czwartek, 30 sierpnia 2012

O tryumfie liberalizmu i nadchodzącej katastrofie

Kto jeszcze pamięta, jak zorganizowaliśmy tu akcję na rzecz sfinansowania miesięcznego szkolenia starszej Toyahówny w jednej z krakowskich firm biotechnologicznych, może się zastanawiać jak owo szkolenie wypadło i co z niego dziś mamy.
Zanim przejdę do rzeczy, króciutko przedstawię tło. Otóż moje dziecko w zeszłym roku skończyło studia magisterskie na Wydziale Biotechnologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, i od tego czasu podjęło bardzo intensywne próby na rzecz znalezienia odpowiedniej dla siebie pracy. Efekt tego przez miniony rok był taki, że w końcu udało jej się wreszcie trafić pewną rodzinę z trojgiem małych dziewczynek, którymi podczas nieobecności rodziców nie miał się kto zajmować, no i została wynajęta jako au pair.
Od samego początku jednak, Toyahówna miała oko na pewną bardzo, co wynikało z informacji na stronie internetowej, poważną krakowską firmę biotechnologiczną, której oferta była nieustannie obecna w różnych właściwych temu miejscach. Wysyłała więc tam raz za razem swoje CV, jednak bez jakiejkolwiek reakcji. No i przyszedł ten lipiec, kiedy to nagle ci państwo – czy może raczej ten pan – nawiązali kontakt i zaproponowali jej, by się zgłosiła na miesięczne szkolenie. Pomysł szkolenia był taki, że ona będzie zwyczajnie przez miesiąc dla nich pracowała, oni będą obserwować jej pracę, na końcu zorganizują jej egzamin, i jeśli przejdzie pomyślnie całą procedurę, zostanie zatrudniona. Wtedy to właśnie zarządziłem pamiętną zbiórkę.
Pojechała więc starsza Toyahówna do Krakowa, i pierwsze, co ją zdziwiło, to to, że firma znajduje się w zwykłym mieszkaniu. Wyżej jacyś ludzie, niżej podobnie, a miedzy nimi te badania. Drugie, że mimo iż owa firma działa na rynku już siedem lat i jest jedną z dwóch największych w Polsce firm trudniących się ustalaniem ojcostwa, pracują tam wyłącznie dziewczyny takie jak ona – tuż po studiach. Trzecie, że tak naprawdę, jedynymi zatrudnionymi tam osobami są dwie dziewczyny w biurze plus laborantka – opiekunka tego szkolenia, z tym że ona akurat wyłącznie na umowę o dzieło za jakieś marne tysiąc złotych z hakiem. Natomiast już każdy następny do tej roboty, to wyłącznie na szkolenie. W cyklu miesięcznym.
Jedyne co tam było w standardzie, to praca. Prawdziwa praca, wykonywana na zlecenia napływające z całej Polski, od osób prywatnych i jak najbardziej poważnych instytucji.
Jeździła więc Toyahówna dzień w dzień do Krakowa, bez żadnej umowy, żadnego zaświadczenia, żadnego ubezpieczenia, żadnych gwarancji, no i żadnej zapłaty, siedziała tam od rana do wieczora, i robiła wszystko co trzeba było robić, najsolidniej jak potrafiła – jak najbardziej na konto właściciela firmy. Minął miesiąc i proszę sobie wyobrazić, że kiedy spytała, co dalej, szef powiedział jej, że niech sobie robi co chce, bo co dalej, to już nie jego biznes. On ma całe stosy mniej lub bardziej świeżych aplikacji, i sobie z pewnością poradzi. Dosłownie. Wyszła stamtąd i nikt nawet na pożegnanie nie podniósł głowy.
No a dziś wreszcie, po wielodniowym dobijaniu się, otrzymała ów certyfikat, że pracowała sumiennie i odbyła szkolenie. Aby odebrać owo zaświadczenie, przyjechała tam na miejsce, no i zobaczyła, że tam już się szkoli ktoś nowy.
Jak mówię, firma, której nazwy i nazwiska właściciela tu nie wymieniam, bo moje lękliwe dziecko mi zakazało, jest jedną z dwóch głównych tego typu firm w Polsce. Jak się też dowiaduję, w kraju znajduje się około 60 firm biotechnologicznych, mniej więcej tyle co w Estonii. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, niech sobie sprawdzi, ile to w owej Estonii mieszka ludzi. Ale jest jeszcze coś. Opowiadam tę historię pewnemu znajomemu, z Warszawy i on mi mówi, że opisany przeze mnie system szkoleń, to bardzo popularna w dzisiejszej Polsce praktyka. W takiej Warszawie to podobno wręcz moda. Kiedy się okazało, że zatrudnianie na umowy śmieciowe choć jest okay, to jednak ma swoje wady, ktoś wymyślił ów system szkoleń.
Skoro już jesteśmy w temacie, a nie chcę, by mi zarzucono, że załatwiam tu wyłącznie swoje sprawy, opowiem pewną historię. Otóż w firmie, gdzie uczę troszkę angielskiego, są dyrektorzy, i owi dyrektorzy mają tak zwane asystentki. Ostatnio okazało się, że firma potrzebowała jednej więcej, więc ogłoszono publiczny nabór. No i przyjęto dziewczynę. Standard. Blondynka. Wysoka. Szczupła. Ani mądra, ani głupia. Jak mówię, standard. Pytam więc mojego dyrektora – trochę z myślą o mojej córce – co trzeba mieć, żeby dostać tego typu pracę. On mi na to, że nic. Wystarczy umieć robić kawę, dobrze by było też znać trochę język, no i lepiej żeby nie była zbyt głupia. I ledwo co sobie pomyślałem, że nie jest najgorzej, on mi dorzucił coś jeszcze. Na to ogłoszenie, nadesłanych zostało ponad 200 zgłoszeń.
I już na sam koniec, jeszcze jedna refleksja. Kiedy zdawałem na anglistykę, informacja była taka, że nie jest łatwo, bo na jedno miejsce jest aż siedmiu kandydatów. Bardzo dużo. Wygląda na to, że dziś, jak idzie o uczelnie, proporcje w wielu wypadkach się odwróciły. Tu na przykład, jak widzimy, na jedno miejsce mamy aż 200 chętnych. Ostro, czyż nie?Wszystkich ewentualnie chętnych do komentowania liberałów, proszę bardzo, aby dziś się jednak powstrzymali. Będę niegrzeczny.

Tradycyjnie już natomiast, proszę wszystkich, którym być może akurat zbywa, o finansowe wsparcie tego bloga. Wygląda na to, że to jest właśnie przyszłość. Tak zwana samopomoc. Dziękuję.

środa, 29 sierpnia 2012

O Jezusie z Łomnicy i grzechu niecierpliwości

Portal tvn24.pl stanowi dla mnie źródło pewnej specyficznej wiedzy, dokładnie na takiej samej zasadzie na jakiej inne osoby, o podobnym do mojego politycznym usposobieniu, traktują na przykład Onet. A więc podczas gdy inni, ile razy chcą się dowiedzieć, co knuje System, zaglądają do Onetu, ja klikam tvn24.pl.... i już wiem wszystko co mam wiedzieć.
Zajrzałem tam wczoraj, i w jednej chwili uderzyła mnie, zamieszczona na samej górze, i ilustrowana pięknym zdjęciem informacja, zatytułowana „Skarb w drewnianym Kościółku”, o tym, że w malej wiosce koło Zbąszynia o nazwie Łomnica, zatrudniony tam od niedawna proboszcz natrafił na niezwykłe znalezisko, mianowicie jedną z dwóch istniejących dziś na świecie kopii cudownego wizerunku Chrystusa z Manopello. Wedle relacji TVN-u, obraz ten od 250 lat wisiał sobie w głównym ołtarzu kościoła, przez nikogo nie niepokojony, nie wywołujący zainteresowania ani wiernych, ani obsługujących parafię kolejnych proboszczów, gdy nagle pojawił się nowy ksiądz i odkrył ów najprawdziwszy skarb.
Gdyby się tak nie zdarzyło, że sprawę owego wizerunku znałem już dużo wcześniej, przypuszczam, że przeczytawszy tę informację wyklikałbym sobie to Manopello, i zobaczyłbym oczywiście, że Jezus z Łomnicy w żadnym wypadku nie może stanowić kopii Jezusa z Manopello. Po prostu. I to nie dlatego, że wprawne oko eksperta między oboma obrazami dostrzeże znaczące różnice, ale dlatego, że to są dwa zupełnie inne wizerunki. To są, że tak to ujmę, dwa inne Chrystusy.
Kto wie, ten wie, ale na wszelki wypadek nie zaszkodzi wspomnieć, że na świecie znane są dwa wizerunki Jezusa, o których mówi się, że nie zostały uczynione ręką ludzką. Jeden z nich to Jezus z Całunu Turyńskiego, drugi to właśnie ten z Manopello. Tylko te dwa. Wszystkie inne znane nam obrazy Jezusa oparte są wyłącznie o te dwa świadectwa. Rzecz w tym, że twarze z Całunu i z Manopello przedstawiają Jezusa w dwóch całkowicie różnych momentach Jego życia. Na Całunie widzimy Jezusa umęczonego, z zamkniętymi oczami, oblewanego krwią i potem, podczas gdy na obrazie z Manopello mamy Jezusa Zmartwychwstałego, z otwartymi oczami, radosnego. A więc, jak mówię, wystarczy zajrzeć do Internetu, by zobaczyć, że Jezus z Łomnicy to nie jest Jezus Zmartwychwstały.
Ponieważ sprawę obrazu z ołtarza w Łomnicy znałem wcześniej, pierwsze co zrobiłem, to zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego księdza, który akurat w tej kwestii jest pierwszym ekspertem, by się od niego może dowiedzieć, o co k… chodzi? Co się k… dzieje? No i mi mój ksiądz wszystko opowiedział. Zanim jednak dojdę do tego, tym, którzy nie wiedzą co to w ogóle jest Łomnica i czym dla tamtejszych parafian jest ów Jezus, przedstawię w czym rzecz.
Otóż odkrycie, o którym informuje tvn24 nie jest żadnym odkryciem. Kiedyś oczywiście odkryciem było, dziś jednak nim już nie jest. Dokładnie od pięciu lat, sprawa jest powszechna tak jak powszechny jest nasz Kościół. Kiedy to pięć lat temu do Łomnicy zawitał ówczesny proboszcz ksiądz Rafał Krakowiak, natychmiast zauważył ten niezwykły, czarno-bialy, sporządzony na jedwabiu, maleńki obraz Jezusa i spytał ludzi, czy wiedzą co to takiego. Ponieważ wersji było tyle ile parafian, a najczęściej powtarzała się opinia, że to zdaje się jest głowa Jana Chrzciciela, ksiądz Krakowiak przeprowadził prywatne śledztwo, związane przede wszystkim z przetłumaczeniem z łaciny na polski znajdującego się przy obrazie watykańskiego dokumentu – o którym zresztą TVN pisze, że nikt na niego nie zwrócił uwagi – i ustalił, że jest to prawdopodobnie kopia watykańskiej ikony Chusty Świętej Weroniki, którą do Łomnicy przywiózł z Rzymu budowniczy kościoła, człowiek nazwiskiem Garczyński.
Ustaliwszy to co ustalił, proboszcz Krakowiak nie pobiegł ze sprawą do mediów, ale postanowił, że z umieszczonego w samym sercu ołtarza wizerunku Jezusa uczyni przedmiot lokalnej pobożności. Napisał więc słowa specjalnej Nowenny, zorganizował budowę w pobliskim lasku pięknej Drogi Krzyżowej i zachęcił mieszkańców, by każdego piątku po mszy, oddawali cześć Jezusowi, czy to kierując do niego modlitwy, czy zostawiając osobiście sporządzone karteczki z prośbami. I tak też przez kolejne pięć lat, w każdy piątek, Łomnica czciła swego Zapłakanego Chrystusa.
Czytam tekst z portalu tvn24, a przy okazji informacje podane przez lokalne poznańskie media, ale też ogólnopolskie portale takie jak Wirtualna Polska i Onet, i wszędzie powtarzają się następujące słowa: „Nikt nie zwrócił uwagi”, „Na razie to tylko przypuszczenia”, „Być może kościół kryje coś jeszcze”, a od księdza Krakowiaka dowiaduję się, ze obrazek z Jezusem został już zdjęty z ołtarza i, w obawie, że ktoś go będzie chciał ukraść, ukryty w nieznanym miejscu. Mówi mi też ksiądz Krakowiak, że on darzył ten obraz takim nabożeństwem, że przez pięć lat nigdy nie znalazł w sobie na tyle odwagi, by go choćby dotknąć. Dziś on, co można było podobno obejrzeć w telewizji, już został wielokrotnie obmacany, choćby przez redaktorów TVN-u.
Ale jest jeszcze coś. Otóż ponieważ sprawa stała się ogólnopolska, dowiedziała się o niej i poznańska Kuria, w związku z czym istnieje plan, by ten obraz z Łomnicy w ogóle zabrać. I myślę, że to jest ten właśnie moment, kiedy ktoś spyta, że zaraz, ale kto w ogóle sprowadził do Łomnicy TVN24? I kto im naopowiadał tych bzdur? Już mówię. Otóż to wszystko stanowiło w gruncie rzeczy bardzo świątobliwy pomysł nowego proboszcza. Pojawił się on na swojej nowej placówce, zobaczył ten obraz, coś tam poszukał, coś posprawdzał, i uznał, że właściwie będzie dobrze, jeśli on zainteresuje ogólnopolskie media tym Jezusem, bo to i pojawią się sponsorzy i może samo państwo dołoży trochę grosza do remontu kościoła, może zaczną zjeżdżać się turyści – i to nie tylko z Polski, ale i z całego świata – a wszystko to pójdzie na jego konto. Konto skromnego, pobożnego wiejskiego proboszcza.
Takie to prawdopodobnie były kalkulacje proboszcza Kucińskiego, zanim jeszcze został ogólnopolską gwiazdą. Prawdopodobnie, bo tak naprawdę wszystkiego nie wiemy i wiedzieć już nie będziemy. Natomiast znamy efekt. Żadni sponsorzy się nie pojawią. Minął jeden dzień, i całą sensację szlag trafił. Jedynym praktycznym efektem całego tego szaleństwa będzie to, że zapewne pobożni mieszkańcy Łomnicy nie będą już mieli okazji zanosić swoich biednych, własnoręcznie nabazgranych karteczek z prośbami do tego swojego Umęczonego Biedaka. I przez co to wszystko? Przez, jak to mi wyjaśnia ksiądz Krakowiak, zwykłą ludzką niecierpliwość.
Mówi mi jednak ksiądz Krakowiak coś jeszcze. Otóż istnieje takie publiczne przekonanie, ze Kościół trzyma swój majątek po to tylko, by karmić nim swoich kapłanów. Otóż nic bardziej błędnego. Majątek Kościoła jest gromadzony tylko w jednym celu. By Kościół nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji, by poczuć, że bez wsparcia państwa nie przeżyje. Najwidoczniej, nowy proboszcz parafii w Łomnicy tego nie wiedział. Obawiam się, że za to będzie musiał teraz wiele wycierpieć. Prawie mi go żal.

Jak zwykle , proszę o wspieranie tego bloga, a w międzyczasie, proszę sobie obejrzeć tę Twarz.





wtorek, 28 sierpnia 2012

Dla Dominiki

Był rok może 1979, może 1980 - myślę, że, zupełnie jak dziś, koniec sierpnia - moi rodzice spędzali lato na wsi, a ja zbijałem bąki w domu w Katowicach. Byłem już za stary, żeby jeździć z nimi na wakacje, a z kolei nie miałem na tyle zorganizowanego życia towarzyskiego, by aktywnie radzić sobie z tego typu wolnością. Zbijanie bąków polegało więc na tym, że z paroma wybranymi kolegami siedzieliśmy u mnie, lub u nich w domu, piliśmy wódkę, palili papierosy, słuchaliśmy muzyki i patrzyliśmy jak nam czas płynie.
Któregoś wieczora spędzałem czas z moim kolegą Kazikiem Hickiewiczem, dziś daleko od nas bardzo, bo aż w Nowym Jorku, no i strasznieśmy się upili. Kiedy już przyszła na nas pora, Kazik postanowił że czas do domu, a ja mu zaoferowałem, że go odprowadzę na dworzec, by już dalej sobie sam pojechał do swoich Gliwic. Jednak kiedyśmy się już pożegnali, coś mi strzeliło do głowy, by zamiast wracać do domu, pójść sobie na miasta i spróbować może troszkę wytrzeźwieć. Chodziłem więc po pogrążonych w peerelowskiej nocy Katowicach i w pewnym momencie spotkałem bardzo – jak do dziś mi się zdaje – ładną, zupełnie samotną dziewczynę. Siedziała sobie ona na ławce na przystanku autobusowym, i, jak mówię, robiła wrażenie. To że ona była taka sama i taka ładna, ale też trochę i przez to, że ja z kolei byłem niesiony pijacką odwagą, zrobiła na mnie takie wrażenie, że ją zaczepiłem i – pamiętam to do dziś – zapytałem, jak to jest, ze tak piękna dziewczyna chodzi tak całkiem sama po nocnym mieście. Ona mi odpowiedziała, że się spóźniła na autobus, czy coś w tym stylu, ja jej więc zaproponowałem, by poszła ze mną na spacer, ona powiedziała, że czemu nie… i tak sobie poszliśmy przed siebie.
Do dziś nie mam pojęcia, kim ona była. Czy była zwykłą dziewczyną, która spóźniła się na nocny autobus, czy może jakąś drobną kurwą polująca na pijanych bałwanów, w każdym razie kiedyśmy tak szli, w pewnej chwili zatrzymała się obok nas milicyjna nysa i kazali nam wejść do środka. Milicjanci najpierw oczywiście zapytali nas, czemu się kręcimy nocą po mieście, potem nas zaczęli starannie legitymować i spisywać, w końcu mi powiedzieli, że mam sobie iść w cholerę, a ty zostajesz z nami. A ja, i trochę niesiony tym, że do tego czasu w owej dziewczynie byłem prawie zakochany, ale też trochę wypitą z moim kolegą Kazikiem Hickiewiczem wódką, próbowałem oczywiście protestować, że co z nią będzie, dlaczego, po co, i takie tam, ale milicjanci bardzo stanowczo poinformowali mnie, że jeśli się tam będę dalej kręcił, to się mną zajmą na poważnie, wyszedłem biedny i przestraszony z tego radiowozu na upalną nocną ulicę i poszedłem do domu. A oni odjechali.
Jak mówię, nie mam pojęcia kim była tamta dziewczyna i nie wiem też, co się z nią dalej stało. Czy oni jej zrobili jakąś krzywdę, czy może, wręcz przeciwnie, zawieźli ją do domu, żeby ją ochronić przed nocnymi niebezpieczeństwami owego najdziwniejszego świata Peerelu. W każdym razie pamiętam ją do dziś, no i przypominam ją sobie też zawsze, ile razy idę z moim psem na nocny spacer, i widzę samotne dziewczyny wędrujące po ulicach wciąż tego samego miasta.
Skąd te myśli? Otóż strasznie wiele się od tamtych lat zmieniło. Przede wszystkim oczywiście najprawdopodobniej raczej nie ma już niebezpieczeństwa, by dwoje spokojnie idących ulicą ludzi zostało zatrzymanych bez żadnego powodu przez patrol policji, nie mówiąc już o tym, że zatrzymana kobieta zostanie w majestacie prawa zgwałcona. Ja jednak sobie dumam nad czymś innym. Otóż gdybym to dziś miał się upić z moim kolegą Hickiewiczem, a następnie ruszyć w nocne miasto, od pięknych samotnych dziewcząt bym się nie opędził. Każdego wieczora, po 23 wychodzę z moim psem na ostatni przed snem spacer, i widzę te dziewczyny, wracające samotnie do domu najwidoczniej z tak pięknie kiedyś zwanych wieczorków. I zastanawiam się, czemu nikt ich nie odprowadza? Czemu one są takie same? Przecież to są często naprawdę bardzo ładne dziewczyny. Wystrojone, wyszykowane, zgrabne i eleganckie. Wracają same do domu, bo nikt im nie zaproponował, że je odprowadzi. Bo zapewne w momencie jak wstały, mówiąc, ze na nie już czas, jedyne co usłyszały to to okrutne „nara”. A może nawet i nic nie usłyszały, bo usłyszeć nie miały od kogo.
I kiedy się zastanawiam, gdzie są ci chłopcy, to widzę niekiedy i ich. Nawalonych, brudnych bałwanów w bejbolówkach, lub w kapturach, wyżelowanych, pokrzywionych straceńców, bez rozumu, bez ambicji i perspektyw. I tylko raz na jakiś czas, pomiędzy jednych a drugich, spadnie kromka z masłem, wyrzucona z okna na piątym piętrze przez pewną Dominikę, która powoli umiera. Jak oni wszyscy. I tylko mój pies idzie spokojnie, jakby nic już nie istniało poza tym spacerem. Zadowolony jak jasna cholera. Mój labrador.

W późnojesiennej książce tych tekstów będzie dużo, dużo więcej. One cały czas powstają i mam nadzieję, że dojrzewają. Jak my. Niektóre jednak już chciałbym pokazać dziś. Jako zapowiedź zmiany, która musi nastąpić. Proszę bardzo, wspierajcie ten blog. Bo tak się składa, że akurat nic innego mi nie pozostaje. Dziękuję.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Walki w klatce - epilog

Kiedy myślę o wszystkich szkodach, jakie Polsce wyrządziła władza Platformy Obywatelskiej, największa z nich, jaka mi dziś przychodzi do głowy, powiem uczciwie, ma dla mnie bardzo niejasne pochodzenie. Otóż ja autentycznie nie jestem pewien, czy do nieszczęścia, o którym myślę, doszło w wyniku jakiegoś perfidnego planu przygotowanego na najwyższych piętrach Systemu, czy może tego co się stało, nikt tak naprawdę ani nie chciał, ani tym bardziej nie przewidział, ale doszło do tego jakoś tak przypadkiem, na marginesie zupełnie innych ciągów zdarzeń.
Doświadczenie podpowiada mi, że ponieważ mało co dzieje się przypadkowo, szczególnie tam gdzie chodzi o rzeczy wręcz tworzące historię, ktoś tu się w pewnym momencie musiał wykazać niezwykłą wręcz pomysłowością. Jest mi bardzo trudno uwierzyć, by ludzi tak złych i zdemoralizowanych, jakimi niewątpliwie są ci co dziś trzymają władzę – a mówię o władzy realnej, a nie ledwie o ekspozyturze – mógł spotkać aż taki uśmiech losu. Mam nadzieję, że jednak los, jakkolwiek byśmy go rozumieli, nie może być aż tak okrutny. A zatem, oni to sobie musieli tak właśnie zaplanować.
O czym mówię? Otóż proszę zwrócić uwagę na fakt, że w Polsce, od kilku już dobrych lat, wszyscy robią wrażenie jakby żyli tylko po to, by utrzymać się przy życiu, żywiąc się jednocześnie nadzieją, że to tylko jeszcze trochę, a później się wszystko uspokoi i będzie można przynajmniej podnieść głowę. I wcale nie mam tu na myśli zwykłych ludzi. Kiedy mówię o tej walce o przeżycie, mam na myśli dokładnie wszystkich, zaczynając na samym dole, a kończąc tam, gdzie z pozoru nie ma już ani zmartwień, ani lęków, ani nawet zwykłych codziennych kłopotów. Gdyby ta katastrofa – bo to jest autentyczna katastrofa – dotyczyła tylko tak zwanych dołów, mógłbym nawet uznać, że coś się gdzieś po drodze nie do końca udało, i pewna część społeczeństwa została nieco z tylu. Trudno. Jak to mówią, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Problem jednak w tym, że to się dzieje na każdym dokładnie szczeblu tej drabiny. Jeśli ktoś ma spokój, to być może wyłącznie ci dwaj, co tę drabinę trzymają.
A zatem, wszyscy jesteśmy zajęci tylko tym, by przeżyć. O nas zresztą nie ma co mówić, bo akurat my doskonale wiemy, jak to z nami jest. Chciałbym się dziś skupić na tych, o których mamy zwyczaj myśleć jako o ludziach, którym się udało, i na których tak często liczymy, że albo się wreszcie wsłuchają w nasz głos, albo się zreflektują i zwrócą w stronę tego co dobre. Otóż prawdziwe nieszczęście polega na tym, że oni nawet jeśli się zreflektują i nawet jeśli się zwrócą w stronę tego co dobre, ów ich gest nie będzie miał żadnego praktycznego znaczenia, z tego względu, że każdy z nich zostanie w jednej chwili ściągnięty na ziemię, a jego uwaga natychmiast skupi się na tym, co na dziś dla niego akurat jest najważniejsze. A więc na walce o przeżycie.
Oglądałem niedawno drobny fragment programu w TVN24, kiedy to poseł Dera, z jakimś półprzytomnym miłośnikiem marihuany, dyskutowali kwestię jej legalizacji. Kiedy się zastanawiałem, jak to możliwe, że poseł Dera, człowiek już przecież w swoim wieku i z pewną reputacją, zgadza się w ogóle występować w jednym programie z praktycznie ściągniętym z ulicy żulem jako stroną w dyskusji, uświadomiłem sobie, że Dera tak naprawdę nie ma wyjścia. Jeśli on nie wystąpi, wystąpi kto inny, a po kilku kolejnych takich gestach, ślad po nim nie zostanie.
Podobnie zresztą jest z tym biedakiem z woreczkiem zasuszonej trawy w kieszeni. Nawet gdyby mu przyszło do głowy, że on jednak skończy z tym paleniem i postanowi żyć jak normalny człowiek, nie może tego zrobić, bo w ten sposób być może straci jedną i niepowtarzalną szansę na to, by w tym całym chaosie, przynajmniej pozornie, być kimś. On znalazł tę maleńką niszę, której się musi trzymać, nie może z niej choćby na moment ustąpić, bo zaraz przyjdzie ktoś inny i zajmie jego miejsce. A więc tu akurat oni obaj – i Dera i ten narkoman – jadą dokładnie na tym samym wózku – wózku, który pozwala im zwyczajnie żyć.
I tak samo jest akurat z całą polityką. Tam wszyscy wiszą, uczepieni zębami i pazurami czego się im uczepić udało, i boją się wykonać jakikolwiek ryzykowny ruch, bo może się okazać, że to będzie ich ruch ostatni. A tam na dole już czekają następni. W tym oczywiście ci, którzy jakiś czas temu sami się głupio puścili. I proszę się zastanowić, jak w takiej sytuacji można w ogóle rozmawiać o Polsce, o rozwoju, o walce z korupcją, o budowie dróg, o naprawie systemu sprawiedliwości, o służbie zdrowia, o edukacji, o finansach? Jak można nawet o tym wszystkim myśleć, skoro wszystko zostało tak zorganizowane, że najważniejsze to dożyć do jutra?
Myślę że często się zastanawiamy, skąd w tej polityce tyle agresji, i jak to się stało, że tylu porządnych przecież ludzi, z biegiem lat ogarnęła taka brutalność i bezwzględność. Skąd oni wszyscy zrobili się tacy okrutni i źli? No własnie stąd, że oni wszyscy walczą o przeżycie. Każdy z nich wie, że w chwili gdy przestanie się starać, na jego miejsce wskoczy ktoś od niego lepszy i go zwyczajnie z tego centymetra kwadratowego strąci. I co się stanie wtedy. O, wtedy to już będzie się można w tej sprawie zwrócić do jego żony i dzieci. Na przykład.
I w ten oto sposób działa polska polityka, gdzie naprzeciwko siebie stoją dwie grupy przerażonych ludzi, z których i jedni i drudzy plują na siebie i warczą… a my nagle uświadamiamy sobie, że oni się zachowują w ten sposób wyłącznie wtedy, kiedy mają przed sobą publiczność, podobnie jak oni, napuszczoną wzajemnie na siebie, i – podobnie jak oni, plującą na siebie i warczącą – w głębokim przekonaniu, że ktoś komuś chce coś odebrać. Kiedy bowiem publiczności nie ma, oni wszyscy siadają zdyszani, i już w pełnej zgodzie i zrozumieniu wspólnego losu, czekają na następny punkt programu.
A zatem, mamy tę publiczność, ale mamy też tych, którzy ową publiczność mają za zadanie utrzymywać w pełnej aktywności. Bo wiadomo, że bez niej to wszystko w jednej chwili traci sens. W końcu dla kogo „Newsweek” będzie projektował coraz bardziej antykościelne okładki, a Tomasz Sakiewicz drukował kolejne egzemplarze „Raportu Macierewicza”? A więc media. Niedawno pisałem trochę o tygodniku „Uważam Rze” i roli, jako pełni on po tak zwanej prawej stronie sceny politycznej. Ponieważ do tego co tam czytam mam stosunek bardzo krytyczny, spotkały mnie zarzuty, że przeze mnie przebija zwykła zawiść, bo ja bym chciał być tam gdzie są Ziemkiewicz, Semka, Wildstein, czy Karnowscy, a tymczasem okazuje się, że sobie nie zasłużyłem. No i się pieklę. Otóż uważam, że jest dziś bardzo dobra okazja, by, korzystając z tematu, wyjaśnić tę sprawę, a jednocześnie pokazać problem. Rzecz mianowicie polega na tym, że ja nie mam żadnego powodu, by wymienionym przez mnie redaktorom czegokolwiek zazdrościć. Nawet jeśli oni za swoją robotę dostają więcej pieniędzy niż ja. Mam bowiem bardzo mocne przekonanie, że ich sytuacja wcale nie jest taka wspaniała. Moim zdaniem, każdy z nich jest dokładnie w tym samym miejscu walki o przetrwanie, co wspomniany wcześniej przez mnie posel Dera, ten młody ćpun, no i pewnie też ja. A więc, ja naprawdę nie mam im czego zazdrościć.
Proszę zwrócić uwagę, jak działają główne media w Polsce, w tym właśnie „Uważam Rze”. One wszystkie – być może z wyjątkiem mediów toruńskich – realizują politykę Systemu. Utrzymanie status quo i zapewnienie utrzymania tym wszystkim, którzy ów System tworzą i wspierają. Mówi mi moja córka i moja żona, że ja nie powinienem walczyć z sojusznikami. I ja oczywiście to bardzo dobrze rozumiem, tyle że ja wcale nie uważam dziennikarzy z „Uważam Rze” za sojuszników, No może tylko sojuszników we wspólnej biedzie. Tak samo jak dziennikarzy z „Polityki” czy „Newsweeka”. Czy może ktoś zwrócił uwagę na to, jak są ostatnio robione wywiady braci Karnowskich? Każdy z nich ma na celu przede wszystkim zareklamowanie jakiegoś biznesu, który daje szanse przeżycia dla jakiejś rodziny. Czytamy rozmowę z Markiem Chodakiewiczem, a na ilustrującym rozmowę zdjęciu widzimy, jak obaj Karnowscy i sam autor trzymają w dłoniach jego nową książkę. Czytamy rozmowę z Krzysztofem Skowrońskim, a Krzysztof Skowroński w co drugim niemal zdaniu powtarza nazwę rozgłośni „Wnet”. Mamy koleiny wywiad z jakimś członkiem redakcji „Super Expressu” – i proszę bardzo, cała rozmowa z odpowiednim zdjęciem, o jego nowej książce. Myślę, że nawet ostatnia rozmowa z Pawłem Kukizem miała na celu zainteresowanie czytelników jego najnowszą płytą.
Ale nie trzeba czytać tych wywiadów, by wiedzieć o co chodzi. Piotr Gociek pisze relację o polskiej biedzie, i co chwilę podkreśla, że on ową biedę oglądał, a dziś ma przyjemność relacjonować, dzięki wyprawie zorganizowanej przez radio „Wnet”. Każdy kolejny felieton Eryka Mistewicza ma na celu wyłącznie propagowanie jego biznesu. W każdym niemal swoim felietonie, Waldemar Łysiak wspomina o swoich kolejnych książkach, z sugestią, żeby, jeśli ktoś chce wiedzieć więcej, tam zajrzał i uzupełnił swoją wiedzę. Ktoś się spyta, co w takim razie mają z tego Karnowscy i reszta? Odpowiedź jest prosta. Oni mają pracę, i to póki co, pracę zupełnie dobrą. Im się naprawdę udało. Był taki okres, kiedy nie bardzo wiedzieli, jaki będzie ich los, kiedy to jeszcze bali się pewnych zdecydowanych deklaracji, ale w końcu zauważyli tę lukę, najpierw ostrożnie włożyli tam stopę, potem druga, i okazało się, że jest dobrze. Był taki okres, kiedy wydawało się, że całą prawicową część elektoratu objęli już swoim protektoratem ojciec Rydzyk i Tomasz Sakiewicz, i dalej już ani rusz. Koniec. Ta przestrzeń została już wypełniona. Tymczasem, kiedy to „Wprost” trafiło w ręce jakichś patałachów, państwo, jak ostatni partacz, sprzedało swoje udziały w „Rzeczpospolitej”, okazało się, że jest szansa… no i oni ją wykorzystali. Przynajmniej ten Hajdarowicz ma tyle rozumu, że pozwala „autorom niepokornym” hasać. On wie, jak się robi biznes.
Ktoś mi powie, że to chyba dobrze, że nasze media się rozwijają i że dzięki temu owa przestrzeń wolności też się powiększa. Może i tak. Może to i dobrze. Ja jednak piszę o czymś zupełnie innym. Ja piszę o moich bardzo poważnych obawach, że to co mamy, to wcale nie jest to cośmy sobie wywalczyli, ale to co zostało na nas zesłane niemal jak przekleństwo. Chodzi bowiem o to, że jeśli mam rację, i cała nasza medialno-polityczna scena to zaledwie pewien bardzo czarny projekt, w którym to projekcie wszyscy odgrywają swoje role wyłącznie dlatego, że zostali do tej gry zmuszeni po to, by to już tak trwało zawsze, i w taki sposób, by nikomu nie przyszło do głowy, że można inaczej, to naprawdę nie mamy się z czego cieszyć.
A zatem, wszyscy ci, którzy wciąż marzą o Polsce i gotowi są na bardzo wiele – nawet zgadzając się na życie na granicy ekonomicznego ryzyka – by pomóc nam wszystkim do tej Polski dojść, w pewnym sensie stoją pod ścianą. Bo nie ma najmniejszych szans, by w tej ich walce pomógł im ktokolwiek z tych, do których tak naprawdę ten obowiązek zawsze należał, i za realizowanie którego oni wciąż przecież biorą pieniądze. Wychodzi na to, że oni wszyscy, którzy sami się przecież zgłosili, żeby nam tę Polskę wywalczyć, dali się w bardzo krótkim czasie tak ogłupić i spętać, że nagle dla Niej już czasu nie mają. Muszą walczyć o swoje. Już tylko o swoje.
29 września przez Warszawę ma ruszyć wielki marsz w obronie telewizji „Trwam”. Już ten poprzedni był absolutnie wyjątkowy. Zobaczymy jak będzie teraz. Swoją drogą, to jest niesamowite, jak się historia ciekawie toczy. Nagle może się okazać, że to wszystko runie dzięki jednej malej telewizji, którą, jak słyszę, w całej Polsce ogląda zaledwie 5 tysięcy osób.

Jak wiemy – powtórzyłem to zresztą w powyższym tekście – i ja walczę o przeżycie. Rzecz w tym, że nie tylko. Bóg mi świadkiem, że nie tylko. Ja to się stało? Nie wiem. Może oni mnie za bardzo przycisnęli. Może mieli mi trochę darować. Może trzeba im było dłużej potrzymać mnie na krawędzi. Byłbym bardziej potulny. A tak? Szykuję się już na ów koniec września. Wraz z innymi. No i oczywiście uczciwie proszę o wspieranie tego bloga. Dziękuję.

niedziela, 26 sierpnia 2012

Do kogo pójdziemy?

Spotkanie moskiewskiego patriarchy z biskupem Michalikiem i wydany przez obu wspólny komunikat wzbudziły bardzo wyjątkowe zainteresowanie, i – tak jak to zwykle w tego typu wypadkach bywa – ton komentarzy, niezależnie od tego, czy dla gestu obu Kościołów życzliwy, czy wręcz przeciwnie, w moim odczuciu trafił całkowicie obok tego, co najważniejsze. Najważniejsze dla nas tu i teraz. Rzecz bowiem, w tym, że – a to nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości – szczególnie jeśli wspomnimy treść większości głosów próbujących komentować to co dopiero przecież miało się wydarzyć, Kościół po raz kolejny pokazał, że jest jedynym i autentycznym dysponentem tego wszystkiego, co z najczystszym sumieniem możemy nazwać dziedzictwem.
Do czego zmierzam? Otóż kiedy w telewizji patrzę na tego ruskiego popa i naszego arcybiskupa Michalika, jak podpisują ów dokument, a później czytam pierwsze jego słowa, stanowiące ni mniej ni więcej tylko cytat z Drugiego Listu do Koryntian: „W Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat, nie poczytując ludziom ich grzechów, nam zaś przekazując słowo jednania”, mam poczucie, że oto realizuje się obietnica Chrystusa o bramach piekielnych, które Go nie przemogą. Kiedy się czyta tego typu dokument, którego faktyczna treść jest poświadczona – w sposób jak najbardziej usprawiedliwiony – przez ów cytat, nie można mieć najmniejszych wątpliwości co do tego, że choćby nie wiadomo jakie nowe doniesienia na temat występków naszych kapłanów serwowały nam media, i niezależnie od tego jak bardzo owe doniesienia byłyby prawdziwe, a nasza rozpacz słuszna, nasz Kościół – i w ogóle nasza wspólna Wiara – stanowi skarb, którego przecenić nie sposób.
Ja już oczywiście podejrzewałem to dużo wcześniej, i dawałem temu mojemu podejrzeniu niejednokrotnie wyraz, i na swoim blogu i wszędzie gdzie mnie ktoś chciał słuchać, że to czego my możemy oczekiwać od Kościoła i to co On nam może dać, przekracza znacznie wszelkie granice, które zdają się wyznaczać jacyś księża-pedofile, księża-pijacy, czy biskupi-zdrajcy. Przy okazji listu – no bo tak naprawdę, wbrew fałszywym świadectwom ludzi uznających się za ludzi Kościoła, mamy do czynienia zaledwie z listem, a nie aktem jakiegoś porozumienia – który skierowali do nas patriarcha Cyryl i arcybiskup Michalik, jeśli tylko odrzucimy kompletnie niepotrzebne uprzedzenia, będziemy mogli zobaczyć bardzo wyraźnie, że Kościół – i to dokładnie ten Kościół, z tymi biskupami i z tymi księżmi – jest jedyną stałą wartością jaką mamy tak naprawdę. I to pod każdym względem. Nawet tak pozornie nieistotnym, jak zwykła poezja języka.
Proszę bowiem zwrócić uwagę na język jakim ten list jest napisany. Proszę się nim zachwycić, a następnie proszę zauważyć, że ten język, ten właśnie język, to nie jest dowód literackiego kunsztu dwóch kapłanów, ich retorycznych zdolności, ale pewne dziedzictwo, którego właścicielem jest Kościół powołany do istnienia dwa tysiące lat temu przez Jezusa Chrystusa, a nam dziś cudownie panujący.
Ponieważ tekst, który czytamy, to w pewnym sensie też literatura, spróbujmy przez chwilę skupić się na literaturze. Jestem pewien, że wielu czytających ten felieton to osoby religijne, dla których uczestnictwo w cotygodniowym niedzielnym nabożeństwie to wręcz odruch. Proszę więc sobie przypomnieć słowa swoich księży – nawet tych najbardziej podłych i głupich – kiedy oni muszą odczytać jakieś życzenia, czy intencje i czują, że powinni je ubrać w jakieś szczególne, pobożne słowa. Proszę zwrócić uwagę, jak często owe słowa stanowią niemal wzór doskonalej retoryki. Jak one są pełne i wolne. A jeśli już to zauważymy, proszę sobie pomyśleć, skąd te słowa płyną? Skąd pochodzi ich wręcz oczywista siła? To nie jest współczesna polska czy światowa literatura. To nie są wykłady wybitnych uniwersyteckich profesorów. To nie jest wielka światowa poezja. To jest język Ewangelii, a więc czegoś co jest daleko bardziej wieczne niż to co przyzwyczailiśmy się traktować jak ważne.
Myślałem, że uda mi się uniknąć cytatów, ale wygląda na to, że dla bardziej precyzyjnego przedstawienia tego co chcę powiedzieć, bez tego nie damy rady. Proszę więc posłuchać:
Pierwszym i najważniejszym zadaniem Kościoła po wszystkie czasy pozostaje nadal głoszenie Ewangelii Chrystusa. Wszyscy chrześcijanie, nie tylko duchowni, ale i wierni świeccy są powołani, by głosić Ewangelię Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa oraz nieść Dobrą Nowinę słowem i świadectwem własnego życia, zarówno w wymiarze prywatnym, rodzinnym, jak i społecznym”.
W reakcji na to przesłanie, dotarły do mnie głosy sugerujące, że jego słowa to nic nieznaczący bełkot. Bardzo przepraszam, ale jestem przekonany, że jeśli ktoś tak naprawdę uważa, a nie reaguje przy tym całkowicie odruchowo, padł ofiarą wielowiekowych zabiegów Systemu, którego od początku jedynym zadaniem było ukazać nam wszystkim Kościół jako parodię Szatana. Nie Szatana jako kpinę z Kościoła, lecz odwrotnie – Kościoła jako szyderstwo z Szatana. Jeśli ktoś nie widzi, że choćby ten maleńki fragment głosu Kościoła jest niczym innym jak dowodem Jego niepokonanej wielkości, dowodzi tym samym, że został skutecznie wciągnięty w to co zwyczajnie i po prostu złe.
Niedawno przechodziłem obok miejscowej księgarni handlującej głównie literaturą religijną. I na wystawie ujrzałem książkę zatytułowana – może coś popłatałem, ale chyba jednak nie – „Spowiedź jest spoko”. Na okładce siedzi dwóch, wyglądających jak najbardziej „spoko” młodych mężczyzn, z których jeden jest księdzem, i tego drugiego akurat spowiada. Ponieważ nie ma tam żadnego konfesjonału, a oni siedzą obok siebie na jakiejś ławeczce, księdza naprawdę nie jest tak łatwo rozpoznać. W końcu oczywiście, to się udaje, choćby dzięki temu, że jeden z nich ma przewieszoną przez szyję stułę. No ale ponieważ, jak głosi tytuł, spowiedź jest spoko, można się domyślić, że tak to właśnie miało od początku wyglądać. To jest ów nowy pijar, który ma uratować nasz Kościół. Otóż jestem bardzo mocno przekonany, że to akurat jest droga prowadząca do zguby. Tam jest wyłącznie ciemność. Drogę pokazują, jakkolwiek by to dla niektórych brzmiało szokująco, właśnie arcybiskup Michalik i patriarcha Cyryl. Nawet jeśli w rzeczywistości obaj są ludźmi zepsutymi i grzesznymi do szpiku kości.
Żyjemy w bardzo ciężkich czasach. Są wśród nas tacy, którzy twierdza, że to są już czasy ostateczne. Nie zapominajmy, że nie jesteśmy sami. Jeśli tylko pozostajemy członkami tego Kościoła, jesteśmy niepokonani. I doprawdy, nie ma najmniejszego znaczenia, czy po naszej prawej stronie stoi jakiś podły ksiądz, czy niemal tak samo podły polityk, czy wreszcie nas sąsiad – złodziej i kretyn. Bramy piekielne Go nie przemogą.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Muszę jakoś dociągnąć przynajmniej do końca sierpnia, a bez zwiekszonej pomocy, nic z tego nie będzie. Dziękuję.

sobota, 25 sierpnia 2012

Na co światu Norwegia?

Ja oczywiście mam świadomość, jak bardzo metoda rozpoczynania tego typu tekstu od słów: „przypadkiem ostatnio usłyszałem” jest zużyta i skompromitowana, niemniej tu akurat jestem szczery jak jasna cholera. Ja rzeczywiście telewizji, że tak powiem, informacyjnej, nie oglądam od paru miesięcy, a dziś tak się stało, że włączyłem telewizor na ułamek chwili, i w tym momencie pojawiła się informacja o tym, że Norwegia posadziła tego swojego Breivika na 20 lat do paki, a on – uzyskawszy szansę wygłoszenia ostatniego oświadczenia – przeprosił wszystkich norweskich nacjonalistów za to, że zamordował tak mało osób. Ogłaszająca wyrok sędzia, wobec tego typu szaleństwa, zażądała wyłączenia Breivikowi mikrofonu, a ja w tym momencie wyłączyłem telewizor, i pomyślałem sobie, ze ci Norwegowie to faktycznie jest nie byle co. Najpierw obdarowali świat tym swoim nowoczesnym pogaństwem, a teraz jeszcze to.
Zaglądam na Onet.pl, a więc tam gdzie można zobaczyć ciemność w wydaniu wręcz doskonałym, i dowiaduję się, że cała sytuacja, a więc zarówno ów ciekawy wyrok, jak i zapowiadana możliwość zarówno skrócenia, jak i przedłużenia kary, no i to niezwykłe oświadczenie Breivika – wszystko to powoduje najróżniejsze, najczęściej bardzo mądre, komentarze. A więc część ekspertów twierdzi, że ten Breivik chyba jednak jest chory. Inni mówią, że nie ma się co oburzać, bo takie to jest to norweskie prawo, a on więcej przecież dostać już nie mógł, jeszcze inni z kolei przychodzą i tłumaczą, że z tego Breivika już nic nie będzie.
Czytam właśnie gdzieś w Sieci, że Breivik będzie miał w swojej celi bardzo skromne warunki. A więc mniej więcej takie jak zwykły człowiek w zwykłym mieszkaniu, tyle że jego komputer będzie w ten sposób zaprogramowany, żeby on ewentualnie nie mógł wygłaszać w przestrzeni publicznej swoich bardziej szokujących komentarzy. Generalnie jednak, ton komentarzy jest taki, że sytuacja w której ktoś zabija kilkadziesiąt niewinnych ludzi i w związku z tym czynem jedyne co możemy zrobić to powiedzieć, że oto mamy do czynienia z bardzo poważnym problemem, jest sytuacją niepokojącą. Oczywiście, Breivik jest dziwny, a z naszego punktu widzenia dziwny wręcz kosmicznie, a w związku z tym istnieje całe mnóstwo możliwości, by dyskusję na jego temat prowadzić bardzo długo i w wielu najróżniejszych kierunkach, niemniej, jak mówię, ogólny ton jest jeden. Czegoś tu brakuje.
Jak większość czytelników tego bloga wie, ja akurat jestem kimś kto uważa, że jedynym słusznym, i publicznie zrozumiałym postępowaniem w tej sytuacji byłoby obcięcie temu Breivikowi łba. Tym razem jednak ja mam jeszcze inne, dodatkowe pomysły. Otóż wydaje mi się, że najlepszym – powiedziałbym najczystszym – rozwiązaniem, byłoby niespodziewane ogłoszenie przez norweski sąd, że choć tak naprawdę wszyscy wiemy, że prawo jest takie jakie jest i możliwości są ściśle ograniczone, tym razem sytuacja jest szczególna i Brejvik, przepraszamy najmocniej, już następnego dnia zostanie stracony. Dziękujemy państwu bardzo. Rozprawa jest zakończona. Ja bym naprawdę dał wiele, by w tym momencie ujrzeć minę tego Breivika. Chciałbym bardzo posłuchać, co by ten dziwny człowiek miał do powiedzenia, gdyby zamiast dowiedzieć się o tym, że wszystko poszło zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, dowiedział się, że jednak nie – plany się nieoczekiwanie zmieniły. On jutro umrze. Na pewno. Umrze na pewno. Bardzo jestem ciekawy, czy w tej sytuacji on by zdołał z siebie wydusić owe słowa żalu, że okazał się tak ślamazarny. Czy może zacząłby wrzeszczeć. Dokładnie w ten sam sposób jak wrzeszczeli ci wszyscy ludzie, których on kiedyś po kolei i metodycznie mordował.
Tu akurat ryzyko jest nieduże, niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że są osoby, które mi powiedzą, że przeze mnie przemawia nieokrzesana rządza zemsty. Że widok wrzeszczącego ze strachu Breivika jest przede wszystkim moralnie pusty, a poza tym praktycznie nieskuteczny. Z niego nie ma żadnego pożytku. Co nam to da, że my go najpierw w tak podstępny sposób podejdziemy, wywołamy w nim ów piekielny strach, a następnie go zgładzimy? Jakie z tego powstanie dobro? Otóż dobro jest jedno i ono ogranicza się tylko właśnie do tego pierwszego momentu. Owego strachu i pewności, że Breivik, zamiast coś pleść na temat tego, jak to spaprał robotę, zacząłby zwyczajnie wrzeszczeć. O nic więcej. Jest wręcz przeciwnie. Nie ma najmniejszego dobra w tym, że oto Breivik właśnie rozpoczyna kolejne 20 lat swojego nędznego życia, a cały świat będzie dzień po dniu wypatrywał wiadomości, czy on już się nawrócił, czy może jeszcze trzeba mu dać trochę czasu. Bo z tego że on się nawróci, świat nie odczuje żadnego dobra. Jego nawrócenie nie będzie miało jakiejkolwiek wartości. To nie będzie żadne nawrócenie. To będzie kolejny etap tego samego opętania.
Oczywiście mogę tu akurat się mylić. Może się okazać, ze jego akurat nawrócenie będzie tak spektakularne, ze zatrzęsie się niebo. Może. Jednak uważam, że szkody, które już zostały poczynione przez to, ze cały tak zwany cywilizowany świat pochylił sie nad tym, żeby dać mu tę jedną, ostatnia szansę, pozostaną nienaprawione. To zgorszenie już woła o pomstę do nieba. Powtórzę. Rzecz w tym, że nawrócenie Brejvika żadną wartością być nie może. Świat nie potrzebuje tego, by Breivik się nawrócił. Jego nawrócenie nie jest w stanie stworzyć dla świata najmniejszego dobra. Jego nawrócenie może być jedynie z korzyścią dla niego samego. Jednak w moim odczuciu, na to, byśmy mieli się zajmować dbaniem o korzyści Breivika nas zwyczajnie nie stać.
Jeszcze raz. Breivik nie jest jakakolwiek wartością. Światu Breivik nie jest do niczego niepotrzebny. Nawrócony, czy nie. To on sam może być ewentualnie zainteresowany w tym, by oprzytomnieć. To jest jego biznes. Tyle że do tego nie jest potrzebne trzymanie go przez dwadzieścia lat w norweskim więzieniu. Żeby Breivik oprzytomniał, wystarczy go poinformować, że oto jego życie dobiegło końca. Nawet jeśli to spowoduję maleńką chwilę refleksji – to wystarczy. Będzie oczyszczony. Oczywiście z zastrzeżeniem, że komukolwiek z nas na tym zależy.

Dziękuję wszystkim za stałą obecność, solidarność i zrozumienie. Ten okres w moim życiu zostanie - jesli oczywiście zdążę - opisany. Wciąż jednak mamy ten dramatycznie nieruchomy sierpień, więc proszę w miarę możliwości nie odchodzić.

piątek, 24 sierpnia 2012

O publicystach głupich i gnuśnych - felieton doraźny

Wygląda na to, że wreszcie mnie moje przekonanie, że kto ma zrozumieć ten zrozumie, dopadło. I choć, szczerze powiem, wciąż nie mam zamiaru rezygnować z tej wiary, i trzymać dotychczasowy poziom, mam bardzo silne poczucie, że choć ten jeden raz muszę zrobić wyjątek i przemówić językiem prostym i czystym, jakbym – i błagam niech nikt nie traktuje tego jako ironii – występował w telewizji „Trwam”…
Znów mnie poniosło. Ponieważ jednak mamy dziś dzień dobroci dla osób czytających nieuważnie, chciałbym wyjaśnić kwestię telewizji „Trwam”. Osobiście – na szczęście jeszcze tylko przez parę najbliższych dni – do telewizji „Trwam” dostępu nie mam. Jednak wczoraj byłem z wizytą u bardzo bliskiej mi osoby, która – jak najbardziej ze względów politycznych – nie pozwoliła mi się tu eksponować, i prawdopodobnie po to, byśmy mogli się wspólnie pośmiać, telewizor został w pewnym momencie przełączony na telewizję ojca Rydzyka właśnie. Występował akurat pewien ksiądz i poseł Prawa i Sprawiedliwości, niejaki Piotrowicz, no i rozmawiano oczywiście o tym, jak to obecna władza nas zwyczajnie, najbezczelniej na świecie gnoi i niszczy. Słuchałem tego Piotrowicza i, powiem uczciwie, nie mogłem wyjść z podziwu, jaki on jest konkretny i jednoznaczny. Każde wypowiedziane przez niego zdanie było sformułowane w taki sposób, żeby nikt nie został z tyłu. By ani jedna osoba, która go słucha, nie odeszła od telewizora z poczuciem, że czegoś nie zrozumiała. I to mnie zwyczajnie poraziło. Owa umiejętność mówienia w taki sposób, by z jednej strony powiedzieć wszystko co powiedziec należy, a z drugiej zrobić to w taki sposób, by każde słowo dotarło absolutnie wszędzie. Żeby nawet mój cudowny znajomy, pan Bolek Załęski ze Sławatycz, mógł pokiwać głową i powiedzieć: „O tak. Własnie tak”. Otóż ja bym bardzo chciał tak umieć, ale obawiam się, że póki co, nic z tego. No i stąd pewnie też ta tak bardzo doraźna dzisiejsza notka.
Skoro więc to mamy wyjaśnione, przejdę do rzeczy. Otóż, jak wiemy, przedwczoraj opublikowałem tu tekst o tym, jak to w najnowszym numerze „Uważam Rze”, w formie specjalnego dodatku, opublikowano bardzo długi tekst Bronisława Wildsteina oparty niemal dosłownie na pomyśle, jaki stworzył mój Elementarz. To co mnie jednak w tym co zrobił Wildstein uderzyło, to nie sam fakt skorzystania przez niego z mojej myśli – w końcu, skoro on cierpi aż taką niemoc, niech się częstuje – ale to, że on ewidentnie potraktował swój tekst jako jej – profesjonalne oczywiście bardzo – uzupełnienie. O co mi chodzi, już wyjaśniałem. Kto chce, niech sobie proszę zechce jeszcze raz odpowiedni fragment przeczytać.
Ja nie mam też pretensji o to, że Wildstein pisze kolejny „alfabet”, a ja uważam, że przecież właścicielem tego pomysłu jestem ja. Owych „alfabetów” było już pewnie ze sto, i wszystkie, może z wyjątkiem „Alfabetu Kisiela”, mniej więcej równie fascynujące. Chodzi o to, że on pisze coś, co – proszę na to zwrócić uwagę – nawet sama redakcja „Uważam Rze” uznaje za konieczne skomentować odpowiednim objaśnieniem, opisując jako specjalny gatunek literacki o nazwie„silva rerum”. Nie jakiś „alfabet”, ale właśnie owo „silva rerum”. A więc, moim zdaniem, coś co Wildstein jednak podejrzał nie u Kisiela, czy Urbana, ale właśnie u mnie, ale ponieważ bał się zarzutu zbytniej dosłowności, uciekł się do paru gestów kamuflujących.
Jednak jak mówię, nawet nie to było powodem, dla którego pisałem o tym jego dziennikarskim popisie. Chodziło mi o to, że w momencie gdy ja sprzedaję ten swój Elementarz całkowicie samodzielnie, bez żadnych pośredników, bez żadnej reklamy, wręcz przy ostentacyjnym bojkocie wszystkich mediów mainstreamowych – w tym oczywiście, jak najbardziej, samych „autorów niepokornych” – na własny koszt, rachunek i ryzyko, Wildstein zanosi do zaprzyjaźnionego… co tam zaprzyjaźnionego – wręcz swojego własnego tygodnika, tekst, który z jednej strony bez mojego Elementarza nigdy by nie powstał, a drugiej jest tak beznadziejnie słaby i nieciekawy, że to wszystko wręcz zakrawa na jakąś prowokację. Natomiast koledzy Wildsteina zamieszczają to w formie „dodatku specjalnego”, ogłaszając z wielkim hukiem, i jeszcze większym portretem Autora, wielkie publicystyczno-literackie wydarzenie: „Oto Bronisław Wildstein opowiada nam świat!”. Koledzy Wildsteina, a więc ludzie, którzy mnie czy Coryllusa uważają za nie wartych jakiejkolwiek uwagi tandeciarzy z najniższych rejonów amatorskiego aspirowania.
Nie chciałem tego robić, ale proszę rzucić okiem na to, z czym tu mamy do czynienia:
Frywolność. Brak powagi. Fundamentalna przypadłość naszych czasów. Wyrasta z infantylizmu. Jak dzieci, traktujemy wszystko jako zabawę lub grę. Wybieramy jak aktorzy role, i jak oni porzucamy je w momencie zdjęcia kostiumu. Nie zdajemy i nie chcemy zdawać sobie sprawy z konsekwencji naszych zaangażowań, a więc w każdym momencie możemy zrezygnować z nich na rzecz innych. Wybieramy przyszłość, a więc to czego nie ma, aby uwolnić się od tego co jest. W ten sposób nie musimy pamiętać, kim byliśmy przed chwilą. Możemy jakoby być każdym, a więc jesteśmy nikim…”.
Przepraszam bardzo, ale przysnąłem
Bardzo chciałbym być dobrze zrozumiały. Ja przecież wiem, że tych tak zwanych „alfabetów” było już bardzo dużo, i że nawet sam Wildstein jakiś czas temu opublikował w którejś z gazet coś co nazwał właśnie „alfabetem”. Inna sprawa, że tamto było pewnie jeszcze gorsze niż to co dziś czytamy w „Uważam Rze”. Natomiast jedno i drugie łączy coś, co moim zdaniem stanowi podstawowy grzech obecnego mainstreamowego dziennikarstwa – dramatyczną bylejakość, wynikającą prosto z równie dramatycznego lekceważenia okazywanego czytelnikowi. Bronisław Wildstein, od czasu gdy przestał pracować w telewizji, stara się – podobnie oczywiście jak ja – żyć z pisania, tyle że – i tu się ode mnie różni – on akurat wie, że aby publikować, w ogóle nie musi się starać. Wystarczy że siądzie i coś tam wyklika, a to, o ile tylko da się podciągnąć pod ową wymyśloną przez niego samego i jego kumpli, niepokorność – na sto procent przejdzie. Każdy możliwy bełkot! Wszystko! No i pisze ten swój – swoją drogą, bufonada zawarta w samym tytule jest też warta zastanowienia – „Świat według Wildsteina”, a oni go dekorują tym portretem i wklejają w sam środek kolejnego wydania jako – uwaga! – „dodatek specjalny”.
I kiedy ja o tym piszę, przychodzą do mnie różni, zarówno osoby życzliwe, jak i te, które na ten moment czekały cale lata, i mi mówią: „Pomyliłeś się, stary. Toś nie ty wymyślił ‘alfabet’". Im to więc, i tym i tamtym, chcę powtórzyć – to nie jest żaden „alfabet”. To się nazywa „elementarz”. Lub, jak kto woli… niech no rzucę okiem – silva rerum. Szkoda że tego nie wiedziałem, kiedy pisałem swoją książkę. No ale wtedy prawdopodobnie bracia Karnowscy też tego jeszcze nie wiedzieli.

Bardzo dziękuję Mojemu Człowiekowi z Podkowy Leśnej za dzisiejsze wsparcie. I jak zawsze przypominam – to trwa tylko dzięki Wam

czwartek, 23 sierpnia 2012

O chamach, prostakach i zwykłych świniach

Poniższy tekst jest tak naprawdę polemiką z artykułem Rafała Ziemkiewicza o chamstwie w najnowszym „Uważam Rze”, jednak przez to, że już dobrym ludziom zaczyna się powoli mylić który z nas, ja czy Coryllus, czepiamy się Ziemkiewicza, spróbuję o nim wspominać jak najmniej, i skupię się na temacie.
Gdyby komuś się chciało badać wpisy na tym blogu pod kątem tematyki jaką one obejmują, znalazłby pewnie wszystko co jest do znalezienia, z wyjątkiem chamstwa. Oczywiście, wystarczy prześledzić listę tak zwanych etykiet, czy tagów, by zobaczyć, że kilka razy na grubo już ponad tysiąc tekstów problem chamstwa jako takiego się pojawił, natomiast o ile się nie mylę, ani razu nie zaryzykowałem podjęcia tematu chamstwa z pozycji kogoś, kto staje na środku tej sceny i zaczyna załamywać ręce nad upadkiem kultury, elegancji i rycerskości. A już na pewno nie zdarzyło mi się, bym postanowił zanalizować polską scenę polityczną pod kątem panoszącego się chamstwa właśnie.
Dlaczego tak się stało? Otóż chodzi o to, że ja doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że kwestia chamstwa jako kategorii politycznej została wprowadzona do obiegu przez ludzi, których uważam za swoich politycznych wrogów, a którzy zrobili to tylko w jednym celu – dla stworzenia zasłony dymnej służącej tym, dla których szansa nazwania kogoś chamem stanowi jedyny sposób prowadzenia działalności publicznej, i dla których owo rzekome chamstwo właśnie stanowi jedyny klucz do kolejnych zwycięstw.
Jest to metoda prosta, wielokrotnie w różnych, nawet nie związanych z polityką, sytuacjach przećwiczona, i nagrodzona już słynnym, ludowym powiedzeniem „Łapaj złodzieja!”. Popatrzmy choćby na przepiękną książkę Zbigniewa Nizurskiego o Marku Piegusie. Marek Piegus, jak każde normalne dziecko, chodzi do szkoły i jest naturalnie wydany na łaskę i niełaskę tak zwanych „przerośniętych”, a więc dzieci już często dorosłych. Któregoś dnia zostaje sterroryzowany przez swoją starszą koleżankę, która zmusza go do wykonywania różnych egzotycznych przysług. W pewnym momencie Marek Piegus nie wytrzymuje i krzyczy na ową koleżankę, żeby mu dała spokój, na co ona, w świętym oburzeniu, zaczyna lamentować: „Ojej! A cóż to za niegrzeczność! Skąd taki porządny chłopiec stał się takim chamem? Czy on nie widzi, że sprawia koleżance przykrość?”
Oczywiście, to jest tylko zabawna literacka przygoda, ale tak to się właśnie dzieje, jak idzie o zjawisko tak zwanego „chamstwa w polityce”. Zostało ono wymyślone po to, by w sytuacjach, kiedy to brakuje jakichkolwiek sensownych argumentów, a wygrać trzeba koniecznie, można było wskazać palcem przeciwnika. Pamiętam świetnie, kiedy to wszystko się zaczęło. Był sam początek lat 90-tych, z jednej strony mieliśmy Lecha Wałęsę, z drugiej Unię Demokratyczną, czy wtedy jeszcze skupione wokół Bronisława Geremka Komitety Obywatelskie, i już wtedy wiadomo było, ze Lech Wałęsa i jego polityczna osłona to chamy. Spocone, goniące za władzą chamy, w przeciwieństwie oczywiście do potrafiących jeść nożem i widelcem kulturalnych ludzi, takich ja wspomniany Bronisław Geremek czy Adam Michnik. Wtedy to właśnie, nic tak jak kwestia chamstwa i kultury, nie trafiało do wyobraźni ludzi zainteresowanych polityką. Szczególnie wtedy, gdy ci bardzo kulturalni ludzie mówili na Wałęsę, że to cham.
Znam początek tego przekrętu, a więc tym samym nie widzę jakiegokolwiek powodu, by brać udział w przepychankach na temat tego, kto jest chamem, a kto nie. Wiem bowiem, że ci co to pojęcie, a i ten temat, wprowadzili do publicznego obiegu, zrobili to wyłącznie po to, by nas w tej debacie zwyczajnie utopić, i nie ma takiej siły, która nam pozwoli wyjść zwycięsko z którejkolwiek z kolejnych potyczek. To jest ich teren, ich broń, i ich publiczność. A my możemy się najwyżej pobeczeć z pełnej oburzenia bezsilności.
Ktoś powie, że to nieprawda. Że wystarczy nie dać sobie narzucić tego strasznego języka, gdzie wszystkie znaczenia są poodwracanie, że wystarczy trzymać się zwykłych faktów i prostych pojęć, a wszystko będzie dobrze. Otóż nie. Właśnie z tego powodu, że ta debata nam w ogóle już na samym początku została narzucona, i to w takim a nie innym kształcie, każda nasza próba łapania się tego co rzeczywiste, zostanie natychmiast wyśmiana i skompromitowana, choćby tylko kolejnym zarzutem, że jacy to jesteśmy chamscy i niegrzeczni.
Otóż moim zdaniem sprawa polega na tym, że coś takiego jak chamstwo powinniśmy dyskutować wyłącznie w jego sensie podstawowym i klasycznym, a więc w tym, który – biorąc pod uwagę całą treść swojego artykułu, kompletnie bez sensu – zacytował w ostatnim wydaniu „Uważam Rze” Rafał Ziemkiewicz, jako mianowicie prostactwo. Język angielski, na którym się trochę znam, owo polskie „chamstwo” wyraża przy pomocy wielu słów, a więc „common”, „ordinary”, a nawet „simple”. Co ciekawe, żadne z nich nie ma zabarwienia negatywnego. Nawet to „ordinary”, które kojarzy się z polskim „ordynarny”, oznacza zaledwie „zwykły”. Niższa izba brytyjskiego parlamentu nosi, jak wiemy, nazwę Izby Gmin, a gmin to przecież, jak by nie było, w języku polskim – hołota. Oczywiście, mają Anglicy swoje słowo „rude”, które oznacza człowieka, który na przykład potrąci kogoś na ulicy i zamiast przeprosić, powie mu, żeby kurwa uważał jak chodzi. A my Polacy oczywiście tego typu zachowanie nazywamy chamskim, ewentualnie wzruszamy ramionami i mówimy, że to pewnie jakiś wariat, ryzykując oczywiście w jednej chwili zarzut bycia chamem.
Niedawno, podczas jednej z wymian, powiedziałem mojemu koledze Michałowi Dembińskiemu, że „gówno wie”, a on mi dał do zrozumienia, że nie powinienem tak mówić. A ja się zastanawiam, dlaczego? Czy dlatego, że to co ja zrobiłem było „rude”, czy „ordinary”? Otóż, moim zdaniem, słowa, które wypowiedziałem, nie były ani takie, ani takie. To był zwykły, bardzo literacko intensywny przekaz, mający na celu poinformowanie drugiej osoby, że, ni mniej ni więcej, ona w danym temacie nie wie nic, lub prawie nic.
Wiem też skądinąd, że są ludzie, którzy nie mogą darować śp. Lechowi Kaczyńskiemu, że kiedyś do jakiegoś napastującego go menela zwrócił się słowami „Spieprzaj dziadu”. Że niby to było ze strony ówczesnego prezydenta Warszawy chamskie. A ja znów się tu zastanawiam, czy to było „rude”, czy może „common”. I znów mi wychodzi, że jeśli któreś z tych dwóch, to raczej „common”. Bo przecież, gdybym ja sobie siedział u siebie na wsi na ganku, a pod płotem zjawiłby się jakiś pijak i zaczął na mnie wymyślać, a ja bym mu powiedział: „Spieprzaj dziadu”, to oczywiście nie byłoby w tych słowach jakiejś szczególnej wykwintności, ale żeby znowu zarzucać mi niegrzeczność? Nie żartujmy.
Ktoś powie, że mi może wypada tak powiedzieć, natomiast ważnemu politykowi już mniej. Tyle że za tym wyjaśnieniem stoi potężna obłuda. No bo w końcu jak to jest? Z jednej strony oburzamy się na jednych polityków, że są tacy nieludzcy, nieszczerzy, zakłamani w tych swoich garniturach i wiecznym udawaniu, a innych uwielbiamy za ich naturalność i otwartość, a z drugiej nagle na jednego z nich się oburzamy, bo w sytuacji absolutnie czystej moralnie zareagował jak zareagowalibyśmy my – „common people”. O co tu chodzi? Czyżby niegrzeczność pojawiała się dopiero na pewnych społecznych poziomach, a niżej panowała moralna pustka?
Dyskutuje się to tu to tam wciąż zdarzenie sprzed miesięcy już, kiedy to Stefan Niesiołowski powiedział do zadręczającej go dziennikarki „Won!” i dodatkowo jeszcze próbował ją od siebie odepchnąć. Mamy więc to pchanie i to „won”. Czy to jest zatem zachowanie „rude”, czy „ordinary”. Z całą pewnością jest „ordinary”, bo, jak wiemy, słowo „won” stanowi najbardziej prosty typ ekspresji, nie mówiąc już o odpychaniu. Co innego, gdyby Niesiołowski odezwał się do dziennikarki jakoś tak: „Jeśli szanowna pani w jednej chwili stąd nie odejdzie, zmuszony będę szanownej pani uszkodzić ten idiotyczny nosek”. Wtedy nie moglibyśmy powiedzieć o Niesiołowskim, że jest chamem, ale już na pewno, że jest profesorem. Niechby tylko i z Łodzi.
Pozostaje jednak wciąż kwestia tego, czy zachowanie Niesiołowskiego było „rude”. Otóż moim zdaniem, było jak najbardziej. Po pierwsze, on, mówiąc do kobiety „won” złamał pewien kulturowy kod, co uczyniło go już może nie prostakiem, bo prostacy zwykle sobie w tego typu sytuacjach radzą, ale z całą pewnością osobą „chamską”, specjalnie z tym cudzysłowem. Żeby sprawę nieco przybliżyć, wróćmy do przykładu z gankiem i ze mną siedzącym sobie na nim w letnie popołudnie. Otóż nagle pod płotem zatrzymuje się nie bluzgający przekleństwami menel, ale jakaś kobieta i zaczyna mi mówić, że ona mnie rozpoznała, bo widziała mnie na zdjęciu w Internecie, jak stoję pod tym okropnym namiotem na Krakowskim Przedmieściu… i tak dalej, i tak dalej. Ja jej mówię, żeby mi dala spokój, a ona dalej swoje, i mi tłumaczy, jakim to złym prezydentem był ten Kaczyński, a jego brat teraz chce podpalić Polskę i wywołać wojnę z Rosją. W tym momencie ja do niej mówię: „Won!” Czy ja byłem „ordinary”, czy „rude”? Oczywiście – jedno i drugie. Miałem jej zwyczajnie powiedzieć, że ona jest opętana, i w tym momencie zachowałbym się jak porządny, kulturalny człowiek. A tak zachowałem się jak profesor Niesiołowski. Z miasta Łodzi. Tyle tylko, że tu znowu, moja uwaga o opętaniu z całą pewnością, przynajmniej przez tę panią, zostałaby uznana za wyjątkowo chamską. A gdyby się okazało, że ona nie była taką sobie lokalną panią, ale powiedzmy dziennikarka „Gazety Wyborczej” na wakacjach – byłoby po mnie na pewno.
Ktoś mi powie, że sprawa jest poważna, a ja sobie stroję żarty. Otóż nie. To znaczy, owszem, sprawa jest poważna, tyle że ja jestem, również jak najbardziej poważny. Problem tak zwanego chamstwa w naszym życiu publicznym jest czymś niezwykle poważnym, tyle że wcale nie dlatego, że wokół nas zapanowało powszechne prostactwo, ale dlatego, że my mamy do czynienia z autentyczną plagą… no właśnie czegoś co Anglicy opisują jako „rudeness”, a nam odpowiedniego słowa zwyczajnie brakuje. A to i tak jest dopiero początek, bo za tym idzie już tylko najzwyklejsza słowna przemoc. A ponieważ wszystko to, sprytnym propagandowych gestem, zostało odpowiednio wcześniej zakwalifikowane jako „chamstwo”, mamy prawdziwy problem.
Ponieważ najlepiej jest jednak uciec się do przykładów z życia, proszę posłuchać. W katastrofie lotniczej ginie Lech Kaczyński, na co w całej Polsce pojawia się reklama piwa Lech, z hasłem „zimny Lech”. Poproszona o ocenę tego co się dzieje, pewna pani profesor o uznanej publicznie pozycji oświadcza, że ona uważa, że tak jest sprawiedliwie, bo ten Kaczyński był naprawdę okropny. Za nią przychodzi cała masa nieprzyjaznych Lechowi Kaczyńskiemu komentatorów, i mniej lub bardziej otwarcie, bronią hasła „zimny Lech”. Zaraz za nimi nadchodzą inni, którzy już postanawiają się skupić wyłącznie na dokuczaniu tym, którzy po Lechu Kaczyńskim płaczą. I teraz pojawia się pytanie, z czym tu mamy do czynienia. Czy z chamstwem może, czy z czymś innym? Jarosław Kaczyński przyznaje, że miesiące po katastrofie był mało przytomny i musiał brać środki uspokajające. Wyznanie to powoduje falę żartów i kpin skierowanych bezpośrednio przeciwko osobie Jarosława Kaczyńskiego. Jak to się nazywa? Prostactwo, czy może niegrzeczność? A może chamstwo? No ale w jakim sensie? „Ordinary”, czy „rude”? A może „common”, w sensie gminu? A może to jest tylko kara za to, że Jarosław Kaczyński swego czasu powiedział coś o tym, że ktoś stoi tam, gdzie kiedyś stało ZOMO? A tamto jak nazwiemy? Czy to było „common”, czy „rude”?
Wiem, że to wszystko, mimo moich zapewnień, że jest inaczej, wygląda już na prawdziwą zabawę. Nie mam jednak wyjścia. To tak musi iść. Wspomniany wcześniej Rafal Ziemkiewicz napisał w „Uważam Rze” obszerny tekst na temat tego, że ludzie władzy zarzucają nam chamstwo, a sami są chamami pierwszej wody. Żeby ich wszystkich zupełnie dobić, Redakcja zilustrowała artykuł zdjęciem Romana Wilhelmiego z filmu o Nikodemie Dyzmie, a sam Autor przedstawił, jak to on tylko potrafi, historię polskiego chamstwa. I chcąc opisać dzisiejszą sytuację, przedstawia nam traktat niemal naukowy o tym, jak to wreszcie te polskie chamy doszły do władzy.
Publikacja tekstu spotkała się już z żywym odbiorem w przestrzeni zarówno oficjalnej, jak i nieoficjalnej, gdzie przypomniano Ziemkiewiczowi, jak to Lech Kaczyński kiedyś nazwał pewnego zwykłego obywatela „dziadem”, a więc zrobił coś, czego ani Bronisław Komorowski, ani Donald Tusk nawet nie spróbowali. I nie zapomniano też o tym, jak to Jarosław Kaczyński, kiedy był jeszcze przytomny, powiedział o internautach, że w głowie im tylko pornografia i alkohol. A Dorn nazwał dziennikarzy „burymi sukami”, a ludzi wykształconymi „wykształciuchami”. A więc, zupełnie nieoczekiwanie wyszło na to, że Rafal Ziemkiewicz przeprowadził wręcz kapitalną analizę chamstwa reprezentowanego przez polską kato-prawicę, bo to przecież jasne, że takiego chama jak sam Ziemkiewicz świat nie widział.
I oczywiście moim zdaniem Ziemkiewicz dostał to na co zasłużył. W końcu, jako były rzecznik prasowy Unii Polityki Realnej, gdzie ostre słowa i brutalna polemika z tym co złe i kłamliwe była zawsze świętością i obowiązkiem, powinien umieć odróżniać człowieka od dziczy. I powinien umieć te różnice opisać, a nie pleść jakieś dyrdymały o naszych wspólnych historycznych obciążeniach, wynikających stąd, że my wszyscy chłopstwo. A jeśli tego nie umie, to nie powinien się w ogóle odzywać, bo szkodzi nie tylko sobie, ale przede wszystkim nam wszystkim.
A skoro pojawiło się nazwisko Ziemkiewicz, to już szybko kończmy.

Wszystkim przyjaciołom dziękuję za dzisiejszą akcję i proszę mnie nie zostawiać.




środa, 22 sierpnia 2012

Świat według Nich

Szczerze zupełnie powiem, że pisanie tego tekstu traktuje jako swoistą torturę, no ale ponieważ jestem w tym miejscu gdzie jestem, uważam, że nie mogę wzruszyć ramionami i udać, że nic nie zauważyłem. To znaczy, nie do końca nie mogę. Mogę jak najbardziej, natomiast wydaje mi się, że powinienem jednak przynajmniej pokazać, że owszem, zauważyłem i wiem. A skoro wiem to, to wiem też coś jeszcze. To mianowicie, że ci, których uważam za przeciwników, nie mają się najlepiej.
Każdy kto mnie zna, a już na pewno każdy kto miał okazję się ze mną spotkać osobiście, wie, ze ja bardzo niechętnie wpadam w nastrój polegający na tym, że się zaczyna dyskutować znaczenie tego bloga w przestrzeni publicznej. Każdy kto mnie zna trochę bliżej wie, że mój stosunek do tego co robię, jest oczywiście siłą rzeczy bardzo poważny, jednak ja zdecydowanie bardziej wolę wierzyć, że tak naprawdę jestem bardziej nikim, niż kimś choćby odrobinę szczególnym. To własnie tu na tym blogu pojawia się od czasu do czasu człowiek, który mi próbuje wytłumaczyć, że ja jestem gównem, licząc na to, że ja od tej informacji może oszaleję. Tymczasem nic z tego. Oczywiście, ja wiem, że gównem nie jestem, natomiast nie mam pretensji do nikogo, kto akurat tak sprawy postrzega. W końcu, czym tak naprawdę jesteśmy przy takim… ja wiem? Piotrze Kraśko? I to pod każdym względem – finansowym, moralnym, a i czysto fizycznym?
Jednak przychodzą chwile, kiedy trzeba przyznać, że może nie jest z nami aż tak źle. Weźmy niedawne spotkanie pod namiotem Solidarnych. W końcu, to nie jest tak, że tam może się pojawić każdy. Oczywiście, wielu by zdecydowanie nie chciało, ale też są tacy, co by dali wiele, by tam wystąpić, a jakoś wciąż czują, że ich czas jeszcze nie nadszedł. Jak idzie o mnie, mam to już za sobą. Byłem pod tym namiotem Solidarnych, i nie dość, że tam byłem, to miałem wszelkie powody, by sądzić, że owo moje się tam pojawienie zostało przyjęte z większą niż zwykle życzliwością i zainteresowaniem. Ale wiem coś jeszcze. To na przykład, że redakcja wpolityce.pl wraz z paroma innymi portalami, odmówiła zamieszczenia u siebie informacji o tym spotkaniu. Ale i to nie jest problemem. W końcu ja wiem, że dla nich jakiś Toyah i Coryllus to mogą być byty niewarte splunięcia, i oni zwyczajnie nie chcą się aż tak zniżać. I dobrze. Niech tak będzie. Zdania nie podzielam, ale szanuję.
Jest jednak coś, co każe mi się minimalnie choćby napiąć. Otóż w najnowszym wydaniu tygodnika „Uważam Rze” zamieszczony został, w formie specjalnego dodatku, bardzo długi tekst Bronisława Wildsteina, zatytułowany „Silva Rerum – Świat według Bronisława Wildsteina”, i, mówiąc krótko, stanowi coś co niemal dokładnie powtarza mój „Elementarz” – zarówno jak idzie o sam pomysł, jak i wykonanie – z tą różnicą, że tekst Wildsteina obejmuje wyłącznie hasła, których w moim „Elementarzu” zabrakło. I to jest moim zdaniem bardzo ciekawe. Ja swoją książkę pisałem zaledwie jakieś trzy tygodnie, ale za to tak intensywnie i z takim zaangażowaniem, że w pewnym momencie uznałem, że więcej się zwyczajnie nie da. Z różnych stron przychodziły do mnie rady, bym się zastanowił, czy nie ma jeszcze jakiś ciekawych haseł, a ja wiedziałem, że już nic nie wymyślę. Wszystko co choćby potencjalnie ciekawe, tam już jest. W efekcie, cała książka objęła dobrze ponad 500 bardzo przeróżnych zagadnień.
To co Bronisław Wildstein opublikował w „Uważam Rze” zawiera w sumie – o ile dobrze policzyłem – 34 hasła i żadne z ich nie powtarza tego, co się wcześniej znalazło u mnie. O co mi chodzi? Oto mianowicie, że ja jestem przekonany, że gdyby Wildstein pracował na chybił trafił, musiałby znaleźć coś, co jest też w „Elementarzu”. Tymczasem jego tekst robi wrażenie, jakby on sobie wymyślił, że napisze coś takiego jak ja, tyle że o czymś zupełnie innym. Co więc mamy? Postęp, naturę, organizacje pozarządowe, frywolność, ekologię, kapitalizm, młodość, ironię, a nawet jakąś anomię. Na temat każdej z tych rzeczy Wildstein pisze krótką refleksję, a ja nie mogę nie myśleć, że on musiał przeczytać moją książkę, dostał cholery, że sam się za coś takiego wcześniej nie wziął, postanowił mi pokazać, że ja najważniejsze sprawy pominąłem, a jego kumple z „Uważam Rze” mu to ładnie opublikowali, jako specjalny dodatek do kolejnego numeru. No że niby Bronisław Wildstein wciąż jest na topie.
Muszę, chyba już po raz kolejny oświadczyć, że ja rozumiem tę sytuację. Ja wiem, że jest wojna i że ja sam ją tak naprawdę wywołałem. Kilkokrotnie też już deklarowałem, że nie liczę już na żadne uprzejmości ze strony ludzi, których uważam za głupich, nieszczerych, i przede wszystkim nieciekawych. Natomiast nie widzę powodu, dla którego nie miałbym ich pokazywać palcem i głośno bardzo mówić, że ich każdy gest i każde słowo to kolejna kompromitacja. A jeśli uwzględnić kontekst owej kompromitacji, to jest to kompromitacja naprawdę wyjątkowa.
Podczas spotkania pod namiotem, rozmowa – dość pewnie niepotrzebnie – w pewnym momencie zeszła na tak zwane „prawicowe autorytety” i kwestię mojego do nich i Coryllusa nieżyczliwego stosunku. Rozmawialiśmy więc przez chwilę o Semce, Ziemkiewiczu i Warzesze, a pewnym momencie ktoś krzyknął: „A Wildstein?” Jakoś nie było miejsca, by na to odpowiedzieć, ale skorośmy się na jego temat zgadali, to może jednak odpowiem. Wildstein jest do dupy. A jak ktoś nie wierzy, niech sobie jeszcze zdąży kupić najświeższy numer „Uważam Rze” i poczyta, co ona tam zamieścił. Przecież to jest czysta rozpacz! To jest cos tak strasznego, że gdym ja w moim „Elementarzu” pozwolił sobie choć na jeden wpis na tym poziomie, to bym nie mógł ze wstydu zasnąć. A oni przychodzą mi pod moje okno i mi tłumaczą, jaki to ze mnie pan nikt.
Zwykle ten fragment zamieszczam, jako osobny, wytłuszczony fragment tekstu, tym razem jednak zrobię wyjątek i dam go jako nieodłączną część notki. Jestem pewien, że Bronisław Wildstein za to swoje „silva rerum” – swoją drogą, co za bezczelność! – dostał dokładnie tyle ile sobie zażyczył. Wiem, a więc mówię. Ja akurat swoich „Elementarzy” też już parę dobrych egzemplarzy sprzedałem. I bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Natomiast jeśli ktoś uważa, że należy mi się coś ekstra, to bardzo zachęcam, bo – szczerze powiedziawszy – wczorajszy apel niespodziewanie zupełnie spalił i jesteśmy wciąż w tym samym miejscu. A więc na poziomie bliskim egzekucji. I ja wcale nie kokietuję. Dziękuję.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Niebiesko-Czarni

Ponieważ właśnie tygodnik „Uważam Rze” wpadł na pomysł, żeby popytać o różne rzeczy znanego wszystkim autora historycznej już parodii dziecięcej pieśni eucharystycznej „Pan Jezus już się zbliża”, Pawła Kukiza, a ja już o nim już raz kiedyś napisałem, i to właśnie wtedy po raz pierwszy (a może drugi?) podzieliłem polską prawicę, pomyślałem sobie, że nad tym akurat artystą więcej się już - przynajmniej na tym blogu - znęcać nie będę, natomiast nic się nie stanie, jeśli trochę powspominam. Jak najbardziej w temacie. Proszę posłuchać.
Ojciec mój, tak długo jak sięgam pamięcią, zawsze pracował w hotelu. Z tego to kaprysu losu – bo jak najbardziej był to kaprys losu – miałem jako dziecko same korzyści. Przede wszystkim, kiedy ciężko nam już było mieszkać we wspólnym mieszkaniu z pewną niemiecką rodziną, przez swoje naturalne hotelowe kontakty, załatwił nam nasz tata bardzo ładne, samodzielne mieszkanie. Przez to, że pracował w hotelu, a był człowiekiem niezwykle sympatycznym i wszyscy go bardzo lubili, co chwilę przynosił do domu różne fantastyczne przedmioty, które otrzymywał w prezencie od zagranicznych gości. Dziś, z jakiegoś niezbadanego powodu, najbardziej pamiętam srebrno-czerwone, malutkie radio tranzystorowe firmy Philips, które Tatuś dostał od pewnego Włocha, i – tu już bardziej wiem, dlaczego – dziesiątki tak zwanych pocztówek grających, które mu raz na jakiś czas dawał pewien tych pocztówek producent, nazwiskiem, o ile dobrze pamiętam, Zimmermann… a może Zilberstein? Nie pamiętam. W każdym razie szło to gdzieś w tę stronę.
Gdyby ktoś nie pamiętał, o co chodzi, pocztówki grające, to były zwykłe, mniejsze lub większe, pocztówki, na ogół bez obrazka, najczęściej chyba zielone, pokryte czymś w rodzaju folii, na których, jak na zwykłej, czarnej płycie analogowej, była nagrana jedna lub dwie piosenki. Ponieważ Polska, jako solidne państwo komunistyczne, nie miała podpisanych żadnych umów chroniących prawa autorskie, na pocztówkach można było znaleźć piosenki najbardziej wybitnych artystów światowego rocka, od Rolling Stonesów po Blood Sweat and Tears. Ów Zilberstein był tych pocztówek ogólnopolskim producentem, a więc ile razy przyjeżdżał w interesach do Katowic, miał ich z sobą całą kupę, a ponieważ lubił mojego ojca, w naszym domu walało ich się co niemiara.
Już kiedy byłem dzieckiem, na punkcie muzyki miałem prawdziwego fioła, słuchałem więc wciąż tych pocztówek, no i oczywiście, jak tylko do Katowic przyjeżdżał z występem mój ulubiony wówczas zespół Niebiesko-Czarni, lub jeszcze bardziej ulubiony piosenkarz Czesław Niemen, byłem na miejscu w hotelu „Monopol”, żeby się z nimi zobaczyć. Miałem wtedy może 13, czy 14 lat i kiedy się tam pojawiałem, oni wiedzieli że to ja, i zawsze – pewnie żeby mi zrobić przyjemność – kazali mi ponieść jakąś gitarę, czy pójść tam do któregoś z nich i o coś się zapytać. No zwyczajnie: „Idź no do Popławskiego i zapytaj go, gdzie…”. Tak jakoś. Myślę, ze mnie traktowali jak maskotkę, zwłaszcza te kobiety, które tam z nimi śpiewały, czyli Rusowicz i Majdaniec. A mi się to bardzo podobało.
Oczywiście jeździłem z nimi na koncerty. Z Niemenem akurat nigdy, ale z Niebiesko-Czarnymi jak najbardziej. A było tak, że właziłem z nimi do tego ich autobusu, siadałem obok któregoś z nich, no i jechaliśmy gdzieś do jakichś Tychów czy Zabrza. Nie wiem, czy oni ze mną w ogóle rozmawiali, ale to pamiętam dokładnie. Siedziałem zawsze obok któregoś z nich. Pewnie uważali, że mają się mną opiekować.
Dla kogoś kto dziś czyta ten tekst, a nie pamięta tamtych czasów, to co ja tu opowiadam może nie mieć najmniejszego znaczenia. Trzeba jednak to powiedzieć jasno. Ja byłem wówczas małym dzieckiem, dla mnie zespól Niebiesko-Czarni to byli bohaterowie, a na polskiej scenie muzycznej oni byli mniej więcej tak ważni jak dziś… ja wiem? Jakaś Coma? Albo Kult może? Tyle że ponieważ wtedy tych zespołów naprawdę nie było wiele – to jeszcze bardziej. A więc to że ja się z nimi znałem i oni znali mnie, to było duże wyróżnienie.
Kiedy wspominam tamte lata, jedna rzecz mi wciąż chodzi po głowie. To wszystko byli bardzo mili ludzie. I zawsze grzeczni. Nigdy nie widziałem, żeby byli pijani lub w takim typowo rozrywkowym nastroju, jak ktoś kto akurat idzie na imprezę. No i przede wszystkim, oni w ogóle nie klęli. I tego jestem pewien na sto procent. W moim domu nikt nigdy nie klął. Ten zwyczaj był tak silny, że nawet moje dzieci, kiedy były bardzo małe, były przekonane, ze ludzie, którzy klną, siedzą w więzieniu. A zatem, gdyby którykolwiek z nich użył jakiegokolwiek wulgarnego słowa, ja bym prawdopodobnie doznał szoku. No a przede wszystkim, uznałbym, że oni wcale nie są fajni. Że to jest zwykła żulownia, a nie artyści grający prawie tak dobrze jak jacyś Animalsi, czy diabli wiedzą, kto.
Miałem z tamtych lat mnóstwo pamiątek, głównie w postaci zdjęć z autografami. Trzymałem je przez wiele długich lat, ale kiedy poznałem moją żonę, a chwilę później zmarli moi rodzice, a myśmy postanowili, że już zawsze będziemy razem, zrobiłem w domu kompletny porządek i te wszystkie zdjęcia, razem z mnóstwem innych rzeczy z dzieciństwa, takimi jak choćby bibułki po pomarańczach, powyrzucałem. Dziś ich jest mi żal. Tak zresztą jak wszystkiego.

Gdyby ktoś był zainteresowany, jestem na kompletnym minusie. Do tego stopnia, że przestałem odbierać obce telefony. W końcu, o czym ja mam z tymi biednymi dziewczynami rozmawiać? Kierować je na ten blog? Tradycyjnie więc proszę o wsparcie, a ze swojej strony, obiecuję że będę dalej grał tak ładnie jak tylko potrafię. Dziękuję.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

O pamięć i prawdę - kibicom KS Polonia Warszawa

Kiedy z Gabrielem Maciejewskim otrzymaliśmy zaproszenie, by wystąpić na spotkaniu pod Namiotem Solidarnych na Krakowskim Przedmieściu, potraktowaliśmy to oczywiście jako bardzo poważne wyróżnienie, a przy tym jednak duże wyzwanie. Kwestia wyróżnienia jest oczywista, co do wyzwania, pozwolę sobie na parę słów wyjaśnienia. Otóż każdy kto miał okazję choć raz przechodzić obok wspomnianego namiotu w chwili gdy odbywa się tam coś więcej niż tradycyjny protest, wie, że tam przychodzą osoby dla wolnej Polski często znacznie bardziej zasłużone niż Coryllus, czy ja. A więc być tam, to nie byle jakie obciążenie. Jednak jest jeszcze coś. I tu również, każdy kto miał okazję przechodzić obok owego namiotu, tyle że już w dzień zwykły, powszedni, wie, że to jest z jednej strony miejsce w swej egzotyce kompletnie opuszczone, a z drugiej przyciągające – pewnie z powodu tej samej dokładnie egzotyki – ludzi najróżniejszych. Często równie egzotycznych jak ono samo, i to ze wszystkich stron politycznej sceny. No i to, jak sądzę, był fakt stresujący nas jeszcze bardziej.
Kiedy dowiedziałem się od Gabriela, że idziemy pod namiot, ucieszyłem się jednocześnie i struchlałem. Ucieszyłem się z powodów oczywistych, natomiast struchlałem właśnie przez to, że zdawałem sobie sprawę, że przez tego typu demonstrację, wystawiam się na wszelkie możliwe ryzyko. Od tego, że tam najwyżej przyjdzie trzech okolicznych wariatów z trzema okolicznymi prowokatorami, wszyscy nas zwymyślają, oplują, ewentualnie obrzucą papierowymi samolocikami i na tym ten występ się skończy. Z drugiej strony Gabriel, jak to on, od razu zapewnił mnie, że nie ma się o co martwić, bo jest szansa że z 30 do 40 osób przyjdzie, a my sobie z pewnością poradzimy. I to już będzie sukces. Szczególnie w porównaniu z niedawnym występem w tym samym właśnie miejscu Ewy Stankiewicz z Markiem Chodakiewiczem.
Nastroje się zmieniały. Albo Gabriel tłumaczył, że sami bez niczyjej pomocy jesteśmy siłą i damy radę, albo od osób współorganizujących spotkanie, słyszałem, że wszystkie znaczące prawicowe media, kiedy się dowiedziały, że chodzi o mnie i Coryllusa, odmówiły współpracy, polegającej choćby na tym, by poinformować o spotkaniu. Dodatkowo jeszcze słynny prawicowy gwiazdor i autorytet Aleksander Ścios, zerwał współpracę z wszystkimi, którzy mają coś wspólnego z samym Coryllusem. A zatem, wiadomo było, ze po raz kolejny jesteśmy tylko my i nasi czytelnicy. Tylko oni i my.
No i spotkanie się odbyło. I muszę od razu powiedziec, że pomijając ów żałośnie żenujący fakt, że ja jak zwykle parę razy ze wzruszenia się pobeczałem, wszystko odbyło się wedle zapowiedzi Gabriela, lub jeszcze lepiej. Przede wszystkim – osobiście kilka razy osobiście wszystkich policzyłem – liczba uczestników spotkania wahała się między 60 a 80. Nikt ani nas nie obrażał, ani na nas nie pluł, ani nie wykorzystywał do klasycznej antyprawicowych prowokacji. Wśród obecnych były osoby w bardzo różnym wieku, i sądząc po wyglądzie – wiem, że to nie wypada, ale kiedy nie ma innych narzędzi, to pozostaje tylko owo „face value” – o najróżniejszym społecznym statusie. Co ciekawe, widziałem ludzi, którzy ewidentnie o spotkaniu wcześniej nie słyszeli, ale zatrzymywali się i nas z zaciekawieniem słuchali. Tyle ode mnie na ten temat, resztę będzie można w najbliższych dniach obejrzeć na stronie solidarni2010.pl.
A ja już tylko, tradycyjnie, chciałbym, prosić o chwilę refleksji. Na pytanie, które było tematem spotkania, mianowicie „Co dalej?”, odpowiedziałem, najszczerzej jak potrafiłem, że ponieważ ani nie mamy na nic wielkiego wpływu, ani nie znamy przyszłości, choćby w skali kilku najbliższych godzin, jedyne co nam pozostaje, to, zgodnie z zaleceniem Herberta, być wiernym i iść. Dawać świadectwo, głosić prawdę i być wiernym. Iść. Ale żeby to czynić naprawdę uczciwie, musimy mieć w sobie ten ogień, którego tak wielu z nas brakuje. Trochę niepotrzebnie, znaczną część spotkania, poświeciliśmy analizie postaw prezentowanych przez czołowych prawicowych dziennikarzy, którzy, wedle mojego rozeznania, nie niosą ani prawdy, ani nawet ognia. Niepotrzebnie, bo tak naprawdę oni wcale nie są najważniejsi. Te same pretensje, które kierujemy do nich, moglibyśmy kierować do polityków, czy zwykłych ciężko pracujących na życie Polaków. Pretensje o brak tego ognia. Gadaliśmy o tym nieszczęsnym Ziemkiewiczu i Semce, i – chwała Bogu – udało mi się przynajmniej niemal rzutem na taśmę wspomnieć, że to nie o nich najbardziej chodzi. I to nie oni mają być dla nas przykładem. Przykładem bowiem są dla nas ludzie, którzy tak licznie, w to piękne sierpniowe popołudnie przyszli pod ten namiot, żeby posłuchać opowieści dwóch skromnych całkowicie samotnych blogerów. Bo to oni właśnie niosą ten ogień.
Proszę sobie wyobrazić, że już po spotkaniu podszedł do mnie zupełnie mi nieznany, młodszy dużo ode mnie człowiek, jak się okazuje najprawdziwszy kibol związany z klubem Polonia Warszawa, i na pamiątkę spotkania wręczył mi pamiątkowy album, którzy przyjaciele Polonii wydali na setne urodziny swojego klubu. Przeglądam ten skromny album i znów chce mi się płakać. Bo wprawdzie wiem, że tam nie ma za grosz polityki, ale ten ogień poraża. Zwyczajnie poraża. On poraża tak bardzo, że dopiero teraz widać, czego tamci, co się na nas czają za rogiem, najbardziej się boją.
Muszę się pochwalić czymś jeszcze. Otóż również już po spotkaniu, okazało się Solidarni2010 przyznali mi piękny krzyż z orłem nazwany jak należy „Prawda i pamięć”. Chodzi o to, że oni uznali, że robiąc to co robię, służę prawdzie i pamięci. Ktoś dziś mi tłumaczy, że ten krzyż to nie przypadek i nicnieznaczący gest pojedynczego czytelnika, ale bardzo poważne wyróżnienie, przysługujące tylko niektórym. I jestem bardzo wzruszony. Ściskam więc w ręku tego orzełka na krzyżu, a jednocześnie jednak wracam myślą do kibiców Polonii Warszawa, i jestem pewien, że ci wszyscy działacze Solidarnych2010, którzy stali za decyzją przyznania swojego przepięknego wyróżnienia akurat blogerowi Toyahowi, doskonale mnie i moje emocje rozumieją.

Schodząc nieuchronnie na ziemię, przypominam, że ja i moja rodzina z prowadzenia tego bloga próbujemy żyć. Innej drogi, póki co, nie widać. Bardzo więc proszę wszystkich o wpłacanie choćby najskromniejszych kwot na podany obok numer konta. Dziękuję.



sobota, 18 sierpnia 2012

O pewnym czarnym Forum i jego honorowych gościach

Im dłużej obserwuję wszystko to co się dzieje wokół afery Amber Gold, tym większe mam przekonanie, że opinia publiczna pozostaje pod niezwykle istotnym wpływem grupy, dla których właściciel tego przedsięwzięcia, a więc niejaki Marcin Plichta, jest postacią wręcz świętą. Czemu oni tak bardzo hołubią ewidentnego oszusta, kogoś w kto w normalnie działającym politycznym i prawnym systemie już dziś odbywałby długoletni wyrok więzienia? Otóż moim zdaniem owo zauroczenie związane jest z czymś co ja osobiście nazywam liberalną zarazą, a dla nich stanowi normalny porządek tego świata.
Co mam na myśli, kiedy piszę o hołubieniu kłamcy i oszusta? O co mi chodzi, kiedy wspominam o traktowaniu przez niektórych afery Amber Gold jako idealnej okazji, by rozreklamować filozofię, którą możnaby określić zawołaniem „Nikt nikomu nie kazał”? Otóż rzecz w tym, że jeśli pominąć typowe przepychanki miedzy zwolennikami obecnej władzy, a jej przeciwnikami, na placu boju pozostaje praktycznie tylko jedna ściśle ideologicznie motywowana grupa. Mam na myśli tak zwanych właśnie liberałów, czy bardziej precyzyjnie – neoliberałów. Oczywiście, to tu to tam pojawi się ktoś, kto wspomni coś o obowiązku solidarności, o potrzebie współczucia, o ludziach słabych i bezradnych, jednak każdy tego typu głos natychmiast ginie zawstydzony w zgiełku wspomnianego wyżej hasła.
Stan obywatelskiej świadomości, o którym piszę uważam za przekleństwo naszych czasów. Bo z czym tak naprawdę mamy do czynienia? Z jednej oto strony stoją ludzie, którzy zwyczajnie nie wytrzymali i znaleźli się na progu fizycznego unicestwienia – to tu znajdziemy też znaczną część klientów Marcina Plichty – a z drugiej, wszystkich tych, którzy mimo że, tworząc ten nasz świat, mieli zwykły, ludzki obowiązek zadbać nie tylko o swój indywidualny los, ale również o to, by nikt w tym systemie nie został pokrzywdzony, ten swój obowiązek przez czysty egoizm zlekceważyli, a teraz wzruszają ramionami i mówią: „Nikt nikomu nie kazał”.
Nie sposób aż uwierzyć, że w cywilizacji, gdzie wydaje się rzeczą naturalną pomóc wstać komuś, kto upadł, zachowało się tak dużo przedstawicieli tego szczególnego gatunku, który wierzy, że ludzie się przewracają w sposób całkowicie naturalny i trudno się nimi wszystkimi zajmować. Zwłaszcza że przecież, jeśli takiemu ciamajdzie pomożemy raz czy drugi, on w końcu zacznie się specjalnie wywalać, wiedząc, że zawsze jakoś to będzie.
No własnie. To jest ów argument ostateczny. Życie jest ciężkie, każdy stara się jak może, a w związku z tym wiadomo, że na każdym kroku czyhają pułapki – trzeba uważać. Parę dni temu wystąpił w telewizji Leszek Balcerowicz – skądinąd popularnie znany jako główny twórca projektu o nazwie Forum Obywatelskiego Rozwoju, który jesienią 2007 roku umożliwił bezkarne funkcjonowanie oszustów takich jak Marcin Plichta – i oświadczył, że nie może być tak, by państwo w stosunku osób oszukanych przez Plichtę czuło jakikolwiek obowiązek. Dlaczego? Otóż dlatego, że jeśli ludzie nauczą się takiej nieodpowiedzialności, to będą na lewo i prawo ulegać najróżniejszym oszustom, a potem zwracać się do państwa o rekompensatę. A państwo, jak wiemy, ma psi obowiązek się samoograniczać. Dla dobra wspólnego. No powiedzmy… częściowo wspólnego.
Proszę zobaczyć, co tak naprawdę nam mówi Leszek Balcerowicz – należy to powtórzyć raz jeszcze – ojciec chrzestny obecnego systemu. Państwo nie ma absolutnie żadnych obowiązków poza tym jednym, by dbać o jak najlepsze możliwości działania dla tak zwanego wolnego rynku. Nawet jeżeli na to być wolny rynek, na którym najlepiej będą sobie radzić oszuści tacy jak Plichta. A jeśli zorganizuje się system w taki sposób, że każdy kto slaby i głupi będzie regularnie wykorzystywany przez mądrych i silnych, w końcu zdecydowana większość tych bałwanów tak zostanie wyćwiczona, że każdy sobie jakoś lepiej lub gorzej będzie umiał radzić. No a jeśli nadal gdzieś po kątach będą się kręcić jakieś niedorajdy, no to już trudno. Niech zdychają.
I to jest tak naprawdę zasługa Marcina Plichty, nie do przecenienia dla skutecznej edukacji społeczeństwa. Weźmy samego Leszka Balcerowicza. On nie lokował swoich oszczędności u Plichty. Dlaczego? Bo jest przezorny i zabezpieczony. On wie, że na takich Plichtów trzeba uważać. A czemu więc, jako człowiek o jednak znaczącym przecież publicznym autorytecie, pomysłodawca słynnego licznika odmierzającego wysokość długu publicznego, który nam załatwił sam minister Rostowski, nie wystąpił gdzie trzeba i nie ostrzegł tych mniej od siebie sprytnych? No a jakże tak? A niby dlaczego miał to robić? Ludzie sami mają wiedzieć. Raz się ich ostrzeże, następnym razem bez odpowiedniego przewodnika, jeden z drugim kroku nie zrobi. Co tam kroku? Palcem w bucie nie kiwnie. Bo to, panie, wszystko homo sovieticus! No a poza tym, co jest nie tak z samym Plichtą? Proszę popatrzeć. Państwo nawet nie musiało uruchamiać zwyczajowych procedur, żeby on się wyłożył. Sam rynek go zniszczył. Czyż to nie jest piękne?
A więc tak to działa. To jest w tej chwili, jak się wydaje, główny nurt polskiej mysli politycznej. Ów szczególny neo-liberalizm w moskiewskim wydaniu. Określony ostatecznie tą jedną, kompletnie obłąkaną myślą: „Nikt nikomu nie kazał”. A ja w tej sytuacji mam dla nich wszystkich na koniec jedno tylko życzenie. Tylko to jedno. Niech zdechną w nędzy. A zdychając, zdążą jeszcze tylko na koniec sobie pomyśleć, że coś, cholera, w pewnym momencie musieli zawalić.

Ponieważ ja już mam to wszystko za sobą, pozostaje mi tylko zwrócić się – już po raz kolejny – o wsparcie dla tego naszego bloga. Jeśli tylko macie z niego jakąś satysfakcję i sami jeszcze zipiecie, będę wdzięczny za każdy gest. No i zapraszam jutro na Krakowskie Przedmieście pod Namiot Solidarnych o 16.00. Będę tam z Coryllusem i będziemy wspólnie zadawać szyku.


piątek, 17 sierpnia 2012

O tym co zakrywa noc

Jest taki film, zrealizowany przez brytyjskiego reżysera Stephena Frearsa, a znany w Polsce pod tytułem „Niewidoczni”. Jest to film o pewnej już pozycji, choćby przez fakt, że wyreżyserował go właśnie Frears, no i przez to też, że swego czasu scenariusz ten był nawet nominowany do Oscara. Filmów bardzo dobrych i pozostających w pamięci jest bardzo dużo, i trzeba powiedzieć, że „Niewidoczni” zajmują tam miejsce szczególne. Mówiąc bardzo krótko, jest to bardzo inteligentnie zrobiony film sensacyjny, którego akcja dzieje się w Londynie, a bohaterami ludzie uwikłani w nielegalny proceder handlu organami. Co dla nas, z punktu widzenia niniejszego tekstu, szczególnie interesujące, owi bohaterowie to głównie biedni, czarni, nielegalni emigranci z Afryki. I to jest oczywiście zrozumiale. Trudno bowiem sobie wyobrazić, by w roli tego mięsa w tak porządnym i wiarygodnie przedstawionym scenariuszu, mieli występować biali Brytyjczycy, prawda?
Oczywiście, co wielokrotnie tu już podkreślałem, film tego typu, na tym poziomie artystycznego mistrzostwa u nas w Polsce by nie powstał, i myślę, ze nie warto tej prawdy już więcej uzasadniać. Wystarczy może, że z prawdziwym bólem serca wspomnę tylko niedawno postawione przez panią Toyahową pytanie: czy jest jeszcze jakiś kraj na świecie, gdzie wszystko – dosłownie wszystko – jest do dupy? A zatem, film „Niewidoczni” w Polsce by powstać nie mógł ze względów oczywistych, a najciekawsze w tym jest to, że owa oczywistość wcale nie jest związana z podejrzeniem, że u nas proceder nielegalnego handlu organami, choćby przez brak odpowiednio szerokiej emigracji z Afryki, nie istnieje. To bowiem akurat jest nieprawda. Jak ledwo co, chyba już po raz kolejny ostatnio, poinformowała nas stacja telewizyjna TVN24, ów biznes w Polsce ma się dobrze, a swoich ofiar nie musi sprowadzać ani z Mołdawii, ani z Afryki, bo ma ich odpowiednią ilość na miejscu. Ot tu, zaraz za rogiem.
Czytelnicy tego bloga są z reguły osobami bardzo wrażliwymi, zarówno duchem jak i myślą, więc domyślam się, że każdy mniej więcej już wie do czego może ta dzisiejsza refleksja zmierzać. Kto bowiem z nas mógł się znaleźć w takiej sytuacji, że nie pozostało mu już nic innego, jak dać ogłoszenie, czy to na Allegro, czy może gdzieindziej w Internecie, że sprzeda swoją nerkę za 20, czy 30 tysięcy złotych, licząc na to, że ktoś odpowiedni się z nim skontaktuje, zawiezie go gdzieś w jakieś ustronne i dyskretne miejsce, i mu po tym wszystkim uczciwie już za wszystko zapłaci? No, kto z nas? A więc my świetnie wiemy, o kim mowa. Komentarz redakcji TVN24 skierowany jest już więc nie do nas, ale do tych, którzy niczego się nie domyślają. No i widzą oni tych biedaków z zamazanymi twarzami i zniekształconymi głosami, i słyszą jak opowiadają podstawionemu dziennikarzowi o swojej niedoli, która im kazała uciec się do rozwiązania być może ostatecznego. No i mówią o pracy, którą właśnie stracili, o dziecku w gimnazjum, o niepracującej żonie, i jakimś kolosalnym długu, którego spłacić nie są już w stanie, no i oczywiście niemal za każdym razem pojawiają się te pytania – czy ta operacja jest bezpieczna, no i przede wszystkim może, czy za nią stoją uczciwe zamiary? Jest ten człowiek, który mówi, że sytuacja w jakiej się znalazł tak go dusi, że właściwie już był gotów popełnić samobójstwo, ale kiedy mu córka powiedziała, że jeśli on umrze, to ona zaraz za nim, zdecydował się dać jeszcze to ogłoszenie.
A więc nam te historie do niczego nie są potrzebne. My to wszystko potrafimy sobie wyobrazić bez tej jakże profesjonalnie przeprowadzonej dziennikarskiej prowokacji. Uważam, że nas może tu zainteresować coś znacznie głębszego. Coś, o czym dziennikarze TVN24 nie wspominają i wspomnieć nie mogą, bo gdyby to zrobili, mielibyśmy już do czynienia z bezczelnością, przy której ta, która właśnie przed nami, wyda się ledwo skromnym nieporozumieniem. O jakiej bezczelności mówię? Otóż mam na myśli bezczelność, którą już troszkę miałem okazję wspomnieć w zakończeniu wczorajszego wpisu, a zaprezentowanej przez owego radykalnego zwolennika Platformy Obywatelskiej, który doradza mojemu synowi, by emigrował z Polski, bo tu się nie da się żyć. Prawdopodobnie z powodu wciąż się tu panoszącej, jak się to ktoś już akurat inny inteligentnie wyraził, „moralnej” władzy PiS-u. Tym razem jednak chodzi mi o bezczelność wyrażającą się w epatowaniu nas Polaków opowieściami o tym, jak to się powoli stajemy prawdziwą kolonią, a wszystko to na tle owego tefauenowskiego błękitu, od którego dobrzy ludzie już od wielu lat nie mają siły, by się odpowiednio porzygać.
A więc oni posunęli się już nawet do tego. A dalej – wraz z dalszą profesjonalizacją medialnego przekazu – po nadaniu tego typu programu, pojawi się pewnie grupa wynajętych przez państwa Walterów ekspertów, którzy zupełnie szczerze będą załamywać ręce nad tym, jak to się to fatalnie ułożyło, że im się tak dobrze powodzi, podczas gdy większość ich rodaków musi zdychać gdzieś w jakichś lewych klinikach na piętrze. A po ekspertach przyjdą politycy, i też dorzucą swoje trzy grosze. A zatem, Roman Giertych powie, że jak kto gapa, niech ma pretensje tylko do siebie, a Tadeusz Cymański pochyli się nad problemem w skupieniu i wykrzyknie, że no wie pan, panie mecenasie, naprawdę nie wypada, a potem pokaże się reklama kolejnego meczu politycy-dziennkarze na rzecz wsparcia fundacji Bożeny Walter „Nie jesteś sam”.
A więc to wszystko my akurat świetnie wiemy. I co w związku z tym nam zostaje? Dokładnie to co już parokrotnie mówiłem, cytując Zbigniewa Herberta. Dajemy świadectwo i wiernie idziemy przed siebie. Niestety, wszystko wskazuje na to, że z polityką możemy sobie dać – przynajmniej na razie – święty spokój. Wszystko wskazuje na to, że w Smoleńsku oni jednak zabili obu, i zostaliśmy kompletnie sami. A co przed nami? Mam tylko marną nadzieję, że nie dojdzie do eksplozji.

Tradycyjnie przypominam o tym, że ten blog, poza wszystkim innym, pomaga mi utrzymywać rodzinę. Jesli ktoś jest w możliwościach, będę zobowiązany. Dziękuję i przepraszam za obcesowość, ale jakie czasy taka obcesowość.

czwartek, 16 sierpnia 2012

I żeby już tu nie wracali...

Przy okazji ostatnich wydarzeń związanych z udziałem syna premiera w przekręcie popularnie znanym jako Amber Gold, pojawiło się kilka bardzo poważnych refleksji, jednak chyba od żadnej z nich nie wiało tak niemal trupim chłodem, jak od tej związanej w najmniejszym stopniu z tym wypasionym byczkiem, z jego rodziną, czy politycznym biznesem, jaki jego rodzinie zapewnił pozycję i powodzenie, a nam coraz bardziej tylko nędzę i rozpacz. Nie o nich myślę. Mam tu na myśli Prawo i Sprawiedliwość, a więc życiowy projekt Jarosława Kaczyńskiego i jego zamordowanego już ponad dwa lata temu przez złych ludzi brata.
Ja oczywiście znam owe półszydercze analizy, które nas uprzedzają, że jeśli Prawo i Sprawiedliwość chce jeszcze kiedykolwiek przejąć władzę w Polsce, powinno wszystkich swoich polityków pochować w bardzo ciemnym zaułku, a i sam Jarosław Kaczyński powinien jak najmniej pokazywać się publicznie i wygłaszać jakiekolwiek opinie. Znam ten żart, doceniam jego przebiegłość, natomiast jestem pewien, że nawet jeśli za nim stoją jakiekolwiek rzeczywiste racje, uważam go za kompletnie pusty i pozbawiony jakiejkolwiek perspektywy, dokładnie tak samo, jak pusta i pozbawiona perspektywy jest dziennikarska kariera Roberta Mazurka, bodajże twórcy tego grepsu.
Bo o co chodzi? Przypadek Michała Tuska i jego polityczno-biznesowych protektorów pokazuje nam chyba już najwyraźniej, że Polska znalazła się w tym miejscu, gdzie trzeba być albo osobą naznaczoną osobiście przez Boga, albo kompletnym idiotą, żeby w obecnej sytuacji planować przejęcie jakiejkolwiek odpowiedzialności za tę ruinę. I pisząc to, wcale nie sugeruję, że jedyne co nam się opłaca, to pozwolić tej bandzie złodziei – a terminu tego używam, jak się można domyślić, wyłącznie umownie – dalej prowadzić nasz kraj do ruiny, by kiedy ich wreszcie piekło pochłonie, stanąć na tych gruzach i wziąć wszystko jak swoje. O nie! Tak dobrze wcale nie jest. Już w tej chwili kondycja naszego kraju jest taka, że, jak mówię, trzeba być albo posłańcem Niebios, albo ostatnim bałwanem, by choćby próbować dotknąć czegokolwiek, co ta banda porzuciła.
Donald Tusk zorganizował swoją konferencję prasową w sprawie afery Amber Gold, media jego wystąpienie odpowiednio skomentowały, natomiast jak idzie o opozycję, to – o ile czegoś nie przegapiłem – głównie wypowiedzieli się Ryszard Kalisz i Jacek Kurski, no i jakiś posel z PiS-u, którego nazwiska akurat nie udało mi się zapamiętać. Reszta, w tym przede wszystkim Jarosław Kaczyński, zapewne w oczekiwaniu na ostateczny wybuch, pozostała w schronach. A ja, po raz pierwszy w życiu chyba, nawet się nie zastanawiam, czy tam istnieje jeszcze jakiś plan. Bo – chyba po raz pierwszy w życiu – mam bardzo głęboką obawę, że trzeba być osobą albo posłaną przez samego Pana, albo kompletnym durniem, żeby cokolwiek planować. Bo o jakim planie możemy w ogóle mówić, skoro nie jesteśmy nawet w stanie wytyczyć sobie choćby bardzo ogólnego celu.
Na zakończenie swojego poprzedniego wpisu opowiedziałem jak to pewien komentator, odnosząc się do moich refleksji na temat całych zastępów pozbawionych jakichkolwiek perspektyw, bardzo ambitnych młodych ludzi, gotowych pracować za pół-darmo, lub wręcz za darmo, by przynajmniej nie wyjść z wprawy, zapytał: „A to źle, że chcą pracować?” I ja sobie dziś myślę, że oto materia z którą przyjdzie się zmagać tym, którzy, być może już bardzo niedługo, wejdą na ten porzucony teren. Z jednej strony ci biedni, czy to zbankrutowani, czy to na progu bankructwa ludzie, wypełnieni albo niczym nieskażoną obojętnością, albo nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, a z drugiej kompletnie rozgrabiony kraj, zapomniany już nawet przez samego Boga.
Trochę ten wpis jest niepoukładany, a więc niech już taki zostanie do końca. I niech przyjmie jeszcze te dwie historie. Uczę trochę angielskiego w pewnej bardzo poważnej korporacji. Niedawno okazało się, że oni potrzebują nieco odciążyć pewną asystentkę dyrektora i zorganizowali nabór na to stanowisko. Przyjęli dziewczynę. Nic specjalnego. Standard. Wysoka, zgrabna, ładna, zamiast „dzień dobry”, mówi „witam”. Pytam mojego ucznia-dyrektora, trochę ze względu na zmartwienia mojej córki, co trzeba umieć, żeby dostać tego typu pracę. Odpowiada mi on, że nic. Ma umieć robić kawę, znać trochę język, no i dobrze, żeby nie była głupia. I kiedy już sobie pomyślałem, że właściwie nie jest źle, dowiedziałem się jeszcze czegoś: po opublikowaniu oferty, oni otrzymali ponad dwieście CV. Wygrała ta jedna. A ja już się tylko zastanawiam, czego zabrakło tym pozostałym? Miały kolczyki w nosie i tatuaże na policzku?
No i jeszcze coś. Też już o tym wspominałem. Starszy Toyah przebywa aktualnie w Coventry, gdzie pracuje za siedem funtów na godzinę, i jeśli tylko zechce, może tam pracować przez kolejne lata. Ponieważ zna gładko trzy języki, jest ciekawy świata, oczytany, grzeczny i inteligentny, może też spróbować podjąć tam jakieś studia. Pewna bardzo nam bliska osoba, wręcz histerycznie popierająca obecnie rządzący Polską układ, na sama myśl o tym, że Jaroslaw Kaczyński mógłby wrócić do władzy reagująca wściekłością, nieustannie nas namawia, by on nie wracał. By w żadnym wypadku nie wracał. Żeby nie wracał do Polski, nie wracał na uniwersytet, nie robił sobie nadziei. Niech tam zostaje i stara się żyć.
Módl się za nami grzesznymi.

Bardzo proszę o dalsze wspieranie tego bloga. Numer konta podany jest tuż obok. Każdy gest jest prawdziwie bezcenny. Jednocześnie przypominam, ze w najbliższą niedzielę na krakowskim Przedmieściu w Warszawie odbędzie się organizowane przez Solidarnych 2010 spotkanie z blogerami Coryllusem i Toyahem. Zapraszam gorąco. Jeśli nam pozwolą, będzie można kupić książki z osobistą dedykacją autorów.