No i będziemy czekać na rozwój wypadków.
Czy to możliwe, że Roczniok tak sobie to wszystko zaplanował? No ale no kogo on liczy? Na Niemców? Że Erika Steinbach zadzwoni do Kanclerz Merkel i powie jej, że trzeba pomóc prześladowanej mniejszości na Śląsku? I że już niedługo będzie mógł Roczniok z satysfakcją ogłosić, że na Śląsku „tylko dzięki szybkiej akcji wojsk niemieckich nie doszło do ponownych czystek etnicznych, a awanturnictwo Polski zostało powstrzymane?” No nie. Ten człowiek jest chory. Ale chyba jednak nie tak chory, żeby wyobrażać sobie, że Niemcy zachorują razem z nim. A mimo to, na coś liczy. Więc może on nie liczy na Niemców, tylko na kogoś innego? Ciekawe tylko na kogo? Wydaje mi się, że od odpowiedzi na to pytanie dużo zależy. Bo dzięki odpowiedzi na to właśnie pytanie będziemy wiedzieć, czy Roczniok, kiedy zajmuje się tym, czym się zajmuje, to się tak tylko zabawia, jak te dzieci, co biegają po podwórku z pistoletami-zabawkami i robią: „eeeeeeeeeeeeeeeeeee”? Czy może on jest troszkę bardziej poważny. A to troszkę może robić dużą różnicę.
Może byłoby dobrze, żebyś ktoś kompetentny przyszedł jednak do Rocznioka i się go spytał, czy on tak naprawdę, czy dla tak zwanego na Śląsku ‘jaja’. Może byłoby lepiej, żeby Roczniokiem nie zajmował się ani Igor Janke, ani ja, tylko powiedzmy Urząd Ochrony Państwa, który przecież powinien powinien słuchać, co w trawie piszczy.
Na koniec, jeśli już mam pozostać przy samym Igorze Janke, to mam też i do Pana, Panie Redaktorze, parę słów. Nie wiem, czy Pan kiedykolwiek był na Śłąsku. To bardzo ładne miejsce. Mieszkają tu zwykli, często bardzo mili ludzie. Tak na marginesie, uważam, że w swojej większości znacznie milsi, niż ludzie w Warszawie. Kiedy piszę ten tekst, jest przepiękny wieczór; obok w restauracji odbywa się wesele. Akurat nie śląskie wesele. Zwykłe polskie wesele. Za oknem jeżdżą samochody, słychać przechodzących ludzi. Jest piękny, sierpniowy wieczór.
Nie musi Pan w ogóle apelować, Panie Igorze, do ludzi na Śląsku w sprawie Rocznioka. Ani do tych, którzy mówią po śląsku, ani do tych, którzy mówią normalnie po polsku, ani do tych, którzy zaciągają z lwowska, ani nawet do tych, którzy z jakiegoś powodu wciąż czują się lepiej, kiedy między sobą mówią po niemiecku. A jak Pan już do nas mówi, to też nie musi Pan używać śląskiej gwary, bo raz, że tą gwarą wcale się tu aż tak gęsto nie posługujemy, dwa, że ci, którzy rozmawiają nią na co dzień, potrafią też bardzo ładnie mówić po polsku i tak też często mówią, a trzy, że nawet ci, którzy najszczęśliwsi są kiedy mówią po śląsku i ten język kochają i oniego dbają, Rocznioka, jego towarzystwo i jego zarówno fobie, jak i autentyczne plany mają – tym razem, korzystając z zalecenia administracji Salonu, nie użyję brzydkiego słowa – mają w dużej pogardzie.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...