Pokazywanie postów oznaczonych etykietą księża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą księża. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 stycznia 2022

Gdy "Gazeta Wyborcza" ujrzała pięknego dzięcioła

 

    Jakimś niewytłumaczalnym zbiegiem okoliczności trafiłem w Sieci na wydaną w Wielkiej Brytanii książkę zatytułowaną „I Saw a Beautiful Woodpecker”, której autorem jest polskie dziecko nazwiskiem Michał Skibiński, które latem 1939, mieszkając ze swoimi rodzicami w Warszawie, prowadziło swoisty dzienniczek. Swoistość owego dzienniczka polegała na tym, że był on wynikiem szkolnego zadania domowego, w ramach którego ówczesny Michał miał komentować jednym jedynym zdaniem każdy kolejny dzień wspomnianego lata roku 1939, co też czynił od lipca do września, a więc do czasu gdy Niemcy zdążyli się tu poczuć jak u siebie.

    Piękna jest ta książka i to może nie koniecznie ze względu na jakieś szczególne mądrości w wykonaniu tego dziecka, ani nawet szczególny urok owych zdań. Jeśli się zastanowić, to tam tak naprawdę pozostaje tylko to owo wakacyjne zadanie domowe, takie jak setki innych w tamtym i każdym innym czasie. To jednak co robi wrażenie, to sam pomysł na tę książkę, absolutnie cudowne ilustracje, które tak naprawdę stanowią 90 procent całości, no i to co w książkach z reguły jest najważniejsze, a więc to jak on leży nam w dłoni. A to jest książka tak ładna, że można by ją było ze sobą nosić.

    Jak wspomniałem, autorem tego, co tam jest w ogóle do czytania. jest niejaki Michał Skibiński, a ja, ciekawy tego co z tym dzieckiem działo się przez te wszystkie lata po wojnie, dokonałem odpowiedniej internetowej kwerendy i proszę sobie wyobrazić, że ono, dziś już jako 90-letni staruszek, to emerytowany, mieszkający gdzieś w Polsce, ksiądz, o którym pies z kulawą nogą nie słyszał... no może z małymi wyjątkami. I oto nagle okazuje się, że są rzeczy o wiele ciekawsze niż to, że mały Michał w ogóle prowadził ów dziennik, że po wojnie został księdzem i że dziś tamte zdania z lata 1939 roku robią takie wrażenie na całym świecie. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że kiedy próbowałem Michała Skibińskiego wyśledzić, okazało się że wszystkie tropy prowadzą do „Gazety Wyborczej” i afiliowanych z nią tytułów, a poza tym o nim nigdzie nie ma nic. Gdyby nie ludzie z Czerskiej, ów ciekawy ksiądz byłby nikim innym jak tylko ośmioletnim dzieckiem, które kiedyś zobaczyło pięknego dzięcioła i ktoś postanowił o nim napisać.

     Nie mam bladego pojęcia, co ksiądz Michał Skibiński ma do powiedzenia w relacjach „Gazety Wyborczej”, ale też w wywiadzie jakiego udzielił „Wysokim Obcasom”, bo za tę informację oni każą sobie płacić, jednak ponieważ swój antysemityzm wyssałem z mlekiem matki, informacja że Michał Skibiński jest najwyraźniej ich człowiekiem, zrobiła na mnie wrażenie, i przyznam nieśmiało, że trochę mnie zasmuciła. Poszperałem więc jeszcze trochę i trafiłem między innymi na coś takiego:

 

– Arkusz wypłat i świadczeń na rzecz t.w., Tajne spec. znaczenia, Nr ewidencyjny 6214

Wynagrodzenie                       Zwrot kosztów (związanych                Kto i kiedy wpłacił      

                                                     z wykonaniem poleceń)            

Patera i cukiernica wartości                                                                       19 X 1972 r. Kpt. Gawin

608 zł

album „Polska”- 350 zł                                                                              7 XII 72 kpt. Gawin

Kamień- 543.90                                                                                          19 04 73 Kpt. Gawin

Talerz pamiątkowy- 540 zł                                                                          4 X 73 Kpt. Gawin

Koniak- 665 zł                                                                                            18 XII 73 Kpt. Gawin

Koniak- 500 zł                                                                                            10 V 74 kpt. Gawin

Koniak- 500 zł                                                                                            28 03 75 por. Kamiński

Zegar- 683,30                                                                                             21 08 75 por. Kamiński

Etui z narzędziami do samochodu                                                              03 10 75 [znośnik]

wartości 630 zł

Koniak + herbata- 590 zł                                                                           23 12 75 [znośnik]

reflektory „Halogen”                                                                                 12 04 76 [znośnik]

… do koniaku- 1000 zł                                                                               18 10 76 [znośnik]

portfel + szampan- 410 zł                                                                          22 12 76 r. [znośnik]

koniak hiszpański [sic]- 550 zł                                                                  17 03 77 r. [znośnik]

koniak francuski- 840 zł                                                                             3 10 77 r. [znośnik]

koniak francuski- 760 zł                                                                            22 03 78 [znośnik]

whisky- 600 zł                                                                                            21 12 78 [znośnik]

koniak „Stock 84”- 700 zł                                                                         15 10 80 [znośnik]

koniak „Frappier” [?]- 950 zł                                                                  29 01 81 [znośnik]

koniak „Armagnac”- 1100 zł                                                                    15 04 81 [znośnik]

 

        I tu wreszcie dochodzimy do całego sensu dzisiejszego wpisu. Otóż wbrew pozorom, nie chodzi tak naprawdę o samą książkę – swoją drogą, jak już wspomniałem, znakomicie leżącą w ręku. Nie chodzi też, broń Panie Boże, o to, by się tu znęcać nad jakimś upadłym księdzem, bo, jak wiemy, tego kwiatu jest pół światu, i to zapewne też z tego powodu, gdy się pojawią tacy kapłani jak Jerzy Popiełuszko, czy Jan Macha, to Kościół nie ma żadnego problemu by ich wywyższyć ponad większość z nich. Chodzi mi dziś o coś zupełnie pobocznego, a mianowicie o to, jak to środowisko „Gazety Wyborczej”, a kto wie czy również nie brytyjscy wydawcy swoim czujnym okiem wypatrzyli księdza, z którym poczuli tak zwaną więź krwi. Proszę bowiem popatrzeć, jak tu się nagle wszystko doskonale skleiło. To wygląda tak jakby ów słynny nos, ni stąd ni z owąd wyczuł znajomy zapach i zwyczajnie nie potrafił go pozostawić ot tak, bez odpowiedniego potraktowania.

        Wszyscy, z tych czy innych powodów, mamy dziś mnóstwo zmartwień z tymi czy owymi księżmi. A kłopoty te, jak wiemy nadzwyczaj skrzętnie wykorzystują środowiska o rozmaitych powiązaniach, ale między innymi zbliżonymi do „Gazety Wyborczej”. W związku z tym nie ma dnia byśmy się nie dowiedzieli, że gdzieś zdewastowano kościół, gdzie indziej sprofanowano świętą figurę, a gdzie indziej pobito miejscowego księdza. Każdy z tych aktów we wspomnianych środowiskach znajduje stałe i bardzo mocne usprawiedliwienie. I oto nagle pojawia się kompletnie anonimowy ksiądz, staje się gwiazdą owych środowisk, a my się zastanawiamy: Co za czort! I już za chwilę się dowiadujemy, że wszystko jest jak najbardziej na swoim miejscu.

         Nie wiem jak Państwo, ale ja jestem pod wrażeniem.




niedziela, 8 marca 2020

Don Paddington: Bezczelny Toyah, fajny Kubuś Puchatek, dobry ksiądz i pan Metoda


Proszę sobie wyobrazić, że nasz ksiądz Rafał Krakowiak, znany skądinąd pod imieniem Don Paddington, zdecydował się tu po latach nieobecności znów pojawić i zrobił to w stylu mistrzowskim. Mając nadzieję, że to jest zaledwie początek nowej przygody tego bloga, przedstawiam tekst, który Ksiądz mi niedawno przysłał i już zostawiam Państwa z nim sam na sam i proszę te słowa potraktować jako bardzo szczególne Słowo na Niedzielę.


      Swego czasu, w związku z ostrą nawalanką, którą Toyah toczył z Coryllusem a propos ojca Szustaka, a później jakiegoś, nieznanego mi bliżej popa (??), gospodarz niniejszego bloga, zupełnie niespodziewanie, w notce z dnia 16 lutego: O księżach, którzy potrafią się fajnie mylić i jeszcze fajniej przepraszać dokonał na mnie napaści. Napaść ta (całkowicie nieuzasadniona, skandaliczna, brutalna, nieprzytomna, przepełniona nienawiścią, nasycona jadem i zdumiewająca), jakże ohydna w treści, wyczerpuje znamiona naruszenia moich dóbr osobistych i tylko naszej długoletniej znajomości (no i też troszeczkę chrześcijańskiemu miłosierdziu) może Toyah zawdzięczać, że Sądu Wysokiego nie będę fatygował.
      No właśnie… Nasza długa znajomość. Toyah w swym ataku nawiązuje do niej, wspominając moją obecność na jego blogu, a potem nasze pierwsze, osobiste spotkanie. Zaczyna miło (co pomińmy), a potem przechodzi do agresywnego natarcia. Pisze tak:
      <<Któregoś dnia (…) doszło do tego, że spotkałem się z księdzem Krakowiakiem i ze wstydem przyznaję, że kiedy jechałem z tą wizytą, byłem pewien, że ujrzę kogoś, kto będzie wyglądał i gadał w równie spektakularny sposób, jak nie przymierzając, ojciec Szustak. Potem zresztą nasi wspólni znajomi z bloga pytali mnie: „No i co? Mów, jak on wygląda? Jaki on jest?” A ja odpowiadałem niezmiennie: „W ogóle nie tak, jak byśmy sobie życzyli. On wygląda, jak ty, czy ja, i to jeszcze w najlepszym wypadku”.
       Mam już zatem na sam koniec dwie kwestie już tylko do księdza Krakowiaka – znanego niektórym z nas jako Don Paddington. Przede wszystkim chciałem przeprosić za to, że mówię to księdzu dopiero dziś, ale do ojca Szustaka Ksiądz nie ma, i nigdy nie będzie miał, tak zwanego startu. Krótko mówiąc, jest Ksiądz do niczego.
      Poza tym chciałem prosić o poradę duszpasterską: czy to jest możliwe, co powiedział pewien bardzo mądry duszpasterz, że ksiądz, którego parafianie kochają, jest bardzo często wysłany przez samego Szatana?>>
      Jak coś takiego skomentować?! No jak?! Przecież nie ma tylu przymiotników, by tę rzecz ukazać we właściwym świetle! Ja nie mam startu do Szustaka?!! Ja nie mam startu?!!!...
No, może nie mam…
      I w tym właśnie miejscu warto przejść do adremu niniejszych moich wypocin. A mam zamiar pisać o duszpasterzowaniu. Będzie więc poważnie, choć zaczniemy od dowcipu. O Kubusiu Puchatku. W uroczych o nim opowieściach, Kubuś przedstawiony jest jako mieszkający w Stumilowym Lesie miś o bardzo małym rozumku. Puchatek jest bardzo wesoły, sympatyczny, ma grono przyjaciół, z którymi przeżywa rozmaite przygody, no i – jak to niedźwiedź – lubi miód. I właśnie w związku ze słabością misia do miodu, jakiś czas temu usłyszałem następujący dowcip:
Któregoś pięknego dnia Kubuś Puchatek przybiega do swego przyjaciela Prosiaczka i w wielkim podnieceniu woła do niego:
- Prosiaczku! Prosiaczku! Krzyś dał nam obu dziesięć słoików miodziku. Siedem dla mnie i siedem dla ciebie.
Ponieważ Prosiaczek był zwierzątkiem o nieco większym rozumku niż miś, błyskawicznie dokonał dość skomplikowanych obliczeń i  już po trzech minutach doszedł do wniosku, że z tymi słoikami miodu jest coś nie tak.
- Zaraz, zaraz, Kubusiu! – zaprotestował w związku z tym – Jeśli Krzyś dał dziesięć słoików i w tym siedem jest dla ciebie, a siedem dla mnie, to rachunek się nie zgadza.
Miś chwilę milczał, próbował (również chwilę) przeprowadzić odpowiednią matematyczną analizę całego problemu, na koniec zaś wzruszył ramionami i rzekł:
- Ja tam nie wiem… Ale swoje siedem słoików już zjadłem.
      O czym jest ten dowcip? Myślę, że można go interpretować jako banalne skądinąd wskazanie, iż niekoniecznie ktoś, kto jest fajny, jest tym samym dobry. Kubuś (ten z dowcipu) jest fajny, bo jest sympatyczny, wesoły i w ogóle daje się lubić („Czy jest ktoś w tej sali, kto nie lubi Kubusia Puchatka?!”), ale niestety, nie jest dobry. Nie jest dobry, ponieważ przy całej swojej imponującej fajności, jest jednocześnie ulegającym własnym słabościom egoistą. Problemem misia nie jest mały rozumek, lecz chroniczne łakomstwo (z którym raczej nie walczy), oraz skłonność do fałszu (bo okazał się być fałszywym przyjacielem Prosiaczka). Wady nieumiarkowania i skłonności do fałszu świadczą o wzmiankowanym wyżej egoizmie Puchatka, czyli o czymś takim w jego naturze, co (i tu przechodzimy do interesującego nas zagadnienia duszpasterzowania w Kościele) przeszkadza darom Bożym zakorzenić się w jego sercu i uczynić zeń dobre, Boże narzędzie.
      Żeby było jasne: ja nawet nie sugeruję, że ojciec Szustak jest owym Kubusiem Puchatkiem. Jeśli już, to piszę o sobie. Zanim wyjaśnię tę zawiłość, zwróćmy się ku innemu kapłanowi, niestety, już nieżyjącemu.
      Świętej pamięci ksiądz Jan Twardowski… Jan od biedronki, ważki i mrówki… Ksiądz i poeta… Dobry poeta, dobry ksiądz. I jego nieszczęsny wiersz, p.t.: Wyjaśnienie. Wiersz znany? Zapewne tak, ale na wszelki wypadek przytoczmy go w całości:

Wyjaśnienie

Nie przyszedłem pana nawracać
zresztą wyleciały mi z głowy wszystkie mądre kazania
jestem od dawna obdarty z błyszczenia
jak bohater w zwolnionym tempie
nie będę panu wiercić dziury w brzuchu
pytając co pan sądzi o Mertonie
nie będę podskakiwał w dyskusji jak indor
z czerwoną kapką na nosie
nie wypięknieję jak kaczor w październiku
nie podyktuję łez, które się do wszystkiego przyznają
nie zacznę panu wlewać do ucha świętej teologii łyżeczką

po prostu usiądę przy panu
i zwierzę swój sekret
że ja, ksiądz,
wierzę Panu Bogu jak dziecko

      Dlaczego ten wiersz nazywam nieszczęsnym? Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że ów wiersz jest przewrotny. Przewrotny nie ze względu na jakąś obecną w utworze ironię czy dowcip, lecz ze względu na postrzeganie przez poetę miłości bliźniego w sposób, który nie tyle jest dziwny, bądź mało precyzyjny, co raczej niepokojący.
      Twardowski, jak każdy dobry poeta, swoim wierszem zadaje pytania. Moim zdaniem, owe pytania dotyczą właśnie miłości i jeśli poważnie je potraktować, to wynika z nich, że ksiądz kocha drugiego człowieka wówczas, gdy zamiast głoszenia Ewangelii – zwłaszcza głoszenia w sposób przeintelektualizowany, bądź nawet agresywny – opowiada temu człowiekowi o swojej tajemnicy (tajemnicy pojmowanej jako coś najbardziej i najgłębiej osobistego), którą jest dziecięce przeżywanie wiary. Powie ktoś: ksiądz Twardowski nie przeciwstawia głoszenia Ewangelii osobistemu świadectwu; on tylko uważa, że najlepiej głosi Ewangelię ten, kto owe osobiste świadectwo daje. Chętnie się z tym zgodzę, pytanie tylko, czemu to osobiste świadectwo (czyli najlepszy sposób głoszenia Ewangelii) ma służyć? Nawróceniu? Przecież „nie przyszedłem pana nawracać”! Jeśli więc nie o nawrócenie chodzi, to o co? Może o to, by głoszący i słuchający dobrze się czuli we wzajemnych relacjach? Żeby im było miło, zgodnie i pogodnie? Niestety wiersz tego nie wyjaśnia, co nie zmienia faktu, że sama myśl o nawracaniu kogoś, jest – według poety – myślą nieładną. Dlaczego nieładną? Pewnie dlatego, że treść pojęcia „nawrócenie” (w chrześcijaństwie kojarząca się jednoznacznie pozytywnie), w dzisiejszym świecie odbierana jest negatywnie, bo nawracanie to inaczej mówiąc narzucanie czegoś, a może nawet robienie komuś wody z mózgu.
      Co poeta miał więc na myśli, że klasycznie zapytam? Otóż miał on na myśli to, że próba nawracania kogoś to nic innego, jak niedopuszczalna ingerencja w tożsamość tego człowieka (zwłaszcza, gdy z indyczą furią wlewa się do ucha jakąś – ponoć świętą – teologię), oraz narzucanie poglądów (poprzez wwiercanie się Mertonem w brzuch), co jest nie do pogodzenia z miłością bliźniego. Natomiast działania zmierzające do tego, by wszystkim było miło, zgodnie i pogodnie, są po prostu kwintesencją tejże miłości…
      Nie chcę by powyższa – niewątpliwie powierzchowna – analiza Wyjaśnienia sprowadzała się tylko do łatwego skądinąd szyderstwa. Nie chcę tego tym bardziej, że możliwa jest też inna interpretacja tego wiersza – interpretacja, która z nieszczęsnego, uczyni ów utwór szczęsnym (choć w swoim charakterze pozostanie on w dalszym ciągu przewrotnym). Bo może być przecież i tak, że ks. Twardowski zwraca naszą uwagę na oczywistą prawdę, iż kiedyś dążenie do nawrócenia innych ludzi – czyli zabieganie o ich zbawienie – było w świecie chrześcijańskim świadectwem wielkiej do nich miłości, natomiast dzisiaj dążenie do nawrócenia innych ludzi jest w najlepszym wypadku świadectwem braku delikatności, a często powodem do wstydu. I ironizując („Nie przyszedłem pana nawracać.”) poeta po prostu piętnuje brak odwagi tych duszpasterzy, którzy ducha czasu mylą z Duchem Świętym, albo – inaczej mówiąc – są fajni, ale nie są dobrzy.
      Duszpasterze to w olbrzymiej większości proste chłopaki. Ich prostota polega na tym, że nie kombinują, tzn. starają się złożone treści przekazać w jak najprostszy sposób. Niestety, nie każdemu się to udaje. Owszem, każdy (prawie każdy) próbuje, ale nie każdemu jest to dane. Czy Kościół się tym przejmuje? Niekoniecznie. Bo choć miło jest posłuchać dobrego, wręcz charyzmatycznego kaznodziei, lub skorzystać z posługi wnikliwego, wręcz wybitnego spowiednika, to duszpasterzy tego rodzaju jest tak mało, że w skali całego Kościoła są w zasadzie praktycznie pomijalni. Owocność działania Kościoła nie jest bowiem zależna od obecności w nim znakomitości kaznodziejskich, lecz od stałej, nieustępliwej, odważnej, pełnej wiary, nadziei i miłości troski o zbawienie ludzi. Tylko to się liczy: troska o zbawienie ludzi. Troska, której kształt jest określony przez Rzym. I duszpasterze (proste chłopaki) właśnie ową troską Rzymem naznaczoną mają się charakteryzować, co nie oznacza, że nie mają dbać o uzupełnienie swoich ewentualnych deficytów: kaznodziejskich, organizacyjnych, intelektualnych, duchowych…
      Innymi słowy mówiąc, Kościół działa swoją strukturą (mówiąc o strukturze mam na myśli także i to, że – jak powiedział kard. Wyszyński – „Kościół jest żyjącym i działającym we współczesnym świecie Chrystusem”), a nie „duszpasterskimi wybitnościami”. Nie jest więc problemem brak (albo nadmiar) znakomitości w Kościele. Problemem jest to, że tak owe znakomitości, jak i owi „przeciętniacy” mogą zgłupieć i zamiast być dobrzy (tzn. odznaczać się troską o zbawienie ludzi, którym posługują), stają się fajni (tzn. odznaczają się troską, by wszystkim było miło, zgodnie i pogodnie).
      Toyah, kończąc swój całkowicie nieuzasadniony, skandaliczny, brutalny, etc… etc… atak na moją osobę, w całej swej bezczelności zwrócił się do mnie z następującą kwestią: „Chciałem prosić o poradę duszpasterską: czy to możliwe co powiedział pewien bardzo mądry duszpasterz, że ksiądz, którego parafianie kochają, jest bardzo często wysłany przez samego Szatana?”
       Ponieważ forma tego pytania jest bardzo niechlujna (biedny nasz Gospodarz zazdrości pani Tokarczuk i ją postponuje, a jak widać po kształcie powyższego pytania, nie ma do naszej Noblistki, i nigdy nie będzie miał tak zwanego startu; krótko mówiąc, Toyah jest do niczego), próbując na nie odpowiedzieć, muszę poczynić pewne uściślenie. Otóż biorąc pod uwagę kontekst, w którym umieszczona jest fraza o „księdzu, którego parafianie kochają”, domniemywam, że nie wszyscy parafianie go kochają, oraz że owa miłość do księdza, rozumiana jest tutaj jako zaledwie uczucie sympatii. Pytanie dotyczy więc sytuacji, w której parafianie (nie wszyscy) po prostu księdza lubią i gdzieś w tym wszystkim czuje się swąd szatana.
      Dlaczego  nie wszyscy owego księdza lubią? To proste. Nie wszyscy go lubią, „bo jeszcze się taki nie narodził, który by wszystkim dogodził”.
      Znacznie istotniejsze jest owo lubienie. Przyjrzyjmy się temu.
      Duszpasterz to prosty chłopak. Nie kombinuje, tzn. stara się złożone treści przekazać w jak najprostszy sposób, czyli zachowując łączność z Rzymem i powodowany troską o zbawienie bliźniego, usiłuje dotrzeć do jego serca, by pomóc temuż bliźniemu osiągnąć niebo. Ludzkie serca są jednak w większości zamknięte i nie jest łatwo je poruszyć. Z tego powodu w tym właśnie momencie pojawia się pan Metoda. Pan ów może przychodzić od Ducha Świętego, ale równie dobrze może przychodzić od TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji. Bez względu na to od kogo pan Metoda przychodzi, przychodzi po to, by podpowiedzieć duszpasterzowi jakich sposobów ma się imać, by twarde ludzkie serca poruszyć. Jeśli duszpasterz skłania się ku radom pana Metody przychodzącego od Ducha Świętego, to wtedy ów duszpasterz (bez względu na to, czy jest przeciętniakiem, czy wybitnością) staje się dobrym księdzem. Jeśli zaś duszpasterz skłania się ku radom pana Metody przychodzącego od TegoKtóryNie…, to wtedy ów duszpasterz (bez względu na to, czy jest przeciętniakiem, czy wybitnością) staje się fajnym księdzem.
      Pan Metoda przychodzący od Ducha Świętego, radzi duszpasterzowi, by zabiegał o zbawienie ludzkich dusz „w porę i nie w porę”; by pamiętał nie tylko o wszystkich uczynkach miłosiernych co do ciała, ale także o wszystkich uczynkach miłosiernych co do duszy; by nawracał; by nie siebie pokazywał, lecz Chrystusa; by uczył bezwarunkowej wierności wobec Rzymu; by w jego osobistym życiu, z miłości do Chrystusa obecne były post, modlitwa, jałmużna i zwykła ludzka przyzwoitość.
      Człowiek, który odznacza się tego rodzaju postawą, spotyka się ze strony ludzi (oczywiście nie wszystkich) z nieustannym oporem: bywa ceniony, ale niekoniecznie jest lubiany.
      Pan Metoda przychodzący od TegoKtóryNie…, radzi duszpasterzowi, by dbał o siebie; by nie był zanadto wymagający, bo straci w ludzkich oczach; by zawsze wychodził naprzeciw ludzkim oczekiwaniom; by pamiętał, że musi się oszczędzać, bo swoje siły musi rozłożyć na długi czas i długą drogę; by korzystał z życia i innym na to pozwalał; by pokazywał albo wyłącznie „ludzką” twarz Chrystusa i chrześcijaństwa, albo wyłącznie boskość Zbawiciela i Jego Kościoła; by wierność wobec Rzymu propagował w zależności od tego co Rzym głosi i kto w Rzymie zasiada; by uczynki pobożne praktykował albo ze względu na komfort duszy i ciała, albo ze względu na wierność konserwatywnym ideałom.
      Człowiek, który odznacza się tego rodzaju postawą, spotyka się ze strony ludzi (oczywiście nie wszystkich) z nieustannym aplauzem: jest i ceniony i lubiany.
      Oczywiście, te dwie postawy rzadko kiedy występują w stanie czystym. Najczęściej to wszystko (pan Metoda od Ducha Świętego i pan Metoda od TegoKtóryNie…) jest przemieszane ze sobą. Pytanie, czego jest więcej? I co bardziej służy sprawie zbawienia? Po owocach poznajemy. Zostawmy na boku ojca Szustaka, ponieważ jak wynika z powyższego przedłożenia, kwestia politycznych sympatii i deklaracji nie jest tutaj najważniejsza. A ortodoksja – zapyta ktoś?
      Ortodoksja… Tak. Ona jest ważna. Tyle tylko, że jej waga ujawnia się tak naprawdę wówczas, gdy duszpasterz podejmuje całkowicie świadomą decyzję (czyli nie ma mowy o pomyłce, niedbalstwie, bądź niedouczeniu), by z jakichś powodów – choćby dla sławy, dla zysku, dla podreperowania zranionego ego, itd. – być nie-ortodoksyjnym, bądź ortodoksyjnie rozmytym. Przykład? Proszę uprzejmie:
      Pewien ksiądz Proboszcz, w uzasadnionej trosce o świątynię zabiega o to, by tej świątyni dać nowy dach. Niestety, parafia jest biedna i nie stać jej na taką inwestycję. I oto pojawia się sponsor, który składa ofertę sfinansowania remontu dachu. Proboszcz się cieszy, parafianie się cieszą. Tyle tylko, że jak się okazuje, ów sponsor od lat żyje bez ślubu z jakąś kobietą, mimo iż nie istnieją żadne przeszkody, by zawrzeć sakramentalne małżeństwo. Ale cóż, pecunia non olet: chce ów sponsor dar ofiarować, to dlaczego go nie przyjąć? Proboszcz i sponsor dochodzą do porozumienia.
      Któregoś dnia przychodzi ten moment, kiedy niedzielne Słowo Boże mówi o świętości małżeństwa i przypomina o przykazaniu Nie cudzołóż! Ksiądz Proboszcz z wielkim zapałem i przekonaniem na każdej Mszy Świętej, zgodnie z nauką Kościoła, wykłada to co trzeba. Tyle tylko, że na trzeciej, albo czwartej Eucharystii pojawia się w kościele ów wspomniany sponsor, wraz ze swoją konkubiną. I siada w pierwszej ławce, by Proboszcz mógł go zobaczyć. I uśmiecha się do Proboszcza. W końcu nadchodzi ta chwila, że trzeba wygłosić homilię… Co ów biedny duszpasterz zrobi? On wie oczywiście, że winien głosić to, czego Kościół naucza, ale wie też, że sponsor może się poczuć brutalnie upomniany owym nauczaniem, że może się z tego powodu obrazić i swoją donację cofnąć, a wtedy nie da się przecież remontu dachu przeprowadzić… Pan Metoda od Ducha Świętego radzi Proboszczowi, by w poczuciu pełnej wolności powiedział to, co mówił dotychczas, natomiast pan Metoda od TegoKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji – zwłaszcza takiej Okazji – radzi Proboszczowi, że trzeba powiedzieć coś innego, gdyż w tej sytuacji wierne trzymanie się nauczania Kościoła jest z racji oczywistych zbyt ryzykowne. Co Proboszcz zrobi? Ponieważ właśnie tutaj jest miejsce na ową wspomnianą wyżej świadomą decyzję o ortodoksji, bądź nie-ortodoksji, sprawa staje się bardzo istotną, albowiem kontekst owej świadomej decyzji jest tak czy inaczej zbawczy (napomnieć, czyli zatroszczyć się o zbawienie; nie napominać, czyli uznać, że na tym etapie, w tej dziejowej chwili, coś innego jest od zbawienia ważniejsze).
      Zmęczyłem się. Zmęczyłem się, ponieważ męczącym jest tłumaczenie rzeczy oczywistych. Idę spać…
      A jeśli Toyah tego nie opublikuje, to mnie popamięta!
      Lubicie mnie?







sobota, 17 listopada 2018

O potrzebie cierpliwej uczciwości


      Ja dobrze bardzo wiem, że większość czytelników tego bloga znakomicie zdaje sobie z tego sprawę, jak zawsze jednak, z myślą o tej mniej zorientowanej mniejszości, spróbuję sprawę naświetlić. Otóż pokutujące gdzie niegdzie przekonanie, że księża - a mam tu na mysli przede wszystkim księży katolickich - jako ludzie całkowicie oderwani od doczesnego świata, nie posiadający rodzin, zdani na łaskę i nie łaskę swoich biskupów, oraz gospodyń, zamknięci w przykościelnych budynkach, o życiu mają pojęcie mikroskopijne, a często wręcz żadne, to jedno z największych nieporozumień tej naszej drobnej części wielkiego świata. Zanim wyjaśnię, co mam konkretnie na myśli, opowiem może angdotę. Otóż mamy zaprzyjaźnionego księdza, który swego czasu był duchowym opiekunem grupy studentów Akademii Muzycznej w Katowicach. Przyjaźnił się z nimi, regularnie się z nimi spotykał i któregoś dnia dołączył do nich ich kolega, luteranin, i już tam z nimi został. Nie po to oczywiście, by się jakoś szczególnie duchowo przetransformować, ale zwyczajnie, bo mu się tam podobało pod względem towarzyskim. Pewnego razu wieczór się niebezpiecznie przedłużył i kiedy ów student zdał sobie sprawę z tego, że ma ciężki kłopot z dostaniem się do domu, nasz ksiądz bez problemu zaproponował mu, że go odwiezie, tłumacząc swoją dyspozycyjność słowami: „No wiesz, nie mam żony, to mnie stać”.
     Bo tak to właśnie jest. Nasi księża nie mają żon, nie mają rodzin, nie mają nawet swoich domów, tak naprawdę nie mają nic, bo nawet te samochody służą nie tyle im, co jakims zagubionym luteranom, a zatem ich stać. Ale jest coś jeszcze. Otóż oni, całe swoje życie ofiarując swoim parafianom, tworzą dla siebie sytuację, gdzie to owi parafianie właśnie stają się dla nich wielką rodziną, a przez to ich wiedza na temat ludzi i świata znacznie przewyższa to, co my w naszych domach jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
       I oto w tym momencie pozwolę sobie znacząco bardzo zmienić nastrój, bo choć oczywiście wciąż pozostaniemy przy księżach i ich nadzwyczajnych wręcz kompetencjach, to opowiem o tym, jak owe kompetencje mają się do przestrzeni o wiele bardziej uniwersalnej, niż tej wyznaczanej przez nasz dom i rodzinę. A mam tu na myśli politykę. Jak już pisałem, spędziłem ostatnio parę dni w towarzystwie naszego księdza Rafała Krakowiaka i traktuję ten czas jak autentyczne rekolekcje, chciałbym więc opowiedzieć, co mi Ksiądz powiedział gdy chodzi o politykę właśnie i to jak ją widzą ludzie mniej w nią od nas zaangażowani, i jak to ich widzenie wpływa na ich wybory.
      Dla przypomnienia, ksiądz Krakowiak pracuje w jednej z poznańskich parafii, gdzie jak wiemy, większość osób - często bardzo pobożnych - albo zdecydowała, że minione wybory to w ogóle nie jest ich sprawa, albo że nie ma dla nich nic lepszego jak kolejne pięć lat pod prezydenturą tego komunisty Jacka Jaśkowiaka, i oto co on zaobserował. Otóż większość osób głosujących na Jaśkowiaka nie ma ani bladego pojęcia, ani też ich specjalnie nie interesuje to, jakie poglądy reprezentuje ten typek. Czy on wspiera ruchy LGBT, czy jest za przerywaniem ciąży, czy uważa, że Pan Bóg istnieje, czy wręcz przeciwnie, jest kwestią nieznaną i nieistotną. Jedyne co oni wiedzą na jego temat, to to, że on przez te minione cztery lata tyle się nakradł, że teraz wreszcie już będzie uczciwy i będzie miał czas, by się zająć miastem, a ci co czyhają na jego miejsce, tylko patrzą jak by się tu ustawić, szczególnie ci - i tu uwaga, uwaga - którzy na swoich wyborczych banerach demonstrują jak bardzo są pobożni i jak w związku z tym liczne mają potomstwo.
      Opowiadał mi ksiądz Krakowiak, że nawet nie mam pojęcia jak wiele osób reaguje wręcz alergicznie na te banery, gdzie widzą faceta w garniaku z piątką czy szóstką dzieci, obiecującego im to, że ponieważ on jest katolikiem, zadba o ich powodzenie. Muszę przyznać, że aż podskoczyłem, kiedy powiedział mi nasz ksiądz, że nie ma nic gorszego, jak zawracać wyborcom głowę tymi licznymi rodzinami. To już znacznie większe szanse ma jakiś gej ze swoim chłopakiem, bo ludzie wiedzą, że ta parka ma na tyle małe potrzeby, że przynajmniej znajdą gdzieś na boku czas i na potrzeby zwykłych ludzi.
     Ja wiem, że to brzmi przede wszystkim kompletnie absurdalnie, no a jeśli nie aburdalnie, to zwyczajnie strasznie, ale tak własnie wygląda doświadczenie księdza Krakowiaka. Z rozmów, jakie on przeprowadził ze swoimi parafianami wynika jednoznacznie, że tak zwani „zwykli ludzie” nie mają choćby kropli zaufania do polityków. Z ich punktu widzenia, wszyscy oni to banda wiecznie kłócących się oszustów i złodziei, którzy nawet jeśli im dają jakieś 500+, to tylko dlatego, że im się to politycznie opłaca, a zatem oni je chętnie biorą, ale o jakiejkolwiek wdzięczności mowy być nie może. A więc jeśli w ogóle angażować się w tę całą politykę - a to jest wybór ostateczny - to najlepiej obstawiać to, co już znane.
      Ponieważ nie było to wszystko zbyt pocieszające, porozmawialiśmy sobie z księdzem troszkę na ten temat dłużej, by spróbować jednak nakreślić jakąś dla nas, możliwie optymistyczną, perspektywę. I wtedy pojawił się temat Victora Orbana i Węgier. Nie wiem, czy wszyscy sobie to uświadamiamy, ale tam wcale nie było tak słodko, jak nam się wydaje. Kiedy Fidesz po raz pierwszy zdobył władzę w roku 1998, to zaledwie na jedną kadencję. Podczas swoich rządów dokonał rekonstrukcji zniszczonego w czasie wojny Mostu Márii-Valérii łączącego Węgry ze Słowacją, wybudował nowy gmach Teatru Narodowego w Budapeszcie, doprowadził do zniesienia czesnego za studia, wprowadzonego w pierwszej połowie lat 90. przez koalicję socjalliberalną i ponownie przywróconego przez rząd Ferenca Gyurcsánya w 2006, zaczęło też państwo mocno wspierać małe i średnie przedsiębiorstwa. Za pierwszej kadencji Victora Orbana zmniejszyła się inflacja i bezrobocie oraz nastąpił wzrost płac, a mimo to po czterech latach stracił Fidesz władzę i musiał aż na osiem lat przejść do opozycji wobec rządu złożonego w sposób niemal otwarty z tego co śladem Marszałka określiliśmy tu niedawno mianem „kurew i złodziei”. Dopiero po ośmiu latach biedowania w opozycji, w koalicji z chrześcijańskimi demokratami wygrał Fidesz wybory, a Orban został po raz kolejny premierem. Samodzielne już jednak rządy, bez niczyjej już łaski, mimo bardzo ciężkiego ataku ze strony tak zwanej „ulicy i zagranicy”, Fidesz objął cztery lata później, a więc w roku 2014. Ale to wciąż nie był jeszcze pełny sukces, związany nie tyle z liczbami, co z autentycznym poparciem Węgrów. Oto w maju roku 2018 frekwencja w wyborach na Węgrzech wyniosła ponad 70% i dopiero po 20 latach okazało się, że Węgrzy uwierzyli, że nie mają do czynienia zaledwie z kolejnymi złodziejami.
      Rozmawialiśmy więc o tym troszeczkę z księdzem Krakowiakiem i powiedział mi on, że to co najważniejsze w naszej sytuacji to zachować podstawową uczciwość, no i może przede wszystkim cierpliwość. Skoro Węgrzy męczyli się z tą swoją - powiedzmy to sobie szczerze - ludzką gnuśnością, i ją ostatecznie pokonali, to nie ma powodu, byśmy i my nie dali sobie z rady.

Przypominam, że moje książki są do kupienia głownie w trzech miejscach. W księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Fot-Mag w Warszawie (adres można sobie wyguglać), no i tu u mnie. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.

piątek, 5 października 2018

Kłamstwo ich wyzwoli


Mamy piątek, w piątek ukazuje się kolejny numer tygodnika „Warszawska Gazeta”, a w nim kolejny mój felieton. Ja wiem, że wypadałoby może jeszcze poczekać, ale ponieważ, nomen omen, diabli wiedzą, czy jutro ktoś jeszcze będzie pamiętał o tym filmie, już dziś zachęcam do czytania.     


       Miałem nadzieję, że nie będę musiał zabierać głosu w sprawie filmu Wojciecha Smarzowskiego pod tytułem „Kler”, jednak dwie rzeczy sprawiły, że nie mam wyjścia. Otóż przede wszystkim trafiłem na youtubie na wypowiedź nieznanego mi księdza o nazwisku Barańczak, który obejrzał ów film i podzielił się z nami refleksją, którą pozwolę sobie sparafrazować:
       Takiego Kościoła i takiego kleru, jaki został przedstawiony w filmie osobiście nie znam. Słyszałem o nim z mediów oraz z rozmów kuluarowych, ale osobiście nie znam. Podobnie nie znam żadnego arcybiskupa, który odpowiadałby postaci zagranej przez Janusza Gajosa i mam nadzieję, że takich biskupów nie ma. Jednak jest mi wstyd za tych wszystkich z nas, którzy swoim zachowaniem doprowadzili do tego, że jesteśmy tak odbierani, tym bardziej, że film jest dobry, dobrze zagrany i trzymający w napięciu. Chciałbym też podkreślić znakomitą grę aktorską Janusza Gajosa. Janusz Gajos wymiata. Panie Januszu, wielki szacun za pańską rolę”.
       Druga ze wspomnianych rzeczy to ta, że jak donoszą media, w ciągu pierwszego tygodnia od premiery film „Kler” obejrzało milion widzów, co sprawia, że dotychczasowy rekordista, a mianowicie film „Botoks” Patryka Vegi, został właśnie pobity. 
       A teraz moja w tym temacie refleksja. Otóż wygląda na to, że społeczny problem, z jakim mamy do czynienia, a który Smarzowski postanowił eksploatować, jest taki, że, podobnie jak ksiądz Barańczak, Polacy wprawdzie nigdy nie widzieli księdza pijaka, dziwkarza, złodzieja, czy tym bardziej pedofila, natomiast z mediów i z rozmów ze znajomymi wiedzą, że tacy księża są. I oto wreszcie, kiedy ich frustracja zaczęła siegać zenitu, pojawił się Smarzowski ze swoim „Klerem” i obiecał im, że jeśli kupią bilet i obejrzą ów film, zobaczą na własne oczy to, co im tak przez całe życie umykało i w ten sposób otrzymają bezpośredni dowód na to, że to o czym dotychczas tylko słyszeli, jest jednak prawdą. I stąd właśnie te tłumy w kinach.
      Ale stąd też reakcja księdza Barańczaka, który wstydzi się za swoich kolegów pedofilów, ale też owego anonimowego widza, który podczas jednej z internetowych dyskusji przyznał, że po wyjściu z kina miał ochotę dać w mordę pierwszemu napotkanemu księdzu, a pierwszą spotkaną zakonnicę zwyczajnie opluć.
      Wspomniałem film „Botoks”, gdzie zamiast do księży pijaków, złodziei, dziwkarzy i pedofilów, strzela się do dokładnie tego samego elementu, tyle że zatrudnionego w charakterze ratowników medycznych. Film wzbudził podobne do „Kleru” emocje, jednak przyznaję, że nie słyszałem by któryś z ratowników medycznych oświadczył, że on wprawdzie nie zna takich ludzi, jakich przedstawił Vega, ale o nich słyszał i się dziś za nich wstydzi. I dlatego też pragnę oświadczyć, że ja się za ratowników medycznych nie wstydzę, natomiast owszem, dzięki niezwykłemu świadectwu księdza Barańczaka, wstydzę się za niektórych księży. I to bynajmniej nie z powodu ich rzekomej pedofilii.

Zachęcam wszystkich do kupowania moich ksiażek, albo w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, albo ewentualnie tu u mnie. Mój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com.


poniedziałek, 24 września 2018

Za co Światowe Centrum Sodomii tępi księży homoseksualistów?


       Wszystko zaczęło się od tego, że mój drogi kumpel Orjan, który jest tu ze mną niemal od samego początku, w reakcji na tekst na temat biznesowych związków między producentami filmu „Kler”, a grupą medialną „Fratria”, postawił bardzo ciekawe pytanie, jak to jest, że międzynarodówka pedofili i pedałów, zamiast bronić swoich braci – księży, przyłącza się do kampanii mającej na celu skompromitowanie zarówno ich jak i demonstrowanych przez nich, jakże naturalnych przecież, upodobań. Obiecałem Orjanowi, że zajmę się tą kwestią niezwłoczenie, jednak w związku z innymi sprawami wymagającymi niezwłocznej reakcji, musiałem temat odstawić na później. No ale ponieważ pojawiła się odpowiednia luka, spróbuję dziś zadowolić mojego przyjaciela.
      Szczerze powiedziawszy, moją pierwszą myślą było to, by w ramach swoistej demonstracji, przedstawić tę notkę w postaci jedynie tytułu „Czemu pedofile wszystkich krajów nie lubią swoich braci – księży?” i w ten sposób spróbować powtórzyć sukces blogera używającego nicka Genezy, który w ten właśnie sposób, wrzucając na swój blog notkę kompletnie pozbawioną tekstu, osiągnął wręcz niezwykły sukces komercyjny. Choć wciąż uważam ów pomysł za interesujący, nie zdecydowałem się na jego realizację z tego prostego względu, że w odróżnieniu od wielu innych osób, bardzo mi zależy na powodzeniu portalu szkolanawigatporow.pl i nie mam serca, by go tu dodatkowo kompromitować.
      A zatem, bardzo krótko podzielę się z Orjanem, a przy okazji również z Czytelnikami, swoją w tej kwestii refleksją. Otóż moim zdaniem światowe pedalstwo oraz pedofilia, ma owych zagubionych księży w głębokiej pogardzie. Oni doskonale bowiem zdają sobie sprawę z tego, że księża oskarżeni o pociąg seksualny do osób tej samej płci, czy też do małych dzieci, nie są w najmniejszej mierze tacy jak ich zdaniem porządny pederasta czy pedofil powinien być. Dla nich pedofilia czy pederastia to nie tylko kwestia odmiennych upodobań, ale przede wszystkim szczególny rodzaj emocji, a przez to, szczególny sposób życia. Pedofil – nauczyciel, pedofil – dyrektor chłopięcego chóru, czy wreszcie pedofil – psycholog szkolny nie ogranicza się tylko do tego, że on któreś z tych dzieci pogłaszcze po głowie, przytuli, czy nawet pocałuje w policzek. O nie! Dla porządnego pedofila – czy homoseksualisty – prawdziwa frajda zaczyna się wtedy, gdy wchodzi przygoda, a więc między innymi przemoc i udręczenie. By owa przyjemność nabrała rumieńców, musi być pełny hardcore, niekiedy nawet kończący się śmiercią.
        Z księżmi sytuacja jest dalece inna. Pomijając oczywistych cyników, których jest cała kupa nie tylko w tak zwanej branży duchownej, oni, jeśli wpadają w ten rodzaj szaleństwa, to tak naprawdę czynią to wbrew sobie, w wyniku czegoś, czemu się nie potrafią oprzeć. To co zdarza im się zrobić nie jest związane z ich stylem życia. Bardzo często to jest wręcz coś, czego oni sami się wstydzą i uważają za ciężki grzech. A to jest coś, czym porządny pederasta, czy pedofil się brzydzą. Dla każdego z nich sama myśl, by to co dla nich stanowi sens życia, mogło być traktowane jako zwykła słabość, musi być wyjątkowo bolesna.
      I stąd, moim zdaniem, z ich punktu widzenia, nie ma nic bardziej obrzydliwego, jak ksiądz pedofil, czy homoseksualista. Bo każdy kolejny przypadek księdza, czy biskupa, oskarżonego o to, że klepał po pupie ministrantów, lub brał na kolana małe dziewczynki, stanowi dla nich ciężki wyrzut sumienia. Oni są – nomen omen – jak ci księża, którzy odchodzą z Koscioła, bo nie są w stanie wysłuchiwać w swoich konfesjonałach wciąż tych samych grzechów zwykłych, pobożnych ludzi. I stąd ta nienawiść. I stąd ta satysfakcja, że się wreszcie doigrali.

Zachęcam do kupowania moich książek. Adres wszyscy znają: www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie k.osiejuk@gmail.com. Tymczasem mamy nowy film z moja gadką. Bardzo proszę:
       
     

czwartek, 31 sierpnia 2017

O pytaniach granicznych i tych, którzy nad nimi pracują

      Wczorajszy dzień był o tyle szczególny, że to coś, co przywykliśmy tu nazywać Systemem, tak jak to już robiło wielokrotnie wcześniej, zaatakowało Kościół, tyle że tym razem tak zwaną „ławą”, no i, co ciekawe, korzystając ze wsparcia samego Kościóła. Oto, proszę sobie wyobrazić – z powodów, jakich nie jestem w stanie rozpoznać – w ciagu zaledwie jednego dnia, pięć osób, przynajmniej nominalnie reprezentujących hierarchię kościelną, wystąpiło w różnego typu mediach i zaatakowało Kościół właśnie. W wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” dominikanin Paweł Gurzyński wystąpił przeciwko życiu poczętemu, ksiądz Adam Boniecki, w wywiadzie udzielonym telewizji TVN24, próbował realatywizować grzech antykoncepcji, w rozmowie z Moniką Olejnik, biskup Tadeusz Pieronek zasugerował, że Jarosław Kaczynski jest uzależniony od narkotyków, natomiast ksiądz Wojciech Lemański na swoim facebookowym profilu ogłosił, że premier Beata Szydło „łże jak bura suka”. Na końcu wreszcie, choć nie ostatku, dziś już wprawdzie poza Kościołem, niemniej wciąż z Kościołem kojarzony, były ojciec Jacek Międlar zapowiedział publikację swojej książki, w której ujawni wszystkie, dotychczas ściśle skrywane, grzechy Kościoła, a która będzie nosiła bezkompromisowy tytuł „Moja walka”. A to wszystko, jak powtarzam, w ciągu jednego zaledwie dnia.
      O co tu chodzi i czemu akurat teraz, nie mam pojęcia, niemniej mam swoje podejrzenia co do przyczyny zachowań wspomnianych księży, i chciałbym je tu przedstawić, przypominając fragment starszego trochę tekstu o pewnych szczególnych czarownikach. Proszę posłuchać:


      Na fali niedawnych doniesień o tym, że kolejny dominikanin postanowił machnąć ręką na tę całą regułę i próbować żyć zgodnie z zasadami wyznaczanymi przez rytm kosmosu, tygodnik „Do Rzeczy” zamieścił najpierw odpowiedni tekst, a po nim rozmowę z przeorem klasztoru w Krakowie, gdzie – i tu i tam – wszyscy wspólnie próbują dojść do jakiegoś konsensusu w próbie znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego oni to robią. No i wygląda na to, że winowajcą nie jest ani zbyt słaba wiara, ani ludzka próżność, ani nawet kobieta, tylko psychologia. Mogę się oczywiście mylić, ale wydaje mi się, że słowo „psychologia” w obu tych tekstach pojawia się najczęściej. W pewnym momencie, przepytywany przez „Do Rzeczy” ojciec Kozacki formułuję tak prostą, że językowo wręcz niezgrabną, choć bardzo jednoznaczną tezę: „Dostrzegam wśród niektórych moich braci, że psychologia jest czymś, co pokrywa brak duchowości. […] Jeśli komuś brakuje zawierzenia Jezusowi i budowania na Ewangelii, to czasem ratując siebie i próbując być dla innych, szuka w filozofii, w psychologii, które zastępują mu duchowość”.
      A ja sobie myślę, że ta diagnoza, to naprawdę nie byle co. Jeśli on, a więc człowiek, który, jak sam przyznaje, był świadkiem wielu dramatycznych wręcz kryzysów, wspomina o owej fascynacji psychologią, to znaczy, że warto by było tego akurat elementu nie lekceważyć.
W poprzedzającym wspomnianą rozmowę artykule, autorzy wspominają, że były ksiądz Tomasz Węcławski, występujący obecnie publicznie, jako prof. Tomasz Polak, pracuje dziś na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie wspólnie z żoną prowadzi zajęcia w czymś, co nosi nazwę Pracowni Pytań Granicznych. Ciekawy więc bardzo tego, co to za bestia, o ilu głowach i jakich językach, zaglądam więc na stronę internetową tego czegoś, i czytam co następuje:
      „’Graniczność’ jest perspektywą poznawczą co najmniej równoprawną wobec innych powszechnie przyjmowanych perspektyw. Obszary graniczne między różnymi źródłami poznania / dyscyplinami nauki okazują się szczególnie płodne eksploracyjnie, obiecują nowe możliwości, mimo ryzyka niepowodzeń. Dlatego jesteśmy gotowi do:…”.
      Dalej następuje wyliczenie w punktach tego, do czego gotowi dziś są państwo Polakowie, jednak, ponieważ dalszy ciąg jest zbyt straszny, bym miał ryzykować umieszczanie go tutaj na tym blogu, a poza tym zwyczajnie szkoda mi miejsca, z tej części proponuję zrezygnować. Natomiast chciałbym wspomnieć pewne też już nie nowe świadectwo zaprzyjaźnionego księdza Rafała Krakowiaka, starszym czytelnikom znanego bardziej może, jako Don Paddington, który opowiadał nam jak to kiedyś wspólnie z paroma kolegami-księżmi zastanawiał się nad tym, co się mogło takiego przytrafić księdzu Węcławskiemu – człowiekowi, wedle wszelkich danych, swego czasu bardzo swoją pobożnością twardego – że postąpił jak postąpił, i wtedy jeden ze starszych księży zasugerował, że oni wszyscy w pewnym momencie nie są już w stanie dłużej znieść „powszedniości” grzechu, jakim są codziennie dręczeni w spowiedzi. No i pozostaje im ucieczka w alkohol, dziwki, ewentualnie właśnie w psychologię.
      Kiedyś szwajcarski psychiatra Karl Gustav Jung napisał, że z jego zawodowej praktyki wynika, że praktykujący katolicy praktycznie nie potrzebują usług psychoterapeutycznych, bo ta część ich człowieczeństwa jest znakomicie wypełniana przez sakramenty, w tym Sakrament Pokuty. A ja już tylko mogę dodać, że moja intuicja każe mi podejrzewać, że z tą psychologią nie ma żartów. Jeśli ona jest aż tak zaborcza, a celem swojego ataku uczyniła akurat konfesjonał, to znaczy, że to już jest czysty satanizm.
      Pojawiła się tu swego czasu czysto fikcyjna nazwa „Towarzystwa Diamentowej Świadomości”. Myślę, że dziś, wiedząc znacznie więcej, niż wiedzieliśmy wtedy, możemy spokojnie zastąpić tę fikcję czymś jak najbardziej realnym, mianowicie Pracownią Pytań Granicznych na poznańskim uniwersytecie, z pierwszym mistrzem owej czarnej ceremonii, księdzem Tomaszem Węcławskim. I nie dajmy się zwieść tym manewrem ze zmianą nazwisk – TemuKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji nie jest potrzebny żaden prof. Polak; On musi mieć coś autentycznego; On podróbkami się brzydzi.

Przypominam, że moje książki, w tym ta o paleniu licha, są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam całym sercem.

piątek, 2 września 2016

Do czego służy ksiądz?

         Kiedy jest się nauczycielem przez całe długie życie, siłą rzeczy owo życie z biegiem lat wypełniają setki, a niekiedy zapewne i tysiące imion i twarzy, które pod pewnym względem stają się dla owego nauczyciela czymś równie podstawowym, jak dla informatyka komputer, lekarza stetoskop, a dla prawnika kodeks karny. Pamiętam, że kiedyś próbowałem spisać imiona wszystkich moich uczniów, których uczyłem prywatnie i mi się nie udało. Ile razy zamknąłem tę listę, pojawiały się nowe imiona, a potem kolejne i jeszcze kolejne. A nie należy zapominać, że mówię tu wyłącznie o lekcjach prywatnych, szkołę pozostawiając na boku.
         I oto parę dni temu przypomniałem sobie pewnego Michała i pewną Kasię, którzy przez pewien czas tu przychodzili i kiedy podczas jednej z lekcji w pewnym momencie Kasia zaczęła szydzić z księdza, który ich uczył religii, Michał na to powiedział – a ja pamiętam jego słowa do dziś – „O osobach duchownych należy się wypowiadać z szacunkiem”. Nie muszę wspominać, że te słowa mnie zaskoczyły. Przede wszystkim dlatego, że zostały wypowiedziane w tak bezpośredni sposób, no ale też przez to, że ich autorem był jeszcze jeden licealista, po którym mógłbym się spodziewać wszystkiego, tylko nie tego typu pryncypialności.
        Oczywiście, to wszystko miało miejsce już tak dawno, że ja o owym Michale kompletnie zapomniałem, stało się jednak tak, że parę dni temu usłyszałem pewną historię, która zrobiła na mnie takie wrażenie, że owe w istocie rzeczy niezapomniane słowa wróciły do mnie ze zwielokrotnioną mocą i wywołały refleksje, którymi chciałbym się podzielić.
        Otóż proszę sobie wyobrazić, że jest w Polsce parafia, która przez minione 250 lat nie zarejestrowała ani jednego powołania kapłańskiego. Owszem, parę dziewcząt wstąpiło do tych czy innych zgromadzeń zakonnych, jeśli jednak idzie o chłopców – zero. Powtarzam: nie mówimy o 25 latach, ani nawet o latach 50, ale o całych 250 latach, w ciągu których ani jedno dziecko płci męskiej, wychowane w owej parafii, nie zostało księdzem. I to jest, jak się pewnie wszyscy domyślamy, wynik nie byle jaki. Osobiście nie znam tu jakichkolwiek statystyk, ale domyślam się, że nawet w Czechach… co ja mówię – w Szwecji, nie ma takiego miejsca, gdzie przez minione 250 lat nie urodził się chłopak, który następnie został księdzem. Tymczasem, jak się okazuje, jest w Polsce parafia, gdzie ów cud się nie zdarzył od 250 lat. I to nie jest tak, że tam z jakiegoś powodu panuje upiorny antyklerykalizm, że tam nie ma kościoła, że tam się na zmianę albo układa tarota, albo gapi w gwiazdy. Nic podobnego. To jest zaledwie jedna z wielu polskich parafii, z kościołem, cmentarzem, całą kupą pobożnych ludzi regularnie uczestniczących w niedzielnych Mszach Świętych, i co ciekawe, z absolutnie szczególnym zgromadzeniem sióstr zakonnych… tyle tylko że tam od 250 lat nikt nie zdecydował się na to, by zostać księdzem.
       I oto obok tego wszystkiego istnieje też wspomnienie, którego lokalni mieszkańcy bardzo nie lubią słuchać, jednak wspomnienie jak najbardziej prawdziwe i przez swoją moc niepozostawiające zbyt wiele miejsca na dyskusje. A stało się tak, że na początku XX wieku proboszczem w owej parafii został niezwykle pobożny i pełen energii ksiądz, którego nazwisko dla głównego przesłania tej opowieści jest równie nieistotne, jak nazwa samego miejsca, i z równie dla nas nieistotnych powodów, został przez lokalną ludność odrzucony. Odrzucony do tego stopnia, że przez wszystkie lata swojej posługi, jedyne co mu przyszło obserwować, to z jednej strony powszechne zepsucie, a z drugiej nieustanne szyderstwo. Efekt owego stanu rzeczy był taki, że duszpasterska posługa owego dobrego księdza był naznaczona wieczną i niezgłębioną samotnością. Współczując swojemu proboszczowi, miejscowe siostry chciały się księdzem w jakiś sposób zaopiekować, on jednak, stojąc twardo na stanowisku, że proboszcz jest zależny jedynie od swoich parafian, mężnie znosił swój los, by wreszcie, po latach upokorzeń, umrzeć w samotności.
      I tu dochodzimy do sedna naszej historii. Otóż jak głosi nigdy oficjalnie niepotwierdzona, a i też, jak to już wcześniej zostało wspomniane, niechętnie przez miejscową ludność tolerowana, wieść, ów dobry ksiądz, zanim oddał swoje ostatnie tchnienie, wypowiedział słowa przekleństwa: „Niech ta parafia przez następne sto lat nie wyda na świat ani jednego księdza”. Z moich obliczeń wynika, że przed nami jeszcze równe 10 lat czekania na boże zmiłowanie. W międzyczasie jednak, w miejscowym kościele, tydzień w tydzień odprawiane są msze, a miejscowy proboszcz za każdym razem prosi Dobrego Boga, by zdjął z tego miejsca ową straszną klątwę i by wreszcie któreś z tych dzieci, które dziś służą do Mszy, a kiedy dorosną, idą w świat, postanowiło poświęcić swoje życie Kościołowi. I kiedy wszystko nam mówi, że nie ma nic prostszego, zwłaszcza gdy poruszamy się w skali 250 lat, nagle się okazuje, że to wszystko jest niczym wobec jednego, strasznego grzechu, a mianowicie potraktowania swojego kapłana z pogardą.
      Pamiętajmy więc. Oni są tak samo różni, jak my. Jedyna różnica jest taka, że bez nas świat się obejdzie, jednak kiedy ich zabraknie, możemy się zacząć pakować. A i to nawet nie.


Przypominam, że moje książki są stale dostępne w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Gorąco zachęcam.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...