Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 lutego 2020

Jak jednym splunięciem rozwalić mur z betonu


      Plan miałem taki, by dziś zostawić ten blog w spokoju, no a już na pewno zadbać o to, by nie pojawiło się tu nazwisko ojca Adama Szustaka. No i kiedy wszystko szło w dobrym kierunku, żona mnie poinformowała, że na Twitterze wpadła na czyjś apel do pobożnych katolików, by któryś z nich zechciał wyjaśnić, dlaczego 10 maja w polskich kościołach będzie śpiewany psalm z Prawem i Sprawiedliwością w roli głównej, podczas gdy na całym świecie pobożni ludzie śpiewają coś zupełnie innego. I to mnie zainspirowało do tego, by jednak coś napisać i to w kwestii, która nie tylko od tygodnia mnie prześladuje, a mianowicie, czemu ludzie potrafią być tak zawzięci w swoich kompleksach, że od czasu do czasu wyłączają rozum –  just like that.
      Otóż przychodzi ktoś, jak się domyślam osoba na co dzień inteligentna i życiowo doświadczona, dowiaduje się od kogoś, że w dniu wyborów prezydenckich w polskich kościołach księża będą wielbić Prawo i Sprawiedliwość i ani jej przez myśl nie przejdzie, że to jest tak beznadziejny absurd, więc wypadałoby może zwyczajnie sprawdzić, czy rzeczywiście Episkopat zaordynował, by w niedzielę 10 maja porządek liturgiczny zmienić zgodnie z życzeniem Kota Prezesa. Woli więc ów zahukany człowiek kierować na Twitterze pytanie do nas, a przy okazji głupią plotkę do takich jak on, zamiast zwyczajnie wpisać sobie proste hasło w wyszukiwarkę i mieć jasność, że to nie Kościół przejął nazwę od PiS-u, ale PiS – tu akurat w osobie Ludwika Dorna – sprytnie przejął owo „prawo i sprawiedliwość” od Kościoła.
       Ale też nie o tę gnuśność chodzi tu najbardziej, lecz, jak już mówiłem, o ową wiarę, że jeśli kogoś lub czegoś nie lubimy, to każdy przyklejony do tego czegoś idiotyzm będziemy traktować z najwyższą powagą. Mamy więc oto tego nieszczęsnego Szustaka. Podczas wielodniowej dyskusji na jego temat na blogu Gabriela, pojawiło się tak wiele ciężkich absurdów, że normalnie starczyłoby chyba na cały boży rok. Przychodzi ktoś i informuje nas, że ojciec Szustak w swoim internetowym nauczaniu powiedział, że seks analny jest jak najbardziej w porządku, ktoś inny z kolei twierdzi, że ojciec Szustak naucza, że w porządku jest zdrada i nieuczciwość małżeńska, ktoś jeszcze inny, że zdaniem Szustaka w ogóle dobra jest nieczystość, po nim pojawiają się kolejni internauci i dostarczają dowody w postaci odpowiednich linków, że ksiądz Szustak powiedział iż należy się tatuować, a jeśli egzorcyści twierdzą inaczej, to jest to problem egzorcystów. Sam Gabriel w pewnym momencie uwierzył, że ojciec Szustak wystąpił w filmie „Kler”... . I tak dalej i tak dalej. Każdy przytomny człowiek wiedziałby, że żadne z powyższych nie mogło – zwyczajnie nie mogło – się wydarzyć, a mimo to powtarza te ploty nie dlatego, żeby wyrządzić komukolwiek krzywdę, ale z dobrego serca i w głębokim przekonaniu, że ratuje świat przed zepsuciem. Czemu tak? Najprościej byłoby powiedzieć, że przez to, że Szustak nie stąd ni zowąd zadeklarował się, że będzie głosował na tego satanistę Hołownię, a to przecież musi oznaczać, że wszystko zło, które o nim powiemy musi być prawdziwe, a nawet gdyby nie było, to przecież być mogło.
       I to w tym momencie kieruje mnie na szersze wody Internetu, a więc i wspomnianego Twittera. Każdy kto tam bywa, a choćby i od czasu do czasu, z pewnością miał okazję zauważyć wszystkie te memy, na których widzimy na przykład Julię Piterę i jej rzekomą opinię, że Polska powinna zrezygnować z własnego rządu i scedować swoje sprawy na Komisję Europejską oraz europejskie sądownictwo; możemy tam też zobaczyć jakąś Sylwię Spurek, która z kolei powie, że powinno się mordować małe dzieci, jeśli są dziećmi pobożnych rodziców; kto inny wrzuci zdjęcie powiedzmy Mariusza Kamińskiego z rzekomym cytatem, że pary popierające Koalicję Obywatelską powinny być sterylizowane; niedawno ogromną popularność na wspomnianym Twitterze zdobył tweet, w którym poinformowano masy, że premier Morawiecki zdecydował o wprowadzeniu Karty Wyborcy PiS, dzięki której której będzie można korzystać z wszelkich możliwych usług, no i oczywiście z tańszych zakupów. Ten ostatni idiotyzm był podawany dalej nawet przez pierwszoplanowych polityków Koalicji Obywatelskiej i nikt z nich nawet nie zadał sobie pytania, w jaki sposób oni planują sprawdzić, kto głosował na kogo i czy ktoś tu – jakiś czytelnik „Faktów i Mitów” –  nie spróbuje się wkraść w owo wybrane towarzystwo na waleta. A po co się zastanawiać nad tego typu rzeczami, skoro wiadomo, z kim mamy do czynienia? Przecież oni są źli, a skoro tak, to na pewno stać ich na wszystko; no a poza tym nic nie zaszkodzi, jeśli się im tam coś dodatkowego dokroi. W końcu i oni zasłużyli, no i zasłużyliśmy i my.
       Myślę o tym wszystkim i po raz kolejny dochodzę do smutnego przekonania, że to jest droga bez powrotu i nawet jeśli na końcu pojawi się ściana, to my, z naszą zapiekłością i przekonaniem o własnej nieskończonej przenikliwości, rozwalimy ją jednym splunięciem i pójdziemy dalej i dalej.
       Niedawno, również na Twitterze, pewna nauczycielka wrzuciła zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego podczas jednego z ostatnich wystąpień, tyle że w bardzo mocnym zbliżeniu, tak by udowodnić, że on miał zdekompletowany garnitur, a w dodatku spodnie były brudne. Powiem szczerze, że nawet mi się nie chciało temu zdjęciu przyglądać, natomiast biorę pod uwagę, że faktycznie spodnie i marynarka Jarosława Kaczyńskiego były nie od pary, no i że na spodniach była plama, a kto wie, czy nawet nie dwie. To co mnie natomiast tu interesuje najbardziej, to stan umysłu owej kobiety i bardzo mocne podejrzenie, że w sumie my tutaj nie jesteśmy bardzo inni od niej. A przed nami oczywiście ściana. Ciekawe co się stanie za chwilę.



niedziela, 20 października 2019

Gdy kłamstwo stało się cnotą


     Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale jakieś dwa lata temu w magazynie „Wysokie obcasy” ukazała się rozmowa z pewną panią ginekolog... przepraszam bardzo, ginekolożką, w której ta powiedziała, że bardzo dobrą metodą antykoncepcyjną jest to, by kobieta po stosunku się wysikała. Sikać jednak należy nie później niż pół godziny po, bo wtedy jeszcze nasienie znajduje się w miarę blisko nocnika. W kolejnych dniach jednak pojawiło się ze strony czytelniczek tego dziwnego pisma na tyle dużo głosów krytycznych, że redakcja zmuszona była do wydania oświadczenia, że słowa owej ginekolożki, czy to zostały źle zrozumiane, czy może w ogóle były mało precyzyjne i redakcja prosi, by czytelniczki nie brały serio owej rady, bo ona jest nieskuteczna.
 Ktoś spyta, skąd ja mam tak egzotyczne informacje. Otóż stąd, że w tych oto dniach na Twitterze i w paru innych miejscach rozpętała się akcja defamacyjna pod adresem pewnej nowej posłanki Prawa i Sprawiedliwości, gdzie zarzucono jej, że ona, idiotka, jako środek antykoncepcyjny proponuje sikanie po stosunku, podczas gdy sama ma pięcioro nieplanowanych dzieci. Ona sama oczywiście nic wspólnego z tego typu naukami nie miała, natomiast wszystko się zaczęło od pewnego mema, wrzuconego przez nieustalonego internautę, na którym było zdjęcie owej posłanki plus wspomniany cytat z „Wysokich obcasów”, który to mem został natychmiast puszczony dalej, a wśród puszczaczy znaleźli się nawet tak mądrzy ludzie jak pewna redaktor ze stacji TOK FM, czy sam dawny działacz niezapomnianej Konfederacji Polski Niepodległej, Krzysztof Król, który jak się okazuje, dziś wciąż walczy, tyle że zupełnie inna bronią i po zupełnie innej stronie.
   Pewien mój kolega, który trochę lepiej ode mnie orientuje się w internetowych strategiach, poinformował mnie, że w owej przestrzeni istnieją tak zwani „śmieszkowie”, którzy w nosie mają politykę, którym jest obojętne kto wygra najbliższe wybory, natomiast bawi ich tworzenie właśnie tego typu memów, gdzie konkurencja polega na tym, któremu z nich uda się większą ilość razy doprowadzić do awantury. Zainteresowała mnie ta informacja, bo faktycznie aż nazbyt często od lat mogę zaobserwować, na Twitterze przede wszystkim, owe zdjęcia osób, z jednej czy z drugiej strony sceny, z dolepionymi do nich kompletnie zmyślonymi cytatami. Jeszcze jakiś czas temu próbowałem interweniować i prosić znajomych, by nie robili z siebie idiotów i przynajmniej sprawdzali te informacje, zwłaszcza że one na odległość śmierdzą kłamstwem, jednak kiedy niezmiennie otrzymywałem odpowiedź, że „może faktycznie tak nie powiedziała, ale powiedzieć mogła”, a więc wszystko jest w porządku, no i w końcu machnąłem na nich ręką.
Widzę jednak, że zabawa trwa w najlepsze i co gorsza tak jakby po wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość wyborach nie dość, że się zintensyfikowała, to przybrała postać jakiegoś zawziętego do granic rozumu szaleństwa. Poza informacją o sikaniu, mamy dziś, ciągnący się od grubych tygodni festiwal kpin z syna premier Beaty Szydło, który rzekomo porzucił stan kapłański, bo zrobił dziecko szesnastolatce, czy cytowanie rzekomej wypowiedzi papieża Franciszka, gdzie on ma twierdzić, że seks jest bożym darem i powinien być nauczany w szkołach. Gdy chodzi o księdza Tymoteusza, to że cała historia jest od początku do końca zmyślona, było wielokrotnie wyjaśniane, podobnie jak słowa Franciszka pozbawione owego jak najbardziej istotnego uzupełnienia, że on się sprzeciwia „ideologicznej kolonizacji” – wszystko jednak na nic. Obie informacje krążą niepokojone po Internecie, a wspomniane „Wysokie obcasy” z tego kłamstwa na temat Papieża zrobiły nawet tytuł osobnego artykułu. Gdy natomiast chodzi o księdza, doszło wręcz do tego, że on wynajął specjalną firmę prawniczą w celu skarżenia kolejnych internetowych oszczerców: wszystko na nic. Oni się zachowują, jakby stracili rozum.
  A ja się zastanawiam, co się takiego stało, że tym razem to kłamstwo przybrało aż taki rozmiar i co się stało, że owi kłamcy stali się aż tak zawzięci i nieustępliwi. Czy poszło o to, że ze strony przegranej opozycji poszła dyspozycja, by walczyć przy użyciu wszystkich dopuszczalnych środków i ona jest w ten własnie sposób realizowana, czy to wszystko jest jak najbardziej naturalną reakcją ze strony antypisowskich wyborców, którzy są w takim stanie wściekłości, że ich już tylko jest w stanie zatrzymać ściana, o którą sobie rozwalą te swoje durne łby. Tak czy inaczej, jak widzimy, idzie na ostro, i jedyne co nam pozostaje to zachować zimny spokój, bo inaczej będzie z nami jeszcze gorzej niż z nimi.



czwartek, 20 czerwca 2019

We Love Hate


     Parę dni temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „I Love Hate”, w którym zwróciłem uwagę na eksperyment prowadzony przez Wojciecha Jabłońskiego, politologa z Uniwersytetu Warszawskiego niegdysiejszego komentatora stacji TVN24, gdzie ów Jabłoński publikuje na Twitterze najbardziej podłe komentarze skierowane przeciwko Prawu i Sprawiedliwości, tym samym prowokując dodatkowy internetowy hejt. Z tego co udało mi się znaleźć w Sieci wynika, że Wojciechowski prowadzi ten swój projekt badawczy już od kilku lat, a jego ostatecznym celem jest publikacja książki a temat hejtu właśnie.
      W pierwszej chwili, gdy wpadłem na twitty Jabłońskiego, pomyślałem, że może i ta akcja ma jakiś sens, jednak już po chwili, widząc, że poziom plugastwa wylewający się z owego projektu jest zbyt duży, zbyt gęsty, a przede wszystkim zbyt długotrwały, by go choćby w miarę przytomny umysł mógł tolerować, uznałem, że to co robi Jabłoński kwalifikuje się jednak jako albo psychiczna choroba, albo świadome przestępstwo, no i napisałem ten swój tekst.
      By zilustrować to co się tam dzieje wrzuciłem kilka komentarzy jednego z fanów Jabłońskiego i uznałem, że sprawa jest zamknięta. Tymczasem ledwo co wczoraj Jabłoński przebił kolejny sufit i, jak sądzę wreszcie osiągnął swój ostateczny cel, tym razem jednak – i to jest ów przykry powód, dla którego piszę dziś te słowa – dzięki żywej współpracy tak zwanych „naszych”. Otóż proszę sobie wyobrazić, że znalazł Jabłoński gdzieś w sieci niewyretuszowane zdjęcie śp. Lecha Kaczyńskiego w trumnie, opublikował je z szyderczym komentarzem „Niosła go Polska”... no i się zaczęło, tym razem jednak, obok oczywistych zachwytów ze strony prostego antypisu, życzenie śmierci skierowane w przeciwną stronę:
 Jestem prorokiem. Odjebią tego cwela. Zobaczycie! I chuj mu w ryj”.
Brałeś pod uwagę próbę samospalenia? Może wtedy ktoś dostrzeże takiego świra”.
Do takich jak ty powinno się strzelać w łeb bez wyroku sądowego, chory pojebie”.
Jesteś kurwą”.
Jesteś siusiakiem bo chuj brzmi zbyt dumnie. Wal się na ryj”.
Szkoda, że Jabłoński nie leciał tym Tupolewem, byłaby to korekta błędu jego matki, która nieopatrznie dała mu się urodzić”.
Wyszły z ciebie ruskie korzenie którego dziad i baba na czołgach sowieckich do Polski wjechali więc skoro masz dostęp do takich zdjęć to pokaż też swoje z nieletnimi chłopcami których nazywasz pukaweczki ty pedrylu”.
Jesteś zwykłym ścierwem psycholu. Jeszcze będziesz skomlał”.
Jak wyciągniesz kopyta to co niedziela będę przychodził na cmentarz i będę szczał na twój grób”.
Jabłoński ty skurwysynie pierdolony”.
Jesteś śmieciu gównojadem”.
Oszołomie pierdolony, obyś się udławił zgniłą kiełbasą”.
Co za kanalia! Ja liczę aż Ty debilu statystycznie wpadniesz pod samochód i będziesz zdychał powoli”.
Ciebie gościu też poniosą kiedyś, ale myślę że raczej Lucyfer na łopacie będzie Cię do pieca kremacyjnego w piekle wrzucać...”.
      I tak dalej i tak dalej, przez cały Boży dzień. Co na to Jabłoński? On oczywiście jest cały w skowronkach. Nie dość że przekazuje dalej do Sieci każdy ten bluzg, to jeszcze na większość z nich odpowiada w sposób jeszcze bardziej prowokacyjny, z autentyczną radością, co widać choćby na przykładzie odpowiedzi na ostatni z przytoczonych przeze mnie komentarzy: „I o to mi właśnie chodzi. Sam Lucyfer, mówisz?”
      ...a my, durnie, podskakujemy tak jak on nam zagwiżdże.
      Ktoś mi powie, że niepotrzebnie się napinam, bo to jest Internet i tam nigdy ani nie było inaczej, ani nie będzie. I owszem, ja to wiem, natomiast chodzi mi o to, że bardzo bym chciał, żebyśmy akurat w tym udziału nie brali, a jak już to, żebyśmy się przynajmniej przy tym nie podpisywali nickiem „PiS4Ever”.






sobota, 16 marca 2019

O życiu w kolorze czarno-czarnym


      Nie umiem powiedzieć, od jakiego czasu to już trwa, a tym bardziej nie wiem, czy tylko ja na to zwróciłem uwagę, natomiast, owszem, mam wrażenie, że ostatnio zapanowała w mediach, a już zwłaszcza w Sieci moda na załamywanie rąk niemal nad całym naszym światem. Parę dni temu, proszę sobie wyobrazić, zajrzałem do portalu tvn24.pl i ze zdziwieniem zauważyłem, że po tym jak akcja #MeToo, gdzie praktycznie dzień po dniu pojawiały się kolejne gwiazdy, gwiazdki i gwiazdeczki, skarżące się na swoich kolegów z branży, że je zmuszali do różnorakich seksualnych zachowań, już się nieco wypaliła, została zainicjowana kolejna, pod nazwą #IamNotOk, tym razem w sprawie takiej oto, że partnerzy owych gwiazd całymi latami się nad nimi fizycznie znęcali. Tu akurat o jakimkolwiek seksie mowy już nie ma, natomiast jak najbardziej są pocięte nadgarstki, obite pejczem plecy i podbite oczy. Wspomniany portal poświęca owej akcji znaczną część swojego dziennego coverage, zamieszczając serię zdjęć i fimów, a wszystko podpisująć krótkim i odpowiednio mocnym tytułem: „Byłam zbyt przerażona by odejść”.
      Gdy chodzi o nasze polskie poletko, poza, jak się zdaje, Weroniką Rosatti, która poskarżyła się na swojego „byłego partnera oraz ojca ich dziecka”, że ten się nad nią znęcał psychicznie i fizycznie, a ona nic z tym nie potrafiła zrobić, wszystko, jak sądzę, przed nami, tylko musimy poczekać aż opadnie kurz po księżach gwałcących ministrantów oraz żyjących w zakonach siostry. Na razie jednak, owszem, nie ma praktycznie dnia i godziny, byśmy nie słyszeli o tym, jak to setki tysięcy ofiar księży-pedofili oraz księży- drapieżców seksualnych proszą o sprawiedliwość, oczywiście bezskutecznie, ponieważ cały Kościół Powszechny, od Wąchocka po Watykan tonie w rui i poróbstwie.
      A to przecież nie wszystko. Oto oprócz Żydów oraz imigrantów, nadszedł czas wielkich prześladowań osób oznaczanych ostatnio nazwą „LGBT+”, którym nie dość, że nie wolno adoptować dzieci, to jeszcze głoszone przez nich idee miłości, przyjaźni i równości są rugowane ze szkół oraz placówek wychowawczych. Kato-faszystowska dzicz wyciąga w ich stronę swoje brunatne pazury i wszystko wskazuje na to, że znikąd nie można się spodziewać pomocy.
      O polityce nawet nie warto wspominać.
      Któż mi powie, żebym nie zawracał głowy, bo to nic nowego, że światowe oraz rodzime lewactwo próbuje rozrabiać na potęgę. Otóż daję słowo, że gdyby tylko o nie chodziło, to bym prawdopodobnie przez kolejny dzień dał Czytelnikom od siebie odpocząć. Rzecz jednak w tym, że odnoszę wrażenie pewnej niezwykłej zupełnie korelacji w nastrojach po obu stronach ideologicznego oraz cywilizacyjnego sporu. Ów apokaliptyczny klimat zdaje się pojawiać z jednakowym natężeniem i tu i tam... i co ciekawe, często dokładnie na tych samych poziomach. Oto kończę z TVN-em i otwieram stronę tvp.info, a tam sążnisty tekst Tomasza Terlikowskiego zatytułowany „Czy Franciszek pozbawi Jana Pawła II świętości?”, skąd dowiadujemy się, że papież Franciszek, próbując ratować swoją i swojego otoczenia skórę przed jak najbardziej usprawiedliwionymi oskarżeniami o tolerowanie w Watykanie homoseksualnej oraz pedofilskiej mafii, próbuje winę zrzucić na naszego papieża i w ten sposób doprowadzić do jego dekanonizacji. Tekst ten ukazuje się jednocześnie w szeregu katolickich portali, z satysfakcją cytowany przez takie media jak „Superstacja”, a z boku Terlikowskiemu wtóruje nie kto inny jak Grzegorz Górny, najpierw alarmując na temat wspomnianej homoseksualnej ośmiornicy, która opanowała najwyższe piętra Watykanu, a potem wyjaśniając ów mechanizm tekstem zatytułowanym „Wrogowie Kościoła zyskują nowe narzędzie wpływania na jego politykę personalną”.
       No i wreszcie mamy Internet, gdzie jest już wszystko, począwszy od walenia jak w kaczy kuper w papieża Franciszka, przez kolejnych hierarchów tu na miejscu, po rwanie włosów z głowy przez posiadaczy „licencjatu teologicznego z teologii fundamentalnej” na temat szkód jakie w umysłach tysięcy młodych Polaków czyni dominikanin Szustak. No a i to przecież nie wszystko – mamy w końcu jeszcze politykę, a tam też się dzieje, oj dzieje. No więc przede wszystkim premier Morawiecki sprzedał już Polskę Amerykanom oraz Żydom, rząd Prawa i Sprawiedliwości potajemnie współpracuje z europejskim lewactwem na rzecz uniemożliwienia Grzegorzowi Braunowi zdobycie stanowiska prezydenta Gdańska, a Jarosław Kaczyński ze starości już kompletnie utracił kontrolę nad tym całym bałaganem i wiele wskazuje na to, że szanse na kolejną kadencję są coraz mniejsze.
       W czym rzecz? Otóż, jak już wspomniałem wcześniej, mam wrażenie, że gdybyśmy się w naszej obywatelskiej aktywności ograniczali do śledzenia mediów i stamtąd czerpali codzienne inspiracje, to musielibyśmy dojść do wniosku, że albo nadszedł czas do dawno już zapomnianej wewnętrznej emigracji, albo do kolejnego buntu. No bo nie oszukujmy się: lewactwo podnosi łeb, Kościół chyli się ku upadkowi, Prawo i Sprawiedliwość chodzi na pasku światowego żydostwa... a ja już mam tylko nadzieję, że to wszystko to są już faktycznie tylko media, które nie są w stanie funkcjonować bez huśtania ludzkimi emocjami, oraz niewielka grupa internetowych wariatów, którzy są w te media wpatrzeni jak w święty obrazek. Całe prawdziwe życie natomiast toczy się tu w naszych domach, wśród naszych codziennych spraw i w towarzystwie tej jakże silnej nadziei, że będzie dobrze. Bo w końcu, czemu nie?
      Na koniec nadzwyczaj zabawna informacja. Oto zostałem zaproszony na konwencję Prawa i Sprawiedliwości tu w Katowicach, na którą już za chwilę się wybieram. Jeszcze tylko wyjdę z psem na spacer, a potem – prosto w objęcia miłościwie nam panującego Prezesa. Bardzo bym chciał napisać na ten temat coś prawdziwie fascynującego, ale obawiam się, że będzie dokładnie tak samo jak w telewizorze.

Przypominam że lada dzień powinna się ukazać moja nowa książka o Brytyjskim Imperium i jego językach. Do tego czasu, naturalnie, zachęcam do kupowania tego, co jeszcze jest w ofercie księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl.

wtorek, 22 stycznia 2019

Czy Jonny Daniels to bot Dobrej Zmiany?


        Zaledwie wczoraj obiecywałem wprawdzie, że kończę z Adamowiczem i wracam do pisania książki, stało się jednak tak, że choć z Adamowiczem faktycznie już skończyliśmy - przynajmniej do czasu jak się pojawią nowe wiadomości - to książka została pokonana przez nie byle co, ale sam Twitter. Zanim jednak przejdę do rzeczy, może osobom niezorientowanym wyjaśnię, co to takiego ów Twitter. Proszę się skupić, bo to ważne.
       Otóż Twitter to jest internetowy projekt, którego zadaniem jest udostępnienie pola do wszelkiego rodzaju aktywności osobom, które dotychczas korzystały z usług mediów głównego nurtu, jednak doszły do wniosku, że one mają swoje ograniczenia i przez to znaczna część opinii publicznej pozostaje poza ich zasięgiem. W ten oto sposób jest tak, że właściwie przeważająca część tego co nam mają do powiedzenia osoby takie jak Donald Trump, Kevin Spacey, czy choćby Kim Kardashian, jest nam komunikowana w formie serii krótkich komunikatów przez Twittera właśnie. Jestem pewien, że gdyby tylko była możliwość - moralna, techniczna, czy ściśle biznesowa - by dostęp do Twittera ograniczyć wyłącznie do osób z tak zwanymi wejściówkami, tam by się udzielali wyłącznie celebryci. Ponieważ jednak żyjemy w epoce powszechnej demokracji, co sprawiło, że dostęp do Twittera pozostał szeroko otwarty, stało się też tak, że ów Twitter został zdominowany przede wszystkim przez zwykłą drobnicę, która sobie gada praktycznie bez przeszkód o tym, o owym i w ogóle o wszystkim, bez większego sensu, a tym bardziej bez w jakikolwiek sposób określonego celu.
        Ile osób na świecie korzysta dziś w aktywny sposób z Twittera? Wedle oficjalnych danych jest to już niemal 400 milionów zarejstrowanych użytkowników, co tym bardziej powinno świadczyć o tym, że wspomniani wcześniej celebryci nie mają tu praktycznie nic do gadania. Jest jednak słynny Paragraf 22, który stanowi, że każdy użytkownik Twittera ma dostęp do tylu kont, do ilu sobie mieć dostęp osobiście zażyczy, co oczywiście sprawia, że konto takiej Kim Kardshian jest obserwowane przez 60 milionów osób, podczas gdy konto niejakiego Dariusza-Polska przez zaledwie 2711.
      Jeśli jednak ktoś sądzi, że owo 2711 to jakaś kompromitacja, jest w dużym błędzie. Rzecz w tym, że gdy idzie o wspomnianą wcześniej drobnicę, to całkiem poważny wynik. Prowadzić konto na Twitterze i zdobyć sobie serce 2711 osób to autentyczny sukces świadczący o tym, że mamy do czynienia wprawdzie nie z Donaldem Trumpem, ani nawet Donaldem Tuskiem, ale też nie z byle kim.
      Przyjrzyjmy się zatem, kim jest ów Dariusz-Polska. Wedle informacji zamieszczonej w rubryce powitalnej, Dariusz-Polska to „wyborca Zjednoczonej Prawicy, Sympatyk PIS”, gdy natomiast zajrzymy do środka, nie mamy nic poza cytowaniem wypowiedzi najważniejszych przedstawicieli władzy, ewentualnie wrzucanych od czasu do czasu własnych komentarzy w rodzaju „brawo”, „hura”, czy „tak trzymać”. Śladu samodzielności, poza tymi okrzykami na cześć PiS-u.
      Ktoś zorientowany powie, że to nic takiego. Takich jak on jest cała masa. Rzecz jednak w tym, że Dariusza-Polska obserwuje 2711 osób, a wśród nich - uwaga, uwaga - znajdują się nazwiska osób, które z reguły nie angażują się w twitterowe pogaduszki, a więc takie jak Jadwiga Wiśniewska, Michał Rachoń, wszystkie praktycznie lokalne oddziały Prawa i Sprawiedliwości, Ireneusz Zyska, Adam Andruszkiewicz, Robert Mazurek, Ryszard terlecki, Adrian Klarenbach, i wielu wielu innych, w tym i - uwaga, uwaga - Jonny Daniels, ale do niego jeszcze wrócimy.
      Skąd ja się o tym dowiedziałem i czemu w ogóle mnie ów temat tak obszedł, że postanowiłem złamać naszą umowę? Otóż syn mój, który - póki nie narodziła mu się jeszcze córeczka - ma jeszcze czas na to, by śledzić to co się dzieje w Sieci, doniósł mi o tym, że wpadł na owego Dariusza-Polska i zwrócił się do niego z pytaniem, jak to się stało, że on przy tego rodzaju pozbawionej kompletnie znaczenia, poza czystą propagandą, aktywności, jest obserwowany przez najważniejsze na polskiej scenie politycznej osoby. I w tym momencie został nadzwyczaj brutalnie zaatakowany przez dziesiątki innnych użytkowników, równie jak ten popularnych wśród głównych celebrytów Prawa i Sprawiedliwości i okolic i równie mocno skupionych wyłącznie na prowadzeniu najbardziej prymitywnej propagandy na rzecz Prawa i Sprawiedliwości.
       Kiedy piszę ten tekst, dyskusja na tej mikroskopijnej wręcz części Twittera, jak widzę, trwa, w tym momencie już tylko między ową najbardziej zaangażowaną częścią grupy, do której właśnie, jak widzę, dołączyła się niejaka Barbara, obserwowana przez samego prezydenta Dudę. I ona też oskarża - teraz już pod jego nieobecność -  mojego syna o esbecką dywersję. A za nią idą następni, dokładnie tacy sami i z tym samym bagażem czystej propagandy i płynącej stąd popularności.
       Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż od pewnego czasu słyszymy plotki, że politycy różnych partii wynajmują ludzi, których zadaniem jest zakładanie na Twitterze kont w celu wspierania w Internecie ich działalności i ja nie miałem najmniejszych wątpliwości, że tak się dzieje, a jednocześnie wierzyłem, że wśród nich nie ma Prawa i Sprawiedliwości. W końcu - pomijając już wszystkie inne powody - po jasną cholerę kłamać, gdy kłamstwo jest zupełnie niepotrzebne? Tymczasem wychodzi na to, że czemu nie? Nasi też potrafią, a problem polega tylko na tym, że poziom tego przekrętu jest tak nędzny, że on sam już dyskwalifikuje jego autorów z dalszych konkurencji.
        Wspomniałem tu Jonny’ego Danielsa i obiecałem do niego powrócić. Otóż faktycznie jest tak że Jonny Daniels, a więc ktoś kto ma wystarczająco wysoką pozycję i nadzwyczaj ważne zadania, by nie interesować się jakimiś Darkami, owego Dariusza-Polska obserwuje. Ale jest jeszcze coś. Ów Daniels to Brytyjczyk, który języka polskiego nie zna, a zatem komentarzy Darka, nawet gdyby one zawierały coś więcej, niż te wszystkie „brawo”, „znakomicie”, „hura”, czy „cudnie”, czytać nie jest w stanie. A mimo to, on Darka obserwuje, co wyłącznie działa na korzyść Darka, czyli w efekcie PiS-u. Czemu więc Daniels nacisnął ten guziczek? Diabeł jeden wie.
         A zatem stoimy wszyscy w tym momencie przed bardzo precyzyjnie określoną sytuacją. Z jednej strony mamy Prawo i Sprawiedliwość, oraz wspierający ich Internet w postaci Darka-Polska, jego przyjaciół, a w tym Jonny’ego Danielsa, a z drugiej nas tu wszystkich, głosujących na wspomniane Prawo i Sprawiedliwość i życzących im jak najlepiej. Co nam w tej sytuacji pozostaje? Nie wiem, czy mam rację, ale wciąż wierzę, że tak właśnie wygląda polityka, a nam nic do tego. To co my możemy i potrafimy, to raz na jakiś czas pójść i zagłosować w taki sposób, by zagwarantować sobie tę chwilę spokoju, no i by ktoś tam się opamiętał i powyrzucał z pracy tę bandę durniów, bo oni są gotowi narobić prawdziwego nieszczęścia.

czwartek, 3 stycznia 2019

Czy można zwariować od nadmiaru informacji?


Okres okołoświąteczny - w połączeniu też trochę z tym, że udało mi się skończyć książkę - tak mnie rozleniwił, że zapomniałem wrzucić felieton z zeszłotygodniowej „Warszawskiej Gazety”. Co niniejszym czynię. Jutro piątek, a więc wydanie kolejne, do kupowania którego serdecznie zachęcam.     


        Przyznać muszę, że kiedy zastanawiam się nad sytuacją, w jakiej znalazły się dziś media, czuje się złapany w swego rodzaju pułapkę. Przede wszystkim mam ochotę wyjechać na wieś otworzyć knajpę, zostać karczmarzem i resztę życia spędzić nalewając okolicznym mieszkańcom wódkę do kieliszków, i w ten sposób nie musieć rejestrować tak zwanych headline news. Z drugiej strony głupio jest tak po prostu stracić zainteresowanie dla świata i wyłączyć się kompletnie, zwłaszcza że w tym całym chaosie są miejsca, gdzie człowiek się czuje zupełnie nienajgorzej, a niekiedy nawet ma poczucie, że właśnie się czegoś nowego dowiedział i stał się przez to mądrzejszy.
        Z prasą drukowaną, no i oczywiście z telewizją, sytuacja, jak wiemy, jest raczej niewesoła, by nie powiedzieć tragiczna, natomiast mamy ten nasz Internet, gdzie przy odrobinie czujności naprawdę potrafimy odzielić ziarno od plew, a owo ziarno potrafi się okazać naprawdę cenne. Wygląda niestety na to, że zaraza, która w pierwszej kolejności sprowokowała mnie do myśli emigracji za karczmianą ladę, powoli sięga już ostatniego bastionu rozsądku i zachowuje się jakby się szykowała do demonstracji ostatecznego triumfu.
      Proszę popatrzeć, co znalazłem na popularnym Facebooku. Oto zdjęcie papieża Franciszka i rzekomy cytat z papieża:
      Nie jest rolą polskiego Kościoła bogactwo i uprawianie polityki. Kościół polski musi być z wiernymi i rozliczyć ogrom pedofilii w polskim Kościele. Media toruńskie są zaprzeczeniem chrześcijaństwa”.
      Ktoś powie, że to dzieło jakiegoś wariata, którym nie należy się przejmować, obawiam się niestety, że tak nie jest. Przede wszystkim zwróćmy uwagę, że tu mamy autentyczne kalki: „nie jest rolą”, „bogactwo Kościoła”, „uprawianie polityki”, „ogrom pedofilii”, „media toruńskie”… Przeciez to jest normalny przekaz głównego nurtu. Tego nie pisał wariat, ale bardzo sprawny propagandzista.
      A to przecież nie koniec. Spójrzmy na szereg komentarzy, jakie się tam, pod tą informacją ukazały:
Nawet papieża nie słuchają, tylko biznesmena Rydzyka
Brawo papieżu Franciszku, od samego początku mi się podobasz i mówisz otwarcie o złych poczynaniach również co smutne naszych księży
Na zasady naszego Kościoła nie papież jest potrzebny, ale Hitler
Boję się o Franciszka”…
      W pewnym momencie pojawia się ktoś, kto zwraca uwagę na to, że papież w ogóle nic takiego nie powiedział i cała ta informacja to typowy fejk.
      Ale tu też Internet reaguje błyskawicznie:
Może nie powiedział, ale powinien
       I tak dalej i tak dalej, a ja się już tylko zastanawiam, dokąd to wszystko prowadzi. I wcale nie chodzi mi o to, że jacyś zatrudnieni po godzinach redaktorzy „Gazety Wyborczej” będą siedzieć w Internecie i tworzyć tego rodzaju newsy, ale o to, że tego typu „informacje”, jeśli ich się namnoży odpowiednio dużo - a to wcale nie jest takie trudne -  doprowadzą do tego, że my od nich zwyczajnie oszalejemy.
       Co niekiedy, mam wrażenie, już się stało.

Jak zawsze zachęcam do kupowania moich książek. Czy to przez wydawnictwo pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, czy w warszawskim sklepie Foto-Mag, czy też częściowo też tu u mnie. Mój mail: k.osiejuk@gmail.com.



sobota, 29 grudnia 2018

Lewica, prawica, dialog, czyli o przykrych konsekwencjach siedzenia na płocie


     W swojej wczorajszej notce, poświęconej świętej pamięci zmarłego niedawno katowickiego biskupa Gerarda Bernackiego, wspomniałem też o drugim, również ostatnio zmarłym, biskupie, Tadeuszu Pieronku i zupełnie niezwykłym - niezwykłym nawet jak na możliwości jego autora - komentarzu, jaki w kwestii tego odejścia wygłosił wicepremier w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Gowin. Ponieważ wygląda na to, że o bp. Bernackim już w tej chwili pies z kulawą nogą nie pamięta, a debata na temat wszelkich zasług zmarłego bp. Pieronka nabiera dopiero rozpędu, postanowiłem się głębiej zainteresować w tej sprawie dzieje i z prawdziwym zdziwieniem zaobserwowałem, że chyba od czasu gdy w kalendarz kopnął niesławny gensek Leonid Breżniew, nie doszło w Polsce do sutuacji, gdzie właściwie cały naród ogarnęła fala i hejtu i zimnej satysfakcji z powodu śmierci jednego człowieka. Kiedy czytam internetowe komentarze - a musimy przyznać, że to właśnie Internet jest dziś pierwszym głosem wolnego społeczeństwa - nie możemy nie zauważyć, że tam z jednej i z drugiej strony wszyscy znęcaja się nad doczesnymi szczątkami zmarłego księdza, przy czym i jedni i drudzy za to, co on powiedział w życiu takiego, co jednym i drugim nie pasuje. W tej zatem sytuacji, by może choć część z nas zechciała wypowiedzieć jedno dobre słowo na temat było nie było osoby zmarłej, pozwolę sobie zwrócić się z pewnym szczegolnym adresem do jednych i do drugich.
     Najpierw niech może nastawią ucha wszyscy ci, co biskupa Pieronka nienawidzą za to, że nie był Polakiem, a których bardzo wymownie zareprezentował pewien użytkownik Twittera, podpisujący się imieniem Alonzo Mourning:
     Zmarł bp Pieronek. O zmarłych dobrze albo wcale? Ok. Zmarł bp Pieronek. Dobrze”.
     Oto zatem seria wyypowiedzi Biskupa, które jednak spowodują, że z tej strony pojawi się choć jedno dobre słowo:
     Akty homoseksualne są amoralne i przeciwko naturze, dlatego wykluczają z Królestwa Niebieskiego”.
     Orientacja to może być na Wschód albo na Zachód. Tymczasem normalnym się jest, albo nie”.
    Feministyczny beton, na który kwas solny nie pomoże”.
     Aborcja to zabójstwo i nie można tego inaczej nazwać”.
     Ale oni, Żydzi, mają dobrą prasę, ponieważ dysponują potężnymi środkami finansowymi, ogromną władzą i bezwarunkowym poparciem Stanów Zjednoczonych i to sprzyja swego rodzaju arogancji, którą uważam za nie do zniesienia”.
     Nie róbcie z Kościoła siedliska pedofilii! Ataki przypominają minioną epokę komunizmu. Brak mi tylko jeszcze pokazowych procesów".
     Dziecko genderowców nie rodzi się, ale jest przedmiotem produkcji. Polski rząd powinien sprzeciwiać się gender, a nie dawać opętać się tej chorej i niebezpiecznej ideologii”.
     Cierpienie jest twórcze, trzeba je wykorzystywać do tego, aby pogłębić człowieczeństwo”.
     Kampania na rzecz związków partnerskich zmierza do tego, by każde wydarzenie, każde ludzkie postępowanie, nawet sprzeczne z powszechnym odczuciem moralności, usankcjonować i chronić. Czy fakty dokonane mogą być wyznacznikiem reguł moralnych? Nie!"
     Pierwowzorem in vitro jest Frankenstein”.

      A teraz seria wypowiedzi bp Pieronka skierowanych pod adresem tej bardziej „europejskiej” części społeczeństwa, której głos, jak sądzę znakomicie reprezentuje internautka Maria Miklasewicz: „Jego poglądy i wypowiedzi były świadectwem zacofania. Zwykly klecha. Żadna osobowość”.
    Słowa Kaczyńskiego to wypowiedź człowieka, który uważa się za naczelnika państwa, a który zachowuje się jak człowiek po narkotykach. Inaczej tego nie potrafię wytłumaczyć”.
    Ci, którzy powinni strzec Konstytucji, łamią ją raz po raz i zmieniają tak, by zatwierdzić wszystkie swoje łajdactwa. Każde złamanie konstytucji, zwłaszcza przez jej stróży, jest łajdactwem. To jest jakaś operacja na narodzie, tłuczenie mądrości, która tkwi w narodzie, sprowadzania jej do takich stwierdzeń, że wszystko można zrobić, bo mają mandat społeczeństwa”.
     Wygłaszanie na miesięcznicach buńczucznych przemówień, które tchną nienawiścią, to nie akt religijny tylko czysta polityka”.
      Przesłanie człowieka, który podpalił się w przed Pałacem Kultury jest jest bardzo logiczne i bardzo mocne.  Trudno podważyć jakiekolwiek słowo w tym tekście. Jest to moim zdaniem desperacki akt odwagi tego, kto oddaje życie za tego typu sprawy. On jest dla mnie bohaterem, człowiekiem, który upomina się w imieniu całego narodu”.
      Dotarliśmy do końca. PiS to dyktatura”.
      Nie jeżdżę na konferencje episkopatu, bo mi szkoda czasu. Ja tego episkopatu w dużym stopniu nie znam, bo to młodzi ludzie. Nie mają doświadczenia wojny czy komunizmu. Moim zdaniem, brak takiego doświadczenia  odbija się w tym, że przyjmują postawę wygodnictwa. Uważają, że przecież OnI za nas walczą. Dziękuję, nie chcę żeby moje zasady wywalczane były przez rząd”.
      Myślę, że tyle nam wystarczy, przynajmniej po to, byśmy mogli uznać, że tego Pieronka, co by o nim nie mówić, w sumie jednak to był spoko gość. A skoro tak, to już tylko pozostaje nam  jeden cytat ze śp. Tadeusza Pieronka, który nas wszystkich zjednoczy raz na zawsze. No bo kto powie, że on nie powiedział szczerej prawdy?
      Jeżeli widzę, że ludzi się dzieli na elity i na lud, to pachnie autorytaryzmem, rasizmem. To jest dzielenie ludzi na lepszych i gorszych”. 
      Słyszycie, psy, co mówił o was ten wspaniały człowiek?



poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Counter Strike, czyli jeszcze o dewastowaniu emocji


        W pierwszej kolejności chciałbym przeprosić wszystkich wypatrujących komentarzy na tematy interesujące dziś nas wszystkich, ale pojawiło się coś, co moim zdaniem wymaga reakcji natychmiastowej. Po drugie, chciałbym poinformować Czytelników, że temat, który poruszyłem zaledwie wczoraj – wbrew choćby i moim przypuszczeniom –  wymaga kontynuacji i w związku z tym trzeba będzie się nam wszystkim uzbroić w cierpliwość i skupić się na sprawach podstawowych. Otóż, dzięki czujności mojej wybitnej córki, dowiedziałem się właśnie, że niejaki Trevor Heitmann, nadzwyczaj popularny youtuber, regularnie oglądany przez niemal milion użytkowników zainteresownych filmikami dotyczącymi komputerowej gry o nazwie „Counter Strike” i przedstawiający się nickiem „McSkillet”, w pewnym momencie postanowił, że ruszy swoim czarnym sportowym mclarenem pod prąd którąś z okolicznych szos i walnie nim w pierwszy nadjeżdżający z naprzeciwka samochód, zabijając siebie, no i przy okazji nieznaną liczbę równie nieznanych sobie pasażerów. Efekt jest taki, że ów słynny youtuber nie żyje, a wraz z nim życie straciły jeszcze dwie osoby. Oto informacja, jaką znajduję na portalu naszego Radia Zet:
      Trevor „McSkillet” Heitmann, popularny youtuber, zginął w wypadku samochodowym na autostradzie w San Diego w amerykańskim stanie Kalifornia. 18-letni mężczyzna jechał pod prąd sportowym mclarenem i uderzył w inny pojazd. Poza nim w wypadku zginęły jeszcze dwie osoby”.
      Jak znam życie, owa informacja, jeśli w ogóle wbiła się w okruchy świadomości obywateli, to głównie ze względu na tego „popularnego youtubera”natomiast gdy chodzi o to ostatnie zdanie – swoją drogą, w większości innych relacji zwyczajnie pominięte, jako nieistotne – to nie mamy już o czym marzyć. Mimo to jednak – a kto wie, czy nie przez to właśnie –  chciałbym zwrócić uwagę na ten bardzo dla mnie istotny związany z owym wydarzeniem szczegół. Otóż wspomniane przez Radio Zet „jeszcze dwie osoby”, to, jak się okazuje, 12-letnia Aryana Pizarro i jej 43-letnia mama, Aileen Pizarro. Brat i syn obu kobiet, Angelo Pizarro, zamieścił na Facebooku następujący komentarz (skoro już jesteśmy w temacie Internetu, google translate powinien wystarczyć):
        To the man who basically murdered my mom and sister with your car intentionally... I’m sorry you were hurting so bad that you felt the need to end your life. And that’s terrible. No one should ever feel that.
        But you didn’t have to take my mom and sister with you.
        You didn’t.
        You did though. I’m angry at you but you’re gone so you’ll never know just how angry that is. I’m trying to forgive you but it’s heartbreaking. I wonder if your family is grieving. I wonder if your fellow YouTube community is grieving.
         My sister was one of the most forgiving people ever. If she hated you she’d forgive you so fast. So I’m trying. I’m trying for her. And I think whoever is reading this should try to forgive you for her.
         I know your YouTube name and probably could find out your real name but I don’t wanna type or say it. It brings a foul taste in my mouth.
         But now running on only 2 hours of sleep in the last 24 hours in a hotel room in San Diego I just know one thing and that’s that Aryana and my mom are in a better place.
         You, I’m not so sure.
         But I hope you’re not in pain.... because Aryana would never want anyone, even her killer, to be in pain.
         -Angelo
         P.S. Aryana if you’re looking down right now from heaven checking in on me know that I’ll be okay and I’ll make that dent you wanted to make on the world in your name. You leaving me, and everyone, will be for something. Guess I have to get that unicorn tat we talked about forever now”.
        O co chodzi? O to mianowicie, że większość doniesień medialnych skupia sie na tym, że oto w wypadku samochodowym zginął popularny youtuber, a na informacje o tym, że przez jego fantazję musiała wraz z nim zginąć wspomniana Aryana, czasu i miejsca już nie starczyło. Słowo „youtuber”, zakładając że w tym natłoku zdarzeń w ogóle, zawłaszczyło nasze emocje dokumentnie i ostatecznie.
        Proponuję więc, byśmy się nad tym przez chwilę zastanowili. Zwłasza wtedy gdy przyjdzie nam do głowy rozpamiętywać niezrealizowany zakup australijskich fregat. Mam nadzieję, że nic nie pomyliłem.



Książki tam gdzie zawsze.

    

piątek, 6 lipca 2018

Gabrielowi z przyjaźnią: Catfish, sum, czyli lipa


      Od czasu gdy mój kumpel Gabriel zarzucił mi, że ja tu dzień w dzień wrzucam stare felietony z „Warszawskiej Gazety” upłynęło już trochę czasu, jednak ja, przyznaję, wciąż jestem nadzwyczaj uważny, by dotrzymywać zamówionego terminu pod tytułem „przynajmniej jeden świeży tekst tygodniowo”. A dziś, ponieważ policzyłem bardzo starannie, że ostatnie trzy dni to teksty jak najbardziej świeże, zdecydowałem się zaryzykować i wkleić tu drobny fragment notki sprzed siedmiu już lat, traktujący jednak o czymś, co mnie ostatnio okropnie martwi, gdy idzie o to nasze blogowanie, które często nie stanowi forum wolnej dyskusji, ale perfidny atak, którego zamierzeniem jest doprowadzenie do stanu, gdzie to wszystko zdechnie i przestanie istnieć. Ja oczywiście wiem, że on nie znosi pouczania, jednak i ze względu na swój wiek, jak i naszą wspólną historię, sięgającą roku 2009, chciałbym zadedykować Gabrielowi właśnie ów krótki fragment tekstu sprzed lat:


      Widziałem niedawno bardzo ciekawy film. Niektórzy twierdzą, że to tzw. „fake documentary”. A więc prowokacja. Otóż nie. Wszystko wskazuje, że to jest szczera prawda. Tak się zdarzyło. Tak było. Za tym stali prawdziwi ludzie. Film nazywa się „Catfish” i opisuje historię pewnego internetowego teatru, na który codziennie jesteśmy narażeni wszyscy. Włącznie z nami tutaj. Otóż pewien młody fotograf Nev Schulman mieszka sobie ze swoim bratem Arielem i kolegą Henry Joostem w Nowym Jorkui pewnego dnia otrzymuje niezwykłą przesyłkę. Oto ośmioletnia, mieszkająca gdzieś na wsi w stanie Michigan, dziewczynka, nazwiskiem Abbie Pierce, znalazła gdzieś jedno z jego zdjęć, na podstawie tego zdjęcia namalowała przepiękny obraz i postanowiła mu go sprezentować. Wkrótce fotograf i dziecko stają się przyjaciółmi z Facebooka, a jeszcze po chwili owa facebookowa przyjaźń rozszerza się o mamę dziewczynki, Angelę, i jej starszą przyrodnią siostrę – prześliczną piosenkarkę i tancerkę o imieniu Megan. Megan przysyła fotografowi swoje piosenki, tamta młodsza – swoje obrazy, przyjaźń rodzinna kwitnie, a między Nevem i Megan nawiązuje się nieunikniony romans. W pewnym momencie Nev zauważa jednak, że są pewne rzeczy – a liczba ich rośnie z każdym dniem – które stawiają całą historię w bardzo niepewnym świetle, a więc Megan nie jest piosenkarką, to dziecko nie jest malarką, a co do mamy – to w ogóle nic już nie wiadomo. No i tu się tak naprawdę rozpoczyna film. Cała trójka zaopatruje się w maleńkie mikrofony, jeszcze mniejsze kamery, wsiada w samochód, i wyrusza na spotkanie nieznanego. No i na miejscu okazuje się, że, owszem, jest jakieś dziecko, które jednak wygląda, jakby nie było w stanie odezwać się do kogoś obcego, jakiś dwóch chłopców z ciężkim umysłowym upośledzeniem, mąż owej Angeli, który robi wrażenie, jakby nigdy nie miał nic do gadania, a jak idzie o Megan – to do końca nie wiadomo, czy ona gdzieś jest, czy jej nie ma. Jedno co wiadomo na pewno, to to, że Angela wszystko osobiście wymyśliła, osobiście malowała te obrazy, osobiście ściągała te piosenki gdzieś z Internetu i osobiście założyła trzy czy cztery konta na Facebooku, by robić wrażenie tej niezwykłej rodziny. Dlaczego? Bo była samotna, nieszczęśliwa i spragniona przygód.
     Ktoś mi powie, że to nic takiego. Internet jest pełen takich historii. A kto wie, czy to miejsce, na którym my się spotykamy, o podobnych przedstawieniach czegoś też nie ma nam do powiedzenia? Może. Kto wie? Jednak przyszedł mi ten film do głowy i chciałbym, byście wiedzieli, że mam z nim pewien kłopot. Zwłaszcza wtedy, gdy niektórzy mają do mnie pretensję o to, że bywam tu niegrzeczny, czy mało wyrozumiały.

Książki są natomiast jak najbardziej prawdziwe, a kupić je można tu u mnie pod adresem k.osiejuk@gmail.com, ale też w warszawskim sklepie Foto-Mag, no ale przede wszystkim w naszej księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl.


środa, 6 czerwca 2018

O internetowych psach i o nas. O nas.


      Wydaje mi się, że już kiedyś o tym wspominałem, ale nawet jeśli pamięć mnie nie zawodzi, to co chcę dziś powiedzieć, z całą pewnością pogłębia problem. By jednak zgrabnie zacząć tę notkę, przypomnę jej faktyczne tło. Otóż moje doświadczenie, i tak naprawdę również poziom zainteresowania, gdy chodzi o legendarną już postać blogera Ściosa sprowadza się do jednego tylko wydarzenia jeszcze z roku 2009, kiedy to wziąłem udział w organizowanym przez Onet konkursie na Blog Roku i z rąk samego red. Sekielskiego odebrałem bardzo piękny laptop. Krótko potem otrzymałem prywatną wiadomość od wspomnianego Ściosa, który poinformował mnie, że powinienem natychmiast zwrócić laptop Onetowi, ponieważ w przeciwnym wypadku doprowadzę do rozbicia polskiej prawicy, na czym nie powinno mi zależeć. Odpisałem oczywiście Ściosowi bardzo krótko, prosząc go, by przestał robić z siebie durnia, na co ten się obraził i od tego czasu, przynajmniej jako Ścios, się już do mnie nie odzywał,  a jeśli od tego czasu kiedykolwiek ów pseudonim pojawiał się w moich myślach, to wyłącznie w formie pytania, jak to możliwe, że od ponad już 10 lat cały internetowy świat zachodzi w głowę, kim jest ten dziwny człowiek, a jedyną odpowiedzią są już tylko kolejne plotki i domysły. Doszło w pewnym momencie nawet do tego, że zapytałem o to Piotra Bachurskiego, który wie wszystko, ale ten mi odpowiedział, że mi nie powie.
      Parę dni temu jednak, pewien z kolegów przesłał mi link do bloga Ściosa prowadzonego przez niego na blogspocie, zachęcając przy tym, bym rzucił okiem na komentarze. I proszę sobie wyobrazić, że byłem pod wrażeniem. Otóż, pomijając parę naprawdę nielicznych wyjątków, to co się tam znajduje, to potężne, podpisane wciąż tymi samymi paroma nickami, elaboraty – co ciekawe niemal wyłącznie pisane przez kobiety – niekiedy wręcz na 2 tys. słów , i co jeszcze ciekawsze, robiące wrażenie pisanych przez tę samą osobę, a co jeszcze ciekawsze, zachowujące poetykę, styl i wrażliwość samego Ściosa. Ale jest coś jeszcze ciekawszego. Na każdy z tych z tych komentarzy Ścios odpowiadama tekstami zaledwie nieco krótszymi, a szybkośc jego reakcji jest tak niezwykła, że niekiedy dochodzi do tego, że on owe odpowiedzi wysyła niekiedy minutę po minucie.
      Przejrzałem kilka ściosowych wpisów i to o czym napisałem powyżej robi wrażenie reguły. To są wciąż te same osoby, te same tekst, no i ten sam Ścios. Jaki z tego wniosek? Przepraszam bardzo, ale ponieważ i tak już mam tu opinię człowieka z obsesjami, to co sobie na ten temat myślę, zachowam dla siebie. Włącznie z odpowiedzią na pytanie, jak to się stało, że mimo upływu tylu lat choćby najbardziej plotkarskie media nie zadały sobie trudu, by  nam powiedzieć, z kim mamy do czynienia. Może przede wszystkim tą odpowiedzią.

Moje książki są do kupienia niezmiennie na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam serdecznie.



czwartek, 10 maja 2018

Dominika, dziewczyna ratownika, czyli gdy szaleństwo zaczyna bulgotać

Powiem zupełnie szczerze, że, wbrew pozorom, zamieszczając tu swój tekst o sprawie A-Tema, liczyłem przede wszystkim nie na wywołanie sensacji, lecz na to, że widząc co się dzieje, ów A-Tem we wszystkich swoich osobach się zamknie i się ode mnie raz na zawsze odpieprzy. Jak widać, choroba jest znacznie bardziej rozwinięta, niż można było podejrzewać, a jemu samemu zajęło pełne dwa dni, by sformułować jakąś w miarę, w jego rozumieniu, sensowną odpowiedź na to, co się stało. Oto ona:
      „I na koniec, jeszcze coś, domyślasz się już, co. Zdanie Dominiki (pani L.) o Tobie, chociaż emocjonalne, okazało się trafne. Piszę to z prawdziwą przykrością.
      Dokładnie pamiętam, co napisała o Tobie, na blogu, gdy wytrząsałeś się nad walczącym o posadę na rzeszowskiej uczelni Pawłem.
      Wolałbym, aby Dominika tu nie miała słuszności, zwłaszcza że już sama jest stąd daleko, z własnego wyboru. Wolałbym mieć przyjaciela. Stało się inaczej.
      Trudno, zerwałeś z tą miłą dziewczyną, uwielbiającą Ciebie, tak samo jak tym szaleństwem mieszania ‘wszystkiego ze wszystkim’, zerwałeś ze mną
”.
      Daję słowo, że w życiu bym nie wyciągał tu sprawy, którą w swoim szaleństwie poruszył A-Tem, ale ponieważ pojawiła się tu owa „miła, uwielbiająca mnie dziewczyna, z którą ja zerwałem” i część z nas może się poczuć skonfudowana, uważam, że przynajmniej im należy się bardziej bezpośrednie wyjaśnienie, z czym mamy do czynienia i nie mam już innego wyjścia, jak przejść do sedna.
      Otóż w pierwszej chwili, wbrew zapowiedziom A-Tem-a, kompletnie nie miałem pojęcia, o co chodzi ze wspomnianą Dominiką, ale po tym jak przeszukałem wszystkie zakamarki swojej pamięci, przypomniałem sobie jedyną Dominikę, o którą tu może chodzić – podkreślam, „może”, bo pewności wciąż mieć nie mogę. Otóż proszę sobie wyobrazić, że ja z A-Tem-em – a niech już będzie, że z Leszkiem Kensbokiem – rozmawiałem w życiu trzy razy. Pierwszy raz, kiedy najwidoczniej oszalał wspomniany Paweł, znany nam jako FYM, i Leszek zadzwonił do mnie, pytając, czy nie wiem, co z nim, a ja mu odpowiedziałem, że nie wiem. Trzeci raz, ostatnio, podczas wspomnianego spotkania w Bytomiu, ale dla nas dziś najciekawsze pozostaje spotkanie środkowe, kiedy to zadzwonił on do mnie i poprosił o radę. Sprawa polegała na tym, że on się zakochał w pewnej dziewczynie imieniem Dominika i chciałby się z nią ożenić, jednak ona, mimo pierwszych przyjaznych gestów kierowanych wobec Leszka, zerwała z nim wszelkie kontakty. Nie odpowiada na maile, nie reaguje na sms-y, nie odbiera telefonów, i Leszek jest rozbity. On jednak wciąż jest zdeterminowany, by nadal walczyć i ma taki plan, by bez ostrzeżenia przyjechać do niej do Polski, zapukać do jej drzwi i zapytać: „Is you is or is you ain’t my baby?” W tej sytuacji Leszek prosi mnie, bym mu doradził, co ma robić. Powiedziałem mu, że skoro ona nie chce z nim mieć nic wspólnego, powinien jej dać spokój. Trochę pogadaliśmy, w końcu on  mi podziękował, a w zamian za pomoc przysłał butelkę Laphroiga plus otwieracz do konserw, za który, tak na marginesie, jestem mu wdzięczny znacznie mniej niż za Laphroiga, i na tym sprawa się zakończyła.
      Dziś jak widzimy, w odpowiedzi na moją prośbę, by przestał mnie molestować, pisze Leszek Kensbok o… Dominice, która rzekomo mnie uwielbiała, a ja z nią zerwałem.
      Pisząc ten tekst, zajrzałem na blog wybitnego polskiego reżysera filmowego, Tomasza Gwińcińskiego, który zamykając dyskusję pod swoim tekstem dotyczącym moich podłości napisał co następuje:
      „Sorry, że nie komentuję, ale temat wydaje mi się wyczerpałem, wpisy Leszka obok chyba też stawiają kropkę nad i”.
      Oczywiście  już sam w sobie „Leszek” robi mocne wrażenie, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że nie, nie stawiają. Kropka nad i została postawiona właśnie teraz.

Jak zawsze, zachęcam wszystkich do kupowania moich książek. To jest naprawdę lektura obowiązkowa. Tu: www.basnjakniedzwiedz.pl.

wtorek, 8 maja 2018

A-Tem i ja, czyli kto piszczy w Sieci


       Dzisiejsza notka może wywołaś pewne zamieszanie, jednak zapewniam, że przygotowywałem się do niej długi bardzo czas i ponieważ wreszcie uznałem, że przyszedł odpowiedni moment, proszę posłuchać.
       Otóż od pierwszego momentu jak ponad 10 lat temu zacząłem prowadzić ten blog, wśród komentatorów zaczęły się wyróżniać następujące osoby: LEMMING, don esteban, Kozik,  A-Tem, Ginewra, Orjan, oraz Don Paddington. To ich komentarze przede wszystkim tworzyły jakość tego miejsca i to im zawdzięcza ono swoją dzisiejszą pozycję. Dziś, po tych wszystkich latach, aktywnie nas tu wspiera jedynie Orjan. Don esteban zamilkł, Ginewra, podobnie jak Kozik, pojawia się od czasu do czasu, LEMMING praktycznie zniknął, Don Paddington również zapadł się pod ziemię, a A-Tem został stąd wrzucony z hukiem na zbity pysk.
       Z większością z nich mam ciągły kontak osobisty. LEMMING, podobnie zresztą jak Kozik,  pozostaje moim wielkim przyjacielem, Ginewra jest moją niemal sąsiadką, którą raz na jakiś czas spotykam i sobie ucinamy rozmowę, z Orjanem mam kontakt telefoniczny, a Don Paddington to również przyjaciel, a przede wszystkim mój pierwszy duszpasterz. A gdy chodzi o A-Tema, to on, jak mówię, został stąd wypieprzony w kosmos… otóż nie całkiem. Ale żeby przejść do tematu, potrzebuję otworzyć osobny akapit.
      Otóż wszyscy pewnie znamy A-Tema, człowieka nadzwyczaj elokwentnego, wykształconego, eksperta we wszystkich możliwych dziedzinach, fantastycznego i nadzwyczaj inteligentnego komentatora. Dlaczego on stąd został wyrzucony, i to nie tylko przeze mnie, jest tak naprawdę bez znaczenia, ale nawet gdyby potrzebne były jakieś wyjaśnienia, zabrakłoby na nie miejsca. Chcę dziś jednak bardzo opowiedzieć pewną historię, która ma wiele wątków, jest dość skomplikowana, również dla mnie, jako osoby próbującej to wszystko ubrać w słowa, ale co ma być powiedziane, powiedziane być musi.
       Otóż jeszcze parę lat temu na moim blogu toyah.pl pojawił się komentator, podpisujący się Chris Horse, który regularnie, czasem i dzień w dzień, zamieszczał tego typu komentarze:
        Ed-toyah , powazny kretyn, wystrugany z ludowej, zolnierskiej lipy pasikonik na biegunach primo voto baran Harold, przewodnik stada latajacych owiec.
- TUTAJ : https://www.youtube.com/watch?v=-iZQaq-P77A
         - Najprostsze tlumaczenie musisz spierdolic serce kapusty ....przekrecajac fakty i manipulujac bezczelnie  w jezyku walijskim. Czerwone, dziedziczne, bezwzgledne scierwo jestes ...
8-)))))))
         O interpretacji filmu "The Deer Hunter" przez wrodzone dobre wychowanie plus litosc nie wspomne chlopku malorolny. https://en.wikipedia.org/wiki/Execution_of_Nguy%E1%BB%85n_V%C4%83n_L%C3%A9m
         Ps.
         Post scriptum .
         Uwaga !    Uwaga !    Achtung !     Achtung !      Wazny komunikat  !
        Akwarium czytaj POLSKA .
       - Wczoraj w godzinach wieczornych  ze  Szpitala Przemienienia uciekl  chory psychicznie  dr           Snopek z Deblina. Pacjent  podaje sie za  slawnego , polskiego  pisarza -  Stefana Zeromskiego.
Na identyfikatorze lekarskim,  jaki nosi zbieg  ubrany w fartuch lekarski, zielona Maske p.gaz, czerwone podkolanöwki i zölte pepegi    jest umieszczony   pseudonim artystyczno - konspiracyjny:
-  Prof. dr hrabia Zubow .
- TUTAJ :
 8-)))))))))))))))))))))))
Tlumaczenie z jezyka slowenskiego fragmentu   Curriculum Vitae -  Xionc Pinionc lysy XVII, opat  z klasztoru Cystersöw Bosych
”.
       W zeszlym roku odbyły się Bytomskie Targi Książki i to tam po raz pierwszy w życiu miałem okazję poznać, znanego mi dotychczas tylko z internetu i parę razy z rozmów telefonicznych, A-Tema. Pogadaliśmy trochę i w pewnym momencie opowiedziałem mu o tym, że jestem niemal codziennie dręczony przez owego Chrisa Horse’a i proszę sobie wyobrazić, że w tym momencie A-Tem powiedział mi co następuje: „On już więcej do ciebie nie będzie pisał. Skąd wiesz”, zapytałem. Bo mu powiedziałem, że ma przestać”, odpowiedział A-Tem. „A czemu on miałby cię posłuchać”, zaciekwiłem się. I wtedy padła odpowiedź: „Bo mu kazałem”.
       Co sobie pomyślałem, to pomyślałem, pożegnaliśmy się, przez dłuższy czas Chris Horse faktycznie milczał, jednak w pewnym momencie znów się odezwał, a więc w wolnej chwili zadzwoniłem do A-Tema, a ten mi odpowiedział tak: „Niestety nie mam już na niego wpływu”. I tu też, co sobie pomyślałem, to pomyślałem, ale i tym razem zachowałem to wszystko dla siebie.
       Potem nastąpiła seria wydarzeń, która doprowadziła do tego, że A-Tem został stąd wyrzucony, i w tym momencie na toyah.pl pojawił się komentator podpisujący się nickiem „Roxana” i znów, tym razem już faktycznie dzień w dzień, niekiedy po kilka razy, zaczął publikować niemal jednobrzmiące komentarze, których głównym elementem był epitet „spaślun”, a któregoś dnia pojawiło się coś takiego: 
       Czytelniczki i Czytelnicy bloga Osiejuka, konika polnego na biegunach, zdają sobie
( sic! ) sprawę z konfabulacji tegoż...:) Co tu jeszcze pisać? :(”.
       Ów „konik polny na biegunach” oczywiście zrobił na mnie pewne wrażenie i wzbudził kolejne podejrzenia, ale wciąż nie mając całkowitej pewności, co się tu wyprawia, zachowywałem nadal pełną dyskrecję. I oto, proszę sobie wyobrazić, zajrzałem wczoraj na blog kogoś, kto publikuje od pewnego czasu na Szkole Nawigatorów pod nickiem „slepamanka” i trafiłem na następujące zdanie:
       „Przywódcy eliciarze tych partii zostali wykreowani właśnie w Magdalence, w której to Czesław Kiszczak wystrugał z banana, ulepił z gliny, czy wystrugał z lipy moc autorytetów oralnych, takich jak Lech i Jarosław Kaczyńscy, Donald Tusk, Aleksander Kwaśniewski, czy Bronisław Geremek, że wspomnę o najważniejszych”.
        Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, mogę już tylko zachęcić wszystkch do choćby minimalnej koncentracji i przypominam piękną, dziś już niemal klasyczną sentencję: „Jakie to przyjemne uczucie, że oni nie wiedzą, że jestem psem”.
        Przy okazji, przepraszam bardzo za zawód, który sprawiłem tym wszystkim, którzy ostatnio tak bardzo tęsknili za komentarzami kolegi A-Tema, a jego przy okazji uprzedzam, że jeśli spróbuje się znów, czy to tu, czy tam, odezwać, ujawnię jego imię i nazwisko i będzie wstyd. Może to potraktować jako rozkaz.

Książki moje i inne, są jak zawsze do nabycia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Zapraszam.




poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Czy Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce wycofa naszą reprezentację z piłkarskich mistrzostw świata?


      No i znów wygląda na to, że felieton do „Warszawskiej Gazety” będzie musiał odczekać kolejny dzień, bo bieżące wydarzenia spadają na nas jak gromy z jasnego nieba. Oto wczoraj opublikowałem tekst na temat prowokatorów, którzy ostatnio mnożą się nam jak króliki, i których jedynym celem jest uniemożliwienie Prawu i Sprawiedliwości uzyskania w przyszłorocznych wyborach konstytucyjnej większości, jak ze swoim komentarzem pojawił się nasz dobry kolega Onyx i wrzucił mi, moim zdaniem, interesujący i bardzo adekwatny link. Był to link do wpisu na Twitterze, którego jednak w pierwszej chwili nie byłem w stanie otworzyć, ponieważ jego autor, jakiś Nieznal, z przyczyn, których nie jestem w stanie rozpoznać, mnie wcześniej zablokował. Poinformowałem o tym Onyxa, na co ten wrzucił mi skan owej wypowiedzi i okazało się, że problem jest taki, że gdzieś w Berlinie lokalni Żydzi założyli organizację, której celem jest walka o to, by oni, Żydzi właśnie, mogli z całego świata wrócić do Polski i żeby hebrajski stał się językiem urzędowym. Tekst był jasny i nie znoszący dyskusji, a na dodatek ilustrowany dwoma zdjęciami, na których mogliśmy zobaczyć najpierw prezydenta Dudę w towarzystwie znanego nam pewnie wszystkim Jonny’ego Danielsa, a następnie w tym samym towarzystwie premiera Morawieckiego.
      Ponieważ mimo tych wszystkich informacji, czułem pewien niedosyt, skonsultowałem się z moim dzieckiem, które mnie poinformowało, że blokadę na Twitterze można ominąć w bardzo prosty sposób i tak wszedłem na profil owego Nieznala, jak się okazuje, niezwykle zaangażowanego polskiego patrioty, no i w ten sposób poznałem całość sprawy. Oto, jak się okazuje, wszystko zaczęło się od tego, że żydowska reżyserka filmowa, Yael Bartana, nakręciła gdzieś w Berlinie cykl trzech krótkich filmów dotyczących czegoś, co funkcjonuje pod nazwą „Ruchu Odrodzenia Żydowskiego w Polsce”, gdzie w pierwszym odcinku znany nam skądinąd Sławomir Sierakowski zachęca Żydów do powrotu do Polski, w drugim Żydzi przyjeżdżają do Warszawy i na terenie dawnego getta stawiają kibuc, w trzecim natomiast Sierakowski ginie w zamachu. I oto w tym momencie – szczerze powiem, że kwestia, czy to jest dalej film, czy może już rzeczywistość, przedstawiona jest w sposób na tyle niejasny, że pewności co do tego nie mam –  ów Ruch Odrodzenia Żydowskiego w Polsce uruchomia swoją stronę internetową, na której zamieszcza swoje postulaty, a wśród nich i ten, by powrót Żydów do Polski został sfinansowany przez podniesienie podatków, Senat uległ przekształceniu w Izbę Mniejszości, a Polska zerwała konkordat z Watykanem. Chcą też oczywiście, jak już wcześniej wspomneliśmy, by hebrajski został ustanowiony drugim językiem urzędowym. Symbolem organizacji jest logo, które powstało z połączenia polskiego godła z gwiazdą Dawida. Całą tę informację na swoim profilu na Twitterze ów Nieznal powtórzył, posiłkując się linkiem do telewizji TVP Info… tyle że nadającej jeszcze – uwaga, uwaga – w roku 2013. Oto ów link.
     Jak wszyscy się zapewnie orientujemy rok 2013 skończył się pięć lat temu, a więc w czasie gdy telewizja TVP Info była kontrolowana przez siły internaucie Nieznalowi, jak to wynika przynajmniej z jego deklaracji, wrogie, dla których jednak ewentualny exodus Żydów do Polski, w ogóle nie stanowił problemu, a tu ów dziwny polski patriota, ni w pięć nie w dziesieć, powołuje się na tamten przekaz wyłącznie po to, by dołożyć Dudzie i Morawieckiemu. Przepraszam bardzo przede wszystkim panie i dzieci, ale co to do kurwy nędzy się tu wyprawia? Czy ludzie zaangażowani tu tak intensywnie w komentowanie bieżących spraw to zwykli idioci, czy może kuci na cztery nogi cwaniacy?
      Napisałem wczoraj ów tekst zainspirowany działalnością blogera Ewarysta Fedorowicza, któremu – z czystej dobroci serca –  zarzuciłem, że nie jest idiotą, lecz wynajętym prowokatorem. Po pewnej wymianie  opinii i swiadectwach dostarczonych przez znajomych Fedorowicza, musiałem przyznać, że się myliłem, co oznacza, że ów Fedorowicz prowokatorem jednak nie jest. A zatem, konsekwentnie, jego całkiem niedawno sformułowana opinia, że polski rząd planuje wycofać naszą piłkarską reprezentację z udziału w piłkarskich mistrzostawach w Rosji po to, by w ten sposób wywołać w Polsce powszechne zamieszki, brutalnie stłumione przez Joachima Brudzińskiego, a następnie wprowadzić stan wyjatkowy, pod osłoną którego będzie można wypłacić światowemu żydostwu setki miliardów dolarów za zrabowane przez Polskę mienie, nie była wynikiem prowokacji na rzecz ogłupiałej polskiej hołoty, lecz wynikiem osobistych przemyśleń tego ciekawego człowieka. Kiedy analizuję przekazany mi przez mojego serdecznego kumpla Onyxa link, dochodzę do wniosku, że jest bardzo prawdopodobne, że jedynymi tak naprawdę prowokatorami są ludzie zajmujący pozycje znacznie wyższe niż ten nasz biedny Internet, natomiast my, mamy do dyspozycji wyłącznie swój rozum i swoją wrażliwość. Jeśli tego zabraknie, to jesteśmy zgubieni. Oni nas rozliczą do samego końca.

Przypominam uprzejmie, że moje książki można zamawiać w księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie bezpośrednio u mnie, pisząc na mail k.osiejuk@gmail.com.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...