poniedziałek, 31 grudnia 2018

Nienawiść jak kromka chleba


        Trudno mi dziś powiedzieć z całą pewnością, czy kiedykolwiek pisałem tu o swoim teściu, choć jestem prawie pewien, że nie. A powiem szczerze, że z wielu powodów, byłoby warto. Czemu więc nie pisałem? Otóż przede wszystkim dlatego, że gdyby on się dowiedział - a swoich informatorów miał licznych - że ja tu, łącząc go z tym miejscem, zbeszcześciłem jego honor, to już by było po mnie. A więc strach. Drugim powodem był oczywiście szacunek jakim go zawsze darzyłem i świadomość, że on zwyczajnie by sobie nie życzył, by jego imię pojawiło się w miejscu w jakikolwiek sposób kojarzonym z PiS-em. Raz chyba, pisząc o tym, jak straszna jest ta wojna, którą w polskie rodziny wprowadziła Platforma Obywatelska, jednym zdaniem tylko wspomniałem o tym, że za owym podpuszczeniem, mój teść ostatecznie odmówił uczestnictwa we wspólnych Wigiliach. Ktoś mu o tym doniósł, i to niemal się skończyło katastrofą.
       Dziś teść mój od ponad roku nie żyje i jest własnością Niebios - co przyznaję, stanowi pierwszy powód, dla którego dziś z czystym sumieniem w ogóle go  tu wspominam - a ja już tylko żyję ze spokojnym sercem oraz świadomością, że byłem ostatnią osobą, która się z nim pożegnała i to pożegnała w autentycznej przyjaźni i pokoju. O co więc chodzi z moim teściem? Otóż trzeba nam wiedzieć, że to był absolutnie fantastyczny człowiek. Bardzo porządny, pracowity, nadzwyczaj uczciwy, wesoły i w najlepszym słowa tego znaczeniu inteligentny człowiek. Myślę, że o nim najlepiej zaświadczyłyby moje dzieci, które do dziś z największym wzruszeniem wspominają go jako najwspanialszego dziadka. Ale on miał coś jeszcze. Otóż jako stary, pochodzący z najporządniejszej rodziny lwowiak, teść mój był osobą bardzo religijną, o bardzo konserwatywnych poglądach, w tym sensie, że czy to w kwestii LGBT, czy aborcji, czy nawet Owsiaka zachowywał bardzo wyraźny dystans… o ile oczywiście gdzieś tam nie pojawił się PiS, to wtedy wpadał w konfuzję. Czemu zatem, ktoś spyta, on tak bardzo nie życzył sobie, by choćby wspomnienie na jego temat pokazało się na „pisowskim portalu”? Odpowiedź pewnie już większość z nas zna. Otóż on całym sercem nienawidził Prawa i Sprawiedlwiości, Jarosława Kaczyńskiego, Antoniego Macierewicza, ojca Rydzyka i wszystkiego, co się z tym wszystkim kojarzyło. Jego niechęć do PiS-u była tak wielka, że, jak sądzę, to że myśmy akurat byli po „tamtej” stronie, stanowiło dla niego największą życiową porażkę i, w sposób zupełnie naturalny, winę za to zrzucał na mnie. Co ciekawe, moja teściowa, a jego zmarła przed wielu, wielu laty, żona, która on kochał aż do końca swoich dni, miała identyczne do naszych polityczne poglądy, tyle że kiedy ona jeszcze żyła, to ta wojna  się dopiero rozkręcała, więc jakoś żyć się dało.
       Czemu tak? Jak to się stało, że on, przy tym wszystkim, co tu wspomniałem, tak serdecznie zaangażował się w walkę z Prawem i Sprawiedliwością? Czemu on do śmierci oglądał wyłącznie TVN24, czytał „Gazetę Wyborczą”, a kiedy gdzieś się pokazywał Jarosław Kaczyński, to odwracał wzrok? Kiedy był w szpitalu, lekarze, pielęgniarki, terapeuci go uwielbiali, bo był grzeczny, sympatyczny, no i w nadzwyczajny zupełnie sposób dowcipny, a skoro uwielbiali, to on ten czas znosił bardzo dobrze, zwłaszcza że większość z personelu dzieliła jego polityczne poglądy i on sobie lubił z tymi ludźmi wesoło plotkować. Czemu więc on, potrafiący rozmawiać na wszelkie możliwe tematy, zainteresowany światem, od razu im wszystkim dał się poznać przede wszystkim jako ktoś, kto nie lubi PiS-u?
       Powiem zupełnie uczciwie, że mimo tego, że mieliśmy chwile naprawdę trudne, bardzo lubiłem mojego teścia. Przez ostatnie cztery miesiące - tak wyszło - to głównie ja się nim zajmowałem i powiem zupełnie szczerze, że każda chwila z nim spędzona to była czysta radość, nawet jeśli on nie mógł się powstrzymać, by mi od czasu do czasu dokuczać za ten cały PiS.
       I znów pojawia się to pytanie, czemu on tak bardzo nie lubił PiS-u? Oczywiście sam mi tego nigdy nie powiedział, bo raz, że nie było możliwości na ten temat w ogóle rozmawiać, no a poza tym zastanówmy się, co on by mi powiedział, czego ja bym nie wiedział choćby z listu, jaki zostawił ten biedny człowiek, który się spalił pod Pałacem Kultury i który tak zachwycił biskupa Pieronka? Fakt był jednak, że owszem, człowiek bardzo pobożny, o konserwatywnych bardzo poglądach, odbierający dzisiejszy nowoczesny świat z najwyższą niechęcią, uważał, że Jarosław Kaczyński i jego projekt to jest największe zło.
       I tu przechodzę do sensu tej dzisiejszej notki. Otóż, kiedy w tych dniach zastanawiałem się nad tym wszystkim, co nam po sobie pozostawił biskup Tadeusz Pieronek, pomyślałem sobie, że jest bardzo możliwe, że on był bardzo podobny do mojego teścia. I to stąd tak bardzo źle zniosłem ów hejt, który się na niego wylał za to tylko w gruncie rzeczy, że on nie cierpiał PiS-u i że ta ogromna niechęć - niezależnie od tego, skąd się wzięła i jak bardzo była usprawiedliwiona - tak bardzo zakłóciła mu umiejętność realnego rozpoznania pewnej bardzo ważnej części naszego świata. Powiem coś więcej. Notka ta ma na celu coś więcej niż tylko przedstawienie tej niezwykłej zagadki, a mianowicie zwrócenie uwagi na to, że skoro doszło do czegoś aż tak strasznego, to nie przez współdziałanie jakichś zupełnie przypadkowych zdarzeń, ale musiało stanowić część bardzo starannie obmyślonego planu.
       Zastanawialiśmy się tu kiedyś kto to taki - ta jedna szczególna osoba - wpadł na pomysł, żeby słowa Lecha Kaczyńskiego „Bardzo dobry był Boruc bardzo”, przekręcić tak, by tam się pojawił ów „Borubar”, załatwiając nam kilka kolejnych lat niewysłowionego hejtu i ostatecznie śmierć. To naprawdę nie było takie proste. Osobiście nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jaki rodzaj umysłu mógł stać za tego rodzaju konceptem. Podobnie, nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jaki rodzaj inteligencji mógł wpaść na pomysł, by utrzymać władzę w taki sposób, by wprowadzić ów niepokój w polskie rodziny. Ktoś powie, że to już mieliśmy u Orwella. To w jego słynnej powieści cały System opierał się na owych dwuminutowych seansach codziennej nienawiści, które sprawiały, że poza nimi nic już nie miało znaczenia. Ja jednak, wbrew temu, co niektórzy z nas proponują, wcale nie uważam, że dzisiejszy świat, czy nawet same rządy koalicji PO-PSL, to Orwell. Owszem, mieliśmy tam próby równania do najlepszych, niemniej tu nawet nie ma porównania. Tu dziś, u nas, jak się zdaje, wielu z nas przyjmuje tę propagandę - i to z bólem przyznaję, pochodzącą z obu stron - w pełnym poczuciu komfortu. Nikt nikogo do niczego nie zmusza, nikt nikomu niczego nie zakazuje. Tak naprawdę wystarczy tylko telewizor, znajomi i pani w sklepie i wszyscy chodzimy jak w zegarku. To, jeśli idzie o „nich”. „My” natomiast mamy Internet. I to on sprawia, że nagle śmierć biskupa Pieronka wywołuje taką falę entuzjazmu i nie ma ani ludzkiej, ani boskiej siły, która by sprawiła, by choć jeden z nas się zatrzymał i pomyślał.
       I czemu tylko ja z każdym dniem coraz bardziej się obawiam, że za jednym i drugim przekazem stoi ten sam Czort?
     
      

niedziela, 30 grudnia 2018

Ostatnie wesołe kawałki na końcówkę dobrego roku, z życzeniem do siego!


      Ze względu na okres świąteczny i ogólny chaos z kontrolą upływającego czasu, zapomniałem o kolejne tablicy dla „Polski Niepodległej”. No ale rok się na szczęście jeszcze nie skończył, mamy w dodatku piękną niedzielę, a więc bardzo proszę.

Kiedy piszę ten tekst, powoli mija kolejna, tym razem już 37 rocznica wprowadzenia w Polsce Stanu Wojennego, a ja jestem rozdarty między kilkoma odczuciami. Przede wszystkim, sama myśl, że to już 27 lat od czasu, gdy wydawałoby się, że to było zaledwie wczoraj, potrafi człowieka przygarbić. I smutno jest mi oczywiście z powodu tych wszystkich rozbitych w drobny mak marzeń, przypieczętowanych ostatecznie śmiercią górników z Wujka. Z drugiej jednak strony dziękuję Bogu za to, że wyłącznie dzięki 13 grudnia 1981 nie wyemigrowałem z Polski, do czego byłem wówczas już niemal gotowy, no i wreszcie jest mi znów smutno, kiedy słyszę, jak warszawski sąd uczcił tę rocznicę, dając władzom Warszawy ostateczny argument usunięcia z mapy miasta znienawidzonego nazwiska Lecha Kaczyńskiego, a przy okazji nazwisk wielu innych dzielnych i uczciwych Polaków ,i przywrócenia historycznej pamięci całemu szeregowi autentycznych szubrawców i podleców.
      Wydawałoby się, że jest to zupełnie dobry powód, bym ze złośliwą satysfakcją dziś zawołał „Róbta tak dalej”, niecierpliwie wyczekując na ten dzień, kiedy ta podłość ich wszystkich pożre, gdyby nie fakt, że ja już w to radosne rozstrzygnięcie coraz mniej wierzę. Gdy chodzi o to akurat miasto i jego mieszkańców, bardziej się spodziewam, że na rozpoczęcie kolejnej swojej kadencji prezydent Trzaskowski zarządzi, by na szczycie Pałacu Kultury została umieszczona wielka czerwona gwiazda, a wdzięczni wyborcy urządzą mu z tej okazji wielki pokaz sztucznych ogni.

***

A przecież ani te nazwy ulic, ani nawet przewidywana przeze mnie rozbudowa sylwetki Pałacu Kultury, to jeszcze nie wszystko. Jak niektórzy z nas być może jeszcze pamiętają, podczas tak zwanego „grudniowego puczu”, oraz organizowanych przez opozycję demonstracji przed budynkiem Sejmu, człowiek nazwiskiem Wojciech Diduszko wywalił się na ziemię udając ofiarę policyjnej agresji, poleżał chwilę, nastepnie wstał otrzepał się z błota i wrócił na wyznaczone mu miejsce. Otóż prywatnie żona owego Diduszki, a dziś doradca prezydenta Trzaskowskiego do spraw kultury, opublikowała na Facebooku otwarty list do władz miasta o następującej treści:
Podczas jutrzejszej sesji Rady Miasta odbędzie się spotkanie wigilijne. Jak się okazało, niestety będzie zawierało elementy religijne tj. przemowę/y osób duchownych oraz modlitwę. Część z nas - w tym ja - startując do Rady Miasta zobowiązała się do przestrzegania zasady rozdziału państwa i kościoła oraz konstytucyjnej zasady bezstronności organów władzy. Naszym zdaniem, charakter planowanej uroczystości zaburza ten rozdział, dlatego złożyliśmy poniższą prośbę do Przewodniczącej Rady Miasta”.
Samo pismo jest długie i zbyt głupie, byśmy mieli nim sobie zawracać głowę, zwłaszcza że normalny człowiek pewnie chciałby wiedzieć, jak może wyglądać spotkanie wigilijne bez elementów religijnych, a tu się odpowiedzi jednak nie doczekał. A zatem tylko krótki fragment:
Zorganizowanie uroczystości z elementami religijnymi w związku z sesją Rady m. st. Warszawy zmusza nas, jako radnych, do ujawnienia tych informacji na swój temat, ponieważ uczestnictwo lub nie uczestnictwo w takim wydarzeniu oraz zachowanie podczas niego byłoby konkretną deklaracją światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania”.
Swoją drogą, myślę, że w pewnym sensie można panią Diduszko zrozumieć. W końcu głupio by było, gdyby nawet ta głupsza część jej wyborców miała się dowiedzieć, że jest ona członkinią Kościoła Szatana.

***

Nie wiem, czy, ale jeśli tak, to chciałbym wiedzieć, w jaki sposób uczestnicy odbywającej się jeszcze w Katowicach konferencji klimatycznej COP24 będą świętować rocznicę Stanu Wojennego. Póki co jednak wiemy już dwie rzeczy. Na całe szczęście ani nie przyjechał tu do nas w swoich żółtych okularach artysta estradowy Bono, ani też nie pozwolił nam się gonić po naszych ulicach z prośbą o autograf Leonardo DiCaprio. Był tylko Arnold Schwarzenegger, dając się zapamiętać tylko z tego, że nazwał Donalda Trumpa „wariatem”. Druga rzecz to ta, że jak wiele wskazuje owa impreza to jeszcze jeden humbug, na którego nikt by pewnie nie zwrócił uwagi, gdyby nie fakt, że on się odbywał w mieście spragnionym jakiegokolwiek wyróżnienia. Skąd ja to wiem? A stąd mianowicie, że na zakończenie owego eventu miasto zostało oblepione plakatami, z pewnością wyprodukowanymi przez te same osoby, które go współorganizowały, a świadczące o tym, że oni zdecydowanie mają nie po kolei w głowach. Oto jeden z nich:
Już dziś Polska ma mniej wody pitnej niż Egipt. Za dwadzieścia lat będziemy się mordować za worek ziemniaków”.
Przepraszam bardzo, ale nie mogę się powstrzymać od pytania: po ciężką cholerę mi ów worek ziemniaków, skoro nie będę miał ich w czym ugotować?

***

Powiem szczerze, że tych idiotyzmów jest wokół z każdym dniem coraz więcej i ja bym pewnie popadł w czarną rozpacz, gdyby nie Internet, gdzie - cokolwiek by o nim nie mówić - można znaleźć resztki zdrowego rozsądku. Oto na Twitterze ukazał się następujący komentarz posłanki Platformy Obywatelskiej Izabeli Leszczyny, przy całym szacunku dla jej młodzieńczego wyglądu, i w przekonaniu, że z niej z cała pewnością „fajna kobitka”, nie wiadomo czemu występującej jako „Iza”:
To że poseł Pawłowicz porównuje flagę Unii Europejskiej do szmaty, to trudno, jest tylko jednym z wielu posłów, ale że Premier RP porównuje Komisję Europejską i Parlament Europejski do dozorcy, to poziom rządu, na który Polska sobie naprawdę nie zasłużyła”.
I oto, na ów dziwny twitt, otrzymała pani poseł od jednego z internautów następującą odpowiedź:
Nie mówiąc już o dozorcach, z których wielu wykonuje naprawdę ciężką robotę i dla których to porównanie jest po prostu krzywdzące”.
Czyż to nie piękne? I nie pocieszające? Czyż to nie upewnia nas w przekonaniu, że na pewno damy radę?

***

A damy radę, bo jak widać coraz więcej osób, dotychczas nie kojarzonych z wartościami chrześcijańskimi, ale też po prostu humanistycznymi, zaczyna doświadczać moralnej odmiany. Oto aktorka Maja Ostaszewska pojawiła się publicznie i bardzo otwarcie wezwała do ochrony życia poczętego. Posłuchajmy:
Zbliża się czas Świąt, który powinien się kojarzyć z otwartością serca, dobrem po prostu...ale to niestety również czas masowego mordowania nienarodzonych dzieci. Jak co roku włączam się w kampanię przeciwko propagowaniu oraz przeprowadzaniu zabiegów aborcji. Nienarodzone dzieci, zabijane, duszą się w łonie matki, bez tlenu. Doświadczają bólu przy rozczłonkowywaniu ich ciał, często są rozrywane żywcem, a następnie wyrzucane do kosza jak niepotrzebny śmieć. To wszystko, poza oczywistym nieludzkim zadawaniem cierpienia, jest również łamaniem praw człowieka. Niestety środowiska proaborcyjne pozostają całkowicie obojętne i głuche na cierpienie tych dzieci. WSTYD. Zachęcam wszystkich do bojkotu lekarzy przeprowadzających zabiegi aborcji. Apeluję zarówno do osób, które już dokonały tej zbrodni, jak i tych, którzy dopiero ją planują, nie decydujcie się na to teraz. Niech te Święta nie będą krwawe”.
… Zaraz, coś mi się chyba pomyliło. To było inaczej. Aktorka Ostaszewska nie mówiła o nienarodzonych dzieciach, tylko o narodzonych karpiach. Przepraszam. Wszystko gra.

***

I rzeczywiście wszystko gra. Gdybyśmy mieli wątpliwości, oto tuż po wyroku nakazującym mu przeproszenie Jarosława Kaczyńskiego na osobiście podpisanej i równie osobiście przekazanej zainteresowanemu kartce papieru za to, że oskarżył go o zorganizowanie katastrofy w Smoleńsku oraz zamordowanie swojego brata plus 95 innych osób, bardzo się zaktywizował odbiorca owego wyroku, czyli Lech Wałęsa. W jednej z wielu swoich szalonych wypowiedzi, Wałęsa przede wszystkim powtórzył wszystkie swoje oskarżenia, a następnie wygłosił następujący apel:
Czekamy na wypis i wtedy zobaczymy, co tutaj się da zrobić. Jeśli będą chcieli dowodów, a taśmy nie mam, to sprawa logicznie nie ma szans, ale w sądzie innym, jeżeli mi też pomożecie wyciągnąć od wszystkich kapitanów te stwierdzenia, że to jest regulaminowy obowiązek czy zwyczaj, to sądowi udowodnimy, że to jest sprawcą albo jeden, albo drugi”.
Gdyby ktoś się zastanawiał, jakie to „stwierdzenia” chce Lechu wyciągnąć od „wszystkich kapitanów”, już spieszę wyjaśniać. Chodzi o stwierdzenie, że jeśli obecny na pokładzie samolotu prezydent rozkaże pilotowi, by rozbił maszynę i wszystkich pozabijał, ten ma „regulaminowy obowiązek” rozkaz natychmiast wykonać. Jasne? Jasne.
Pozostaje jeszcze tylko kwestia owego „wypisu”. Niektórzy twierdzą, że tu prof. Wałęsa miał na myśli wypis ze szpitala.

Myślę, że na początku roku wyślę do składania gotową książkę o języku Imperium, a na razie, jak zawsze zachęcam do kupowania tego co czeka w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag w Warszawie, no i też częściowo tu u mnie, przez kontakt k.osiejuk@gmail.com.



sobota, 29 grudnia 2018

Lewica, prawica, dialog, czyli o przykrych konsekwencjach siedzenia na płocie


     W swojej wczorajszej notce, poświęconej świętej pamięci zmarłego niedawno katowickiego biskupa Gerarda Bernackiego, wspomniałem też o drugim, również ostatnio zmarłym, biskupie, Tadeuszu Pieronku i zupełnie niezwykłym - niezwykłym nawet jak na możliwości jego autora - komentarzu, jaki w kwestii tego odejścia wygłosił wicepremier w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Gowin. Ponieważ wygląda na to, że o bp. Bernackim już w tej chwili pies z kulawą nogą nie pamięta, a debata na temat wszelkich zasług zmarłego bp. Pieronka nabiera dopiero rozpędu, postanowiłem się głębiej zainteresować w tej sprawie dzieje i z prawdziwym zdziwieniem zaobserwowałem, że chyba od czasu gdy w kalendarz kopnął niesławny gensek Leonid Breżniew, nie doszło w Polsce do sutuacji, gdzie właściwie cały naród ogarnęła fala i hejtu i zimnej satysfakcji z powodu śmierci jednego człowieka. Kiedy czytam internetowe komentarze - a musimy przyznać, że to właśnie Internet jest dziś pierwszym głosem wolnego społeczeństwa - nie możemy nie zauważyć, że tam z jednej i z drugiej strony wszyscy znęcaja się nad doczesnymi szczątkami zmarłego księdza, przy czym i jedni i drudzy za to, co on powiedział w życiu takiego, co jednym i drugim nie pasuje. W tej zatem sytuacji, by może choć część z nas zechciała wypowiedzieć jedno dobre słowo na temat było nie było osoby zmarłej, pozwolę sobie zwrócić się z pewnym szczegolnym adresem do jednych i do drugich.
     Najpierw niech może nastawią ucha wszyscy ci, co biskupa Pieronka nienawidzą za to, że nie był Polakiem, a których bardzo wymownie zareprezentował pewien użytkownik Twittera, podpisujący się imieniem Alonzo Mourning:
     Zmarł bp Pieronek. O zmarłych dobrze albo wcale? Ok. Zmarł bp Pieronek. Dobrze”.
     Oto zatem seria wyypowiedzi Biskupa, które jednak spowodują, że z tej strony pojawi się choć jedno dobre słowo:
     Akty homoseksualne są amoralne i przeciwko naturze, dlatego wykluczają z Królestwa Niebieskiego”.
     Orientacja to może być na Wschód albo na Zachód. Tymczasem normalnym się jest, albo nie”.
    Feministyczny beton, na który kwas solny nie pomoże”.
     Aborcja to zabójstwo i nie można tego inaczej nazwać”.
     Ale oni, Żydzi, mają dobrą prasę, ponieważ dysponują potężnymi środkami finansowymi, ogromną władzą i bezwarunkowym poparciem Stanów Zjednoczonych i to sprzyja swego rodzaju arogancji, którą uważam za nie do zniesienia”.
     Nie róbcie z Kościoła siedliska pedofilii! Ataki przypominają minioną epokę komunizmu. Brak mi tylko jeszcze pokazowych procesów".
     Dziecko genderowców nie rodzi się, ale jest przedmiotem produkcji. Polski rząd powinien sprzeciwiać się gender, a nie dawać opętać się tej chorej i niebezpiecznej ideologii”.
     Cierpienie jest twórcze, trzeba je wykorzystywać do tego, aby pogłębić człowieczeństwo”.
     Kampania na rzecz związków partnerskich zmierza do tego, by każde wydarzenie, każde ludzkie postępowanie, nawet sprzeczne z powszechnym odczuciem moralności, usankcjonować i chronić. Czy fakty dokonane mogą być wyznacznikiem reguł moralnych? Nie!"
     Pierwowzorem in vitro jest Frankenstein”.

      A teraz seria wypowiedzi bp Pieronka skierowanych pod adresem tej bardziej „europejskiej” części społeczeństwa, której głos, jak sądzę znakomicie reprezentuje internautka Maria Miklasewicz: „Jego poglądy i wypowiedzi były świadectwem zacofania. Zwykly klecha. Żadna osobowość”.
    Słowa Kaczyńskiego to wypowiedź człowieka, który uważa się za naczelnika państwa, a który zachowuje się jak człowiek po narkotykach. Inaczej tego nie potrafię wytłumaczyć”.
    Ci, którzy powinni strzec Konstytucji, łamią ją raz po raz i zmieniają tak, by zatwierdzić wszystkie swoje łajdactwa. Każde złamanie konstytucji, zwłaszcza przez jej stróży, jest łajdactwem. To jest jakaś operacja na narodzie, tłuczenie mądrości, która tkwi w narodzie, sprowadzania jej do takich stwierdzeń, że wszystko można zrobić, bo mają mandat społeczeństwa”.
     Wygłaszanie na miesięcznicach buńczucznych przemówień, które tchną nienawiścią, to nie akt religijny tylko czysta polityka”.
      Przesłanie człowieka, który podpalił się w przed Pałacem Kultury jest jest bardzo logiczne i bardzo mocne.  Trudno podważyć jakiekolwiek słowo w tym tekście. Jest to moim zdaniem desperacki akt odwagi tego, kto oddaje życie za tego typu sprawy. On jest dla mnie bohaterem, człowiekiem, który upomina się w imieniu całego narodu”.
      Dotarliśmy do końca. PiS to dyktatura”.
      Nie jeżdżę na konferencje episkopatu, bo mi szkoda czasu. Ja tego episkopatu w dużym stopniu nie znam, bo to młodzi ludzie. Nie mają doświadczenia wojny czy komunizmu. Moim zdaniem, brak takiego doświadczenia  odbija się w tym, że przyjmują postawę wygodnictwa. Uważają, że przecież OnI za nas walczą. Dziękuję, nie chcę żeby moje zasady wywalczane były przez rząd”.
      Myślę, że tyle nam wystarczy, przynajmniej po to, byśmy mogli uznać, że tego Pieronka, co by o nim nie mówić, w sumie jednak to był spoko gość. A skoro tak, to już tylko pozostaje nam  jeden cytat ze śp. Tadeusza Pieronka, który nas wszystkich zjednoczy raz na zawsze. No bo kto powie, że on nie powiedział szczerej prawdy?
      Jeżeli widzę, że ludzi się dzieli na elity i na lud, to pachnie autorytaryzmem, rasizmem. To jest dzielenie ludzi na lepszych i gorszych”. 
      Słyszycie, psy, co mówił o was ten wspaniały człowiek?



piątek, 28 grudnia 2018

Jak żyć na trzeźwo w czarno-czarnej ektoplazmie?


       Tego co nasza europejska inteligencja nazwała „Jankowski Gate” nie komentowałem, bo raz, że byłem zajęty czymś zupełnie inym, a poza tym, pomijając głosy ludzi do których mam jeszcze mniejsze zaufanie niż do chandlerowskiej tarantuli na porcji biszkopta, na temat tego co zmarły przed laty ksiądz Henryk Jankowski wyprawiał poza godzinami pracy nie wiem zgoła nic. Wiem, owszem, że nie stronił on od blasku świateł oraz związanego z nim naturalnego przepychu, wiem też, że on ten blask cenił sobie nie mniej niż setki powszechnie znanych i szanowanych osób, poczynając od Jerzego Urbana, przez Jerzego Owsiaka, a kończąc na Ryszardzie Kaliszu, Lechu Wałęsie, czy Kubie Wojewódzkim, poza tym, jak mówię, nie mam tu jakichkolwiek kompetencji. Tym bardziej zresztą czuje się niekompetentny, kiedy słyszę, jak to dziś wielcy działacze Solidarności lat 80, z Bogdanem Borusewiczem na czele, zaświadczają własnym słowem i honorem, że oni od początku wiedzieli, że Jankowski to gwałciciel i pedofil, a jako dowod na swoją prawdomówność przytaczają argument, że oni tam byli i widzieli.
        Nie zajmowałem się zatem osobą oraz sprawą księdza Jankowskiego, co nie znaczy, że mnie w ogóle sprawy naszego Kościoła i jego pasterzy nie ruszają. Jest wręcz przeciwnie. Oto w ostatnich dniach odeszli od nas dwaj biskupi, katowicki biskup pomocniczy Gerard Bernacki, oraz - ledwie wczoraj - słynny biskup Pieronek, a ja w tej sprawie, jak najbardziej mam ochotę mówić.
        Proszę sobie wyobrazić, że z biskupem Bernackim miałem okazję spotkać się osobiście raz w życiu jeszcze zanim otrzymał swoje stanowisko. Były lata 80-te, moi rodzice już od kilku lat nie żyli, a ja większość czasu spędzałem z moją dziś żoną, a wówczas ledwie ukochaną, siedzieliśmy sobie u mnie czekając na odwiedziny kolędowe i niespodziewanie pojawił się u nas nie kto inny jak ksiądz Bernacki. Pamiętam, że był bardzo grzeczny, wręcz ujmujący, księżowski jak z obrazka, no a ja mu powiedziałem, żeby on sobie nie myślał, że my tu żyjemy na kocią łapę, po prostu moja dziewczyna postanowiła razem ze mną przyjąć kolędę i tyle. Ksiądz Bernacki bardzo się na to oburzył i powiedział, że jemu by coś takiego nawet przez głowę nie przeszło, bo on zawsze zakłada, że ludzie są porządni i takie tam. Bardzo miły był dla nas ksiądz Bernacki. Pamiętamy tamtą kolędę do dziś.
        Minęło parę lat, ksiądz został przez Jana Pawła II ustanowiony biskupem pomocniczym przy arcybiskupie Zimoniu, no i był sobie tym naszym biskupem aż do roku 2012, kiedy to choroba alkoholowa ostatecznie go pokonała, i to, jak się zdaje, z tak wielkim hukiem, że papież Benedykt XVI nie miał innego wyjścia jak przyjąć jego rezygnację z duszpasterskich obowiązków i nakazać opuszczenie diecezji. Biskup Bernacki wyjechał więc do Zakopanego, gdzie zamieszkał w miejscowym klasztorze ojców Bonifratrów, by po latach wrócić do rodzinnego Prudnika, i tam ostatecznie dokończyć żywota.
        A wiec to tyle gdy chodzi o pierwszego z dwóch zmarłych biskupów. Mimo że biskup Pieronek był nie dość, że o wiele bardziej znany od biskupa Bernackiego, by nie powiedzieć, że jego sława jako przedstawiciela Kościoła dorównywała sławie największych polskich duszpasterzy, na temat jego życia osobistego wiem równie niewiele, jak na temat księdza prałata Jankowskiego. A więc nie mam pojecia, czy biskup Pieronek chlał, puszczał się, współpracował z bezpieką, gwałcił niewinne dzieci i pobożne panny, kradł i uwielbiał drogie gadżety. Dwie natomiast rzeczy wiem z całą pewnością. Otóż biskup Pieronek, gdy chodzi o naukę Kościoła, zachowywał pozycję jednoznacznie wierną, by nie powiedzieć konserwatywną, natomiast w kwestii życia publicznego, z jednej strony głosił poglądy bardzo antykomunistyczne, a z drugiej całym sercem, całą dusza i całym rozumem nienawidził PiS-u. Gdybym miał streścić jego poglądy polityczne, najchętniej sprowadziłbym je do dwóch wypowiedzi: pierwsza z nich to ta, że lewicowe feministki należy spalić kwasem siarkowym, a druga że czasy wobec których stoi dziś Polska to dyktatura bezprawia i niesprawiedliwości.
      Zmarł więc biskup Tadeusz Pieronek i żałobę jaka ogarnęła cały nowoczesny świat można porównać tylko do tej, jaką obserwaliśmy w przypadku odejścia tak wybitnych autorytetów, jak Wisława Szmborska, Władysław Bartoszewski, czy Kazimierz Kutz. Biorąc pod uwagę fakt, że Biskup nie miał jakichś nadzwyczajnych zasług dla Kościoła i jego popularność związana była wyłącznie z tym, że lubił się udzielać medialnie, zastanawiam, skąd ta atmosfera utraty? Czy bardziej poszło o ten kwas siarkowy, czy może o owo bezprawie i niesprawiedliwość. Kiedy tak sobie na ten temat dumałem, odpowiedzi na tę zagadkę udzielił nam sam ksiądz profesor Alfred Wierzbicki - gdyby ktoś nie pamiętał, to ten sam, który swego czasu publicznie powiedział, że popierając PiS, Kościół „zrobił z siebie głupka”, za co został równie publicznie upomniany przez swojego biskupa. Oto ów komentarz: „Były sytuacje, w których biskup Pieronek potrafił zmieniać swoje poglądy, wymieniając jako przykład jego wcześniejsze wypowiedzi dotyczące feministek. Był człowiekiem refleksyjnym, a człowiek, który myśli, nie widzi rzeczywistości czarno-białej i się waha”.
       Już w momencie gdy piszę ten tekst, słucham wypowiedzi wiecznie niezastąpionego ministra Jarosława Gowina, który najpierw opowiada o swojej wielkiej przyjaźni z biskupem Pieronkiem, jak oni się niemal co dziennie spierali o to, czy rząd Prawa i Sprawiedliwości to dpobro, czy zło, a następnie, by nam pokazać, jakim to fantastycznym czlowiekiem był śp. Tadeusz Pieronek, opowiada sensacyjną wręcz anegdotę, o tym, jak to biskup Pieronek swego czasu faktycznie i stale spotykał się z oficerem Służby Bezpieczeństwa, prowadząc z nim wyczerpujące rozmowy, jednak po każdym z takich spotkań, udawał się do Kurii, gdzie równie szczerze z wszystkiego zdawał sprawozdanie Arcybiskupowi. Taki był. Taki właśnie był ów niezłomny ksiądz.
       Biedny biskup Pieronek, biedny minister Gowin. Ciężko naprawdę poruszać się w tej strasznej, czarno-czarnej mazi. Może faktycznie powinni obaj w pewnym momencie pójść śladami biskupa Bernackiego i zacząć zwyczajnie chlać.






czwartek, 27 grudnia 2018

Simple Twist of Fate


      Tak jak sobie to zresztą wcześniej wyobrażałem, moje dzieci sprawiły mi pod choinkę najnowszy winyl Boba Dylana zatytułowany „More Blood, More Tracks”. Zanim jednak przejdę do spraw naprawdę fascynujących, opowiem historię tych nagrań. Otóż w roku 1975 Bob Dylan wydał być może najważniejszą płytę w całej swojej karierze, zatytułowaną „Blood On The Tracks”, a wraz z tą płytą, właściwie jednocześnie, na rynku pojawił się bootleg zatytułowany „Blood On The Tapes - New York Acetates”, który przez wielu uznany został za „prawdziwe Blood On The Tracks”. W czym rzecz? Otóż nagrał Dylan swój album w Nowym Jorku, jednak w momencie gdy nagranie było już gotowe, za radą swojego brata, postanowił większość piosenek nagrać ponownie w zaprzyjaźnionym studio w Minnessocie, a nad ostatecznym kształtem tych nagrań czuwał ów drugi Dylan, oraz jego koledzy lokalni muzycy. Płyta się ukazała, została w jednej chwili uznana za dzieło najwyższej jakości, być może najlepsze w dotychczasowej karierze artysty, a tymczasem na czarnym rynku krążyły w najlepsze oryginalne taśmy.
      Od tego czasu świat posunął się dramatycznie do przodu, tamten bootleg zniknął z powierzchni ziemi, a i w ogóle płyty winylowe zostały zastąpione przez płyty kompaktowe, po pewnym czasie kompaktowe zostały wyparte przez wracające w chwale winyle, a sam Dylan zestarzał się i, jak się wydaje, już nigdy nie osiągnął poziomu geniuszu, jaki udało mu się zamieścić na tych parunastu zapisanych ścieżkach. Ale pojawił się też Internet, no i wraz z nim dzieło zostało dokończone. Oto dziś już ponad 10 temu znalazłem w Sieci owe nagrania wydane jako „Blood On The Tapes”, zanim one stamtąd zostały usunięte, ściągnąłem je sobie w postaci plików mp3, no i naturalnie przerzuciłem wszystko na płytkę CD. Po jakimś czasie postanowiłem, że skoro to jest tak dobre, zrobię z tego porządny bootleg, z okładką i całą odpowiednią oprawą i wystawię na ebayu. No i się zaczęło.
       Oczywiście bałem się, że ebay, czy bardziej może ludzie Dylana, zorientują się, co się dzieje, tę aukcję mi zwyczajnie usuną, jednak nic takiego się nie stało, a mój bootleg schodził jak ciepłe bułeczki. Tymczasem stało się coś, co wszystko to ustawiło w odpowiedniej perspektywie. Oto do Katowic przyjechali Jimmy Page i Robert Plant, ja jakimś cudem zdobyłem profesjonalny zapis ich koncertu w Spodku i, podobnie jak to miało wcześniej miejsce z Dylanem, pomyślałem, że zrobię z tego porządny bootleg i wystawię go na ebayu. Wystarczyło parę godzin, bym otrzymał od ebaya informację, że moja aukcja została usunięta i jeśli tylko spróbuję ją uruchomić ponownie, to mnie wyrzucą stamtąd na zbity pysk. W tej sytuacji grzecznie się podporządkowałem i pozostałem przy „Blood On The Tapes”.
       Nie wiem, ile tego sprzedałem, ale naprawdę bardzo dużo. Przez tę dziesięć lat do dziś po kilka egzemplarzy miesięcznie… Przepraszam, nie do końca do dziś. Oto właśnie okazało się, że Bob Dylan postanowił po latach wydać oryginalne wersje tamtych piosenek. Kiedy się o tym dowiedziałem, pomyślałem sobie, że to już w takim razie koniec tej przygody, i właśnie teraz, proszę sobie wyobrazić, dostałem pod choinkę od swoich dzieci ów winyl i, jak się okazuje, żadna z owych świeżo-wydanych ścieżek nie pokrywa się z tym, co znajduje się na moim bootlegu. Przygotowując swoją nową płytę - ciekawe swoją drogą, że pod wiele mówiącym nadtytułem „Bootleg Series” - Dylan bardzo mocno zadbał, by wersje tam się znajdujące były inne od tych, których można słuchać na moim bootlegu. Z tego co wiadomo powszechnie, w trakcie sesji nagraniowych Dylan bardzo niechętnie podchodził do powtarzania kolejnych ścieżek. Bywało tak, że jeśli któraś z piosenek wymagała ponownego podejścia, on wolał o niej zapomnieć, niż po raz drugi się z nią męczyć. A więc, siłą rzeczy tych wersji aż tak wiele nie było. I tu, jak się okazuje, na nowym oficjalnym bootlegu Dylana, każda ścieżka - z jednym wyjątkiem, choć i tu nie związanym z tym, co ja przed wielu laty znalazłem w Sieci - jest absolutnie oryginalna.
       Rozmawiałem jakiś czas temu z pewnym znajomym, którego uważam za eksperta, gdy chodzi o sprawy o których my tu dziś rozmawiamy i on mi powiedział, że on nie widzi takiej możliwości, by  Bob Dylan przez dziesięć lat nie zorientował się, że na ebayu jakiś Polak handluje jego nagraniami. A skoro się zorientował, to musiał tę moją produkcję potraktować, jako tzw. oficjalny bootleg i go zaakceptować.
       Siedzę więc sobie pisząc ten tekst, słucham tych nowych ścieżek oraz nowej krwi i z prawdziwą radością stwierdzam, że to jest jeszcze coś nowszego, i w żaden sposób gorszego, a potem zaglądam do poczty i znajduję informację, że właśnie ktoś z Finlandii kupił moje nowojorskie acetaty. Z radością i dumą.
Ewentualnie tu: k.osiejuk@gmail.com.

A tu, piosenka:






poniedziałek, 24 grudnia 2018

Ucieczka z kliniki w Krainie Grzybów



        Jak już wspominałem we wczorajszej notce, minione tygodnie, choć głównie spędzone na pisaniu drugiej części książki o języku angielskim, w najmniejszym stopniu nie wyłączyły mnie z tak zwanego życia, w związku z tym nie mogę powiedzieć, bym nie wiedział, jak się sprawy mają. A tu nie mogłem przegapić faktu, że oto własnie zmarł  słynny polski ginekolog Romulald Dębski, jak piszą ci co po nim płaczą, wybitny lekarz i humanista. No właśnie - humanista.
        Przeglądam internet w poszukiwaniu informacji na temat tego, co się stało i miedzy innymi znajduję tytuł „Zmarł prof. Romuald Dębski. Wybitnego lekarza znało wiele gwiazd. Teraz go żegnają. ‘Bardzo nam będzie Ciebie brakować’”, a tam zdjecie Profesora tulącego się do Agaty Młynarskiej i cytat: „Dziękuję Ci za to jak wspaniałym człowiekiem byłeś. Mądrym, kochanym lekarzem. Przyjacielem kobiet. Zapamiętam Twój upór w walce z ciemnotą, poczucie humoru, inteligencję, fachowość, luz, dystans, odwagę. Bardzo nam będzie Ciebie brakować. Żegnaj Profesorze...
        Oczywiście owa „ciemnota” musi robić wrażenie. W końcu nie ma to jak lekarz, uparcie walczący z ciemnotą. Ponieważ jednak nie mamy czasu, by się nad tym zatrzymywać, lećmy dalej. A daję słowo, że jest co czytać. Choćby informacje na temat prywatnej kliniki śp. Profesora, dziś już tak osamotnionej, jednak wciąż pod starym adresem http://www.debskiclinic.pl/. To robi wrazenie, prawda? Dębski Clinic. Prawie jak therollingstones.com.   
        No dobra, dajmy mu już spokój. Zmarł człowiek, w dodatku „mądry, kochany lekarz gwiazd”, więc cóż tu więcej gadać. Może zatem zrobię coś, co niektórym z nas się nie podoba, ja jednak jestem pewien, że nie ma lepszego sposobu, by to wydarzenie skomentować. Przypomnę mianowicie swój stary już bardzo tekst sprzed lat. Bardzo proszę.
       
       Miniony tydzień spędziłem u siebie na wsi, z czego dwa dni z kuzynem - a tak naprawdę drugim bratem - który jest dla mnie prawdziwym źródłem wiedzy i inspiracji, jeśli idzie o zagadki życia i niestety również śmierci. Kuzyn mój jest wybitnym polskim ginekologiem, a jednocześnie jednym z czołowych obrońców życia poczętego. Jego pozycja zarówno w tak zwanej branży, jak i w środowiskach antyaborcyjnych, jest szeroko uznana i szanowana, poczynając lokalnie od kontaktu z pacjentkami, a w skali kraju na bezdyskusyjnie eksperckim poziomie.
        Oczywiście, mając dla siebie zaledwie te dwa dni, staraliśmy się ograniczać do tak zwanego czerpania z życia, jednak oczywiście nie udało się uniknąć bieżących tematów, w tym w pewnym sensie sprawy kluczowej, a więc jednego zapłodnienia in vitro, jednej odmowy morderstwa i jednej ponurej zemsty. Odpowiedział mi mój kuzyn szereg niezwykle poruszających historii, z których jedną chciałbym tu powtórzyć.
        Otóż któregoś dnia zgłosiła się do niego kobieta, a on podczas rutynowego badania wykrył u dziecka ciężką, dziś wciąż niestety nieuleczalną, chorobę serca, poinformował ją, że dziecko, jeśli nawet urodzi się żywe, żyć będzie bardzo krótko i prawdopodobnie te miesiące będą dla niego, dla niej i dla całej rodziny bardzo ciężkie. Jednocześnie, tak jak to robił już w życiu wielokrotnie, bardzo mocno, używając całej swojej wiedzy i wrażliwości, przekonywał ją, by była dzielna i urodziła. Bez rezultatu. Kobieta najpierw się kłóciła, potem dostała cholery, w końcu się obraziła i wyszła trzaskając drzwiami.
         Następnym razem kuzyn mój spotkał tę kobietę po ponad dwóch latach. Przyszła do niego ponownie i opowiedziała mu swoją historię. Otóż kiedy od niego tamtego dnia wyszła, udała się prosto do Warszawy, do znanego nam dziś już wszystkim szpitala kierowanego przez słynnego doktora Romualda Dębskiego, by ten zabił jej dziecko. I proszę sobie wyobrazić, że tam, już na miejscu, po tym jak odbyła serię rozmów z pacjentkami, z aborcji zrezygnowała i postanowiła że jednak swoje dziecko urodzi. Cóż zatem takiego ona tam usłyszała? Co jej opowiedziały tamte kobiety? Jedną mianowicie rzecz: że oto w szpitalu dr Dębskiego panuje atmosfera, gdzie współczucie nie istnieje. Tam nie ma ani współczucia, ani litości, ani śladu miłości. Tam kobiety, które się zgłosiły by przerwać ciążę, traktowane są przez wszystkich, zaczynając na lekarzach, a kończąc na pielęgniarkach, jak towar. Tam króluje smutek i wieczna samotność. Nie wiem, co dokładnie one tej kobiecie opowiadały, ale ów obraz musiał być na tyle plastyczny, że ona wzięła nogi za pas i stamtąd zwyczajnie uciekła, a po kilku miesiącach urodziła dziewczynkę. Bardzo biedną i bardzo chorą.
        Opowiedziała owa kobieta mojemu kuzynowi, że ona już wcześniej miała troje synów, którzy pojawienie się siostry potraktowali z największą radością i poświęceniem. A więc przez kolejne miesiące wszyscy trzej ją bezgranicznie kochali, opiekowali się nią, ale co może nie najmniej ważne, jej z pełnym oddaniem służyli. Do tego stopnia, że kiedy już była odpowiednio duża, okazało się, że to ona jest w tej rodzinie szefem. Oczywiście, wciąż będąc dzieckiem bardzo chorym, kursowała stale między domem a szpitalem, niemniej była dzieckiem bardzo szczęśliwym i, jak już wspomniałem, sprawiała, że szczęśliwy był ten dom. Tak opowiadała tę historię mojemu kuzynowi owa kobieta.
         Któregoś dnia, kiedy dziewczynka miała mniej więcej półtora roku, serce jej ostatecznie nie wytrzymało i umarła. Umarła swojej mamie na rękach, przytulona do jej z kolei serca, otoczona miłością swojej rodziny, w tym owych trzech braci, którzy już wtedy świata poza nią nie widzieli. Jak relacjonuje matka, najstarszy syn do dziś mówi, że on by bardzo chciał, by jego siostra była pochowana w domowym ogródku, a nie na odległym cmentarzu.
         I przyszła owa kobieta do mojego kuzyna po dwóch latach, by mu podziękować za to, że w pewnym momencie on, jako jedyny, powiedział jej, że tu tak naprawdę chodzi być może tylko o to, by móc dziecku założyć czapeczkę na głowę i je ochrzcić. Podziękować mu za to, że tak bardzo zadbał o jej córeczkę wtedy, gdy nikt inny tego zrobić nie chciał, albo nie potrafił, i jakoś tam pewnie pomógł jej zachować to życie.
          Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jak głęboka i wzruszająca jest ta opowieść. Wiem, że tu właściwie niepotrzebne jest jakiekolwiek kolejne słowo. Nie mam wątpliwości, że w tak zwanej dyskusji nad prawną dopuszczalnością aborcji, najpierw obraz tych dzieci, owych trzech chłopców i ich siostry, a następnie ten kolejny, kiedy to dziecko umiera w objęciach swojej matki, musi stanowić argument ostateczny, ja jednak chciałbym dodać coś jeszcze, i tu niestety nie zaznamy już spokoju. Otóż mój kuzyn, człowiek, jak mówię, z pozycją w branży niepodważalną, zna ich obu osobiście: zarówno doktora Romualda Dębskiego, jak i naszego dziś bohatera – doktora Bogdana Chazana i mówi mi z uśmiechem, niemal na jednym oddechu, że Dębski to jest fantastyczny lekarz i kolega, człowiek niezwykle sympatyczny, uczynny, zawsze gotowy do tego, by służyć pomocą. Dębski to zdaniem mojego kuzyna świetny gość. W odróżnieniu od dr Chazana, którego on zna równie dobrze, i niestety czasem aż za dobrze.
         Ktoś się zapewne w tym momencie na mnie oburzy i zapyta, po ciężką cholerę ja to powiedziałem? Po co, kiedy wszystko było już takie proste (i tak piękne), ja to postanowiłem jednym głupim akapitem zepsuć? Otóż ja niczego nie zepsułem. Wszystko co dotychczas się zdarzyło, zdarzyło się naprawdę. Ja ani jednego fragmentu tej historii przez to nie unieważniłem. A że mamy wszyscy w tym momencie kłopot, to dla mnie nawet lepiej. Przynajmniej nie czuję się taki samotny.
         I oto wspomniany tekst. No a dziś stoimy wciąż w obliczy śmierci prawdziwego humanisty, człowieka - jak wszyscy humaniści, a ktoś złośliwy powiedziałby, że również jak wszyscy alkoholicy - nadzwyczaj miłego i serdecznego. A ja już się tylko pytam, czy słyszać ten wrzask?

Przed nami kolejna przerwa. Tym razem świąteczna. Niech Dobry Bóg, który zszedł do nas tu na Ziemię jako biedne, maleńkie dziecko, by nas wyrwać z rąk Złego, wspiera nas wszystkich w naszej drodze do Jego nieskończonego miłosierdzia.


niedziela, 23 grudnia 2018

Czy Redaktor Gmyz uczy redakcję Wiadomości niemieckiego?



      Jak wiemy, przez to, że większą część wolnego czasu musiałem przeznaczyć na pisanie książki, która spadła mi na głowę niemal równie niespodziewanie jak większości z nas, przez parę ostatnich tygodni ten blog raczej świecił pustkami. Nie oznacza to oczywiście, że przez ten czas w ogóle wyłączyłem się z życia i owe tygodnie to dla mnie, gdy chodzi o Polskę i świat to czas stracony. Z dumą na przykład przyznaję, że tak jak przez niemal dziesięć lat, dzień w dzień, potrafiłem wręcz oddychać tym co mi próbowała powiedzieć telewizja TVN24, i jak niektórzy z nas pamiętają, z owej niezwykłej terapii regularnie zdawałem tu sprawę, tak dziś staram się bardzo, by nie przegapić choćby jednego wydania Dziennika Telewizyjnego… przepraszam bardzo, Wiadomości TVP.
     Nie mogłem też zatem nie zauważyć, jak przez miniony tydzień, nasi spece od propagandy  z najwyższą satysfakcją i równie wielkim napięciem, informują o tym, jak to na zgniłym zachodzie, w ramach walki z chrześcijańską cywilizacją, niemiecka polityk, minister do spraw integracji w rządzie kanlerz Merkel, niejaka Anette Widmann-Mauz, złożyła Niemcom na Twitterze życzenia świąteczne, jednak w taki sposób, by jednym słowem nie wspomnieć o jakie święta chodzi. Zachowanie owej Widmann do tego stopnia wzburzyło redaktorów TVP, że oni zadali sobie trud by przeszukać jej polityczną historię i zobaczyć jak to ona wcześniej składała swiateczne życzenia zarówno żydom jak i muzułmanom i wówczas nie bała się wspominać o religijnym sensie tych świąt.
      Pisałem tę książkę, więc się szczególnie na owej informacji nie skupiłem, zakładając zresztą, że ona faktycznie mogła się zachować tak jak to opisują Wiadomości, bo w końcu… czemu nie? Dopiero wczoraj więc, kiedy już ubraliśmy choinkę i wysprzątalismy kolejny fragment mieszkania, zajrzeliśmy do telewizora, a tam - po raz 37 w ciągu ostatnich kilku dni TVP opowiedziała nam o świątecznych życzeniach Anette Widmann-Mauz. Języka niemieckiego nie znam, i to nie znam do tego stopnia, że wręcz demonstracyjnie odmawiam nauczenia się z niego czegoś ponad zwrot „Arbeit Macht Frei”, natomiast moja żona, osoba ambitna, uczona i pozbawiona jakichkolwiek uprzedzeń, wysłuchała owej wiadomości i aż podskoczyła z wrażenia. Proszę zatem popatrzeć na wspomniany twit:
       Fröhliche Weihnachten allen in Deutschland
       Ihr Anette Widman-Mauz
       Skąd reakcja mojej żony? Otóż proszę sobie wyobrazić, że ona, mimo że język niemiecki zna jedynie minimalnie lepiej ode mnie, jak się okazuje, wie znakomicie, że niemieckie Fröhliche Weihnachten, podobnie jak francuskie Joyeux Noël, angielskie Merry Christmas, czy włoskie Buon Natale, czy wreszcie polskie Wesołych Świąt - gdzie, co warto zauważyć, nie ma ani słowa o Jezusie i chrześcijaństwie - to jak najbardziej tradycyjna forma życzeń bożonarodzeniowych. Jak się jednak okazuje, mimo że to ten akurat fragment życzeń Widmann-Mauz TVP eksponuje najbardziej, nie o to chodzi. Otóż rzecz w tym, że ona do tych życzeń dołączyła zdjecie faktycznie szczególnej kartki światecznej, całej białej, bez jednego obrazka, tyle że z życzeniami szczęśliwego „Zeit” oraz „neue Jahr” dla niechrześcijan.
        Gdybym ja miał tę demonstrację oceniać, to bym uznał, że ta Mauz to zdecydowanie nasz człowiek i że sam bym nie potrafił wymyślić bardziej czytelnego i złośliwego, a jednocześnie dyskretnego sposobu dokuczenia ludziom, dla których Święta Bożego Narodzenia to zaledwie biała kartka papieru. No ale, jak się okazuje, nawet wśród kolegów polityków  pani minister pojawiły się kontrowersje i część z nich postanowiła zrugać ją za brak chrześcijańskiej wrażliwości.
        Ja jednak dołożyłem do tego swoje trzy grosze i dowiedziawszy się tego, czyego się dowiedziałem, pomyślałem, że może dobrze by było sprawdzić, co to Fröhliche Weihnachten tak naprawdę oznacza dokładnie. Proszę zatem uprzejmie: fröhliche tłumaczymy na język polski jako nasze „radosny”, nacht to „noc”, no a skoro noc, to oczywiście dobrze byłoby wiedzieć jaka to noc, no i w tym momencie pojawia się słowo weih, czyli, jak podaje google translate, nic, jeśli jednak zanużyć się w temat głębiej, to okaże się, że to jest ni mmiej ni więcej jak… przeistoczenie. A zatem, wyglada na to, że niemiecka polityk Anette Widmann-Mauz - niezależnie od tego, co z niej za ziółko poza tym wszystkim - nie zrobiła absolutnie nic co warte by było naszej uwagi, pomijając może to, że w tym kompletnie ogłupiałym świecie Zachodu, znalazła czas i chęci, by „wszystkim mieszkańcom Niemiec” złożyć życzenia z okazji narodzenia Pana i w dodatku uczynić to w takiej formie, w jakiej zapewne mógłby to zrobić sam papież Benedykt XVI. Oczywiście, dołączyła do tego również ową dziwną kartkę, tyle że ja sobie nie wyobrażam, żeby ona - skoro już jest tym ministrem do spraw integracji w niemieckim rządzie - tym wszystkim Żydom, Turkom, Arabom, Murzynom z Somalii czy Erytrei, a przede wszystkim całej tej bandzie Niemców, którzy chrześcijaństwa zwyczajnie nienawidzą, zademonstrowała swój brak zainteresowania, względnie życzyła im błogosławieństwa Dzieciątka Jezus.
       Jak mówię, języka niemieckiego nie znam i nawet jeśli coś tam z niego rozumiem, to - podobnie jak Francuzi z językiem angielskim - uważam za punkt swego honoru udawać, że o tym mowy być nie może. A zatem owo fröhliche Weihnachten pozostałoby dla mnie wyłącznie niemieckim bełkotem, gdyby nie moja żona i jej nauka. W tej sytuacji chciałbym jednak temat pociągnąć i zauważyć, że władze publicznej telewizji nie dość że bawią się brzydko, to w dodatku niebezpiecznie. Jeśli oni uważają, że w ten sposób będą mogli ciągnąć w nieskończoność, a przynajmniej do czasu aż premier Morawiecki uczyni z Polski kraj mlekiem i miodem płynący, to są w głębokim błędzie. Prędzej czy później bowiem ktoś tego nie wytrzyma, a po tym kimś pójdą następni i wszystko to nagle jasny szlag trafi.
      I proszę, niech oni mi nie tłumaczą, że zachowanie Mauz wzburzyło również samych Niemców, w tym nawet pewnej jej partyjnej koleżanki. Ja mam głeboko w nosie, do jakiego rodzaju konfliktów dochodzi w Niemczech w czasach kryzysu i walki o władzę. To jest ich problem i uważam za kompletny idiotyzm podłączanie się do czegoś co w ogóle nie jest naszym problemem, stając nagle po stronie Niemców, których regligijność - choćby oni nie wiadomo jak bardzo by się oburzali dziś na tę swoją minister - ja, jako polski faszysta, kwestionuję.
       Pozostaje jeszcze jedna kwestia. Otóż ja bym chciał wiedzieć, kto tam z nich stoi za tym niezwyłym newsem. Czy to możliwe, że oni wiedzą doskonale, że to w gruncie rzeczy jest najbardziej chamski fejk, tyle że w ich rozumieniu, interes Kraju w odpowiedzi na szczególne zachowania wroga wymaga stosowania szczególnych metod? Nie sądzę. Ja wiem, że z nimi nie jest za dobrze, jednak nie na tyle źle, by od tego mieli aż tak zgłupieć. Mam natomiast bardzo silne podejrzenie, że za tym przekrętem stoi nie kto inny jak niemiecki korespondent Wiadomości, Cezary Gmyz, a więc człowiek, który, jak znam życie, jako jedyny z nich włada tym szczególnym językiem. A tu mamy problem kolejny. Otóż on z całą pewnością wie, jak jest. A skoro tak, to najwyższy czas, by przestać go lekceważyć. Gmyz to nie jest zwykły idiota.


Gdy chodzi o książkę, jak już wiemy, ona jest skończona. Pozostaje wymyślić odpowiedni tytuł, no i okładkę, która zrobi równie duże wrażenie. Do końca roku jednak sprawę przekażę Coryllusowi i będziemy czekać. Mam nadzieje, że niezbyt długo.
Tymczasem, zachęcam do kupowania tego, co już jest. Naprawde warto. Kto zna adres ten zna, kto nie, ten nie musi się czuć adresatem tego apelu.


piątek, 21 grudnia 2018

Gdy anioł mówi nie wygłupiaj się i prawda zwycięża


Z prawdziwą radością i satysfakcją chciałbym poinformowac, że właśnie skończyłem pisać swoją nową książkę i jeśli ktoś myśli, że skoro zajęło mi to zaledwie 3 tygodnie, to znaczy, że wynik będzie mizerny, to jest w błędzie. Oczywiście to, że komuś ona się może nie spodobać, jest możliwe, ale osobiście powiem, że czegoś takiego sobie nie wyobrażam. Oczywiście jeszcze muszę to wszystko przejrzeć, tam gdzie trzeba, ulepszyć, poprawić, no i dodać fajne tytuły, których wciąż w większości jeszcze nie ma, i będę mógł powiedzieć, że przynajmniej wobec siebie pozostaję uczciwy.
Tymczasem przedstawiam swój najnowszy felieton dla „Warszawskiej Gazety”. 444 słowa jak zawsze i w ogole wszystko jak zawsze.   


       Jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że śląski artysta estradowy Józef Skrzek zdecydował się oddać order, jaki otrzymał za swoje zasługi dla polskiej kultury od prezydenta RP Andrzeja Dudy. Wiadomośc była o tyle wstrząsająca, że wielu z nas jakoś umknęła informacja pierwsza, że Skrzek jakikolwiek medal w ogóle dostał, no ale fakt był oczywisty, potwierdzony w dodatku przez samego Skrzeka w jego komentarzu na Twitterze:
     Dziękuję wszystkim za wyrozumiałość, przepraszam za rozczarowania. Oddaję medal…”.
     Wprawdzie dziś dla młodszego pokolenia Józef Skrzek, a tym bardziej jego oryginalny zespół SBB, jest czymś równie zamierzchłym i nie zaśmiecającym pamięci jak, nie przymierzając, Lech Wałęsa, przyjęcie przez Skrzeka medalu od Dudy, stanowiło  dla jego kolegów z branży i części starszych wielkiem fanów, taki wstrząs, że jak się dziś możemy domyślać, ten biedak został poddany takiej towarzyskiej presji, że zwyczajnie stracił równowagę.
       Wiemy też już dziś, że prawdopodobnie w tym momencie w Skrzeku zaczęli walczyć Anioł z Szatanem, gdzie Anioł mu szeptał: „Nie wygłupiaj się”, a Szatan warczał: „Nie rób wstydu” i wreszcie dobro wygrało i Artysta opublikował na tym samym Twitterze wyznanie kolejne:
      Oświadczam, że nigdy nie zamierzałem oddać medalu Stulecia Odzyskanej Niepodległości. Od samego początku zamierzałem przekazać to odznaczenie Szkole Podstawowej nr 13 w Siemianowicach Śląskich, patronem tej szkoły jest Józef Skrzek, mój stryj, harcerz i oficer Wojska Polskiego”.
      A ja już mam tylko dwie refleksje, obie bardzo radosne. Przede wszystkim uważam, że bardzo dobrze się stało, że Józef Skrzek się ostatecznie zreflektował i odnalazł w sobie siłę, by się sprzeciwić terrorowi bandy antypolskich wariatów, choćby dlatego, że byłoby mu bardzo niezręcznie musieć się nagle tłumaczyć, dlaczego dziś unosi się honorem wobec Prezydenta RP, podczas gdy wcześniej, przez całe lata robił muzyczną karierę na tekstach pisanych pod pseudonimem Julian Matej przez kapitana SB Romualda Skopowskiego.
      Gdyby ktoś nie wiedział, służę informacją. Skopkowski ukończył półroczne szkolenie operacyjne w Wyższej Szkole Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego przy Radzie Ministrów ZSRR im. F. Dzierżyńskiego, zaliczył m.in. wykłady z kontrwywiadowczej działalności organów bezpieczeństwa w ZSRR, wywiadów państw kapitalistycznych oraz ich wrogiej działalności przeciw państwom socjalistycznym, jak również zyskał też podstawy tak zwanej psychologii operacyjnej.
      W czasie gdy zespół SBB robi europejską karierę, wykonując teksty Skopkowskiego, ten, jak czytamy w informacji IPN, „w 1973 r., po powrocie z Moskwy, zostaje na cztery lata naczelnikiem Wydziału "C", czyli archiwum SB w Katowicach. SB prowadziła wtedy sprawę o kryptonimie Wydawnictwo, monitorując wydawnictwo "Śląsk". Potem pokonuje kolejny szczebel kariery - w 1977 r. zostaje szefem Wydziału III A katowickiej bezpieki”.
       Więc to zwycięstwo to pierwsza dobra wiadomość. Druga jest taka, że skoro Skrzek odnalazł w sobię tę moc, to znaczy, że oni ją powoli tracą. I niech nas ta wiadomość radośnie prowadzi ku Świętom.


    

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Dla Górników z Wujka




Z czasów, kiedy jeszcze publikowałem swoje teksty w Salonie24, wspominam blogera, który regularnie, w każdą rocznicę wybuchu II Wojny Światowej, zamieszczał tam swój jeden i wciąż ten sam tekst, a ja pamiętam, że za każdym razem gdy go czytałem, byłem pod jego wielkim wrażeniem. On naturalnie publikował też inne teksty, żaden z nich jednak nie był nawet w drobnej swojej części tak poruszający, jak ten, który dziś wciąż tak bardzo mam w głowie.
Nie wiem, czemu on to robił. Czy to dlatego, że temat go tak ujął, czy może miał świadomość, że nigdy wcześniej, ale też już nigdy później czegoś tak dobrego nie napisze, jak mówię, nie wiem, ja jednak mam dziś odpowiedni bardzo nastrój, by zrobić coś podobnego, a więc przypomnieć swoją notkę sprzed lat, napisaną dla uczczenia pamięci Górników z Wujka. Mam mocne poczucie, że ten akurat rok, kiedy władze Warszawy postanowiły usunąć tablicę upamiętniającą owych dziewięciu męczenników, jest w sam raz, by tamten tekst odtworzyć ponownie.

      Kiedy się myśli o Kopalni „Wujek”, można sobie wyobrażać, że to jest miejsce robiące wrażenie już na pierwszy rzut oka, tymczasem prawda jest taka, że tam naprawdę nie ma nic ciekawego. Są te dwa kominy, podwójny krzyż, pomnik z dziewięcioma krzyżami, jest ten mur, na nim pamiątkowe tablice, dalej główny budynek kopalni z napisem „Kopalnia Wujek”, a przed murem te dziwne pudełkowate domy, w których wciąż jeszcze mieszkają ludzie, pamiętający tamten grudzień sprzed 30 lat. To jest naprawdę mało ciekawe miejsce. A zatem, kiedy się tam idzie po raz drugi i trzeci, to właściwie nie ma na co patrzeć i czym się wzruszać, w związku z czym tam się głównie przychodzi i odchodzi. Jak ktoś ma ochotę, robi jeszcze zdjęcie. Ale można też sobie usiąść na pobliskim murku i pogapić się w ten mur i ten napis: „Kopalnia Wujek”. No a potem, jeśli się ma czas i człowiek nigdzie się nie spieszy, można też zajść do pobliskiego muzeum i od razu zobaczyć, że tam jest tak samo mniej więcej skromnie, jak na zewnątrz i tak samo jak na zewnątrz nie ma co liczyć na to, że się usłyszy choćby pojedynczy krzyk. Znajdziemy tam klasyczną izbę pamięci z kilkoma zdjęciami, makietą terenu kopalni z dnia szturmu, jednym przestrzelonym kaskiem, figurą zomowca w pełnym rynsztunku i tą salą projekcyjną, gdzie się wyświetla dokument o tym, jak to swego czasu polskie państwo zabiło dziewięciu górników.
      Ale można tam też przy odrobinie szczęścia spotkać człowieka nazwiskiem Stanisław Płatek, który może nam opowiedzieć o tamtym dniu dokładnie tak jak go zapamiętał, a zapamiętał bardzo dobrze. Otóż kiedy na „Wujku” wybuchł strajk, on miał trzydzieści lat, żonę i syna i w krytycznym momencie, kiedy się pochylał nad rannym kolegą, został trafiony w ramię zomowską kulą i to pewnie uratowało mu życie, bo gdyby nie zwrócił uwagi na kolegę, ale zajmował się sobą, dostałby z boku w okolice brzucha i dziś nie opowiadałby nam o 16 grudnia 1981 roku.  
       A tak opowiada nam Stanisław Płatek, że w sumie w tamtych starciach brało udział 3 tysiące górników, że z tych dziewięciu, pięciu dostało w głowę, a dwóch w serce, i że jak go wieźli karetką pogotowia, to milicja karetkę zatrzymała, wyciągnęli go stamtąd i on pamięta, jak przed nim stanął wysoki bardzo milicjant i chciał mu wlać, ale między milicjanta a niego wszedł wojskowy lekarz i go przed tym ciosem zasłonił.
      A my sobie nagle uświadomimy, że te 3 tys. ludzi, to nie byle co. To musiała być walka, jakiej współczesny świat nie widział. 3 tys. ludzi – takiego starcia nie było nawet w Powstaniu Warszawskim. Proszę pamiętajmy o tym, kiedy będziemy wspominać tamten dzień, bo to jest coś. To jest naprawdę coś.



Książka się pisze. Powinna być na nowy rok gotowa. Dziękuję za wsparcie.


piątek, 14 grudnia 2018

Zmiana warty, czyli bitwa rozdzieranych koszul

Żeby nie przedłużać przerwy, która została wymuszona przez pracę nad nową książką, dziś już przedstawiam swój najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. I może jeszcze bardzo pouczająca anegdota. Otóż wysłałem ten tekst Piotrowi Bachurskiemu, a on mi odpisał w następujący między innymi sposób:
Jesteśmy niezależną gazetą więc mamy prawo do własnej oceny. W Gazecie Polskiej taki tekst nie mógłby się ukazać”.
Bardzo zachęcam.
         

      Myślę, że większość z nas ma świadomość pozycji, jaką w Prawie i Sprawiedliwości zajmuje Jarosław Kaczyński. I nie chodzi mi bynajmniej o to, że jest on prezesem partii, czy nawet tak zwanym kingmakerem, bo to jest nomen omen oczywista oczywistość. Kiedy mówię o pozycji, mam na myśli to, że tam przede wszystkim każdy chyba zdaje sobie sprawę z tego, że gdy jego zabraknie, partia w jednej chwili przestanie istnieć. I stanie się tak nawet wtedy, jeśli on odpowiednio wcześniej wyznaczy swojego następcę. Myślę też, że ci z nas, którzy interesują się krajową polityką na tyle by wiedzieć, jak ona jest zbudowana i jak funkcjonuje, nie raz mieli okazję zadumać się i nad tym, jak bardzo w gruncie rzeczy Prawo i Sprawiedliwość jest kolosem na dwóch nogach, które nawet jeśli nigdy nie były gliniane, to przez ten nieprawdopodobny wysiłek któregoś dnia mogą dłużej już nie dać rady utrzymać tego, co je tak strasznie wyczerpuje. Bo prawda jest taka, że to wszystko może runąć jeszcze zanim Prezes ogłosi swoje odejście.
      Skąd te ponure refleksje? Otóż oglądałem parę dni temu tę część posiedzenia Parlamentarnego Klubu Prawa i Sprawiedliwości, gdzie Jarosław Kaczyński zwrócił się ze słowem również do nas przed telewizorami. I wcale nie chcę tu komentować tego, co było treścią jego wystąpienia, choć mam wrażenie, że ono zawierało również aluzję do tego, o czym napisałem wcześniej; że z tych słów przebijała dość wyraźnie troska o to, co będzie dalej. Ale, jak mówię, nie to moim zdaniem zasługuje na naszą największą uwagę. To bowiem, co rzuciło mi sięw oczy to organizacja sceny oraz publiczności, oraz zachowanie tych wyróżnionych krzesłem w pierwszym rzędzie.
       Oto mamy tak zwany stół prezydialny z marszałkami Sejmu  i Senatu, mównicę z Prezesem, a przed sceną rząd wspomnianych krzeseł, gdzie siedzą sami wybrani, a więc Premier, ministrowie i najważniejsi posłowie… i każdy ich gest, każde spojrzenie wskazuje na to, że oni są z jednej strony przerażeni myślą, że kolejny dzień może sprawić, że ten układ się nagle zmieni, a z drugiej, każdy z nich wręcz staje na głowie, by się broń Boże się nie zagapić i nie spóźnić z brawami dla kolejnej myśli Prezesa.
       Ja rozumiem, że mamy spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z wyborcami gdzieś w terenie i ludzie, którzy tam przyszli co chwilę biją brawo, a niekiedy nawet wznoszą pełne entuzjazmu okrzyki. Sytuacja kiedy robi to premier rządu i jego ministrowie, to nie są już proste emocje, ale czyste lizusostwo. Sytuacja, kiedy Minister Spraw Wewnętrznych gwałtownie odkłada na kolano telefon, by wznieść jak należy dłonie do oklasków, budzi wyłącznie zażenowanie i każe się zastanawiać nad tym, co oni, przepraszam, ale szykują.
      Tym bardziej czarno widzę moment, kiedy on odejdzie. Już słyszę ten dźwięk rozdzieranych koszul.

Moje książki są do kupienia w księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, w sklepie Foto-Mag tuż przy stacji metra Stokłosy w Warszawie, no i ewentualnie tu: k.osiejuk@gmail.com. Naprawdę warto.

środa, 12 grudnia 2018

Siedem krótkich kawałków w paskudnym mokrym śniegu


Dziś może przedstawię kolejną część swoich krótkich kawałków z cyklu „Wezwani do tablicy”, które publikuję raz na dwa tygodnie w piśmie Piotra bachurskiego „Polska Niepodległa”. Bardzo polecam.



Kto chce wierzyć, niech wierzy, kto nie, niech spędza dzień w spokoju, faktem jest jednak to, że do jakże licznej już grupy komentujących politykę celebrytów dołączyła siostra Irena, skądinąd znana jako Krzysztof Materna, konferansjer i komik. Pojawił się zatem na scenie Krzysztof Materna i natychmiast ogłosił co następuje:
Wie pan, wszedłem już w tryb asertywności w stosunku do tego, co się dzieje, bo denerwowanie się i antagonizowanie nic mi nie daje. W związku z tym ani się swoich poglądów nie wstydzę i wyrażam je tam, gdzie mogę, ani nie robię tego w sposób nienawistny. Bardziej z pewnego dystansu. Nie jestem bojownikiem, nie uważam się za eksperta gospodarczego ani za kogoś, kto ma we wszystkim rację. Oczywiście mam wiele pretensji do tych, którzy rządzą naszym krajem.
O kłamstwo, obłudę, cynizm, arogancję, chęć zemsty. O wszystko to, co jest takie straszliwie prymitywne, mimo że wiem, iż polityka polega także na oszustwie. Najbardziej się jednak dziwię, że tylu ludzi w Polsce jest tak naiwnych, iż dają sobą manipulować”.
Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że kogoś, kto zaczyna swoją wypowiedź od zapewnienia, że w nim nie ma za grosz nienawiści, należy traktować ze zdwojoną ostrożnością, niemniej ta eksplozja wściekłości robi nawet na mnie wrażenie. Pomyślmy bowiem, jaki to jest niezwykły zestaw: z jednej strony nie znający nienawiści Materna, z drugiej ludzie kłamliwi, obłudni, cyniczni, aroganccy i kipiący pragnieniem zemsty, a z boku my - banda naiwnych durniów, pozwalających sobą manipulować.

***

Jak się jednak okazuje, Krzysztof Materna ma wszelkie powody, by się denerwować. Jak nam wyjaśnia w tym samym wywiadzie, jego ból wynika z tego, że mu autentycznie pęka serce ze zmartwienia, jak jego dzieci, które „wchodzą obecnie w dorosłe życie będą się miały w tej Polsce która jest taka, jaka jest”.
No, doprawdy chciałbym bardzo, lecz nie wiem, jak mogę pocieszyć naszą gwiazdę. Znalazłem jednak ostatnio zupełnie niezależnie dwie informacje, które być może przyniosą jakąś pociechę. Oto okazuje się, że w 2016 roku do Krzysztofa Materny zgłosił się dziennikarz, 49-letni Jacek Bazan i oświadczył, że jest nieślubnym synem Materny. Materna senior zrobił odpowiednie badania i okazało się, że Bazan faktycznie jest jego dzieckiem, co tatuś przyjął z radością, bo zawsze jest dobrze dowiedzieć się, że ma się syna. Mało tego, jak podają media, również córka Materny wystąpiła publicznie i to w sukni, która odsłaniała jej pępek i - pardon me french - cycki, i to jej przyniosło ogólnopolską sławę, co również powinno cieszyć dumnego tatę, bo cóż jest piękniejszego niż to, że dzieciom się powodzi?
W tej sytuacji jednak mam radę dla konferansjera Materny. Niech on się aż tak bardzo nie martwi. Dzieci z pewnością sobie dadzą radę. Nawet wśród ludzi kłamliwych, obłudnych, cynicznych i aroganckich.

***

Ja wiem, że to wygląda trochę głupio, kiedy inspiracją dla dzisiejszego odcinka „Wezwanych do tablicy” staje się nagle ktoś na miarę Krzysztofa Materny, zapewniam jednak, że już kończę. Rzecz w tym jednak, że we wspomnianym wywiadzie, Materna, próbując nam pokazać, jaki jest młody, otwarty, pełen pozytywnych wibracji, mówi tak:
Wie pan, czasem czuję się, jakbym miał lat 40, a kiedy indziej nawet 30. Mam absolutnie młody stosunek do świata. Jestem tego świata ciekawy i staram się go rozumieć. Lubię młodą twórczość. Słucham Dawida Podsiadły, Organka, Taco Hemingwaya. Współpracuję z Jimkiem, utalentowanym kompozytorem i dyrygentem młodego pokolenia, świetnie się z nim rozumiem, lubię posłuchać kunsztu śpiewającego Mariana Opanii. Chodzę i do teatru Krystyny Jandy, i jestem zafascynowany teatrem Warlikowskiego”.
Przepraszam bardzo, ale w momencie gdy na tej liście pojawił się teatr Krystyny Jandy, to mi już zabrakło argumentów. W sumie jednak ciekawe, że Krzysztof Materna nie wspomniał przy okazji o sztuce aktorskiej Anny Nehrebeckiej.

***

A propos aktorów, jak wiele wskazuje, „Gazeta Wyborcza” już wkrótce ogłosi kolejną żałobą narodową - a z pewnością nie ostatnią w tych latach - bo, jak się dowiadujemy, w bardzo cięzkim stanie przebywa w szpitalu dziś już niemal 90-letni Kazimierz Kutz, mistrz hejtu, który tak zgrabnie ukształtował naszą dzisiejszą rzeczywistość,  i różnego rodzaju fan cluby wbitnego reżysera i polityka wzywają do wsparcia wybitnego syna Ziemi Śląskiej w trudnych chwilach. W jaki sposób to mamy robić pozostaje zagadką, natomiast ja tu dziś się zastanawiam, jak sobie poradzi w tej nowej sytuacji redakcja regionalnego wydania „Gazety Wyborczej”. Z tego co miałem okazję zaobserwać, dotychczasową sprzedaż na Śląsku nakręcał im cotygodniowy felieton mistrza Kutza, no a kiedy jego zabraknie, to kto tam się pojawi? Krzysztof Materna, czy Anna Nehrebecka?

***
A może nie trzeba nam mierzyć tak nisko i wypadałoby postawić na samego Romana Giertycha. Może to on, kiedy już opadnie kurz, zostanie felietonistą katowickiego wydania „Gazety Wyborczej”? Skąd taka myśl? Otóż powrócił ów dzielny mąż na czołówki medialnych doniesień w związku z próbą dealu między bankierem Czarneckim, a państwowym urzędnikiem Chrzanowskim i w ramach zwykłej propagandowej napieprzanki między stronami, ni stąd ni z owąd okazało się, że zawodowy sukces Giertycha opiera się wyłącznie na tym, że on jak nikt inny potrafi każdą przegraną sprawę wpędzić w taki bałagan, że ci biedni sędziowie nie są w stanie nawet wydać z siebie jęku. Cóż za tem ów biedaczek będzie miał do powiedzenia, kiedy już polskie sądy zaczną działać? To już tu naprawdę pozostaje felieton dla lokalnego dodatku do „Wyborczej”.

***

Proszę sobie wyobrazić, że gdy myśmy się tu zastanawiali, kogo obsadzić w roli pierwszego felietonisty „Gazety Wyborczej”, gdy natura zgłosiła się po swoje i nie wiadomo było, czy trafi na Annę Nehrebecką, czy Romana Giertycha, dotarła do nas wiadomość, że prezes Kurski uznał wreszcie, że Wojciech Cejrowski jako pierwsza twarz TVP to obciach i wstyd i Cerjrowskiego wystawił za drzwi. Media donoszą, że poszło o dwie wypowiedzi Cejrowskiego na temat prezesa Kaczyńskiego. W przypadku pierwszej pan Wojtek stanął w obronie dzieci poczętych, a Jarosława Kaczyńskiego ustawił na pozycji współczesnego Heroda, natomiast w drugim wypadku zaprotestował przeciwko sposobowi, w jaki wspomniany Jarosław traktuje kobiety i zaproponował by ktoś w związku z tym nakładł mu po pysku.
Otóż myśmy tu mieli na Cerjrowskiego oko już od pewnego czasu, więc te dwa ostatnie wybryki nie powinny nas jakoś szczególnie zaskakiwać, jednak przyznaję, że to co widzimy to jest naprawdę coś, a w tej sytuacji wypada nam tylko prezesowi Kurskiemu pogratulować szybkosci reakcji. Co do samego Cejrowskiego, życząc oczywiście bardzo długiego życia Kazimierzowi Kutzowi, proponuję, jak już się pewnie większość czytelników domyśla, by ten jak najszybciej aplikował do Agory w sprawie tej roboty. Dopóki żyje Soros.

***

No i proszę, kiedy wydawało się, że już powiedziane został wszystko, pojawił się ów Soros. A z nim tekst z „Gazety Wyborczej”, która, jak wiemy została ostatnio postawiona przez niego na nogi. Oto w nadzwyczaj prześmiewnym tekście zatytułowamnym „Ujawniamy! Kim naprawdę jest George Soros”, redaktor podpisujący się nazwiskiem Michał Gostkiewicz wyjaśnia, że akcje Agory Soros odkupił od przejmowanego akurat przez Prawo i Sprawiedliwość PZU. Co z tego wynika, wyjaśnienie jak na mój rozum jest zbyt skomplikowane, to co natomiast zrozumiałem do końca, to ten fragment:
Mesjasz? Geniusz? Hochsztapler? Szczodry społecznik? Prawdziwy demokrata? Cyniczny cwaniak? Problem z Sorosem polega na tym, że jest w nim wszystkiego po trochu. Z konglomeratu twarzy i wcieleń węgierskiego finansisty wyłania się twardy gracz, który ma tyle pieniędzy, że inwestuje je w to, na co ma ochotę. A on akurat ma ochotę inwestować w media i organizacje pozarządowe. W demokrację. I robi to - jak wskazuje jego życiorys - najwyraźniej nie tylko dlatego, że mu się to po prostu opłaca”.
Swoją drogą, za tego hochsztaplera, ktoś tam będzie musiał polecieć.


Gdyby ktokolwiek miał do mnie jakąś sprawę, również w sprawie książek, podaję swój adres mailowy: k.osiejuk@gmail.com.