piątek, 31 stycznia 2014

Czy Włodzimierz Pawlik jest gender?

Ponieważ w Salonie24 zamieściłem tekst dotyczący spraw wyłącznie wewnętrznych, którymi nie chciałbym tu zawracać nikomu głowy, a z drugiej strony, nie mogę tego bloga pozostawić bez opieki, wklejam tu felieton, który ukazuje się dziś w „Warszawskiej Gazecie”. Bardzo dobry. Polecam.

Nie potrafię zgadnąć, jak duża grupa z czytelników „Warszawskiej Gazety” interesuje się filmem, a już tym bardziej, ilu z nich zna film Scorsesego „Król komedii”, niemniej opowiem krótko, w czym rzecz. Otóż Robert DeNiro jest bardzo zdolnym, niezwykle ambitnym komikiem, którego pierwszy problem polega na tym, że, niezależnie od swojego talentu, nie ma sposobu, by wybić się na sukces, a drugi, że jest, jak to lubią mówić niektórzy, psychicznie niezrównoważony.
Choroba, jaką cierpi, każe mu, z jednej strony, nie zważając na wszelkie, uważane za cywilizowane, zasady, walczyć o to, by dano mu choćby tę jedną szansę, a z drugiej, prowadzi go w pewnym momencie do miejsca, gdzie on już nie wie, co jest tylko jego fantazją, a co rzeczywistością. Podczas jednego z tych stanów zagubienia między rzeczywistością, a złudzeniem, wyobraża sobie, że zostaje zaproszony do bardzo słynnego telewizyjnego „talk show”, którego centralnym punktem staje się nieoczekiwanie ślub, jaki on bierze ze swoją ukochaną (swoją drogą, również wymyśloną), gdzie mistrzem ceremonii jest prowadzący program, a świadkiem największy mistrz w branży.
Przerażająco absurdalna jest scena tego ślubu, zorganizowanego w telewizyjnym studiu, na oczach zaproszonej publiczności i milionów telewidzów, a jej absurdalność jest tym większa, że swój film Scorsese nakręcił jeszcze w latach, kiedy można było mieć nadzieję, że świat zmierza w choćby częściowo rozpoznawalnym kierunku.
I wyobraźmy sobie, że oto nagle, nie dość, że pokazuje się nam najjaśniej i bez cienia litości, że tamta wizja Scorsesego wcale nie była tak absurdalna, to w dodatku robi się to tak, byśmy uznali, że ślub jakiegoś wariata i wymyślonej przez niego dziewczyny – choćby i zawarty podczas telewizyjnego programu rozrywkowego – nie jest wcale jeszcze czymś najgorszym. Oto podczas dorocznego wręczenia tak zwanych nagród Grammy, uroczystości w tym roku szczególnie dla nas ważnej, bo to tam właśnie nasz pianista, Włodzimierz Pawlik, został, jako pierwszy polski artysta, wyróżniony główną w swojej kategorii nagrodą, doszło transmitowanego na cały świat ślubu 33 par. Cała scena na tę okoliczność została zaprojektowana tak, by przypominała kościół, rolę księdza odgrywała prowadząca imprezę nieznana mi Murzynka, natomiast świadkami byli najbardziej aktualnie znani artyści muzyki popularnej. Zdobywca czterech statuetek, amerykański raper Mackelmore, razem z jakąś tłustą wytatuowaną lesbijką, śpiewał o tym, że każdy wolny w swoim sumieniu człowiek, powinien realizować się zgodnie ze swoją społeczną płcią, no i że woda świecona jest zatruta, przed nim stały wspomniane 33, głównie lesbijsko-gejowskie pary, po nich na scenę wyszła piosenkarka Madonna, wszyscy się w swoim religijnym uniesieniu popłakali, a uroczystość trwała w bardziej już, że tak powiem, tradycyjnym stylu.
Niedawno premier Tusk powiedział, że my mamy na punkcie tego „gender” prawdziwą obsesję. Ja zatem mam do niego jedno pytanie. Czy ów Pawlik odniósł jakiś sukces, czy to Grammy to jakaś nieistotna bzdura?

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

środa, 29 stycznia 2014

O toczącym się kamieniu i o tych, co oberwali nim po głowie

Przyznać muszę, cały zarumieniony od wstydu, że sprawę teledysku, a przy okazji najnowszego przeboju, wybitnej polskiej artystki estradowej Nataszy Urbańskiej zatytułowanego „Rolowanie” znałem na długo zanim na jego temat za stosowne uznał wypowiedzieć się piórem redaktora Łukasza Adamskiego tygodnik „W Sieci”. Wydaje mi się, że jeszcze gdzieś tak z początkiem roku przyszło do mnie jedno z moich dzieci i kazało obejrzeć ów występ, ja obejrzałem jego znaczną część, kiwnąłem głową ze zrozumieniem, i o zdarzeniu zapomniałem.
Czemu moje dziecko zainteresowało się tym klipem? Czemu pomyślało, że warto mi go pokazać? Czemu ja natychmiast o nim zapomniałem? Czemu wreszcie tygodnik „W Sieci” poświęca mu dziś cały, dwustronicowy artykuł? Odpowiedz na to pytanie wydaje się dość prosta, a stanowić ją może choćby tekst piosenki:

Weź mnie nie dancefloor
Zrobię ci hardcore
Tamten to asshole
Zero temptation


No i oczywiście sam clip, gdzie Urbańska, kompletnie zaćpana, a może tylko pijana, zwija się w dyskotekowym, jak to pięknie określiła niedawno minister Bieńkowska, kiblu.
Ktoś powie, że to faktycznie nie byle co, i że nawet na tle tego wszystkiego, co polska kultura i sztuka nam dostarcza od grubo ponad trzydziestu już lat, dzieło Nataszy Urbańskiej robi wrażenie. Ocena ta jednak byłaby bardzo niesprawiedliwa. Otóż, jak się okazuje, ten „dancefloor”, ten „hardcore”, ów „asshole”, by już nie wspominać o „zero temptation”, to ironia. Autorzy projektu pod tytułem „Rolowanie” nie mieli zamiaru traktować miłośników dobrej muzyki, jak idiotów, lecz, wręcz przeciwnie – ów przekaz był adresowany do bardziej wyrobionej publiczności, i miał na celu bezlitosne wykpienie pewnego rodzaju postawy kulturowej, polegającej na, krótko mówiąc, tak zwanym imprezowaniu, jaraniu i dupczeniu przy akompaniamencie muzyki najgorszej. No i, konsekwentnie, w celu wzmocnienia owego przekazu, Natasza Urbańska zaprezentowała się we wspomnianym klipie, jako zaćpana, gnijąca w dyskotekowej toalecie dziwka, a sama piosenka została wypełniona wszelkimi możliwymi atrybutami współczesnej zabawy, czyli wspomnianym „dancefloor” i „temptation”.
Jak się okazuje, problem z Urbańską – a przy okazji, z nami – jest taki, jak to dogłębnie wyjaśnił Janusz Józefowicz, mąż artystki i zapewne też jej promotor, że ona chciała zaledwie wyszydzić postkulturę, tyle że nikt owego szyderstwa nie zrozumiał. Intelektualiści, do których piosenka Urbańskiej była rzekomo adresowana, nie pojęli ironii i uznali, że to jest taki sam syf, jak Kylie Minogue, czy Miley Cyrus, a więc coś, co musi zwiastować ostateczny upadek polskiej, dotychczas naprawdę fantastycznej, rozrywki, wszyscy wyszydzani natomiast wpadli w zachwyt. Co gorsza, wyjaśnienia Józefowicza tylko sprawę dodatkowo skomplikowały, bo ci, co nową płytę Urbańskiej planują sobie kupić, lub ściągnąć z Internetu, Józefowicza mają, słusznie zresztą, w nosie, a intelektualiści się obrazili i zamiast uznać, że oni zrobili z siebie bałwanów, a piosenka „Rolowanie”, to kawał znakomitej publicystyki, publikują szalenie mądre recenzje, gdzie starają się albo udowodnić, że to całe gadanie o ironii, to zwykły wykręt, albo że wprawdzie piosenka Urbańskiej stanowi znakomitą publicystyczną ironię, jednak przez to, że za bardzo przypomina numer z kulą w wykonaniu Miley Cyrus, owa ironia jest wyjątkowo niesmaczna.
Redaktor Łukasz Adamski w tygodniku „W Sieci” idzie nieco dalej. On widzi, że piosenka Urbańskiej to gówno, przyjmuje do wiadomości, że jest to gówno zamierzone, załamuje ręce nad tym, że owo gówno spotkało się z tak dobrym przyjęciem ze strony wielbicieli gówna, natomiast w żaden sposób nie chce się zastanowić, dlaczego on i jego znajomi się wcześniej nie zorientowali? Dlaczego oni trafili na coś takiego, jak piosenka Urbańskiej, i zamiast wybuchnąć śmiechem, uznali, że to wszystko się dzieje naprawdę i na poważnie? Dlaczego żaden z nich nie krzyknął: „Panowie! To niemożliwe. U nas w Polsce coś takiego nie może mieć miejsca. Dla Miley Cyrus u nas nie ma miejsca, zwłaszcza gdy wszystko ma na oku tak wybitny artysta, jak Janusz Józefowicz. To musi być żart!”
Moim zdaniem, do tego typu reakcji ani dojść nie mogło, ani już nigdy nie dojdzie z jednego prostego powodu. Otóż polska kultura, i to niezależnie od tego, czy mówimy o piosence, literaturze, filmie, czy teatrze, osiągnęła stan, gdzie tak naprawdę nie ma sposobu, by uczciwie zdecydować, czy to co widzimy, słyszymy, czy czytamy, to wciąż sztuka, czy już wyłącznie kpina. Ktoś w tym momencie krzyknie, że tu mnie ma, bo sam sobie zaprzeczyłem. Skoro nie ma sposobu rozpoznać, czy mamy do czynienia ze sztuką, czy żartem, to dlaczego nigdy takich dylematów, jakie przeżywamy przy okazji produkcji Józefowicza i Urbańskiej, nie mamy, kiedy słuchamy na przykład Katarzyny Nosowskiej, oglądamy film „Drogówka”, czy czytamy najnowszą powieść Kuczoka? Dlaczego ani Kuczok, ani Smarzowski, ani Nosowska nigdy nie potrzebowali się tłumaczyć, że oni tylko tak żartowali i że ich film, książka, czy piosenka, to próba wyśmiania pseudokultury i gustów, które ową kulturę traktują z pełną powagą? A polskie kabarety? Czemu ich nikt nie pyta, czy to co oni robią to tak dla ja, czy na poważnie?
Otóż ja oczywiście mam na to odpowiedź. Moim zdaniem między piosenkami Nosowskiej, prozą Kuczoka, czy kinem Smarzowskiego, a klipem Nataszy Urbańskiej różnica jest tylko taka, że jedno i drugie jest kierowane do innego odbiorcy. Odbiorcy równie głupiego, równie niewykształconego, równie niewrażliwego, tyle że o różnego rodzaju pretensjach. Odbiorcy, który, z jednej strony, tak jak ledwo co wspomniane przez mnie dziewczyny z tramwaju, pragną tylko tego, by sobie potańczyć, pośmiać się i powspominać, a z drugiej… no właśnie, co z drugiej? Nic. Dokładnie nic – o ile nie uznamy, że czytanie gazet i oglądanie informacyjnych kanałów w telewizji to jest coś.
Jakiś czas temu poświęciłem tu kawałek miejsca na piosenkę wspomnianej Nosowskiej, zatytułowaną „Mimo wszystko”. Przypomnę, żeby było sprawiedliwie dla obu pań, fragment tekstu:

Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć jeden raz
Jeśli zwątpisz choć raz
To choćbyś z pistoletem zaszedł mi drogę
Powrotów nie będzie
Czasem coś... tyci czort
Zdania szyk przestawi mi
Kochaj mnie mimo wszystko
”.

Przepraszam, ale w jaki sposób piosenka Urbańskiej, nawet jeśli uznamy, że Józefowicz gadaniem o ironii próbuje ratować reputację swoją i autorów tej piosenki, a kto wie, czy nie całej płyty, jest gorsza? Bo Nosowska zrzyna od PJ Harvey, a Urbańska od Kylie Minogue? To jest argument do niczego, choćby z tego względu, że zarówno Kylie Minogue, jak i PJ Harvey kumplują się z Nickiem Cavem, a Nick Cave z kolei jest kolegą Miley Cyrus i Toma Waitsa, podczas gdy Nosowska i Urbańska są znajomymi Józefowicza, i całej mniej lub bardziej anonimowej bandy sutenerów i alfonsów, którzy robią w tak zwanej „rozrywce”.
Jakaś dziwna grupa obstawiająca ową branżę wymyśliła, że skoro Miley Cyrus odniosła tak wielki, międzynarodowy sukces swoja nową płytą, to oni też tak potrafią, no i zatrudniono do tego projektu Urbańską, wynajęto tekściarza, kompozytora, producenta, reżysera , kamerzystę, studio, zorganizowano pieniądze na odpowiednie gaże i stało się, co się stało.
Mamy więc nową płytę Nataszy Urbańskiej, którą jedni się zachwycają, inni żenują, a jeszcze inni próbują się po niej przejechać publicystycznie. I żadnemu z nich nie przyjdzie do głowy, że oni sami tę nędzę i współtworzą i są jej bardzo znaczącą częścią. Weźmy tego Łukasza Adamskiego, który tak strasznie ubolewa nad tym, że piosenka Urbańskiej „Rolowanie” miała nas wszystkich rozśmieszyć, a tu nikt się nie śmieje. Wszyscy tylko tańczą, a jak się śmieją, to z czegoś zupełnie innego. A zatem ja już na sam koniec może wytłumaczę Adamskiemu, skąd to się wszystko bierze. Otóż, tekst w tygodniku „W Sieci” jest spięty bardzo efektowaną klamrą w z Bobem Dylanem w roli głównej. Otóż Adamski, aby jakoś fajnie ten swój tekst zacząć, trawestuje tekst Dylana o pukaniu do bram nieba, na pukanie do bram żenady, natomiast kończy – nie w pięć ni w dziesięć – tradycyjną sentencją o toczącym się kamieniu, który nie porasta mchem, której autorstwo Adamski przypisuje właśnie Dylanowi. Oczywiście, jeśli wziąć pod uwagę całe to nieszczęście, z którym się niemal każdego dnia zmagamy, czy to będzie proza Stasiuka, czy filmy Szumowskiej, to niekompetencja Adamskiego jest taka sobie. Jednak ona jest i rzuca się w oczy, jak jasna cholera. Rzuca się do tego stopnia, że nie mam wątpliwości, że gdyby zawodowe losy rzuciły tego wybitnego dziennikarza do branży rozrywkowej, to on by zapewne operował w rejonach wyznaczanych z jednej strony przez Urbańską, a z drugiej przez posła Kalisza, dziennikarza Kuźniara, reżysera Klatę, czy kompozytora Rubika. Wszyscy zawodowcy, jak jasna cholera!

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Jaka szkoda, że Weronika nie jest androidem!

Od czasu, jak, obok prowadzenia tego bloga, postanowiłem wydawać książki, siłą rzeczy zacząłem zwracać staranniejszą uwagę na to, jak ów rynek działa. Mam zatem wrażenie, i nie sądzę, żebym się mylił, że przy tej wręcz nieprawdopodobnie szerokiej ofercie – ofercie tak absurdalnej, że aż robiącej wrażenie jakiegoś ciężkiego przekrętu – nie ma dziś praktycznie sposobu, by sprzedać coś, co nie jest adresowane do czytelnika z góry przygotowanego. Chodzi mi o to, że nie bardzo widzę możliwość, by ktokolwiek – poza może jakimiś kompletnymi maniakami – kto wejdzie do księgarni i ujrzy te tony papieru, zechciał w tym wszystkim przebierać, w nadziei znalezienia czegoś, co go nagle i nieoczekiwanie zainteresuje. To wszystko, bowiem, co się tam znajduje, jest tak jednakowe, tak równie interesujące, i tak samo nieciekawe, że nie ma sposobu, by, przede wszystkim, w tym wszystkim znaleźć tę jedną książkę, która nas zachwyci, a tym bardziej, by, jeśli już ją weźmiemy jakimś cudem do ręki, przyjrzeć się jej na tyle uważnie, by ów zachwyt z siebie wykrzesać.
A zatem, mam wrażenie graniczące z pewnością, że jeśli wchodzimy do księgarni, to albo po to, by zobaczyć, czy nie rzuci nam się w oczy, coś, co znamy, tylko że jakimś cudem o tym zapomnieliśmy, albo dostrzec nazwisko ulubionego pisarza i jego nową książkę, o której jeszcze nie słyszeliśmy, albo wreszcie, i po prostu, kupić to, co nas w pierwszej kolejności tam przywiodło. Cała reszta, te setki ton nikomu niepotrzebnego papieru zostanie tam już do czasu, gdy wszyscy, poczynając od autora, a kończąc na wydawcy, uznają, że ta książka tak naprawdę była tylko jeszcze jednym smutnym kaprysem.
Doświadczenie, jakie uzyskałem przez ten cały czas, gdy wspólnie z Gabrielem sprzedajemy nasze książki, jest takie, że w moim wypadku, niemal 100, a w przypadku Gabriela może 90 procent sprzedaży, trafia do osób, które już wcześniej albo o nas, albo o naszych książkach słyszeli, i jeśli do nas przyszli, to doskonale wiedzieli gdzie się znaleźli i po co. Z Gabrielem sytuacja jest trochę inna, bo on ma ów niezwykły dar opowiadania o sprawach, o których pisze, i faktycznie jest tak, że niekiedy na targach podejdzie ktoś zupełnie obcy, zwróci uwagę na jedną z tych książek, zapyta Gabriela, o czym to, a on już załatwi resztę. No i, przyznaję, że niekiedy się zdarzy, że ktoś posłucha, zaduma się, i powie: „To poproszę. Jeśli można, z podpisem”.
Jeśli idzie o mnie, zdarzyło mi się coś takiego zaledwie trzykrotnie, z czego tylko raz z wyraźnym efektem finansowym. Otóż na targach w Krakowie podszedł do naszego stoiska pewien człowiek, wziął do ręki książkę o zespołach, poprosił, żebym mu o niej opowiedział, a potem tę moją książkę wziął i kupił. Innym razem, na targach w Warszawie, podeszła do stoiska dziewczynka ze swoją mamą i też akurat zainteresowała się książką o zespołach. Obejrzała ją, powiedziała, że bardzo ją cieszy, że ładnie napisałem o zespole Arctic Monkeys, bo ona ich widziała na żywo w minione wakacje, i bardzo ich lubi, spytała o cenę, zapytała mamę, czy może jej tę książkę kupić, mama jej powiedziała, że nie, bo jest za droga, a więc dałem jej tę książkę w prezencie.
Ciekawa bardzo historia zdarzyła się na targach we Wrocławiu. Podeszła do nas pewna elegancka pani i zaczęła oglądać książkę o biustonoszu. Zapytała, co to takiego, a ja pomyślałem, że jej nie będę opowiadał, tylko dam jej do przeczytania fragment rozdziału o Weronice: ten, gdzie ja idę na spacer z moim psem, wszędzie widzę samotne dziewczyny, jak wracają z kolejnej nieudanej randki, a na chodnik tuż obok mnie spada kromka chleba wyrzucona z okna przez Weronikę, która powoli umiera.
Kobieta przeczytała ten kawałek i powiedziała, że w takim razie ona tę książkę poprosi. No i wówczas ja, zupełnie nieopatrznie, powiedziałem jej, że na pewno jej się ta książka spodoba, bo tam jest cała kupa takich historii, a każda bardziej prawdziwa od poprzedniej. W tym momencie, ona nieruchomieje i pyta: „To wszystko, co tam jest, to prawda?” Ja na to, że owszem. Prawda najprawdziwsza. „Nic pan nie wymyślił?” Nic, mówię. „To wszystko fakty?” Jak najbardziej, odpowiadam. „A, to w tej sytuacji, jeszcze się zastanowię”. I poszła sobie ta pani i już nie wróciła.
Od targów we Wrocławiu minęło już dość dużo czasu, a ja wciąż wspominam tamto spotkanie. I nawet nie ze względu na to, że straciłem te swoje 20 złotych, ale przez to, że ja nie jestem w stanie rozgryźć tej zagadki: dlaczego ta kobieta, której tak bardzo spodobała się moja historia, że postanowiła niemal w ciemno kupić tę książkę, w momencie, gdy się dowiedziała, że to wszystko się dzieje naprawdę, straciła dla tego wszelkie zainteresowanie? Ona widzi te biedne, pięknie ubrane, wystrojone, wymalowane dziewczyny, jak wracają samotnie do domu, bo właśnie się dowiedziały, że nikt ich nie chce, po chwili słyszy odgłos owej kanapki wyrzuconej przez inną z nich, tę, która już nawet nie chodzi na randki, bo nie ma na to siły, a po chwili słyszy oddech tego psa, który jest zwyczajnie szczęśliwy, bo i dostał jeść, i wyszedł sobie na spacer, a za chwilę wróci do domu i pójdzie spać; i to wszystko ją zachwyca od czubków włosów na jej głowie do koniuszków palców u jej stóp, pod jednym jedynym warunkiem – że to nie jest prawda.
I co w tej sytuacji może człowiek, który odnalazł w sobie potrzebę opowiadania historii, publikowania tych opowieści w książkach, i wychodzenia z tym wszystkim do każdego, kto zechce słuchać? Tu nie ma dobrego wyjścia. Prawdy niektórzy się boją, fikcja, jak wiemy, nie istnieje, pozostaje więc milczeć. Albo robić to, co dotychczas, licząc na tych, którzy wiedzą, po co przyszli i na pewno nie będą rozczarowani.
W minioną sobotę, ja i pani Toyahowa zostaliśmy zaproszeni na kolację do bliskich przyjaciół. Jechaliśmy sobie tramwajem, a obok nas siedziały dwie dziewczyny, w wieku może 20 lat, może mniej. To były dwie, zwykłe, bardzo przeciętnej klasy dziewczyny, jednak bardzo elegancko wyszykowane, pięknie uczesane, mocno umalowane, i, z tego co słyszeliśmy, udawały się na sobotnią imprezę gdzieś na Osiedlu Tysiąclecia. Ponieważ ani nie bardzo mnie interesowało to, o czym one rozmawiają, ani też nie chciałem zachowywać się zbyt obcesowo, starałem się na nie nie zwracać uwagi, jednak w pewnym momencie usłyszałem to jedno zdanie:
…by sobie potańczyć, pośmiać się i powspominać”.
I, powiem szczerze, zdrętwiałem. Usłyszałem te słowa, spojrzałem jeszcze raz na te biedne, tak pięknie umalowane panienki i zdrętwiałem. Bo nagle sobie uprzytomniłem, że jest dokładnie tak, jak jedna z nich powiedziała: chodzi tylko o to, by potańczyć, pośmiać się i powspominać. Oto prawdziwy geniusz. A oni nawet tego im nie dali.
I jak tu pisać ów „romans ciekawy”? No jak?

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

niedziela, 26 stycznia 2014

Za kim kibicuje minister Bieńkowska?

Z minister Bieńkowską, miałem kłopot przez wiele lat; jeszcze od czasu, kiedy ona była zaledwie jakimś urzędnikiem tu w Katowicach, a ja o jej istnieniu nawet nie wiedziałem. Otóż wracałem z synem pociągiem z Warszawy, w pewnym momencie zaszliśmy do „Warsu”, i tam ją zauważyliśmy. Przede wszystkim pewnie przez to, że trudno nie zauważyć ładnej, samotnej blondynki z laptopem, a poza tym dlatego, że ona od samego początku stała się obiektem bezpośredniego zainteresowania ze strony dwóch podpitych żuli.
W pewnym momencie, prawdopodobnie zachęceni jej uprzejmym uśmiechem, żule się do niej dosiedli, i cała trójka zaczęła sobie wesoło gawędzić. Ja oczywiście, jak już powiedziałem na samym początku, nie miałem pojęcia, że owa sympatyczna pani to przyszła minister w rządzie Donalda Tuska. Mimo to jednak, to, że ona tak łatwo się z nimi zaprzyjaźniła, zrobiło na mnie wrażenie.
Wrażenie bardzo mieszane. Przede wszystkim oczywiście, trudno jest mieć szacunek do eleganckiej kobiety, która zaczepiana przez dworcowe męty, nie powie im, żeby się od niej odpieprzyli, ale przeciwnie, robi wrażenie , jakby ich towarzystwo zupełnie jej nie przeszkadzało. Z drugiej strony, było w tym coś imponującego. W końcu ja sam, jak wiemy, na widok snujących się w mojej okolicy meneli, ani nie uciekam, ani się od nich nie odganiam, ale zawsze znajduję dla nich czas i owego czasu nie uważam za stracony. A więc, kiedy Elżbieta Bieńkowska przestała być osobą anonimową, myślałem sobie o niej raczej dobrze, niż źle. Ile razy ją widziałem, patrzyłem na nią, jak na kobietę, która zaczepiona w pociągu przez dwóch pijaczków, nie spojrzała na nich z pogardą z nad swojego laptopa, ale odłożyła robotę i z nimi zwyczajnie pogadała. Przyzna chyba każdy, że coś takiego potrafi uwieść.
Po raz pierwszy, jak pomyślałem sobie, że tamten incydent w pociągu jednak chyba świadczy o Bieńkowskiej bardziej źle, niż dobrze, a więc to, iż ona tak chętnie zgodziła się zaprzyjaźnić z tymi żulami, wynikało nie z jej otwartości na świat, ale wręcz przeciwnie, to było wtedy, gdy Donald Tusk uczynił ją drugą osobą w rządzie, a, ostatnio niezbyt przyjazne władzy, media ujawniły, że ona nosi tatuaże. Przepraszam bardzo, ale, przy całym moim zrozumieniu dla dzieci, które potrzebują się dziarać, ja nie jestem w stanie pojąć, co stoi za tym, że się tatuuje kobieta niemal 50-letnia. Tu musi się dziać coś bardzo szczególnego. Coś, wobec czego tamto zdarzenie z pociągu już nie wygląda tak egzotycznie.
No i nagle Elżbieta Bieńkowska odsłoniła się kompletnie, rzucając to swoje „No, sorry”. Tu więc te tatuaże, tam znowu tych dwóch pijaczków, tu to „sorry”… Przepraszam bardzo, ale wygląda na to, że nasz premier ma niezwykły talent do wynajdywania prawdziwych okazów. I to naprawdę bez znaczenia, czy mówimy o kobietach, czy mężczyznach.

Powyższy tekst ukazał się w ostatnim numerze "Warszawskiej Gazety", a więc ja już swoje za niego dostałewm, niemniej jednak, jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

sobota, 25 stycznia 2014

Z notatnika dupy - nie kibica

Kiedy chodziłem do liceum, miałem fantastycznego kumpla o imieniu Zbyszek, na którego akurat i tak wszyscy i tak mówiliśmy nie inaczej, jak tylko „Stopa”. Stopa był moim serdecznym kolegą, z którym moja przyjaźń oparta była tak naprawdę nawet nie na wspólnej miłości do Beatlesów, ale na czymś, co jest wręcz niemożliwe do określenia. Jak to w życiu.
Oprócz tego, że Stopa grał na gitarze tych Beatlesów, on miał kompletną szajbę na punkcie angielskiej ekstraklasy piłkarskiej, i nie dość, że znał nazwy wszystkich angielskich drużyn, a prawdopodobnie też ich składy, to regularnie i na bieżąco – kupując w KMPiK-u, w nowej Polsce zamienionym na EMPiK, co tydzień „Daily Mirror” – śledził tamte rozgrywki. Ulubioną drużyną Stopy był West Ham, a ponieważ ja z jednej strony o stanie piłki nożnej na Wyspach miałem pojęcie znikome, a z drugiej owa sytuacja dla Stopy była nie do zniesienia, uznał on za stosowne zrobić dla mnie przynajmniej tyle, by uczynić mnie kibicem konkretnej drużyny. I to wtedy dowiedziałem się o istnieniu Evertonu. Któregoś dnia Stopa przyszedł do mnie i powiedział: „Kibicuj za Evertonem. Oni są fajni”. Do dziś więc, moją drużyną jest Everton.
Od czasu, gdy skończyłem liceum, ze Stopą się nie widziałem. Wiem, że mieszka dziś w Kanadzie i to wszystko. Któregoś dnia napisał do mnie na Naszej Klasie, ja mu natychmiast odpisałem, wymieniliśmy się numerami telefonów, umówiliśmy się na rozmowę, no ale, jak to w życiu, jakoś nam zeszło, i dziś, poza tym, że on mieszka w tej Kanadzie, nie wiem o nim nic. Nie wiem też oczywiście, jak tam wygląda aktualna sytuacja w Evertonie, które oni zajmują miejsce w lidze, a już z całą pewnością nie umiem wymienić nazwiska choćby jednego ich piłkarza, ale to wiem z całą pewnością: jeśli ktoś mnie spyta, komu kibicuję, to bez mrugnięcia okiem, odpowiem – Evertonowi. A jeśli ktoś będzie dociekał, i zapyta, dlaczego, udzielę odpowiedzi oczywistej: „Bo Stopa mi ich polecił”.
Co mi strzeliło do głowy, by po raz drugi w ciągu jednego tygodnia pisać o sporcie? Otóż wcale nie chodzi o piłkę nożną, ale, tak jak poprzednio, o tenis. Rzecz w tym, że ja się na tenisie, i w ogóle na sporcie, znam dokładnie tak, jak na piłce nożnej, natomiast zarówno, jak chodzi o tenis, piłkę nożną i w ogóle sport, moje serce jest tak samo dokładnie otwarte, jak to się dzieje w przypadku piłkarzy z Liverpoolu. Mam na głowie mnóstwo różnych rzeczy, ale, jeśli tylko nadarzy się okazja, jestem gotów naprawdę na wiele.
Piłka nożna zatem, to Everton, natomiast co do tenisa, również nie mam żadnych dylematów. Oto dwoje tenisistów, którym bezwzględnie kibicuję. Przede wszystkim, jak już pisałem wcześniej, Agnieszka Radwańska, a zaraz po niej – Rafael Nadal. Dlaczego lubię Radwańską, nie muszę wyjaśniać, a jeśli idzie o Nadala, tak się jakoś w pewnym momencie stało, że go polubiłem, postanowiłem mu kibicować, i od tego czasu życzę mu wszystkiego najlepszego, niezależnie od tego, jak mu idzie na tych kortach. Pamiętam, jak w pewnym momencie on zaczął robić wrażenie kogoś, kto lada chwila będzie zmuszony zakończyć tę karierę, czy to ze względu na naturalną obniżkę formy, czy może z powodu fatalnie zrujnowanego zdrowia, a ja nadal kibicowałem Nadalowi. Radwańskiej i Nadalowi.
W stylu absolutnie mistrzowskim wrócił Nadal na pierwsze miejsce w rankingu. Wczoraj w półfinale turnieju w Melbourne pokonał w trzech setach Federera, jutro zapewne wygra z Wawrinką, i na swoim koncie zapisze 14. wielkoszlemowe zwycięstwo.
Oglądałem wczoraj pojedynek Nadala z Federerem. Kto ten mecz oglądał razem ze mną, wie wszystko. Nadal to tenisowy geniusz w wymiarze niemal surrealistycznym. Ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na dwa elementy, który, być może nie są już tak dyskutowane, jak jego kolejne zwycięstwa. Pierwszy z nich to ten, że w ciągu minionego roku, ów słynny, nerwowy nawyk Nadala, polegający na tym, że on przed każdą kolejną piłką, całkowicie bezwiednie, musi dotknąć swojego nosa, uszu, policzków, poprawić włosy, koszulkę i spodenki, wzmocnił się o tyle, że on to wszystko musi powtórzyć jeszcze raz, a niekiedy dwa razy. Pytano o to szczególne natręctwo samego Nadala w którymś z wywiadów, no i on odpowiedział, że on sobie w ogóle nie zdaje sprawy z tego, że to robi.
A więc, to jedno. Druga rzecz, która mnie przy okazji tego kolejnego już zwycięstwa poruszyła, to fakt, że on kilka ostatnich pojedynków, w tym wspomniany z Federerem, rozegrał z bardzo ciężkimi ranami na lewej dłoni – dłoni, w której on trzyma rakietę. Widziałem te pęcherze, fizycznie niemal czułem ten ból, który on musiał czuć w każdej sekundzie meczu, patrzyłem na niego, jak wygrywa kolejne piłki, i jedyne co sobie myślałem, to to, że ja oczywiście jestem dla niego pełen podziwu i zachwytu, ale byłoby mi bardzo przykro, gdyby do takiego stanu doprowadziła się Agnieszka Radwańska. Nawet za cenę zostania najwybitniejszą tenisistką wszechczasów. Jeśli ona ulegnie podszeptom, z jednej strony, kibiców, a z drugiej, tych wszystkich biznesów, które ją otaczają, jak sępy, i, owszem, stanie się wreszcie niepokonana, ale za to zacznie się zachowywać jak japońska zabawka za milion dolarów, na moment przed nieuchronną i ostateczną awarią, będzie mi bardzo, ale to bardzo przykro.
A zatem, moje kibicowanie pozostanie na poziomie ustalonym przed wielu już laty: kiedy się dowiem, że Everton zdobył wreszcie mistrzostwo, bardzo mi będzie miło; kiedy Nadal wyprzedzi wszystkich i zostanie ogłoszony największym tenisistą w historii, poczuję wielką satysfakcję, a ile razy Agnieszka Radwańska wyjdzie na kort, a cały stadion będzie jej wiwatował, bo jest świetną tenisistką i mądrą, piękną dziewczyną, może sobie nawet od czasu do czasu przegrać. To nie jest jakaś szczególnie wygórowana cena za te chwile satysfakcji.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

piątek, 24 stycznia 2014

Powrót do szpitala "Europa"

Przed wielu już laty, zamieściłem na swoim blogu notkę, która następnie znalazła się w książce o siedmiokilogramowym liściu, zatytułowaną „Witamy w szpitalu Euro”. Mówiąc bardzo krótko, tytuł tego tekstu, ale i także jego podstawowy pomysł, oparty był na starej jeszcze bardzo piosence Wojciecha Młynarskiego „Hotel Europa”, gdzie Młynarski nam przedstawia bardzo nowoczesny i elegancki hotel, w którym wszystko niemal jest na swoim miejscu, z tym jednym wyjątkiem, że mianowicie neon z nazwą hotelu się zepsuł i zamiast „Europy”, mamy to nieszczęsne „Euro”.
Korzystając z tego wręcz niezwykłego pomysłu, wymyśliłem sobie taką sytuację, że oto mamy Polskę, która jest już pełnoprawnym członkiem europejskiej cywilizacji, w każdym kranie, jak to zapowiadał premier Tusk, od rana do wieczora leci już tylko ciepła i żadna inna woda, no a jeśli komuś się coś jeszcze nie podoba, zostaje natychmiast ze wspólnoty ludzi zadowolonych wyłączony i skazany na wieczną samotność. I oto w tej naszej Polsce wybudowany zostaje wielki wspaniały szpital, do którego każdy członek wspólnoty ma dostęp wyłącznie teoretyczny, i jedyne, co mu pozostaje to w tępym zadowoleniu wpatrywać się w wielki kolorowy neon „Szpital Euro”, w którym wprawdzie akurat nawaliły dwie literki, ale w końcu przecież i one zostaną naprawione, i wszystko będzie, jak to niedawno ładnie określił rzecznik Michalski – grało.
Minęło trochę czasu, i oto w moim mieście wybudowany został faktycznie nowy, elegancki, prywatny szpital, wprawdzie nie o nazwie „Europa”, ale „Euro Medic”. Na szczęście jednak owa nazwa nie została ogłoszona przy pomocy neonu, lecz wielkiego kolorowego logo, no i, co najważniejsze, dostęp do niego, o ile się orientuję, jest póki co, nie tylko teoretyczny, ale także, jak najbardziej praktyczny, ograniczony jedynie posiadanym przez chorego zabezpieczeniem finansowym.
Nawet się nie obejrzałem, jak już po powstaniu szpitala „Euro Medic” pojawiła się kolejna sieć usług poświęcona ochronie naszego zdrowia, obsługiwana tym razem już nie przez pojedynczych przedsiębiorców, ale przez biznesowe porozumienie między bankami, a prywatnymi ośrodkami zdrowia, o równie spektakularnych nazwach, co wspomniany wcześniej „Euro Medic”, nawet jeśli bez Europy w tytule, to brzmiących naprawdę po europejsku. I kiedy wydawało się, że granicę dla owych pomysłów innowacyjnych, mających na celu ochronę naszego zdrowia, stanowi już tylko horyzont i błękitne niebo nad głowami, okazało się, że System zdecydowanie przekalkulował ludzkie oczekiwania i postanowił wszystko sprowadzić do rozwiązań podstawowych i najprostszych. Któryś z nich celnie zauważył, że kiedy tak naprawdę chodzić już może tylko o przeżycie, nie są potrzebne ani neony, ani z obca brzmiące nazwy, ani nawet owa „Europa”, a zaledwie szara kwadratowa bryła plus maksymalnie jednoznaczna informacja o ofercie.
Oto szliśmy sobie dziś, ja pani Toyahowa i nasz labrador, do parku na spacer i z prawdziwą satysfakcją stwierdziliśmy, że szpital „Euro Medic” niewątpliwa chluba zarówno naszego regionu, jak i całego kraju, zdecydował się zmienić wizerunek. Wprawdzie sama nazwa pozostała jak dotychczas, tyle że jest zaprezentowana mikroskopijną czcionką gdzieś na boku, w rogu, podczas gdy niemal cały front szarej bryły budynku zajmuje wielki, szary napis „Szpital”. I tyle. „Szpital”.
A ja sobie myślę, że to jest coś fantastycznego. Oto doszliśmy, jako kraj i jako naród, na razie przynajmniej, jak idzie o ochronę zdrowie, do punktu, gdzie doprawdy szkoda czasu, wysiłku i pieniędzy na nicnieznaczące bzdury. Jeśli ktoś jest chory, i to chory na tyle poważnie, by wiedzieć, że już naprawdę nic poza tym zdrowiem się nie liczy, szuka szpitala, i jeśli tylko umie składać literki i kojarzyć nazwy z odpowiednimi przedmiotami, znajduje go bez najmniejszego kłopotu, a tam już odpowiedni fachowcy odpowiednio fachowo się nim zajmą. Szpital o nazwie „Szpital”. Czyż nie o to nam od początku wszystkim chodziło?
Uważam, że przed nami już wkrótce kolejne równie spektakularne wrażenia. W każdym mieście, oprócz owego „Szpitala”, powstanie jedna przychodnia zdrowia podstawowego o nazwie „Lekarz”, będzie też jeden wielki sklep o nazwie „Sklep”, dworzec kolejowy o nazwie „Pociąg”, a dla ludzi spragnionych rozrywki, ogromne kino o nazwie oczywiście „Kino”. Oczywiście pozostaną banki, wszystkie o nazwie „Bank”, a będzie ich więcej, niż szpitali, sklepów, pociągów i kin, bo to i świat cały, no i oferta prawdziwe poważna. Myślę, myślę, myślę, i naprawdę nie widzę nic więcej, co by tak naprawdę było potrzebne. W końcu telewizor każdy ma w domu, a jak nie ma, to kupi sobie w „Sklepie”, choćby i na raty uzyskane w jednym z „Banków”.
I, żeby skończyć te niezwykłe rozważania, jakimś optymistycznym akcentem, myślę, że to wszystko następuje w samą porę. Oto nie minął nawet tydzień, jak w Zabrzu pewien staruszek, poczuł, że mu jakoś ciężko na sercu, udał się do szpitala o zupełnie niepotrzebnie długiej i trudnej do zapamiętania nazwie, z prośbą, by mu tam zmierzono ciśnienie, oni mu kazali czekać, więc on czekał, czekał, czekał, aż sobie cichutko zmarł, gdy dziś, tym razem w Poznaniu, rodzice przywieźli do innego, o równie zapewne długiej i niepotrzebnie skomplikowanej nazwie, szpitala, swoje trzyletnie dziecko, które również nie doczekało się pomocy i, podobnie jak ów staruszek z Zabrza, cichutko zmarło. Oba te zdarzenia świadczą o tym, że, jeśli się zastanowić, to tak naprawdę nam wiele nie potrzeba. Wystarczy to zdrowie i żeby mieć coś do ust i na grzbiet włożyć. I to zupełnie niezależnie od wieku. Jeśli się naprawdę solidnie zastanowić, to i nawet to kino nie jest nikomu potrzebne. W końcu, kto ma ochotę na iluzje, kiedy wokół sama, goła prawda?

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

czwartek, 23 stycznia 2014

O prawicy bez rozumu, bez ducha i bez charakteru

Wspominałem już o tym parę razy, ale ponieważ głupio tak lekceważyć czytelników, którzy są albo nowi, czy może się zagapili, powtórzę. Otóż, jeśli po naszym mieszkaniu wszędzie walają się numery tygodnika „W Sieci”, to głównie ze względu na sentymenty i emocje naszej najstarszej córki. Ona kiedyś, jeszcze przed laty, uznała, że bliźniacy Karnowscy to porządni, uczciwi i utalentowani dziennikarze, w obliczu znanej nam wszystkim sytuacji w polskich mediach, uczepiła się owej myśli jak pijany płotu, no i dziś, przez to, że już ma swoje pieniądze, kupuje ten tygodnik, i to niezależnie od tego, ile tam pojawi się tekstów sygnowanych przez Łukasza Warzechę, Krzysztofa Feusette, czy tę nieszczęsną Dorotę Łosiewicz.
Mieliśmy ostatnio wymianę, która zapowiadała się, jak wielka awantura, ale, choć obie strony pozostały na ustalonych z góry pozycjach, jakimś cudem zakończyła się pokojowo. Skoro jednak nie udało mi się wygrać tam, spróbuję powiedzieć, o co mi chodzi, tutaj. Otóż, jak z pewnością pamiętamy, dość niedawno, dziennikarz TVP Andrzej Turski, jeden z ostatnich, że tak to określę, autentycznych dinozaurów późnego PRL-u, prowadząc kultową gdzieniegdzie audycję pod nazwą „Panorama”, robił wrażenie słabo przytomnego, czego nie omieszkał zauważyć portal wpolityce.pl, i napisał w tej sprawie niezwykle prześmiewny komentarz, sugerując, że Turski występował po pijaku.
Stało się jednak tak nieszczęśliwie, że, jak się okazało, zachowując się tak, jak się zachowywał, Turski nie był wcale pijany, tylko bardzo ciężko chory, co zresztą niemal natychmiast udowodnił, umierając, no i pozostawiając redaktorów wpolityce.pl w sytuacji co najmniej niezręcznej.
Ktoś powie, że trudno. Shit happens. Dziennikarze generalnie chleją, wielu z nich chleje w sposób skandalicznie wręcz oficjalny, są tacy, którzy ze swoim stanem nie ukrywają się nawet w obliczu ogólnopolskiej kompromitacji, padło akurat na Turskiego, no a ponieważ ktoś taki jak on musiał budzić różnego rodzaje emocje, prawicowe dziennikarstwo w sposób naturalny połknęło haczyk… no i stało się. Otóż nic z tego. Tak to ewentualnie – choć i tu nie mam pewności – mógłbym się zachować ja, który jedyne, co ma, to ten telewizor i swoje nędzne doświadczenie. Jeśli jednak mówimy o firmie w rodzaju wpolityce.pl, można by się spodziewać, że oni akurat wiedzą więcej, a nawet, jeśli nie wiedzą, to mają różne sposoby, żeby sprawę zbadać. Jeśli jednak redakcja portalu wpolityce.pl rzuciła się na temat jak pijak na flaszkę żołądkowej gorzkiej, to akurat o nich świadczy to jak najgorzej.
I oto stała się rzecz absolutnie niezwykła. Władze TVP zrobiły coś, czego my od lat nie jesteśmy się w stanie doczekać ze strony tak zwanych „naszych”, a mianowicie, uznając, że ich kolega i przyjaciel został potraktowany w sposób rażąco niesprawiedliwy, i to na poziomie nie zwykłego politycznego mordobicia, ale życia i śmierci, postanowiło, że redaktor Jacek Karnowski dostaje dożywotni zakaz wstępu za próg firmy.
Ja Turskiego, jak większości prawdziwych funkcjonariuszy Systemu, szczerze nie znosiłem. Karnowskiego też nie lubię, choćby od czasu, gdy któryś z nich, wraz z Erykiem Mistewiczem i Janem Hartmanem, podczas mojego występu w programie Jana Pospieszalskiego, potraktował mnie, jak szmatę, jednak w konfrontacji Turski – Karnowski zdecydowanie chciałbym stać po stronie Karnowskiego. Niestety, nie mogę. Przede wszystkim dlatego, że Karnowski, jako pierwsza twarz portalu wpolityce.pl, jak również jego partnerka w interesach, wspomniana wcześniej Dorota Łosiewicz, prowadząca, nieznany mi akurat kompletnie, portal wsumie.pl, który, jak się okazuje był pierwszym dostarczycielem newsa na temat rzekomego pijaństwa Turskiego, zrobili z siebie kompletnych idiotów, i zamiast przeprosić i się zamknąć, nie dość, że postanowili udawać, że nic się nie stało, to jeszcze dziś rwą sobie włosy z głowy, drąc mordy na temat cenzury.
I oto mamy najnowszy numer tygodnika „W Sieci”, i bliźniaków Karnowskich, którzy tym razem do swojej cotygodniowej pogawędki zaprosili Jana Pospieszalskiego i Pawła Nowackiego, autorów programu TVP Info „Bliżej”. Tematem rozmowy jest rzekomy skandal związany z decyzją władz TVP, by za jego zaangażowanie w sprawę, wystawić Jackowi Karnowskiemu czarne papiery i go do firmy nie wpuszczać. Rozmowa jest odpowiednio długa, ilustrowana odpowiednimi zdjęciami, na których widzimy wszystkich czterech bojowników o wolność słowa w Polsce i na świecie, i żaden z nich ani jednym zdaniem nie wspomina o tym, co tak naprawdę stało za zorganizowanym przez TVP bojkotem osoby Jacka Karnowskiego. Cała czwórka aż kipi z oburzenia na antycywilizacyjne i antywolnościowe praktyki TVP, jednak choćby na krótki moment nie pojawia się w rozmowie nazwisko Andrzeja Turskiego. Jedyne, czego się dowiadujemy, to to, że TVP jest rzekomo w jakimś prawnym sporze z Karnowskimi, co w dodatku jest podobno bezczelnym kłamstwem. Pojawiają się wszelkie możliwe tematy, zaczynając od lasów państwowych, a kończąć na oczywiście Smoleńsku, nazwiska Barbary Fedyszak Radziejowskiej, Ryszarda Legutki, Zdzisława Krasnodębskiego, Mariana Brandysa, Herberta, abp Hosera, nawet księdza Popiełuszki – o Turskim ani słowa. Przepraszam, że to powtarzam już po raz setny, ale zupełnie jakby cała czwórka uznała, że czytelnicy tygodnika „W Sieci” to banda idiotów, którym wystarczy nawrzeszczeć do ucha, żeby przyjęli wszystko, co im się każe.
No, ale, tak naprawdę, nie chodzi nawet i o to. To że oni uważają nas wszystkich za durniów, to sprawa stara i wyjątkowo już nudna. Ja dziś chciałem naprawdę stanowczo wyrazić swoje poparcie dla postawy zaprezentowanej przez władze TVP. Oczywiście nie mam pewności, na ile intencje, jakie stoją za tą decyzją są czyste, a na ile wynikają one z prostej chęci dokuczenia komuś, kogo się szczerze nie znosi, niemniej jednak ja jestem pod autentycznym wrażeniem. Sępy należy tępić, a jeśli są to sepy szczególnie bezczelne, to tępić bez litości. To, co zrobiła TVP w stosunku do Jacka Karnowskiego, to jest coś, co od lat stanowi moje najskrytsze marzenie: doczekać czasów, kiedy oni – i tym razem nie mówię o „naszych”, ale jak najbardziej o „onych” – wszyscy z dnia na dzień zostaną zrzuceni z tego miejsca, które zajmują, do publicznego niebytu. Gdyby to ode mnie zależało, gdybym ja po raz pierwszy zobaczył jakiegoś Jacka Żakowskiego, Katarzynę Kolendę, Grzegorza Miecugowa, Monikę Olejnik, Jarosława Kuźniara, czy dziesiątki innych, jak przychodzą, by się lansować w miejscu, gdzie ja podejmuję decyzję, każdego z nich bym zwyczajnie wystawił za drzwi, z osobnym dla każdego oświadczeniem, informującym go, że za to, co zrobił, do końca życia będzie się mógł najwyżej produkować u siebie w domu. Gdybym był szefem telewizji o pewnej podstawowej autonomii, każdy człowiek na portierni zostałby bardzo starannie przeszkolony, by w momencie, gdy do budynku będzie próbował wejść którykolwiek z nich – Knapik, Kuźniar, Pałasiński… można wymieniać – wołał ochronę. I to, uważam, byłoby z mojej strony zachowaniem jak najbardziej naturalnym.
Na sam koniec jeszcze jedno konieczne wyjaśnienie, na wypadek, gdyby ktoś uznał, że ja uważam Jacka Karnowskiego, Dorotę Łosiewicz, czy całe to nasze prawicowe towarzystwo za równie zepsute, jak wspomniani wcześniej Żakowski, czy Kolenda-Zaleska. Nie. Ja wciąż wierzę, że oni są zepsuci jednak mniej, rzecz natomiast w tym, że ja przede wszystkim postępowanie władz TVP rozumiem, a poza tym, obawiam się – i daje słowo, że, kiedy to piszę, jest mi niewyobrażalnie przykro – że oni, nawet jeśli sa od nas podlejsi, mają znacznie więcej zwykłego ludzkiego charakteru, niż którykolwiek z nas. I to jest dopiero smutne.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym nie mam niemal już nic. Dziękuję.

środa, 22 stycznia 2014

Agnieszka Radwańska, czyli stul kibicu paszczę

Fakt, że w naszym domu, przez wiele długich lat, każda zimowa niedziela stała pod znakiem większych lub mniejszych sukcesów Adama Małysza, zawdzięczamy wyłącznie naszej starszej córce, która pewnego dnia ogłosiła swoją miłość do Małysza… no i dalej wszystko potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami. W końcu, jak miłość, to miłość.
Najpierw więc, chcąc nie chcąc, a po pewnym czasie już jak najbardziej z własnej, nieprzymuszonej woli, oglądaliśmy te skoki, i gdyby mnie na przykład spytać, jakie dyscypliny sportowe mogę zadeklarować, jako swoje ulubione, skoki wymieniłbym na jednym z pierwszych miejsc. Nie wiem, jak to wygląda u innych, ale, jak idzie o te skoki, oglądałem je przez te wszystkie lata z prawdziwą przyjemnością, jednak zawsze przy tym, miałem poczucie, że ta akurat dyscyplina nie jest do końca poważna. Patrzyłem na tych skoczków, z których każdy nieodmiennie robił wrażenie, jakby to, z czego żyje, stanowiło dla niego wyłącznie rozrywkę, w dodatku rozrywkę lekką, łatwą i przyjemną, i wciąż tkwiłem w tym – dziś już to wiem – jakże błędnym przekonaniu, że właściwie, gdybym tylko trochę poćwiczył, to i ja bym umiał tak polecieć, jak oni.
No i niedawno stało się tak, że austriacki skoczek Morgenstern, wykonał kolejny z tysięcy swoich skoków… i spadł na ten śnieg, jak, nie przymierzając, szmata, z trudem zachowując życie. Kiedy zapytano jednego ze specjalistów, jak to się stało, że ów biedny Morgenstern nagle i niespodziewanie, w sytuacji pozornie tak nieprawdopodobnie prostej, zachował się, jak wcześniej wspomniana szmata, ten odpowiedział, że wszystko zaczęło się od drobnego błędu, polegającego na tym, że on odrobinę zbyt wcześnie ułożył narty w kształt „v”, no i dalej już władzę nad nim przejął wiatr.
Usłyszałem to wyjaśnienie i nagle sobie uprzytomniłem, że, jeśli idzie o sport wyczynowy, a już za całą pewnością sport wyczynowy na poziomie mistrzowskim, mamy do czynienia z wymiarem, którego tak naprawdę pojąć nie jesteśmy w stanie. Bez względu na to, czy stajemy przed Stochem, Messim, Nadalem, Woodsem, czy choćby zwykłym mistrza świata w skokach na głowę do basenu, tego co przed nami, nie jesteśmy w stanie ani pojąć, ani choćby zaczepić skrawkiem naszej wyobraźni.
Czytałem kiedyś rozmowę z pewnym Ingemarem Johanssonem, dziś już nieżyjącym bokserem ze Szwecji, który w roku 1959 został mistrzem świata wszechwag w boksie. Kiedy słyszymy dziś taką informację, musimy pamiętać, że to były inne czasy, niż mamy teraz, kiedy to tych federacji jest tak dużo, że już nie jesteśmy w stanie się doliczyć kolejnych mistrzów świata. W latach 50-tych, 60-tych, czy nawet 70-tych, kiedy uzyskiwało się tytuł mistrza świata w boksie, to było się faktycznie pierwszym bokserem na świecie. A zatem ów Johansson znokautował w trzeciej rundzie Floyda Petersona, zdobył ten swój tytuł, rok później Peterson mu ów tytuł odebrał, w kolejnym roku nastąpił kolejny rewanż, gdzie Paterson znów Szweda rozbił, i ta niezwykła kariera osiągnęła swój ostateczny koniec. Czytam ów wywiad z Johanssonem, i on w pewnym momencie, na pytanie, jak to jest być najlepszym na świecie, odpowiada tak: „Nigdy o tym nie myślałem. Człowiek o takich rzeczach nie myśli. Masz w głowie tylko to, by wygrać następną walkę. Nigdy nie brałem pod uwagę tego, że mogę przegrać, jakoś wygrywałem, no i w pewnym momencie zdobyłem ten tytuł. Potem przegrałem, i przestałem być mistrzem.
No i cóż z tego? Któż ci zagwarantuje, że będziesz mistrzem wiecznie? Może trzydziestu bokserów w historii zdobyło ten tytuł, a zatem, jeśli okazujesz się nagle być jednym z nich, to chyba nie jest źle, co?
„Może trzydziestu bokserów zdobyło tytuł mistrza świata. Jeśli jesteś jednym z nich, to chyba nie jest źle, co?” Bardzo mi się podoba ta myśl, bo tu widać doskonale ową przepaść między byciem mistrzem, a byciem zaledwie kibicem. To tu, jak nigdzie indziej chyba, widać ową fantastyczną różnicę między owym wysiłkiem, no i talentem, z którym on jest nieodłącznie związany, a ową wiecznie niespełnioną, i pełną pretensji, aspiracją.
Dziś w nocy, podczas turnieju Australian Open, Agnieszka Radwańska wygrała swój ćwierćfinałowy pojedynek z Victorią Azarenką, i awansowała do półfinału, osiągając jeden z największych sukcesów w swojej karierze. Z tego co widzę na własne oczy, ale również w oparciu o opinię ludzi, którzy o tenisie mają znacznie większe pojęcie, niż ja, Radwańska zagrała wielki mecz. Oczywiście, Azarenka nie była tak dobra, jak zwykle, ale fakt pozostaje faktem – Radwańska zagrała wielki mecz i tym samym, nie po raz pierwszy zresztą, udowodniła, że jest jedną z najlepszych obecnie tenisistek na świecie.
Bardzo cieszy mnie ten sukces przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, ja generalnie cieszę się, kiedy Polacy odnoszą sukcesy, ale oprócz tego, ja Agnieszkę Radwańską uwielbiam. Uważam, że jest osobą mądrą, sympatyczną, bardzo porządną i, co nie najmniej ważne, dziewczynę o wielkim charakterze. Cieszę się jednak też z tego względu, że zeszły rok dla Radwańskiej nie był najlepszy, jak idzie o tak zwany wizerunek publiczny. Ona wielokrotnie, i z wielu doprawdy kierunków, była poddana tak niebywałej agresji, że w pewnym momencie stało się jasne, że jedyne, co może zrobić, żeby ten atak odeprzeć, to osiągnąć jakiś spektakularny sukces. To że ona już, bez względu na to, jak potoczy się jej dalsza kariera, i tak zapisała się w historii kobiecego tenisa na świecie, dla tych, co jej nienawidzą, nie ma żadnego znaczenia. Ona dla niektórych z nich nigdy nie będzie bohaterem takim, jak dla Szwedów choćby bohaterem został na zawsze Ingemar Johansson – człowiek, którego wielkość zamknęła się zaledwie w 12 miesiącach. Dla nich, Radwańska, jeśli tylko się okaże, że miniony rok był tak naprawdę jej rokiem ostatnim, będzie zaledwie dowodem na to, że ona jest, i zawsze była, do niczego. Głupią, zepsutą lalunią.
W Salonie24 pierwszym komentatorem tenisowym jest człowiek podpisujący się Karlin. Nie wiem, kim on jest, mam jednak bardzo mocne podejrzenie, że za tym nickiem stoi postać w polskim tenisie, czy może tylko w polskim dziennikarstwie tenisowym, znana. Karlin to człowiek, jeśli go ocenimy z perspektywy politycznej, jak najbardziej „nasz”, natomiast, jak idzie o jego stosunek do Radwańskiej, trzeba stwierdzić, że on je nienawidzi wręcz fizycznie i życzy jej wszystkiego najgorszego. Dlaczego? Nie mam pojęcia, jednak poziom tych emocji i ich wymiar merytoryczny może świadczyć o tym, że Karlin nie lubi Radwańskiej z powodów czysto osobistych. Może ona go kiedyś potraktowała obcesowo, może źle się do niej odniósł ktoś z otoczenia Radwańskiej – tego nie wiemy. Faktem jest, że on o Radwańskiej nie pisze praktycznie inaczej, jak o gwieździe, która kiedyś, owszem, pozwalała wiązać ze swoją grą jakieś nadzieje, ale przez swoją głupią bezmyślność i zepsucie, wszystko zmarnowała.
Czytałem trochę tenisowe komentarze Karlina, i ile razy pojawiało się nazwisko Radwańskiej, to zawsze w kontekście przysłowiowych „wacików”. Oczywiście Karlin jest zbyt poważnym komentatorem, by, pisząc o owych „wacikach”, przyznawał się do tego, że jemu nie chodzi o nic więcej. Dlatego też tam zawsze na pierwsze miejsce były wrzucane szalenie zawodowe analizy mające dowieść tego, że Radwańska jest dziś zwyczajnie słaba. Jak mówię, ja się na tenisie znam w stopniu mniej niż podstawowym, ale lubię słuchać opinii zawodowców, i z owych opinii mogłem wyczytać, że przez wielu z nich, jak na przykład Mats Willander, czy Andy Murray, ona jest traktowana, jak ktoś tak naprawdę najlepszy. Mimo często gorszej gry, niż byśmy wszyscy chcieli, dla wielu z nich Radwańska z jakiegoś powodu pozostaje tenisistką ulubioną.
No ale załóżmy, że Karlin ma rację. Załóżmy, że dzisiejsza wygrana, to tak naprawdę niewiele znaczący wypadek. Przyjmijmy, że ona swój następny mecz z Cibulkową przegra i Karlin będzie mógł tryumfować. Co z tego? Nic. Dlaczego? Dlatego, że tu w ogóle nie chodzi o to, co przed Radwańską. Tu nawet nie chodzi o to, co tam sobie w głowie szykuje ów Karlin. Radwańska bowiem może nagle dojść do wniosku, że ona ten cały tenis ma w nosie, bo zarobiła już tyle pieniędzy, że więcej nie potrzebuje, i dla niej w obecnej chwili najważniejsze jest zdrowie i coś tam może jeszcze, i od dziś zacząć wszystko przegrywać. Nie zmieni to faktu, że ona i tak już jest bardzo znaczącą częścią historii dyscypliny. I tego jej nikt nie odbierze.
Natomiast, jak idzie o Karlina – jak już wspomniałem, mam wrażenie, że człowieka, którego i tak w ten czy inny sposób wszyscy znamy – to, że on ma o coś żal do Radwańskiej jest kompletnie nieistotne. Bo problem, który nas dziś zajmuje, to nie to, że Radwańska jest dobra, a ktoś sądzi, że nie, ale to, że jedni z nas są wojownikami, a inni sfrustrowanymi kibicami. I to wcale nie tylko, jak idzie o wyczyn sportowy.

Uporczywie, i z właściwym dla sytuacji zażenowaniem, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Przy okazji dziękuję wszystkim za dotychczasowe gesty. Proszę nie odchodzić.

wtorek, 21 stycznia 2014

Mówcie do mnie Krzysio. Krzysio fuckin' Osiejuk!

Szedłem dziś sobie z psem mojej córki na spacer, kiedy to rzucił mi się w oczy wielki billboard z reklamą nowego filmu reżysera Smarzowskiego. Niby nic takiego. Tu Smarzowski. Tu wóda. Tu Pilch. Standard, jak to mówią młodzi, do porzygania. To co mnie jednak w tym wypadku poruszyło, to informacja, że Smarzowski to dziś już nie Wojciech, a Wojtek. Podobnie jak, również reżyser filmowy, Małgorzata Szumowska nie jest już Małgorzatą, ale Małgośką, by nie wspomnieć o zawodowym dobroczyńcy Jerzym „Jurku” Owsiaku, dziennikarzu Jakubie „Kubie” Wojewódzkim, czy ministrze Radosławie „Radku” Sikorskim. O ile jednak, jeśli idzie o Owsiaka, czy Wojewódzkiego, zawsze wiedziałem, że tu nie chodzi ani o jakiś szczególny szpan, czy kompleksy, ale o pieniądze, a w przypadku Sikorskiego o tak zwane ego, przypadek Szumowskiej, czy dziś tego Smarzowskiego zmusił mnie do refleksji.
No bo zastanówmy się. Mamy tę Szumowską, która ma na imię Małgorzata i marzy o tym, by zostać gwiazdą na skalę międzynarodową, jak choćby Agnieszka Holland, tyle że uznając, że jej imię przez to nieszczęsne „ł”, czy owo obrzydliwie polskie „rz”, jest bardzo trudne do wymówienia, postanawia się zacząć podpisywać, jako Małgośka. No ale, jak wszyscy już z pewnością zauważyliśmy, „ł” zostało, w dodatku pojawiło się jeszcze „ś”, a zatem nawet brak „rz” niewiele pomoże. A zatem nie o to chodziło. Popatrzmy więc na Smarzowskiego. Ten też, po tym, jak już zaprzyjaźnione media i środowisko pozwoliły mu uwierzyć, że jest wielkim artystą, mógł uznać, że „Wojciech” brzmi zbyt egzotycznie, kiedy przed człowiekiem już tylko seria Oscarów. Fakty pozostają bezlitosne. Nawet jeśli on sobie skróci imię do trzyliterowego „Woj”, choćby i pisanego przez „v”, i tak w najlepszym wypadku wyjdzie coś w rodzaju „wadż”. No dobra. Mógłby się Smarzowski zacząć podpisywać oczywiście „Voytek”, no ale to już chyba byłby taki wstyd, że nawet jego znajomi z branży zaczęliby z niego szydzić. Po ciężką więc cholerę nagle ten „Wojtek”, którego w Hollywood nikt nie przeczyta inaczej, jak „Ładżtyk”. Jak widzimy więc, Smarzowskiemu też nie chodziło o karierę. On zwyczajnie chce być Wojtkiem i kropka.
Otóż ja mam taką teorię, że każde z nich poczuło nagłą potrzebę, by się zacząć podpisywać przy pomocy formy zdrobniałej, dlatego, że ich nagle oświeciło – tak jak przed wielu już laty tego błazna Korwina-Mikke, że przecież Tom Hanks, to Tomek Hanks, Johnny Depp to Jasio Depp, a świętej pamięci Steve Jobs to tak naprawdę Stefek Jobs. Mam bardzo mocne podejrzenie, że Wojciech Smarzowski, Małgorzata Szumowska, i, jak obserwuję świat polskiego filmu, telewizji i literatury, nie tylko oni, uznali, że nawet jeśli za tym nie pójdą jakieś spektakularne sukcesy, oni zwyczajnie będą wyglądali lepiej obok swoich bardziej cywilizacyjnie zapóźnionych kolegów, jeśli zrobią coś, co w szerokim świecie uważa się za normalne, a u nas, z jakiegoś powodu, wciąż nie. No i zdecydowali się na rozwiązanie, które robiło wrażenie najprostszego do przeprowadzenia już na dziś. Skoro bowiem już wszyscy wszędzie „jak w Ameryce” mówią do siebie na ty, to z pewnością nie zaszkodzi zrobić jeszcze zrobić ten jeden krok dodatkowy.
Wystarczy rzucić okiem na listę płac zamieszczaną na końcu każdego telewizyjnego programu, czy kolejnego wyprodukowanego przez naszych twórców filmu, by zorientować się w jednej chwili, że Smarzowski, czy Szumowska nie są wyjątkami. Tam niekiedy większość imion, to są jakieś Jaśki, Witki, Kasie, czy Zbyszki. I ja oczywiście umiem sobie bardzo dobrze wyobrazić, jak każdy z nich, w momencie, gdy widzi to swoje nowe emploi na ekranie zaczyna pęcznieć z dumy, wynikającej z poczucia bycia częścią nowej cywilizacji. Powiem więcej: ja nawet gotów jestem zrozumieć to ich pragnienie bycia kimś, które dane im jest realizować, skoro już nie w sposób tradycyjny, a więc przez zrobienie czegoś wartościowego i wyjątkowego, to przynajmniej przez ów głupkowaty retusz w podpisie. Natomiast muszę im powiedzieć, że to jest uliczka całkowicie ślepa. To się nie może udać, bo język z całą swoją tradycją tego typu ekstrawagancji nie zniesie. Oczywiście, Wojciech Smarzowski może gdzieś w towarzystwie osób na swoim poziomie intelektu i emocji tym Wojtkiem zadawać szyku, jednak ile razy on się pojawi w towarzystwie ludzi na tym poziomie zgłupienia nie operujących, spotka się wyłącznie z szyderczo uniesionymi brwiami.
Jakiś czas temu opisałem tu wystąpienie aktora i komedianta Pazury, który powiedział, że jego akty komediowe byłyby znacznie lepsze, gdyby polska obyczajowość, tak jak się to dzieje w przypadku obyczajowości amerykańskiej, tolerowała publiczne używanie takich słów, jak „kurwa”, czy „pierdolić”. Skarżył się ten nieszczęśnik, że on ogląda słynne amerykańskie stand-upy, i tamci artyści klną bez żadnych zahamowań, i to jest zawsze bardzo śmieszne. A jemu nie wolno, bo Polska jest tak okropnie zacofana. Przypominam sobie tego Pazurę i nagle sobie wyobrażam, co się musi dziać między Smarzowskim i Szumowską, kiedy oni wpadną na siebie i zaczną gadać. Już to widzę, jak oni nie są w stanie wydusić z siebie jednego zdania, bez wspomnienia o „jebaniu”, czy „pierdoleniu”. No bo czemu oni się mają oszczędzać, skoro sami słyszeli, jak Kuba Nicholson na jednym filmie mówił jeszcze gorzej?
No a skoro o Kubie mowa, sięgam pamięcią jeszcze dalej, a mianowicie do słusznie już zapomnianego tłumaczenia Moniki Adamczyk historii o Kubusiu Puchatku, w którym owa niesławna dama polskiej sztuki tłumaczeniowej postanowiła, że Kubuś Puchatek będzie – zgodnie z oryginałem – Fredzią Phi-Phi, a jego przyjaciel Krzyś – Krzysztofem Robinem. I myślę, że to jest równie dobry moment, jak każdy inny, by wszystkim tym, którzy żyją w przekonaniu, że wielkość się osiąga odpowiednio zgrabnie utrzymując pozycję sługi, powiedzieć, że nic z tego. Dziecko jest Krzysiem, stary byk jest Wojciechem, kiedy Krzyś mówi „kurwa” dostaje w tyłek, a kiedy „kurwą” publicznie rzuca Wojciech, nie jest traktowany, jak artysta, ale jak zwykły żul.

Jak już wspomniałem, początek roku – roku, który, jak się spodziewamy, będzie ostatnim rokiem naszej przejmującej wręcz biedy – wystawił nas na szczególną próbę. Firma, dla której uczyłem, straciła kontrakt i w tej chwili jestem w takim momencie, że równie dobrze, z wyjątkiem porannego spaceru z psem, mogę przestać wychodzić z domu. W dodatku właśnie zaczęły się ferie zimowe i wszyscy moi uczniowie powyjeżdżali. W związku z tym niewątpliwym kryzysem, bardzo wszystkich proszę o szczególne wsparcie. Choćby przez najbliższe dwa tygodnie. Dziękuję.

niedziela, 19 stycznia 2014

O panach, niewolnikach i o tym, co zostawiono dla nas

Ostatnio, z bardzo dużym napięciem oglądamy tu u nas dokument brytyjskiego dziennikarza Jeremy’ego Paxmana pod tytułem „Empire”. Nie wiem, czy ten film był kiedykolwiek wyświetlany w Polsce, i czy w ten sposób istnieje gdzieś w polskiej wersji językowej, jeśli jednak nie, to myślę, że to wielka szkoda, choćby z tego powodu, że nie obejrzy go mój kumpel Coryllus. Czemu uważam, że jemu ten film by się spodobał? Otóż ja nigdzie dotychczas, poza właśnie publicystyką Coryllusa, nie widziałem tak mocnej i przekonującej krytyki doktryny państwowej Wielkiej Brytanii, jak właśnie w filmie Paxmana. Nigdzie chyba, poza publicystyką Coryllusa, nie spotkałem się z tak gwałtowną demaskacją całej owej zbrodni, jaka pomogła Wielkiej Brytanii stać się finansową, ale nie tylko przecież finansową, potęgą. Oglądam owo „Imperium” i nie mogę nie zadać sobie pytania, że przepraszam bardzo, ale wiele wskazuje na to, że wielka myśl Adolfa Hitlera o nadczłowieku i jego misji wcale nie była taka oryginalna. Wręcz nie była oryginalna w jakikolwiek sposób. Można by nawet powiedzieć, że Hitler ten stary już bardzo plan wręcz zwulgaryzował i dramatycznie ograniczył.
Mieliśmy niedawno pewne zamieszanie z niemieckim filmem, powszechnie określanym, jako serial o ojcach i matkach. Główny zarzut wobec tego filmu, pomijając ten z naszego, polskiego punktu widzenia, podstawowy, a więc próbę przerzucenia części odpowiedzialności za zbrodnie wojenne na Polaków, jest taki, że jego realizatorzy niemiecki udział w tych zbrodniach starają się pokazać, albo jako szczególną złośliwość losu, albo dzieło ludzi, którzy i bez tego byli źli, głupi i występni. Pretensje do owego filmu polegają na tym, że tam, jeśli mamy do czynienia z Niemcem złym, to ów zły Niemiec jest albo jakimś psychopatą, lub kompletnym durniem, a nie trybikiem w maszynie; nie częścią świetnie działającego systemu. W efekcie, mamy sytuację taką, że współczesny Niemiec, oglądając ten film, wie z niego tylko tyle, że ta wojna i wszystkie te nieszczęścia z nią związane, to dzieło Polaków i grupy jakichś zdegenerowanych Niemców, kto wie, czy rodzinnie z Polską nie powiązanych. A więc, jest jak zwykle: to nie my – to oni.
Jak sobie radzą Brytyjczycy i ich krewni, Amerykanie? Oto wczoraj obejrzeliśmy, nominowany aż w dziewięciu kategoriach do tegorocznego Oscara, film „12 Years a Slave”, podobno opartą na prawdziwych zdarzeniach historię pewnego Murzyna, który w XIX wieku, jeszcze przed Wojną Secesyjną mieszkał sobie z żoną i dziećmi, jako wolny człowiek, w mieście gdzieś na Północy i któregoś dnia został porwany przez handlarzy niewolników i sprzedany białym właścicielom do pracy na plantacji, skąd został uwolniony dopiero po 12 latach. Film, jak wiele robionych dziś filmów, taki sobie, z wektorem skierowanym w dół. Inna sprawa, że tu naprawdę nie było materiału na filmową historię. W końcu 12 lat to kupa czasu, a trudno sobie wyobrazić, że ów czas, zakładając, że mamy do czynienia z historią prawdziwą i nie wypada nam za bardzo fantazjować, obfitował w niezliczone suspensy. Mamy więc to Południe, ten dom, ten chlew, tę plantację, wreszcie tych Murzynów… a poza tym dzień, który mija za dniem, a po nim przychodzi następny. Cóż więc pozostaje? Otóż pozostaje to, co pozostać musiało, aby ten film uzyskał odpowiedni kształt, no i dostał te swoje nominacje – a więc okrucieństwo białego człowieka.
Nie trzeba być szczególnie „oblatanym” w historii niewolnictwa, wystarczy podstawowe doświadczenie i minimum zdrowego rozsądku, by wiedzieć, na czym polegał problem. Otóż biały właściciel, kupując sobie czarnych niewolników, nie robił tego po to, by sobie poużywać, ale po to, by mieć tanią i wydajną siłę roboczą. Wystarczy podstawowa logika i minimum zdrowego rozsądku, by wiedzieć, że przeciętny plantator na Południu Stanów, płacił ciężkie pieniądze na targu za czarnego niewolnika, czy niewolnicę, nie po to, by móc sobie bezkarnie popieprzyć, a w przypływie gniewu kogoś bezkarnie skatować, bo takie zachowanie świadczyłoby o nim jak najgorzej, nawet nie w wymiarze moralnym, ale z punktu widzenia jego przebiegłości biznesowej. Oczywiście, tamte lata, to był czas, kiedy mało kto traktował Murzynów, jak ludzi, a już z całą pewnością nie jak ludzi równych sobie, ale nie wyobrażam sobie, by ów brak świadomości miał się realizować w tym, że na widok jednego, czy drugiego, każdego z nich natychmiast ogarniało takie zezwierzęcenie, że musiał ich albo dręczyć, albo gwałcić. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, sądzę, że to musiało trochę wyglądać tak, jak dziś możemy obserwować na niektórych wiejskich podwórkach, gdzie mamy psa na łańcuchu z miską jedzenia pod pyskiem. Pies tam stoi, żeby szczekać na obcych, odganiać lisa, które przyjdzie kraść kury, no i ewentualnie, czasem dać się pogłaskać. Żadnemu gospodarzowi nie przyjdzie do głowy, by tego psa kochać i wpuszczać do salonu, tym bardziej już, by go traktować, jak członka rodziny, ale też – z wyjątkiem sytuacji patologicznych – nikt go nie będzie bezmyślnie katował, głodził, a już na pewno nie będzie go zaciągał do łóżka w celach erotycznych. Oczywiście są też domy, takie jak nasz, gdzie pies jest traktowany jak członek rodziny, jest kochany i pieszczony, i nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, by go bez powodu uderzyć, ale też i tu – my wiemy, że to mimo wszystko nie jest człowiek. Przepraszam, ale czy w tym jest coś złego?
Jak się łatwo możemy domyślić, wiek XVIII, czy lata wcześniejsze, to był czas, gdy nie było absolutnie mowy o tym, by czarnych traktować inaczej, jak zwierzęta, ale z całą pewnością, jeżeli już ktoś sobie takie „zwierzę” kupił i traktował je nie, jak zabawkę, ale jak narzędzie pracy, to o nie dbał, a kto wie, czy nierzadko myślał o nich tak, jak my dziś myślimy o naszym psie – a więc, jak o członku rodziny. Czy to dobrze? Oczywiście, że dobrze w tym sensie, że nikt tam się nad nikim nie znęcał, ale też z kolei nie najlepiej, że przez ogólną sytuację cywilizacyjną, traktował drugiego człowieka, jak nieomal przedmiot. I jeśli tam coś było nie tak, to właśnie to – system, który pozwolił białemu człowiekowi uznać, że są stworzenia, gdzieś za górami i morzami, które w ramach naturalnej ekspansji można zacząć traktować, jak niemal doskonałe narzędzie pracy. System, który pozwolił białemu człowiekowi płynąć do Afryki, czy na Karaiby, czy do Indii, i kupować sobie tubylców tak, jak się kupuje zwykły towar, i nie myśleć o każdym z tych ludzi, jak o dziecku bożym, naszym bracie i naszej siostrze.
Amerykanie, jak słyszę, mają wciąż ciężki zgryz z tą swoją historią. Tu czarny prezydent, tu czarna artystka, tu czarny sportowiec, a tam to okropne wspomnienie, sięgające nawet nie tamtego zamierzchłego już stulecia, ale choćby lat 60, kiedy to Miles Davis został pobity przez policjanta, bo się zachowywał podejrzanie przed klubem, w którym miał za chwilę wystąpić. Kręcą więc film, za pomocą którego chcą się rozliczyć ze swoich grzechów, i jedyne na co ich stać, to powiedzieć, że gdyby nie kilku psychopatów, nie byłoby tak naprawdę o czym mówić. Ja nic nie zmyślam. Z tego, co widzimy na ekranie, wynika, że tak naprawdę nie było problemem to, że Amerykanie w pewnym momencie swoich dziejów uznali za stosowne eksploatować ludzi, których uznali za gorszych, a jeśli w jakikolwiek sposób lepszych, to przez to, że silniejszych, szybszych i bardziej wytrzymałych, ale że tymi eksploratorami niekiedy byli kompletni wariaci. Ten film – przypominam, że film, który ma wszelkie szanse na to, by zdobyć tak zwaną „oscarową koronę” – owszem, pokazuje, że był czas w historii Ameryki, którego Ameryka powinna się wstydzić, niemniej jednak on przede wszystkim jest już dawno za nami, a poza tym główną winę ponoszą jacyś kompletnie stuknięci dziwacy, a nie system, który w rzeczy samej do dziś stanowi o sukcesie tego państwa i tego narodu.
A ja jestem bardzo ciekawy, czy kiedykolwiek, czy to Brytyjczycy, czy Amerykanie, czy Francuzi – bo na Niemców, jak wiadomo, już liczyć nie można – a więc ci, którzy kiedyś doszli do wniosku, że im się należy więcej, niż innym, i, aby owo przekonanie móc realizować w pełni, mają prawo zapuszczać się w najdalsze zakątki świata i wszystko, co znajdą na swojej drodze traktować, jak swoje, wyprodukują prawdziwy hollywoodzki film, który następnie otrzyma wszystkie możliwe oscarowe nominacje , a następnie zdobędzie wszystkie możliwe statuetki, który to film opowie historię tego sukcesu choćby tak, jak to opowiada Jeremy Paxton w swoim dokumencie. Jednak nie sądzę, żeby tak się miało stać. W końcu Paxton to człowiek, który z jednej strony niedawno miał odwagę, determinację, a przede wszystkim pozycję, by premiera Camerona publicznie zwymyślać od idiotów, a z drugiej ktoś, o kim pies z kulawą nogą nie wspomni, gdy chodzi o to, co się nazywa przestrzenią prawdziwie publiczną. A zatem, już zapewne do końca świata będziemy żyli w przekonaniu, że czy to londyńskie City, czy też nowojorska Piąta Aleja, czy niemieckie banki, to, owszem, statek zwany „Cywilizacją”, tyle że już bez tej norwidowskiej ironii.

Jak już wspominałem, z jakiegoś powodu, przez minione kilka dni ten blog przeżywa naprawdę ciężki czas. Dziś więc proszę raz jeszcze o wsparcie na podany obok numer konta. Dziękuję i ze swojej strony obiecuję stałą obecność.

Coryllus: Pułapki, czyli Janina Jankowska puszcza wodze

Zanim przejdziemy do głównej części dzisiejszej notki, parę słów wstępu. Gabriel Maciejewski, znany nam skądinąd, jako Coryllus, zamieścił wczoraj w Salonie24 tekst, w którym przedstawił następującą tezę: Gdyby gdziekolwiek w cywilizowanym świecie doszło do zdarzenia takiego, jakie miało miejsce niedawno w Suwałkach, a więc gdyby skutkiem zaniedbań władzy, straciło życie Bogu ducha winne 15-letnie dziecko, doszłoby tam do rozruchów na skalę globalną. A jeśli do tego typu wydarzeń nie doszło w Polsce, to wyłącznie dlatego, że polskie społeczeństwo jest całkowicie i dramatycznie wręcz niezorganizowane.
Napisał więc Gabriel ów tekst, a administracja Salonu w jednej chwili ów tekst usunęła, informując zainteresowanych, że zaatakowane przez Gabriela władze nie zgadzają się na takie traktowanie, a kierownictwo Salonu24 nie ma innego wyjścia, jak tylko postępować zgodnie z instrukcjami.
Ponieważ przede wszystkim uważam, że Gabriel ma rację, i że gdyby do zdarzenia takiego, jak to w Suwałkach doszło we Francji, Wielkiej Brytanii, czy Holandii, wszystkie te kraje najzwyczajniej w świecie stanęłyby w ogniu, no a poza tym, w mojej opinii, wobec incydentu suwalskiego, w ogniu powinna stanąć cała Polska, pomyślałem sobie, że ocenzurowany przez redakcję Salonu24 tekst Coryllusa opublikuję tu, na tym blogu. To akurat należy mu się bezsprzecznie. Posłuchajmy.

Wczorajszy dzień, był wprost ciężki od znaczeń. Komentatorzy zamieścili na naszym blogu link do nagrania ze stanu wojennego, gdzie widać Tumanowicza w mundurze jak opowiada ile będzie kosztowała wołowina bez kości, a ile schab. Potem zaś Tadeusza Mosza, który w programie Monitor Rządowy powtarza to samo. Tumanowicz jest dziś nie do odnalezienia, choć jeśli żyje to życzę mu zdrowia. Mosz zaś został ekspertem od ekonomii pokazującym się we wszystkich telewizjach i dającym głos we wszystkich rozgłośniach. O czym mówi? O wielkiej jumie, o tym, że zabiorą nam wszystko, bo to taka nowa kultura. Nawet schab i wołowina bez kości co ją 30 lat temu Tumanowicz zachwalał się nie uchowa. Mosz mówi o tym wprost w TOK FM, ale nikt poza blogerami tego nie komentuje, bo wszyscy uważają, że to jest tak zwana „naturalna kolej rzeczy”, problemy nasze zasadzają się na czym innym, nie na tym, że ciągle jesteśmy zagrożeni rabunkiem. Ian Thomas napisał wczoraj korespondujący z moim tekst – o wielkiej jumie. Napisał, że periodyki takie jak „The Economist” nawet nie kryją się z tym, że zbliża się czas kiedy rządy państw będą musiały wyprzedać wszystko co cenne korporacjom, by w ogóle przetrwać. Ciekawe co się stanie jak nie zechcą wyprzedawać? Ciekawe co się stanie, jak 20 milionów ludzi powie – nie! Ja nie wiem, ale może Wy spróbujecie sobie to wyobrazić. I nie mówię tu o Polsce, ale o społecznościach o wiele lepiej zorganizowanych, o społeczeństwach, w których organizacje, poważne i mające wpływy mają długą, liczącą setki lat tradycję. Weźmy taką na przykład Japonię, przychodzą jumacze i mówią: musicie nam sprzedać górę Fuji, udzielimy wam na to kredytu. I co? Japończycy mówią: dobra, wyciągajcie te swoje umowy. Nie wierzę. Japonia się nie sprzeda. Jeśli jednak jest tak jak napisał Ian Thomas to w Polsce nie zostanie kamień na kamieniu, bo nie ma tu nic i nie ma nikogo, kto mógłby się przeciwstawić złu. Nie ma żadnej organizacji. Wszystkie stworzone są przez banki i służą temu jedynie, by usprawnić jumę. Jeśli zaś ktoś miałby coś przeciwko nie będą sobie nim nawet zawracać głowy, przesunie się takiego wprost do zbioru określonego jako „świry i fantaści”, który ma część wspólną ze zbiorem „antysemici i faszyści”. I koniec. Reszta nabierze wody w usta i będzie się zajmować tym, co tam akurat ma pod ręką, pisaniem dysertacji naukowych, wyprawami wysokogórskimi w celu spotkania szatana na szczycie K2, albo czymś równie frapującym.
Doszliśmy bowiem do tego, że komunikaty dotyczące nadchodzącego złodziejstwa lecą w prime time i przetykane są teledyskami, my zaś nie możemy się temu w żaden sposób przeciwstawić, bo z miejsca wpadamy w pułapkę bez wyjścia. Zanim ją opiszę, chcę powrócić do tego co napisał wczoraj Toyah. W Suwałkach powiesił się chłopiec, którego zabrano z domu i umieszczono w ośrodku wychowawczym. W normalnych warunkach, w warunkach, kiedy ludzie czują ze sobą jakąś więź i wspólnotę ośrodek ten powinien zostać spalony, podobnie jak samochód rzecznika praw dziecka i samochody wszystkich radnych miasta Suwałki oraz burmistrza i jego żony. Tak bowiem reaguje żywa i zainteresowana swoim dobrem wspólnota kiedy ginie jeden z jej członków. Jak wiecie do niczego takiego nie dojdzie, ponieważ Polacy nie są wspólnotą, są gromadą gamoni, którymi pomiatać może kto chce. I jeszcze będzie taki typ zbierał oklaski, przyszedł bowiem cywilizować dzikich i narzucać im standardy oraz promować jakość.
To nie jest tak, że w Polsce nie ma żadnych wspólnot. Tak się składa, że one są, tworzą je właśnie ludzie tacy jak rzecznik praw dziecka, radni miasta Suwałki, burmistrz i jego żona. Są oni we wspólnocie opłacanej przez banki i strzeżonej prawem, której nie może zagrozić żaden przypadkowy wisielec, a niechby był nawet nieletni. Racją bytu tej wspólnoty jest odbieranie dzieci biednym i doprowadzanie ich do samobójstwa, a następnie szukanie prawnych usprawiedliwień dla stworzonego przez siebie ambarasu, którego nikt nie odważy się nazwać tragedią. Problem z zawiązywaniem wspólnoty w Polsce ma bowiem naturę złożoną i ja już o tym pisałem wielokrotnie nie używając jednak słowa wspólnota, tylko słowa hierarchia. Żeby powstała, jedna czy druga, jak zwał, tak zwał, potrzebny jest budżet. Bez budżetu ani rusz. Są jednak organizacje, wspólnoty i hierarchie, które tworzone były bez budżetu. Japonia jest tego przykładem, tam było i jest nadal mnóstwo organizacji bez budżetu, które musiały zdobyć go w trakcie działań, nie lekkich przyznajmy. Coś jednak musi być w miejscu tego budżetu prawda? A co? Misja rzecz jasna. No i teraz przyjrzyjmy się jak wygląda opis misji w tekstach tuzów myśli państwowotwórczej takich jak Janina Jankowska. Ja zachęcam do przeczytania tekstu Jankowskiej, bo on moim zdaniem ściśle koresponduje z wypadkami w Suwałkach. Oto powiesiło się dziecko, a Jankowska pisze o tym, że ludzie Gowina zorganizowali spotkania w różnych punktach stolicy i tam coś opowiadali. I każe nam wyobrażać sobie, jakby było świetnie, gdybyśmy się tak zbierali i dyskutowali o naszych problemach, o tym co w czasach Tumanowicza nazywane było „bolączkami”. Wtedy, kiedy już wszyscy by opowiedzieli jakie mają bolączki, można by wynająć zespół ekspertów, który wyciągnęli by z tego samą esencję i na jej podstawie ułożyli program partii politycznej, która byłaby wreszcie taka jak trzeba. No i cóż tu rzec? Ja widzę wprost ile budżetów zaplanowała dla swoich kumpli Janina Jankowska i widzę jak fantastycznie przebiegałoby ich dzielenie, jak szampańska atmosfera by temu towarzyszyła, być może nawet wynajęto by jakiegoś barda z gitarą, by te wypadki opiewał. Podobnie jak dawniej różni bardowie opiewali różne inne wypadki, nie wspominając przy tym ani o Tumanowiczu ani o Moszu. I nie ma Janina Jankowska za grosz wstydu, pisząc te brednie. Wie bowiem, że i tak nie da się dla nas nic zrobić, jesteśmy przegrani, a z przegranymi się nie trzyma.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że ci z nas, do których dotarło w jakiej sytuacji się znajdujemy nie potrafią zrobić nic więcej poza udawaniem, że wszystko jest w porządku, krańcowi zaś desperaci szukają jakichś zastępczych sukcesów, a to w sporcie lokalnym, a to w rajdzie Paryż-Dakar, a to w swojej pracy zwanej z nieznanych mi przyczyn pracą zawodową, choć celniej byłoby nazwać ją pracą zawodną.
Jedynym wyjaśnieniem tego obłędu jest strach przed wpadnięciem w pułapkę, czyli znalezieniem się w jednym ze zbiorów posiadających część wspólną, o których już tu pisałem. Janina Jankowska za nic na świecie nie napisze o tym powieszonym, tak jak wielu z piszących tu ludzi nie napisze o zagrożeniu, o którym raczył nas poinformować Tadeusz Mosz. Wiara bowiem w to jest po prostu passe, a tym co w życiu każdego człowieka najważniejsze jest bycie trendy…
Dlaczego jest tak trudno? Głównie z powodu braków punktów odniesienia, która służą ludziom słabo rozgarniętym do opisu tego co za oknem. To znaczy takie punkty są, ale skonstruowane bardzo przemyślnie. Oto wczoraj jeden z czytelników porównał moje książki do książek Łysiaka. Ja nie wiem, czy są na świecie dwie bardziej różne stylistyki, ale jemu to nie przeszkadza. Gdybym chciał się szczegółowo zastanawiać co takiego sprawia, że jakiś pan uważa inaczej, powiedziałbym, że tempo narracji. On widzi, że książki Łysiaka to pewien dość dynamiczny sposób opowiadania, widzi, że u mnie jest podobnie i to wyczerpuje w jego mniemaniu całą kwestię. Z wieloma ludźmi jest podobnie. Kwestia tych ocen jest poważna, moim zdaniem i nie chodzi tu wcale o mnie ani nawet o Łysiaka. Chodzi o to, by człowiek używający pewnych pojęć, tych samych w dodatku, których z całym spokojem używa w radio TOK FM Tadeusz Mosz, był z miejsca jasno określony. W dodatku określony negatywnie. Dla mnie bowiem porównanie do Łysiaka nie jest komplementem. Myślę, że dla wielu czytelników również. Łysiak jednak załatwia takich jak ja z miejsca.
Kiedy zaczynamy pisać i mówić o ekonomii, o jumie, o tym o czym na pierwszych stronach piszą dziennikarze „The Economist” wpadamy natychmiast na ludzi, którzy mają do tych komunikatów stosunek prawie taki sam jak my, ale jednakowoż różniący się w szczegółach. I ja mam tu przykład bardzo jaskrawy, ale nie mogę Wam go pokazać, mogę go jedynie opisać. Widziałem wczoraj grubą książkę w złotej oprawie zatytułowaną w sposób niezwykle bezpretensjonalny. „Wiem wszystko” brzmiał tytuł tej książki. Jej autor zaś podpisał się fikcyjnym nazwiskiem o dość charakterystycznym brzmieniu: Roger Oskar Chrześcijański. Książka dedykowana była synom autora i miała także podtytuł, który brzmiał: złota seria.
Autor namęczył się bardzo pisząc swoje dzieło i rozprawił się na jego kartach ze wszystkimi groźnymi siłami, które czyhają na naszą własność i życie. Zaczął od czasów dawnych, od starożytności i po kolei rozprawiał się ze wszystkimi spiskami wszechświatowymi jakie udało mu się zdemaskować. Znacie to dobrze, illuminaci, różokrzyżowcy, templariusze, jezuici, banki Londynu i Watykanu współpracują ze sobą by zniszczyć życie istot czystych i dobrych. I to jest ściana, na której się rozwalamy. Rogerowi Oskarowi Chrześcijańskiemu nikt nie powie, że jest podobny do Łysiaka. Nikt też nie będzie lansował jego książek. Jego się wyciągnie z kieszeni w jednym czy drugim kluczowym momencie i powie: o, o pacz pan, prawie to samo tu jest napisane co u pana, a jaki poziom syntezy. Nie ma pan z nim szans. Najbardziej ubawiło mnie zdjęcie na 4 stronie okładki. Widzimy tam samego Rogera Oskara, jego żonę i synów przebranych w stroje muszkieterów. I cóż ja tu mogę rzec? Nic, powiem tylko, że widzę jedyną drogę ucieczki z tej pułapki – ku konkretowi. Jeśli więc mamy tych muszkieterów nie oglądajmy ich przez lupę skonstruowaną przez Aleksandra Dumas, ale poczytajmy co oni tam wyczyniali w rzeczywistości i kto im płacił.
Mamy więc sytuację następującą, Mosz i „The Economist” mówią nam prawdę w oczy. Wypadki suwalskie prawdę tę w naszych głowach osadzają mocno i konkretnie, na to wszystko przychodzi Jankowska i udaje, że nie widzi wisielca, a najważniejsze co się Polsce przytrafiło w ostatnim czasie to mitingi Gowina. No i jesteśmy my, którzy chcemy się do tego wszystkiego jakoś odnieść i uczynić to w sposób taki, by ludzie dostrzegli to co mają przed samym nosem. I wtedy włącza się Łysiak i autorzy tacy jak pan Chrześcijański. I koniec.

sobota, 18 stycznia 2014

O tym, jak Moe Greene kupił sobie Onet

W „Ojcu Chrzestnym”, jak pewnie wszyscy pamiętamy, jest scena, kiedy to Michael Corleone, już jako głowa rodziny, leci do Kalifornii, żeby spotkać się z Moe Greenem i załatwić odkupienie od niego udziałów w branży hazardowej. Ponieważ Moe Greene jest potężnym gangsterem, a w dodatku zdaje sobie sprawę z tego, że rodzina Corleone dopiero nabiera sił po śmierci Dona, mówi Michaelowi, że ani mu w głowie wyzbywanie się swoich udziałów, i żeby Michael nie liczył na wiele, bo jego potęga stoi na glinianych nogach i wszyscy o tym wiedzą.
Co to ja słyszę?” – mówi Moe. „Rodzina Corleone chce mnie wykupić? To ja was wykupię. Mnie się nie wykupuje”.
Oczywiście – to też znakomicie pamiętamy – wszystko się kończy dobrze, bo Moe Greene, człowiek zły i głupi, zostaje zamordowany strzałem prosto w oko, a Michael zabiera wszystko, jak swoje, natomiast ja się zastanawiam, co by było, gdyby sprawy potoczyły się nieco inaczej. To znaczy, jak by wyglądało zakończenie całej tej historii, gdyby na impertynencje Greene’a, Michael powiedział: „Wiesz, Moe, przekonałeś mnie. Dawaj kasę i bierz nas sobie”? Co by było, gdyby Moe Greene, potężny – ale w końcu nie jakoś szczególnie potężny – gangster z Kalifornii, kupił sobie Rodzinę Corleone? Ja on by sobie z tym zakupem poradził?
Przypomniał mi się ów „Ojciec Chrzestny” już jakiś czas temu, jeszcze przed minionymi Świętami, kiedy Onet opublikował serię zdjęć przedstawiających bawiących się w świetle bożonarodzeniowej choinki esesmanów, a może tylko żołnierzy Wehrmachtu – nieważne – z sugestią taką oto mniej więcej, że nawet hitlerowcy kochali Pana Jezusa. Na tę skandaliczną prowokację zareagował natychmiast kolega Maciek Świrski, który zasugerował, że Onet się tak rozbuchał od czasu, gdy go kupili Niemcy, a numer z niemiecką choinką to zaledwie początek tego, co przed nami. Przeczytałem tekst Świrskiego, napisałem krótki komentarz, w którym bardzo krótko wyjaśniłem relacje między Onetem, a jego nowym niemieckim właścicielem, i zacząłem myśleć o tym, że prędzej, czy później będę musiał napisać na ten temat osobny tekst.
Dziś postanowiłem się do sprawy zabrać na poważnie, no i pierwsze, co zrobiłem, to wpisałem sobie w wyszukiwarce słowo „onet”. Po kilku nieudanych próbach, kiedy to zamiast normalnej informacji o firmie, otwierał mi się portal onet.pl, trafiłem wreszcie na stronę o adresie http://ofirmie.onet.pl/wartosci, gdzie przeczytałem, co następuje:
W Onecie przyświecają nam proste, uniwersalne i ponadczasowe wartości:
Otwartość w komunikacji. W każdym wymiarze i przestrzeni.
Pasja oparta na innowacyjności, dążeniu do osiągania najwyższej jakości oraz współzawodnictwie.
Gra zespołowa niezależnie od tego czy chodzi o sprawy wewnętrzne czy zewnętrzne staramy się grać zespołowo, wierząc, że przynosi to najlepsze efekty.
Zero tolerancji dla arogancji. W stosunku do współpracowników, kontrahentów, partnerów biznesowych.
Akcja, czyli skupienie na dostarczeniu produktu. W Onecie mawiamy ‘Vision without execution is a hallucination’:)
”.
Gdyby ktoś nie wiedział, to co oni w Onecie sobie mawiają, na polski tłumaczy się tak: “Niezrealizowana wizja jest halucynacją”. Skoro więc to mamy już wyjaśnione, spójrzmy na tych, co ową wizją się karmią, ale tych, co ją realizują. Szukamy dalej i otwieramy zakładkę zatytułowaną „Ludzie Onetu”. Tam wprawdzie nazwisk żadnych nie znajdziemy, ale za to są zdjęcia i imiona: Gosia, Marcin, Monika, Sławek, Arek, Małgosia, no i oczywiście tekst. Mówi Gosia:
Nakręca nas oglądalność, to, że wrzucamy coś na stronę i widzimy, że się klika, wzbudza zainteresowanie. To jest rzecz, która daje nam kopa – wrzucasz coś i widzisz, że to się ludziom podoba, że chcą to oglądać, że tytuł, który ułożyłeś czy materiał, który promujesz zażarł i wzbudza mocne zainteresowanie. To jest mocna dawka adrenaliny”.
Ja zdaję sobie sprawę, że droga, którą przeszedłem od sceny z Moe Greenem do tej Gosi może się niektórym z nas wydać zbyt długa, a przede wszystkim zbyt kręta, ale tu niestety jestem bezradny. Takimi akurat drogami chodzą moje myśli, i innymi nie chcą. Jedyne co mi pozostaje, to liczyć na to, że większość czytelników tego bloga się już odpowiednio do moich ekstrawagancji przyzwyczaiła. Mimo to, spróbuję trochę przynajmniej problem przybliżyć. Otóż tak się szczęśliwie porobiło, że ja przez ten blog, ale przecież i nie tylko, mam w różnych miejscach swoich informatorów, którzy zawsze chętnie służą mi swoją pomocą. Nie uwierzycie, ale ostatnio, że się pochwalę, dołączył do nich nawet sam Chris Cieszewski, jak się okazuje nasz wierny czytelnik. I oto, jeden z nich, człowiek jak najbardziej stamtąd, poinformował mnie, że kiedy Axel Springer wyciągał z kieszeni ów okrągły miliard, żeby sobie kupić Onet, nawet nie wiedział, co sobie bierze na głowę. Niemcy, w ramach standardowej medialnej ekspansji, którą już od lat prowadzą w Polsce, kupili sobie ten Onet, bo im się wydawało, że to taki fajny portal – popularny i z przyszłością – a tymczasem okazało się, że w ten sposób zwalili sobie na łeb coś, co ich pod każdym względem przewyższa. Zarówno jak idzie o wielkość, rangę, i znaczenie. Kupili sobie ten Onet, a tu się okazało, że Onetowi nawet w głowie, żeby się swoim właścicielem w jakikolwiek sposób przejmować. Więcej: Onet nawet nie bierze pod uwagę, że tam gdzieś w ogóle jest jakiś, nowy, czy stary, właściciel. Onet, jeśli już w ogóle myśli o tym, że gdzieś jest ktoś, kogo należy słuchać, to wspomina wyłącznie System.
Wszyscy pamiętamy, jak to Tomasz Lis, naczelny należącego, podobnie jak Onet, do Niemców, „Newsweeka”, opublikował serię bardzo antykościelnych okładek. Jak mnie informują moi ludzie, kiedy sprawa zaczęła żyć własnym życiem, Lis został wezwany, nawet nie do Niemca, ale do kogoś, kto ma za zadanie zaledwie przekazywać informacje, i otrzymał polecenie, że ma się natychmiast uspokoić, bo jego zachowanie szkodzi wizerunkowi firmy… i on, bez słowa skinął głową i cichutko zamykając drzwi, wyszedł. Z tego, co słyszę, rozumiem, że, ku swojemu potężnemu zdziwieniu, ci sami Niemcy, którzy tak gładko sobie poradzili z Lisem, do Onetu nie mają żadnego dostępu. Tam siedzą Gosia, Arek, Sławek i Marcin i każdy z nich zajęty jest realizowaniem wizji. A jeśli nawet owa wizja wyrzuci z siebie nagle pomysł, by z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, pokazać nam wszystkim, jak to przed nami te Święta obchodzili nasi kaci i okupanci, owym katom i okupantom nic do tego. Bo z punktu widzenia Systemu, oni są dziś nikim.
Kupił więc sobie Axel Springer Onet… i aż przysiadł od tego ciężaru. I tak siedzi i myśli, co tu zrobić. A przed nim rozciąga się System, i mieni się wszystkimi kolorami tęczy.
Zaglądamy po raz kolejny na stronę Onetu, a tam widzimy zarząd spółki, i same polskie nazwiska: prezes Robert Bednarski, prezes Paweł Leżański, dyrektor Jacek Dzięcielak, dyrektor Renata Morlewska-Sipior, i dopiero na samym końcu tak zwana Rada Nadzorcza, a w niej jakiś Ralph i paru Marcusów. Jestem pod wrażeniem!
Ja wiem, że nasze tak bardzo skomplikowane czasy doprowadziły nas do miejsca, gdzie jesteśmy przekonani, że, jeśli tylko uda nam się wypędzić stąd Niemców i Francuzów, z resztą jakoś sobie poradzimy. Otóż nic z tego. Ten węzeł jest znacznie bardziej skomplikowany. Nawet nie wiemy, jak bardzo.

Wprawdzie ostatnio w Sieci pojawiła się fala kolejnych komentarzy dotyczących żebractwa, jakie ja tu na blogu uprawiam, ja jednak nie za bardzo widzę inne wyjście, jak prosić wszystkich o wsparcie. Ostatnie trzy dni to była niemal kompletna pustka, i myśmy to natychmiast odczuli. Dziękuję za zrozumienie.



piątek, 17 stycznia 2014

Coś zagrało, coś nie zagrało - czyli sznur w każdym domu

Ostatnie dni tak nam obfitowały w tematy ważne i jeszcze ważniejsze, że po raz pierwszy od nie pamiętam, kiedy, nie udało mi się napisać i podzielić się tu na blogu wszystkim, co miałem w głowie. A mimo to, już to, z czym jak najbardziej zdążyłem, wystarczyło, by poczuć tę nienawiść, która mi towarzyszy od pierwszych dni mojego tu pisania, a która ostatnio robi wrażenie czegoś wręcz już fizycznego.
Co ciekawe, żaden z tekstów, które wywołały największe emocje, nie był tekstem ściśle politycznym. Pierwszy bowiem dotyczył aktorstwa, jako zawodu, choć oczywiście z mojego punktu widzenia niezwykle pożytecznego, to osoby najbardziej zainteresowane degradującego na poziomie zupełnie podstawowym. Drugi z kolei poświęcony został dobroczynności w wymiarze całkowicie pozapolitycznym, gdzie ktoś taki jak Jerzy Owsiak, owszem, pojawił się, bo pojawić się musiał, niemniej jednak wszystko odbyło się w przestrzeni, do której coś tak trywialnego, jak polityka, zwyczajnie nie ma dostępu.
No, i jak mówię, oba te teksty po stronie ludzi, którzy się na mnie czają już od pewnego czasu, wywołały takie wzburzenie, że ja po raz pierwszy chyba w życiu poczułem niepokój o swoje bezpieczeństwo. Ja, naturalnie, bardzo niechętnie zaglądam na blogi osób, których praktycznie jedyną ofertę stanowi tworzenie forum, na którym każdy chętny będzie mógł do woli obrażać i grozić mi i mojej rodzinie. Niestety, zawsze się zdarzy tak, że ktoś zaprzyjaźniony podeśle mi określoną informację, no i jest mi oczywiście trudno uniknąć konsekwencji. Wczoraj na przykład bloger podpisujący się VonKattowitz, jak słyszę, poświęcił mi tekst, pod którym natychmiast zebrali się wszyscy ci, którzy nie przepuszczą żadnej tego typu okazji, no i rozpoczęła się zabawa. Jak słyszę, tam się działo naprawdę wiele, jednak to co warte uwagi szczególnej, to dwie wypowiedzi. Jedna autorstwa internauty, kiedyś podpisującego się Pantryjota, a dziś Orwokolor, który wyraził nadzieję na to, że ja niedługo umrę, a druga człowieka, który stanowi więc historię Salonu24 – a nie tylko – a mianowicie Sowińca, który wyraził pogląd, że ja jestem człowiekiem „pozbawionym podstawowych uczuć, oraz zagorzałym wrogiem chrześcijaństwa”. Ponieważ to wszystko odbywało się na blogu człowieka, który, co już parokrotnie udowodnił, doskonale wie gdzie mieszkam, i gdzie i kiedy można mnie spotkać, a w dodatku przyznał, że, ponieważ mnie często spotyka, z trudem się powstrzymuje przed tym, by mi zrobić jakąś krzywdę, zgłosiłem w administracji Salonu24 nadużycie, jednak jedyną reakcją było to, że dziś z samego rana, na moim blogu pojawiła się zachęta, bym sobie przeczytał tekst blogera Orwokolor, w którym ten pisze, że jestem „śmierdzącym wieśniakiem”, który nie zasługuje nawet na to, by nosić jakiekolwiek imię.
Dziś wracałem, jak co dzień ze spaceru z psem mojej córki, i spotkałem swojego jeszcze szkolnego kolegę, o którym tu już wspominałem, a który od czasu, gdy został najzwyczajniej w świecie wystawiony do wiatru przez System i popadł w straszną nędzę, ile razy mnie spotyka, obrzuca mnie wyzwiskami z powodu tego, co ja piszę na blogu. Dziś akurat starał się on zachować względny spokój, jednak i tak zdążył mi powiedzieć, że ile razy zdarzy mu się zainteresować tym, co się dzieje w mediach, ogarnia go autentyczna rządza krwi. Że on zwyczajnie już nie wytrzymuje. Że on nas, pisowców, by najzwyczajniej w świeci likwidował. Pogadaliśmy jednak w miarę spokojnie, poobgadywaliśmy dawnych znajomych, podaliśmy sobie rękę i wróciliśmy do codziennych zajęć.
A ja teraz siedzę sobie przy tym moim biednym komputerze i myślę o dwóch rzeczach. Przede wszystkim o absolutnie porażającym tekście Gabriela, w którym napisał on, jak to powoli, ale nieubłagalnie rusza kampania na rzecz tego, by zachęcać nas do wyzbywania się wszelkiej – wszelkiej! – własności, na rzecz kredytu. No a poza tym o tekście, który dziś ukazuje się w „Warszawskiej Gazecie”, jako mój kolejny felieton, poświęcony temu, co się zdarzyło w dalekich Suwałkach, gdzie polskie państwo, przy pomocy swoich służb, budując Nową Europejską Cywilizację, dokonało zamachu na jedną rodzinę, rozbiło ją doszczętnie, a na koniec, składając niejako pod swoim dziełem podpis, zmusiło do samobójstwa 16-letnie dziecko. Ów akt ludobójstwa został skomentowany natychmiast przez rządowego urzędnika, nazwiskiem Marek Michalak, słowami, że „coś nie zagrało”. Dokładnie tak: „Coś nie zagrało”.
W tej sytuacji, ja mam do tego człowieka, ale nie tylko do niego, bo także do tych wszystkich moich współobywateli, o których wcześniej pisałem, tylko jedno słowo: „Śpijcie spokojnie. Wszystko zagrało, jak należy. Wszystkie instrumenty grają głośno i czysto. Od tych dźwięków nawet niektórzy ochrypli i dla wspólnej zgrywy zaczęli łazić na czworakach po stole”.

Każdego z nas, któremu powyższy tekst się spodobał, i ma poczucie, że jemu akurat się coś należy, proszę o wsparcie na podany obok numer konta. Bez tej pomocy, póki co, nie istniejemy. Dziękuję.

czwartek, 16 stycznia 2014

Kto się zgodzi zabić Łukasza Berezaka?

Kilka lat temu, kiedy wciąż jeszcze wierzyłem – choć owa wiara już powoli szczęśliwie zanikała – że o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy można sensownie dyskutować, przedstawiłem na blogu tekst zatytułowany „O Jurku, któremu zabrakło atomów”. Mówiąc najkrócej, chodziło mi o to, że tego, co robi Jerzy Owsiak nie da się oceniać na poziomie działalności dobroczynnej, z tego prostego powodu, że tego, czym on się zajmuje, nie ma możliwości opisania przy pomocy pojęć takich, jak „dobro”, czy „zło”. Przez ów przykład z atomami postawionymi przeciwko liczbom, chciałem udowodnić, że jeśli uznamy, że Jerzy Owsiak jest człowiekiem złym, lub dobrym, to w żadnym wypadku w oparciu o to, co on nam pokazuje każdego roku w styczniu, organizując zbiórkę pieniędzy na sprzęt medyczny dla szpitali, co nam prezentuje w wymiarze publicznym w każdym pozostałym miesiącu danego sezonu, ani nawet na tle tego, co on nam na ten temat opowiada. A wszystko to z tego prostego powodu, że między działalnością dobroczynną, a księgowością nie ma najmniejszego punktu stycznego. Żeby móc ocenić, czy Jerzy Owsiak jest człowiekiem dobrym, czy złym, musielibyśmy go albo znać osobiście, i to znać bardzo blisko, albo mieć na jego temat jakieś bardzo szczegółowe informacje – i to na samym dopiero końcu, informacje pochodzące od niego samego.
Wyobraźmy sobie, że Jerzy Owsiak idzie sobie na pocztę nadać kartkę ż życzeniami świątecznymi dla swojej babci, i nagle podchodzi do niego kobieta z czwórką małych dzieci i mówi mu, oni wszyscy są bardzo głodni, i czy on nie mógłby im kupić coś do jedzenia, albo dać na to jedzenie pieniądze. W tym momencie, Jerzy Owsiak wyciąga z kieszeni 50 złotych, i tak by nikt tego poza tymi ludźmi nie widział, daje je kobiecie i natychmiast znika. Czy on uczynił dobro, zło, czy nie uczynił ani jednego, ani drugiego? Jeśli on natychmiast po tym popędził do znajomych i im opowiedział o tym, co zrobił, a następnie już tylko napawał się ludzkim podziwem, on nie uczynił ani zła, ani dobra, natomiast niewątpliwie pomógł biednym ludziom. I to jest sprawa bardzo oczywista. On pomógł potrzebującym, ale owa pomoc może być opisana wyłącznie przy pomocy liczb, ale już nie przy pomocy atomów. Jeśli jednak on to zachował wyłącznie dla siebie, a najlepiej o wszystkim natychmiast zapomniał, faktycznie możemy próbować się zgodzić, że Owsiak to człowiek dobry.
Żeby może choć na chwilę przestać mówić o Owsiaku, spróbujmy sobie wyobrazić człowieka, który zasłabł na środku ulicy i zanim umarł, przyjechało pogotowie, a bardzo profesjonalnie przygotowani ratownicy udzielili mu pomocy, no i uratowali mu życie. Co więcej, kiedy on się ocknął i powiedział „Dziękuję”, każdy z nich, jak jeden mąż odpowiedział: „Drobiazg”, i wszyscy odjechali, bo akurat zadzwonił telefon, i trzeba było jechać dalej. Czy owi ratownicy medyczni to ludzie dobrzy, źli, czy ani jedni, ani drudzy? Otóż, moim zdaniem, każda z tych odpowiedzi jest możliwa, tyle że żadna z nich nie może być oparta na podstawie tej jednej akcji, ani nawet na całej serii akcji podobnych. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że dobra i zła nie liczy się w liczbach, lecz w atomach, których my nawet nie jesteśmy w stanie dostrzec.
A teraz zastanówmy się nad następującą możliwością. Otóż wśród owych ratowników jest pewien Jurek. Czy przez to, że on z uśmiechem i bez zbędnego marudzenia uratował właśnie człowiekowi życie, ja muszę go lubić, czy mogę – znając go skądinąd – uważać go za idiotę i sukinsyna. Moim zdaniem, ja nie mam żadnego obowiązku, ani moralnego, ani jakiegokolwiek innego, by go lubić. No a co mam zrobić, jeśli na moje brzydkie słowa na temat owego Jurka, dzieci owego uratowanego od śmierci człowieka przyjdą do mnie i zaczną mi sprawę tłumaczyć w wymiarze czysto osobistym? A co ja mam zrobić, jeśli oni zaczną mnie szantażować, tłumacząc mi, że każde moje brzydkie słowo na jego temat, sprawia im osobistą przykrość, bo dla nich ów Jurek już do końca życia pozostanie człowiekiem świętym?
Napisałem tamten tekst o Jurku, któremu skończyły się atomy, i pomyślałem sobie, że na tym, dla mnie przynajmniej, poziomie, sprawa jest zakończona. Dla mnie Jerzy Owsiak pozostanie, póki co, kimś, kogo mogę oceniać, jako człowieka, do woli, z jednym jedynym wyjątkiem. Otóż ja nie jestem w stanie stwierdzić z pełnym przekonaniem, czy on jest człowiekiem dobrym, czy złym, i czy to, co on czyni, to zło, czy dobro w wymiarze ponadpraktycznym. Jeśli chodzi o niego, mogę oczywiście sobie spekulować, mogę wysłuchiwać różnych na jego temat opinii, mogę wreszcie oceniać jego poszczególne wypowiedzi i zachowania, natomiast nigdy nie powiem, że Owsiak to człowiek dobry. Podobnie, jak nie powiem, że on jest człowiekiem z całą pewnością złym. Dlaczego? Bo nie mam do tego koniecznych danych. Same liczby nie wystarczają.
Jest jeszcze coś, o czym chyba nie miałem okazji pisać nigdy. Pieniądze. Rzecz w tym, że ja nie mam najmniejszego pojęcia, czy Jerzy Owsiak pieniądze przeznaczone na pomoc dla potrzebujących w większości zgarnia dla siebie, czy on jest człowiekiem tak skromnym, że mu wystarczy na najbardziej potrzebne wydatki i on o żadnych luksusach nawet nie śmie marzyć. Tyle że to, z punktu widzenia dzisiejszej dyskusji, nie ma najmniejszego znaczenia. Bez względu na to, czy on jest na pieniądze łasy bardzo, trochę, czy w ogóle, my wciąż nie umiemy stwierdzić, czy to, co on czyni, to jest zło, czy dobro. Nie w wymiarze ponadpraktycznym. Nie, jeśli mówimy o atomach. Bo pieniądze i pragnienie ich posiadania to matematyka, a my mówimy o fizyce.
I oto, po tych wszystkich latach, które minęły najpierw od momentu, gdy Jerzy Owsiak postanowił poświęcić swoje życie na zaopatrywanie szpitali w sprzęt medyczny, następnie od czasu, gdy ja sam zacząłem się zastanawiać nad próbą oceny tego, co on robi, aż wreszcie od dnia, gdy uznałem, że w sytuacji, w jakiej się znajdujemy, to wszystko jest od początku do końca pozbawione sensu, Jerzy Owsiak opowiedział nam historię pewnego „nieuleczalnie chorego” Łukasza, a następnie spojrzał prosto w oko kamery i krzyknął: „Łukasz! Ty umrzesz!” I oto, jak sądzę, tak naprawdę po raz pierwszy od czasu, gdy cała sprawa Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy stała się sprawą ogólnonarodową, otrzymaliśmy jednocześnie zarówno liczby, jak i atomy. W jednym. Wsłuchując się w to wycie, patrząc na to nieszczęsne dziecko otoczone złem w postaci najczystszej do wyobrażenia, ja po raz pierwszy od samego początku mogę stwierdzić z całkowitym przekonaniem, że ten człowiek to też jest zło najczystsze. I myślę sobie, że jedyne, co mi dziś pozostaje, to modlić za to dziecko i jego rodzinę. A jeśli owa modlitwa nie pomoże, i Dobry Bóg będzie chciał nam urządzić demonstrację, której nie wytrzymamy, to może pomódlmy się w intencji głównych sponsorów tego upiornego przedsięwzięcia. Żeby ich w ułamku sekundy nie pochłonęło piekło. Chociaż mam wrażenie, że oni sobie poradzą. Jak zawsze. Mają już w końcu odpowiednią praktykę.

Jeśli kogoś powyższy tekst poruszył, zainspirował, czy mu się zwyczajnie podobał, bardzo proszę o finansowe wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.