środa, 30 listopada 2011

Koniec wściekłości?

Nie bardzo się orientuję, jak teksty, które tu się pojawiają, są odbierane, jak idzie o poziom wylewającej się z nich agresji. Ja oczywiście jestem zawsze gotów przyznać, że jeśli mnie coś bardzo irytuje, to staram się tę irytację zademonstrować w sposób jak najbardziej obrazowy. Ale też nie mam najmniejszych problemów, by podczas tej demonstracji wyrzucać z siebie, to co niektórzy nazywają nienawiścią, a ja wołałbym traktować jak zwykłą szczerość emocji. Natomiast bardzo bym nie chciał, żeby ten blog był przez kogokolwiek – no może poza tymi, na których opinii mi zwyczajnie nie zależy – jako dziennik pisany przez kogoś, kto w pierwszej kolejności stanowi kłębowisko wściekłości.
Czasem – czemu nie? Czasem ja, nawet jeśli mam w sobie głównie łagodność, staram się wręcz z siebie wydusić to, co we mnie najgorsze. Bo wiem, że sytuacja wymaga powiedzenia tych paru słów, których normalnie mówić nie wypowiada. Czasem. I bez większego wysiłku mogę wskazać tu na teksty, których celem była, po prostu i tylko, jak najbardziej brutalna egzekucja. Jednak, jak mówię, mam nadzieje, że wszyscy ci, którzy traktują to miejsce jako pewnego rodzaju przystań, robią to, nie ze względu na te wyjątki, ale bardziej z uwagi na to, co tu się pojawia, by zaledwie wywoływać radość, żal, smutek, czy nadzieję. Nadzieję przede wszystkim.
Z czego to wynika? Przede wszystkim, jak myślę, z tego, że ja naprawdę niewiele się spodziewam po ludziach. Ja bardziej, jeśli już na coś liczę, to na to, że choć paru z nich się pewnego dnia przebudzi i choć na ułamek chwili pokaże, że jednak mają w sobie to coś, bez czego ani rusz. A, mówiąc jak najbardziej ogólnie, że jednak będą się stawać stopniowo lepsi, a nie gorsi. Jednak w życiu by mi nie przyszło do głowy, by od większości osob, z którymi mam w swoim życiu do czynienia, wymagać jakichś super wybitnych popisów człowieczeństwa. Weźmy polski film współczesny. Ja wcale nie oczekuję, że zapowiadany od pewnego czas film o skorumpowanym Systemie – podobno niezwykle demaskatorski i, oczywiście, jak większość z nich, wybitny – zwali mnie z nóg. Więcej. Jeśli on się okaże taki jak te wszystkie wspaniałe polskie komedie w stylu „Dnia Świra”, czy „Testosteronu”, czy dramaty w rodzaju „Psów”, ja wzruszę na to najwyżej ramionami. Natomiast, jeśli on będzie zaledwie taki sobie, na tyle taki sobie, by dało się go obejrzeć od początku do końca, to już będę bardzo zadowolony.
Popatrzmy, dla odmiany, na to co się dzieje na innych blogach. Od jakiegoś czasu, nie wiedzieć czemu, zacząłem częściej niż zwykle zaglądać do Salonu24, który to Salon – a trzeba to w tym miejscu zaznaczyć – jest przez naszą współczesna bolszewię nazywany „psychiatrykiem”. A więc jest jak najbardziej „nasz”. I przyznam, że poziom do jakiego się ów Salon zsunął od kiedy tam przebywałem na stałe, jest porażający. Zaglądam dziś do wpisu Marka Migalskiego. Standard. Migalski uznał za stosowne skomentować kolejny wybryk Radka Sikorskiego, no i skomentował. Żadnych sensacji. Po prostu – Migalski w nowym garniturze. Natomiast niżej mamy już prawdziwą eksplozję zidiocenia w wersji hard. I to własnie w wykonaniu przede wszystkim wspomnianych „naszych”. A wśród nich pewnego krakowskiego patriotę o nicku Sowiniec, który z nimi wszystkim się przekomarza, informując, że albo „bingo”, albo „powiało grozą”, lub po prostu „:)”. Czy ja się mam z tego powodu jakoś szczególnie napinać? Po co? Tamtych bałwanów nawet nie znam, a jak idzie o Słowińca, nawet wtedy, gdy się zorientowałem, że on nie jest w niczym lepszy od całej tej pozostałej bandy – to też zaledwie machnąłem na niego ręką.
Niezmiennie staram się czytać wszystko, co napisze mój kolega Coryllus. A zatem przeczytałem też jego tekst, w którym dostaje on ciężkiej cholery na niejakiego Gadowskiego. Najpierw sobie pomyślałem, że ja na miejscu Coryllusa, swoją wściekłość trzymałbym na lepsze okazje, niż na dokuczanie jakiemuś Gadowskiemu. Jednak do Gadowskiego zajrzałem. I już na samym początku czytam coś takiego: „Niedawno zrozumiałem dlaczego tak jest. Tak jest z Polską i w ogóle z polskością. Spacerowałem po jesiennym parku, lało mi się za kołnierz i zrozumiałem”. No dobra. Znów standard. Gadowski jest podobno dziennikarzem, i to dziennikarzem bardzo szanowanym przez wspomnianego Sowińca, a więc ktoś bardziej ode mnie naiwny, mógłby się zdziwić. Ale ja? Niby czemu? Przecież ja to wszystko wiem od zawsze. Natomiast, przyznać muszę, że na mnie zrobił wrażenie ten fragment o kołnierzu. No bo może ja jestem jakiś mało pojętny, ale co Gadowskiemu się lało za kołnierz? Domyślam się, że deszcz. Chodzi Gadowski po parku, zadumany, refleksyjny, no a że oczywiście bez parasola – kto w końcu prawdziwie wrażliwy nosi parasol? – to mu się deszcz leje za kołnierz. Tyle że ponieważ, jak wszyscy wiemy, deszczu od trzech miesięcy nie ma ani kropli, natomiast jest susza jak sto pięćdziesiąt, wygląda na to, że Gadowski zwyczajnie łże. I do tego łże głupio. Po co? Żeby zrobić na nas wrażenie, jaki to on jest myślący, i jak to jemu taki deszcz zwisa – że zacytuję innego salonowego celebrytę – kalafiorem.
Ponieważ wiedziałem, że Coryllusa może to zainteresować, zadzwoniłem do niego i mu o tym deszczu opowiedziałem, a on oczywiście od razu dostał cholery. I ja nagle zdałem sobie sprawę z tego, że coryllusowa cholera jest jednak dobra, a moja zgoda na to dziadostwo oczywiście zła. On przynajmniej jest jak dziecko, które, kiedy widzi, że coś nie działa tak jak ma działać, to się złości. A ja, zamiast walczyć – coraz bardziej tępieję. Kiedy widzę bandę bałwanów, zajętych wyłącznie niszczeniem i propagowaniem powszechnego zidiocenia, myślę sobie, jak by to dobrze było, gdyby któryś z nich nagle oprzytomniał, i pełen nadziei rozglądam się, czy przypadkiem czegoś nie przegapiłem. I czytam dalej Coryllusa, i myślę sobie, że zupełnie nie mam pojęcia, co go tak nosi. Oczywiście, pewnych rzeczy już nie przeskoczę. Może mi się naturalnie zdarzyć, że napiszę gdzieś w jednym zdaniu, że Ziemkiewicz to ani wyborny pisarz, ani wybitny publicysta, ale żeby to powtarzać w każdym swoim tekście – mowy nie ma! Natomiast pomyślałem sobie, że ja jednak bardzo dobrze rozumiem ludzi takich jak Coryllus, którzy patrzą na to wszystko i z tej złości powoli wariują. A kiedy ktoś do nich przychodzi i im to szaleństwo zaczyna wytykać, to wpadają w jeszcze większy szał. A gdy ktoś życzliwy radzi im uczciwie, że może lepiej nie przesadzać, bo to się źle skończy – dopiero wtedy zaczynają przesadzać. Sam taki nie jestem, ale tę postawę rozumiem. Bo to co się wokół nas dzieje, to naprawdę syf wołający o pomstę do nieba.
Popatrzmy choćby na najnowszy numer magazynu „Uważam Rze” – przypominam, że magazynu, wedle powszechnej opinii, grupującego najwybitniejsze i najbardziej, jak one same o sobie mówią, niepokorne pióra polskiej mysli konserwatywnej – a w nim na satyryczny kącik Mazurka i Zalewskiego. Po kolei: „Donald Tusk zapowiedział współpracownikom, że rząd ma być taki, że mucha nie siada. Ale słowa nie dotrzymał. Mucha zasiada”. Dalej o tej samej damie: „Choć ona podobno wolała resort lotnictwa. Mogłaby sobie na gąsiory zapolować”. Dalej o pośle Nowaku: „Tusk zapowiadał, że Sławek świetnie się sprawdzi w kolejnictwie. Dotychczas znany był z tego, ze żadnej kolejki nie opuszczał”. Dalej: „Cóż, Sławek to człowiek, który wielu resortom może dać stopę. To jest, przepraszamy, twarz”. Teraz o Grupińskim: „Ale akurat to co widzi Grupiński jest mało ważne. I tak ma zeza”. O Niesiołowskim: „Gorzej że w Prezydium Sejmu zabraknie Stefana Niesiołowskiego. Żal nam faceta. Musi się rozstać z ostatnią laską w swoim zyciu”. O Ziobrystach: „Pożytku z nich było, co Wróbel napłakał”. O Hofmanie: „A pan, panie Hofman, to nawet Ziobrze możesz podskoczyć dopiero, jak panu prezes pozwoli”. O byłym pośle i senatorze PiS, Zdzisławie Pupie: „Ech, Sejm bez Pupy, to już nie będzie to samo miejsce. Dobrze chociaż, że z Platformy wszedł Cycoń”. Dalej – nie bardzo wiadomo o czym – jest tak: „Kaczyński zaproponował kompromis – wszystkich przyjmie, jeśli mu Kempa przyniesie na tacy głowę Kury. A Wróbel pieczonego Cymę”. O pośle Mularczyku: „Arkadiusz Mularczyk, zwany pieszczotliwie Mułem”.
Oto poziom. Oto ostatni bastion w naszej wojnie z zepsuciem i zaprzaństwem. Oto nasza brygada specjalna gotowa do walki z – że się zatrzymam na sprawach najnowszych – nie sprzedawaniem, ale już tylko oddawaniem Polski Niemcom w arendę. Oto nasza nadzieja. Ktoś mi natychmiast pewnie powie, że to nieprawda. Że „Uważam Rze”, to tak naprawdę agentura. Że naprawdę nasi, to „Gazeta Polska”, niezależa.pl, „Nasz Dziennik”, no i oczywiście SKOK Stefczyka. No ale, przepraszam bardzo – tu w tej sytuacji, ja już tylko wolę milczeć. Coryllus do kościoła nie chodzi i pewnie nawet się nie bardzo modli, ale w jednym z ostatnich tekstów napisał, że z jego punktu widzenia, na tej „scenie tak marnej”, jedynym prawdziwym wojownikiem, niezłomnym, cudownym uzurpatorem, wbrew całej potędze tego parszywego Systemu, jest już tylko ksiądz Natanek. Nawet ja muszę przyznać, że ta opinia robi wrażenie lekko ekscentrycznej. No ale już w następnym zdaniu, muszę też przyznać, że to wszystko chyba jednak mnie zwyczajnie przerasta. Więc chyba jednak dalej będę pisał te swoje refleksje. Smutne, czy wesołe – obojętne. Jak się trafi. Ale złościć się już nie zamierzam.

Przypominam już tradycyjnie o nadchodzących Świętach i o owej miłej konieczności dawania bliskim prezentów. Obok jest ta okładka. Wystarczy w nią kliknąć. A dalej już tylko same przyjemności. Ewentualnie, jeśli komuś zbywa, proszę o pomoc doraźną. Numer konta też obok. Dziękuję.

wtorek, 29 listopada 2011

O starej dobrej czapie na poważnie

Skąd się nagle wzięła u nas dyskusja o karze śmierci poza tym, że – Bóg Jeden wie, czemu – ni stąd ni z owąd wyskoczył z nią Jaroslaw Kaczyński? Nie wiadomo. Można by było tu spuścić się na opinię tak zwanych poważnych komentatorów, którzy twierdzą, że ze strony Jarosława Kaczyńskiego był to gest polityczny, mający na celu odebranie konkurentom na czas ich debiutu dobrego tematu, tyle tylko że owi komentatorzy są akurat tak samo poważni, jak poważne jest ich całe życie. No a poza tym, przepraszam bardzo, ale może i Jaroslaw Kaczyński ma dziś słabszy okres, jednak z całą pewnością nie aż tak słaby. A więc, skąd się nagle wzięła ta kara śmierci – nie wiemy. I, jak przypuszczam, wiedzieć już raczej nie będziemy. Pal ją sześć. Natomiast myślę sobie, że nie zaszkodzi przy tej okazji powiedzieć parę słów na temat owej kary w wymiarze jak najbardziej ogólnym.
Pamiętam świetnie czasy, gdy kara śmierci była czymś równie naturalnym, jak kara dożywocia, kara więzienia, czy kara klapsa. Oczywiście, biorę pod uwagę taką możliwość, że już wtedy były gdzieś pochowane grupy tak zwanych humanistów, którzy twierdzili, że kara śmierci jest barbarzyństwem, lub, nawet jeśli barbarzyństwem nie jest, to z całą pewnością jest karą nieskuteczną, i powinna zostać zniesiona. Jednak wiem też z całą pewnością, że tego typu głosy nie dochodziły do mnie ani ze strony oficjalnej propagandy, ani od strony Kościoła, ani też tego typu poglądów nie głosili ludzie mi bliscy. A więc, tak czy inaczej, opinia, że kara śmierci jest w ogóle jakimś problemem etycznym, prawnym, czy w ogóle ogólnoludzkim, była wystarczająco egzotyczna, by się nią nie przejmować, i traktować jak stały element naszego życia.
Dziś o karze śmierci, jeśli się w ogóle dyskutuje, to wyłącznie na poziomie ideologicznym, politycznym, lub – ostatnio zwłaszcza – religijnym. Ponieważ zdanie wszelkiego typu bolszewii, której poglądy są zbyt chaotyczne, bym je w ogóle był w stanie ogarnąć myślą, interesuje mnie w stopniu minimalnym, chciałbym się skoncentrować na głosie samego Kościoła i tych, którzy ów głos Kościoła chcą traktować jako swój, i przy okazji ustawiają się w roli tego Kościoła rzecznika. Dla porządku, żeby w ogóle sprawę zacząć, uważam za niezbędne zacytowanie zdania Kościoła w kwestii kary śmierci z dokumentu oficjalnego, i jak dotychczas jedynego aż tak oficjalnego, a mianowicie z Katechizmu. Oto w rozdziale ‘Uprawniona obrona”, czytamy co następuje: „Ochrona wspólnego dobra społeczeństwa domaga się unieszkodliwienia napastnika. Z tej racji tradycyjne nauczanie Kościoła uznało za uzasadnione prawo i obowiązek prawowitej władzy publicznej do wymierzania kar odpowiednich do ciężaru przestępstwa, nie wykluczając kary śmierci w przypadkach najwyższej wagi”. Zacytowałem całe zdanie. Ani wcześniej ani później, nie ma jednego słowa, które by znaczenie tego zdania w jakikolwiek uwarunkowywało. Można tu najwyżej zaznaczyć, że nieco niżej autorzy Katechizmu zastrzegają, że jeśli tylko znajdzie się inna możliwość ukarania ciężkiego przestępstwa, niż przy pomocy śmierci, należy z tej możliwości skorzystać. Ale podstawowy sens owej wskazówki zostaje zachowany. W przypadkach najwyższej wagi, Kościół dopuszcza stosowanie kary śmierci.
Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że zarówno Ojciec Święty Jan Pawel II, jak i – jak się dowiaduję – również Benedykt XVI, wypowiadali się niejednokrotnie przeciwko stosowaniu głównej kary, natomiast wiem też na pewno, że słowa Jana Pawła II nie miały charakteru oficjalnego aneksu do słów Katechizmu, lecz były zaledwie Jego refleksją na temat dzisiejszego świata. Refleksją człowieka o dobroci niezmierzonej, ale też jedynie refleksją jedną z wielu. Nie ma bowiem takiej możliwości, by dokument tak poważny i dostojny był uzupełniany przy pomocy słów: „jak się zdaje”. Poza tym – choć oczywiście nie mogę mieć co do tego pewności – mam podejrzenie, że słowa Ojca Świętego były kierowane przede wszystkim do społeczeństw takich jak Chiny, Somalia, czy Sudan – gdzie się ludzi skazuje na karę śmierci tak jak się pluje – a nie akurat do Polski, czy Norwegii. No ale, jak mówię – tu mogę się mylić. Co i tak nie zmienia argumentu podstawowego. Katechizm nie został zaopatrzony w oficjalny aneks. Kościół Katolicki stosowanie kary śmierci dopuszcza, i nawet jeśli Benedykt XVI wejdzie na wyżyny swojej świętości i z niezgłębionej dobroci swojego serca przebaczy wszystkim złoczyńcom, nas, ludzi bez litości i wyobraźni, pozostawiając daleko z tyłu – nie zmieni to faktu, że nauka Kościoła pozostaje tu bez zmian.
Dlatego bardzo mi się nie podoba, kiedy wśród argumentów na rzecz zniesienia kary śmierci, czy braku potrzeby przywrócenia możliwości jej stosowania, pada argument w postaci” „A papież powiedział”. Jeśli papież zleci napisanie i wydanie nowego Katechizmu i fragment o dopuszczalności stosowania kary głównej zostanie zmieniony, chętnie – choć nie bez zastrzeżeń – się nawrócę. Póki co jednak, trzymam się zdania dotychczasowego. A – i to jest kolejna rzecz, którą moim zdaniem, rozważając kwestię kary śmierci należy wyjaśnić – trzeba wiedzieć, że ja nie jestem za tym, by karę śmierci stosować bezwzględnie i ściśle wedle odpowiedniej hierarchii. Uważam, że należy w Polsce przywrócić możliwość stosowania kary śmierci, nie po to, by ją stosować, ale po to, by się tej możliwości a priori nie wyzbywać. Uważam bowiem, że nie ma mowy ani o humanizmie, ani o litości, ani o dobrym sercu, ani o mądrej refleksji, w sytuacji, gdy kogoś kto popełnił okrutną zbrodnię, nie skazujemy na śmierć wyłącznie dlatego, że i tak takiej możliwości zwyczajnie nie mamy. Jesteśmy mądrzy, dobrzy, roztropni i pełni współczucia, jeśli gestem łaskawego zwycięzcy, zbrodniarzowi darujemy życie, a nie wtedy, gdy gestem idioty, zanim ów zbrodniarz dopuści się swojego zła, informujemy go, że może spać spokojnie. Bo za to co zrobił, na pewno nie zostanie zgładzony. Najwyżej pójdzie siedzieć. To nie jest litość. To nie jest cywilizacja. To jest gnuśność i dezercja.
Nie będę jednak udawał, że moje poglądy na karę śmierci wynikają z jakiegoś instynktu współczucia, i z troski o to, by wszyscy dla wszystkich byli dobrzy. W żadnym wypadku. Jestem zwolennikiem karania najcięższych zbrodniarzy śmiercią dlatego, że ja zwyczajnie chcę, żeby oni nie żyli. Żeby zostali usunięci z powierzchni Ziemi. Żeby zdechli najlepiej w jednej chwili. I jeśli za tym marzeniem stoi jakakolwiek myśl, o której możnaby powiedzieć, że wypływa z dobroci mojego serca, to tylko ta, że uważam, że taki okrutny morderca ma większe szanse nawrócenia, stojąc ten jeden raz nad grobem, a nie codziennie, trzy razy dziennie, nad miską z jakąś podłą zupą, do końca swoich nędznych dni.
Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie znaleźć jednego argumentu na rzecz tego, by najbardziej okrutnych i zdeprawowanych morderców trzymać w więzieniach, zapewniając im tam wikt, opierunek i bezpieczeństwo, a niekiedy nawet bardzo znaczącą pozycję w ramach owej szczególnej społeczności, jaką jest środowisko więzienne. Czytałem kiedyś relację z rozmowy, jaką pewien amerykański dziennikarz przeprowadził z jednym z najbardziej słynnych masowych morderców, Richardem Speckiem. Swego czasu Speck zasztyletował osiem uczennic szkoły pielęgniarskiej w Dallas, a zrobił to – tak jak to często w tych sytuacjach się dzieje – bez wyraźnego powodu. We wspomnianej rozmowie przyznaje on nawet, że gdyby mógł zmienić historię, to by tych dziewcząt nie mordował. Co ciekawe, ni z gruszki ni z pietruszki, informuje, że zamiast zabijać, to raczej by się gdzieś włamał i może coś ukradł. Natomiast zabijać? No, nie bardzo. Jednak historii odwrócić się nie da, więc ma ten swój wyrok, 1200 lat więzienia, no i siedzi. Dziś już nie. Dziś Speck już nie żyje. Umarł w więzieniu na zawał serca, czy diabli wiedzą, co. Natomiast, jak idzie o to, jak mu się żyło przez te wszystkie lata, od czasu, gdy został zamknięty, aż do wspomnianej śmierci, wygląda na to, że nie było najgorzej. Jestem wręcz pewien, że wokół nas jest mnóstwo porządnych ludzi, których życie jest znacznie bardziej smutne, niż życie tego Specka. Owszem, to o czym marzył najbardziej, a więc, żeby sobie pochodzić po mieście, w grę nie wchodziło, ale poza tym – nie sposób narzekać. W celi miał kolorowy telewizor, magnetofon i kupę taśm z jego ulubionym Chuck Berrym, paru kolegów, którzy go szanowali, no a poza tym się piło i żarło wszystko, co się dało do celi przemycić.
Speck miał karę. Za złe zachowanie trzymany był w osobnym budynku, skąd nie można było wychodzić ani do pracy, ani nawet na spacer, no, ale – jak już zostało powiedziane – żyć się dało. Opowiada dziennikarzowi Speck, o tym, jak on i koledzy dzień w dzień chleją, tak długo aż stracą przytomność. Pyta go więc dziennikarz, czy on się nie boi wspominać publicznie o kontrabandzie w celi, na co Speck odpowiada ze śmiechem: „A cóż oni mogą mi zrobić?” a to dziennikarz zauważa: „Jakiś pan wesoły”. A Speck na to: „A co mam robić? Płakać przez 1200 lat?”
A ja uważam, że to ostatnie pytanie jest w naszych rozważaniach kluczowe. Bo człowiek jest tak skonstruowany, że nie jest w stanie płakać przez 1200 lat. Człowiek jest tak skonstruowany, że płakać może przez pewien czas, ale po pewnym czasie zaczyna swój los akceptować, i stara się znaleźć jakiś sposób na to, by tę swoją niedolę jakoś wykorzystać dla siebie. A więc przyzwyczaja się. A skoro się przyzwyczaja, to, w sposób naturalny, kolejnym tego etapem jest uznanie, że w sumie nie jest aż tak źle. A dalej to już pozostaje tylko jedno – przekonanie o tym, że właściwie tak jak jest, jest najlepiej. Ktoś mi na to powie, że kara śmierci tym bardziej nie jest rozwiązaniem. Że jeśli się człowieka zabije, to albo – co i tak prędzej czy później nastapi – trafi ów nieszczęśnik do piekła, albo nie zostanie z niego nic – zależnie od tego, kto w co wierzy. A zatem nawet jeśli z tego ma być jakaś satysfakcja, to i tak zostanie ona odsunięta w czasie. Jednak ten element już był wyjaśniany. Przede wszystkim, ja wcale nie jestem pewien, czy akurat z punktu widzenia tego mordercy i Dzieła Stworzenia, jego śmierć nie jest akurat najlepszym rozwiązaniem, a poza tym mnie jego los akurat obchodzi najmniej. Ja po prostu nie chcę, by go święta ziemia dłużej nosiła. A jeśli w dodatku to noszenie ma się odbywać w tak komfortowych warunkach, które mu gwarantują to, że wprawdzie pochodzić po mieście i popatrzeć sobie na dziewczyny się nie da, ale w końcu nie można mieć wszystkiego, to ja zwyczajnie protestuję. Gdyby mi zależało na tym, by ten nikczemnik cierpiał i ponosił nieustanną i wieczną karę za swoje zło i z krzywdę, którą mi wyrządził – a trzeba wiedzieć, że za każdym takim przypadkiem stoi indywidualna krzywda – to bym postulował, by przywrócić nie karę śmierci, ale prawo tortur. Albo, jeśli już karę śmierci, to w tradycyjny angielski sposób, kiedy człowieka się najpierw wieszało, następnie rozciągało, w dalszej kolejności ćwiartowało, a po tym wszystkim te szczątki rozrzucało na wszystkie strony świata.
Jednak ja nie jestem człowiekiem okrutnym. Ja nie pragnę tego by ludzie cierpieli. Ja nie chcę, by kogokolwiek cokolwiek bolało. Ja sobie jedynie życzę, by za zło była kara. A za duże zło duża kara. I żeby te kary były wymierzane przez mądrych i wrażliwych ludzi. I żeby na tym marnym świecie, w miarę oczywiście jego ograniczonych możliwości, panowało prawo i sprawiedliwość. Sytuacja kiedy się z góry zakłada, że jedni mają przed sobą taki los, jaki im przypadnie w udziale, a inni los, który im zagwarantuje głupie państwo, jest dla mnie sytuacją nie do zaakceptowania. Dlatego, jak idzie o to czy kara śmierci ma być zapisana w kodeksie, czy nie, jestem za tym, by ją tam zapisać i nie ruszać, choćby się świat walił.

Póki co, przypominam o nadchodzących Świętach i obowiązku obdarowywania bliskich prezentami. Nie mam co do tego najmniejszej wątpliwości, że książka, której okładka jest tu obok, i którą żeby kupić, wystarczy raz kliknąć i dalej już tylko korzystać z instrukcji, jest prezentem idealnym. Może nie dla idiotów, ale poza tym – jak najbardziej. Poza tym, nie ma co ukrywać, że mimo iż się staram i powoli zaczynam odbudowywać stan względnego bezpieczeństwa, wciąż jestem mocno pod kreską. A zatem, proszę o bezpośrednie wpłaty pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

niedziela, 27 listopada 2011

Bardzo długi film o zabijaniu

Jak się domyślam, dla większości z nas, niszczenie Jarosława Kaczyńskiego – a może bardziej precyzyjnie, nawet już samego tego nazwiska – wypełniło okres dwudziestolecia czegoś co popularnie nazywamy „neopeerelem” bardzo ściśle, i gdyby ktoś nas spytał, czy przez cały ten czas dało się zaobserwować okres, kiedy ta agresja choćby minimalnie opadła, niemal każdy odpowiedziałby, że nie. Że przez ten czas wiele się zmieniało, natomiast jak idzie o stosunek Systemu do Jarosława i Lecha Kaczyńskich, ten pozostawał niemal idealnie ustabilizowany. Otóż jest to nieprawda. Mieliśmy bowiem w tej naszej najnowszej historii paroletni okres, kiedy to z powodów, które są wciąż jeszcze nie do końca zbadane, opisane i wyjaśnione, agresja Systemu została niemal w całości, i z jak najbardziej pełnym sukcesem, skierowana pod adresem lewicy post-komunistycznej i osobiście Leszka Millera, co doprowadziło do ostatecznego zmarginalizowania – a w niedalekiej dziś przyszłości, prawdopodobnie, anihilacji – całej tej części politycznej sceny.
Był to też przy tym okres, kiedy System próbował jakoś, choćby i pozornie, autoryzować obecność Jarosława i Lecha Kaczyńskich w polskim zarówno politycznym, jak i społecznym krajobrazie, co natychmiast zresztą doprowadziło do znacznego wzrostu społecznej sympatii dla obu polityków. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że ponieważ sposób, w jaki wielu z nas obserwuje to co się dookoła nas dzieje, jest dramatycznie pobieżny i skupiony głównie na karmieniu doraźnych emocji, to i też powyższe słowa spowodują tu i ówdzie wyłącznie pobłażliwe wzruszenie ramionami, no bo przecież wszyscy wiemy, że wszystko zawsze wyglądało tak samo, a nasze ich ścieżki zostały już ostatecznie opisane i zapisane. Ja jednak świetnie pamiętam, jak to stopniowo od początku lat 2000, społeczne poparcie przede wszystkim dla Lecha, ale i również Jarosława Kaczyńskiego, stopniowo rosło, i w końcu obaj ci politycy znaleźli się wśród najbardziej popularnych polskich polityków. Więcej – w pewnym momencie, wedle niektórych sondaży, Lech Kaczyński wyprzedził nawet, wówczas absolutnie niepokonanego, Kwaśniewskiego. Jeśli ktoś w to nie wierzy, zawsze może to sprawdzić. Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby te informacje zostały skutecznie wykasowane.
O czym to świadczy? Moim zdaniem, przede wszystkim o tym, że na początku i końcu każdej operacji propagandowej stoi tylko i wyłącznie System, ale też i o tym, że wszelkie próby tworzenia obrazu Jarosława Kaczyńskiego, podobnie jak jego zamordowanego Smoleńsku brata, jako niereformowalnych nieudaczników, skazanych na wieczne przewodzenie stawce najbardziej znienawidzonych osób w kraju, nawet jeśli odnoszą tak duży społeczny sukces, są niczym innym jak właśnie jeszcze jedną propagandową operacją Systemu. Oczywiście, dziś, w istocie rzeczy, Jarosław Kaczyński ma w sposób jednoznaczny najwyższy w Polsce tak zwany negatywny elektorat, ale też nie mam najmniejszych wątpliwości, że wystarczy zaledwie parę miesięcy, by ten rozkład społecznych emocji ułożył się tak, że najbardziej powszechnie nielubianą osobą w Polsce stanie się nagle… ja wiem? Powiedzmy, Bronisław Komorowski. Jest z całą pewnością kwestią zaledwie paru miesięcy, by 70% społeczeństwa uważało prezydenta Komorowskiego za durnia i szkodnika. Ale jest też kwestią zaledwie paru miesięcy, by większość mainstreamowych dziennikarzy i ekspertów zaczęła nam objaśniać, dlaczego prezydentura Bronisława Komorowskiego była od początku zaledwie przykrym nieporozumieniem.
Skąd ja to wiem? Przede wszystkim stąd, że jak już wspomniałem, świetnie pamiętam, jak Lech Kaczyński był najpopularniejszym polskim politykiem i jak bez najmniejszego wysiłku wygrywał wybory na Prezydenta Warszawy, ale też równie świetnie pamiętam, jak najbardziej znienawidzoną przez media, a wraz z mediami, przez szerokie masy społeczeństwa, osobą w kraju, był nie kto inny, jak Lech Wałęsa. Powiem więcej. Ja świetnie pamiętam kiedy to – i to przez wcale nie tak krótki okres – w dobrym tonie było rechotanie na widok samego Jerzego Buzka, a wybitny szansonista o artystycznym pseudonimie Skiba – wciąż ikona naszej kultury popularnej – w publicznym proteście przeciwko jego osobie, wypiął w jego kierunku swoją równie wybitną dupę. I wszyscy się bardzo z tego gestu cieszyli.
Ale to nie jest jedyny dowód, jaki ja mam na to, że niemal wszystko, co większość popularnej opinii publicznej sobie myśli na dowolny temat, jest wynikiem przede wszystkim mniej lub bardziej zaangażowanej manipulacji. Ostatnio wszyscy mamy okazję obserwować dość niezwykłe zjawisko. Otóż po sześciu latach bezprzykładnej, zorganizowanej przez System, akcji promocyjnej na rzecz Platformy Obywatelskiej i osobiście Donalda Tuska, a jednocześnie, równie bezprzykładnej akcji zohydzania społeczeństwu nazwiska Kaczyński i wszystkiego co ono reprezentuje, rzeczywisty efekt jest taki, że, jeśli poprosić kogokolwiek – może być to zarówno bardzo wykształcony specjalista od spraw politycznych, lub przeciętny bywalec galerii handlowych – o to, by powiedział, dlaczego uważa Donalda Tuska lub Jarosława Kaczyńskiego za, czy to rozczarowanie, czy po prostu oszustwo, każdy z nich pod adresem Donalda Tuska potrafi skierować wręcz dziesiątki bardzo konkretnych zarzutów, natomiast, jak idzie o Jarosława Kaczyńskiego – pomijając normalne w tych sytuacjach żarty na temat śmierci jego kota, choroby jego mamy, lub braku prawa jazdy – dominować będzie ten jeden, jedyny – że on jest po prostu straszny! Straszny i groźny.
Oczywiście, zarzuty były zawsze nieco inne. Przez wiele lat, jak idzie o ocenę Jarosława Kaczyńskiego, pojawiały się coraz to nowsze konkrety, które następnie znikały tylko po to, by zostać zastąpionymi jeszcze nowszymi. A więc mieliśmy na przykład pretensje, że Jarosław Kaczyński jako premier wykorzystywał służby do tego, by niszczyć tych, którzy zagrażali jego władzy. Ale to skończyło się w momencie, gdy zaczęły pojawiać się podejrzenia o to, że to raczej Donald Tusk używa służb, by zwalczać swoich przeciwników. Pojawiało się oskarżenie, że za rządów Prawa i Sprawiedliwości, podlegli Jarosławowi Kaczyńskiemu urzędnicy wysyłali o 6 nad ranem funkcjonariuszy odpowiednich służb, by aresztowali Bogu ducha winnych ludzi, ale i ono powoli się zdezaktualizowało, kiedy okazało się, że te praktyki nasiliły się dopiero właśnie za rządów Platformy Obywatelskiej. Było tak, że Jarosław Kaczyński niszczył najlepszych polskich lekarzy, ale dziś o tym też jakby ciszej, przynajmniej od czasu gdy nowe CBA, prawdopodobnie z braku odpowiedniej liczby jeszcze nie do końca systemowo chronionych profesji, bierze się właśnie za lekarzy.
Mam nadzieję, że wciąż wielu z nas pamięta, jak to parę lat temu, w przestrzeni publicznej pojawiły się spekulacje, że Prawo i Sprawiedliwość nie jest legalną, działającą zgodnie z przepisami prawa i podstawowym obyczajem, partią polityczną, ale sektą, która winna być zdelegalizowana, i że należałoby jak najszybciej zastanowić się nad procedurą, zgodnie z którą ową delegalizację możnaby było skutecznie przeprowadzić. O co poszło? O to mianowicie, że Jaroslaw Kaczyński usuwał z partii osoby, które, jego zdaniem, na to, by współtworzyć jego partię, nie zasługiwały. Bo na tym, zdaniem krytyków, polegał ów sekciarski wymiar PiS-u. Że nie każdy kto chce, może być tego PiS-u członkiem. Że stamtąd, wyłącznie na życzenie Prezesa, można w każdej chwili wylecieć. Bo to tak właśnie podobno działa sekta. Że z niej się zostaje usuniętym. Dziś mamy do czynienia z sytuacją, kiedy właściwie wszyscy komentujący to, co się dzieje w polskiej polityce, z wyjątkiem może paru dziennikarzy lub przedstawicieli tzw. świata kultury, stwierdzają jednoznacznie, że Platforma Obywatelska jest o tyle szczególnym politycznym ugrupowaniem, że wyjście stamtąd oznacza anihilację już na poziomie indywidualnym. Że sposób w jaki Donald Tusk zorganizował swój projekt, oparty jest na takim uwiązaniu jego członków, działaczy i funkcjonariuszy, że nawet jeśli oni stracą swoją dotychczasowa pozycję w strukturach partii, lub zostaną przez jej przewodniczącego w sposób najbardziej drastyczny upokorzeni, nie są w stanie nie dość, że odejść, to nie mogą nawet zaprotestować, z tego prostego powodu, że każdy nieprzyjazny gest wobec Partii zostanie ukarany decyzjami dotyczącymi już wyłącznie zycia osobistego i rodzinnego. Tworzy to więc sytuację, kiedy to Donald Tusk, czy ktokolwiek funkcjonujący w partyjnych strukturach władzy, może właściwie z podległym sobie człowiekiem zrobić wszystko, a ten jedyne co może zrobić, to popełnić samobójstwo. Wiemy o czym i o kim mowa, prawda? Nie? To poczytajmy sobie najświeższą informacje o tym, że ministrowie rządu Donalda Tuska są zadłużeni w sumie na ponad 10 mln. złotych.
No i oczywiście, w tej sytuacji dłużej już nie wypadało wspominać o PiS-ie jako o sekcie, i rozważać jego delegalizację. W ogóle nastał czas, by na temat sekt i na temat delegalizacji owych sekt w ogóle przestać cokolwiek wspominać. Nie oznacza to jednak, że o PiS-ie w ogóle przestano mówić. Owszem, każdy kolejny dzień przynosi kolejne informacje. Ostatnio na przykład taką, że to Jarosław Kaczyński wysłał bandytów, by podczas uroczystości Święta Niepodległości bili się z policją. A ja jestem całkowicie przekonany, że już za parę tygodni ten przekaz zostanie z publicznej świadomości skutecznie usunięty, a to w związku z tym, że pojawią się niezbite dowody na to, że to akurat nie Jarosław Kaczyński, ale właśnie Donald Tusk zorganizował te bandy chuliganów, by atakowały policję. No i albo się wymyśli coś nowego, albo się odświeży stare oskarżenie o to, że Prawo i Sprawiedliwość to parta zorganizowana na wzór NSDAP.
I to oczywiście, tak jak dotychczas, będzie działało wyłącznie na poziomie haseł i niekiedy, jeśli tylko będzie taka możliwość, dużych wyraźnych zdjęć. Żadnych szczegółów oczywiście nie będzie i być nie może. Przede wszystkim dlatego, że one zwyczajnie nie istnieją, ale też przez to, że szczegóły nikogo nie interesują. Jestem pewien, że gdyby na temat podobieństw między Jarosławem Kaczyńskim a Hitlerem dałoby się powiedzieć coś więcej, niż tylko stwierdzić fakt, też nikt by sobie nie zawracał głowy tego typu poszerzona analizą, bo ci, do których ona byłaby ewentualnie adresowana, nie mieliby siły, ani by ją czytać, ani by ją zrozumieć. Dokładnie z tego samego powodu, możemy dziś właściwie w każdym z dostępnych publicznie miejsc zapoznać się z najdrobniejszymi i bardzo bogatymi informacjami na temat tego, że Platforma Obywatelska wykazuje wszystkie najbardziej standardowe cechy sekty właśnie, a Donald Tusk w tej chwili jest już klasycznym tyranem. Pamiętam – pisałem tu o tym zresztą przed laty – jak Jacek Żakowski przedstawił analizę charakteru Jarosława Kaczyńskiego, przyrównując go do Kaliguli. A więc człowieka okrutnego i kapryśnego jednocześnie. Od tego czasu, dokładnie tego samego określenia pod adresem Donalda Tuska parokrotnie użyła Zyta Gilowska, a, gdyby ktoś sądził, że jej słowa są bez znaczenia, tę samą prawdę na wiele różnych sposobów, powtórzyli inni dawni znajomi Premiera, w najmniejszym stopniu nie związani z tzw. kultem Kaczyńskiego. Że Donald Tusk jest bezwzględnym i kapryśnym tyranem.
Wspominałem tu niedawno o wywiadzie, jakiego w „Rzeczpospolitej” Robertowi Mazurkowi udzielił Paweł Piskorski. Ktoś mi powie, że czytanie rozmów, jakie między sobą prowadzą Mazurek i Piskorski jest całkowicie bezproduktywne. Otóż nawet jeśli założymy, że jest w tym stwierdzeniu pewna słuszność, to jednak faktem jest, że ta bezproduktywność nie jest tu całkowita. To co bowiem w tej rozmowie uważam za warte uwagi, to to, że ona dokładnie, zdanie po zdaniu, dowodzi słuszności powyższych tez. Paweł Piskorski, praktycznie unikając powtarzania jakichś tanich plotek – co, jak wiemy, w przypadku akurat Donalda Tuska stało się ostatnio wręcz modne – i ujawniania osobistych tajemnic, przedstawia obraz swojego byłego kumpla, na tyle szokujący, że w pewnym momencie Robert Mazurek nie widzi innego wyjścia, jak tylko zawołać: „Przecież to jest zwykły psychopata!” I w tym momencie – uwaga, uwaga! – Piskorski odpowiada, że ależ skąd, Tusk nie jest psychopatą, bo on doskonale panuje nad swoimi emocjami, tyle że używa ich w złej sprawie. A więc, mówiąc to, przedstawia klasyczną definicję klasycznego psychopaty. Człowieka, który doskonale panuje nad swoimi emocjami, tylko po to, by je wykorzystywać w złych celach. I w tym momencie ani Piskorskiemu, ani Mazurkowi nawet nie drgnie powieka, kiedy pokazują, że tak naprawdę – jak już idzie o hasła, a nie o konkrety – im jest znacznie wygodniej powiedzieć coś na temat Jarosława Kaczyńskiego. I to powiedzieć tak, by nikt nie miał wątpliwości, że on, Kaczyński, akurat jest najgorszy. Pod jakim względem? A jakie to ma znaczenie? Jest i już. Niech będzie, że wygląda jak kartofel.
No właśnie. Kartofel. W tę samą sobotę, kiedy to zapoznawałem się ze wspomnianą rozmową, zdarzyło mi się uczestniczyć w pewnej uroczystości, gdzie miałem okazję zobaczyć z bliska i na żywo Kazimierza Kutza, osobnika, który tu gdzie mieszkam, od wielu już lat jest absolutnie najpopularniejszym politykiem i mężem zaufania każdego tak zwanego „porządnego Ślązaka”. Proszę sobie wyobrazić, że – o ile go dobrze zapamiętałem – Kazimierz Kutz jest człowiekiem, który mierzy jakieś 1,40 wzrostu, a jak idzie o szerokość, wykazuje mniej więcej tyle samo. A zatem stanowi niemal idealny kwadrat. Trudno. Bywa i tak. Co ciekawsze jednak, jak idzie o całą resztę, on się prezentuje od głowy do butów mniej więcej tak, jakby ktoś go właśnie wyciągnął ze śmietnika. A więc w tym wypadku mamy do czynienia z tak zwana zmenelowaciałą pokraką.
I pomyśleć, że zanim Go Pan Bóg zabrał do Siebie, przedmiotem kpin był Przemysław Gosiewski. Tak zwany Edgar. Typowe. Powinniśmy się wstydzić.

Wspominałem już o tym niedawno, ale nic nie zaszkodzi przypomnieć. Otóż zbliżają się Święta i każdy porządny człowiek powinien komuś bliskiemu sprawić jakiś ładny prezent pod choinkę. Gdyby mi tylko wypadało, i byłoby mnie na to stać, to ja osobiście każdemu kogo lubię, podarowałbym swoją książkę o siedmiokilogramowym liściu. Proszę spróbować. Jestem pewien, że warto. Wystarczy tylko kliknąć w tę piękną okładkę obok i dalej już wszystko pójdzie jak – nomen omen – z płatka. A jak idzie już tylko o mnie, to jeszcze można ewentualnie wspierać ten blog finansowo. I to już niezależnie od Świąt. Dziękuję wszystkim serdecznie.

sobota, 26 listopada 2011

Marionetki

Gdyby komuś ta informacja była potrzebna do czegokolwiek, chciałbym zadeklarować, że Coryllus jest przede wszystkim moim kumplem, którego lubię i którego towarzystwo, za każdym razem, jak się widzimy – a niekiedy to się zdarza – jest mi bardzo miłe. Jakby tego było mało, Coryllus jest jedynym blogerem, a niewykluczone, że ostatnio jedynym praktycznie autorem, jakiego czytam. Z przykrością zauważam jednak ostatnio, że mój kumpel Coryllus przeżywa ciężki czas. A polega to na tym, że to co u mnie na przykład rozkładało się przez te wszystkie lata mniej więcej równomiernie, u niego skumulowało się w postaci niemal bomby atomowej. A mam tu na myśli to okropne przekonanie, że nie ma ludzi.
W sumie nic takiego. Przy zachowaniu odpowiednich proporcji, do tego samego wniosku już przed wielu, wielu laty doszedł choćby Kamil Cyprian Norwid, zapłakując się choćby nad kwestią owej sceny, tak małej i zbudowanej „tak niemistrzowsko”, czy nad faktem, że już nigdzie nie ma człowieka, lecz już tylko wyłącznie interesy. A więc, cóż nam taki Coryllus? Cóż ja? Mimo to, kiedy czytam, co on nam dziś chce powiedzieć, jest mi przykro, bo nie mam sposobu, by w tym wszystkim nie zauważyć tego, jak on się męczy. I żeby jeszcze można było mieć nadzieje, że on się tak pomęczy i wróci do poprzedniego stanu, to możnaby było na te jego żale machnąć ręką. Niestety, z tej drogi raczej odwrotu nie ma. Bo problem polega na tym, że Coryllus ze swoimi pretensjami do świata nie działa w pustce, ale właśnie w tym parszywym świecie. A świat ten przecież nie stoi bezczynnie, lecz na jego słowa – pośrednio, czy bezpośrednio – reaguje. No a co Coryllusowi po reakcji, która tylko potwierdza jego diagnozę? Że nie ma człowieka, lecz tylko interesy. Pozostaje więc tylko się już dalej pieklić.
Uważam, że Coryllus nie ma racji. Uważam, że Coryllus się myli. I wcale nie jeśli idzie o diagnozę, bo ona akurat jest jak najbardziej słuszna, ale co do tego pieklenia się. Moim zdaniem, Coryllus, poświęcając całe swoje serce i talenty walce z bandą durniów bez talentu, bez serca i bez jakichkolwiek ambicji, poza tą jedną, by nie spaść z tego krzesła, na którym jakiś czas pozwolono im przez chwilę posiedzieć, może liczyć tylko na jeden tego swojego zaangażowania efekt: że oni go jeszcze bardziej znienawidzą. A to i tak w najlepszym wypadku, bo może jeszcze bardziej prawdopodobne jest, to, że go uznają za wariata. I to nie dlatego, że go za wariata uznają faktycznie, ale dlatego, że z tą myślą im będzie lżej. A po co mu to? No po co?
Jak już tu podkreśliłem, ale też podkreślam przecież od lat, nie ma ludzi. I to jest nasze prawdziwe zmartwienie od lat. I to nie ma ludzi nie tylko w polityce, która nas tak dziś pasjonuje. Nie ma ludzi w każdym możliwym innym miejscu publicznej przestrzeni. Nie ma ludzi w dziennikarstwie, w literaturze, w sztuce, w piosence, w filmie, w aktorstwie. Nie ma ludzi wśród lekarzy, profesorów, księży, adwokatów, nauczycieli. Nie ma wreszcie ludzi wśród tych, którzy mieszkają obok nas i obok nas się zadręczają codziennie tym wszystkim co nas spotyka. A zadręczają się tak samo bardzo jak my, którzy na nich patrzymy i załamujemy nad nimi ręce. Dlaczego tak jest? Dlatego, że taki właśnie jest ten świat. Świat, w którym, jeśli chcemy znaleźć człowieka, to musimy go szukać tam, gdzie wydawałoby się, że go już z całą pewnością nie znajdziemy. A on z całą pewnością będzie tak piękny, tak mądry i tak wielki, że świadomość jego istnienia, w tym paskudnym i zepsutym świecie, powinna nam pozwolić nadrobić wszelkie uprzednie zawody. I do tego bym namawiał wszystkich, w tym mojego kumpla Coryllusa. Byśmy się przestali przejmować nędzą, ale się skupili na bogactwie.
Mieliśmy kiedyś Jarosława Kaczyńskiego, wielkiego polityka, wspaniałego Polaka i patriotę. Stało się jednak tak, że źli ludzie, którzy polowali na niego od czasu, gdy objawił przed nimi całą swoją siłę, wreszcie znaleźli na niego sposób. Nie. Nie kupili go. Nie zastraszyli. Nie sterroryzowali. Nawet go nie zabili. Odebrali mu natomiast sens życia. Kazali mu zdać sobie sprawę, że już nigdy nie będzie szczęśliwy. I w ten sposób go pokonali. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ci, na których on liczył i którym uwierzył, i którzy mieli o niego dbać i strzec go jak oka w głowie, przez cały czas mieli na uwadze wyłącznie swój osobisty, doraźny interes. No i go dla nas stracili. Cały czas mam w głowie ten fragment z filmu „Lider”, który w zamierzeniu głupich i złych ludzi, miał podobno pokazać Polsce polityka zwycięskiego i przyszłego przywódcę, a zamiast tego dał nam obraz staruszka, który siedzi przy stole nad starymi zdjęciami, ogląda w nich całe swoje, jakże kiedyś szczęśliwe życie, i oświadcza, że dla niego świat się skończył 10 kwietnia 2010 roku, i że on już wie, że, cokolwiek się stanie, tej utraty już nic nie zmieni. Ja wiem, że to co teraz mówię, dla wielu jest czymś niedopuszczalnym i zasługującym na potępienie, ale, przyznam uczciwie, że wolę się dowiedzieć, że się myliłem, niż żyć złudzeniami. Zwłaszcza że, jeśli się ma okazać, że jednak mam rację, będę miał czas, by się przygotować do tego co szybkimi bardzo krokami nadchodzi.
Uważam mianowicie, że jeśli faktem jest, że Smoleńska Katastrofa miała na celu zniszczenie jedynego faktycznie człowieka, który mógł w jakikolwiek realny sposób zagrozić władzy Systemu, i że ten plan zrealizowała w sposób wręcz modelowy, to teraz możemy się już spodziewać najgorszego. Uważam że Donald Tusk, jako przedstawiciel interesów Systemu, zrobi wszystko, by nie oddać władzy. Jest bowiem całkowicie oczywiste, że nie po to się przeprowadza taką operację, jak operacja smoleńska, by po pewnym czasie powiedzieć, że tak, faktycznie, sprawę spieprzyliśmy, i się poddać. To zresztą widać już od dłuższego czasu. Pamiętam jak, kiedy po zeszłorocznych wyborach prezydenckich napisałem, że System sfałszował wynik wyborów na korzyść Bronisława Komorowskiego, bardzo wówczas stanowczo zaprotestował nasz kolega LEMMING, wyjaśniając swoje stanowisko tym, że dopóki system zabija, to zawsze można kogoś znaleźć i go posadzić i sprawę załagodzić. Jeśli jednak dochodzi do fałszowania wyborów, to znaczy, że mamy do czynienia z prawdziwą wojną. Otóż ja mam podejrzenie graniczące z pewnością, że System już wtedy wiedział, że nie ma odwrotu i tamte wybory sfałszował. I w ten sposób w istocie rzeczy wypowiedział nam wojnę. Dziś zatem sytuacja jest taka, że wprawdzie polityczna opozycja jest rozbita, jednak, z jednej strony, wciąż jest bardzo poważna pewność, że przyszły rok przyniesie Polsce krach, którego społeczeństwo zwyczajnie nie wytrzyma, a z drugiej, że od 10 kwietnia ubiegłego roku nagromadziło się w społeczeństwie wystarczająco dużo bardzo konkretnych, i to bardzo pozytywnych emocji – niezależnych zupełnie od kondycji, w jakiej znajduje się polityczna opozycja i sam Jarosław Kaczyński – których nie będzie można w żaden sposób uciszyć. I dlatego System postanowił zastosować tzw. uderzenie wyprzedzające. Ja wiem, że Coryllus nie lubi tych wszystkich militarnych porównań. Ale tak to jest. To jest właśnie uderzenie wyprzedzające.
Na czym ono polega? Otóż moim zdaniem chodzi o to, by, dopóki jeszcze to napięcie nie jest na tyle szerokie, by groził nam wybuch powszechny, sprowokować awanturę, którą się da jakoś kontrolować, a ową kontrolę przeprowadzi się tak, by, z jednej strony, była ona jak najbardziej spektakularna, a jednocześnie by mogła zostać błyskawicznie spacyfikowana, i by ta pacyfikacja, podobnie jak sama awantura, została przeprowadzona tak brutalnie, by w ten sposób można było zapewnić Systemowi choćby rok spokoju. Akurat na ten, jak się wszyscy spodziewają, najbardziej ciężki okres. Do pierwszej próby – na szczęście, kompletnie nieudanej – już doszło. Jestem z każdym dniem coraz bardziej pewien tego, że przed Świętem Niepodległości, System miał już gotowe wszystkie przepisy konieczne do tego, by najpierw zdelegalizować Prawo i Sprawiedliwość, następnie zakazać jakichkolwiek demonstracji, a w rezultacie wywołać wśród podstawowej części społeczeństwa nastrój ulgi, że nie doszło do najgorszego. No a później już tylko spokojnie czekać aż dojdzie do kolejnych rozruchów, które się natychmiast stłumi. I to się stłumi tak, żeby już nikomu do głowy nie przyszło podskakiwać. W końcu, Polacy – jak wiemy – są niezwykle łagodnym i spokojnym narodem, który bardzo nie lubi widoku krwi.
A zatem – nie udało się. System poległ od własnej broni. Nie wziął pod uwagę, że owa łagodność, na którą w dłuższej perspektywie tak bardzo liczył, zostanie zademonstrowana znacznie wcześniej, i to w skali wręcz porażającej. Nie pomogły media, nie pomogli ściągnięci z Niemiec bandyci, nie pomogli lokalni bolszewicy, nie pomogły wynajęte służby. Nie łudźmy się jednak. Oni będą nadal próbować, i to bez względu na to, czy trafi się ku temu dobra okazja, czy tej okazji nie będzie, i trzeba będzie ją stworzyć samemu. Będą próbować, i niech nas Bóg broni, byśmy się dali w tę ich parszywą grę wciągnąć. Niech nas Bóg broni. A to już naprawdę niedługo. Już naprawdę za kilka miesięcy, może za pół roku, a może za rok – nie wiadomo, ale już naprawdę niedługo – oni będą musieli się poddać. I wówczas odbierzemy z tych ich splamionych krwią rąk Polskę, i się o Nią zatroszczymy. A oni zostaną ukarani. Ale dziś pod żadnym pozorem nie możemy się dać wciągnąć w tę grę. Stójmy cierpliwie, jak to pięknie nam przekazał Poeta, „na jednej nodze, gotowi do skoku”. Bo oni aż piszczą, byśmy ulegli.
Zapyta mnie pewnie mój serdeczny kumpel Coryllus, z kim im tę naszą Polskę z tych czerwonych rąk będziemy wyrywać? Z nimi? Z tą bandą kompletnie ogłupiałych, lub, jeśli nawet nie ogłupiałych, to sprzedajnych bałwanów? To z nimi mamy tę Polskę im odbierać? Otóż tak. Właśnie z nimi. Ze wszystkimi, którzy, gdy przyjdzie ten moment, zgodzą się wziąć w tym powszechnym geście demonstracji jak działa Prawo i Sprawiedliwość udział. Bo tak właśnie wygląda ten świat. To co się liczy tak naprawdę, zawsze jest gdzieś ukryte, czasem tak głęboko, że bardziej przenikliwe od naszych oczy, nie są tego w stanie na codzień wypatrzeć. Więc nie gniewaj się na nich, i daj im spokój. Ja już to w tym miejscu mówiłem parokrotnie: fizyki nie zatrzymasz. I tak samo będzie z nimi. Nawet jak nie będą chcieli się w tym wszystkim odnaleźć, zostaną do tego zmuszeni. Nie przez nas. Broń Boże! Jak ktoś chce, niech sobie to nazywa Naturą.

Zachęcam gorąco do kupowania książki, której okładka tak pięknie zdobi ten blog. Zapewniam, że warto. No i proszę nas wspomagać finansowo pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

piątek, 25 listopada 2011

Dlaczego?

Rozmowa między Robertem Mazurkiem a Pawłem Piskorskim, na jaką jeszcze w ubiegłą sobotę natrafiłem w „Rzeczpospolitej”, zainteresowała mnie z dwóch, a raczej z trzech powodów. Przede wszystkim przez to, że ja w ogóle interesuję się wszystkim co się wokół mnie dzieje, a co uda mi się zauważyć, ale też ze względu na dwa kluczowe moim zdaniem momenty tej wymiany.
Otóż najpierw jest tak, że Paweł Piskorski opowiada o tym, jak widzi Platformę Obywatelską i jej przewodniczącego Donalda Tuska, i, wbrew pozorom, robi to, nie uciekając się do tanich plotek w stylu Janusza Palikota, ale przedstawiając rzetelną jak na swoje możliwości, a może i chęci, analizę tego – każdy to przecież przyzna – fascynującego zjawiska. Opowiada więc o tym, co to za ziółko z tego Tuska, i w pewnym momencie tak się nakręca, że Robert Mazurek czuje się wręcz zmuszony, by powiedzieć coś w stylu: „No ale to by świadczyło, że nasz premier to psychopata”. Oczywiście, z tego wszystkiego już po chwili nie zostaje dosłownie nic, ale – owszem – zainteresowałem się.
Ciekawszy jednak, moim zdaniem, moment tej rozmowy – oczywiście, tak samo jak poprzednio, zakończony tradycyjnym zaciągnięciem żaluzji – następuje już na samym jej początku, kiedy to Paweł Piskorski stwierdza, że od czasu generała Jaruzelskiego nikt w Polsce nie miał takiej władzy, jak dziś Donald Tusk, i gdyby on tylko zechciał, mógłby dokonać w Polsce takiego cywilizacyjnego przewrotu, że przez następne stulecia Naród budowałby mu pomniki. Niestety, z jakiegoś, dla Piskorskiego i Mazurka nieznanego, powodu, Donald Tusk tych zaszczytów w ogóle nie pragnie, a ponieważ ci dwaj, zamiast dociekać przyczyn owej tuskowej wstrzemięźliwości, wolą zająć się tym co sprawia, że Jarosław Kaczyński musi już do końca świata przegrywać, nie dowiadujemy się już niczego. I jedyne co nam pozostaje, to liczyć na własne możliwości. A zatem – liczmy.
Czego mi brakuje w tej naprawdę wyjątkowej przecież pod paroma względami rozmowie? Otóż brakuje mi tego, czego zawsze mi brakuje we wszystkich bardziej i mniej oficjalnych analizach dostarczanych nam przez tak zwanych zawodowców, a mianowicie tego jednego jeszcze kroku, który pozwoliłby nam poznać odpowiedź na to jedno i podstawowe pytanie – dlaczego? A w tym wypadku, pytanie, dlaczegóż to Donald Tusk nie chce trafić na pomniki?
Dla każdego normalnie myślącego, i normalnie przeżywającego to co się wokół nas dzieje, człowieka, informacja podana przez Pawła Piskorskiego, że Donald Tusk ma dziś władzę pozwalającą mu całkowicie bezkarnie zmienić Polskę tak, by się stała jednym z poważniejszych europejskich krajów, wraz z informacja uzupełniającą – że ów mąż, z jakiegoś przedziwnego powodu, tych zmian przeprowadzić nie zamierza – lecz zamiast tego uważa za stosowne zmierzać do pełnej anihilacji zarówno swojego projektu jak i swojej własnej osoby, aż krzyczy o wyjaśnienie, dlaczego on jest taki dziwny? Co mu przeszkadza w tym, by się wziąć do roboty i zrobić to wszystko, co mu zagwarantuje naprawdę bardzo poważne miejsce w historii? Cóż to się takiego dzieje w tym przedziwnym środowisku, że oni, mając wszelkie ku temu możliwości i powody, by Polskę zmieniać i modernizować, wolą gnić i ulegać stopniowej kompromitacji? Przecież to niemożliwe, żeby ich tak bardzo ekscytowała owa świadomość istnienia owej drobnej, kompletnie już zaczadziałej, grupki fanów, która ich nie opuści nawet wtedy, gdy nad nią pojawi się widmo – już nie retorycznego, ale jak najbardziej autentycznego – końca.
Ani Mazurek, ani Piskorski, oczywiście jednak, nie dość że nam tego nie wyjaśniają, to wręcz robią wrażenie, jakby ich ta kwestia nawet nie interesowała. Jakby jej istnienia nawet nie dostrzegli. W tej sytuacji pozwolę sobie przedstawić – obiecuję, że nie za długo – swoją tu teorię. Otóż ja bym jednak przede wszystkim bardzo poważnie rozważał ewentualność zaznaczoną przez Mazurka, jednak w straszliwie głupi sposób przez Piskorskiego zlekceważoną, że Donald Tusk jest człowiekiem o naturze psychopatycznej, i on jest dziś skupiony wyłącznie na tym, co dla niego pewnie jest oczywiście szalenie ważne, ale dla nas, siłą rzeczy, pozostaje najbardziej czarną tajemnicą. To jest oczywiście jak najbardziej prawdopodobne.
Tu jednak mam pewien problem. Otóż – co zresztą już wielokrotnie sugerowałem na tym blogu – Donald Tusk jest dziś wyłącznie figurantem, realizującym plan zakreślony przez tych, którzy stoją od niego znacznie wyżej, i mają znacznie więcej do powiedzenia, a swoją pozycję zawdzięcza wyłącznie temu, że w jakiś niebywały sposób posiadł umiejętność zjednywania sobie sympatii idiotów, których, jak wiemy, w każdym społeczeństwie jest wystarczająco dużo, by źli ludzie potrafili z ich pomocą przeprowadzić każdy, nawet najbardziej ohydny projekt. A zatem, należy zakładać, że to jednak nie Donald Tusk nie chce trafić na pomniki. On, tak naprawdę, ani tego nie chce, ani tego chce. Dla niego, to wszystko jest sprawą kompletnie nieistotną. Najbardziej prawdopodobne jest to, że dla tych, którzy dziś Donaldem Tuskiem rządzą, a jednocześnie zajmują się naszą teraźniejszością i przyszłością – a więc dla, jak to tu zwykliśmy nazywać, Systemu – sukces Polski jest czymś absolutnie niepożądanym. Dla nich rozwiązaniem idealnym byłoby to, by Polska została doprowadzona do takiego upadku, że ostatecznie, czy to Niemcy, czy Rosjanie, nie będą mieli innego wyjścia, jak tę Polskę sobie zabrać i zrobić z nią, co tam im z ich kalkulacji wyjdzie. To jest cel i to jest interes.
Ja nie znam na to, moim zdaniem podstawowe, pytanie innej odpowiedzi. Jeśli dziś oni, mając całą możliwą władzę, nie są w stanie się skupić na niczym innym, jak tylko na niszczeniu jednego – dziś już przecież i tak praktycznie zniszczonego – człowieka, musi to oznaczać, że on – a z nim to wszystko, co on reprezentuje – jest wciąż ostatnią przeszkodą na drodze do całkowitego zamknięcia. Bo jeśli nie będzie jego, i jeśli z jego odejściem skończy się to wszystko, co daje jeszcze nadzieję na to, że kiedyś może się podniesiemy, oni poczują prawdziwą wolność.
Oto co mamy dziś. Niedaleko miejsca gdzie mieszkam, jest niewielki sklep monopolowy. Jeden z tych sklepów, które ostatnio powstają, by, piątek czy świątek, noc czy dzień, zaspokajać regularne potrzeby ludzi biednych i faktycznie już powoli zdychających. Otóż zdarzyło się, że wczoraj, w samo południe, do sklepu wszedł jakiś obywatel, najpierw profilaktycznie zamknął drzwi od środka, a następnie skrępował obsługująca tam dziewczynę, zakneblował ją, przyłożył jej nóż do gardła, zabrał z kasy tysiąc złotych i telefon komórkowy, wychodząc spryskał dziewczynę gazem, i wyszedł. Dziś zaszedłem tam, szczerze powiem, tylko po to, by się dowiedzieć tego wszystkiego co wyżej opisałem, i dziewczyna tam była. Pracowała jak codziennie, mimo oczywistego szoku, strachu i mimo nieprzespanej nocy. Pracowała, bo pracować trzeba. Bo jak się nie chce pracować, to można oczywiście nie pracować. Nikt nikogo do niczego nie zmusza.
A jeśli ktoś sądzi, że to już koniec, to nie. To jeszcze nie koniec. Najlepsze dopiero przed nami. Wyszedłem ze sklepu monopolowego i udałem się bezpośrednio do swojego sklepu spożywczego, aby kupić mleko. Wspominałem niedawno – jak ktoś potrzebuje ten tekst znaleźć, to on został opublikowany tuż po wyborach – o tym miejscu i o pani, która tam sprzedaje. Zaszedłem więc po to mleko i opowiedziałem o tym, co się stało wczoraj w sąsiedztwie. Pani była wstrząśnięta. Jednak najbardziej nie tym, co się stało, ale tym co się w tej Polsce dzieje. Bo to już jest najgorzej. Ta bieda, ta nędza, ta desperacja pcha ludzi do najgorszego. I niech pan powie, co to z tą Polską będzie. Aż strach myśleć… Kto czytał, ten wie. Kto nie – niech wie, że ta pani w żadnym wypadku nie głosuje na PiS. Ona PiS-u nienawidzi, jak najgorszej zarazy. Dlaczego? Jak to, dlaczego? Za to, że PiS chce rozpętać wojnę z Niemcami. To jest oczywiste. Oto dlaczego. To jest początek i koniec wszystkiego. I tu też jest odpowiedź pytanie, dlaczego?

Przepraszam, że robię się powoli być może zbyt obcesowy, ale jeśli ten blog nie będzie wspierany, będzie musiał przestać istnieć. Po prostu. Bez tego wsparcia, on zostanie tylko kaprysem, na który ja nie będę miał pozwolenia. A zatem, proszę o kupowanie książki. Daję słowo, że warto. No i o pomoc bardziej już bezpośrednią. Dziękuję.

środa, 23 listopada 2011

O psach, o ludziach i o naszych wrażliwych sercach

Plan miałem na dziś taki, by napisać coś na temat zagadki, jaką w wywiadzie dla Roberta Mazurka w sobotniej „Rzeczpospolitej” sformułował Paweł Piskorski, a mianowicie dlaczego Donald Tusk, mimo że ma wszelkie szanse, by, korzystając z władzy niemal absolutnej, przeprowadzić rewolucyjne wręcz dla Polski reformy, i w rezultacie tego trafić na pomniki, woli zbijać bąki? Przy okazji, planowałem też wspomnieć coś o tym już ponad 10 milionowym zadłużeniu, jakim się mogą pochwalić ministrowie obecnego rządu i może w ten sposób dojść do jakichś ciekawych wniosków, ale – jak to z planami często bywa – musiałem sprawę czasowo zawiesić i poruszyć kwestię, jaką telewizja TVN24 – a za nią inne polskie media – od wczoraj nas wzrusza. Bardzo proszę się skupić.
Otóż, jak się okazuje w ramach przygotowań do przyszłorocznych mistrzostw Europy w piłce nożnej, na Ukrainie bardzo wzrosła liczba aborcji. Chodzi o to, że ponieważ uznano za rzecz bardzo podstawową, by ukraiński krajobraz został w miarę możliwości dopasowany do nowoczesnego pejzażu Europy, postanowiono usunąć z tego krajobrazu przykry widok biednych kobiet w ciąży, których, jak oceniają statystyki, w ukraińskich miastach jest ostatnio dużo za dużo. W związku z tym, lokalne władze na Ukrainie, przy współpracy z miejscowymi ośrodkami aborcyjnymi, zarówno podstępem, jak i perswazją, zachęcają biedne ukraińskie kobiety do przerywania ciąży. W związku z tym praktyką, która przybiera ostatnio wymiar plagi, telewizja TVN wysłała za naszą wschodnią granicę ekipę reporterską, która przez minione dwa tygodnie prowadziła w tej sprawie dziennikarskie śledztwo. Nadany przez telewizję TVN24 reportaż był naprawdę szokujący. Jak się okazuje, wyłącznie po to, by oczyścić tereny przyszłorocznych mistrzostw z owego nieprzyjemnego widoku ciężarnych kobiet, a być może nawet, kiedy już okaże się wszystko za późno, również młodych wynędzniałych kobiet z wynędzniałymi niemowlętami w wózkach, władze Ukrainy zorganizowały cały skomplikowany system walki z dziecioróbstwem.
Na czym polega ten system? Otóż na ulice ukraińskich miast, które spodziewają się w czerwcu przyjazdu wielu eleganckich ludzi z całej Europy, kierowane są specjalne samochody ciężarowe, które zbierają napotkane kobiety z widoczną ciążą, a następnie zawożą je do okolicznych klinik aborcyjnych i prywatnych gabinetów ginekologicznych, gdzie przeprowadzane są zabiegi. Reporterzy programu „Czarno na białym”, którzy w tak przejmujący sposób pokazali ten okrutny proceder, rozmawiali zarówno z osobami uczestniczącymi w tej zbrodniczej działalności, a więc z tymi, którzy za duże pieniądze gotowi są dostarczać gotowe do zabiegu kobiety podobnie sowicie opłacanym ginekologom, jak i z samymi ginekologami. Oczywiście ani jedni ani drudzy nie odważyli się pokazać swoich twarzy, ale także zarówno jedni jak i drudzy wydawali się nie rozumieć, że nienarodzone dziecko jest w sposób oczywisty istotą ludzką, i podobnie jak każda istota ludzka czuje i cierpi. Nie pokazali swoich twarzy, ale ich dzieło było jak najbardziej widoczne na pokazanych przez TVN filmowych ujęciach.
Reporterzy TVN-u, bez sztucznej litości, chłodnym okiem reporterskiej kamery, pokazali nam od pierwszego do ostatniego etapu, cierpienie unicestwianych w najstraszniejszy sposób płodów. Mogliśmy oglądać w nowocześnie spreparowanych zbliżeniach twarze mordowanych dzieci, ich oczy, ich usta, ich maleńkie dłonie. Widzieliśmy to przerażenie, to zdziwienie i wreszcie ten niewysłowiony ból umierania. Ale też mieliśmy okazję wysłuchać rozmów z działaczami i pracownikami organizacji antyaborcyjnych, którzy ów obraz uzupełnili równie poruszającymi szczegółami dotyczącymi samej organizacji tego nowego europejskiego projektu. Otóż, jak się okazuje, na celowniku zarówno samego przemysłu aborcyjnego, jak i całej politycznej sfery korzystającej z jego usług, znalazły się nie tylko kobiety biedne, które nie gwarantują estetycznie prawidłowej oprawy nadchodzących mistrzostw, ale również osoby lepiej usytuowane i lepiej ubrane, które nigdy nie stanowiły zagrożenia dla tego właśnie wymiaru przyszłorocznego święta. Osoby, które w dużej mierze gwarantowały to, że ukraińskie miasta będą w tych dniach godnie reprezentowały przed całym światem tę część Europy. Bo, jak się okazuje, przy okazji oczyszczania miast z akcentów brzydkich, wizerunkowo nieatrakcyjnych, oraz ekonomicznie bezużytecznych, pewna część usuniętych płodów jest przeznaczana na eksport do państw zachodniej Europy do produkcji najwyższej klasy kosmetyków. A więc ten tragiczny proceder w sposób naturalny rozciągnięty został również na obszary zupełnie niezwiązane z Euro 2012.
Wstrząsający był to reportaż. Wstrząsający i bardzo potrzebny, choćby dlatego, że w dobie powszechnego upadku wrażliwości, czy wręcz zdziczenia, w czasach gdy dla wielu z nas to co wzrusza musi być najpierw opisane przy użyciu środków tradycyjnie wiązanych z kulturą popularną, warto szerokim kręgom społeczeństwa uświadamiać zarówno to, czym jest życie poczęte, jak i to, jak niesprawiedliwą i okrutną praktykę stanowią tak bardzo rozpowszechnione zabiegi usuwania ciąży. Ale również to, że nawet życie tak dla nas tajemnicze i niekiedy tak wręcz niepojęte, jak życie nienarodzonego dziecka, zasługuje na szacunek, a jego cierpienie, na to by je traktować jak cierpienie nasze. Ale i jeszcze coś. Że ci wszyscy, którzy nie dość, że na te tysiące przypadków mordowania niewinnych istot nie potrafią w sobie wzbudzić najmniejszej refleksji, to bardzo często – a ostatnio jakby z każdym dniem coraz częściej – uważają ten temat za świetny powód do żartów i politycznych bon motów, powinni jak najszybciej się zreflektować. Bo świat, w którym zabija się niewinnych, jest światem skazanym na porażkę, a świat w którym z tego zabijania się kpi, zasługuje na wieczne potępienie.
No i masz! Napisałem ten tekst i nagle zauważyłem, że wszystko mi się pomyliło. Reportaż, jaki został wczoraj wyemitowany w telewizji TVN24, nie dotyczył mordowania nienarodzonych dzieci, lecz bezpańskich psów. Co za wstyd! Najwyraźniej się w przyspieszonym tempie starzeję. No a na dodatek jeszcze, jak to mają w zwyczaju ludzie w pewnym już wieku, zaczynam żyć swoimi starymi obsesjami, no i staję się niesprawiedliwy. Przecież ani na Ukrainie, ani w Polsce, ani w ogóle na świecie, nie jest tak, by ktoś kogokolwiek zmuszał do aborcji. To zabieg całkowicie dobrowolny, a w dodatku na tyle kosztowny, by w maksymalnym stopniu wyeliminować ryzyko decyzji przypadkowych i nieprzemyślanych.
Stary jestem. Lepiej jednak się skupię na Donaldzie Tusku. Ale to może jutro, bo dziś akurat czuję się, jakbym stracił siłę.

poniedziałek, 21 listopada 2011

O fizyce i o czarach słów parę

Jarosław Kaczyński skierował do mnie list, więc wypadałoby na niego odpowiedzieć. Niestety, sytuacja jest taka, że ja nie bardzo mam do kogo tę moją ewentualną odpowiedź adresować. Z jednej bowiem strony, Prezes nie po to ten list pisał, żeby się dowiedzieć, jakie jest moje zdanie na różne tematy, ale by poinformować mnie jakie zdanie na owe tematy ma on, a z drugiej, ze względów zupełnie oczywistych, tej odpowiedzi on i tak by nie przeczytał. A więc, sytuacja, w której ja bym dziś siadł i zaczął ten wpis od słów ”Szanowny Panie Prezesie”, byłaby w wysokim stopniu żenująca.
Oczywiście, mógłbym też, z zachowaniem właściwej hierarchii, skierować te moje refleksje do kogoś stojącego niżej od Prezesa, a więc na przykład do posła Błaszczaka, lub do pani poseł Szczygło, lub ewentualnie – po starych partyjnych związkach – do samego pana posła Adama Lipińskiego, który do Porozumienia Centrum wstąpił zaledwie parę miesięcy przede mną, no ale, jak idzie o nich trzech, jestem przekonany, że tu jednak już zdecydowanie bardziej mógłbym liczyć na Prezesa. A więc może powinienem jeszcze bardziej spuścić z tonu i zaadresować tę moją odpowiedź do kogoś w rejonie, a więc powiedzmy do pani poseł Marii Nowak, która jest moim szefem tu na miejscu, lub któregoś z jej sekretarzy, no ale aż tak tępy, by zakładać, że skoro nie chce Lipiński, to zechce jakiś Damian, czy Dominik, to ja jednak nie jestem. Oczywiście, możliwości jest tyle – włączając w to list otwarty do Koleżanek i Kolegów z Prawa i Sprawiedliwości – że ja mógłbym tak jeszcze żartować przez kolejne parę stron, tyle że tu niestety żartów nie ma. Bo sprawa jest jak najbardziej poważna. A głównym problemem, jaki ona niesie, jest to, że dziś już w ogóle nie ma z kim gadać. Pozostaje tylko ten blog i ci, którzy go przychodzą czytać. A więc my. Pozostajemy już tylko my. A więc, to jest tylko do Was.
Dlaczego uważam, że nie ma z kim gadać? Z jednego bardzo prostego i bardzo podstawowego powodu. Otóż jestem szczerze przekonany, że, pomijając naturalnie Jarosława Kaczyńskiego, żadna z wyżej wymienionych osób – ale też cała masa tych, których tu wymieniać ani się nie dało, ani też by mi się nie chciało – nie zrozumiała by nawet słowa z tego, co ja tu opowiadam. A nawet gdyby któraś z nich miała choćby teoretyczną możliwość owego zrozumienia, nawet by nie spróbowała tego sprawdzić. Ale też nie ma z kim gadać, ponieważ moje zmartwienia i ich zmartwienia nie są w najmniejszym stopniu zmartwieniami podobnymi. Tak samo, jak nie są podobnymi moje i ich marzenia, czy moje i ich nadzieje. Problem polega na tym, że oni i ja znajdujemy się dziś w całkowicie odmiennych sytuacjach i w kompletnie innych miejscach, a to, że i oni i ja jesteśmy w taki czy inny sposób związani z Prawem i Sprawiedliwością, jest już przede wszystkim czystym przypadkiem, ale też i marnym detalem.
Po przegranych wyborach – wbrew pozorom, mnie osobiście wcale nie wzrusza to, że po raz szósty – kiedy to System zażądał od PiS-u natychmiastowej zmiany prezesa, Jarosław Kaczyński oświadczył, że on nie może zrezygnować, choćby przez wzgląd na tych ludzi, którzy co miesiąc przychodzą na Krakowskie Przedmieścia i krzyczą w jego kierunku słowa „Jarosławie ratuj!”. Ja osobiście, przez ten cały czas, jaki minął od Smoleńskiej Katastrofy, ani razu nie przyszedłem pod Pałac Prezydencki, by razem z innymi wykrzykiwać te słowa, jednak jeśli nie wsiadłem w ten pociąg i nie pojechałem do Warszawy, to wcale nie dlatego, że nie potrzebuję od Jarosława Kaczyńskiego żadnego ratunku. Wręcz przeciwnie. Ja tego ratunku od niego potrzebuję jak najbardziej, ale moje zmartwienie polega na tym, że dziś w Prawie i Sprawiedliwości – w jego władzach i w jego aparacie – zostaliśmy już tylko on i my, którzy uważają, że w ogóle jakikolwiek ratunek by się nam wszystkim przydał. Jestem głęboko pewien, że dziś wszyscy ci, którzy tworzą Prawo i Sprawiedliwość na poziomie centralnego, czy lokalnego przywództwa, są już tylko zwykłymi urzędnikami, którzy mają jakąś pracę do zrobienia, wykonują ją lepiej lub gorzej, i dbają tylko o to, by tej pracy nie stracić, a jeśli się da – by ona nie nakładała na nich zbyt wiele nowych obowiązków.
Przepraszam bardzo, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że kiedy w niedzielę 9 października ukazały się pierwsze prognozy wyborcze, płakała moja córka i płakali oczywiście ci wszyscy, dla których Jarosław Kaczyński czuje się w obowiązku – wbrew wszystkiemu, wbrew wszystkiemu – trwać na posterunku. I znów przepraszam bardzo, ale mam bardzo poważne podejrzenie, że Tomasz Poręba nie płakał. Mam bardzo poważne podejrzenie, że Tomasz Poręba tamtej nocy spał bardzo spokojnie. Powiem więcej. Ja jestem bardzo mocno w podejrzeniach, że również posłowie Kurski i Ziobro spali spokojnie. I to jest dziś mój problem.
Jarosław Kaczyński wysłał do mnie list, w którym wyjaśnia, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory i co trzeba zrobić, by kolejne już jednak wygrało. Z tym co Prezes pisze, częściowo się zgadzam, a częściowo zgodzić się nie chcę. Uważam na przykład, że istotnie billboard z Palikotem był kompletnie idiotyczny, a na domiar złego, estetycznie wyjątkowo ohydny, ale też uważam, że fakt iż on jeszcze przez całe tygodnie po wyborach zaśmiecał moje miasto i kompromitował moją partię w oczach ludzi, jest czyjąś winą. Uważam, że faktycznie uwaga na temat Angeli Merkel załatwiła tę kampanię w sposób ostateczny, co więcej, nie mam najmniejszych wątpliwości, że wszyscy ci, którym w ogóle chciało się przeczytać książkę „Lider” i obejrzeć dołączony do niej film, a którzy dotychczas byli zafascynowani nie wielkością Jarosława Kaczyńskiego, lecz urodą i światłem galerii handlowych, nie zobaczyli żadnego lidera, ale staruszka, który nie dość, że wygląda, jakby dla niego życie się skończyło, to jeszcze to zupełnie otwarcie przyznaje. Mało tego. Ja jestem w stanie wymienić całe mnóstwo kolejnych powodów, dla których te wybory zostały przegrane, jak choćby to, że po niezwykle udanym dla nas, i dramatycznie złym dla Platformy, czwartku, wbrew zapowiedziom Prezesa, że jeszcze został jeden dzień, i że walczyć należy do końca, piątek został oddany w stu procentach. W stu procentach.
Jarosław Kaczyński w liście do mnie pisze, że to wszystko w dużej mierze przez Ziobrę i Kurskiego. Otóż z tym akurat się już nie zgadzam. To nie Ziobro i Kurski załatwili PiS-owi tę porażkę. Tę porażkę PiS-owi jak najbardziej załatwiły media – co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości – ale też tę porażkę PiS-owi załatwili ci, którzy wzięli na siebie obowiązek prowadzenia tej kampanii na poziomie centralnym. Tę porażkę PiS-owi załatwili ci, o których – co z tego, że nie bezpośrednio – Prezes wspomina, a więc ci, którzy wpadli na pomysł tego billboardu z Palikotem i ci, którzy przygotowali do druku książkę „Lider”, ale też ci, którzy wcześniej całą kampanię oparli na dwóch kompletnie pustych i bezbarwnych telewizyjnych spotach, ale też i ci – a mam bardzo poważne podejrzenie, że to są wciąż ci sami – którzy rok wcześniej, przy okazji wyborów samorządowych, przygotowaną przez Ewę Stankiewicz kampanię „Myśl samodzielnie” skazali na całkowity niebyt.
A zatem, z moim Prezesem zgadzam się i się nie zgadzam. To jednak, co moim zdaniem tu jest najważniejsze, to to, że to wszystko możnaby zakwalifikować jako zwykłe błędy, lub pospolite amatorstwo, które się przecież zdarza wszędzie, i to ostatnio niemal nagminnie, gdyby nie problem największy. Na tym zwycięstwie tak naprawdę zależało tylko Jarosławowi Kaczyńskiemu, mojej córce i tym wszystkim ludziom spod krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Tylko im. Cała reszta kombinowała wyłącznie, jak to będzie fatalnie, jeśli PiS wygra i trzeba się będzie wziąć do najbardziej morderczej pracy, która być może zagwarantuje im tylko to, że, jeśli coś nie daj Boże nie wyjdzie, to wszyscy skończą na politycznym wysypisku. I skończy się „Kawa na ławę”, „Kropka nad i”, „Śniadanie w Radio Zet, „Uważam Rze”, blogi w Salonie24, a przede wszystkim skończy się to piękne poczucie, że jest się zarówno twórcą, jak i bohaterem tych jakże ciekawych czasów.
Niedawno dowiedzieliśmy się, że kardynał Dziwisz skierował swojego sekretarza Rasia do pracy w charakterze proboszcza w Bazylice Mariackiej. Powszechna reakcja, o ile się nie mylę, była taka, że Dziwisz go w ten sposób wyróżnił za jego pełną oddania służbę krakowskiemu Kościołowi i Platformie Obywatelskiej. Pani Toyahowa jednak zasugerowała, że wcale nie koniecznie. Że jest bardzo prawdopodobne, że on księdza Rasia zrobił tym proboszczem, żeby ten wreszcie przestał się lansować na parkietach krakowskiej Kurii, ale wziął się do naprawdę ciężkiej pracy. Wczoraj był u nas z wizytą nasz bardzo bliski kolega, który posiada wszelkie dane, by się na tych sprawach znać lepiej od innych, i on, poproszony przez mnie o ocenę tego awansu, powiedział, że w sposób oczywisty, on miał na celu tylko jedno. Żeby ksiądz Raś sobie zarobił. Że praca w Kurii to tak naprawdę marny grosz. Natomiast Bazylika Mariacka – to coś zupełnie innego. A zatem, nie poszło ani o dyscyplinę, ani o zaszczyty, lecz zaledwie o pieniądze. Aż o pieniądze.
To nie jest tekst skierowany do prezesa Kaczyńskiego. Nie jest to tekst skierowany do Jacka Kurskiego i Adama Hofmana. Nie jest to nawet tekst, który miałby stanowić głos w dyskusji na temat tego, co dalej z PiS-em i Polską. To jest zwykły wpis na blogu, który ma na celu przede wszystkim wzruszyć, a oprócz tego dać nadzieję. A nadzieja jest jasna i jednoznaczna. Prawo i Sprawiedliwość wygra następne wybory, a Jarosław Kaczyński zostanie premierem. Nie dlatego, że Solidarna Polska odniesie sukces i pomoże PiS-owi stworzyć wielką koalicję, ale też nie dlatego, że Tomasz Poręba zacznie myśleć propaństwowo i tym razem poprowadzi wręcz modelową kampanię, która zachwyci większość społeczeństwa. Prawo i Sprawiedliwość wygra następne wybory dokładnie tak samo – dokładnie tak samo – jak przed rokiem na Węgrzech wygrał Orban, a wczoraj w Hiszpanii Rajoy. Bo nie będzie miało wyjścia. I my wygramy te wybory, bo to my akurat mamy tego jedynego przywódcę, który jest w stanie to zrobić, i zrobi to, choćby cały świat modlił się o to, by to zwycięstwo zatrzymać. Za tym bowiem stoi już tylko czysta fizyka.
A ja ze swojej strony namawiam do kupowania mojej książki, w której można znaleźć, wcale nie doraźne, ale najbardziej uniwersalne w przesłaniu teksty jeszcze sprzed Smoleńskiej Katastrofy, no ale też do wspierania tego bloga finansowo. Bez tej pomocy, nie dam rady. Dziękuję.

sobota, 19 listopada 2011

Dupa

Wczorajszego wystąpienia Premiera słuchałem – jak zresztą wspomniałem o tym wczoraj – przez ścianę, pisząc tekst o tym, jak to już nie należy się śmiać. A zatem, siłą rzeczy, dochodziły do mnie jedynie co mocniejsze strzępy tego szmeru. A więc, przede wszystkim oczywiście, zwróciłem uwagę na zapowiedź wprowadzenia państwa policyjnego, co zresztą najszybciej jak się dało, odnotowałem tu na blogu. Natomiast pewnie dlatego, że jeszcze nie zdążyłem odpowiednio podzielić swojej uwagi, zupełnie się nie skupiłem na samym początku tej mowy i z całą pewnością nigdy bym na niego w ogóle nie zwrócił uwagi, gdyby nie fakt, że TVN24 powtórzył całość po północy, i akurat załapałem się na ów początek. Proszę posłuchać:
Chcę podziękować wszystkim w Polsce, wszystkim obywatelom, bez wyjątku, niezależnie od tego, czy zaufali w akcie wyborczym tej ekipie, której przyjdzie prowadzić prace państwowej administracji przez następną kadencję, czy też tym, którzy mieli inny pogląd w tej kwestii, bo to podziękowanie, to nie tylko gorące słowa za sam akt wyboru. To przede wszystkim najwyższe uznanie dla polskiego narodu, dla Polek i Polaków za ten wielki wysiłek, wielką odwagę, spokój i determinację, jaką wykazali w ostatnich czterech latach”.
Dlaczego ten fragment mną aż tak poruszył? Przede wszystkim dlatego, że kiedy Donald Tusk nagle dochodzi do przekonania, że może się zachowywać jak głowa państwa, a nie jak partyjny przywódca, który w ostatnich wyborach zebrał jakieś 20 % ogólnego społecznego poparcia, to robi to oczywiste wrażenie. Jeśli Donald Tusk ni stąd ni z owąd uznaje, że fakt iż 80 procent dorosłego społeczeństwa uważa go, podobnie jak jego polityczny projekt, za byt w najlepszym wypadku obcy, nie ma najmniejszego znaczenia dla jego poczucia bycia przywódcą narodu, to znaczyć może tylko tyle, że on albo zwariował, albo został wyznaczony do realizacji jakichś specjalnych zadań skierowanych przeciwko temu właśnie narodowi. Ja rozumiem, że w sytuacji, kiedy około 50% społeczeństwa systematycznie demonstruje w stosunku do polskiego państwa swoją obojętność, w ogóle trudno być tego społeczeństwa przedstawicielem, i że w naszych warunkach nawet prezydent ma tu sytuację nie do końca czystą. No ale prezydent przynajmniej de nomine funkcjonuje jako głowa państwa i przywódca narodu, więc normalni ludzie panoszenie się takiego Komorowskiego w ten czy inny sposób tolerować muszą. Ale Tusk? A któż to taki ten Tusk? Szef Platformy Obywatelskiej? A cóż to kogo obchodzi, poza tymi, którzy na niego i jego kumpli głosowali?
Ja na przykład uważam Jarosława Kaczyńskiego za największego polskiego polityka od czasu Piłsudskiego. No ale gdyby on nagle zaczął albo wypowiadać się w imieniu Narodu, albo do tego Narodu się zwracać na tym poziomie poufałości, poczułbym zaniepokojenie. Kaczyński to reprezentant moich interesów i interesów ludzi, którzy mają podobne do mojego spojrzenie na sprawy ogólne. Ci którzy tego spojrzenia nie akceptują, bardzo też często tego spojrzenia nie tolerują. Ułomność demokracji polega na tym, że czasem nie ma innego wyjścia, jak pozwolić administrować krajem tym, których większość nie akceptuje, a nawet niekiedy życzy im wyłącznie długiej i bolesnej śmierci. I ja to rozumiem, bo wiem, że nic mądrzejszego od demokracji nikt dotychczas nie wymyślił. Ale przy tym też nigdy by mi nie przyszło do głowy, by nagle akceptować poklepywanie tej części wyborców po ramieniu, bo przez ową ułomność demokracji oni stali się w gruncie rzeczy też nasi. A Tusk zdaję się robić to jak najbardziej poważnie. I to uważam za bezczelność najwyższą. Za coś, za co należy się w najlepszym wypadku kopniak w dupę. Ale o tym jeszcze będzie.
Jednak w tej wypowiedzi jest coś jeszcze gorszego, co uważam już za bezpośrednią złośliwość w stosunku do mnie osobiście. Co to w ogóle ma znaczyć, że Donald Tusk mi dziękuję? Ja ani na jego podziękowania ani nie czekam, ani jego podziękowań nie potrzebuję, ani nie uważam też, że na te jego podziękowania w jakikolwiek sposób sobie zasłużyłem. Wręcz przeciwnie – jestem przekonany, że wszystko co dotychczas zrobiłem i powiedziałem, że wręcz każde tchnienie jakie z siebie przez te sześć już lat z siebie wydałem miało na celu tylko jedno: doprowadzenie do tego, żeby ten człowiek zniknął i by wszelki ślad po nim zaginął. A on tymczasem przyłazi do mnie i mówi mi: „dziękuję”.
Wczoraj już trochę się zastanawiałem nad tym, do jakiego stopnia Donald Tusk myśli i postępuje samodzielnie. Możliwe więc jest, że jemu ktoś w ten dziwny sposób podziękować mi kazał, lub że on jest tak już głupi, że nawet jednego zdania nie jest w stanie zacząć i skończyć tak, by zachować choć minimalny jego sens. Że on po prostu jest zaprogramowany na to, by gadać cokolwiek i liczyć na to, że jeśli mu się uda przy tym utrzymać wyprostowaną pozycję, jakoś to będzie. Tak samo dziś, jak i wczoraj, jestem skłonny założyć, że to wszystko to jednak tylko jego wymysł. To jednak zaledwie wytwór stanu umysłowego, w jakim on się dziś znalazł. Jeśli dziś bowiem jest tak, że Donald Tusk w swoim expose najpierw mówi, że on czuje dług wdzięczności nie tylko do tych, co go wybrali, ale również do tych, co go nienawidzą, a następnie logikę tego bełkotu wyjaśnia, nie mówiąc – tak jak możnaby ewentualnie oczekiwać – że on jest na przykład wdzięczny za to, że nikt z nas go w jakiejś chorej desperacji nie odstrzelił, lub że nikt z nas nie podpalił jego miejsca pracy, ale że on nie może wyjść z podziwu nad naszym „wysiłkiem, odwagą, spokojem i determinacją”, to, tak jak mówię – za tym stoi albo wyjątkowa tępota, albo wyjątkowo bezczelny zamiar.
Bo o jakiej determinacji on mówi? O jakiej determinacji wspomina Donald Tusk, mając na myśli choćby moją osobę? Który element mojej determinacji jemu się tak spodobał, że on mi za nią czuje się w obowiązku dziękować? No i przy okazji, co ma moja determinacja do mojego spokoju? I co mój spokój z moją determinacją mają do mojej odwagi? Jaką to moją odwagę on ma na myśli? I który z moich wysiłków mu tak zaimponował? Przecież ten człowiek najzwyczajniej w świecie stracił umysłową równowagę. To jest zwyczajny wariat.
Dwa razy wspominałem tu o pewnej Ani Bałon i pewnie bardziej wrażliwi czytelnicy już zaczynają podejrzewać, że mną też jest coś nie tak. Otóż nie. Zapewniam, że nie. A jeśli rzeczywiście ja z tego nieszczęścia faktycznie zaczynam już powoli odjeżdżać, to o tym z całą pewnością nie świadczy to, że się uczepiłem Ani Bałon. To wszystko bowiem, co ją akurat spotkało ze strony Systemu na poziomie najbardziej podstawowym, doskonale symbolizuje to, co się dzieje z całą naszą Polską.
Proszę sobie wyobrazić, że ja i pani Toyahowa zostaliśmy dziś zaproszeni na pewne bardzo wykwintne przyjęcie. W związku z tym, udaliśmy się dziś rano do tak zwanej „starej szmaty” i kupiliśmy mi marynarkę za 30 zł. Założyłem więc tę marynarkę, pod marynarkę białą koszulę, do koszuli krawat, na tyłek czarne spodnie, spojrzałem w lustro i wykrzyknąłem ni mniej ni więcej jak tylko: „Jara mnie to, że jestem taki przystojny!” Młodsza Toyahówna, która stała akurat obok i mnie kocha, wybuchnęła śmiechem, ale, owszem, potwierdziła. Ja rzeczywiście wyglądałem ładnie.
Jednak oczywiście tak naprawdę wcale nie o to chodziło. Ja przed, jak mawiał Poeta, oczami duszy mojej, miałem coś zupełnie innego. Otóż moja starsza córka znalazła dziś gdzieś w Internecie ofertę zamieszczoną prze kogoś, kto produkuje t-shirty z napisem „Jara mnie to że jestem taka ładna i szczupła”. Nic takiego. To akurat już mieliśmy kiedyś, kiedy rynek został zalany t-shirtami z napisem „Radio Ma Ryja” czy „Niszcz Kaczyzm”. A moim problemem jest to, że nikt nigdy nie zacznie produkować na masową skalę koszulek z napisem: „Jara mnie to, że mam pozytywną szajbę na ten temat”. Dlaczego? Dlatego że nikomu takie koszulki są nie potrzebne, ale też dlatego, że i tak ostatnio największym hitem jest to, że Kaczyńskiemu zdechł kot. Bardzo śmieszne. Strasznie, kurwa, śmieszne.
Własnie prze chwilą weszła mi za plecy pani Toyahowa, zaczęła mi przez ramię czytać ten tekst, i najpierw powiedziała tak: „Co to ma być? Jakiś pamiętnik?” A chwilę później: „A ja bym chciała taki znaczek do przypinania z napisem ‘Smoleńsk pomścimy’”.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego jak poinformować o bardzo zabawnym incydencie, jaki nam się zdarzył podczas wspomnianej imprezy. W pewnym momencie, na sali pokazał się pewien bardzo znany – że zacytuję Niziurskiego – „osobnik”, a ponieważ stał odwrócony do nas dupą, zapragnąłem zrobić zdjęcie tej dupy, zamieścić je tutaj i ogłosić konkurs pod tytułem: „Czyja to dupa?” Niestety Toyahowa mi zakazała. Ale ja jestem uparty i, wbrew zdrowemu rozsądkowi, powtarzam to pytanie: „Czyja to dupa?” Pierwszy autor poprawnej odpowiedzi zostanie przez mnie wyróżniony egzemplarzem mojej książki o liściu z autografem. A ci, którzy nie wygrają, niech ją, do ciężkiej cholery, kupują. Przecież to jest czysty zysk.

piątek, 18 listopada 2011

I nikomu nie wolno się z tego śmiać...

Dotarła do mnie w tych dniach informacja, czy może tylko mocna spekulacja, że kiedy Donald Tusk, wychwalając Jarosława Gowina jako nowego Ministra Sprawiedliwości, zapewnił, że Gowin to „pozytywna szajba”, nie mówił tego tak po prostu, od siebie, ale że to określenie zostało mu podrzucone przez jego wizerunkowych doradców. Na ten sposób objaśniania stanu umysłu Premiera jestem jak najbardziej otwarty z dwóch względów. Przede wszystkim dlatego, że on doskonale wspiera to, co ja sobie o tym dziwnym człowieku myślę już od pewnego czasu. Że on mianowicie robi dziś wyłącznie wrażenie kogoś tak strasznie nieprzytomnego, że gdyby się nagle miało okazać, że on ma pod karkiem zamontowaną specjalną sprężynkę z kluczykiem, którym ktoś go każdego ranka nakręca, choćby po to, by się nagle nie złożył, nikt by się nawet szczególnie nie zdziwił. A więc to jest całkiem możliwe – ten greps o pozytywnej szajbie to mógł być nie jego pomysł. Podobnie zresztą, jak każdy inny z formułowanych przez niego codziennie pomysłów.
Biorę jednak chętnie pod uwagę tę możliwość z tego też względu, że, jeśli faktycznie tak jest, że któryś z wybitnych cybernetyków, prowadzących Donalda Tuska po tych jego krętych ścieżkach, uznał, że ten greps z pozytywną szajbą zrobi na ludziach pozytywne wrażenie, to znaczy, że im towarzystwo tego człowieka zdecydowanie zaszkodziło. A w końcu, cóż może być dla nas przyjemniejszego, niż wiadomość, że tam zapanowała właśnie jakaś ciężka zaraza? Teraz już tylko trzeba wypatrywać, jak oni wszyscy po kolei zaczną zdychać.
Z drugiej strony, muszę przyznać, że, jeśli rzeczywiście założyć, że za tymi dziwnymi słowami stoi jakiś plan, to ja go nie rozumiem. Autentycznie nie jestem w stanie odgadnąć, jaka logika może kierować myślą, że jeśli, anonsując kandydaturę nowego Ministra Sprawiedliwości, Premier powie, że ów minister cierpi na „pozytywną szajbę”, to w ten sposób, że się utrzymam na zaproponowanym przez władzę poziomie retoryki, się „zapunktuje”. Tego nie rozumiem i obawiam się, że już do końca życia nie zrozumiem.
Jest też jednak oczywiście taka możliwość, że Donald Tusk zachowuje wciąż pewną umysłową autonomię i owa uwaga na temat „pozytywnej szajby”, na którą cierpi Jarosław Gowin – nowy Minister Sprawiedliwości, była tej autonomii swoistą demonstracją. Należy tę ewentualność brać pod uwagę, pamiętając choćby fakt, że całość tej wypowiedzi była nieco bardziej rozbudowana. Donald Tusk nie tylko określił Jarosława Gowina mianem „pozytywnego szajbusa”, ale dodał do tego jeszcze zwrot: „na ten temat”, przez co całość brzmiała mniej więcej tak: „Jarosław Gowin reprezentuje pozytywną szajbę na ten temat”. A to – przepraszam bardzo – robi już wrażenie autentycznego obłąkania, i uważam, że przynajmniej to „na ten temat” stanowiło tu osobisty, autorski wkład Premiera.
I to mnie prowadzi do refleksji o charakterze już czysto rozrywkowym. Bo oto jestem przekonany, że wspomniana „pozytywna szajba na ten temat” to wydarzenie zupełnie wyjątkowe. Mieliśmy ostatnio okazję zastanawiać się na przypadkiem szczególnej kariery, jaką w Internecie zrobiła pewna Ania Bałon, 18-letnia dziewczynka z Opola, która zapragnęła zostać modelką, a przez to, że jest wyjątkowo ładna i zgrabna, odniosła na tym polu pewien sukces. Otóż ta Bałon, z tego oto powodu, że zdaniem wielu komentatorów jest po prostu głupia, stała się obiektem powszechnych i najbardziej brutalnych szyderstw ze strony internautów. Podstawowy atak na dziewczynkę sprowadza się zatem najpierw do wyszukiwania kompromitujących jej rozum wypowiedzi, a następnie szeregu pełnych najróżniejszych obelżywości życzeń i żalów, w tym tego podstawowego, że źle się stało, że ona w swoim czasie nie została zwyczajnie wyskrobana.
Nienawiść, jaka opanowała Internet, ale też szerzej rozumianą kulturę pop, oparta jest między innymi na jednej z wypowiedzi Ani Bałon, gdzie wyznaje ona, że „jara się tym, jaka jest ładna i szczupła”. Osobiście uważam, że każdy w miarę rozgarnięty kibic, widząc jak to dziecko wyglądało jeszcze dwa lata temu – telewizja nie oszczędza nikomu niczego – powinien raczej ze zrozumieniem pochylić głowę nad tym, owszem, dość komicznie brzmiącym, ale przecież zupełnie sensownym, wyznaniem, no ale tak się jakoś dzieje, że zamiast tego wokół słyszymy tylko rechot. I teraz powiem coś dla mnie absolutnie oczywistego. Otóż jestem szczerze i głęboko pewien, że gdyby owa Ania Bałon nagle wpadła na pomysł, by, zamiast mówić, że ona się „jara” tym jaka jest ładna, powiedziała, że jeśli idzie o bycie modelką ona „ma pozytywną szajbę na ten temat” – zostałaby zwyczajnie i po prostu zniszczona. Oczywiście, ona i tak dziś już jest niszczona – i to niszczona bardzo brutalnie – ale jestem głęboko przekonany, że gdyby ona wspomniała coś o tej „pozytywnej szajbie na ten temat” – już by było po niej. To byłby jej ostateczny koniec.
Kiedy piszę ten tekst, w telewizji swoje expose wygłasza Donald Tusk i, o ile dobrze słyszę, on akurat, wbrew wszystkiemu, radzi sobie świetnie. Sprężynka jest dobrze naciągnięta, słowa z jego ust wychodzą gładko i zrozumiale, a wokół śladu śmiechu. Ale właśnie przed chwilą usłyszałem, jak wycieka z tych ust mniej więcej coś takiego (cytuję z pamięci): „Ktoś w Parlamencie Europejskim powiedział niedawno, że już za chwilę Europa zostanie podzielona na dwie części – jedna z nich obejmie tych, którzy siedzą przy stole, a druga tych, którzy leżą na talerzach. My Polacy musimy zadbać o to, byśmy siedzieli przy stole. W związku z tym, rząd, w trosce o bezpieczeństwo obywateli, zapewni wojsku i policji znaczne podwyżki wynagrodzeń. Do lipca przyszłego roku policjanci i żołnierze otrzymają 300 zł. podwyżki każdy, i jeszcze raz tyle przed końcem roku”. I teraz przepraszam wszystkich serdecznie, ale zamurowało mnie. Zwyczajnie mnie zamurowało, i już nie jestem w stanie dalej pisać. Najnormalniej w świecie utknąłem i jedyne co potrafię aktualnie robić, to gapić się bezmyślnie w okno i starć się odzyskać równowagę.
Oto bowiem, w tym dzisiejszym expose, padło absolutnie najważniejsze, kluczowe i decydujące o wszystkim zdanie, stawiające sprawę najjaśniej jak tylko jest to możliwe. Ponieważ w nadchodzących miesiącach, Polsce grozi sytuacja, kiedy to zostanie przez silniejsze państwa Unii Europejskiej schrupana, władza nie może dopuścić do jakichkolwiek szkodliwych i niebezpiecznych ekscesów. A w ramach tej troski, społeczeństwo w swojej podstawowej większości zostanie najpierw zmuszone do pewnej istotnej kontrybucji, a następnie wszyscy ci, którzy zechcą z tego powodu wyrażać niezadowolenie, będą mieli do czynienia z armią złożoną z dobrze opłaconych i zadowolonych funkcjonariuszy. Zgoda – plan przygotowany na 11 listopada nie do końca wypalił, ale ponieważ wedle powszechnych oczekiwań, to co najgorsze wciąż przed nami, można się spodziewać kolejnych prób. Możliwe bardzo, że tym razem udanych. I władza jest na te okoliczność przygotowana znakomicie. No i dobrze. Przynajmniej mamy jasność. A ponieważ nie jesteśmy w stanie nic na to poradzić, pozostaje nam czekać w skupieniu i starać się zachować zimną krew.
A ja, robiąc to co robię, mogę wyrazić tylko jeszcze jedną refleksję – Naprzeciwko nas nie stoi tak zwana oświecona tyrania. Przeciwko nam nie wystąpili ludzie, którzy dla dobra powszechnego postanowili poświęcić najbardziej podstawowe zasady demokracji. Naszymi przeciwnikami nie są jacyś nieokreśleni mistrzowie dalekosiężnego planowania. Dziś mamy do czynienia już tylko z pozytywną szajbą w tym temacie. I to naprawdę nie jest już ani trochę śmieszne.

Zbliżają się Święta. Wygląda na to, że tym razem jeszcze nic im nie zagraża. A więc będzie choinka, będzie ryba, będą prezenty. Zachęcam wszystkich, którzy jeszcze tego nie zrobili do kupowania mojej książki o liściu. To będzie naprawdę bardzo dobry prezent gwiazdkowy. No a poza tym, proszę stale wspierać ten blog finansowo. I pozostaję w nieskończonej wdzięczności.

czwartek, 17 listopada 2011

Gdy Niebo milczy

Niedaleko miejsca gdzie mieszkam, znajduje się bardzo piękna willa, która od niepamiętnych czasów należała najpierw do Partii, a następnie do rządu. Kiedy byłem dzieckiem, ile razu do Katowic przyjeżdżał ktoś ważny, a więc jakiś de Gaulle czy Castro, wiadomo było, że będzie mieszkał właśnie tam, a kiedy już dzieckiem być przestałem, w pewnym momencie ów budynek został przeznaczony na czeski konsulat, i takim pozostał już do dziś. Na murze sąsiadującym z czeskim konsulatem, dokładnie naprzeciwko, można wciąż jeszcze bez wysiłku odczytać nabazgrany czerwoną farbą napis: „Bracie Czechu nie truj”. Może mi się tak tylko po tych wszystkich latach wydaje, ale mam wrażenie, że oryginalnie tam było napisane „Bracie Czechu nie truj Lecha”, tylko że tego Lecha gdzieś w międzyczasie wcięło. Ale chyba jednak coś źle zapamiętałem, bo główna część napisu jest bardzo wyraźna i nie bardzo wiem, w jaki sposób to ostatnie słowo mogło się zgubić. Może więc było tak, że całość tej prośby była wypisana ni tu, ale na jakimś plakacie, czy transparencie.
Nieważne. To co się liczy, to fakt, że najprawdopodobniej z całej naszej dzielnicy jestem dziś jedną z nielicznych osób, które wiedzą, skąd się ten napis tam wziął i o co w nim chodziło. A jest tak jak mówię, wcale nie dlatego, że jestem taki stary, ani też dlatego, że jakoś szczególnie się zawsze pewnymi sprawami interesowałem, ale przez czysty przypadek. Otóż jeszcze za komuny, choć już pod sam jej koniec, w pewnej wiosce na Morawach o nazwie Stonawa, komunistyczne władze Czechosłowacji postanowiły wyciąć duży kawał lasu i wybudować w tamtym miejscu koksownię. Na ten pomysł zareagowali czescy i polscy ekolodzy, i solidarnie się decyzji władz postawili. Nie bardzo dziś pamiętam, jak się ten protest rozwijał i jak zakończył, ale pamiętam, że pewnego dnia pod „moim” konsulatem doszło do mikroskopijnej demonstracji naszych lokalnych ekologów. Jak mówię, protest był mikroskopijny – zaledwie kilkadziesiąt osób – jednak na tyle duży, że trudno go było w tamtych latach nie zauważyć. Stałem sobie więc z boku, patrzyłem na tych peerelowskich zielonych wznoszących hasła typu „Stonawa zagłada”, czy własnie to wspomniane wyżej „Bracie Czechu nie truj Lecha”, i w pewnym momencie zobaczyłem, że wśród demonstrujących nagle pojawili się jacyś nowi, wyciągnęli takie małe składane pałki i zaczęli tych ekologów zwyczajnie lać.
I to zdarzenie musiałem już zapamiętać. I samo zdarzenie i wszystko co mu towarzyszyło. Trochę oczywiście przez to, że tych demonstracji w tamtych czasach aż tak dużo nie było, ale przede wszystkim przez tych panów z rozkładanymi pałkami, no a już najbardziej przez to, że wśród nich rozpoznałem pewnego mojego sąsiada, a jeszcze wcześniej kolegę z podwórka. Biegał on wraz ze swoją ferajną w tę i z powrotem między tymi ekologami i walił ich gdzie popadnie tą swoją pałeczką. To było naprawdę coś. To było coś naprawdę dużego.
Przypomniałem sobie ten napis na murze naprzeciwko czeskiego konsulatu w Katowicach, a przy okazji tamto zdarzenie sprzed lat, chwilę po tym, jak obejrzałem na youtubie nadesłany mi przez Pawła film, pokazujący bardzo wyraźnie i w zwolnionym tempie, jeden, drugi i trzeci raz, scenę, kiedy to 11 listopada, podczas rozpędzania warszawskiej demonstracji, przez policję, jakiś chłopak w cywilu, bezlitośnie i w kompletnym amoku, najpierw pierze, potem obezwładnia gazem, a następnie kopie, jakiegoś innego, nawiasem mówiąc kompletnie bezbronnego, chłopaka. Piszę „w cywilu”, bo jak wszyscy, którzy czytają ten tekst już wiedzą, ów napastnik to policjant, a poza tym, na filmie widać wyraźnie, że to akurat nie może być nikt inny, jak właśnie policjant. Obejrzałem ten film, a przy okazji jeszcze parę innych filmow i zdjęć z tych uroczystości, i w pierwszej kolejności uznałem, że wszystkie moje podejrzenia co do tego, że tego właśnie 11 listopada władza miała na celu sprowokowanie takich zamieszek i takiego zbiorowego nieszczęścia, by w reakcji na to co się stało, wprowadzić coś w rodzaju permanentnego stanu wyjątkowego, który następnie pozwoli jej najpierw, z pewnym społecznym poparciem, zdelegalizować wszelką prawicową opozycję, a przy okazji w miarę suchą nogą przejść przez przyszłoroczny kryzys, że wszystkie te podejrzenia były jak najbardziej słuszne. To właśnie w tym celu, rzuciła ona na miasto bandy tych policjantów w cywilu, z jednym tylko zadaniem – by doprowadzili oni do rozruchów na skalę dotychczas niespotykaną. Kiedy się ogląda ten film, zachowanie tego policjanta, ale też zachowanie jego kolegów, nie można mieć najmniejszej wątpliwości, że wszystko co oni robią, ma na celu ten jeden, jedyny efekt. Choć jedną śmierć i jeden wielki wstrząs.
No więc to było to, co sobie pomyślałem w pierwszej chwili. Jednak już w chwilę potem, przypomniałem sobie tę Stonawę, tamtą demonstrację pod czeskim konsulatem w Katowicach, i tego mojego byłego kolegę, tłukącego jednego z ówczesnych ekologów swoją specjalną rozkładaną pałką, i pomyślałem sobie, że tamto się w żaden sposób nie skończyło. Że wciąż trwa w najlepsze, i się nie skończy dopóki będziemy mieli to, co mamy dziś.
Żyjemy w czasach, kiedy wokół dzieje się tyle różnorakich rzeczy, a wszystkie są tak interesujące i tak barwne, że nie sposób przejmować się już czymkolwiek dłużej niż jeden dzień. W związku z tym, ja naprawdę nie mam nadziei, że to co nakręcił ów anonimowy świadek, zmieni cokolwiek w naszej zbiorowej świadomości. Nie mam najmniejszej nadziei, że nawet gdyby ten film telewizja TVN24, a za nią wszystkie pozostałe stacje telewizyjne, nadawała przez następny miesiąc od rana do wieczora – wraz z odpowiednim komentarzem, czy bez owego komentarza – ogromna większość społeczeństwa by się w pewnym momencie tym wszystkim zaledwie znudziła, i zaczęła prosić o powtórkę „Tańca z gwiazdami”, lub ostatniego odcinka programu „Top Model”. I to uważam za coś absolutnie porażającego. Przede wszystkim dlatego, że to z czym mieliśmy w miniony piątek do czynienia, stanowi w najgorszym wypadku ten sam – a prawdopodobnie jednak znacznie gorszy – rodzaj zdarzenia, jakie miało miejsce przed laty w Los Angeles, kiedy to dwóch policjantów brutalnie pobiło jakiegoś zaćpanego, agresywnego czarnego motocyklistę, ktoś ten incydent przypadkiem nakręcił kamerą wideo, i przez to czarni mieszkańcy miasta, Los Angeles zwyczajnie spalili. Dlaczego my nie spalimy Warszawy? Dlatego mianowicie, że taki to jest ten nasz charakter. Ludzi łagodnych i cierpliwych. Niektórzy mówią, że i posłusznych.
Ale tak to już jest w tym naszym świecie. Że całe nasze życie to walka z tymi, co naszą łagodność traktują albo jako okazję do wyżycia się, albo do wymuszenia na nas pewnych zachowań, dzięki którym oni się wykarmią. I muszę przyznać, że ile razy mnie ktoś w życiu pytał, czego najbardziej nie lubię, to nigdy nie mówiłem, że głupoty, podłości, kłamstwa, czy zdrady – a przynajmniej nie przede wszystkim – ale zawsze w pierwszej kolejności ludzi, którzy wykorzystują naszą łagodność dla swoich bardzo niskich celów. Zwykle tego typu zachowania przejawiają się w zwykłych codziennych kontaktach w domu i w pracy. W mojej sytuacji najprościej by było wspomnieć o tym, jak traktuje mnie pani Toyahowa, która doskonale wie, że w stosunku do mnie może sobie pozwolić na wszystko, i oczywiście – w tej chwili już na zasadzie odruchu – na wszystko sobie pozwala. No ale nie będę się skarżył, bo przede wszystkim sam sobie zgotowałem ten los, a poza tym, w tym stanie rzeczy potrafię dojrzeć pewną wartość. Nie jestem jednak w stanie zaakceptować sytuacji, kiedy to ludzie mniej lub bardziej obcy, pozwalają sobie w stosunku do innych – równie obcych – osób, na tego typu, nazwijmy to, poufałość. I przykłady tu możnaby mnożyć. Proszę zwrócić uwagę, że ile razy zdarza nam się, że ktoś nas potraktuje jak szmatę, to najczęściej jest tak, że ów ktoś, musi wcześniej zorientować się, że akurat z nami tak można. Z kimś innym – już nie. Ale z nami, owszem. Bo powszechnie wiadomo, że my nasze oburzenie schowamy głęboko w sobie. Bo tacy już jesteśmy. Uważam więc ten rodzaj kalkulacji za podłość i grzech największy.
W przypadku, o którym w dzisiejszym tekście piszę, chodzi jednak o coś więcej. To nie tylko jest tak, że – traktowany tu oczywiście wyłącznie jako symbol czegoś szerszego i znacznie ważniejszego – Donald Tusk doszedł do wniosku, że świat w jakim mu przyszło funkcjonować, jest na tyle delikatny, że to mu daje prawo do zupełnie nieograniczonego się tu panoszenia. Że ponieważ otaczają go wyłącznie jednostki słabe, on tu będzie panem. On będzie wszystkich traktował jak swoje psy. I w dodatku będzie to robił w poczuciu całkowitej bezkarności. Chodzi, jak mówię, o coś więcej. Donald Tusk – powtarzam, traktowany tu jedynie jako symbol – doszedł do przekonania, że sama bezpośrednia agresja to za mało. Że, choćby dla wzmocnienia poczucia własnego komfortu, powinien doprowadzić do tego, że ten cały motłoch, tę zbieraninę prostych, łagodnych, łatwowiernych, naiwnych i w gruncie rzeczy dobrych ludzi, należy odpowiednio postraszyć. Należy im dać do zrozumienia, że jeśli oni tylko spróbują podnieść głowę, to dopiero wtedy zobaczą, na czym polega prawdziwe piekło. Ja wiem, że polityka to sztuka walki, ale skoro jest wojna, to i ja nie zamierzam się poddawać już na samym jej początku.
Nadchodzi bardzo ciężki rok. Osobiście jest mi bardzo trudno wyobrazić sobie, jak to będzie, kiedy zrobi się naprawdę źle. Ale ludzie, którym wierzę, mówią, że nadchodzi rok bardzo, bardzo ciężki. I zakładam, że będziemy wszyscy mieli kłopot. Ale, ponieważ wierzę w te przepowiednie, uważam też, że i Donald Tusk – cały czas traktujemy go tu wyłącznie jako tak zwaną „figurehead” – świetnie wie, co się kroi. A wiedząc to, zapewne uznał, że już nie wystarczy zwyczajnie, tak jak dotychczas, straszyć nas, tych biednych, nicnierozumiejących ludzi, tym czymś, co się stanie, kiedy Platforma Obywatelska utraci władzę, ale pokazać im film, na którym wszystko będzie widać wyraźnie i w kolorze. No i ten film postanowił dla nich nakręcić. A do tej roboty wynajął tych wszystkich, którzy zawsze się do tego najlepiej nadawali, a więc służby i media. Że się nie do końca udało? Trudno. Zawsze można spróbować raz jeszcze. A jak nie wyjdzie – bo to, że to bydło jest takie łagodne i spokojne, ma swoje dobre, ale też niestety i złe strony – to trzeba będzie spróbować jeszcze raz. Po co? Dla władzy i pieniędzy. Wyłącznie dla władzy i pieniędzy. Dla niczego więcej.
Dlatego też, jedyne co mi w tej chwili przychodzi do głowy, to myśl taka, że kiedy wreszcie się otrząśniemy z tego poczucia, że zawsze może być gorzej, i że dziś najważniejsze jest, by nie stracić tego naszego spokoju i cierpliwości, będziemy wiedzieli co trzeba zrobić już od samego początku. I to nie dlatego, że za tym gestem będą stały jakieś względy praktyczne – w końcu kto z nas kiedykolwiek był aż tak bardzo praktyczny? – ale, ot tak, żeby sobie nie pluć później w brodę, że przegapiliśmy ten jeden moment, kiedy można było się zachować godnie i odważnie. I mam tylko nadzieję że wszyscy świetnie wiemy, kto stoi na samym końcu tego marzenia.

Jeśli kogoś powyższy tekst w jakikolwiek sposób nastroił pozytywnie, bardzo proszę, niech wspomoże ten blog finansowo, a jeśli ktoś uważa, że coś za coś, niech te pieniądze wpłaci Coryllusowi w jego księgarni i kupi sobie moją książkę o liściu. Zapewniam, że nie pożałuje. Dziękuję.