poniedziałek, 28 lutego 2011

O dziesięciu pchnięciach prosto w serce

Syn mój wyszukał w Internecie informację, że tygodnik Time Magazine opublikował wyniki jakiegoś bardziej dogłębnego sondażu, zatytułowanego Top Ten of Everything 2010, w którym przedstawia dziesięć najważniejszych wydarzeń w całej kupie wszelakich dziedzin naszego życia. A więc jest dziesięć najpiękniejszych zdjęć, dziesięć największych zbrodni, dziesięć politycznych gaf, a nawet dziesięć wydarzeń, które okazały się wcale nie tak ważne, jak wcześniej prognozowano. Są zatem w tej całej masie zdarzeń i rzeczy ważne i szokujące i straszne i śmieszne i mądre i głupie. Jest nawet filmik, gdzie jakiś reporter-amator filmuje podwójną tęczę, jaka wyrosła na jego niebie i płacze jak dziecko ze szczęścia. Bo prawdopodobnie dotychczas jedynie słyszał, że jest coś takiego jak tęcza, a tu proszę – od razu dwie.
Kiedy dowiedziałem się, że Time ogłosił te wyniki, od razu – i pomyślałem, że to wcale niekoniecznie musi być moją obsesją, ale że u wielu innych osob mogła pojawić się podobna myśl – przyszło mi do głowy, by sprawdzić, czy w jakiejkolwiek z narzucających się kategorii nie znalazła się przypadkiem katastrofa w Smoleńsku. Wydawałoby się, że coś takiego jak śmierć prezydenta i całej politycznej elity dużego europejskiego kraju w katastrofie lotniczej, powinno być zauważone na przykład w kategorii ‘Wydarzenia ze świata’. No ale ponieważ zdążyłem się przyzwyczaić do tego, że świat traktuje nas tak jak traktuje, brałem pod uwagę, że smoleńska katastrofa może trafić do grupy zdarzeń mniej ważnych, a nawet stosunkowo peryferyjnych. W grę więc wchodziły kategorie takie jak: ‘Wydarzenia niedocenione’, ‘Wydarzenia przecenione’, ‘pasjonujące momenty’, ‘zdjęcia’, czy ‘okładki magazynów’. Kategorię ’10 największych zbrodni’ skromnie odrzuciłem.
Proszę teraz sobie wyobrazić, że katastrofa, jakiej polski samolot uległ 10 kwietnia zeszłego roku w smoleńskiej mgle, katastrofa w której zginął nasz prezydent, jego żona, najważniejsi ministrowie, całe dowództwo polskiego – i natowskiego – wojska, katastrofa otoczona kontekstem tak niecodziennym i wyjątkowym, że trudno znaleźć coś tej wielkości w powojennej historii Europy i świata, zostało przez tygodnik Time całkowicie zlekceważone. Nie okazała się interesująca ani sama tragedia, ani liczba ofiar, ani funkcje, jakie poległe osoby pełniły przed śmiercią, ani nawet jedno choćby zdjęcie z tego wydarzenia. Nie znalazło się także na liście magazynu Time choćby jedno zdjęcie z pogrążonego w żałobie Krakowskiego Przedmieścia, czy z pogrzebu Prezydenta. Nic. Zero. 10 kwietnia 2010 roku i dni które nastąpiły po, w świadomości świata, w którym żyjemy, okazały się nic nie wartym, codziennym podmuchem kapryśnego losu.
Ktoś powie, że może ja sobie za dużo wyobrażam. Może każdego roku w świecie dzieją się dziesiątki rzeczy co najmniej tak samo istotnych dla przyszłości tego świata, jak katastrofa smoleńska, i nikt przecież nie zgłasza tu swoich pretensji. Bo wie, że nie wszystko co wzrusza nas, musi też wzruszać innych. No ale w tej sytuacji, popatrzmy na to, co się znalazło w głównej interesującej nas kategorii, a więc w „Wydarzeniach ze świata roku 2010”. Na pierwszym miejscu jest trzęsienie ziemi w Haiti. Dobra. Rozumiem. Dalej idą przecieki z Wiki. No dobra, niech będzie. Powodzie w Pakistanie. Górnicy z Chile. Skoro tak, zgoda. Ale mistrzostwa w piłce nożnej? Jakieś czerwone koszule w Tajlandii? Wojna narkotykowa w Meksyku? Kryzys finansowy w Europie? To wszystko jest ważniejsze od tego naszego biednego Smoleńska? Rozumiem, że tak. Tylko że to właśnie o to mi chodzi.
A może Time uznał, że śmierć polskiego prezydenta w być może zbrodniczym zamachu znajdzie się wśród najbardziej niedocenionych wydarzeń 2010 roku? Ależ skąd! Tam jest nawet gaz łupkowy, tyle że w Ameryce. Nie tu. No to w takim razie, może ktoś uznał, że tyle było zamieszania wokół tego Smoleńska, a tu pudło? I umieścił nas w części poświęconej największym bzdurom? Też nie. I myślę sobie, że może i dobrze, bo gdyby reporterzy magazynu Time uznali, że smoleńska mgła była większym głupstwem od ślubu córki byłego prezydenta Clintona, lub mniejszą bzdurą od szaleństwa na punkcie Justina Biebera, to już chyba byłoby lepiej, żeby nam powiedziano prosto w oczy i oficjalnie, że Polska to niemiecka prowincja i złożono nam w tej sprawie szczere gratulacje.
Patrzę na tę piękną, przygotowaną przez Time Magazine stronę, czytam o tych najróżniejszych wydarzeniach, od czasu do czasu mój syn zawoła mnie, żeby mi pokazać jakiś film, ilustrujący któreś z nich, taki jak ta podwójna tęcza i czuję się, jakbym dostał w łeb. I przypominam sobie, jak kiedyś dawno, dawno temu, kiedy jeszcze Lech Kaczyński żył i prowadził dla nas, tak dzielnie jak tylko potrafił, swoją politykę zagraniczną, tak by Polska była krajem szanowanym i traktowanym z powagą, wielu z nas rozumiało, że świat jest tak zbudowany, że wszystkie miejsca są już dawno pozajmowane. Że takie kraje jak Polska, Węgry, Czechy, Litwa, Łotwa, Estonia, Ukraina, Bułgaria, Rumunia, Gruzja – ale także nawet i Szwecja, Dania, czy Grecja – z punktu widzenia tego świata mają bardzo ograniczone prawa, żeby się o cokolwiek dopominać. A zatem, jedyne co możemy zrobić – ale też coś co na pewno powinniśmy robić – to pokazywać światu, że nawet jak mamy tak mało do powiedzenia globalnie, to nie ma powodu, żeby nami gardzić. Że mamy swoją dumę, swoją historię i swoje własne plany. Ale również, że możemy robić coś jeszcze: walczyć mianowicie o to, by jako największe z tych państw, o niezwykłej historii i o niepodważalnych zasługach dla dziejów tego miejsca, stać się przynajmniej liderem właśnie tu, na miejscu. A jeśli nawet i nie liderem, to przynajmniej ważnym, środkowoeuropejskim krajem, a nie wycieraczką dla francuskich i niemieckich butów. Po prostu.
Tymczasem miesiące, które minęły od smoleńskiej katastrofy, udowodniły nam dwie rzeczy. Że świat się naszą tragedią w ogóle nie przejął i że polskie władze zrobiły dokładnie wszystko, żeby temu światu pokazać, że postąpił jak najbardziej słusznie, i że gardzi nami jak najbardziej zrozumiale. Że jesteśmy tego świata pokornymi sługami i ta rola jest nam miła i prosimy o jeszcze. Oczywiście, podejmując najróżniejsze kroki, by jednak nasza krzywda została doceniona, przynajmniej my mieliśmy nadzieje, że może to wszystko jest jedynie kwestią czasu. Że jeśli tylko nasz krzyk będzie wystarczająco głośny, świat go jakoś usłyszy. Dziś, kiedy patrzę na wyniki tej zabawy, jaką dla całego świata zorganizował tygodnik Time, widzę, że nie ma już o czym mówić. To już koniec. Globalny porządek jest taki, że decyzje zapadają na poziomie oficjalnym i dopóki nie wybuchnie rewolucja, tak jak ostatnio w północnej Afryce, głosem społeczeństw nie przejmie się nikt. A kiedy ów oficjalny poziom jest opanowany przez zdrajców i gangsterów, dopóki pieniądze są zabezpieczone, wszystko się bezpiecznie utrzyma.
A zatem przed nami tylko rewolucja. Jest taka szansa, ze odbędzie się ona już za pół roku w sposób spokojny, demokratyczny, w powszechnych wyborach. Jeśli jednak nie, obawiam się, że będzie się musiała polać krew. I wtedy może się zdarzyć wszystko. A jedno na pewno. Świat usłyszy. Wtedy usłyszy. Może nawet trafimy do pierwszej dziesiątki czołowych międzynarodowych wydarzeń. Zaraz za Egiptem i Libią. A kto wie, czy również jakieś fajne zdjęcie nie trafi na pierwsze miejsce kategorii „Najlepsze zdjęcie”. Już je sobie wyobrażam. I choćby z tego względu mam apel do tych, co wiedzą. Nie majstrujcie przy tych wyborach. Tak będzie dla was lepiej. Choćby właśnie przez wzgląd na to zdjęcie.

niedziela, 27 lutego 2011

O zbrodni bezwstydnej

Parę razy ostatnio przyszło mi siebie i innych zadręczać pewnym bardzo szczególnym rodzajem zakłamania. Przejawia się ono systematycznie w wykpiwaniu przez System i jego przeróżne agendy czegoś, co powszechnie nazywa się ‘spiskową teorią dziejów’. Mówiąc o owej spiskowej teorii, mam na myśli nie mniej ni więcej, tylko to, jest na co dzień obecne w naszych myślach i rozmowach, gdy tylko zaczniemy się pochylać nad Polską i sytuacją, do jakiej została ona w ostatnich, powiedzmy, dwudziestu latach doprowadzona. Mówiąc natomiast o zakłamaniu, patrzę na tę bezczelność z jaką pokazuje się nam jednocześnie, jak to ta sama Polska jest opleciona niezbadaną pajęczyną ciemnych interesów ludzi, dla których nie liczy się ani jedna, ani druga, ani trzecia, ani tak naprawdę jakakolwiek władza. Pokazuje się nam to wszystko i z uniesionym w górę palcem, ostrzega się nas, byśmy uważali na każdy nasz ruch, każda myśl, każde słowo. Bo każda chwila może przynieść cios, spod którego się nie podniesiemy.
Mogliśmy ten proceder obserwować przez kilka ostatnich lat choćby w odniesieniu do tego, co swego czasu spotkało rodzinę Olewników. Według wszelkich obowiązujących teorii, Polska jest nowoczesnym, rozwijającym się europejskim krajem, w którym wszystkie służby sa pod pełną kontrolą sprawnego państwa, a której pozycja pozwala jej choćby pouczać co do standardów sąsiednią Białoruś. Oczywiście, to tu to tam, napotykamy na pewne trudności, które jednak natychmiast są opisywane przez czujne media i sukcesywnie regulowane przez odpowiednich urzędników, lub jak trzeba, to i nawet przez rząd. Nie ma więc najmniejszego powodu, by się jakoś bardziej niepokoić, a tym bardziej by traktować poważnie, lub wręcz tolerować, kasandryczne uwagi różnych tropicieli spisków. Tymczasem nie ma praktycznie tygodnia, by niemal równocześnie z tym przekazem pojawiał się inny: że oto gdzieś ktoś w niewyjaśnionych okolicznościach wpadł pod rozpędzonego TIR-a, albo się powiesił w celi, albo wreszcie chce nam powiedzieć parę słów, tyle że z jednym zastrzeżeniem – że jego twarz, głos i miejsce pobytu zostaną skutecznie ukryte. Bo strach jest taki, że ani pan policjant, ani pan prokurator, ani pani sędzia, ani nawet pan prezydent nie są w stanie się wobec niego zachować.
I to właśnie jest owo zakłamanie i owa bezczelność, która mi nie daje spokoju, bo ten rodzaj dysonansu właściwie jest już niemal tożsamy z tym, co nam opisał Orwell w swojej słynnej powieści. Gdzie wszystko jest piękne, prawdziwe i z jasną przyszłością, a jakiekolwiek plotki o tym, że istnieje jakakolwiek druga, równie realna, przestrzeń są bzdurą w ustach jakichś niezrównoważonych wariatów. Tyle że przy okazji z każdej strony temu czystemu obrazowi towarzyszy jedna stała zapowiedź: I dziś, tak jak wczoraj, nie zaśniesz w spokoju. Ciężko to znieść.
I w tym wszystkim, zupełnie niepostrzeżenie, pojawiło się coś, wprawdzie nie tak oczywistego i nie tak barwnego, ale pod pewnymi względami może jeszcze bardziej skandalicznego. Kiedy ukazał się nowy tygodnik wydawany prze grupę skumplowanych ze sobą redaktorów Rzeczpospolitej, ze względów w które tu nie mam ochoty wchodzić, a które już wyjaśniłem na swoim blogu, nie znalazłem najmniejszego powodu, żeby kupować to pismo, ani nawet czytać zamieszczane tam teksty. I oto wczoraj nagle, oczywiście przez Internet – niedługo wszystko będzie do nas dochodziło przez Internet – dowiedziałem się, że ktoś z nich przeprowadził wywiad z Grzegorzem Schetyną i podczas owej rozmowy doszło do następującej wymiany. Najpierw Schetyna zakomunikował, że jego zdaniem polityczna mobilizacja po stronie elektoratu Platformy – czy może lepiej, przeciwników PiS-u – uległa wyraźnemu osłabieniu, a za moment, na pytanie naszych wywiadowców, czy to znaczy, że trzeba będzie odnowić wojnę, odpowiedział szczerze jak dziecko, że wojna już nie wystarczy. Dokładne słowa Schetyny zabrzmiały następująco: „Dziś się nie uda. Wojna to za mało, by znowu wygrać.”
Oczywiście – i to jest jeden z powodów, dla którego wolę czytać cokolwiek, niż wydawać jakieś złotówki na projekty z gruntu fałszywe – dziennikarze tygodnika Rzeczypospolitej, ani nie pociągnęli tego tematu, ani, co gorsze, nawet prawdopodobnie nie zwrócili uwagi na to, że w ogóle cokolwiek ciekawego się stało. Myślę sobie, że za tym nie stoi zła wola, lecz zwykłe i stare jak świat zjawisko, polegające na tym, że człowiek przyzwyczaja się do zła i po pewnym czasie nawet zaczyna je traktować jako część uznanej rzeczywistości. Panowie redaktorzy świetnie wiedzą, że degenerująca, i, w efekcie, tak naprawdę rujnująca nasze życie publiczne – zwał jak zwał – wojna czy nienawiść, to część bardzo starannie zaplanowanej politycznej akcji promocyjnej na rzecz Platformy Obywatelskiej. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że całe to popularne gadanie o tym, że to PiS rozpoczął tę wojnę, to propagandowe kłamstwo na rzecz utrzymania władzy, i że za niechęć, jaką jest kierowana z poważnej strony społeczeństwa przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a wcześniej jeszcze przeciwko jego bratu, odpowiadają ludzie wspierający Platformę od tak zwanej strony eksperckiej. Wiedzą, że to nieprawda, że – jak to bardzo zabawnie definiują reżimowi komentatorzy – bez PiS-u Platforma by nie istniała, natomiast prawdą jest, że Platforma by nie istniała bez tego kłamstwa. I wreszcie, że bez tego kłamstwa, dziś żyłby nie tylko Lech Kaczyński, ale wielu innych biednych, Bogu ducha winnych ludzi.
Dlaczego więc tego nie mówią? Dlaczego nie biją w dzwony? Dlaczego wreszcie, w ramach swoich zwykłych dziennikarskich obowiązków, nie zapytają Grzegorza Schetyny, o jakiej to on wojnie mówi, i w jaki sposób ta wojna nagle miała przez tyle lat służyć jego kolegom i jego politycznej karierze? Ktoś powie, że za tym stoi ich perfidia i uwikłania. Że oni nigdy nie powiedzą więcej niż można. Z tym jednak się nie zgodzę. Oni nie są złośliwymi kłamcami. Uważam że za tym, tak jak wcześniej napisałem, nie stoi jakaś parszywa natura tych ludzi, lecz zalediwe lenistwo, głupota i przyzwyczajenie.
Problem natomiast z nami pozostaje. Otóż, jak się dowiadujemy, Grzegorz Schetyna praktycznie oficjalnie przyznaje, że upadek, do którego zostało doprowadzone polskie społeczeństwo, a który przejawia się już nawet nie tylko w tym, że giną ludzie, ale że podzielone są rodziny, że dzieci źle myślą o swoich rodzicach, rodzice o dzieciach, brat o bracie, że ludzie nie są w stanie ze sobą normalnie rozmawiać, to zaplanowana na rzecz politycznej kampanii akcja. Grzegorz Schetyna, człowiek który był przy tej tak naprawdę zbrodni od początku, mówi zupełnie otwarcie, że on i jego koledzy odnieśli polityczny, osobisty i zawodowy sukces dzięki wojnie i dzięki nienawiści. Wojnie przeciwko społeczeństwu i nienawiści do zwykłych, mieszkających obok na ludzi.
Oczywiście, wielu z nas – nie tylko paru pokręconych moralnie dziennikarzy – świetnie sobie zawsze z tego faktu zdawało sprawę. Wiedzieliśmy, że ani Lech Kaczyński, ani Jarosław Kaczyński, ani Beata Kempa, ani Zbigniew Ziobro, Joachim Brudziński – można wymieniać w nieskończoność, nie zapominając też o tych, którym winy zostały już darowane – ale też Prawo i Sprawiedliwość jako partia i ludzie ją wspierający, nie są intruzami, których prawa należy maksymalnie ograniczyć, a jeśli się to nie uda, to stworzyć wokół nich taką atmosferę szyderstwa i pogardy, która ich ostatecznie publicznie zabije. Wiedzieliśmy, że to jest tylko czarny plan, w którym nic się nie liczy. Ani człowiek, ani rodzina, ani życie, ani nawet państwo. Tylko władza. Wiedzieliśmy to i nad tym płakaliśmy. A kiedy z przeciwnej strony dochodziła do nas wciąż ta sama informacja, że ich ręce i sumienia są czyste, że tak naprawdę oni się bronią przed bezwzględną nienawiścią, i starają się budować wspólne dobro, pozostawaliśmy już tylko ze swoją porażoną bezradnością.
I oto dziś przychodzi do nas Grzegorz Schetyna i rzuca nam wręcz od niechcenia, jak jakiś nicnieznaczący ochłap, informację, że tak, owszem, to była wojna, którą oni skutecznie prowadzili przez lata, ale niestety ostatnio coś się zaczyna kruszyć. I jemu też naturalnie – prawdopodobnie tak samo jak dziennikarzom ze stajni Lisickiego – nawet do głowy nie przyjdzie, że on kładzie głowę pod topór. Mówię „prawdopodobnie”, bo jest jeszcze jedna możliwość: on jest tak głupi i bezczelny, że doszedł do wniosku, że można gadać wszystko i że papier to wszystko świetnie wchłonie. Lub jeszcze coś: On wie, że to co mówi, jest głupie i bezczelne, ale jest już do tego stopnia zaczadzony tą pogardą do człowieka, że już się nawet nie zastanawia nad słowami.
Oczywiście Karnowscy – w końcu jednak musiało paść to nazwisko – wiedzą tyle ile wiedzą, myślą tyle ile myślą i przejmują się tyle ile się przejmują, ale my wciąż stoimy. I wszystko słyszymy, wszystko widzimy i nie zapominamy jednego słowa i jednego gestu. I nie będziemy udawać, że jest lekko. Że ta agresja nas nie dotyka i że do wszystkiego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Nie będziemy twierdzić, że to iż Grzegorz Schetyna tak otwarcie i nie do końca zrozumiale, przyznał się do tego, że jego środowisko polityczne, jedynie dla utrzymania władzy, przez minione 5 lat doprowadziło Polskę do moralnego koszmaru, nas cieszy. Ta satysfakcja wcale nie jest ciepła i miękka w dotyku. Wręcz przeciwnie – jest szorstka i zimna jak śmierć. Stoimy na samym środku kompletnie zrujnowanego społeczeństwa, otoczeni całą sforą obłąkanych, plujących nienawiścią nieszczęśników, których tak naprawdę jedyną winą było to, że dali się tak naiwnie nabrać bandzie ruskich kanciarzy. A w tym nie ma nic satysfakcjonującego. Nawet jeśli już wiemy na pewno, że od początku znaliśmy prawdę.
Natomiast z tego co się stało, mamy co najmniej trzy oczywiste korzyści. Ta bezczelność będzie jeszcze długo podtrzymywać nasz gniew, a on nam z całą pewnością jeszcze nie raz się przyda. Również dobrze jest wiedzieć, że oni słabną. Zarówno fizycznie jak i moralnie. No i trzecia rzecz: Pogłoski, jakie kiedyś wokół nas krążyły, a następnie jakoś zostały przez nowe czasy przykryte szarym kurzem, że nienawiść jest nienaturalna, a więc człowiekowi obca, a więc skazana na ostateczną klęskę, były jak najbardziej prawdziwe. Zgodne z prawdą. Nienawiść naprawdę jest nędzna i bezużyteczna. I dla tej wiedzy, warto było nawet przeczytać wywiad braci Karnowskich z Grzegorzem Schetyną w tygodniku Uważam Rze.

Tekst został wcześniej opublikowany w Warszawskiej Gazecie.

sobota, 26 lutego 2011

O księżniczkach na postkomunistycznym śmietnisku

Ile razy przychodzi mi wracać do starych wpisów z tego bloga, czuję się nie za dobrze. Głównie chodzi mi o to, że nie chcę, by ktoś pomyślał, że idę w kierunku czegoś, co niektórzy nazywają odcinaniem kuponów. Mam też przy tym poczucie, że większość tych, którzy tu bywają – bywają nie po to, by czytać wciąż to samo. Mimo to, raz na jakiś czas, istotnie pozwalam sobie na przypominanie starych wpisów. Czemu więc to robię? Otóż zawsze stoi za tym przekonanie, że coś co było naszym zmartwieniem już kiedyś, wiele miesięcy temu, wraca dokładnie w tej samej postaci i nagle okazuje się, że wciąż wymaga komentarza. Wymaga tego komentarza naprawdę bardzo, a ja nie chcę milczeć, ale też nie mam aż takiego talentu, by w odniesieniu do jednego problemu stworzyć dwa osobne, niepowtarzające się komentarze. I wtedy wracam do owej starej, tak mocnej i dźwięczącej, na jaką mnie wówczas było stać, refleksji i ją przedstawiam raz jeszcze, starając się jedynie – jeśli tylko mi jakaś świeża myśl przyjdzie do głowy – ją odpowiednio uzupełnić. Lub przyciąć. By była może jeszcze bardziej intensywna.
Dziś znów znalazłem się w tej sytuacji, że coś co wydawało się już dawno załatwione, wyjaśnione i rozstrzygnięte, powraca, a ci, którzy – jak można było wierzyć – mieli dość czasu, by swoje opinie zweryfikować, żyją starymi uprzedzeniami i oczywiście brną, brną i brną. Chodzi mianowicie o Martę Kaczyńską i jej prawo do bycia nie tylko córką swego ojca, ale kimś, kto w naturalny sposób ma prawo – czy, ktoś może nawet powiedzieć, obowiązek – kontynuowania jego dzieła. Nie pozwolono jej tego zrobić wiosną zeszłego roku, kazano jej milczeć i zniknąć – wbrew czemuś, co można by nazwać naturalnym porządkiem rzeczy – i nagle dziś, znów pojawia się te dziwaczne żądanie: żeby ona akurat siedziała cicho. Tym razem z ust samego Jacka Kurskiego. Nie my. Ona. My możemy sobie szaleć. A ona najlepiej niech założy jakąś fundację i zajmuje się chorymi dziećmi. Tak. Najlepiej dziećmi.
A zatem, proszę łaskawie posłuchać raz jeszcze. I, jeśli ktoś uważa, że się mylę, to chętnie się posprzeczam.
Pisałem na swoim blogu parę razy o Richardzie Nixonie, nie jako o nieudaczniku i kłamcy, lecz o jednym z największych amerykańskich prezydentów, zniszczonym przez czasy, w których przyszło mu działać. W wywiadzie, który miałem okazję czytać, Nixon dumając nad swoją polityczną karierą, mówi tak:
Nie wszyscy możemy być prezydentami Stanów Zjednoczonych. Nie każdy z nas może być prezesem General Motors. Jak to się dzieje? Częściowo to kwestia szczęścia. Choć bardziej byłbym skłonny przypuszczać, że większe znaczenie ma korzystanie z możliwości. Przede wszystkim, w polityce trzeba być gotowym do podejmowania wielkiego ryzyka. Trzeba bardzo ryzykować. Kiedy patrzę w przeszłość, przypominam sobie wielu bardzo zdolnych, bardzo inteligentnych, bardzo charyzmatycznych ludzi, którzy zatrzymali się w Kongresie. Którzy nigdy nie doszli do Senatu. Nigdy nie zostali gubernatorami. Którzy zatrzymali się na tym poziomie. Ponieważ nie chcieli zaryzykować bezpiecznej posady. A kiedy człowiek zaczyna myśleć zbyt wiele o swoim bezpieczeństwie, nigdy nie odniesie pełnego sukcesu. Trzeba bardzo ryzykować i nawet przegrać, kiedy jest taka konieczność. A można przegrać i dwa razy, i trzy, ale należy wciąż wracać. W tym cała tajemnica”.
Uważam, że jednym z największych nieszczęść komunizmu było to, że zabił on w ludziach naturalną dążność do osiągania sukcesu. Ale nie tylko. Komunizm sprawił, że jeśli ktoś osiągał sukces, zostawał dyrektorem, prezesem, czy premierem, to za tym bardzo często nie stała ani praca, ani ambicja, ani zdolności, ale wręcz przeciwnie – ich brak i ich kompletna zbędność. I oczywiście, ci sami ludzie, społecznie funkcjonowali nie jako ktoś godny szacunku i naśladowania, lecz jako najgorszy typ ludzkiego upadku. Wydaje mi się, że to stąd właśnie, jeszcze dziś tak wielu z nas gardzi nie tylko urzędnikami, nauczycielami, lekarzami, sędziami, politykami, nie tylko posłami, premierami, prezydentami, ale wręcz Polskim Państwem. I to niezależnie od tego, czy wielu z nich na tę pogardę zasługuje, czy nie, i niezależnie od tego, czy Polska nam dała więcej powodów, by ją kochać, czy by z niej szydzić.
A więc nie mamy szacunku do Polskiego Państwa, bo uważamy je za zjawisko przypadkowe. Uważamy, że są ludzie zdolni i mało zdolni, i że niektórzy z nich mają kompetencje, a inni nie mają, a co z tego wyniknie, to wyłącznie kwestia przypadku. I to jest oczywiście bardzo niedobre. Raz, dlatego że prowadzi do przekonania, że tak naprawdę nie ma nic poza z jednej strony kompetencjami, a więc techniką, i z drugiej strony przypadkiem. Z tego punktu widzenia, to że wspomniany wyżej Richard Nixon został prezydentem Stanów Zjednoczonych wyłącznie przez to, że był kompetentny, albo został tam awansowany przez swoich kumpli, lub rodzinę. Z tego punktu widzenia, wszystko to co opowiada Nixon, a więc ta gotowość do podejmowania ryzyka, upór, i to coś jeszcze, czego już nie sposób nazwać, jest kompletnie bez znaczenia. Nixon bowiem został prezydentem Stanów Zjednoczonych, bo się dobrze uczył na studiach, albo był wyjątkowym sukinsynem, a takim zawsze łatwiej. A zatem, jest wręcz niemożliwe, żeby on awansował tak wysoko, bo był na przykład jakoś tam dotknięty palcem Boga. I ten typ myślenia uważam za bardzo przykre dziedzictwo bolszewickiej Polski.
Też tu na naszym blogu, tyle że ledwo wczoraj, napisałem tekst o Marcinie Dubieneckim i próbach Systemu, by go zniszczyć, ale też przy o okazji, pojawił się naturalnie temat Marty Kaczyńskiej i tego, jak to ten sam System uniemożliwia – choćby z wypowiedzi Jacka Kurskiego, o której już wcześniej wspomniałem, wynika, jak skutecznie – jej całkowicie naturalną działalność publiczną. Efekt tego, w znacznym stopniu sprowadził się do tego, że jeden z naszych przyjaciół Traube się z nami pożegnał, a wielu innych wzruszyło ramionami. A zatem, jak to się stało, że ten atak skończył się takim powodzeniem? Otóż uważam, że nie bez znaczenia było to, że duża część opinii publicznej bardzo chętnie przyjęła optykę podpowiedzianą przez mainstream i uznała, że taka Marta Kaczyńska nie może być osobą o jakiś szczególnych predyspozycjach, talentach, czy charyzmie, ale kimś kompletnie byle jakim – w najlepszym wypadku kimś takim jak my – kto tylko chce wyskoczyć w górę na śmierci swojego ojca. Który sam przecież, też nie był w niczym lepszy od nas.
Teraz staje się oczywiste, że na tym tle, Marta Kaczyńska, jeśli tylko wspomina o swoim możliwym uczestnictwie w polityce, zachowuje się po prostu bezczelnie. Z perspektywy post-sowieckiego umysłu, to że jej ojcem był człowiek, który w powszechnych wyborach został wybrany prezydentem państwa, nie ma żadnego znaczenia. To że ona ma ambicje polityczne i potrzebę działalności publicznej dla dobra ogółu, z tej perspektywy, jest co najmniej szwindlem. Prawdziwy obywatel nie może dopuścić do tego rodzaju skandalu. Marta Kaczyńska, jeśli chce być sławna, a oczywiście do tego ma prawo, niech występuje w Tańcu z Gwiazdami, lub prowadzi program w TVN Style. A jeśli chce chodzić do pracy, niech aplikuje, i może przyjmą ją jako wicenaczelną do magazynu ‘Pani’.
24 maja 1837 roku Alexandrina Victoria – znana powszechnie jako Królowa Wiktoria – ukończyła 18 lat. Niecały miesiąc później 20 czerwca, została obudzona przez matkę, która poinformowała ją, że o 2.12 nad ranem, zmarł w wieku 72 lat król Wilhelm IV, i że tym samym Victoria została królową Wielkiej Brytanii. Proszę to sobie uświadomić. Ona miała zaledwie 18. Bywało różnie, ale domyślam się, że pewnie nie była dzieckiem szczególnie głupim. Możliwe bardzo, że wręcz przeciwnie – była osobą bardzo wybitną. Zapewne też była starannie wykształcona i bardzo dobrze ułożona. Ale fakt jest faktem – miała zaledwie 18 lat i została królową, ponieważ… no właśnie, dlaczego? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością nie dlatego, że miała do bycia królową formalne do tego kompetencje. Można też być pewnym, że tą królową być chciała. No i nią została. Na długo i bardzo, jak wiemy, skutecznie.
Ktoś mi powie, że to moje porównanie jest równie bezczelne, jak ewentualna chęć Marty Kaczyńskiej kontynuowania dzieła ojca. Może tak. Nie będę się upierał. Może i ja jestem bezczelny. Mam jednak przy tym całkowitą pewność, że gdyby XIX-wieczna Anglia była w tym intelektualnym stanie, co dzisiejsza Polska, Victoria nie zostałaby ani królową Wielkiej Brytanii, ani nawet Cesarzową Indii, ale w najlepszym wypadku siedziałaby w domu i pisała wiersze. Natomiast na tron skierowano by jakiś autorytet. Najlepiej staruszka po siedemdziesiątce, z lewą profesurą i postępującym szaleństwem.

A więc walczymy w cieniu

Nie trzeba być szczególnie bystrym obserwatorem ruchów w naszej publicznej przestrzeni, by zauważyć, że ostatnie dni przyniosły nową falę ataków – i to chyba w nasileniu dawno niespotykanym – na obóz Prawa i Sprawiedliwości, w postaci głównie oczywiście Jarosława Kaczynskiego. Ponieważ owa fala nie płynie z jednego kierunku, czyli na przykład ze strony telewizji TVN24, czy Onetu, czy Gazety Wyborczej, lecz właściwie z każdego możliwego miejsca, i w dodatku chyba po raz pierwszy nie przejmuje się już kompletnie nawet pozorami prawdomówności, należy przyjąć za bardzo prawdopodobną opcję, że doszło do uderzenia zorganizowanego.
Nowy program Tomasza Sekielskiego ‘Czarno na białym’ – po paru pierwszych gestach osłaniających – jest już w praktyce, nie tylko estetycznie, ale również co do metody, czystym powtórzeniem starych PRL-owskich programów typu ‘Sensacje XX wieku’, i stanowi głównie najbardziej bezczelną maszynkę do plucia na Prawo i Sprawiedliwość i jego polityków. Doszło do tego, że parę dni temu jednym z tematów audycji była analiza – oczywiście bardzo czarna – co spotka Polskę, jeśli najbliższe wybory parlamentarne wygra PiS. Po prostu. Punkt po punkcie, przedstawiony został upadek każdej kolejnej dziedziny naszego życia, jeśli tylko PiS wygra wybory. Bez żadnego kontekstu, bez powodu, całkowicie poza bieżącymi tematami. Od tak. Żeby białe było białe, a czarne – czarne. W pewnym momencie nawet doszło do tego, że kiedy red. Sekielski nagle zaczął coś wspominać o pustych obietnicach Napieralskiego, to na ekranie i tak widzieliśmy Jarosława Kaczyńskiego, a informacja szła taka, że politycy przed wyborami kłamią.
Dziś dostałem od Orange informację, że adwokat rodzin zabitych w Smoleńsku pilotów powiedział, że jednak były naciski, by lądować. Ponieważ byłem ciekawy, co to za adwokat i czy to przypadkiem nie ten dziwny typ, który od czasu do czasu przychodzi do TVN-u, żeby zakomunikować, że on osobiście nic nie wie i w sumie niczym się nie interesuje, ale ponieważ Rosjanie coś powiedzieli, to pewnie tak jest, pomyślałem, że zajrzę na Onet i sobie sprawdzę. No i okazało się, że tam akurat nic na ten temat nie ma, natomiast jest informacja podana za Gazetą Wyborczą, że gen. Błasik jednak zrobił kpt. Protasiukowi karczemną awanturę na lotnisku. I że wreszcie udało się znaleźć świadka, który to potwierdza.
Cała notka na ten temat jest kuriozalna w sposób wręcz zachwycający. Otóż najpierw pojawia się informacja, że „jest świadek” i że ów świadek „potwierdza”. Ponieważ z dalszych informacji wynika, że innych, poza tym jednym, świadków nie ma, to można by się było zapytać, co on, poza swoimi słowami, może potwierdzać. No ale niech Onetowi będzie. Jest i potwierdza. Tyle że dalej dowiadujemy się, że podobno awanturę słyszał pewien chorąży z BOR-u, natomiast o tym, że on podobno słyszał, Gazeta Wyborcza, a za nią Onet, nie wiedzą od niego, ale od innego oficera BOR-u, który pełni funkcję tajnego informatora Gazety. Jeszcze później, dowiadujemy się, że sam chorąży nie chce tego co mówi tajny informator potwierdzić, bo podobno już raz zeznawał i nic na temat awantury nie powiedział. Jednak – i to już jest informacja końcowa – prokurator może go wezwać ponownie, jeśli nabierze podejrzeń, że jednak awantura była. Ach! No i jeszcze jedno – choć o tym już było – Gazeta przyznaje, że innych świadków awantury nie ma. Jaki jest tytuł informacji Onetu? „Świadek potwierdza: Gen. Błasik zwymyślał kapitana TU-154” Cała prawda całą dobę, a czarne jest czarne. Jak najbardziej.
Dalej idzie informacja kolejna: "PiS może znowu zawładnąć telewizją publiczną”. O co chodzi tym razem? Okazuje się, że dwaj związani z Prawem i Sprawiedliwością prezesi Orzeł i Terlikowski – Onet pisze raz „Terlikowski”, a innym razem, zapewne dla lepszego efektu, „Tejkowski” – kiedy Platforma z komunistami przejmowała media, nie zostali z telewizji wywaleni, lecz zaledwie na trzy miesiące zawieszeni. No i, nagle przypomniano sobie, że w poniedziałek oni wracają do pracy. Wprawdzie, jak informuje Gazeta Wyborcza (jak najbardziej!), oni wracają w poniedziałek rano, ale już tego samego dnia Rada Nadzorcza ich znów ma ochotę zawiesić, ale strach i tak już jest wielki. Dlaczego nie zwolnić w ogóle, ale znów zawiesić, tego Onet nie wyjaśnia, bo ważniejsze jest co innego: „Jak donosi Gazeta, na Woronicza rozważany jest najczarniejszy scenariusz: Orzeł i Tejkowski wracają w poniedziałek rano i przejmują władzę w telewizji publicznej. Autorka artykułu w "GW", Agnieszka Kublik, pisze, że w gdyby ten scenariusz się ziścił, to na antenę prawdopodobnie wróciłby programy prowadzone przez dziennikarzy i publicystów prawicowych: "Warto rozmawiać" Jana Pospieszalskiego, "Misja specjalna" Anity Gargas i "Bronisław Wildstein przedstawia".
No no! A to dopiero się będzie działo! To dopiero jest scenariusz! I jakiż on czarny! Już teraz. A jaki będzie czarny, kiedy się „ziści”? Lepiej nie myśleć. Pospieszalski, Gargas i Wildstein wjadą z powrotem do telewizyjnego studia czarną wołgą, gdzie za kierownicą będzie siedział sam… kto? TEJKOWSKI. SAM ON. Aaaaaaaaaaaaaaaa!!!
A więc tak to się robi w Chicago. Gdyby ktoś nie wiedział.
To same wydanie Onetu. Ta sama główna strona. Ten sam zestaw informacji. I tytuł: „Nieznana słabość braci Kaczyńskich”. No pięknie. To już pewnie po nas. Zaraz będzie jakaś wódeczka, albo panienki, czy nawet coś pod nosek, jak u niegdysiejszego senatora Piesiewicza. Otóż nie. Chodzi o książki. Ta słabość, o której dotychczas nie wiedzieliśmy, to to, że Kaczyńscy lubili czytać książki. To znaczy, to akurat wiedzieliśmy, tylko że podobno Lech Kaczyński najbardziej z książek lubił Czarodziejską górę, a Jarosław – Sienkiewicza. Znaczy nie. Wróć. To też akurat nie było nieznane. To wiedzieliśmy. Ale okazuje się – i to wreszcie jest ta rewelacja – że Donald Tusk, wbrew temu co opowiada, bardzo lubi czytać tanie kryminały, i to jest ta nieznana słabość braci Kaczyńskich. Co gorsza, on w ogóle lubi czytać jakąś podłą literaturę i choć jego współpracownicy stają na głowie, żeby mu coś wrzucić poważnego, jak „Pascala Quignarda”, lub „nowe wydanie "Mów" Ajschinesa, albo tłumaczenia komedii Plauta wolne od wiktoriańskiej cenzury” – on wciąż się czepia thrillerów.
No pięknie! A to Kaczory! I patrz pan, jak oni to długo skrywali przed opinią publiczną. Dobrze, cholewcia, że mamy ten Onet. Żaden z nich nie ukryje się przed czujnymi dziennikarzami ze swoimi słabościami.
Czy jest jakaś ogólna refleksja wynikająca z całości materiału? Jak najbardziej. Chodzi o to, że „specjalista od marketingu politycznego dr Wojciech Jabłoński radzi politykom, by przesadnie nie epatowali swoimi zainteresowaniami literackimi. – Większość wyborców w ogóle nie wie, jak wygląda książka – zaznacza. – Przechwalanie się lekturami może doprowadzić do sytuacji, w której elektorat poczuje się wyalienowany, a polityk zacznie być traktowany z przymrużeniem oka. Spotkało to Ludwika Dorna, który z pamięci przytaczał w Sejmie obszerne cytaty z Thomasa S. Eliota”.
No i po refleksji jest też nauka. Otóż, jak powiada Onet: „Wygląda na to, że tych porad trzyma się prezydent Bronisław Komorowski, który niewiele mówi publicznie na temat przeczytanych książek”.
I oto chodzi, proszę państwa. Bronisław Komorowski. To jest men! Oto postać! Skromny, oczytany, znający umiar pan prezydent. Nasz prezydent. I pani Dziadzia. Tak to jest. I tak ma być. I to powinniśmy zapamiętać. Bronisław Komorowski z Małżonką.
Ale że te Kaczory! To ciekawe. Dobrze, że Onet ujawnił sprawę. W końcu niedługo wybory i trzeba ludzi informować. Bez informacji nie ma demokracji. Człowiek musi wiedzieć, jak jest. Nie chcemy tu żadnej Białorusi. Ani innych Węgier, czy co to tam oni gadają.

piątek, 25 lutego 2011

Zabić Dubienieckiego? W życiu! Jesteście za głupi.

Atak, jaki mainstream skierował w stronę męża Marty Kaczyńskiej jest w pewnym sensie zrozumiały, a z drugiej strony jego gwałtowność może zaskakiwać nawet tych, którzy zdążyli się przyzwyczaić do najgorszych ekscesów. Dlaczego uważam, że to co oni wyprawiają, jest zrozumiale? Otóż jest ku temu kilka powodów. Prawdopodobnie nikt tak jednoznacznie jak Dubienecki nie wypowiada się na tematy, które dziś rządzą naszymi emocjami, a ta jednoznaczność idzie całkowicie w przeciwnym kierunku od popularnych oczekiwań. O ile się nie mylę, to właśnie on, jako pierwszy z pierwszego szeregu osób, których zdanie się liczy, zakomunikował wyraźnie, że prezydent Kaczyński mógł zostać zamordowany. Drugi powód jest bezpośrednio związany ze sposobem, w jaki Dubienecki swoje opinie formułuje. On w żaden sposób nie jest przy tym ani miły, ani firmowo nieśmiały, ani nawet demonstracyjnie pogrążony w żałobie. Krótko mówiąc, Dubienecki, kiedy rozmawia z dziennikarzami pokazuje każdym swoim gestem, że uważa się od nich pod każdym względem lepszy. Coś takiego mniej więcej, jak stryj jego żony, tyle że ten akurat – przynajmniej moim zdaniem – jest sympatyczny. Dubienecki nie ma nawet tego.
Jest jednak jeszcze coś, co – jak sądzę – wzbudziło po stronie Systemu tak wielką chęć zniszczenia Dubieneckiego, a przy okazji, relacji na linii Jarosław, Marta i rodzina Marty. Chodzi, jak zwykle, o samego Jarosława Kaczyńskiego. To on jest tu celem, a sam Dubienecki znalazł się tu w pewnym sensie przypadkiem. System uznał, ze skoro Jaroslaw Kaczyński jakoś się pozbierał po katastrofie, a także po przegranych tak niefortunnie wyborach, i robi wrażenie silnego, jak nigdy dotąd, należy go zaatakować od strony rodziny, a więc czegoś, co w gruncie rzeczy jest ostatnią rzeczą, jaka mu praktycznie pozostała. Ktoś powie, że tego typu akcja to wyjątkowe skurwysyństwo. No, ale czemu nie? W końcu mamy do czynienia z ludźmi, kotrzy już w kwietniu minionego roku pokazali, że stać ich na wszystko. Dosłownie na wszystko. Jeśli potrafią rodziny mordować, to czemu mają ich nie rozbijać?
A więc jedni powiedzą, że tak się przecież nie godzi, ale z całą pewnością pojawią się też inni, którzy ogłoszą, że Dubienecki sam jest sobie winny, bo gada, co mu ślina na język przyniesie, i w dodatku z tą śliną też ma kłopoty. I, muszę przyznać, że tę opinię trochę rozumiem, z tego względu, ze nawet moje dzieci – których raczej nie podejrzewam o szczególną naiwność, czy brak czujności – dały się tu nabrać, właśnie jak dzieci. To od nich mianowicie po raz pierwszy dowiedziałem się, że Dubienecki zrobił z siebie osła, mówiąc w wywiadzie dla Onetu, że Marta Kaczyńska ma mieć pierwsze miejsce na liście, bo ona jest tu szefem i nawet sam Jarosław nie ma tu nic do gadania. Przeczytałem oczywiście tę rozmowę, i – oczywiście, tak jak to zawsze bywa – okazało się, że owszem, wszystko to prawda, tyle że nie to, nie tak i nie w ten sposób. Przede wszystkim Dubienecki w swojej wypowiedzi dla Onetu nie powiedział, że Marta Kaczyńska chce startować w wyborach i że w związku z tym oczekuje pierwszego miejsca na liście, lecz – odpowiadając na pytanie – stwierdził fakt oczywisty: że JEŚLI jego żona ma zostać kandydatem w wyborach, to pierwsze miejsce jest faktem. Przepraszam bardzo, a gdzie tu jest jakakolwiek nieprawda? Czy ktokolwiek jest w sobie w stanie wyobrazić, że ona startuje do Sejmu z list PiS-u, i znajduje się za jakąś Szczypińską, czy nawet za Kurskim? Przecież to byłby kompletny absurd. I to wcale nie dlatego, że jako bratanica Prezesa, ma lepszą sytuację, ale z tej prostej przyczyny, że jest córką Lecha Kaczyńskiego, prawdopodobnie zamordowanego przez złych ludzi 10 kwietnia w Smoleńsku. A to jest powód wystarczający. I jej relacje ze stryjem nie mają tu nic do rzeczy.
A zatem, to jest jedna część wypowiedzi Dubieneckiego. Druga natomiast to ta, że on się wpycha do interesu. I to jest też nieprawda. Przede wszystkim, gdyby komuś się chciało czytać z minimalną uwagą i ze zrozumieniem, to by wiedział, że przede wszystkim Dubienecki, jeśli mówi o swojej politycznej karierze, to wcale nie wskazuje bezpośrednio na PiS, ale wspomina coś o ewentualnym swoim własnym projekcie. To jest zapisane. Można to sprawdzić. Natomiast, jak już idzie o sam PiS, to wyraźnie mówi – i to też można sprawdzić – że to iż on jest mężem Marty i zięciem zmarłego Prezydenta, nie stanowi jakiegokolwiek powodu, by władze PiS-u miały go traktować wyjątkowo. Ale i to nie ma tu większego znaczenia, bo jak sam podkreśla, w tych wyborach on się zajmuje wyłącznie własną kancelarią, a nie polityką.
Pojawił się też zarzut, ze Dubienecki jest zarozumiały jak cholera i nie wiadomo co sobie wyobraża. Że jemu się należy szefowanie partii, lub nawet premierostwo? I to jest dosyć ciekawa sprawa. Otóż ja świetnie wiem, że ludzie są różni. Z jednej strony mamy tych, którzy chcą zostać prezydentami, a z drugiej takich, którym wystarczy układać kable na koncercie jakiejś niedzielnej gwiazdy. I zwykle bywa tak, że prezydentami zostają ci pierwsi, a nie ci drudzy. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla tych, którzy dziś próbują niszczyć Dubieneckiego on jest – przynajmniej oficjalnie – zwykłym uzurpatorem i pajacem z kłopotami prokuratorskimi. Natomiast z mojego choćby punktu widzenia, to jest też ktoś – i to może przede wszystkim – kto jest mężem Marty Kaczyńskiej i zięciem zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A, przepraszam bardzo, tak jak nie każdy może być prezydentem, tak samo nie każdy może być zięciem prezydenta i ojcem jego wnuczek. Zwłaszcza gdy mówimy o śp. Lechu Kaczyńskim. A zatem Dubieniecki pokazał już, że należy go traktować poważnie. A skoro poważnie, to ja nie bardzo sobie wyobrażam, żeby ewentualne ambicje polityczne Dubieneckiego miały się wiązać z tym, że on zostanie jednym z paru tysięcy lokalnych członków partii stryja swojej zony. I jeśli dziś Dubieniecki ogłasza, że jeśli on się kiedyś zaangażuje w politykę, to po to, żeby zostać w przyszłości premierem, to dla mnie ta deklaracja jest jak najbardziej naturalna. Czy mu się to uda? Nie sądzę. Bo to wcale nie jest takie proste. Ale niby dlaczego jego akurat mamy pozbawiać tych ambicji już na starcie?
Czy to wszystko wiedzą ci, którzy ostatnio uczestniczą w tej nieprawdopodobnie agresywnej akcji niszczenia Dubieneckiego? Myślę, że wśród organizatorów tego procederu są i tacy, którzy wiedzą. Natomiast moje doświadczenie każe mi przypuszczać, że wielu z nich, a już na pewno na popularnym poziomie, gdzie już tylko mamy zwykłych kibiców, panuje zwykła i najbardziej ordynarna durnota. Zajrzyjmy, na przykład choćby na średni poziom tej manipulacji, i przyjrzyjmy się Tomaszowi Sekielskiemu, który ostatnio zgodził się przyjąć od swoich szefów propozycję zostania nowym Ubermanem i Szykułą w jednym, i konsekwentnie służyć potrzebom tępego tłumu. Myślę, że Sekielski tego nie wie. Myślę – i tu muszę się przyznać do pewnego błędu z mojej niedawnej przeszłości – że Sekielski jest jednak głupi. Tak samo głupi jak Krzysztof Daukszewicz, czy ta lala, która postanowiła przepytać z angielskiego Mariusza Kamińskiego, czy Jolanta Pieńkowska…
Tu nie mogę się powstrzymać przed drobną dygresją. Niedawno miałem okazję oglądać poranny program w stacji TVN. Otóż przylazł tam, przepraszam za wyrażenie, Jacek Żakowski, i zaczął coś bredzić o tym, że w środowiskach warszawsko-warszawskich pojawiła się ostatnio moda, by jeżdzić do Afryki, czy do innych egzotycznych krajów , i tam się pieprzyć z lokalnymi. Że ten typ seksualnych przygód jest – przez swoją właśnie egzotyczność, przygodowość i brak zobowiązań – bardzo przyjemny. I kiedy on to mówił, spojrzałem na siedzącą obok niego Jolantę Pieńkowską, która i bez tego jego gadania, wyglądała tak głupio, jak tylko może wyglądać podstarzała gwiazda przebrana za małą dziewczynkę, i podobnie głupio się zachowywała, i nie mogłem nie zauważyć, jak ona zwyczajnie nie wytrzymuje tego napięcia, a później już tylko krzyczy: „Z tubylcami????”
A zatem, Sekielski, jak sądzę, jednak stoi dziś intelektualnie bliżej Pieńkowskiej, niż choćby – znów przepraszam – Żakowskiego, który akurat przynajmniej dostrzegł niestosowność sytuacji i zwrócił swojej znajomej uwagę, której z kolei – swoją drogą – ona i tak już nie słyszała. No bo jak? Sekielski więc, kiedy staje w pierwszym szeregu gnojenia Dubieneckiego, moim zdaniem nie ma pojęcia, że jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Że to co mu się wydaje, to wyłącznie jego problem i problem jego uwikłania, i problem jego bardzo ograniczonych możliwości intelektualnych.
Oczywiście, na samym dole jest cala masa tych, którzy jak najbardziej we wszystko co słyszą, uwierzą, i nagle uznają, że faktycznie z tym Dubieneckim jest coś nie tak i że pewnie „cała ta rodzinka” jest jakaś podejrzana. Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że ten plan nie przejdzie. Przede wszystkim dlatego, że Marta Kaczyńska, jej mąż i jej dzieci wyglądają razem tak fajnie, że wystarczy parę sesji do kolorowych pism, żeby wszyscy ci durnie wpadli w nowy zachwyt. W dodatku sam Dubienecki, choć ja osobiście – jako ktoś okropnie zazdrosny o to, że wszyscy wyglądają lepiej ode mnie – go fizycznie nie znoszę, nawet bez swojej żony obok ma w sobie tyle siły, że jednym słowem i jednym mrugnięciem rozwala każdego, kto mu podskoczy. Przecież ludzie to widzą. I nie ma takiej siły, żeby on nagle, w bardziej powszechnej przestrzeni, stał się kimś, kogo ludzie zaczną nie lubić. Jest naturalnie jeszcze taka możliwość, że weźmie się za niego albo CBŚ, czy ABW, czy może choćby ta banda skorumpowanych moralnie i fizycznie adwokatów zrzeszonych w swoich izbach i go spróbują zrujnować. Jednak nawet i tu, on sobie poradzi. Ktoś taki jak on, sobie z pewnością poradzi.
A więc, nici z tego całego planu, Szanowni Państwo. Możecie zwijać interes. Na dziś lepiej zdecydowanie będzie, jeśli zajmijcie się studiowaniem sytuacji w Północnej Afryce. Może się Wam coś z tego przydać. Już bardzo niedługo.

czwartek, 24 lutego 2011

Czy w piekle mają Internet?

Dla Marylki.


Fakt pojawienia się w Sieci blogu Jarosława Kaczyńskiego wywołał w przestrzeni publicznej falę szyderstw i kpin, a wśród nich, na pierwszym chyba miejscu, znalazło się wspomnienie wypowiedzi Prezesa jeszcze sprzed lat, w której – według różnych starych i nowych insynuacji – oskarżył on internautów o to, że w swojej większości spędzają czas w Sieci, żłopiąc piwo i studiując pornografię. Siła tej insynuacji, i jej intensywność, w dniach, kiedy powstawała, były tak dźwięczne, że na wiele dni pochłonęła ona uwagę całej Polski, następnie wypełniła zarezerwowane dla niej miejsce w popkulturowej świadomości narodu, a dziś okazała się do tego stopnia niepokonana, że nawet sam Prezes, jak się zdaje, uznał za stosowne wycofać się z tamtych słów i spróbować jakoś sprawę łagodzić.
Ta przedziwna debata jest o tyle ciekawa z dwóch względów. Z jednej strony, każdy z nas, który w ten czy inny sposób porusza się w tej przestrzeni, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Internet to miejsce wyjątkowo niebezpieczne. Można by wręcz nawet powiedzieć, że perfidność Internetu jest faktem uznanym oficjalnie. Więcej. Wydaje się, że nawet kompletni wariaci, od Internetu uzależnieni, wiedzą to, i już tylko w milczeniu to nieszczęście akceptują. No bo co można powiedzieć o sytuacji, w której człowiek ma świadomość – a jeśli jej akurat nie ma, to chyba tylko w jakimś skrajnym i chwilowym obłąkaniu – że często zaledwie jedno kliknięcie go dzieli zarówno od nieba jak i od piekła? Tym bardziej, gdy, jak dobrze wiadomo, to akurat piekło nie jest puste. Po drugie natomiast, jak wszystko na to wskazuje, większość tych, którzy mają taką satysfakcję z tej dyskusji, tak do końca nie wie, o czym jest rozmowa.
My to wiemy bardzo dobrze, ale, co ciekawe, i sam Jarosław Kaczyński, który może i praktykę ma tu słabą, również doskonale zna przynajmniej teorię tej czeluści. Udowodnił to świetnie w tamtej wypowiedzi sprzed lat. I znów, to co jest w tym wszystkim autentycznie uderzające, to wspomniany wyżej fakt, że mało kto ma pojęcie, co to były za słowa, jaki ich kontekst i co sprawiło, że są one od tamtego czasu tak głośno – i to w tak przebiegły sposób – przypominane.
Internet, jak mówię, to miejsce równie piękne co nadzwyczaj paskudne. Pisałem o tym u siebie wielokrotnie, ostatni raz chyba już po smoleńskiej katastrofie, a nawet już po owych przedziwnych lipcowych wyborach. Pozwolę sobie odpowiedni fragment przekleić:
Z zapisu prezentowanego na głównej stronie Joe Monstera wiemy, że tym razem jakiś Europejczyk zadzwonił do księdza i po chytrym ‘Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja Zawsze Dziewica’, powiedział ni mniej ni więcej tylko coś takiego: ‘Ja a propos tego spotu Jarosława Kaczyńskiego, gdzie on z młodzieżą sadzi jakieś tam drzewa. Mam nadzieję, że on skończy tak jak jego brat, czyli tam gdzie jego miejsce – na drzewie’. http://www.joemonster.org/filmy/26738/Telefon_do_Radia_Maryja. Koniec. Tyle. Tu figiel się kończy, a zaczyna polityka. Portal Joe Monster postanowił tę rozmowę, prawdopodobnie umieszczoną tam przez samego pomysłodawcę, nagrodzić miejscem na podium, a więc na swojej głównej stronie. Domyślam się, że cel był dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim chodziło o to, by sobie się pośmiać z Radia Maryja, że tacy niby mądrzy, a tak fatalnie się dali nabrać, ale również – i co może, jak należy wnioskować z tonu dziesiątek komentarzy umieszczonych pod owym żartem, jeszcze istotniejsze – strzelić w łeb Jarosławowi Kaczyńskiemu. I to zdzielić go tak, żeby to poczuł. A więc z dwóch stron – bezpośrednio na odlew, ale też i przez jego zmarłego na tamtym smoleńskim drzewie brata. Redakcja portalu najwyraźniej uznała, że dowcip jest na tyle przedni, że warto by go puścić w świat i tak go wyeksponować, żeby, oklejony z każdej strony odpowiednimi komentarzami, stworzył w ten sposób prawdziwe dzieło sztuki”…
I proszę mi teraz nie mówić, że to akurat nie jest Internet. I że to akurat nie są internauci. Bo co do tego nie ma dyskusji. Zwłaszcza gdy zobaczymy, że ten żart jeszcze dziś tam sobie wciąż w najlepsze hula, a podobne się rodzą jak grzyby po deszczu. Podobnie jak nie ma dyskusji co do tego, że nawet jeśli Jarosław Kaczyński tego czarnego zdarzenia nie miał okazji zauważyć, ani – co jeszcze bardziej prawdopodobne – nawet nie czytał mojej relacji, to sam świetnie sobie z tego brudu sprawę zawsze zdawał. I to znacznie wcześniej, jeszcze zanim to coś pojawiło się w Sieci. Dlaczego? Bo jest człowiekiem mądrym, wrażliwym i ciekawym świata. A te trzy rzeczy w pełni wystarczą, żeby mięć podstawowe na jakikolwiek temat – nawet nie koniecznie tak oczywisty i jednoznaczny jak Internet – pojęcie.
Natomiast to, o czym dziś nikt nie pamięta, a ci co pamiętali, albo sami zapomnieli, albo stanęli na głowie, żeby zapomnieli też wszyscy pozostali, to to, że owa wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego nie była wypowiedzią na temat Internetu, na temat internautów, na temat pornografii i na temat piwa. Wywiad, opublikowany wiele lat temu przez portal www.pis.org.pl, to była długa, pięciostronicowa wypowiedź na przeróżne tematy, natomiast problem Internetu pojawił się dopiero pod sam koniec i przez Jarosława Kaczynskiego został skwitowany jednym zdaniem. Na pytanie mianowicie o to, jakie Kaczyński ma zdanie na temat propozycji głosowania przez Internet, Prezes odpowiedział, że jego zdaniem wybory to akt zbyt poważny, żeby można było ryzykować sytuację, kiedy to ktoś, między paroma piwami, a jednym pornograficznym filmikiem, zagłosuje sobie w wyborach. I tyle. Nic ponad to. Kropka.
Myślę dziś o tamtej króciutkiej refleksji i jakkolwiek bym się starał dojrzeć w niej choćby drobną niezręczność, nie mówiąc już o jakimś poważnym głupstwie – nijak mi się to nie udaje. No bo z jednej strony mamy pytanie dotyczące jednej z ówcześnie bardzo powszechnie dyskutowanych kwestii: czy pomysł glosowania przez Internet jest do przyjęcia, a z drugiej krótką odpowiedź, że Kaczyńskiemu on się nie podoba, bo z jego punktu widzenia wybory to wydarzenie o znaczeniu tak wielkim, ze byłoby bardzo niegodnie, gdyby miało się zdarzyć tak, że ktoś zagłosuje na przykład po pijanemu, albo podczas jakiejś tandetnej zabawy. Przecież to jest coś tak oczywistego, że ja bym się nie zdziwił, gdyby ktoś zechciał zarzucić Kaczyńskiemu, że był w tej wypowiedzi zbyt trywialny i prosty. No ale żeby od tej wypowiedzi dojść do wiecznego newsa, że z niego jest bezmyślny gbur i osioł? Z tego jednego dosłownie zdania?
No ale tak to właśnie się stało, że ta zupełnie niewinna wypowiedź wywołała najpierw bardzo perfidny atak propagandowej manipulacji, następnie bardzo ciężki i bezwzględną medialną agresję, i w rezultacie furię ze strony zawsze wiernego tłumu, która nie dość, że w pewnym sensie trwa do dziś, to w dodatku została na zawsze zapisana w przekazie popularnym. I to właśnie ta wypowiedź – jak mówię, całkowicie niewinna, i w dodatku jak najbardziej oczywiście prawdziwa – nagle również, nie wiadomo po jasną cholerę, zachęciła samego Jarosława Kaczyńskiego do wydania w tej sprawie oświadczenia po latach. Oświadczenia zupełnie niepotrzebnego i próżnego. Bo skierowanego do kogoś, kto nie po to się przez tyle lat trudził, żeby dziś słuchać jakichś wyjaśnień.
Ponieważ, jak już wcześniej zauważyłem, Jarosław Kaczyński został ostatnio moim kumplem blogerem, chciałbym tu do niego skierować pewien apel. Nie wiem, czy on te słowa będzie czytał, lub czy ktokolwiek mu o nich wspomni – pewnie nie – ale spróbować można. Panie Prezesie. Niech się Pan w ogóle nie tłumaczy. To są wilki. Wiki prosto z syberyjskiej tajgi. Oni Pańskich wyjaśnień nie potrzebują. Oni chcą wyłącznie Pana schrupać. Pod – przepraszam za tę retorykę, ale tak to niestety wygląda – szklaneczkę zimnego Lecha, lub małą wódeczkę. A nam z kolei niczego Pan nie musi tłumaczyć. My wszystko świetnie wiemy. I z ta wiedzą pozostaniemy wierni z Panem do końca.

A na sam koniec, dzięki uprzejmości kolegi Pirxa, już jako bonus dla tych, którzy jednak są już tak nieprzytomni, że nie dociera do nich nic i nigdy - coś na ząbek. Niech się powściekają.

Wielki naród rosyjski pozdrawia Eine Schlesische Nation

Muszę się przyznać, że jeśli idzie o awanturę na temat koloru krzesełek na aktualnie odremontowywanym Stadionie Śląskim, dochodziły do mnie zaledwie strzępy informacji. I działo się tak nie dlatego, że na te wieści zatykałem sobie uszy, lub zwyczajnie się sprawą nie interesowałem, lecz prawdopodobnie z tej przyczyny, ze – jak znam życie – sprawą zajmował się głównie katowicki dodatek Gazety Wyborczej, z którym swój kontakt doprowadziłem do najmniejszego minimum, a poza tym – i to już raczej jest moje przypuszczenie, niż fakt – debata na temat tego, czy krzesełka na katowickim stadionie mają być biało-czerowne, czy żółto-zielone, stanowi tak nieprawdopodobnie chorą abstrakcję, że człowiek się do czegoś takiego nie zbliża na zasadzie odruchu.
Owszem, był taki moment, że najpierw dowiedziałem się, że niejaki Gorzelik wszedł na moim mieście w układ z Platformą Obywatelską i komunistami, a że jest zdesperowany, bezczelny i zdaje sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z ludźmi, którzy dla władzy zrobią wszystko, stawia wyłącznie żądania, które jak najbardziej mają szansę na wysłuchanie, a po jakimś czasie doszła do mnie wieść, że jest sprawa koloru stadionowych krzesełek. Ale, jak mówię, to wszystko zupełnie odruchowo od siebie odsuwałem. Poza tym, dowiedziałem się, że z tymi krzesełkami jest ciężka sprawa, bo kolor biało-czerwony stanowi integralną część projektu i zmiana barw byłaby bardzo kosztowna, a więc pomyślałem sobie, że może nic z tego nie będzie i Ślązakom pozostanie rosół i rolada z kluskami na niedzielny obiad. A jak im będzie niezręcznie siedzieć na biało-czerwonym stadionie, pójdą sobie na działkę i coś tam sobie ciekawego znajdą do roboty.
Był jeszcze jeden powód, dla którego tematu nie ruszałem. Niedawno zamieściłem tu bardzo ciężki paszkwil na Ślązaków, który wśród niektórych z czytelników – w tym wśród osób, które darzę szacunkiem i sympatią – wzbudził złość, więc nie chciałem powtarzać swoich zaczepek. No i niestety, dziś z samego rana wszedłem sobie na Nowy Ekran i znalazłem tam wpis pani podpisującej się ‘mamakatarzyna’, gdzie wśród bardzo ogólnych refleksji na temat agresji ze strony Rocznioka i jego kumpli, pojawiła się też informacja, że te krzesełka jednak nie będą w barwach Polski, lecz żółto-niebieskich, o co autonomiści tak bardzo zabiegali. I że dla zachowania władzy, platformerscy i komusi urzędnicy Polskę Ślązakom sprzedali. Sprawdziłem informację w Sieci, zobaczyłem, że to jest jak najbardziej fakt, i powiem szczerze, poczułem, lęk.
Skąd, ktoś spyta, od razu lęk? Otóż dawno już temu, na swoim blogu zamieściłem wpis na temat działalności kogoś, kto się wprawdzie nie nazywa Gorzelik, ale – równie barwnie – Roczniok. Ów Roczniok przed dwoma laty był szefem organizacji o nazwie Związek Ludności Narodowości Śląskiej i bardzo potrzebował tę swoją firmę zarejestrować. Ponieważ sądy mu wciąż odmawiały, on się wciąż awanturował, a przy okazji prowadził jak najbardziej polityczną działalność, której kulminacją – przynajmniej na moje oko i nerwy – stało się poparcie dla Rosji w jej próbach rozbicia niepodległości Gruzji. Napisałem więc o tym Rocznioku, a przy okazji o śląskich pretensjach do tzw. niepodległości ten tekst, oczywiście, jak zwykle bardzo nerwowy, i na ile tylko potrafiłem, mocny, ale w gruncie rzeczy nie traktowałem go, jako czegoś bardzo ważnego. W końcu, bez przesady. Taki Roczniok i jego ruch, to oczywiście sprawa mocno irytująca, ale nie na tyle, żeby sobie nimi zawracać głowę na dłużej. I oto nagle mamy te krzesełka. Jak widać, to była jednak piłka bardzo krótka.
Dziś nie wiem, co się dzieje z Roczniokiem. Nie zdziwiłbym się, gdyby został skutecznie wessany przez Gorzelika. W końcu oni też lubią władzę i to taką, którą dzielić się nie muszą. Na zdjęciu zamieszczonym przez administrację Ekranu widać bandę jakichś kiboli z rozwiniętą szmatą, na której są jakieś napisy, trochę po niemiecku, trochę po śląsku, a trochę też w języku, którego nie znam. I mogę się tylko domyślać, że to są właśnie oni. Ci, którzy niedługo założą mi specjalne – może i nawet biało-czerwone – na rękę.
Muszę od razu zaznaczyć, że jestem bardzo słaby w rozprawianiu na tematy narodowe. Cała moja mądrość zaczyna się i kończy na tym, że jestem Polakiem i bardzo mi z tym dobrze. Mam do Polski przeogromny sentyment i jak słyszę, że ktoś lubi Polskę i Polaków, czuję satysfakcję. Mam bardzo bliskiego kolegę, który urodził się, wychował i wykształcił w Anglii, a w pewnym momencie swojego życia przeniósł się z rodziną do Polski i powtarza, że dzień, w którym podjął tę decyzję, to bardzo dobry dzień w jego życiu. Ile razy o tym myślę, to się wzruszam. Więc taki ten mój nacjonalizm. Kiedy chodzę ulicami Katowic, nie zastanawiam się, kto z ludzi, których mijam jest Ślązakiem, kto przyjechał tu spoza Śląska, kto się tu urodził, a kto tu wychował dzieci. Jednak kiedy się dowiaduję, że gdzieś tu na moim Śląsku, może w Katowicach, a może gdzieś dalej, w Opolu, czy w Gogolinie, mieszka człowiek nazwiskiem Roczniok, czy Gorzelik, ze jeden i drugi mają wobec mnie jakieś swoje plany, a w dodatku jeszcze te plany bardzo skutecznie wprowadzają w życie, nie mam ochoty ani na żarty, ani na kulturalną debatę.
Kiedyś, przed laty, jeszcze zanim dowiedziałem się o istnieniu Rocznioka, wiedziałem oczywiście, że tu łażą jacyś bardziej politycznie aktywni Ślązacy, jednak sądziłem raczej, że nawet jeśli istnieje coś takiego jak Związek Ludności Narodowości Śląskiej, czy Ruch Autonomii Śląska, to jest to najwyżej fantazja Kazimierza Kutza, albo może takiego jednego Michał Smolorza ps. Kanar, i że za wszelkimi ruchami na tym polu stoją tylko oni, a taki Roczniok może być u nich najwyżej na pensji.
Tak czy inaczej, pierwszy raz, kiedy myślałem o Kutzu – czy bardziej może dokładnie o tym dziwnym kółku – to było przy okazji uznania przez nasz rząd niepodległości Kosowa. Byłem bardzo przeciwko tej decyzji i kiedy moje dzieci pytały mnie, dlaczego, powiedziałem, że jestem tak samo przeciwko tworzeniu z Kosowa nowego państwa, jak byłbym przeciw odłączeniu od Polski Śląska, czy Kaszub. Argumentowałem, że tak jak jest, jest zupełnie nienajgorzej, natomiast łatwo sobie wyobrazić, jak by się zmieniło nasze życie, gdyby nagle okazało się, że nie mieszkamy już w Polsce, tylko w jakiejś nowej demokracji o nazwie Śląsk. Mówiłem im, że na sto procent, mimo całego gadania o tym, jak nowe śląskie władze szanowałyby nie-śląskich mieszkańców tego rejonu, mimo wszystkich zapewnień o tym, że każdy, kto nie chce mówić po śląsku i nie ma śląskiej historii miałby dokładnie te same prawa, co reszta obywateli, odczulibyśmy zmianę natychmiast. A to by było bardzo źle. I nie byłoby tak, że przynajmniej uciemiężeni dotychczas rdzeni Ślązacy odetchnęliby wolnością. Ich sytuacja poprawiłaby się tylko o tyle, że poczuliby się wreszcie kimś znacznie lepszym od reszty mieszkańców Śląska. Natomiast my – ludzie nie mówiący po śląsku – dostalibyśmy po prostu po głowach. I myślałem sobie o ludziach, którzy mieszkając w Kosowie, poczują się już niedługo obcy. O ludziach, dla których ta wolność nie będzie żadną wolnością, a jedynie początkiem życia w charakterze osób drugiej i trzeciej kategorii.
Tyle sobie myślałem wówczas, kiedy wolny świat uznawał Kosowo, jako nowe, niezależne państwo. Później znów to wszystko do mnie wróciło za sprawą owego Rocznioka, kiedy to dwie gruzińskie prowincje zostały faktycznie odłączone od Gruzji i wpadły pod rosyjski but, a on uznał za stosowne poprzeć ten zamach. Procedura była taka, jak to na ogół w tych wypadkach bywa. Pojawiła się grupa lokalnych patriotów, którzy – wszystko jedno z jakich przyczyn – zapragnęli niepodległości dla swojego... no właśnie, czego? Miasta, wioski, dzielnicy, okolicy? Nieważne. Zapragnęli i wyrazili tę gotowość oficjalnie. W tej sytuacji, wszystko poszło już szybko. Pojawił się ktoś, kto im tę niepodległość dał. I teraz jest tak, że jedni się cieszą, a inni – niestety znacznie większa grupa – w najlepszym wypadku mają to wszystko w nosie, a jeszcze inni – w tym cały cywilizowany świat – po prostu mają kłopot.
I tylko obywatel Roczniok się cieszył. Roczniok był szczęśliwy, bo, jak twierdził, dzięki szybkiej i zdecydowanej akcji Rosji, nie doszło w Gruzji do rozlewu krwi, no a przede wszystkim dlatego, że zwyciężają aspiracje wolnościowe.
Dziś Rocznioka nie bardzo już widać, wszędzie panoszy się Gorzelik, na Stadionie Śląskim praca wre, a ja się zastanawiam, co oni kombinują? Czy to możliwe, że oni sobie wyobrażają, że i w Polsce można doprowadzić do podobnego rozwoju wypadków, jak w Gruzji? Razem z Kutzem i jeszcze paroma wariatami zaczną teraz codziennie podnosić rejwach – już nie o głupie krzesełka, ale o sprawy znacznie poważniejsze – że dzieje im się krzywda, że Polacy mają w stosunku do niech jakieś bardzo niedobre zamiary, że oni się czują osaczeni i prześladowani, aż ktoś w końcu któregoś dnia spotka Gorzelika i nakładzie mu po pysku i wtedy się zacznie. W Gazecie Wyborczej wystąpi Kazimierz Kutz i ogłosi, że na Śląsku dochodzi do pogromów i że trzeba coś z tym zrobić. No i będziemy już tylko czekać na rozwój wypadków.
Czy to możliwe, że Gorzelik i jego ferajna tak sobie to wszystko zaplanowali? No ale na kogo on liczy? Na Niemców? Że Erika Steinbach zadzwoni do Kanclerz Merkel i powie jej, że trzeba pomóc prześladowanej mniejszości na Śląsku? I że już niedługo będzie mógł Gorzelik z satysfakcją ogłosić, że na Śląsku „tylko dzięki szybkiej akcji wojsk niemieckich nie doszło do ponownych czystek etnicznych, a awanturnictwo Polski zostało powstrzymane?” No nie. Ten człowiek jest oczywiście chory, ale chyba jednak nie tak chory, żeby wyobrażać sobie, że Niemcy zachorują razem z nim. A mimo to, na coś liczy. Więc może on nie liczy na Niemców, tylko na kogoś innego? Ciekawe tylko na kogo? Wydaje mi się, że od odpowiedzi na to pytanie dużo zależy. Bo dzięki odpowiedzi na to właśnie pytanie będziemy wiedzieć, czy Gorzelik, kiedy zajmuje się tym, czym się zajmuje, to się tak tylko zabawia, jak te dzieci, co biegają po podwórku z pistoletami-zabawkami i robią: „eeeeeeeeeeeeeeeeeee”? Czy może on jest troszkę bardziej poważny. A to troszkę może robić dużą różnicę.
Może byłoby dobrze, żebyś ktoś kompetentny przyszedł jednak do Gorzelika i się go spytał, czy on tak naprawdę, czy dla tak zwanego na Śląsku ‘jaja’. Oczywiście, najlepiej by było, gdyby tą bandą – podobnie jak ich koalicjantami – nie zajmowali się jacyś blogrerzy, czy nawet poważniejsi politycy, ale powiedzmy Urząd Ochrony Państwa, który przecież powinien powinien słuchać, co w trawie piszczy. Ale niestety jest tak, że żyjemy w okresie przełomowym. Platforma Obywatelska, jak wszystko na to wskazuje tonie, za parę miesięcy będą wybory, cały wysiłek Systemu idzie w to, żeby te wybory znów wygrać i już może tym razem wszystko skutecznie pozamiatać, więc nikt się nie będzie zajmował Gorzelikiem.
Natomiast ja bym jednak osobiście trzymał się tego postulatu. Jak już przyjdzie jesień i okaże się, ze jakoś się nam udało z tego klinczu wyjść i uzyskać wpływ na Polskę, machnijmy ręką na te krzesełka. Trudno. Mają być żółto-niebieskie – niech będą żółto-niebieskie. Natomiast dobrze by było znaleźć trochę czasu i zajrzeć tu na Śląsk. Mieszkają tu zwykli, często bardzo mili ludzie. Tak na marginesie, uważam, że w swojej większości znacznie milsi, niż ludzie w Warszawie. Czasem, kiedy piszę te swoje teksty, jest piękny wieczór; obok w restauracji odbywa się wesele. Nawet nie koniecznie śląskie wesele. Zwykłe polskie wesele. Za oknem jeżdżą samochody, słychać przechodzących ludzi. I jest dobrze.
I mam nadzieję, że polskie państwo będzie w końcu potrafiło zadbać o ten kawałek Polski. Nie ze względu na tych, którzy mówią po śląsku, ani na tych, którzy mówią normalnie po polsku, ani na tych, którzy zaciągają z lwowska, ani nawet na tych, którzy z jakiegoś powodu wciąż czują się lepiej, kiedy między sobą mówią po niemiecku. Ale ze względu na tych wszystkich, którzy tu mieszkają, czują się Polakami i jest im tak dobrze.

Fragmenty tego wpisu przeniosłem żywcem ze swojej notki sprzed dwóch lat, ale nie mogło być inaczej, skoro - jak się okazuje - wszystko jest jak najbardziej aktualne, tyle że może jeszcze bardziej.

środa, 23 lutego 2011

Stara pieśń na nowe czasy

Wczorajszy program Jana Pospieszalskiego ‘Warto rozmawiać’ szczególny był, moim zdaniem, z dwóch względów. I akurat to, że jego bohaterem był ruski agent Tomasz Turowski, a tematem samego programu wpływ PRL-owskich i sowieckich służb na naszą dzisiejszą sytuację, do nich nie koniecznie należy. A zatem, oczywiście, po pierwsze mam na mysli to, że był to program już ostatni, natomiast to co mnie poruszyło na drugim miejscu, to końcowa wypowiedź urzędnika kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego Jakuba Opary i komentarz, jaki Pospieszalski wypowiedział na samym końcu.
Otóż najpierw Opara opowiedział, jak to w momencie kiedy Jacek Sasin – w dniu katastrofy najwyższy rangą żyjący urzędnik Kancelarii – chciał jak najszybciej wrócić do Polski, by pilnować spraw, Tomasz Turowski, jako osobisty kumpel Bronisława Komorowskiego, zrobił wszystko, by maksymalnie opóźnić wylot Sasina, a tym samym umożliwić Komorowskiemu skuteczne przejęcie obowiązków prezydenta i powołanie Michałowskiego na stanowisko szefa swojej kancelarii. Jeśli było tak jak relacjonuje Opara – a nie mam najmniejszego powodu, żeby mu nie wierzyć – szybkość tej akcji i zaangażowanie w niej z jednej strony ruskiego agenta, a z drugiej Bronisława Komorowskiego – i nie ważne czy osobiście, czy tylko jako figuranta – stanowią dla mnie wystarczającą poszlakę na rzecz tego, że śmierć Prezydenta była wynikiem zaplanowanego zamachu. Zaplanowanego. Nie takiego, gdzie nagle jakiś dwóch pijanych ruskich kontrolerów coś sobie wymyśliło, ale prawdziwego, odpowiednio wysoko zorganizowanego zamachu.
Myślę bowiem sobie, że jeśli pamiętnej soboty właściwie wszystko zostało przez stronę, polską spieprzone, z wyjątkiem tego, by Bronisław Komorowski w przyspieszonym tempie, nie czekając nawet na oficjalny komunikat o śmierci Prezydenta, obwołał się pełniącym obowiązki, i praktycznie w jednym momencie wyznaczył człowieka, który mu zrobi porządek w Kancelarii, a jedną z głównych ról w tym wszystkim pełnił wysoko postawiony, wieloletni agent sowieckich służb, to nie mamy zbyt wielkiego pola manewru. Prawda? Ktoś powie, że Komorowski to taki zapobiegliwy człowiek, że z całą pewnością, w momencie jak dowiedział się, że będzie kandydował w jesiennych wyborach prezydenckich, od samego początku musiał myśleć o wszystkich najbardziej podstawowych dylematach, a jednocześnie – będąc tym marszalkiem Sejmu – również musiał, z odpowiednim wyprzedzeniem, rozważać sytuacje najgorsze. Jednak w to akurat wierzyć nie mam powodu. Choćby z tego prostego powodu, że te miesiące urzędowania Komorowskiego jakie mamy za sobą świadczą wyłącznie o jednym: że ten facet jest taką dupą wołową, jakiej świat nie widział, i jeśli on cokolwiek planuje, to najwyżej to, że z samego rana trzeba włączyć komórkę, bo kto wie, kto do niego dziś zadzwoni i powie, co ma robić.
A zatem sprawa jest bardzo poważna. Z jednej strony mamy tego agenta i cały bagaż, jaki się za nim ciągnie, a z drugiej Bronisława Komorowskiego i to wszystko, co go otacza. Ale jest coś jeszcze. Oto jest Polska, taka jak ją widzimy, ale też i taka, jaką wprawdzie nie do końca rozpoznajemy, ale mamy coraz więcej powodów, żeby się o nią martwić. Martwić bardzo. Do łez. Jeden z tych powodów, zaledwie jeden dodatkowy, sam niewiele może znaczący, otrzymaliśmy wczoraj, w wyniku programu Jana Pospieszalskiego. I ten właśnie powód, w sposób najpiękniejszy, najbardziej czysty i precyzyjny, dał nam Pospieszalski żegnając się z nami – jak sam powiedział – nie wiadomo na jak długo. Otóż powiedział on, że przez te wszystkie lata, kiedy mieliśmy okazję uczestniczyć w tych rozmowach, wciąż zadawaliśmy pytania i staraliśmy się na nie znaleźć odpowiedzi. W tym również pytanie ostatnie: Czy agenci PRL-owskich służb mają wpływ na polską politykę? I na sam już koniec Pospieszalski powiedział mniej więcej tak: „To że przez dwadzieścia lat Polska nie umiała sobie na to pytanie odpowiedzieć, ma też pewien wpływ na to, że dziś się musimy pożegnać”.
Niesamowite było to zdanie. Nie wiem, czy Pospieszalski je sobie wcześniej ułożył, czy tak mu nagle ono przyszło do głowy, ale to nie ma większego znaczenia. Ono bowiem, na poziomie najbardziej codziennym, wręcz podstawowym, na poziomie naszych domów, rodzin i naszego codziennego życia, pokazuje jak zostaliśmy fatalnie wystawieni. I to nie przez jednego ruskiego agenta i jednego… nawet nie bardzo umiem znaleźć odpowiedni epitet, żeby to co w tej chwili czuję, wyrazić. Otóż wykrzykując tę pełną rozpaczy prawdę, Pospieszalski właściwie podsumował to wszystko, co nas od dwudziestu lat trzyma za gardło.
Ja natomiast chciałbym bardzo dodać do tego pewną refleksję, która dotychczas tylko chodziła mi po głowie, ale wyłącznie w formie takich błysków i szumów. I dziś akurat ona będzie dotyczyła tylko tych dwóch osób: z jednej strony tego Turowskiego, a z drugiej – nawet, powtarzam, jeśli tylko pionka w ich rękach – tego dziwadła z obsyfionym rękawem i z tą Dziadzią na przyczepkę. Jeśli to wszystko, co podejrzewamy, ale też wszystko to, co nam z każdym dniem wydaje się być coraz bardziej realne, jest prawdą, to według standardów, które zostały wprawdzie wyparte przez nowe czasy, ale przecież wciąż gdzieś w świecie obowiązują, i jeden i drugi zasługują na najbardziej surową karę. I nie mam tu na myśli zapisu w jakichś aktach IPN-u, czy może demaskatorski artykuł w prasie, czy może nawet czasowe pozbawienie praw obywatelskich. Jako typowy wieśniak i człowiek o bardzo tradycyjnych poglądach, mam na myśli sposoby tradycyjne. A kara może być nawet i podwójna. Jedna za zwykłą, prostą zdradę stanu – a tu, jak widzimy, wszystko jest dość oczywiste – natomiast druga – już ewentualnie tylko – za udział w spisku, mającym na celu zamordowanie prezydenta. No ale z tym, jako ludzie przyzwyczajeni do pewnych demokratycznych procedur – musimy poczekać do prawomocnego orzeczenia sądu.
No i, oczywiście, bez odwoływania się do obyczajów znanych nam ze starej Anglii, gdzie ichniejsza tradycja nakazywała, by zdrajców ćwiartować, a ich szczątki rozsyłać po „czterech krańcach królestwa”. Jako ostrzeżenie dla przyszłych chętnych.

wtorek, 22 lutego 2011

Dyskretny urok nowoczesności

Od paru dni, a więc od momentu kiedy to Jarosław Kaczyński założył bloga, cała Polska napełniona jest szokiem. Dlaczego? No właśnie dlatego. Szok jest oczywiście do pewnego stopnia zrozumiały. Choćby przez to, że Jarosław Kaczyński jest starszym panem, który dotychczas – pomijając swoje obowiązki – lubił głownie siedzieć w domu i czytać książki. Zapisane na papierze, a nie przetworzone cyfrowo na ekranie komputera. Przywiązanie Jarosława Kaczyńskiego do tego, co ludzie tacy jak my nazywają tradycją obejmowało wiele sfer. Weźmy na przykład taki samochód. On zdecydowanie, zamiast jeździć samodzielnie, zawsze wołał, żeby go wożono. Żeby z kimś porozmawiać, wolał zawsze kontakt osobisty, jeśli tego kontaktu nie było, od skejpa wolał telefon, a skoro już telefon, to zwykły, z kablem przyczepionym do ściany, a nie z Internetem w środku i wypasionym wyświetlaczem. Kiedy płaci w sklepie, to zapewne woli mieć w ręce coś bardziej realnego niż kawałek plastiku, a kiedy wchodzi do domu, to w ręku ma zwykły metalowy klucz, a nie coś co mu piszczy jeśli wsadzi to do szpary niewłaściwym końcem.
Stanowisko Jarosława Kaczyńskiego było mi zawsze bliskie, i to nawet nie przede wszystkim dlatego, że jak idzie o komputer, to sam umiem tylko pisać na tej klawiaturze, a to co napiszę wysyłać dalej, samochodu nie prowadzę, a numeru gadu-gadu nigdy, nawet przez krótki moment nie posiadałem. Podobnie, kiedy mam mieszkać w hotelu, i w recepcji dają mi tzw. klucz elektroniczny – wpadam w panikę. Do Jarosława Kaczyńskiego czuję nieskończoną sympatię dlatego, że pod wieloma względami on jest dla mnie strażnikiem czegoś, co za chwilę odejdzie na zawsze, a ja tego stracić nie chcę.
Wspomniane zamieszanie, jakie ogarnęło Polskę na wieść o tym, że Jarosław Kaczyński założył blog, idzie w dwóch kierunkach. Część zainteresowanych pokłada się ze śmiechu, że oto ten nieudacznik będzie teraz udawał internautę, a pozostali życzliwie mu kibicują, mając nadzieję, że uda mu się znaleźć czas na to, by zobaczyć, że to nie dość że nie jest wcale takie skomplikowane, to może być bardzo przydatne. Jest czymś bardzo zajmującym obserwowanie ruchów między tymi dwiema grupami. Jest bardzo ciekawe patrzeć, jak w obliczu tego wydarzenia spadają przeróżne maski i w jaki sposób definiują się pewne postawy.
Każdy z nas ma w życiu doświadczenie związane z kimś – najczęściej członkiem rodziny – kto z jakiegoś powodu nie chce się czegoś nowego nauczyć. Albo trzeba mu pomagać zainstalować telewizor, albo zaprogramować kuchenne radio, albo nagrać w telefonie wiadomość, czy wreszcie pomóc wykonać przelew przez Internet. Ja na przykład mam znajomego, którego żona wprawdzie prowadzi samochód, ale na stacji benzynowej jest bezradna i zawsze do niego dzwoni, żeby się go zapytać co ona ma przycisnąć i kiedy. On się naturalnie z tego powodu złości, ale wydaje mi się, ze ktoś kto patrzy na całą sytuację z boku, potrafi się w tym momencie życzliwie uśmiechnąć. Zwłaszcza gdy wie, że ta pani to bardzo miła osoba, życzliwa i poza tym wcale nie głupia.
Do czego zmierzam? Do tego mianowicie, by zadeklarować, że jeśli mam kogokolwiek oceniać na poziomie emocjonalnym, to zdecydowanie mam więcej szacunku do ludzi, którzy widząc jak ta kobieta gapi się w ten licznik na stacji benzynowej, czują do niej bardziej sympatię, niż nienawiść. Powiem więcej. Ludzi, którzy się na nią złoszczą, bardzo, ale to bardzo, nie lubię. Natomiast ludzi, którzy z niej szydzą – nienawidzę. Ja wiem, że za tymi moimi emocjami stoi coś pewnie bardzo niepoważnego, ale tak mam i zupełnie jest mi z tym dobrze.
A zatem, kiedy piszę ten tekst, muszę powiedzieć, że tak naprawdę wcale mi nie chodzi ani o samego Jarosława Kaczyńskiego, ani o moje własne przywiązanie do tradycyjnego porządku. Kiedy piszę ten tekst, mam na oku głównie ludzi, którzy tak bardzo się zachłysnęli tzw. postępem, że tym swoim zachłyśnięciem nas terroryzują. Ja nie mam nic przeciwko komuś, kto odkrył w sobie fascynację nowoczesnością i świetnie sobie w nowoczesnym świecie radząc, korzysta z jego zdobyczy do woli. Ja potępiam tych, którzy to, że stali się częścią tego świata, odbierają jako swój wielki sukces, i jednocześnie czują pogardę do tych, co wolą pozostać z tamtej strony.
W ostatnich dniach, kiedy Jarosław Kaczyński próbuje się włączyć w tak zwane blogowanie, a więc dał sobie powiedzieć, że może warto na starość się przełamać i spróbować czegoś co z pewnością nie jest trudne – bo nie może być trudne coś co jest dostępne nawet dla bandy skończonych idiotów – a niesie ze sobą bardzo dużo przyjemności i pożytku, czuję do niego samą czystą sympatię. Natomiast kiedy taki Marek Migalski, czy Radek Sikorski szydzą z niego, jednocześnie się tak żenująco nadymając, to myślę sobie, ze by było fajnie, gdyby stało się coś takiego, że któregoś dnia, kiedy któryś z nich uruchomi swojego laptopa, to ten laptop im z kolei uruchomi dziesiątki tysięcy pedofilskich stron internetowych, które się natychmiast tam skutecznie zainstalują, na ich skrzynki mailowe zaczną przychodzić setki ofert dziennie od tajlandzkich gangów handlujących dziećmi, i w tym samym momencie system wygeneruje odpowiedzi na te maile z finansową ofertą, na ich komórki zaczną przychodzić obce, choć bardzo jednoznacznie brzmiące esemesy, z ich kont zaczną automatycznie wychodzić odpowiednie przelewy, i wreszcie któregoś dnia w ich ogródku pojawi się paru wybiedzonych skośnookich chłopców.
I chciałem się tu bardzo solidnie zastrzec, że wcale mi nie chodzi o to, żeby im narobić kłopotu i sprawić jakąkolwiek przykrość. Mam na sercu wyłącznie to, by wreszcie jeden i drugi mogli w pełni docenić potęgę nowoczesnej techniki. I jednocześnie przestali rechotać. Bo ten rechot potrafi być naprawdę irytujący.

poniedziałek, 21 lutego 2011

To idzie młodość!

Rzeczpospolitą czytam tylko w weekendy z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że pani Toyahowa, kiedy w sobotę rano idzie kupić coś do jedzenia, przynosi to do domu, a drugi, już bardziej osobisty, to ten, że w sobotę w Rzeczpospolitej Mazurek z kimś rozmawia, a ja mam niemal stuprocentową pewność, że będzie to wywiad ciekawy. Czytam więc tego Mazurka, a resztę ewentualnie przeglądam, najczęściej w sytuacjach, jak to się mówi, ‘niewymownych’. I tak wygląda mój kontakt z Pawłem Lisickim i jego zdychającym projektem.
Ostatnio wpadł mi w oko artykuł jakiegoś Horubały o wielbicielach Rymkiewicza, jego myśli i słów, a więc też i o mnie. Pisząc o Horubale „jakiś”, trochę się wyzłośliwiam, ale tylko trochę. Bo wprawdzie nazwisko to nie jest mi obce, ale za to tak samo dokładnie znane, jak powiedzmy Magda Piekorz, z tą nawet różnicą, że o Piekorz wiem, że jej jest Magda, a z Horubały pamiętam tylko to nazwisko. Natomiast jeśli zwróciłem uwagę na ten tekst, to wyłącznie ze względu na tytuł – „Zachód rozumu w Milanówku”. Najpierw więc zobaczyłem ten tytuł, a więc w tym ów rymkowiczowski Milanówek, domyśliłem się, że mowa będzie o tym, że Rymkiewicz jest symbolem upadku rozumu, i się zamyśliłem. Jak ta pinkloydowska krowa na moim obrazku.
Myślałem więc i myślałem i cały czas po głowie mi się kołatał ten Milanówek. Bo jak się zastanowić, to jest w sumie bardzo ciekawe, jak to się dzieje, że nawet intelektualiści z trzeciego, a niekiedy nawet i pierwszego szeregu, znajdują takie upodobanie do podpierania się w swojej argumentacji czyimś nazwiskiem, imieniem, wyglądem, czy nawet miejscem zamieszkania, w każdym razie nic nie znaczącym szczegółem. Proszę sobie na przykład przypomnieć, jak przez całe swoje późne życie ś.p. Przemysław Gosiewski był zupełnie bez sensu tytułowany jako Edgar. Albo jak to Jarosław Kaczyński do dziś ma wypominane, że jest z Żoliborza. Czy wreszcie wszystkie te przypadki, kiedy to Dornowi wciąż przypominano, że ma psa Sabę. I wcale nie chodziło o to, że ten pies był głupi i brzydki, albo że imię Edgar jest jakoś kompromitujące. Nic z tych rzeczy. Ten argument zawsze występował ot tak sobie. Bez przyczyny. Natomiast zawsze niósł ze sobą jakiś taki dziwaczny chichot. No i bardzo często był używany przez ludzi podobno inteligentnych.
Pojawił się ten Milanówek, a ja siedziałem i myślałem, co za cholera? Ja mógłbym napisać tekst o Komorowskim i zatytułować go na przykład „Polska zachodzi nad Ruską Budą”. No ale nasz prezydent jest osobistością na tyle skomplikowaną w swojej prostocie, że ta Ruska Buda aż huczy symbolem. Natomiast Milanówek? Tu z całą pewnością musiało pójść o coś bardzo, ale to bardzo głupiego. Siedziałem więc i myślałem i spojrzałem na początek tekstu. A tam stoi tak:
Nie jest problemem pytanie, czy Rymkiewicz jest wielkim pisarzem, bo wszystko nam mówi, że jest. Ma zniewalającą mocną frazę, wręcz magnetyczną, hipnotyzującą. Nikt ze współczesnych nie pisze tak jak on, nikt z eseistów nie ma tak dobrze ustawionego głosu, nikt nie jest tak zakorzeniony w tradycji, jednocześnie nawiązując dialog ze współczesnością.
Czytając Rymkiewicza, człowiek ma poczucie uczestnictwa w jakimś niesamowitym święcie, pisarz magią słów przenosi nas w zamierzchłe epoki, unaocznia nam przez detal, anegdotę, supozycję, wątpliwość, blask dawnych czasów, odkurza dla nas zapomniane księgi, wertuje nieczytelne notatki. I jest hipnotyzerem”.
Myślę więc sobie że ho-ho! Ten Horubała to prawdziwe cudo. Z jednej strony ten Milanówek, nad którym zachodzi rozum, a z drugiej „wielki pisarz”, „zniewalająca, mocna, magnetyczna i hipnotyzująca fraza”, jakieś „niesamowite święto”, „magia słów”. Co ten Horubała kombinuje? Siedziałem tak i myślałem nad tymi dwoma akapitami i wymyśliłem, że od tego szaleństwa droga może być tylko jedna. Horubała na pewno nam powie, że to wszystko jest gówno warte, jeśli za tym nie stoi jakiś konkret w postaci choćby skype’a, lub linku do twittera. Że jeśli mamy takiego utalentowanego durnia z Milanówka jak Rymkiewicz, to jego natychmiast należy zastrzelić, albo – bardziej nowocześnie – zatruć polonem. Bo normalny człowiek, który chce żyć w normalnym kraju, gdzie może spokojnie liczyć na normalne towarzystwo normalnych ludzi, tego dysonansu nie jest w stanie znieść. Bo nie da się normalnie funkcjonować, jak tu ktoś do ucha wyśpiewuje zamierzchle epoki, blask dawnych czasów, zapomniane księgi, nieczytelne notatki i jeszcze robi to tak, że taki Horubała zaczyna zwyczajnie świrować. A więc pomyślałem sobie, że to tak musi dalej pójść.
Przepuściłem więc cały środek i zajrzałem do ostatniego akapitu. No i jest. Horubała pisze tak:
Upajanie się pieśnią wiedzie nas wszystkich na manowce. Republika wymaga racjonalności”.
W pierwszej chwili po przeczytaniu tych dwóch fragmentów plus tytułu tekstu Horubały, miałem ochotę coś napisać, ale zaraz potem zobaczyłem, że zajął się nim skutecznie mój kolega Coryllus i sobie z ulgą darowałem. No ale, jak wszyscy wiemy, kiedy coś się człowieka uczepi, to już później często tylko rośnie i rośnie i musi pęknąć. A więc dziś pomyślałem sobie, że ja też będę musiał coś na ten temat powiedzieć. Otóż Rymkiewicza znam w stopniu minimalnym, za to go do końca uwielbiam. A mówiąc „uwielbiam” mam na mysli bardzo klasyczną sytuację, kiedy mogę z czystym sercem powiedziec, że chciałbym być jak on. Po prostu. Znam Rymkiewicza z tych paru współczesnych wypowiedzi na temat Polski i Polaków i z jednej książki, którą przeczytałem w całości, mianowicie ‘Kinderszenen’. Muszę się od razu przyznać, że jako człowiek od wielu lat czytający bardzo mało, za ‘Kinderszenen’ wziąłem się głównie z tego powodu, ze bardzo mnie zafrapowało, co musi być w książce o Powstaniu Warszawskim takiego, żeby wzbudziła ona w elitach czystą, bezinteresowną wściekłość. Natomiast to, że ją przeczytałem, wynikało już tylko z tego, że kiedy zacząłem, nie mogłem przestać. A czytając te słowa, właściwie cały czas płakałem. I nawet kiedy teraz tę książkę wspominam, to się wzruszam. I to wzruszenie jest dla mnie czymś tak zrozumiałym i oczywistym, że jeśli Horubała go nie rozumie, to dla mnie jest zwyczajnym głupkiem. I to zwyczajnym dokładnie tak, jak jakiś wyżelowany pracownik ochrony w punkcie obsługi klientów Orange. A biorąc pod uwagę fakt, że on, w odróżnieniu od tego ochroniarza, zapewne czytać potrafi, uważam, ze jego sytuacja jest jeszcze bardziej dramatyczna.
A zatem mamy sytuacje dość niezwykłą. Jest sobie taki Horubała, człowiek wykształcony, oczytany, wiedzący – jak się dowiaduję od Coryllusa – kto to jest Platon (ja na przykład nie wiem), i potrafiący tę wiedzę jakoś w miarę zgrabnie wyrazić, a z drugiej strony jest ten Milanówek, chętnie przez mnie traktowany jako symbol czegoś, co dla Horubaly, ale również dla wielu innych jego pobratymców, jest zwyczajnie nieosiągalne. I skłonny nawet tu jestem w stanie przyjąć taką oto optykę, że Horubała reprezentuje tu życie, a Milanówek to śmierć. Tyle że, nawet przyjmując tę opcję – a może nawet dzięki temu – widzę bardzo wyraźnie, że zbliżamy się do końca czasów. Że jeśli, tak jak pisze Horubała, owe „zapomniane księgi” i „nieczytelne notatki” to ja, a z drugiej stronie już mamy tylko pełnych życia republikanów z ich racjonalizmem, to najwyższy czas się pakować. Z nadzieją, że jeśli weźmiemy się za to odpowiednio szybko, Horubała zostanie na peronie, a my jeszcze w ten pociąg wskoczymy.
Powinienem zakładać, że to co ja tu piszę, Horubała, czy ktoś kto go zna, przeczyta lub może mu o tym wspomni. Pewnie tak się nie stanie, ale powinienem mieć taką nadzieję. A zatem na wszelki wypadek, spróbuję na koniec powiedzieć coś, co jest jak najbardziej w miarę świeże. Z Wikipedii wiem, że on się urodził w 1962 roku, więc w latach 80 był już, że tak powiem, jeszcze głupi, ale już na nogach. A więc powinien zrozumieć, o co mi chodzi. Też bowiem będzie o życiu i śmierci. Otóż ruch skierowany przeciwko władzy komunistycznej, zwany potocznie, choć przecież nie do końca słusznie, ‘Solidarnością’ miał już swoje lata, ale właśnie wtedy można było zacząć robić pewne podsumowania. I jak bym nie liczył, wychodzi mi na to, że to wszystko było po gówno. No bo niech Horubała spojrzy, ile czy to prawdziwych działaczy, czy tylko niechcąco zaangażowanych kibiców, oddało za to co dziś mamy życie. Stu? Dwustu? A może trzystu? Oczywiście Powstania Warszawskiego nie liczymy, bo dla racjonalnie myślącego republikanina, to byłby z pewnością ciężki obciach. Zajmujemy się tylko tymi, o których Horubała słyszał na bieżąco i na własne uszy. A więc niech będzie dwustu. Dwustu ludzi dało się wystawić i zostało sprzątniętych przez reżim jak banda głupców. No bo czy są z tego jakieś zyski? O ile pamiętam tylko jeden milicjant głupio zastrzelony w tramwaju przez jakieś dzieci. Nawet legendarni bracia Kowalczykowie ostatecznie spudłowali. Jaruzelski wciąż żyje, Kiszczak podobnie. Urban jak najbardziej też. Szukam i szukam i wciąż mi się nie kalkuluje. Tych dziewięciu z Wujka? Cośmy za nich dostali? Wałęsę? To już niech sobie Horubała go weźmie. Na dokładkę może ode mnie osobiście dostać flaszkę. Niektórzy mówią, że pieśń. Że dostaliśmy pieśń. No ale już wiemy że Horubałę pieśni brzydzą.
A może Horubała mi powie, że mamy wolną Polskę? Dzięki nim, mieliśmy najpierw rok 1989, a później całą resztę. A więc może to jest ten zysk? Może o to Horubale chodzi? A może Horubała, w jakimś dla nikogo już z nas, starych już ludzi, niepojętym wykwicie republikańskiej wrażliwości, uważa, że dostaliśmy Smoleńsk? Niech mu więc będzie. Niech się cieszy. Tylko ja bym miał w tej sytuacji do niego jedną prośbę, jako do przedstawiciela obozu zwycięzców. Jak mu kiedyś przyjdzie do głowy, żeby zgłosić postulat w sprawie zburzenia tych wszystkich pomników, włącznie z tym kompletnie – zgadzam się – bezużytecznym i w dodatku brzydkim jak noc, krzyżem z Wujka, a na ich miejscu wybudowaniu paru stadionów, niech mi chociaż da spokojnie pośpiewać.

niedziela, 20 lutego 2011

Nasza pamięć bezsenna

Jak pewnie wielu z nas pamięta, dni, krótko po smoleńskiej katastrofie, oprócz przerażenia i bólu, przyniosły ze sobą nadzieję na to, że nienawiść, która w sposób oczywisty doprowadziła do tej śmierci, rozpłynęła się wraz z ową straszliwą mgłą. Można było na to liczyć choćby przez to, że nawet wielu z tych, którzy wcześniej wyłącznie podsycali czarne emocje, jakby uznali, że została przekroczona pewna granica i że to co się stało wyszło jednak wszystkim na gorsze. Oglądaliśmy te skupione, czy może tylko zmieszane, twarze, patrzyliśmy na te zdjęcia – nowe i tak bardzo inne – słuchaliśmy słów pozwalających liczyć przynajmniej na złagodzenie tego śmiertelnego kursu, a jednocześnie nie mogliśmy nie zauważyć, że z drugiej strony nadchodziła już fala nowa – równie czarna, równie wysoka, tyle że chyba jeszcze bardziej zimna i bezwzględna.
Dziś powoli zbliżamy się do pełnej rocznicy tamtej zbrodni, i już wiemy z całą pewnością, że jeśli możemy liczyć na jakąkolwiek zmianę, to jedynie przez całkowite i ostateczne wyeliminowanie źródła tego zła – a więc ludzi, których jedyny sukces i praktyczny sens życia i działania bierze się właśnie z tego, że nawet śmierć nagle otrzymuje swój oczywisty czar i urok. Więcej. Ludzi, którzy jeśli tylko zauważą, że owa śmierć, ze swoim czarem i urokiem, niesie z sobą odpowiednią skuteczność, to gotowi są jej usługi przyjąć i korzystać z nich już do końca. Dziś już wiemy na pewno, że na tym poziomie na nic dobrego nie możemy już liczyć. Nie będzie ani poprawy, ani żalu za grzechy, ani nawet chęci na poprawę. A więc, przy całym smutku, jaki powoduje ta konstatacja, możemy przynajmniej powiedzieć, że nastąpił ostateczny koniec złudzeń.
Myśl ta przyszła mi do głowy ostatnio kilka razy – również kiedy czytałem pewien najczarniejszy manifest jednego z komentatorów, który ostatnio z uporem szaleńca pojawia się na tym blogu i grozi mi śmiercią – ale chyba najbardziej mnie uderzyła, kiedy posłyszałem w telewizji najpierw jak Monika Olejnik zademonstrowała autentyczne zdziwienie wobec sugestii, że Lech Kaczyński za swojego życia mógł być w jakikolwiek sposób niesprawiedliwie traktowany przez media i sterowaną przez nie część opinii publicznej, a w chwilę po niej Grzegorz Miecugow stwierdził autorytatywnie, że tak intensywnie omawiana jeszcze przed rokiem sprawa manipulacji zdjęciami Prezydenta i jego żony, była tylko niepotrzebną wrzutką, wynikającą z nieporozumienia, niewiedzy i posmoleńskiej traumy. Już zupełnie niedawno, gdzieś w medialnym przekazie, ktoś przypomniał starą już tak bardzo kwestię kampanii zniesławiającej Lecha i Jarosława Kaczyńskich, która przekroczyła nasze granice i znalazła swoje ujście w niemieckiej prasie. Ale i tu, od razu pojawiła się informacja, że tak naprawdę nawet wtedy nic się nie stało, bo z jednej strony mieliśmy do czynienia zaledwie z rozdętym ponad miarę ego Prezydenta, a z drugiej zaledwie niewinnym żart Em rzekomo satyrycznej gazety.
A ja sobie myślę dalej, że istnieje pewne niebezpieczeństwo, że wielu z nas – troszkę przez zwykły upływ czasu, ale też przez naturalną chęć wypierania z siebie niemiłych emocji – przyjmie w końcu tę fatalną optykę. Że w pewnym momencie uznamy, że tak naprawdę to tylko nasze emocje każą nam się oburzać czy cieszyć, natomiast przekaz jaki do nas dochodzi jest na ogół w miarę obiektywny i nie może być inny. Tym bardziej, może być nam łatwo zapomnieć o tamtych dniach, kiedy już właściwie codziennie słyszymy o kolejnych kompromitujących faktach, tym razem dotyczących już nie Lecha Kaczyńskiego, ale Bronisława Komorowskiego. Może się więc zdarzyć, że dojdziemy do wniosku, że tak naprawdę nie było żadnego spisku, żadnego knucia, żadnych złych intencji, ale zaledwie informacja, która nam z jakiegoś powodu nie pasowała. Lech Kaczyński robił z siebie pośmiewisko – media o tym informowały. Pośmiewisko robi z siebie Bronisław Komorowski – czy ktoś ten fakt ukrywa? A zdjęcia? Spójrzmy na zdjęcia Komorowskiego, albo tym bardziej jego żony. Czy ktoś coś manipuluje? Czy ktoś chce nas oszukać? A może coś przed nami ukryć?
A może media nie trzymają standardów? Ależ gdzie tam! Niedawno – wspomniałem już o tym dziwnym zdarzeniu niedawno – do Szkła Kontaktowego zadzwoniła jakaś kobieta i powiedziała, że ojciec Janusza Palikota był w czasie wojny tzw. szmalcownikiem. Grzegorz Miecugow nie dość, że jej ową wypowiedź przerwał, to poinformował wszystkich, że jeśli do niego zgłosi się prokurator i poprosi o numer telefonu tej pani, to on bez wahania podejmie współpracę. Bo prawo musi znaczyć prawo. A sprawiedliwość – sprawiedliwość. W innym momencie, ktoś użył w rozmowie słowa uznanego za wulgarne i został natychmiast wyłączony. A ja mam pamięć starą, ale wciąż dobrą, więc pamiętam, jak przez całe lata w domenie jak najbardziej publicznej, w tym w Szkle Kontaktowym właśnie – zapewne w ramach realizowania konstytucyjnej gwarancji wolności słowa – informowano, że zmarły ojciec Prezydenta był stalinowskim zbrodniarzem, a jego córka Prezydenta żoną ubowca, z którym w dodatku wyemigrowała za granicę. I choćby te dwie informacje były powtarzane tak często i tak bezkarnie, że z pewnością nie tylko mnie zapadły w pamięć. I niewykluczone, że jeśli dziś jakiś obłąkaniec pisze na moim blogu, że o karze, jaka mnie czeka z moje niedobre poglądy, to trochę i przez tę eksplozję wolności słowa. A akurat nie umiem sobie przypomnieć, żeby któregokolwiek z tych oszczerców Grzegorz Miecugow straszył prokuratorem.
A zatem, pamięć mam dobrą. A więc pamiętam na przykład też czas, kiedy to prezydent Lech Kaczyński udawał się z wizytą do Azji i Japonii. I kiedy to media, jak zawsze, informowały. Nic ponad to. Wyłącznie informowały. Powspominajmy zatem. Choćby po to, by jakoś się przygotować do rocznicy smoleńskiej mgły i smoleńskiej zbrodni.
Oto dowiadujemy się, że samolot, którym prezydent Kaczyński leciał z wizytą do Japonii, miał poważną awarię i musiał nocować gdzieś w Mongolii, co oczywiście, w połączeniu z tą Mongolią i wcześniejszym kartoflem, budzi wybuchy powszechnego entuzjazmu. W pewnym momencie do Szkła Kontaktowego dzwoni jakiś pan i prosi, żeby może uszanować pozycję głowy państwa i nie kpić nieustannie z prezydenta Kaczyńskiego podczas jego jak najbardziej oficjalnej wizyty na Wschodzie. Dwaj pajacowie, prowadzący program, najpierw udają, że kompletnie nie wiedzą, o co chodzi, a następnie, z trudem powstrzymując chichot, obiecują, że ależ oczywiście, oni z pełnym szacunkiem i tak dalej. I wtedy pojawia się na ekranie sms: „A co to prezydentowi zamarzło? Skrzydło czy dziób?"
Na drugi dzień otrzymuję od Orange porcję newsów, a w tym i ten, że cesarz Japonii się pochorował i odwołał wszystkie spotkania, w tym spotkanie z Lechem Kaczyńskim. I natychmiast słyszę żarty o tym, jak to Cesarz ciężko zapadł na zdrowiu, gdy posłyszał, że ma się spotkać z Lechem Kaczyńskim, albo, że w tej sytuacji Kaczyńskiemu pozostaje się spotkać z cesarskim szatniarzem, albo, że w tej sytuacji głupio zrobił, że w ogóle jechał do Japonii, bo mógł zostać w Mongolii. Na – ha, ha, ha! – zawsze. A głosy te słyszę nie na ulicy, nie w sklepie, nie od swoich głupich znajomych w czasie towarzyskich spotkań, ale w jak najbardziej oficjalnej domenie publicznej.
Dużo bardzo pamiętam. Choćby wielodniową dyskusję w mediach na temat tego, ze Lech Kaczyński powiedział do szefa BOR-u „Won gnoju!” Wprawdzie wiadomość ta ani nie została potwierdzona, ani w ogóle nie niosła ze sobą siły faktu, lecz była wyłącznie puszczoną przez kogoś w obieg plotką typu ‘podobno’, ale i tak nie przeszkodziło to temu, by TVN24 przez kolejne dni ową informacją karmił siebie i innych. Pamiętam też, jak w czasie, kiedy to wszyscyśmy się strasznie emocjonowali tym, że Lech Kaczyński pojechał nie wiadomo po co do Gruzji i tam robił z siebie durnia, w przestrzeni jak najbardziej oficjalnej krążyły takie popisy dziennikarskiej elokwencji jak: „Machiavelli w krótkich gaciach", „małostkowy safanduła", „pajac", ktoś kto „z gęby robi cholewę", czy kto „dziób pcha pod lufę", czy stwierdzenia na poziomie wręcz publicystycznej analizy, takie jak: „Wystarczyło więc kilka serii w powietrze i całe bohaterskie towarzystwo z uśmiechem i z ulgą pognało z powrotem do domu".
Ja tego wszystkiego nie wymyślam. To było. I nasz świat będzie musiał z tym już żyć zawsze, bo to wszystko napełniało go napięciem takim, że ono w końcu musiało doprowadzić do śmierci, a co dziś przez niektórych jest określane jako nic nie znacząca satyra i demokratyczna debata. Ale nie tylko to. Nie tylko publicystyczne bon moty, ale również poważne analizy. Oto pamiętam świetnie odredakcyjny artykuł w Newsweeku przedstawiony przez Wojciecha Maziarskiego, w którym Maziarski udowadnia, że prezydentura Lecha Kaczyńskiego tak naprawdę jest wynikiem swoistego zamachu stanu, i sugeruje, że skoro legalne sposoby usunięcia Kaczyńskiego z urzędu zawiodły, należy się zastanowić nad metodami mniej legalnymi. I wyrzucając z siebie swoje mądrości, podkreśla je i wzmacnia przy pomocy frazy, ze trzeba „coś zrobić”. Bo tak dalej być nie może. Pamiętam też serię reportaży z prezydenckiego pałacu przedstawionych w Dzienniku przez wieczne gwiazdy śledczego dziennikarstwa Reszkę i Majewskiego – dziś już po ‘naszej’ stronie – w których owe asy wywiadu ze swadą informowały, jak to Lech Kaczyński, człowiek całkowicie ubezwłasnowolniony przez swoją jędzowatą żonę i przebiegłych doradców, uzależniony od alkoholu i cierpiący na przeróżne jawne i skryte choroby, człowiek tak fatalnie nieudany, jest w stanie kompletnie sparaliżować pracę rządu i samego premiera. Jak to okazuje się, że nawet ktoś tak wybitny jak Donald Tusk wobec kogoś takiego, jak Lech Kaczyński, jest kompletnie bezradny. A więc koniecznie coś trzeba zrobić.
No i hop! Zrobiono. I okazuje się, że wszystko co robimy, ma swoje konsekwencje. Nasze dobre czyny – konsekwencje dobre, z kolei nasze zło – powoduje już tylko coraz większe zło. I to nie koniecznie na poziomie nie bezpośrednim, gdzie jedno z drugiego w sposób prosty wynika, ale w wymiarze bardziej metafizycznym. A tu, z kolei, ta walka tworzy tak nieprawdopodobnie spektakularne akrobacje, że już nawet nie wiadomo, w którym miejscu porażkę ponosi dobro, a w którym zło. I kiedy zwycięstwo tryumfuje, a kiedy jest tylko pozorem. Strącono ten samolot i nagle obraz tych biednych szczątków, te odwrócone ku niebu koła, ta zmasakrowana bialoczerwona szachownica wywołała taki żal, taki ból, a jednocześnie taki bezmiar miłości, ze dziś już widzimy najwyraźniej jak tylko można, że nic tego wiatru nie zatrzyma. Z drugiej jednak strony, równie wyraźnie obserwujemy, jak to zło się przepoczwarza i już nie fizycznie, ale właśnie metafizycznie, by nagle stać się znów osobą.
Powrót peerelu, czy to pod postacią propagandy, tak bezwzględnej, tak brutalnej, a jednocześnie tak bezczelnie prostackiej, że dla każdego w miarę wrażliwego obserwatora wręcz obraźliwej, czy w formie tego orderu nadanego przez, jeszcze tylko pełniącego obowiązki po zamordowanym Lechu Kaczyńskim, prezydenta Bronisława Komorowskiego rosyjskiemu ambasadorowi, i tej nieustannej obecności Rosji w naszej publicznej przestrzeni – tych ich ministrów, przeróżnych urzędników, tego ich dziennikarza pracującego w Polsce i w tak szczególny sposób uzupełniającego ten czarny obraz – to wszystko nie jest w żaden sposób historyczną, czy polityczną konsekwencją tamtej zbrodni, lecz najzwyklejszym trumfem Szatana.
PRL wraca jako swoja własna parodia. Pisałem wcześniej od dziennikarzach. O Reszce, Majewskim, Maziarskim, czy wreszcie Sekielskim. Oni wszyscy zostali stworzeni nie przez politykę, nie przez historię, ale przez to zło, które przecież nie narodziło się 10 kwietnia, ale kotłowało się po różnych zakamarkach już wiele lat wcześniej. I oto własnie widzę – pisałem już o tym w Solidarnych2010 – jak nagle, w roli naczelnego eksperta od najnowszej historii świata i Europy, na ekranie pojawia się jedna z najmroczniejszych postaci peerelowskiej propagandy, Bogusław Wołoszański i odstawia najbardziej klasyczną, komunistyczną pogadankę o Richardzie Nixonie, ilustrowaną z jednej strony starymi filmami z wczesnych lat 70., a z drugiej materiałami CBA sprzed trzech lat, przedstawiającymi snującego się po korytarzach hotelowych ministrem Kaczmarkiem, i wykrzywioną w głupkowatym uśmiechu twarz Jarosława Kaczyńskiego.
Bogusław Wołoszański w formie reaktywowanej, jako wręcz magiczny efekt transformacji jednego zła w zło nowe. Oto nowy bohater nowych czasów. Pamiętam jak kiedyś te jego ‘Tajemnice XX wieku’, czy jak się nazywał ów komunistyczny gniot, wytwarzały wokół siebie taką aurę szybkiego, nowoczesnego dziennikarstwa. I mamy akurat dziś prawdziwe odrodzenie tego syfu. Nowe szybkie czasy znalazły sobie idealny symbol w postaci Wołoszańskiego i jego wykładów.
I z jednej strony oczywiście ta twarz i sposób w jaki ona się pojawiła w moim domu budzi pewną trwogę, ale jednocześnie nie mogę nie zauważyć, że to wszystko jest tak strasznie nieprawdziwe. Może dlatego, że zawsze oryginał jest lepszy od kopii, a może też z tego powodu, że ta kopia tak bardzo się wkomponowuje nie w zwycięstwo zła, ale jego upadek. I ta sytuacja każe mi nagle dość wesoło zauważyć, że oni mogą naprawdę żałować, że Wiesław Górnicki już nie żyje. Byłby dziś dla TVN-u jak znalazł. I od razu do głowy przychodzi mi żart, że niech się jednak Sekielski porozgląda. Niewykluczone że on miał jakieś dzieci. Idą ciężkie czasy. Mogą się przydać.
A zatem, jak by nie było, ja wszystko bardzo dobrze pamiętam i strasznie dokładnie widzę to co się wokół mnie dzieje. I dziś, kiedy stoimy wobec rocznicy śmierci Lecha Kaczyńskiego, jego żony, wielu jego przyjaciół, ale też i ludzi, którzy tak niefortunnie i fatalnie zaangażowali się swego czasu w proceder, który ostatecznie i ich samych unicestwił, chciałbym pewne rzeczy wspomnieć, a jednocześnie po raz kolejny zaapelować, byśmy pozbawili się złudzeń. Przynajmniej co do tych, którzy już się nie zmienią. Najwyżej na gorsze. A jedyne co możemy dla nich zrobić, to pokazać im, że cokolwiek zrobią i cokolwiek sobie zamierzą, jest już poza ich możliwościami. Bo muszą to zobaczyć – choćby dla swojego własnego dobra.