Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Hartman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Hartman. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 czerwca 2021

Czarną deską po łbie Jana Hartmana

 

Dziś chciałbym tu przedstawić kolejną serię swoich krótkich kawałków, zamieszczanych od dłuższego już czasu w miesięczniku „Polska Niepodległa” pod tytułem "Wezwani do tablicy". Tym razem mamy zestaw dość monotematyczny.

 

 

 

Uczciwie powiem, że nie umiem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek pojawiła się tu postać krakowskiego profesora Jana Hartmana, podejrzewam jednak że nie, i tym samym jest mi z tego powodu bardzo wstyd, bo widzę tu z mojej strony bardzo duże zaniedbanie. Postaram się dziś jednak ten brak nadrobić z naddatkiem, a jest po temu świetna okazja, bo wspomniany Hartman postanowił na swoim blogu zaatakować abp. Jędraszewskiego, a zrobił to w sposób tak beznadziejnie głupi, że na miejscu prezydenta Dudy, ja bym mu ową profesurę, choćby tylko symbolicznie, odebrał. Oto, proszę sobie wyobrazić, we wzmiankowanym tekście Hartman napisał coś takiego:

Po ośmiu latach od swojej pierwszej nazistowskiej wypowiedzi arcybiskup metropolita krakowski Marek Jędraszewski dopuścił się w czasie uroczystości Bożego Ciała drugiej wypowiedzi w jednoznacznie hitlerowsko-goebbelsowskim stylu. Uważam za pewnego rodzaju publiczną zmowę dziennikarzy i komentatorów skupianie się przez nich wyłącznie na rutynowych faszystowskich wypowiedziach tego watykańskiego dygnitarza i agenta, to jest wypowiedziach wyrażających pogardę i nienawiść wobec LGBT. Zło jest zawsze stopniowalne – nie wolno lekceważyć homofobii i faszystowskiej nienawiści, niemniej czysty rasizm, segregujący ludzi wedle ich biologicznego uposażenia i łączących wartości kulturowe z tożsamością biologiczną, jest czymś jeszcze bardziej haniebnym i niebezpiecznym. Jest również przestępstwem w świetle polskiego prawa, które zakazuje nawoływania do nienawiści na tle rasowym”.

Pomijając już to czym abp Jędraszewski tak rozsierdził tego dziwnego człowieka, jest czymś moim zdaniem niewyobrażalnym, by było nie było człowiek o jakimś tam wykształceniu oraz intelektualnej pozycji, w publicznej debacie sięgał do argumentów jeszcze w latach 50-tych poprzedniego stulecia bardzo precyzyjnie i skutecznie wyszydzonych, jako „reductio ad hitlerum”. Wydawaoby się, że porównywanie do Hitlera osób, których z jakiegokolwiek względu się nie lubi, to poziom z jakich mamy do czynienia wyłącznie na politycznych demonstracjach organizowanych przez głupszą część socjalizującej młodzieży, a tymczasem proszę! Oto człowiek w wieku ponad średnim, z wykształceniem ponad wyższym, w dodatku – last but not least – żyd, co jakby w sposób oczywisty zobowiązuje w sposób szczególny. A tu taki wstyd.

 

***

 

Ktoś być może zapyta, cóż takiego krakowski arcybiskup takiego powiedział, że prof. Hartman stracił dla niego głowę? Otóż, szczerze powiem że ani ja tego do końca nie wiem, ani też sam Profesor nam tego nie tłumaczy. To znaczy, coś tam nam mówi, ale nie do końca. Posłuchajmy raz jeszcze mądrości tego człeka:

Nie pojmuję, jak to się dzieje, że wypowiedzi o ‘tęczowej zarazie’ – haniebne, głupie i świadczące o osobistym łajdactwie Jędraszewskiego – cytuje się i potępia z nieporównanie większą częstością i siłą niż brutalnie rasistowską uwagę o rezerwatach rzuconą w Pabianicach w 2013 r., gdy Jędraszewski był jeszcze biskupem w Łodzi. Czy kolejny nazistowski tekst Jędraszewskiego przejdzie bez echa? Mam nadzieję, że prasa oraz ludzie dobrej woli, w tym katolicy, wreszcie się opamiętają i Jędraszewskiego spotka zasłużony ostracyzm. Nie ma w Krakowie i Polsce miejsca dla nazistów, a już zwłaszcza nazistów reprezentujących organizację religijną, która brała udział w nazistowskiej napaści na Polskę we wrześniu 1939 r. i z histeryczną konsekwencją broniła Hitlera do samego końca, nie bacząc nawet na to, że tenże Hitler hurtowo mordował katolickich księży.

Niby wiadomo. Jędraszewski użył – swoją drogą, jakże celnego – określenia w postaci „tęczowej zarazy”, jeszcze osiem lat temu, jako biskup Łodzi powiedział coś o „rezerwatach”, czego osobiście nie pamietam, ale brzmi mi to doś sympatycznie, tym razem jednak, jak rozumiem, chodzi o coś znacznie poważniejszego. Tylko o co? I znów, myślę że tak naprawdę, to co tak ubodło Hartmana nie ma większego znaczenia, natomiast ciekawe jest to, że ów mędrzec z jednej strony pisze coś o tym, że Hitler „hurtowo” mordował kapłanów Kościoła Powszechnego, a z drugiej sugeruje że oni niemal z automatu, z samej zasady, byli nazistami, którzy w 1939 roku dokonali napaści na Polskę, a potem „z hiteryczną konsekwencją” bronili Hitlera, który, jak już wspomjieliśmy, „hurtowo ich mordował”. A ja już w tym momencie nic z tego nie rozumiem? Kto tu był głupszy? „Hurtowo” mordowani księża, czy ten który ich „hurtowo” mordował? No a przy okazji, ja bym był tu bardzo ciekawy opinii Hartmana na temat hurtowo mordowanych żydów i ich odpowiedzialności za owe hurtowe morderstwa. No ale jestem pewien, że się sensownej odpowiedzi nie doczekamy. W końcu, jak wiemy, na histerię rady nie ma.

 

***

 

No ale mamy wciąż tego naszego profesora i kolejne szczegóły, niestety jednak nie na temat „hurtowo” mordowanych ksieży, ale, jak rozumiem, równie hurtowej współpracy owych księży na rzecz swojej eksterminacji:

Negowanie zbrodniczej działalności Kościoła, umniejszanie roli papieskiego totalitaryzmu, gett żydowskich w państwie kościelnym i innych prześladowań w przygotowaniu Holokaustu, a w końcu relatywizowanie współpracy papiestwa z nazistami przed wojną, w czasie jej trwania i po jej zakończeniu – to część haniebnego, antysemickiego negacjonizmu. Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan do krajów, gdzie mogli bezpiecznie żyć pod zmienionymi nazwiskami”.

I tu, gdy chodzi o to, jak ludzki umysł może się zdegenrować, dochodzimy do punktu gdzie Jan Hartman – przypomnijmy że profesor uniwersytetu, i to aż Jagielońskiego –  ma pretensje, że się „nie mówi” o „napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan do krajów, gdzie mogli bezpiecznie żyć pod zmienionymi nazwiskami”. A ja w tym momencie myślę sobie, że to jest bardzo ciekawe, dlaczego o tym się „nie mówi” i jedyny odważny w temacie okazuje się być prof. Jan Hartman. No i w tej samej chwili przychodzi mi do głowy pytanie, czemu się nie mówi też o tym, że to Kościół Katolicki najpierw wybudował obóz w Auschwitz, i to Kościół Katolicki zorganizował w powojennej Polsce system eksterminacji ludzi takich jak rotmistrz Pilecki i że to w koncu Kosciół Katolicki, a kto wie czy nie sam abp Jędraszewski, zamordował księdza Jerzego Popiełuszkę. To jest bowiem pytanie, na które odpowiedzi czeka cała Polska i jeśli go jej nie udzieli Jan Hartman, to gdzie szukać ratunku?

 

***

 

Tymczasem okazuje się, że wprawdzie na tę akurat diagnozę będziemy musieli poczekać, ale szczęśliwie sama koncówka Hartmanowskich refleksji prowadzi nas do wyjaśnienia, o co chodzi z tym Jędraszewskim. Jednak wszystko w swoim czasie. Zaczyna się bowiem tak:

Nikt nie może dziś zaprzeczać, że Kościół katolicki jest organizacją przestępczą, uprawiającą rozmaitego rodzaju kryminalne procedery na skalę masową i systemowo chroniącą sprawców przed odpowiedzialnością karną. Nie ma prób zaprzeczania tym faktom, czemu akurat dziwić się nie należy. A jednak władza i potęga Kościoła oraz zabobonność mas sprawiają, że zwycięża brutalna anomia moralna – żadne wiadomości o zbrodniach Kościoła nie są w stanie poruszyć sumień zdegradowanych i w gruncie rzeczy pozbawionych sumienia mas, którym wmówiono, że są ludźmi wyjątkowymi i czeka na nich pośmiertnie miejsce w niebie.

Czekający na niebo nie muszą się przejmować masowym mordowaniem i gwałceniem dzieci przez swoich przewodników, którzy do tego nieba mają ich zaprowadzić. Wszak wysłannikom samego Boga wolno wszystko. Taka jest z grubsza psychologia stojąca za masowym tolerowaniem nazistowskich księży, których w czasach hitlerowskich były tabuny, a dziś ostał się Jędraszewski.

I po tym wzruszającym przygotowaniu do ujawnienia najgłębszych podstaw myśli nazisty Jędraszewskiego dochodzimy do sedna:

Duchowa jedność, ciągłość i trwałość narodu polskiego ma swój konkretny i naukowo wymierny fundament. Jest nim jego biologiczna ciągłość i siła”.

[...]

Mam nadzieję, że ja już tego nie dożyję, ale mogę sobie to wyobrazić, że, powiedzmy, w roku 2050 nieliczni biali będą pokazywani innym rasom ludzkim tu na terenie Europy jak Indianie w USA w rezerwatach. Byli sobie kiedyś tacy ludzie, którzy tu zamieszkiwali, ale przestali istnieć na własne życzenie, ponieważ nie potrafili uznać, kim są od strony biologicznej.

 ***

W porządku jest ten nasz arcybiskup Jędraszewski. Czy ktoś z nas potrafiłby lepiej wyrazić to co wszystkim nam leży na sercu? Dbajmy zatem o naszych kapłanów jak o zdrowie. Niech będzie nawet, że o zdrowie narodu.

 


 

czwartek, 10 czerwca 2021

O sprowadzaniu rzeczy do Goebbelsa

 

      Proponuję byśmy dziś może zaczęli od Wikipedii:

Reductio ad Hitlerum, czasami Argumentum ad Hitlerum, także: ad Nazium – pozamerytoryczny sposób argumentowania, w którym następuje próba unieważnienia czyjegoś stanowiska na podstawie tego, że ten sam pogląd miał Adolf Hitler lub NSDAP.

Zauważony przez Leo Straussa w 1953 roku reductio ad Hitlerum zapożyczył swoją nazwę od terminu używanego w logice, reductio ad absurdum. Według Straussa reductio ad Hitlerum jest formą ad hominemad misericordiam, czyli błędem nieistotności. Sugerowanym uzasadnieniem jest poczucie winy przez skojarzenie. Jest to taktyka stosowana w celu wyeliminowania argumentów interlokutora, ponieważ takie porównania mają tendencję do rozpraszania uwagi i powodowania złości adwersarza.

       Przyznamy chyba wszyscy, że zwłaszcza w ostatnich czasach, gdy opisane wyżej zjawisko, czyli dramatyczne nadużywanie owego przedziwnego sposobu walki z przeciwnikiem, rozpanoszyło nam się niemiłosiernie, fakt że, jak się okazuje, sposób ten jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku został nazwany i pokazany palcem, musimy przyjąć z satysfakcją. Ja dziś może jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś, co mnie przy tej okazji bardzo zainteresowało, tyle że w tej konkretnie sytuacji nie do końca jako owo Reductio at Hitlerum, ale coś co możemy opisać jako Reductio ad Goebbelsum, co zresztą, zgodzimy się chyba wszyscy, nie robi większej różnicy.

      Otóż, proszę sobie wyobrazić, znany nam niefortunnie uniwersytecki profesor Jan Hartman wypowiedział się na temat krakowskiego arcybiskupa Jędraszewskiego, a uczynił to w następujący sposób:

Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody, dla których nie mówi się o napaści Kościoła na Polskę we wrześniu 1939 r. czy ewakuowaniu zbrodniarzy hitlerowskich przez Watykan.

Nie można mówić, że Jędraszewski jest ‘tylko faszystą’. To nie jest ‘tylko’ – to po pierwsze. Po drugie, jest kimś gorszym. Nie mówi językiem włoskich biskupów i papieży łaszących się do Mussoliniego, lecz językiem samego Hitlera. Jędraszewski przekroczył granicę między faszyzmem a nazizmem – nie wolno udawać, że się tego nie widzi”.

      Ktoś powie, że Hartman zwariował i to jest oczywiście bardzo możliwe, podobnie jak możliwe jest to, że on zwariował jeszcze w czasach, gdy liberalne media w Polsce nie wiedziały o jego istnieniu i potrzebowały trochę czasu, by mu założyć na łeb postronek. Nie o to jednak chodzi. To bowiem co mnie bardzo interesuje – a Hartman jest tu zaledwie dość ciekawym przykładem – to dlaczego akurat Hitler, Goebbels, czy ogólnie nazizm. Ten nasz świat trwa niezliczone już wieki, mniej więcej od czasu gdy wąż uwiódł Ewę, Kain zabił Abla, a potem wszystko już poszło z górki, i – przepraszam wszystkich bardzo – ale, jeśli przyjrzymy się losom wspomnianego świata, to cóż nam po Hitlerze? I proszę mi uwierzyć, że nie mam tu na myśli ani króla Heroda, cesarza Kaliguli, króla Henryka VIII, Stalina, czy reprezentującego już nowsze czasy Pol Pota. Przecież, jak to się niekiedy mawia, „tego kwiatu jest pół światu”. A zatem, pozwolę sobie powtórzyć: co nam może taki Hitler?

       Czemu zatem stało się tak, że to właśnie owi wybitni przedstawiciele narodu niemieckiego zasłużyli na to wyróżnienie, by ich stawiać jako wzór manipulacji? Ktoś powie, że to dlatego, że II Wojna Światowa miała miejsce stosunkowo niedawno, jej skutki objęły znaczną część tak zwanej „cywilizowanej” części globu, no a poza tym, gdy chodzi o zasługi owych Niemców, to co do ich oceny zgadzają się akurat wszyscy. Tu akurat, pomijając samych Niemców, istnieje pełna zgoda co do tego, że Hitler to, krótko mówiąc „bad guy”, i to, idąc dalej wspomnianym tropem, „bad guy” do tego stopnia, że trudno znaleźć coś lepszego, gdy celem jest poniżenie, a przynajmniej doprowadzenie do wściekłości przeciwnika. I znów, te wszystkie wyjaśnienia brzmią dobrze, zwłaszcza gdy, jak wiemy, dla wielu nie było w historii świata większego zła, jak Holokaust, a odpowiedzialnoscią za niego mozna obarczyć Polaków, ewentualnie Kościół Katolicki. To wciąż nie jest wystarczający powód, by – tak jak to ma miejsce w przypadku wybryku Hatrmana – akurat Goebbelsa, stawiać jako jedyny wzór wcielonego zła.

      Otóż, moim zdaniem, to wszystko bierze się stąd, że taki Hartman, profesor uniwersytetu, w gruncie rzeczy przedstawia intelektualny poziom zwykle zarezerwowany dla tak zwanego „prostego chłopa”, który jedyne co wie, to to, że dobry był Gierek, a zły Hitler, ewentualnie Kaczyński, i wszystko co dalej, czy głębiej pozostaje dla niego niedostępne. I znów ktoś powie, że może Hartman jest na tyle sprytny, że on zdaje sobie sprawę z tego, że ludek do którego on się zwraca nie będzie wiedział kim był Kaligula, Neron, czy Pol Pot, a z kolei Stalin jest mu duchowo zbyt bliski, by szargać jego pamięć. No ale tu też mamy kłopot, bo ci co są jako tako otwarci na słowa Hartmana, nie dość że nie mają pojęcia, czym jest faszyzm, a czym nazizm, to im nazwisko Goebbels mówi mniej więcej tyle samo co nazwisko jego sekretarki, Pomsel. Hitler – owszem, ale Goebbels – mowy nie ma. To już, przepraszam bardzo, ale o wiele lepiej byłoby gdyby on, próbując obrazić abp. Jędraszewskiego, wspomniał Hitlera. Że to by mogło Hartmana wpędzić w prawne kłopoty? No więc dobrze, w takim razie trzeba było po prostu napisać: „Obawiam się, że przemilczanie nazistowskiej retoryki pogrobowca Goebbelsa, w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego, którym jest Jędraszewski, ma te same podstawy i powody...” itd.

     Jestem pewien, że tu by wszystko zagrało, zarówno pod wzgledem zarówno procesowego bezpieczeństwa, jak i skuteczności propagandy. Wprawdzie i tu, ci co śledzą publiczną aktywność prof. Hartmana, nie bardzo byliby w stanie przyjąć zdania przekraczającego klasyczne 15 słów, ale Kaczyńskiego z księdzem by połączyli, a Hitler też by się im we łbach z automatu pojawił.  No ale wygląda na to, że Hartman to jednak nie tylko wariat, ale zwykły bałwan.




 

 

 

 

wtorek, 12 maja 2020

Czy Andrzej Duda to wciąż zwykły pajac, czy może zabawka w rękach Jana Hartmana?


      Stało się i do akcji #Hot16Challenge2, o której tu niedawno wspominałem dołączył sam prezydent Duda i, podobnie jak wcześniej Marcin Matczak, Janusz Korwin Mikke, czy sam Zbigniew Stonoga, zarapował nam na cześć lekarzy i pielęgniarek walczących z epidemią koronawirusa. Kto wie, o co w niej chodzi i jak się owa akcja realizuje, ten wie, a kto nie wie, powiem szczerze, że nawet nie szczególnie wiedzieć musi. Ważne jest to, że prawdopodobnie tak jak żadne państwo nie było w stanie postawić się okoniem wobec owej, przede wszystkim propagandowej, pandemii, dziś choćby i – a kto wie, czy nie szczególnie – ktoś taki jak Prezydent RP, czy, jak słyszę, już stojący w kolejce premier Morawiecki, nie mogli na to zaproszenie wzruszyć ramionami.
       Powiem szczerze, że pisząc ten tekst, nie wiem, jak powszechnie jest oceniany występ Prezydenta, jednak sądząc po reakcji Twittera, domyślam się, że dominującą reakcją jest ciężkie i bezlitosne szyderstwo. Nawet moja młodsza córka i drogi kumpel Kozik uznali, że nasz prezydent się zwyczajnie skompromitował, nawet nie przez to, że wziął udział w tej zabawie, ale samym poziomem występu. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak na te głosy zareagować i stanąć w jego obronie. Przede wszystkim, moim zdaniem – choć przyznaję, że obawy miałem poważne – uważam, że wcale nie jest tak źle. Uważam, że on się z tego wywinął całkiem zgrabnie, bez niepotrzebnych min, głupich uśmiechów i niezręcznych żartów. W sumie zrobił co miał zrobić i tyle wszystkiego.
      Ale jest jeszcze coś, co tak naprawdę jest pierwszym powodem, dla którego ten tekst powstaje. Otóż, o ile się orientuję, główny celem wspomnianych szyderstw jest w sumie podstawowy, by nie powiedzieć, że jedyny motyw owych wersów:
      Nie pytają Cię o imię, walcząc z ostrym cieniem mgły”.
      Ogólnie rzecz biorąc, jak rozumiem, chodzi o to, że ten fragment jest jeszcze głupszy od pamiętnego: „A kiedy przyjdzie także po mnie zegarmistrz światła purpurowy”. Przyznaję, że kiedy po raz pierwszy wysłuchałem tego czegoś, to również poczułem niepokój i nie osłabiło go nawet to, że tu może chodzić o mgłę Smoleńską i w tym mógłby być jakiś ukryty sens. Jednak oto, proszę sobie wyobrazić, w tym momencie wyjaśnienie przyszło ze strony najbardziej dziś dla nas niespodziewanej, a przy tym, jak sądzę, kompetentnej, czyli samego Jana Hartmana –  wprawdzie Żyda, ale tym bardziej kogoś dobrze poinformowanego. Otóż ów Hartman, uznając widocznie, że są wartości ważniejsze od potrzeby zniszczenia „tego faszysty Dudy”, przedstawił na swoim Twitterze następującą informację:
      Uprzejmie informuję (choć każdy powinien to wiedzieć), że słowa prezydenta ‘Nie pytają Cię o imię, kiedy walczysz z ostrym cieniem mgły’, to cytat z Talmudu (Miszny). To nie jest najlepsze tłumaczenie, ale chodzi tam o to, że Szatan nie chce znać Pana (nie pyta o imię)”.
       Oczywiście nie mogło w tym momencie zabraknąć tak zwanych patrioidiotów, którzy natychmiast to objaśnienie wykorzystali albo do ataku na Hartmana, by się Żyd zamknął i wypieprzał z Polski, albo już bezpośrednio na prezydenta Dudę, że ten, cytując Talmud, po raz kolejny przyznaje, że jest sterowany przez światowe żydostwo. Jest więc szansa, że już niedługo okaże się, ze może faktycznie tekst tych strof nie był aż tak głupi, ale to tym bardziej wskazuje na to, że nikt jak tylko Krzysztof Bosak zasługuje na to, by zostać Prezydentem RP.
       Nie wiem, co tam aktualnie u nich słychać, ale uważam, że jeśli mam rację, to muszę tu Hartmanowi oddać swego rodzaju szacunek. On jest już chyba jedynym z tej całej bandy, po obu stronach sceny zresztą, który uważa, że doprowadzenie do śmierci Prezydenta nie jest wcale rzeczą najważniejszą.



poniedziałek, 22 maja 2017

Co łączy Jana Hartmana z ONR-em?

Dziś pozwolę sobie przedstawić tekst, zamieszczony oryginalnie na portalu papug.pl, z którym jednak jestem tak bardzo emocjonalnie związany, że nie mogę się powstrzymać, by go przedstawić i tu. Mam nadzieję, że się spodoba.


W ostatnich dniach przez Polskę przetoczyła się lekka burza związana z dokumentem, jaki pod tytułem „Chrześcijański kształt patriotyzmu” zdecydowała się nam przedstawić Konferencja Episkopatu Polski. Piszę, że burza była „lekka” wcale nie dlatego, że ona rzeczywiście sama w sobie przeszła ledwo zauważona, ale przez fakt, że poziom napięcia między Hierarchią, na czele z samym Franciszkiem, a wiernymi reprezentowanymi – jak najbardziej samozwańczo – przez tak zwanych „prawdziwych katolików”, stał się ostatnio tak znaczny, że w tej chwili praktycznie każdy gest Kościoła wywołuje po drugiej stronie oburzenie. A to sprawia, że w tej chwili naprawdę trudno jest znaleźć taką wypowiedź, czy to papieża, czy to któregoś z kardynałów, czy też bardziej lokalnych hierarchów, która spowoduje wybuch większy od poprzedniego. Obserwowana po stronie części wiernych złość jest tak intensywna, że oni w tej chwili już właściwie tylko drżą. Niedawno Franciszek przyjął grupę starych Żydów, reprezentujących tych, którym się udało przeżyć niemiecki terror, i idąc za przykładem św. Franciszka z Asyżu, demonstracyjnie ucałował ich dłonie. Widok papieża całującego ręce Żyda podziałał na wspomnianych „prawdziwych katolików” z tak destrukcyjną siłą, że niektórzy z nich nie dość, że wśród członków owej żydowskiej delegacji nagle dojrzeli Rotschildów z Rockefellerami we własnych osobach, to doszli do wniosku, że oto Franciszek wszedł w kolejny etap przekazywania Kościoła w ręce Szatana. A więc w tej sytuacji chyba się zgodzimy, że jakiś skromny komunikat Episkopatu Polski, nawet jeśli traktuje naszych patriotów z nieznośną dla nich protekcjonalnością, może wywołać burzę co najwyżej „niewielką”.
A mimo to, wydaje mi się, że warto się nad tym, co się stało, przez chwilę zadumać. Otóż chyba w tej chwili już większość z nas zdążyła zwrócić uwagę, choćby obserwując ruch na rynku popularnych gadżetów, że patriotyzm jest w modzie. O ile jeszcze parę lat temu pierwszy lepszy sklep z pamiątkami, czy popularną konfekcją, zawalony był t-shirtami z napisem „Radio ma ryja”, czy „Precz z kaczyzmem”, dziś owa oferta niemal w stu procentach została zastąpiona przez koszulki, bluzy, czapki, breloczki, kubki, szaliki, głoszące bez cienia poczucia obciachu „śmierć wrogom Ojczyzny”, a i to w wersji łagodniejszej. Jednocześnie też, tak jak to zwykle w tego typu sytuacjach bywa, wspomniana oferta stanowi zaledwie forpocztę czegoś znacznie poważniejszego, a więc zorganizowanych ruchów politycznych, które niechby i sobie działały i głosiły ową śmierć dla wrogów Ojczyzny, gdyby nie fakt – i tu przechodzimy do sedna sprawy – że one bardzo chętnie, obok tradycyjnej symboliki narodowej, na swoich sztandarach umieszczają wizerunek Jezusa Chrystusa.
Konferencja Episkopatu Polski wydała swój komunikat i to, że w jednej chwili tak nerwowo zareagowali na niego nasi patrioci, mnie nie dziwi. Oni nigdy nie byli zbyt przytomni, a dziś, w tym strasznym chaosie, jakim nam obdarowała kultura popularna we współpracy z mediami, już nie radzą sobie zupełnie, co jednak jeszcze bardziej zastanawiające, odezwała się równie druga strona, czyli, mówiąc krótko sataniści, choćby w osobie znanego nam wszystkim Jana Hartmana, który oświadczył, że wreszcie po wielu latach kompletnego zgnuśnienia Kościół stanął na wysokości zadania i powiedział, jak jest. Czemu Hartman mówi to co mówi nie wiem, natomiast podejrzewam, że prawdziwy obłęd nie wybiera i wali jak popadnie. Jeśli natomiast idzie o mnie, to ja zachowuję pełny spokój i do jednych i drugich mam tylko jedną wiadomość. Ta skała, na której Jezus postawił Swój Kościół stoi i nawet nie chodzi o to, że bramy piekielne Go nie przemogą. To jest oczywiste. Natomiast możemy być równie pewni, ze nie przemogą go połączone siły polskich narodowców z polskimi satanistami. A jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, polecam oczywiście tekst komunikatu, o którym dziś rozmawiamy, bo tam możemy znaleźć słowa, które powyższe tezy wyłącznie wspierają:
Święty Jan Paweł II na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ w 1995 r. podkreślał, iż ‘należy ukazać zasadniczą różnicę, jaka istnieje między szaleńczym nacjonalizmem, głoszącym pogardę dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest godziwą miłością do własnej ojczyzny. Prawdziwy patriota nie zabiega nigdy o dobro własnego narodu kosztem innych. To bowiem przyniosłoby ostatecznie szkody także jego własnemu krajowi, prowadząc do negatywnych konsekwencji zarówno dla napastnika, jak i dla ofiary. Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu i dlatego dziś nie możemy dopuścić, aby skrajny nacjonalizm rodził nowe formy totalitarnych aberracji. To zadanie pozostaje oczywiście w mocy także wówczas, gdy fundamentem nacjonalizmu jest zasada religijna, jak się to niestety dzieje w przypadku pewnych form tak zwanego fundamentalizmu’
W podobny sposób, w liście znacznie wcześniejszym, bo z września 1972 roku „o chrześcijańskim patriotyzmie”, ujęli to polscy biskupi. Pisali oni: „Choć człowiek stawia wartości ojczyste bardzo wysoko, to jednak wie, że ponad narodami jest Bóg, który jedyny ma prawo do tego, aby ustanawiać najwyższe normy moralne, niezależnie od poszczególnych narodów. Takie poczucie rzeczywistości opiera patriotyzm na prawdzie, oczyszcza go i uzdalnia do pogłębienia świadomości wspólnoty rodziny ludzkiej. Broni nas ono od obojętności na losy drugich, uwrażliwia coraz bardziej na potrzeby każdego człowieka, obojętnie jakim językiem mówi i jakie ma poczucie narodowe” […]
Prawdziwa miłość do ojczyzny opiera się na głębokim przywiązaniu i umiłowaniu tego, co rodzime, niezależnie od czasu i przestrzeni. Łączy się z głębokim szacunkiem dla wszystkiego, co stanowi wartość innych narodów. Wymaga uznania wszelkiego dobra znajdującego się poza nami i gotowości do własnego doskonalenia się w oparciu o dorobek i doświadczenie innych narodów. Siłą twórczą prawdziwego patriotyzmu jest więc najszlachetniejsza miłość, wolna od nienawiści, bo nienawiść – to siła rozkładowa, która prowadzi do choroby i zwyrodnienia dobrze pojętego patriotyzmu”.
Przypominam, to są fragmenty omawianego przez nas wyżej dokumentu Episkopatu. Czy w owych zacytowanych przez biskupów słowach jest coś, co by nam kazało podejrzewać, że ta Skała jest jednak bardzo krucha? Nie? No jasne, tamtych słów z prawdziwą satysfakcją słuchaliśmy w latach, gdy wszyscy nie byliśmy jeszcze tacy intelektualnie samodzielni i politycznie wolni, jak dziś, więc nie widzieliśmy zagrożeń. Dziś natomiast, jak najbardziej, nie możemy pozwolić na to, by ktoś nie wiadomo kto próbował nam tu mieszać w naszych planach dla Polski. Chętnie to powtórzę – po wszystkich stronach sceny. Nawet Jan Hartman się pojawił.


Zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam gorąco i szczerze.

sobota, 7 marca 2015

Po co Jan Hartman jeździ do Brukseli?

Właśnie przeczytałem w portalu wpolityce.pl, że gdzieś w Belgii, w czymś, co nosi dumną nazwę „szpitala uniwersyteckiego”, jeszcze w roku 2012 podano śmiertelny zastrzyk kobiecie, która narzekała na depresję. Kobieta ani nie była chora, ani umierająca, ani nie wyła z bólu, natomiast było jej tak strasznie smutno, że nie chciała już dłużej żyć, no i w tej sytuacji znalazła się grupa chętnych, by ją zabić. Portal wpolityce.pl podaje, że sprawa wyszła na światło dzienne, bo syn owej nieszczęsnej kobiety dowiedział się o tym, co się stało i podał morderców swojej matki do europejskiego trybunału, i pisze:
De Toyer nie cierpiała na nieuleczalną chorobę, a psychiatra, który leczył ją od ponad 20 lat, wskazywał, że nie spełniała ona wymogów prawa koniecznych do eutanazji. Mimo to matka Toma Mortiera znalazła psychiatrów, którzy mieli inne zdanie, oraz onkologa gotowego przeprowadzić eutanazję, a niedługo przed śmiercią przekazała 2,5 tys. euro na prowadzone przez niego stowarzyszenie”.
Nie wiem, czy wpolityce.pl czegoś nie pomylili, ale tak jest napisane: „onkologa”.
Jak niektórzy czytelnicy wiedzą, od czterech już lat mamy psa, którego moja żona na przykład kocha bardziej, niż którekolwiek z nas, a który nas z kolei kocha tak, że tego się nie da wyrazić w ludzkim języku. Ponieważ on ma ostatnio chorą łapę, wszyscy jesteśmy bardzo zafrasowani i chodzimy wokół niego, jak wokół ukochanego dziecka. Ale też przez to, że mamy tego psa, znamy wielu innych posiadaczy psów, no i proszę sobie wyobrazić, że znajomi państwo musieli jakiś czas temu uśpić swojego pieska, ponieważ był on bardzo chory i cierpiał. Warto zwrócić jednak uwagę na to, że oni go uśpili dopiero po tym, jak sąsiedzi im zagrozili, że jeśli będą dalej narażać zwierzę na cierpienia, to oni ich zgłoszą na policję. Dziś już pies nie żyje, a oni wciąż się nie mogą po jego odejściu pozbierać.
Mam też kolegę, który zresztą od samego początku jest wiernym czytelnikiem naszego bloga, właściciela psa, który skutkiem przewlekłej choroby ma amputowane dwie przednie łapki. Zapadła decyzja, by psa uśpić, jednak mijają tygodnie, a oni nie mają odwagi wstać rano i powiedzieć sobie, że oto nadszedł jego ostatni dzień. Jak opowiada mój kumpel, pies jest bardzo grzeczny, mądry, bardzo przytomny i oni najzwyczajniej w świecie chcą, by jeszcze żył.
Jestem pewien, że wielu z nas ma cała kupę podobnych historii do opowiedzenia.
Tymczasem w Belgii grupa psychiatrów i lekarzy dowiedziała się, że jest szansa kogoś zamordować, z tego powodu zaczęło ich coś łaskotać pod sercem i nawet nie czekali na kolejny dzień. Tak było w Belgii. Tymczasem w Polsce, jak na swoim blogu napisał znany nam aż nazbyt dobrze prof. Jan Hartman, we wsi, w której on pomieszkuje, ktoś zastrzelił mu ukochanego pieska, i w związku z tym ów Hartman złożył uroczystą obietnicę (cytat wprawdzie niedosłowny, ale z pewnością oddający emocje autora) „całej tej pieprzonej katolickiej i zbydlęciałej Polsce”, że on nie spocznie dopóki jej dzieci i wnukowie nie wyemigrują do Londynu, Brukseli, czy Amsterdamu i tam dopiero się nauczą, czym jest prawdziwa europejska cywilizacja. Dlaczego? Bo Hartman kochał swego psa, a pies kochał Hartmana i był wesoły i mądry i chciał żyć, a jakiś Polak przyszedł i go z zimną krwią i z żądzy najniżej przyjemności go zastrzelił.
A ja czytam tekst na portalu wpolityce.pl i staram się spojrzeć w oczy tym belgijskim psychiatrom, temu onkologowi i jego znajomym, no a skoro już jesteśmy przy oczach, przypomina mi się baaaardzo fajny film „Prawdziwy Romans”, w którym James Gandolfini, grający zimnego, psychopatycznego zabójcę, opowiada Alabamie, jak to za pierwszym razem, kiedy on musiał kogoś zastrzelić, z nerwów się porzygał, natomiast dziś to już tylko patrzy, jak jego kolejnym ofiarom zmienia się wyraz twarzy.
Z Hartmanem akurat nie rozmawiam, więc do niego ani słowa, natomiast wszystkich tych, którym bardzo się spodobała jego refleksja na temat owych pobożnych wieśniaków z karabinami, strzelających do psów, i którzy w związku z tym coś tam sobie kombinują, chciałem prosić, żeby sobie dali spokój i się tak nie napinali, bo o tych ich oczach, które błyszczą na widok gasnącego życia kręci się już filmy.

Jak już informowałem wczoraj, ukazał się kolejny numer „Szkoły Nawigatorów”, a w niej mój tekst o brytyjskich workhousach. Zachęcam bardzo serdecznie do odwiedzania księgarni na stronie www.coryllus.pl i przypominam, że zawsze można do tego dołożyć którąś z moich książek. Nawet nie umiem powiedzieć, która lepsza.

piątek, 3 października 2014

O tym, jak bioetyk Hartman ujrzał prawdę i zwariował

Poniższy tekst, w wersji znacznie okrojonej, a więc zmniejszonej do zwyczajowych 444 słów, znalazł się, jako mój stały felieton, w „Gazecie Warszawskiej”. Tu jednak mamy miejsce na szerszy oddech, a więc też znacznie więcej słów, no i parę dodatkowych refleksji. Proszę więc uważać:

Od paru dni media żyją wypowiedzią znanego nam wszystkim człowieka nazwiskiem Jan Hartman, który na swoim blogu na portalu polityka.pl wyraził opinię, że czas rozpocząć debatę odnośnie legalizacji związków kazirodczych. Sam Hartman wprawdzie – zgodnie ze znaną nam skądinąd bolszewicką tradycją, polegającą na przebieraniu zwykłej podłości w szaty cnoty – zastrzega się, że on osobiście wcale kazirodztwa nie popiera, niemniej uważa, że świat tak się rozwija, że tematu nie unikniemy, no i takie tam, ale my swój rozum mamy i doskonale wiemy, w czym rzecz. Z owym brakiem poparcia akurat zresztą sprawa nie jest tak do końca jasna, bo w swoim tekście, niemal na jednym oddechu, stwierdza Hartman, że „być może piękna miłość brata i siostry jest czymś wyższym niż najwznioślejszy romans niespokrewnionych ze sobą ludzi?", co by akurat świadczyło o tym, że coś mu tam jednak po głowie chodzi, no ale załóżmy, że on faktycznie jest wyłącznie dociekliwym naukowcem, który lubi sobie poteoretyzować. Przyjmijmy naiwnie, że Hartman w istocie rzeczy wcale nie uważa, że piękna miłość brata i siostry (czytaj: seks między tym dwojgiem) jest ponad choćby najwznioślejszy romans ludzi nie będących w związkach rodzinnych, ale jako filozof i intelektualista pełną gębą, w dodatku o mocno lewicowych korzeniach, chce sobie wyłącznie pogadać na ciekawe tematy.
Zanim spróbujemy rozwikłać tę zagadkę, może najpierw jednak, by mieć pewność, że każdy z nas wie, że nie ma do czynienia z jakimś wariatem, który spędza wolne godziny na buszowaniu po krakowskich Plantach i wyszukiwaniu młodych dziewcząt, przed którymi może się bezkarnie obnażyć, ale z autentycznym bohaterem naszej publicznej debaty, rzućmy okiem na to, kim jest ów Hartman, jako osoba publiczna, a w pewnych środowiskach wręcz celebryta. Otóż wedle informacji podanych przez Wikipedię, Jan Hartman to: „polski filozof i bioetyk, profesor nauk humanistycznych, wydawca i publicysta, nauczyciel akademicki, polityk, absolwent Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego”. Ja wprawdzie nie bardzo wiem, co to znaczy „bioetyk”, jednak, jak widzimy, nawet jeśli Hartman to wariat, to z pewnością nie pierwszy lepszy. No a ten KUL na końcu też, przyznać trzeba, robi pewne wrażenie. Szczęście tylko, że tam nie jest napisane, że on był ulubionym studentem Karola Wojtyły.
Wypowiedź Hartmana, jak już zauważyłem wcześniej, wzbudziła wśród opinii publicznej pewne zainteresowanie, a czasem nawet i coś więcej; wystarczy powiedzieć, że sam wspomniany wcześniej portal polityka.pl, gdzie on prowadzi swój blog, gdzie też opublikował ów apel o dyskusję na temat czy „piękna miłość…” i tak dalej i gdzie głoszenie poglądów powszechnie uznawanych za obłąkane traktowane jest jako norma, uznał słowa Hartmana za zbyt ekscentryczne i wpis usunął. Ja jednak, jako osoba dociekliwa, a poza tym, próbująca zawsze we wszystkim znaleźć coś, co inni przegapili, chciałbym zwrócić uwagę na jeden, moim zdaniem, niezwykle znaczący fragment wypowiedzi Hartmana. Otóż w pewnym momencie, argumentując, że tak naprawdę ciężko jest znaleźć racjonalne argumenty przeciwko związkom kazirodczym, zwłaszcza że ich biologiczna szkodliwość pozostaje kwestią dyskusyjną (swoją drogą ciekawe, że tak mądry i oczytany człowiek nie słyszał o wyspie Tristan da Cunha), pisze on coś takiego: „Wszystko, co mamy na podorędziu, jest natury religijnej i obyczajowej”.
I ja od razu pragnę wszystkich czytelników przeprosić, ale tu akurat uważam, że Hartman ma rację i, przyznaję, że w sposób bardzo przewrotny, ale jednak, chciałbym się za nim, w tej niezwykle dziś dla niego trudnej sytuacji, wstawić. Tak naprawdę bowiem, argumenty przeciwko nie tylko związkom kazirodczym, ale również kłamstwu, morderstwu, oszustwu, zdradzie, niewdzięczności, chciwości i tak dalej i tak dalej, są natury niemal wyłącznie religijnej i obyczajowej. Mam wręcz wrażenie, że nawet nasze niedawne oburzenie na postępek pisarza Karpowicza, który pożyczył pieniądze od kobiety, której świadczył usługi seksualne, a jakby tego było mało, postanowił długu nie zwrócić, ma podłoże religijne i obyczajowe, a nie praktyczne. Tu tak naprawdę bowiem nie ma już nic więcej.
Załóżmy, że gdzieś na świecie żyje plemię, którego odwieczny obyczaj każe dzieciom mordować swoich rodziców, i to w dodatku w sposób rytualnie okrutny, kiedy którykolwiek z nich na przykład straci podstawową sprawność fizyczną. Przyznaję, że nie wiem, czy gdzieś na naszym ogromnym świecie tak się dzieje, ale zakładam, że owszem, a to z tego jednego, prostego powodu, że ja autentycznie nie widzę żadnego argumentu za postepowaniem odmiennym, a więc za litowaniem się nad biednym, schorowanym człowiekiem, jeśli z tego nie ma ani serka, ani mięska, poza jednym – religijnym i obyczajowym. A to jest przecież tylko jeden przykład. Jeśli przestudiujemy różnego rodzaje kodeksy sformułowane przez chrześcijaństwo, będziemy z całą pewnością wiedzieli, że nie należy zabijać, kłamać, zazdrościć, obżerać się, pysznić, cudzołożyć, czy kraść. Natomiast jeśli uznamy, że te wszystkie przykazania są wyłącznie bajką i niczym więcej, to ja nie widzę najmniejszego powodu, by się nimi w ogóle przejmować. Bo świat, w którym żyjemy, jest już tak skonstruowany, że nawet jeśli ktoś twierdzi, że nie wierzy w Boga, a wszelką tradycję traktuje bardzo elastycznie, to jeśli uważa, że na przykład ojca i matkę należy szanować, a w niedzielę wypoczywać, to czyni to wyłącznie z przyczyn religijnych i obyczajowych. Bo, jak bardzo słusznie twierdzi Hartman, innych tu najzwyczajniej na świecie nie ma.
Wypowiedź Hartmana na temat kazirodztwa wskazuje więc moim zdaniem na to, że on, po wielu latach filozofowania, dokonał dla siebie bardzo ważnego odkrycia, tego mianowicie, że jeśli uznajemy, że Boga nie ma, to stąd jest już tylko prosta droga do pełnej konsekwencji konkluzji, że wolno wszystko. I oczywiście, ta myśl go musiała nieco przerazić, i stąd pewnie uznał za konieczne się zastrzec, że on wcale nie popiera owych związków kazirodczych, ale tak tylko nagle sobie pomyślał, że warto by było może o nich podyskutować. Niemniej, moim zdaniem, Jan Hartman, profesor, filozof i bioetyk wszedł niespodziewanie dla siebie na całkowicie nową drogę, a ona albo doprowadzi go do świętości, albo do ostatecznego samounicestwienia. Jestem pewien, że już niedługo się o tym przekonamy. Mam tylko nadzieję, że pierwszą ofiarą tego eksperymentu nie padnie córka Hartmana o pięknym imieniu Zosia.

Wszystkich tych, którym powyższy tekst się spodobał, zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Czasem mam nieskromne wrażenie, że w dzisiejszej Polsce innej literatury zwyczajnie nie ma. Niezmiennie też proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

sobota, 6 października 2012

O tym jak grzech pychy i nieroztropności się spotkały. Ku naszej chwale a ich zgubie.

Kiedy Jarosław Kaczyński najpierw zapowiedział tak zwaną „jesienną ofensywę”, Prawa i Sprawiedliwości, następnie zorganizował debatę ekonomistów, chwilę potem wziął udział w marszu 29 września, gdzie usłyszał tam słowa – tradycyjnie już przez większość przegapione – ojca Rydzyka o tym, że „da Pan siłę swojemu ludowi”, by wreszcie – nie dając ludziom złym i podłym nawet odetchnąć – zaproponował osobę Piotra Glińskiego jako człowieka, który mógłby, przy odrobinie dobrej woli ze strony polskiej sceny politycznej, zastąpić Donalda Tuska i cały ten nieszczęsny projekt pod nazwą Platforma Obywatelska, każdy w miarę przytomny obserwator doskonale wiedział o co w tym wszystkim chodzi, i jakie są tego wszystkiego co obserwujemy cele. Każdy normalnie poukładany człowiek świetnie zdawał sobie sprawę z tego, że choć każdy z tych ruchów nie jest niczym innym jak zagraniem czysto propagandowym, jego cele są jak najbardziej praktyczne, a ewentualne skutki na tyle realne, że nie dające się przecenić, a już na pewno zlekceważyć.
Dlatego też, powiem zupełnie uczciwie, publiczna reakcja, jaka nastąpiła w odpowiedzi na owe inicjatywy, a już zwłaszcza na kandydaturę prof. Glińskiego, mnie zdumiała. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że przy pewnym poziomie strachu, ludzie nawet najbardziej sprytni i opanowani potrafią się zachowywać jak zaszczute psy. Jednak to co zaobserwowałem w wypowiedziach komentujących zgłoszenie przez Jarosława Kaczyńskiego owej kandydatury, nawet mnie zdziwiło. Każdy – dosłownie każdy, a wśród nich nawet tak zwani komentatorzy „nasi” – czuł się w obowiązku poinformować świat, że tego akurat ruchu on nie rozumie. Przychodzili ci nieszczęśnicy jeden po drugim, i po kolei pytali: „No zaraz, ale o co tu chodzi? Przecież ten Gliński nie ma żadnych szans. Czyżby Kaczyński tego nie rozumiał?”
Jak już tu wspominałem, telewizji ostatnio raczej nie oglądam, co przy fakcie nie czytania też przeze mnie gazet, sprawia, że ja na przykład kompletnie nie mam pojęcia, czy ten Gliński, poza swoim pierwszym wystąpieniem obok Jarosława Kaczyńskiego na konferencji prasowej, w jakikolwiek sposób udzielał się medialnie. Natomiast muszę powiedzieć, że widziałem fragment jego, że tak powiem, programowego wystąpienia, i pomyślałem sobie od razu, że wystarczy by on się jeszcze parę razy tak podlansował, to trafi na listę najbardziej popularnych polskich polityków właśnie. Dlaczego? Ano dlatego, że jest zwyczajnie bardzo dobry. I to bardzo dobry nie w tym sensie, w jakim bardzo dobrzy są Kaczyński, czy jakiś choćby Wipler, ale w taki sposób, jaki w dzisiejszych czasach po prostu się nie zdarza. I wiedziałem świetnie, że jeśli on zdobędzie popularność i ludzie zaczną go rozpoznawać i kojarzyć właśnie z PiS-em, to Donaldowi Tuskowi już nic nigdy nie pomoże.
Tymczasem banda tych kompletnie głuchych i ślepych bałwanów stała z wykrzywionymi w szyderstwie twarzami i jak zaklęcie powtarzała tę jedną głupią do bólu myśl: „Ten Kaczyński musi być naprawdę chory, jeśli sądzi, że ten jego Gliński może kiedykolwiek zostać premierem”.
Jak mówię, nie wiem, czy Piotr Gliński prowadzi dziś jakiekolwiek życie publiczne, jednak z tego co widzę, myślę, że tak. Myślę też, że ci wszyscy głupcy, trzymający się pod boki ze śmiechu, zamiast się natychmiast zamknąć i nazwiska tego Glińskiego pod żadnym pozorem nie wypowiadać, a przy okazji w ogóle nie zabierać głosu w temacie pisowskiej ofensywy, jak biedne, zagubione we mgle dzieci, dodają sobie animuszu, śmiejąc się z tych, którzy roztropnie zostali w domu. Myślę, że tak to właśnie jest, bo widzę, co się dzieje. Dziś na przykład kompletnie się odkrył Jan Hartman, człowiek dotychczas szczycący się tym, że jest zabójczo wręcz racjonalny, i zawołał na tyle głośno, by go usłyszała cala Polska, że trzeba się kurwa ratować, bo PiS podnosi głowę.
I ja myślę, że to co on właśnie zrobił jest czymś fantastycznie symbolicznym. To właśnie on – Hartman pokazał kim oni wszyscy tak naprawdę są. Nędznym, pozbawionym zarówno intelektualnej, jak i czysto praktycznej możliwości reagowania na zagrożenia, towarzystwem tak zwanego popularnie kręcenia lodów, które bez wsparcia służb i mediów, nie są prawdopodobnie nawet w stanie się podetrzeć. Przyszedł wrzesień i Jarosław Kaczyński – przecież nie pozostawiający nawet na moment cienia wątpliwości co do tego, że on swoje życie w tej chwili traktuje już tylko jako służbę i zadanie – zrobił parę pozornie drobnych gestów, które jednak ludzie roztropni natychmiast odczytali jako początek czegoś bardzo znaczącego. Przyszedł wrzesień i naprawdę nie trzeba było szczególnego sprytu, żeby zrozumieć, że jeśli w ostatnich tygodniach w niemal każdej swojej wypowiedzi Jarosław Kaczyński podkreślał, że on się bardzo dużo modli, to on tym swoim wyznaniem cos nam chce powiedzieć. Tymczasem te głuptaski jedyne co potrafili zrobić, to rechotać. Jak zawsze zresztą.
W poprzednim swoim tekście – niespodziewanie chyba jednak raczej zlekceważonym – przedstawiłem ów obraz Tbilisi, otoczonego tym pięknymi wzgórzami, no i tego przepysznego pałacu na jednym z nich, z którego jego ubrany w czarną zbroję mieszkaniec od lat miał na to miasto i tych ludzi uważne bardzo oko. Obraz tego miasta, tego unoszącego się nad miastem pałacu, z tym jego bardzo złowrogim mieszkańcem, który nic nie mówi, w milczeniu czekając już tylko na ten dzień. Oczywiście, zachowując tu dziś wszelkie konieczne proporcje, chciałbym wszystkim nieprzyjaciołom Jarosława Kaczyńskiego powiedzieć, że okazaliście się – i nadal się okazujecie – co najmniej tak nieroztropni jak prezydent Saakashvili, który dziś już pewnie wie, co miał zrobić choćby jeszcze rok temu. Że Adam Michnik by się na niego obraził? I cóż takiego? W końcu z Michnika własnych słów wynika, że akurat od Sakashvillego on nigdy nic nie wymagał.
Wspomniałem o proporcjach. Jestem pewien, że wszyscy czytelnicy tego bloga wiedzą, co mam na myśli i jakie są moje intencje. Zawsze bowiem chodzi o to samo. O to, że z jednej strony są ludzie źli, a z drugiej ludzie dobrzy. I niestety grzech zarówno pychy, jak i naiwności jest dostępny wszystkim, niezależnie od pochodzenia. Dla nas – też tak jak to się dzieje zawsze – raz z radosną korzyścią, a raz z poczuciem bolesnej utraty.

Muszę przyznać, że jak idzie o ten rok, nie jest tak źle, jak sie obawiałem jeszcze w sierpniu. I choć pracy w szkole na którą liczyłem nie dostałem, w dodatku EMPiK w tym roku nie dał mi już zupełnie nic, a tam gdzie pracowałem i wciąż pracuję straciłem dwie godziny, to jakoś wciąż ciągnę. Natomiast nie będę ukrywał, że bez dotychczasowego wsparcia, nie uciągnę. A zatem proszę kupować książki i wspomagać ten blog w tradycyjny sposób. Numer konta jest obok. Dziękuję.

środa, 2 listopada 2011

O okręcie i włosach na głowie

W ostatnich dniach przydarzyło mi się parę rzeczy, które samodzielnie nie miałyby najmniejszego znaczenia i nie zasługiwałyby nawet na to, by tu o nich wspominać choćby w formie dygresji, ale przez jakieś niezwykłe zrządzenie przypadku zaczynają się zlewać w pewien wspólny obraz i rosną. Rosną z każdym dniem, coraz bardziej. Jakiś czas temu wspominałem tu o pewnym moim koledze, człowieku znacznie ode mnie młodszym, ale za to mocno zaprzyjaźnionym i towarzysko niezwykle mi bliskim, którego szczególną cechą jest to, że jak idzie o poglądy na życie, on stanowi dokładne przeciwieństwo tego, w co ja wierzę i co uważam za prawdziwe. A zatem jest on i zdeklarowanym ateistą, i lewicowcem na poziomie… ja wiem? Kto wie czy nie samego Orlińskiego, o którym też tu już było i, jak się okazuje, musi być jeszcze raz. A w dodatku intelektualistą tego szczególnego typu, który mnie na ogół wyłącznie albo śmieszy, albo irytuje. Muzyki słuchamy właściwie tej samej, filmy oglądamy podobne, dowcipy nas śmieszą te same, natomiast jak już idzie o literaturę, to wystarczy powiedziec, że takiego Kuczoka, który jest dla mnie przedstawicielem czystego grafomaństwa, on uważa za pisarza wybitnego. Co więc sprawia, że lubię się z tym moim kolegą zadawać? Dokładnie to samo, co sprawia, że lubię się zadawać z innymi ludźmi, z którymi się zadaję od lat. Po prostu uważam go za miłego i solidnego kumpla, z którym można sobie solidnie i przyjemnie pogawędzić. Czy mi nie przeszkadza to, że on jest jak Orliński? Ani trochę. A jemu to, że ja jestem jak… Błaszczak może? Też, jak się okazuje, nie.
Spotykamy się dość rzadko, ale jak już, to bardzo intensywnie. A zatem nasze przedwczorajsze spotkanie również było intensywne. A zaczęło się od razu od samego Orlińskiego. Mój kolega mianowicie wyszedł do mnie z pretensją o to, że ja Orlińskiego nieuprzejmie potraktowałem. Zdaniem kolegi, Orliński przede wszystkim na moje złośliwości nie zasługuje, bo on mnie wcale aż tak brzydko jak mi się zdaje nie potraktował, a poza tym jest wybitnym intelektualistą, znakomitym blogerem i autorem, wykształconym, dowcipnym i wrażliwym człowiekiem. Akurat jak idzie o traktowanie, ten element jest mi cudownie obojętny, raz dlatego, że to w jaki sposób mnie Orliński traktuje, mam w nosie, a dwa, że uważam, że on mnie nie tyle potraktował brzydko, co głupio. A to już akurat sprawia, że cała sprawa przesuwa się na pozycje dyskusji o faktach, a nie o uczuciach. No ale kolega mój twierdzi na dokładkę, że robię błąd, nie czytając bloga Orlińskiego, bo on pisze naprawdę znakomicie. Ja piszę znakomicie, ale Orliński też, i warto Orlińskiego czytać. Orliński jest świetny.
Przyznam, że kiedy dowiedziałem się, że Orliński jest świetny, ucieszyłem się. Dlaczego? Dlatego, że zwyczajnie lubię, kiedy okazuje się, że nie wszystko jest takie jak się wydaje. Lubię, kiedy świat okazuje się być wielokolorowy i o wielu odcieniach. Lubię wiedzieć, że wciąż mamy strasznie duże pole do tego, by zweryfikować nasze poglądy i nasze przekonania., lub choćby je poprawić. Dobrze jest bowiem wiedzieć, że wciąż tyle przed nami. Że nie wszystko jest już ostatecznie zamknięte. Zajrzałem więc na blog Orlińskiego i czytam tekst na samej górze:
Polską prawicę drażni określenie ‘święto zmarłych’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem tego święta – od dziecka mam wrażenie, że w Polsce zbyt dużo uwagi poświęca się martwym, a za mało uwagi żywym i ich potrzebom.
Bardzo lubię za to Halloween, sympatyczne święto z importu. Podoba mi się jego psychologiczny wymiar. Jak trafnie zauważył Chesterton, najcenniejszym przesłaniem baśni o smokach jest pokazanie dzieciom, że smoki można pokonać”.
W tym momencie uznałem, że dalej czytać nie muszę, bo prawdopodobnie następny akapit zacznie się od słów następujących: „Polską prawicę drażni określenie ‘gwiazdka’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem tego święta…”. Kolejny – podobnie: „Polską prawicę drażni określenie ‘Dziadek Mróz”, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem Dziadka Mroza…”. Co dalej? „Polską prawicę drażni określenie ‘moher”, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem moherów…”. Dalej – bez zmian: „Polską prawicę drażni określenie ‘ten kraj’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem tego kraju…”. A może jeszcze coś? „Polską prawicę drażni określenie ‘kaczyzm’, dlatego lubię go używać na blogu. Nigdy nie lubiłem kaczyzmu…”. I teraz niech mi ktoś powie – po co ja mam to czytać dalej?
No ale ponieważ lojalność dla przyjaciela ma swoją cenę, zajrzałem na kolejny wpis Orlińskiego. A tam? Proszę rzucić okiem:
Komcionauta MRW zadał ostatnio pytanie o laptopa dla licealisty oburzonego na to, że jego jareccy wyskakują z kasy tylko na osiem paczek miesięcznie za Kuronia, zamiast na pięć kafli za Gucci School of Warsaw.
Śpieszę z wyśmienitą sugestią laptopa dla licealisty o średniozamożnych rodzicach. To Alienware M11x, low-endowy przedstawiciel high-endowego brandu, który wchodzi właśnie na polski rynek.
Jako hardkorowy makówkarz podchodziłem do niego jak pies do jeża – uważnie obwąchując i szukając słabych punktów. Gwoli obiektywizmu opis zacznę od mocnych punktów. Otóż mocnym punktem Alienware jest moc.
Standardowy test grafiki w Counter-Strike Source podał średnią wartość 119,75 fps. Najniższa jaką zauważyłem to 60 z hakiem, często przekraczał podczas testu 200.
Spuszczę zasłonę miłosierdzia na osiągi mojego Macbooka Pro. Wprawdzie to nie jest najnowszy model, tylko ten poprzedni, ale jednak to piętnastocalowy klocek o katologowej cenie dwukrotnie wyższej od M11x. Strach pomyśleć, jakie osiągi ma alienowa piętnastka o podobnej cenie.
Wniosek jest oczywisty: jeśli dla kogoś giercowanie jest priorytetem (a co ma być priorytetem dla licealisty?), z laptopów liczy się tylko Alienware. Lansować się per ‘patrzcie, jaki ja jestem Free Software Open Source Creative Commons (TM)’ można przecież na wszystkim”.
Zamiast komentarza, rumienię się i oświadczam, że na tym kończę temat Wojciecha Orlińskiego.
W minioną sobotę, prawdopodobnie w związku ze zbliżającym się dniem Wszystkich Świętych, Robert Mazurek uznał za stosowne przeprowadzić swoją cotygodniową rozmowę dla „Rzeczpospolitej” z Janem Hartmanem – ateistą, jak się zdaje w jednym celu – żeby Hartman opowiedział nam skąd on wie, że Boga nie ma, a po śmierci człowiek – ze swoim ciałem i tą niby duszą – już tylko wyłącznie gnije Przyznam, że przeczytałem ją z dużym zainteresowaniem od deski do deski. I od razu przyznam, że w całym swoim życiu nie miałem okazji słuchać tak mądrego wykładu na temat tego, że religia to opium. Naprawdę byłem pod wrażeniem. Niestety jest coś, co mi ten obraz wybitnego filozofa skutecznie zakłóca. Otóż ja wciąż pamiętam, jak przed ponad rokiem, w owym telewizyjnym studio u Pospieszalskiego, miałem okazję tłumaczyć Hartmanowi, że słynny „Borubar” był wyłącznie perfidną manipulacją Systemu, co dla każdego średnio przytomnego obywatela jest faktem nie wymagającym nawet analizy. Okazało się jednak, że dla Hartmana – nie. Hartman był do tego stopnia przekonany, że Lech Kaczyński rzeczywiście powiedział „Borubar” zamiast „Boruc”, że do niego docierało żadne moje słowo, a w pewnym momencie zaczął się ze mnie zwyczajnie szyderczo – i zapewne niezwykle filozoficznie – śmiać. A więc, ja przepraszam bardzo, ale jeśli on nie jest w stanie dostrzec czegoś co stoi przed nim jak byk i puka go w to tępe czoło, to co on może zrozumieć z tej wielkiej i niezmierzonej tajemnicy bożego miłosierdzia? Co on może zrozumieć z czegokolwiek? Co on może mieć do powiedzenia na dowolny, obojętnie jaki, temat? Że Bóg nie istnieje? A Mazurek?
Też już o nim tu pisałem. O tym moim znajomym, który pewnego rzucił się na mnie na ulicy i zaczął mnie wyśmiewać z powodu mojego politycznego zaangażowania. Szliśmy wczoraj na całą rodziną groby… i nagle – jest! Ten sam, złapał mnie za mankiet i zaczął dokładnie w tym samym stylu, co wtedy, się ze mnie nabijać. Tak jakby chciał to moje blogopisanie wyrazić w formie kabaretowej. Tu żona, tu dzieci, tu świece, tu kwiaty, tu tłum ludzi… a ten przez zaciśnięte wściekłością zęby rechocze, że ja jestem głupim pisowcem. Ktoś powie, że to wariat. Otóż nic podobnego – ani on nie jestem wariatem, ani Orliński nie oszalał, ani Hartman, ani tym bardziej, mój serdeczny, lewicowy kolega. To nie jest szaleństwo. To w najlepszym wypadku jest opętanie.
Widziałem niedawno bardzo ciekawy film. Niektórzy twierdzą, że to tzw. „fake documentary”. A więc prowokacja. Otóż nie. Wszystko wskazuje, że to jest szczera prawda. Tak się zdarzyło. Tak było. Za tym stali prawdziwi ludzie. Film nazywa się „Catfish” i opisuje historię pewnego internetowego teatru, na który codziennie jesteśmy narażeni wszyscy. Włącznie z nami tutaj. Otóż pewien młody fotograf Nev Schulman mieszka sobie ze swoim bratem Arielem i kolegą Henry Joostem w Nowym Jorku. Pewnego dnia otrzymuje niezwykła przesyłkę. Ośmioletnia, mieszkająca gdzieś na wsi w stanie Michigan, dziewczynka, nazwiskiem Abbie Pierce, znalazła gdzie jedno z jego zdjęć, na podstawie tego zdjęcia namalowała przepiękny obraz i postanowiła mu go sprezentować. Wkrótce fotograf i dziecko stają się przyjaciółmi z Facebooka, a jeszcze po chwili owa facebookowa przyjaźń rozszerza się o mamę dziewczynki, Angelę, i jej starszą przyrodnią siostrę – prześliczną piosenkarkę i tancerkę o imieniu Megan. Megan przysyła fotografowi swoje piosenki, tamta młodsza – swoje obrazy, przyjaźń rodzinna kwitnie, a między Nevem i Megan nawiązuje się nieunikniony romans. W pewnym momencie Nev zauważa jednak, że są pewne rzeczy – a liczba ich rośnie z każdym dniem – które stawiają całą historię w bardzo niepewnym świetle, a więc Megan nie jest piosenkarką, to dziecko nie jest malarką, a co do mamy – to w ogóle nic już nie wiadomo. No i tu się tak naprawdę rozpoczyna film. Cała trójka zaopatruje się w maleńkie mikrofony, jeszcze mniejsze kamery, wsiada w samochód, i wyrusza na spotkanie nieznanego. No i na miejscu okazuje się, że, owszem, jest jakieś dziecko, które jednak wygląda, jakby się wyłącznie wstydziło, jakiś dwóch chłopców z ciężkim umysłowym upośledzeniem, mąż owej Angeli, który robi wrażenie, jakby nigdy nie miał nic do gadania, a jak idzie o Megan – to do końca nie wiadomo, czy ona gdzieś jest, czy jej nie ma. Jedno co wiadomo na pewno, to to, że Angela wszystko osobiście wymyśliła, osobiście malowała te obrazy, osobiście ściągała te piosenki gdzieś z Internetu i osobiście założyła trzy czy cztery Konata na Facebooku, by robić wrażenie tej niezwykłej rodziny.
Ktoś mi powie, że to nic takiego. Internet jest pełen takich historii. A kto wie, czy to miejsce, na którym my się spotykamy, o podobnych przedstawieniach czegoś też nie ma do powiedzenia? Może. Kto wie? Jednak przyszedł mi ten film do głowy I chciałbym, byście wiedzieli, że mam z nim pewien kłopot. Zwłaszcza wtedy, gdy niektórzy z Was mają do mnie pretensję o to, że bywam tu niegrzeczny, czy mało wyrozumiały.
Pozostaje jeszcze jedno. Co te wszystkie historie mają ze sobą wspólnego? Otóż nie bardzo potrafię sformułować tu jakąś sensowną odpowiedź. Niemniej czuję, że z całą pewnością mają ze sobą wspólnego bardzo dużo. Coś się bowiem dzieje. I, jak mówię, chyba jednak nie chodzi o szaleństwo, ale już o opętanie. A skoro tak, to jestem pewien, że warto o tym wciąż przypominać.
Wypadałoby zakończyć czymś pozytywnym i mocniejszym, niż to całe nieszczęście. Proszę bardzo. Otóż otrzymałem niedawno bardzo piękny mail od pani profesor Zyty Gilowskiej. Jestem pełen nadziei, że nie pogniewa się ona na mnie za to, że zacytuję tu jeden drobny z niego fragment:
Dekoracje przewracają się za szybko i chyba już bez kontroli. Niebezpieczna sytuacja. Kiedy spod ozdóbek wychyla się brutalna machina dziejów, ludziska tracą azymut, niekiedy
na całego. Trzeba zwrócić się do Opatrzności, pamiętać o Przodkach i łapać dystans. W takich przypadkach cytuję sobie świętego Augustyna – ‘Ziemia jest naszym okrętem, nie siedzibą’. Zresztą, ‘Wszystkie włosy na naszej głowie są policzone’. To fakt
”.
Z Bogiem. Do jutra. Może.

Póki co jednak, proszę - bardzo zachęcam - kupować książkę o liściu. Naprawdę warto. I, jak zwykle, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Liberte! - czyli wolność, która weszła w szkodę

Święta Bożego Narodzenia minęły, jak co roku, bez ekscesów. Mówiąc ‘ekscesy’, mam na myśli wszelkie zachowania prokurowane przez przeróżnej maści bezbożników, a polegające na propagowaniu wizji Świąt jako festiwalu kolorowych świateł i miłości rozumianej jako tzw. ‘pozytywne wibracje’. Wprawdzie, jak się domyślam, grupy młodych idiotów z flaszkami, zgodnie z zapowiedzią, pojawiły się pod wybranymi kościołami w czasie Pasterki, no i – co już akurat wszyscy wiemy na pewno – Premier pożyczył swoim fanom skutecznego schlania się bez kaca. Ale przynajmniej nikt nie zrzucał krzyży z kościołów i nie atakował tych stojących przy drogach, nie walił kamieniami w okna zza których płynęły dźwięki kolęd, i nikt też nie ogłosił oficjalnie w telewizji, że religia to żenada. A zatem, póki co, tym wszystkim, którzy w ostatnich tygodniach w wyroku Trybunału Konstytucyjnego w Strasburgu dojrzeli jakąś szansę dla swoich obsesji, i uczepili się jej jak pijany płotu, pozostaje już tylko czekać końca grudnia na coroczne, klasycznie pogańskie, obchody Nadejścia Nowego Roku, i najpierw się odpowiednio nawalić, później puścić chińską petardę z balkonu lub z ogrodu, zagryźć wszystko surową japońską rybą i pójść spać.
Od zeszłego wpisu używam z wielką satysfakcją słowa ‘bezbożnik’ i za to należą się ode mnie szczególne podziękowania człowiekowi o nazwisku Hartman. Jakby ktoś nie wiedział, o kim mowa, to może od razu zacytuję wikipedię:

Jan Hartman(ur. 18 marca 1967 we Wrocławiu – profesor filozofii, wydawca i publicysta, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki wCollegium Medicum na Uniwersytecie Jagiellońskim […]. Zajmuje się metafilozofią (heurystyka filozoficzna, autorski projekt teorii neutrum), filozofią polityki, etyką i bioetyką. W filozofii przyjmuje stanowisko umiarkowanie sceptyczne […] W 1990 ukończył studia filozoficzne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W latach 1990–1994 był doktorantem w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1994 rozpoczął pracę jako asystent Instytutu Filozofii UJ, od lutego 1995 asystent, a od października 1995 adiunkt Zakładu Filozofii MedycynyCollegium Medicum UJ (obecnie: Zakład Filozofii i Bioetyki), od 2004 – kierownik tego zakładu.
Doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1995 (promotor: prof. Władysław Stróżewski), habilitował tamże w 2001. Tytuł profesora uzyskał w 2008, po czym został mianowany na stanowisko profesora UJ. W latach 2005–2008 był profesorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Wiceprezes Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Akademickiego od 2002.
Autor dziewięciu książek oraz ok. 200 artykułów filozoficznych i publicystycznych (m.in. wGazecie Wyborczej, Tygodniku Powszechnym, Dzienniku, Rzeczpospolitej, a zwłaszcza wPrzeglądzie Politycznym). W 1989 założył czasopismo filozoficznePrincipia, które od 1992 wydawane jest na UJ.
Od 2003 jest członkiem Komitetu Nauk Filozoficznych PAN. Jest też członkiem-założycielem B'nai B'rith Polska, reaktywowanego w 2007. Od 2009 jest członkiem Zespołu ds. Etyki w Nauce przy Ministrze Nauki i Szkolnictwa Wyższego.


Skąd wiem o tym Hartmanie? Pierwszy raz na niego wpadłem w TVN24, czyli w telewizji którą oglądam. Trzeba było dyskutować o aborcji, czy eutanazji – nie pamiętam, ale w każdym razie o kulturze zabijania niewinnych – i wyciągnięto nagle tego Hartmana, żeby reprezentował stanowisko zabójców. Ów Hartman swoje zadanie wykonał z takim wdziękiem, że go zapamiętałem. Od tego czasu, TVN zaprasza go już regularnie, chyba na takiej zasadzie, że po co szukać nowych, skoro się ma po prostu dobrych. A więc łączą się oni niekiedy z tym mędrcem, który później na tle Kościoła Mariackiego, opowiada albo że prawo do życia powinni mieć ci tylko, którzy potrafią o nie skutecznie zawalczyć, albo że wolno wszystko byle nie ruszać Żydów, albo że Boga nie ma, albo coś równie mądrego. Ostatnio jednak, jakby tego było mało, dowiedziałem się jeszcze czegoś o tym dziwnym człeku. Konkretnie mam na myśli dwie rzeczy. Jedna to taka, że dla Tygodnika Powszechnego (a jakże!) napisał on tekst publicystyczny, za który magazyn Pressnastępnie dał mu swoją nagrodę, a druga, że Hartman mianowicie to mój kumpel bloger.
Czemu więc ja się zajmuję Hartmanem? Przecież ani dla tych wszystkich pustych informacji zamieszczonych w biogramie w wikipedii, ani tym bardziej z powodu tego, co on wygaduje w telewizji. W końcu, jak pokazuje doświadczenie, zostać zwykłym półinteligentem można nawet bez tytułu profesorskiego, a głosić publicznie że skoro Boga nie ma, to wolno robić co się komu podoba, potrafi nawet ktoś na poziomie posłanki Senyszyn. Więc tu akurat Hartman zdecydowanie nie ma co podskakiwać. Tym bardziej, nie ma się on co puszyć przez to co napisał dla Tygodnika http://tygodnik.onet.pl/1,30789,druk.html. Fakt jest bowiem taki, że najważniejszy tekst publicystyczny roku 2009 stanowi półstronicowy koncept, od którego merytorycznie ciekawsza z całą pewnością byłaby już maturalna refleksja przeciętnego wrocławskiego licealisty, a formalnie – choćby każdy z tekstów, które powstały dotychczas na tym blogu. Tak przy okazji, nie mogę się powstrzymać przed wyznaniem, że gdybym był jakimś ważnym i ustosunkowanym Żydem, to po tym tekście w Tygodniku Powszechnym, zwróciłbym się do Hartmana, żeby jednak się albo powstrzymał przed dalszym kompromitowaniem swojego narodu jako dziennikarz i lepiej już dalej pracował nad teorią neutrum, albo – skoro być może nie umie się opanować – żeby zanim napisze następny tekst publicystyczny, trochę popraktykował w Salonie24.
I w ten sposób mogę przejść do kwestii wspomnianego już ‘bezbożnika’ i kariery Hartmana nie jako naukowca, nie jako publicysty, lecz do bezpośredniej przyczyny, dla której dziś jest akurat o nim, a więc do Hartmana jako blogera. Ale nie tylko blogera. Również Hartmana jako części projektu, który występuje w Internecie jako Liberté! Otóż zabierając głos w sprawie krzyży w jednym z wrocławskich liceów, Hartman – zarówno jako bloger, jak i przedstawiciel owego Liberte! – bardzo się zdenerwował, że w języku polskim słowo ‘bezbożnik’ oznacza nie tylko – literalnie – kogoś kto żyje z dala od Boga, ale również osobę „złą i pozbawioną sumienia”. I to właśnie owo spostrzeżenie sprawiło, że odkryłem dla siebie i samego Hartmana i to jego środowisko, o którym przy innej okazji można by wiele, ale dziś, zanim im powiem, by sobie w spokoju gnili beze mnie, zaledwie parę słow.
Już sama nazwa jaką Hartman kolegami wybrali dla swojej działalności, mówi o nich wystarczająco wiele. Bardziej precyzyjnie jednak wszystko na temat tego, czym oni się zajmują i co im tam chodzi po ich śmiesznych głowach, jest wyłożone w dziewięciu punktach na internetowej stronie tego projektu. Cele są normalne, czyli coś co Szwejk nazwałby bałwanieniem do kwadratu. A więc „krytyczna refleksja nad rzeczywistością, sceptycyzm wobec wszelkich ideologii, dystans i ironia, także do samych siebie; wolność jako nadrzędna zasada polityki, wolność jednostki wobec drugiego człowieka, wobec społeczeństwa i wobec państwa; antypopulizm, rozumiany jako merytoryczne, pozbawione demagogii podejście do spraw publicznych”. Nic szczególnego. Mnie osobiście najbardziej jednak spodobało się kilkakrotne zapewnienie, że oni są bardzo otwarci na wszelką rozmowę. Ten fragment jest szczególnie dowcipny choćby z tego względu, że o ile udało mi się dotychczas poznać otwartość na rozmowę dwóch z członków tego Liberte!, a więc Hartmana i Sadurskiego, to wiem, że zarówno oni sami, jak i cała reszta tego towarzystwa, zaczynając od Henryki Bochniarz, a kończąc na Tadeuszu Syryjczyku, kiedy już wreszcie zdecydują się ze mną pogadać merytorycznie, to prędzej przy pomocy gilotyny, niż zwykłych, ludzkich słów. A więc jak najbardziej zgodnie z ich tradycją.
Tacy oni bowiem są. Historia ludzkości, przynajmniej od czasów Rewolucji Francuskiej, od czasu do czasu obejmowała i takie przypadki. Jak komuś zależy, zapraszam tutaj. Warto choćby właśnie dla tych nazwisk http://liberte.pl/.
Najgorsze w tym wszystkim jednak nawet nie jest to, że ludzie tacy jak Hartman istnieją publicznie, ale że postanowili się uaktywnić akurat tu, w Polsce. Przypominają mi w tym trochę te grupy Mormonów, którzy łażą po naszych ulicach i tłumaczą ludziom, że powinni być pobożni, tyle że inaczej niż mają na to ochotę. Zawsze mnie interesowało, czemu oni nie pojadą do Szwecji czy do Czech, gdzie prawdopodobnie znaleźliby wdzięczniejszą publiczność i nie musieli się narażać na nieuniknione nieprzyjemności. Polska tradycja, tak jak ją znam i z jaką jestem zżyty, zawsze przecież była w ten czy inny sposób związana z religią. W tej tradycji, wszystko co kwestionowało ów wymiar religijny, było uważane za wybryk natury. Ale też, mówiąc o religii, mam na mysli nie czary, wróżbiarstwo, kabałę i UFO, lecz religię w podstawowym tego słowa znaczeniu. W świecie jaki znam i do jakiego przez całe lata mojego życia się przyzwyczaiłem, coś takiego jak Hartman, czy jego znajomi masoni (bo nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że to nieszczęsneLiberté!, to najbardziej bezczelna masoneria), zasługiwałoby wyłącznie na naszą pełną wyniosłej szlachetności tolerancję. I może bym się czuł z tym co tu piszę nieswojo, gdyby nie wsparcie ze strony polskiej mowy, a więc wymiaru jak najbardziej obiektywnego. To właśnie język polski obfituje w tak piękne i pełne znaczenia zwroty, jak ‘Szczęść Boże”, ‘Bogu dzięki’, ‘Bóg zapłać’, ‘Daj Boże’, czy wreszcie ‘Jak Boga kocham!’ i tak dalej i temu podobne zawołania, które normalni ludzie przyjmuję za naturalne, a różne dziwadła parzą. To właśnie też w języku polskim, słowo ‘bezbożnik’ tradycyjnie oznaczało nie tylko osobę, która wybrała życie bez Boga – bo takich wśród nas raczej zwykle nie było – ale, jak sprytnie to spostrzegł Jan Hartman, osobę grzeszną, bez sumienia, kogoś po prostu złego.
Bardzo mi się więc spodobało, że Hartman, podpuszczony przez kogoś tak bylejakiego jak grupa głupich nastolatków, nagle zdrętwiał na myśl, że jeśli on jest bezbożny, to według najbardziej świętej tradycji jest pozbawiony podstawowego dobra i równie podstawowego sumienia. Uważam, że odkrycie, jakiego Hartman dokonał tu dla samego siebie, jest bez porównania więcej warte, niż te jego bezsensowna dłubanina ukryta pod nic nieznaczącą nazwą ‘heurystyka’, a tym bardziej niż owa nieszczęsna nagroda magazynu Press. Jestem przekonany, ze jeśli tylko Jan Hartman znajdzie w sobie wystarczająco dużo konsekwencji, by przemyśleć tę sprawę, zrozumie też, jak fatalnie się znalazł w świecie, gdzie takich jak on normalni ludzie nie mogą w żaden sposób traktować poważnie. I że jeśli jest odpowiednio sprytny, to powinien się najpierw zamknąć, później skutecznie zadumać, by w końcu zrozumieć, że nawet ktoś taki jak on nie wziął się przecież z kosmosu, ale został stworzony przez Boga.
Na wsi gdzie się wychowałem, ludzie byli naprawdę różni. Część z nich to byli zwykli dobrzy wieśniacy, część to, też zwykli, kłamcy i złodzieje, część to jeszcze bardziej paskudni – choć wciąż bardzo zwyczajni – grzesznicy. Ale kiedy przyszła właściwa pora, każdy z nich równo walił do kościoła na mszę, bo wiadomo było, że innej drogi po prostu nie ma. Człowiek mógł być dobry, lub zły, mądry lub głupi, szczery lub fałszywy, ale tak czy inaczej wiadomo było, że na końcu jest już tylko ten Kościół, gdzie wszyscy się spotykają. Oczywiście było tez parę wyjątków. U mnie na wsi – skoro już o niej mowa – był na przykład taki jeden Józwa, który chodził po okolicy, coś stękał pod nosem i wiadomo było, że to wariat. Poza nim jeszcze był jeden człowiek, który chyba kiedyś wyjechał do Ameryki, a jak wrócił, to okazało się, że jest już kimś na kogo się mówi ‘badacz’. Oczywiście i jednemu i drugiemu nigdy nic złego się nie stało, a jestem wręcz pewien, że gdyby głodowali, to dobrzy katolicy i Polacy z pewnością by ich przygarnęli. Nie mam jednak też najmniejszej wątpliwości, że gdyby tam zamieszkał Jan Hartman ze swoimi fratrami zLiberté!, to wprawdzie nikt by za nim nie rzucał kamieniami, bo w końcu my polscy katolicy jesteśmy normalnymi, cywilizowanymi Europejczykami, a nie jakimiś dziwadłami, ale patrzylibyśmy na nich trochę jak na tego Józwę.
Mam szczerą nadzieję, że Jan Hartman doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Ale oprócz tego, jako człowiek uczony i z całą pewnością inteligentny, potrafi z tego wyciągnąć dla siebie odpowiednie wnioski. Czego mu życzę z okazji zbliżającego się święta Nowego Roku.

środa, 23 grudnia 2009

Dym

Nie wiem, jak na to rozwiązanie zapatrują się współtwórcy tego bloga, ale wyszło na to, że ani tekst pełen miłości o Marii z Egiptu nie był tekstem na Święta, ale też ani, jak się okazuje – wbrew moim najszczerszym zapowiedziom – tekst kolejny, ów pełen wściekłości wybuch o tatuażach. Może gdyby Smiłowicz siedział cicho. Może wtedy. Ale w sytuacji, gdy on sam tę sprawę ostatecznie zamknął, czuję że trzeba coś z tym zrobić. Jutro Wigilia, pojutrze ten wielki, radosny Dzień Narodzenia. Trzeba coś zrobić. Kilku z przyjaciół tego miejsca, skomentowało ostatni wpis pięknymi wierszami. Pojawił się nawet wielki Ezra. Trzeba coś zrobić. Dać znak.
I oto pojawia się okazja. Pewien uczony mąż z Krakowa nazwiskiem Hartman oburza się, że w języku polskim słowo ‘bezbożnik’ ma pejoratywne konotacje. To dobrze. Niech się oburza. Niech się dławi ze złości. Niech cierpi. Niech mu ta tradycja, ta kultura, świat, który zastał, nie dają spać. Może w końcu zrozumie, że ów świat to jest świat stworzony przez Boga, na Jego chwałę, a na nasze zbawienie. Niech go ta świadomość tak pali, że w końcu zrozumie. Życzę mu, żeby zrozumiał. Oto nadchodzi dzień Bożego Narodzenia. I nie ma takiej siły, która będzie w stanie to zmienić.
Skoro pojawił się nawet Ezra Pound, to i ja chciałem opowiedzieć coś pięknego na Boże Narodzenie. Jednak nie będzie to ani wiersz, ani nawet moje osobiste wspomnienie. Będzie to bożonarodzeniowa historia z filmu Dym, który uwielbiam. Z filmu Dym, który – kto wie, czy nawet nie wbrew intencjom twórców, uważam za głęboko religijny. A więc jakże ściśle przylegający do podstawowego wymiaru, w jakim ten świat trwa. Dla mnie Dym, to był film o realności boskiego tchnienia i dlatego dziś, mały fragment własnie stamtąd. Harvey Keitel prowadzi sklep z papierosami. Oprócz tego, robi zdjęcia. Przez całe lata, codziennie, robi jedno zdjęcie, jednego miejsca, tylko dlatego, że wierzy, że ten jeden moment ma swój ciężar. Papierosy u niego kupuje autor książek, William Hurt, który pewnego dnia przychodzi i, ponieważ ma zamówienie na tekst z New Yorkera chyba i musi coś napisać. prosi go, by mu opowiedział jakąś historię bożonarodzeniową. I Keitel mu opowiada swoją historię. Moje tłumaczenie.
Było lato siedemdziesiątego szóstego, kiedy ledwo zaczynałem pracować u Vinniego. Najgorsze lato w historii. Pewnego ranka wszedł do sklepu chłopak i zaczął ściągać rzeczy z półek. Stoi koleś pod ścianą z gazetami i pakuje pod koszulę pornosy. Przy ladzie była kupa ludzi, więc go z początku nawet nie zauważyłem. Kiedy zobaczyłem co się dzieje, to z pyskiem na niego! A on – dyla. Zanim udało mi się wygrzebać zza lady, on już pędzi Siódmą Aleją. Goniłem go prawie do skrzyżowania, ale w końcu machnąłem ręką. Upuścił coś po drodze, a że nie chciało mi się już za nim biec, schylam się, patrzę - portfel. Żadnych pieniędzy, tylko prawo jazdy i kilka zdjęć. Mogłem wezwać gliny, to by go capnęłi. Miałem przecież nazwisko i adres. Ale jakoś zrobiło mi się go żal. To był zwykły, biedny dupek, a jak jeszcze zobaczyłem te zdjęcia, to już w ogóle cała złość ze mnie zeszła…
Roger Goodwin. Tak się nazywał. Na jednym zdjęciu, pamiętam, stoi obok swojej mamy. Na kolejnym, trzyma jakąś szkolną nagrodę i uśmiecha się jakby wygrał konkurs talentów. Normalnie, nie miałem serca. Jeszcze jedno biedne dziecko z Brooklynu, z tym całym swoim nędznym życiem... a poza tym, chrzanić parę gazet z gołymi babami. Tyle tylko że zatrzymałem ten portfel. Parę razy myślałem, żeby mu go odesłać, ale zawsze coś mi przeszkadzało i w końcu kompletnie o nim zapomniałem.
Nadeszły Święta, a ja nie mam pojęcia, co z sobą zrobić. Miałem iść do Vinniego, ale mama mu się pochorowała, i musiał w ostatniej chwili jechać z żoną na Florydę. Siedzę więc u siebie od rana, użalam się nad sobą, i nagle patrzę, a na półce w kuchni leży portfel Rogera Goodwina. I myślę sobie nagle, a co, kurde? Czemu raz w życiu nie mam zrobić czegoś dobrego? Zakładam więc płaszcz i idę oddać ten portfel. To było gdzieś na Boerum Hill, tam w tych blokach. Okropnie było zimno i pamiętam, że kiedy szukałem tego domu, wciąż się gubiłem. Tam wszystko wygląda identycznie i człowiek wciąż włazi w to samo miejsce. No ale wreszcie trafiam pod te drzwi, naciskam dzwonek… Cisza. Myślę sobie, pewnie nikogo nie ma w domu, ale dzwonię jeszcze raz, czekam trochę dłużej i kiedy już mam wracać, słyszę człapanie. A po chwili głos jakiejś staruszki.
– Kto tam?
Mówię, że szukam Rogera Goodwina.
– To ty, Roger? – ona na to. I nagle odkręca z piętnaście zamków i otwiera drzwi. Ma pewnie z 80, a może nawet 90 lat, i od razu widzę, że jest ślepa.
– Wiedziałam, że przyjdziesz, Roger – mówi. – Wiedziałam, że jak przyjdą Święta, nie zapomnisz o babci Ethel.
I wyciąga ręce, jakby chciała mnie objąć. Nawet nie miałem czasu, by się zastanawiać. Wiem że muszę coś zrobić i zanim się zorientowałem, już z nią rozmawiam.
– Tak, babciu – powiedziałem. – Przyszedłem odwiedzić cię na Święta.
Nawet nie pytaj, czemu tak zrobiłem. Nie mam pojęcia. Tak po prostu wyszło. A ona nagle przytula mnie do siebie. No to ja ją też. To było jak gra, w którą oboje zgodziliśmy się wejść, jeszcze przed ustaleniem reguł. Przecież ona świetnie wiedziała, że nie jestem jej wnukiem. Była stara i stuknięta, ale nie na tyle stuknięta, żeby nie odróżnić obcego faceta od wnuka. Ale ponieważ jakoś było jej przyjemnie udawać, a ja z kolei nie miałem nic lepszego do roboty, to pomyślałem, że i ja mogę poudawać…
A więc wchodzimy do jej mieszkania i siedzimy już razem przez cały wieczór. Ona mnie pyta, jak mi leci, a ja kłamię. Mówię, że znalazłem dobrą pracę w sklepie z papierosami. Mówię jej, że się żenię. Mówię jej setki miłych historii, a ona oczywiście udaje, że mi wierzy.
– To cudownie, Roger – mówi, kiwając z uśmiechem głową. – Zawsze wiedziałam, że życie ci się ułoży…
Po jakimś czasie zgłodniałem. W domu nie bardzo było co jeść, więc wyszedłem do sklepu obok i przyniosłem pełno wszystkiego. Wędzonego kurczaka, zupę jarzynową, koszyk sałatki z ziemniaków. Ethel miała w swojej sypialni kilka butelek wina, no to i udało się wspólnie zorganizować zupełnie porządną Wigilię. Pamiętam, że po winie obojgu nam lekko zaszumiało w głowie, więc poszliśmy do salonu, gdzie były fotele, no i wygodniej. Zachciało mi się sikać, więc przeprosiłem babcię Ethel i poszedłem do łazienki. I właśnie wtedy wszystko stanęło na głowie. To że postanowiłem zrobić z siebie idiotę udając wnuka Ethel było wystarczająco nienormalne, ale to co odstawiłem potem, to już kompletny idiotyzm. I tego akurat już nigdy sobie nie wybaczyłem.
Wchodzę więc do tej łazienki i patrzę, a tu, obok prysznica pod ścianą, sześć czy siedem aparatów fotograficznych. Jeden na drugim, Kompletnie nowe, trzydzieści pięć milimetrów, jeszcze w pudełkach. Od razu uznałem, że to jest robota Rogera. Że tu trzyma wszystko co uda mu się ukraść. Nigdy wcześniej nie zrobiłem jednego zdjęcia, a już z pewnością, nigdy w życiu nic nikomu nie ukradłem. Ale widzę te aparaty i już wiem, że chcę taki jeden mieć dla siebie.Ot tak. Po prostu.I nawet się nie zastanawiając, biorę jeden z nich pod pachę i wracam do pokoju.
Nie mogło minąć więcej niż trzy minuty, ale przez ten czas, kiedy mnie nie było, babcia Ethel zasnęła. Za dużo pewnie tego Chianti. Poszedłem więc do kuchni, umyłem naczynia, a ona przez cały ten czas spała jak niemowlę. Nie było sensu ją budzić, to sobie poszedłem. Nawet kartki jej nie napisałem , żeby się pożegnać, bo po co, skoro i tak była niewidoma i w ogóle. Więc wyszedłem. Na stole tylko zostawiłem portfel jej wnuka, wziąłem aparat i wyszedłem…
I to koniec tej historii.
Kiedy Keitel kończy swoją świąteczną opowieść, patrzy przez chwilę w oczy Hurta i tak się w siebie wpatrują. I uśmiechają się. I Hurt w pewnym momencie mówi Keitelowi – To znaczy, że swoje ostatnie Święta spędziła z tobą.
A po chwili – To był dobry uczynek, Auggie. Postąpiłeś wobec niej dobrze.
Na co Keitel się śmieje i odpowiada – Najpierw ją okłamałem, a potem okradłem. Jakie w tym dobro?
Jak można w tym zobaczyć dobro? Jak można zważyć dym? Jak można ujrzeć sens w pogardzie stwierdzenia: ‘bezbożnik’? Jak możnadostrzec niezniszczalną potęgę tradycji? Jak można wreszcie zrozumieć, że to jest coś, czego się zwyczajnie nie da pokonać?

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...