wtorek, 31 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 10

Będziemy musieli zrobić sobie przerwę w tych listach. Nie przez to, że owa powtarzalność tematu mnie już nuży, ani tym bardziej przez to, że bardzo mi zależy, by skupiać uwagę czytelników na sobie. Chodzi o to, że tego jest znacznie więcej, niż początkowo przypuszczałem i zwyczajnie się boję, że jeśli tak pociągniemy jeszcze parę tygodni, to niektórzy z nas w sposób zupełnie naturalny zaczną reagować na kolejne z nich zbyt krytycznie i mruczeć pod nosem, że „wczorajszy był lepszy”, lub że „dziś nie ma tam nic ciekawego”. A tego bym nie zniósł. A zatem, dziś jeszcze coś krótkiego, ale za to naprawdę wystrzałowego, jutro najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”, potem refleksje z pobytu w Warszawie na targach, może jeszcze coś bieżącego, potem mamy dwa dni na targach w Bytomiu, więc będzie przerwa, a w poniedziałek Ona wróci. Cały czas zastanawiam się, czy jednak nie podjąć tematu Jej choroby. Rzecz w tym, że temat ten stanowi naprawdę znaczną część tej korespondencji i ja mam coraz silniejsze przekonanie, ze Ona tak dużo pisała na ten temat, licząc właśnie, że ponieważ jej akurat i za bardzo nie wypada, ale też nie ma dobrego sposobu, by z tym wychodzić publicznie, ten blog spełni to zadanie znakomicie. We wczorajszym liście w sprawie Seawolfa napisała wystarczająco jasno: „Nie ukrywam, że mam trudności by się z tym pogodzić i milczeć. A Seawolf umiał!” Ona się z tym, co Jej zrobili lekarze, nie godziła i milczeć nie chciała. I nie sądzę też, by chciała, żebym ja milczał. I bardzo by mi się nie podobała sytuacja, gdyby świat miał być już zawsze przekonany, że Ona umarła, bo się pochorowała. Dlatego, że tak prosto to się akurat nie odbyło. Ale jeszcze to przemyślę. Dziś list tuż sprzed wyborów roku 2011.

Dobry wieczór!
Może ma Pan rację, ja czuję się dość dziwnie, ponieważ wyjątkowo nie mam żadnych intuicji co do tych wyników. W 2005 r. wiedziałam, że PO nie wygra i próbowałam
sprowadzać na ziemię J.M. Rokitę, który w sobotę przedwyborczą przyjechał do mnie (do domu, świadkiem był mój mąż i Mama) mobilizować mnie do przyjazdu w poniedziałek do W-wy, bo niby On będzie kompletował rząd (serio!) i ja – pomimo nepotyzmu oraz niesubordynacji – niby mam w tym rządzie się znaleźć. Następnym razem, w 2007 r., na około tydzień przed wyborami wiedziałam, że PiS przegra. A dzisiaj „wiem, że nic nie wiem”. Polska znalazła się w bardzo niebezpiecznym położeniu. W tej kilkuwymiarowej przestrzeni wynik wyborów jest tylko jedną współrzędną.
Co do Pana wpisu – zobaczę co się da zrobić, na pewno przekażę jakąś informację. [Chodziło o przekazanie Jarosławowi Kaczyńskiemu informacji o notce z bloga, przyp. K.O.] Ale teraz koło historii jest tak rozpędzone, że zatrzyma się dopiero za około pół roku. A i to nie jest pewne.
Oczywiście, serdecznie współczuję z powodu wymuszonych kontaktów z uczonymi grafomanami.
Zawsze uważałam, ze zwykła grafomania jest drobną usterką natur prostych i sentymentalnych, natomiast grafomania utytułowana jest grzechem śmiertelnym. Oby dobry Pan Bóg myślał podobnie, jako że „Biada tym, którzy zwodzą maluczkich”.
Howgh,
Zyta Gilowska


Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam najszczerzej.

poniedziałek, 30 maja 2016

Zyta Gilowska, czyli świat znieruchomiał część 9

Drogi Panie Krzysztofie!
Trudno pewnie w to uwierzyć, ale już trzeci raz piszę do Pana i jakoś nie mogę znaleźć dobrej formuły. Bardzo dobrze, że Pan tak pięknie napisał, kamień spadł mi z serca [mowa o tekście http://toyah1.blogspot.com/2013/05/nie-zyje-seawolf-przeciwnik-sojusznik.html - przyp. mój]. Biedni jesteśmy, robaczki marne, a przecież Dzieci Boże. Niesamowity dualizm. Ojciec Święty Franciszek powiedział wczoraj, że zło może pokonać tylko Bóg. Śmierć Seawolfa wstrząsnęła mną także dlatego, że bardzo jaskrawo ukazała znany od zarania dziejów splot Karnawału i Postu. Ludzie nie chcą wiedzieć, że są to zjawiska równoległe, że gadanie typu „przyjdzie czas na....” jest piekielną wymówką. Na ogół ludzie w to wierzą, przecież nawet kościoły zaaprobowały rytmiczne oddzielanie Jednego od Drugiego. Odpowiadając wprost na Pana pytanie [chodzi o zdrowie – przyp. mój] – gdyby było u mnie (ze mną) tak, jak Pan to swoim pytaniem sugeruje, to byłoby mnie „wszędzie pełno”. A nie jest. Z powodów całkowicie od mojej woli niezależnych. Nie ukrywam, że mam trudności by się z tym pogodzić i milczeć. A Seawolf umiał! Moim zdaniem był świetny. Dzielny, bystry, odważny. Bardzo smutna historia. Czapki z głów!!!! Cześć Jego pamięci.
Zyta Gilowska

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, a więc do praktycznie jedynego miejsca, gdzie można kupować moje książki. Polecam z czystym sercem.    



niedziela, 29 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 8

      Jak się mogę dziś domyślać, przy okazji któregoś z gorszych zawirowań na naszej scenie politycznej, zadałem pani Zycie Gilowskiej pytanie: „Czy może się Pani podzielić ze mną jedną refleksją. Czy myśli Pani czasem, że w Smoleńsku tak naprawdę zginęli oni obaj? Wie Pani, o czym mówię - że Jarosław Kaczyński został faktycznie wyeliminowany”. Dziś już wiem, że moje obawy były bezpodstawne; że on akurat dał radę; że jego to co się stało w pewnym sensie uczyniło nieśmiertelnym. Dziękuję Panu Bogu, że doczekałem tej odpowiedzi, no a przede wszystkim, że doczekała jej Ona.

Szanowny Panie Krzysztofie,
Musiałam namyśleć nad odpowiedzią. Ba! W tej katastrofie zginęło dużo więcej niż 96 osób. Może i my też? Tylko jeszcze tego nie wiemy? Jak biedak grany przez B. Willisa w filmie „Szósty zmysł”? Na pewno Katastrofa Smoleńska wiele osób radykalnie zmieniła, a przecież nie znamy mechanizmu „zwyczajnego”, nie gwałtownego umierania... A może umieramy najpierw powolutku, po odrobince, a potem coraz szybciej?  Myślę, że po osiągnięciu – to jest oczywiście spekulatywny model – dostępnej dla konkretnego Human Being poziomu świadomości własnej świadomości, ówże Being jest po prostu gotowy do innych zadań. Jeśli Bóg tak chce, to mogą to być wyjątkowo trudne zadania na tym padole łez, jeśli Bóg tak chce....Na ogół jednak jest to gotowość do Zmiany. Nie bez powodu lud od wieków prosi – „Od nagłej i niespodziewanej śmierci uchowaj nas Panie”, co przecież zakłada, że lud Wie, że dobra śmierć, taka zwyczajna, jest spodziewana! Skądś to lud od zawsze wie, prawda? Ciekawa sprawa. Oczywiście, te spekulacje w najmniejszym stopniu nie prowadzą do jakiejś idei mesjańskiej, broń Boże. Myślę, że Opatrzność  ma dla nas różne poziomy zadań, podobnie jak różne poziomy nagród i kar, o czym od wieków przekonują mistycy. I nie chcę – Boże broń – wprowadzać jakiegoś smutku do naszej korespondencji, to nie to, chociaż oczywiście smutek jest nieunikniony, gdy rozmawiamy o stracie i utracie. Chodzi tylko o dojrzałość, dzisiaj tak przeraźliwie deficytową. A wracając do spraw powszednich – no wie Pan! Jest pan zuchwały! Nie wolno napisać, że facet nosi perukę, jak się nie ma pewności [chodzi o moją uwagę w „Elementarzu”, że Skowroński nosi perukę – przyp. mój]. Naprawdę nie wolno, tak uważam. Coryllus od biedy może by i mógł to napisać, ale Pan – nie! Bardzo proszę się bardziej pilnować. Serdecznie Pana pozdrawiam.

Przypominam, że wspomniany „Elementarz”, dziś za jedyne 15 zł, jest do kupienia w księgarni pod adresem: http://coryllus.pl/?wpsc-product=twoj-pierwszy-elementarz.
Jeśli ktoś natomiast życzy sobie egzemplarz z dedykacją, proszę pisać do mnie na adres toyah@toyah.pl.



sobota, 28 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 7

Na życzenie pana Andrzeja Gilowskiego, męża śp. pani premier Zyty Gilowskiej, nie będę publikował żadnych refleksji z Jej listów dotyczących kłopotów, jakie miała ze zdrowiem. Robię to bardzo niechętnie, ponieważ zależało mi, by wbrew okropnym plotkom, które krążyły tu i tam przez całe lata, to ona sama opowiedziała, jak to naprawdę było z Jej zdrowiem, że nie cierpiała ani na depresję, ani nie zdziwaczała na starość, jak w pewnym momencie sugerował „Fakt”, ale była bardzo chora na serce i przez kolejne błędy służby zdrowia powoli umierała. Przez wiele lat walczyła z chorobą i bandą niekompetentnych lekarzy, wspieranych przez bezwzględny przemysł farmaceutyczny, a to, że przez tyle lat zachowywała względną sprawność, zawdzięczała wyłącznie swojej determinacji, sile wewnętrznej i bogactwom duchowym. To również wspomnianym bogactwom wewnętrznym zawdzięczała swoją niezwykłą pogodę ducha i radość życia. I temu chciałem dać świadectwo.
Skoro jednak pan Andrzej Gilowski sobie nie życzy, nie będę się upierał. Reszta zostanie poświadczona tak jak miało być od początku. I tak, przed nami list kolejny.


Odeszłam z Uczelni. Po 25 latach! Porzuciłam Instytut (gdzie dyrektorowałam!), Katedrę (którą stworzyłam), itd., itp. Nie zdzierżyłam. Np. na egzaminach w tzw. pierwszym terminie musiałam (naprawdę, musiałam!) stawiać 60 % niedostatecznych, a w trzecim terminie... szkoda gadać. Ale zdecydowała absolutna niezdolność do dalszego zasiadania w tej samej Radzie Wydziału z psychologami. Niezdolność intelektualna, duchowa i fizjologiczna. Nie dałam rady. I nawet nie żałuję. To straszne – 25 lat z 40 spędzonych na uniwersytetach, z czego ostatnie 10 lat to widoczny gołym okiem ruch jednostajnie przyspieszony – jazda w dół. Jasne, że z tym walczyłam jak lwica, ale to było zawracanie Wisły widelcem. Z nikim się nie pokłóciłam, nic nagłego się nie stało (w żadnej pracy nigdy się nie kłóciłam, w polityce też nie), ku ogólnemu rozżaleniu odeszłam „z powodu złego stanu zdrowia”. Chyba taki mam sposób na życie – gdy już nic nie da się zrobić, zabieram swoje zabawki i idę sobie. Do domu, zawsze do domu. Bo „rodzina jest wieczna” – to cytat z wywiadu pewnej starej wariatki – Włoszki, byłej zwolenniczki Czerwonych Brygad – udzielonego kilka lat temu „Polityce”. Owa Pani (profesor, a jakże) powiedziała to z rozżaleniem i złością, ponieważ potrzebowała aż pięćdziesięciu lat, by dojść do tego wniosku. Żałuję, ale niestety nie zapamiętałam nazwiska tej osoby, zapadł mi w głowę ten cytat. Piękny, prawda?
Z.G.

Zachęcam do kupowania moich książek. W księgarniach jednak nie ma co szukać. Wszystko znajduje się 24 godziny na dobę pod adresem www.coryllus.pl.

piątek, 27 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 6

Mamy za sobą uroczystości Bożego Ciała, kto korzysta z długiego weekendu, ten ma swoje przyjemności, kto natomiast jest na miejscu, zapewne nie pogardzi kolejną częścią listów od Zyty. Zwłaszcza że dziś mamy atrakcję nie lada.

Drogi Panie Krzysztofie!
Tak jest, tak trzymać! I nie puszczać! Nicować tę nicość aż do kości. Bo to jest nicość. Kupiłam to dzieło [niestety, nie umiem sobie przypomnieć, o co może chodzić, ale list jest z 8 stycznia 2012 roku, więc może ktoś coś wymyśli – przyp. mój] i przeczytałam, w pierwszej chwili pomyślałam, no cóż – wprawdzie grafomania, ale dobrze motywowana. Jednak tylko w pierwszej chwili, przez kilka minut. Do mojego popsutego (przez medycynę, geny mam dobre) zdrowia musi się Pan przyzwyczaić, bo lepiej nie będzie. Ale może zdążymy jeszcze wspólnie coś zrobić? Jak Bóg da. A teraz opowiem Panu anegdotkę. W MF zastałam w charakterze rzecznika prasowego bezczelnego młodziana bez wykształcenia i manier, przyjętego przez moją poprzedniczkę („to brat Roberta Mazurka”) w skład tzw. gabinetu politycznego, co niebywale ułatwiło szybkie rozstanie, ponieważ owe gabinety rozwiązują się automatycznie wraz ze zmianą osoby ministra. Otóż ten młodzian najpierw wpakował mnie na „minę” (miał dużo mniej wyczucia ode mnie) a potem nawet mnie straszył i groził mi jakimiś bliżej nieokreślonymi retorsjami. Smarkacz groził wicepremierowi przy świadkach i mimo to (sic!) jeden z ministrów przyjął go na trochę do swojego działu prasowego, a potem wylądował u Wildsteina w TVP na jakieś pół roku. Kiedy Wildstein odchodził z TVP, to tym chłopakom (między innymi owemu „bratu”) zapewnił kolosalne odprawy jako kompensatę utraconych zarobków, ponieważ byli to „specjaliści rynkowi”. Wówczas poprosiłam Mariusza Kamińskiego (CBA) na rozmowę i zapewniłam go, że to nie żadni fachowcy, a przykładowo „ten mój” to zwykły miglanc i dyletant, więc ofiarowanie mu pół miliona złotych (500 000 zł) odprawy z państwowej firmy jest złodziejstwem. Dałam to na piśmie – na papierze Ministra Finansów – skierowanym do Szefa CBA. Mariusz Kamiński chyba nie zdążył nic z tym zrobić, ale jego następca z całą pewnością ten papier znalazł (wcale się nie ukrywałam) i po-pokazywał. I co? I nico. I to jest obrazek z doliny nicości, prawda?
Zupełnie zapomniałam o najważniejszej sprawie. [Gdyby nie zdrowie], nigdy bym nie porzuciła polityki i Jarosława Kaczyńskiego. Nigdy! Na to nałożyła się Katastrofa Smoleńska i brak możliwości wyzwolenia się z pęt medycyny [...] Aha, proszę przy okazji pozdrowić Coryllusa. Dzielny facet i ma takie lekkie pióro,
pozdrawiam, dobranoc,
Zyta Gilowska

Ostro, czyż nie? Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia i moje i jego książki. Polecam.

czwartek, 26 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 5

List, jaki Zyta Gilowska napisała do mnie w odpowiedzi na moje pytanie, jak faktycznie wygląda nasza polska sytuacja, gdy z jednej strony słyszymy, że kryzys jest, a z drugiej, że go nie ma – zależy, z której strony patrzeć.

Szanowny Panie Krzysztofie,
szykuję się, by coś większego powiedzieć w wywiadzie dla „Uważam Rze”. Co nieco półgębkiem powiedziałam dla „w polityce”. Ale „pójść na całość” nie mogę. Nie dlatego, że się boję o posadę i nie dlatego, że mogę zaszkodzić (chociaż mogłabym, bo część tego kryzysu to elementarna
psychologia), ale dlatego, że tenże kryzys jest tworem tak parszywie wrednym i skomplikowanym, że najlepsze byłyby egzorcyzmy.
Co jest przydatne dla nas:
1) tempo wzrostu polskiego PKB przy naszej mizerii wyjściowej i różnych sztuczkach z metodami liczenia tegoż PKB nie jest dobrym miernikiem naszej pomyślności;
2) tempo wzrostu długu publicznego mamy – średnioroczne w latach 2008-2012 – najwyższe ze wszystkich tzw. nowych państw członkowskich;
3) w ostatnich miesiącach zapożyczyliśmy się nad miarę (minister się chwalił, że już „wszystko co trzeba na ten rok, to sobie pożyczyliśmy i nie musimy się martwić”) i teraz część tych pożyczonych pieniędzy kombinujemy jednak oddać (no, nie wprost, tak dobrze to nie ma, za rozrzutność płaci się dwa razy) żeby „poprawić relację” długu do PKB na użytek krajowej publiki, bo w rachunkach unijnych próg 60% jest na wyciągnięcie ręki, ale tym to się nikt w Brukseli nie przejmuje (na razie!) - bawimy się więc jak Cyganka - „jeden pieniądz, drugi pieniądz”;
4) do „wzięcia” została już tylko energetyka i ciężka chemia;
5) system emerytalny stracił amortyzatory (chociaż jest jeszcze zasób ok. 220 mld zł zgromadzony w OFE w poprzednich latach i nie do końca utopiony na operacjach finansowych);
6) żyjemy ponad stan (w latach 2008-2011 liczba urzędników wzrosła o 100 tys.) i ponad wszelką logikę (polecam przykład Państwowej Agencji Żeglugi Powietrznej, której powstaniu w 2007 r. wściekle i SAMOTNIE opierałam się przez pół roku, a w której już w 2009 roku 45% załogi było silnie spokrewniona, przy średnim wynagrodzeniu sięgającym 11,5 tys zł), na dopalaczach (długi) i propagandzie;
7) kluczową częścią każdego kryzysu są OCZEKIWANIA i dlatego mamy taki harmider – w przyszłym roku musimy popożyczać ok. 170 mld zł (brutto, część to tzw. rolowanie długów – pożycza się od jednych, by oddać drugim) i boimy się że nie da rady, za dużo zapłacimy (odsetki) lub wcale nie będzie chętnych kredytodawców (jeśli pojawi się konkurencja w postaci tzw. euroobligacji).

Reszta nie ma dla przeciętnego obywatela żadnego znaczenia – jest ważna i poważna, ale nic nie możemy tutaj zrobić, nic zaradzić. Wątpię, by te „hołdy i akcesy” miały jakikolwiek inny sens niż „zabełtanie w głowach”. Aż takimi sprzedawczykami chyba nie są, raczej chodzi o przestraszenie nas, bo Francuzi, Niemcy, Włosi, Hiszpanie, Grecy już się nie boją. Czesi też nie bardzo się boją. A my wpadliśmy w jakiś stupor i boimy się – każdy czego innego, pewnie większość własnych szwindelków lub ignorancji. Proszę nie słuchać propagandy – ważna jest odwaga i prawda. Dorośli ludzie nie oddają się złudzeniom i jeśli takowe w Polsce się upowszechniają, to po prostu wstyd i tyle. Wiemy, że dostaną swoją zapłatę. Dostaną.
Pozdrawiam serdecznie,
Zyta Gilowska

Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. I praktycznie tylko tam. Inaczej nie będzie.

środa, 25 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 4

Strasznie się cieszę, że publikacja listów, które przez pewien czas parę lat temu wysyłała do mnie Zyta Gilowska, spotkała się z tak życzliwym odzewem Czytelników. Nie wiem, ilu z nas miało okazję obejrzeć przekazywaną przez TVP transmisję mszy żałobnej i wysłuchać wystąpień prezydenta Andrzeja Dudy i prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ale słowa, które oni tam wypowiedzieli, pokazywały prosto i jednoznacznie, że mamy do czynienia z odejściem kogoś absolutnie najwybitniejszego w naszej całej współczesnej historii. Była więc ta śmierć, ta msza, te wystąpienia, a świat ani nie drgnął. Jedyną próbą uczczenia tego wydarzenia z tamtej strony, z tego co zdążyłem zauważyć, było odtworzenie przez TVN fragmentu uzasadnienia wyroku w sprawie oskarżeń Gilowskiej o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, gdzie owa sędzia (miejmy na nią nieustannie oko) czuła się z jednej strony w obowiązku Gilowską uniewinnić, ale z drugiej zaznaczyć, że co jak co, ale „gadatliwa” to ona była. I oto Zyta Gilowska umiera, Duda i Kaczyński wygłaszają słowa zarezerwowane dla postaci najwybitniejszych, a świat kompletnie nie wie, o co chodzi i o co tyle zamieszania. Dziś już będzie wiedział. Jeśli tylko zechce, to będzie wiedział. A ja mu to ułatwię. Część czwarta:

Szanowny Panie Krzysztofie,
bardzo dziękuję za pamięć. U mnie wszystko bez większych zmian, aczkolwiek nie powiedziałbym, że „w najlepszym porządku”. Co tu kryć – od Katastrofy Smoleńskiej nie mogę się w pełni pozbierać, nie mogę i już. Mnóstwo zajęć przestało mi dawać zadowolenie, sporą część swoich wieloletnich prac porzuciłam z własnej inicjatywy i bez żalu. Moje batalie o „miliony” są przecież śmieszne w obliczu trwonienia „miliardów”, zresztą zapaść semantyczna demoluje praktycznie każdą debatę – ani gadanie, ani liczenie, ani jakieś planowanie chwilowo nie mają sensu, są przeciwskuteczne. Coryllus ma rację – albo się masowo powie „basta”, albo tak jak jest będzie nadal. Dobrze i jeszcze dobrzej. Oczywiście, że Pana regularnie czytam (o ile nie wyjeżdżam do pracy i mam pod ręką komputer) z dużą satysfakcją, zresztą Coryllusa też (odważny człowiek i bezczelny, że hej!). Oczywiście, proszę Mu przekazać mojego maila.
Pana nową książkę JUŻ KUPIŁAM – tzn. czekam na odbiór. Jest Pan kochany, ale nie wolno tak rozdawać swojej pracy! Oczywiście żartuję, kiedyś chętnie odbiorę obiecany egzemplarz – mam nadzieję, że wraz z dedykacją od Autora. Ale faktycznie transakcja została właśnie zrealizowana. Będę wiernie kupować wszystkie Wasze książki – i Pana, i Coryllusa (ależ to jest narwaniec) – dla siebie i moich najbliższych (syna i siostry). A Wy piszcie. U mnie po staremu, teraz oglądam mecze, ponieważ lubię piłkę nożną turniejową (ligowej już tak nie lubię) i mam trochę uciechy z tego powodu. Wspólnie z mężem oglądamy i jakoś to leci. Straszne były te przeczucia śp. Leszka Kaczyńskiego („o ile będę żył…”), do mnie też tak powiedział parokrotnie. Za każdym razem byłam zdumiona i zdziwiona i za każdym razem Go „poprawiałam”. Po raz ostatni powiedział tak do mnie 19 lutego 2009 r. A potem ja – sama nie wiem co mnie wtedy „napadło” – powiedziałam do Niego „trzymam kciuki”. Przez telefon. I to był piątek 09.04.2010, ok. 20:00. W przeddzień! No i teraz ja mam sporo niedobrych przeczuć. Ale pamiętam jak bardzo się cieszyliśmy na to Euro 2012, ależ byliśmy naiwni.
Serdecznie pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Księgarnia Coryllusa czynna jest 24 godziny na dobę. A w niej wszystkie moje książki. Polecam najszczerzej. Droga prosta: www.coryllus.pl

wtorek, 24 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 3

Dziś kolejne refleksje śp. Zyty Gilowskiej. Brak słów.

Szanowny Panie Krzysztofie,
Pana wpis o „Vivie” i obywatelce Katarzynie Glince (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/o-kurwach-idiotach-i-czarnym-libido.html) zrobił mi wielką przyjemność, piękna sprawa. Czytałam mężowi na głos i od razu poczułam się lepiej. Niestety, od Wigilii choruję. W samo rozdawanie prezentów (w naszej rodzinie mamy tak samo jak u Was – dużo, dużo pod choinką, dzieci roznoszą dorosłym, co jest proste tylko do czasu, ponieważ w trakcie rozdawania zawsze jakieś karteczki się pourywają i dorośli zbiorowo odgadują kogóż to Gwiazdor tym osamotnionym pakunkiem chciał obdarować) zaczęłam intensywnie kaszleć, słabnąć, itd. itp. Prawie że popsułam to rozdawanie, ale jednak dobrze zorganizowana rodzina może wszystko, nawet chorego zmusić do entuzjazmu. A dzisiaj napisał Pan naprawdę przenikliwy tekst, odważny i dojrzały do bólu (http://toyah1.blogspot.com/2011/12/pfizer-vs-zus-remis-ze-wskazaniem.html). Mnie w chorobie zawsze jest smutno i smutniej. Wiem skąd się bierze (niby z przemęczenia, ale coraz częściej się „przemęczam” pomimo różnych ostrożności moich bliskich i mnie samej), wiem dlaczego się rozwija (dołącza się proces zapalny), wiem jak przebiega (organizm musi się odciążyć), brr... Po liście Pana leków zorientowałam się, że ma Pan ciut za wysokie ciśnienie i za wysoki poziom cholesterolu, da się z tym żyć (moja ś.p. Teściowa z takimi problemami dożyła do 91 lat). Proszę się dobrze namyśleć nad tym Sortisem, ponieważ ostatnio podnoszą się głosy, że farmakologiczne obniżanie poziomu cholesterolu jest bardziej szkodliwe niż ów cholesterol, też zresztą niejednoznacznie szkodliwy. Oczywiście, nie jestem lekarzem, ale miałam tak potężne przeprawy z medycyną, że w kilku sprawach nabyłam wiedzę superspecjalistyczną, dostępną nielicznym (zwłaszcza w Polsce), niestety zawsze „po fakcie”. Tychże faktów, z których każdy odrębnie kwalifikowałby się na całkiem malowniczy proces, ale nie w naszych realiach, było kilka i w sumie nieodwracalnie zepsuły mi układ krążenia. Potrzebowałam 4 lat, żeby się z sideł medycyny wysupłać i niestety, natychmiast wpadłam w następne. Nie wiem co było przyczyną takiej naiwności – może „przekleństwo profesorów, że wierzą innym profesorom?”, a może Poeta mądrze napisał, że „każdy takie widzi świata koło...”. Problem lekarstw jest jasny – lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie „na nie”, odmawiam „współpracy”, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla „dyskrecji”, bo aż taka chora to nie byłam) i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom „ratowania życia”, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam „im” nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także – co chyba najważniejsze – poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość. I tego Panu NAJSERDECZNIEJ ŻYCZĘ.
Pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Zapraszam jak zwykle do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki. Polecam najszczerzej.

poniedziałek, 23 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 2

Powiem szczerze, że wróciłem z Warszawy tak pełen niezwykłych wręcz refleksji, że w pierwszej chwili chciałem od razu wszystko z siebie wyrzucić. Jednak obietnica jest obietnicą i Warszawa z jej szczególnym bardzo charakterem będzie musiała poczekać aż zamkniemy cykl pod tytułem „Zyta Gilowska, czyli świat sznieruchomiał” Dziś część druga.

Drogi Panie Krzysztofie, dzisiejszy Pana tekst [mowa o wpisie na blogu z 5 stycznia 2012 roku http://toyah1.blogspot.com/2012/01/za-co-przyjdzie-komu-odpowiedziec.html - przyp. mój] jest trudny w odbiorze, chyba za bardzo. Pomyślałam sobie, że podrzucę Panu kilka refleksji, może się przydadzą. Trzeba koniecznie odróżnić położenie biednych, ale głupich ludzi, którzy łapiąc kredyty (zwłaszcza długoterminowe) tracą wolność. To jest obrzydliwa pułapka zastawiana przez tych rozchichotanych smarkaczy z TVN24 i CNBC, gdzie udają analityków i doradzają „w co inwestować”. Oni mają martwe oczy przegranych oszustów, też są w pułapce, też kredytów, tyle że większej i trwalszej. Ale inną sprawą jest wydawanie pieniędzy, gdy się je ma. To nie musi być takie głupie, przecież waluty są FIAT, a euro to nawet podwójne fiat money, po co to trzymać, niezbyt wiadomo. Niektórzy uważają, że lepiej wymienić te papierki na jakieś towary, inni, że na złoto, jeszcze inni, że ratunku nie ma. Osobiście nie mam melodramatycznych skłonności i przypuszczam, że sprawy będą się tak bardzo powolutku toczyć w złym kierunku, że się zorientujemy co powinniśmy robić. Ale oczywiście, pchanie ludzi do sklepów po intensywne zakupy tandety jest miłym zajęciem, jak zresztą zastawianie większości pokus cielesnych (bo nad pokusami duchowymi to jednak trzeba się nagłówkować). Diabeł ma łatwo, zwłaszcza na początku, pięknie to opisał Bułhakow w „Mistrzu i Małgorzacie”. I na marginesie, proszę sobie wyobrazić, że miałam sposobność mocować się z owym Lejbem Fogelmanem. Wpadłam - dosłownie - właśnie na niego, gdy w marcu 2006 r. wtargnęłam na posiedzenie Komisji Nadzoru Bankowego (wówczas jeszcze w strukturach NBP, pod przewodnictwem L. Balcerowicza), gdzie pełnił rolę głównego doradcy prawnego ówczesnego szefa banku Unicredito Alessandro Profumo (po niedawnych oskarżeniach o pranie brudnych pieniędzy via banki libijskie ten Pan wylądował w Radzie Nadzorczej GAZPROMU!). Wtedy nie dali mi rady, nie dali! Ten Lejb też nie dał, wręcz się „zaprzyjaźniał”. Ale po dwóch dniach zażartych negocjacji wówczas wkroczył K. Marcinkiewicz i osobiście ustąpił! Warto więc mieć na uwadze, że ten Lejb bywa w ciekawych rozdaniach, jest w jakiejś nomenklaturze biznesowo-światowej.
Serdecznie pozdrawiam,
Zyta Gilowska

Przypominam wszystkim, że moje książki można kupować na stronie www.coryllus.pl. Polecam gorąco i szczerze.

sobota, 21 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 1

Pisałem już tu o tym parokrotnie, dziś jednak jest okazja szczególna, by sprawę przedstawić ponownie. Otóż wszystko zaczęło się jesienią 2011 roku, kiedy otrzymałem wiadomość od posłanki Prawa i Sprawiedliwości Izabeli Kloc o następującej treści: „Witam Pana serdecznie, chciałabym osobiście zaprosić Pana na jutrzejszą konferencję, pytała mnie o Pana Pani Prof. Zyta Gilowska”. I tyle. Pozdrowienia, numer kontaktowy i to wszystko. W pierwszej kolejności zadzwoniłem do mojego kolegi i wydawcy, Gabriela Maciejewskiego i zapytałem, czy on wie, co się dzieje, na co Gabriel odpowiedział, że owszem, Zyta Gilowska kupuje nasze książki.
Poszedłem naturalnie na wspomnianą konferencję, spotkałem Zytę Gilowską, porozmawialiśmy króciutko, ona wypowiedziała pod moim i Gabriela adresem parę uprzejmych słów, ja podarowałem jej swoją książkę, ona powiedziała, że wprawdzie ją już ma, ale zachowa tę z moją dedykacją, a tamtą da komuś w prezencie, uściskaliśmy się, no i to był pierwszy i ostatni raz, jak widziałem Zytę Gilowską. Kontakt jednak pozostał. Przede wszystkim oczywiście w tej formie, że Zyta Gilowska nadal regularnie czytała nasze notki, kupowała kolejne książki, ale – i to stanowi powód, dla którego dziś piszę te słowa – przez wiele lat, nawet w czasie, gdy jej bardzo ciężka choroba uniemożliwiała jej udział w życiu publicznym, komentowała sprawy publiczne w wysyłanych do mnie wiadomościach.
Jestem pewien, że te parę dni temu, kiedy Zyta Gilowska zmarła, większość z nas zauważyła, jak owo zdarzenie zostało zlekceważone przez wszystkie strony politycznego sporu. Z jednej strony, dowiedzieliśmy się, że oto zmarł zaledwie jeszcze jeden z byłych ministrów rządu Prawa i Sprawiedliwości, a z drugiej, że obok ministra, zmarła jeszcze „ta Gilowska” – założyciel Platformy Obywatelskiej, liberał i kolejny Żyd, którego bracia Kaczyńscy z nieznanych przyczyn wzięli do rządu. No i oczywiście – to już nieco później – mogliśmy zauważyć też tych, którzy tak naprawdę nie wiedzieli, co to za jedna ta Gilowska, no a poza tym i tak byli zajęci przeżywaniem śmierci Marii Czubaszek. A więc to jest to, z czym wszyscy dziś zostajemy. Ze śmiercią Marii Czubaszek. Minie rok 2016 i pies z kulawą nogą nie będzie wiedział, o co chodzi z tą jakąś Zytą.
Plan był taki, by listy, jakie do mnie pisała Zyta Gilowska, opublikować w najnowszym numerze „Szkoły Nawigatorów”. Po co? Odpowiedź jest prosta. Po to, by świat dowiedział się, co stracił, i żeby owa wiadomość stała się wiadomością publiczną. Co stracił świat wraz z odejściem Zyty Gilowskiej? I kiedy już wydawało się, że sprawa jest do końca rozstrzygnięta, zainterweniował syn Zyty Gilowskiej i poinformował nas, że on sobie nie życzy, żeby listy, jakie jego mama wysyłała do mnie, wydawać drukiem. Dlaczego? Powiem szczerze, że powodów nam nie przekazano. Nie, bo nie. Grzecznie, ale stanowczo. Próbowaliśmy tłumaczyć, wyjaśniać, zapewniać o naszej dobrej woli – na nic. Nie, bo nie.
W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak całość tej korespondencji opublikować tu na blogu. To jest mój blog, moja odpowiedzialność, a za to, co tu piszę, odpowiadam własnym sumieniem. A zatem, rozpoczynamy cykl serii notek pod wspólnym tytułem „Zyta, czyli świat znieruchomiał”. Oto część pierwsza. Zyta Gilowska odpowiada na pytanie, czy jej zdaniem, to co przed nami, to zło, czy głupota. Wszystko bez jakichkolwiek zmian. To co pisała nie wymagało korekty.

Oczywiście ZŁO. Jest metafizyczne przecież. Zatem trwałe, energiczne i zdeterminowane. Głupota jest materialna, biologiczna, (może to jakaś plątanina przetok po wyrwie spowodowanej grzechem pierworodnym?). Głupota jest niby rozległa i rozlana, ale miękka i podatna na perswazję, a także na wytrwałe ostrzeżenia. Zło chętnie karmi głupotę - to jest fantastyczne narzędzie dla zła. Dlatego Kościół ustanowiony przez Chrystusa musi wypełniać misję nauczycielską, to jest zasadniczy cel Kościoła Powszechnego – zaraz po głoszeniu Dobrej Nowiny i udzielaniu Sakramentów. A tego właśnie ostatnio dramatycznie zabrakło. Straszny czas zaczął się praktycznie natychmiast po śmierci Jana Pawła II. Jakby puściły jakieś potężne hamulce. Trzeba się modlić i porządnie żyć. Nic więcej pojedynczy człowiek nie może zrobić, chyba że jest lewakiem albo innym postępowcem. O rany! Za co ja się biorę - przecież jestem ekonomistą (ściśle ekonometrykiem), a nie teologiem! Ale mnie Pan podpuszcza, no, no...
Pozdrawiam,
Zyta Gilowska



Właśnie wyjeżdżam do Warszawy, gdzie przez cały weekend na targach na Stadionie Narodowym będę podpisywał swoje książki. Zachęcam wszystkich mieszkańców Warszawy i okolic do tej odrobiny aktywności, zwłaszcza że wiem doskonale, że poza naszym stoiskiem, tam tak naprawdę nie ma nic więcej. I tu nie ma nic do rzeczy moje rozbuchane ego. To jest fakt. Dziś i jutro, Stadion Narodowy, stoisko coryllus.pl, numer 45 BC.

piątek, 20 maja 2016

Jak wydrukować banknot o nominale 240 tysięcy złotych?


Dziś ukazuje się kolejny numer „Warszawskiej Gazety”, a w niej mój felieton. Serdecznie zachęcam do kupowania, a jeśli ktoś ma z tym trudności, to polecam dzisiejszą notkę.

Kiedy skończył się marsz KOD-u w Warszawie, a organizatorzy podali wynik 240 tysięcy, wokół naturalnie rozległ się pusty śmiech, w żaden sposób nie powstrzymało to jednak głosicieli owego absurdu przed powtarzaniem tej idiotycznej liczby, 240 tysięcy. Mało tego, kiedy piszę te słowa, internetowe wydanie „Gazety Wyborczej” podaje, że któryś z ichniejszych zapaleńców spędził kilka dni i nocy, by rozwiązać ową frekwencyjną zagadkę, i licząc każdą głowę osobno, otrzymał wynik 55 tys. uczestników. Powtarzam: mówimy o badaniach przeprowadzonych przez „Gazetę Wyborczą”.
Czy publikacja owych wyników cokolwiek zmienia, gdy chodzi o stan owego zidiocenia określonego liczbą 240 000? Oczywiście, że nie. Oglądam telewizję, czytam komentarze na internetowych portalach i wciąż wyskakuje na mnie zza rogu kolejny aktywista Światowego Ruchu Na Rzecz Ostatecznej Likwidacji Kaczyzmu i woła: „Ćwierć miliona!”
Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd ta beznadziejna walka o utrzymanie w przestrzeni publicznej owego szaleńczego wręcz pomysłu, że kiedy szeroką ulicą idzie tłum ludzi, to oni wszyscy muszą się tak do siebie przytulać, że czują na sobie obcy oddech. Przecież to jest kompletny absurd. Nie ma fizycznej możliwości, by ludzi, którzy nie mają najmniejszego powodu, by się czuć czymkolwiek ograniczeni, zmusić do tego, by się bez sensu tłoczyli. Skąd więc owa walka o sprawę w gruncie rzeczy przegraną?
Otóż proszę sobie wyobrazić, że zgłosił się do mnie człowiek, który był tam, gdzie to się wszystko działo i poinformował mnie, że Platforma Obywatelska na kampanię promocyjną wspomnianego marszu wydała lekko licząc od sześciu do ośmiu milionów złotych. W jaki sposób? Ot, po prostu, zamawiając druk 1200 billboardów, następnie wynajmując od specjalnej firmy przestrzeń na ich ekspozycję, a wszystko w wyżej wymienionej cenie. Znajomy mój – przypominam, że człowiek, który przez cały czas był tam na miejscu – zapewnia, że najpierw na zlecenie Platformy Obywatelskiej za ciężkie miliony kazano wydrukować 800 bilbordów w średnim formacie i 400 w skali wielkoformatowej, następnie dodatkowe miliony musiano wypłacić obsługującej odpowiednie nośniki firmie Ströer, żeby oni to wszystko odpowiednio rozwiesili, a tym samym osiągając wspomniany wynik sześciu do ośmiu milionów złotych… i nagle wychodzi nam, że z owej demonstracji nie zostało nic poza tymi 50 tysiącami zwiezionych z całej Polski półprzytomnych durniów.
A zatem, o co zdaniem mojego znajomego może chodzić? Otóż o to, że owe 6 do 8 milionów to zaledwie te bilbordy i ich ekspozycja. Całość natomiast wspomnianego przedsięwzięcia idzie w liczby znacznie wyższe. I okazuje się nagle, że ten projekt uzyskał wynik, który zwyczajnie nie przejdzie. 50 tysięcy protestujących pani księgowa zwyczajnie nie przyjmie. I stąd oni wciąż, jak zaklęci, powtarzają te „ćwierć miliona”. By się ratować. W końcu, cel, owszem, jest szczytny, ale bez przesady. Pieniędzy nie drukuje się na prostej drukarce HP, otrzymanej od Orange jako prezent za przedłużenie umowy.

Jutro rano wyjeżdżam do Warszawy, gdzie na targach na Stadionie Narodowym będę podpisywał swoje książki. Zachęcam wszystkich do tej odrobiny aktywności, zwłaszcza że wiem doskonale, że poza naszym stoiskiem, tam tak naprawdę nie ma nic więcej. I tu nie ma nic do rzeczy moje rozbuchane ego. To jest fakt. Sobota i niedziela, Stadion Narodowy, stoisko 45 BC.

czwartek, 19 maja 2016

Czy Zuzia M. lubiła piosenki Black Sabbath?

Na fali nastrojów związanych ze skierowaniem do mnie przez panią Małgorzatę Płysę przedsądowego, jak rozumiem, pisma w związku z oskarżeniem przeze mnie jesienią zeszłego roku krakowskiego festiwalu Unsound o propagowanie satanizmu, wiele osób pyta mnie, czemu ja się aż tak bardzo uparłem, by dręczyć jakąś grupę wyznawców przedchrześcijańskich kultur pogańskich. Czy ja nie mam innych zmartwień? Czy naprawdę uważam, że jeśli jacyś durnie zaczną przekazywać sobie z rąk do rąk ściągnięte z Internetu wiktoriańskie kartki świąteczne, w przekonaniu, że dzięki temu świat poczuje dreszcz, to ja akurat muszę koniecznie zareagować? Otóż sprawa polega na tym, że ów wspomniany festiwal Unsound i stan umysłu jakiejś parki satanistów nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o poziom znacznie bardziej głęboki i znacznie bardziej uniwersalny.
Pisałem już o tym parokrotnie, jednak ponieważ rzeczywistość z każdym kolejnym dniem potwierdza moje oryginalne oceny, uważam, że nie zaszkodzi sprawę jeszcze raz przedstawić, wraz z ewentualnymi nowymi refleksjami. Jak wiemy, przez całe lata, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiało się słowo „satanizm”, nasze pierwsze skojarzenia szły najpierw w kierunku zespołu Black Sabbath, a następnie, w kontekstach bardziej już wyszukanych, niejakiego Nergala i jego muzycznego projektu pod nazwą Behemoth. Przez praktycznie dziesięciolecia, satanizm jako taki kojarzony był albo ze wspomnianym Black Sabbath, albo z projektami określanymi przy pomocy nazwy „black metal”. I tyle. Poza tym, satanizm zwyczajnie nie istniał. Owszem, byli wśród nas tacy, którzy wiedzieli jeszcze, że gitarzysta zespołu Led Zeppelin był zauroczony pismami Alistaira Crowleya, który z kolei od zawsze uchodził za „papieża” współczesnego satanizmu, ale ogólnie rzecz biorąc, problem był, że tak to ujmę, ugłaskany i poskromiony.
I oto od pewnego czasu – i nie dajmy sobie wmówić, że wszystko zaczęło się od rytualnego zabójstwa pod Białą Podlaską – okazuje się, że ten cały Ozzy Osbourne, ten Nergal, ten wreszcie sam Alistair Crowley, to są stare dziady, którzy już dawno zostali z tego interesu wymiksowani, a Diabeł – bo to o nim dziś mówimy – korzysta z całkowicie innych mediów.
A więc mamy tę nieszczęsną Zuzię Maksymiuk, która dziś wraz ze swoim kolegą Kamilem odbywa karę wieloletniego więzienia i wszystko to, co ją tam zaprowadziło. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to moje odwoływanie się tu do satanizmu jest jak psu na budę, niemniej jednak będę powtarzał z uporem maniaka: Zuzia i jej chłopak mają dziś zmarnowane życie nie dlatego, że słuchali zespołu ACDC. Oni znaleźli się na krawędzi wyłącznie przez to, że dali się uwieść czemuś, co ja nazywam za Janem Pawłem II „kulturą śmierci”, a co w moim głębokim przekonaniu stanowi współczesną formę realnego satanizmu.
Po tym jak doszło do wspomnianej zbrodni pod Białą Podlaską, wystarczyło doprawdy kilka chwil spędzonych w Internecie, by zdobyć pewność, że za tym, co się stało, nie stoją ani błędy wychowawcze, ani szkolne kłopoty, ani nawet zawiedziona miłość, ale zwykłe zanurzenie we wspomnianej kulturze śmierci, którą być może najlepiej symbolizują owe tysiące czarnobiałych zdjęć, w tysiącu pozornie odległych miejsc, prezentujących nieodmiennie twarze z wydrapanymi oczami. I niech nikt nie myśli, że to jest jakaś lokalna gra, w której zaangażowała się niewielka grupa pogubionych dzieci. Z tego, co można naprawdę bez większego wysiłku zaobserwować, wynika, że za tym stoi cała bardzo ściśle zdefiniowana cywilizacja i nie dajmy sobie wmówić, że tam Ozzy Osbourne śpiewa „Sweet Leaf”. Tam słychać jedynie wycie wiatru i trzask łamanych gałęzi. To jest projekt na taką skalę, że my nie jesteśmy go w stanie choćby w przybliżeniu ogarnąć. I jeśli dalej będziemy go lekceważyć, to przez to, że on jest po wielokroć utajniony, nie ogarniemy go nigdy.
Te wydrapane oczy wracają ze szczególną mocą, kiedy w grafice Googla wyszukamy obrazy związane z festiwalem Unsound. I to one właśnie prowadzą nas krok po kroku krętymi ścieżkami tego labiryntu do miejsc, o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia, a więc choćby do, jak się okazuje bardzo popularnych w wiktoriańskiej Anglii kartek świątecznych, gdzie też nie mieliśmy ani Diabła z rogami, ani haseł typu „Ave Satan”, ale wręcz odwrotnie, nieodmienne „Merry Christmas”, tyle że zanurzone nie w świetle Narodzin, lecz w triumfie śmierci. I znów, tam też nie znajdziemy nigdzie słowa „satanizm”. Ale nie znajdziemy też słowa „satanizm”, kiedy pójdziemy dalej ową drogą, na którą się już wcześniej zapuściliśmy i dotrzemy do czegoś, co funkcjonuje już w całkiem nowoczesnej nomenklaturze, jako albo „humanistyka okultystyczna”, albo po prostu „folk”. I tam też nie usłyszymy ani Nergala, ani Ozziego Osbourna, ani nawet Alistaira Crowleya. No dobra, zgoda. Jeśli się przyjrzymy uważniej, to znajdziemy gdzieś tam ukryte trzy szóstki, lub maleńki odwrócony do góry nogami pentagram, ale kto by się przejmował takimi głupstwami, gdy ma do czynienia ze zwykłą sztuką nawiązującą do czasów jeszcze przedchrześcijańskich, a więc ideologicznie nieskażonych.
Ale i tak nie o to tu chodzi. Nie to jest naszym największym zmartwieniem, że banda pogan postanowiła urządzić sobie nigdy nie kończące się święta. Problem polega na tym, że tym wszystkim, którzy się z zainteresowaniem wokół tego ogniska kręcą, chodzą po głowie najróżniejsze dziwne myśli, a wszystkie podporządkowane temu jednemu, podstawowemu pragnieniu, by się zakwalifikować do bezpośredniego uczestnictwa w owym Czarnym Kręgu. No i to już naprawdę nie jest najbardziej ich wina, kiedy on czy ona dojdą do wniosku, że bez tego jednego mocnego gestu się nie obejdzie; że aby zostać przyjętym, trzeba się wykazać czymś naprawdę dużym. I to wtedy właśnie dochodzi do zdarzeń takich, jak owa masakra pod Białą Podlaską.
Powiedziałem, że to tak naprawdę nie jest ich wina. Kto zatem jest za te ponure przypadki odpowiedzialny? Najprościej by było odpowiedzieć, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, no ale to by było zbyt proste. On, o czym świadczy jego imię, wyłącznie korzysta z okazji. Stoi, czeka i korzysta. A naszym psim obowiązkiem jest pokazać palcem tych, którzy mu otwierają wciąż to nowe perspektywy.



Dziś rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem ma tam swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście wszystkie książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

środa, 18 maja 2016

Gdy łżą jak głodne psy

Planowałem dziś przedstawić tekst, w którym przekażę swoją wizję satanizmu, już nie jako elementu kultury pop, ale autentycznego projektu skierowanego na budowanie nowej świadomości, jednak nie zdążyłem. Zwyczajnie nie zdążyłem. Ponieważ jednak bardzo mi zależy, by nie zostawiać czytelników z gołymi rękami, bardzo krótko zrelacjonuję stan aktualnej propagandy antyrządowej. Otóż portal onet.pl podał informację, i utrzymał ją do końca dnia, że w wypowiedzi dla programu „Kropka nad i” Moniki Olejnik Mateusz Morawiecki powiedział, że nie marzy o niczym innym, jak o tym, by zostać premierem rządu. Prawda tymczasem jest taka, że na pierwsze pytanie Olejnik, Morawiecki odpowiedział, że on by uznał za zaszczyt awans na wiceszefa Prawa i Sprawiedliwości, natomiast na pytanie kolejne, czy ma chrapkę na stanowisko premiera, powiedział, że to nie jest temat i że nie ma o czym mówić. Naciskany przez Olejnik, powtórzył, że już na to pytanie odpowiadał 25 razy, to i może odpowiedzieć po raz 26, że w ogóle nie ma tematu. Nie przeszkodziło to Onetowi wybić na głównej stronie informacji: „Minister Morawiecki: propozycję objęcia stanowiska premiera uznałbym za zaszczyt”.
Oto drugi news. Bill Clinton ogłosił, że w Polsce nie ma demokracji, w związku z czym praktycznie wszystkie media – jedne z oburzeniem, a drugie z satysfakcją – poinformowały, że komentując wypowiedź Clintona Jarosław Kaczyński stwierdził, że Clinton powinien się leczyć. Tymczasem fakty są takie, że Jarosław Kaczyński powiedział, że biedny Bill Clinton nie ma absolutnie złych intencji, tylko korzysta z przekazów medialnych, które realizują lokalne interesy, natomiast ci, którzy mu te informacje suflują powinni się leczyć.
A więc tak się to robi w Chicago, tym razem jednak z pozycji zdecydowanie defensywnych. Na ile tylko potrafię dobrze ocenić sytuację, oni są w ciężkiej histerii i jeszcze parę dni, a zwyczajnie eksplodują. Tymczasem my nie zapominajmy, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji nie traci czujności. Miejmy na niego oko. Ale o tym jutro.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

wtorek, 17 maja 2016

Czemu Diabeł chodzi do kościoła, czyli skąd ten zgiełk

Od kilku dni żyjemy tu – jedni bardziej, inni mniej – pismem, jakie do mnie skierowała nieznana mi osoba o nazwisku Małgorzata Płysa reprezentująca organizatorów niesławnego krakowskiego festiwalu pod nazwą Unsound, czyli Fundację Tone. Jak niektórzy wiedzą, a inni mogą sobie bardzo łatwo sprawdzić u źródła, rzecz jest w tym, że uznawszy festiwal Unsound za projekt ściśle satanistyczny, a w dodatku próbujący do realizacji swoich czarnych planów wykorzystać parę krakowskich kościołów, opisałem gdzie tylko mogłem ów proceder, no i uruchomiwszy lawinę, doprowadziłem do tego, że dalsze losy owego festiwalu, a przy okazji osób go organizujących, zawisły na przysłowiowym włosku. Dziś, stojąc przed groźbą procesu, pragnę przypomnieć fakt dziś już niemal całkowicie zapomniany, a więc to, że na samym początku owej eksplozji, mam nadzieję, że rozbijającej wspomniany Unsound w drobny mak, nie stoi ani ten blog, ani grono jego najznakomitszych czytelników, ale mój skromny, na zaledwie 444 słowa, felieton dla tygodnika Piotra Bachurskiego „Warszawska Gazeta”. Dziś aż trudno uwierzyć, że to tak się zaczęło. To tam właśnie po raz pierwszy ukazał się ów tekst, a jeśli dziś okazuje się, że wszyscy i tak wciąż mówią o tym blogu, przepraszam bardzo, ale przy całej mojej skromności, to nie jest moja wina. Spójrzmy więc na sam początek.

Siadając do pisania dzisiejszego felietonu, czuję pewien niepokój, ponieważ mam świadomość, że dla wielu czytelników „Gazety Warszawskiej” kwestia organizowanych w Polsce od okazji do okazji muzycznych festiwali stanowi coś na tyle egzotycznego, że każda próba poruszenia tematu może się skończyć kompletną porażką. A mimo to, jestem przekonany, że sprawa, którą się postanowiłem dziś zająć, jeśli spojrzymy na nią z pewnego szczególnego punktu widzenia, nie pozwala choćby na chwilę zwłoki.
Oto proszę sobie wyobrazić, że w najbliższych dniach w Krakowie odbędzie się wielodniowy festiwal muzyczny o nazwie „Unsound”, którego charakter i podstawowy sens sprowadza się do propagowania najbardziej otwartego i jednoznacznego satanizmu. I od razu chcę się zwrócić do tych czytelników, którzy właśnie zaczynają się ironicznie uśmiechać i mruczeć coś na temat obsesji, którymi część z nas zdecydowała się żyć, podczas gdy jest tyle rzeczy ważniejszych, niż jakieś piosenki, i prosić ich, by się przez chwilę zechcieli zastanowić. Otóż ja akurat jestem naprawdę znakomicie zorientowany w dzisiejszej pop-kulturze i świetnie wiem, co się tam dzieje naprawdę, a co jest wyłącznie elementem taniego lansu pod hasłem „jesteśmy źli”. A zatem pragnę stwierdzić bez cienia wątpliwości, że w tym wypadku mamy do czynienia z autentycznym, celowym i bardzo przemyślanym satanizmem. W tym wypadku należy stwierdzić, że do Krakowa zawitało czyste zło i wiele wskazuje na to, że nikt się tym szczególnie nie przejął.
A sytuacja jest jeszcze bardziej wstrząsająca, niż możnaby się było spodziewać. Oto biorący udział w festiwalu artyści – powtórzę raz jeszcze, reprezentujący niemal wyłącznie i całkowicie jednoznacznie satanistyczny nurt we współczesnej sztuce muzycznej – planują występować w krakowskich kościołach. Z tego, co już dążyłem zauważyć, część koncertów ma mieć miejsce w kościołach pod wezwaniem Świętej Katarzyny, oraz Świętych Apostołów Piotra i Pawła. 16 października, u Św. Katarzyny, ma dojść do koncertu słynnego satanistycznego zespołu Current 93, którego logo stanowi ukrzyżowany Chrystus przyozdobiony odwróconym pentagramem [już po publikacji tego tekstu, sam David Tibet, lider zespołu zwrócił mi uwagę, że to nie pentagram, lecz krzyż papieski z gwiazdą Alistaira Crowleya]. Jak ogłasza strona festiwalu na Facebooku, również jeden z festiwalowych występów odbędzie się w kopalni soli w Wieliczce, tuż pod słynną solną rzeźbą Ostatniej Wieczerzy.
Moja Hanka, która jako pierwsza zorientowała się w tym, do czego doszło i która sprawę dogłębnie zbadała, zadzwoniła do kościoła Św. Katarzyny. Jak się okazało, organizatorem przedsięwzięcia z kościelnej strony jest pan organista, który w rozmowie telefonicznej córkę moją poinformował, że ona niepotrzebnie histeryzuje, ponieważ wszyscy uczestnicy festiwalu zostali przez Kościół odpowiednio sprawdzeni i nie ma żadnych powodów, by się niepokoić. Ksiądz proboszcz do telefonu nie mógł podejść, bo akurat jadł obiad.
Ja wiem, że jest Skała, na tej Skale stoi nasz Kościół, a moc piekieł Go nie pokona. Niech jednak nikomu z nas nie przyjdzie do głowy się pocieszać, że my wobec tej błogosławionej sytuacji nie mamy nic do roboty. On bowiem nie przepuszcza żadnej okazji.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

poniedziałek, 16 maja 2016

Viva Hate!

Mimo że sprawa moich perypetii z festiwalem Unsound i całym tym czarnym towarzystwem, które za jego organizacją stoi, wciąż jest jak najbardziej aktualna, a w tych dniach może jeszcze bardziej niż zwykle, muszę zrobić przynajmniej dzień przerwy na kwestie bardziej bieżące i przedstawić tekst mojego felietonu z ostatniego numeru „Warszawskiej Gazety”. Przy okazji informuję, że projekt pod nazwą gazetawarszawska.com to fake wyprodukowany przez znanego nam skądinąd inż. Cierpisza. Proszę uważać: kwas!

Jeszcze z czasów PRL-u pamiętam kawał, jaki opowiadaliśmy sobie o Breżniewie już po jego śmierci, a którego pointa sprowadzała się do tego, że w trumnie Breżniewa wywiercono dziurki, by robaki, które będą go jadły miały się gdzie wyrzygać. Czy ten dowcip był faktycznie śmieszny, czy zaledwie świadczył o poziomie naszej nieokiełznanej nienawiści, nie potrafię dziś zdecydować, natomiast wiem na pewno, że nie było nic śmiesznego w wydarzeniu, które też pamiętam, a związanym ze wspomnianym żartem. Otóż w tym samym mniej więcej czasie odwiedzałem swojego dziś już nieżyjącego wujka, zapalonego myśliwego, który, jako członek Związku, siłą rzeczy miał wśród swoich kolegów ludzi resortu, w tym tych z pierwszego szeregu. Pewnego dnia wujek zabrał mnie na polowanie, no i tam poznałem jednego z nich, niejakiego Jana Szczęsnego. I oto w pewnym momencie siedziałem sobie z wujkiem, gadaliśmy, a ja opowiedziałem mu dowcip o dziurach w trumnie z Breżniewem. Wujek się roześmiał, ale już po chwili oczy mu poszarzały i wyszeptał: „Pamiętaj tylko, nie opowiadaj tego przy Jasiu, bo to mu się na pewno nie spodoba”.
A jeśli ja pamiętam tamto wydarzenie do dziś, to wcale nie przez to, że myślę sobie, jak blisko wówczas byłem śmierci, ale dlatego, że dziś temat nienawiści nabrał nowych zupełnie kształtów, a moim zdaniem nic lepiej niż tamta historia nie pokazuje tego, czym jest prawdziwe życzenie śmierci, a czym proste pragnienie sprawiedliwości. A to jest moim zdaniem dziś prawdziwy problem.
Myślę, że większość czytelników tych felietonów wie, jak ja bardzo potrafię nienawidzić. Niekiedy moja nienawiść osiąga takie rozmiary, że w swojej bezsilności nie potrafię już nic więcej, jak tylko uciec się do cytatów z Psalmów. Jednak przy tym wszystkim ja jestem, jak sądzę, jak owi kibice Legii, którzy wzywają do wieszania jakiegoś Lisa, czy KOD-u, a tak naprawdę, jedyne co potrafią, to dać w pysk kibicowi Wisły Kraków.
No a mimo to, dostajemy dziś ni stąd ni z owąd tych kibiców i doniesienie do prokuratury, że ktoś chce kogoś wieszać. W tej sytuacji, pamiętając ów szczególny jesienny dzień roku 2010 i człowieka nazwiskiem Cyba, pragnę już tylko powiedzieć, że tu w ogóle nie chodzi o nienawiść. Nienawiść jest dobra. Nienawiść zaledwie podtrzymuje nasze morale. To co nas może wrzucić w ten ogień to owo życzenie śmierci, które nie ma nic wspólnego z nienawiścią.
Wróćmy na chwilę do Jana Szczęsnego, funkcjonariusza Urzędu Bezpieczeństwa, który na pytanie „Jak wyście to robili”, wzruszył ramionami i powiedział: „Normalnie. Strzał w łeb i spokój”. Ja to do dziś zapamiętałem i zapewniam, że na jego twarzy nie było śladu nienawiści. Jeszcze jeden miły starszy pan. Dziś już z pewnością nie żyje, ale jestem pewien, że gdyby nie Matka Natura, on by nam dziś pokazał, jak wygląda miłość.

Przypominam, że w tym tygodniu rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem będzie tam miała swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

sobota, 14 maja 2016

Czego się boi TenKtóryNiePrzepuszczaŻadenOkazji

Oryginalnie planowałem dziś zamieścić swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety” o nienawiści, gdy oto otrzymałem drogą elektroniczną to. Uwaga, uwaga!


„Szanowny Panie,
W związku z naruszeniem przez Pana dóbr osobistych Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki wzywam Pana do podjęcia następujących działań:

1. trwałego usunięcia z bloga prowadzonego pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/ następujących wpisów:
a. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/czemu-diabe-chodzi-do-koscioa.html
b. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/czy-rodzice-puszczali-marysie-goniewicz.html
c. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/dlaczego-diabe-nie-lubi-wolnosci-sowa.html
d. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/zy-napada-u-nas-wieczna-licytacja.html
e. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/10/o-hejcie-spod-znaku-zelaznego-krzyza.html
f. http://www.toyah1.blogspot.com/2015/11/o-tym-jak-david-tibet-zepsu-latarke.html

oraz niezamieszczania wpisów o tej treści pod zmienionymi tytułami bądź w innych lokalizacjach bloga prowadzonego pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/;
2. opublikowania na stronie internetowej znajdującej się pod adresem http://www.toyah1.blogspot.com/ oświadczenia o następującej treści: „Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.” oraz utrzymywanie oświadczenia tej treści jako bannera wyświetlającego się na stronie głównej (http://www.toyah1.blogspot.com/) przez okres trzech miesięcy od dnia ich zamieszczenia na tym blogu w sposób nieograniczający swobodnego dostępu w każdym czasie przez dowolnych użytkowników sieci Internet. Banner ten ma mieć rozmiar 930 x 300 pikseli i być usytuowany pomiędzy górną krawędzią strony tego bloga, a logiem bloga, jego tytułem i częścią bloga zawierającą posty. Tekst przeprosin powinien być napisany na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 12 punktów z zachowaniem interlinii 1,5. Banner ten powinien być widoczny z poziomu użytkowników sieci Internet bezpośrednio po wejściu na stronę bloga, nie może mieć formy animowanej, formy pop-up ani formy pop-under. Banner ten nie może być zakryty innym bannerem lub grafiką o charakterze pop-up, pop-under, interstitial lub watermark;
3. opublikowania na stronie internetowej znajdującej się pod adresem http://osiejuk.salon24.pl/ oświadczenia o następującej treści: ‘Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.’ oraz utrzymywanie oświadczenia tej treści jako posta o tytule ‘PRZEPROSINY’ przypiętego jako pierwszy (najbardziej aktualny) post na tym blogu przez okres trzech miesięcy od dnia ich zamieszczenia na blogu. Tekst przeprosin ma być napisany na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 24 punktów z zachowaniem interlinii 1,5. Treść posta ma być napisana na białym tle czarną czcionką typu Arial o rozmiarze 12 punktów z zachowaniem interlinii 1,5;
4. złożenia podpisanego przez siebie oświadczenia sporządzonego czcionką Arial (rozmiar 12 pkt) o następującej treści: ‘Przepraszam Fundację Tone – Muzyka i Nowe Formy Sztuki, organizatora Unsound Festival za rozpowszechnianie przeze mnie nieprawdziwych informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.’, a następnie wysłania tego oświadczenie listem poleconym na adres Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki;
5. zaniechania dalszego naruszania dóbr osobistych Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki poprzez nierozpowszechnianie w jakichkolwiek formach informacji, że Fundacja Tone zajmuje się propagowaniem satanizmu oraz podjęła próbę sprofanowania kościoła św. Katarzyny i kościoła św. Apostołów Piotra i Pawła.
6. wpłaty kwoty 10.000,00 zł (słownie: dziesięć tysięcy złotych 00/100) na rzecz Krakowskiego Hospicjum dla Dzieci Imienia Księdza Józefa Tischera [tak jest w oryginale – przyp. mój], KRS 0000203313, ul. Różana 11/1, 30-505 Kraków;
w terminie 3 dni od otrzymania niniejszego wezwania.

Małgorzata Płysa Prezes Fundacji Tone - Muzyka i Nowe Formy Sztuki

Ponieważ nie jest grzecznie nie zareagować w sytuacji, gdy ktoś ma do nas sprawę, zareagowałem natychmiast i z pełnym zaangażowaniem, odpowiadając na mail tego nieszczęsnego dziecka w jedyny, jaki mi przyszedł do głowy sensowny sposób:

Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio; contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium. Imperet illi Deus; supplices deprecamur: tuque, Princeps militiae caelestis, Satanam aliosque spiritus malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo, divina virtute in infernum detrude. Amen”.

I już na koniec – niech będzie, że jako komentarz – gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, z kim mamy do czynienia. Oto, aby sprawdzić, czym oni się dziś zabawiają między jednym a drugim festiwalem, kiedy zostali sami w domu, a David Tybet jest gdzieś daleko za oceanem, przeprowadziłem szybką kwerendę i oto, co znalazłem. Mocne, prawda?



Więcej tutaj: http://tincanforest.tumblr.com/

A gdyby ktoś był zainteresowany, przypominam, że moja książka o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji jest do nabycia tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji. To jest lektura obowiązkowa.

piątek, 13 maja 2016

Krótka i wesoła historia o tym, jak "Gazeta Wyborcza" sprzedawała zaćmienie Słońca

Nie wiem naprawdę, czy wielu z nas zdążyło zwrócić na to uwagę, choć biorę mocno pod uwagę, że w natłoku zdarzeń, jakie przeżywamy w tych dniach, mogło się stać i tak, że to akurat nam umknęło. A zdarzyło się tak, że między Ziemią a Słońcem przeleciał właśnie Merkury, co w pewnym momencie doprowadziło do tego, co w normalnej sytuacji nazwalibyśmy zaćmieniem Słońca przez Merkurego, gdyby nie fakt, że owego Merkurego Pan Bóg umieścił przede wszystkim bardzo blisko Słońca, no a przede wszystkim on ma zaledwie 5 tys. kilometrów średnicy, więc on biedaczek, nawet gdyby bardzo chciał, Słońca nie zasłoni. No ale faktycznie, ów Merkury na chwilę pojawił się na tle Słońca w postaci mikroskopijnej kropki i na tę okazję „Gazeta Wyborcza” do swojego kolejnego wydania dołączyła specjalne, mocno przyciemnione okulary, na tyle mocno, by jej najwierniejsi czytelnicy mogli spróbować bezpiecznie obserwować ów spektakl, a usługę ową wyceniła na zł 9,99.
Ja oczywiście nie wiem, ile osób zgodziło się wyrzucić tę dychę, by się grzecznie złożyć na ów przekręt, ale doświadczenie, jakie mam z samą „Gazetą Wyborczą” i jej czytelnikami, mnie uczy, że paru ich tam musiało się jednak znaleźć. Ludzi, którzy uznali, że skoro taka „Gazeta Wyborcza” za całe zł 9,99 sprzedaje im przyciemniane okulary i każe im się gapić bez sensu w Słońce, to w tym z całą pewnością musi coś być. No i jestem pewien, że w dzień owego szwindlu tysiące durniów nie dość, że założyło sobie na łby te okulary, to już po chwili jeszcze uwierzyło, że oni faktycznie coś widzą. I nic już nie zmieni faktu, że dla mnie przynajmniej to jest zjawisko psychiczne, którego z całą pewnością ludzkości nie udało się uniknąć.
Tak się złożyło, że numer z okularami do obserwacji Merkurego zbiegł się z wielkim marszem opozycji przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości i wiadomością podaną przez główne ośrodki propagandowe – również związane, tak się też akurat składa, z „Gazetą Wyborczą” – że w owym marszu wzięło udział 240 tys. osób. A ja myślę, że to wszystko w sposób cudownie symboliczny pokazuje nam, jak działa System. Otóż metoda jest prosta: przede wszystkim przy pomocy bardziej lub mniej przemyślanych środków, należy część społeczeństwa doprowadzić do stanu, gdzie ci biedni ludzie będą reagować na gwizdnięcie, a potem już tylko w określonych momentach właśnie gwizdać. Dziś widzimy doskonale, zarówno na przykładzie tego marszu, jak i zasłaniającego Słońce Merkurego, jak owa metoda potrafi być skuteczna.
Myślałem o tym Merkurym i o tych nieszczęśnikach, którzy najpierw wysupłali te smutne złotówki ze swoich portfeli, a potem kupili od Agory te nieszczęsne okulary i nagle pomyślałem sobie, że gdybym umiał rysować, to bym to narysował. Ponieważ jednak rysować nie umiem, ale za to mam żonę, która ma tu talent niezwykły, poprosiłem ją o ten obrazek. I oto dziś mamy efekt. Z dedykacją dla tych biedaków, a dla uciechy nas wszystkich. Bardzo proszę.




A moje książki, jak zawsze, można kupować w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Zachęcam. Wszystko można zobaczyć bez specjalnych okularów.

czwartek, 12 maja 2016

Samotność długodystansowca - ostatnie okrążenie

Siłą rzeczy, wczorajsze wydarzenia w Sejmie obserwowałem wyłącznie z doskoku, na tyle jednak uważnie i na tyle z odpowiednim skupieniem, by wiedzieć, że oto weszliśmy w rozstrzygającą już fazę rządów Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli efekt tego, co się stało wczoraj przyjmie wyraz praktyczny, a nie tylko ograniczony do naszej, jakże nędznej satysfakcji, można powiedzieć, że zwyciężyliśmy i tego zwycięstwa nie odbiorą nam nawet ci, którzy naprawdę potrafią zepsuć coś, czego wydawałoby się zepsuć się nie da. Nawet oni nie dadzą rady wygrzebać tego truchła spod ziemi. Jak mówię, ze względu na cały szereg obowiązków, oglądałem ową prezentację osiągnięć ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej zaledwie we fragmentach, ale nawet gdybym nie miał okazji wysłuchać wystąpień ministrów Jackiewicza, Macierewicza, czy Morawieckiego, to wystarczyłby mi obraz siedzącego w pierwszym rzędzie i uśmiechającego się Jarosława Kaczyńskiego. Kto widział, ten pewnie wie, co mam na myśli. Ja nie mówię o Kaczyńskim rozbawionym, śmiejącym się, wesołym, ja tak naprawdę nawet nie mówię o Kaczyńskim uśmiechniętym. Mam na myśli ten jeden absolutnie unikalny, niepowtarzalny, tak bardzo dla niego charakterystyczny wyraz twarzy, kiedy on ledwie zauważalnie przechodzi od zwykłej spokojnej pogody do czegoś co zaledwie wskazuje na to, że jest dobrze, coraz lepiej. Jak mówię, kto widział ten wie.
Widziałem więc wczoraj kilka razy ten niezwykły, ledwie zauważalny uśmiech Jarosława Kaczyńskiego, który nas informuje, że nie ma się czego bać, a ich doprowadza do bezsilnej wściekłości i pomyślałem sobie, że owo spojrzenie, w połączeniu z tym, co do nas docierało z wystąpień kolejnych ministrów, dowodzi, że wreszcie jesteśmy na miejscu. I wtedy przypomniałem sobie pewien tekst z tego bloga, jeszcze z roku 2008, w którym tak naprawdę przewidziałem, że ten dzień nadejdzie. Prędzej czy później nadejdzie. Proszę mi pozwolić przypomnieć tamte słowa.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, i tak, jak tu już zauważył jeden z moich wiernych czytelników, na ten czas będę się chciał wyłączyć z pisania. Przed nami ten tekst, który akurat czytacie i może jeszcze jeden, albo dwa. Nie wiem. Przygotowania do Świąt mają swoje prawa, szczególnie jeśli nad wszystkim trzyma straż pani Toyahowa. Chciałbym więc dać Wam coś specjalnego. Wam, a szczególnie tym, którzy dzielą moje marzenia i moje przekonania. Okazja ku temu jest szczególna, ponieważ ledwo wczoraj, w „Rzeczpospolitej”, do obozu tych, którzy nie wytrzymali, dołączył Piotr Semka.
Gdyby ktoś nie do końca zdawał sobie sprawę, co znaczy nazwisko Semka, to przypominam – to jeden z tych dwóch, którzy wtedy, gdy było naprawdę ciężko, napisali i wydali książkę zatytułowaną „Lewy czerwcowy”. I oto wczoraj w „Rzepie”, Piotr Semka opublikował długi artykuł zatytułowany „PiS bez ojcobójcy”. Zupełnie szczerze powiem, że starannie przeczytałem tylko początek owego semkowego artykułu, a całą resztę po kawałeczku. Tyle, żeby się zorientować, o co chodzi, i w jakim momencie swojego politycznego wyboru znalazł się Semka, jednak nie na tyle, żeby mieć możliwość polemizowania z jego tezami, a nawet nie na tyle, żeby czuć konieczność linkowania tego tekstu. Nie o Semkę tu bowiem chodzi, a nawet nie chodzi o ów tekst. Problemem jest tak zwana wiara i wytrwałość. Ale nawet nie tylko to. Mam zamiar pisać o wierze, o wytrwałości, ale również o najbardziej podstawowym poczuciu szacunku do samego siebie.
Każdy z nas dokonał w pewnym momencie jakiegoś wyboru i – ufam głęboko – nasz wybór nie był spowodowany tym, że nam się akurat tak opłacało, albo że byliśmy głupi, czy po prostu naiwni. Wybraliśmy tę drogę, a nie inną, bo byliśmy przekonani, że to jest droga słuszna i na tej drodze będziemy potrafili zachować nasze człowieczeństwo, a jeśli ktoś uważa, że ten ton jest zbyt patetyczny, to niech będzie, że uznaliśmy, że tu nam będzie po prostu wygodnie.
Bywało rożnie. Pamiętam, że bywało bardzo różnie. Trzymaliśmy się jednak tej drogi, bo cokolwiek się działo, wiedzieliśmy, że są rzeczy podstawowe i nawet jeśli od czasu do czasu spadniemy na pysk, to jest to w sumie drobiazg, jeśli porównać to z całością. Więc trwaliśmy i – mam wciąż bardzo silne wrażenie – nie było nam wcale tak źle. A bywało fatalnie.
Dziś czytam artykuł Semki, który deklaruje utratę wiary. Zobaczył Semka parę sondaży i stracił wiarę. Nie dość, że stracił wiarę, to jeszcze tą utratą wiary pragnie się podzielić. Ale też nie dość, że chce nam wszystkim o tym swoim zwątpieniu opowiedzieć, to jeszcze próbuje nam je zracjonalizować i przekonać nas, że my zrobilibyśmy dobrze, gdybyśmy poszli jego śladem.
W jednym z moich ostatnich tekstów wyraziłem pretensje do Rafała Ziemkiewicza, że on, człowiek, który, dzięki pewnemu zbiegowi okoliczności, ale również – o czym nie wolno zapominać – przez swoje własne talenty i dzielną pracę, miał szansę naprawdę na wiele i szansę te zmarnował. Zamiast niego, pewne sprawy musieli kontynuować ludzie od niego dzielniejsi, mądrzejsi, bardziej odważni, bardziej cierpliwi i bardziej zdeterminowani. Oni to zadanie pociągnęli i doszli tu, gdzie doszli. Jednak się ani nie poddają, ani nie wątpią, bo wiedzą, że tego talentu i tej szansy marnować nie wolno.
Dotychczas było tak, że ci, którzy zostali w tyle, stali cierpliwie i cierpliwie przyglądali się rozwojowi wypadków. Ani nie pomagali, ani nie przeszkadzali. Stali i czekali. Ostatnio jednak, z jakiegoś powodu, uznali, że dość już tego czekania. Nie wiem, czy oni mają jakieś nowe pomysły, czy przez te lata bezczynności nabrali nowej energii i są gotowi spróbować jeszcze raz, czy może zmądrzeli i chcą nam zaproponować pewne nowe, lepsze rozwiązania. Może i tak. Wątpię jednak. Z tego co widzę, mam wrażenie, że oni chcą nadal stać i czekać, tyle, że postanowili czekać na coś bardziej interesującego. Coś bardziej ekscytującego. Sami jeszcze do końca nie wiedzą, co to takiego, ale czują, że tak jak jest, jest jakoś nudno.
Jak tu powszechnie wiadomo, jestem bardzo żarliwym zwolennikiem projektu symbolizowanego przez Jarosława Kaczyńskiego. Od osiemnastu lat Jarosław Kaczyński jest dla mnie jedynym politykiem, który potrafi najbardziej skutecznie reprezentować moje pragnienia i moje nadzieje. Był już kiedyś taki czas, że Jarosław Kaczyński był na krawędzi niebytu. Porozumienie Centrum nie istniało, a on sam był posłem wyłącznie dzięki wsparciu Jana Olszewskiego i jego kanapowej partii. Brat Lech, był całkowicie poza polityką i nie było żadnych nadziei na to, że sytuacja może się w jakikolwiek sposób odwrócić. Ani na moment jednak nie zwątpiłem w Jarosława Kaczyńskiego. Wiedziałem, że nie ma nikogo, kto, jak mówię, może skuteczniej wyrażać moje nadzieje i moje ambicje. Ponieważ ja się do tego nie nadawałem, pozostawał on. Jestem więc wciąż tu gdzie jestem i nie mam ani przez moment poczucia, że coś po drodze spaprałem.
Szczerze powiem, że nie wiem, jak to będzie dalej. Mam głębokie przekonanie, że PiS, i sam Jarosław Kaczyński, wrócą do władzy i że Lech Kaczyński ponownie zostanie wybrany przez większość narodu prezydentem. Mogę się mylić. Może się okazać, że to było zbyt trudne na siły dwóch w gruncie rzeczy ludzi. Ale wierzę, że im się uda.
Zdaję sobie, że sytuacja nie jest lekka. Nie chce mi się nawet powtarzać wszystkich tych słów, które tu już wielokrotnie padały. Ale sytuacja nie jest lekka i, cokolwiek różni specjaliści od objaśniania nam spraw oczywistych powiedzą, jest jasne, że najmniej temu wszystkiemu winny jest Jarosław Kaczyński. Jeśli popełnił on jakiś błąd, który można by mu było pamiętać, to tylko ten, że w pewnym momencie nie machnął na wszystko ręką i nie przyłączył się do silniejszego. Niewykluczone, że dziś byłby ministrem w rządzie Platformy Obywatelskiej, a może nawet szanowanym powszechnie Marszałkiem Sejmu. Jest jednak jak jest. Kaczyński balansuje na krawędzi, a ja – i jeszcze oprócz mnie całe masy – też balansujemy na krawędzi.
Więc nie wiem, jak będzie dalej. Możliwe, że to, co dziś wydaje mi się oczywiste, czyli nieuchronny upadek tego wielkiego kłamstwa, jakim jest Platforma Obywatelska, jest jedynie złudzeniem. Może ja kompletnie źle zdiagnozowałem stan społecznych nastrojów i ogólny kształt świadomości wyborców. Możliwe, że się fatalnie pomyliłem. Jeśli tak, będzie mi przykro, a Piotr Semka będzie triumfował u boku kogoś znacznie silniejszego niż Jarosław Kaczyński.
Może jednak się okazać, że mój polityczny węch i moje wyczucie nie zawiodło mnie na moment. Może się okazać, że ta cała zmasowana nagonka na braci Kaczyńskich, to nieustanne modlitwy o śmierć dla obu, to nie była taka tylko zabawa emocjami, ale dowód strachu i w gruncie rzeczy pewności, że nic jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Że to, z czym mamy dziś do czynienia, czyli między innymi te przedziwne i zasmucające gesty zwątpienia, to wynik tego strachu, że jeszcze nic do końca nie wiadomo. I że ten strach był jak najbardziej uzasadniony.
W roku 2005 PiS wygrał wybory parlamentarne, a Lech Kaczyński, w powszechnym głosowaniu, został wybrany prezydentem. Od tego czasu, nie ma dnia, żeby ktoś mi tłumaczył, że prezydent Kaczyński już praktycznie nie istnieje, a wystarczy jeszcze parę tygodni, by notowania PiS-u spadły do 7% poparcia. Nie ma jednego dnia, od trzech już teraz lat, by banda ekspertów nie przekonywała mnie, że moje oddanie dla PiS-u jest kompletnie irracjonalne. A ja wiem tyle, że od czasu, gdy PiS wygrał wybory roku 2005, sondażowe poparcie dla mojej partii, mimo, że się ciągle waha, utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. Wiem jednak coś jeszcze. To mianowicie, że w roku 2007 na PiS głosowało niemal 2 mln. wyborców więcej, niż przy poprzedniej okazji. Wiem też, że w ostatnich wyborach uzupełniających na Podkarpaciu, PiS wlał swoim kontrkandydatom w sposób absolutnie bezprecedensowy. Ja rozumiem, że Podkarpacie to Podkarpacie, a nie Sopot, czy Warszawa, na przykład. Ale ja też nie oczekuję, że w Warszawie, lub w Sopocie, co drugi człowiek będzie szanował Jarosława Kaczyńskiego.
Wiem jeszcze coś. Że im więcej będzie głosów wbijających nam do głowy, że Platforma Obywatelska jest projektem na wieczność, a Prawo i Sprawiedliwość to był zaledwie eksces w historii, im głośniejsze będą te głosy i im większy w nich udział będą mieli ludzie tacy jak Piotr Semka, tym bardziej te miliony ludzi, dla których PiS pozostaje jedyną ofertą, będą milczeć i z tym większym hukiem odezwą się za parę lat, przy okazji kolejnych wyborów. I wtedy wielu się zdziwi.
I gdzie wtedy będzie Piotr Semka, Rafał Ziemkiewicz i jeszcze paru innych? Przyjdą tu znowu i powiedzą, że bardzo się cieszą?

Już w przyszłym tygodniu w Warszawie startują doroczne targi książki na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom, Coryllus i tym razem stawia tam stoisko, a ja nie mogę nie towarzyszyć mu przez choćby przez te dwa dni. A więc sobota i niedziela 21 i 22 maja. Stadion Narodowy. Zapraszam.

wtorek, 10 maja 2016

Matura Petru, czyli ile tabliczek z napisem "Duda na Wawel" mieści się na metrze kwadratowym?

Od minionej soboty cała Polska jest zajęta rozgryzaniem zagadki dotyczącej faktycznej wielkości warszawskiej demonstracji KOD-u z przyległościami i wygląda na to, że miną tydzień, dwa, trzy, miesiąc, miną lata, a i tak na końcu tej debaty podręczniki historii, zależnie od tego, czy przygotowane przez jedną, czy drugą stroną politycznego sporu, będą informować, że największa antyrządowa demonstracja zgromadziła a to półtora miliona, a to zaledwie 45 tysięcy uczestników.
Problem przed jakim stoimy my, obserwatorzy z zewnątrz, jest taki, że to co otrzymujemy to przede wszystkim telewizyjny obraz z helikoptera, na którym widać dużo ludzi zgromadzonych w jednym miejscu. Bardzo dużo ludzi, a nasze możliwości oceny owego obrazu nie wychodzą w najmniejszym stopniu poza to, że jeśli ktoś nam powie, że tam jest milion osób, to my to przyjmiemy za fakt, ale tak samo za fakt przyjmiemy to, że ktoś nas poinformuje, że tych ludzi jest 20, 30, czy 40 tysięcy. Popatrzmy na przeciętny stadion piłkarski w Wielkiej Brytanii. Widzimy tę czarno-szarą plamę ludzi i naprawdę większość z nas nie jest w stanie ocenić, czy ich tam jest 30 tysięcy, czy dwa razy więcej. Dużo i kropka. Gdybyśmy nie byli kibicami i nie wiedzieli, że na przeciętnym stadionie nie ma 100 tysięcy miejsc, pewnie część z nas mogłaby nawet uznać, że tam siedzi i śpiewa 100 tysięcy osób.
A zatem nie wiemy nic poza tym, że oto w jednym miejscu pojawiło się bardzo dużo ludzi. I w tym momencie w Warszawie dochodzi do antyrządowej demonstracji, od dłuższego już czasu zapowiadanej, jako największy antyrządowy protest w najnowszej historii Polski, widzimy ten nieprzeliczony tłum, dowiadujemy się, z jednej strony, że tam jest 250 tysięcy ludzi, a z drugiej, że zaledwie 45 tysięcy i jedyne co możemy, to drapać się po głowie i zastanawiać, czy to jest więcej, niż na stadionie piłkarskim, czy mniej. No i możemy jeszcze coś, a mianowicie apelować do tych, co liczą, by nam pokazali, w jaki sposób oni liczyli. No ale i tu też, pod warunkiem że nie jesteśmy politycznie odpowiednio sformatowani, sytuacja nie jest prosta, bo właściwie jedni i drudzy powołują się na argumenty, które z naszego punktu widzenia brzmią równie przekonująco. I nie zmieni tego nawet to, że ktoś przyjdzie i da słowo honoru, że on ich wszystkich policzył zupełnie tak samo, jak John Lennon policzył 10 tysięcy maleńkich dziur w miejscowości Blackburn w hrabstwie Lancashire, bo my mu i tak albo uwierzymy, albo nie.
Czy więc naprawdę nie ma dla nas już żadnej nadziei? Czy już zawsze część z nas będzie musiała wierzyć temu, co mówi Leszek Balcerowicz z rodziną, Władysław Frasyniuk, lub posłanka Pihowicz, a część dziennikarzom TVP i zaproszonym przez nich redaktorom tygodnika „W Sieci”? A więc tak by się wydawało, gdyby nie jeden mały szczegół, na który ja akurat zwróciłem uwagę jeszcze w dzień wspomnianego marszu i dzięki czemu mam święty spokój. Otóż w pewnym momencie przedstawiciel warszawskiego Ratusza, broniąc swoich szacunków, poinformował, że oni najpierw przyjęli założenie, że na jednym metrze kwadratowym pochodu zwykle mieszczą się średnio trzy osoby – czasem dwie, innym razem cztery, ale statystycznie to są zawsze trzy osoby – następnie sprawdzili, ile metrów kwadratowych zajmuje ulica, po której idą ludzie, plus okoliczne uliczki, gdzie przecież też potencjalni demonstranci mogą się znajdować, wszystko pomnożył razy trzy i mu wyszło 240 tysięcy obywateli.
Mnie z tego wszystkiego zainteresowały wyłącznie te dwie, trzy, cztery osoby na metr. Ja wprawdzie z zasady nie biorę udziału w tego typu okazjach, a więc jedyne doświadczenie jakie posiadam w tej mierze, to wizyta papieża Bendykta w Krakowie, kiedy to w przejściu podziemnym między Pantami a dworcem, znalazłem się z trzema innymi osobami w kwadracie metr na metr i do dziś Bogu dziękuję, że przeżyłem, oraz coroczna Droga Krzyżowa w przedwielkanocny piątek, a to drugie doświadczenie mi mówi, że gdybym ja tylko spróbował się wbić w dowolny kwadrat metr na metr, to osoba ów kwadrat zajmująca, choćby nie wiadomo jak pobożna, by się dyskretnie odsunęła, albo mi powiedziała, żebym się nie pchał. Moje doświadczenie, jakie wnoszę z Drogi Krzyżowej mówi mi, że kiedy ludzie idą w ulicznym pochodzie, to każdy z nich ma dla siebie jakieś dwa metry kwadratowe. No może z wyjątkiem sytuacji, gdy idzie ojciec z małym dzieckiem, albo zakochani i trzymają się za ręce, to wtedy te dwa metry zgodnie dzielą między siebie.
A zatem, jeśli poważny człowiek z warszawskiego Ratusza staje przed kamerą i mówi mi, że spokojny, idący szeroką ulicą pochód jest z reguły stłoczony tak gęsto, że każdy kolejny metr kwadratowy dzielą między siebie dwie, trzy, albo cztery osoby, to ja wiem, że mam do czynienia albo z bezczelnym cwaniakiem, albo idiotą. I mu nie wierzę. I każdy wynik, jaki on mi podaje dzielę natychmiast przez cztery. I daję słowo, że nie potrzebuję już nic więcej. W momencie gdy on już przyznał, że jako podstawę swojej metody przyjął przekonanie, że na jednym metrze kwadratowym spokojnego pochodu znajdują się średnio trzy osoby, to nawet jeśli padnie na kolana, położy dwa palce na sercu i przyrzeknie mi uroczyście, że on tych ludzi dla pewności policzył jeszcze przy pomocy chińskiego wskaźnika laserowego, to ja i tak będą miał w głowie już tylko tych przytulonych do siebie demonstrantów z flagą i tabliczką z napisem „Duda na Wawel”.
A zatem, mam propozycję do wszystkich. Dajmy już spokój z tym nieszczęsnym pochodem i tą desperacją ludzi złych, podłych i gnuśnych. Przede wszystkim gnuśnych. Jestem pewien, że to owa gnuśność ich zabije. A ja wtedy kupię sobie jakąś lepszą flaszkę. Oczywiście z czystej nienawiści.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić książki moje, Coryllusa i wielu innych autorów. Polecam gorąco i szczerze.


poniedziałek, 9 maja 2016

Jarosław Kaczyński, czyli czemu wciąż chcą, by zdechł?

Znów z lekkim opóźnieniem przedstawiam ostatni felieton z „Warszawskiej Gazety”. I jak zwykle polecam. Przy wszystkich zastrzeżeniach – warto.

Nigdy o tym nie wspominałem, ale tak się składa, że marszałek Sejmu, Marek Kuchciński to mój kumpel. Oczywiście, nie kumpel bliski, bo i on ma swoje sprawy, a ja swoje, on jest z Przemyśla, ja z Katowic, ale faktem jest, że jeśli kiedyś zdarzy się nam spotkać i nie będziemy szczególnie w ruchu, przywitamy się serdecznie i skoczymy na piwo. Ponieważ znam Kuchcińskiego i wiem, że to jest ktoś, kto zasługuje na każdy gram sukcesu, jaki osiągnął, od wielu lat bardzo mnie dziwi, że on jako niemal jedyny z ważnych polityków praktycznie się nie udziela w mediach. Kuchcińskiego nie spotkamy u Olejnik, u Rachonia, u Pochanke, ani też u Gawryluk. Mowy nie ma. A ja wiem na pewno, to nie jest tak, że Kuchciński ma tam zakaz wstępu. Odwrotnie – to oni nie mają do niego dostępu. Dlaczego? Tego już nie wiem, ale podejrzewam, że on nie chce. Jestem pewien, że by sobie świetnie poradził, ale z jakiegoś powodu nie chce i to mi autentycznie imponuje.
Pisząc, że Kuchciński to polityk bez tak zwanego „parcia na szkło”, użyłem słowa „niemal”, bo jest jeszcze ktoś, kogo do telewizji, jeśli jego plany tego nie wymagają, wołami nie zaciągną, a myślę tu o – tak, tak – Jarosławie Kaczyńskim. I tu już nie mam najmniejszych wątpliwości, że owa asceza stanowi bardzo świadomy wybór. Jestem pewien, że i Olejnik i Pochanke, dali by wiele, włącznie z obietnicą, że będą się zachowywać jak aniołki, byleby on się zgodził od czasu do czasu do nich zajrzeć. Nic z tego. On najwyraźniej ma ich kompletnie w nosie, a jego rzadkie występy to tu to tam, stanowią wyłącznie rodzaj komunikatu, który jeśli on ma zamiar wygłosić, to wygłasza i wraca do zajęć.
Niedawno, korzystając wprawdzie nie z telewizji, ale z łamów tygodnika „W Sieci”, Jarosław Kaczyński wygłosił następujący komunikat: Obecny układ władzy stanowi eksperyment, którego sens sprowadza się do tego, że ten, który posiada faktyczną władzę, a więc sam Kaczyński, przyjmując na siebie odpowiedzialność za każdy sukces, ale też i każdą porażkę obecnego politycznego projektu, pełni rolę wyłącznie kontrolną i organizacyjną, ale też to i on ostatecznie będzie z tego rozliczany.
Wczoraj Jarosław Kaczyński wystąpił ponownie, i ku powszechnej wściekłości tych, co już przegrali, ogłosił, że tym razem nie popełni dawnych błędów i zwycięży. Nie prezydent Duda, nie premier Szydło, ale on, czyli ten, który to wszystko wywalczył. Tym razem litości nie będzie. I on o to zadba, a oni zrealizują, jako bardzo ważni zawodnicy biało-czerwonej drużyny. I powtórzmy to: tym razem litości nie będzie.
Ktoś spyta, co tu robi ten Kuchciński. Na to pytanie odpowiem w sposób najbardziej jednoznaczny. On tu występuje wyłącznie jako symbol. Symbol słuszności prawdziwie uniwersalnej zasady: ciszej jedziesz, dalej zajedziesz.

Serdecznie polecam nasze, moje, Gabriela, ale też innych autorów, książki. Wszystkie do kupienia w księgarni na stronie www.coryllius.pl.

niedziela, 8 maja 2016

Studio Polska, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji

Ponieważ mimo zdecydowanie już zaawansowanego wieku, pamięć mi szczęśliwie dopisuje, pamiętam na przykład znakomicie, jak to w końcowej fazie PRL-u pojawił się w TVP – młodszych czytelników zapewniam, że nazwa ta obowiązywała wtedy jak najbardziej – program, w którym wolno było gadać, co komu ślina na język przyniosła. Program polegał na tym, że na pierwszym planie mieliśmy prowadzącego, nieco z tyłu panel ekspertów, a z tyłu tak zwany motłoch, który miał za zadanie drzeć mordę i tworzyć wrażenie, że demokracja triumfuje. Tu akurat głowy nie dam, ale to wtedy chyba po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć, kto to taki Janusz Korwin-Mikke.
Równolegle do tego czegoś, tyle że w wydaniu papierowym, pokazało się pismo „Konfrontacje”, prowadzone przez – w nowej już Polsce – prezesa Business Center Club, Marka Goliszewskiego, a którego pomysł sprowadzał się do tego, by na stronach parzystych było napisane na przykład, że Katyń to robota Niemców, a na nieparzystych, że to byli jednak Ruscy, i żeby w ten sposób lud miał poczucie, że oto wreszcie toczy się autentyczna debata, a wokół rozbrzmiewają dzwony wolności.
Ten typ debaty, a więc zorganizowanej w ten sposób, że trzydzieści przypadkowych osób naraz i w jednym miejscu się na siebie wydziera, na pewien jeszcze czas został przeniesiony do czasów już nam współczesnych – i tu obok Korwina-Mikke pojawił się Ryszard Czarnecki – jednak chwilę później dostaliśmy TVN i wszystko się już na pewien czas ucywilizowało.
Wczoraj telewizja TVP Info zaprezentowała nam nowy zupełnie program, pod nazwą „Studio Polska”. Program był prowadzony wspólnie przez znanego nam skądinąd wybitnego producenta z pewnością równie wybitnego filmu „Smoleńsk”, a jednocześnie prominentnego dziennikarza tygodnika „W Sieci”, Macieja Pawlickiego, oraz przyznaję, że nieznaną mi damę o charakterystycznym głosie Jana Himilsbacha, wyeksponowaną zaledwie nieco bardziej dyskretnie, jak przebrany za pszczołę europoseł Adam Szejnfeld, w pierwszym rzędzie siedzieli zaproszeni goście, a więc, z tego co zdążyłem zauważyć i zapamiętać, redaktor tygodnika „W Sieci” Łukasz Adamski, oraz „nasza” odpowiedź na śp. Władysława Bartoszewskiego, czyli prof. Bogusław Wolniewicz, a w tle tłum przybyłych do studia z ulicy obywateli, którzy mieli za zadanie dyskutować na temat kryzysu konstytucyjnego w Polsce i płynących z niego zagrożeń dla naszej demokracji.
Przyznaję szczerze, że poziom estetycznego napięcia, jaki wystąpił już w pierwszych chwilach programu, poczynając na scenografii i logo, a kończąc na czynniku ściśle, że tak powiem, ludzkim, sprawił, że przełączyłem telewizor na trzecią część „Szklanej Pułapki”, zdążając szczęśliwie na scenę w windzie, więc nawet nie wiem, czy apele Macieja Pawlickiego do mieszkańców Warszawy, by gremialnie udawali się na Woronicza i brali udział w obywatelskiej debacie, odniosły jakiś sukces i ich tam było ostatecznie jeszcze więcej, niż na początku, ale nie sądzę, by to miało dla nas jakiekolwiek znaczenie. To co się liczy, to to, że oni – co już próbowałem pokazać w dwóch poprzednich notkach – są najwyraźniej na kursie i na ścieżce, a przed nimi już tylko ruscy kontrolerzy.
Już po tym przykrym doświadczeniu odnalazłem sobie w sieci najnowszy wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla Polsatu i powiem uczciwie, że on jest z każdym dniem coraz lepszy. To co Duda pokazał w rozmowie z Dorotą Gawryluk wczoraj wieczorem to autentyczne mistrzostwo świata i choć ta myśl chodzi mi po głowie już od dłuższego czasu, to dziś nie mam już najmniejszych wątpliwości co do tego, że ten nasz PAD trafił się nam na nasze 1050 urodziny jak prezent od samego Pana Jezusa. W tej sytuacji, ja Rachonia i Pereirę łagodnie odsuwam na bok i walę prosto do prezesa Kurskiego: jeśli pozwoli im Pan to spieprzyć, spłonie Pan razem z nimi. I proszę się nie łudzić, że to co ja gadam, nie ma żadnego znaczenia.

Wszystkich zwyczajowo zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl i do kupowania naszych – w tym oczywiście i moich – książek. Naprawdę warto.

sobota, 7 maja 2016

Z ostatniej chwili: TVP od dziś też na Skypie

Mam kumpla, bardzo bliskiego towarzysza, który politycznie sam chętnie od zawsze określa się, jako „katolik i polski patriota”, poza tym jednak w żaden sposób nie udziela się publicznie, no a już na pewno nie w taki sposób, byśmy musieli o tym wszyscy wiedzieć. Jestem pewien, że każdy z nas ma w swoim otoczeniu kogoś takiego. To ktoś, kto, owszem, bardzo interesuje się tym, co się w Polsce dzieje, chętnie o tym dyskutuje, bardzo martwią go wszelkie przykrości, którą Polskę spotykają, bardzo go radują wszelkie polskie sukcesy, ale jego udział w życiu narodu ogranicza się jedynie do roli obserwatora. To ktoś, kto swoje zdanie na popularne tematy wraża wyłącznie w formie komentarzy. To ktoś, kto, mówiąc symbolicznie, nie prowadzi bloga, ale zaledwie blog czyta i, jeśli poczuje potrzebę, to coś do tematu doda.
I oto, proszę sobie wyobrazić, parę dni temu kumpel mój, gdy go zapytałem, jak mu się podoba to, że nie dość, że wreszcie odzyskaliśmy państwowe media, to jeszcze wszystko wskazuje na to, że to co dostaniemy, to z dawna wyglądane tak zwane Media Narodowe, zareagował ponurą obojętnością i jednym zdaniem: „Czemu oni się nie myją?” Pogadaliśmy chwilę i mój kumpel poinformował mnie, że poza TV Trwam, telewizji już praktycznie nie ogląda, a to z tego prostego powodu, że nie jest w stanie znieść widoku nowych prowadzących – brzydkich, w wymiętych ubraniach, nieumytych, nieogolonych, z tłustymi włosami. I to, powiem uczciwie, było dla mnie szokiem. On nigdy nie robił wrażenia, jak by mu zależało na czymś więcej jak tak zwanym przekazie patriotycznym. To my tu się głównie czepialiśmy to tego, to tamtego, wyskakiwaliśmy z coraz to nowymi pretensjami i biliśmy w dzwony za każdym razem, gdy widzieliśmy, że ta prawda, ta Polska, te wartości są najzwyczajniej w świecie korumpowane przez bylejakość, gnuśność, czy zwykłe kłamstwo. On to najwyżej czytał i komentował, uśmiechając się pobłażliwie.
Któregoś dnia poinformował mnie, że oni z rezygnowali z tak zwanej kablówki i założyli sobie TV Trwam. Teraz, poza oczywiście Toruniem, mają tylko TVP, TVP Historia, coś tam jeszcze i im to w pełni wystarczy. Oczywiście TVP kłamie, ale ponieważ „oni wszyscy” kłamią to i tak nie ma to większego znaczenia. No i oto polski rząd zdobywa władzę, przejmuje media, rozpoczyna, tym razem już bez niepotrzebnych kompromisów, budowę mediów narodowych, i kiedy wydawałoby się, że kto jak kto, ale on powinien mieć satysfakcję najbardziej pełną, okazuje się, że on właściwie to już tylko ogląda Trwam, bo ci nasi jacyś brzydcy i niedomyci.
W ostatnich dniach dość dużo oglądałem TVP Info i powiem szczerze, że odnoszę wrażenie, że gdyby problemem był tylko Rachoń z tą swoją szyderczo wykrzywioną twarzą, ten komicznie zagrzebany gdzieś w czeluściach fotela Targalski, czy ci wszyscy „hipsterzy prawicy” od Pereiry do młodego Wildsteina, to można by było zaapelować, by ich zmienić i wszystko zagra. Tymczasem nie. Oto oglądam wczorajsze wieczorne wiadomości, nieznany mi prowadzący wyglądający tak, że przy nim nawet prezes Rzepliński w poniedziałkowy poranek robi wrażenie wypożyczonego prosto ze Sky News, zapowiada korespondencję z Ankary. I w tym momencie widzimy obraz ze Skype’a, a na nim jakaś siedząca w łazience pani, która wśród szumów i pisków z sieci coś do nas mówi.
A więc tak to działa. To jest ten szyk, oto ten gest. W niedawnym wywiadzie dla „W Sieci” premier Beata Szydło zwracając się do opozycji powiedziała „Źle się, panowie, bawicie”. No to ja nie będę oryginalny i zwyczajnie powtórzę te słowa: „Źle się państwo bawicie”.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić mnóstwo fantastycznych, bardzo starannie wydanych książek. W tym sześć moich. Bardzo solidna lektura. Polecam.

piątek, 6 maja 2016

Samuel Pereira, człowiek z łomem i laubzegą

Zacząłem pisać tego bloga osiem już lat temu i od tego czasu mogę powiedzieć, że moje życie to w znacznej części ten blog. Owe osiem lat to z całą pewnością grubo ponad 2 tysiące tekstów, dziesiątki tysięcy komentarzy, siedem książek, no a kto wie, czy nie przede wszystkim dziesiątki najbardziej cennych przyjaźni… Ale też oczywiście, zapewne dla równowagi, utrata pracy, kolejne lata prawdziwych zmartwień, no i cały szereg autentycznych wrogów.
Był czas, kiedy wśród czytelników i komentatorów moich tekstów udzielał się człowiek nazwiskiem Samuel Pereira. I nie chcę wcale powiedzieć, że on się udzielał jakoś szczególnie aktywnie. Zwyczajnie bywał, natomiast, gdy idzie o mnie, to ja, czy to przez jego związki z prawicowym mainstreamem, który zawsze traktowałem, jako byt sobie obcy, czy przez być może miałkość jego komentarzy, najpierw go lekceważyłem, a następnie skutecznie zniechęciłem do traktowania mnie, jako punktu zaczepienia.
Samuel Pereira pojawił się w mojej perspektywie ponownie podczas kampanii wyborczej Andrzeja Dudy, kiedy to najpierw udało mu się otrzymać tam odpowiednią akredytację, a następnie snuć się, jako dziennikarz, za Dudą od rana do wieczora, kręcić komórką co bardziej zabawne ujęcia, a następnie wrzucać je na Twittera jako tak zwane gorące newsy z trasy. To był zresztą widok codzienny: Duda spotykający się z wyborcami i nieustannie błaznujący Pereira z komórką.
Tak naprawdę, po raz pierwszy Pereirę zobaczyłem jednak w akcji pewnego dnia, kiedy sztab wyborczy Komorowskiego opublikował klip pod tytułem „Andrzej Duda cię wyduda”. To był taki idiotyzm, że moja młodsza córka, która dotychczas nie uczestniczyła w polityce w żaden sposób, postanowiła zrobić happening, włączyła nagrywanie i zadzwoniła do sztabu wyborczego Komorowskiego z pytaniem, co to znaczy „wyduda”, bo ona chce głosować na Dudę, a boi się, że to się może dla niej źle skończyć. Nagranie umieściła na youtubie, ono zyskało znaczną popularność, no i na tej fali wjechał też na nie Samuel Pereira, też zadzwonił do sztabu Komorowskiego, nagrał rozmowę pod tytułem co to znaczy „wyduda” – tyle że tym razem zdecydowanie mniej ciekawą, choćby z tego względu, że miejscowi byli już odpowiednio uprzedzeni i Pereirę spuścili – i zamieścił ją na swoim profilu na Twitterze. Z jakim odzewem spotkał się ten jego twit, tego oczywiście nie wiemy, bo ani ona, ani tym bardziej ja, w tamtym czasie mieliśmy tego całego Twittera w nosie, ale faktem jest, że on ten pomysł mojemu dziecku ukradł i pociągnął swoją karierę o kolejny centymetr.
Dziś Samuel Pereira, mimo że Prawo i Sprawiedliwość w pełni przejęło państwowe media, wciąż nie jest pełną gwiazdą, jak choćby Targalski, co świadczyć musi tylko o tym, że jego nie lubi już chyba nikt i za nic, niemniej, owszem, to tu to tam, oglądać go i słuchać możemy. Między innymi, na Twitterze. Ja na niego wpadłem ponownie wczoraj przy okazji twita zamieszczonego przez mojego syna. Opowiem od początku. Otóż, jak większość z nas pewnie wie, minister Szałamacha wystosował parę dni temu do prezesa Rzeplińskiego pismo, w którym go uprzejmie poprosił, by ten na pewien czas wstrzymał się ze szczuciem przeciwko Polsce, bo przed nami decyzje o znaczeniu ponadpartyjnym i szkoda by było Polski dla niskich ambicji. Rzepliński oczywiście natychmiast ze wspomnianym listem popędził do mediów, które w jednej chwili urządziły nam akcję pod tytułem: „Rząd każe milczeć prezesowi Trybunału Konstytucyjnemu”. Na to syn mój zareagował na swoim twitterze, wyjaśniając, że różnica między milczeniem, a powstrzymaniem się, jest taka jak między głodówką, a rezygnacją z fastfoodów. No i tu zareagował Pereira i powtórzył bon mot mojego dziecka, jako swój. Mógł go zretwittować, mógł go polubić, mógł na niego odpowiedzieć osobnym komentarzem, no ale ponieważ to by mu obniżyło samoocenę, to go zwyczajnie ukradł.
Tu opowiem może, na czym polega Twitter, gdy sensem tego twittowania nie jest utrzymanie pozycji politycznej, czy towarzyskiej, ale jedynie uzyskanie skromnej osobistej satysfakcji. Otóż, krótko mówiąc, chodzi o to, by wrzucić tam ten jeden komentarz, który zauważy czy to ktoś tak wybitny, jak Kataryna, czy choćby taki Samuel Perejra, i go na swój sposób wyśle dalej. Każdy z nas z całą pewnością rozumie, że przez swoje naturalne umocowanie, takie osoby jak Pereira, mają sytuację z automatu lepszą, a ktoś taki jak mój syn, a więc ktoś, kto ewentualnie zaledwie aspiruje, może ewentualnie liczyć na ten jeden gest. Kataryna komentarz mojego syna owszem zauważyła i go zretwittowała, natomiast Pereira najzwyczajniej w świecie go przepisał jako swój.
Syn mój oczywiście zainterweniował, Pereira oczywiście się wszystkiego wyparł twierdząc, że to co się stało to zaledwie zbieg okoliczności, jeśli jednak idzie o mnie, to ja wiem swoje, czyli to, że Pereira to krótko mówiąc drobny cwaniak i kanciarz. Jednak, prawdę powiedziawszy, tu wcale nie chodzi wcale o Pereirę. On tu akurat jest nikim. To jest zaledwie jeszcze jeden odpowiednio pozbawiony wstydu kandydat do tak zwanego „pierwszego szeregu”, i jeśli różniący się w jakikolwiek sposób od innych, to tylko w ten, że jest pozbawiony jakichkolwiek szans na sukces, i to z tego prostego powodu, że go najpewniej nikt nie lubi. Po prostu. Nie chodzi więc o Pereirę. To co on odstawił wczoraj na Twitterze, a więc owa bezczelna i bezwstydna kradzież, to zaledwie część większego, bardziej powszechnego zjawiska. Pisałem wcześniej o tym, że prowadzę tego bloga od ośmiu lat i naprawdę wiele przeżyłem. Wśród owych doświadczeń jest i to, że tak zwani „profesjonalni dziennikarze” cały swój zawodowy wysiłek ograniczają wyłącznie do siedzenia od rana do wieczora w Internecie i wyłapywania co ciekawszych pomysłów z cudzych blogów. Jak mówię, za mną osiem lat blogerskiej działalności i ja nie jestem w stanie nawet policzyć, ile razy owi „profesjonaliści” zarobili na moich pomysłach. I proszę mi uwierzyć, jeśli ja dziś wspominam tego durnia Pereirę, to nie dlatego, że on tu jest kimś specjalnym. Nie. On jest w najlepszym dla siebie wypadku najbardziej z nich bezczelny. Każdy z tych, którzy zdecydowali się skorzystać z cudzych pomysłów i sprzedać, jako swoje, coś jednak do tego włożył. Pereira wali prosto między oczy, a potem robi głupią minę i pyta: „Aosochozi?”
Ktoś mnie pewnie zapyta, co ja się uparłem, by znęcać się nad kimś tak małym? A cóż to za problem, że z Pereiry jest smutny, tani złodziej? Kogo obchodzi Pereira? Otóż – i to już tez powiedziałem wcześniej – nie chodzi o Pereirę. On jest zaledwie śrubką w maszynie, którą nazywamy „polską prawicą”. I to on o niej świadczy. To on będzie nam budował opinię. Nie Adam Szejnfeld, nie Waldemar Kuczyński, ale Pereira. Dlatego postuluję, by Pereirę tępić od rana do nocy. Bez litości i bez dyskusji. Tacy jak on są tu wyłącznie po to, by ten projekt zniszczyć i wystawić na pośmiewisko.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem coryllus.pl, gdzie są do kupienia moje książki w liczbie 6.