Pokazywanie postów oznaczonych etykietą janusz palikot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą janusz palikot. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Gdy TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji słucha naszych modlitw

 

Sytuacja na dziś jest taka, że nasza Zosia w minioną sobotę szczęśliwie wyszła za mąż za Michała, ale niestety jej choroba trwa i w najbliższym czasie ma mieć operację usunięcia glejaka. Prosimy wszyscy o łąskę uzdrowienia i w sposób naturalny wiara i nadzieja nas nie opuszczają. Minione miesiące mijają więc tak jak mijają, więc i ja praktycznie nic tu nie piszę. Zdarzyło się jednak, że dziś na platformie Elona Muska, wśród szumu związanego z Campusem Polska i ekscesami Silnych Razem, pojawił się pewien Ryszard Dąbrowski, autor komiksów, który i tu przed wielu laty zaistniał, chciałem więc przypomnieć swój niegdysiejszy tekst, którego bohaterami są dwie czarne dusze. Uważam że warto.  

 

 

      Niewątpliwą zasługą pewnego naszego kolegi było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu już raz zwrócić uwagę na to coś, co zostało nam odsłonięte, ale najwidoczniej albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym szacunku – uważam za wyjątkowo niemądre.

       A zatem, tyle gdy idzie o zasługi kolegów. Przejdźmy zatem do moich. Otóż ja postanowiłem zająć się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych zainteresowań polską polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne. Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki takie sobie, a resztę ja Wam opowiem.

       Chodzi mianowicie o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary, z całą pewnością jeszcze sprzed Katastrofy, komiks wyprodukowany przez jakiegoś Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć, jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot. Opublikował więc on ten komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką oto sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy. Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się, że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już polewano ich benzyną i miano podpalić, pojawili się komandosi i obu uratowali. W 2011 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale wybuchła tzw. afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to, że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie. No i to pogrążyło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krwawą i okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy „Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z Pałacu Kultury. Na szczęście, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb i zaprowadzili porządek.

       To wszystko są wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem ludzie po kryjomu wymalowali obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną „Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.

      Jak mówię, komiks ten został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to, że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem – w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu – a gdy idzie o mnie, właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego na celu zniszczenie jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć, ale przy pomocy słowa, które stało się ciałem. Zwykłego słowa. To tu to tam słychać zdanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to skutecznością modlitwy. W odpowiedzi na te sugestie, wielu ludzi wpada w autentyczne oburzenie i zadaje pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego skierowanych do Pawła Kowala. Kowal odpowiedział, że tak, że słowo potrafi zabić.

        Jeśli zatem komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia, możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie. Przez Boga, względnie przez Szatana.

       Co natomiast, jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy z pomysłów. I staje się już wyłącznie ową desperacka próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota, Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu, który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest wyłącznie margines i przykry wypadek, że życie toczy się daleko poza tymi ekscesami, że Palikot  to ktoś kto już tak naprawdę nawet nie jest częścią Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.

      Kiedy zaczynając pisać ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego powieszonego „za flaki” na pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na zawsze. Jako znak i dowód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią. Będzie już tylko to.

      Powiem jeszcze jaśniej, o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten wyjaśnił, dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się zająć normalną zwykłą polityką, zamiast wciąż roztrząsać jakieś i tak nie do wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w „Rzeczpospolitej”, Joanna Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z Kaczyńskiego.

      Otóż ja wszystkim im mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej. Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku, właśnie przestało mnie interesować.

 

czwartek, 30 listopada 2017

O nienawiści kulturalnej i niekulturalnej

       Muszę się dziś przyznać do pewnej porażki. Oto przed wielu już laty jeden z Czytelników doniósł mi, że na blogu szczęśliwie nam dziś już nieobecnego Janusza Palikota ukazał się komiks, którego główny pomysł, a jednoczesnie dowcip, sprowadzał się do tego, by w sposób niezwykle graficzny, a jednocześnie wyjątkowo brutalny, proponować kolejne sposoby pozbawienia życia kolejnych polityków Prawa i Sprawiedliwosci, poczynając na Jarosławie Kaczyńskim, a kończąc na Beacie Kempie. Pamiętam dokładnie, kiedy Palikot opublikował na swoim blogu ów komiks. Było to parę już miesięcy po Smoleńskiej Katastrofie, wciąż parę tygodni przed zamordowaniem Marka Rosiaka, no a przede wszystkim jeszcze w czasie gdy ów dziwny człowiek wciąż był wiceprzewodniczącym Platformy Obywatelskiej i jedną z pierwszych gwiazd reżimowych mediów. Napisałem w tej sprawie tekst, będąc szczerze przekonanym, że nawet jeśli owa informacja nie spowoduje oficjalnej reakcji, to przynajmniej wywoła pewne poruszenie w Internecie. Nic z tego. Z do dziś dla mnie niepojętych powodów, nawet tu na tym blogu nie rozległo się nawet westchnienie.
      W kolejnych latach z uporem maniaka publikowałem tu ten tekst jeszcze kilka razy – ostatnio nawet latem tego roku – jednak wciąż, poza zdawkowymi komentarzami, bez jakiejkolwiek reakcji. I pewnie bym już na to machnął ręką, uznając, że są rzeczy, których już do końca życia nie ogarnę, gdyby nie ostatnio bardzo mocno przeżywane przez zarówno media, jak i polityków, ale, jak się okazuje, również przez wymiar sprawiedliwości, wydarzenie, jakie miało niedawno miejsce w Katowicach, kiedy to grupa lokalnych narodowców na prowizorycznie skonstruowanych szubienicach powiesiła portrety kilku europejskich parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej, których uznali za zdrajców Ojczyzny. Happening się odbył, jego animatorzy zabrali swój sprzęt i rozeszli się do domów i wydawałoby się, że z przyjemnością będziemy mogli o nim zapomnieć, kiedy to za sprawę zabrały się najpierw media, potem politycy, a po politykach oczywiście prokuratura, no i w efekcie mamy regularną awanturę, gdzie jedni krzyczą: „Łapać złodzieja!”, a drudzy udają głupiego i mówią: „To nie ja”. Ci sprytniejsi natomiast przypominają ową demonstrację sprzed lat, podczas której któryś z jej uczestników niósł sportretowanego Lecha Kaczyńskiego ze sznurem na szyi, czy pamiętny, ułożony zapewne przez jakąś zaangażowaną nauczycielkę języka polskiego, dwuwiersz: „Giertych do wora, a wór do jeziora”.
      No a ja po raz kolejny przypominam swój tekst sprzed lat, w którym opowiedziałem o tym, co na swoim blogu zamieścił wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej, Janusz Palikot, i co nie wywołało jakiejkolwiek reakcji. Nie zwrócili na to uwagi, ani politycy, ani media, ani nawet Internet. Palikot opowiadał nam, o tym, w jak fantastycznie przemyślany sposob będą zabijani Jarosław i Lech Kaczyńscy, Zbigniew Ziobro, Beata Kempa, Przemysław Gosiewski i inni, a świat udawał, że się nic nie dzieje. To coś wciąż jest do obejrzenia w Internecie, w tym samym kształcie co wtedy, bez słowa komentarza z zewnątrz, a tymczasem oto dziś nagle podnosi się wrzawa, bo gdzieś w Polsce jakaś polityczna nisza zrobiła happening pod nazwą „Śmierć zdrajcom Ojczyzny”?
       Dziś już wiem, że z tego nic nie będzie, ale skoro już zacząłem, to nawet za bardzo nie wypada mi przestać. Tym razem jednak nie będę wrzucał tu tamtej notki, lecz, natomiast chyba po raz pierwszy załączę odpowiedni link. Jeśli to czyta ktoś odpowiednio umocowany, proszę to potraktować jako doniesienie obywatelskie o przestępstwie. 


Dziś zaczynają się Warszawskie Targi Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego pod Zamkiem. Na miejscu jest już oczywiście Coryllus, a ja się pojawię w sobotę i zostanę do końca. Stoisko nr. 12. Zapraszam wszystkich. Będzie wesoło.

piątek, 21 lipca 2017

O modlitwach i ich niewątpliwej skuteczności

Jest tak, że jutro żeni się mój ukochany syn , w związku z czym wybywam do Krasiczyna pod Przemyślem, a zatem zarówno jutro, jak i pojutrze, a niewykluczone, że i w poniedziałek, będę nieobecny. Swoją drogą, jeśli ktoś ma blisko, zapraszam. Kościół w Krasiczynie, sobota, godzina 14. Ja tymczasem pomyślałem sobie, że przez najbliższe trzy, czy cztery dni  będzie tu wisiał tekst jeszcze z roku 2010, co do którego miałem kiedyś autentyczną nadzieję, że wstrząśnie nie tylko tym blogiem, ale w jakiś sposób i całą Polską, a jedyny jego efekt jest taki, że ja go tu znów przypominam, z coraz mniejszą nadzieją, że może w końcu znajdzie się ktoś, kto się przynajmniej zatrzyma i zapyta: „Przepraszam, ale czy to się dzieje naprawdę?”


     Niewątpliwą zasługą jednego z przyjaciół tego bloga było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu już raz zwrócić uwagę na to coś, co odkrył dla nas nasz kumpel, ale najwidoczniej albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym szacunku – uważam że jest wyjątkowo niemądre.
      A zatem to by były zasługi naszego znakomitego kolegi. Przejdźmy do moich. Otóż ja postanowiłem zająć się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych zainteresowań polską polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne. Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki takie sobie, a resztę i tak ja Wam opowiem.
      Chodzi mianowicie o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary, z całą pewnością jeszcze sprzed Katastrofy komiks wyprodukowany przez jakiegoś Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć, jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot. Tak czy inaczej, opublikował on ów komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy. Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się, że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już polewano ich benzyną i miano podpalić, pojawili się komandosi i ich uratowali. W 1911 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale wybuchła tzw, afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to, że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie. No i to utopiło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krwawą i okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy „Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z Pałacu Kultury. Niestety, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb i zaprowadzili porządek.
      To wszystko są wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem ludzie po kryjomu malują obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną „Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.
      Jak mówię, komiks ten został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to, że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem – w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu – u mnie na tym blogu właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego na celu zniszczenie jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć, ale słowem. Zwykłym słowem. To tu tak słychać owo przesłanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to skutecznością modlitwy. W odpowiedzi na te sugestie, wiele osób wpada w autentyczne oburzenie i zadaje pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego, a skierowane zostało do Pawła Kowala. Kowal odpowiedział, że tak. Że słowo potrafi zabić. Jeśli komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia, możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie.
      Co natomiast, jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy pomysł. I staje się już wyłącznie ową desperacką próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota, Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu, który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest wyłącznie margines i przykry wypadek. Że życie toczy się daleko poza tymi ekscesami, że on, to ktoś, kto nawet już za bardzo nie jest częścią Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.
      Kiedy zaczynając pisać ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani o jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego powieszonego „za flaki” na jakimś pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na zawsze. Jako znak i dowód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią. Będzie już tylko to.
      Powiem jeszcze jaśniej, o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten wyjaśnił dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się zająć normalną, zwykłą polityką, zamiast wciąż rozstrząsać jakieś i tak nie do wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w Rzeczpospolitej, Joanna Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z Kaczyńskiego.
      Otóż ja wszystkim im mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej. Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku przestało mnie interesować.


Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam z całego serca.


niedziela, 11 grudnia 2016

O wiecznej skuteczności modlitwy i ludziach z pistoletami



       Niewątpliwą zasługą pewnego naszego kolegi było to, że jako pierwszy z nas, z czystej miłości do wiedzy i do nauki, wlazł na blog Palikota i dokonał tak zwanego rekonesansu. Jestem bezwzględnie przekonany – i to niezależnie od tego, co sobie niektórzy z nas myślą – że gdyby nie on i nie ten jego gest, bylibyśmy dziś znacznie dalej niż jesteśmy. Jeśli idzie natomiast o mnie, próbowałem tu już raz zwrócić uwagę na to coś, co zostało nam odsłonięte, ale najwidoczniej albo nikt na tę informacje nie zechciał zwrócić uwagi, albo może i sobie ją zwrócił, tyle że – co jest akurat bardzo prawdopodobne – uznał, że zajmowanie się Palikotem jest powyżej jego godności, co akurat w tym wypadku – przy całym szacunku – uważam za wyjątkowo niemądre.
       A zatem, tyle gdy idzie o zasługi kolegów. Przejdźmy zatem do moich. Otóż ja postanowiłem zająć się dziś Palikotem – nie tyle jako przypadkiem, lecz zaledwie znakiem i symbolem – po to choćby, żeby spróbować zamknąć pewien rozdział naszych zainteresowań polską polityką, a może raczej tym, co się powszechnie nazywa polityką, a w rzeczywistości jest najczarniejszą opresją. Nie będę podawał linka do interesującej nas dziś internetowej strony, nawet nie dlatego, żeby nie nabijać Palikotowi licznika, ani też nie po to, żeby się nim nie zajmować więcej niż trzeba, ale zwyczajnie dlatego, że to jest zupełnie niepotrzebne. Proszę tam nawet nie zaglądać. Druk jest tak mały, że ledwo co widać, rysunki takie sobie, a resztę ja Wam opowiem.
       Chodzi mianowicie o to, że Janusz Palikot na swoim blogu uznał za interesujące opublikować stary, z całą pewnością jeszcze sprzed Katastrofy, komiks wyprodukowany przez jakiegoś Dąbrowskiego. Piszę „z całą pewnością”, choć właściwie w tej samej chwili przyszło mi do głowy, że wcale niekoniecznie. Może się okazać, że Palikot ów komiks, w tej właśnie postaci, zamówił u znajomego sobie artysty dziś, bo choć, jak już wiemy, życie przerosło wszelkie ludzkie zło, pokusa zrobienia kolejnego psikusa mogła być zbyt silna. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak Palikot. Opublikował więc on ten komiks, który najogólniej rzecz ujmując opisuje taką oto sytuację. Jest rok 2014. W Polsce pełnię władzy dzierżą bracia Kaczyńscy. Lech Kaczyński jest prezydentem, a Jarosław naczelnikiem państwa. Okazuje się, że jeszcze w 2010 roku była szansa, żeby ich obu zamordować, ale kiedy już polewano ich benzyną i miano podpalić, pojawili się komandosi i obu uratowali. W 2011 roku były wybory, które mogły sprawy pozytywnie rozstrzygnąć, ale wybuchła tzw. afera Gowina, która utopiła Platformę Obywatelską. Poszło o to, że na tydzień przed wyborami okazało się, że Gowin ma jakiś majątek, na którym trzyma małe chińskie dzieci, zakute w łańcuchy, które wykorzystuje seksualnie. No i to pogrążyło Platformę i dało władzę PiS-owi. Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy Polacy wywołali powstanie, które przerodziło się w krwawą i okrutną rzeź. Palikot, ołówkiem swojego pisarza, opisuje jak to powstańcy „Beatkę Kępę gwałcili młotem pneumatycznym i w końcu żywcem spalili pod Syrenką”, „Krzysia Putrę utopili w sedesie w Łazienkach”, a Zbigniewa Ziobrę ciągnięto na łańcuchu przez całe miasto za samochodem, by w końcu go zrzucić z Pałacu Kultury. Na szczęście, gdy było już naprawdę ciężko, do akcji wkroczyli z jednej strony zakopiańscy górale, a z drugiej gruzińscy żołnierze spec-służb i zaprowadzili porządek.
       To wszystko są wspomnienia, jakimi Lech Jarosław i Kaczyńscy się dzielą, siedząc w Pałacu Prezydenckim przy kominku i jedząc ciasteczka. Na lwach stojących przed Pałacem ludzie po kryjomu wymalowali obelżywe napisy, wokół panuje strach i noc, a oni siedzą w fotelach i jedzą te ciasteczka. W pewnym momencie do pokoju wpada wybijając szybę jakiś pakunek. Bracia się cieszą, bo wierzą, że to Pan Bóg wysłuchał ich modlitw i w nagrodę natchnął ludzi taką wdzięcznością, że ci przysłali im kolejną porcję ciastek. Tymczasem chwilę później eksploduje bomba i Lech i Jarosław Kaczyńscy giną rozerwani na strzępy. Całość, zatytułowaną „Nieświęty Mikołaj, czyli ostateczne rozwiązanie”, wieńczy napis „happy end”.
      Jak mówię, komiks ten został prawdopodobnie napisany jeszcze przed śmiercią Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc wyłącznie zupełnie niezwykłe czy to zaklęcie, czy wręcz cudownie skuteczną modlitwę do Szatana, choć biorę też pod uwagę, że to mogło być specjalne zamówienie dnia dzisiejszego. O tym akurat też mogłoby świadczyć to, że wśród osób tam wymienionych, aż cztery zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem – w tym, co bardzo znamienne, Przemysław Gosiewski, którego wyobraźnia czy to Palikota, czy tego drugiego, kazała „powiesić na jelitach”. Od pewnego czasu – a gdy idzie o mnie, właściwie od pierwszego dnia po Katastrofie – pojawiają się opinie, że to ta nienawiść, którą uruchomił System w ramach projektu mającego na celu zniszczenie jednej z partii politycznych, doprowadziła do śmierci Prezydenta i innych. Nawet nie drogą jakichś praktycznych gestów czy posunięć, ale przy pomocy słowa, które stało się ciałem. Zwykłego słowa. To tu to tam słychać zdanie, że czasem słowo potrafi nabrać takiej mocy, że się materializuje w postaci eksplozji dobra, bądź też eksplozji zła. Chrześcijanie nazywają to skutecznością modlitwy. W odpowiedzi na te sugestie, wielu ludzi wpada w autentyczne oburzenie i zadaje pytania typu: „A gdzie dowody?”, albo „To kto konkretnie ich zabił?”, lub wreszcie „Czy słowo może zabić?” To ostatnie pytanie pojawiło się wczoraj w ustach Konrada Piaseckiego skierowanych do Pawła Kowala. Kowal odpowiedział, że tak, że słowo potrafi zabić.
        Jeśli zatem komiks, o którym dziś rozmawiamy, rzeczywiście powstał przed 10 kwietnia, możemy powtórzyć za Kowalem: Tak. Słowo zabija. A ja od siebie dodam raz jeszcze: Tak. Modlitwy są wysłuchiwane. Wszystkie. Przez Boga, względnie przez Szatana.
       Co natomiast, jeśli powstał teraz, jako tęsknota za modlitwą, która nie została wypowiedziana? Jako wściekłość twórcy, że było już tak blisko do prawdziwego dzieła sztuki, i ktoś nagle wręcz z ręki mu wyrwał najpiękniejszy z pomysłów. I staje się już wyłącznie ową desperacka próbą powtórzenia wszystkiego jeszcze raz, od samego początku. Żeby można było w spokoju i z rosnącą satysfakcją odtworzyć na swój własny użytek przebieg całego tego procesu unicestwiania tego czegośmy zawsze szczerze nienawidzili. Wtedy już więc mamy Janusza Palikota, Platformę Obywatelską i cały System, którego oni stanowią najpiękniejszą i najmocniejszą część. W tym bowiem komiksie znajduje się całość tego projektu, który nas tak z każdym nowym dniem dręczy po to, by w końcu nas zabić. I nie ma uczciwej możliwości, żeby ktoś z nich przyszedł i nam powiedział, że to jest wyłącznie margines i przykry wypadek, że życie toczy się daleko poza tymi ekscesami, że Palikot  to ktoś kto już tak naprawdę nawet nie jest częścią Platformy, ktoś kto zawsze był jakimś tam ekscentrycznym politykiem spod Lublina, no a poza tym, kto z nas bez winy, niech rzuci kamieniem.
      Kiedy zaczynając pisać ten tekst wspomniałem coś o zamykaniu pewnego rozdziału, chodziło mi o to, że w pewnym sensie, od czasu gdy poznaliśmy ten akurat wpis na blogu Janusza Palikota, nic nie jest takie samo. Ani ten świński ryj, ani gadanie o alkoholizmie Lecha Kaczyńskiego, ani jego odpowiedzialności za Smoleńsk, ani apele o usunięcie tych zwłok z Wawelu nie mają najmniejszego znaczenia. Liczy się już w tej chwili wyłącznie ten bardzo zabawny obraz Przemysława Gosiewskiego powieszonego „za flaki” na pobliskim drzewie. Może być nawet na brzozie. I też bez znaczenia już jest, czy ten obraz był już modlitwą, czy dopiero tylko pełną refleksji potrzebą rozkoszowania się sukcesem. To jest i już pozostanie na zawsze. Jako znak i dowód. I żadne nowe słowa i nowe zaklęcia tego nie zmienią. Będzie już tylko to.
      Powiem jeszcze jaśniej, o co mi chodzi. Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Konrada Piaseckiego z Pawłem Kowalem. Piasecki bardzo Kowala naciskał, żeby ten wyjaśnił, dlaczego Jarosław Kaczyński porzucił język zgody i porozumienia na rzecz tego co wypowiada dziś. Skąd w ustach polityków Prawa i Sprawiedliwości tyle złych emocji, czemu wciąż słychać tylko oskarżenia i jakieś niepoparte niczym insynuacje? Co się stało z Jarosławem Kaczyńskim? Czemu nie można się zająć normalną zwykłą polityką, zamiast wciąż roztrząsać jakieś i tak nie do wyjaśnienia kwestie techniczne? Dziś w „Rzeczpospolitej”, Joanna Kluzik-Rostkowska idzie jeszcze dalej. Mówi mianowicie, że o ile na początku myślała, że zachowanie Jarosława Kaczyńskiego to wynik traumy, to dziś już sama nie wie. Mój serdeczny kolega Michał Dembiński na tym blogu zarzuca mi, że ja kpię z Tuska, podczas gdy sam narzekam na to, że inni nabijają się z Kaczyńskiego.
      Otóż ja wszystkim im mam do powiedzenia tylko jedno. Modlitwy zostały wysłuchane. Tak czy inaczej. Zostały wysłuchane. Wyżej przedstawiłem na to dowód. Wszystko co mi macie do powiedzenia w kwestii traum, elegancji i jej braku, właśnie przestało mnie interesować.



środa, 30 września 2015

Donoszę na samego siebie

Jak doniosły media, panowie Leszek Miller i Janusz Palikot zostali właśnie uznani winnymi przez sąd w Warszawie tego, że podczas którejś z konferencji prasowych wspólnie i w porozumieniu określili Ryszarda Petru mianem człowieka „wynajętego przez banki”. Wprawdzie wygląda na to, że ani jeden ani drugi za ów występek nie pójdą do więzienia, a co więcej, nie będą nawet musieli we wspomnianych bankach brać milionowych kredytów na publikowanie ogłoszeń w „Wyborczej” i w „Rzeczpospolitej” z oświadczeniem, że „Ryszard Petru „nie jest człowiekiem wynajętym przez banki”, niemniej jednak wyrok jest i przeprosić trzeba będzie.
Ktoś mnie spyta, co mnie obchodzą relacje między Millerem, Palikotem i Petru, a ja przyznaję, że one w przeważającej swojej części faktycznie mało mnie obchodzą, natomiast tu akurat czuję, że ich sprawa bardzo wyjątkowo jest również moją sprawą. Otóż stało się tak, że choćbym nie wiem jak się wykręcał, faktem jest, że to ja obu panów, czyli Leszka Millera i Janusza Palikota podjudziłem do popełnienia owego przestępstwa. Oto pragnę donieść, że w dniu 31 maja 2015 roku, na swoim blogu, w komentarzu pod tekstem zatytułowanym „Ruch umarł, niech żyje ruch, czyli kto kogo rucha”, napisałem, że „Ryszard Petru to kandydat banków”. Jakby tego było mało, niespełna miesiąc później, również na swoim blogu, w tekście pod tytułem „Kto się boi PiS-u i czy jest na to jakaś maść?” już bardzo bezpośrednio pisałem o Ryszardzie Petru i „wynajmujących go bankach”. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że zarówno pan Leszek Miller jak i Janusz Palikot są dorosłymi ludźmi i odpowiadają za siebie, niemniej jednak, mając przekonanie, że bez mojego bloga im by nawet do głowy nie przyszło, by się tak fatalnie wplątać w było nie było działalność przestępczą, chciałbym prosić Wysoki Sąd o darowanie winy panom Millerowi i Palikotowi, To wszystko moja wina, a oni postąpili jak postąpili z własnej głupoty i jestem pewien, że już więcej nie będą.
Pozostaje mi już tylko wyjaśnić, jak to się stało, że tu na tym blogu pojawiło się to straszne oskarżenie, że Ryszard Petru to człowiek wynajęty przez banki? Otóż tu odpowiedź jest prosta. Jak niedawno zauważył dziennikarz Piotr Skwieciński, my blogerzy stanowimy zaledwie nicnieznaczący odprysk tego co w istocie rzeczy tworzy w Polsce głos opinii publicznej. To co sobie myślimy i to co piszemy, nie ma jakiegokolwiek znaczenia, raz z tego względu, że nie mamy realnego sposobu, by odpowiednio głęboko oceniać bieżące wydarzenia, a dwa, że nasz głos i tak nie jest słuchany. W konsekwencji, to co my tu sobie piszemy, to wyłącznie jakieś pozbawione sensu wytwory naszych wybujałych ambicji, na które nawet nie warto zwracać uwagi. Tym bardziej więc uważam, że Wysoki Sąd powinien uznać, że panowie Miller i Palikot powiedzieli co powiedzieli ze zwykłej głupoty, a więc nie należy ich czynu traktować poważnie. A ja z mojej strony oczywiście bardzo chętnie pana Ryszarda Petru przeproszę: Wielmożny Panie, niech się Pan już nie gniewa. Przecież to jasne, że Pan z bankami nie ma nic wspólnego. Sam nie wiem, co mi strzeliło do tego mojego hejterskiego łba.

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.




niedziela, 2 marca 2014

Janusz Palikot - człowiek na czasy ostateczne

Wszystko zaczęło się od tego, że wczoraj poszliśmy do naszego kościoła na mszę za Żołnierzy Wyklętych, no i przez to dziś rano, mimo że to niedziela, przeważnie zbijaliśmy bąki. Żona moja poszła ze swoimi kolegami i z psem na spacer, a ja do tego stopnia nie wiedziałem, co z sobą zrobić, że włączyłem telewizor, a tam akurat szykowało się zorganizowane przez Donalda Tuska spotkanie w sprawie Ukrainy. Najpierw pojawił się Michał Kamiński, usiadł nalał sobie czegoś do filiżanki i siedział. Po chwili przyszli Miller z Cimoszewiczem i Sawickim, stanęli z boku i zaczęli gadać, po nich przylazł Palikot, i natychmiast podszedł do tych trzech, ładnie się z nimi przywitał i nawiązał pogawędkę z Cimoszewiczem. W międzyczasie przyszli Dorn, Ziobro i jeszcze ktoś, ale wszyscy zajmowali się sobą, natomiast grupa Palikot, Miller, Cimoszewicz i Sawicki stała i gadała.
No i wreszcie zjawił się Jarosław Kaczyński, a ponieważ okazało się, że dla niego przygotowano miejsce dokładnie tam, gdzie się akurat spotykała ta banda komuchów, oni wszyscy ruszyli do niego, by się przywitać. No i, jak już pewnie dzięki naszym mediom wszyscy wiemy, Millerowi, Cimoszewiczowi, i Sawickiemu Kaczyński podał rękę, natomiast Palikotowi pokazał, że nic z tego nie będzie.
Myślę, że również wszyscy wiemy, o co poszło. Otóż ponieważ przez wiele, wiele ostatnich lat Palikot stał na czele kampanii zniesławiającej pamięć po zmarłym w Smoleńsku Lechu Kaczyńskim, i robił to w sposób obrażający zasady, których przestrzega się nawet w środowisku sępów, robaków i pająków, został przez środowiska pamięć po Lechu Kaczyńskim kultywujące poddany bezwzględnemu ostracyzmowi, a sam Jarosław Kaczyński nie mógł też potraktować go w inny sposób, niż właśnie taki. Mógł Kaczyński, biorąc pod uwagę pewną szczególną perspektywę polityczną, przyjąć pewien kompromis w stosunku do Millera, Cimoszewicza, a nawet Sawickiego; jeśli idzie o Palikota, sprawa była poza dyskusją. Oczywiście natychmiast pojawiły się głosy, że ten Kaczyński to jednak chamiszcze, no ale to nic nie szkodzi. My wiemy, że tak jak było, było dobrze; bardzo dobrze.
Mnie jednak nie tyle zastanawia reakcja Jarosława Kaczyńskiego, co zachowanie Janusza Palikota. Wiemy wszyscy, co przez te wszystkie lata zdarzyło mu się powiedzieć na temat zmarłego Prezydenta. Otóż był tam zarzut, że Lech Kaczyński był durniem, pijakiem i osobą umysłowo chorą; że wspólnie ze swoim bratem, który był od niego psychicznie, ale i biznesowo, uzależniony, obaj wspólnie i w porozumieniu niszczyli Polskę i Europę; że wreszcie to tak naprawdę Jarosław Kaczyński zorganizował smoleńską katastrofę. Myśl powstała taka, że Jarosław Kaczyński, wiedząc że śmierć brata pozostawi go na scenie politycznej niezagrożonego, bez jakiejkolwiek konkurencji, a w dodatku wyposażonego w mit smoleńskiej zbrodni, który go będzie uwiarygadniał i nieustannie wzmacniał, kazał Lechowi lądować w tej mgle, licząc na to, że samolot się rozbije, wszyscy zginą, a wtedy on sam, niesiony ową smoleńska legendą, zostanie prezydentem, premierem i szefem aparatu przemocy.
To było coś, co Palikot niejednokrotnie nie tylko sugerował, ale formułował wręcz dosłownie. Ja to wszystko pamiętam i więcej na temat tego człowieka pamiętać nie potrzebuję. I teraz zastanówmy się, co sobie myślał Janusz Palikot, kiedy te informacje puszczał w przestrzeń publiczną. Pierwsza możliwość jest taka, że on wiedział, że to wszystko nieprawda, ale uznał, że prawidła walki politycznej takie zachowanie dopuszczają. Druga natomiast to ta, że on był w tym wszystkim bardzo szczery, i faktycznie wierzył w to, że Jarosław Kaczyński tak właśnie swoją polityczną karierę uznał za stosowne zorganizować. Trzeciej możliwości nie ma. No ale skoro tak, to ja kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć, skąd mu przyszło do głowy dziś do Kaczyńskiego wyruszać z tą ręką? Jeśli on wiedział, że Jarosław Kaczyński jest niewinny, to powinien też był wiedzieć, że on tego typu oszczerstwa mu nie wybaczy. Jeśli natomiast jego przekonanie o winie Kaczyńskiego było autentyczne, jak on w ogóle mógł chcieć komuś tak podłemu podawać rękę? Moim zdaniem, przy zachowaniu podstawowej ludzkiej wrażliwości, i jedno i drugie zwyczajnie nie mieści się w głowie.
Ale jest jeszcze inna możliwość. Otóż niezależnie od tego, czy Janusz Palikot wierzy w to, że to Jarosław Kaczyński cynicznie wysłał swojego brata na śmierć, czy nie, on jednocześnie musi uważać, że tego typu postępek może funkcjonować jako grzech tylko w wymiarze objętym przez polityczny pijar. Dla Palikota – nie polityka, ale człowieka – zabójstwo, nawet nie innego człowieka, ale własnego brata, dokonane w dodatku dla politycznej kariery, jest czymś tak realnym, naturalnym i w istocie rzeczy stojącym poza światem ocen moralnych, że on w opisywanym przez nas wypadku był szczerze przekonany, że Jarosław Kaczyński potraktuje go dziś, jak politycznego partnera. A już na pewno nie będzie się gniewał. On by się nie gniewał.
I to jest właśnie odkrycie, jakiego dokonałem dziś, kiedy zobaczyłem Janusza Palikota, jak na spotkaniu poświęconemu kryzysowi ukraińskiemu wyciąga do Jarosława Kaczyńskiego. Janusz Palikot to człowiek, który sam może swojego brata dla politycznej kariery nie kazałby otruć, udusić czy zastrzelić, ale już patrząc na całą sprawę chłodnym okiem z boku, nie widzi w takim postępowaniu niczego szczególnie drastycznego. I to jest coś, co uważam za warte tego, by o tym wspomnieć w kolejnej już notce na tym blogu. No i co jest warte tego, by to zanotować i zapisać w pamięci. Powtórzę jeszcze raz: Janusz Palikot, to człowiek, który uważa, że nawet jeśli nie wypada zamordować własnego brata, w czynie tym nie ma co szukać elementów szczególnie szokujących. Wkroczmy z tą wiedzą w nowy tydzień.

Jutro kierujemy do druku książkę o uczeniu języka angielskiego. Zbieramy na jej wydanie, no i, jak zawsze też, na życie. Będę wdzięczny za każdy gest. Dziękuję.

środa, 19 grudnia 2012

Bingo apokalipsa

Już tu swego czasu wspominałem, że nie umiem zgadnąć, ile osób czytających ten mój blog, orientuje się jednocześnie, co się dzieje na tym drugim, który prowadzę solidarnie z Gabrielem i trochę też Kamiuszkiem, w Salonie24. Czy jeden i drugi znają wszyscy, czy większość, czy może najwierniejsi czytelnicy trzymają się tylko tego miejsca, już w pewnym sensie tradycyjnego? A więc tego nie wiem, i też nie mam sposobu, by się tego dowiedzieć. Ponieważ jednak zakładam, że jakoś tam wszystko to, co tam napiszę dociera i tu, wspomnę tylko bardzo ogólnie o pewnym tekście, który postanowiłem zamieścić tam ze względów czysto propagandowych. Wyłącznie po to, by pewna prawda dotarła do jak największej liczby osób.
Otóż, jak zapewne pamiętamy, swego czasu zwróciłem tu uwagę na komiks, jaki na swoim blogu opublikował Janusz Palikot, aby dostarczyć swoim czytelnikom zabawy w formie bardzo plastycznych opisów śmierci, jaką ludowa sprawiedliwość sprowadziła na przeróżnych polityków Prawa i Sprawiedliwości, poczynając od najpierw zgwałconej młotem pneumatycznym, a następnie spalonej żywcem Beaty Kempy, a kończąc na Lechu i Jarosławie Kaczyńskim wysadzonych w powietrze za pomocą bomby.
Wspomniałem o tym komiksie, jednak to co mnie od tego czasu prześladowało najbardziej, to już nie sama zawartość tego dzieła – w końcu do wszystkiego można się przyzwyczaić – lecz fakt, że mimo iż ja o owym komiksie wspominałem tyle razy, w debacie publicznej nie pojawiło się o nim nawet jedno wspomnienie. I oczywiście nie chodzi mi o to, że Janusz Palikot był tu otoczony jakąś ochroną i o nim mówiono wyłącznie dobrze. Nie – do niego akurat się strzela często i z lubością. Moje zmartwienie polega na tym, że wśród wszystkich możliwych zarzutów o niszczenie debaty publicznej, szerzenie nienawiści, i występowanie przeciwko podstawowym zasadom występującym w cywilizowanym świecie, pojawiło się wszystko – tylko nie ten komiks.
I jeszcze coś. O ile się orientuję, wśród wszelkich możliwych oskarżeń, jakie padały pod adresem Palikota, czy to ze strony samego Prawa i Sprawiedliwości, jako partii, czy już bezpośrednio ze strony osób, które osobiście zostały tam w tak brutalny sposób sportretowane, kwestia tego komiksu również się nie pojawiła. Nie wystąpiła z protestem ani Beata Kempa, ani Zbigniew Ziobro, ani rodzina Przemysława Gosiewskiego. Wszyscy, jeśli tylko się decydowali na to, by odnieść się do palikotowych ekscesów, ograniczali się do tych jego nic nieznaczących happeningów, czy idiotycznych żartów, natomiast to, co w sposób ewidentny Palikota musiałoby pogrążyć, było systematycznie niezauważane.
Poruszony bardzo tą sytuacją, i jak najbardziej też na fali ostatnio bardzo popularnej debaty o języku nienawiści, pomyślałem sobie, że napiszę o tym komiksie do „Warszawskiej Gazety” i może w ten sposób – w końcu tygodnik Piotra Bachurskiego, to jak by nie było, projekt ogólnopolski – dotrę do tych, do których dotrzeć wypada. No i proszę sobie wyobrazić, że po raz pierwszy w historii naszej współpracy, Piotr Bachurski odmówił publikacji tego tekstu.
W tym momencie zrozumiałem wszystko. Chodzi o to, że z jakiegoś powodu, zarówno System, jak i jego zaplecze, jak i wszyscy pozostali uczestnicy tego, co się dzieje na naszej scenie publicznej, nie widzą żadnego interesu w tym, by Janusz Palikot został z niej zdjęty. Wszystko wskazuje na to, że usunięcie tego jednego elementu grozi takim kryzysem, że to, co wraz z nim może nastąpić, nikomu się zwyczajnie nie kalkuluje. O Palikocie, podobnie zresztą, jak o wszystkich innych niemal aktorach polskiej polityki, można mówić wszystko; można mu stawiać wszelkiego rodzaju zarzuty; można oskarżać go o największe przestępstwa… z jednym zastrzeżeniem – należy bardzo uważać, by żadne z owych oskarżeń nie było na tyle poważne, żeby mieć jakiekolwiek konsekwencje dla stabilności polskiej polityki.
A jest to polityka szczególna. Przede wszystkim jest to polityka wojenna, jednak przez to, że wojna ta, to w znacznym stopniu wojna pozycyjna, gdzie wszystkie role, wszystkie sojusze, wszystkie wreszcie mechanizmy zostały dawno ustalone, a ich wartość potwierdzona, ona może się toczyć na pewnym w miarę znośnym poziomie jeszcze długie lata. Również jednak i to, co już dawno zostało uzgodnione – i jak najbardziej przez wszystkie strony konfliktu autoryzowane – to propaganda i jej język. A w tym systemie Janusz Palikot pełni element równie ważny jak Joachim Brudziński ze swoim chamstwem, Bronisław Komorowski z kulturą i Donald Tusk z tym swoim sympatycznym bałwaństwem. To wszystko świetnie się sprawdza i jedyne, co by mogło mu zaszkodzić, to wyjęcie z tego mechanizmu jednego choćby elementu. A już z całą pewnością tak ważnego jak Janusz Palikot, który dla propagandy tworzonej czy to z jednej strony konfliktu, czy to z drugiej, jest argumentem nie do przecenienia.
Zastanówmy się, co by się stało, gdyby nagle wybuchła sprawa tego komiksu? Wybuchła choćby na połowie tego poziomu, jak to miało miejsce w przypadku Grzegorza Brauna i jego słów o strzelnicach. Gdyby nagle taka Beata Kempa choćby podała Janusza Palikota do prokuratury o nawoływanie do okrutnego jej zamordowania. Przecież z tym, co się tam w owym komiksie znajduje, on by się nie wywinął. A jeśli nie wywinąłby się on, to zapewne też nie wywinęłoby się wielu z jego kolegów, którzy, kiedy on to publikował, stali tuż przy nim, przy swoim, jak by nie było wówczas jeszcze, wiceprzewodniczącym. A wtedy cała scena polityczna musiałaby zostać zresetowana i diabli jedynie wiedzą, kto by z tego wszystkiego wyszedł za tarczą, a kto na tarczy. Po co więc ryzykować?
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko stanowi najbardziej perfidną zmowę. I wcale nie sugeruję, że jest to zmowa, która została w jakikolwiek sposób notyfikowana, choćby tylko ustnie. Tym bardziej nie sugeruję, że oni wszyscy są bardzo dobrymi kumplami, którzy postanowili wyssać z nas całą krew. Nawet mi to nie przyszło do głowy. Oni najprawdopodobniej szczerze się wszyscy nienawidzą i życzą sobie gwałtownej śmierci. Tyle tylko, że – dokładnie tak jak to już powiedziałem wcześniej – to jest wojna pozycyjna, i ona rządzi się swoimi prawami. A jednym z najważniejszych jest to, by nikt nie zrobił niczego, co by miało naturalny bieg zdarzeń niebezpiecznie przyspieszyć.
Oto Janusz Palikot – człowiek, który ledwo co wystąpił u Moniki Olejnik i szczerze bardzo przeprosił za to, co kiedyś powiedział o patroszeniu Jarosława Kaczyńskiego. On już dziś – zwłaszcza po niesławnym wystąpieniu Grzegorza Brauna – zdaje sobie sprawę z tego, że tak dłużej nie można. Że ta nienawiść nas zżera, nawet jeśli ona nie jest prawdziwą nienawiścią, ale zwykłym, niewinnym żartem. I on, jako pierwszy wyciągnął rękę do zgody. Na te słowa najpierw wzruszyła się Monika Olejnik, a za nią reszta mediów. I tylko Prawo i Sprawiedliwość nie uwierzyło w te słowa, bo to przecież wiemy, co to za ziółko ten Palikot. A więc my mu nadal będziemy wyrzucać tamten występ, a on – nieboraczek – nie mając wyjścia, znów coś wspomni o tym, że ten samolot spadł przez pijaństwo Lecha Kaczyńskiego i jego kumpli. Tylko nie padnie jedno słowo na temat tamtego komiksu… co ja mówię, tamtego? Tego! Tego! On dziś jeszcze, kiedy piszę te słowa, fantastycznie się prezentuje na blogu Palikota.
Nikt na ten temat nie puści pary z ust, bo wie, co się stanie na drugi dzień. Prokuratura będzie musiała wszcząć śledztwo, które nawet jeśli nie będzie początkiem końca politycznej kariery Palikota i tych wszystkich zboczeńców, to z całą pewnością stworzy sytuację, gdzie już nikt do nikogo nie będzie mógł mieć pretensji o nic, a tym samym cały dotychczasowy język politycznej propagandy zostanie unieważniony. Nie będzie już Rydzyka, Niesiołowskiego, Brudzińskiego, Brauna, Pitery… I, jak już powiedziałem, nikt nie jest w stanie przewidzieć, kto z tego wyjdzie poobijany, a kto w złotej szacie.
Dziś na swoim blogu Coryllus wspomniał o nieznanym nam zdarzeniu sprzed miesiąca, kiedy to w Nowej Hucie na parkowej ławeczce spalił się pracownik naukowy Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Podobno z bardzo prozaicznego powodu – poszło o uczelniany mobbing. Tekst Coryllusa jest tak wstrząsający, ze jedyne co mi przyszło do głowy, by napisać w komentarzu, to jeszcze bardziej pewnie wstrząsające słowo „bingo!”. Właśnie tak. „Bingo”. Do tego bowiem doszliśmy. Możemy z siebie wypruć żyły; możemy się zapłakać na śmierć; możemy nawet się demonstracyjnie podpalić. Efekt będzie jeden tylko – psycholog powie, że podpalenie to forma protestu, a komentator zakrzyknie „bingo!”

Zostało jeszcze parę dni, a u nas, jak to u nas. Robi się bardzo nieprzyjemnie. Przepraszam, że to wciąż powtarzam, ale nie mam wyjścia. Bardzo proszę o jakąkolwiek pomoc. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

środa, 12 grudnia 2012

Dlaczego Polska nie może się obyć bez Janusza Palikota


Po raz pierwszy napisałem o tym jeszcze jesienią 2010 roku, po tym jak mój kumpel LEMMING zwrócił mi na to uwagę, a ja tam zaszedłem, sprawdziłem i dosłownie zdębiałem. Napisałem więc cały na ten temat tekst, jednak z jakiegoś do dziś dla mnie niezbadanego powodu, publiczny efekt tej notki był żaden. W kolejnych latach próbowałem tę informację powtórzyć jeszcze trzykrotnie – za każdym razem jednak z takim samym jak oryginalnie wynikiem. Oczywiście, to tu tam podniosły się głosy oburzenia, jednak żaden z nich w najmniejszym stopniu nie wybijał się ponad to, z czym mieliśmy do czynienia, przy okazji wcześniejszych, podobnych przypadków.
Ponieważ myśl o tym, że to co mnie tak dramatycznie męczy, nie dość że mnie nie opuszcza, to z każdym kolejnym dniem napełnia coraz większą troską, pomyślałem, że najlepiej będzie jeśli ja z tych wcześniejszych tekstów zrobię pewną kompilację i poślę ją jako swój cotygodniowy tekst do „Warszawskiej Gazety”, z którą od lat współpracuję i która dotychczas robiła na mnie wrażenie miejsca bardzo otwartego, a jednocześnie zatroskanego tym co ważne. No i proszę sobie wyobrazić, że po raz pierwszy w naszej wspólnej historii, Piotr Bachurski, a więc człowiek, który „Warszawską Gazetę” wydaje, grzecznie mnie przeprosił i poinformował, że tego akurat tekstu on nie opublikuje. Dlaczego? Wbrew pozorom, nie dlatego, że on jest jakoś szczególnie niecenzuralny, ani że narusza czyjeś dobra i przez to naraża Redakcję na kontrakcję, ale tylko dlatego, że, jak to określił Bachurski, Palikot to takie coś, czego porządna redakcja i jej publiczność nie zniesie. A więc, przepraszam bardzo, ale wszystko, tylko nie Palikot.
Jeszcze niedawno sądziłem, że sprawę znają już mniej więcej wszyscy, jednak wygląda na to, że niekoniecznie. Jest całkiem możliwe, że o ile czegoś nie powiedzą w telewizji, lub nie napiszą w ogólnopolskiej prasie, a następnie nie zrobią z tego afery na cały kraj – tego zwyczajnie nie ma. A zatem krótko już bardzo. Poszło o to, ze późnym latem 2010 roku, a więc kilka miesięcy po Katastrofie, Janusz Palikot na swoim blogu opublikował komiks, w którym w bardzo zabawny sposób zaproponował, co można zrobić z niektórymi polskimi politykami. A zatem: Beatę Kempę można najpierw zgwałcić młotem pneumatycznym, a następnie żywcem spalić, Przemysława Gosiewskiego powiesić na jego własnych jelitach, Krzysztofa Putrę utopić w sedesie, a Zbigniewa Ziobro przeciągnąć łańcuchu za samochodem, by go w końcu zrzucić z Pałacu Kultury. Jak idzie natomiast o obu braci Kaczyńskich – komiks został wprawdzie opublikowany u Palikota po 10 kwietnia, ale zapewne powstał nieco wcześniej – ich można wysadzić w powietrze przy pomocy bomby. I proszę sobie wyobrazić, że ja tu nic nie koloryzuję. To są pomysły żywcem wyjęte z tego komiksu.
Jak mówię, ja się od dwóch już lat zastanawiam, dlaczego sprawa tego komiksu, który, tak już na marginesie, wciąż sobie bezpiecznie, ku uciesze chętnych, żyje na blogu Palikota, nie została nagłośniona? Czemu nikt poza mną o niej dotychczas nie wspomniał? Czemu żaden z najbardziej oddanych krytyków Palikota i jego metod uprawiania polityki nie zwrócił się do niego o wyjaśnienia? Dlaczego, jeśli już ktoś Palikotowi chce wypominać jego gesty i słowa, wspomina najwyżej o tym obdzieraniu Kaczyńskiego ze skóry, co, w sposób oczywisty było zaledwie, chamską, bo chamską, ale retoryczną zabawą? Natomiast, jak idzie o to gwałcenie Beaty Kempy młotem pneumatycznym i palenie jej żywcem, a więc coś idealnie jednoznacznego, panuje idealna cisza. Czemu?
Czemu przez te dwa lata nie zaprotestowało Prawo i Sprawiedliwość? Ja rozumiem, że Jarosław Kaczyński jest dramatycznie od tego całego popu, jakim jest Internet, odcięty. Ale czemu Beata Kempa nie wydrukowała sobie tego komiksu, i nie wsadziła go Palikotowi w gardło tak żeby się nim udusił? Przecież ona go regularnie spotyka w Sejmie, prawda? Wszyscy są strasznie chętni, by zajmować się każdym najdrobniejszym głupstwem, każdym najmniej znaczącym słowem; jak idzie o ten komiks i to wszystko, co tam się ku uciesze gawiedzi proponuje – cisza. Dlaczego?
Otóż ja uważam, że dla zachowania stabilności polskiej sceny politycznej, nikomu nie zależy, żeby ten komiks stał się publicznie znany. W interesie wszystkich najważniejszych uczestników polskiej polityki jest to, by publiczna dyskusja na ten temat nie miała miejsca. Czemu? Co to za interes? Nie mam pewności, czy to co ja sobie myślę, to prawda, jednak wydaje mi się, że dla zachowania pewnej bieżącej stabilności na polskiej scenie politycznej, istnienie kogoś takiego jak Palikot jest konieczne. A nie ulega dla mnie wątpliwości, że gdyby ten komiks stał się przedmiotem publicznej kampanii, jego los zostałby ostatecznie określony, i on musiałby zejść ze sceny. Co najmniej. I żadne przeprosiny by tu nic nie pomogły. Ja nie wiem, po co im wszystkim Palikot, jednak wygląda na to, że on musi być i czuć się w miarę bezpiecznie. Że jeśli go posadzą, albo choćby usuną, to wszyscy inni zbyt wiele stracą. A więc on w pewnym sensie szantażuje całą polską politykę. I z tym co ma, czuje się tak bezpieczny, że przez te dwa lata nawet nie uznał za stosowne tego komiksu ze swojego bloga usunąć.
Przepraszam bardzo, ale tak to mi właśnie wygląda. A rozmowa z Piotrem Bachurskim, o której wcześniej już wspomniałem, mnie jeszcze w tym moim przekonaniu utwierdziła. Bo ja nie wierzę ani w to, że Bachurski się Palikota brzydzi aż tak, że nie chce łamów swojego tygodnika brudzić jego nazwiskiem, ani nie wierzę w to, że on się boi ewentualnej reakcji Palikota na ten mój tekst, ani też nie wierzę w to, że Bachurskiemu ten tekst może w jakikolwiek inny sposób zaszkodzić. Bachurski odmówił publikacji tego tekstu z przyczyn kompletnie innych, za to powszechnie akceptowanych przez wszystkich, którzy tak jak on z uprawiania polityki żyją.
Dziś miałem telefon z warszawskiej prokuratury i bardzo sympatyczna pani prokurator poprosiła mnie, żebym jednak znalazł czas i pieniądze i zjawił się w Warszawie, na okoliczność przesłuchania w tak zwanej „sprawie Grzegorza Brauna”. A ja już się tylko zastanawiam, co ona mi powie, jak ja jej wyjmę wydrukowany komiks z blogu Palikota i zapytam, jak to całe fatygowanie mnie przez te zaśnieżone kolejowe tory tymi zamarzniętymi pociągami ma się do biednego Przemysława Gosiewskiego powieszonego przez Palikota na jelitach. Już się nie mogę doczekać.
I nie mogę się odczekać jeszcze jednego. Dnia, w którym się dowiem, że Janusz Palikot się powiesił w garażu, lub zginął w nieszczęśliwym wypadku. I wcale nie dlatego, że ja mu źle życzę. Może w to trudno uwierzyć, ale ja wszystkim, a jemu może zwłaszcza, życzę tylko jednego. By oni tłumnie udali się do spowiedzi i już więcej nie grzeszyli. Czekam jednak na ten dzień wyłącznie ze swojej czystej jak świeży śnieg próżności. Ja po prostu uwielbiam się dowiadywać, że mój instynkt jest wciąż ostry jak brzytwa.

Tradycyjnie już zwracam się do wszystkich przyjaciół tego bloga o wsparcie, którego zwłaszcza w tych dniach mocno potrzebujemy. Jak mówię, można kupować książki, ale też – jeśli ktoś już ma obie i nie wie, co miałby zrobić z kolejnymi – można skorzystać z umieszczonego obok numeru konta. Dziękuję.

niedziela, 20 maja 2012

I jeszcze dwa listy

Proszę sobie wyobrazić, że oto dziś przychodzę do Was z absolutną rewelacją. Otóż, dzięki swoim słynnym kontaktom, wszedłem w posiadanie dwóch listów. Jeden, to ten, jaki Janusz Palikot przed kilkoma tygodniami wysłał do lubelskiej Kurii odnośnie swojej chęci wystąpienia z Kościoła Katolickiego, no i oczywiście odpowiedź na ów list ze strony samej Kurii. Postanowiłem oba listy tu opublikować, bo, jak sądzę, one w sposób zupełnie idealny, pokazują nam – ogólnie rzecz biorąc – cała Drogę, całą Prawdę i całe Życie, a przy tym, jak idzie o szczegóły, niosą nam tę nadzieję, jaką daje pewność, że są wciąż w tym świecie miejsca, których „moce piekielne nie przemogą”.
Uważam, że gest, na jaki niedawno poważył się Janusz Palikot, pozwolił nam – jak najbardziej wbrew intencjom jego autora – zobaczyć, czym jest Święty Kościół Powszechny, i w jaki sposób Jego wielkość sięga daleko poza nasze wyobrażenia o tym, co ważne, a przy okazji, co potężne, a co małe. Proszę posłuchać:
Szanowny Panie Budzik!
Niniejszym informuję Pana, że nie jestem już członkiem kościoła katolickiego. Decyzję o swojej apostazji podjąłem świadomie i samodzielnie, i traktuję ją jako nieodwołalną.
W związku z powyższym, oczekuję również od samego kościoła, że moja osoba nie będzie figurowała dłużej w dokumentach będących w tego kościoła posiadaniu, a sam ów kościół, przez Pana reprezentowany, zechce wydać w tej sprawie odpowiednie publiczne oświadczenie.
Wprawdzie nie wydaje mi się, bym swoje oczekiwania wobec reprezentowanej przez Pana religijnej organizacji musiał podbudowywać jakimkolwiek uzasadnieniem, niemniej pragnę oświadczyć, że, w moim rozumieniu, kościół do którego wstępowałem kiedyś, jeszcze jako niemowlę, a więc kościół tak wybitnych chrześcijan jak ksiądz Tischner, czy papież Wojtyła, dziś już nie jest tym samym kościołem. Konsekwentnie więc uważam, że dziś nie ma w nim miejsca dla ludzi o mojej wrażliwości. Dla ludzi takich jak ja nie ma miejsca w kościele, w którym pierwsze skrzypce wiodą tacy osobnicy jak abp. Michalik, czy ojciec Rydzyk.
W związku z powyższym, jeszcze raz wyrażam wobec Pana oczekiwanie, by zechciał podjąć skuteczne kroki na rzecz ostatecznego doprowadzenia do tego, kiedy to ja, Janusz Palikot, nie będę już dłużej – choćby i tylko w sensie formalnym – publicznie traktowany jako przedstawiciel kościoła katolickiego. Nie życzę sobie dłużej funkcjonować jako osoba ochrzczona, a w swoim czasie nawet przyjmująca tak zwane ‘sakramenty’, i przez to, w sposób jak najbardziej sztuczny i wymuszony, budować autorytet organizacji, z którą nie czuję już więcej najmniejszych związków, a co więcej, do której nie mam najmniejszej sympatii.
Pozostając w przekonaniu, że mój wniosek zostanie przez Pana pozytywne rozpatrzony, kreślę się z poważaniem,
Janusz Palikot
Precz z dyktaturą kleru!
A teraz odpowiedź Kurii:
Panie! Uspokój się Pan. To jest zwyczajnie nie do zrobienia. To jest wbrew prawom fizyki.
Z poważaniem,
Budzik”.
I to wszystko na dziś. Jeśli komuś ten tekst zaimponował, i czuje się choć odrobinę lepiej wobec nadchodzącego tygodnia, bardzo proszę o wspomaganie tego bloga. Numer konta tuż obok. Dziękuję.

piątek, 9 marca 2012

Idą na nas z nożami

W jednym z niedawnych wpisów zwróciłem uwagę na pewną, obserwowaną już od wielu lat, tendencję, sprowadzającą się do propagandowego obniżania znaczenia polskiego państwa. We wspomnianym wymiarze propagandowym, polega ona na uporczywym wmawianiu nam Polakom, że tak naprawdę państwo jest bytem w najlepszym wypadku bezużytecznym, a w rzeczywistości wręcz szkodliwym, i że wszystko dobre, co się w Polsce dzieje, dzieje się na szczeblu lokalnym. Jak idzie o natomiast o praktykę, sprowadza się ona przede wszystkim do tego, że polityka budżetowa rządu stopniowo i bardzo konsekwentnie prowadzi polskie państwo do bankructwa.
Kto czyta gazety, ogląda telewizję i śledzi wystapienia ludzi związanych bezpośrednio z władzą, wie świetnie, jak ta propaganda wygląda. Ale przecież nie trzeba w ogóle nic czytać, ani nasłuchiwać tego szumu, by widzieć świetnie, co się dzieje. Służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, transport, szkoła, uniwersytety, kultura, tak zwane narodowe dziedzictwo – to wszystko powoli umiera i wszystko wskazuje na to, że nikomu już nie zależy, by ten proces cofnąć, czy choćby tylko powstrzymać. I na każdym kroku słychać tę czarną gadkę, że kiedy cała władza zostanie skutecznie przesunięta na poziom lokalny, no i tam wszystko już zostanie sprywatyzowane, wtedy dopiero poczujemy cały splendor cywilizowanego świata.
Pisałem o tym dopiero co, przy okazji kolejnej katastrofy kolejowej, i nie mam powodu, by się tu powtarzać. Nie mam też ochoty wskazywać na to, w jak wyrachowany, a jednocześnie żenująco prymitywny sposób władza próbuje zrzucić winę na ludzi operujących na szczeblu lokalnym, którzy wciąż nie chcą zrozumieć, że tak naprawdę wszystko od nich zależy. Że nie mogą wciąż liczyć na państwo, bo państwo nie jest w stanie się zajmować ich brakiem odpowiedzialności i kompetencji. Bo państwo powoli przekazuje swoje uprawnienia ludziom. Świadomym swego miejsca postępowym obywatelom w postępowej Europie. Co chciałem powiedzieć, to powiedziałem, a resztę, mam smutną nadzieję, doskonale widać i bez mojej pomocy.
Trafiłem dziś jednak na coś, co nawet mną wstrząsnęło, bo nagle zrozumiałem, że ten cały projekt to jednak najczystszej wody komunizm, dokładnie taki jak go pamiętamy sprzed ponad dwudziestu lat. Że oczywiście na poziomie praktycznym wprawdzie nie ma już tych sekretarzy, tych brygad robotniczo-chłopskich pilnujących, by wszystko szło zgodnie z planem, a nad tym owej propagandowej gadki o pracującym ludzie miast i wsi, o tym obowiązku wytężonej pracy każdego z nas, natomiast jest coś, co w gruncie rzeczy, dokładnie słowo w słowo, powtarza tamten zamysł, tyle że w wymiarze że tak powiem poetyckim. A to właśnie sprawia, że można nabrać podejrzeń, że jeśli oni będą chcieli nas zniszczyć, to wyłącznie przy pomocy tamtego języka, a więc też i tamtego, świetnie już sprawdzonego sposobu.
Na internetowej stronie TVN24 pojawił się mianowicie najpierw tytuł „Ona pierwsza wezwała ratowników i policję”, niżej podtytuł: „Za sołtys Chałupek stoi cała wieś”, a jeszcze niżej coś, co przez to, że wydawać by się mogło już tylko dawnym peerelowskim koszmarem, autentycznie i dziś straszy. Nie śmieszy. Straszy. Oto całość:
To ona pierwsza zaalarmowała ratowników, pierwsza wykonała telefon na policję. Potem z sąsiadami i mieszkańcami pobiegła, by ratować ludzi na miejscu kolejowej tragedii pod Szczekocinami. Anna Kwiecień, sołtys Chałupek rządząca od roku, ciągle ma jednak wrażenie, że nie zrobiła wszystkiego, co mogła. - Przewija mi się film i mam wrażenie, że można było zrobić jeszcze więcej - przyznaje, choć mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy.
Okno domu Anny Kwiecień wychodzi wprost na tory kolejowe. Sołtys zobaczyła więc sekundy po katastrofie wszystko to, co stało się w efekcie zderzenia dwóch pociągów jadących Centralną Magistralą Kolejową. Chwyciła za słuchawkę i po telefonie na policję, od razu ‘skrzyknęła’ mieszkańców.
O tym, że sołtysowa ma ‘głowę na karku’ od dawna wiedzą mieszkańcy Chałupek. - Ona mądrze myśli, to równa dziewczyna - mówi jeden z nich, a burmistrz Szczekocin, Krzysztof Dobrzyniewicz dodaje: - Bardzo charyzmatyczna. To kobieta, która docenia też to, co się dzieje wokół niej.
Sama Kwiecień przyznaje, że czasami poza samą wsią jest jej trudno, bo bywa, że w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi, ale wszyscy w okolicy doceniają jej wysiłki. Ostatnio sami załatali na jej prośbę lokalną drogę. Tę samą, po której na miejsce wypadku kolejowego jechały karetki pogotowia, straż pożarna, a także prezydent i premier.
- Mam nadzieję, że zbyt wygodnie im się nie jechało. Może pomyślą, że warto nam pomóc w wyremontowaniu tej drogi - kwituje Anna Kwiecień”
A ja się już tylko zastanawiam, kto ten tekst pisał? Czy może jakiś młody dziennikarz zatrudniony na godziny przez ITI, którego twarzy i nazwiska nie znamy? Czy może któryś z tych tefauenowskich reporterów, których mamy od czasu do czasu okazję oglądać na ekranach naszych telewizorów, jak stoją z tymi swoimi mikrofonami i coś tam do nas dukają? A może oni mają jakichś umyślnych absolwentów polonistyki, którzy piszą te teksty od tak, od ręki, na zamówienie z dnia na dzień? Nie sądzę. Żeby coś takiego napisać, trzeba mieć doświadczenie, którego się nie wynosi nawet ze studiów na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Te wszystkie: „pobiegła by ratować”, „mieszkańcy wsi mówią o niej same dobre rzeczy”, „chwyciła za słuchawkę”, „skrzyknęła sąsiadów”, „sołtysowa ma głowę na karku”, „to równa dziewczyna”, „w regionie się śmieją z kobiety rządzącej we wsi”, „ostatnio sami załatali lokalną drogę” – przecież tego się nie można nauczyć. To trzeba znać z autopsji. Żeby ten język umieć sparodiować, trzeba mieć swoje lata. A żeby go chcieć parodiować, trzeba być kimś bardzo, ale to bardzo cynicznym. A więc nie mam żadnych wątpliwości, że oni przede wszystkim to robią specjalnie, i że tym się zajmują jacyś lepsi państwo. Kto? Diabli wiedzą. Mógłbym pomyśleć, że Miecugow, albo Sianecki, ale oni chyba są jednak za ważni. Z drugiej strony, taki Knapik na przykład jest za młody. On nawet gdyby umiał odpowiednio rozpoznać wspominane tu niedawno minimum paremiologiczne, a pewnie jednak nie umie, też by sam napisać czegoś takiego nie dalby rady. Ewentualnie musiałby mu pomagać ojciec.
I chodzi mi już tylko po głowie Jacek Pałasiński. Wprawdzie ostatnio mało oglądam telewizję, i mogłem cos przegapić, ale mam wrażenie, że on się dziwnie stracił. A więc musiał zaliczyć jakąś wpadkę i został odsunięty. I ja bym się nie zdziwił, jakby w dowód uznania za wszystko, co przez całe lata zrobił dla Systemu, oni mu przynajmniej pozwolili redagować tego typu teksty. Ale, jak mówię, nie wiem. Natomiast jestem pewien podziwu i proponuję, byśmy jednak nie spuszczali z nich oczu. Bo oni się za nas z całą pewnością postanowili wziąć od bardzo niebezpiecznej strony. Dopiero co Janusz Palikot powiedział, że nie potrzebujemy Matki Boskiej, lecz więcej seksu. Dokładnie tak. Rzecz w tym, że czegoś takiego nawet nie pamięta wspomniany Miecugow, a z kolei nasi biskupi wpadli już w kompletny letarg. Myślę że idzie już normalnie na noże. Ci z nas co wiedzą, wiedzą też, o czym mówię.

Wprawdzie ostatnio na tym blogu zrobiła się taka atmosfera, że ja nie bardzo wiem, z kim mam dziś przyjemność. Niemniej jednak – czy mam jakieś inne wyjście? – zakładam, że jest tak jak było dotychczas. Że nic się nie zmieniło. A więc dziękuję wszystkim za dotychczasową solidarność i proszę o pamięć. Obok jest ten numer konta. Kto uważa, że warto, proszę, niech łaskawie wspiera ten blog. Kto wciąż nie ma książki, albo zna kogoś kto nie ma, serdecznie polecam. Jest do kupienia tuż obok. Jeszcze raz dziękuję.

wtorek, 25 października 2011

O półkolistym ekranie na poziomie +1

Myślcie sobie co chcecie, ale poczułem, że to akurat muszę powiedzieć. Nawiedziła mnie bowiem myśl, że muszę się podzielić pewną, dziś już akurat nie refleksją, ale zwykłą, czystą wiadomością. Oto wiadomość. Proszę złapać się czegokolwiek:
W Silesii przybyło nie tylko sklepów, ale także miejsc parkingowych. Kierowcy mają ich do dyspozycji już 3,5 tys. Na duże zakupy mało kto wybiera się z torebką albo plecakiem. Większość do Silesia City Center przyjedzie samochodami. Na szczęście i o tej kwestii pomyślał inwestor. Do istniejących wcześniej miejsc parkingowych doszło aż 1,3 tys. nowych. 525 zlokalizowanych jest na dachu nowej części, w podziemiach łącznie znajdziemy 1,7 tys. w trzech miejscach – pod Tesco, pod Saturnem, i nową częścią (co łącznie z istniejącymi wcześniej miejscami daje ponad 3,5 tys. miejsc do parkowania.
– W Silesii pojawiły się dwa nowe parkingi. Jeden z nich znajduje się na dachu nowej części, prowadzi do niego specjalna rampa. Cały parking ukryty jest za półkolistym ekranem na poziomie +1. Ciekawostka jest to, że klienci pozostawiający swoje samochody własnie na tym parkingu będą mogli wchodzić do centrum przez dach, zjeżdżając na pasaż ruchomymi schodami lub windą, podobnie jak klienci wybierający parking podziemny – tłumaczy Dominika Musialik, marketing manager Silesia City Center. – Dzięki nowemu systemowi oznakowań poruszanie się po parkingach w Silesii będzie teraz znacznie łatwiejsze – dodaje Musialik.
To jeden z największych parkingów podziemnych na Śląsku. Więcej miejsc parkingowych oznacza, że Silesia City Center przygotowuje się na jeszcze większą liczbę klientów, a tych rocznie do centrum przyjeżdża aż 13 mln. – Chcemy zapewnić każdemu klientowi możliwie najbardziej komfortowe warunki do pozostawienia swojego samochodu w bezpiecznym miejscu, możliwie najbliżej wejścia do Centrum – podkreśla Musialik”.
Cóż powiedzieć? Cóż powiedzieć? Będą dwie rzeczy. Dowiedziałem się właśnie, że w swojej nowej książce, Janusz Palikot przyznaje, że przez wszystkie dni, jakie spędził w Sejmie, nie miał ani jednej okazji, żeby zamienić choćby jedno słowo z Jarosławem Kaczyńskim. Nigdy. Przez te wszystkie lata – normalnie, jak to w pracy – rozmawiał z każdym. Z Jarosławem Kaczyńskim – on to najzwyczajniej w świecie w tej swojej książce przyznaje – nigdy. Choćby i przez chwilę. Przez te wszystkie lata, każdego możliwego dnia, ich drogi się rozchodziły.
I to jest jedna rzecz. Druga to apel to niektórych z czytelników tego bloga. Oni wiedzą, że o nich mówię. Jeśli powyższy tekst okazał się dla nich za trudny – niech przynajmniej się nie odzywają, bo mogę zareagować tak jakbym bardzo nie chciał. Ostatnio i tak już wyłącznie grzeszę.

czwartek, 15 września 2011

O kapusiach, plotkarzach i naturalnych zwycięzcach poemat radosny

Z przyjemnością pragnę poinformować, że po wielu suchych i pustych miesiącach przeczytałem od deski do deski artykuł Rafała Ziemkiewicza. Przy okazji pragnę wyrazić Ziemkiewiczowi wdzięczność z tego powodu, że dzięki jego dziennikarskiej pracy udało mi się zaoszczędzić parę złotych, co w dzisiejszych czasach nie jest przecież byle czym. Poszło o to, że Janusz Palikot wydał książkę, w której przedstawił swoje refleksje na temat Platformy Obywatelskiej i jej pierwszorzędnych funkcjonariuszy, a Rafał Ziemkiewicz w najnowszym wydaniu „Uważam Rze” przedstawił własną kompilację najciekawszych doniesień Palikota. Oczywiście nie byłby Ziemkiewicz sobą, gdyby zwyczajnie jak człowiek napisał coś w tym stylu: „Drodzy Państwo, oto dzięki Januszowi Palikotowi wreszcie dowiedzieliśmy się, co to za banda od czterech lat sprawuje rządy w Polsce. Proszę tylko posłuchać”, i zaczął cytować grube fragmenty z książki Palikota. Rafał Ziemkiewicz jednak to dziennikarz poważny, a przy tym wybitny analityk i intelektualista, więc aż tak nisko on upaść by nie mógł. Dlatego swój tekst zaczyna tak: „Najnowsze dzieło Palikota ułożone jest w większej części według nazwisk. Przewodniczący Ruchu Poparcia samego siebie prawi w książce o tym, co ma – zazwyczaj złego – do powiedzenia na temat danej osoby. Czasem są to jego opinie, czasem obciążające plotki, generalnie skondensowana dawka karmy dla tabloidów”.
I teraz, ktoś kto nie zna twórczości publicystycznej Rafała Ziemkiewicza mógłby sądzić, że skoro on jest taki wielopiętrowy, to zapewne w tym momencie będziemy mogli dowiedzieć się czegoś na przykład na temat struktury władzy w projektach takich, jak Platforma Obywatelska, gdzie wszyscy do wszystkich są desperacko przyklejeni, jak wzajemnie pasożytujące na sobie organizmy, z tą świadomością, że jeśli którykolwiek się z nich odklei, może uruchomić lawinę. Na przykład. Tematów do refleksji jest zresztą znacznie więcej. Można by się było choćby spodziewać, że Rafał Ziemkiewicz, jako przenikliwy obserwator, zwróci na przykład uwagę na to, że nie jest wykluczone, że Janusz Palikot jest zaledwie pierwszym z wielu i że przed nami otwiera się prawdziwe trzęsienie ziemi. Jednak, podobnie jak nie byłby Ziemkiewicz sobą, gdyby wyznał szczerze, że jemu się nie chce wysilać, więc on zwyczajnie omówi i skompiluje doniesienia Palikota, tak samo nie byłby sobą, gdyby sięgnął nieco głębiej, niż pod swoje wypielęgnowane buciki. W rezultacie, otrzymaliśmy, ni mniej ni więcej, tylko podszyty leniem i tchórzem, potężny cytat.
Jednak, jak mówię, jak idzie o mnie, to tyle mi całkowicie wystarczy. Od Ziemkiewicza nie wymagam wiele, o Palikocie wiem tyle ile wiedzieć potrzebuję, a z kolei wszystko to, co powiedział Palikot, a Ziemkiewicz sprytnie mi przekazał, jest dla mnie informacją o tyle cenną, że wyłącznie potwierdza moją niebywałą wręcz intuicję, i przy okazji zaspokaja moją wrodzoną próżność. Najpierw parę słów o intuicji. Otóż nie umiem dziś sobie przypomnieć, w którym to z ukazujących się na tym blogu tekstów przepowiedziałem, że dla Platformy Obywatelskiej ktoś tak cyniczny jak Janusz Palikot jest z jednej strony prawdziwym skarbem, a z drugiej autentycznym zagrożeniem. Że przez ten swój cynizm, a przy okazji bardzo szczególny typ inteligencji, pod względem politycznej skuteczności przebija on dosłownie każdego, poczynając od Donalda Tuska, a kończąc na jakiejś Piterze. Jednocześnie jednak wiadomo było od samego początku, że dzień, w którym – z jakiegokolwiek powodu – Janusz Palikot z Platformy odejdzie, będzie początkiem końca tego projektu. Bo nikt go już nie powstrzyma przed tym, by zaczął gadać. A, jak wiemy, gadane to on akurat ma. A więc to, że, o ile ktoś Palikota wcześniej nie zabije, ta książka się prędzej czy później ukaże, wiedziałem od samego początku.
Drugie, co wiedziałem, a co dziś pozwala mi się nadymać pychą, to to, że, choć psychologią interesuję się wyłącznie na zasadzie przekory, a w swoim życiu nie widziałem na oczy ani Donalda Tuska, ani Grzegorza Schetyny, ani żadnego z tych typów, z wyjątkiem posła Gowina, jak lazł z walizką na dworzec w Krakowie, doskonale znałem jako fakt każdą – dosłownie każdą – informację, jaką dziś, na zasadzie rewelacji, przesyła nam Janusz Palikot, a Ziemkiewicz, typowym dla siebie świńskim truchtem, relacjonuje. A więc, kiedy dziś Palikot informuje, że Donald Tusk to zwykłe bydle, mściwe, bezlitosne, wulgarne bydle, mój oddech nawet nie przyspiesza. Kiedy on sugeruje, że Donald Tusk jest być może osobą uzależnioną od narkotyków i kimś, kto nałogowo traktuje kobiety jak dziwki – pozostaję niewzruszony. Kiedy Janusz Palikot nam opowiada, a Rafał Ziemkiewicz tę opowieść nam przesyła, że Stefan Niesiołowski chleje, Gronkiewicz-Waltz to idiotka, Paweł Graś coś wie, a Radosław Sikorski jest psychicznie niezrównoważony, to ja, naturalnie, wzruszam ramionami, ale z drugiej strony, uśmiecham się tryumfalnie. Bo – jak i każdy kto już ponad trzech lat czyta te refleksje – wiem, że myśmy to wszystko świetnie wiedzieli. Bez Palikota, bez Ziemkiewicza, bez niczyjej pomocy. Wyłącznie obserwując i myśląc.
A zatem, cóż jest takiego ciekawego w artykule Rafała Ziemkiewicza? Jak idzie o Ziemkiewicza, to oczywiście nic. Zresztą nie sądzę, by on miał tu jakieś szczególne oczekiwania. W końcu, jak idzie o tak zwaną pracę intelektualną, jaką on włożył w napisanie tego tekstu, to wszystko się sprowadza do tej drobnej złośliwości na początku tekstu, w postaci słowa „prawi” i jeszcze drobniejszej złośliwości na temat Żakowskiego pod sam jego koniec. Bo nie ma nawet pewności, czy tytuł tego opracowania – „Chwyty ostateczne”, nie został wymyślony przez redakcję. Natomiast bardzo dobrze się stało, że Ziemkiewicz powtórzył wszystkie co ciekawsze palikotowe plotki, bo inaczej prawdopodobnie byśmy ich nigdy nie poznali. W końcu, co by o nim nie mówić, czytać Ziemkiewicza, to nie jest jeszcze wstyd, natomiast Palikota – owszem. A sytuacja, w której dzieją się tak ważne rzeczy, jak zdejmowanie pokrywki z tego pełnego gówna garnka, to jest jednak coś, czego poważny obserwator przegapić nie może.
Zbliżają się wybory i ich wynik, wbrew naszym nadziejom, a ich obawom, może być różny. Owszem, coraz więcej faktów wskazuje na to, że wszystko rozwija się w bardzo dobrym kierunku. I nie mówię tu o sondażach, z którymi jest różnie i o których wiedzieliśmy już wszystko zanim ich twórcy w pełni udowodnili kim są. Od kilku dni, ton komentarzy w mainstreamowych mediach jest taki, że Platforma Obywatelska zmierza ku przegranej. Wczoraj słyszałem kilka opinii wskazujących na fakt, że kampania Platformy stoi w miejscu. A oczywiście sami politycy nie próżnują. Ledwo minister Rostowski poinformował Europę o zbliżającej się wojnie, widzimy ministra Sikorskiego, jak się wije przed dziennikarką Radia Zet przy okazji kolejnej – niewykluczone, że jeszcze poważniejszej – kompromitacji z propagandowym filmem na temat polskiej prezydencji. Diabli wiedzą, co będzie z wypowiedzią Donalda Tuska odnośnie kolegów ministra Ziobry.
Zbliżają się wybory i wszystko wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość je wygra. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że sytuacja jaką dziś mamy, bardzo niebezpiecznie przypomina to, co pamiętamy sprzed czterech lat. Kiedy to PiS w pewnym momencie był jednoznacznym faworytem wyborów, i nagle, w ciągu zaledwie paru tygodni, System uruchomił tak potężną akcje propagandową – z pamiętnym chowaniem babci dowodu osobistego – że wszystko w jednej chwili runęło w gruzach. Uważam jednak, że tym razem, tego przekrętu powtórzyć się nie da. Z tego prostego powodu, że wszyscy ci, którzy wtedy dali się na tamtą gadkę nabrać, mają na głowie inne problemy, a ci, do których dziś tamte hasła mogłyby być adresowane, nic z nich nie zrozumieją.
Ale jest jeszcze coś. Przed nami mamy Platformę Obywatelską nie jako propozycję, lecz jako skończony i zatwierdzony projekt. Mamy ludzi, którzy mają już za sobą okres prezentacji, a dziś nie są w stanie nawet kiwnąć palcem, by coś poprawić, czy wyjaśnić. Dziś mamy sytuację czystą. A w sytuacjach czystych, decyzje mogą być podejmowane z równie czystym sumieniem. Pozostaje ten nieszczęsny Palikot. On jest niczym. On jest zaledwie pierwszym z całej serii kolejnych polityków Platformy, którzy zaczęli mówić. Dajmy im jeszcze miesiąc.
Resztkami sił, proszę o kupowanie książki i finansowe wspieranie tego bloga. Daję słowo, że nie wiem, co się dzieje. Dziękuję.

piątek, 13 maja 2011

Coryllus: O faszyzmie, bolszewizmie i paru łajdakach

Plan był taki, by dziś zamieścić tu tekst naszego kolegi Coryllusa na temat polskiej prawicy i pewnych bardzo egzotycznych okoliczności, w jakich ona powstawała. Bardzo interesujący to tekst i, mam wrażenie, że świetnie uzupełniający dwa poprzednie wpisy, jakie się tu pokazały. Tak się jednak złożyło, że w międzyczasie Coryllus właśnie, zamieścił na Nowym Ekranie, absolutnie, moim zdaniem, wybitny tekst – możliwe, że w ogóle jeden z wybitniejszych tekstów jego autorstwa – stanowiący odpowiedź na kierowane ostatnio pod adresem Jarosława Kaczyńskiego oskarżenia o faszyzm,. Z jakiegoś powodu jednak, Administracja Nowego Ekranu tekst Coryllusa zbojkotowała, co sprawiło, że uzyskał on czytelność tak mniej więcej trzykrotnie niższą od oczekiwanej. Jednocześnie, antyfaszystowski front utworzony w celu obrony Polski przed Kaczyńskim, oczywiście nie dość że się nie zamknął, to wręcz przeciwnie, zaczął pyskować jeszcze głośniej i bezczelniej, tym razem w wieczornym programie Moniki Olejnik w telewizji TVN24. Jak na ironię, ustami Janusza Palikota – pierwszego bohatera wspomnianego wyżej wpisu Coryllusa.
W tej sytuacji, uznając, że nie ma co sprawy odwlekać, przepraszam wszystkich za to lekkie zamieszanie i proszę uprzejmie zapoznać się dziś ze wspomnianymi refleksjami. To jest lektura obowiązkowa. A jak idzie o Nowy Ekran, którego psim obowiązkiem było ów tekst wybić złotymi literami na samej górze ich głównej strony, a którego obowiązku oni nie dopełnili, mam w stosunku do nich już tylko jedno życzenie – niech się kiszą.
We wstępie do mojej nowej książki pod tytułem „Baśń jak niedźwiedź. Polskie historie” napisałem, że dożyliśmy czasów kiedy katedry uniwersyteckie zamieniły się w punkty agitacyjne. Nie musiałem długo czekać na potwierdzenie tej opinii. Oto mam przed sobą tekst profesora Ireneusza Krzemińskiego pod tytułem „Zwierzęca nienawiść oszalałych paranoików”. Tekst ten, obrażający ciężko chorych ludzi, bo niby dlaczego paranoicy mają być gorsi od ludzi zdrowych, wymierzony jest w Joannę Lichocką, w PiS, no i w ogóle w tych wszystkich, którzy wierzą, że Smoleńsk to nie jest zwyczajna katastrofa jakich wiele zdarza się na świecie. Tekst pana profesora ilustrowany jest fotografią przedstawiającą jego samego jak siedzi wśród dzieci, w klasie i uśmiecha się miło. Taki dobrotliwy wujek. Na tym zdjęciem zaś mamy ów tytuł, z paranoją, nienawiścią i szaleństwem. Profesor Krzemiński jak widać nie należy do ludzi, których postanowił opisać. Jest inny. Dobry, miły, zrównoważony i mądry, a gwarancją tego wszystkiego jest fakt iż pozwolono mu siedzieć pomiędzy dziećmi w klasie. Gdyby był wariatem nikt przecież by go tam nie wpuścił. Ale są dzieci, jest klasa, i w porządku. Mamy pewność. Tracimy ją jednak kiedy zaczynamy zagłębiać się w panaprofesorki wywód. Czytamy tam bowiem, co następuje:
"Paranoja oznacza całkowicie nierealistyczny obraz świata, ale zawsze odwołujący się do jakiejś realnej cechy lub wydarzenia, które lokuje się w niedorzecznym kontekście. Cechą myślenia paranoidalnego jest to, że posługuje się ono żelazną logiką. Ta logika wyrażona jest w tekście Lichockiej niemal jak w tabliczce mnożenia, że tylko totalny bunt przeciwko władzom państwa i podstawowym, demokratycznym regułom naszego życia społecznego jest właściwą 'postawą patriotyczną'. Według takiej logiki działały totalitarne ruchy, które doprowadziły do największych tragedii XX wieku".
Zwracam uwagę na zdanie: "Cechą myślenia paranoidalnego jest to, że posługuje się ono żelazną logiką".
Oraz na fragment: "Według takiej logiki działały totalitarne ruchy, które doprowadziły do największych tragedii XX wieku".
I jedno i drugie jest fałszywe i nacechowane złą wolą. Pierwszego idiotyzmu mam nadzieję tłumaczyć nie muszę. Skupmy się na drugim. Totalitaryzm przez różnych fasadowych profesorków bywa tłumaczony zwykle dwutorowo – poprzez późnego Hitlera, to znaczy poprzez Hitlera po roku 1933, lub poprzez partyjną nowomowę. To się uprawia właśnie dlatego, że jest łatwe, przyjemne i pojemne. Można wrzucić tam dokładnie wszystko, z podobną łatwością, z jaką człowiekowi myślącemu można zarzucić paranoję, bo jego wywód jest logiczny. Totalitaryzm XX wieku niejedno miał jednak imię, ale o tych innych imionach pan Krzemiński, którego po przeczytaniu powyższego trudno mi doprawdy tytułować profesorem, woli nie pamiętać, lub po prostu nie pamięta, bo nie doczytał. Czytanie zaś książek po łebkach i bez zrozumienia, po to jedynie by potem powiedzieć komuś: "Przeczytałem", ma w Polsce długą tradycję. I pan Krzemiński właśnie w nią się wpisuje.
A teraz do ad remu czyli do Hitlera. Niestety nie da się opisać fenomenu Adolfa, oglądając stare kroniki filmowe, pokazujące jak on tam wrzeszczy z trybuny, jak się nadyma, jak demonstruje siłę i pewność siebie, jak fuka na współpracowników. Nie da się, bo wychodzi nam kłamstwo, które zostało wielokrotnie wykorzystane przez komunistów. Hitler nie był wcale takim człowiekiem. On to odgrywał. Dosyć, przyznajmy, malowniczo i skutecznie. Tak mu podpowiedzieli doradcy, tacy jak Speer na przykład, albo Goebbels.
Właśnie! Speer!!! Czy to nie ten, który napisał takie grube pamiętniki? Ależ tak! One nawet stoją na półce w bibliotece profesora Krzemińskiego, ale zasłoniły je dzieła wszystkie Adama Michnika i profesor jakoś dawno do nich nie sięgał. Poza tym – kto by tam czytał pamiętniki jakiegoś wybielające własną przeszłość faszysty. Otóż trzeba te pamiętniki przeczytać, żeby zrozumieć w jaki sposób Hitler pozyskał Niemców. Tylko bowiem idiota, paranoik i głupek uwierzyć może w to, że władza w Niemczech mogła być zdobyta i utrzymana poprzez zaktywizowanie niezadowolonych mas oraz przez narzuconą tym masą „mowę nienawiści”. Tylko nieuk skończony może porównywać dojście do władzy Hitlera z Joanną Lichocką i marszami pamięci. Hitler bowiem zaczął swoją karierę w piwiarni, to prawda, ale zaraz potem przeszedł do salonów bogatych, znudzonych i łaknących wrażeń dam, których mężowie byli milionerami. Na mityngi organizowane przez NSDAP nie przychodził wcale niemiecki robotnik, tylko niemiecki burżuj. Hitler zaś uwodził go swoim eleganckim wyglądem i miłym austriackim akcentem. Nie wrzaskiem, nie „żelazną logiką” paranoidalnej mowy, ale wdziękiem. Panie zaś po prostu za Adolfem przepadały, był bowiem bardzo męski, stanowczy i za nic miał te wszystkie ograniczenia środowiskowe i presje, którym ulegali ich mężowie. Był po prostu mężczyzną, który ma co prawda przejściowe kłopoty, ale idzie do politycznego sukcesu i na pewno go osiągnie, jeśli tylko uzyska jakąś pomoc. I Hitler taką pomoc uzyskał. Niemcy go poparły. Nikt nie protestował kiedy NSDAP niszczyło żydowskie sklepy, nikt tego nie robił, dlatego, że Adolf potrafił ów fakt odpowiednio naświetlić i wytłumaczyć jego konieczność w czasie wieczornych rautów i spotkań przy szampanie. O tym wszystkim pisze Albert Speer, i można mu nie wierzyć, można dalej upierać się, że wrzask, nienawiść, „żelazna logika” itp, ale trzeba brać pod uwagę, że mogą człowieka nazwać durniem.
I my mamy dziś polityka, który zachowuje się podobnie. I my również go lekceważymy, ponieważ ma on nikłe poparcie, a jego partia traktowana jest przez inne jako element folkloru, lub coś co może posłużyć jako straszak wymierzony w zwolenników Kaczyńskiego. I my mamy człowieka, który w programach telewizyjnych i spotkaniach uwodzi swoim emploi młodego Radowana Karadżicia matrony, pedałów, psy, koty, posła Nałęcza i Michnika, a nawet prezydenta Komorowskiego. Tym politykiem jest Janusz Palikot. To on robi rzeczy podobne do tych, które robił Hitler przed wyborami w 1933, to on zachowuje się tak jakby cały świat chciał przytulić do serca. To on wskazuje także wroga i podpowiada co z tym wrogiem zrobić. Wypatroszyć mianowicie. O tym jak reagują ludzie na słowa i przekaz Janusza Palikota mogliśmy się przekonać w filmie, który wyemitowała wczoraj niezależna. Te starsze panie i ten łysy buc, który chciał wyrzucić kamerę chłopakowi zadającemu pytania starczy za wszystko.
Wróćmy teraz do PiS-owskiej paranoi. Tego rodzaju argumentów co pan profesor używała hitlerowska propaganda wobec Żydów. Tylko nie chodziło wówczas o przedstawienie ich jako szaleńców dążących do zagłady kraju, ale jako ludzi którzy ten kraj niszczą podstępem, a do tego są brudni i śmierdzą. I w jednym i w drugim przypadku cel został wskazany i określony. Pozostała tylko realizacja, i dystyngowani Niemcy z milionami w kieszeniach powierzyli ją temu parweniuszowi w błękitnym garniturze, który przecież był nikim i którego łatwo mogli się pozbyć. Kiedy okazało się, że nie łatwo, było już za późno.
Czy Palikot to drugi Hitler? Nie, Palikot tylko stosuje jego metody. Nie może być drugim Hitlerem, bo jego narracja, tak samo jak narracja Krzemińskiego, nie trafiają na podatny grunt. Żeby zyskać na skuteczności, to znaczy rzeczywiście zdobyć władzę, trzeba mieć poparcie wewnątrz kraju. Takiego zaś Palikot nie ma, jedyne na jakie może liczyć to poparcie z zewnątrz. To jednak, póki co za mało. Będzie więc czynił ów pan dalej to, co czynił do tej pory, czyli w majestacie prawa lekceważył to prawo, rozbijając namiot na trakcie komunikacyjnym, żeby pokazać wszystkim obywatelom jak bardzo władza ma ich w dupie.

piątek, 17 grudnia 2010

Spieprzajcie dziady!

W zamieszaniu ostatnich dni i tygodni, uciekła nam tu na blogu pewna informacja, która tylko z pozoru jest nieistotna. Uciekła przede wszystkim dlatego, że dzieje się wiele, a nawet jak się nie dzieje, tyle myśli kotłuje się w głowie, że naprawdę nie wiadomo, na czym się skupić. Ale też uciekła, bo została przykryta czymś przynajmniej z pozoru ważniejszym, a mianowicie zachowaniem Donalda Tuska na spotkaniu z rodzinami ofiar. Jak większość z nas wie, trzy panie reprezentujące pamięć po zamordowanych w Smoleńsku Przemysławie Gosiewskim, Januszu Kochanowskim i Zbigniewie Wassermannie, w proteście przeciwko – jak to wynika z ich relacji – bardzo niegrzecznemu zachowaniu Premiera, opuściły spotkanie, i ten gest wywołał najpierw odpowiednią wymianę wypowiedzi z jednej i drugiej strony, a w konsekwencji dyskusję w mediach. I to był temat, który zdominował przekaz na wiele, wiele dni. Nawet wczoraj, sprawie tej poświęcona została wieczorna rozmowa Rymanowskiego w TVN24.
W tym całym zamęcie uciekł nam chyba jeden drobny szczegół. Otóż kilka dni temu u Moniki Olejnik wystąpił Janusz Palikot i zapytany o tę scysję, powiedział, że dla niego sprawa jest jasna. Donald Tusk zachował się po chamsku dlatego, że mu to doradzili specjaliści od wizerunku. Że on nie jest na tyle nieprzytomny, żeby się tak bezsensownie podkładać i że – co jak co – ale udawać uprzejmość on umie świetnie. A zatem, jeśli nagle wobec tych trzech kobiet wpadł Tusk w taką wściekłość, wściekłość ta z całą pewnością musiała być kontrolowana. Olejnik przez pewną chwilę próbowała się dopytywać o sens takiego postępowania, ale nie na tyle długą, żeby wyciągnąć od Palikota więcej, niż tylko wyjaśnienie, że skoro wszyscy gadają przez ileś tam dni o obrażonych przez Premiera paniach – w dodatku, wcale nie na pewno obrażonych – to rząd może w dalszym ciągu spokojnie, bez przykrej obecności kamer, zajmować się niszczeniem państwa.
Ktoś powie, ze to co mówi Janusz Palikot nie ma najmniejszego znaczenia, i do pewnego stopnia będzie miał rację. Z pewnego punktu widzenia, to co mówi Janusz Palikot rzeczywiście nie ma znaczenia. Może na przykład się okazać, że on wcale nie ma racji, kiedy nas informuje, że chryja jaką Donald Tusk wywołał na spotkaniu z rodzinami pomordowanych w Smoleńsku osób, była zaplanowana. Może być tak, że Donald Tusk jest w ostatnim czasie w stanie takiego psychicznego rozbicia, że już jest tylko wrakiem człowieka, którym był jeszcze pięć lat temu. Że to czego on się w miesiącach poprzedzających katastrofę smoleńską dopuścił, efekt tych działań, a już – w naturalnej tego konsekwencji – wszystko to co nastąpiło potem, zrujnowało go psychicznie tak, że dalej jest już tylko sznur. Tyle że to nie jest w gruncie rzeczy takie istotne. To co mnie w wypowiedzi Palikota zafrapowało, to fakt że on w ogóle publicznie przedstawił taką opcję. Że oto Donald Tusk zachowuje się jak bydlę, między innymi dlatego, że jego wizerunkowi doradcy tak mu kazali.
Jeśli to prawda, to mamy do czynienia z sytuacją zupełnie nową. Bo oto, może się okazać, że ów Nowy Wspaniały Świat, który nam System w ostatnich latach zgotował, w jeszcze większym stopniu, niż to dotychczas bywało, stanowi antytezę tego, co nazywamy normalnością, tradycją, czy tylko życiem. Może się okazać, że już niedługo występek nie tylko nie będzie wywoływał naturalnego potępienia, grzech, głupota, czy błąd nie tylko przestaną się kojarzyć się ze wstydem, wreszcie zbrodnia nie tylko przestanie sprawiać człowiekowi naturalną przykrość, ale to zło stanie się swojego rodzaju bonusem, premią, przepustką do kolejnych sukcesów. Może już wkrótce być tak, że wejdziemy w świat, gdzie jeśli będziemy chcieli, żeby nas szanowano czy wręcz kochano, będziemy musieli się popisać jakimś bardzo szczególnym zbydlęceniem, i konkurencja na tym polu może być jeszcze bardziej zawzięta, niż to bywało w czasach tak zwanych normalnych. I jedyną jakąś pozostałością po starej tradycji będzie to, że wszystkie te skurwysyny będą musiały być młode, ładne, pachnące perfumą i wyszczotkowane.
Chociaż i to też już niekoniecznie. Absurdalność tego, co nam przedstawia Janusz Palikot jest i tak już wystarczająco egzotyczna, żeby można było ją rozciągać w nieskończoność. No bo powiedzmy, czemu nie może być tak, że któregoś dnia Donald Tusk, czy prezydent Komorowski, zostaną znalezieni pijani i zarzygani w jakimś burdelu w Tajlandii, u boku starej ruskiej dziwki, lub małego miejscowego chłopczyka, i kiedy resztki w miarę normalnie reagującego społeczeństwa wybuchną z jednej strony oburzeniem, a z drugiej satysfakcją, że wreszcie tym razem te buce się nie wywiną, już za chwilę okaże się, że ani jeden ani drugi nie byli na żadnej Tajlandii, natomiast całą scenę zaaranżowali ich spin doktorzy, bo im z obliczeń wyszło, że korzyści z tego zabiegu będą znacznie przewyższały straty?
Jakkolwiek to co tu piszę brzmi jak żart, czy ponura fikcja, jest na tym poziomie tak strasznie dużo możliwości manipulowania ogłupiałym społeczeństwem, że drastyczność rozwiązań może być jedynie kwestią doraźnych wyborów. Weźmy minione zamieszanie na kolejach. Z tego co się dowiadujemy, wynika, że Polska wykorzystała bardzo mały procent unijnej pomocy przyznanej na reformę PKP. W związku z tym, za karę, w przyszłości otrzymamy tej pomocy znacznie mniej, niż mogliśmy się spodziewać. Wszystko wskazuje na to, że w wyniku tego bałaganu, skompromitowani są i prezesi spółek, i odpowiedzialni ministrowie, ale też i sam minister Grabarczyk, a może i nawet cały rząd. Sejm od samego rana grzmi śmiechem i złością, media mieszają z błotem i rząd i poszczególnych ministrów, a tu nagle wyjdzie na to, że to wszystko, co się ostatnio zdarzyło z pociągami, było bardzo starannie zaplanowaną pijarowską akcją, mająca na celu… co? No, coś. Wszystko jedno. W końcu nie musimy wszystkiego wiedzieć, skoro za nas już myślą od nas lepsi i mądrzejsi, a na szali leży przyszłość Polski wieku XXI.
No a co, jeśli Janusz Palikot kłamie i Donald Tusk w swoim chamstwie nie został ustawiony? Co, jeśli się okaże, że chaos na kolei był wynikiem zaniedbań, a nie wręcz przeciwnie – wzmożonej czujności Systemu? Co mamy myśleć, jeśli się dowiemy, że jednak cała ta kompromitująca polskie władze i polskie państwo coraz straszniejsza tajemnica wokół smoleńskiej katastrofy, to nieszczęsne zamieszanie wokół ekshumacji zwłok poległych w tamtej katastrofie, że to wszystko jest w istocie skandalem i kompromitacją, a nie pijarowskim zabiegiem na rzecz ostatecznego zniszczenia duszy narodu? Z tego, co możemy ostatnio obserwować, wynika, że mamy sobie myśleć dokładnie to samo, co myślimy dziś. A więc, że i tak wszystko jest bez znaczenia i wszystko ma i tak ten sam efekt. A więc stały wzrost notowań rządu, rządzącej partii, i jej szefa.
Wspomniałem wcześniej o wczorajszej rozmowie Rymanowskiego w TVN-ie. W studio obecni byli adwokaci reprezentujący rodziny ofiar Smoleńska. Jeden od nich, jeden od nas. Ktoś mi powie, że to nieprzyzwoite z mojej strony tworzyć taki podział. Że wszyscyśmy ucierpieli podobnie. Otóż nie czuję się winny. Tam faktycznie było ich dwóch – jeden od nich, a jeden od nas. A za nimi stały też dwie grupy rodzin. Oni i my. Po czym to poznałem? Otóż, kiedy słuchałem słów mecenasa od nas, pojawiały się wciąż dwie kwestie: pierwsza, że my chcemy wiedzieć, co się w Smoleńsku stało, a druga, że Rosjanie kręcą. Kiedy mówił mecenas od nich, również pojawiały się dwie kwestie: jedna, że po co nam dziś cokolwiek wiedzieć, a druga, że Rosjanie – nawet jak kręcą – to i tak robią dla nas więcej niż muszą. I że powinniśmy to docenić. Słuchałem obu adwokatów i nagle przyszło mi do głowy, że to z czym mamy do czynienia, to zmowa. Zwykła, najbardziej standardowa zmowa. A za tą zmową stoi Rosja po tamtej stronie, i Polska po tej. Ofiarami tej zmowy padają zwykli, Bogu ducha winni, ludzie. Ludzie wystraszeni, zrezygnowani, ogłupieni. Wspomniany w poprzednim tekście na tym blogu Joachim Brudziński użył wobec naszego państwa słowa: dziadowskie, na co System zakrzyknął pełen oburzenia, że on obraża Polskę.
W tej sytuacji – jeśli to wszystko, co wyżej napisałem, ma jakieś podstawy – to ja jestem gotów, zwracając się do tej Polski, Polski, która została nam tak brutalnie skradziona i doprowadzona do takiej moralnej ruiny, tylko zakrzyknąć, cytując naszego nieodżałowanego, wielkiego, wspaniałego prezydenta, śp. Lecha Kaczyńskiego, którego źli ludzie zabili, próbując tym samym zamordować Polskę – Spieprzaj dziadu! I będę wierzył, że ona czmychnie, a z tego kurzu wyłoni się ta prawdziwa, która tu była zawsze, przez wieki. Nasza Polska.

Gdy Toyah się przeniósł do Elona na X

 Nie wiem, ile tu osób wciąż czeka na kolejny wpis, ale domyślam się, że jest Was niewiele. Ja już jakiś czas temu zorientowałem się, że o i...