piątek, 28 lutego 2014

Z ostatniej chwili: Atak prawicowej lemingozy

Prawo i Sprawiedliwość ani, jak wiemy, nie odzyskało jeszcze władzy, ani nie wiadomo nawet, czy System pozwoli mu ją odzyskać, jednak arogancja, z jaką ci, którzy jeśli do tego dojdzie, zaczną po Platformie odzyskiwać kolejne przyczółki, zaczynają się ostatnio zachowywać, już nawet nie poraża, ale wręcz przeraża. Oczywiście nie jest do końca łatwo przewidzieć, jaki będzie rozkład sił po prawej stronie sceny, jednak pewne prognozy można snuć, a tym samym zakładać, że środowiska tworzące dziś ofertę symbolizowaną przede wszystkim przez tygodnik „W Sieci” mogą mieć tu naprawdę dużo do powiedzenia.
Kto czyta ten blog i mniej więcej orientuje się w panujących tu nastrojach, wie, że ja już od wielu miesięcy, by nie powiedzieć lat, przestrzegam przed rodzajem nieuczciwości, jaki cechuje środowiska jak najbardziej prawicowe. Kiedyś nie (nomen omen) raz zwracałem uwagę na występki, w swoim czasie wręcz wieszcza polskiej prawicy, Rafała Ziemkiewicza, za co regularnie zbierałem cięgi od tych, którzy apelowali, by naszych nie ruszać, dziś jednak, kiedy po Ziemkiewiczu już nawet nie pozostało wspomnienie, nadal serdecznie namawiam, żeby uważać na przyjaciół. Zgodnie choćby ze starą zasadą, że z wrogami zawsze można sobie jakoś tam poradzić.
Oto ledwo co wczoraj, czy przedwczoraj, europoseł Platformy Obywatelskiej Jacek Protasiewcz narozrabiał po pijanemu na lotnisku we Frankfurcie, przez co stał się przedmiotem, nacierających ze wszystkich stron, zarówno szyderstw, jak i zwykłych pretensji. I kiedy wydawałoby się, że prawicowi publicyści nie mogą sobie wyobrazić bardziej prostego zadania, niż wyszukiwanie kolejnych powodów by Protasiewiczowi, a z nim całej Platformie, dokuczyć, na portalu wpolityce.pl ukazał się artykuł, w którym autor wykpiwa Protasiewicza z powodu jego rzekomej nieznajomości języka angielskiego.
Ja już parokrotnie na tym blogu apelowałem do osób przekonanych o swoich językowych kompetencjach, by może darowali sobie wyśmiewanie innych za to, że są słabi z języka angielskiego, z tego choćby prostego powodu, że oni sami mają wystarczająco dużo argumentów, by się wziąć za solidną naukę. Na nic. Nie ma bowiem praktycznie dnia, by nie pojawił się tu tu to tam kolejny specjalista od języka angielskiego, i nie zaczął się popisywać, jaki to z niego ekspert, zwłaszcza gdy chodzi o cudze umiejętności. No i tu, kiedy już nawet dziennikarze TVN24 uznali, że chyba jednak nie ma większego sensu „nabijać się” z Jarosława Kaczyńskiego, lub innych polityków Prawa i Sprawiedliwości, za to jacy oni są słabi z angielskiego, pałeczkę przejęli tak zwani „nasi” – w tym wypadku ludzie z portalu wpolityce.pl.
O co poszło? Otóż, wedle relacji samego zainteresowanego, kiedy niemiecki urzędnik celny powiedział do Protasiewicza „raus”, ten się oburzył i zwrócił się do Niemca złośliwie słowami: „Were you ever in Auschwitz”. Publicysta wpolityce.pl szydzi z Protasiewicza – zupełnie jakby nie miał żadnych innych argumentów, by się nad nim skutecznie poznęcać – że on językowo stoi poniżej poziomu elementary, gdzie każde dziecko wie, że się nie mówi Were you ever, ale Have you ever. Cały tekst, śmieszny od początku do końca, jak jasna cholera, i pełen wrzucanych jedna po drugiej językowych złośliwości – swoją drogą, nawet nie wymyślonych przez autora, ale znanych każdemu od lat – poświęcony jest tylko temu jednemu zagadnieniu: że oto idiota Protasiewicz nie zna języka, bo zamiast Have you ever, powiedział Were you ever.
Otóż rzecz polega na tym, że choć w istocie rzeczy bardziej poprawna gramatycznie jest forma Have you ever, nie zmienia to jednak faktu, że owo Were you ever akceptowalne jest jak najbardziej, a już zwłaszcza w sytuacjach ściśle praktycznych. Powiem więcej. Moim zdaniem, Protasiewicz, decydując się na rzadziej spotykane Were you ever, akurat tutaj wykazał pewną szczególną językową swobodę, którą ja osobiście byłbym skłonny nawet cenić. Bo to by akurat mogło świadczyć o tym, że on nie używa języka na zasadzie prezentowanej przez takiego Sikorskiego, który to co zapamiętał, to powie, a to czego nie zapamiętał, to ewentualnie spróbuje pokazać za pomocą miny.
Ale i to nie jest tu najgorsze. No bo przyjmijmy nawet wersję z punktu widzenia wymagań akademickich dla Protasiewicza niekorzystną, a więc tę, żę on za to Were you ever powinien być oceniony na dwóję. Otóż nawet jeśli tak, to wciąż to co zrobił Protasiewicz na lotnisku we Frankfurcie, a przecież i nie tylko, zasługuje na dziesiątki różnych szyderstw innych, niż czepianie się jakichś językowych lapsusów. A mimo to redakcja wpolityce.pl uznała za konieczne zająć się akurat tym językiem. Czemu?
Otóż ja mam tu pewne, moim zdaniem, bardzo solidne wytłumaczenie. Rzecz nie polega na tym, że ci durnie tak naprawdę nie są w stanie sformułować wobec Protasiewicza sensownych zarzutów, i w głębi duszy uważają, że z niego jest może nawet w porządku gość. To nie jest tak, że oni do Protasiewicza mają stosunek co najmniej obojętny, ale ponieważ nie lubią Tuska i wszystkiego co go otacza, muszą Protasiewiczowi dokuczyć. Nie jest też tak, że oni sami nie są nawet w stanie wyobrazić siebie w sytuacji, gdzie przez bezmyślne pijaństwo narażają się na kompromitację. Oni, moim zdaniem, każdy z nich tu akurat świetnie wie, jak to bywa, i wie, że Protasiewicz, tak się fatalnie odsłaniając, to bałwan. Dla nich jednak czymś znacznie ważniejszym jest to, że on, jak im się zdaje, nie zna języka angielskiego. To jest dokładnie to samo zjawisko, z jakim mieliśmy swego czasu do czynienia, kiedy to Janusz Palikot został, po raz pierwszy i tak naprawdę ostatni w życiu, szczerze i autentycznie wyszydzony przez reżimowe media, kiedy zamiast Greek, powiedział Greece, lub może odwrotnie.
Za tym ich zachowaniem bowiem stoi ów stary, nieznośny wręcz inteligencki kompleks na punkcie języka angielskiego. Oni świetnie zdają sobie sprawę z własnych tu ograniczeń, sami są przepełnieni nieustanną zazdrością w stosunku do tych, co ten język – choćby w ich pojęciu – znają, szczerze wierzą, że języki obce, podobnie jak owa mityczna „europejskość”, czy po prostu „inteligenckość”, to coś godnego najwyższego szacunku, i wciąż się potrzebują, na ile to tylko możliwe, pokazywać jako ci, którzy przynajmniej wiedzą, co jest naprawdę w cenie.
Oni tu się zachowują dokładnie tak samo, jak owe tyle razy wyszydzane przez nich samych „lemingi”, a więc ci z nas, którzy wszystko co sobie pomyślą i wszystko co zrobią muszą najpierw skonfrontować z jakimś autorytetem. Oni są dokładnie tacy sami, jak ci rzekomo wyjątkowo wrażliwi artystycznie recenzenci, którzy wiedzą, że film Krauzego o Smoleńsku jest niedobry, natomiast kolejne filmy Smarzowskiego, czy Pasikowskiego – jak najbardziej. Albo odwrotnie. Nie ma żadnej różnicy między nimi, a tymi z nas, którzy w życiu nie przyznają się do tego, że w piątki nie jedzą mięsa, bo to jest takie nieeuropejskie. Banda zakompleksionych durniów, czekających aż ktoś na nich łaskawie skinie palcem! Wielkomiejska inteligencja ze słomą wplątaną w zęby.
I to oni już niedługo, kiedy być może uda się odsunąć od władzy to zepsute do szpiku kości towarzystwo z Trójmiasta i okolic, będą tworzyć nasze nowe elity – polityczne, medialne i kulturalne. A wtedy Polska zobaczy, że jeśli oni czymś się różnią od całej tej nędznej reszty, to tylko tym, że gdy tamci się śmiali z Kaczyńskiego, to wiedzieli że kłamią; wiedzieli że ich problem polega na tym, że poza tymi jego rozczłapanymi butami i niezapiętym guzikiem, oni nie mają nic z czego można się pośmiać – „nasi” natomiast o tym że kłamią nie wiedzą. A wtedy, kiedy Polska to wszystko zobaczy, będziemy mieli koniec tak spektakularny, że się spod niego nie wygrzebiemy. I wtedy dopiero zobaczymy, jak wyglądają prawdziwe buce z Ruskiej Budy.

Już w przyszłym tygodniu oddajemy do druku nową książkę, tym razem o języku angielskim właśnie. I tam nie będzie ani szyderstw, ani tanich żartów. Oprócz ciułania na codzienne życie, zbieramy też fundusze na jej druk. Zachęcam więc do kupowania albo bezpośrednio u mnie, albo w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl tego co już udało mi się wydać. Jeśli ktoś już jednak co mieć chciał, ma i więcej nie potrzebuję, proszę wspierać nas pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 27 lutego 2014

Czy Jacek Protasiewicz to kret?

Jako wybitny bloger i dziennikarz obywatelski, laureat konkursu Onetu na Blog Roku, nie mogłem przegapić wydarzenia, jakie miało miejsce w tych dniach na lotnisku we Frankfurcie. Nie mogłem owego wydarzenia nie zauważyć, ale też nie mogę go nie skomentować: w końcu na tym polega moja misja i mój obowiązek – na informowaniu Czytelnika o tym, co ważne. Wprawdzie demokratyczne media w naszym kraju przedstawiły już zdarzenie bardzo szeroko, prezentując różne punkty widzenia, na wypadek gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, o co chodzi, krótko opowiem. Otóż, jak donoszą niemieckie media w Niemczech i w Polsce, europoseł Platformy Obywatelskiej Jacek Protasiewicz, rzekomo w stanie alkoholowego upojenia wszczął awanturę na lotnisku we Frankfurcie właśnie, zwyzywał niemieckich urzędników od nazistów, za co został zatrzymany, zakuty w kajdanki i usunięty z lotniska.
Taka jest wersja strony niemieckiej. Sam Jacek Protasiewicz twierdzi, że było inaczej. Wedle jego relacji, on ani nie był pijany, ani agresywny, natomiast agresywny był urzędnik celny, i to do tego stopnia, że powiedział do posła Protasiewicza „raus!”, co posła oburzyło, no i w efekcie doprowadziło do awantury, sytuacji z kajdankami, no i tego, że dziś wszyscy tą sprawą żyjemy.
Wprawdzie ja nie mam powodu, by Jackowi Protasiewiczowi nie wierzyć, a wręcz przeciwnie uważam go za wybitnego polityka i porządnego działacza, natomiast w tej akurat sytuacji jest coś, co budzi mój niepokój. Otóż ja nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by niemiecki urzędnik mógł postąpić tak niegodziwie w stosunku do polskiego obywatela, tym bardziej jeśli owym obywatelem jest przedstawiciel Platformy Obywatelskiej, a więc politycznego ugrupowania, które po wielu latach obrzydliwego wręcz demonstrowania antyniemieckich kompleksów i fobii w wykonaniu Jarosława Kaczyńskiego i innych polityków PiS-u zrobiło wiele, by stosunki między Polską a Niemcami nabrały prawdziwie partnerskiego charakteru. Rozumiem naturalnie, że ów Niemiec mógł sobie pomyśleć, że ma do czynienia z jakimś polskim antysemitą, czy po prostu chamem, ale przecież wystarczyło, by poseł Protasiewicz się przedstawił i powołał na przyjacielskie stosunki między Donaldem Tuskiem a Angelą Merkel, żeby nieporozumienie wyjaśnić, a wszelkie konflikty załagodzić. A jednak doszło do zdarzenia przykrego.
Jest oczywiście możliwe, że to ów urzędnik, który zaatakował posła Protasiewicza był ukrytym zwolennikiem PiS-u, i jego zachowanie stanowiło wyłącznie demonstrację pisowskiej nienawiści do wszystkiego, co europejskie i cywilizowane, jednak w tej sytuacji jest mi trudno zrozumieć, dlaczego jego stronę wzięli też inni niemieccy urzędnicy, w tym policjanci. Oni akurat powinni się umieć znakomicie zorientować, że mają do czynienia z przedstawicielem Polski nowej, cywilizowanej, niehomofobicznej i otwartej na Europę. A mimo to, potraktowali Jacka Protasiewicza jak jakiegoś PiS-owca, a tym samym Polskę, jakby ona wciąż była w rękach tej bandy dzikich żoliborskich szowinistów i eurofobów.
Przykro mi to mówić, bo wiem, że Jacek Protasiewicz to człowiek kulturalny, wykształcony, a co najważniejsze cieszący się zaufaniem w najwyższych kręgach władzy Platformy Obywatelskiej, ale trudno mi uwierzyć, by w incydencie do jakiego doszło na lotnisku we Frankfurcie, wina leżała po stronie niemieckiej. Stosunki między Niemcami a Polską są dziś wręcz wzorowe, rząd Donalda Tuska wielokrotnie udowodnił naszą determinację na rzecz podtrzymywania jakości tych stosunków, Niemcy nie mają żadnego powodu, by traktować nas jak kogoś gorszego, a zatem to co spotkało europosła Protasiewicza stanowi dla mnie prawdziwą zagadkę.
W tej sytuacji chciałbym się z Czytelnikami podzielić pewną refleksją, która, obawiam się, może być dla nas wszystkich wręcz boleśnie prawdziwa. Zastanówmy się proszę, czy nie jest tak, że europoseł Jacek Protasiewicz jest tak naprawdę ukrytym pisowcem, a niemieckie służby – jak wiemy o wiele sprawniejsze i bardziej doświadczone od naszych – nabyły tę wiedzę jeszcze przed nami. Weźmy łaskawie pod uwagę, że zdrajcy mogą być we wszystkich szeregach, i Platforma Obywatelska nie jest od tych zagrożeń wolna. Bo jeśli miałoby się okazać, że Jacek Protasiewicz tak naprawdę jest ukrytym pisowcem, to wszystko to do czego doszło na niemieckim lotniku zaczyna nabierać logicznego kształtu. On i mógł być pijany, jak zmarły parę lat temu w wypadku samolotowym Przemysław Gosiewski, mógł wykrzykiwać jakieś bzdurne hasła na temat Auschwitz i niemieckiej za Auschwitz odpowiedzialności, no i wreszcie mogło się wtedy też zdarzyć, że Niemcy potraktowali go z całą surowością, na jaką zasłużył. Osobiście mam nadzieję, że strona niemiecka, oczywiście dyplomatycznymi kanałami, poinformuje o wszystkim władze Platformy i sprawa zostanie ostatecznie wyjaśniona, a europoseł Protasiewicz zostanie odpowiednio ukarany za swoją zdradę.
Kończę już tę krótką notkę, życzę wszystkim miłego Tłustego Czwartku, i proszę uważać na pączki pochodzące z nieznanych źródeł. Jak zwykle kupujmy u Bliklego.

Skorośmy sobie już pożartowali, pozwolę sobie na parę bardzo poważnyh słów. Bez Waszej pomocy ten blog - ale przecież nie tylko on - nie ma żadnych szans. A zatem proszę nas wspierać pod podanym tuż obok numerem konta. Dziękuję.

środa, 26 lutego 2014

Trzy historie na koniec czasów

Niedawno wpadłem na informację, że znany krakowski publicysta i intelektualista Marcin Król dokonał swoistego coming-outu i przyznał, że on i jego koledzy zrobili błąd wybierając na początku lat 90-tych liberalizm, jako swoją religię. Z perspektywy czasu on bowiem zauważa, że liberalizm jednak ma swoje wady, i że te wady są tak liczne i tak decydujące, że jemu sumienie być dłużej liberałem nie pozwala. Jednak on tym bardziej jest dziś przekonany, że jego i każdego patriotycznie myślącego Polaka pierwszym zadaniem jest walczyć z Jarosławem Kaczyńskim i tym, co on szykuje dla Polski. W tej sytuacji chciałem opowiedzieć parę, moim zdaniem, bardzo ciekawych historii.
Otóż ponieważ z tego pisania udało się w ostatnich dniach nieco nazbierać, w drodze na zakupy, postanowiłem wstąpić do banku, w którym mam kredyt, aby zapłacić resztę aktualnej raty. Kiedy wszedłem do środka, podeszło do mnie jakieś dziewczę na szpilkach i zapytało, czym może służyć, ja powiedziałem, że przyszedłem z pieniędzmi, ona na to mnie poprosiła, żebym chwilę poczekał, no więc ja odpaliłem telefon i zacząłem czytać tekst Gabriela.
Z dwóch dostępnych dla klientów banku stanowisk, jedno było, jak to się ładnie mówi, nieobsadzone, przy drugim ładna blondynka podpisywała z pewną starszą panią umowę kredytową, a ponieważ ona wciąż ową straszą panią namawiała na dodatkowe produkty, cała procedura się przedłużała. Przez te pół godziny, kiedy tam stałem, przyszły do banku dwie inne osoby: samotna pani i pewien pan ze staruszką, do której zwracał się „babciu”. Do nich też owa maitre d’desk zwróciła się z zapytaniem, czego sobie życzą, a po tym, jak jedno po drugim poprosiło o kredyt, oboje plus babcia zostali poproszeni na zaplecze. Ja tam jeszcze bez sensu postałem paręnaście minut, i ostatecznie poszedłem zrealizować zamówienie, które pani Toyahowa z samego rana przedstawiła mi na specjalnej kartce.
Historia jak historia. Z mojego punktu widzenia mocno inspirująca, ale biorę pod uwagę, że ktoś może potrzebować wrażeń na wyższym poziomie. Proszę więc bardzo. Otóż jakiś czas temu zdarzyło mi się poznać pewną panią. Zwykła pani w wieku nieomal średnim – mąż, córka, samochód, telewizor, jeśli czas pozwoli, parę kolejnych stron „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Z powodów, w które tu nie musimy wnikać, owej pani, która prawdę powiedziawszy zupełnie spokojnie mogłaby być urzędniczką w Urzędzie Miejskim, lub przedszkolanką, trafiło się pracować jako osoba obsługująca różnego rodzaju imprezy pod względem tak zwanej „wyżerki”, a więc przygotowująca jedzenie dla owych bali uczestników, no i oczywiście podająca to jedzenie do stołu. Zatrudniona jest moja znajoma przez, jak mi sama mówi, przez jakiegoś starego esbeka, który dziś jest właścicielem całej sieci ekskluzywnych hoteli, no i w tych hotelach praktycznie codziennie urządzane są jakieś uroczystości, które ona, wraz z innymi paniami, przygotowuje.
Otóż opowiada mi moja znajoma, że to jest praca pod wieloma względami straszna. Przede wszystkim trzeba być cały czas, a więc od samego przygotowania imprezy do jej zakończenia i posprzątania po niej, na nogach, w dodatku szef to jest taki typ, który uważa, że te panie, które dla niego pracują może traktować jak szmaty, no i wreszcie sami uczestnicy zabaw – oni bardzo często są absolutnie najgorsi. No i sprawa być może tu podstawowa. Za tę robotę ona dostaje 7 złotych za godzinę, a jeśli jest tak zwana właśnie „impreza”, a więc okazja do bardziej intensywnego zarobkowania, nieco mniej. Dlaczego mniej? No bo per saldo to są większe pieniądze.
Jak to wygląda w praktyce? Ona musi się stawić na miejscu o godzinie 13.00, żeby zacząć przygotowywać salę, stoły no i jedzenie. Goście przychodzą późnym popołudniem, no i bawią się do późnej nocy. Kiedy już wszyscy sobie pójdą, ona zaczyna sprzątać stoły, no i robić ogólny porządek. Tak do 6 rano.
Właśnie tak. Niczego nie pomyliłem. Po 17 godzinach ona może iść do domu, zarobiwszy… tak, tak – 80 złotych. To jest stała stawka za coś, co ona nazywa „imprezą”. Tyle „prezes” płaci swoim pracownicom.
A nie zawsze tak było. Jeszcze parę miesięcy temu ona za „imprezę” dostawała 120 złotych, jednak ostatnio „prezes” oświadczył, że one za dużo, kurwa, zarabiają, więc muszą się trochę posunąć.
I to jest już chyba wszystko. No może prawie wszystko. Brakuje nam jakiegoś zabawnego zakończenia, a ja powiem, że myślę, myślę, myślę, i nic mi nie przychodzi do głowy. W pierwszej chwili chciałem opowiedzieć, jak to, po tych wszystkich godzinach, kiedy one zaczynają sprzątać te stoły, są tak strasznie głodne, że zaczynają to wszystko to, co i tak trzeba wyrzucić, podjadać, przez co ona czuje, że ta praca ją zwyczajnie wykańcza, no ale co będę pisał o trzymaniu diety? Ja?
Wciąż za to mam w głowie tę informacje podaną dziś przez Gabriela, że Radek Sikorski przebrał się za kask lotniczy, przyczepił do klapy białoczerwoną szachownicę i coś tam powiedział. Co to ma do rzeczy? Jaki jest związek tej jego błazenady z tymi hotelami, by już nie wspomnieć o bankach? Osobiście mam wrażenie, że jakiś jednak ma, ale nie bardzo umiem te swoje podejrzenia odpowiednio sformułować. No ale w końcu od czegoś Was mam, czyż nie?

Proszę bardzo wspierać ten blog. Bez Was nie damy rady. Dziękuję.

niedziela, 23 lutego 2014

Gdy rzucają grudę i piszą życiorys

W czwartek pochowaliśmy Zbigniewa Romaszewskiego i z tej okazji w ostatnim numerze „Warszawskiej Gazety” zamieściłem felieton poświęcony właśnie Jemu i Polsce, która od minionego piątku weszła w ów szczególny okres: okres po Romaszewskim. Proszę się skupić:

Kiedy ten tekst ukaże się w „Warszawskiej Gazecie”, będziemy przeżywali pierwszy dzień nowej ery, ery wyznaczonej przez odejście Zbigniewa Romaszewskiego. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że powodów, by zaczynać wszystko od nowa mieliśmy przez ostatnie lata znacznie więcej, i wystarczy tu choćby wspomnieć odejście prezydenta Kaczyńskiego, czy Anny Walentynowicz. Było jednak coś w Zbigniewie Romaszewskim, co go stawiało przed i nad wszystkimi innymi polskimi bohaterami, mianowicie to, że do nikogo tak jak do niego nie wydawało się pasować herbertowskie przykazanie: „A gniew twój bezsilny niech będzie jak morze, ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych”. I nikt inny z taką mocą go nie wypełniał. A jest naprawdę wiele powodów, by to akurat traktować, jako coś decydującego.
A więc z jednej strony ten gniew, a z drugiej owa bezsilność – „jak morze”. No i ten głos „poniżonych i bitych”. Dziś, kiedy Romaszewskiego już nie ma, i tak powoli, tak słodko, i tak skutecznie zaczynamy zapominać tamten dzień, kiedy to w wyborach do Senatu Warszawa powiedziała Romaszewskiemu „nie”, i z tą swoją słynną wielkomiejską beztroską, postawiła go za kimś tak szczególnym, jak Marek Borowski, wraz z nim też zapominamy i tamten gniew i tamtą bezsilność. Dziś już wspominamy wyłącznie „Zbyszka”, człowieka dobrodusznego, łagodnego, pełnego serdecznej tolerancji. Doszło do tego, że sam Stefan Niesiołowski wydaje Romaszewskiemu certyfikat stwierdzający, że on akurat nie był „pisowskim aparatczykiem”.
Otóż za szczególnie ważne uważam właśnie dziś, kiedy przeżywamy pierwszy dzień owej nowej ery, by podkreślić najbardziej wyraźnie, że historycznej wielkości Zbigniewa Romaszewskiego, i tego niesłychanego wręcz, związanego z nią bólu po jego stracie, nie zawdzięczamy jego łagodności, ale wręcz przeciwnie – temu mianowicie, że nikt tak jak on nie potrafił pokazać, co miał na myśli Zbigniew Herbert, kiedy apelował, by nasz gniew był „bezsilny jak morze, ilekroć usłyszymy głos poniżonych i bitych”.
Świetnie pamiętam, jak Zbigniew Romaszewski zaangażował się w obronę Piotra Staruchowicza, zaatakowanego przez System stadionowego chuligana, i wszyscy ci, co dziś tak się wzruszają tą świeżo ubitą ziemią i tym krzyżem, pluli na niego i szydzili, że on – taki niby bojownik o Polskę – staje ramię w ramię z jakimś tępym kibolem. Tłumaczył Romaszewski, że on całe swoje życie spędził, stając ramię w ramię z takimi ludźmi właśnie, jak Staruchowicz, i że robił to zarówno w latach 70-tych, w 80-tych, no i jak najbardziej robi dziś. I ja pamiętam zarówno jego gniew, jak i jego bezsilność, a przede wszystkim może tę twarz, na której odbijało się jedno i drugie… i nic już więcej.
Zaczynamy nowy czas. Czas po Romaszewskim. I czytamy Herberta:

Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys.

Serdecznie proszę o wspieranie tego bloga czy to przez kupowanie książek, czy przez przekazywanie wpłat na podany obok numer konta. Tylko Wasza pomoc trzyma nas w pozycji wyprostowanej.

sobota, 22 lutego 2014

Radek Sikorski - człowiek któremu w ego pękła żyłka

Normalnie, nie jestem zbyt chętny do tego, by pisać tu o języku angielskim, a już na pewno nie w taki sposób, by się kogokolwiek czepiać, ponieważ jednak już w marcu planujemy wydanie mojej piątej już książki, i to właśnie o nauczenia języka, jestem bardziej niż zwykle w odpowiednim nastroju. Ale pewnie i to by nie było wystarczającym powodem, bym się miał tu na tym polu jakoś szczególnie angażować, gdyby nie to, że w miniony piątek tak zwane psy Systemu ogłosiły kandydaturę do tegorocznej pokojowej Nagrody Nobla w osobie ministra Radka Sikorskiego, a on sam – czy to w reakcji na te doniesienia, czy może sam z siebie – wywąchał tę szansę i zaktywizował się, jak chyba nigdy dotąd. Wprawdzie, czerpiąc garściami ze swojego znanego powszechnie bałwaństwa, nie mógł się powstrzymać i wypowiedział w stronę Ukraińców słynne już na cały świat słowa „wszyscy zginiecie”, niemniej ten dzień wciąż należał do niego, a on sam nie omieszkał kilkakrotnie ten fakt podkreślić.
Sikorskiemu poświęciłem dotychczas, o ile czegoś nie przegapiłem, trzy wpisy. Jeden po tym, jak on, jeszcze za życia prezydenta Kaczyńskiego, podczas jednej ze wspólnych konferencji prasowych, ile razy zabierał głos Prezydent, wyciągał Donalda Tuska na bezmyślne paplanie, w do tego stopnia ostentacyjny sposób, że ten nie miał innego wyjścia, jak obu publicznie upomnieć, drugi w odpowiedzi na panoszące się w przestrzeni publicznej plotki o Sikorskiego rzekomym oxfordzkim wykształceniu, a trzeci w reakcji na równie głupie i pełne wręcz nieznośnych kompleksów przekonanie o tym, że on zna język, jak prawdziwy Anglik.
No i kiedy wydawało się, że z tą akurat ofiarą losu mamy święty spokój, on został przez niejaką Ashton wysłany do Kijowa, by odegrać ów żałosny cyrk, i tak się wczuł w rolę, że nie dał mi zwyczajnie wyboru. O tym nieszczęsnym „wszyscy zginiecie” już wspomniałem. Ale mamy coś niemal równie dobrego. Oto on sam, tak bardzo zapewne podekscytowany ledwo co odniesionym „sukcesem”, na tym swoim nieszczęsnym Twitterze opublikował swoje dwa zdjęcia, w tym jedno pod zniszczonym pomnikiem Lenina, a obok następujący wpis: „Na deser, pod cokołem bez Lenina. 3 kolejne dzisiaj padły”, a obok jego bardzo zawodowe tłumaczenie: „For desert, under pediment without Lenin. 3 more gone today”.
I tu muszę poczynić dwie dygresje. Pierwsza, bardziej uniwersalna, to taka, że ja zawsze wyznawałem zasadę, którą zresztą traktuję jako motto nowej książki, że nikt nie jest tak dobry, jak mu się wydaje, ale również nikt nie jest tak kiepski, jak mógłby w swojej skromności sądzić. Druga dotyczy dość już starego felietonu, kiedyś komunistycznego sekretarza, a dziś prawicowego bojownika o polską wolność, Marka Króla, gdzie ten w owym tekście, swoją drogą poświęconym kpieniu z Polaków, którzy nie znają języka angielskiego, zrobił trzy błędy na poziomie gramatyki i idiomu. Dziś mamy coś znacznie ciekawszego. Otóż Radek Sikorski nie zrobił trzech błędów w jednym felietonie, natomiast, owszem, zrobił trzy błędy w jednym zdaniu, a dla mnie radość świadomości, że ów czek korzysta z gogle translatora jest nie do zastąpienia.
Popatrzmy w skupieniu. Oto Radek Sikorski, absolwent Oxfordu i pierwszy intelektualista w rządzie Donalda Tuska, postanowił, że polskie „na deser” dobrze będzie przetłumaczyć dosłownie, czyli „for dessert”, a więc zbliżył się bardzo niebezpiecznie do poziomu, gdzie niektóre, te mniej intelektualnie sprawne dzieci, chcąc zacząć list od „droga Aniu”, piszą „Road Aniu”. Mało tego. On nawet nie wie, że „deser” po angielsku to „dessert”, natomiast „desert” oznacza oczywiście pustynię. No ale bądźmy dla ministra Sikorskiego dobrzy, i przyjmijmy, że to była zwykła literówka i tego błędu mu nie liczmy. Jednak dalej pojawia się coś, czego wytłumaczyć już nie ma sposobu. Oto wymyślił sobie nasz wybitny oxfordczyk, że cokół to „pediment”, podczas gdy faktem jest, iż ów „pediment” to nie cokół, lecz – znany nam pewnie z różnych zdjęć – trójkątny, umieszczany nad wejściem do pewnego typu budowli, fronton, czyli coś co architekci określają dziwną nazwą „dach naczółkowy”.
W efekcie – zakładając, że tacy w ogóle istnieją – anglojęzyczni czytelnicy Twittera, na którym się lansuje minister Sikorski najpierw dostali do podziwiania jego zdjęcie pod czymś, co podobno przedstawia zniszczony pomnik, plus informację: „Na pustynię: pod dachem przyczółkowym bez Lenina. Dziś poszły kolejne trzy”.
A ja już tylko chcę widzieć to zdziwienie: Czyżby nasz pan minister z tej radości na wieść o tym, że dostanie Nobla, zwariował?
Tego samego wieczora rzuciłem okiem na TVN24, a tam oczywiście Sikorski i zakochana w nim po pachy Kolenda-Zaleska. Opowiada nasz dzielny minister, jak to on wynegocjował dla Ukrainy porozumienie, i jak to teraz opozycja powinna natychmiast ustąpić i przyjąć przedstawione przez Sikorskiego z Janukowyczem warunki, a Kolenda – z tym swoim bardzo szczególnym wyrazem twarzy – pyta: „To znaczy, że pan i Unia jesteście gwarantami tego porozumienia?” „Ależ skąd! Gdzie tam! My niczego nie możemy gwarantować. Będzie jak będzie”, odpowiada Sikorski. I to jest coś, co mnie autentycznie zachwyca. To jest właśnie to, co Unii Europejskiej dała Polska pod rządami Donalda Tuska. Radosław Sikorski – oxfordczyk-dyplomata i wybitny językoznawca. Osobiście mam nadzieję, że kiedy on tam następnym razem przyjedzie, to Ukraińcy poszczują go psami. Przynajmniej ci nasi, ze Lwowa.

Proszę o wsparcie dla tego bloga. Bez Waszej pomocy nie byłoby nic. Dziękuję.

Mikołaj Lizut jest nasz! Po nim idzie Wojewódzki.

Wbrew temu, co można by sądzić, nie jestem oczywiście ani na tyle pewny siebie, ani też zaczadzony swoim rozdętym ego, żeby się tu czuć do końca pewnym swego, ale faktem jest – i dawałem temu tu wyraz niejednokrotnie – że ja większość ekscesów czy to naszych dziennikarzy, czy polityków mam skłonność tłumaczyć ich ciężkim uzależnieniem od alkoholu. Czemu pisząc o tym, czynię owo szczególne zastrzeżenie? Otóż i sam to chętnie przyznaję, a i wielu moich znajomych może to potwierdzić, ile razy ktoś przede mną postawi flaszkę choćby i 10 letniego Laphroaiga, ja się natychmiast bezradnie uśmiecham. Nie zmienia to jednak faktu, że ja doskonale wiem, co by było, gdybym choćby został ważnym posłem Prawa i Sprawiedliwości, w dodatku Prawa i Sprawiedliwości trzymającym bezwzględną władzę na każdym możliwym poziomie, w dodatku pozostającym w świadomości, że to co robię nie ma żadnego moralnego sensu – otóż ja bym pewnie tylko chlał. I to ostro.
Jak mówię, przekonanie, że każda moralna zagadka, z jaką się musimy zmierzać od tylu już lat, prowadzi mnie do jednego i tego samego rozwiązania: oni najzwyczajniej w świecie chleją, i to chleją tak, że już nic nie ma znaczenia. Oto rejony, gdzie liczy się już tylko obietnica kolejnej okazji, w przynajmniej równie dobrym jak poprzednio towarzystwie. Kto owe szczególne okolice zamieszkuje? Z czysto procesowych względów wolałem zawsze się od wymieniania konkretnych nazwisk powstrzymywać, i oto nagle jeden z nich się nam sam objawił. Oto Stefan Niesiołowski dał się wmanewrować Mikołajowi Lizutowi i jemu kumplowi Kubie Wojewódzkiemu i przyznał, że jego życie to chlanie na umór w towarzystwie przypadkowym, obojętnym i nieokreślonym.
Co ta wiedza daje nam, pozostaje kwestią ściśle drugorzędną; w końcu trudno doprawdy, byśmy się mieli przejmować tym, że Niesiołowski chleje i w dodatku jest od tego chlania tak uzależniony, że przez to zatracił instynkt samozachowawczy. To co mnie w tym wszystkim naprawdę ciekawi, to zachowanie tak zwanych „naszych” mediów. Oto portal wpolityce.pl, ten sam dokładnie, który niedawno rozpętał kampanię nienawiści wobec Kuby Wojewódzkiego za to, że ten wskazał palcem ludzką podłość i zawodowy upadek jednego z ich kolegów dziennikarzy, dziś nagle wpada wręcz w zachwyt w stosunku do tego samego Kuby Wojewódzkiego za to, że ten – używając dokładnie tych samych metod dziennikarskiej prowokacji – skompromitował już nie swojego kumpla, lecz nielubianego przez nich polityka.
Nagle się okazuje, że już nie ma powodu, by drwić z Wojewódzkiego, wyzywać go od najgorszych i pomstować na upadek współczesnych mediów. Oto ni stąd niż owąd się dowiadujemy, że dziennikarskie zaangażowanie Wojewódzkiego zasługuje na uznanie. W końcu on skompromitował Niesiołowskiego, a to coś naprawdę poważnego.
Jeśli jednak ktoś myśli, że ten fałsz i to kłamstwo jest aż tak bezczelne, jest w dużym błędzie. Możliwe, że w najbliższym numerze tygodnika „W Sieci” ukaże się tekst Krzysztofa Feusette, gdzie nikt już niczym się nie będzie przejmował, a pochwały pod adresem Wojewódzkiego i Lizuta pójdą szerokim frontem. Dziś, redakcja portalu wpolityce.pl nie wymienia nazwiska ani Kuby Wojewódzkiego, ani Mikołaja Lizuta, ani nazwy programu, ani nazwy stacji, natomiast publikuje odpowiedni filmik, i jest na tyle otwarta, że nawet nie zamazuje twarzy Wojewódzkiego i Lizuta. Z tekstu jaki na ten temat znajdujemy na portalu wpolityce.pl dowiadujemy się tylko tyle, że któryś z radiowych dziennikarzy, w którejś z radiowych audycji, przedstawiając się imieniem Mikołaj, zadzwonił do Niesiołowskiego i go skutecznie skompromitował. No i że to jest autentycznie wspaniałe wydarzenie.
I ja to oczywiście świetnie rozumiem. W końcu trzeba się szanować. Jakby to wyglądało, gdyby to co mógł już dawno zrobić jeden czy drugi Karnowski, Łukasz Warzecha, czy Krzysztof Feusette, zrobił jakiś „51 letni podstarzały nastolatek” imieniem Władysław, czy jakiś cyngiel z Gazowni? To już lepiej niech się okaże, że mieliśmy po prostu do czynienia z prawdziwą dziennikarską robotą w wykonaniu niewidzialnej ręki. A nuż ktoś pomyśli, że to musiał być któryś z „naszych”.

Bardzo proszę o stałe wspieranie tego bloga. Bez Waszej pomocy on nie ma żadnych szans, a my wraz z nim. Dziękuję.

piątek, 21 lutego 2014

I jeszcze raz modlitwa za zieloną Ukrainę

Kiedy Ukraina ponownie stanęła w ogniu, a tu na blogach w jednej chwili podniosła się owa wrzawa, uznałem, że choć mimo późnej pory i faktu, tego i tak już pewnie nikt nie przeczyta, powinienem zamieścić bardzo króciutki tekst, w którym nie będę ani szydził, ani nikogo piętnował, lecz jedynie dam świadectwo swojemu przekonaniu, że oto stoimy nie przed żadnym obywatelskim przebudzeniem, ale tylko kolejną wyprzedzającą akcją Systemu, który pozwolić może na wiele, ale na jedno nigdy: na to mianowicie, by tam gdzie już wcześniej zadecydowano, że demokracji nie będzie, nikomu nie przyszło do głowy naruszać status quo.
Inna sprawa, że tak naprawdę, status quo bez wiedzy i za zgodą Systemu nie wolno naruszać nigdzie, nawet i w tak prężnych demokracjach jak Francja, Włochy, Niemcy, a nawet Stany Zjednoczone, natomiast, jak wiemy choćby z Orwella wszyscy są równi, tyle że niektórzy równiejsi.
Co dokładnie chciałem zasugerować w tamtej notce? To mianowicie, że jeśli mamy do czynienia z systemem niedemokratycznym, czy, jak to lubimy określać, demokratycznym częściowo, to władzę można zmienić albo przez zmanipulowany głos oszukanych obywateli, ewentualnie przez sfałszowanie wyborów, albo przez równie zmanipulowaną rewolucję przeprowadzoną rękami zawsze tych samych, równie oszukanych, obywateli. Jak odbywa się zmiana władzy w pierwszym z powyższych przypadków, mieliśmy okazję oglądać u nas w Polsce przy okazji dwóch kolejnych wyborów parlamentarnych w latach 2007 i 2011, oraz oczywiście podczas wyborów prezydenckich w roku 2010. Jak zatem wygląda zmiana władzy przez oszukaną – niektórzy twierdzą, że nie-oszukane w przyrodzie nie istnieją – rewolucję? Oczywiście najpierw System, widząc, że nominowana przez niego władza nie wypełnia nałożonych na nią zadań, zwraca się do tych co ją trzymają, by zrezygnowali, jednak ponieważ władza korumpuje, a już zwłaszcza władza uzyskana w sposób nieuczciwy, o dobrowolnym ustąpieniu mowy być nie może, no i wtedy organizuje się rewolucję. Mieliśmy z tym do czynienia w powojennej parokrotnie: pierwszy raz w roku 1956, następnie w grudniu 1970, no i ostatnio w sierpniu 1980. Czasem udaje się wszystko przeprowadzić bez niepotrzebnych ofiar, jednak znacznie częściej ktoś musi umrzeć. I z tą sytuacją mieliśmy do czynienia u nas w roku 1956 i 1970, z pewnymi nieudanymi próbami parokrotnie w latach 80-tych, jak na dłoni wszystko było widać w roku 1989 w Bukareszcie, a dziś, dzięki Internetowi, mamy fantastyczną wręcz okazję być żywym wręcz świadkiem owego szczególnego procederu na przykładzie Ukrainy.
Jestem głęboko przekonany, że to, z czym mamy do czynienia w Kijowie i w innych miejscach Ukrainy, jest efektem tego, że Rosja – a kto wie, czy tylko Rosja – zniecierpliwiwszy się polityczną bezradnością prezydenta Janukowicza, postanowiła go zmusić do odejścia. A nie widząc innego sposobu, by to jego odejście sprokurować, zorganizowano tę krwawą rewolucję, wraz z całym owym medialnym przedstawieniem, licząc na to, że te 30 zabitych wystarczy, by Janukowicza albo zwyczajnie odsunąć, albo choćby i dla przykładu powiesić.
Czy to faktycznie wystarczy, tego nie wiemy i wiedzieć póki co nie możemy. Możliwe, że tam musi zginąć sto, a może i dwieście osób, ostateczny efekt będzie i tak jeden: Janukowicz zostanie wymieniony na kogoś, kto da szansę na pociągnięcie tego co dla Ukrainy zamierzono na kolejne lata. A i zarówno sami Ukraińcy, jak i tym bardziej my tu w Polsce, nie mamy w tej sprawie nic do gadania. W ogóle, jeśli o to idzie nikt nie ma tu nic do gadania, oczywiście poza tymi, którzy mają. I to jest czymś tak oczywistym, że aż głupio to w tak poważnym miejscu, jak ten blog, powtarzać.
Wczoraj przez Sieć przeleciała wiadomość, że oto sprawa ukraińska okazała się tak ważna, że nawet doszło do swoistego zawieszenia broni między Donaldem Tuskiem, a Jarosławem Kaczyńskim, no a jeśli między nimi, to i naturalną koleją rzeczy, między wszystkimi stronami naszego politycznego konfliktu. Nie zdziwię się wieć, jeśli nagle w tej sprawie sam Adam Michnik się pogodzi ze swoim kiedyś przecież kolegą Jarkiem. I ja, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, wcale się tym ani nie oburzam, ani nawet nie dziwię. W końcu po władzy i jej przydupasach niczego się już nie spodziewam, a Jarosław Kaczyński? Co on ma zrobić? Ogłosić, że to wszystko fikcja, a dla nas to co najważniejsze, i tak naprawdę jedynie ważne, to to błoto i owe wbite w nie strzępy ciał? To dopiero byłby śmiech i oburzenie! To nie jest ta sama rewolucja, z którą mieliśmy do czynienia w przypadku Gruzji, gdzie, jak wszyscy pamiętamy, System - choćby w osobie wspomnianego Michnika – poparł nie demokrację, ale Rosję. Tu na jakiekolwiek niuanse nie ma miejsca.
A my tutaj możemy wyrazić nadzieję, że przez to, że – co by nie powiedzieć, i nad czym by się nie zapłakać – Polska to Naród o tysiącletniej tradycji, z niejednym bohaterem i niejednym wieszczem, którego jakieś dwadzieścia, czy choćby i pięćdziesiąt lat czarnego kłamstwa nie rzuci na kolana, i kiedy wreszcie przyjdzie czas odpłaty, nikt do nikogo nie będzie już strzelał. Bo kto ma grać, niech sobie gra, a my powinniśmy się modlić, by wreszcie przyszedł czas, gdy ów straszny, nieludzki, szatański System zadrży. I nawet jeśli w końcu pozostanie nam dojść do wniosku, że to akurat niestety jest nie do zrobienia, zawsze nam pozostanie opcja ostateczna, i od być może początku jedyna – wiernie iść. Tak niewiele, ale za to jak cudownie!

Z różnych względów, druga połowa miesiąca okazuje się być dla nas nie byle jakim wyzwaniem, i już tylko liczymy dni do marca. Proszę więc każdego, komu te teksty przynoszą dobre natchnienie i inspirację, o wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

czwartek, 20 lutego 2014

Kto nam zapłaci za ściągnięcie majtek?

Nie wiem, ilu z nas jeszcze to pamięta, ale były takie czasy, gdy nie było traktującego o czasach względnie współczesnych filmu, gdzie w jakimś momencie ktoś, gdzieś nie zapalił papierosa. Gdyby miało się jednak okazać, że większość z nas nie miała większych kłopotów z tym, żeby ów bardzo przecież istotny kulturowy akcent wyprzeć z pamięci, proponuję podwójny eksperyment. Pierwszy z nich, to obejrzenie jakiegokolwiek współczesnego filmu i zwrócenie uwagi na fakt, że tu – pomijając być może już jakichś najbardziej złych złoczyńców – nikt papierosów nie pali. W następnej natomiast kolejności, proszę rzucić okiem na, podobnie jakikolwiek, film z lat 60-tych, 70-tych, czy może nawet i 80-tych, i zauważyć, jak to dziwnie, a wręcz egzotycznie, wygląda, kiedy tam wszyscy od początku do końca palą.
Miniony weekend spędziłem z moim serdecznym kumplem Lemmingiem, który przyjechał tu do Katowic, by wspólnie ze mną obejrzeć sobie zespół Deep Purple na żywo, zobaczyć, dlaczego ja tak wciąż się zachwycam Parkiem Kościuszki, no i – co stanowi nasz regularny rytuał – nakarmić nas obu i napoić. Poszliśmy więc do naszej ulubionej indyjskiej restauracji, jedliśmy te frykasy i nagle rozmowa zeszła na marihuanę i ów nieprawdopodobny wręcz nacisk, by ją zalegalizować. W pewnym momencie Lemming powiedział coś, co mnie autentycznie zainspirowało, a mianowicie coś takiego: „Popatrz jakie to ciekawe, że kiedy oni lata temu wciąż nam świecili po oczach tymi papierosami, świetnie wiedzieliśmy, kto za to płaci; kiedy natomiast oni dziś nam próbują mieszać w głowach to tym to tamtym, kto za to płaci, pozostaje ściśle skrywaną tajemnicą”. I ja się zacząłem zastanawiać już nie nad papierosami, i nawet nie nad marihuaną, ale właśnie nad owym „tym i tamtym”.
Na przykład, kto płaci za to, że we Francji wydano właśnie podręcznik dla małych dzieci, gdzie i dzieci i dorosłych zachęca się do tego, by nie wstydzili się swojej nagości, a więc do tego, by każdy z nas wreszcie przełamał ów dziwny kompleks będący skutkiem owej starej legendy, jak to gdzieś kiedyś jakiś wąż w jakimś tak zwanym Raju kogoś skusił, no i skutkiem tego my do dziś wiemy, że trzeba się zakrywać? Ale po co sięgać tak daleko? Wróćmy do filmów. Syn mój, który ma ambicję, by znać każdy obecnie nakręcony film o podstawowej choćby wartości, właśnie mnie poinformował, że on nie umie sobie przypomnieć żadnego, gdzie nie pojawi się – jak najbardziej w świetle pozytywnym – jakiś gej, lesbijka, czy inny reprezentant owej nowej perwersji. Papierosów nikt już tam nie pali, słynnej paczki Marlboro, czy Cameli już nigdy na ekranach kin, czy naszych telewizorów nie zobaczymy, natomiast wszystko wskazuje na to, że stopniowo musimy się pogodzić z tym, że, tak jak od lat, choćby się świat walił, na jednego białego musimy mieć jednego Murzyna, tak samo przyjdzie czas, gdy na jednego Murzyna i jednego białego będziemy musieli mieć jednego geja, by nie powiedzieć, że jeszcze coś bardziej wymyślnego.
I w ten sposób stajemy wobec owego niezwykle inspirującego pytania: Kto za to płaci? Za tamte papierosy płaciły firmy tytoniowe. Kto dziś finansuje tę perwersję? Gdzie powstaje ten budżet? A może jest tak, że tam nawet mowy nie ma o pieniądzach, ale tylko o solidarnym świadczeniu sobie pewnych usług?
Wygląda na to, że jednak nie unikniemy problemu owej, wspomnianej wcześniej, książeczki, gdzie jedynym negatywnym bohaterem jest kompletnie ubrane dziecko. Gdzie wszyscy są szczęśliwi i swobodni, a ono siedzi w kącie, zasłania sobie oczy i nagle w tych swoich głupich szmatach jest takie żałosne i takie skompromitowane. Oto znalazłem gdzieś informację, że w reakcji na ukazanie się tej książeczki, i pojawiające się tu i ówdzie głosy krytyki, odezwała się niejaka Cecile Duflot, francuska Minister Równości Terytorialnej i Mieszkalnictwa, i powiedziała, żebyśmy się zamknęli, bo tak jak jest, jest bardzo dobrze, a będzie jeszcze lepiej, i tu akurat nikt z nas jeszcze bardziej niż teraz nie będzie miał nic do gadania. I powiem, że jestem pod wrażeniem. Ministerstwo Równości Terytorialnej i Mieszkalnictwa. To jest coś, co autentycznie obezwładnia. I ja bym się nie zdziwił, gdyby miało się okazać, że to stamtąd idą te pieniądze. Z francuskiego Ministerstwa Równości Terytorialnej i Mieszkalnictwa. W końcu, czemu nie?
Poczekajmy parę lat i wtedy wszyscy zobaczymy, jakie to wszystko proste.

Zgodnie z tak dla mnie smutną tradycją, proszę wszystkich o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Za każdy gest szczerze dziękuję.

środa, 19 lutego 2014

Kto nam buduje nową katedrę?

W znakomitej jak zwykle notce „Los Perfectos II”, Gabriel Maciejewski, znany nam tu szerzej, jako Coryllus, postawił kwestię, dlaczego w Polsce osoby świeckie aspirują do telewizyjnego kaznodziejstwa. I ja to pytanie jak najbardziej rozumiem. W końcu, jak sam Gabriel to przypomniał, jakiś czas wspólnie się nad tą kwestią zastanawialiśmy, i nie powiem, że bezproduktywnie. Skoro jednak dziś postanowiłem temat podrążyć, to wcale, jak się domyślamy, nie dlatego, by powtarzać to, co już powiedział mój przyjaciel, ale by dorzucić tu i swoje trzy grosze.
Otóż, zgodnie z zachętą ze strony Gabriela, zajrzałem na stronę Boska TV, i to co mnie uderzyło, to jednak ani nie Tomasz Terlikowski ze swoim wyznaniem, że nie jest w stanie wymienić po kolei wszystkich siedmiu grzechów głównych, ani ów tylokrotnie tu już traktowany z surowością, na jaką sobie – równie wielokrotnie – zasłużył, ojciec-dominikanin Paweł Górzyński, lecz dwie zupełnie inne osoby, mianowicie współautor programu telewizji TVN24 „Szkło Kontaktowe”, Wojciech Zimiński oraz niejaka Katarzyna Olubińska, dziennikarka programu Dzień Dobry, tego samego co Zimiński, TVN.
Dlaczego nie interesuje mnie Terlikowski? Najprościej byłoby odpowiedzieć tu tak jak w tamtych dowcipach o Radiu Erewań: „Bo już mnie interesował”, ale pewnie nie zaszkodzi, jeśli wspomnę, że jest coś perwersyjnie nieprzyzwoitego w pisaniu o kimś, kto niemal na swoim sztandarze wypisał wyznanie, że jego pierwszym grzechem jest nieokiełznane opętanie seksem.
Czemu Górzyński? Powody są mniej więcej te same. Wprawdzie ja nie wiem, jak sobie Górzyński radzi ze swoją chucią, i mało mnie to interesuje, niemniej z różnych innych względów i tu mam poczucie zanurzania się w rejony, gdzie zanurzać się mi zwyczajnie nie wypada. Bo ten wstyd mnie zwyczajnie zabije.
Czy to może znaczy, że Zimiński i ta Olubińska gwarantują tu może cokolwiek ponad to? Nie sądzę, i też tego nie sugeruję, natomiast faktem jest, że oni właśnie stanowią znakomitą odpowiedź na postawione przez Gabriela pytanie – czemu? Otóż powstaje portal o nazwie Boska TV, coś co, jak rozumiem, ma nam dać alternatywę dla Kościoła, którego ten świat ma już tak bardzo dość, a apostołami owej nowej wiary będą ludzie tacy, jak Wojciech Zimiński i ta cizia z Dzień Dobry TVN. Dlaczego oni? Otóż moim zdaniem chodzi o to, by pokazać wszystkim, że Kościół to nie jakaś tępa hołota w tanich, dzierganych przed wiekami, przesiąkniętych naftaliną beretach, ale prawdziwe gwiazdy. Takie niemal jak Kuba Wojewódzki, Mikołaj Lizut, Kazimiera Szczuka, czy Maria Peszek, tyle że „wierzący”.
Bo oto nagle się okazuje, że nie jest tak jak nam się wydawało, że ten Kościół, na którym wyrosło wszystko, został opanowany wyłącznie przez jakieś śmierdzące wiejskie gówno. O nie! Ten Kościół to również i eleganccy, wykształceni i szalenie elokwentni mężczyźni w garniturach, piękne kobiety w eleganckich strojach, księża, którzy nie tylko potrafią opowiedzieć coś o Jezusie, ale również zagadać na temat polityki, a kto wie, czy i nie kultury i sztuki, a każdy z nich – co tu akurat może i najważniejsze – znani z telewizji.
Czy to w ogóle można sobie wyobrazić, że ten Zimiński, ten sam, który każdego wieczora od ponad już pięciu lat sączy swoje czarne słowo przeciwko wszystkiemu, co dobre, niewinne i udręczone, to ktoś kto, nie dość że co niedziela uczestniczy we Mszy Świętej, to jeszcze robi to z pełną świadomością, czym jest wiara i odwaga w jej głoszeniu? A ta lalunia? Kto by uwierzył, że i ona jest z nami? Komu by przyszło do głowy, że ona również każdego wieczora ze swoimi dziećmi klęka do pacierza i prosi o zdrowie dla każdego z nich? To jest dopiero tajemnica! To jest zagadka! A jaka dla nas radość!!! Oto nie jakaś banda brudnych wieśniaków, ale piękna, wykształcona, fantastycznie wystrojona telewizyjna gwiazda.
Gabriel pyta, dlaczego oni się tak do tej telewizji pchają. Otóż tu mam ochotę się z nim trochę nie zgodzić. Otóż oni się tam wcale nie pchają. Na nich Terlikowski z Górzyńskim urządzili łapankę, i ich tam, czy to podstępem, czy za pieniądze, zaciągnęli. Następna będzie Kolenda-Zaleska i Justyna Pochanke, za nią pójdą Jacek Pałasiński i Dorota Gargas. A kto wie, czy już w drugiej kolejce nie ustawiają się Kamil Sipowicz i piosenkarz Skiba. A niby czemu nie? Bo oni niewierzący? Przede wszystkim wcale nie wiadomo, czy niewierzący. Jeśli wierzący jest Terlikowski z żoną, prezydent Komorowski i minister Zdrojewski, nie ma powodu, by owa szczególna droga kulturowego rozwoju była zamknięta dla kogokolwiek. To co się liczy, to szyk i europejska elegancja, a więc to, czego naszemu Kościołowi tak boleśnie brakuje.
Gabriel szydzi z tej bandy uzurpatorów, że oni nie są w stanie przypomnieć sobie siedmiu grzechów głównych, a więc czegoś, co zarówno on, jego żona, jak i jego dzieci, a więc ludzie, którzy przez tyle lat nawet nie byli na Mszy Świętej, znają na wyrywki, jak pory roku, dni tygodnia i miesiące. Otóż, Drogi Gabrielu! To w ogóle nie o to chodzi. Tu walka się toczy o to, byście Wy za żadne skarby świata do Kościoła nie wrócili. Do którego oni w każdą niedzielę zachodzą, by się pokazać tym, którzy też się potrzebują pokazać. Bo w momencie, gdy zademosntrujecie, że to jest również Wasz Kościół, to będzie ich koniec. I stąd ta cała Boska TV. I Bóg mi świadkiem, że nie tylko.

Z pełną pokorą prosze wszystkich, którym ten blog daje codzienną satysfakcję i siły na każdy kolejny dzień, o wspieranie go w jakikolwiek sposób. Bez Waszej pomocy, nie przeżyjemy. Dziękuję.

wtorek, 18 lutego 2014

Teraz się biorą za zieloną Ukrainę?

Ukraina płonie. Wreszcie płonie naprawdę. Mijały miesiące, i wciąż nie wiedzieliśmy, jak się to wszystko skończy. Był nawet moment, kiedy wydawało się, że to wszystko na nic i Janukowicz zachowa władzę. Dziś już płonie, a ja wiem, że skoro tak, to znaczy, że inaczej się nie dało; że bez tych zabitych ludzi, bez tych spalonych budynków, bez tej wojny, System nie mógł zrobić kolejnego kroku. I przypominam sobie Rumunię w roku 1989 czy Polskę jeszcze w grudniu 1970, i wiem, że tak to się zawsze załatwiało. Trzeba było wyciągnąć ludzi na ulicę, iluś z nich zabić, i w ten sposób zmienić władzę. Bo inaczej władza ustapić nie chciała.
Nie wiem, czy Janukowicza powieszą, czy rozstrzelają, czy tylko wsadzą do więzienia, ale to jedno jest pewne: jest już po nim. No i jest oczywiście jeszcze jedno pewne – System jest zawsze ten jeden krok do przodu. I z tym jednym celem – żeby nie stracić kontroli.
Strasznie krótka ta notka, ale cóż można powiedzieć? Wszyscy żyjemy tą biedną Ukrainą, a tu nawet nasz Radek Sikorski ogłosił, że to wszystko wina Janukowicza. I może ciekawe tylko już to, czy Premier też to wie? Niech więc i on coś powie, kiedy się jutro rano obudzi. A my troszczmy się już tylko o to, by nas ta dziura nie wchłonęła. I pamiętamy o tym, co najważniejsze.

Proszę bardzo wspierać ten blog, bo bez tej pomocy jesteśmy bez środków do życia. Dziękuję.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Przepraszam bardzo, ale Stoch nie jest idiotą

Tyle ostatnio się działo, że cotygodniowy felieton dla "Warszawskiej Gazety" musiał poczekać. No i poczekać musieliśmy i my. Mam nadzieję, ze warto było.

Kiedy Kamil Stoch, wyruszając do Rosji, zażyczył sobie kasku z biało-czerwoną szachownicą, wielu z nas natychmiast uwierzyło, że on tego gestu nie uczynił przypadkowo, i że ów brak przypadku należy oczywiście przypisać zaangażowaniu Stocha w sprawę Zbrodni Smoleńskiej. Natychmiast, w reakcji na ów wybuch dobrej nadziei, że nie jesteśmy sami, pojawiły się głosy szyderstwa, że człowiek nie może spokojnie zademonstrować swego przywiązania do symboli polskiego lotnictwa, by „smoleńskie hieny” nie musiały tego od brutalnie wykorzystać. I zaczęło się owo tak nam boleśnie znane plucie.
Powiem uczciwie, że od samego początku, dzieląc oczywiście wspomniane wyżej nadzieje, zachowywałem spokój, jednak potem, kiedy już Kamil Stoch zdobył ów pierwszy złoty medal i wygłosił swoją słynną deklarację – bo to była deklaracja – zastanawiam się, czy możemy jeszcze dyskutować, czy jesteśmy świadkiem czegoś prawdziwie znaczącego, czy tylko głupiego przypadku. Kamil Stoch skoczył najdalej, a potem powiedział najpierw, że za jego zwycięstwem stoją owi ludzie, których nazwisk nie będzie wymieniał, ale którzy wiedzą, że o nich chodzi, ów specjalny kask, no a przede wszystkim ów zwykły – ale i tak niezwykły – symbol na tym kasku. A powiedziawszy to, zwrócił się – jedyny raz podczas całego wywiadu prosto do kamery – i najdobitniej, jak tylko mógł, powiedział: „W końcu ma się tych dobrych lotników, co nie, Polsko?”
Spróbujmy zastanowić się nad tym z kolei gestem i nad jego ewentualnym znaczeniem. Załóżmy dwie możliwości: Jedna jest taka, że Stoch żyje tym, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010, druga natomiast to ta, że dla Stocha Smoleńsk w ogóle nie jest tematem. Jeśli założymy, że dla niego Smoleńsk nie jest tematem, nie ma o czym mówić.
Ponieważ jednak jeszcze coś chcemy powiedzieć, rozważmy drugą ewentualność. Załóżmy, że Stoch zna sprawę Smoleńską i czasem o niej myśli. Jeśli tak, to mamy trzy możliwości: pierwsza taka, że on bardzo przeżywa to nieszczęście, i jego gest, był jak najbardziej celowy; druga, że jemu oczywiście Smoleńsk siedzi w głowie, ale tu akurat miał inne intencje; trzeci, że on wie, co się stało w Smoleńsku, ale uważa, że katastrofa to oczywisty błąd pilotów.
Trzecią możliwość możemy wykluczyć. Jeśli on uważa, że polscy piloci są najlepsi, to skąd tak głupi błąd? Druga opcja też nie ma sensu, bo skoro on chciał wyłącznie zademonstrować swoją szybowcową pasję, to czemu musiał o tym mówić Polsce prosto w twarz? A zatem, albo Stoch przeprowadził demonstrację polityczną, albo politykę ma w nosie.
Otóż ja o Stochu wiem wystarczająco dużo, by wiedzieć, że on może czegoś nie wiedzieć, gdzieś się mylić, ale nie jest idiotą. I mam nadzieję, że właśnie dlatego będzie robić i myśleć swoje i nie podzieli losu Agnieszki Radwańskiej. A oni niech sobie do zakichanej śmierci, łamią głowy pytaniem, co Stoch ma w sercu i duszy.

Mamy dziś dopiero 17 lutego, i do końca miesiąca jesteśmy na łasce i niełasce Was, którzy ten blog czytają. W związku z tym, serdecznie proszę o możliwie dodatkowy wysiłek we wspieraniu tego, co tu się ukazuje. Bez Was i Waszej pomocy, nie pociągniemy. Dziękuję.

niedziela, 16 lutego 2014

Dziennikarze wszystkich opcji - łączcie się!

Zmuszony jestem zacząć tę notkę od lekkiego ponarzekania. Otóż ja oczywiście spodziewałem się, że mój tekst sprzed paru dni, zatytułowany „Czy Walt Disney próbuje zamordować Artura Wosztyla?” spotka się ze zrozumieniem częściowym, natomiast faktycznie, tego, że on natrafi na ścianę niezrozumienia całkowitego, pod uwagę nie brałem. W tej sytuacji, zrobię coś, czego się wstydzę tak samo, jak objaśniania dowcipów, i czego w związku z tym zwykle nie robię, ale powiem może bardzo krótko, o co mi chodziło.
Otóż uważam, że jest czymś w dzisiejszej Polsce absolutnie przerażającym, że przez jakąś dla mnie kompletnie niepojętą medialną manipulację, sprawy tak wręcz kluczowe dla naszego codziennego bytowania, jak Katastrofa Smoleńska, czy owa opisywana przez tygodnik „W Sieci” seria skrytobójczych mordów popełnianych na świadkach owej katastrofy, zamiast stać się znakiem, symbolem i sztandarem naszej walki, są systematycznie wykorzystywane, również przez nas samych, jako… nawet nie wiem, jak to nazwać – pewien rytuał służący niczemu innemu, jak wspólnej zabawie? Rytuał, w którym coś tak bezprecedensowego, jak zaplanowana i wykonana przez państwo egzekucja 96 niewinnych osób, i, konsekwentnie, równie brutalna śmierć kolejnych 20 ludzi, którzy musieli umrzeć, bo tak zadecydował System, stają się zaledwie kolejnym tematem, opracowywanym podczas posiedzeń redakcyjnych kolegiów.
Chodziło mi o to, że jeśli dochodzi do tego, że prasowa informacja o tym, że System w ciągu minionych lat z zimną krwią zamordował 20 niewinnych osób, ma robić na nas dokładnie takie samo wrażenie, jak informacja, że Walt Disney podobno był antysemita i homofobem, to znaczy, że z nami stało się coś bardzo niedobrego.
Wczoraj zamieściłem kolejny tekst, którego celem było – niech będzie, że brutalne i pełne zwierzęcej nienawiści –uderzenie w polskich dziennikarzy. O co poszło tym razem? O to mianowicie, że w ramach swojej działalności zawodowej, podszywając się pod właśnie wypuszczonego z więzienia wielokrotnego mordercę – pedofila Trynkiewicza, Kuba Wojewódzki zadzwonił do redaktora naczelnego „Super Expressu” i zaproponował mu sprzedaż swoich pamiętników, na co ów dzielny redaktor zgodził się bez namysłu. Wybuchła oczywiście klasyczna awantura, i na owe odgłosy walki natychmiast przybiegli tak zwani „nasi” dziennikarze, żeby dorzucić do tego swoje trzy grosze, i proszę sobie wyobrazić, że żaden z nich nawet się nie zająknął o tym, że oto jesteśmy świadkiem kolejnego dowodu na upadek świata, jaki znaliśmy dotychczas, natomiast każdy z nich postanowił zająć się kibicowaniem jednej ze stron.
Czemu tak? Otóż moim zdaniem – i owo zdanie starałem się wyartykułować w jednym i drugim tekście – problem polega na tym, że tam, w owej branży dziennikarskiej, tak naprawdę panuje pełna solidarność celów i idei. Tak naprawdę, każdy z nich, i to niezależnie od tego, czy mówimy o Kubie Wojewódzkim, Sławomirze Jastrzębowskim, Macieju Pawlickim, czy Rafale Ziemkiewiczu, wie, że czasy są takie, że albo się coś sprzeda, albo nie, i jeśli się sprzeda, to się żyje, a jeśli się nie sprzeda, to się zdycha. I kropka.
Oto Maciej Pawlicki, człowiek, który w swojej nieprawdopodobnej więc odwadze i bezkompromisowości, nie zważając na to, że oto wszędzie w koło zorganizowane grupy płatnych zabójców mordują ludzi niewygodnych dla Systemu, napisał tekst ujawniających ów proceder. I ja bym pewnie bardzo się zachwycił jego dziennikarską i czysto ludzką postawą, gdyby nie ostatni, zamykający całość owej strasznej relacji, akapit. Bardzo dramatycznie nawiązując do Durrenmatta, Pawlicki pisze:
Czy my, mieszkańcy Priwiślańskiego Kraju, także gasimy światło, zamykamy okiennice, bo nie chcemy widzieć tego, co się wydarzy? Czy bezczynnie czekamy na śmierć Artura Wosztyla, by dostać za nią kolejne miesiące skundlonego spokoju, że Starsza Pani się nie gniewa?
Przepraszam bardzo, ale do kogo dokładnie zwraca się Maciej Pawlicki? Do mnie może, czy do tych miłych ludzi z trójką dzieci, których co niedziela spotykam na mszy w kościele? No dobra… pewnie do mnie nie, bo ja w końcu, jak wiemy, jakoś tam walczę. Wprawdzie nie jak Pawlicki z Karnowskimi, ale jakoś owszem. A więc może do nich. To oni, zdaniem Pawlickiego, się dali skundlić? To oni zgodzili się na to, by zostać obywatelami „Priwiślańskiego Kraju”. Co oni zatem mają zrobić, by zasłużyć na dobre słowo spod palca Macieja Pawlickiego, dziennikarza szalenie poczytnego prawicowego tygodnika. Pojechać do Warszawy i kamieniami obrzucić pałac na Krakowskim Przedmieściu, czy może siąść tam wspólnie na ławeczce, oblać się benzyną i podpalić, tak jak tamten biedak, którego nazwiska już dziś nawet nie pamiętamy? A może nie trzeba uciekać się do tak drastycznych środków? Może wystarczy kupować tygodnik „W Sieci”, tak by pod względem liczby sprzedawanych egzemplarzy pokonał on „Politykę” i „Newsweek”? Czy to Pawlickiemu wystarczy, żeby ci ludzie zasłużyli na jedno dobre z jego strony słowo?
Otóż ja się obawiam, że to tak naprawdę chodzi o to tylko. Niech oni w każdy poniedziałek kupią kolejny numer tygodnika, w którym publikuje Pawlicki, i będzie git. No a jeśli im szkoda pieniędzy, to niech się może rzeczywiście lepiej podpalą. Pawlicki wtedy napisze o nich ładny artykuł, jego jeden kumpel Korsun narysuje na ten temat fajny obrazek, a drugi jego kumpel Karnowski zapowiedź owych wzruszeń da na okładkę, i może te sześć złotych wybuli kto inny.
A więc o to zapewne w ogólnym rozrachunku chodzi. I Jastrzębowskiemu, i Ziemkiewiczowi, i Pawlickiemu, i Wojewódzkiemu? O to, by nikt, broń Boże, nie zgasił światła. Bo diabli wiedzą, co się wtedy stanie z naszymi kredytami.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

sobota, 15 lutego 2014

Gdy w karkówce trafiła się kość

Ponieważ sprawy w ogóle nie śledziłem, a wszystko co na ten temat wiem, to zaledwie z całkowicie wręcz przypadkowych przekazów, biorę pod uwagę, że moje oceny są głupie i niesprawiedliwie, ale, o ile się nie mylę, zaczęło się wszystko od tego, że Kuba Wojewódzki zadzwonił do redakcji „Super Expressu”, powiedział, że się nazywa Trynkiewicz, i zaproponował redakcji kupno swoich pamiętników. Redakcja na tę propozycję zareagowała wręcz entuzjastycznie i zapewniła Wojewódzkiego-Trynkiewicza, że za wspomnienia kogoś tak wybitnego i fascynującego, jak on, oni są w stanie zapłacić każdą sumę.
Wojewódzki rozmowę nagrał, wyemitował w swojej radiowej audycji, i – gdyby któryś z tych durniów, którzy go lubią słuchać, nie rozumiał, co się stało – postępowanie redakcji „Super Expressu” nazwał po imieniu, czyli, jak to on, zaczął rżeć. W tym momencie, czującco się święci, „Super Express” dostał cholery i ogłosił, że Wojewódzki to hiena, która żeruje na trupach chłopców 25 lat temu zgwałconych i brutalnie zamordowanych przez Trynkiewicza, a jakby tego było mało, skontaktował się nawet z rodzicami tych biednych dzieci, żeby i oni powiedzieli, co to za kanalia ten Wojewódzki.
To że Wojewódzki jest jedną z najbardziej odrażających postaci, na jakie można się napatoczyć w naszej publicznej przestrzeni, jest dla mnie kwestią poza wszelką dyskusją. Niekiedy wręcz mam wrażenie, że on na całej tej dziwnej galerii robi wrażenie postaci szczególnie odrażającej; bardziej nawet niż jego nowy kumpel Lizut, czy poseł Grodzka… co ja mówię, poseł Grodzka? On jest równie odrażający jak redaktor naczelny „Super Expressu”, Sławomir Jastrzębowski.
Dziś, kiedy obaj panowie wzięli się za swoje twarze, zastanawia mnie już nawet nie to, kto z tego pojedynku wyjdzie bardziej potłuczony, ale czy jest taka szansa, że oni obaj w pewnym momencie udławią się własnym złem i resztę życia spędzą w stanie wegetatywnym. Ale jest jeszcze coś. Otóż na jak najbardziej „naszym” portalu wpolityce.pl znalazłem tekst, broniący Jastrzębowskiego przed Wojewódzkim. Popatrzmy na to, jak w tym czarnym starciu odnaleźli się prawicowi publicyści:
Prymitywna prowokacja Jakuba Władysława Wojewódzkiego, który w skandaliczny sposób kpił z ofiar Mariusza Trynkiewicza, przyniosła szereg komentarzy. Na łamach ‘Super Expressu’ zachowanie 50-letniego śmieszka oceniają publicyści i działacze społeczni. Najostrzej postawę Wojewódzkiego ocenił Rafał Ziemkiewicz:
‘Z jednej strony stara się przekraczać granice i być politycznie niepoprawny, a z drugiej występuje jako jeden z najbardziej lizusowskich przydupasów władzy, który wpełza jej między pośladki i stamtąd rzuca obrzydliwe, ale utrzymane w poważnym tonie kazania. Albo chce się być poważnym człowiekiem, który wypowiada się o polityce i namawia młodzież, jak ma głosować, albo być wygłupiaczem, który robi sobie jaja ze wszystkiego i jest na kontrze do całego świata.[…]. Nie ma bowiem nic bardziej obrzydliwego niż kontestator na usługach wpływowej koterii’”.
I to, uważam, niezależnie już od tego, co ja sądzę zarówno o portalu wpolityce.pl, jak i o samym Ziemkiewiczu, jest coś, co każe nam się jeszcze raz zastanowić nad tym, co się dzieje w tych łbach. Oto Wojewódzki – po raz pierwszy w swoim parszywym życiu – zrobił coś pożytecznego, a mianowicie na nędzny ułamek chwili obnażył całą ową podłość, w jakiej zanurzone jest polskie dziennikarstwo, wystawiając przy okazji, owego Jastrzębowskiego na wieczne pośmiewisko, a nasi bojownicy o wolną Polskę, wpadają w stan takiej histerii, że na to co się stało, nie są w stanie zareagować inaczej, jak tylko nabijając się z tego, że Wojewódzkiemu jego ubeccy rodzice dali na imię Władek, no i oczywiście z tego, że on ma 50 lat, a jego zawodowy image każe mu pozować na nastolatka, tak jakby dopiero trzeba było być dziennikarzem tygodnika „W Sieci”, żeby chodzić w czapeczce z pomponem i się podpisywać „Arek”?
Swoją drogą, bardzo bym chciał wiedzieć, co mają za paznokciami nasi prawicowi Ninja, że tak nieprzytomnie bronią czegoś, czego się bronić nie da, ale za to daje owo poczucie wspólnoty losów?
No i jest jeszcze ten Ziemkiewicz. Przychodzi do niego jakiś cuchnący handlem cyngiel „Super Expressu”, wyciąga go na rozmowę, której jedynym celem jest ratowanie stada hien przed wstydem i hańbą, a ten przybiega na pierwszy gwizdek i bredzi coś na temat „wpływowych koterii, oraz „włażenia między pośladki władzy”.
W tej sytuacji, ja jemu też mam coś do powiedzienia. Otóż kiedy przyjdzie wiosna i Roman Giertych z Ryszardem Kaliszem urządzą imprezę, na którą, jako sprawdzonego kompana, zaproszą Ziemkiewicza, w momencie kiedy on zacznie żreć tę karkówkę, ja ze słodkim dreszczem na plecach cały zamienię się w słuch.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

piątek, 14 lutego 2014

Romaszewski - Przedostatni walc

Zmarł Zbigniew Romaszewski i nie ma sposobu, by się w tej sprawie nie odezwać. Z drugiej strony, cóż tu mówić? W tej sytuacji, przedstawię może pewien stary już dość tekst, napisany jeszcze w roku 2011, a więc wtedy, gdy w Romaszewskiego wolno było walić jak, nie przymierzając, w kaczy kuper.

Zanim na dobre zacznę pisać te refleksje, muszę przyznać się do tego, że do osoby Zbigniewa Romaszewskiego, ich głównego bohatera, mam stosunek wręcz bałwochwalczy. Jest tak, że słyszę nazwisko Romaszewski i raptownie maleję. Widzę Romaszewskiego w telewizji i odkładam na bok wszystko co akurat mam pod ręką. Słyszę jak Romaszewski mówi – zamieniam się w słuch. Kompleks ten – bo z całą pewnością ma to wymiar kompleksu – towarzyszy mi jeszcze od lat 70-tych, a więc od czasu, gdy o istnieniu i o działalności Romaszewskiego dowiedziałem się po raz pierwszy.
Dowiedziałem się o nim, zobaczyłem go, usłyszałem jak i co mówi, i uznałem, że Romaszewski to jest ktoś, kto gdy wchodzi, wszyscy powinni się zamknąć i wstać.
I wcale nie mam na myśli tego, że Romaszewski jest dla mnie jednym z bohaterów polskiej walki o prawdę i wolność, i że na tej liście zajmuje pierwsze miejsce. Kandydatów do tego miejsca wcale nie jest tak mało. Uważam na przykład, że i Antoni Macierewicz i Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda, nie mówiąc już o Jarosławie Kaczyńskim i tych wielu, dziś kompletnie zapomnianych, ludziach, są dla tej walki zasłużeni w nie mniejszym stopniu niż on, a jeśli ktoś chce, niech będzie, że i w większym. Rzecz w tym, że żaden z nich nigdy nie budził we mnie tak wielkiego, wręcz irracjonalnego, szacunku.
Zanim została wbita w tamto smoleńskie błoto, miałem szczęście i zaszczyt poznać Annę Walentynowicz. Miałem szczęście i zaszczyt mieć zapisany w swoim telefonie jej numer telefonu i z tego numeru z odpowiednio skromną częstotliwością korzystać. Miałem też szczęście i zaszczyt zachowywać świadomość, że kiedy do niej dzwonię, ona wie, kto dzwoni. Jednak, rozmawiając z nią, ani nie czułem tremy, ani nie zasychało mi w gardle, ani też nie miałem świadomości, że dzieje się w moim życiu coś rewolucyjnego. Ja w ogóle traktuję ludzi w sposób dość demokratyczny. Wszystkich. Wydaje mi się, że nawet gdyby mi się zdarzyło kiedyś wpaść w ten typ towarzyskiej bliskości z Jarosławem Kaczyńskim, też bym umiał zachować podstawowy spokój. Jak idzie o Romaszewskiego – sytuacja wygląda zupełnie inaczej. I to właśnie mam w głowie, kiedy mówię, że moje myśli na jego temat mają wymiar kompleksu.
Zbigniew Romaszewski był senatorem RP od 1989 roku bez przerwy. To że on jest senatorem, z mojego punktu widzenia, było czymś tak naturalnym, że aż trywialnym. Powiem więcej. Przy wszystkim moich zastrzeżeniach do tego, czym w dzisiejszej Polsce jest Senat i przy świadomości, czym on jest w istocie, ja zawsze miałem poczucie, że nawet gdyby on miał istnieć tylko ze względu na Romaszewskiego, byłby to powód jak najbardziej wystarczający. A gdyby Polska miała to szczęście, by takich senatorów jak Romaszewski mieć więcej, to taki Senat byłby tej Polski dumą i chwałą. I podkreślam to raz jeszcze. Nie chodzi mi tu o to, że senatorowanie Zbigniewa Romaszewskiego miało jakiś walor konkretny, że on, jako senator, dokonał czegoś epokowego. Ani ta epoka ani nawet on sam, ze swoimi możliwościami i swoją historią, nie stworzyły tu większych szans. Cały czas chodzi mi wyłącznie o ów wymiar symboliczny. O Romaszewskiego jako człowieka, który gdy wchodzi do pokoju, wszyscy milkną i wstają z miejsc.
Właśnie patrząc na Romaszewskiego z tej perspektywy, uważam wydarzenie sprzed czterech już lat, kiedy to Platforma Obywatelska, z szatańską wręcz beztroską, nie zgodziła się, by Zbigniew Romaszewski został nawet nie marszałkiem, ale choćby wicemarszałkiem Senatu, za znak czasów i to znak wyjątkowo paskudny. Najpierw moment odrzucenia jego kandydatury, a następnie te wszystkie dyskusje i targi, gdzie z jednej strony mieliśmy owo niezwykłe zdziwienie, że mogło dojść do czegoś tak niepojętego, a z drugiej tę zimną racjonalizację, że niby o co chodzi? Jest demokracja, czy jej nie ma? A w tym wszystkim, sama osoba Romaszewskiego, któremu tak niezręcznie było się choćby odezwać i to co się stało skomentować.
Zbigniew Romaszewski własnie przestał być senatorem. Jak tyle razy wcześniej, wystartował w wyborach i tym razem przegrał. Niektórzy mówią, że nie ma się czym przejmować, bo on dostał naprawdę bardzo dużo głosów i jego społeczna i historyczna pozycja pozostaje niezachwiana. Podobnie jak jego zasługi dla Polski. Mówią niektórzy, że to co się stało, to w gruncie rzeczy wypadek spowodowany nieudanym eksperymentem pod nazwą JOW. Poza tym, w końcu Romaszewski nie przegrał z byle kim, ale z samym Markiem Borowskim – człowiekiem, który dla wielu jest w ten sam sposób bohaterem i autorytetem, jak Romaszewski dla mnie.
No właśnie. To właśnie mnie dziś tak bardzo dręczy. Że przyszły czasy – czasy, które miały swój początek cztery lata temu, kiedy to zdominowany przez Platformę Obywatelską Senat odrzucił kandydaturę Romaszewskiego – gdy bohaterstwo stało się częścią popularnej kultury, a ludzka wielkość kwestią demokratycznego gustu.
Pojawiają się głosy, że Zbigniew Romaszewski nie został senatorem przez swoje zaangażowanie w obronie stadionowego bandyty, niejakiego „Starucha”. Że Romaszewski stracił swoją szansę i nie został wybrany senatorem niejako na własne życzenie, gdy, nie rozumiejąc logiki kampanii wyborczej i potęgi tak zwanego wizerunku, uznał, że wszystko dobrze, ale najlepiej jest jednak pozostać wiernym sobie. Obejrzałem sobie w Internecie rozmowę, jaką na parę dni przed wyborami, przeprowadziła z nim dla Radia Zet Monika Olejnik, i która to rozmowa jest dziś powszechnie traktowana, jako gwóźdź do jego senatorskiej trumny. Przez niemal całą rozmowę, Monika Olejnik próbuje z Romaszewskiego wydusić przyznanie, że „Staruch” to bandzior, bo jakże tak można uderzyć w twarz innego człowieka? Czy pan, panie senatorze, by chciał, żeby ktoś pana uderzył w twarz? Czy pan, panie senatorze, uważa, że to w porządku jest kopnąć kobietę w kręgosłup? W kręgosłup!!!
Słucham tych słów i przyznam szczerze, że już nawet nie interesuje mnie, co ma do powiedzenia na ten temat, jeszcze wciąż wtedy senator, Zbigniew Romaszewski, bo najważniejsze jest dla mnie przyglądanie się tym dwóm twarzom – twarzy Moniki Olejnik, która przez te wszystkie lata jest już tak wyćwiczona, że nie sposób zgadnąć, czy ona wie, czy nie wie, że kłamie, i twarzy Romaszewskiego, i jego oczom, które wyrażają już tylko najbardziej dramatyczne zdziwienie, że oto może istnieć aż taka plazma. Ale też nie słucham tego, co mówi Zbigniew Romaszewski, bo miałem okazję wielokrotnie wcześniej bardzo skutecznie zapoznać się jego w tej sprawie wyjaśnieniami, i wiem, że on zaangażował się w obronę „Starucha” na tej samej dokładnie zasadzie, na jakiej przed niemal już czterdziestu laty angażował się w obronę innych bandziorów – bandziorów z Radomia i Ursusa. Bandziorów. Nie robotników, a właśnie bandziorów. A prawdziwy dziś problem polega na tym, że kiedy Romaszewski tłumaczy tę kwestię najlepiej jak potrafi, wielokrotnie, do znudzenia, to z drugiej strony wciąż pada to samo pytanie: „Ale czy pan uważa, że to w porządku uderzyć kogoś w twarz?”
Pamiętam wywiad, jaki ze Zbigniewem Romaszewskim, przy aktywnym uczestnictwie ministra Kwiatkowskiego, przeprowadził Bogdan Rymanowski. Romaszewski, coraz bardziej zniecierpliwiony, powtarzał wciąż, że on w latach 70-tych również bronił bandytów, ludzi, którzy niemal bez wyjątku mieli kryminalną przeszłość i wieloletnie wyroki, i że to właśnie na tamtej obronie zbudował swoją dzisiejsza pozycję. A na to Kwiatkowski łapał się za głowę, że jak to w ogóle można porównywać „Starucha” do dzielnych robotników.
Przyznaję, że raz w życiu miałem do Zbigniewa Romaszewskiego pretensje. Za to, że zaangażował się w obronę Krzysztofa Piesiewicza. Bronił on go wtedy, wbrew faktom, wbrew dowodom, wbrew usprawiedliwionemu społecznemu oburzeniu, wbrew najbardziej podstawowemu moralnemu instynktowi. I oto dziś widzę Zbigniewa Romaszewskiego, jako człowieka, którego ja szanuję właśnie za to – również za to – że wtedy zdecydował się stanąć obok Piesiewicza. Bo na tanią publicystykę może sobie pozwalać choćby ktoś taki jak ja. Co tam ja? Niemal każdy z nas. Szczerze powiedziawszy, czasy są takie, że na tanią publicystykę pozwolić sobie może każdy. Nawet prezydent. Nawet premier rządu. I oczywiście, nic by nikomu nie zaszkodziło, gdyby i Zbigniew Romaszewski rozejrzał się wokół siebie, przyjął do wiadomości fakt, że pewna epoka się dawno skończyła i że wreszcie można sobie pozwolić na wesoły uśmiech. I uśmiechnąłby się, i zrzucił z siebie to napięcie, i rozsiadł się wygodnie w fotelu. A na jego twarzy, zamiast tej, dziś już tak bardzo nie do zniesienia, zawziętości, pojawiłyby się spokój i życzliwość. I zamiast się niepotrzebnie denerwować, opowiedziałby nam Zbigniew Romaszewski, jak to fajnie było być kiedyś w „Solidarności”.
I jestem pewien, że wtedy wszyscy ci, którzy zobaczyli nagle bohatera w Marku Borowskim, poszliby po rozum do głowy i zrozumieli, że nie warto robić z siebie idioty. Bo życie potrafi wybaczyć wiele, ale jest pewien rodzaj wstydu, który nie opuści człowieka do śmierci.
A zatem, Zbigniew Romaszewski nie jest już senatorem. Wreszcie, po tych wszystkich latach, nadszedł czas, kiedy on tym senatorem być przestał. Wczoraj widziałem w telewizji Marka Jurka. Marek Jurek też już nie jest bohaterem naszej zbiorowej wyobraźni, ale, jak widać, System uznał, że jest tam jeszcze wiele do wyciśnięcia. Obawiam się, że Zbigniewa Romaszewskiego prędko nie zobaczymy. Domyślam się oczywiście – wręcz jestem pewien – że on dalej, kiedy tylko „usłyszy głos prześladowanych i bitych”, znajdzie czas, by znaleźć się na miejscu i robić to, co robił zawsze. I znów pojawia się obawa. Obawa, że tym razem ani nikt już go nie będzie chciał słuchać, ani też nikt już nigdy nie poprosi go, by się przed okiem kamery wytłumaczył ze swoich horrendalnych zachowań. Świat bowiem nie potrzebuje ludzi o zawziętych i pomarszczonych wiekiem twarzach i ich nauk.

czwartek, 13 lutego 2014

Czy Walt Disney próbuje zamordować Artura Wosztyla?

Okładka najnowszego numeru tygodnika „W Sieci”, tego samego, w którym Łukasz Adamski mądrzy się na tematy, o których nie ma pojęcia, przedstawia zdjęcie jakiejś zanurzonej w cieniu, pochylonej nad numerami tygodnika „Wprost”, z pistoletem pod ręką, sylwetki, oraz wielki tytuł: „Mówiąc wprost, były gangster jest dziś redaktorem naczelnym wpływowego tygodnika”.
Każdy kto się mniej więcej interesuje polskim życiem publicznym, a już z całą pewnością ktoś, kto miał okazję jeszcze wiele miesięcy temu czytać odpowiedni tekst na blogu naszego kolegi Coryllusa, doskonale wie, o co, a przede wszystkim, o kogo chodzi. Sprawa jednak jest przede wszystkim stara jak świat, a nasza polska sytuacja tak szczególna, że tu już doprawdy szkoda słów. Poza tym, kogo obchodzi Latkowski i jego historie? Czy on pierwszy? A może ostatni?
Nie zmienia to faktu, że zainspirować może wszystko, nawet coś tak fikcyjnego i sztucznego, jak tygodnik „W Sieci” i jego pokręcone interesy. Spójrzmy mianowicie na to, co redakcja tygodnika postanowiła umieścić na pasku na górze okładki. Czytamy po kolei: „Dojenie poczty; Kto chce zabić świadków Smoleńska; Tajemnice Disneya, Macierewicz: Powstaje partia WSI z Komorowskim, Schetyną, Palikotem”.
Zastanówmy się więc, co nam przynosi najnowszy numer naszego wspaniałego, prawicowego tygodnika. Główna wiadomość jest taka, że Latkowski jest redaktorem naczelnym „Wprostu”, druga (wybita na żółtym tle), że zdaniem Macierewicza, Komorowski, Schetyna i Palikot zakładają wspólny projekt pod nazwą „WSI”, dalej, że Poczta Polska jest „dojona”, że Disney ma tajemnice, no i że – z naszego akurat dziś punktu widzenia, najbardziej z nich wszystkich podstawowa – ktoś chce zabić świadków Smoleńska, a my nie wiemy, kto.
Na Latkowskiego, ze względów czysto estetycznych, nawet nie spojrzałem, o dojeniu Poczty Polskiej czytać mi się oczywiście nie chciało, o tajemnicach Disneya tym bardziej, wywiad z Macierewiczem przejrzałem, natomiast, owszem, przeczytałem cały, od deski do deski tekst Macieja Pawlickiego, zatytułowany: „Czy Artur Wosztyl musi zginąć?”
I dziś chciałem kilka słów właśnie na ten temat. Jeden z najważniejszych tygodników opinii w Polsce, pierwszy z tygodników prawicowo-konserwatywnych, pisze tekst o tym, że System próbuje zamordować człowieka, który 10 kwietnia 2010 był członkiem załogi Jaka-40, słyszał, jak Rosjanie kazali pilotowi Tupolewa zejść poniżej tak zwanego minimum lotniska, dzięki temu jest dziś bardzo wiarygodnym świadkiem smoleńskiego zamachu, a przez to, że wszyscy inne osoby, który mogłyby na ten temat wraz z nim świadczyć zostały skrytobójczo zamordowane, pozostaje świadkiem – ostatnim z żyjących.
Ja niczego nie zmyślam, w najmniejszym stopniu nie przesadzam. Pawlicki pisze, a redakcja „W Sieci” to publikuje, że są systematycznie mordowani ludzie, którzy mogliby zaświadczyć o smoleńskim zamachu, a Artur Wosztyl jest na celowniku Systemu i jego służb. Taki jest w całości przekaz najnowszego numeru tygodnika „W Sieci”. Zwracam uwagę raz jeszcze: nie mówimy o jakichś ukazujących się po prowincji gazetkach, o odbijanych na domowych drukarkach ulotkach, ale o oficjalnie wydawanym tygodniku. Jednym z największych w Polsce.
Będę to powtarzał do znudzenia, raz, że uważam to za wiadomość pierwszorzędną, a dwa, że w tekście Pawlickiego nie ma nic więcej. W ciągu ostatnich paru lat, służby w Polsce zamordowały… nich policzę: jeden, dwa, trzy… 21 osób, z czego większość po Smoleńsku. Wosztyl na tej liście ma numer 22, i Pawlicki nas o tym informuje.
Czy to co pisze Pawlicki to tylko takie sobie paplanie, czy on przedstawia jakieś dowody? A więc, dowody, a już z całą pewnością, solidne poszlaki, są, jak najbardziej. Otóż najpierw z samochodu, którym jechał Wosztyl, odpadło koło. Jak się okazało, wszystkie śruby były odkręcone. Innym razem, zanim ruszył w prawdopodobnie swoją ostatnią drogę, Wosztyl zauważył, że z uszkodzonego przewodu wyciekł cały płyn hamulcowy. Kolejnym znowu razem, okazało się, że ktoś – wedle relacji Pawlickiego, a i też policji, celowo – przeciął w samochodzie Wosztyla przewód hamulcowy.
Do czego zmierzam? Otóż jeśli przyjąć, że to wszystko nieprawda, a Pawlicki plecie, jak potłuczony, nie mamy problemu, o ile nie potraktujemy jako problem faktu, że w planie robienia nam wody z mózgu biorą już udział wszyscy, i nikomu, w tym przede wszystkim najbardziej zainteresowanemu, najwyraźniej nie przeszkadza to, że przy okazji okazuje się, że można zupełnie bezkarnie zohydzać ludziom polskie państwo.
Ale załóżmy, że to co pisze Pawlicki – a ja oczywiście jestem skłonny tę wersje przyjąć – to czysta prawda. Polskie państwo w istocie rzeczy pozwala na to, by jakieś bardziej, czy mniej tajne służby mordowały ludzi. Załóżmy więc, że jest faktem, że żyje sobie wśród nas ów Artur Wosztyl, i nikt z nas nie wie, jak on długo jeszcze pociągnie, bo przy pełnej wiedzy reżimu, i przy pełnej bezczynności aparatu sprawiedliwości, ktoś go chce zamordować. Oto Polska, oto Europa, oto świat. Pawlicki – zauważmy, jak odważnie i bezkompromisowo – pisze, że taka jest prawda, a tygodnik bliźniaków Karnowskich te słowa, równie odważnie, relacjonuje. I co? I nic? Tu ktoś doi Pocztę Polską, Disney ma swoje tajemnice, a, biorąc pod uwagę i to jeszcze, że zespół o nazwie Heart&Soul wydał właśnie fantastyczną płytę z coverami Joy Division, no i System, nie niepokojony przez nikogo, chce zamordować niewinnego człowieka. Wyobrażacie sobie państwo? A to się nam dzieje! Ho, ho!
Oto do czego doszliśmy przez te 20 lat nowej Polski. Ktoś doi Pocztę Polską, jacyś dziwni ludzie próbują zamordować człowieka, a media głównego nurtu relacjonują każdy krok zarówno jednych, jak i drugich. A swoją drogą, co tam słychać u mamy Madzi? Siedzi ona, czy nie? No i jak tam Bartek? To był naprawdę przystojny chłopak.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

środa, 12 lutego 2014

O tym, jak dziennikarstwo rozbiło się o skaliste dno

Pamiętam, jak dawno, dawno temu, w czasach, gdy jeszcze oglądałem telewizję, w tym na pierwszym miejscu telewizję TVN24, któregoś dnia pojawił się na ekranie redaktor Jacek Pałasiński, pełniący tam funkcję specjalisty od przeglądu prasy międzynarodowej, i, obłożony stertą tytułów, poinformował nas o tym, że „późny” papież Jan Paweł II… dalej nie pamiętam. Nie pamiętam, bo wiadomość ta prawdopodobnie nie była niczym szczególnie interesującym, ale przede wszystkim przez owo użycie słowa „późny”, które mnie nieco przyblokowało, i już dalej nie słuchałem. Co bowiem miał oznaczać ów „późny papież”?
Wygląda na to, że, jak się możemy domyślać, korzystając z fragmentów jakichś artykułów napisanych w języku angielskim, Pałasiński znalazł tam frazę „late Pope” i uznał, że skoro late oznacza „późny”, owo late Pope musi oznaczać, cokolwiek by to było, „późnego papieża”. Oczywiście, ów ekspert nie wiedział, że wyraz late w języku angielskim może również odnosić się do osoby zmarłej, czy zjawiska minionego, a więc w tym wypadku late Pope, to po prostu „zmarły papież”. Taka to anegdota.
Przypomniał mi się tamten wypadek z Pałasińskim dziś rano, kiedy do porannej kawy otworzyłem sobie najnowszy numer tygodnika „W Sieci” i trafiłem na tekst czołowego eksperta pisma od spraw najszerzej pojętej kultury, Łukasza Adamskiego, stanowiący recenzję z filmu „Late Quartet”, ze zmarłym niedawno Seymourem Hoffmanem. Adamskiemu film bardzo się podoba, gorąco nam obejrzenie go poleca, tyle że nie dość, że przez cały tekst nie umie się zdecydować, czy to coś nosi tytuł „Late Quartet”, czy „Late Waltz”, to w dodatku owo late, tłumaczy, jako „późny”. Kwartet, walc – jeden czort.
Ponieważ z językiem angielskim zawodowo jestem związany przez całe dorosłe życie, dogadywanie obcym ludziom z powodu tego, że ktoś z nich czegoś nie wie, czy coś pomylił, nie sprawia mi żadnej ani przyjemności, ani satysfakcji. Wiedząc znakomicie, że nikt – włącznie ze mną – nie jest ani tak dobry, jak mu się wydaje, ale też tak zły, wolę się nie czepiać. Wyjątek robię tylko dla osób wybranych, a więc dla tych na przykład tefauenowskich dziennikarzy, którzy najpierw prowokują zaskoczonych polityków do popisywania się językiem angielskim, tylko po to, by się z nich później ponaśmiewać, z takiego Pałasińskiego, który nie mając pojęcia ani o języku, ani o sprawach międzynarodowych, ani tak naprawdę o niczym, w każdej z tych dziedzin potrzebuje uchodzić za pierwszego eksperta, no i wreszcie z dziennikarza Łukasza Adamskiego, którego teksty wypełniają każdy kolejny numer tygodnika, który, było nie było, czytam, a z których każdy jest przykładem tak straszliwej, i tak podstawowej niekompetencji, że to już zaczyna robić wrażenie jakiejś chorej kompletnie prowokacji.
Wspomniałem już o tym Adamskim przy okazji swojego tekstu na temat artystycznych ambicji małżeństwa Józefowiczów, gdzie on w pewnym momencie zasugerował, że fraza A rolling stone gathers no moss pochodzi z piosenki Boba Dylana. Rzecz w tym, że wprawdzie Dylan rzeczywiście ma w swoim dorobku piosenkę „Like a Rolling Stone”, tam jednak nie ma słowa na temat owego porastania mchem, natomiast owszem, owa fraza istnieje w anglosaskiej kulturze, tyle że stanowi cytat z tradycyjnego przysłowia. A zatem, wiele wskazuje na to, że ten Adamski to jest naprawdę zawodnik pierwszej klasy.
Ktoś powie, że no dobra. W końcu każdemu się zdarza, no a poza tym, chyba nie ma obowiązku znać tekstów do każdej piosenki Boba Dylana. Jest tytuł „Like a Rolling Stone” – mógł Adamski pomyśleć, ż skoro tak, to pewnie to nie jest piosenka o Rolling Stonesach, tylko o tym mchu i takich tam. Owszem, mógł Adamski tak pomyśleć, no i pomyślał. A ja z kolei mogę go wytargać za uszy. I to wcale nie koniecznie za to, że on gówno wie, ale za to, że pozycja, jaką zajmuje w owym prawicowo-konserwatywnym towarzystwie tak mu przewróciła w głowie, że on nie dość, że uznał, że jemu akurat na niczym się nie znać wypada, to w ogóle niczym się już nie musi przejmować.
Ostatni numer tygodnika „W Sieci” teksty Adamskiego wypełniają od początku do końca. Nie chciało mi się liczyć, ile ich jest dokładnie, ale trafiłem na cztery. Oto przed nami, niezależnie od wcześniej wspomnianej recenzji, wspomnienie o zmarłym aktorze Hoffmanie, które kończy się następującym akapitem:
Teraz dołączył [Hoffman] do innego charyzmatycznego mistrza drugiego planu Jamesa Gandolfiniego, który przeżył go o zaledwie pięć lat. Kino nie doświadczyło takich strat w przeciągu ośmiu miesięcy. Odczujemy to szybko”.
Przepraszam bardzo, ale co to, do ciężkiej cholery, ma być? Jakim to „mistrzem drugiego planu” był Seymour Hoffman, człowiek nominowany i nagradzany Oscarami za pierwszoplanowe role? Seymour Hoffman, to był mistrz drugiego planu??? No i znów, kto, do jasnej cholery, kogo przeżył o 5 lat? Gandolfini Hoffmana, który zmarł ledwo co, czy Hoffman Gandolfiniego, który zmarł latem zeszłego roku? Co się Adamskiemu porobiło z głową? No i ta końcówka: „Kino nie doświadczyło takich strat w przeciągu ośmiu miesięcy. Odczujemy to szybko”. Co odczujemy szybko? To że kino nie doświadczyło takich strat, czy może wielkość tej straty? No i w jaki sposób to odczujemy? Kino przestanie istnieć, bo dwóch drugoplanowych aktorów zmarło?
Jak można, będąc szanowanym, zawodowym publicystą, w niecałych 30 wyrazach pomieścić aż trzy tak wybitne idiotyzmy? Zapytam raz jeszcze: co ten Adamski ma w głowie? Jak on żyje? Jak wygląda jego praca? Ile mu wreszcie za to, co on wyprawia, płacą? Czemu nikt w redakcji mu nie powie, żeby on się choć na moment wziął w garść, bo w końcu wyleci stamtąd na mordę, i nie będzie mógł pisać nawet do swojej parafialnej gazetki?
Jak mówię, w numerze „W Sieci”, który leży przede mną jest cała kupa tekstów Adamskiego, w tym osobny, bardzo długi na temat Walta Disneya. Nawet go nie dotknę; nawet na niego nie spojrzę. Nie odważę się. Wiem bowiem, że to co tam znajdę może mnie oślepić, ogłuszyć, i pozbawić zmysłów.
A naprawdę głupio by było skończyć tak fatalnie przez kogoś tak do niczego, jak redaktor Łukasz Adamski.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

poniedziałek, 10 lutego 2014

O rękach zanurzonych we krwi po pachy

Nie wiem, ilu z nas było kiedykolwiek w Katowicach, i ilu z tych, którzy byli, podniosło choć na chwilę wzrok znad chodnika, by obejrzeć sobie dachy katowickich kamienic, ale zapewniam, że warto. Cokolwiek by nie mówić o Katowicach, jedno jest pewne: katowickie kamienice to w większości czyste i całkowicie unikalne piękno.
I oto któregoś dnia jeden z tych najpiękniejszych budynków, na rogu ulicy Mickiewicza i Stawowej został niemal w całości zasłonięty potężną reklamą czegoś, co się nazywa ShowUp TV. Co to takiego? Odpowiedź na to pytanie można częściowo uzyskać już z samej reklamy. Jej podstawowy przekaz oparty jest na konflikcie piekło-niebo, estetycznie wzmocniony przez rysunek rogów i aureoli, obok, w dodatku, gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał, co się dzieje, jest wyraźnie podana informacja, że ShowUp TV jest przeznaczona tylko dla osób powyżej 18 roku życia.
Więcej dowiemy się wpisując nazwę owego przedsięwzięcia w internetową wyszukiwarkę. Jako pierwsza, wyskakuje następująca informacja: „Darmowe sex kamerki, chat na żywo, sex pokazy”. I dalej:
ShowUp.tv to miejsce gdzie znajdziesz darmowe sex kamerki na żywo a na nich wiele ciekawych osób. Wszystkie kamery dostępne są online. Seks na żywo jeszcze nigdy nie był tak przyjemny, a to wszystko za darmo. Webcams chat to innowacyjny sposób na poznanie nowych osób - pokazy live show naszych użytkowników. Jeżeli znudziły Cię portale YouShow, goShow czy Zbiornik to seks randki na ShowUp.tv są najlepszym rozwiązaniem gwarantującym Ci więcej przyjemności niż odloty. Wejdź i przekonaj się czym jest ostry seks online. Serwis jest przeznaczony tylko dla dorosłych, może zawierać treści o charakterze erotycznym lub uznane za obraźliwe”.
Gdyby ktoś sądził, że to jakaś nisza, można też w Sieci znaleźć fachowe, dziennikarskie omówienia zjawiska:
Reklamy w największych miastach, 6 mln użytkowników i ponad 160 milionów odsłon w miesiąc. Na stronie obrazy z kilkudziesięciu kamerek. Mają nieco domowy klimat. Na niektórych widać atrakcyjne dziewczyny, na innych dojrzałych mężczyzn, na jeszcze innych same genitalia. W tle regały, sofy, fotele. To nie są profesjonalne filmy nagrane w studio. To erotyczne pokazy amatorów w internecie, na których i serwis porno-erotyczny ShowUp.tv, i użytkownicy zarabiają naprawdę dobre pieniądze”.
A więc pieniądze. Aby dowiedzieć się coś na temat tych pieniędzy, można wejść na portal natemat.pl, i tam przeczytać rozmowę z twórcą i właścicielem owej „telewizji”:
Jesteśmy pośrednikiem finansowym między użytkownikami i udostępniamy im platformę do czatu i wideo czatu. Na stronie głównej są darmowe pokazy erotyczne, ogólnie dostępne i nie trzeba mieć konta, żeby je oglądać. Jest również możliwość pokazów prywatnych.[…]
Organizujący pokazy zarabiają dzięki żetonom. Żetony to wirtualna waluta, która obowiązuje w ShowUp. Jeden żeton przy wypłacie to 10 groszy. Każdy użytkownik transmisji może sobie przygotować swoją ofertę transmisji prywatnych – cenę żetonów za pokaz prywatny oraz czas jego trwania.
Na pokazach ogólnych użytkownicy nagradzają występujących napiwkami lub płacą również w formie żetonów na określony przez transmitującego cel („bluzka out”, „mandat”).
Użytkownicy doładowują swoje konta pakietami żetonów. Można kupić różne pakiety. Najmniejszy kosztuje 18 zł.
8 zł dostaje serwis, w tym są podatki, które jak legalna spółka musimy płacić, koszty utrzymania serwerów, nietania reklama, ciągłe programowanie (na dniach wprowadzimy nową wersję serwisu napisaną całkowicie od nowa) oraz ludzie, którzy serwis nadzorują. 10 zł dostaje użytkownik.
Są transmisje, które kosztują 10-20 żetonów, bo ktoś chce tylko porozmawiać, ale są pokazy, za które się płaci kilkanaście tysięcy żetonów. Dla przykładu podam środową transmisję. Dziewczyna w 2,5 godz. zarobiła 13 tys. złotych. Zysk użytkowników na pewno przekracza średnią krajową”.
Tak. Polska to piękny kraj, ze wspaniałymi – jak to wczoraj ładnie bardzo określił nasz Kamil Stoch – ze pilotami. A Katowice to bardzo piękne miasto. Dokładnie naprzeciwko wspomnianej reklamy wznosi się jeden z najpiękniejszych budynków w mieście – budynek Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza. Okna klas wychodzą prosto na te aureole i te rogi.
Parę metrów od tego miejsca wznosi się piękna Galeria Katowicka, a w środku, cuda, panie, cuda. Nieco dalej, w drugą stronę, powstaje kolejna – a co tam nas czeka, nawet nie mam odwagi myśleć. Od dłuższego czasu trwa przebudowa tak zwanego Rynku, gdzie też powstaje nowy budynek Urzędu Miasta…
Skończę już może, bo jeszcze coś chlapnę i mi zamkną ten blog. Powiem już tylko: Wasze ręce są w tym umoczone po pachy. Wasze, wasze i wasze. Niech was piekło pochłonie!

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.

sobota, 8 lutego 2014

Mikołaj Lizut wyszedł brzydko

Zgodnie z weekendową tradycją, przedstawiam swój najnowszy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Mam nadzieję, ze będzie wesoło:

Jest bardzo prawdopodobne, że kiedy „Warszawska Gazeta” ukaże się w kioskach, sprawa będzie nieaktualna, choćby z tego względu, że panowie Kuby Wojewódzkiego, Tomasza Lisa i Mikołaja Lizuta wezwą ich do siebie, powiedzą im, żeby przestali pajacować, uściskali się i wrócili do przepisanych zajęć, bo za chwilę dostaną w ryj tak, że się nie pozbierają, niemniej jednak to, co się stało na linii Kuba Wojewódzki – Tomasz Lis robi pewne wrażenie. Otóż, jak mi doniesiono, pewnego razu Kuba Wojewódzki zapragnął, by na okładce „Newsweeka” ukazało się wspólne zdjęcie jego i Mikołaja Lizuta, jego kumpel Tomasz Lis wstępnie ową koncepcję zaakceptował, tymczasem, kiedy Wojewódzki obudził się w poniedziałek w południe i udał się do lokalnego kiosku po fajki, dostał ciężkiej cholery, bo okazało się, że Mikołaj zniknął.
Ja wiem oczywiście, że to, co piszę, brzmi, jak jakieś szaleństwo, jednak mamy tu fakt równie realny, jak realna jest dzisiejsza Polska. Na okładce „Newsweeka” ukazało się zdjęcie Wojewódzkiego bez Lizuta, w związku z czym, Wojewódzki na Facebooku opublikował oświadczenie, w którym zadeklarował, że Lis nie jest już jego kumplem. Na to, Tomasz Lis, przerażony możliwością, że jego pierwsza gwiazda może się obrazić, opublikował kolejne oświadczenie, gdzie wyraża ciężkie ubolewanie, a jednocześnie wyjaśnia, że – i tu muszę się odwołać do cytatu:
Sesja fotograficzna Mikołaja Lizuta i Kuby Wojewódzkiego, podczas której miały powstać zdjęcia do ich tekstu dla »Newsweeka«, została umówiona z autorami na piątek na godzinę 10. Poprzedzającego wieczora do redakcji dotarła informacja, że pan Wojewódzki nie pojawi się na sesji. W trakcie realizacji zdjęć z p. Lizutem dostaliśmy wiadomość, że p. Wojewódzki jest gotów przyjść na sesję na godzinę 15. Redakcja dostosowała się do nowego terminu. O godz. 15 pojawili się: p. Lizut oraz p. Wojewódzki i jego stylista fryzur”…
I tak dalej, i tak dalej.
Ja bardzo czytelników zarówno „Warszawskiej Gazety”, jak i mojego dla „Warszawskiej” felietonu przepraszam, że oto dziś, ni stąd ni z owąd, zajmujemy się czymś tak żenującym i idiotycznym, ale, mam wrażenie, że nieczęsto się zdarza, by całe to towarzystwo, które trzęsie naszą publiczną przestrzenia z taką mocą, że wielu z nas zwyczajnie od tego oszalało, aż tak się odsłoniło. Oto bowiem widzimy najpierw Tomasza Lisa, jak zaprasza Kubę Wojewódzkiego i Mikołaja Lizuta do tego, by napisali dla „Newsweeka” tekst na temat chamstwa w mediach, obiecuje im wspólną okładkę, Kuba Wojewódzki zgłasza się do redakcji ze swoim „stylistą fryzur”, i w tym momencie następuje jakiś kataklizm, który wysadza Lizuta w powietrze, a Wojewódzkiego odcina od dostępu do własnego mózgu.
Daję słowo, że przynajmniej ja jestem pod wrażeniem. Tyle wszystkiego, że widzę już tego Lizuta, jak ustawia się do owej sesji, a wszyscy rwą włosy z głowy i jęczą: „Słuchajcie, to nie przejdzie”.
Dobrze jest.

Jak zwykle, serdecznie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta, czy to przez kupowanie książek, których okładki są tu bardzo starannie zaprezentowane, czy przez pomoc pieniężną na podany obok numer konta. W tej chwili akurat jest tak, że poza tym, nie mamy niemal już nic. Dziękuję.