sobota, 31 sierpnia 2013

Idzie jesień

Nie wiem, czy ci z nas, którzy w Salonie24 bywają rzadko, znają blogera podpisującego się nickiem Lestat. Ja na niego zwróciłem uwagę, kiedy któregoś dnia, parę już lat temu, przeczytałem jego tekst zatytułowany „Dziewczynka z tutką i anioły, nie licząc misia”. Dziś nie będę akurat poświęcał uwagi samej tej notce, choćby z tego względu, że każdy, kto chce, może wejść na stronę Salonu i sobie ją przeczytać – również, jak najbardziej dzisiaj – natomiast chciałbym przede wszystkim przyznać, że, kiedy pierwszy raz ten tekst przeczytałem, wpadłem w autentyczny zachwyt. To było coś tak poruszającego, że ja natychmiast uznałem tego Lestata za „swojego człowieka”.
Druga jednak rzecz, jaką muszę tu powiedzieć, to to, że, co się okazało już po niedługim czasie, ów tekst był jedynym wartym uwagi tekstem Lestata, by nie powiedzieć, że niemal każdy z pozostałych był wręcz irytująco nie do zniesienia.
Stało się jednak coś jeszcze. Otóż, jak się okazało, samemu Lestatowi ów tekst tak się spodobał, że on postanowił go na swoim blogu wklejać rok w rok, co najmniej raz, a diabli wiedzą czy nie częściej. I to jest oczywiście coś, co, przynajmniej dla nas, zamyka sprawę Lestata na zawsze… i pewnie by ją zamknęło ostatecznie, gdyby nie pewien problem.
Otóż ja dziś wspominam tamten tekst wyłącznie ze względu na sytuację, w jakiej sam się znalazłem, i która mnie mocno męczy. Rzecz mianowicie w tym, że, jak niektórzy pamiętają, parę tygodni temu zamieściłem tu tekst zatytułowany „Bucik”, który wprawdzie nie wywołał jakiej szczególnie wyraźnej bezpośredniej reakcji czytelników, ale przede wszystkim sprawił, że sam poczułem się niezwykle z siebie dumny, a poza tym, to tu to tam, pojawiły się jednak głosy świadczące o tym, że nie tylko ja go ma do niego stosunek wyjątkowy.
Na czym polega problem? Na tym mianowicie, że od czasu gdy poznałem menela, któremu poświęciłem ów tekst, ja go spotykam niemal codziennie, codziennie z nim sobie rozmawiam, i, jak by na to nie patrzeć, to on mi właśnie dostarcza każdorazowo nowej porcji bardzo poważnych inspiracji. I oczywiście, ja mógłbym charakter tego bloga w jednej chwili zmienić z dotychczasowego, a więc polityczno-społecznego, na opisujący moje codzienne relacje z menelem Krzysiem, i próbować w ten sposób robić wrażenie na czytelnikach, ale wiem, że są granice bezczelności, i nawet jeśli przede mną przekroczył je bloger Lestat, to ja już tego akurat robić nie muszę. A mimo to, jest mi naprawdę bardzo trudno o nim nie pisać.
Proszę więc posłuchać. Miałem dziś naprawdę marną noc. Najpierw przydarzył mi się autentyczny koszmar i kiedy próbowałem dojść do siebie i już prawie zasypiałem, za oknem rozległy się śpiewy wracającej z całonocnej zabawy bandy młodocianych idiotów. Piosenka, którą oni śpiewali na znaną nam wszystkim melodię, brzmiała następująco: „Dobry Jezu a nasz Panie, daj nam siłę jebać Anię”. I tak w kółko. Ostatecznie, oni z jakiegoś powodu zatrzymali się pod naszymi oknami, i tak skandowali bez końca.
Nie bardzo potrafiłem już później zasnąć, więc ta sobota jest dla mnie dość ciężka. No ale, jak to często bywa, żona moja wysłała mnie na ciężkie zakupy, no i pod naszym lokalnym marketem spotkałem Krzyśka. Siedział sobie Krzysiek na ławce, przywitaliśmy się, ja na chwilę obok niego usiadłem, a on mnie zapytał, czy nie mógłbym mu kupić ćwiartki wódki. Po krótkich negocjacjach, które ja oczywiście na czysto przegrałem, opowiedziałem mu o mojej nocnej przygodzie. On pokiwał smutno głową, i już się nie odezwał, dopóki nie wróciłem do niego z tą flaszką. I wtedy on powiedział do mnie tak: „Siądź sobie na chwilę, Krzysiu, to pogadamy”. Siadłem, dałem mu tę flaszkę, a on mi na to mówi tak: „Zły dziś jestem jak cholera”. Pytam: „Dlaczego?” Na co on: „Zaraz ci powiem, tylko się napiję” Napił się łyczka i mówi do mnie: „Musisz wiedzieć, że ja mam bardzo dobrą pamięć. Co mi powiesz, to ja zapamiętam już na zawsze. No i zapamiętałem to, co mi powiedziałeś o tych małolatach: ‘Dobry Jezu a nasz Panie, daj nam siłę jebać Anię’. Ja to już zapamiętam na zawsze. I powiedz mi tylko, Krzysiu, jak to jest, że, ja nie mówię, żeby któremuś z nich w łeb walnął od razu piorun, ale żeby chociaż kamyk spadł z nieba? Jeden kamyk. Chuj tam kamyk – niechby chociaż zaczęło padać. A tu nic. Taka piękna pogoda i ani kropli deszczu”.
Parę dni temu wracałem do domu z pomidorami. Ponieważ w tych marketach, z jakiegoś niezbadanego powodu, kilogram pomidorów idzie za niewiele ponad złotówkę, żona moja wysłała mnie, żebym ich kupił dziesięć kilo. Na przeciery. Na jesień i zimę.
Wracam z tymi pomidorami, a na ławce siedzi Krzysio z kolegą. Krzysio, jak Krzysio, natomiast kolega znacznie młodszy, menel taki bardziej początkujący. Przywitaliśmy się, uścisnęliśmy sobie ręce, a ja mówię, że niosę dziesięć kilo pomidorów, po żona mi kazała kupić…
Wprawdzie mi tu nie bardzo wypada pisać, że mi brakuje słów, jednak tak to właśnie jest. Ja nie jestem w stanie znaleźć słów, by opisać to wzruszenie, jakie obu w jednej chwili ogarnęło. Jednego i drugiej jakby raził ów kamyk, którego tak nam czasem brakuje. Jeden i drugi natychmiast stali się śmiertelnie poważni, i niemal w jednym momencie obaj zapytali: „Na przeciery?”
Daję słowo, że ja, poza tym jednym słowem „spoważnieli”, nie umiem znaleźć odpowiedniego sposobu, by opisać tę ich reakcję – tę tęsknotę; ten żal; to poczucie utraty. Później, kiedy już wróciłem do domu, opowiedziałem Toyahowej sytuację, a ona, jak to ona, wzruszyła ramionami i powiedziała: „Widocznie przypomniał im się dom i mama robiąca przeciery”.
A więc tak. Są rzeczy wieczne, których nie zniszczy nic. I to jest naprawdę coś cudownego. I tylko czasami przychodzi ta myśl – żeby choć jeden kamień; choćby jedna kropla deszczu. A tu nic.

Bardzo wszystkich proszę o wspieranie tego bloga, na tyle, na ile kogo tam stać. Bez tego nie damy rady. Dziękuję.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Zawiść jako choroba śmiertelna

Tekst dzisiejszy mogłem napisać już bardzo dawno. Powiedziałbym, że niemal każdy dzień, jaki minął od dnia, kiedy tu zacząłem prowadzić ten blog, stanowiłby dla tego fantastyczną okazję, jednak jakoś zawsze mi się wydawało, że nie wypada. Wczoraj jednak stało się coś, co mnie zmusiło do zajęcia się sprawą na poważnie. Otóż bloger, którego wcześniej chyba nie znałem, ale który, jak sam napisał, śledzi moje teksty dzień za dniem, zwerbalizował coś, co wielu przed nim zdołało jedynie zaczepić mniej lub bardziej przejrzystą aluzją. Już tłumaczę, o co chodzi.
Jak większość czytelników wie, od czasu gdy prowadzenie tego bloga w formie, jaką znamy, doprowadziło do tego, że straciłem stałą i bezpieczną pracę, i sprawiło, że każda próba zarobienia na utrzymanie rodziny stanowi dla mnie do dziś bardzo duży, za każdym razem osobny, wysiłek, ogłosiłem na tym blogu właśnie, że gdybym potrafił grać pięknie na gitarze, udałbym się z czapką na dworzec i prosił o wsparcie. Ponieważ jednak grać na gitarze nie potrafię w ogóle, natomiast moje pisanie niektórym się podoba, będę prosił tych, którym ono daje jakąś satysfakcję, o traktowanie tego bloga, jako swego rodzaju dworca kolejowego, na którym ktoś stoi z gitarą i śpiewa „Baby I’m Gonna Leave You”, czy coś w tym rodzaju. I to właśnie – a nie, jak sądzą niektórzy, fakt, że poczułem się prawdziwą gwiazdą, czy to, że się na kogoś obraziłem – stanowiło jedyny powód, dla którego założyłem własną stronę: aby uniknąć mocno dwuznacznej sytuacji załatwianie swoich spraw na obcym portalu, jakim dla mnie zawsze był Salon24. Od tego czasu, prowadzenie bloga, oprócz pracy mojej żony, i tego wszystkiego, co uda mi się trafić, stanowi podstawę naszego utrzymania. Piszę te teksty, staram się, by mimo różnego rodzaju różnych obowiązków, zawsze znaleźć czas, no a przede wszystkim inspirację do tego, by to tu to tam napisać coś, czego nie będę się mógł wstydzić, a wszyscy ci, którym ich czytanie przynosi odpowiednią satysfakcję, dzielą się ze mną w sposób, jaki uznają za właściwy. I wszyscy pewnie czekamy, aż ten czarny czas się skończy.
I kiedy wydawało się, że to wszystko, co ci, którym to pisanie ością w gardle stoi, chcieli osiągnąć, zostało osiągnięte, niemal natychmiast okazało się, że nie; że ofiar ciągle za mało. Doszło w pewnym momencie do tego, że blogerka Magda Figurska w którymś z komentarzy dotyczących sytuacji, w jakiej się znalazłem, opublikowała odpowiedni zapis kodeksu wykroczeń dotyczący kar, jakie są przewidziane za uprawianie żebractwa.
Proszę zwrócić uwagę, jaka jest sytuacja. Ja, apelując o wsparcie, nie udaję, że mam na uwadze jakieś wyższe cele, że tu chodzi o wspieranie wolnego słowa, że mnie prowadzenie tego bloga dużo kosztuje i w związku z tym coś się dla mnie należy, że, wreszcie, my prawdziwi patrioci, powinniśmy sobie pomagać w budowaniu archipelagów polskości. Ja, najuczciwiej i najlepiej, jak tylko potrafię, piszę te teksty, i proszę wszystkich, którym się to pisanie podoba, o wysyłanie mi pieniędzy, bo jesteśmy biedni i bez nich zwyczajnie nie przeżyjemy. Tu nie ma ani podstępu, ani wyrachowania, ani jakiejkolwiek przebiegłości. Ja stoję z tą gitarą, gram, najlepiej jak tylko potrafię, te swoje piosenki i wystawiam kapelusz, mówiąc: „Co łaska”. I jeśli ktoś myśli, że to jest dla mnie frajda, życzę mu, by miał okazję kiedyś spróbować.
Niedawno przeczytałem komentarz blogera Sowińca, który najpierw wyraził opinię, że prawdziwy mężczyzna powinien potrafić zarobić na utrzymanie rodziny, a następnie pochwalił się, że on zawsze sobie radził finansowo, a w takim PRL-u to do tego stopnia, że przez telefon relacjonował sytuację w Polsce dla Wolnej Europy, za co każdorazowo dostawał większe pieniądze, niż za miesiąc swojej pracy na uczelni, i dla niego dziś wyjechać na narty w Alpy, to tyle co splunąć.
Wyobraźmy więc teraz sobie owego Sowińca, prywatnie harcerza Jerzego Bukowskiego z Krakowa, jak idzie sobie ulicą na spacer, i nagle pod którymś z murów trafia na grającego na gitarze, czy na bębenku choćby, jakiegoś człowieka, jednak tym razem nie klasycznego ulicznego buskera, który to swoje granie traktuje jako dodatkowo źródło dochodów, czy okazję, by zarobić coś na wakacje, ale kogoś, kto swoje cele przedstawia na załączonej tabliczce: „Nie mam na życie”. Czy można sobie wyobrazić, że harcerz Sowiniec na ten widok wykrzywi w pogardzie swoje usta i zakomunikuje temu człowiekowi, że to co on robi, to wstyd i hańba? Otóż nie. Tego wyobrazić sobie nie można. Jerzy Bukowski tak nie postąpi, bo jest osobą wrażliwą na ludzką biedę i w ogóle na ludzkie przypadki. Podobnie, można podejrzewać, stałoby się, jak idzie o wszystkie inne osoby, które, czy to tu na moim blogu, czy na blogach obcych szydzą z mojej sytuacji i szukają ratunku w działalności kontrolnej urzędów skarbowych. Oni by tak się nie zachowali, bo są ludźmi niezwykle wrażliwymi na ludzką biedę, ludzkie losy i ludzki upadek.
Skąd ja to wiem? A to stąd mianowicie, że ostatnio – a przecież nie tylko ostatnio – otrzymałem zbyt dużo dowodów, wskazujących na to, że im chodzi tylko o ten jeden blog i tego jednego człowieka. Z jakiego względu? Co spowodowało ten akurat poziom troski o to, bym się nie kompromitował swoją żebraniną? Tego oczywiście z całą pewnością wiedzieć nie możemy, ale za to możemy próbować się domyślić. Podobnie jak przed laty zostałem pozbawiony pracy z powodu swoich poglądów, tak samo dziś ci wszyscy nowi kontrolerzy ludzkich sumień, być może chcą mnie pozbawić środków do życia właśnie z powodu moich poglądów. Różnica jest tylko taka, że, podczas gdy wtedy za mnie się wzięli tamci, dziś wokół mnie krążą już niemal tylko „nasi”. I rzecz w tym, że po raz kolejny może się okazać, że naszym problemem nie są ludzie, którzy stoją po przeciwnej stronie i nie kochają Polski, Kościoła i naszych bohaterów, ale że naprzeciwko siebie mamy ludzi zwyczajnie zawistnych i podłych. Jak to ludzie.
A więc poglądy… ale może coś jeszcze? Pamiętam, jak jeszcze nie tak dawno udzielał się w Salonie24 bloger podpisujący się nickiem Pantryjota, który swój blog w pewnym momencie przekształcił w strzelnicę, na której każdy, kto tylko chciał, mógł sobie postrzelać do mnie i do Coryllusa. Wprawdzie przez to, że Pantryjota miał bardzo radykalne antypolskie i antykościelne poglądy, na jego blogu, poza chyba Sowińcem, nie pojawiali się przedstawiciele tak zwanej prawej strony sceny politycznej, jednak atak jaki był kierowany w naszą stronę nie był polityczny, a aktywny udział w nim Sowińca świadczyć może o tym tylko najlepiej. Chodziło więc o to, by nas zniszczyć, jako ludzi. Za co? Oryginalnie oczywiście za poglądy i ich bardzo ekspresyjne wyrażanie, ale na zewnątrz to był tylko atak wymierzony w ludzi, z których jeden wygląda jak tłusty wieprz, a drugi jak małpa. Pamiętam, że były chwile, kiedy to szaleństwo osiągało takie rozmiary, ze ja wpadałem w autentyczna panikę. No bo w końcu, jak to jest możliwe, by pojedynczego człowieka tylko za to, że ma jakieś tam poglądy i je z pasją wyraża, aż tak nienawidzić? Jak to jest, by tę nienawiść aż tak w sobie kultywować, że ona w końcu stanie się niemal podstawą życia i działania? No ale w końcu uznałem, że to wszystko musi wynikać z tej, tak dobrze nam znanej nienawiści do Kaczyńskiego, i widocznie oni akurat już tak mają.
Dziś, od kilku już dni, trwa na blogach bardzo intensywna… powiedzmy, że dyskusja, zainicjowana krytyką piosenki barda-patrioty Andrzeja Kołakowskiego, jaką przedstawiłem u siebie. I, choć na początku wyglądało na to, że oburzenie komentatorów wzbudziło przede wszystkim to, że ja miałem czelność wykpić proste rymy dla prostych ludzi w wykonaniu prostego człowieka, to w rezultacie nagle okazało się, że tak naprawdę to wszystko się nie liczy, wobec faktu, że ja uprawiam na swoim blogu żebraninę. W sposób absolutnie mistrzowski pokazał te emocje bloger podpisujący się Telok, kiedy to w swoim tekście najpierw ogłosił, że ja, owszem, mam prawo żyć z pisania, jednak skoro tak, to mam pisać codziennie, bo inaczej mamy do czynienia z „marnieniem” przekazywanych mi pieniędzy. Ja w pierwszej chwili uznałem, że z tym „marnieniem” to jakaś upiorna literówka, ale już chwilę później pojawił się wspomniany wcześniej Sowiniec i jednoznacznie chwaląc użycie tego czasownika, w pewnym je sensie autoryzował. A więc to o to chodzi, że ja najpierw za te swoje teksty, które wcale nie są lepsze od ich tekstów, biorę pieniądze, a następnie te pieniądze „marnię”. I to jest to, co boli tych wszystkich, którzy mnie od kilku dni próbują wbić w ziemię, do tego stopnia, że gotowi są nawet podpisać pakt z Coryllusem i Kamiuszkiem, byleby tylko zobaczyć mnie, jak zdycham w nędzy. Czytam te komentarze, słyszę wręcz ów chlupot, z jakim wściekłość na te moje pieniądze, których wielkości oni nawet nie znają, się wylewa. I znów przypomina mi się stary blog starego Pantryjoty. Tam było dokładnie tak samo. To był dokładnie ten sam zestaw charakterów i ten sam zestaw emocji; ta sama zawiść, ta sama wściekłość w stosunku do tych, co mieli leżeć, a stoją. I nie dość że stoją, to jeszcze demonstrują tę swoją zasraną dumę.
To jest naprawdę niesamowite. Patrzeć na te dwie grupy, tak bardzo z pozoru od siebie różne, a jednocześnie tak doskonale się uzupełniające.
Kiedy już pisałem ten tekst dotarła do mnie bardzo ciekawa wiadomość. Otóż, podobnie jak kiedyś, bloger Pantryjota, wręcz z dnia na dzień, w samym szczycie swego szaleństwa, ogłosił, że odchodzi, i zostawił wszystkich swoich wyznawców samych, samiusieńkich ze swoimi obsesjami, tak samo dziś Telok, który jeszcze wczoraj wyjaśniał mi, jak ma wyglądać szacunek dla czytelnika, pokasował wszystkie swoje wpisy i poszedł w diabły. Po chwili okazało się, że on, owszem, owe wpisy pokasował, ale to było dawno, jednak od tego czasu mu przeszło, i znów się udziela. Natomiast dziś, po tych wszystkich szaleństwach, mnie i Gabriela przeprosił za przykre słowa i zapewnił, że nas obu bardzo bardzo lubi. A ja się zastanawiam, czy to nie moja wina. Kiedy on mi zarzucił, że ja piszę zbyt rzadko, czym obrażam swoich czytelników i darczyńców, ja mu odpowiedziałem, że były lata, kiedy ja pisałem więcej tekstów niż jest dni w roku. On się na to zamknął, nic już mi nie odpowiedział, i dziś widzę, że go zaczęło niebezpiecznie nosić. Czyżby faktycznie wszystko policzył i od tego zwariował? Nie zdziwiłbym się. A to by świadczyło, że zawiść nie tylko jest grzechem, ale chorobą. Śmiertelną. I to jest w pewnym sensie wiadomość dobra. Wreszcie.

A zatem, proszę o mozliwe wspieranie tego bloga. Za każdy gest, dziękuję.

środa, 28 sierpnia 2013

O patriotyzmie ze szkoły mistrza Goka

Nie chciałem o tym pisać wcześniej, bo to i temat zbyt poważny, żeby sobie z niego stroić żarty, i trzeba też mieć szacunek dla ludzkiej wrażliwości, która przecież nie musi koniecznie odpowiadać naszej, czy wreszcie nieładnie jest się czepiać czegoś, czego znaczenie obiektywnie wykracza poza nasze drobne pretensje. Tak się jednak złożyło, że kilka dni temu, zupełnym przypadkiem, wpadłem na trop barda-patrioty Andrzeja Kołakowskiego, skrytykowałem pewną jego piosenkę, i za ten postępek zostałem wpisany na listę wrogów Polski, Kościoła, no a przede wszystkim, prostego człowieka. W tej sytuacji wygląda na to, że teraz już, cokolwiek napiszę, ani mi nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Najwyżej tych, co mnie nienawidzą, umocnią w przekonaniu, że albo jestem jeszcze bardziej podły, niż się wydawało, albo jeszcze bardziej tchórzliwy i zakłamany.
Otóż ledwo co wczoraj, po raz drugi w życiu, obejrzałem – tym razem z moją córką – kultowy już film, wyprodukowany przez TVP, pod tytułem „Inka 1946”. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że każdy pojedynczy los każdego pojedynczego bohatera naszej walki o wolność, to osobna historia, osobna tragedia, osobne cierpienie i wreszcie często osobna śmierć, niemniej, z chyba jednak oczywistych powodów, śmierć Danusi Siedzikówny robi wrażenie szczególne. Z powodów, jak sądzę porażająco oczywistych, ani udręczenie i śmierć generała Fieldorfa, ani rotmistrza Pileckiego, ani majora Łupaszki, ani żadnego z tych wybitnych rycerzy nie robi takiego wrażenia, jak udręczenie i śmierć tego dziecka. Stąd – i znów, przy całym szacunku dla powagi każdej męczeńskiej śmierci – każda krytyka kolejnej artystycznej próby oddania czci tamtym ludziom, choćby nie wiadomo jak brutalna, może być jakoś tolerowana. Jak idzie o Siedzikówną – tego zwyczajnie zaczepiać nie wypada. I to znów, niezależnie od tego, jak bardzo mamy do czynienia ze zwyczajnym nadużyciem.
Ponieważ jednak, jak już wspomniałem, i tak jestem na czarnej liście wrogów Ojczyzny i Prostego Człowieka, pozwolę sobie na parę dodatkowych uwag w kwestii oddawana czci Pomordowanym. Na początek dygresja. Otóż moje dziecko jest, jak idzie o wspomniane wartości, osobą histerycznie wręcz zanurzoną w owe emocje. I to ona akurat należy do największych krytyków tego, co ja tu piszę i niekiedy kieruję w stronę tak zwanych „naszych”. To ona dostaje autentycznej cholery, ile razy przeczyta u mnie jakiekolwiek złośliwości, choćby nie wiadomo jak usprawiedliwione, pod adresem tych, których jej zdaniem należy zachowywać pod pełną ochroną. I to niezależnie od tego, czy chodzi aż o pieśniarza Kołakowskiego, czy tylko o dziennikarza Feusette. Oglądaliśmy jednak wczoraj ten film i to ona pierwsza wyraziła swoje oburzenie.
W czym rzecz, pomijając oczywiście to, co zawsze, a więc fakt, że ten film jest zwyczajnie do bani? Że on, pod względem realizacyjnym, jak idzie o scenariusz, no i, jak zawsze, o poziom prezentowanego aktorstwa, jest gorszy od wszystkiego, co się nam zdarza oglądać na co dzień. Otóż wszyscy wiemy, jak wyglądała Danuta Siedzikówna. Tych zdjęć oczywiście dużo nie ma, ale wystarczy wpisać w grafikę Googla to nazwisko i wszystko mamy jak na dłoni. Kto gra Siedzikówną filmie „Inka 1946”? Niejaka Karolina Kominek-Skuratowicz – blond cizia o błękitnym spojrzeniu, od początku do końca w ciężkim make-upie – która z Inką, jaką znamy z archiwalnych zdjęć, nie ma wspólnego dokładnie nic. Realizatorzy tego filmu posunęli się wręcz do tego, by już nawet w finałowych scenach tego filmu, Skuratowicz miała zaróżowione policzki i świeżo umyte włosy, i żeby nawet ta nieszczęsna rozbita warga wyglądała odpowiednio pociągająco.
I znów muszę zrobić to zastrzeżenie, od powtarzania którego już mi się chce zwyczajnie rzygać, ale, jak widać, nie mam innego wyjścia. Ja wiem, że historia Inki Siedzikówny jest czymś tak upiornie wstrząsającym, że nawet największa artystyczna tandeta nie jest w stanie jej do końca zniszczyć, jednak bardzo się mocno zastanawiam, co szkodziło realizatorom tego filmu do tego ich geszeftu wynająć dziewczyny, która by choćby bardzo powierzchownie przypominała Siedzikówną? Dziewczyny, która przynajmniej nie byłaby wypindrzoną blondynką? Jaka chora myśl stała za tą ich przedziwną decyzją?
Oczywiście, jest bardzo prawdopodobne, że wśród tysięcy stojących w kolejce o jakąkolwiek robotę polskich aktorek, dziewcząt o urodzie Siedzikówny zwyczajnie nie ma, i to do tego stopnia, że jest kompletnie bez znaczenia, kogo się do tego ostatecznie wynajmie. A zatem, jeśli padło na Skuratowicz, to bez żadnego merytorycznego powodu. Jest też jednak prawdopodobne, i jak sądzę tu właśnie leży odpowiedź, że autorzy filmu o Ince uznali, że skoro ten film ma być przeznaczony dla prostego człowieka, który ma proste serce i jeszcze prostsze wymagania, Inka musi być – w oczywiście najbardziej prostackim ujęciu – „śliczna”. Moim zdaniem, oni uznali, że gdyby tu wzięli jakąś nierzucającą się w oczy dziewczynę z ulicy, prosty człowiek by się zwyczajnie nie wzruszył, a tym samym, film by się nie sprzedał. W końcu krew też nie zawsze wygląda tak samo dobrze.
Ja naprawdę bardzo się staram swoje uczucia do filmu „Inka 1946” ograniczyć do kwestii technicznych, a więc stwierdzić fakt, że to jest jeszcze jedna polska produkcja dramatycznie związana obiektywnymi trudnościami kulturowymi i budżetowymi, widzę jednak tę Skuratowicz, jak świeżo wymyta i upudrowana stoi przed plutonem egzekucyjnym i zadaje szyku tymi swoimi błękitnymi oczyma, i czuję swąd zwykłego, starego jak świat, kłamstwa i pogardy. I niestety, nie głupoty.
Ale jest jeszcze coś. Otóż ja nawet jestem w stanie przyjąć, że się tu mylę; że oni mieli oczywiście paskudny gust, za to dobrą wolę, i chcieli nam tę Inkę przedstawić najlepiej, jak tylko mogli sobie to wyobrazić. Tam jest jednak moment, który, moim zdaniem, załatwia wszystko ostatecznie. W pewnym momencie ubecy wprowadzają – czy raczej wciągają – Inkę do pokoju, gdzie ona ma być przesłuchiwana, i jej na ułamek chwili odsłaniają biust. Raz, że to jest zabieg w sposób oczywisty technicznie i merytorycznie zupełnie niepotrzebny, a dwa, że to jest naprawdę tylko jeden krótki moment w całym filmie, ja mam wrażenie, że on jest wynikiem bardzo szczególnego procesu intelektualnego. Otóż, moim zdaniem, każdy polski film jest ostatnio obłożony zastrzeżeniem ze strony producenta, że musi być, jeśli nie dupczenie, to przynajmniej kawałek cyca. Bo to gwarantuje dodatkowe parę punktów procentowych, jak idzie o oglądalność. I tu jest cała tajemnica produkcji takiej, jak „Inka 1946”. To co naprawdę boli, to fakt, że nie tylko.
Dyskusja, jaka potoczyła się w Salonie24 nad moim tekstem o piosence Kołakowskiego, w znacznym stopniu skoncentrowała się na tym, że ponieważ Kołakowskiego ze ściśniętym sercem słuchają prości ludzie, mój atak na te piosenkę, to w rzeczywistości atak na tych ludzi. Na tych ludzi i ich prawo do własnych emocji i własnych łez. Dziś rozmawiamy o filmie „Inka 1946”, filmie, który, tak już na marginesie, kupiłem w lokalnym oddziale IPN-u, i na którym, jestem pewien, tysiące bardzo prostych ludzi w całej Polsce szczerze płakało, bardzo bym chciał, żeby to, co czuję, jak idzie o tak zwany szacunek do owego prostego człowieka i, z drugiej strony, kierowaną w jego stronę pogardę, znalazło jakieś sensowny odzew.
Jednak boję się, że wszystko skończy się tak jak zawsze. Cześć z nas oczywiście smutno pokiwa głową i powie mi, że to wszystko jest tak oczywiste, że nie ma nawet o czym gadać, natomiast większość dostanie na mnie ciężkiej cholery, że dopieprzam się bez sensu do jednego z najwybitniejszych świadectw polskiego patriotyzmu i w ten sposób tylko dostarczam argumentów wrogom Ojczyzny. Zwłaszcza gdy się okaże, że ta Kominek-Skuratowicz w wolnym od zajęć ściśle zawodowych czasie śpiewa po kościołach piosenki o majorze Łupaszce. Oczywiście wyłącznie dla ludzi prostych.

Tradycyjnie, bardzo proszę wszystkich, którzy lubią tu przychodzić i mają z czytania tych tekstów jakąś satysfakcję, o wspieranie tego bloga pod podanym (niestety wciąż dopiero na samym dole strony) numerze konta. Dziś, to jest autentycznie jedyne źródło naszego codziennego utrzymania. Dziękuję.




niedziela, 25 sierpnia 2013

Modlitwa za Marca Bolana

Golders Green w popularnej opinii funkcjonuje, jako słynny londyński cmentarz, jednak cmentarzem w znanym nam sensie nie jest. Formalnie, Golders Green to przede wszystkim dzielnica Londynu, a poza tym jedno z pierwszych powstałych w Wielkiej Brytanii krematoriów. Pełna więc nazwa tego miejsca, to nie Golders Green Cemetery, lecz Golders Green Cemetery and Mausoleum.
A mimo to, mimo że nie mamy do czynienia z klasycznym cmentarzem, jeśli tylko sobie zażyczymy, to tam właśnie będą nas po naszej śmierci odwiedzać nasi bliscy. I nigdzie indziej.
Golders Green zatem to jest to krematorium, to mauzoleum z setkami wpuszczonych w gustowne wnęki urn, ta – nie wiadomo skąd nagle wzięta – kaplica z prawdziwym krzyżem i całą typową dla, znanych nam tak dobrze kaplic, oprawą, no i park. Piękny, typowy londyński park, z drzewami, klombami, pięknymi kwiatami, starannie przystrzyżonym krzaczkami, i tysiącem maleńkich tabliczek z nazwiskami ludzi, których już wśród nas nie ma.
To co robi być może wrażenie największe, to fakt, że – pomijając tę przedziwnie tam umieszczoną kaplicę – w Golders Green, wedle wszelkich znaków, nie ma Boga. To jest miejsce, z którego Bóg został bardzo skutecznie wypędzony. Tam jest to krematorium, te urny, i te niezliczone tabliczki umieszczona albo pod jakimś krzaczkiem, albo drzewem, albo kwiatkiem, i z tego, co słyszę, wynika, że tam nawet nie ma śladu choćby tylko prochów tych, których nazwiska widnieją na tabliczkach. Z tego, co się dowiaduję, ich ciała zostały najpierw spalone, a następnie rozrzucone w tym parku. Czy akurat tam, gdzie są te tabliczki? Tego nie wiem, ale wygląda na to, że to już jest bez znaczenia. Tu chodzi tylko o to, by była ta tabliczka i ten krzaczek; i ten kwiatek; i to drzewo. I żeby było ładnie. I żeby świeciło słonce, i żeby wiał łagodny wiatr.
Golders Green to krematorium. Bardzo znane i uznane krematorium. To tam została spalona Amy Winehouse. Tam został spalony Rudyard Kipling. Tam też spopielono ciało T.S. Elliota. To tam wreszcie najpierw spalono ciało Iana Dury, a potem ten pył wrzucono do Tamizy.
To jednak też tam, w tym przepięknym parku, znajdziemy tabliczkę z napisem: „Simeon and Phyllis Feld 19th September 2011 and 11th January 2011 Now Together With Their Beloved Son Mark 16th September 1997 Lovingly Remembered Always Rest In Peace”. Mark to znany nam skądinąd Marc Bolan, wybitny – jeden z najwybitniejszych – muzyk, gitarzysta, autor tekstów, poeta, kompozytor, lider jednego z największych zespołów ery rock’n’rolla – T-Rex.
A zatem tak wygląda grób Marca Bolana. Do tego miejsca nie prowadzą ani specjalne strzałki, nie ma nigdzie specjalnej tabliczki informującej o tym, że to tu można próbować go odnaleźć. W konsekwencji nie ma też bandy zaćpanych fanów śpiących na tej trawie. Nawet nie ma tego nazwiska „Bolan”. Tylko Simeon i Phyllis Feld i ich ukochany syn Mark. Ta skromność jest porażająca. Autentycznie porażająca.
A z drugiej strony, porażająca, i jednocześnie przerażająca, jest owa konsekwencja i determinacja, najpierw jego rodziców, a potem tych, co po nich zostali, by pod żadnym pozorem nie okazać słabości i nie przyznać, że jest coś jeszcze, ponad ten krzaczek i tę tabliczkę.
I tylko to jedno zgrzyta. Co jest z tym „dziś już razem z ich ukochanym synem”? Jakim synem? Jakie razem? Przecież gdy nie ma nic, to nie ma nic. Wszystko inne jest bez sensu. Wszystko inne jest wręcz nienaukowe. Przecież od tego to już tylko krok do Wisławy Szymborskiej na herbatce z Ellą Fitzgerald.
Szczęście, że tam się jednak znalazło miejsce dla tej kaplicy i tego krzyża. Tam można zawsze przyjść i się pomodlić za tych, którzy zostali porozrzucani gdzieś wśród tej zieleni. A jak ktoś ma za daleko, to może się zawsze pomodlić tu, na miejscu. Pomódlmy się więc za Marka Bolana, wielkiego muzyka i poetę. I liczmy na to – również we własnym interesie – że Jego Miłosierdzie jest w istocie nieskończone.

Biedni jesteśmy jak nigdy wcześniej. Bardzo proszę o nas nie zapominać i w miarę możliwości wspierać ten blog pod numerem konta, który ostatnio, z nieznanych powodów, znalazł się na samym dole strony. Dziękuję.


sobota, 24 sierpnia 2013

Żeby Krzysiek...

Przez tę przerwę, nagromadziło się tyle rzeczy, o których wypadałoby opowiedzieć, i choć najprościej byłoby skorzystać ze sprawdzonej przecież powszechnie zasady „wszystko po kolei”, wciąż pojawiają się nowe wydarzenia, i jest bardzo trudno się od nich odpędzić.
Weźmy takiego Marka Bolana i jego wstrząsająco piękny grób na cmentarzu w Golders Green w Londynie. Byłem tam, przywiozłem ze sobą wspomnnienie i oczywiście fotografię, i chciałem podzielić się tu odpowiednią refleksją, ale cóż ja mogę zrobić, skoro dziś spotkałem mojego kumpla menela i jestem znów kompletnie porażony?
Problem menelstwa przez całe niemal życie odsuwałem od siebie z histeryczna wręcz determinacją, a powód miałem jeden. Otóż ja zawsze starałem się unikać rozwiązań najprostszych, również – a może przede wszystkim – na poziomie emocjonalnym, a nigdy nie ulegało dla mnie wątpliwości, że z punktu woidzenia tak zwanego popu, nie ma nic bardziej fascynującego, jak autentyczny menel z autentyczna historią.
Miałem kiedyś bardzo bliskiego kolegę, o którym zresztą napisałem wspomnienie w swoim „Biustonoszu”, który kiedyś był z nami niemal na co dzień, ale jego życie niestety tak się potoczyło, że stracił dom, a jakiś czas później, pewnego niedzielnego poranka, skończył na pewnym przystanku, zabity przez samochód, którego kierowca nieszczęśliwie zasnął za kierownicą. Ach! Jak się te losy plotą, czyż nie?
Otóż mój kumpel Harmyto, kiedy jeszcze nic nie wskazywało na to, że mu życie się ułoży tak jak się ułożyło, pracował w kiosku Ruchu, opowiadał z błyskiem w oku o pewnym lokalnym pijaczku, który regularnie przychodził do kiosku w celu nabycia kolejnej porcji wody brzozowej na potrzeby konsumpcyjne. Harmyto był swoimi kontaktami z tym człowiekiem tak bardzo poruszony, bo, z tego co mówił, wynikało, że mieliśmy do czynienia z człowiekiem bardzo szeroko wykształconym, znającym szereg obcych języków (w tym chiński), będącym w stanie rozmawiać na wszelkie możliwe tematy… tyle że śmierdział i wyglądał nieładnie. Kolega mój – trochę pewnie pod wpływem naszej fascynacji kulturą pop – strasznie przeżywał każde z tym człowiekiem spotkanie, a ja – no, cóż ja – wzruszałem ramionami i odsuwałem od siebie wszelkie emocje, bojąc się popaść w tani sentymentalizm. No, a poza tym mi nigdy nie imponowała ani wyższa wiedza, ani znajomość języków, no a już tym bardziej proste – czy nie proste – menelstwo.
Napisałem niedawno o człowieku, z którym się zapoznałem wyłącznie ze względu na jego cudowny uśmiech i tak niezwykle radosne spojrzenie, i który mi zaproponował, bym się modlił do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, bo tylko ona zna ten moment, kiedy to trzeba wystawić rękę, by złapać spadający ze stopy bucik. Obiecałem – sobie i jednemu z zaprzyjaźnionych komentatorów – że się dowiem, jak on ma na imię, no i się dowiedziałem. Otóż, proszę sobie wyobrazić, jemu na chrzcie dali Krzysztof. Wiadomość ta była dla mnie tak porażająca, że w pierwszej chwili mu powiedziałem, że moim zdaniem on sobie ze mnie stroi żarty, jednak na tyle na ile potrafię oceniać ludzi, musiałem przyjąć, że on mnie nie oszukuje, a więc najpierw on mi obiecał, że, jak się spotkamy w poniedziałek – w sumie ciekawe, czemu on wykluczył niedzielę – pokaże mi dowód osobisty, a potem zaproponował, że się napijemy za rok, 25 lipca.
Ale opowiedział mi coś jeszcze. Otóż – o czym wcześniej nie wspominałem – kiedy go poznałem, on miał dwie nowiusieńkie niebieskie kule. Dziś miał tylko jedną z nich i strasznie się, martwił, ze, kiedy on leżał gdzieś nieprzytomny, ktoś mu jedną z nich ukradł. Po co? Nie wiem. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że może ot tak, dla – jak to pięknie określił Norwid – ludzkiej zabawy?
Mój kumpel Krzysiek ma 50 lat i jest bezdomny od dwudziestu lat. Wcześniej był cukiernikiem, no a potem przyszła III RP, no i go wypchała na ulicę. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdyby on był troszkę starszy, pewnie by trafił tam gdzie jest, jeszcze za Jaruzelskiego i Kiszczaka, no ale my dziś rozmawiamy o Krzyśku, który wkroczył w nową Polskę jako cukiernik, i mu jakoś tam nie wyszło. Zapytałem go, gdzie śpi – czy może w tej opuszczonej kamienicy tuż obok? A on mi na to odpowiedział, że nigdzie. Że jak jest noc, to on w ogóle nigdzie nie śpi. „Trzeba czuwać” – tak mi powiedział. Natomiast w dzień, tak jak to w życiu, to tu to tam.
Na koniec naszej rozmowy Krzysiek mnie poprosił, żebym mu dał jakiś grosz. Nie miałem nic poza dziesięciozłotowym banknotem, więc mu dałem tę dychę. On się bardzo przejął i obiecał mi, że w poniedziałek odda mi resztę, na co ja zaproponowałem, że w tej sytuacji, zrobimy tak, że on w poniedziałek ode mnie nie dostanie nawet tradycyjnej puszki Żywca, i będzie gites. Zgodził się z radością.
Moja starsza córka twierdzi, ze tu w okolicy żyje człowiek, który kiedyś na wydziale socjologii Uniwersytetu Śląskiego doktoryzował się w zakresie bezdomności, i tak go ten temat wciągnął, że już tam został. Moje dziecko mówi mi, żebym uważał, bo tam musi być coś takiego, co wsysa tych bardziej wrażliwych z nas, jak czarna dziura. A ja jej mówię, żeby się nie martwiła. To wszystko się zaczyna znacznie wcześniej. Mniej więcej tuż po studiach, ewentualnie gdzieś w czasie pracy nad różyczkami z lukru na kolejny tort dla szczęśliwych nowożeńców. Większość z nas jest w miarę bezpieczna.

I tym optymistycznym akcentem chciałbym prosić o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. W blogerze wprawdzie nastąpiła jakaś awaria i wszystkie dodatkowe informacje znalazły się na samym dole strony, jednak, jeśli tylko poszukać, wszystko jest jak było. Dziękuję.

piątek, 23 sierpnia 2013

Coryllus: Pedofilska bomba zabije Terlikowskiego

Miałem w planie umieścić tu dziś kolejny tekst, ale nagle doszło do zdarzenia, które sprawiło, że wszystko trzeba było przearanżować. A zatem, tekst, który napisałem wczoraj wieczorem specjalnie z myślą o Was, pójdzie do Salonu24, tu jeszcze do jutra powisi tekst o śmierci, o którym myślę nieskromnie jak najlepiej, natomiast teraz proszę przeczytać, co nam napisał nasz kumpel Coryllus. To co widzimy poniżej to jego najnowszy wpis na blogu w Salonie24, który Administracja ukryła, zeby świat się o nim broń Boże nie dowiedział. Ponieważ jednak jest to moim zdaniem coś absolutnie nie do zlekceważenia, przeklejam to - inna sprawa, że nawet bez pytania o zgodę - tutaj. Proszę się napawać. A cenzorzy Systemu niech gniją w swoich obsesjach.


Najpierw cytat:
Przebywałem w pewnym paryskim kolegium, gdzie pichcono tyle teologii, że nawet mury były nią przesiąknięte; lecz nie przypominam sobie stamtąd niczego poza kwaśnymi humorami i mnogością wszy. Łóżka były tak twarde, pożywienie tak nędzne, a studia tak mozolne, że niejeden młody człowiek, który w pierwszym roku kolegium rokował wielkie nadzieje, wychodził stamtąd szalony, ślepy lub trędowaty, o ile wcześniej nie przeniósł się na tamten świat. Wiele z sal sypialnych znajdowało się w sąsiedztwie wygódek; były one tak brudne i zasmrodzone, że nikt z lokatorów nie opuszczał ich żywy lub przynajmniej bez zawiązka groźnej choroby. Kary polegające na biciu rózgą były wymierzane z całą surowością, jakiej można było oczekiwać z rąk kata. Pryncypał kolegium chciał z nas wszystkich uczynić mnichów i aby nas zaprawić do postów, pozbawił nas mięsa. O ileż zgniłych jajek tam zjadłem! Ileż spleśniałego wina wypiłem!"
Myślicie, że to ksiądz Mądel napisał te słowa w swoim tajemnym dzienniczku? Akurat. To ojciec humanizmu Erazm z Rotterdamu opisuje w ten sposób swój pobyt w kolegium Montaigu. Już na pierwszy rzut oka widać, że są to same kłamstwa, robione w myśl najlepszych recept propagandowych. Po czym ja to poznaję? Po tym mianowicie, że są wymierzone w hierarchię kościelną i uniwersytecką, w tę rzekomo skostniałą strukturę, którą Erazm starał się obrzydzić swoim współczesnym. Tyle, że uniwersytet paryski w czasach Erazma był już finansowany przez króla i miasto, nie podlegał papieżowi. No więc coś tu śmierdzi psze państwa i nie są to bynajmniej te wychodki, obok których położone były sale sypialne, gdzie umierali studenci teologii nażarłszy się wcześniej śmierdzących jaj i zapiwszy je spleśniałym winem.
Umieściłem tutaj ten cytat ponieważ koresponduje on żywo ze sposobem relacjonowania wypadków właściwych księdzu Mądlowi. OK, mnie jest niesłychanie trudno wzruszyć i ktoś może powiedzieć, że po prostu brakuje mi empatii. Ponieważ jednak zdarzyło mi się w szkole średniej przeprowadzić kilka poważnych operacji hucpiarskich, znam różne techniki i chwyty. Może jest tego za mało na szósty dan, ale na pierwsze kyu w zupełności wystarczy.
Obserwowałem też ludzi, którzy w emocjonalnych zwodach byli prawdziwymi mistrzami. Pewna koleżanka ze studiów kiedy spóźniła się pewnego dnia na lektorat z niemieckiego, a tego dnia miało być jakieś zaliczenie i ona nic nie umiała, rozpłakała się i powiedziała, że na jej oczach samochód zabił człowieka. I prowadząca ten lektorat pani bardzo się wzruszyła. Myślę, że nie miała wyjścia, bo terror emocjonalny jest gorszy niż pożar górnych pięter lasu. Burzy cały porządek i wywraca hierarchię do góry nogami, i w zasadzie nie można sobie z nim poradzić. Są jednak ludzie, którzy to potrafią, ale oni odznaczają się wyjątkową wprost brutalnością i skrupułów mają mniej niż brudu za paznokciem. Mają również doświadczenie, które podpowiada im, że wobec emocjonalnego szantażysty inne metody, jak solidna chłosta albo publiczne upokorzenia nie skutkują. Tym mniej się owe inne metody nadają do zastosowania im więcej widzów ma szantażysta. Już Fryderyk Nietsche pisał: idziesz do kobiet? Nie zapomnij bata. A miał przecież na myśli intymne, a nie oficjalne szantaże emocjonalne, w dodatku jeszcze relacjonowane przez media. Tutaj przydałaby się bazooka i 40 rakiet, jak to zwykł mawiać pewien mój kolega ze szkoły średniej.
Ksiądz Krzysztof Mądel doskonale sobie z tego wszystkiego zdaje sprawę i wali z rury najgrubszej: byłem molestowany w dzieciństwie przez księdza. Otóż mili Państwo jest to nieprawdopodobna brednia, a mówi Wam to były poradnik seksualny z tygodnika „Pani domu”, Tu działa ta sama zasada co w przypadku samobójców gawędziarzy – im więcej opowiadania o stryczku tym mniejsze szanse na rzeczywiste jego zastosowanie. Ja bym chętnie posłuchał jak ksiądz Mądel był molestowany przez kogo. Bo właściwie po co się oszczędzać? Niech wejdzie do studia w TVN, u Drzyzgi na przykład i wali po nazwiskach, a także opowie czy za laskę dostawał snickersa, jak to było w słynnym antyklerykalnym dowcipie. Nie znacie? Proszę bardzo: ksiądz się gdzieś spieszył i zostawił ministranta w konfesjonale, co jest oczywiście niemożliwe, ale ludziom wymyślającym takie kawały wcale ów fakt nie przeszkadza. Wkrótce przyszła jakaś paniusia, klęknęła i zaczęła opowiadać o swoich sypialnianych ekscesach. Młodzieniec zastępujący księdza stropił się bardzo kiedy przyszło do rozgrzeszenia, nie wiedział co powiedzieć, więc wychylił się z konfesjonału i zapytał innego ministranta – ty? Co ksiądz daje za laskę? - Nie wiesz? Snickersa.
No więc trzymając się tej konwencji, którą uważam za jedyną dopuszczalną w konwersacji z księdzem Mądlem chciałem mu zadać to pytanie: co ksiądz dawał za laskę? Chciałbym także zadać księdzu Krzysztofowi inne jeszcze pytanie: czy korzyść ta wpłynęła jakoś na decyzję o wyborze drogi życiowej przez księdza Krzysztofa? Nie ma się co ochrzaniać chłopcy, jeśli było molestowanie to walimy po całości, żeby nie wystygło. I nie ma chowania się pod dywan. Wszyscy jesteśmy dorośli. Jeśli zaś Krzysztof Mądel chce nam powiedzieć, że jest zbyt wrażliwy, albo, że ma luki w pamięci w związku ze stresem przeżytym w dzieciństwie, to ja mogę go już tylko poszczuć psami i skierować na jakąś budowę do pracy, bo tam na pewno przywrócą go do przytomności.
Czy ktoś sobie wyobraża, że jakiś Jezuita wychodzi samowolnie z gabinetu prowincjała w XVI stuleciu? Albo, że opowiada takie historie? Oczywiście, że nie, a skoro dzieje się to w dzisiejszych czasach na oczach kamer to znaczy, że zostało przez kogoś dobrze zaplanowane, a ojciec prowincjał w to przedstawienie jest wmanewrowany. Nie może zachować się inaczej niż pani od niemieckiego u mnie na roku, kiedy usłyszała, że leniwa studentka widziała jak samochód zabił człowieka. To są sytuacje dla zdrowego i zdyscyplinowanego człowieka bardzo trudne do przeskoczenia, ale ja na przykład dobrze sobie z nimi radzę. Wiem jednak, że inni nie. Teraz pora na Terlikowskiego. Jego wystąpienie uważam za skandaliczne, uważam wręcz, że Terlikowski to po prostu pracownik działu mediów jakiejś agencji reklamowej założonej przez Palikota i jego kumpli. On już wyczuł pismo nosem i szykuje się do występów w telewizji, gdzie będzie tym swoim jojczącym głosem współczuł Mądlowi i opowiadał jakim to problemem w Kościele jest molestowanie. Pewnie też już podliczył sobie Tomasz Terlikowski ile za te występu otrzyma honorarium i co sobie za nie kupi, a może nawet skalkulował komu warto dać się opluć, a komu nie, bo to nie przyniesie żadnych korzyści. Nie wierzycie w telewizyjne tournée Terlikowskiego i serię głębokich tekstów na łamach prawicowej prasy? Poczekajcie.

Ponieważ seks i przemoc wśród nieletnich świetnie się sprzedają, czego dowiódł ksiądz Mądel, chciałbym w związku z treścią tej notki zaprosić Was na stronę www.coryllus.pl gdzie można kupić nasze książki. Trwa cały czas promocja książek Toyaha: trzy tytuły po 70 zł i promocja I tomu Baśni jak niedźwiedź oraz audiobooka po 25 zł, mamy także nową książkę: Dom z mchu i paproci, również za 25 zł. Do wszystkiego należy doliczyć koszta wysyłki.

czwartek, 22 sierpnia 2013

I jak się panu podobają pańscy błękitnoocy chłopcy, Panie Śmierć?

Pewnego styczniowego przedpołudnia w Chicago, do prowadzonego przez koreańskie małżeństwo Kim lokalnego sklepiku z odzieżą, weszli dwaj czarni gówniarze z bronią, bez ostrzeżenia i bez choćby śladu powodu, zastrzelili kobietę, zabrali sto dolarów, parę dżinsowych kurtek i ruszyli w dalszą drogę. Krótko potem obaj zostali zidentyfikowani, dostali takie sobie wyroki i zostali posadzeni.
Rok po owej katastrofie, wspominany tu już parokrotnie, Bob Greene napisał tekst, który otwierało zdanie, że najstraszniejszą wiadomością jest ta, która nigdy nie trafia do gazet, bo dotyczy już tylko tego, co się dzieje „po”, i w którym przedstawił losy osieroconych przez panią Kim męża i dzieci.
Bardzo zapadł mi w pamięć tamten tekst, głównie przez to pierwsze zdanie, o owym najstraszniejszym rodzaju wiadomości – najstraszniejszym, bo dotyczącym tego, co jeszcze nie nastąpiło, i dopiero się zdarzy. Przypomniał mi się on natomiast dziś, kiedy na jednej z moich ulubionych internetowych stron http://www.boston.com/bigpicture/ znalazłem kolejną serię zdjęć, nawiązującą do kwietniowej katastrofy budowlanej w Bangladeszu. Po raz kolejny okazuje się, że boston.com to już jedno z bardzo nielicznych miejsc, gdzie nic nie przejdzie niezauważone, gdzie wszystko to, o czym świat wolałby nie wiedzieć, a o czym wiedzieć powinniśmy, zostanie pokazane, i najskuteczniej jak tylko to sobie można wyobrazić, bo w formie dużego zdjęcia i celnego komentarza, wręcz nam podsunięte pod nos.
Boston.com, jako jedno z ostatnich już chyba mediów, opowiedziało dokładnie światu o smoleńskiej katastrofie, boston.com – podczas gdy niemal wszystkie mainstreamowe media posłusznie milczały – przedstawiło nam niemal natychmiast, a więc kiedy to ofiar było zaledwie 300, a liczba 1000 miała dopiero zostać przekroczona, relacje z tego co się stało w stolicy Bangladeszu; boston.com wreszcie, to portal, na którym dziś oglądam historię tych biednych ludzi, o których System dopiero w przyszłości zgodzi się zapomnieć – ludzi, którzy albo wyszli z tamtej tragedii ciężko poturbowani, albo to wszystko mają dopiero przed sobą.
Seria zdjęć, o których mówię, nosi tytuł „Ofiary przemysłu Bangladeszu”, i zaledwie w pewnej części mówi nam, jak się wiedzie tym ludziom, którzy uszli z życiem spod gruzów Rana Plaza, a więc tym chłopcu czekającym na operację kręgosłupa, o pewnej zapłakanej dwudziestoletniej Rebece z amputowaną nogą, pocieszanej przez swojego męża, o tej 25-letniej kobiecie bez ręki, tak strasznie cierpiącej. Większość prezentowanych przez boston.com zdjęć pokazuje nam tych, którzy cudem uniknęli śmierci w wypadkach w innych miejscach Bangladeszu, czy to przy produkcji taniej odzieży, czy tylko tanich papierosów, ale też tych, którzy to wszystko mają dopiero przed sobą. Widzimy więc te dziewczyny, te kobiety, te dzieci przy pracy i już po pracy, często ledwo żywych, i czytamy jak to Bangladesz stoi przemysłem opartym na taniej sile roboczej, z, jak idzie na przykład o szmaty dla takiego choćby Primarka, rocznym eksportem w wysokości 21 mld dolarów i ponad 4 mln zatrudnionych.
Fantastyczny jest ten reportaż, raz że w ogóle dotyczy spraw ważnych i traktuje je niezwykle poważnie, a dwa, że, przepraszam bardzo, ale kogo z nas obchodzą w ogóle tego typu rzeczy? Kogo obchodzi los tych ludzi pracujących przy produkcji tłucznia krzemowego, gdzie praktycznie każdy z nich zapada na rodzaj nieuleczalnej rozedmy płuc, tych dzieci produkujących tanie papierosy dla tych, których los wynagrodził tym, że są od nich nieco bardziej zamożni, tych wreszcie ludzi pracujących w stoczniach złomowych, gdzie, jeśli wierzyć w to, co pisze boston.com, liczba ofiar wypadków, jest najwyższa w całym regionie.
Oglądam sobie te zdjęcia, dumam, dumam i dumam, i nagle sobie myślę, że każdy solidny liberał może mnie dziś bardzo łatwo skopać za dostarczanie tanich post-marksistowskich emocji. W tej sytuacji, chciałbym prosić o przeniesienie się na moment do londyńskiego City, o którym, kiedy ja się byczyłem dokładnie w tamtych okolicach, tak pięknie w swojej notce w Salonie24 napisał Coryllus. Otóż, jak słyszę, w tych dniach w owym City gruchnęła wieść, że przyjęty na tygodniowy staż w Bank of America 21-letni Niemiec Moritz Erhardt, pracując dzień i noc, trzy dni bez przerwy, najzwyczajniej w świecie wziął i zmarł. Nie obcięło mu ręki ani nogi, nie nawdychał się krzemu i nie rozsadziło mu płuc, nawet nie dostał w łeb kawałkiem liny holowniczej w porcie, ale zwyczajnie wrócił do hotelu, żeby się zdrzemnąć na godzinkę, czy dwie… no i umarł.
Z relacji, jakie są – swoją drogą, wygląda na to, że tu rodziny ofiar są bardziej zawzięte od tych Bengalczyków – dość powszechnie dostępne, wynika, że ten Moritz musiał być jakiś gorszy, i to, co go spotkało, to zaledwie zwykły proces naturalnej selekcji. Londyńskie City wręcz stoi na tych zdesperowanych japiszonach z całego świata, którzy zrobią wszystko, żeby się tam znaleźć. Z nimi jest trochę tak jak z niedawno opisywanymi kandydatami do służby w brytyjskim SAS, którym tego lata tak bardzo zależało, by się dać polubić, że machnęli ręką na owe, wyjątkowe tego lata, upały i się zwyczajnie zatrenowali na śmierć.
A więc ryzyko, jak widać, jest i tu i tam. A ja się cieszę tylko, że pod rządami Donalda Tuska jesteśmy bezpieczni. Świat się tak bardzo rozpędził, że jest bardzo możliwe, iż już niedługo bezpieczni będą tylko ci, co mieszkają w jaskiniach i mają wszystko w nosie. A przecież było już bardzo niebezpiecznie. Pamiętam jak może 15, a nawet 20 lat temu, kiedy to Polska miała jeszcze jakieś ambicje, był sobie pewien lubelski bank z oddziałami w całym kraju. Pewien mój znajomy pracował w jego katowickim oddziale i opowiadał mi, jak to pewnego dnia przyjechało tu do nas paru młodych informatyków z samego Lublina, żeby coś tam zbudować, czy może naprawić. Oni wprawdzie byli zameldowani w hotelu, ale ze względu na zawodowe napięcie, czas spędzali głównie w banku. Po kilku dniach i nocach wytężonej pracy jeden z nich zaginął. Kompletnie. Niby poszedł do hotelu, jednak tam nigdy nie dotarł, i ślad po nim zaginął. Ponieważ jednak nasza policja już wtedy tworzyła ogólnopolską, w miarę sprawnie działającą, sieć, po paru dniach okazało się, że ów młody, wykształcony i z wielkiego miasta, znalazł się, nie wiedząc, kim jest, i co tam w ogóle robi, w samych majtkach na dworcu kolejowym w Przemyślu.
Inna sprawa, że to i tak nienajgorzej, prawda? W Bangladeszu by nawet nie miał na piwo. A gdzie tu jeszcze wspominać już o takim City, gdzie niewykluczone, że by zwyczajnie wykitował!
Wprawdzie dziś płaczemy głównie nad tymi ślicznymi dziewczynami z Bangladeszu, ale może lepiej będzie, gdy ten tekst zostanie zilustrowany zdjęciem owego Moritza, którego wchłonął ów tak fantastycznie opisywany przez Gabriela Falus Siwy. Swego czasu William Carlos Williams napisał prześliczny wiersz o Buffalo Billu, kończący się pytaniem: „Jak się panu podobają ci błękitnoocy chłopcy, Panie Śmierć?” Popatrzmy na tego Moritza i, jako porządni katolicy, pomódlmy się czasem za niego. Może mu się to przydać.

Wszystkich, którym powyższy tekst się spodobał, lub choćby zainspirował do dalszych przemyśleń, proszę o wsparcie dla tego bloga. Jeszcze zostało parę dni do września, i musimy to jakoś przeżyć, a, jak wspominałem, tym razem, jak idzie o pracę, jestem na poziomie zerowym. Przepraszam za obcesowość i oczywiście dziękuję.

środa, 14 sierpnia 2013

Bucik

Czy to jest spowodowane szykującą się już bardzo wyraźnie zmianą władzy, czy czymś może zupełnie innym, wiedzieć nie mogę, jednak faktem jest, że kiedy skończyłem pierwszą część tłumaczenia ścieżki dialogowej do filmu o Roju i Żołnierzach Wyklętych, i rzuciłem okiem na stan politycznej debaty w Sieci, zauważyłem znaczne nasilenie głosów sugerujących, że przeciętny wyborca Platformy zarabia więcej niż przeciętny wyborca PiS-u. A to w sposób jednoznaczny świadczy o moralnej wyższości jednych nad drugimi.
Ja z tym idiotyzmem miałem już do czynienia wcześniej, i to niejednokrotnie, jednak wydawało mi się, że jego moc w sposób całkowicie naturalny przeminęła, i już nikt nam w ten sposób głowy zawracał nie będzie. Tymczasem nagle patrzę, a tu, co chwilę, wyskakuje na nas jakiś niedzielny liberał i zaczyna to wszystko od początku. Wstrząsające.
W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że napiszę osobny tekst, w którym przedstawię poważną socjologiczną analizę tego typu myślenia, ale przyznam, że po tych kilku dobrych dniach przerwy jestem tak wyposzczony, że chodzą mi po głowie sprawy znacznie, ale to znacznie ciekawsze. Jednak skoro już zacząłem, to spróbujmy się przez chwilę zatrzymać na tym szczególnym rodzajem obłąkania. Załóżmy, że faktycznie, przeciętny wyborca Platformy Obywatelskiej zarabia więcej od przeciętnego wyborcy Prawa i Sprawiedliwości. Dobrze by było jednak zastanowić się, jak te proporcje rozkładają się bardziej szczegółowo. Nie jestem oczywiście tu żadnym fachowcem, ale sądzę, że ten podział może wyglądać następująco: 25% wyborców PiS-u zarabia przeciętnie 10 tysięcy złotych, 25% - 5 tysięcy, 25% 2,5 tysiąca, natomiast 25% jest na zasiłku. Jak idzie o Platformę, tam 50% zarabia przeciętnie 10 tysięcy, 40% 5 tysięcy, 10% 2,5 tysiąca, natomiast bezrobotnych tam zwyczajnie nie ma, bo, jak wiemy, wyborcy Platformy to ludzie zaradni i, nawet jeśli marnie, to oni jakoś tam zawsze ciągną. O czym to świadczy, jakie nam każe się z tego wyciągać wnioski – niech każdy rozważy już samodzielnie.
Jakiś bardziej cwany leming powie mi jednak, że to wcale tak nie jest. Że wśród wyborców PiS-u, ludzi, którzy zarabiają 10 tysięcy miesięcznie praktycznie nie ma, bo ludziom, którym się powodzi taki Kaczor nie jest do niczego potrzebny. Wyborcy PiS-u, to głównie jacyś żyjący z europejskiej pomocy wieśniacy, miejska menelownia, i garstka tych, którzy jakoś ciągną, ale mają przerośnięte ambicje i liczą na to, że Kaczyński im załatwi choćby minimalny sukces, natomiast owo 25-25-25-25, to elektorat właśnie Platformy, a więc partii dla wszystkich.
Szczerze powiedziawszy, nie sądzę, żeby tak to się rozkładało, ale ponieważ wpadłem dziś w nastroju przyjazny, jestem skłonny, choćby na rzecz dzisiejszej dyskusji, tę opcję poprzeć. A zatem, okay. Przyjmuję, że wyborcy PiS-u to ludzie biedni tak jak ja, albo jeszcze bardziej – że wyborcy PiS-u to ludzie, którzy sami sobie zawinili, sami, przez swoją głupotę i kompletne nieprzystosowanie się, doprowadzili się do stanu, w którym się znajdują i jeśli mają pretensje, to do siebie na końcu. Załóżmy, że tak to właśnie jest. I w ten sposób pozwolę sobie przejść do zasadniczego fragmentu dzisiejszej refleksji.
Okolica, w której mieszkam, jak idzie o wymiar, że tak to ujmę „cywilizacyjny”, rozwija się dwukierunkowo. Z jednej strony powstają tu kolejne banki, lombardy, sklepy z używaną odzieżą, punkty produkcji i sprzedaży tureckich kebabów, a nawet salony gier.
Swoją drogą, wydaje mi się, że gdzieś tak skromnie ukryte w środku tego wyliczenia lombardy przeżywają prawdziwy renesans. Niedawno na przykład, pewien zaprzyjaźniony policjant z Siemianowic opowiedział mi, że ma znajomego, który jest właścicielem sieci lombardów, i że, wedle jego relacji, on miesięcznie skupuje od ludzi 10 kilogramów złota. A więc ruch z pewnością jest.
To byłby więc wymiar pozytywny tego, co się dzieje w naszym kraju. Niestety, można też zauważyć pewne zjawiska, które musielibyśmy potraktować jako przykre i nie dające nam cienia satysfakcji. Oto na mojej ulicy, która generalnie robi wrażenie bardzo solidne, stoi kamienica, która z jakiegoś powodu została opuszczona, a tym samym wystawiona na pastwę okolicznego tak zwanego „menelstwa”. Spowodowało to, że wśród tych banków, tych pięknych sklepów z używanymi ciuchami, tych punktów sprzedaży kebabów, tych lombardów, a nawet obok dwóch konkurujących ze sobą sklepów z sukniami ślubnymi, wciąż się kręcą śmierdzący, a co gorsza zwyczajnie brzydcy, wyborcy PiS-u.
Z jakiegoś powodu, większość z nich okupuje murek w pobliżu lokalnego sklepu należącego do sieci „Żabka”. Powiem absolutnie uczciwie, że przez całe moje życie, mimo że sam zawsze należałem do bardzo podejrzanej części społeczeństwa, do owych „meneli” miałem stosunek mocno zdystansowany. Zdystansowany w tym sensie, że nie dość, że nie miałem nigdy potrzeby, by się z nimi, pod jakimkolwiek pozorem, bratać, to nawet nie dałem się nigdy porwać tym wszystkim historiom o tym, jak to oni tkwią w wymiarze, którego my zwyczajnie ani nie znamy, ani nie jesteśmy w stanie zrozumieć.
I oto, jakiś już czas temu, czekałem na wczesnoporanny tramwaj, który miał mnie zabrać do miejsca, gdzie mi płacą, a na ławeczce siedział ów menel. Tramwaj nie nadjeżdżał, a menel się do mnie uśmiechnął i powiedział, co następuje: „Przepraszam, ale chciałbym o coś zapytać?” Ponieważ jestem stary i cwany, od razu zrozumiałem, o co chodzi, jednak ponieważ uśmiech menela – jego usta i oczy – mnie najzwyczajniej urzekł, dałem mu dwa złote. W tym momencie menel – autentyczny, doskonały, cuchnący, cały obrzmiały od wódy, zaopatrzony w swoje, jakże klasyczne, kule – powiedział: „Daj pan spokój. Zjadłbym coś. Czy może mi pan kupić coś do jedzenia”. Odebrałem mu więc te dwa złote, poszedłem do pobliskiej piekarni i kupiłem mu mini pizzę za 2,50, a on ją zaczął od razu jeść. Tyle.
Od tego momentu jednak, już się nie dało ukryć, że jesteśmy kumplami, prawda? Widzę go codziennie, on się do mnie uśmiecha tymi swoimi cudownie radosnymi oczami, ja daję mu te dwa złote, gadamy sobie o niczym i wracamy do swoich zajęć.
Kiedyś kupiłem mu piwo. Szedłem do sklepu, a on mi powiedział, że jemu się strasznie chce pić. Jest gorąco jak cholera, i czy nie mógłbym mu kupić butelki wody. Od początku podejrzewałem, że z tą wodą, to nie do końca czysta zagrywka, no i on faktycznie po chwili powiedział, że w sumie mogę sobie darować tę wodę i kupić mu piwo. Poszedłem do tego sklepu, ale ponieważ gryzło mnie trochę sumienie, do tego piwa kupiłem mu zapakowane w folie trzy kiełbasy. Dałem mu to wszystko, wyjaśniając, że te kiełbasy to po to, żebym nie miał grzechu. Wtedy to właśnie on po raz pierwszy mnie autentycznie zaskoczył, i powiedział, że w tej sytuacji, żeby mnie od tego grzechu wybawić, on się będzie za mnie modlił. Ja mu powiedziałem, że jego modlitwa za jedno piwo i trzy tanie kiełbasy to fantastyczny biznes, no i rozstaliśmy się do następnego razu.
Owego następnego razu nie rozmawiałem z nim, bo był tak pijany, że na mnie nawet nie spojrzał. Ale już kolejnego dnia, szedłem do domu, a on siedział na ławce z kolegą. Przywitaliśmy się, uścisnęliśmy sobie dłonie, a on mnie zapytał, czy mogę mu dać na cztery bułki. Dałem mu 5 złotych, a on mnie się, ni z gruszki ni pietruszki, zapytał, czy ja wiem, do kogo należy się modlić. Ja mu inteligentnie odpowiedziałem, że to zależy, bo można się modlić i do samego Pana Boga, Maryi, czy choćby i Ducha Świętego, ale też do różnych pośredników, na co najpierw kolega zawołał: „Racja!”, natomiast „mój” menel spojrzał na mnie chytrze i powiedział: „Najlepiej jest się modlić do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy”.
A mi w tym momencie przypomniał się filmik, który swego czasu trochę krążył w Internecie, którego autorzy pokazali bardzo ekspresyjnie, jak to przeciętny menel ma większą wiedzę od przeciętnego gimnazjalisty, a więc natychmiast postanowiłem sprawę zbadać osobiście. Zapytałem więc mojego menela – następnym razem zapytam go, jak ma na imię – czy on widział obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i widział, co jest na dole tego obrazu. Na co on mi odpowiedział: „Bucik”. Ledwo żywy, powiedziałem mu, żeby dbał o siebie, uważał na siebie i zawsze pamiętał, że Matka Boska mu ten spadający bucik, jak trzeba będzie, złapie.
I w tym momencie on powiedział coś takiego – i, przepraszam bardzo, ale będziemy kończyć – „Chodzi o to, żeby w ten moment, kiedy ten bucik trzeba złapać, trafić. A to już nie jest takie łatwe”.
I dalej już nie mogę, bo się wzruszyłem. Jak mnie zobaczy pani Toyahowa, to się będzie ze mnie śmiała.
No i proszę, miał być kolejny polityczny felieton, a wyszło coś takiego.

Dziś straciłem dwie kolejne sierpniowe lekcje, co sprawia, że już do końca miesiąca nie zarabiam nic. Pozostaje tylko ten blog. W piątek pojadę z panią Toyahową trochę nabrać sił, wracamy w przyszłą środę. Mam nadzieję, że uda mi się coś napisać, a na razie, bardzo proszę o stałe wspieranie tego bloga.


wtorek, 13 sierpnia 2013

Aha

Nie wiem, czy bez pomocy nieocenionego tvn24 udałoby mi się wyrwać z tego kieratu – inna sprawa, że wcale nie tak bardzo uciążliwego – jakim jest tłumaczenie ścieżki dialogowej do filmu Zalewskiego o Żołnierzach Wyklętych i czy udałoby mi się w końcu znaleźć coś, co by mnie zmusiło do zajrzenia na nasz blog, faktem jest jednak, że TVN okazuje się wciąż rządzić… a że rządzić w sposób dość szczególny, to akurat, jak idzie o nich, nic specjalnie nowego.
Otóż nie wiem, co tam słychać w telewizorze, ale na stronie tvn24.pl znalazłem informację CBOS-u o najnowszym sondażu poparcia partii politycznych w Polsce i, oto okazuje się, że wreszcie Platformie udało się wyprzedzić Prawo i Sprawiedliwość, i w tej chwili PiS ma poparcie zaledwie 24 procent, co mu daje do PO, która w ankiecie, jak sie domyslam,zamówionej przez TVN uzbierała aż 25 procent, jeden punkt straty. Na niższych miejscach znajduje się SLD i PSL, ale oni nas dziś akurat nie interesują.
TVN publikuje odpowiednią tabelkę, a my ją sobie, żeby nam było łatwiej śledzić te ich chore ścieżki, drukujemy. Zanim przejdziemy to sedna, proszę spojrzeć, jak to wszystko wygląda na ekranie:



Wydruk A4 jest oczywiście znacznie większy, proporcje jednak oczywiście pozostają zachowane. Na kartce sytuacja wygląda następująco: słupek PO ma wysokość, 8,2 cm, podczas gdy pisowski mierzy zaledwie 6,1 cm, a więc aż o 2,1 cm mniej. Przyjrzyjmy się zatem owej różnicy. Wystarczy parę podstawowych działań matematycznych, by dojść do tego, że skoro 25% to 8,2 cm, 100 % utworzyłoby słupek o wysokości 32,8 cm, a skoro tak, to łatwo jest już bardzo wyliczyć, że 1 %, a więc faktyczna różnica między wynikiem Platformy i PiS-u, to nie 2,1 cm, ale zaledwie 3,28 mm. A zatem, gdyby nie fakt, że ludzie z TVN24 są zapewne w ciężkiej panice, na naszych monitorach oba słupki – słupek PiS-u i słupek PO – byłyby mniej więcej tej samej wysokości. Tymczasem, jak widzimy, na załączonym obrazku, mamy do czynienia z autentyczną rzezią.
O jakiej rzezi mówimy? Otóż, gdyby faktycznie, tak jak nam to pokazuje portal tvn24, różnica między słupkiem PO i słupkiem PiS-u wynosiła aż 2,1 cm, odzwierciedlałaby ona przewagę Platformy nad PiS-em wynoszącą jakieś 6%. I to jest to, co dla tych, którzy nienawidzą cyferek, liczb, a tym bardziej jakichś procentów, stanowi właściwy przekaz. Powtarzam – mówimy o prawdziwej rzezi, a więc o tym, co od początku miało tworzyć podstawowy przekaz stacji głoszącej „całą prawdę całą dobę”.
Do najbliższego numeru „Warszawskiej Gazety” wysłałem tekst o tym, jak to System, bywa, że się boi. Nie chodziło jednak ani o TVN24, ani „Gazetę Wyborczą”, ani o nic, co operuje na tym nędznym przecież stosunkowo pułapie. Tu jednak zdarzają się, jak widzimy, prawdziwie spektakularne popisy tak zwanego „pietra”. Bardzo mi miło to obserwować.
Tym przyjemniej, im częściej przy okazji widzę ludzi, którzy tym interesem trzęsą. Dziś, również na portalu tvn24.pl trafiłem na całość audycji prowadzonej przez Grzegorz Miecugowa, a zatytułowanej „Inny punkt widzenia”, gdzie to Miecugow prowadzi sobie intelektualną pogawędkę z niesławnym księdzem Lemańskim. Pierwsze pytanie, jakie Miecugow zadaje Lemańskiemu brzmi mniej więcej tak: „O czym ksiądz ostatnio mówił podczas kazania”. Na to Lemański mówi, że ponieważ Ewangelia była taka to a taka, to i kazanie musiało podtrzymywać ten temat. I w tym momencie Miecugow pokazuje swój pazur: „A czemu ksiądz akurat wybrał tę Ewangelię?” Lemański temu bęcwałowi wyjaśnia, jak to jest w kościele, i w tym momencie, Miecugow robi mądrą minę i odpowiada: „Aha”. Właśnie tak: „Aha”.
Ja pamiętam coś, czego nawet on sam już nigdy nie przebije, a mianowicie rozmowę z jakimś słynnym neurochirurgiem, czy kimś takim, który opowiadał Miecugowowi o ludziach, którzy żyją w stanie gorzej niż wegetacyjnym, opowiadał o nich w sposób bardzo wzruszający, bardzo obrazowy, na co Miecugow w pewnym momencie wypalił: „To oni sobie nawet nie potrafią zrobić herbaty?”
Tego, jak mówię, już nikt nigdy nie pobije. Nawet on. On już lepszy nie będzie, natomiast miło jest widzieć, że dużej zniżki formy nie obserwujemy. A jeśli wziąć pod uwagę, że w tym tefauenowskim towarzystwie taki Miecugow to jednak gwiazda, dzisiejszy popis z sondażem poparcia dla partii politycznych, z pewnością musi świadczyć o tym, że oni muszą się szamotać tak, że nawet te wczorajsze Perseidy bledną. A Miecugow to ich mistrz. Dobrze jest. Jest dobrze. Śpijmy spokojnie.

Mamy wciąż sierpień, a więc miesiąc dla nas najgorszy. Bardzo proszę o nas nie zapominać i w miarę możliwości wspierać ten blog. Póki co, bez tego jest już po nas. Dziękuję.

niedziela, 11 sierpnia 2013

O tych co niosą światło

Tłumaczenie angielskich napisów do filmu o Roju idzie tak dobrze, że przerwa w pisaniu będzie zapewne znacznie krótsza, niz się obawiałem. Na razie, tradycyjnie, ostatni felieton z "Warszawskiej Gazety". Fascynująca historia. A jutro, zobaczymy.

Każdy, kto lubi zaglądać na mój blog, lub chociaż miał okazję czytać wydany przeze mnie w zeszłym roku „Elementarz”, zna moje zdanie na temat tak zwanych „Dominikanów”. Nazwę „Dominikanie” poprzedziłem zwrotem „tak zwanych”, a ją samą zamknąłem w cudzysłowie, bo ile razy zdarza mi się zajrzeć do źródeł i spróbować się upewnić, czy, kiedy używam tej nazwy, dobrze identyfikuję to, o co mi chodzi, okazuje się, że to, co mam na myśli, mówiąc o Dominikanach, to nie są żadni Dominikanie, ale zwykli uzurpatorzy.
Z drugiej strony, bardzo się staram, i za każdym razem, gdy dochodzę do wniosku, że z naszymi Dominikanami jest coś nie tak, sprawdzam bardzo dokładnie, czy czegoś nie pomyliłem. No i zawsze wychodzi mi, że tak – to co zwróciło moją uwagę, to jak najbardziej ludzie, oficjalnie przedstawiający się jako Dominikanie właśnie.
I oto, proszę sobie wyobrazić, w dniu dzisiejszym, dosłownie chwilę temu, jeden z moich informatorów, którzy zawsze dbają o to, by mi nie zabrakło tematów, podesłał mi coś, co zostało zaczerpnięte z internetowej strony www.dominikanie.pl i wygląda na autentyk. Mam tu na myśli informację zatytułowaną „Letnia szkoła ludzi mądrych”, a opisującą pewne seminarium, które odbyło się w Krakowie, a podczas którego „studenci i doktoranci z Europy Środkowo-Wschodniej i Stanów Zjednoczonych dyskutowali o demokracji, wolnym rynku i kulturze otwartego społeczeństwa”.
Jak czytamy dalej, owo spotkanie stanowiło „kolejną edycję Szkoły Letniej, organizowanej przez Instytut Tertio Millennio,[podczas której] 35 studentów i absolwentów szkół wyższych uczestniczyło w ponad 70 godzinach wykładów i warsztatów, które odbywały się w klasztorze dominikanów”.
A więc, jak na razie, wszystko się zgadza. Nie mamy tu do czynienia ani z żartem, ani ze złośliwą prowokacją ze strony ludzi wrogich Kościołowi. Mamy prawdziwych Dominikanów, a co więcej i nazwiska. Czytajmy dalej:
W tym roku, oprócz założycieli Szkoły Letniej – o. Macieja Zięby i George’a Weigel’a, wykładowcami byli: Russell Hittinger, dominikanin o. Jarosław Kupczak, Raymond J. de Souza i William M. Joensen. Gościem seminarium była Anna Komorowska, żona prezydenta RP. Za organizację tegorocznego seminarium, oprócz pracowników Instytutu Tertio Millennio, odpowiadali bracia dominikanie Marcin Dyjak i Piotr Oleś”.
Ktoś w tym momencie prawdopodobnie zakrzyknie: „Stop!”, i każe nam się zatrzymać na nazwisku, jak to zgrabnie ujął autor wzmiankowanego tekstu, „żony prezydenta RP”. I nie będę ukrywał, że to jest bardzo dobry moment, żeby przestać się już zajmować Dominikanami i tą ich imprezą. Powiedziałbym, że może na zawsze. To jest wręcz fantastyczny moment, by się nawet przestać zajmować tymi dwoma: Dyjakiem i Olesiem.
To natomiast, co nas powinno w tym momencie zaciekawić, to owa „żona prezydenta RP”. Tu by można było naprawdę zadać Dominikanom parę pytań, ale ponieważ z nimi już się pożegnaliśmy, to pozostańmy w milczeniu, ze ściśniętymi zębami, pięściami i oczywiście – sercami.

Oczywiście, jak zawsze, bardzo proszę o wspieranie tego bloga pod podanym numerem konta. Bez Waszej pomocy, jesteśmy skończeni. Dziękuję.

piątek, 9 sierpnia 2013

Historia Roja - przerwa techniczna

Głupio mi jak nie wiem co, ale będę musiał na parę najbliższych dni się zamknąć. Rzecz w tym, że producent filmu Jerzego Zalewskiego „Historia Roja” zamówił u mnie tłumaczenie ścieżki dźwiękowej na angielski, i chce, żebym to zrobił możliwie szybko. Oczywiście, z jednej strony to dla mnie i zaszczyt i znacząca oferta pracy, a z drugiej, jeśli mam to zrobić porządnie, muszę się skupić tylko na tym, przez co i trochę ucierpi ten blog, no i też na pewien czas muszę odłożyć pisanie kolejnych rozdziałów książki o zespołach.
Oczywiście, jak tylko poczuję gwałtowną potrzebę napisania czegoś mocno bieżącego, spróbuje się, jak to mówią, „urwać z pracy” i coś tu wrzucę… no a poza tym, nie sądzę, żeby to wszystko potrwało dłużej niż, powiedzmy dziesięć dni, góra dwa tygodnie.
Proszę mnie jednak zrozumieć, i mi to wybaczyć. Na pewno całkiem nie zniknę.

Ponieważ, jak znam życie, pieniądze za to tłumaczenie to dopiero melodia przyszłości, bardzo proszę, jak zawsze, o bieżące wspieranie tego bloga. Choćby przez przychodzenie tu i czytanie tych tekstów. Jak ktoś ma zaległości, to nawet i tych już starszych. A jak się komuś któryś z nich spodoba tak, że uzna za stosowne się jakoś dorzucić, będę bardzo zobowiązany. A teraz wracam do Żołnierzy Wyklętych.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Jeszcze o liściu, i to niekoniecznie siedmiokilogramowym

Kiedy jeszcze oglądałem telewizję, zdarzało mi się – przyznaję, że wcale nie tak rzadko – zaglądać do kultowej audycji propagandowej reżimu o nazwie „Szkło Kontaktowe”, a tam już, bez końca zafascynowany, obserwowałem w akcji dziennikarza, nazwiskiem Grzegorz Miecugow.
Osobiście w życiu miałem szczególną przyjemność tylko z jednym funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa, i przyznać muszę, że, choć oczywiście zrobił na mnie, wówczas jeszcze stosunkowo młodym człowieku, pewne wrażenie, nie ma sposobu, by on chocby się przymierzał do konkurowania z Miecugowem.
Oczywiście nie chcę tu nawet sugerować, że dziennikarz Miecugow miał kiedykolwiek cokolwiek wspólnego ze Służbą Bezpieczeństwa, bo jak o to idzie, do dyspozycji mam tylko swoją, zawodną przecież, intuicję, natomiast tak mi się jakoś porobiło, że ile razy widzę Miecugowa w telewizji, ani na moment nie opuszcza mnie przekonanie, że mam do czynienia z funkcjonariuszem w wymiarze wręcz karykaturalnym.
Nie wiem, czy za tym moim przekonaniem stała jakaś niezidentyfikowana obsesja, czy może jakieś nigdy nierozpoznane doświadczenie, ale ile razy próbowałem sobie wyobrazić wzorowego esbeka, przed oczyma duszy stawał mi ktoś dokładnie taki jak Miecugow, a więc z jednej strony przede wszystkim najbardziej okrutny i bezwzględny idiota, a z drugiej ktoś o tak nieprawdopodobnym – być może autystycznym wręcz – talencie, który mu pozwala, jeśli tylko sytuacja sprzyja i nie dzieje się nic niespodziewanego, odgrywać rolę człowieka nieskończenie opanowanego, kulturalnego i w pewnym sensie może i inteligentnego.
Co to były za sytuacje, kiedy z Grzegorza Miecugowa wychodziła jego prawdziwa istota, a więc i ów dureń, dokładnie taki sam, jak tysiące innych, o istnieniu których nawet nie mamy pojęcia, ale też, może przede wszystkim, ktoś modelowo nieludzki? Otóż, oglądając swego czasu dosyć uważnie owo „Szkło Kontaktowe” zwróciłem uwagę, co się dzieje z tym człowiekiem, ile razy do studia zadzwoni ktoś, kto mu sprawia kłopot, a kogo on nie jest w stanie zwyczajnie ośmieszyć, i to nie dzieje się czasami, ale zawsze, z idealną wręcz regularnością. Ile razy jemu się zdarzało trafić nie na jakiegoś wariata, którego jest łatwo zlekceważyć, a następnie przegonić, on się w jednej chwili zmieniał tak dramatycznie, że przed sobą mieliśmy już tylko kogoś, kto, gdyby tylko czasy i fizyka na to pozwalały, albo by kazał tego człowieka w jednej chwili zastrzelić, albo by już nikogo nie fatygował, tylko sam by to z przyjemnością załatwił. A więc w ten sposób zawsze widziałem Grzegorza Miecugowa, człowieka przy którym nawet ktoś taki jak Grzegorz Piotrowski znacząco łagodniał.
I to właśnie, jak sądzę, dzięki tej mojej przedziwnej intuicji, czy może nieodgadnionemu doświadczeniu, ile razy miałem okazję oglądać Grzegorza Miecugowa w którymkolwiek z jego wydań, prześladowała mnie jedna jedyna myśl: co on by zrobił, gdyby tak do niego podejść i dać mu zwyczajnie w łeb. Nie w jakiś szczególny sposób – ot tak, nawet z pewną niedbałością, fangę w nos, z liścia w pysk, czy zwykłą rakietą w pałę. Co on by zrobił? Jak by zareagował? Czy wyjąłby pistolet i napastnika zastrzelił, czy by zemdlał z tego szoku, czy może by zwyczajnie od tego zwariował?
Nie będę więc się wykręcał i próbował ukrywać oczywistego wręcz faktu, że, kiedy się dowiedziałem, że ktoś skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji i dał Miecugowowi parę razy po tej jego pale, zareagowałem entuzjastycznie, ale już w kolejnej chwili rzuciłem się do youtube’a żeby obejrzeć jego bezpośrednią reakcję.
Na scenę wpadł ten – jak słyszę, od dawna mocno kopnięty – upeerowiec, ustawił karteczkę z napisem „TVN kłamie” i zaczął walić Miecugowa po łbie. I teraz, aby uczciwie zrelacjonować reakcję Miecugowa, trzeba nam wyjść kilka dni do przodu, poza tę akcję, i dowiedzieć się, że on postanowił złożyć oficjalną skargę do prokuratury na człowieka, który go szturchnął. Miecugow, mimo że w pierwszej chwili pozornie zachował pełny spokój, w dodatku, wspierany przez towarzyszącego mu komedianta Andrusa, próbował nawet sprawę zlekceważyć i zamienić w żart, tak naprawdę, psychicznie musiał być autentycznie rozbity. Ja już nie mówię, że jak na kogoś, kogo publiczna pozycja trzyma bardzo skutecznie od towarzystwa zwykłych ludzi, Grzegorz Miecugow w tej jednej sekundzie musiał poważnie pod uwagę, że oto za chwilę zostanie zamordowany, i w tym momencie nie zdziwiłbym się, gdyby on się najzwyczajniej w świecie zesrał, lub przynajmniej zsikał, ale – i tego jestem pewien – on niewątpliwie nie potraktował tego zdarzenia tak, jak to w pierwszej chwili mogło wyglądać. Z informacji, jakie dochodzą do nas dziś, można wnioskować, że Miecugow dziś już tylko chce widzieć tego upeerowca w kałuży krwi.
Oglądam po raz kolejny ową słodką chwilę, kiedy to Grzegorz Miecugow siedzi jak wryty, z tym swoim zawodowo wystudiowanym zamyśleniem na twarzy, ten go po tym zamyśleniu leje, i zastanawiam się, co się dzieje w jego łbie. Jakaż tam musi się odbywać kotłowanina czystego obłędu! A myśli te chodzą mi po głowie, już po tym, jak się dowiedziałem, że w swoim oświadczeniu Miecugowa wspominał coś na przykład na temat „ataku o charakterze antysemickim”. Co on musiał w tym momencie czuć, skoro, już przecież po kilku dobrych godzinach, nawet nie potrafił się powstrzymać przed wyciągnięciem na światło dzienne tego swojego żydowstwa? Co mu się musiało przewalać w tej jego pale, kiedy zgromadzona na wspomnianej imprezie młodzież skandowała w kółko to swoje obłąkane „przepraszamy”, a dla niego to było jedynie głupstwo bez znaczenia? Oni się darli: „przepraszamy, przepraszamy, przepraszamy”, a on siedział półprzytomny ze strachu i wściekłości i… no właśnie – co sobie wtedy myślał?
Bardzo to wszystko jest sympatyczne i napełniające nadzieją. Czy jednak, poza czystym walorem emocjonalnym, możemy uznać, że mamy z tego coś jeszcze? No nie wiem. Może po prostu od tego incydentu Grzegorz Miecugow zwyczajnie zwariuje i stopniowo zejdzie nam z oczu. Ale może też tego typu zabawa z waleniem w pysk innych funkcjonariuszy Systemu stanie się powszechnym zwyczajem? Może już niedługo, przy jakiejś okazji, ktoś przywali Kubie Wojewódzkiemu, a może i samemu Zbigniewowi Hołdysowi. Swego czasu pewna nasza koleżanka, kiedyś tu bywająca znacznie częściej, zapowiadała, że Hołdysowi właśnie, podczas którejś z imprez, zrzuci kapelusz, by wszyscy zobaczyli, co on tam ma pod spodem. Z tego co wiem, nic jednak z tych zapowiedzi nie wyszło. Ja sam wciąż sobie powtarzam, że jak tylko spotkam kiedyś na ulicy Kazimierza Kutza kopnę go w dupę, tyle że się trochę boję. Co będzie, jak się okaże, że on nosi pistolet, i mnie zastrzeli?
A więc, wygląda na to, że tak naprawdę tu możemy liczyć jedynie na starych dobrych wariatów, których nie brakuje na całym świecie. Czyhających z woreczkami z farbą, zgniłymi jajkami, czy choćby tylko z jakimś wesołym, a złośliwym okrzykiem. W końcu i tak, cała radość w obserwowaniu reakcji.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga. Sierpień to miesiąc, gdzie każdego dnia stoimy nad przepaścią. Jesli tylko komuś akurat zbywa, bardzo bedę wdzięczny za jakąkolwiek pomoc. Dziekuję.

środa, 7 sierpnia 2013

Pójdą siedzieć, i nawet Michnik nie pomoże

Ponieważ w ostatnich dniach trochę wyjeżdżałem, minął weekend, a ja nawet nie zauważyłem, że zapomniałem wkleić najświeższy tekst z „Warszawskiej Gazety”. Nadrabiam dziś tę zaległość i mam nadzieję, że się ten króciutki felieton spodoba, a przede wszystkim doda nam wszystkim trochę nowej nadziei.

Spytano mnie niedawno, jakim cudem w roku 2015 Prawo i Sprawiedliwość wygrało zarówno parlamentarne, jak i prezydenckie wybory. I nie chodziło o to, dlaczego wybraliśmy wówczas Lecha Kaczyńskiego, a nie Donalda Tuska, czy PiS zamiast PO – bo to akurat było oczywiste – ale jak System mógł zaniedbać coś tak istotnego, jak układ władzy w kraju, i choćby nie sfałszował tych wyborów tak, jak w roku 2010, przeciągając za uszy do owej nieszczęsnej prezydentury Bronisława Komorowskiego. Otóż, poszło o to, że skupiając się na celu podstawowym, a mianowicie odsunięciu od władzy komunistów, służby Systemu zwyczajnie się zagapiły, i kiedy okazało się, że to nie specjalnie na tę okazje szykowana Platforma Obywatelska przejmie w Polsce władzę, ale właśnie Prawo i Sprawiedliwość, na poważne – a każdy przyzna, że sfałszowanie wyborów to nie byle co – działania było za późno. I tak, System stracił całe dwa lata.
Opisując układ władzy w Polsce, użyłem parokrotnie określenia „System”. Mam nadzieję, że każdy czytelnik tych felietonów zdaje sobie sprawę, że nie miałem tu na myśli ani Donalda Tuska, ani Bronisława Komorowskiego, ani Adama Michnika nawet, czy choćby i całej redakcji TVN24, ale coś stojącego znacznie wyżej od każdego z nich osobno i wszystkich ich razem. Chodziło mi mianowicie o grupę – nieznanych nam oczywiście – osób, która, gdyby tylko chciała, wręcz z dnia na dzień, zmieniłaby w Polsce nie tylko rząd, ale zleciła usunięcie ze stanowiska prezydenta, i zastąpienie go kimkolwiek, że już nie wspomnę o czymś tak trywialnym, jak wymianie składu redakcji „Gazety Wyborczej”. Chodzi mi mianowicie o ów System.
Kiedy obserwuję najświeższe ruchy na polskiej scenie politycznej, nie mam wątpliwości, że coś na kształt wyżej wspomnianej – nazwijmy to „rewolucją” – stoi tuż przed nami. Nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa i czy przełom nastąpi raptownie, czy skutkiem demokratycznych wyborów, ale jest oczywiste, że powrót Prawa i Sprawiedliwości do władzy, i zapewne utrzymanie nowego status quo na co najmniej tyle lat, ile będzie potrzebne do skutecznego odbudowania stanu naszej państwowości, został już zadekretowany. Za jaką cenę? Korzyści są obopólne: z jednej strony obóz niepodległościowy musi otrzymać to, co mu się słusznie należy i z czego nie zrezygnuje, a więc SPRAWIEDLIWOŚĆ, natomiast System uzyska wreszcie warunki spokojnego działania w kraju w miarę normalnie funkcjonującym. I nie zżymajmy się, że to jest zło, kłamstwo i podłość. Lepiej już było, a my musimy nauczyć się ograniczać w naszych marzeniach.
Na pocieszenie mogę tylko powiedzieć jedno, odnośnie ostatniego wystąpienia Adama Michnika, który na łamach niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” wezwał do rozprawy z węgierskim i polskim faszyzmem. Nie przejmujmy się tym, co on gada w Polsce, w Niemczech, czy gdziekolwiek indziej na świecie. To jest zero. Cały ciąg zer bez najmniejszego znaczenia. Nasze życie rozstrzyga się zupełnie gdzie indziej.

Dziękując niezmiennie za stałe wsparcie, proszę nas nie opuszczać i w miarę możliwości przekazywać choćby drobne wpłaty na podany obok numer konta.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Marvin Heemeyer, czyli o zrównywaniu z ziemią

Jeśli przyjmiemy, że 5 lat to szmat czasu, mogę chyba powiedzieć, że dość niedawno, dzieląc się na tym blogu refleksjami na temat jednego z moich ulubionych filmów, a mianowicie „Trzech dni Kondora”, wspomniałem jego finałową scenę, kiedy to biedny Robert Redford wygraża się, jak to on o wszystkim poinformuje „New York Timesa”, „New York Times” wszystko opisze, świat się dowie, i źli ludzie zostaną ukarani, na co jego rozmówca odpowiada mu: „A co, jeśli nie napiszą?” I, jak mówię, biedny, Robert Redford kamienieje, i tak film ów się kończy.
O co chodzi? Otóż chodzi o to, co zawsze. Że w obliczu potęgi Systemu, jego ukrytej natury i nieznanego nam choćby kształtu, musimy zawsze zakładać, że w pewnych szczególnych sytuacjach nie mamy zwyczajnie szans. I tego stanu nie zmieni ani twarde prawo, ani wolne media, ani nawet tak zwana pięść ludu. Gdy stawka jest naprawdę wysoka, System robi, co chce.
Jeszcze bardziej niedawno mieliśmy okazję zaobserwować, w jaki sposób owa kontrola Systemu działa w wersji turbo, na przykładzie wielkiej katastrofy budowlanej, jaka miała miejsce w Bangladeszu, i w wyniku której śmierć poniosło ponad 1000 osób. Niektórzy z nas pewnie jeszcze wszystko dobrze pamiętają, część z całą pewnością – zgodnie zresztą z oryginalnym planem – o niczym zwyczajnie nie słyszała, część, nawet jeśli coś tam kiedyś usłyszała, nie zwróciła na to uwagi i dziś nawet nie pamięta, że cokolwiek się wydarzyło, ale to się naprawdę zdarzyło. W Bangladeszu runął ośmiopiętrowy budynek, w którym na zamówienie największych światowych sieci odzieżowych szyto ubrania dla mnie i dal Ciebie, i, jak mówię, w wyniku owego nieszczęścia zginęło ponad tysiąc osób. Rzecz jednak nie tyle w samej tragedii i w żniwie, jakie zebrała, ale w tym, że przez kilkanaście następnych dni, światowe media zastosowały wobec tego, co się stało, niemal pełną blokadę informacyjną. O ile się nie mylę, u nas w Polsce, zaczęto o tym pisać dopiero po tym, jak na tym blogu ukazał się odpowiedni tekst, i w ślad po nim o sprawie poinformowała „Gazeta Polska Codziennie”. Mniej więcej tydzień po zdarzeniu.
Dlaczego w sytuacji, gdy światowe media potrafią zrobić sensację z najbardziej trywialnych wypadków, polegających na tym, że gdzieś ktoś został zasypany kupą piasku, wpadł do studni, czy został zastrzelony przez jakiegoś wariata, o tym, że ponad 1000 osób zginęło podczas niewolniczej pracy na rzecz wielkiego międzynarodowego przemysłu, myśmy mieli się nie dowiedzieć nigdy, lub dowiedzieć się maksymalnie bezrefleksyjnie? Otóż poszło o to, że wspomniana katastrofa była czymś tak strasznym, tak głęboko porażającym, tak wreszcie pełnym znaczeń, że gdyby w tej sprawie została sprowokowana powszechna debata, System poniósłby bardzo poważne szkody. Pisałem o tym w odpowiednim momencie, dziś powtarzać się już nie mam nawet siły, ale tak to właśnie wygląda. Gdyby sposób, w jaki doszło do śmierci tych ludzi, został poddany gruntownej debacie, System by się mógł z tego zwyczajnie nie pozbierać.
Bangladesz jest trzecim, największym eksporterem taniej odzieży dla światowego przemysłu. Nie wiem, kto jest pierwszym i drugim. Może Indie, może Chiny, może jeszcze ktoś, ale Bangladesz jest trzeci. Dzięki praktycznie niewolniczej pracy tamtejszych kobiet i mężczyzn, cały świat chodzi odziany i wystrojony wedle uznania, wedle potrzeby i wedle swoich finansowych możliwości. I to jest podstawa Systemu. I jej zmieniać nie wolno. Tak ma być i tak będzie. A jeśli kiedyś przyjdzie nam o tym porozmawiać, to z całą pewnością powodem do tej rozmowy nie będzie to, że gdzieś zginęło 1000 osób. Uważam, że katastrofa w Bangladeszu pokazała nam tę prawdę w sposób wręcz modelowy.
I oto wczoraj otrzymałem wiadomość od mojego kumpla LEMMINGA, który zawsze bardzo dba o to, by mi nie zabrakło odpowiedniej porcji inspiracji do prowadzenia tego bloga, a ja mu się – jak wierzę – odwdzięczam lepiej, niż on by się mógł tego spodziewać, że w roku 2004, a więc ledwie co, 11 lat temu, w miejscowości Granby w stanie Colorado pewien drobny przedsiębiorca nazwiskiem Marvin Heemeyer, właściciel zakładu produkującego i instalującego tłumiki do samochodów, w reakcji na plany władz swojego miasta wybudowania cementowni, której lokalizacja odcięłaby jego zakład od świata, a tym samym doprowadziła go do ruiny, a przede wszystkim ze względu na odmowę jakichkolwiek negocjacji, połączoną z systemową wręcz agresją, przy pomocy specjalnie zaprojektowanego i odpowiednio wyposażonego, buldożera, zrównał z ziemią pół miasta, a następnie popełnił samobójstwo.
Kto chce, może oczywiście sobie zajrzeć do Wikipedii i tam o wszystkim poczytać, ale trochę na wszelki wypadek, gdyby się komuś może nie chciało szukać, a trochę z potrzeby serca – właśnie tak! – przytaczam istotne fragmenty:
Kiedy kolejne petycje do władz, mediów i lokalnej społeczności nie dały żadnych skutków, Heemeyer poddał się, dzierżawiąc grunt firmie wywożącej śmieci. Umowa zakładała, że miałby on sześć miesięcy na wyprowadzenie się z posesji. Jak się później okazało, okres ten wykorzystał na ulepszenie swojego buldożera, osłaniając go miejscami ponad 30 centymetrami stali i betonu, instalując kamery zapewniające widoczność otoczenia w każdym kierunku, a w końcu konstruując klimatyzację i inne systemy pozwalające na komfortowe przebywanie wewnątrz przez wiele godzin.
4 czerwca 2004, konstruktor zasiadł za sterami buldożera, wyjeżdżając przez ścianę swego dawnego warsztatu, a następnie zrównując z ziemią fabrykę cementu i wyruszając w miasto. W ciągu kilkugodzinnej wyprawy Heemeyer zniszczył doszczętnie budynek ratusza, siedzibę lokalnej gazety, dom burmistrza, i wiele innych budynków publicznych powiązanych z osobami, które były zaangażowane w spór. Łącznie w gruzach legło 13 budynków. To, że nikt nie został ranny, niektórzy świadkowie przypisywali precyzyjnej kalkulacji działań Heemeyera.
Podczas powolnego i nieubłaganego pochodu pojazdu, policja i oddziały SWAT próbowały powstrzymać maszynę, ale zarówno ogień z broni długiej, jak i granaty nie miały żadnego wpływu na pojazd, i ostatecznie, po oddaniu ponad 200 strzałów (w tym amunicji przeciwpancernej), siły porządkowe musiały po prostu bezsilnie obserwować wydarzenia.
Buldożer był uzbrojony w karabin Barrett M82, karabin Ruger AC556, pistolet Kel-Tec P11 i rewolwer magnum, ale Heemeyer użył ich tylko do celów obronnych. Gdy policjanci zorientowali się, że strzela ponad ich głowami, na początku sądzili, że po prostu słabo strzela, kiedy jednak później weszli do buldożera i zobaczyli uzbrojenie i kamery, uświadomili sobie, że gdyby Heemeyer chciał, mógłby pozabijać wszystkich z łatwością. Wszystko wskazuje więc na to, że jedynym celem Heemeyera była destrukcja budynków, a nie krzywdzenie ludzi.
Heemeyer dwukrotnie zmierzył się z innymi maszynami. Gdy zaatakował cementownię, Code Docheff – właściciel zakładu – wsiadł do ładowarki i próbował trafić w silnik buldożera, a następnie zerwać gąsienicę. Marvin oddał najpierw kilka strzałów ostrzegawczych w powietrze, potem w łyżkę ładowarki, a potem zepchnął ją na bok. Docheff uciekł, słysząc strzały. Później, gdy buldożer znajdował się na terenie Independent Gas Co., władze wysłały w jego kierunku dwie zgarniarki. Jedna z nich zablokowała mu wyjazd, tak aby policja mogła oddać strzał z ciężkiej broni. Heemeyer zawrócił i próbował wyjechać z zakładu inną drogą, a potem po stoku znajdującym się wzdłuż drogi. Kiedy mu się to nie udało, ruszył w stronę zgarniarki. Pomimo, że kierowca z całych sił próbował go zatrzymać, Marvin zepchnął go na bok i odjechał. Kilka minut później zgarniarka zablokowała Heemeyerowi drogę wstecz podczas burzenia sklepu Gambles. Heemeyer ruszył przed siebie, niszcząc kompletnie ścianę budynku. Ostatecznie do akcji wkroczył inny buldożer, Caterpillar D9, ale wówczas było już po wszystkim.
Gdy po pewnym czasie w pojeździe zawiodła chłodnica, a jedna z gąsienic zapadła się w piwnicy sklepu Gambles, pilot buldożera sięgnął po pistolet i popełnił samobójstwo. Zarówno pozostawione przez niego nagrania, jak i sposób budowy włazu, wskazują, że nigdy nie zamierzał opuścić buldożera – właz został skonstruowany tak, by jego ponowne otwarcie graniczyło z niemożliwością. Według niektórych źródeł Heemeyer zaspawał się w środku, choć wcale nie musiał tego robić – sama pokrywa ważyła 910 kilogramów i była dobrze wpasowana w pancerz, poza tym Heemeyer zalał ją olejem, by trudniej było ją chwycić, co odkryli policjanci próbujący dostać się do kabiny.
Ponieważ obawiano się (bezpodstawnie, jak się okazało), że buldożer może być zaminowany, przewieziono go z dala od miasta i dopiero tam przystąpiono do prób otwarcia kabiny. Dopiero około 2 w nocy policjanci z pomocą palnika wycięli dziurę w miejscu, gdzie zainstalowana była kamera i weszli do środka. Wówczas z pomocą dźwigu wydobyto ciało Heemeyera.
[…]
Straty spowodowane przez Heemeyera oszacowano na ponad 7 milionów dolarów. Mimo potępienia ze strony lokalnych władz i mediów, dla wielu osób, stał się ludowym bohaterem i symbolem sprzeciwu wobec władzy. Powstało wiele witryn gloryfikujących jego działania.[…]
Urzędnicy miejscy ogłosili 19 kwietnia 2005, że[buldożer] zostanie rozebrany i zezłomowany. Części zostaną rozwiezione po wielu złomowiskach by zniechęcić zwolenników Heemeyera do zbierania pamiątek”.
Oczywiście ja biorę pod uwagę taką możliwość, że ktoś w tym momencie zakrzyknie: „To ty o tym Heemeyerze nie słyszałeś??? Nie słyszałeś o jego wypasionym Killdozerze?” Biorę to pod uwagę, ale jeszcze bardziej jestem pewien, że nic się takiego nie stanie. Gdyby bowiem ta sprawa była w owym 2004 roku choć minimalnie nagłośniona, ja akurat bym o tym usłyszał, i raczej bym tak łatwo tego nie zapomniał. Ale jest jeszcze coś. Gdyby bowiem o tym, co się stało w miejscowości Granby w Stanach Zjednoczonych w roku 2004 wolno nam było wiedzieć i szeroko dyskutować, autor notki w Wikipedii zamiast pisać o „witrynach” upamiętniających ów akt szaleństwa człowieka zaatakowanego przez System, z całą pewnością podałby nam całą listę tytułów książek i filmów opowiadających o tamtym i strasznym i tak fantastycznie pięknym piątku, a nazwisko Heemeyer byłoby znane na całym świecie, tak jak jakiś nie przymierzając, Rambo, czy choćby i Guy Fawkes, a więc postaci, które nie przestraszą nawet lokalnego chuligana, a co dopiero jakiegoś urzędnika.
No ale my o Heemeyerze nie wiemy nic, a ja chętnie – jeśli wciąż komuś trzeba to wyjaśniać – opowiem dlaczego. Otóż o nim nam wiedzieć nie wolno. O nim nam nie wolno wiedzieć, nie wolno nam o nim dyskutować, a co najważniejsze, nie wolno nam próbować czynić z niego wzoru do jakichkolwiek rozmyślań. O Heemeyerze nam nie wolno mieć jakiejkolwiek głębszej wiedzy, która mogłaby być dla nas źródłem jakichkolwiek refleksji i nastrojów, podobnie jak nie wolno nam było usłyszeć o wspomnianym wcześniej nieszczęściu w Bangladeszu. To jest coś tak oczywistego, że aż głupio o tym mówić.
Wspomniałem Guya Fawkesa. Dziś już mało kto wie, kim był Guy Fawkes, jednak my, ludzie jeszcze z tamtych lat, to wiemy, bo nas o nim uczono w liceum, więc opowiem. Guy Fawkes był katolikiem, a jednocześnie człowiekiem tradycyjnie uważanym za przywódcę grupy spiskowców, którzy wymyślili sobie, że w noc z 4 na 5 listopada 1605 roku wysadzą w powietrze budynek londyńskiego parlamentu, kiedy król i wszyscy ministrowie będą obradować. Do ostatecznego rozwiązania jednak nie doszło. Guy Fawkes i jego przyjaciele zostali pojmani, natomiast sam Fawkes uniknął najbardziej okrutnej śmierci tylko dlatego, że wcześniej sprytnie zeskoczył z szafotu i skręcił sobie kark, natomiast to co nas dziś interesuje, to to, co z tego dla nas zostało? Otóż rok w rok, każdego 5 listopada, cała Anglia świętuje tak zwany „Guy Fawkes Day”, gdzie Anglicy się bawią, śpiewają piosenki i strzelają petardami. Co ciekawe, doroczne obchody nie mają upamiętnić momentu, gdy to biedny Fawkes rzucił się z szafotu na łeb na szyję, ale tę właśnie noc, kiedy to ów brytyjski parlament miał wylecieć w powietrze, a nie wyleciał. Tak to właśnie System pokazał, jak można sobie poradzić z kłopotliwą historią. Można ją albo zlekceważyć, albo zamienić w zabawę.
I ja sobie myślę, że jednak ci Anglicy mają w sobie coś wyjątkowego, czego nie mamy ani my, ani nawet tacy Amerykanie. Gdyby ci Amerykanie byli tak sprytni, to by dzień 4 czerwca uczynili świętem narodowym, a my, ich śladem, organizowalibyśmy festyny dajmy na to każdego 10 kwietnia.
No i jeszcze jedna, już na sam koniec, refleksja. Podczas niedawnych dyskusji tu na blogach, pojawiła się nagle wielki, klasyczny dziś już zespół Sex Pistols i cały kontekst jego debiutu i kariery. Otóż jest tak, że dziś wciąż bardzo aktywnie działa wokalista zespołu John Lydon, i to działa tak, że w pewnym sensie nie ma konkurencji. Proszę sobie wyobrazić, że ile razy zespół gra swój utwór „Warrior”, John Lydon wygłasza odpowiednią laudację na cześć Guya Fawkesa właśnie. I o to właśnie chodzi. O Fawkesie on może gadać, co mu ślina na język przyniesie. Niechby jednak tylko zaczął coś pleść o Marvinie Heemeyerze, to by zobaczył, jak to wszystko działa.

Serdecznie wszystkim dziękuję za pamięć i wszystkie gesty solidarności, szczególnie te, które nadeszły do mnie w tym czarnym dla nas miesiącu. Bez nich byśmy nie przeżyli. Proszę nie odchodzić.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Niewiarygodna i smutna historia niewinnego Daniela, jego niegodziwych rodziców i Ojczyzny, która ich wypluła

Ponieważ chyba już ostatecznie straciłem serce do telewizji, a przy nieobecności pani Toyahowej i starszej córki, które wyjechały do Przemyśla na wakacje, nawet nie chce mi się zaglądać do głupiego Discovery, czy Animal Planet, postanowiłem rzucić okiem na portal tvn24.pl, żeby się dowiedzieć, czy przypadkiem świat się ostatecznie nie skończył, i – owszem – wyszło na to, że wprawdzie nie całkowicie i nie do końca, ale do pewnego stopnia ta nasza przygoda dobrnęła do swoistego finiszu.
Okazuje się mianowicie, o czym – przyznam, że dla mnie z przyczyn kompletnie niejasnych, gdyż wydawałoby się, że oni akurat powinni się zamknąć – informuje ów portal na pierwszym miejscu swoje głównej strony, że dwoje naszych, zamieszkałych w Anglii, emigrantów, zamordowało swojego synka i lada chwila angielski sąd im wpieprzy tak, że się nie pozbierają. O co poszło? Otóż, jak informuje internetowe wydanie telewizji tvn24, pewna Magda i jej kolega Mariusz, z, jak to relacjonuje brytyjska policja, „niewyobrażalnym okrucieństwem”, zakatowali pozostającego pod ich opieką czteroletniego Daniela, głodząc go do granic wytrzymałości, a kiedy już błagał o zmiłowanie, karmiąc go solą (naprawdę!), systematycznie podtapiając w wannie, wreszcie bijąc go tak, że ostatecznie od tego pobicia zmarł.
Jak dalej informuje portal tvn24.pl, Magda, Polka przebywająca w Anglii na emigracji, była „uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu”. I to jest coś, co – przepraszam bardzo wszystkich, którzy liczyli na to, że się dowiedzą czegoś wiecej na temat tak zwanego mięsa – wypełni dalszą część tej notki. Rzecz bowiem w tym, że ja przede wszystkim nie bardzo wiem, jak to jest możliwe, że owa Magda i Mariusz mieszkali sobie w tym Coventry, ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”, natomiast Mariusz był czysty. Że niby jak oni sobie organizowali życie? Magda ćpała i chlała, a Mariusz tylko wpadał od czasu do czasu do domu w przerwach od pracy w fabryce i przytrzymywał głowę tego dziecka, bo Magda sama była na to zbyt słaba?
Poza tym, co to znaczy, że ona była uzależniona od „marihuany, amfetaminy i alkoholu”? Sam – mimo że na widok flaszki porządnego singla oczy mi jak najbardziej błyszczą – ani nie chleję, ani tym bardziej nie ćpam, niemniej jednak, ponieważ mam już swoje 58 niemal lat, wiem, czym jest marihuana. Otóż, jeśli ktoś jest, jak to formułuje portal tvn24.pl, „uzależniony od marihuany”, wszystko inne ten ktoś ma głęboko w nosie. Marihuana wypełnia jego życie od początku do końca. Dla kogoś, kto pali trawę, alkohol, a tym bardziej jakaś głupia amfetamina, to jest beznadziejna fikcja. Marihuana załatwia wszystko. A jak ktoś mi nie wierzy, niech się skontaktuje z Kamilem Sipowiczem, jego tak zwaną partnerką Korą i ich psem, to otrzymają pełną i fachową relację. Oni nie chleją, nie biorą w żyłę, nie żrą żadnych tabletek, u nich wreszcie się po domu nie walają puste flaszki. Oni zwyczajnie się upalają. I więcej im nie trzeba.
A zatem, jestem absolutnie przekonany, że informacja podana przez redaktorów internetowego wydania tvn24, jakoby owa Magda była uzależniona od marihuany, amfetaminy i alkoholu była zwykłym bełkotem. Ona od rana do wieczora była zwyczajnie zaćpana, a, co dla mnie oczywiste, ów Mariusz podobnie. I to właśnie w ten sposób, będąc w stanie kompletnego obłąkania, oni to dziecko krok po kroku doprowadzili do śmierci.
Jakiś już czas temu, a co ja tu przypomniałem stosunkowo niedawno, gdzieś w Polsce jakaś para wsadziła swoje dziecko do piekarnika i je upiekło. Czemu tak? Bo oboje uznali, że to dziecko to szatan. Skąd im to przyszło do głowy? No, nie wiem. Tego akurat media nie podały. Jak się domyślam jednak, to wszystko z powodu kolejnej fali powszechnych apeli o legalizację marihuany.
To co się wydarzyło w Coventry, a czego bohaterami stało się dwoje polskich emigrantów, jest samo w sobie wydarzeniem niezwykle inspirującym do rozmyślań. Tam jest tak bardzo wiele tajemnic, że, gdybyśmy tylko mieli dostęp do informacji wykraczających poza zwykłe medialne gówno, można by było sprawie poświęcić nie jedną, ale kilka tego typu notek. Weźmy choćby fakt, że to biedne, umęczone dziecko miało na nazwisko Pełka, podczas gdy mamie było Łuczak, a ojcu Krężołek. Czemu? Jak? Dlaczego? Diabeł jeden wie.
Podobnie, dobrze byłoby się dowiedzieć, jak to się stało, że Łuczak i Krężołek – przypomnijmy tylko, że dwoje ewidentnych narkomanów – byli tak niezwykle cwani, że przez naprawdę długi okres nikt nie zwrócił uwagi na to, że Daniel umiera. Zwyczajnie umiera. Jak to w ogóle było możliwe, że Łuczak i Kręciołek – przypomnijmy, że dwoje idiotów, którzy nie wiadomo po co wyjechali do Anglii w roku 2006 – potrafili tak manipulować odpowiednimi służbami, że nikt się nie zorientował, co się z tym dzieckiem dzieje. Tych pytań jest wiele, i nie bardzo jest miejsce i czas, by odpowiedzi na nie egzekwować. Mnie jednak najbardziej interesuje ów moment, kiedy ciężko uzależniona od marihuany (i podobno alkoholu) Łuczak wraz ze swoim kumplem Krężołkiem błagającemu z głodu o litość dziecku podają sól. Ja bym chciał wiedzieć, czy opisana wyżej sytuacja jest w stanie komuś wbić do głowy ten zupełnie oczywisty fakt, że owa eksponowana przez najbardziej prominentnych polskich polityków, i dyskretnie tolerowana przez ogólnopolskie media marihuana, to jest dokładnie ta sama śmierć, o której chciałem wyżej opowiedzieć.
I proszę mnie nie podejrzewać o to, że ja komuś tak wybitnemu, jak Kamil Sipowicz, który z marihuaną jest za pan brat od 40 lat, zarzucam, że on wraz z piosenkarką Korą Ostrowską morduje małe, bezbronne dzieci. Oczywiście że nie. Sipowicz to człowiek o wybitnie łagodnym usposobieniu. On tylko płynie. Ewentualnie, od czasu do czasu się wyrzyga i płynie dalej. Ci, co z nim rozmawiają w różnego rodzaju mediach – podobnie. To wszystko są dzieci Boba Marleya. A więc mamy tu jedynie „love, peace and harmony”.
Na to gówno już nic nie poradzimy. To już będzie z nami do naszej zasmarkanej śmierci. Mnie tu jednak chodzi o coś innego. I to już jest sprawa tak poważna, jak najczarniejszy, niezgłębiony grób. Ja bym chciał wiedzieć, jak to się stało, że owa Magda i Mariusz wyjechali do Anglii w roku 2006 i już nigdy nie wrócili. A nie dość, że nie wrócili, to wybrali sobie sami, że zostaną tam na zawsze. I to w tak niezwykle poruszających okolicznościach.
No i jeszcze coś. Być może o wiele ważniejszego, niż wszystko to co zostało powiedziane wyżej. Czy ktoś za to wszystko kiedyś odpowie? I Bóg mi świadkiem, że nie mam tu na myśli tych dwojga zaćpanych bałwanów.

Przyszedł sierpień, a ja już wiem, że to będzie najgorszy z miesięcy w tym roku. Najpierw wczoraj, ale i również przed chwilą, dowiedziałem się, że w sierpniu będę praktycznie bez pracy. W związku z tym, bardzo proszę szczególnie mocno o mnie i o tym blogu pamiętać. Dziękuję.