Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-komunizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-komunizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 grudnia 2024

Za co libreałowie szanują George'a Orwella i Margaret Atwood

 

        Jak niektórzy z nas pewnie wiedzą, tuż za naszym oknem, po przeciwnej stronie ulicy stoi sobie piękny kościół, który od wielu, wielu lat jest naszym kościołem. Przez wiele z tych lat, on też był kościołem naszego psa, w tym sensie, że ten, ile razy słyszał bicie jego dzwonów, wył długo i rozpaczliwie, a myśmy mówili mu, że jest wstrętnym esbekiem, libkiem i lewakiem. Od kilku jednak lat dzwony w naszym kościele milczą, bo jak się dowiedziałem od naszego księdza, najpierw pojawiły się jakieś zastrzeżenia od architekta miejskiego w sprawie kościelnej wieży, potem polecenie przeprowadzenia remontu, no a parę dni temu powiedział mi ksiądz, że  dzwony najprawdopodobniej już nie wrócą, bo okoliczni mieszkańcy gremialnie wysyłają do Kurii i do miasta listy protestacyjne z żądaniem wyłączenia dzwonów, bo od tego hałasu oni już tracą zdrowie. Ale nie tylko to. Powiedział mi jeszcze ksiądz, że z tego co mu wiadomo, akcja przeciwko dzwonom kościelnym ma miejsce nie tylko tu w Katowicach, nie tylko na Śląsku, ale w ogóle w całej Polsce i wygląda na to, że niedługo, one zostaną wyłączone już wszędzie, z wyjątkiem może niektórych wiosek na wschodzie.

          A ja, jeszcze w czasie rozmowy z księdzem, przypomniałem sobie jeden z najlepiej przez mnie zapamiętanych fragmentów powieści George’a Orwella „Rok 1984”, gdzie Winston w pewnej chwili przypomina sobie starą dziecięcą piosenkę:

Oranges and lemons,
Say the bells of St. Clement's.

You owe me five farthings,
Say the bells of St. Martin's.

When will you pay me?
Say the bells of Old Bailey.

When I grow rich,
Say the bells of Shoreditch.

When will that be?
Say the bells of Stepney.

I do not know,
Says the great bell of Bow.

Here comes a candle to light you to bed,
And here comes a chopper to chop off your head!

Przypomina sobie tę rymowankę i tak naprawdę nie wie, czy kiedykolwiek w życiu słyszał dzwony kościołów. Proszę posłuchać.

Kiedy rozmawiali, ów w pół zapamiętany wierszyk wwiercał się w umysł Winstona. Pomarańcze I cytryny wołają dzwony Św. Klemensa. Należą się trzy grosiki, wołają dzwony Św. Marcina! Dziwne, ale kiedy powtarzał sobie w myślach tamte słowa, miał wrażenie, że naprawdę słyszy ich dźwięk. Dżwięk dzwonów straconego Londynu, który wciąż gdzieś w jakiś sposób istniał, zakryty jednak i zapomniany. Patrzył na wieże kościołów, wznoszących się jak mroczne duchy to tu to tam, i miał wrażenie, że słyszy tamte dżwięki. Mimo to, z tego co umiał sobie przypomnieć, w realnym życiu nigdy nie słyszał kościelnych dzwonów”.

         Muszę przyznać, że gdy chodzi o Orwella, to mimo całego mojego szacunku dla jego osoby, jego twórczości i zasług, niigdy specjalnie nie lubiłem ani ”Roku 1984”, ani tym bardziej „Farmy zwierzęcej”. Nawet w latach osiemdziesiątych, kiedy obie powieści były w Polsce zakazane i można było je czytać w wydawnictwach przemycanych, one miały dla mnie bardziej wartość publicystyczną. Natomiast, owszem, wiem, że dla wielu z nas, zwłaszcza „Rok 1984”, gdy chodzi o polityczne ekscytacje, związane z PRL-em, komuną, totalitaryzmem, a ostatnio nawet z Jarosławem Kaczyńskim, i tak zwanym „pisizmem”, Orwell jest niemal biblią. Na miarę samego Stanisława Barei.

       I to jest dla mnie bardzo ciekawe, że w moim bardzo mocnym przekonaniu, ludzie, którzy piszą listy, w których apelują o to, by wreszcie te pierdolone dzwony kościelne zamknęły ryje, to bardzo często te same osoby, dla których George Orwell i jego słynna powieść, to autentyczne proroctwo czasu, w którym chrześcijański terror doprowadzi nas do owego „roku 1984”. George Orwell i Margaret Atwood.



 

wtorek, 15 czerwca 2010

O księżniczkach w post-bolszewickim świecie



Jak może większość odwiedzających ten blog wie, Toyahowa ani się tym naszym pisaniem nie interesuje, ani sama pisać nie ma ochoty. Uważam, że i jedno i drugie, to strata. Dla niej i dla nas. Szkoda zwłaszcza tego, że ona nie pisze. Nawet bowiem, gdyby przyjąć, że tak ładnie jak ja ona by składać tych literek nie umiała, to jestem pewien, że miałaby ode mnie znacznie więcej do powiedzenia. I znacznie mądrzej. Taka jest. Przy wszystkich jej wadach, trzeba to przyznać. Ona po prostu taka jest.
Wczoraj gadaliśmy trochę o Marcie Kaczyńskiej i żona moja powiedziała mi parę rzeczy, które mi nawet nie przyszły wcześniej do głowy. Zwróciła mi uwagę na parę tak interesujących kwestii, że właściwie od wczoraj sobie o tym wszystkim myślę i im dłużej o tym myślę, tym bardziej żałuję, że ona jednak nie bloguje. To by stanowczo było cenne. Trzeba sobie jednak radzić i wierzyć, że uda się nam powiedzieć to, co powiedzieć należy. Wspominałem tu już kiedyś, że ja w głównej mierze świecę światłem odbitym. Odbitym od moich wybitnych kolegów, od moich wybitnych dzieci, no i oczywiście od mojej wybitnej żony. Ja odbijam świetnie. A więc uda się. Proszę bardzo.
Kiedyś napisałem tu jeden czy dwa teksty o Richardzie Nixonie, nie jako o nieudaczniku i kłamcy, lecz o jednym z największych amerykańskich prezydentów, zniszczonym przez zbieg okoliczności i czasy, w których przyszło mu działać. W wywiadzie, który miałem okazję czytać, Nixon dumając nad swoją polityczną karierą i o tym wszystkim, jak to się wszystko zaczęło i dlaczego został tym kim został, mówi tak:
„Nie wszyscy możemy być prezydentami Stanów Zjednoczonych. Nie każdy z nas może być prezesem General Motors. Jak to się dzieje? Częściowo to kwestia szczęścia. Choć bardziej byłbym skłonny przypuszczać, że większe znaczenie ma korzystanie z możliwości. Przede wszystkim, w polityce trzeba być gotowym do podejmowania wielkiego ryzyka. Trzeba bardzo ryzykować. Kiedy patrzę w przeszłość, przypominam sobie wielu bardzo zdolnych, bardzo inteligentnych, bardzo charyzmatycznych ludzi, którzy zatrzymali się w Kongresie. Którzy nigdy nie doszli do Senatu. Nigdy nie zostali gubernatorami. Którzy zatrzymali się na tym poziomie. Ponieważ nie chcieli zaryzykować bezpiecznej posady. A kiedy człowiek zaczyna myśleć zbyt wiele o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie odniesie pełnego sukcesu. Trzeba bardzo ryzykować i nawet przegrać, kiedy jest taka konieczność. A można przegrać i dwa razy, i trzy, ale należy wciąż wracać. W tym cała tajemnica”.
Uważam że jednym z największych nieszczęść komunizmu było to, że zabił on w ludziach naturalną dążność do osiągania sukcesu. Ale nie tylko. Komunizm sprawił, że jeśli ktoś osiągał sukces, zostawał dyrektorem, prezesem, czy premierem, to z jednej strony za tym bardzo często nie stała ani praca, ani ambicja, ani zdolności, ale wręcz przeciwnie – ich brak i ich kompletna zbędność, z drugiej natomiast strony ludzie, którzy osiągnęli sukces, społecznie funkcjonowali nie jako ktoś godny szacunku i naśladowania, lecz jako najgorszy typ ludzkiego upadku. Wydaje mi się, że to stąd właśnie jeszcze dziś tak wielu z nas gardzi nie tylko urzędnikami, nauczycielami, lekarzami, sędziami, politykami, nie tylko posłami, premierami, prezydentami, ale wręcz Polskim Państwem. I to niezależnie od tego, czy wielu z nich na tę pogardę zasługuje, czy nie, i niezależnie od tego, czy Polska nam dała więcej powodów, by ją kochać, czy by z niej szydzić.
A więc nie mamy szacunku do Polskiego Państwa, bo uważamy je za zjawisko kompletnie przypadkowe. Uważamy, że są ludzie zdolni i są ludzie mało zdolni, i że niektórzy z nich mają kompetencje, a inni nie mają, a co z tego wyniknie, jest już wyłącznie kwestią przypadku. I to jest oczywiście sytuacja bardzo niedobra. Raz dlatego, że prowadzi ona bezpośrednio do przekonania, że tak naprawdę nie ma nic poza z jednej strony kompetencjami, a więc techniką, i z drugiej strony przypadkiem. Z tego punktu widzenia, to że taki wspomniany wyżej Richard Nixon, jeśli został prezydentem Stanów Zjednoczonych, jest wynikiem wyłącznie wynikiem tego, że albo był kompetentny, albo został tam awansowany przez swoich kumpli, lub rodzinę. Z tego punktu widzenia, wszystko to co opowiada Nixon, a więc ta gotowość do podejmowania ryzyka, upór, i to coś jeszcze, co już naprawdę nie sposób nazwać, jest kompletnie bez znaczenia. Z tego punktu widzenia, Nixon został prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo się dobrze uczył na studiach, albo był wyjątkowym sukinsynem, a takim zawsze łatwiej. Z tego punktu widzenia, jest wręcz niemożliwe, żeby on awansował tak wysoko, bo był na przykład jakoś tam dotknięty palcem Boga. I ten typ myślenia uważam za bardzo przykre dziedzictwo bolszewickiej Polski.
Wczoraj napisałem tekst o Marcie Kaczyńskiej i o tym, jak to System uniemożliwia jej całkowicie naturalną działalność publiczną. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, przypomnę. Marta Kaczyńska, po tragicznej śmierci jej ojca i po ogłoszeniu przez Jarosława Kaczyńskiego chęci kontynuowania dzieła brata, miała jak się zdaje plan, by zaangażować się w kampanię wyborczą. Na tę deklarację, cały polityczno-medialny mainstream w sposób absolutnie bezprecedensowy zaatakował ją, zarówno na poziomie prawnym, obyczajowym jak i osobistym, i doprowadził do tego, że ona zwyczajnie została pozbawiona swojego najbardziej podstawowego i oczywistego prawa. Jak to się stało, że ten atak skończył się takim powodzeniem? Otóż uważam, że nie bez znaczenia było to, że duża część opinii publicznej bardzo chętnie przyjęła optykę podpowiedzianą przez mainstream i uznała, że taka Marta Kaczyńska nie może być osobą o jakiś szczególnych predyspozycjach, talentach, czy charyzmie, ale jest kimś kompletnie byle jakim – w najlepszym wypadku kimś takim jak my – kto tylko chce wyskoczyć w górę na śmierci swojego ojca. Który sam przecież, też nie był w niczym lepszy od nas. Właśnie dlatego, tak łatwo udało się wyeliminować Martę Kaczyńską z kampanii.
Pod wspomnianym tekstem rozpoczęła się dyskusja, w której oprócz wielu różnych opinii, pojawiła się i taka, że nie ma żadnego powodu, żeby Marta Kaczyńska zgłaszała ambicje polityczne, bo ona nie ma żadnych absolutnie w tej mierze kompetencji poza tym, że jej ojciec zginął w katastrofie. Proszę zwrócić uwagę. Do jej kompetencji, jeśli w ogóle, nawet nie należałoby to, że jej ojciec był prezydentem, ale to że zginął w katastrofie. Z punktu widzenia odmóżdżonego społeczeństwa post-sowieckiego, jeśli już w ogóle mówić o kompetencjach, to z pewnością większe daje katastrofa, a więc przypadek, niż osobisty sukces.
I tu dochodzimy do sprawy podstawowej. Do kompetencji właśnie. W najnowszej historii Polski mieliśmy czterech prezydentów. Każdy z nich miał dzieci. Lech Wałęsa nawet ich wiele. Zacznijmy od nich. Co robią dzieci Wałęsy? Nie bardzo wiem. Jeden z jego synów został politykiem niskiego szczebla, a reszta jakoś się rozbiegła. Jego córkę widziałem kiedyś w telewizji, ale jedyne co z tego zapamiętałem to to, że ona nie chce się mieszać w sprawy polityki i ojca, i nawet nie bardzo spędza z rodzicami czas. Córka Jaruzelskiego jest jak się zdaje jakąś gwiazdą kolorowych pism. Podobnie Ola Kwaśniewska. Żadne z tych dzieci, pomijając ewentualnie wspomnianego syna Wałęsy, nie wybrało kariery publicznej w sensie dosłownym. Niemal wszyscy z nich postanowili zostać celebrytami, często najgorszego gatunku. Niemal każdy z nich pokazał, że nie ma żadnych talentów i ambicji poza – w najlepszym wypadku – prowadzeniem zwykłego życia na uboczu.
Czy ta sytuacja w jakikolwiek sposób dziwi opinię publiczną? Ani trochę. Dla przeciętnego obywatela zarówno Ola Kwaśniewska, jak i Monika Jaruzelska robią to co w sposób oczywisty powinny robić, a mianowicie wydają pieniądze rodziców na to, by dobrze wyglądać i się lansować na jakichś żenujących balach. Czy one mają nie mają żadnych zdolności i kompetencji? Ależ oczywiście – mają jak najbardziej. Są ładne, eleganckie i umieją gadać. A dlaczego nie poszły w politykę, lub choćby na służbę Państwu? To proste. Po pierwsze polityka śmierdzi, po drugie państwo to obciach, a poza tym, skąd one mają się na tym znać?
Teraz staje się oczywiste, że na tym tle, Marta Kaczyńska zachowuje się po prostu bezczelnie. Z perspektywy post-sowieckiego umysłu, to że jej ojcem był człowiek, który w powszechnych wyborach został wybrany prezydentem państwa, nie ma żadnego znaczenia. To że ona ma ambicje polityczne i potrzebę działalności publicznej dla dobra ogółu, z tej perspektywy, jest co najmniej szwindlem. Prawdziwy obywatel nie może dopuścić do tego rodzaju skandalu. Marta Kaczyńska, jeśli chce być sławna, a oczywiście do tego ma prawo, niech występuje w Tańcu z Gwiazdami, lub prowadzi program w TVN Style. A jeśli chce chodzić do pracy, niech aplikuje i może Małgorzata Domagalik przyjmie ją na swojego zastępcę do magazynu Pani.
24 maja 1837 roku Alexandrina Victoria – znana powszechnie jako Królowa Wiktoria – ukończyła 18 lat. Niecały miesiąc później 20 czerwca, dziewczyna została obudzona przez matkę, która poinformowała ją, że o 2.12 nad ranem, zmarł w wieku 72 lat król Wilhelm IV i że tym samym Victoria została królową Wielkiej Brytanii. Proszę to sobie uświadomić. Ona miała zaledwie 18. Bywało różnie, ale domyślam się, że pewnie nie była dzieckiem szczególnie głupim. Możliwe bardzo, że wręcz przeciwnie – była osobą bardzo wybitną. Zapewne też była starannie wykształcona i bardzo dobrze ułożona. Ale fakt jest faktem – miała zaledwie 18 lat i została królową, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością nie dlatego, że miała do bycia królową formalne do tego kompetencje. Można też być pewnym, że tą królową być chciała. No i nią została. Na długo i bardzo, jak wiemy, skutecznie.
Ktoś mi powie, że to moje porównanie jest równie bezczelne, jak chęć Marty Kaczyńskiej kontynuowania dzieła ojca. Może tak. Nie będę się upierał. Może i jestem bezczelny. Mam jednak przy tym całkowitą pewność, że gdyby XIX-wieczna Anglia była w tym intelektualnym stanie, co dzisiejsza Polska, Victoria nie zostałaby ani królową Wielkiej Brytanii, ani nawet Cesarzową Indii, ale w najlepszym wypadku siedziałaby w domu i pisała wiersze. Natomiast na tron skierowano by jakiś autorytet. Najlepiej staruszka po siedemdziesiątce, z lewą profesurą i postępującym szaleństwem.

środa, 15 października 2008

O Leszku Balcerowiczu, Annie Walentynowicz i nowej kuchence gazowej

Pisałem niedawno tu o Margaret Thatcher, wcześniej o Annie Walentynowicz, a w międzyczasie nawet zahaczyłem o Monty Pythona. I do każdego z tych tematów, podszedłem bardzo poważnie i baaaaardzo pozytywnie. Czasem wydaje mi się, że sprawa jest zamknięta, a czasem - ni stąd ni z owąd - przychodzi mi do głowy, że jednak warto by było coś dorzucić. To uczucie niedosytu pojawia się, ile razy patrzę na zdjęcie pani Walentynowicz tu obok, po prawej stronie, jednocześnie przypominam sobie głosy komentarzy pod moim wpisem poświęconym pani Thatcher, gdzie zarzucano mi schizofrenię (Thatcher i Walentynowicz - śmiechu kupa!), a któregoś dnia włączam telewizor i widzę, jak w TVN-ie, za podpuszczeniem Leszka Balcerowicza, siedzą nasi lokalni spece od kapitalizmu i dyskutują z jakąś siostrą zakonną na temat biedy. Skoro więc trzeba coś powiedzieć, to trudno, żeby nie mówić. A więc mówię. Zaczniemy od Monty Pythona. Posłuchajcie.
Jest taki skecz, pod tytułem ‘Skecz o nowej kuchence'. Mówiąc najkrócej, jest tak, że do drzwi niejakiej pani Pinnet pukają przedstawiciele gazowni, czy może tylko sklepu z kuchenkami gazowymi, bo przywieźli jej kuchenkę. Pani Pinnet się cieszy, bo na tę kuchenkę czekała, jednak okazuje się, że panowie na fakturze mają napisane Crump, a nie Pinnet. Poza tym wszystko się zgadza. Są dwie możliwości. Oni zabiorą kuchenkę do sklepu, poprawią błąd i za jakieś dziesięć tygodni pani Pinnet dostanie swoją kuchenkę. Mogą jednak pójść pani Pinnet na rękę i, o ile ona zechce się podpisać, jako Crump, sprawa będzie załatwiona. Po chwili okazuje się, że ze względów proceduralnych, oni nie mogą tej kuchenki podłączyć. Brakuje jakiegoś papierka. A właściwie kilku. Sprawę być może da się załatwić, ale potrzebny jest inny dokument, którego akurat nie ma. Trwa bardzo ambitna dyskusja na temat, jak zgodnie z przepisami rozwiązać problem pani Pinnet, a ponieważ panowie ze sklepu są bardzo życzliwi, a jest ich bardzo wielu, wszyscy uradzają, że w przypadku sytuacji alarmowej, dałoby się tę kuchenkę zainstalować właściwie bez zbędnych procedur. Ktoś wpada na pomysł, żeby panią Pinnet otruć gazem i wtedy do ustalenia pozostanie tylko, czy zapisać to w raporcie, jako morderstwo, czy samobójstwo. Pani Pinnet wesoło przystaje na propozycję i wszyscy się już mogą śmiać do woli.
Kiedy grupa Monty Pythona produkowała swój Latający Cyrk, mieliśmy koniec lat 60-tych i początek 70-tych. W Polsce akurat kończył Gomułka i zaczynał Gierek i dowcip z kuchenką, nawet gdyby był w naszej telewizji prezentowany, byłby raczej niezrozumiały. To znaczy, wiedzieliśmy, co to jest kuchenka gazowa i wiedzieliśmy też, co zrobić, żeby ją kupić, no ale raczej o dowiezienie jej do domu i zainstalowanie, musielibyśmy się pomartwić już indywidualnie. Indywidualnie też musielibyśmy ją wnosić po schodach, bo winda akurat byłaby zepsuta, a domki jednorodzinne też raczej nie były powszechnie dostępne.
Cała reszta oczywiście, czyli banda debilnych sprzedawców, kupa zbędnych papierkowych procedur i ostateczna śmierć pani Pinnet z rąk nieludzkiego systemu była dość jasna, tyle że może nie aż tak śmieszna.
Kiedy Anglicy tkwili w swoim specyficznym rodzaju socjalizmu i mieli przed sobą jeszcze dobre dziesięć lat do wejścia pani premier Thatcher, myśmy wciąż jeszcze czekali na prawdziwe sklepy, prawdziwe towary w sklepach i prawdziwe kredyty na zakup domu na przykład. W Wielkiej Brytanii przyszła pani Thatcher, rozgoniła całą tę biurokratczno-związkową bandę nierobów, a myśmy wciąż czekali na swoją Thatcher, swojego Reagana, swoją wolność, swój sens życia, swój kapitalizm.
Przyszedł rok 1989, później 1990, później 1991 i okazało się, żeśmy się doczekali. Tyle, że zamiast obiecanego kapitalizmu, przyszli jacyś dziwni panowie i przynieśli nam gazową kuchenkę. Ładną, funkcjonalną, wnieśli po schodach, postawili w drzwiach i powiedzieli, że mamy ją sobie zainstalować, tyle, że wcześniej dobrze by było pozałatwiać parę rzeczy po urzędach, bo inaczej nie będzie działała.
A po nich przyszli inni panowie i powiedzieli, że to, co mamy, nazywa się kapitalizm, a jeśli nam się on nie podoba, to wyłącznie dlatego, że jesteśmy zanurzeni w komunie, że na takich jak my mówią w cywilizowanym świecie homo soveticus i że powinniśmy się bardzo starać zwalczyć tę naszą post-sowiecką gnuśność i zabrać się do pracy. Wtedy świetnie sobie z nasza kuchenką poradzimy.
Mija już niemal 20 lat od czasu, gdy dostaliśmy to, na co - wydawało się - czekamy i o co - wydawało się - walczyliśmy i się modliliśmy. Efekt jest taki, że w telewizji występują finansowi eksperci, byli ministrowie finansów, wybitni ekonomiści, liberalni politycy i w dalszym ciągu tłumaczą nam, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że - co więcej - jest nawet lepiej, niż było, a jeśli jeszcze są jakieś obszary biedy, biurokracji, czy zwykłego gnoju, to wyłącznie dlatego, że wciąż ze społeczeństwem („tym społeczeństwem") nie jest tak, jak ma być.
Minister Balcerowicz załatwił podstawy, premier Bielecki sprawy umocnił, komuniści, po odpowiednich kursach zarządzania gospodarką rynkową, popchnęli sprawy do przodu, premier Buzek wprowadził odpowiednie reformy, premierzy Oleksy, Miller i Belka znaleźli nam bezpieczne miejsce w Europie, w wielu domach pojawiły się komputery, na każdym rogu zapewniono nam dostęp do tanich kredytów, więc i mamy już to, co chcieliśmy. Kapitalizm na piętnaście fajerek, albo przynajmniej na cztery gazowe palniki marki Mastercook. A wszystko bez najmniejszej konieczności szukania naszej własnej Margaret Thatcher.
Więc jednak chciałem wyrazić, jeśli można, opinię, że bez Margaret Thatcher się nie dało. I się nie da. Owszem, bez Margaret Thatcher być może uda się bardzo skutecznie - zresztą już się udało - wmówić części społeczeństwo, że to, z czym mamy do czynienia to ten słynny, wyśniony kapitalizm, a jeśli ktoś tego nie widzi, to jest albo ślepy, albo leniwy, albo - co najbardziej prawdopodobne - wcale tego kapitalizmu nie chce. Przyśle się specjalnych mistrzów od wyjaśniania zawiłości wolnego rynku, którzy ludziom pokażą, że kapitalizm to nie rozdawanie, ale ciężka praca. Że kapitalizm, to nie leżenie brzuchem do góry, ale produkcja. Że to nie kolejne wolne dni od pracy, ale dodatkowe etaty. Że to nie zasiłki, ale pensje. Bo z zasiłków emerytury nie będzie, tylko bieda i smutna starość.
I wtedy to społeczeństwo, które już wie, czego się można spodziewać po każdej ze stron tego eksperymentu, spojrzy na zdjęcie Anny Walentynowicz, które straszy każdego z nas od rana do rana, i odetchnie z ulgą. To nie my. My jesteśmy nowocześni, my znamy cenę pracy i cenę pieniądza. A ta dzielna kobieta? No, trudno. Kiedyś była bohaterem, ale tak się złożyło, że nie wsiadła do tego tramwaju. Ale nie tylko ona. Wielu innych musiało zapłacić cenę za to, że nie potrafili wyrwać się ze starych sowieckich przyzwyczajeń i sentymentów.
Byli jednak tacy, co potrafili. Potrafił na przykład robotnik Frasyniuk, robotnik Bujak, robotnik Wałęsa, robotnik Borowczak, nawet robotnik Leszek Miller. A to tylko prości robotnicy. Ileż to poza nimi, intelektualistów, urzędników, profesorów, zwykłych magistrów dało sobie radę w nowych czasach! Anna Walentynowicz nie dała rady. Zresztą wcale nie wiadomo czy naprawdę chciała. Albo państwo Gwiazdowie, Albo taki Świtoń. Czy oni tak naprawdę chcieli?
Więc niech się cieszą, że zamiast Thatcher mieliśmy zwolennika społecznej gospodarki rynkowej, jak Balcerowicz, a nie dzikiego, bezwzględnego kapitalizmu, jak premier Wielkiej Brytanii. Ona by narodowi pokazała, gdzie pieprz rośnie. Przy profesorze Rostowskim i ekspercie Ryszardzie Petru pani Anna przynajmniej ma gdzie mieszkać i z czego żyć. Thatcher najpewniej oddałaby ją do przytułku.
Otóż jeszcze raz powtarzam. To nie jest tak. Może pan Petru i elity by tak bardzo chciały, ale to nie prawda. Gdyby w Polsce rządziła Margaret Thatcher, to zdjęcie tu w tej formie by nie wisiało. Anna Walentynowicz nie stałaby biedna, stara, smutna i zgorzkniała na tym szarym dziedzińcu Gdańskiej Stoczni, bo by w tym czasie spędzała swoje lata na zasłużonej, godnej emeryturze. Nie tylko dlatego, że kapitalizm to system, który ma szacunek dla swoich bohaterów, ale przede wszystkim dlatego, że kapitalizm to system dla ludzi dzielnych, pracowitych, uczciwych i utalentowanych. Czyli dokładnie dla takich ludzi, jakimi są Polacy. I jakim człowiekiem jest Anna Walentynowicz. Nie leniów, głupców i kombinatorów. Nie dla podrzuconych nie wiadomo skąd i przez kogo biznesmenów. Nie dla gangsterów i szemranych towarzystw wzajemnej adoracji.
Ale ja mówię o prawdziwym kapitalizmie. Nie o kapitalizmie z jedną kuchenką gazową i piętnastoma menelami z papieroskami w ryjach. Którzy - owszem - mogą nam parę spraw załatwić. Ale pod warunkiem, że wcześniej zgodzimy się zdechnąć.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...