Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coryllus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Coryllus. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 stycznia 2022

Ecmo srecmo, czyli sekta napada

       Nie byłem na pogrzebie śp. Jacka Drobnego, i Bóg mi świadkiem, że bardzo liczyłem na to, że uda mi się tam jakoś dotrzeć. A muszę powiedzieć, że z początku wydawało mi się, że nie będzie z tym żadnego problemu, bo choć od zawsze jestem niezmotoryzowany, a bez samochodu dojechać z Katowic pod Ślężę praktycznie nie ma sposobu, to wiedziałem, że z całą pewnością któryś z kolegów, czy to z Katowic, czy z Opola, czy Wrocławia, zechce z Drobnym się osobiście pożegnać, i mnie z któregoś z tych miejsc odbierze. I proszę sobie wyobrazić, że z jednym wyjątkiem – z przyczyn obiektywnych, jak się okazało, nie do zrealizowania – żadnemu z nich nawet do głowy nie przyszło, by się tam wybierać. No więc zostałem w domu.

       Nie byłem na pogrzebie Jacka Drobnego, natomiast przeczytałem odpowiednią notatkę na blogu Coryllusa i to ona sprawia, że znów zabieram głos w sprawie tej śmierci i tego czego ona nas mogła nauczyć, tyle że się jej fatalnie nie udało i to nie udało w sposób wręcz wstrząsający. Z tego co czytam, był Coryllus przyjacielem zarówno Jacka, jak i jego najbliższej rodziny, a zatem informacje jakie przekazał na blogu są z pierwszej ręki i należy traktować je jako wiarygodne. Otóż dziś już wiemy, że Jacek Drobny zachorował ciężko na COVID-19 jako osoba niezaszczepiona i kto wie, czy nie traktująca ewentualne zagrożenie z pewną pogardą. Atak jakiego doznał był tak ciężki i brutalny, że, jak relacjonuje Coryllus, do karetki wprawdzie zdążył dojść o własnych siłach, natomiast dalej wszystko potoczyło się już na tyle szybko i nieuchronnie, że poziom saturacji spadł mocno poniżej 40 procent, w związku z czym lekarze nawet nie próbowali Drobnego podłączać do respiratora, tylko od razu postanowiono zastosować niezwykle drogą, unikalną i szalenie ryzykowną, jednak dającą pewne szanse na przeżycie, terapię ECMO. Nie wiadomo, jak to się stało, że w tych ostatnich chwilach życia Jacka Dropnego przyplątała się jeszcze sepsa, ale to ona, jak informuje Coryllus, go ostatecznie zabiła.

     Napisałem tu tekst o chorobie Jacka Drobnego, kiedy przyszła pierwsza informacja o tym, że niestety tę walkę przegrał, głównie jednak poruszony tym, w jaki sposób banda internautów – często osób, które o Drobnym przynajmniej słyszały – komentowała stan, w jakim on się znalazł, a komentarze owe sprowadzały się do albo kontestowania informacji, że mamy do czynienia z COVID-em, a nie zwykłym przeziębieniem, albo do sugestii, że Drobny powinien zostać natychmiast wypisany ze szpitala i skierowany na leczenie amantadyną. Dziś pojawiła się kolejna fala owego obłędu, tyle że już w bezpośrednich komentarzach na blogu Coryllusa i dotyczących wspomnianej sepsy. Proszę posłuchać:

No tak, sepsa, przecież leczy się dożylnymi wlewami z Vit C, ale ze szpitali usunięto VitC”;

Jak to ‘ze szpitali usunięto witaminę C’ To czym oni leczą? Lewatywą? W błyskawicznym tempie tzw. polska służba zdrowia przekształciła się w wojskowe izby chorych  jeszcze z czasów  Najjaśniejszego Pana  Franciszka Józefa , w których żołnierzom na wszystkie choroby  ordynowano tabletkę z krzyżykiem albo lewatywę. Chciwość patologiczna tego środowiska  skończy się dla ‘cyrulików nadwiślańskich’ poważnymi kłopotami.  Samoloty na Madagaskar nie wyrabiają  z wożeniem tego towarzystwa na wywczasy a śmiertelność w szpitalach w związku z objawami typu ‘kaszel, temperatura i katar’ rośnie błyskawicznie”;

Dodam jeszcze tylko, że na problemy z oddychaniem w związku z oskrzelami i płucami pomaga Thiocodin 1 tabletka na dobę. Bez recepty. To tak na wszelki wypadek, w związku z ‘brakiem przebadania amantadyny’ w systemie NFZ i ‘komisji lekarskich’ oraz ‘systemu profesorskiego’”;

Ostatnio znajoma wyleczyła się - 3 dni -amantadyną, miała w zapasie, a Viregyt-K kupiłem dzień przed zakazem, no cóż już nam zakazują normalnie żyć...”;

Właśnie... sepsa... i pobyt w 3 szpitalach. Piękne. Tak się leczy obywateli, takie to ‘ełropejskie’ stadardy”;

Wszystko się zgadza, dlatego irytujące jest, że nie można zaufać lekarzom (NFZ, bo prywatnie to zupełnie inna rzeczywistość), którzy obecnie robią dosłownie za stręczycieli wiadomo czego, co mogłem naocznie stwierdzić.

Wciąż Polak musi być jak partyzant złota rączka, aby przetrwać powinien wykazywać wiele talentów, zatem być mechanikiem, elektrykiem, budowlańcem, nauczycielem... a obecnie farmaceutą z zacięciem pulmonologicznym”; 

Gdy nasz Przyjaciel leżał w szpitalu z wiadomym rozpoznaniem, jego żona błagała lekarzy, by zastosowali amantadynę. ‘My tego nie stosujemy’ - uzyskała odpowiedź. Michał zmarł. Niedawno minęła rocznica Jego śmierci. Był człowiekiem wybitnym. Bardzo Go brakuje”;

To mi przypomina okupację niemiecką i eksperymenty na ludziach w obozach”.

       A więc tak oto wygląda rozmowa pod tekstem Coryllusa, w którym ten opowiada o życiu, pracy i śmierci człowieka, który został zaatakowany przez COVID i który mimo zaangażowania wszelkiej dostępnej pomocy medycznej zmarł, jak rozumiem, w wielkich cierpieniach. Ale to nie wszystko. Przez wspomniane życie i pracę Jacka Drobnego, we Mszy Świętej za jego duszę, oraz w samym pogrzebie wzięli udział przedstawiciele najwyższych władz państwowych, a premier Morawiecki skierował z tej okazji specjalny pożegnalny list. Oto w jaki sposób na blogu Coryllusa komentowany jest ten fakt:

No ale Zalewska, Braun, inni ‘parlamentarzyści’ i ‘list pożegnalny’ od bankstera, przygotowany przez jakiegoś ‘wiplera’ z dętej agencji PR-owej - to przerosło moje wyobrażenie. No ale jeszcze u nas w Polsce na pogrzeby się ‘nie zaprasza’ i kto ma wolę to może przyjść. W każdym bądź razie obłuda i hipokryzja niebywała. A jutro wszyscy obecni parlamentarzyści zgodnie nas, naród polski zdradzą i sprzedadzą, każdy na swoim ‘odcinku zarządzania’. Tak, tak, a wszystko ku chwale ojczyzny”.

Nie łudźmy się - oni nie są tacy ‘pamiętliwi’. Gdyby nie teksty Pana Gabriela (które wszyscy czytają), to ‘pies z kulawą nogą’ by się nie pojawił”.

       W swoim wpisie, Coryllus pisze tak:

Kiedy tam siedziałem podchodzili do mnie wszyscy bliscy Jacka, cała rodzina i znajomi i mówili, że czytają te blogi. Nie wiedziałem co zrobić i co powiedzieć. On wszystkim kazał tu zaglądać i czytać teksty i komentarze. Czytała i czyta to jego żona, mama, siostra, jego teściowa i teść, szwagier, dzieci i w ogóle całe otoczenie. Ludzie ci rozsyłali jeszcze te teksty znajomym z rekomendacjami Jacka”.

        Jak rozumiem i się też domyślam, jeśli taka jest prawda, to i dziś tekst który musiałem dziś skomentować, przeczytali też „jego żona, mama, siostra, jego teściowa i teść, szwagier, dzieci i w ogóle całe otoczenie”. I jak rozumiem, ale też się domyślam, byli jak zawsze bardzo usatysfakcjonowani. Jak rozumiem, usatysfakcjonowany owymi komentarzami był też sam Coryllus, raz przez to, że wbrew swojemu stałemu zwyczajowi właściciela strony i jej administratora, nikomu z komentujących nie zwrócił uwagę na niestosowność ich zachowania – co zwykle czyni w sposób bardzo brutalny i nieznoszący sprzeciwu – w obliczu, jak by nie było, majestatu śmierci, i to śmierci bardzo szczególnej, wręcz wyjątkowej, a dwa przez pewną szczególną deklarację. Otóż mam bardzo poważną obawę, że odpowiedzi na to pytanie udziela już drugie zdanie omawianej notki:

W całym kościele były tylko trzy osoby bez masek: ja, moja żona i poseł Braun”.

Zdanie kompletnie niepotrzebne, bez jakiejkolwiek przyczyny, bez śladowej choć kontynuacji, w sposób oczywisty wrzucone tylko po to, by się móc pochwalić... no nie wiem, czym? Odwagą? Niezłomnością charakteru? A może po to, by zasugerować, że śp. Jacek Drobny byłby w tym momencie z Coryllusa nadzwyczaj dumny? Tego, powtórzę, nie wiem. Natomiast, jak mówię, tu widzę odpowiedź na pytanie, dlaczego Coryllus pozwolił, by na jego blogu, pod notką poświęconą pamięci zmarłego, wcale nie na sepsę, ale jak najbardziej na COVID-19, Jacka Drobnego, doszło do tego rodzaju bezprzytomnego barbarzyństwa. Tu też może leżeć odpowiedź na pytanie – pytanie dziś na szczęście zaledwie potencjalne – dlaczego „jego żona, mama, siostra, jego teściowa i teść, szwagier, dzieci i w ogóle całe otoczenie” wpadają w takie wzruszenie, gdy czytają o tym, jak to polska służba zdrowia, z podpuszczenia zdrajców Ojczyzny, małych mengele, zabiła ich brata, bo zamiast zwrócić sie o pomoc do dr. Bodnara, albo przynajmniej kupić w aptece witaminę C, namówili go na jakieś gówno o egzotycznej nazwie ECMO.



 

 

     

 

 

niedziela, 3 maja 2020

O dekonstrukcji bajek, cyrklu i ekierce


         Jak może część z nas pamięta, latem zeszłego roku udałem się do wioski Ludomy w Wielkopolsce na uroczyste poświęcenie ponownie oddanego wiernym kościoła. Uroczystość była na tyle znacząca, że swoją obecnością zaszczycił ją sam arcybiskup poznański Stanisław Gądecki, który podobnie jak wiele innych osób zaangażowanych w owo wydarzenie otrzymał od nowego proboszcza, znanego nam księdza Krakowiaka, pamiątkowe wydawnictwo dokumentujące cały ów projekt, który doprowadził do tego, że ów kościół faktycznie powstał z ruin. Ponieważ tak się stało, że autorzy owego projektu uznali, że i ja mam w tym pewien udział, we wspomnianej książce zamieścili trzy teksty, które znalazły się na tym blogu, a które w pewien sposób dokumentowały to co się tam przez kilka kolejnych lat działo.
        Miałem okazję przez chwilę porozmawiać z Arcybiskupem i powiedziałem mu mniej więcej tak: „Ja wiem, że Ksiądz Biskup pewnie nawet nie będzie miał głowy aby po tę książkę kiedykolwiek sięgnąć, ale tym bardziej właśnie chciałbym opowiedzieć Księdzu, jak to miejsce wyglądało, kiedy tu pierwszy raz przyjechałem”, no i opowiedziałem mu o tych czterech czy pięciu okolicznych chłopakach, którzy, mimo pierwszego dnia szkolnych ferii, oraz cudownego wręcz przedwiosennego poranka, na kolanach skrobali posadzkę tego kościoła, nie wiedząc wówczas jeszcze nawet, czy ten ich wysiłek ma w ogóle jakikolwiek sens.
      Ksiądz Arcybiskup pokiwał w zamyśleniu głową, rzucił parę bardzo typowo arcybiskupich słów, pozwolił mi zrobić ze sobą parę zdjęć i tyle wszystkiego. Kiedy po pewnym czasie rozmawiałem o tym z księdzem Krakowiakiem, ten się zamyślił i powiedział tak: „To że on tego nie przeczyta to prawie pewne, natomiast uważam, że to bardzo dobrze, że pan już nie pisze na Szkole Nawigatorów, bo gdyby jednak jakimś cudem on tam jednak zajrzał, jakimś dodatkowym cudem zainteresował się pańskim blogiem i trafił do Szkoły Nawigatorów, to nie tylko pan, ale i ja bylibyśmy do końca skompromitowani”.
       Nie pisałem o tym wcześniej, bo nie widziałem najmniejszego powodu ani by drażnić Coryllusa, ani tym bardziej poświęcać czas towarzystwu, które go tam obsiadło ze wszystkich stron, które on zmuszony jest już dziś tolerować, a które to ksiądz Krakowiak miał przede wszystkim na myśli, mówiąc o podłym charakterze tego miejsca. I niech nikt nie myśli, że ja tu ujawniam jakieś swoje tajemnice. Sam o tym mówiłem Coryllusowi podczas naszego ostatniego spotkania, wyjaśniając powody, dla których przestałem publikować na jego portalu. Po prostu nie byłem w stanie znieść towarzystwa, które w moim głębokim przekonaniu sprawia, że każdy kto się tam pojawi, albo zostaje natychmiast wciągnięty w to szaleństwo, albo naraża się na ciężką publiczną kompromitację właśnie.
        Nie jest mi łatwo opisać przy tych wszystkich ograniczeniach, jakie daje forma takiego bloga jak ten, głębi problemu, mimo to spróbuję. Otóż wszystko się zaczęło od tego, że Coryllus postanowił stworzyć miejsce, gdzie, jak to on sam  swego czasu wyraził, będzie „zarządzał przez konflikt”, co doskonale widać na przykładzie momentu, kiedy on ogłosił, że Shakespeare to nędza, jak rozumiem niewiele różniące się od innej nędzy, czyli Szczepana Twardocha. Jeśli uważam to podejście za błąd – bo generalnie nie mam nic przeciwko zachowaniom ekscentrycznym, zwłaszcza w handlu – to tylko z tego względu, że nie ulega dla mnie wątpliwości, że od tego momentu każdy w miarę przytomny czytelnik zmuszony jest potraktować autora tej oceny co najmniej z przymrużeniem oka. Co najmniej. Co zatem z innymi? Oni jak najbardziej będą lgnąć do miejsca gdzie tego typu oceny się pojawiają, bo im strasznie musi imponować ktoś, kto potrafi elokwentnie i z inteligencją wielokrotnie przewyższająca ich inteligencję, uzasadnić to wszystko co ich osobiście dręczy, czyli przekonanie, że – krótko mówiąc – wszystko co widzą to gówno, albo w najlepszym wypadku pułapka. I tu Coryllus okazał się dla nich kimś w rodzaju guru.
       Stąd też – i tu przechodzę do swojego osobistego doświadczenia – ile razy napisałem tekst, w którym przedstawiłem swój podziw dla różnego rodzaju talentów, czy to Roalda Dahla,  Stanleya Kubricka, czy zespołu Led Zeppelin, najpierw odzywał się Coryllus, który każdego z nich natychmiast określał jako oszustwo, a za nim wyskakiwali jego fani  sami najczęściej bez cienia możliwości, by wymyślić cokolwiek samodzielnie  i określając Kubricka szyderczym imieniem „Stefan”, pisali albo o „dewastowaniu emocji”, albo „przewalaniu budżetów”, albo po prostu wołali „W punkt, panie Gabrielu”, by ostatecznie atakować już tylko mnie, jako tego głupiego, który dał się oszukać imperialnej propagandzie.
        I tego nie byłem w stanie znieść. I to też sprawiło – nie Coryllus, ale to – że postanowiłem się z tym zidioceniem więcej nie dać kojarzyć.
        Czemu zatem piszę o tym dziś? Otóż, jak jeszcze pewnie pamiętamy, niedawno postanowiłem napisać swego rodzaju recenzję rysunkowej bajki, uwielbianej wręcz przez moją wnuczkę, pod tytułem „Bing”. Ponieważ zarówno sama bajka, jak i metoda, jaką w jej produkcji zastosowano, mnie z różnych powodów frapują, podzieliłem się na blogu swoimi refleksjami, na co Coryllus napisał tekst, w którym przede wszystkim zarzucił mi, że „aby ocalić złudzenia gotów jestem do wielu kompromisów”, które „mają zasłonić moją bezradność wobec pewnych zjawisk i tym mocniej i pilniej będę strugał owe deski ratunku im więcej wątpliwości będzie drążyć mój umysł”. I to przez to, zdaniem Coryllusa, ja w ogóle pozwalam swojej wnuczce oglądać ową bajkę, która, co oczywiste, jest niczym więcej jak współczesnym odpowiednikiem radzieckiej propagandowej produkcji zatytułowanej „Zapamiętaj imię swoje”, i ma na celu oczywiście, jak wszyscy już wiemy, wyłącznie zdewastować jej emocje.
       Ja znam metodę Coryllusa, która stanowi jego sprawdzony sposób na życie, i jak już wspomniałem nie mam nic przeciwko niej. A zatem, proszę bardzo, kupuję ów żart z ruskim filmem w całości. Gorzej że w tym momencie do akcji wkracza towarzystwo, które tak naprawdę podtrzymuje wciąż przy życiu „Szkołę Nawigatorów”, i tu się już pojawia naprawdę poważna dekonstrukcja. Oto jeden z komentatorów natychmiast znajduje w sieci odcinek, gdzie Bing oraz Coco, oczywiście pod opieką Flopa, bawią się w przebieranie i niemal w jednej chwili okazuje się, że Flop jest garderobianym, tiara jaką pragnie sobie założyć na głowę Coco to kopia birmańskiej rubinowej tiary Elżbiety II, na ścianie wisi obrazek na którym biały królik przebrany w czerwoną pelerynę ma na piersi masońskie symbole, natomiast wszystko idealnie podsumowuje końcowy okrzyk Flopa, że przebieranie się to wielka rzecz.
         W tym momencie Coryllus, jako człowiek technicznie rzecz biorąc historycznie niewykształcony, natomiast potrafiący kojarzyć dane oraz wyciągać z nich wnioski, od razu sobie przypomina, że garderobianym królowej Katarzyny był Henryk Tudor, no i w tym momencie wszystko staje się jasne. I teraz ja oczywiście mogę im wszystkich wyjaśnić, że nic z tego, bo przede wszystkim w oryginalnej wersji Flop nie jest garderobianym, ale kimś kto się przedstawia żartobliwą i całkowicie wymyśloną na rzecz zabawy nazwą „dresser-upper”, tiara o którą walczą Bing i Coco, tiarę Elżbiety przypomina tylko w tym, że jest tiarą, a w rzeczywistości wygląda jak te wszystkie produkowane w Chinach plastikowe tiary, którymi się pragną bawić te wszystkie dziewczynki, którym nowy wspaniały świat nie wytłumaczył jeszcze, że bardzo prawdopodobnie wcale dziewczynkami nie są, no i że w oryginale każdy odcinek kończy się hasłem, że przebieranie, dzielenie się, pomaganie sobie, huśtanie się, sprzątanie, czytanie, czy cokolwiek innego z tych ponad stu tematów to nie jest „wielka rzecz”, ale coś o śmiesznej nazwie „Bing Thing”, a więc coś dla Binga. No i jeszcze coś: to że Flop jest mrówką to tylko moje sformułowane ad hoc podejrzenie, a nie sugestia, że oto tu się odtwarza zabójcza korporacja.
      Ale i to nie jest to, co chciałem dziś powiedzieć. W końcu ja nie mam żadnego interesu, by wyjaśniać zakompleksionym durniom, że powinni się zabrać do jakiejś uczciwej roboty zamiast siedzieć na obcych blogach i tropić tych, którzy się rzekomo na nich zaczaili za rogiem. Ja piszę ten dzisiejszy tekst, by skorzystać z tej okazji i jeszcze raz zakomunikować, że moja przygoda z Coryllusem i ową publicznością, który on częściowo sam sobie wybrał, a częściowo najpierw stworzył, a następnie do siebie przyciągnął i dziś nie widzi żadnego sposobu, by się od niej zdystansować, się nieodwołalnie skończyła. Za wszystko co dzięki niemu i tylko niemu, udało mi się osiągnąć, jestem mu bezwzględnie wdzięczny, nie mam o nic pretensji, a wręcz pozostaję dłużny – z czego on swoją drogą zresztą, jak widzę, ostatnio skwapliwie korzysta  natomiast nie widzę sposobu, by się w jego biznesowe projekty w jakikolwiek sposób więcej angażować.
        Na koniec przedstawiam pewne bardzo dla mnie wzruszające zdjęcie i zachęcam wszystkich chętnych do tego, by spróbowali zdekonstruować to co to dziecko ma na koszulce, bo a nuż się okaże, że tam jest ukryty cyrkiel i ekierka. No bo, jak rozumiem, jeśli chodzi o tiarę, to sytuacja została już wyjaśniona.



        

     

poniedziałek, 17 lutego 2020

Jak oszaleć na widok zielonej cebulki


Ponieważ temat ojca Adama Szustaka po raz kolejny wywołał nadzwyczaj dramatyczne spory – nie tu akurat, ale choćby na blogu Coryllusa – i nie widzę żadnego sposobu, by prowadzić tę debatę dalej i jednocześnie przedstawiać nowe argumenty, chciałbym tylko przypomnieć, że w grudniu 2016 roku, na swoim blogu jeszcze w Salonie 24, wspomniany Coryllus zamieścił tekst , w którym opisał występną działalność jakiegoś Grzegorczyka, a tekst ów został przez czytelników natychmiast strollowany w stronę dyskusji na temat – tak, tak – ojca Szustaka.
Ponieważ to co się tam działo, wzburzyło mnie niezmiernie, najpierw w ową debatę się zaangażowałem, a następnie, w poczuciu całkowitej bezradności, poświęciłem „sprawie Szustaka” osobny tekst na swoim blogu. Ponieważ, jak pisał stary Marx, historia wraca w postaci żartu, nie pozostaje mi nic innego, jak trzymać się pionu i jeszcze raz tu wrzucić ów stary tekst. I powtarzam po raz kolejny, ojciec Szustak nie jest moim księdzem, mam innych i znacznie bardziej mi bliskich, poza tym nigdy nie przyszło mi do głowy, by oszczędzać kogokolwiek wobec jego bezeceństw, tylko dlatego, że jest księdzem. Uważam natomiast, że jeśli już postanowiliśmy się na Szustaka rzucić, róbmy to bez ograniczeń, jednak przy tym celujmy prosto w skroń, a nie w wymyślone przez nas fantomy.

      Pojawił się nam w minioną niedzielę na blogu Coryllusa temat ojca dominikanina Adama Szustaka i pewnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie udało mi się włączyć w wymianę komentarzy, Szustak zostałby przez pobożną stronę Internetu rozwałkowany na czysto i przerobiony na niedzielny rosół. O co poszło? Niestety o to co zawsze, szczególnie ostatnio, gdy część z nas, prowokowana kolejnymi wypowiedziami papieża Franciszka, za swój podstawowy obowiązek uznała walkę o czystość Doktryny i tylko patrzy, gdzie by tu można było wytropić jakiegoś kolejnego niewiernego. A o to mianowicie, że o. Szustak to wilk w owczej skórze, który na zamówienie światowego protestantyzmu gorszy nam młodzież. Dyskusja, jaką swoim wejściem sprowokowałem, była długa i, tak jak to często bywa, gdy nikt nikogo nie słucha, tylko w kółko powtarza to co już wie, kompletnie bezużyteczna. Oburzeni na Szustaka katolicy podsyłali mi kolejne linki z jego rekolekcjami, aby mi pokazać, jaka to z Szustaka bestia, ja ich uważnie wysłuchiwałem, zachwycony wracałem i potwierdzałem, że Szustak jest bez zarzutu, na co podnosił się nowy zgiełk, a  z nim nowe wystąpienia, których ja znowu wysłuchiwałem, z tym samym co poprzednio efektem i jeśli z jakąś różnicą w ocenie, to wyłącznie na korzyść Szustaka.
      Ja nie mam ani zamiaru, ani ochoty, by tu wchodzić w ponowną dyskusję na temat racji, czy ewentualnych herezji o. Szustaka, z tego przede wszystkim powodu, że moim zdaniem każdy z nas, kto zechce z otwartym sercem i odpowiednią uwagą wsłuchać się w jego słowa, czy to dotyczące kwestii zbawienia, małżeństwa, samotności, seksu, czy wreszcie tatuaży i diabła, musi sam dojść do tego przynajmniej wniosku, że to co Szustak mówi, w najmniejszym stopniu nie stanowi doktrynalnej rewolucji. Tak naprawdę, nie stanowi żadnej rewolucji, natomiast, owszem, podane jest z takim talentem i takim wyczuciem, że niech mu ich zazdrości większość księży.
     Nie będę więc się tu popisywał za niego i dyskutował z ludźmi, którzy tak naprawdę nie chcą nawet wiedzieć, co jest tematem rozmowy, natomiast spróbuję zwrócić uwagę na to, co jest przekleństwem wielu z nas i o czym też parę razy wspominał sam Szustak, a mianowicie o dramatycznym po naszej stronie braku umiejętności słuchania i refleksji. Wygłosił o. Szustak swoją naukę na temat zbawienia, a ponieważ on jest w znacznej części kaznodzieją internetowym, natychmiast został zasypany takimi czy innymi zarzutami ze strony internautów właśnie. W odpowiedzi na nie, wystąpił ponownie, oświadczył, że prawie wszystkie z tysięcy przeróżnych pretensji, jakie zostały do niego skierowane, nie dotyczyły tego, co on powiedział, ale tego, co chciano usłyszeć, no a następnie zaczął wyliczać: „Nie powiedziałem, że wszyscy zostaną zbawieni, nie powiedziałem, że poza Jezusem istnieje jakiekolwiek zbawienie, nie powiedziałem, że nie ma znaczenia, czy się jest w Kościele, czy nie, nie powiedziałem, że nie trzeba głosić Jezusa i wzywać do nawrócenia, nie powiedziałem, że nie trzeba przestrzegać ludzi przed piekłem, nie powiedziałem też, że nie ma piekła, nie powiedziałem, że nie trzeba się bać i można żyć, jak się chce”.  Jednocześnie przyznał się o. Szustak to jednej omyłki, kiedy to wszystkich ludzi dobrej woli zamieszkujących Ziemię nazwał „członkami Kościoła”, podczas gdy precyzyjniej byłoby określić ich „Bożymi Dziećmi”. I co na to internauci? To co zawsze: „O! Wycofał się. Przynajmniej częściowo. Niech się stara dalej”.
     Powtórzę. Bardzo uważnie wysłuchałem wszystkich wystąpień o. Szustaka i  potwierdzam, że on rzeczywiście w żadnym z nich nie powiedział tego, co mu się zarzuca. Ani nie zachęcał do wyuzdanego seksu, ani nie mówił, że tatuaże są dobre, nie mówił, że piekła nie ma, nie mówił, że egzorcyści są zbędni. To wszystko stanowiło wyłącznie wymysł gnuśnych umysłów i nic więcej.
       Otóż to – gnuśne umysły. Jeśli piekło faktycznie istnieje, to jestem pewien, że one będą stanowić jeden z głównych argumentów dla Pana Boga, żeby nas tam wsadzić. W pewnym momencie owej niedzielnej dyskusji komentator Unukalhai, w końcu uchodzący tu w sieci za osobę jedną z bardziej przytomnych, komentując, jak mu się najwidoczniej zdawało, słowa o. Szustaka, napisał co następuje: „To czysta herezja, iż każdy BĘDZIE zbawiony. Zbawienie jest bowiem nagrodą za życie zgodne z Dekalogiem. Jak wiadomo w każdych zawodach nagrodę otrzymują tylko nieliczni”, czym w mojej opinii obsunął się do pozycji prezentowanej przez Świadków Jehowy, głoszących zbawienie dla wybranych 144 tysięcy.
      Ów rodzaj owej głupiej, moralnej zawziętości – tak dobrze znany i nam choćby i przy okazji niedawnej dyskusji na temat romansów Roalda Dahla – prezentowany we wspomnianej dyskusji wcale nie tylko przez Unukalhai i nawet nie najbardziej przez niego, przypomniał mi niedawny program w TVP Info pod tytułem „Studio Polska”, gdzie Maciej Pawlicki z Katarzyną Matuszewską regularnie każą się kłócić bandzie przypadkowo skojarzonych ze sobą tak zwanych „zwykłych ludzi” z osobami w ten czy inny sposób publicznymi. Sam program oczywiście jest pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia i jakikolwiek udział w nim stanowi oczywistą stratę czasu, to co natomiast zastanawia, to to, że tam – przez to właśnie, że pomysł programu opiera się w części na oddaniu głosu prostemu wariactwu –  bardzo niebezpiecznie powraca atmosfera, jaką coraz częściej znajdujemy w Internecie. Patrzymy więc na zagoniony do telewizyjnego studia tłum, a tam, wśród zwykłej Bogu ducha winnej publiczność, której zadaniem jest jedynie bić brawo w odpowiednich momentach, siedzą jakieś freaki, przy których Adam Słomka w czapce Związku Strzeleckiego, czy właśnie na okoliczność występu w programie wypuszczony z więzienia na przepustkę Zygmunt Miernik, wyglądają jak dziennikarze telewizji Sky News, a wszyscy są nakręceni, jak nie przymierzając – tak, tak –  uczestnicy bezmyślnego kompletnie kamienowania ojca Szustaka. I to jest myśl, która mi tu ostatnio coraz częściej towarzyszy, że gdybyśmy nagle tu w Internecie dostali możliwość ujrzenia naszych twarzy, poznania naszych imion, gdybyśmy nagle zostali obdarci z tej okropnej anonimowości, mogłoby być równie ciekawie, jak w przypadku programu „Studio Polska”.
      Nam więc właśnie chciałbym zadedykować pewną przywoływaną tu już raz opowiastkę. Była sobie mianowicie kiedyś kobieta wyjątkowo zła i podła, która w całym swoim życiu nie zrobiła jednej dobrej rzeczy, i która, kiedy zmarła poszła naturalnie prosto do piekła. No i proszę sobie wyobrazić, że kiedy ona już tam przez jakiś czas cierpiała, Pan Bóg nagle sobie przypomniał, że pewnego dnia, raz w życiu, ona właśnie wracając z targu zobaczyła jakieś biedne dziecko i dała mu zieloną cebulkę, i za ten jeden dobry gest postanowił ją z piekła wyciągnąć. Wysłał więc nad tę otchłań swoje anioły, które spuściły do owej kobiety tę samą zieloną cebulkę i powiedziały jej, że w niej było tyle miłości, że wystarczy, że ona się jej złapie i zostanie zbawiona. Czepiła się więc kobieta cebuli, a aniołowie zaczęli ja z piekła wyciągać. W tym momencie jednak inni też postanowili się cebuli złapać, licząc na to, że i im się uda w ten sposób wyjść z piekła. Kobieta jednak, zła, jak wiemy, jak jasna cholera, zaczęła ich zrzucać ze swojej cebuli. Oni czepiali się jej nóg i rąk, ta ich kopała i mimo że sami aniołowie prosili wszystkich, by się opamiętali i spokojnie wisieli na tej cebuli, w której miało być tyle miłości, by starczyć dla wszystkich, wywiązała się straszna bitwa i ostatecznie wszyscy pospadali w ten ogień, oczywiście razem z cebulą.
       I to już jest koniec tej historii i całej notki. Bardzo bym chciał, żeby jednak dotarło, bo inaczej już niedługo, kiedy na Krakowskim Przedmieściu co miesiąc będzie demonstrowało 60 różnych grup, my się doskonale zgubimy w tym tłumie i, jak u Orwella, nikt już nie będzie wiedział, kto świnia, a kto człowiek.






niedziela, 20 maja 2018

Gdy pada deszcz, a parasol jest w różowe koniki


     Kończy się nam miesiąc maj, a to dla bardziej ambitnych, a przede wszystkich odważnych, nauczycieli czas sprawdzania matur, co dla nich akurat oznacza pełne dwa weekendy plus, spędzone od rana do wieczora na czytaniu tych prac i ocenianiu ich według kryteriów tak ścisłych, że każdy słabszy umysł zwyczajnie wysiada. Ja akurat, mimo że od lat w szkole nie pracuję, to ze względu na doświadczenie i odpowiednią historię, od grubo ponad już dziesięciu lat, rok w rok, jestem wynajmowany przez tak zwaną Okregową Komisję Egzaminacyjną do tej roboty, z gwarancją, że wszystko zostanie zrobione szybko i solidnie.
      Chętnie bym obowiedział o tym, co tam się dzieje i wobec jakich wyzwań stają nauczyciele rok w rok, ale ponieważ każda, choćby wydawało by się najmniej istotna informacja, stanowi ścisłą zawodową tajemnicę, mowy nie ma bym puścił tu parę. Powiem tylko, że jest to robota wyjątkowo ciężka, wyczerpująca i, co dla mnie akurat pewnie najbardziej, istotne, nadzwyczaj odpowiedzialna.
     Ponieważ, jak już wspomniałem, ja akurat jestem tu wyjątkowo sprawny, dziś, po tych niespełna dwóch dniach, to co miałem zrobić, zrobiłem i mam tak zwany na Śląsku fajrant, a zatem mogę siąść i coś na dziś napisać, a daje słowo, że tematów jest sporo. Tak się jednak złożyło, że od razu po powrocie do domu, przeczytałem notkę Coryllusa i uznałem, że muszę poruszony przez niego temat uzpełnić i w ten sposób też go zamknąć. Otóż, jak być może część z nas wie, w zakończeniu swojego tekstu wspomniał Coryllus nazwisko reżysera Pawlikowskiego i honory, jakie złożył mu minister Gliński w związku odebraniem przez niego na festiwalu filmowym w Cannes nagrody dla najlepszego reżysera.   
      Oczywiście mam nadzieje, że każdy z nas ma swiadomość, że moim zdaniem wszystko na co w związku ze swoją artystyczną, i nie tylko, posługą zasługuje reżyser Pawlikowski, to tak zwana fanga w nos, niemniej musimy uznać, że problem jest znacznie poważniejszy. Otóż, kiedy próbujemy komentować to co się dzieje wokół tej dziwnej osoby i jej twórczości, nie możemy zapominać, że od pierwszej chwili, kiedy nazwisko Pawlikowski zaczęło funkcjonować w publicznej przestrzeni, znajdujemy się pod taką presją, że tak naprawdę jedyne co możemy zrobić, to się zamknąć i pójść na piwo. Pawlikowski to laureat Oscara za film „Ida” – co, jeśli uwzględnimy, jakość owej produkcji, stanowiło gest wyłącznie i nadzwyczaj bezczelnie polityczny – a dziś to już wyłacznie człowiek, który, wyczuwszy odpowiednio starannie aktualne polityczne trendy, każde swoje słowo, każdy swój gest, każde wręcz mrugnięcie powieką podporządkowuje jednemu celowi. Chodzi o to mianowicie, by na tyle wyraźnie zaprezentować się światu jako artysta represjonowany przez faszystowskie władze Rzeczpospolitej, by mieć gwarancje, że ów świat obejmie go swoim patronatem na najbliższe lata.
      Wyprodukował zatem Pawlikowski swój kolejny fim, o czym do niedawna pies z kulawą nogą nie miał pojęcia, i oto wystarczyło, że wspomniał ów cwaniak tu i ówdzie o tym, że jego nazwisko i twórczość znajdują się w Polsce na czarnej liście, by w jednej chwili okazało się, że oto powstało kolejne wybitne dzieło i by jury tego śmiesznego francuskiego festiwalu przyznało Pawlikowskiemu nagrodę dla najlepszego rezysera. I oczywiście na nic się zdała niemal natychmiastowa reakcja polskiego Ministerstwa Kultury, z wyjaśnieniem, że nie ma mowy o jakimkolwiek prześladowaniu Pawlikowskiego, skoro ta nędza najpierw dostała z PISF-u grube miliony, by to wszystko się mogło w ogóle rozpocząć, a nastepnie kolejne miliony, by to gówno można było w ogóle skończyć. Pawlikowski, trzymając się ustalonego wcześniej planu, w każdej kolejnej wypowiedzi potrafił znaleźć dobry powód, by wyjasnić, że owszem, może i tak było, ale on się wciąż czuje represjonowany. Nawet potem, kiedy minister Gliński oświadczył, że polski rząd i wszyscy Polacy – w tym, jak rozumiem, i ja – życzą Pawloikowskiemu samych sukcesów, ten cwaniak i tak nie mógł się powstrzymać, by odbierając tę nagrodę oświadczyć, że oto Polska wreszcie odniosła pierwszy sukces od lat.
      W czym rzecz? Otóż moim zdaniem, gdy chodzi o tak zwaną międzynarodową opinię publiczną, polskie władze znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony, przy aktywnym udziale takich osób jak Pawlikowski, owe władze są z każdej strony w bezwzględny absolutnie sposób, wykluczający jakąkolwiek dyskusję, czy choćby tylko pytanie, atakowane, a z drugiej, każda próba obrony przed tą agresją jest tu w Polsce traktowana jako kolejny przejaw braku godności po stronie tej właśnie władzy. Tymczasem, moim zdaniem, z punktu widzenia polskiego rządu, fakt, że przeciwko niemu już zostało otwartych aż tyle różnych frontów – jestem pewien, że nie muszę ich wymieniać – a kolejnych można się tylko spodziewać, daje im już tylko jeden wybór: albo przestać reagować i starać się robić swoje, czekając aż wreszcie spadnie im na łeb coś spod czego się już nie podniosą, albo robić z siebie durnia, tak jak właśnie zrobił to Gliński.

      Oczywiście, sytuacja, w której minister Gliński, na temat którego swojego zdania wyrażać tu już nie muszę, nagle zaczyna tłumaczyć światu, jak bardzo on jest  szczęśliwy, że Pawlikowski otrzymał owo gówniane francuskie wyróżnienie, jest dla mnie przykra i wręcz trudna do zniesienia. Ja sam pewnie na jego miejscu, pierwsze co bym zrobił, to wydał komunikat, że Pawlikowski to punury grafoman, z którym Polska nie życzy sobie mieć nic wspólnego, a następnie podjął odpowiednie kroki, by go pozbawić obywatelstwa, no ale, jak wiemy, ja mam naprawdę łatwo.

      I Bogu dzięki.

   

Zachęcam wszystkich do systematycznego zaglądania do księgarni pod adresem www.basnjaknidzwiedz.pl, gdzie możemy kupować moje, i nie tylko moje, książki.

 

czwartek, 7 grudnia 2017

O tajemniczym pytaniu Henia Gembalskiego i literaturze w rytmie hip-hop

       Pisałem przedwczoraj trochę na temat lęku, jaki paraliżuje przeciętnego czytelnika, gdy staje twarzą twarz z książką, o której wcześniej nie słyszał, a o istnieniu jej autora nie miał bladego pojęcia, i w ten sposób często traci szanse na przeżycie czegoś prawdziwie świeżego, a niekiedy nawet i najlepszego. I choć daję słowo, że nie planowałem do tego tematu wracać, to część komentarzy, jakie ów tekst sprowokował, każe mi podejrzewać, że moje intencje nie do końca zostały zrozumiane. Otóż problem nie polega w żadnym wypadku na tym, że obok literatury popularnej istnieje coś, co lubimy nazywać „literaturą ambitną” , a czytelnik woli pop. Możliwe, że tak się to właśnie dzieje w przypadku kina, czy muzyki, a więc sztuk przeznaczonych dla wszystkich i dla każdego, natomiast gdy chodzi o książki, to dzięki rozpowszenionemu mitowi, jakoby „glupcy książek nie czytali”, one niemal z zasady kierowane są do tak zwanej „wymagającej publiczności”, a ta akurat akurat -  i to jest fakt – jak ognia się boi się bycia posądzoną o szukanie tanich wzruszeń. Ponieważ jednak to wzruszenia właśnie stanowią jedyną rzeczywistą wartość i poza nimi nie ma tak naprawdę niczego więcej, to co tworzy dziś współczesną literaturę, to pretensjonalny, kompletnie bezwartościowy kicz, tym bardziej irytujący, im bardziej pozujący na coś specjalnego.
      A zatem czytelnicy boją się naszych książek nie dlatego, że one są zbyt trudne, zbyt głębokie i zbyt ambitne.  Dla przeciętnego czytelnika nie stanowi najmniejszego problemu przeczytać i się zadumać nad najnowszą powieścią Olgi Tokarczuk. Oni boją się naszych książek – co już tu zostało powiedziane – przede wszystkim dlatego, że nie znają naszych nazwisk, a nie mają serca do ryzyka, ale również dlatego, że to co my piszemy jest właśnie proste, bezpretensjonalne i tak naprawdę strasznie pop i o tym nie da się nawet mądrze podyskutować. To można jedynie przeżyć, a ambitnego czytelnika przeżycia nie interesują.
      Może nie będę tu pisał o sobie, ale proszę zwrócić uwagę na to, w jaki sposób buduje narrację Coryllus. Przecież gdyby on nie pisał na tematy „dorosłe”, te jego baśnie mogłyby czytać nawet dzieci, które dotychczas poza szkolnymi lekturami nie miały w ręky żadnej książki. A zatem w jaki sposób ma to być „literatura ambitna”? Oczywiście, to co on w swoich książkach przekazuje jest zawsze bardzo przemyślane, głębokie i w żadnym wypadku nie codzienne, natomiast sam sposób opowiadania nie mógłby być bardziej prosty i bardziej pozbawiony pretensji.
     Ktoś mi napisał, że moje książki też nie są łatwe w odbiorze i że tak naprawdę być może tylko „39 wypraw” oraz „Listonosz” mogą trafić do szerszej publiczności. Reszta wymaga prawdziwego intelektualnego zaangażowania. Daje słowo, że czuję się obrażony. Ja jakiś czas temu podarowałem swoje „Marki, dolary, banany…” zaprzyjaźnionej kelnerce w zaprzyjaźnionej knajpie, ona ją otworzyła na przypadkowej stronie i, jak mi opowiedziała przy kolejnej okazji, w przerwach w obsługiwaniu klientów, do końca dnia, to śmiejąc się, to płacząc ze wzruszenia, przeczytała całość. I to ma być trudna, ambitna literatura. Przepraszam bardzo, ale to już bardziej wymagający jest Zenek Martyniuk. Choćby jako  socjologiczna zagadka.
      Nasze książki nie dlatego są najlepsze, że stawiaja przed czytelnikiem jakieś szczególne intelektualne wymagania. One są najlepsze dlatego, że są napisane prostym i przejrzystym językiem i przedstawiają świat zrozumiały dla każdego czytelnika, pod warunkiem, że on przeżywa ów świat prosto i przejrzyście. Pisałem to już kiedyś, ale dziś powtórzę. Gdyby baśnie Gabriela Maciejewskiego, że już nie wspomnę o „Dzieciach PRL-u”, trafiły do szkół, niewykluczone, że po kilku tygodniach nasze dzieci te swoje cholerne smartfony wyrzuciłyby do kosza.
      Wspomniałem o swojej książce „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”. Z jednej strony, zawsze uważałem, że pod względem czysto literackim, to jest moje największe osiągnięcie, a z drugiej strony mam wrażenie, że ten akurat tytuł jest traktowany przez wiekszość czytelników, jako coś… niepoważnego. Dziwne. No, proszę tylko spojrzeć na to:

      „Zmierzch, a potem już upadek PRL-u wspominam niezwykle sympatycznie. Jednak powiem uczciwie, że nie mam wcale pewności, czy owe wspomnienia są związane faktycznie z ostatecznym końcem tamtego przykrego przecież niekiedy czasu, czy może z tym, że tamten okres, a więc lata 1986-1989, to był fantastyczny dla mnie czas osobiście.  Z tego co tu opisuję, można błoby sądzić, że wszystkie moje ówczesne smutki i radości w najmniejszym stopniu nie były związane z polityką. Polityka akurat zawsze mi towarzyszyła niejako z boku i, owszem, niekiedy mocno inspirowała, jednak to co uważałem za swoje życie, należało już do innego zupełnie wymiaru.
      W roku 1986 wzięliśmy ślub i to było naprawdę coś. Było lato, najpierw spędzaliśmy czas na plebanii w Krasiczynie, a potem już w naszym Przemyślu, i byliśmy i piękni i młodzi i wszyscy nas bardzo lubili i nic nie wskazywało, żeby to, co jest, miało się kiedykolwiek skończyć. Mieliśmy też własne mieszkanie, które mi zostało po moich rodzicach. Za pieniądze, jakie nam wpadły podczas ślubu, wyposażyliśmy sypialnię, kupiliśmy u pewnego stolarza w Kostuchnie fantastyczny stół do kuchni, który nam zresztą służy do dziś, a kiedy tamte pieniądze się skończyły, to mieliśmy już swoje, bo oboje albo uczyliśmy angielskiego, albo ja robiłem jakieś poważne tłumaczenia, a wtedy to był nie byle jaki biznes.
      Rok później urodziło się nasze pierwsze dziecko, a jeszcze rok później – już w roku 1988 – pojechaliśmy na wakacje do Rycerki do pewnego pana Stefka Kurowskiego, gdzie oczywiście wszystko kosztowało, ale nam to nie przeszkadzało, bośmy byli bogaci, no i wciąż piękni i młodzi.
      Ona miała już dobrze ponad rok, ale ponieważ nigdy nie była szczególnie przebojowa, wciąż uczyła się chodzić, więc chodziliśmy z nią po tej okolicy i patrzyliśmy jak rośnie. I było pięknie! Pamiętam jak pewnego dnia w miejscowym sklepie zobaczyliśmy – zupełnie jakby wylądowało UFO – na półce biustonosz firmy Triumph, i moja żona zupełnie oszalała, bo wcześniej coś takiego widziała tylko w kolorowych zagranicznych magazynach. No więc kupiliśmy jej ten biustonosz. Nie wiem dziś, ile on kosztował, ale myślę, że to był odpowiednik dzisiejszego tysiąca złotych.
      Ale z tamtych wakacji pamiętam coś jeszcze. Otóż w sierpniu tamtego roku przestały się ukazywać kolorowe pisma, a więc „Panorama”, „Zwierciadło”, „ITD.” i takie tam. Dlaczego? Tłumaczenie było chyba takie, że drukarnie nie są w stanie drukować tych właśnie kolorów. No więc mieliśmy tylko te gazety.
      Pewnego dnia, dowiedziałem się, że do miejscowego sklepu ma przyjść dostawa piwa i że każdy kto przyjdzie pomagać w rozładunku, będzie mógł sobie kupić całą skrzynkę. Dziś pamiętam, że to był jakiś „Żywiec”, tyle że pod inną nazwą. Nie dam głowy, że pamiętam wszystko dobrze, ale nalepka była chyba zielona, a samo piwo nazywało się po prostu „Lager”.
      Rozładowywaliśmy – ja i kilku pozostałych wczasowiczów – to piwo jak szaleni, no a potem nastąpił ten moment, kiedy każdy z nas, umęczony jak jasna cholera, mógł sobie kupić tę jedną fantastyczną zupełnie skrzynkę. Pamiętam też, że oczywiście wtedy wszystkiego tam nie wypiłem, więc znaczną tego część przywieźliśmy ze sobą tu do Katowic.
      Potem przyszedł rok 1989 i wiadomo już było, że idą nowe czasy. Wszystko wprawdzie było takie jak wcześniej, tyle że to co miało się stać, wisiało w powietrzu i robiło wrażenie czegoś absolutnie nieuchronnego. A myśmy sobie żyli też tak jak dotychczas, we trójkę z naszą córką, w naszym pięknym mieszkaniu, bez żadnych kłopotów, bez zmartwień, bez jakichkolwiek widocznych zagrożeń, z kupą wolnego czasu, no i w dodatku z tą świadomością, że jest nawet jeszcze lepiej – bo komunę niedługo szlag trafi, i zacznie się ta od tak dawna wyczekiwana akcja odwetowa. A potem, kiedy w centrum miasta pojawił się niemiecki supermarket o wzruszającej nazwie „Future Zwei”, a z nim nigdy tak naprawdę dotychczas nie widziane ananasy i orzechy kokosowe, wiedziałem, że tak – to już naprawdę za chwilę. 
      Właśnie tak ten czas pamiętam. Jako okres całkowitej beztroski, z kupą wolnego czasu i pieniędzy, które można było wydawać na wszelkie codzienne potrzeby, czy nawet niekiedy i kaprysy. Oczywiście nie mieliśmy wtedy – podobnie zresztą jest nie mamy i dziś – ani samochodu, ani domu w budowie, ani wakacyjnych planów gdzieś w Hiszpanii, bo tak naprawdę nasze potrzeby były ściśle ograniczone przez nasze nad wyraz skromne wymagania. Wakacje spędzało się niemal wyłącznie w Przemyślu, a gdy chodzi o ewentualne luksusy, to znowu w Polsce akurat tak wiele ich do nabycia nie było. Czasem może jakaś flaszka w Peweksie, no i okazja do przyjacielskiej wizyty.
      Pamiętam jak któregoś dnia – było to jeszcze zanim urodziła się nasza córka – przyszliśmy sobie skądś do domu, a przed drzwiami stały dwie kobiety – Świadkowie Jehowy. I proszę sobie wyobrazić, że ponieważ ani nie mieliśmy żadnych obowiązków, ani szczególnych planów, poprosiliśmy, żeby one weszły i napiły się z nami herbaty.
      Weszły więc obie panie, siadły i zaczęły nam opowiadać swoje historie. One więc opowiadały, a myśmy siedzieli i ich słuchaliśmy bardzo grzecznie… W pewnym momencie jedna z nich zapytała, czy mamy w domu Pismo Święte, myśmy je przynieśli, a one zaczęły nam pokazywać, gdzie znajdują się najbardziej drastyczne fałszerstwa. I wtedy nagle przyszedł do nas w odwiedziny mój do dziś wielki przyjaciel Henio Gembalski. Wszedł, siadł obok i tak samo grzecznie jak my, zaczął się przysłuchiwać naukom obu pań. Słuchał przez pewien czas w uprzejmym milczeniu, i w pewnym momencie – z tą swoją niesłychanie charakterystyczną, znaną powszechnie elokwencją – odezwał się mniej więcej tak: „Przepraszam, jeśli można, ale mam jedno pytanie: Czy państwo wierzą w istnienie Szatana?” A kiedy obie panie chętnie to potwierdziły, że oczywiście i jak najbardziej, Henio zadał drugie pytanie...

      Kto chce się dowiedzieć, jakie było drugie pytanie i co z tego wynikło, niech sobie tę książkę kupi, to się dowie. A cała reszta już będzie w cenie.

 

Wspomniana książka jest do kupienia pod adresem https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/marki-dolary-banany-i-biustonosz-marki-triumph/.  Naprawdę zachęcam. A kto już ma, niech się spieszy i wybiera ją, jako prezent najlepszy. 

wtorek, 10 października 2017

O tym jak minister Macierewicz wyruszył na Petersburg

       Dziś wprawdzie planowałem zająć się czymś innym, a mianowicie napięciem, jakie od pewnego czasu obserwujemy wokół osoby Prezydenta, ale przeczytałem u Coryllusa, że nasze Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza utworzyć specjalne oddziały cyber-wojowników, którzy będą walczyć z internetowymi trollami, którzy od czasu gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory, atakują nas z Rosji, a konkretnie z ulicy Sawuszkina w Petersburgu, i pomyślałem, że może uda się te dwa tematy jakoś połączyć.
     A więc popatrzmy na wspomniane plany Ministerstwa. Na czym zapowiadana walka będzie polegała, tego oczywiście nie wiemy, wiemy natomiast, że jej celem będzie niszczenie w zarodku wszelkich  tak zwanych „fejknewsów”, które opanowały naszą przestrzeń publiczną i wciąż nie pozwalają nam się cieszyć sukcesami nowej władzy, tak jak sobie to planowaliśmy. Możemy się również oczywiście domyślić, że będzie ona tak samo skuteczna, jak wszelkie inne działania podejmowane przez rząd, a już szczególnie przez ministra Macierewicza, na rzecz Dobrej Zmiany.
      Właściwie, komentarz, jaki na ten temat zamieścił na swoim blogu Coryllus, wyczerpuje temat, ja jednak chciałbym tu dorzucić dosłownie parę słów, które moim zdaniem, z pewnościa nie zaszkodzą. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wczoraj, po raz chyba trzeci w życiu, kupiłem magazyn „Do Rzeczy”, a to w związku z wywiadem, jakiego redaktorowi Lisickiemu udzielił prezydent Duda. Wywiad, jak wywiad, zwłaszcza wywiad z Prezydentem, który, zawsze stara się brzmieć tak samo, mówić to samo i wyglądać tak samo, tak byśmy mieli pewność, że to jest ten sam człowiek, którego wybraliśmy sobie w roku 2015, a ja muszę powiedzieć, że mnie to akurat kompletnie nie przeszkadza. Tego się po prezydencie Dudzie od początku spodziewałem, na to liczyłem i więcej mi dziś nie potrzeba. A jak najbardziej słuszną uwagę Prezydenta o tym, jak to jeszcze w roku 2011 zadawał szyku ten sam Zbigniew Ziobro, który dziś zachęca Prezydenta do wsłuchiwania się w głos Ducha Świętego, traktuję jako nieoczekiwany bonus. Jeśli bowiem mam ochotę na jakieś fajerwerki, to faktycznie wolę się zwrócić w stronę ministra Macierewicza, lub Jakiego, czy zajrzeć do naszych świeżo odzyskanych mediów, bo tu wiem, że czekaja na mnie wrażenia szczególne. Tak też więc zajrzałem do wywiadu w „Do Rzeczy” i proszę sobie wyobrazić, że niemal największe wrażenie zrobił na mnie nie Prezydeent, lecz redaktor Lisicki, rzucając coś takiego: „Jarosław Kaczyński mówi, że cała reforma sądownictwabedzie teraz zależała od determinacji prezydenta. ‘Musimy wiedzieć, czy prezydent jest z nami’”.
     Każdy kto w miarę uważnie śledzi ten blog z pewnością pamięta, że niedawno poświęciłem całą notkę temu jednemu zdaniu, rzekomo wypowiedzianemu przez Jarosława Kaczyńskiego, a faktycznie w całości wymyślonemu na ulicy Sawuszkina w Petersburgu… Przepraszam, oczywiście się pomyliłem. Chodziło mi o redakcję tygodnika „W Sieci”, ze szczególnym udziałem Jacka Karnowskiego. Nie będę więc tu wracał do tej sprawy, natomiast zwrócę uwagę na jeszcze jedną wiadomość, jaką wspomniana redakcja nam podała do skonsumowania. Oto na okładce tego samego numeru „W Sieci”, zaraz nad głową Prezesa, widnieje wybity wielkimi literami tytuł: „Piotr Zaremba o szaleńczym ataku feministek na ‘Seksmisję’”. Znajduję zapowiadany tekst, a w środku duży, na dwie strony, artykuł Zaremby zatytułowany „Wyroki feministek. ‘Seksmisja’ zagrożona” i dosłownie dwa krótkie zdania wypowiedziane przez Paulinę Młynarską na temat tego – swoją drogą wyjątkowo głupiego i kiepskiego, jak wszystkie produkcje Machulskiego – filmu: „Ten film zaszczepił bardzo dużo nieufności do kobiecości. Uważam, że za ten kawałek dotyczący spraw związanych z traktowaniem kobiet Machulski mógłby przeprosić”. To wszystko. Cała reszta tego tekstu to jakieś stare nudy o tym, jak feministki na Zachodzie w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia, a u nas z opóźnieniem dziś, demonstrowały i demonstrują swoje obsesje w każdym możliwym temacie. O „Seksmisji”, o Młynarskiej, a tym bardziej o rzekomo „szaleńczym” ataku ani słowa.  
     To jest oczywiście drobiazg i bzdura, i oczywiście wcale nie najbardziej charakterystyczna dla mediów tak zwanych „naszych”. Tu akurat oni wszyscy, czy to Jacek Karnowski, czy Tomasz Lis, czy telewizja TVP Info i ich czołowa gwiazda Wokciech Cejrowski, czy środowisko „Gazety Wyborczej” mają swoje znacznie większe zasługi. Staram się o nich od czasu do czasu pisać i daję słowo, że nigdy, ani przez moment nie przyszło mi do głowy sadzić, że oni wszyscy siedzą po nocach w centrali w Petersburgu i stamtąd nas tak zabawiają. Jeśli więc mogę coś doradzić ministrowi Macierewiczowi, to może to, by zamiast się gapić w te internety, bardziej zainteresował tym, co słychać na froncie smoleńskim, bo zbliża się ósma rocznica, a wraz z nią, niezwykle symboliczna, bo 96 miesięcznica Katastrofy, a nam jest jakby coraz bardziej głupio.

Nasze książki są jak zawsze do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam z całego serca.


poniedziałek, 12 czerwca 2017

O tym, jak nie zostałem najlepszym wydawcą

      Zakończyła się kolejna edycja targów książki „Rozetta” w Bytomiu i moim najuczciwszym zdaniem, wszystko, co się udało tam osiągnąć – i to osiągnąć już po raz drugi – to oczywisty sukces wszystkich osób, które w ich organizację były zaangażowane, a przede wszystkim Piotrka Szeligowskiego, który je wymyślił, w znacznym stopniu sfinansował, ale też swoim ambitnym wysiłkiem poprowadził owe targi do szczęśliwego finału. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że i to wydarzenie, podobnie zresztą jak każde inne, które jest w jakikolwiek sposób skażone nie dość że ludzką determinacją zachowania pełnej niezależności od tego wszystkiego, co tworzy wszelki mainstream, a więc zarówno ten oficjalny, jaki i ów bardzo starannie zakamuflowany, to jeszcze przez obecność projektów przez ów mainstream z całą stanowczością tępionych, musiało zostać odebrane przez niektórych jako impreza w gruncie rzeczy peryferyjna, a więc nieważna. Nie zmienia to jednak faktu, że ona się odbyła dokładnie tak jak się odbyć miała, a ci, którzy w niej przez owe dwa dni brali udział, przyjeżdżając do Bytomia często z całego kraju, a niekiedy i świata, z całą pewnością wezmą w niej udział za rok, i że z każdą kolejną edycją, będzie ich coraz więcej. Wbrew owemu milczeniu, pełnemu zalęknionej wrogości, no i tym bardziej, im bardziej oni będą kopać, jak to określiła pięknie jedna z koleżanek, kogoś, kto w ich chorym przekonaniu, już leży.
       O szczegółach, ubarwiając swoją relację różnego rodzaju anegdotami, zapewne opowie ze swoim niepowtarzalnym talentem Coryllus, ja bym natomiast chciał wspomnieć o czymś, co dla mnie ma znaczenie zupełnie wyjątkowe i co w związku z tym musi zostać wspomniane. Otóż jednym z pomysłów naszych targów było to, by przez cały okres ich trwania Czytelnicy mogli głosować na „najlepszego wydawcę”, „najlepszego autora”, no i wreszcie „najlepszego blogera”. Zgodnie z przewidywaniami i, moim zdaniem, jak najbardziej zasłużenie i sprawiedliwie, kolejne „Rozetty” przypadły: wydawnictwu Klinika Języka, Gabrielowi Maciejewskiemu jako najlepszemu autorowi, oraz autorce być może w ogóle najważniejszego bloga w całej historii blogosfery, Pink Panther.
      Proszę sobie zatem wyobrazić, jak się poczułem, kiedy jak grom z jasnego nieba spadł na mnie gest Coryllusa, który swoją Rozettę dla najlepszego autora – jak mówię, w mojej opinii, całkowicie zasłużoną – odstąpił mi. Ponieważ zrobił to w taki sposób, w jaki sposób od lat się ze mną komunikuje, a więc na boku i bez zbędnych słów, czuję się zobowiązany, by poinofrmować o tym w najbardziej naturalnej dla mnie formie, a więc na blogu. W tej jednak sytuacji i ja się ograniczę do podobnej dyskrecji i więcej na ten temat nie powiem ani jednego zdania więcej, poza może tym jednym: To już chyba bardziej sprawiedliwie byłoby, gdybyś mi, stary, oddał tę drugą – dla najlepszego wydawcy.
     I już na koniec. Ponieważ kończąca targi tak zwana „debata blogerów” się mocno przedłużyła, w dodatku tuż po niej Coryllus poszedł udzielać wywiadu dla telewizji, a ja się musiałem zająć obsługą czytelników, no i sprzedażą, nie udało mi się pożegnać z całą kupą przyjaciół, którzy musili pędzić do swoich domów. A więc tą drogą wszystkich pozdrawiam i – do następnego razu! Dziękuję.



Oczywiście księgarnia, w której można kupować moje książki jest tam gdzie zawsze, a więc pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zachęcam.
     
    
      

poniedziałek, 21 listopada 2016

Dawnych wspomnień czar, czyli o sztuce zamilczania

Mój wczorajszy apel o kupowanie „Elementarza” spotkał się z odzewem, którego nawet moje rozdęte do nieprzytomności ego się nie spodziewało. Jakby tego było mało, okazało się, że są też wśród nas i tacy, którzy po obejrzeniu filmu ze spotkania jakie miało miejsce w miniony czwartek w Opolu, postanowiły odszukać w Internecie moje i Coryllusa występy jeszcze sprzed lat, a ja nagle sobie uświadomiłem, że osiem lat od czasu, gdy wspólnie, choć całkowicie od siebie niezależnie, zaczęliśmy udzielać się publicznie, to szmat czasu na tyle wielki, że dziś wszyscy ci, którzy są z nami od początku tej przygody, są w zdecydowanej mniejszości, a wielu z tych, którzy dołączali tu do nas przez te wszystkie lata, często nawet nie rozpoznają owego, kiedyś jedynego przecież, imienia Toyah.
A przecież nie tylko to się zmieniło. Wraz z poszerzaniem się tego niezwykłego kręgu, wraz z kolejnymi książkami, wraz z – co tu dużo mówić – oczywistym sukcesem Kliniki Języka, a przy tym i naszym, nastąpiło coś, co można nazwać swoistym wyrokiem śmierci, jaki na nas wydały przeróżne środowiska skupione po wszystkich kątach publicznej sceny. Jeśli sobie przypomnimy pierwsze lata naszej na niej obecności, aż trudno uwierzyć w siłę tego ataku i determinację, by nas z niej zepchnąć i przykryć dziesięcioma warstwami milczenia. Aż trudno uwierzyć w wielkość tej fali i jej nieprawdopodobny wręcz zasięg. Jeśli porównamy to, co się wokół nas działo przed laty, z tym choćby, co możemy obserwować dziś tu w Salonie24, można się zacząć obawiać, że następnym krokiem będzie już tylko będzie zakaz pokazywania się publicznie.
Skąd te refleksje? Tak jak mówię, wzięło mnie na wspomnienia, kiedy jeden z czytelników po obejrzeniu filmu ze spotkania w Opolu, zaczął grzebać w Internecie i znalazł nasz dawny bardzo występ w Klubie Ronina i napisał: „Chyba się trochę od tego czasu zmieniło, a na pewno goście w klubie Ronina...”. Przeczytałem to zdanie i przypomniałem sobie, jak to wówczas, kiedy Józek Orzeł jeszcze miał te swoje ambicje, by nas umieścić gdzieś choćby i na peryferiach owego obiegu, upychał nas to tu to tam i któregoś dnia w chwili szczerości wyznał, ile go to kosztuje nerwów i użerania się z tymi, co sobie nas oglądać i słuchać zwyczajnie nie życzą. Nigdy i nigdzie.
Przypomniałem też sobie, jak to z myślą o nas „Gazeta Polska” zgodziła się stworzyć cykl zatytułowany „Blogerzy na wizji”, tylko po to, by po wyemitowaniu trzech odcinków interes zwinąć, a sam Józek Orzeł ostatecznie przestał nas zauważać. Pomyślałem sobie, że spróbuję odnaleźć na youtubie jedną z tych rozmów, gdzie Kamiuszek, Coryllus i ja rozmawiamy o obecności Szatana w naszym świecie, i proszę sobie wyobrazić, że choć trwało to zdecydowanie dłużej, niż zwykle to ma miejsce, ostatecznie osiągnąłem sukces i stwierdzam z satysfakcją, że jeszcze tego nie usunęli. Ponieważ czuję niezmienny sentyment do tamtego akurat występu, chciałbym go przypomnieć wszystkim, którzy albo o nim zapomnieli, albo w ogóle nie mieli okazji go obejrzeć. Póki jeszcze wolno. Przy okazji zapraszam wszystkich mieszkających w okolicach Warszawy i Wrocławia do odwiedzenia naszego stoiska najpierw w najbliższą sobotę i niedzielę w Arkadach Kubickiego w Warszawie, a potem w kolejny weekend we Wrocławiu, w tej okropnej Hali Stulecia. Będzie fajnie.




środa, 9 listopada 2016

Niech żyje nasz wspaniały prezydent Andrzej Duda!

Wczoraj z jednym z moich uczniów, dzieckiem wprawdzie zaledwie 14-letnim, już jednak wyjątkowo mądrym, czytaliśmy sobie tekst Boba Greena o Muhamadzie Alim zatytułowanym cytatem z samego Alego: „I’m the most famous man in the world” i kiedy już się trochę pośmialiśmy z Alego, „moje” dziecko spytało mnie: „A tak poważnie, jak pan myśli, kto jest najsłynniejszym człowiekiem na świecie?”. Powiedziałem mu, że nie ma sposobu, by wskazać jedną taką osobę, z tego choćby powodu, że dzisiejszy świat jest tak bardzo zróżnicowany kulturowo, że trudno by nam było wskazać tu nawet samego Jezusa, a co dopiero któregoś ze współcześnie żyjących ludzi. Ponieważ on jednak nie ustępował, w końcu zdecydowaliśmy się na prezydenta Stanów Zjednoczonych, no w tym momencie automatycznie i jak najbardziej naturalnie, zaczęliśmy się śmiać z Donalda Trumpa.
To było wczoraj, a, jak wiemy, dziś ów śmiech zamarł nam na ustach i, moim zdaniem, jak najbardziej słusznie. Oglądam właśnie telewizję CNN, widzę tych śmiertelnie smutnych amerykańskich komentatorów, przypomina mi się wieczór powyborczy u nas w Polsce ponad już rok temu, i powiem szczerze, że jest mi Amerykanów żal, i to nawet nie z tego powodu, że mają, w odróżnieniu od nas, za prezydenta durnia, ale dlatego, że przed nimi fala nienawiści, jakiej nawet my tu w Polsce nie przeżyliśmy. Właśnie przemawia Donald Trump i mówi coś o zakopywaniu podziałów, o tym, że chcę być prezydentem wszystkich, że nie chodzi o niego, lecz o Amerykę, a ja jedyne co mogę teraz powiedzieć, to zaapelować do Amerykanów, by się trzymali mocno foteli, a do samego Trumpa, by na siebie uważał, bo może być ciężko. Bo będzie ciężko.
Ktoś by pewnie chciał wiedzieć, jak ja się czuję wobec tego, co się stało w Ameryce, a ja jedyne co mogę powiedzieć, to to, że czuję się dokładnie tak samo fantastycznie, jak bym się czuł, gdyby wygrała Hilary Clinton. Dlaczego? Bo to jak oni sobie zorganizowali te akurat wybory, to nie jest moja rzecz. Proszę posłuchać. Wczoraj, jak niektórzy z nas wiedzą, zajmowaliśmy się tu hejtem, jaki od wielu lat organizowany wobec mnie i Coryllusa w Sieci od wielu lat, jak się okazuje, głównie z terenu Niemiec. To co mnie przy tej okazji zaskoczyło, to o wiele spokojniejsza, niż mogłem się spodziewać, reakcja ze strony wspomnianych hejterów. Tak naprawdę, odezwał się tylko wspomniany wczoraj internauta Nowakowski, przysyłając mi kilka kolejnych maili, jednak, proszę sobie wyobrazić, nie dość że nie używając w nich ani razu czy to imienia Ochujuk, czy Toyahuj, to w ogóle ani razu mnie bezpośrednio nie obrażając. W pewnym momencie nawet posunął się do tego, że wysłał mi jedno naprawdę fantastyczne zdjęcie, podpisując je z sympatyczną moim zdaniem złośliwością: „Bolek i Lolek – sezon 40”.
A zatem, proszę bardzo. Oto mój komentarz do dzisiejszego fantastycznego zwycięstwa Donalda Trumpa. I niech żyje Polska!





Przypominam, że moje książki są dostępne 24 godziny na dobę w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl.

piątek, 28 października 2016

Czemu piszczy styropian?

       Muszę zacząć od wyznania, że jest mi bardzo niezręcznie zasiadać do dzisiejszego tematu, a dowodem mojej dobrej woli jest to, że w ciągu minionych miesięcy miałem kilka naprawdę dobrych okazji, by sprawę tę ostatecznie załatwić, a mimo to, bardzo dzielnie się przed tym broniłem. Stały się ostatnio jednak dwie rzeczy, które ostatecznie każą mi się przełamać. Przede wszystkim, w ciągu minionych kilku tygodni dni, przynajmniej od czasu gdy nasz kolega Coryllus został ciężko obrażony przez blogerkę Eskę i w konsekwencji wyrzucił ją ze swego bloga, co z kolei sprawiło, że ona od dziś może się już udzielać wyłącznie u siebie, ja niemal codziennie otrzymuje maile od czytelników, w których jestem zachęcany, byśmy nie niszczyli tak fantastycznego tercetu. Niemal codziennie słyszę, że nasze blogi, bez intelektualnego wsparcia ze strony Eski, nawet w połowie nie są tym, czym były dotychczas, a Polska potrzebuje całej naszej trójki, szczególnie dziś, gdy naprawdę nie jest lekko. Odpowiadam na te maile cierpliwie i możliwie gruntownie – jednak, z tego co widzę, nieskutecznie. Parę dni temu ktoś mi znów zaczął tłumaczyć, że brak komentarzy Eski na moim i Coryllusa blogach, szczególnie teraz, gdy jest tu tyle ciekawych tekstów, to strata.
      No ale to jeszcze nie jest powód najważniejszy. To co każe mi się tu dziś jednak angażować, to zamieszczony przez Eskę komentarz o następującej treści: „Tak sobie myślę, że czas najwyższy, coby recenzje napisać Olesiejukowi ... Trzymajta się chłopaki, bo wam rozpirzę waszą sektę jedna notką”.  
      Ponieważ tego rodzaju niczym przeze mnie nie sprowokowana tępa bezczelność mnie zwyczajnie oburza, w tej sytuacji proszę mi pozwolić publicznie powiedzieć, co na ten temat sądzę i potraktować tę wypowiedź, jako zamykającą sprawę.
     
      Powiem szczerze, że nie umiem powiedzieć, kiedy blogerka Eska zyskała sobie reputację „jednego z bandy”, natomiast dobrze rozpoznaję czas, kiedy o to, by ową pozycję zdobyć, ona się bardzo mocno dobijała, jak mi się wydawało wówczas, do końca nieskutecznie, choć dziś czasem mam wrażenie, że niektórzy haczyk połknęli. Otóż był to okres, kiedy jeszcze był z nami nasz kolega Kamiuszek i tak się jakoś złożyło, że w opinii wielu tworzyliśmy razem pewnego rodzaju trio. Coryllus, Kamiuszek i Toyah. Tak to właśnie było niekiedy opisywane: Coryllus. Kamiuszek i Toyah. I wspominając tamten czas, wcale nie chcę sugerować, że nasza, jak to już wcześniej nazwałem, „banda”, stanowiła coś szczególnego, a już na pewno wybitnego. Stwierdzam tylko fakt, że nasza trójka była identyfikowana jako całość.
      Wtedy to właśnie zauważyłem, że, czy to na blogu Coryllusa, czy na moim, czy nawet Kamiuszka, który pisał znakomicie, ale jednak od nas mniej, zaczęła się pojawiać Eska i to pojawiać w taki sposób, jakby chciała koniecznie wszystkim pokazać, że ona jest tu od zawsze. Jak to wyglądało konkretnie, tego akurat dokładnie już odtworzyć nie potrafię, ale to było takie cwane rozpychanie się z jednoczesną próbą pokazania, że ona jest dokładnie taka jak my, tyle że dłużej i bardziej. Znacznie bardziej i znacznie dłużej, no i co najmniej tak samo dobrze.
     Ja do Eski nigdy nie czułem szczególnej sympatii, o czym może choćby zaświadczyć poświęcone jej hasło w mojej książce sprzed czterech już lat, „Twój pierwszy elementarz”. Co mi się u niej nie podobało? Najpierw może ten nieznośnie apodyktyczny styl znany z wystąpień innych zakurzonych działaczy Solidarności, w rodzaju Celińskiego, czy Janasa, w stylu „No dobra, opowiem wam to jeszcze raz, ale to już po raz ostatni”, no a potem właśnie to, o czym pisałem wcześniej, czyli owo rozpychanie się w stylu: „Cześć chłopaki, i co tam słychać u nas w undergroundzie?”
      Tylko raz spróbowałem nawiązać z Eską bliski kontakt. Było to po tym, jak wydałem swoją trzecią książkę „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” i pomyślałem, że ponieważ ona ma tu pewną pozycję, wyślę jej egzemplarz i poproszę, by może napisała u siebie recenzję. Dobrą, złą – bez znaczenia. Chodziło o to, by wiadomość o tym, że jest ta książka, przekroczyła przestrzeń wyznaczaną przez nasze blogi. Nic szczególnego. Wcześniej o to samo prosiłem Krzysztofa Wołodźkę, a w kolejnych latach blogerów Alexa Desease, czy Marcina Kacprzaka. Teraz ją. Zapytałem więc, czy mogę jej wysłać moją nową książkę, ona powiedziała, że jak najbardziej, ja jej tę książkę wysłałem i w ten sposób nasz kontakt się urwał do czasu, gdy ona poinformowała, że nie będzie pisać tej recenzji, bo moja historia jest mocno podejrzana, a sama książka się jej nie podoba. Po pewnym czasie jednak nie wytrzymała i ową recenzję napisała, tyle że w krótkim komentarzu do jednego z licznych tu, od lat hejtujących mnie, tekstów:
      „Mnie tamten blog przypomina zawsze świeżo zapisanych członków ZMS z niegdysiejszego akademika w latach 70-tych - trzymali się razem, jedli te swoje smalce przywiezione z bogobojnych wiejskich domów i strasznie parli na sukces. I zawsze byli trochę jakby niedomyci, obficie polani jakąś wodą brzozową”.
      Powiem szczerze, że mimo iż od Eski nigdy nie miałem szczególnych oczekiwań, ten tekst mnie autentycznie poraził. I nie chodzi wcale o to, że ona w ten sposób potraktowała akurat mnie. Gdybym chciał się obrażać, to obraziłbym się już wcześniej, choćby za to, że ona w innym miejscu zasugerowała, że mój ojciec był milicjantem. To jednak spływa po mnie jak po kaczce. Chodzi o coś zupełnie innego. Proszę zwrócić uwagę, co tu się dzieje. Mamy praktycznie jedno zdanie, a w nim wszystko co znamy choćby z działu reportażu „Gazety Wyborczej” pod tytułem „Prosto z Polski”. A więc mamy te smalce, tę wieś, tę buracką bogobojność, to parcie na sukces, to trzymanie się w kupie, no i ów wszechobecny smród wody brzozowej. Ale jest coś jeszcze. Może czegoś nie pamiętam, ale wydaje mi się, że pomijając wspomnianą „Wyborczą” i okolice, ja nie spotkałem nikogo, kto by słowa „bogobojność” użył w kontekście szyderczym. Eska to zrobiła jak najbardziej. Ona o wiejskich, bogobojnych domach wyraziła się z najwyższą pogardą. Eska. Polska, prawicowa blogerka, bohaterka polskiej rewolucji. A zatem to był moment, gdy ona dla mnie przestała istnieć.
      I teraz ktoś się mnie może spytać, po jasną cholerę, zawracam ludziom dupę, pisząc o Esce? Czy nie można było już trzymać się tematu i dorzucić coś na temat księdza Międlara, który znów się nam objawił, tym razem w związku z jakimiś sporami na linii Międlar – Kowalski – Chojecki? Otóż nie. Rozmawialiśmy bowiem niedawno na tym blogu i na blogu Coryllusa o owym nieszczęsnym księdzu, kiedy do Coryllusa przyszła wspomniana Eska i najpierw zwróciła mu uwagę, że jeśli chce wrócić na łono Kościoła, to musi się jeszcze postarać, a następnie wyszydziła jego wzruszenie spowiedzią, do której on w tych dniach bardzo pobożnie przystępuje. Coryllus się obraził, Eskę ze swojego bloga wyrzucił, i na to w jednej chwili rozległ się wielki płacz, że znowu doszło do kłótni w rodzinie, i to w tak pięknej rodzinie, gdzie jest i Toyah i Eska i Coryllus, wybitni blogerzy i polscy patrioci. Nasz kolega Wierzący Sceptyk posunął się wręcz do tego, że zadeklarował iż na własnych, schorowanych plecach przydźwiga ten piasek, by zasypać podziały, zwłaszcza między mną a Eską, z  sugestią, że on nie może patrzeć, jak taka wartość jest niszczona przez drobne w końcu nieporozumienia.
      Ponieważ to nie jest pierwszy raz, jak ja słyszę apele o pojednanie z Eską i mnie one doprowadzają do czarnej cholery, postanowiłem dziś się złamać i napisać ów, obiektywnie rzecz biorąc, kompletnie nieistotny i w gruncie rzeczy nikomu niepotrzebny tekst, tylko po to, by tym paru zainteresowanym osobom zwrócić uwagę, że Eska dla mnie nie istnieje ani jako bloger, ani jako człowiek. Ona nigdy nie była ani moją koleżanką, ani nawet znajomą. Jej tekstów prawie nigdy nie czytałem, a jak mi się zdarzyło, to bez jakiejkolwiek satysfakcji. Kiedy ją spotykam na targach książki, kiedy ona wciska ludziom te swoje smutne kapliczki, udaję że jej nie widzę, a jeśli mi się to nie uda, to idę sobie popatrzeć, co słychać na innych stoiskach. Byle nie musieć na nią patrzeć, lub nie daj Boże rozmawiać.
      Dlaczego? Powiem to jeszcze raz i zupełnie szczerze. Nie chce mieć nic wspólnego z kimś, kto nie lubi szmalcu i dla kogo wiejski, bogobojny dom, to obciach cuchnący wodą brzozową. A każdego kto mnie będzie próbował namówić do pojednania się z Eską, wyrzucę stąd na zbity pysk. I przekazanie tej informacji stanowiło podstawowy sens powstania tego tekstu.


Książka zawierająca między innymi moją korespondencję z Zytą Gilowską jest niezmiennie do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.  Zachęcam wszystkich.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Udko z feniksa - w zestawie z colą

Zakończone w minioną niedzielę w Warszawie Targi Wydawców Katolickich mają swoją doroczną kulminację w uroczystości przyznania nagrody tak zwanego „Feniksa”, przez złośliwych nazywanego „Św. Feniksem”. Nic więc dziwnego, że i tym razem Feniksy zostały rozdane, a ich laureaci podczas targów święcili triumf zarówno towarzyski, jak i rynkowy, a ja, powiem uczciwie, zajęty swoimi sprawami, nawet bym nie zwrócił na to uwagi, gdyby nie fakt, że na stoisku tuż obok nas sprzedawany był literacki debiut człowieka nazwiskiem Zbigniew Minda pod tytułem „Twoja dusza była perłą”, jeden z tegorocznych laureatów Feniksa, w kategorii „Książka dla młodzieży”.
Tak zwana „literatura dla młodzieży” stanowi centrum moich zainteresowań literackich z tego przede wszystkim powodu, że osobiście na tej przede wszystkim literaturze zakończyłem swoją literacką przygodę i wszystko co było później, stanowiło w mniejszym lub większym stopniu intelektualną i emocjonalną fikcję. Autentyczne przeżycia to była Ożogowska, Bahdaj, Niziurski, Domagalik i Nienacki. Drugim powodem, dla którego owa „literatura dla młodzieży” mnie zajmuje bardziej, niż inna, to ta, że ja raz po raz spotykam osoby, które mnie pytają, jakie książki mógłbym polecić młodzieży, a ja regularnie odpowiadam, że niestety nie potrafię tu wymyślić nic. Dosłownie nic. I nawet nie chodzi najbardziej o to, że rynek książki jest dziś tak fatalnie nędzny, że, zachowując czyste sumienie, nie można polecić dosłownie nic, ale o fakt, że same czasy są takie, że nie bardzo wiadomo, czym jest wspomniana „młodzież”, której mielibyśmy cokolwiek polecać. Weźmy przeciętną uczennicę pierwszej, czy drugiej klasy gimnazjum i zastanówmy się, co ona by najchętniej poczytała. Najczęściej oczywiście uzyskamy odpowiedź, że nic, bo ona czytać nie lubi. W dalszej kolejności oczywiście będą te wszystkie książki o córce człowieka i wampirzycy, która zakochuje się w przystojnym chłopcu, który dotychczas cierpiał samotność z powodu pierwszej zawiedzionej miłości. No a potem, już wszystko, czyli jakieś mangi, tajne przygody Lucyfera, czy zwykła pornografia. Czy są wśród nas dzieci, które lubią sobie poczytać normalną literaturę, traktująca o życiu, jakie znamy? Zakładając oczywiście, że taka literatura w ogóle istnieje, owszem, są takie dzieci, tyle że to są dzieci tak wybitnie rozwinięte, że one czytają dokładnie te same książki, które czytają ich rodzice, czyli Roalda Dahla, czy Peggy Noonan, a jak ktoś jest już kompletnie szalony, to może i nawet „W pustyni i w puszczy”.
I w tym momencie nagrodę Feniksa otrzymuje Zbigniew Minda i jego książka „Twoja dusza była perłą”. Jak wspomniałem wcześniej, nasze stoisko sąsiadowało bezpośrednio ze stoiskiem, na którym sprzedawana była ta książka i miałem okazję obserwować, jak działa tak zwana promocja. Książka Mindy wystawiona była na specjalnym stojaczku z napisem „Feniks” i mimo że przechodzący obok ludzie wiedzieli o niej dokładnie tyle samo, co o książkach Coryllusa, czy moich, a więc nic, przyciągnięci owym Feniksem, zatrzymywali się i najpierw potrzebowali wiedzieć, czy jest gdzieś może w okolicy autor, który napisze im dedykację, a po usłyszeniu odpowiedzi, że niestety autor się rozchorował i będzie może za rok, pytali, czy to jest książka, która spodoba się czternastolatce, szesnastolatce, czy osiemnastolatce, otrzymując niezmiennie informację, że to jest jak najbardziej książka dla nich, ciepła i pełna pozytywnych emocji… no a ja przyznaję, że niekiedy nawet tę książkę kupowali.
No i ja powiem zupełnie szczerze, że kompletnie nie rozumiem, po jasną cholerę oni to robili. Ona wprawdzie kosztowała w promocji zaledwie 25 zł i jako rzekomo „ciepła i pełna pozytywnych emocji” była czymś, co każde dziecko powinno przeczytać i przeżyć, niemniej nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by, zakładając, że to nie była książka o czarownicach, wampirach i owych japońskich dzieciach z wielkimi oczami, jakikolwiek gimnazjalista, czy gimnazjalistka mieli ochotę ją wziąć do ręki. Z tego co rozumiem i co wiem, mogę z autentycznym przerażeniem założyć, że jedynym efektem wydania tych 25 złotych, w większości wypadków będzie to, że tę książkę przeczytają wyłącznie rodzice, a i to tylko we fragmentach, bo z tego, co zdążyłem zobaczyć, różnica między powieściami Domagalika i Ożogowskiej, a debiutancką powieścią Mindy jest taka jak różnica między filmem „Do widzenia do jutra”, a „Drogówka”. I na to nikt już nigdy nie znajdzie sposobu.
Problem polega bowiem na tym, że nasz świat został doprowadzony do miejsca, gdzie owe dzwony kościoła z Orwella, których dźwięk Winston praktycznie zapomniał, są niemal ostatnią rzeczą, jaka my jeszcze sobie uprzytomniamy. Cała reszta, a wraz z nią ów świat „literatury dla młodzieży”, znany z książek Ożogowskiej, czy Bahdaja, przeminął bezpowrotnie, dokładnie tak samo jak te gumy do żucia, o które założył się Marcin Bigoszewski, czy chłopcy z Górczewskiej, którzy, jak wiemy, są najwspanialsi.
Staliśmy przez te cztery kwietniowe dni, sześć lat po Smoleńsku, na naszym stoisku, sprzedając nasze książki ludziom, którzy nas znają, ale i tym, którzy trafili na nas przypadkiem i, jak już wspomnieliśmy o tym Coryllus i ja we wczorajszych notkach, było słabo. Owszem, praktycznie od początku do końcu w Arkadach kłębił się tłum, jednak ludzie z jakiegoś nieprzeniknionego do końca powodu książek nie kupowali. Ponieważ targi w Arkadach Kubickiego od zawsze były targami najlepszymi, zacząłem się zastanawiać, co takiego się stało, że tym razem nastąpiła aż taka klapa. Otóż moja teoria jest taka, że na samym początku tego wszystkiego od samego początku nie stało nigdy nic innego, jak tylko, owo nigdy do końca nieopisane pragnienie znalezienia tej jedynej bratniej duszy, która pozwoli nam poczuć to ciepło wspólnoty i solidarności. Cały sukces projektu Gabriela Maciejewskiego sprowadza się do tego, że jemu udało się skupić wokół swojego wydawnictwa ludzi, dla których to co on pisze i wydaje, to nie jest zabawa, ale życie. Ludzie którzy przychodzą na nasze stoisko od lat i kupują nasze książki, to ludzie, dla których świadomość bycia częścią tego tak bardzo szczerego i tak bardzo pełnego zwykłych ludzkich emocji przedsięwzięcia jest jak powietrze bez którego człowiek zwyczajnie umiera. Nawet zachowując resztki mojej naturalnej skromności, ja to widzę za każdym razem, gdy sprzedaję kolejną swoją książkę, czy to przez Internet, czy bezpośrednio: że za tym tak naprawdę nie stoi nic innego, jak owo pragnienie solidarności i zrozumienia. Jeśli tego nie ma, nie ma nic. Tylko rynek.
Mieliśmy więc w tych dniach szóstą rocznicę Katastrofy Smoleńskiej i po raz pierwszy od tego czasu poczucie prawdziwego zwycięstwa. A wraz z ową świadomością, że jesteśmy znów wszyscy razem, jak sądzę, wielu z nas zwyczajnie odłożyło sobie te książki na później. I nie chodzi mi o to, że na gorsze czasy, bo, na ile potrafię dobrze ocenić sytuację, przed nami siedem lat tłustych i tego już nikt nie zmieni, ale na dni, że tak to ujmę, mniej świąteczne. I wtedy znów się spotkamy. Bo, nie oszukujmy się, Poldek i Duduś Fąferski nie żyją. To co mamy dziś, to już tylko z jednej strony japońska manga, a z drugiej nasze życie. To życie. A gdy chodzi o wspomnianego Feniksa, to, jak głosi Wikipedia, to z greckiego φοίνιξ, mityczny ptak, uznawany za symbol Słońca oraz wiecznego odradzania się życia. Dziękuję, ale nie skorzystam.

Książki są do kupienia na stronie www.coryllus.pl po otwarciu zakładki „księgarnia”. Zapraszam i zapewniam, że to jest ostatni przystanek.



czwartek, 31 grudnia 2015

Gdy Igor Janke kupił sobie łom

Kończy się ten rok, a ponieważ owa okazja zbiega się z ostatecznym zwinięciem blogów mojego i Coryllusa w Salonie24, chciałbym dzisiejszą notkę poświęcić sprawom osobistym. Pytają mnie czytelnicy, co takiego się stało, że nasze blogi, po tych wszystkich latach, zostały zwinięte. Odpowiedź brzmi następująco: Gabriel oberwał za ewidentnie ironiczny tytuł jednej ze swoich notek, w której rzekomo zarzucił wicepremierowi Morawieckiemu zorganizowanie niedawnych zamachów w Paryżu, ja natomiast zostałem ukarany za sugestię, że właściciele Salonu24 manipulują statystyką odsłon w portalu. Tyle. Nasze blogi są prewencyjnie ocenzurowane, w efekcie czego, nawet życzenia świąteczne, jakie złożyłem czytelnikom, zostały opatrzone przez System ostrzeżeniem przed pornograficznymi treściami.
A zatem chciałbym dziś dorzucić parę słów na temat, który doprowadził do tego, że mój blog na Salonie24 marnieje, a który – wbrew temu co się może wydawać panu Igorowi Janke i jego małżonce – stanowi problem uniwersalny. Otóż przez kilka ostatnich tygodni zaglądałem na stronę alexa.com, zajmującą się badaniem popularności różnego typu internetowych stron na świecie, i zauważyłem, że blogi moje i Coryllusa, które od lat niezmiennie generowały jedną trzecią, a niekiedy i połowę ruchu w Salonie24, wypadły z pierwszej piątki z owych obecnych w Salonie24 blogów, na ich miejscu natomiast pojawiły się trzy firmowe adresy Salonu24 plus blog kolegi Rosemanna. Po pewnym czasie zaglądam do rankingu Alexy i okazuje się, że Rosemanna już nie ma, natomiast na jego miejsce wszedł niejaki Jan Mak. Dziś natomiast nie ma już ani Rosemanna, ani Maka, natomiast na liście Alexy bryluje były minister Piotr Piętak. I okazuje się, że pomijając, trzy firmowe adresy Salonu24, to Piętak sprawia, że jeśli człowiek chce zobaczyć, co słychać w Salonie24, zagląda najpierw do do Piętaka.
Zaglądam i ja do Piętaka i widzę, że on, mimo tego że jako były wiceminister ma zagwarantowane stałe miejsce na głównej stronie Salonu24, zebrał zaledwie 220 odsłon, a jednocześnie okazuje się, że wśród osób korzystających z Salonu24, znaczna część zachodzi tam właśnie przez Piętaka. Piętak, eksponowany na głównej stronie Salonu, wyeliminował z tej rozgrywki zwiniętych Coryllusa z 1,5 tys. odsłon i mnie z ponad 700 odsłonami w ciągu zaledwie jednego dnia. I nagle ja mam wierzyć, że gdy chodzi o korzystanie z oferty Salonu, poza adresami oryginalnymi, liczy się Piotr Piętak, były minister, o którym pies z kulawą nogą dziś już nie ma pojęcia. Człowiek chce zobaczyć, co słychać w Salonie24 i pierwsze co robi, to wklepuje adres Piotra Piętaka? I przy tym nawet biedny Rosemann, co by nie powiedzieć, bloger zasłużony, nie ma szans? Przecież to jest jakiś absurd.
O co chodzi? O to mianowicie, że Igor Janke i jego Salon24 to projekt kojarzony powszechnie i jednoznacznie z tym, co przywykliśmy określać symbolicznie, jako Prawo i Sprawiedliwość. Cokolwiek by o tym czymś nie mówić, przyznać trzeba, że Igor Janke i jego Salon, to część tego, co dziś tworzy nową Polskę i pod pewnym względem wyznaczy nowej Polski przyszłość. I nagle się okazuje, że to są najzwyklejsi szulerzy. Okazuje się, że oni – jestem pewien, że to się zaczęło od momentu, gdy zapadła decyzja, by zwinąć nasze blogi – dla zwykłej niskiej satysfakcji gotowi są w manipulowaniu statystyką iść na tak zwany rympał. I stąd właśnie to szaleństwo tak bardzo widoczne w danych prezentowanych przez alexa.com. Oni szykując się do wyrzucenia nas z Salonu24, zainstalowali jakiś program fałszujący ruch w Salonie24, żeby pokazać, że tam się odbywa prawdziwa demokratyczna debata i że świat tę debatę obserwuje.
Wczoraj wieczorem w Polsacie wystąpić miał Igor Janke, by rozmawiać na temat wolności mediów. W ostatniej chwili jednak swoje przyjście odwołał. Ciekawe dlaczego? Ze strachu, czy z nadmiaru obowiązków przy czyszczeniu łomów?

Wszystkim czytelnikom tego bloga życzę dobrego Nowego Roku w bardzo dobrej zmianie. I niezmiennie zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

O zawodowcach w boeingach i na traktorach

Zakończyły się kolejne targi i choć przyznać trzeba, że każde słowo, jakie na ich temat dziś napisał Coryllus, jest i słuszne i głębokie, ja osobiście nie widzę żadnego powodu do narzekania. Targi – dla mnie każde targi – są wydarzeniem tak uroczystym, że osobiście mógłbym spędzać czas wśród tych książek i ludzi co tydzień, w każdych warunkach. Byle by tylko znaleźli się czytelnicy. A we Wrocławiu czytelników było co niemiara. Tak więc ta końcówka roku, a więc Katowice, Warszawa i Wrocław stanowi podsumowanie tych naszych wysiłków najlepsze, jakie mogę sobie wyobrazić. Mieliśmy przez te dwa miesiące wszystko, czego można było zapragnąć, a symbolicznym wymiarem tego mógłby być choćby obrazek, który zamieściłem na Twitterze i zatytułowałem: „Tomasz Łysiak podpisuje swoją książkę”.



Jak już wspomniał Coryllus, w jego księgarni pojawił się kolejny, francuski tym razem, numer „Szkoły Nawigatorów”. Jak zwykle, tam cała kupa fantastycznych tekstów, w tym dwa moje. Na zachętę, przedstawiam tu jeden z nich, o filmie „Leon Zawodowiec”.

Nie wiem, czy to jest tylko taka moja prywatna fanaberia, czy może owa idea pojawiła się gdzieś jeszcze w konkretnych analizach, osobiście jednak jestem bardzo przywiązany do używania pojęcia „film francuski”, jako kategorii estetycznej. I oczywiście wcale nie chodzi mi o to, że większość filmów produkowanych we Francji ma moim zdaniem pewną wspólną cechę, którą można określić przy pomocy owej nazwy. One oczywiście są do siebie bardzo podobne, natomiast to co jest moim zdaniem bardzo ciekawe, to fakt, że zarówno w Polsce, we Włoszech, w Szwecji, Danii, na Węgrzech, a nawet w Stanach Zjednoczonych, od czasu do czasu powstają filmy, po obejrzeniu których można co najwyżej wzruszyć ramionami i rzucić z pogardą: „jeszcze jeden francuski film”.
Jak mówię, nie mam pojęcia, czy ktokolwiek poza mną i osobami, z którymi jestem blisko, rozumie ten problem, w każdym razie jest tak, że w środowisku, w którym sam się obracam, każdy świetnie wie, w czym rzecz. Zarówno moja żona, jak i moje dzieci, ale też moi znajomi, kiedy im mówię, że ten czy inny film to „film francuski”, wiedzą dokładnie, co mam na myśli. Oni świetnie wiedzą, o co mi chodzi, gdy kiedy mnie proszą o opinię na temat takich filmów, jak „Dzień Apokalipsy” Coppoli, czy „Pat Garrett i Billy the Kid” Peckinpaha, czy oczywiście „Leon Zawodowiec” Bessona, a ja im mówię: „normalny francuski syf”.
Aby dokładnie przedstawić to, co mam na myśli, proponuję przyjrzeć się ostatniej z wyżej wymienionych produkcji, czyli słynnemu „Leonowi Zawodowcowi”, przez wielu uważanego za dzieło kultowe. Mówię o filmie, który przez wielu miłośników kina jest traktowany, jako wydarzenie niemal najważniejsze we współczesnej historii kina, przy którym blednie nawet sam Quentin Tarantino ze swoim „Pulp Fiction”, a który dla mnie akurat stanowi idealny symbol tego, co postanowiłem opisywać przy pomocy epitetu „kino francuskie”.
Popatrzmy najpierw na fabułę. Oto mamy owego Leona, granego przez słynnego francuskiego aktora Jeana Reno, który w okrągłych ciemnych drucianych okularach, w za dużym płaszczu, za krótkich spodniach, w wydzierganej na drutach czapce, wygląda jak psychicznie chory menel, chodzi po Nowym Jorku i w stylu zbliżonym do tego, cośmy mogli oglądać w pierwszej części tarantinowskiego „Kill Billa”, dokonuje egzekucji na zamówienie. Od początku widzimy, że choć dla Leona zabicie człowieka nie stanowi najmniejszego moralnego, czy technicznego problemu, on nie jest zwykłym zimnym mordercą, lecz człowiekiem wręcz niezwykle wrażliwym, w dodatku najwidoczniej bardzo religijnym, o czym świadczą znajdujące się w jego mieszkaniu figurka Matki Boskiej i obrazek z Jezusem.
Tak się składa, że Leon mieszka bardzo skromnie w zrujnowanej kamienicy, mając tuż za ścianą wręcz karykaturalnie upadłą rodzinę idiotów, która się trudni handlem narkotykami na rzecz lokalnej mafii, gdzie jakimś tajemniczym cudem zachował się jeden anioł, a mianowicie grana przez debiutującą Natalie Portman trzynastoletnia Matylda, dziecko piękne, wrażliwe, inteligentne i oczywiście o ogólnej prezencji modelki. A więc z jednej strony mamy tego Leona, a więc okrutnego acz wrażliwego i pobożnego mordercę – swoją drogą przestrzegającego stałej zasady, że nie zabija się kobiet i dzieci – a z drugiej, młodą Natalie Portman, wyglądającą, jak młoda Natalie Portman, która właśnie wyszła od salonu piękności.
I oto któregoś dnia w owej kamienicy pojawia się okrutna i bezwzględna mafia z psychopatycznym szefem lokalnej policji na czele, granym przez Gary’ego Oldmana, morduje wszystkich, włącznie z młodszym braciszkiem Matyldy, który dotychczas był dla niej jedynym sensem życia, oszczędzając jedynie Matyldę, która akurat poszła do lokalnego spożywczaka, by kupić Leonowi mleko, od którego ten jest uzależniony.
Kiedy Matylda wraca ze sklepu, mordercy wciąż są na miejscu, szukając już tylko Matyldy, jednak Leon przemyca ją bardzo sprytnie do siebie i od tego momentu oboje zostają najlepszymi przyjaciółmi. I oto okazuje się, że Matylda nie marzy o niczym innym jak tylko o tym, by pomścić śmierć ukochanego braciszka, a by swoje marzenie zrealizować, prosi Leona, by ja nauczył, jak zostać morderczynią. Po początkowych oporach, Leon przyjmuje propozycję dziecka, w którym jest coraz bardziej zakochany, i znaczna część filmu to już tylko ów fascynujący trening.
W końcu dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia, którego tu zdradzać nie będę, tyle że wcale nie przez to, że nie wypada, ale z tego powodu, że w tym momencie wszystko jest już tak głupie, że to, jak się ów film kończy, jest moim zdaniem całkowicie bez znaczenia.
Gdzie więc tu jest owa Francja, poza tym, że zarówno Besson, jak i Reno to Francuzi, a sama Portman też ma imię jakby francuskie? Otóż na pierwszy rzut oka, i to od początku do samego bardzo spektakularnego końca, mamy w istocie rzeczy do czynienia z bardzo typowym kinem hollywoodzkim, gdzie wszystko się toczy zgodnie ze wzorem znanym z takich przebojów, jak „Szklana Pułapka”, „Zabójcza Broń”, cała seria filmów z Bondem, czy klasyczne już filmy o Brudnym Harrym, gdzie z jednej strony jest nasz bohater, a z drugiej psychopatyczny morderca, i każda minuta tego pojedynku wypełniona jest czystą emocją, tyle że o ile tam wpadamy w sidła tej magii i nie jesteśmy w stanie się z niej wyplątać, to w „Leonie” od samego początku wyłącznie dostajemy cholery na to, jak bardzo to wszystko, co oglądamy jest nieprawdziwe. Tu, poczynając od samego Leona, przez tę dziewczynkę, aż po owego wiecznie zaćpanego, granego przez Oldmana policjanta-psychopatę, wszystko jest tak sztuczne, że to można porównać tylko do peerelowskich jeszcze powieści dla dzieci Aleksandra Minkowskiego. Mamy więc Leona pijącego to swoje mleko, regularnie i z najwyższą czułością przecierającego na zmianę z figurką Matki Boskiej swoją ukochaną roślinkę, po nim ową Matyldę, która mieszkając w jakiejś śmierdzącej melinie z bandą ćpunów wygląda jakby wchodziła na wybieg gdzieś w Paryżu czy Londynie, no i wreszcie ten Oldman, który zachowuje się jakby grał w taniej parodii japońskiego komiksu, no i jego kumple, z których każdy, kiedy zabija, musi mielić w zębach zapałkę.
Ktoś powie, że to wszystko jest przecież tylko konwencją, a więc zabawą. Jeśli krytykujemy Bessona, co powiemy o wspomnianym o każdym z wielkich dzieł Tarantino? Otóż problem polega na tym, że o ile u Tarantino faktycznie każdy kolejny wygłup stanowi część konwencji, u Bessona ten idiotyzm jest przedstawiany z najwyższą powagą. Kiedy Tarantino od początku do końca do nas mruga to lewym, to prawym okiem, u Bessona nie ma za grosz humoru. Tam wszystko jest nieskończenie poważne, i to taką powagą, że ubraną w kicz na tyle intensywny, by był w stanie generować wyłącznie wzruszenie, oraz filozoficzny namysł nad skomplikowaniem ludzkiej duszy.
Ów nieszczęsny Leon, a za nim każdy kolejny bohater tego idiotyzmu, to klasyczna postać z kreskówki w rodzaju Misia Jogi, tyle że kiedy Miś Jogi chodzi w kapeluszu, wszyscy go akceptujemy, bo wiemy, że Miś Jogi nigdzie się bez kapelusza nie rusza, bo gdy go zdejmie, to już nie będzie Misiem Jogi, tylko jakimś ładnie narysowanym niedźwiedziem, natomiast gdy chodzi o Leona w tych jego ciemnych okrągłych okularkach, jedyne co widzimy, to aktora, któremu reżyser kazał w nich chodzić, nawet po ciemku, bo to będzie fajnie wyglądało w kolejnym ujęciu. A gdy patrzymy na Garego Oldmana, jak żre te swoje tabletki, twarz mu wykrzywia szaleństwo i wygłasza teksty typu „Uwielbiam atmosferę ciszy przed burzą”, to przepraszam bardzo, ale tu mamy już tylko Garego Oldmana, który pragnie powtórzyć słynną scenę z filmu Coppoli – jeszcze jednego typowego „francuskiego” knota – z zapachem napalmu o poranku.
A zatem to jest właśnie to, co nazywam „filmem francuskim”, czyli dramat, w którym każda kolejna, w zamierzeniu wywołująca łzy wzruszenia, scena budzi śmiech, komedię, gdzie każdy skecz jest żenująco ponury, i horror, gdzie wszyscy ziewają, bo diabły wyglądają jak sympatyczne misie w kapeluszach. A wszystko to wyłącznie dzięki temu, że nikomu nie zależało ani na rozśmieszeniu, ani na przestraszeniu, ani na wzruszeniu widza, ale na stworzeniu dzieła, które będzie dyskutowane w podręcznikach na uniwersytetach i omawiane na intelektualnych przyjęciach.
Ale jest jeszcze coś, do czego moim zdaniem zdolni są wyłącznie Francuzi i ci, dla których owa „szkoła francuska” stanowi wzór do naśladowania. Otóż „Leon Zawodowiec” w moim odczuciu to kultowe dzieło przede wszystkim z punktu widzenia wszelkiej maści pedofili. A mówiąc o pedofilach „wszelkiej maści” mam na myśli również tych z nich, którzy kiedy widzą trzynastoletnią dziewczynkę z ledwo rozwiniętym biustem, ustylizowaną w taki sposób, by z jednej strony w oczy rzucał się przede wszystkim ten bardzo drobny biust, a z drugiej by ona była ubrana, umalowana i pokazana jak dojrzała kobieta, kiwają w zamyśleniu głowami i mówią: „Jak się tak zastanowić, to ta pedofilia nie jest rzeczą aż tak oczywistą”. I to jest też to, o czym myślę, gdy oglądam taki film, jak „Leon Zawodowiec”, film, o którym już od pierwszej chwili wiadomo, że jest filmem francuskim, nie dlatego że tam wszyscy gadają po francusku, czy dlatego, że jego akcja toczy się w Paryżu, ale dlatego, że jego celem nie jest ani wzruszenie, ani rozśmieszenie, ani przestraszenie, ale zaapelowanie do tak zwanych „wrażliwych umysłów”, by zobaczyły, jak piękny potrafi być biust trzynastoletniej dziewczynki, kiedy ona jest taka niewinna i słodka, a mimo to potrafiła rozkochać w sobie bezwzględnego, starzejącego się zabójcę.
Nie zdziwiłbym się gdyby się miało okazać, że to jest jeden z bardziej fascynujących tematów, jakie się w każdy pierwszy wtorek miesiąca dyskutuje na drugim piętrze Restaurant Drouant w Paryżu. No ale o tym już w innym miejscu.

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl, gdzie w naszej księgarni można na okrągło, od rana do nocy, kupować co dusza zapragnie.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...