Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opozycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opozycja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 stycznia 2020

Dlaczego Putinowi zależy na kompromitacji totalnej opozycji?


Felieton ten miał się tu ukazać właściwie już w piątek, ale tak się złożyło, że mamy go dopiero dziś. Mimo to, mam nadzieję, że ów zwyczaj bym raz na tydzień zamieszczał tu swoje felietony pisane dla „Warszawskiej Gazety” się utrzyma – dla wspólnej korzyści i dobra wspólnego. Polecam szczerze. 
I jeszcze jedna uwaga techniczna, wszystkich Czytelników, którzy mają życzenie komentować na naszym blogu proszę o przesłanie mi swoich adresów mailowych na tradycyjny adres k.osiejuk@gmail.com. Przepraszam za kłopot, ale tak się musiało stać.   


      Gdy ten felieton trafi do kolejnego wydania „Warszawskiej Gazety”, może już otrzymamy nowe informacje i sprawa, nawet jeśli się nie wyjaśni, to przynajmniej rozjaśni. Dziś jednak wiemy tyle, że prezydent Putin postanowił wypowiedzieć się na temat Polski i jej współodpowiedzialności za wybuch II Wojny Światowej i poinformował świat, że to właśnie polskie przedwojenne władze doprowadziły do tragedii, jaka w  latach 40-tych ubiegłego wieku spadła nie tylko na Europę, ale cały świat. W jaki sposób Polska to zrobiła? Zdaniem Putina, wszystko odbyło się bezpośrednio, kiedy to w roku 1934 polski ambasador w Berlinie, Józef Lipski, według słów Putina, „swołocz” i „antysemicka świnia”, podpisał z Niemcami pakt o nieagresji, by parę lat później przypieczętować ów interes daną Hitlerowi obietnicą, że jeśli ten zgładzi Żydów, Lipski wystawi mu w Polsce pomnik. Tak zatem, zdaniem Putina, przedstawiają się przyczyny wybuchu tamtej wojny, i teraz jedyne co Polsce pozostaje, to przeprosić Żydów za Holocaust, a niezapomniany Związek Sowiecki za resztę zbrodni.
        Ponieważ zarówno Putin jak i inni zainteresowani, włącznie z tymi, którzy z głównie finansowych powodów, potrzebują od czasu do czasu rewidować historię, doskonale wiedzą jak było naprawdę, człowiek zachodzi w głowę, czemu on w ogóle postanowił zabrać głos w sprawie i to w tak oryginalny sposób. Odpowiedzi jest kilka. Pierwsza z nich to ta, że Putin próbuje udzielić owej szczególnej lekcji historii tym wszystkim światowym przywódcom, których jak najbardziej słusznie uważa za wystarczająco głupich, by w nią uwierzyli, i w ten sposób poszczuć ich przeciwko Polsce, która dla Rosji jest dziś pierwszym wrogiem. Inni twierdzą, że on się zachowuje jak wściekły pies, który zamknięty w klatce nie potrafi już nic innego jak gryźć kraty. Inni komentatorzy jeszcze tłumaczą, że pierwszym celem tego wystąpienia, jest podburzenie amerykańskich Żydów, by z jeszcze większym zaangażowaniem naciskali na owe słynne już 300 miliardów dolarów.
       I byłbym skłonny przyjąć którąś z tych opcji, gdyby nie reakcja na słowa Putina ze strony czołowych przedstawicieli polskiej opozycji. Oto najpierw głos zabrał Radosław Sikorski, wspominając, jak to było pięknie za jego czasów, kiedy to Polska żyła z Putinem w słodkiej przyjaźni, po nim odezwał się komunistyczny poseł Gdula, twierdząc, że po tym, co polskie władze ostatnio mówiły na temat Związku Sowieckiego, Putin nie miał innego wyjścia, a po Gduli europoseł Lewandowski i kandydatka Kidawa-Błońska wyjaśnili, że jeśli ktoś jest taką ofiarą losu jak pisowskie władze, nie ma się co dziwić, że wszyscy grają z nimi w dupniaka.
        Otóż moim zdaniem chyba jednak jest coś w plotce, że Rosji w gruncie rzeczy zależy, żeby PiS rządził w Polsce jeszcze przez wiele lat. O Putinie można bowiem myśleć różnie, ale chyba o to, że on jest tak głupi, by nie przewidzieć reakcji tych bałwanów, podejrzewać go nie powinniśmy.



niedziela, 3 czerwca 2018

Strach zżera duszę


Skoro mamy weekend, wypadałoby mi pewnie przedstawić tu mój felieton z piątkowego wydania „Warszawskiej Gazety”. Ponieważ cykl wydawniczy tygodnika jest jaki jest, a tematy starzeją się jeszcze szybciej niż my sami, to przepraszam za te starocie i proszę o zrozumienie. 

      Do wyborów samorządowych zostało parę dobrych miesięcy, a tymczasem kampania – co z tego, że niemal wyłącznie w wymiarze ściśle medialnym – rozwija się pełną parą. Jeśli rzucimy okiem na to, co się dzieje w tak zwanej, panie dzieju, polityce, musimy zauważyć, że pomijając ministra Patryka Jakiego, który faktycznie uznał, że nie należy marnować choćby tej jednej chwili, której może zabraknąć w momencie, gdy wszystko się będzie ostatecznie rozstrzygać, kampania trwa jak najbardziej, jednak jedynie na poziomie ogólnej propagandowej przepychanki, w dodatku z wykorzystaniem trzeciego, by nie powiedzieść siedemnastego szeregu jej aktorów. Podczas gdy Jarosław Kaczyński jest wciąż w szpitalu, lecząc chore kolano, a Grzegorz Schetyna czujnie bardzo się zamknął, w obawie, że każde kolejne jego słowo może przynieść lawinę, która tę nędzę nieodwołalnie zasypie, owi komedianci dostarczają nam przepysznej rozrywki.
      I tak oto, ledwo, jak się przez chwilę mogło wydawać, autentycznie zabójcza broń totalnej opozycji w postaci protestu tak zwanych osób niepełnosprawnych i ich opiekunów, okazała się nagle zaledwie kapiszonem, w dodatku mocno przemokniętym, ci dziwni państwo w ramach swojej walki o odzyskanie władzy postanowili spróbować kolejnego tricku. Otóż dowiedziawszy się, że niedaleko kamienicy, w której zamieszkuje jeden z ich najbardziej eksponowanych medialnie polityków Platformy Obywatelskiej, Krzysztof Brejza odbywają się większe prace budowlane, któryś z nich zainicjował podpalenie mieszczącego się tam przybytku o popularnej nazwie toi-toi i w tym momencie pojawił się temat kolejny, że oto faszystowski reżim Jarosława Kaczyńskiego, za to że on brzydko się wyraża na temat władzy, podjął próbę spalenia żywcem posła Brejzy wraz z Bogu ducha winnymi żoną posła i jego dziećmi.  
      No i w tym momencie, kiedy już wydawało się, że ów śmiech, który się rozległ w najbardziej odległych zakątkach kraju, to wszystko co dziś jeszcze pozostało z pamiętnej „totalnej opozycji”, obróci w kurz, pojawił się temat-bomba. Otóż jak się okazuje, niejaki Paweł Kamiński, kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta Gniezna, jako bardzo młody człowiek , niemal 30 lat temu założył i prowadził wytwórnię fonograficzną o nazwie Morbid Noizz Production, która z kolei promowała tak zwany black metal, czyli muzykę w sposób jednoznaczny satanistyczną, dziś się nawrócił, wyznał swoje winy, przeprosił za nie i stoi na czele ruchu wyzwolenia Polski z rąk Złego, a tymczasem owa banda zepsutych do szpiku kości polityków i towarzyszacyh im z każdej strony komentatorów atakuje Kamińskiego, a przy okazji sam PiS, że tamten przed 30 laty był zły, a ci go dziś popierają.
      Przepraszam bardzo ale ja nie bardzo rozumiem, jak to się dzieje, że nagle ludzie, z punktu widzenia których jedyna różnica między satanizmem a chrześcijaństwem jest taka, że satanizm jest weselszy, nagle postanawiają się aż tak skompromitować. Otóż jedyne wytłumaczenie jest takie, że oni widzą nadchodzący koniec i najzwyczajniej w świecie tracą rozum.

Księgarnia z naszymi książkami jest tam gdzie zawsze, czyli pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Jak zawsze serdecznie zachęcam.

sobota, 19 maja 2018

Kiedy Obywatele RP zamienią się w zombie?


Dziś i jutro przez cały dzień sprawdzam matury, a więc pewnie będę się tu mądrzyć w sposób mocno ograniczony, niemniej zaostawiam Was z moim znajnowszym felietonem dla „Warszawskiej Gazety” i życzę ciekawych refleksji.

      Jak pewnie zdążyliśmy zauważyć, minioy weekend upłynął nam pod znakiem kolejnego już tak zwanego “Marszu Wolności”, jaki każdej wiosny organizuje nam Platforma Obywatelska z przyległościami, i z prawdziwą troską należy stwierdzić, że o ile jeszcze dwa lata temu we wspomnianym marszu wzięło udział 250 tysięcy oburzonych obywateli, w zeszłym roku owych obywateli było już tylko 90 tysięcy, to tym razem do Warszawy zjechało ich zaledwie 50 tysięcy. Wniosek z tego jest taki, że jeśli oburzenie będzie nadal topniało w tym tempie, to w przyszłym roku marsz zgromadzi 20 tysięcy uczestników, za dwa lata tysiąc, a ponieważ dane policyjne wykażą, że poza dwoma wariatami, z których jeden wymachiwał unijną flagą, a drugi stał obok z założoną na twarz maską Jarosława Kaczyńskiego, nie pojawił się nikt, telewizja TVN24 ogłosi, że chyba jednak przez cały ten czas policja liczyła lepiej.
     I tą wesoła pointą moglibyśmy dzisiejszy felieton zakończyć, gdyby nie to, że wśród osób dyrygujących emocjami tej ponurej zbieraniny pojawił się kandydat na Prezydenta Warszawy, Rafał Trzaskowski i opowiedział zebranym, jak to ze swoim kumplem Sławomirem Nitrasem szli niedawno po Krakowskim Przedmieściu i  w pewnym momencie Nitras zadał mu zagadkę: „Co się zmieniło na Krakowskim w porównaniu z zeszłym miesiącem?” i natychmiast zresztą udzielił na nią odpowiedzi, że zmieniło się to mianowicie, iż gdzieś się straciły te wszystkie ponure gęby ludzi opłakujących ofiary Smoleńskiej Katastrofy i zrobiło się całkiem sympatycznie.  Zainspirowawszy się swoją historią, kandydat Trzaskowski powiedział co następuje (cytuję z pamięci): „A teraz chciałbym wezwać wszystkich do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Proszę was, kochani, nastepnym razem jak tu przyjdziecie, uśmiechajcie się i pokażcie tym ponurakom, że Krakowskie Przedmieście to miejsce wesołe”.
     A ja sobie myślę, że ów ciekawy apel stwarza dla nas wszystkich ciekawą perspektywę. Otóż ja już sobie wyobrażam, jak to będzie kiedy ci wszyscy durnie, zachęceni przez swojego kandydata,  nagle zaczną wyłazić na ulicę i się szczerzyć  w czymś co uznają za uśmiechy, a ponieważ ich nastrój siłą rzeczy będzie z każdym dniem już tylko gorszy, końcowy efekt będzie taki, że z tymi twarzami, z jednej strony wypełnionymi czystą i jednoznaczną wściekłością, a z drugiej, z obnażonymi w upiornych uśmiechach zębami, dla każdego normalnego przechodnia będą wyglądali jak zombie.
     No ale to jeszcze nie teraz. Na ten widok będziemy musieli poczekać do kolejnych wyborów parlamentarnych, których termin przypada na jesień przyszłego roku, kiedy to najpierw  Prawo i Sprawiedliwość osiągnie w Parlamencie większośc konstytucyjną, a chwilę później okaże się, że Andrzej Duda w wyborach prezydenckich nie ma żadnego poważnego kontrkandydata, no i dojdzie wówczas do wspomnianego przez mnie kolejnego Marszu Wolności, na którym pojawi się tych dwóch wariatów, odpowiednio uśmiechniętych i wówczas nawet telewizja TVN24 zaapeluje, żeby ich jednak na wszelki wypadek, gdyby się mieli wysadzić, zamknąć.

Książki jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl. Bardzo polecam.
     

środa, 7 lutego 2018

O dyplomatołach z Komitetu Obrony Demokracji

      Sposób w jaki towarzystwo spod znaku „noża i widelca” – starsi czytelnicy pamiętają słynny swego czasu bon mot autorstwa bodajże Andrzeja Celińskiego, mający na celu opisanie różnicy między europejską kulturą a polskim chamstwem – prowadzi politykę, niezmiennie zachwyca swoją bezmyślnością, a jednocześnie każe się nam zastanawiać, ile lat musi minąć, by oni wreszcie zrozumieli, że metoda „na profesora”, jeśli w ogóle kiedykolwiek działała, dawno już straciła swoją moc. Niedługo minie 30 lat, jak komuniści oddali władze i poszli w biznesy, za rządzenie zabrały się nowe elity, i one to wciąż próbują robić na nas wrażenie, niezmiennie stosując jedną smutną zagrywkę w postaci listu otwartego intelektualistów, ewentualnie byłych dyplomatów. Niedawno mieliśmy okazję czytać apel aktorów, piosenkarzy, literatów i pomniejszych celebrytów do polskich władz z prośbą o przyjęcie przez Polskę współodpowiedzialności za Holocaust, i nie minął tydzień, jak zorganizowało się 17 byłych ambasadorów plus jeden komentator stacji TVN24 i wspólnie wysmażyli oświadczenie zatytułowane „List dyplomatów w obronie polskiej racji stanu”, z pozoru odnośnie kryzysu na linii Polska – Izrael, ale tak naprawdę stanowiace zaledwie przedłużenie tego, co jeszcze nie tak dawno mieliśmy okazję regularnie wysłuchiwać podczas demonstracji niegdysiejszego KOD-u… swoją drogą, czy ktoś jeszcze pamięta co to zwierzę?
      I nie byłoby się nad czym zatrzymywać, gdyby nie wręcz porażający styl, w jakim owo oświadczenie zostało skonstruowane, zarówno pod językowym, jaki ściśle merytorycznym względem. Rzućmy okiem na pierwsze zdanie tego popisu:
     „Przebieg sporu z Izraelem, USA i innymi sojusznikami wokół ustawy o IPN dowodzi, że pozycja międzynarodowa Polski jest najgorsza od odzyskania niepodległości w 1989 roku”.
      Przepraszam bardzo, ale czy ktoś mi jest w stanie wytłumaczyć logikę kryjąca się za tą myślą? Przede wszystkim, o  jakim to sporze jest mowa? Zgadzamy się wszyscy, że obecny rząd Izraela, w ramach wewnętrznej kampanii politycznej, próbuje się przewieźć na Holocauście, rozumiemy, że amerykańska administracja, w ten czy inny sposób, od zawsze związana politycznymi interesami ze światowym żydostwem, nie może milczeć, ale o jakich to sojusznikach piszą ambasadorowie? O Ukrainie? O Paragwaju? A może chodzi o Francuzów, których dławi moralne oburzenie na to, jak Polska uchyla się od odpowiedzialności za kolaborację z Hitlerem? Czy oni przypadkiem nie upadli na głowę? No i przede wszystkim, o jakiej my rozmawiamy międzynarodowej pozycji Polski gdy chodzi o rok 1989? Czyżby chodziło o pamiętny uścisk premiera Mazowieckiego z kanclerzem Kohlem, a może o niemniej słynny jego taniec ze swoja rzecznik Niezabitowską podczas wizyty w Katyniu?
       A to przecież zaledwie sam początek. Popatrzmy może na to, co tam się wyprawia dalej: „Od 2015 roku polityka zagraniczna PiS kroczy od katastrofy do katastrofy. Polsce odmawia się przyjmowania wizyt wysokich przedstawicieli, regularnie krytykują ją sojusznicy, nasze gwarancje bezpieczeństwa stają się warunkowe”.
     Albo to: „Państwo PiS bojkotuje szansę, jaką jest Polak – przewodniczący Rady Europejskiej i marnuje miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, bo siła polskich argumentów – zwłaszcza w obszarze państwa prawa – jest żadna”. „Państwo PiS”? To jest język polskiej dyplomacji? Przecież tu jeszcze tylko brakuje uwagi na temat Prezesa i jego kota.
      Można by było to wszystko potraktować jako ponury żart, gdyby nie lista nazwisk pod tym apelem. Nie będę ich tu jednak cytował, bo przede wszystkim nie ma na to miejsca, a poza tym – po co? To co ujrzymy to tak naprawdę jedynie Piotra Nowinę Konopkę, swego czasu ochrzczonego przez Lecha Wałęsę ksywą „gnida” plus bandę, najczęściej kompletnie anonimowych, staruszków, którym odebrano te fraczki, te muszki, te perfumy i którzy od tego oszaleli. Oto cała zagadka. Ciekawe tylko, że ci, co ich do tej roboty wynajmują, wierzą, że oni wciąż jeszcze tworzą jakikolwiek atut. 


Jak zawsze, zachęcam do odwiedzania ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie można kupować również moje książki. Polecam gorąco.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Astygmatyzm u osób niewidomych, czyli o intelektualnych zasobach totalnej opozycji

Byłem wczoraj na wizycie w miejscu, gdzie telewizor jest włączony na okrągło, a w nim, jeśli tylko nie ma jakiegos interesującego wydarzenia sportowego, czy ewentualnie któregoś z sensacyjnych filmowych przebojów, to już tylko pozostaje przekaz ze stacji TVN24. Ponieważ wizyta, jak to wizyta, zwykle odbywa się w weekend w porze przedwieczornej, kolejność zdarzeń jest następująca: sport, „Fakty”, „Fakty po Faktach”, no a potem już film. Czytelnicy tego bloga, zwłaszcza ci, którzy pamiętaja go jeszcze sprzed lat, wiedzą, że owa dziwna stacja nie jest w stanie wyprodukować czegoś na tyle wstrząsającego, by mnie akurat jakoś szczególnie poruszyć. Ja tu naprawdę przez te siedem, czy osiem już lat się nie oszczędzałem i zdążyłem nabrać właściwej odporności. Rzecz jednak w tym, że telewizji TVN24 od dwóch lat praktycznie nie oglądam, o tym, co się tam odbywa dowiaduje się z Internetu i stąd też wiem, że jest to miejsce, które, owszem, służy do prowadzenia bieżącej propagandy, jednak w o wiele większym stopniu robi wrażenie swego rodzaju przytuliska dla osób, o których w normalnych warunkach świat dawno by zapomniał. A więc TVN24 to dziś już praktycznie jedyne miejsce, gdzie można przypomnieć sobie, jak wyglądają i kim kiedyś byli Kazimierz Marcinkiewicz, Ludwik Dorn, Paweł Kowal, Włodzimierz Cimoszewicz, Grzegorz Kołodko, Jerzy Wenderlich, Henryk Wujec, Andrzej Celiński, Andrzej Olechowski, Roman Giertych i wielu jeszcze innych byłych polityków, którym z dawnych lat w rzeczy samej pozostała już tylko ta kiedyś tak ważna telewizja.
Widzę od czasu do czasu, najczęściej na stronie portalu tvn24.pl, że któryś z nich tam wystąpił i coś powiedział, i doprawdy nie mogę pojąć, jaki plan stoi za tą przedziwną polityką. Jakiż to głęboki umysł mógł wymyślić, że jeśli nam każe się słuchać Kołodki, czy Celińskiego, my nagle pójdziemy po rozum do głowy, nabierzemy niechęci do rządu Beaty Szydło czy do prezydenta Dudy i przy okazji najbliższych wyborów zagłosujemy na Platformę Obywatelską, względnie na Partię Razem?
No właśnie – Partia Razem. Otóż wczoraj, spędzając czas na niedzielnej wizycie zwróciłem uwagę, że gośćmi wieczornego programu „Fakty po Faktach” byli po kolei Tomasz Nałęcz, Antoni Dudek, Marek Migalski, no i wspomniany Zandberg. I słowo daję, że ja nie mam do TVN-u pretensji o to, że do tego towarzystwa nie doprosili kogoś z PiS-u, w końcu w TVP Info też bywa tak, że w debacie bierze udział trzech dziennikarzy, jeden z „Gazety Polskiej”, drugi z „W Sieci”, a trzeci z „Do Rzeczy”. Nie chodzi też o to, że o Nałęczu i Migalskim nikt już nie pamięta, a Zandberga i Dudka zwyczajnie nie rozpoznaje. Ludzie, którzy się udzielają w TVP Info często w większości również pozostają dla przeciętnego widza zwyczajnie anonimowi. Rzecz natomiast w tym, że Migalski, Nałęcz, Dudek i Zandber są już kompletnie i ostatecznie spaleni. Oni swój czas już mieli i nie ma takiej możliwości, by którykolwiek z nich nagle stał się na nowo dla kogokolwiek autorytetem. Tymczasem redaktorzy TVN24 zachowują się tak jakby oni wszyscy byli bohaterami jakiejś częściowo starej, a częściowo już odnowionej Solidarności, która już tylko przyczajona czeka aż jakiś nowy Wałęsa da im sygnał do ataku i wszystko się zmieni.
Ktoś powie, że oni są tam wciąż dopraszani z tego prostego powodu, że to oni właśnie są owymi ostatnimi prawdziwymi intelektualistami, co ja, jako ktoś kto ma już swoje lata i sam lubi powtarzać, że lepiej już było, jestem w stanie zrozumieć. W tej sytuacji chciałbym się odnieść i do tego argumentu. Otóż wspomniałem wcześniej nazwisko Ludwika Dorna. Proszę sobie zatem wyobrazić, że on wczoraj też miał swój czas. Na portalu tvn24.pl, jako headline news przez pół dnia wisiał podpisany przez niego przeraźliwie długi tekst, zatytułowany „W królestwie ślepców jednooki jest królem. Nawet gdy ma astygmatyzm”, i jak można wyczytać z całości tekstu, chodzić tu musi albo o Jarosława Kaczyńskiego, albo w ogóle o PiS. Jak mówię, tekst Dorna jest bardzo długi i liczy ponad 2 tysiące słów, natomiast jego myśl sprowadza się do tego, że kiedy Polska przegrała batalię o prezydenturę Tuska 1 do 27, Jarosław Kaczyński, jego partia, a przy okazji rząd Beaty Szydło leżeli już na łopatkach i z każdą chwilą tonęli jeszcze bardziej, co Dorn wie stąd, że tak wskazywały sondaże. Niestety, po pewnym czasie tendencje się odwróciły i PiS zaczął zyskiwać, a to, zdaniem Dorna, przez to, że Grzegorz Schetyna postraszył Polaków, którzy już byli gotowi przekazać mu władzę, że zabierze im 500+. W tym momencie, uzyskując nową pewność siebie, Kaczyński postanowił, że nie ma co się zajmować Tuskiem i w ogóle opozycją, nie ma co tworzyć pozytywnych programów rozwoju, walczyć z korupcją, a zamiast tego, z jednej strony, demonstrować brutalną siłę, a z drugiej, konsekwentnie, nie oglądając się na nic, rozwijać dyktaturę. Ponieważ Plaforma na to nie potrafi znaleźć odpowiedzi, przegrywa. Oto końcowy fragment owego niezwykle głębokiej analizy:
Tak wygląda ‘wizja’ PiS, gdy zetrzeć z niej retoryczną pozłotkę. Mgliście i szaro. Skąd zatem przekonanie wielu, także niesprzyjających obecnemu obozowi władzy komentatorów, że PiS ‘wizję’ ma? Odpowiedź jest prosta – to zasługo tła, czyli najsilniejszej obecnie partii opozycyjnej – Platformy Obywatelskiej. Postanowiła ona w dniu kongresu przeciwnika odbyć swoją Radę Krajową i dać PiS-owi odpór. I dała taki, że najbardziej zażartym krytykom obecnej władzy kapcie smętnie pospadały. PiS mówił o tym, jak swoją władzę będzie umacniał i konsolidował, owijając to w sreberko rozwoju i społecznej solidarności. Jarosław Kaczyński mówił wyłącznie o władzy swojej partii, ale sprawiał wrażenie, że mówi o Polsce. Grzegorz Schetyna mówił wyłącznie o PiS i nawet nie starał się sprawiać wrażenia, że Polska dla niego istnieje. W królestwie ślepców jednooki jest królem, nawet wtedy, gdy cierpi na astygmatyzm”.
Oto zatem analityczny poziom, reprezentowany przez człowieka, który swego czasu, w powszechnej opinii, funkcjonował, jako ktoś o inteligencji co najmniej porównywalnej z „piekielną” inteligencją Jana Marii Rokity. TVN24 zamawia u Dorna komentarz na temat obecnej sytuacji politycznej w Polsce, a ten na to najpierw rozprawia coś na temat pamiętnego niby-głosowania w Radzie Europejskiej, później z równą powagą analizuje serię ewidentnie oszukanych partyjnych sondaży, stamtąd gładko przechodzi do 500+, jako nowej religii dla ciemnej masy, by skończyć na tym nieszczęsnym astygmatyzmie w jednym oku Jarosława Kaczyńskiego. Aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli po Dornie kolejną analizę TVN24 zamówi u Kazimierza Marcinkiewicza i wtedy dopiero dowiemy się, jak wygląda astygmatyzm. Taki bardziej turbo. U ślepców.

Zapraszam wszystkich do ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam.



sobota, 18 marca 2017

Z wiewiórką po władzę, czyli strach zżera duszę

Zapraszam dziś wszystkich do najnowszego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, który tu na blogu akurat zamknie temat owej wielkiej reaktywacji szczerego kłamstwa i pozwoli nam zająć się czyś znacznie zdrowszym.


      Każdy z nas, kto miał okazję choć przez parę dni poobserwować popularny portal o nazwie Twitter, z całą pewnością zauważył, że wolność wypowiedzi, jaka tam panuje, przekracza wszelkie standardy. Oczywiście, są granicę nieprzekraczalne, jak na przykład naruszanie praw autorskich stacji TVN24, poza tym jednak wolno wszystko, włącznie z takimi ekstrawagancjami, jak choćby wzywanie do zamordowania Jarosława Kaczyńskiego. No i oczywiście na Twitterze się kłamie. Tam nie ma manipulacji. Twitter to miejsce, gdzie się kłamie dla samej przyjemności kłamania.
      Weźmy takie memy, których tam jest masa. Oto mamy zdjęcie papieża Franciszka i rzekomy cytat z jego wypowiedzi, gdzie on wzywa, byśmy zanim zaczęli krytykować islamskich terrorystów, sami, jako chrześcijanie, uderzyli się w piersi. Albo widzimy aktorkę Jandę i tym razem jej rzekomą wypowiedź, w której ona mówi, że Polska powinna zostać przyłączona do Niemiec. Innym razem z kolei, widzimy nielubianego przez nas polityka, który podobno twierdzi, że pedofilia powinna zostać zalegalizowana, a kobiety należy bić, żeby się zbytnio nie rozleniwiły. Oczywiście, ja tu trochę zmyślam, bo nie kolekcjonuję tych cytatów, ale starałem się przynajmniej zachować ową poetykę, no i poziom.
      Oczywiście, w momencie gdy owa informacja się pojawia – Twitter to narzędzie wyjątkowo szybkie – dziesiątki, czy setki osób, natychmiast podają ją dalej i owo kłamstwo rozpowszechniają, ku radości kolejnych internautów. A na uwagę, że kłamią, niezmiennie odpowiadają, że owszem kłamią, ale co z tego, skoro racja jest i tak po naszej stronie. Długo się zastanawiałem, jakie emocje stoją za popularyzowaniem owych zmyśleń, zakładając oczywiście, że nie mówimy o wynajętych propagandzistach, którzy żyją z prowokowania złych emocji i którzy, jak sądzę, stoją na samym początku tego łańcucha, czy o prostych durniach, którzy bezrefleksyjnie przyjmują każdą, nawet najbardziej absurdalną, informację. Otóż dziś mam podejrzenie, że ktoś, kto czuje, że to jest nieprawda, a mimo to w to wchodzi, robi to z czystej frustracji wywołanej przez świadomość ciężkiej bezradności wobec czegoś, co go tak okropnie dręczy.
      I oto ostatnio, obserwując wydarzenia w skali znacznie szerszej, a więc obejmującej bieżącą politykę, zobaczyłem, jak bardzo moje podejrzenia są słusznie i jak celnie skierowane. Otóż mniej więcej od czasu, gdy kompromitacją zakończył się grudniowy przewrót, propaganda antyrządowa zachowuje się dokładnie tak jak owi kompletnie obłąkani internauci i w tej rozpaczy kłamie bezwstydnie i na potęgę. I to już nie jest owa stara dobra manipulacja, do której zostaliśmy skutecznie przyzwyczajeni. Tu jest już tylko kłamstwo, a w momencie, gdy ono wyjdzie na jaw, wzruszenie ramion i odpowiedź, że nic nie szkodzi, bo to i tak niczego nie zmienia. Tak było w przypadku owej podrzuconej wiewiórki, tak jest teraz w przypadku słów włożonych w usta Marine Le Pen. No bo i faktycznie, co to zmienia, skoro i tak wszyscy wiemy, że Kaczyński to kartofel?

Książki, jak zawsze, można zamawiać w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam niezmiennie.

piątek, 24 lutego 2017

Będą szły z garnkami, zamykamy drzwi i okna

       Parę dni temu w internetowym wydaniu katowickiej „Gazecie Wyborczej” ukazał się tekst, do dziś jak najbardziej dostępny dla każdego chętnego w ramach tak zwanego „bezpłatnego limitu”, a zatytułowany „Kobiety zablokują Katowice. Będzie czerwona kartka dla władzy”. W swoim tekście „Wyborcza” zaprasza kobiety na coś co się nazywa Międzynarodowy Strajk Kobiet, a co 8 marca o godzinie 17.30 ma przejść „ulicami miasta” w proteście przeciwko „polskiej klasie politycznej”. Ciekawe jest oczywiście to, że podczas gdy w samym tekście przedmiotem protestu ma być owa „klasa polityczna”, to gdy tytuł jednoznacznie wskazuje na „rządzących”, no ale nie czepiajmy się: tytuł to tytuł – ma być mocny i konkretny. To co nas natomiast interesuje, to owo „blokowanie ulic miasta”. Otóż, jeśli rzucimy okiem na przedstawioną przez „Wyborczą” trasę, ów marsz ma się rozpocząć na katowickim rynku, przejść do Pomnika Powstańców Śląskich, a następnie przenieść się do knajpy o nazwie „Królestwo” na Rondzie tuż obok i tam wziąć udział w debacie na tematy zajmujące wyobraźnię i emocje polskich kobiet. A skoro tak, to ja nie widzę sposobu, by w grę mogła wchodzić jakakolwiek blokada ulic, by już nie wspominać o całym mieście. Od Rynku do Pomnika idzie się prostą drogą jakieś 5-10 minut, a od Pomnika do knajpy, gdzie demonstracja ma się udać na debatę, to już zaledwie rzut beretem.
      Ja nie wiem, na ile uczestników tego marszu „Gazeta Wyborcza” liczy, no ale załóżmy, że ich nie będzie pięćdziesiąt, ale tysiąc. Wtedy również cała impreza może potrwać jakieś maksymalnie 15 minut, a wraz z przemówieniami może pół godziny, a później co? One wszystkie polezą do tego „Królestwa” na piwo? Ile z nich tam się zmieści, zwłaszcza że, jak planuje „Wyborcza”, one tam nie mają być same, ale z garnkami. Tak, tak. Wspomniany artykuł kończy się bowiem następującym apelem: „Organizatorzy zachęcają do przyniesienia garnków, by podczas przemarszu w nie uderzać”.
      A więc jeszcze raz. Ja to sobie wyobrażam tak: one przychodzą z tymi garnkami na Rynek, z Rynku „w nie uderzając” idą pod Pomnik, spod Pomnika, myślę, że w dalszym ciągu hałasując, do kawiarni na Rondzie, no ale co dalej z tymi, które się nie zmieszczą? Domyślam się, że wezmą te garnki, wsiądą w tramwaj i wrócą do domu, ewentualnie przeniosą się na ulicę Stawową, ewentualnie Mariacką, gdzie knajp jest więcej, i tam dalej będą tymi łyżkami się tłuc, zgodnie ze starą zasadą, że skoro jest trąbka, to nie można w nią raz na jakiś czas nie dmuchnąć.
     Ktoś się spyta, co mnie to wszystko obchodzi i czemu zamiast napisać o czymś ciekawym, ja się zajmuję „Gazetą Wyborczą” i grupką jej czytelniczek. Otóż moim zdaniem to jest temat bardzo ciekawy, bo dotyczy pewnego szczególnego zjawiska, z którym od dobrych kilku miesięcy mamy do czynienia niemal na co dzień, a które polega na tym, że pewna część naszego społeczeństwa, i to często ta lepiej wykształcona, jest gotowa zrobić wszystko, co im się każe, nawet jeśli to wedle wszelkich znanych nam standardów ich wyłącznie kompromituje. Ludzie ci zachowują się w taki sposób, jakby nie byli w stanie ruszyć palcem, czy mrugnąć okiem, jeśli wcześniej ktoś im nie zaproponuje by sobie na łby nie założyli rondli, albo masek antysmogowych, ewentualnie nie zaczęli podskakiwać w rytm dowolnego hasła.
     Jak to nieszczęście się realizuje w opisanej sytuacji? Wydaje się, że 8 marca na katowickim Rynku pojawi się może z 30 albo 50 uczennic i nauczycielek z dwóch czołowych katowickich liceów, imienia Marii Konopnickiej i Adama Mickiewicza, z garnkami i łyżkami, cześć z nich jak najbardziej będzie miała na twarzach antysmogowe maseczki, i wszystkie będą skakać i krzyczeć „Stop piratom”, albo „Misiewicze na Białoruś”, no a po tym wszystkim pójdą do knajpy na piwo i będą miały poczucie, że w ich życiu właśnie stało się coś bardzo ważnego. I tak do następnego razu. Część z nich być może jeszcze kupi sobie bilet i uda się do Warszawy na przedstawienie w Teatrze Powszechnym i w poniedziałek wróci do szkoły i opowie znajomym, że przedstawienie było znakomite.
      A ja się tylko zastanawiam, jak to się rozwinie w dalszej kolejności. W końcu musi nastąpić moment, gdy te garnki, bębny i zabawne czapeczki na głowach nie wystarczą i trzeba będzie wymyślić coś nowego. I któregoś dnia stanie się tak, że „Wyborcza” im wszystkim każe się stawić w danym miejscu nago z krzyżami, tymi krzyżami się onanizować i krzyczeć: „Jestem idiotką”, a one oczywiście to polecenie wykonają natychmiast w stu pięćdziesięciu procentach i będą z siebie bardzo zadowolone. Młode polskie dziewczęta, ich rodzice i wychowawcy. Wszyscy szalenie inteligentni i nadzwyczaj dobrze wykształceni.
      Ktoś mi powie, że przesadzam? Nie sądzę. Moim zdaniem mamy problem.

Książki, jak zawsze są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zapraszam serdecznie.

     

piątek, 17 lutego 2017

Tak się kończy ich świat, nie hukiem, lecz skowytem

       Dziś trochę zgodnie z tradycją, bo skoro jest piątek, to znaczy, że ukazuje się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, no a skoro „Warszawska Gazeta”, to i mój kolejny felieton i dobry czas, by go przedstawić tu na blogu. No ale też temat nam, jak to się mówi, „siadł”, skoro wczoraj zastanawialiśmy się nad stanem, w jakim znalazła się nasza opozycja, a ów felieton może stanowić dobre tamtych refleksji uzupełnienie. W dodatku jeszcze wczoraj wieczorem obejrzałem sobie na youtubie fragment programu telewizji Superstacja pod tytułem „Krzywe zwierciadło”, w którym Tomasz Jastrun i niejaki Kuba Wątły rozmawiają o polityce, a więc o PiS-ie, i to było coś absolutnie cudownego. Otóż ów Wątły, który robił tam wrażenie prowadzącego, albo pijany, albo zaćpany, zawzięcie próbował Jastruna rozśmieszyć, porównując PiS do gówna, którego on nie będzie jadł, Jastrun natomiast wyglądał, jakby miał się z rozpaczy za chwilę pobeczeć. Jak mówię, oni rozmawiali o PiS-ie, i powiem uczciwie, że chyba nigdy w jednym momencie tak jaskrawo nie ujrzałem stanu, w jakim ów obóz antypisowskiego protestu się dziś znajduje. Otóż to jest w tej chwili wyłącznie czarna rozpacz połączona z histerycznym rechotem, a wszystko zanurzone w katastrofalnej wręcz głupocie. To jest praktycznie to samo, co wczoraj w swoim komentarzu pod moim tekstem w Salonie24, napisał pewien fan mojego bloga: „Hi hi hi hi hi hi ty głupi noblizdo ha ha ha”. A więc, z jednej strony ponura wściekłość, a z drugiej ów pijany chichot.
       I to jest oczywiście bardzo zabawne patrzeć, jak oni nie potrafią przyjąć tego, co im spadło na łeb, jednocześnie jednak można się obawiać, że na tym to się nie skończy. Myśmy całe osiem lat cierpliwie znosili władzę, której nie chcieliśmy i do której czuliśmy czystą pogardę, ale też jakoś sobie radziliśmy, starając się zachować podstawową pogodę ducha i zwyczajnie ciesząc się życiem. Dzięki temu, dziś, po tych wszystkich latach, również potrafimy zachować do wszystkiego dobry dystans. Oni nie. Oni najwidoczniej uznali, że jedyne co im pozostaje, to zwariować. Przyglądajmy się więc im z zainteresowaniem, ale też z uwagą, bo niewykluczone, że przyjdzie moment, kiedy trzeba ich będzie zapakować w kaftany bezpieczeństwa. Miejmy tylko nadzieję, że gdy się zrobi naprawdę źle, ich już w całym kraju będzie zaledwie parę setek i będzie nam łatwo ich wszystkich w jeden dzień wyłapać.
     No a teraz już czytajmy „Warszawską”:


    Kiedy obserwuję powolny, lecz już chyba nieodwracalny, upadek Agory, a przy tej okazji przede wszystkim „Gazety Wyborczej” z przyległościami, przypomina mi się zakończenie słynnych „Wydrążonych ludzi” Eliota: „I tak się właśnie kończy świat. Nie hukiem, lecz skomleniem”.
    W czym rzecz? Otóż przez wiele długich lat, wydawało się, że przede wszystkim ów czarny projekt nigdy nie upadnie, no a jeśli nawet kiedyś w przyszłości przyjdzie mu się wycofać, to przede wszystkim po to, by ustąpić miejsca czemuś jeszcze straszniejszemu, no i że z całą pewnością owemu wydarzeniu towarzyszyć będą fajerwerki, jakich świat nie widział. Tymczasem okazuje się, że nie dość, że nie ma mowy o jakiejkolwiek podmianie, ale faktycznym upadku, to jeszcze ani nie widać fajerwerków, ani nie słychać nic, poza skomleniem właśnie.
      I to jest coś, w co trudno uwierzyć. Mamy ponad już ćwierćwiecze władzy wręcz nieograniczonej, wypełnionej dziesiątkami projektów, z których każdy bardziej znaczący od poprzedniego, a wszystko to firmowane nazwiskami ludzi, przed którymi na baczność stawali prezydenci, premierzy i ministrowie, by nie wspominać o pozostałych mediach. I oto wystarczyło ich odciąć od państwowych pieniędzy, by wszystko niemal w jednej chwili runęło. I, jak mówię, niemal bezszelestnie.
      Ale jest jeszcze coś, czego, moim zdaniem, nie byliśmy w stanie przewidzieć, a mianowicie tego, że oni wszyscy zaczną stopniowo popadać w najbardziej autentyczny obłęd. Najświeższym tego przykładem wydaje się być to, co postanowili zrobić redaktorzy „Dużego Formatu”, tygodniowego dodatku do „Gazety Wyborczej”. Oto do swojej coraz bardziej beznadziejnej walki z rządem Prawa i Sprawiedliwości, Agora postanowiła zaangażować autorytet nie lada, czyli samego Niklasa Franka, syna Hansa, w latach 1939 – 1945 z krakowskiego Wawelu zarządzającego tak zwaną Generalną Gubernią. „Duży Format” poprosił Franka juniora, by ocenił obecną sytuację w Polsce i szanse, jakie dawny reżim ma na odzyskanie władzy i proszę posłuchać, w jaki sposób swoich polskich przyjaciół ów mędrzec pociesza:
      „Porównania do sytuacji Niemiec z lat 30. są zasadne. To niestety jest coraz bardziej widoczne. Polska zmierza w kierunku państwa wyznaniowego i autokratycznego. Pojawiają się tchórze pokroju mojego ojca, gotowi wiernie służyć reżimowi. By powstrzymać ten rząd, na ulicę muszą wyjść miliony. Wierzę, że dacie radę. Polacy to cudowny naród anarchistów. W latach 80. byłem dziennikarzem ‘Sterna’ i obserwowałem karnawał ‘Solidarności’. Robiłem wywiady z Wałęsą. Stałem pod Grobem Nieznanego Żołnierza i czytałem nazwy miejsc, gdzie Polacy toczyli bitwy. Ale dali radę. Obecnie jednak sytuacja w Polsce mnie przeraża. Nie czytam już całych tekstów o Polsce. Wystarczają mi nagłówki. Rządy PiS są wręcz niewyobrażalne. Czego oni chcą? Cofnąć Polskę? Zdusić w kraju wszelką dyskusję?
     Mam nadzieję, że mamy świadomość sytuacji. Syn gubernatora Franka zachęca Polaków, by wyszli na ulicę i obalili faszystowski rząd PiS-u, a jego słowa relacjonują redaktorzy „Wyborczej”. To nie jest huk – to skomlenie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania moich książek.




czwartek, 16 lutego 2017

Wybieram Marsjan i puszczam sobie Radiohead

       Przepraszam bardzo, ale musimy jeszcze poćwiczyć stary temat. Nie wiem, jak Państwo, ja jednak odnoszę w tych dniach wrażenie, że gdy chodzi o politykę, walka się toczy głównie o to, kto wyjdzie na większego głupka: my, czy oni? I przepraszam wszystkich tych, którzy mają już dość mojej słabości do Prawa i Sprawiedliwości w znanym nam wszystkim wydaniu, ale wszystko wskazuje na to, że ci, których nam Pan Bóg zesłał w charakterze opozycji, są jednak nie do zdarcia. To kretyństwo, jakie się wylewa niemal z każdego ich gestu, i to obojętne, czy ich autorami okazują się być szeregowi działacze KOD-u, czy politycy opozycji, czy wreszcie przedstawiciele wspierających ich mediów, robi na mnie wrażenie czegoś wręcz nierzeczywistego. 
      Oto w momencie, gdy wydawało się, że człowiek z helikopterem na głowie na długie lata będzie wyznaczał granicę, której już nigdy nie przekroczy nikt, nadszedł tydzień, gdzie spadł nam na głowy prawdziwy worek z prezentami. Kto wie, ten wie, kto nie wie, niech się skupi. Oto najpierw zdarzyło się tak, że KOD w Białymstoku zorganizował spotkanie z Adamem Michnikiem, podczas którego przebrani za zomowców performerzy rzucili się na swojego, zadającego Michnikowi tak zwane „trudne pytanie” kolegę z pałami, wzbudzając autentyczny entuzjazm ze strony zgromadzonego towarzystwa i tym samym, w sposób wręcz modelowy, unieważniając całe to przedsięwzięcie od każdej możliwej strony.   Mniej więcej w tym samym czasie, w wydawanym przez siebie „Dużym Formacie”, wspomniany Michnik opublikował wywiad z synem Hansa Franka, w którym ten, jako ktoś, kto, jak wiemy, poznał faszyzm niemal od podszewki, ostrzega nas przed władzą PiS-u i proponuje unikalne rozwiązania, by obecny rząd doprowadzić do upadku. No i nie minął nawet tydzień, jak jakiś Biegun organizuje publiczną zbiórkę pieniędzy na nowe seicento dla kierowcy z Oświęcimia, który o mało nie zabił premier Szydło, i w momencie, gdy cena owego seicento dochodzi do 60 kawałkow, cały antypisowski front ogarnia nowa fala entuzjazmu, a facet szykowany jest na tego, który zastąpi Kijowskiego, gdy ten wreszcie pójdzie siedzieć, okazuje się, że wspomniana forsa ma w pierwszej kolejności pokryć jakieś stare tego Bieguna długi. Przepraszam bardzo, ale czy ktoś się spodziewa, że ja się teraz zacznę przejmować tym, co w telewizji wygadują poseł Tarczyński z redaktorem Rachoniem? A może tym, że minister Morawiecki to ukryty maoista? A może jeszcze tym, że minister Macierewicz przywrócił do pracy tego jakiegoś Jannigera, żeby Misiewicz nie czuł się zbyt samotny? Nie żartujmy proszę. Sytuacja jest dziś taka, że nawet jeśli się za chwilę okaże, że on ich tam trzyma, bo ma perwersyjną słabość do młodych chłopców, rządom Prawa i Sprawiedliwości to w żaden sposób nie zaszkodzi. A jeśli nadejdzie naprawdę poważny kryzys, czyli dowiemy się, że z tym Smoleńskiem to faktycznie głupio wyszło, to konferencję prasową zwoła minister Budka, TVN24 ją odpowiednio zrelacjonuje, Monika Olejnik zaprosi do studia Leszka Balcerowicza, ten powie, że za granicą nadal się wszyscy z Polski śmieją i będzie git.
      Czy mnie to cieszy? Oczywiście że nie. Czy odczuwam z tego powodu satysfakcję? Teraz już nie. Natomiast jeszcze chyba nigdy tak jak w tych dniach, i z tak ogromną przejrzystością, nie widziałem, jak bardzo to, cośmy tu w Polsce mieli przez całe długie osiem lat, zasługiwało wyłącznie na to, by to rozbić w drobny mak ostatecznie i raz na zawsze. Nawet gdyby za tym miała stać kolonia bezmózgich Marsjan, też by było warto. Nigdy bowiem tak wyraźnie jak dziś nie widać, że oni robili wrażenie tak strasznie mocnych tylko dlatego, że byli u władzy i tę władzę potrafili wykorzystać na tak zwany rympał. Cokolwiek natomiast byśmy nie mówili o tych, których sobie wybraliśmy, jedno jest pewne. To że są mocni pokazali będąc niemal na dnie i nie mając nic, i w związku z tym dziś przynajmniej nie muszą już niczego udowadniać. I to musi nam niestety już do końca naszego życia wystarczyć.
       


Zapraszam wszystkich jak zawsze do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia książki naprawdę najlepsze. A wśród nich i te, które napisałem osobiście. Polecam.

wtorek, 14 lutego 2017

Dlaczego Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło do końca świata

       Powiem zupełnie uczciwie, że sprawa niedawnego wypadku kolumny transportującej premier Szydło zajmuje mnie średnio. Chodzi o to, że ponieważ ja doskonale znam ostateczny wynik dzisiejszego zamieszania, czyli – zupełnie niezależnie od tego, co zostanie najpierw zdecydowane, a potem ustalone – to mianowicie, że już za tydzień pies z kulawą nogą o tym, co się stało w Oświęcimiu, nie będzie pamiętał, mam ten komfort, że mogę się skupić na kwestiach moim zdaniem znacznie ciekawszych.
      To co mnie bowiem niezmiennie fascynuje, to sposób, w jaki nasza opozycja próbuje odzyskać utracone tereny. Jedzie przez Oświęcim rządowa kolumna z premier Szydło na pokładzie przez, miejscowe seicento zajeżdża Pierwszej Limuzynie drogę, dochodzi do kolizji, cała Polska jest skupiona na tym, że premier Szydło jest w szpitalu, ludzie oglądają ją w wiadomościach TVP, jak raźnym krokiem przemierza szpitalne korytarze, wszyscy otrzymujemy bezpośrednie informacje, że do naszej pani premier telefonują z serdecznymi pozdrowieniami kanclerz Merkel i premier May, że wszystkie kompetentne służby zajmują się sprawą, by ją jak najlepiej wyjaśnić, a tymczasem politycy Platformy Obywatelskiej, oraz tak zwane „zaprzyjaźnione media”, od rana do wieczora, zamiast zająć się porządną pracą u podstaw i zyskać choćby kilka punktów w sondażach, cały wysiłek wkładają w to, by z kierowcy seicento zrobić narodowego bohatera, który wystąpił przeciwko „pisowskiemu państwu”.
      Wczoraj na swoim blogu Coryllus zamieścił informację o tym, że oto został rozstrzygnięty konkurs, jaki nasze Ministerstwo Kultury ogłosiło na scenariusz do wielkiej hollywoodzkiej produkcji filmowej, która ma Polsce zapewnić światowy sukces. Jak się okazuje, nie dość że, jak ostatni kretyn, do konkursu zgłosił się brat ministra Glińskiego, Robert, to on też został jednym z głównych owego konkursu zwycięzców. Powiem szczerze, że to iż rząd Prawa i Sprawiedliwości dopuścił do tego rodzaju kompromitacji, uważam za nie dość, że jeden z lepszych powodów, by tych idiotów przy najbliższej okazji spróbować pozbawić władzy, to jeszcze, moim zdaniem, jest to powód jak najbardziej usprawiedliwiony. Ale jest jeszcze coś. Oto minister Gliński, człowiek, wydawałoby się skompromitowany wielokrotnie i ostatecznie, ktoś kto powinien zostać z tego rządu wyrzucony na zbity pysk w jednej chwili i to bez cienia litości, zachowuje pozycję, która mu gwarantuje to choćby, że to on właśnie będzie zastępował kontuzjowaną premier Szydło podczas dzisiejszych obrad rządu.
      I oto, zamiast choćby spróbować się uczepić tego Glińskiego i, korzystając z usług telewizji TVN24, próbować zmienić układ sił, oni snują się bez sensu po Oświęcimiu i wydają ciężkie pieniądze albo na jakieś nic nie znaczące zapisy z kamer, na których nic nie widać, albo na zeznania rodziny tego kierowcy, który w pierwszej kolejności to wszystko uruchomił.
      No ale jest jeszcze coś, co mnie autentycznie zachwyca. Otóż ci idioci uznali, że wręcz fantastyczną zagrywką będzie nieustanne używanie po adresem kierowcy seicento – ale i faktycznego sprawcy owej kraksy –  określenia „młody człowiek”. Tak jakby oni nagle sobie wymyślili, że jeśli kogoś przedstawi się, jako „młodego człowieka”, i ową frazę „młody człowiek” będzie się powtarzało z odpowiednio dużą częstotliwością, to owa sytuacja Dobrą Zmianę natychmiast  ustawi w pozycji przegranej. No i dziś, konsekwentnie, 24 godziny na dobę na okrągło, wysłuchujemy informacji na temat jakiegoś kompletnie obcego nam kierowcy starego seicento z Oświęcimia, który jest podobno „młodym człowiekiem” prześladowanym przez „państwo PiS”… a wszystko w nadziei, że to nas przy okazji najbliższych wyborów zachęci do tego, byśmy polubili Grzegorza Schetynę oraz Ewę Kopacz? Przepraszam bardzo, ale to tak nie zadziała.
      Z drugiej strony natomiast jest tak, że premier Szydło leży w szpitalu, dzielnie wracając do zdrowia, premierzy najważniejszych europejskich krajów ślą jej przyjazne życzenia, giełda rośnie, ubóstwo wśród polskich dzieci zostało właśnie ostatecznie zlikwidowane, mieszkania dla najbardziej potrzebujących się budują i wszystko wskazuje na to, że pod tym względem nic się nie zmieni, a każdego dnia o godzinie 19.30, jak za starych dobrych czasów, to wszystko co powinniśmy wiedzieć zostaje nam odpowiednio interesująco pokazane. Tymczasem telewizja TVN24 wciąż nam wciska tego „młodego człowieka”, od którego już się wszystkim chce rzygać. Czemu oni tak robią? Bo są dokładnie tacy sami, jak ci, z którymi rzekomo walczą. No a bracia Glińscy oczywiście stoją na jednej nodze, gotowi do skoku.
      Kiedy już zamknąłem ten tekst, wszedłem na portal tvn24.pl i tam znalazłem relację z występu jakiegoś generała Pytla w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”. Oto – przepraszam, ale dłuższy – fragment relacji, jaką w ramach owej audycji przekazały nam propagandowe służby Platformy Obywatelskiej:
      „Gen. Pytel powiedział w ‘Kropce nad i’, że w pierwszej połowie 2015 roku, w czasie oczekiwania na posiedzenie jednej z komisji sejmowych, zwrócił się do niego poseł PiS z prośbą o rozmowę w cztery oczy. – Co wywołało zdziwienie ze strony innych posłów, bo była to osoba znana z ataków na służbę i jej kierownictwo, w tym na moją osobę –  mówił Pytel. – Zgodziłem się. (Poseł) zaprowadził mnie do pomieszczenia, które zamknął i zaproponował następujący deal: ja i moja służba przestaję ‘robić sprawę’ na pana Macierewicza, bo ‘wiadomo, że może mu ona zaszkodzić’, w zamian za to zyskuję nietykalność, w postaci ustania ataków na moją osobę – tak przebieg rozmowy opisał były szef SKW. – Powiedziałem (posłowi), że Służba Kontrwywiadu Wojskowego działa w granicach prawa i tylko na podstawie przepisów – relacjonował Pytel, dodając, że nie zgodził się na zaproponowany mu układ. W trakcie programu stwierdził jednak, że do dziś nie wie, jaką ‘sprawę’ poseł miał wtedy na myśli. – (On) zakładał, że ja wiem, o co chodzi – tłumaczył Pytel. Na jego uwagę, że to nieprawda, poseł miał mu wówczas odpowiedzieć: ‘Przestań, przecież wiem, że kopiecie’. Pytel zastrzegł jednak, że nie ujawni nazwiska parlamentarzysty. – Jeżeli pan poseł ma odwagę, to możemy wrócić do tej rozmowy – oświadczył były szef SKW”.
      A więc oni postanowili trzymać ten poziom, w ich rozumieniu, wyjątkowo przebiegłego cwaniactwa? Powtarzam: Glińscy mogą spać spokojnie.


Wszystkich zainteresowanych zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl i kupowania moich książek. Naprawdę warto.

sobota, 7 stycznia 2017

Dlaczego czerwone pająki są niewyuczalne?

      Słowo daję, że w żaden sposób nie planowałem zajmować się tu dłużej owym, ciągnącym się od dobrych już kilku tygodni, szaleństwem, jakie nam zgotowała tak zwana „zjednoczona opozycja”, wygląda jednak na to, że ponieważ za nami i przed nami parę naprawdę ciekawych wydarzeń, i nawet posłanka Nowoczesnej Scheuring-Wielgus ogłosiła, że Ryszard Petru to „twardy facet” i on nam na 11 stycznia szykuje prawdziwą niespodziankę, nie mam tu sensownego pola manewru i muszę zabrać głos. Otóż, jak już tu wcześniej wspomniałem, sytuacja aktualnie jest taka, że Platforma z Nowoczesną okupują Sejm i przed sobą mają już tylko dwie drogi: albo pójdą po rozum do głowy i uznając, że każdy kolejny dzień ich tylko publicznie coraz bardziej kompromituje, ogłoszą, że dla dobra Polski oni postanowili tę salę zwolnić, albo się uprą i będą siedzieć tam tak długo, aż na wspomnienie o nich Polacy już tylko będą rzygać i wtedy minister Błaszczak będzie mógł bez większego ryzyka wysłać na nich policję, która ich stamtąd wyniesie. Oba rozwiązania są w sposób oczywisty złe i w tym momencie pojawia się coś, co pojawić się musi, a więc wybór – z ich punktu widzenia –  zła mniejszego, a mianowicie pozostania na miejscu. Dlaczego? A to z tej prostej przyczyny, że jeśli oni przerwą ten protest, już jest po nich, natomiast jeśli go będą kontynuować do samego końca, czyli do policyjnej interwencji, zawsze mogą liczyć na jakiś cud, który oczywiście nigdy nie nastąpi, ale przynajmniej przedłuży to ich święto. Dla Polski to będzie oczywiście pewien kłopot, bo te wszystkie panie plus jednego Murzyna, jak już wspomnieliśmy, trzeba będzie stamtąd wynosić przy pomocy policji, one będą histeryzować, nie daj Boże któraś z nich zejdzie na zawał serca, świat ogłosi, że oto Polska osiągnęła poziom Korei Północnej, no i trzeba będzie kolejnych miesięcy, żeby to wszystko spokojnie odkręcić. No ale, jak mówię, wyjścia z tej sytuacji nie widać.
       Ktoś powie, że to nieprawda. Wystarczyłoby, żeby Prawo i Sprawiedliwość, jako ten silniejszy i bardziej rozsądny, najpierw przywróciło posłowi Szczerbie możliwość udziału w posiedzeniu Sejmu, następnie zgodziło się na powtórzenie głosowania budżetu, a potem, mając tę swoją przewagę, budżet przegłosowało i w ten sposób ów kryzys się zakończy. Otóż moim zdaniem, takie rozwiązanie jest absolutnie najgorsze z tego względu, że propagandowo PiS-owi wyłącznie zaszkodzi, a w praktyce wyłącznie doprowadzi do eskalacji konfliktu. W jaki sposób? W taki mianowicie, że w momencie gdy rozpocznie się owo trzecie czytanie, a następnie głosowanie poprawek opozycji, natychmiast na mównicę wejdzie poseł Szczerba i ze swoim słynnym wesołym błyskiem w oku powie: „Ja mam pytanie do pana prezesa Kaczyńskiego. Czy przed rozpoczęciem dzisiejszego posiedzenia on się konsultował ze swoim kotem, czy może pojechał specjalnie na Wawel, by nawiązać kontakt ze swoim zmarłym bratem?” W tym momencie marszałek Kuchciński, po raz pewnie dwunasty w tej kadencji Sejmu, udzieli posłowi Szczerbie napomnienia, na co, przy akompaniamencie rechotu posłów opozycji, poseł Szczerba, powie: „Widzę, że pan marszałek też lubi koty, co świadczy tylko o tym…”, w efekcie czego Kuchciński wyłączy Szczerbie mikrofon. Szczerba oczywiście odmówi opuszczenia mównicy, do niego dołączy posłanka Mucha i zaintonuje piosenkę zespołu „Perfect” „Nie bój się tego Jaruzelskiego”, a kiedy Kuchciński wykluczy oboje z obrad, cała ta banda ponownie wedrze się na mównicę i ogłosi, że tam będzie siedzieć tak długo, jak w Polsce nie będzie demokracji.
      Bo nie oszukujmy się. Celem tego zamieszania nie jest troska o demokrację, choćby i rozumianą w najbardziej perwersyjny sposób, lecz doprowadzenie do awantury, której Prawo i Sprawiedliwość nie wytrzyma i zrobi błąd, przez który straci dotychczasowe poparcie i będzie można zaryzykować nowe wybory. Mam oczywiście nadzieję, że Jarosław Kaczyński jest na taki rozwój zdarzeń przygotowany i potrafi się w nim odnaleźć. No ale przede wszystkim bardzo liczę na to, że on też nie potraktuje poważnie głosów tych, którzy mu tłumaczą, że „przecież macie wystarczającą przewagę, by przegłosować wszystko” i w tym wypadku pod żadnym pozorem nie ustąpi. Oni są dziś bowiem już tak słabi, że naprawdę niewiele trzeba, żeby się rozpierzchli jak pamiętne czerwone pająki Lecha Wałęsy. Każde ustępstwo matomiast to dla nich dodatkowy zastrzyk energii. A nam zależy, by oni nadal zdychali w pokoju, co aktualnie zresztą z prawdziwą satysfakcją obserwujemy.


Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Polecam na każdy dzień, deszcz czy śnieg. 

piątek, 29 kwietnia 2016

Gdy cały świat wspiera posła Borysława Budkę

Parę dni temu nieznany mi działacz Platformy Obywatelskiej wrzucił na Twittera informację, że Prawo i Sprawiedliwość, konsekwentnie realizując swoją politykę inwigilacji i terroru, usunęło z sali sejmowej kamerę, która dotychczas rejestrowała zachowanie posłów reprezentujących władzę, a wszystko po to, by oni tam mogli robić, co im się żywnie podoba w tajemnicy przed światem. Odpisałem mu, że moim zdaniem to jest kompletna i oczywista bzdura, na co on mnie zapewnił, że nie, no i tyleśmy sobie porozmawiali. Nie minął nawet dzień, kiedy informacja o usunięciu kamery znad głów posłów PiS-u trafiła do ogólnopolskich mediów, a ja zgaduję, że teraz przez pewien czas to ona nas będzie utulała do snu. I to wbrew zarówno oficjalnym wyjaśnieniom osób formalnie odpowiedzialnych, ale też zdrowej logice. No bo spójrzmy na tę sytuację chłodnym okiem. Jaki idiota wpadłby na pomysł, że jeśli zdejmie się tę kamerę, to w ten sposób ukryje się wszelkie przestępcze działania posłów Prawa i Sprawiedliwości, a jednocześnie świat nic nie zauważy. Przecież to jest kompletny absurd. To już znacznie bardziej sensowne i przede wszystkim prościej byłoby prokuratorowi Ziobro całą elitę Nowoczesnej i Platformy postawić przed sądem i wszystkich skazać na wieloletnie więzienie. W końcu, jeśli łamać demokrację, to co szkodzi pojechać po tak zwanej całości? Przepraszam za brutalność, ale o numer z kamerą to ja bym nawet nie podejrzewał Platformy Obywatelskiej z posłem Szejnfeldem na czele. Choć dziś już wiadomo, że mamy do czynienia z zaledwie kolejną próbą opozycji uzyskania choć jednego punktu w walce z PiS-em, nie zmienia to faktu, że refleksje pozostają.
Otóż chodzi o to, że dziś jesteśmy w stanie prawdziwej propagandowej wojny. Grzegorz Schetyna wprawdzie swego czasu określił to, co się nam szykuje, jako „opozycję totalną”, ale jeśli zrozumiemy, co się dzieje w rzeczywistości, to przy tym określenie „opozycja totalna” brzmi jak gra w berka. Jeśli przyjrzymy się temu, jak się rozwija sytuacja w kraju, musimy uznać, że w gruncie rzeczy stoimy w obliczu zamachu stanu, tyle że prowadzonego nie przez wojsko, czy zorganizowane przez opozycję bojówki, lecz przez tak zwane elity i ich reprezentację w najróżniejszych państwowych instytucjach. A konkretnie rzec ujmując, przez władzę sądowniczą, zdominowane skutkiem wyborczego fałszerstwa z roku 2014 samorządy, oraz przez wszelkiego rodzaju związki i korporacje, a wszystko to z pełną autoryzacją ze strony wszelkich możliwych instytucji europejskich.
W którymś z komentarzy w Internecie ktoś zwrócił uwagę, że przez minione 8 lat, kiedy pełnię władzy – i to władzy wszelkiej – pełniła Platforma Obywatelska, PiS konsekwentnie poszerzał swój elektorat i wywalczał dla siebie coraz szersze poparcie, jednak w tym czasie nikomu z naszej strony nie przyszło nawet do głowy, by o pomoc w walce z rządem zwracać się do Europy, czy gdziekolwiek indziej, poza potencjalnym elektoratem. I to jest oczywiście prawda, ale nie wolno nie pamiętać, że kiedy Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, nie było w całym świecie ani jednej instytucji, do której politycy Prawa i Sprawiedliwości choćby teoretycznie mogliby się zwrócić o solidarne wsparcie. Ani w sprawie inwigilacji, ani braku demokracji, ani fałszerstw wyborczych, ani nawet Smoleńska i tego wszystkiego, co się z nim wiąże. Cały ten okres ośmiu lat to była całkowicie samotna walka prowadzona wyłącznie w oparciu o własne zasoby, wobec której świat pozostawał w najlepszym wypadku obojętny. Nawet sojusznik tak wydawałoby się naturalny, jak Kościół, wspierał tę walkę jedynie przez osobiste zaangażowanie pojedynczych księży i biskupów. Krótko mówiąc, ostateczne zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości roku 2015 to był wynik autentycznej walki w cieniu.
Sposób, w jaki sposób dziś z rzekomo antydemokratyczną władzą walczy opozycja, stanowi doskonałe przeciwieństwo tego, czego byliśmy świadkami przez minione lata. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli ocenić sytuację uczciwie, to udział w tej walce osób takich jak Grzegorz Schetyna, Ryszard Petru, Mateusz Kijowski, czy nawet Władysław Frasyniuk z Aleksandrem Kwaśniewskim, ogranicza się do praktycznego minimum. Gdyby nie wsparcie przede wszystkim europejskich instytucji i polityków, a w kraju głównie zdominowanych przez Platformę i PSL samorządów, oraz wszelkiego rodzaju stowarzyszeń prawniczych, polityczna opozycja przede wszystkim by nie istniała, a o tym, by kiedykolwiek powrócić do wielkiej polityki, nawet nie mogłaby marzyć. Petru, Schetyna, czy Kijowski, bez wsparcia instytucji europejskich i lokalnych elit, zostaliby starci z powierzchni ziemi w ułamku sekundy. Gdyby nie politycy z tak zwanej Komisji Weneckiej, my byśmy nie wiedzieli, kim oni są. Bez tej pomocy przeróżnych trybunałów, stowarzyszeń, związków, porozumień, inicjatyw na rzecz, fundacji… można by wymieniać, oni byliby nikim. Ich nazwiska rozpłynęłyby się we mgle bieżących zdarzeń.
I moim zdaniem, ta właśnie refleksja jest niezwykle znacząca, a jednocześnie bardzo pocieszająca dla tych z nas, którzy będąc świadkiem tej niesłychanej wręcz agresji, tracą wiarę. Tu naprawdę nie ma się czego bać. Jeśli tylko Prawo i Sprawiedliwość nie zgubi z pola widzenia podstawowego celu, jakim jest spełnienie oczekiwań tych wszystkich z nas, którzy zarówno wiosną, jak i jesienią ubiegłego roku, oddali swój głos zarówno za prawo, jak i za sprawiedliwość, ten cały skowyt nie będzie miał żadnego znaczenia. Z tego prostego powodu, że tam tak naprawdę nie ma jednego człowieka, który by miał świadomość tego, czym jest człowieczeństwo. To wszystko jest wyłącznie wydrukowane na kartce papieru rozporządzenie. A co gorsza, nikt nawet nie chce się przyznać, że to on je ułożył. W ten sposób, proszę państwa, władzy się nie zdobywa. Nie tak.

Zapraszam wszystkich do księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books, gdzie są do kupienia moje książki. Daję słowo, ze dalej szukać nie trzeba.

sobota, 4 stycznia 2014

Leszek Balcerowicz - tajna broń Pussy Riot

Po dłuższej przerwie, chciałbym przedstawić kolejny swój felieton z "Warszawskiej Gazety". Tym razem o Leszku Balcerowiczu - delegacie zespołu Pussy Riot na Polskę. Życzę dobrych wrażeń.

Zawziętość, z jaką System próbuje nam urządzić antyrządową opozycję robi coraz większe wrażenie. I nie chodzi tu nawet o to, że oni czerpią wzory prosto z Rosji, bo to akurat w ich wypadku jest naturalne, ale że na główną twarz ruchu pragną wykreować samego Leszka Balcerowicza.
Pojawił się więc Balcerowicz w rządowej telewizji TVN24 i powiedział, że on i 150 innych profesorów nie mogą patrzeć, jak rząd traktuje ludzi, jak idiotów. Ogłosił ów dziwny człowiek – przypomnijmy, że najpierw wybitny członek PZPR, następnie szef szajki pod nazwą Unia Wolności, w końcu ten, który we współpracy ze swoimi niemieckimi dobrodziejami, załatwił Platformie Obywatelskiej władzę, właśnie traktując całą grupę społeczną, jak idiotów – że rząd Donalda Tuska to szkodnik, a on, choćby miał w tej walce polec, nie wycofa się i nie ulęknie.
A naród tego dziwnego wykładu wysłuchał, wzruszył ramionami i zajął się szykowaniem jeszcze zasobniejszego arsenału noworocznych fajerwerków, niż w zeszłym roku. A ja, jak nigdy wcześniej, czuję, że tym razem jak najsłuszniej.
Bo o co chodzi? Mamy mianowicie tego Balcerowicza, z całą jego dzisiejszą postawą i z całym tym bagażem, który go determinuje na całe życie, a z drugiej strony widzimy Rosję i chyba najlepszą z dotychczasowych demonstrację tego, jak to się robi właśnie tam. Po dziesięciu latach ciężkiej tiurmy, dobre panisko Putin wypuszcza swego czasu najbogatszego człowieka w kraju i jednego z najbogatszych ludzi na świecie, facet wygląda, jakby właśnie wrócił z dwutygodniowego pobytu w Karlowych Warach, dziennikarze pytają go, jak było w obozie, a on z uśmiechem odpowiada: „No a jak miało być? Normalnie – chleb”. No i jeszcze ten kolega więzień, znakomity chirurg plastyczny, który mu naprawił nos po ataku nożownika, innego więźnia, tak, że praktycznie nic nie widać. Mówi to, Rosja modli się, by może to on po Putinie został prezydentem, a media podają, że on nie wie, jak to będzie, bo akurat jest za granicą, zajęty wydawaniem 200 milionów franków szwajcarskich.
Tymczasem w samej Rosji, tworzy się kolejny ruch opozycyjny, na czele którego stoi grupa obłąkanych lesbijek, a wszyscy ci, którzy już wiedzą, że z tego Chodorkowskiego nic nie będzie, patrzą na te bohaterskie dziewczyny i tylko czekają na odgłos trąbki. A w swoim gabinecie na Kremlu prezydent Putin ogląda telewizję i mruczy z zadowolenia.
A my w Polsce wprawdzie nie mamy pod ręką żadnego gangstera z pieniędzmi, a Magdalena Środa też już nie robi wrażenia, więc władza wyciąga Balcerowicza, który nawet nie może nam opowiedzieć o tym, jak to jakiś współwięzień chciał mu wybić oko, ale trafił w nos.
Może za jakiś czas, kiedy polska opozycja, której żadne zło tego świata nie pokonało, a na czele której stoi Jarosław Kaczyński, obejmie władzę. I tego nam wszystkim życzę w Nowym Roku.

Proszę gorąco wszystkich, którym blog ten umila wolny czas, czy to w ciągu dnia, czy czasem - jak słyszę - podczas bezsennych nocy, o wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Bardzo dziękuję.

czwartek, 9 maja 2013

Dlaczego Telewizja Republika nie lubi zespołu Pussy Riot

W tygodniku „Sieci” z tego tygodnia ukazał się tekst Piotra Skwiecińskiego w pewnym sensie przełomowy, by nie powiedzieć rewolucyjny, a jednocześnie kuriozalny w stopniu najwyższym. Dlaczego przełomowy i dlaczego rewolucyjny? Dlatego mianowicie, że chyba nigdy dotychczas – przynajmniej ja sobie nic takiego nie przypominam – nie zdarzyło się, by w oficjalnych mediach obsługujących tak zwaną scenę prawicowo-konserwatywną, pojawiła się tak bezpośrednio sformułowana teza, że, po pierwsze, w systemach totalitarnych wszelka formalnie autoryzowana opozycja jest wynikiem prowokacji Systemu, a po drugie, że tego rodzaju opozycja nie jest w stanie przejąć władzy w sposób faktyczny i historycznie znaczący. Dlaczego? Bo – właśnie dzięki odpowiedniemu nadzorowi Systemu – ona dla większości społeczeństwa będzie zawsze czymś sztucznym i obcym, a przez to małowartościowym. Bo w ostatecznym rozrachunku. Nawet jeśli społeczeństwo władzą się zmęczy, czy ją wręcz znienawidzi, wszystko i tak w końcu wróci do początku, a więc do stwierdzenia, że „co by o nich nie mówić, to są przynajmniej poważnie ludzie”.
Dlaczego tekst Skwiecińskiego jest kuriozalny? Otóż wszystko wskazuje na to, że Skwieciński, pisząc to co pisze, i przekazując nam to co w pewnym skrócie przedstawiłem wyżej, robi wrażenie, jakby kompletnie nic z tego swojego tekstu nie zrozumiał. Można odnieść wrażenie, że on coś tam usłyszał, coś sobie pokalkulował i doszedł do wniosku, że oto ma ciekawy temat na felieton, w dodatku temat ambitny i dotyczący spraw poważnych. Tyle tylko, że ani mu do głowy nie przyszło, jak poważnych.
W czym rzecz? Chodzi o to mianowicie, że pewna amerykańska lesbijska aktywistka Masha Gessen w którejś z wypowiedzi przyznała, że dla tak zwanych „ruchów gejowskich” walka o prawo do zawierania małżeństw jest zaledwie krokiem na drodze do pełnej likwidacji instytucji małżeństwa, jako przeżytkowi kulturowemu. No i Skwieciński w tym momencie ujawnia, że owa Gessen to Rosjanka z podwójnym obywatelstwem, która w Nowym Jorku działa, jako bojowniczka o likwidację rodziny, natomiast w Moskwie uchodzi za jednego z czołowych antyreżimowych działaczy, prześladowanych przez Putina i jego ekipę.
W konkluzji swojego tekstu, Skwieciński, z rozbrajającą bezpośredniością pisze… pozwolę sobie zacytować:
Warto, żebyśmy sobie przypomnieli to wszystko, kiedy po raz kolejny będziemy zastanawiać, dlaczego Rosjanie nie obalają putinowskiego reżimu. I kiedy po raz kolejny będziemy odczuwać pokusę, by uzasadnić to jedynie brakiem wolnościowych tradycji i dziedzictwem bolszewizmu”.
Wcześniej napisałem, że artykuł Skiwecińskiego jednoznacznie wskazuje, że zarówno owa Gessen, jak i cała reszta tych, jak on sam ich nazywa, „antykremlowskich liberałów”, to opozycja z odpowiednią autoryzacją. To jednak jest tylko moja – zdecydowana, owszem – ale interpretacja. Tak naprawdę jednak, sam Skwieciński tego nie pisze. On wręcz zdaje się sugerować, że Rosjanie zwyczajnie mają taką opozycję, na jaką sobie zasłużyli. Że, owszem, oni mają te swoje totalitarne tradycje, które jakoś tam ich determinują, ale tak naprawdę, jak już idzie o sprzeciw wobec reżimu, oni nie zdołali utworzyć nic autentycznego. Mają więc tę Mashę, mają te swoje „Pussy Riot”, jakichś innych przebierańców albo obnażających się publicznie, albo regularnie bezczeszczących prawosławne świątynie, i równie regularnie zsyłanych za to do obozów pracy, natomiast żeby stworzyć coś tak autentycznego, jak Telewizja Republika, czy tygodnik „Sieci”, to oni nawet marzyć nie mogą. Co klasa, to klasa.
Otóż ja mam dla Skwiecińskiego paskudną wiadomość. To że on sobie chodzi po wolności, to w najmniejszym stopniu jego zasługa i zasługa jego zbuntowanych wobec władzy Platformy Obywatelskiej kolegów. To jest wyłącznie wynik tego, że, póki co, jego działalność Systemowi nie szkodzi, a kto wie, czy go nie podtrzymuje w stosunkowo nienajgorszej kondycji. Powiem coś jeszcze straszniejszego. To, że on swój sprzeciw wobec Systemu demonstruje, żądając prawdy o Smoleńsku i przyznania koncesji Telewizji Trwam, a nie biega po mieście bez majtek, to też nie jest wynik jego wrodzonej wrażliwości, ale tego, że w Polsce akurat, w odróżnieniu od Rosji, opozycja głosząca powszechne prawo do pedofilii, z punktu widzenia Systemu byłaby kompletnie bezużyteczna.
Poza tym jednak, to jest dokładnie to samo. I myślę, że Piotr Skwieciński, a więc człowiek, który – nawet jeśli niechcąco – napisał naprawdę ważny bardzo tekst, opisujący sytuację, jaką mamy dziś w Polsce, zgodzi się ze mną przynajmniej w tym, że ta nasza dzisiejsza Polska to kraj – jeśli będziemy pamiętać o proporcjach – wcale nie tak wiele mniej totalitarny, niż putinowska Rosja. I że zgodzi się ze mną co do jeszcze jednego – metody zawsze były te same. Bardzo ładnie je swego czasu sformułował George Orwell, a przypomniał ledwo co wczoraj jeden z komentatorów na blogu Coryllusa. Posłuchajmy i dalej już ani słowa:
Tak długo jak występują przeciwko nam, pozwalamy im działać, i sprawiamy, by stali się jednymi z nas. Dopiero wtedy ich zabijamy”.

Dziękuję bardzo za bardzo poruszającą odpowiedź na mój wczorajszy apel. No i oczywiście proszę pamiętać. Bez Waszej solidarności, my nie istniejemy. Tak to się ułożyło i jeszcze przez pewien czas musimy z tym żyć. Jeszcze raz - dziękuję.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...