piątek, 30 marca 2012

O blogosferze z Wydziału Propagandy KC

Szczerze powiedziawszy, nie wiem zupełnie jak się ten blog ma do Salonu24, z którego przecież się, jak by nie patrzeć, wziął, ani tym bardziej nie wiem, jaki kontakt z tym co się dzieje w Salonie mają jego stali czytelnicy. Wiem z całą pewnością, że część z nas tam bywa niezmiennie, część z nich nawet dość aktywnie, natomiast co do reszty – nie mam pojęcia. Osobiście przez bardzo długi czas do Salonu24 nawet nie zaglądałem, a jeśli ostatnio zacząłem tam bywać częściej, to niemal wyłącznie ze względu na mojego kolegę Coryllusa, który tam sobie samotnie bloguje, a ja go regularnie czytam. Mogę wręcz powiedzieć, że on dziś jest jedynym autorem, jakiego wciąż czytam.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, jakie emocje budzi Coryllus ze swoimi najświeższymi obsesjami, i powiem uczciwie, że jest całkiem możliwe, że gdybym go nie znał tak dobrze jak mam przyjemność, to mógłbym uznać, że z nim jest coś nie tak. Oczywiście klasa tego pisarstwa – bo to jest pisarstwo – nie pozostawia żadnych wątpliwości, i wiadomo, że są teksty Coryllusa, którym właściwie nie równa się nic, natomiast… no, powiedzmy, że ja piszę jak piszę, a on się trzyma swoich planów. Jesteśmy natomiast kolegami, lubimy się, dobrze nam się ze sobą rozmawia, i w związku z tym ja go niezmiennie wspieram.
Zachodzę więc ostatnio do tego nieszczęsnego Salonu24 i nie będę ukrywał, że on mnie coraz bardziej intryguje, jak idzie o to co to jest w ogóle za biznes, i czemu ów biznes ma służyć. Co w nim jest takiego wartego uwagi? Otóż wszyscy ci, którzy wiedzą o nim więcej niż, powiedzmy, Jarosław Kaczyński, zauważyli że informacja jaka widnieje na samej górze głównej strony owego Salonu, i ogłaszająca, że mamy do czynienia z „niezależnym forum publicystów”, to kłamstwo na wyjątkowo krzywych nogach. Jeśli Salon24 był kiedykolwiek niezależnym forum publicystów, to być może na samym początku, kiedy większość z nas nawet nie wiedziała, że coś takiego w ogóle istnieje. Bo choćby wtedy gdy ja uruchomiłem tam swój blog, było dla mnie oczywiste, że Janke z Krawczykiem prowadzą ten interes nie po to, by pomóc w powstaniu jakiegokolwiek niezależnego publicystycznego forum, lecz by ich znajomi dziennikarze, którzy akurat nie mają się gdzie podziać, mogli się pokazać i swoimi tekstami zainteresować kogo się da i przyda, a jak dobrze pójdzie, żeby ewentualnie coś na nim zarobić. A tak zwani „niezależni blogerzy” mieli dla nich stanowić jedynie jakieś alibi.
Kiedy dziś tam spędzam pewną część mojego czasu, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nawet to co wtedy miałem okazję oglądać niemal na co dzień, też już należy do przeszłości. Oczywiście, dwa, czy trzy lata temu, niemal całą liczącą się przestrzeń Salonu24 zajmowały tak zwane „blogi czerwone”, a potem, po dojściu polityków, również „zielone”, jednak wciąż można było tam trafić na teksty autorów autentycznie zaangażowanych i przejętych tym co się wokół nas dzieje. Czy łatwo było tam znaleźć teksty wysokiej jakości? Trudno mi dziś to obiektywnie ocenić, ale myślę, że owszem. A już na pewno było ich więcej niż dzisiaj. Bo proszę spojrzeć na to, czym jest Salon24 po latach. Niemal wszyscy autorzy, którzy jeszcze nie machnęli na to całe blogowanie ręką i dziś tam wciąż zadają szyku, zachowują się jakby ich jedyną ambicją było pokazać tym wszystkim którzy organizują oficjalny rynek mediów, że oni są naprawdę zdolni i też potrafią ładnie pisać. Że żaden z nich oczywiście nie jest tak sprawny, jak Piotr Semka, bracia Karnowscy, czy – Panie przebacz bezczelność! – Rafał Ziemkiewicz, ale przecież wszyscy się starają i gdyby się znalazło dla nich miejsce w którejś z tak zwanych prawicowych gazet, to oni by się z pewnością poduczyli. A więc tym samym, to co stanowić miało esencję niezależnego blogowania szlag trafił skutecznie i w jednym momencie. Zamiast niezależnej publicystyki powstała przechowalnia aspirujących adeptów mainstreamowego dziennikarstwa.
Jednak nie o tej nędzy mam tu dziś zamiar pisać, a już na pewno nie o tym wszystkim, co w Salonie stanowi czysto platformerską niszę i to do tego stopnia zapuszczoną, że nawet „Szkło Kontaktowe” by ich nie chciało przyjąć. Chciałbym zwrócić uwagę na Salon24 jako miejsce spotkań zawodowych dziennikarzy z zawodowymi politykami. Proszę przeprowadzić eksperyment polegający na wejściu na tę platformę w dowolny dzień o dowolnej porze i policzenie, jaki procent blogów stanowią blogi prowadzone przez polityków właśnie i mainstreamowych dziennikarzy. Są bowiem momenty, że tam niemal nie ma nic więcej. Janke, Migalski, Hofman, Wojciechowski, Dudek, Jankowska, Dorn, Jurek, Śniadek, Kaczyński, Sakiewicz, Terlikowski, Kowal, Poncyliusz… można by wymieniać. Zadałem sobie trud, by policzyć, ile dziś w Salonie24 jest blogów „zielonych”. Proszę sobie wyobrazić, że to jest ponad sto zarówno osób jak i najbardziej systemowo umocowanych organizacji. Ktoś mi powie, że to przecież nic w porównaniu z liczbą zwykłych blogerów. I pewnie że procentowo to jest nic, natomiast jeśli wziąć pod uwagę, że prawdopodobnie 90 procent blogów niezależnych to jakieś śmieci nigdy nawet nie oglądające światła dziennego, a 100 procent tych mądrali wystarczy że powiedzą cokolwiek, a dostaną swoje miejsce, można się zacząć zastanawiać, po co to wszystko.
Dziś trafiłem w Salonie24 na byłego ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego i wprawdzie przeczytałem zaledwie pierwsze zdanie z jego blogerskiej notki, ale to mi w pełni wystarczyło. Proszę posłuchać:
Polska jest państwem praworządnym, ponieważ żaden obywatel niezależnie od zajmowanej funkcji nie stoi ponad prawem”.
To jest, moim zdaniem, kwintesencja tego, czym jest dziś Salon24, ale również w ogóle tak zwana blogosfera. Bo nie oszukujmy się. Jeśli zapytać przeciętnego obywatela, który jest na tyle zorientowany, by wiedzieć, że coś takiego jak blogi w ogóle istnieje, właśnie o to co on wie na temat blogów, to możliwe, że trafimy na takiego, kto będzie potrafił powiedzieć, że blogi to Kataryna, a poza tym, to Migalski, Palikot i Kasia Tusk. I to jest właśnie to, co zostało dziś z tego, wydawałoby się wielkiego ruchu sprzed kilku lat, kiedy to ktoś wymyślił, że oprócz blogów na Onecie, możnaby stworzyć coś, co będzie stanowiło „polatformę niezależną”. To jest właśnie to co dziś mamy, kiedy myślimy – „blogi”. Katarynę, Migalskiego, Palikota i Kasię Tusk. No i niewykluczone, że niedługo to towarzystwo zostanie uzupełnione przez innych, na przykład Krzysztofa Kwiatkowskiego.
I myślę, że właśnie nadszedł dobry moment, żeby wrócić do początkowego pytania: O co w tym wszystkim chodzi? Co oni kombinują? Jedno wiemy na pewno, i ta kwestia była już tu parokrotnie poruszana. Chodzi o to, żeby broń Boże nikomu nie przyszło do głowy pomyśleć, że coś co się gdzieniegdzie nazywa dziennikarstwem obywatelskim, czy niezależną publicystyką, jest cokolwiek warte. Chodzi o to, żeby każdy kto jest mniej więcej zorientowany w ruchu jaki ma miejsce na poziomie przekazu medialnego, wiedział, że jedyna informacja to jest informacja oficjalna, a reszta to plotki i oszołomstwo. A więc to wiemy. Ciekawe natomiast jest, po jasną cholerę taki Kwiatkowski – potraktujmy go jako symbol – potrzebuje blogować. Żeby powiedziec nam, że Polska jest państwem praworządnym, ponieważ żaden obywatel niezależnie od zajmowanej funkcji nie stoi ponad prawem? Przepraszam bardzo, ale w tej sytuacji, to już chyba by było czymś znacznie bardziej sensownym, żeby ten człowiek założył blog literacki i poświęcił go w całości analizie wszystkich 15 warstw swojej ulubionej powieści pod tytułem „Zmierzch” (sic!). Nic z tego jednak. Oni lezą i zakładają blogi polityczne, a obok nich lezą zawodowi dziennikarze i wszyscy oni solidarnie tworzą prawdziwie niezależny ruch jak najbardziej niezależnej publicystyki obywatelskiej. 14 kwietnia, jak słyszę, w moich Katowicach ma się odbyć wielka demokracja w obronie wolnych mediów, organizowana oczywiście przez miejscowy Klub Gazety Polskiej. Ciekawy jestem tylko, czy skoro już tam przyjdziemy z tymi hasłami i flagami, rozdamy całą resztę owych darmowych numerów „Gazety Polskiej Codziennie”, które nam zostały po niedawnym spotkaniu z prezesem Kaczyńskim, będziemy walczyć również o wolność ekspresji dla Krzysztofa Kwiatkowskiego i Łukasza Warzechy – niezależnych blogerów Salonu24.
A więc tak to właśnie wygląda w dniu, kiedy postanowiłem wejść obiema nogami w to dziwne miejsce i przyłączyć się do osamotnionego Coryllusa w tym jego wysiłku na rzecz autentycznego prawa do wolnej wypowiedzi. Na rzecz tego, by tych wszystkich, którzy pomaleńku nas próbują stąd wyprzeć, dopaść i przy pomocy paru kopniaków zapędzić tam gdzie jest ich miejsce, a więc do tej otchłani, która się nazywa Systemem, i w której jeszcze niedawno oni się czuli świetnie. Bo tam jest ich miejsce, a tu akurat nic po nich.
Ten blog oczywiście zostaje bez jakichkolwiek zmian, natomiast jeśli ktoś chce sobie popatrzeć, jak ja i Coryllus lejemy się po pyskach z jakimiś ponurymi cieniami, zapraszam od dziś również na stronę w Salonie24 pod adresem www.osiejuk.salon24.pl, lub www.coryllus.salon24.pl.

Oczywiście, niezmiennie proszę wszystkich tych, którym czytanie tego bloga daje tę odrobinę satysfakcji, o finansowe wspieranie go pod podanym obok numerem konta. Nawet jeśli po to, by oni widzieli, że żyjemy i mamy się wciąż nie najgorzej. Dziękuję.

środa, 28 marca 2012

O reputacji panny bez zęba na przedzie

Pisałem tu niedawno o Lechu Wałęsie akurat nie dlatego, że uważam go za postać wartą stałej dyskusji – choć przyznaję z prawdziwym bólem, że tak właśnie uważam – ale dlatego, by pokazać, właśnie na przykładzie Lecha Wałęsy, do jakiego stanu doszła polska debata. Oczywiście wiemy wszyscy, że przez to, iż Lech Wałęsa był przez całe lata 80 nominalnym przywódcą polskiej tak zwanej „rewolucji”, później został tym nieszczęsnym prezydentem, a dziś jest wciąż jednym z najbardziej znanych Polaków na świecie, nie jest łatwo go nagle zacząć traktować tak, jak on dziś w sposób aż nadto oczywisty zasługuje. A więc z lekceważeniem podobnym do tego, jakie przysługuje jakiemuś, powiedzmy, nocnemu stróżowi z punktu sprzedaży telefonów komórkowych. To co jednak zaskakuje nawet jak na nasze polskie standardy, które przyzwyczaiły nas przecież już niemal do najgorszych ekscesów, to fakt, że Lech Wałęsa wciąż przez znaczną część społeczeństwa traktowany jak autorytet. I to wcale nie w ramach owej tak strasznie perwersyjnej walki politycznej, ale szczerze. Prawdziwe. Z całego serca.
No bo spójrzmy na to raz jeszcze. Pojawia się Lech Wałęsa – ten Lech Wałęsa – ze swoim blogiem i z tym wszystkim, co on tam niemal codziennie pisze, a opinia publiczna swoim jak najbardziej oficjalnym głosem komentuje to z pełną powagą i nawet się przy tym nie zająknie. Nawet się nie zarumieni. Nie mówiąc już o tym, że nikt nie przyjdzie i nie zawoła, że dość już tego. Że tego człowieka i jego gadkę trzeba koniecznie gdzieś schować, bo ona nas, nawet jeśli nikt tego głośno nie mówi, zwyczajnie kompromituje i ustawia – jako kraj i jako naród – w pozycji, tym razem już naprawdę, chorego człowieka Europy. I nie tylko Europy.
Ktoś powie, że mówiąc o tej kompromitacji, wpadam w ton bardzo charakterystyczny dla tych wszystkich mędrków, którzy kiedy myślą o Polsce, nie mają w głowie nic innego jak tylko to, by o nas dobrze mówili na świecie. Otóż nie. Ja nie mam tu na myśli czegoś tak abstrakcyjnego jak zagraniczna opinia publiczna, ale zwykłe interesy. Ja świetnie wiem, że to co zrobił, czy powiedział Jaroslaw Kaczyński czy Donald Tusk nie obchodzi zwykłego Francuza, czy Szweda, zwłaszcza że oni akurat mają swoich własnych głupków w nadmiarze. Ów symboliczny Francuz czy Szwed mają ma nas głęboko w nosie. I to na każdym poziomie – od Smoleńska do Torunia. Oni nawet nie wiedzą, czy Lech Wałęsa wciąż jeszcze żyje, czy już dawno umarł. Co innego natomiast ci, którzy zajmują się globalnymi interesami. O tych możemy być spokojni. Dla nich żaden kolejny wybryk Wałęsy i nasza na niego reakcja nie pozostaną niezauważone. I tego akurat co oni sobie pomyślą o państwie i narodzie dla których ktoś taki jak Wałęsa pozostaje bohaterem, nikt im nie odbierze. I nie ma takiej siły, która by ich zmusiła do tego by, kiedy nas trzeba będzie trochę porozstawiać po kątach, oddzielać jedno od drugiego.
I ja naturalnie wiem, że nasza reputacja wcale nie najbardziej wisi na Lechu Wałęsie. Że gdyby to tylko chodziło o niego, zawsze można by było powiedziec, że my mamy do niego taki nasz polski sentyment i traktujemy go trochę jak ulubioną maskotkę, która wprawdzie jest już mocno zużyta i gdzieniegdzie nawet pokryta jakimś trudnym do określenia paskudztwem, ale jakoś się do niej przyzwyczailiśmy i głupio wyrzucić. Ja wiem, że o naszej pozycji w świecie interesów, wobec tego wszystkiego co na co dzień wyprawia rząd Donalda Tuska, czy prezydent Komorowski z panią Dziadzią, taki Wałęsa to naprawdę peryferie. Jednak wydaje mi się, że z rządami, i w ogóle władzą, jest trochę inaczej. Jest jakaś dość naturalna skłonność do patrzenia na narody nie w oparciu o to, kogo one sobie wybrały do reprezentowania ich na poziomie władzy, ale kogo biorą jako swoich patronów. A tu – jakkolwiek byśmy się tego nie wypierali – mamy przede wszystkim tego Wałęsę, Bartoszewskiego, Owsiaka, Wojewódzkiego, Palikota, Kutza… a więc typy, łagodnie mówiąc, albo ledwo przytomne, albo po prostu psychopatyczne.
Weźmy tego Kutza. Niedawno, dzięki blogerowi Libickiemu, trafiłem na jego wywiad dla Onetu. Libicki akurat – no ale czego można się spodziewać po Libickim – zwraca w wypowiedzi Kutza uwagę na coś, co pozostaje bez jakiegokolwiek znaczenia, a mianowicie na to, że Kutz smarka na Kościół i w ogóle na religię jako taką. Nie on pierwszy, nie ostatni, no i przede wszystkim wcale nie jest w tym najlepszy. Na mnie akurat zrobiło wrażenie coś innego. Otóż, jak wiemy, Kazimierz Kutz jest staruszkiem mocno już posuniętym w latach, i co gorsza, on nawet nie ma tego co wspomniany wcześniej Bartoszewski, a więc owego pozornego choćby wigoru. Każdy kto miał ostatnio okazję oglądać Kutza w akcji wie, że on doszedł do takiego miejsca, że gdyby go choć lekko puknąć, to prawdopodobnie palec by nam wpadł do środka. A to przecież tylko jeśli idzie o jego stan fizyczny. Psychicznie bowiem jest jeszcze gorzej. Kutz najzwyczajniej w świecie już nawet nie jest w stanie normalnie wyrażać myśli. To co on robi, to czysta, starcza demencja. I ciekawe w tym jest tylko to – ale może i aż to – że jedyną myśl, jaką jeszcze się z tego jego mamrotania da odczytać, to jakieś uwagi o seksie i prawie do tak zwanej „godnej śmierci”. On – zachowując ów stan niemal pełnej utraty przytomności – wciąż coś mówi o kopulacji i o tym, że kiedy on tylko poczuje, że już dłużej nie może, odbierze sobie życie. Posłuchajmy fragmentu wspomnianej rozmowy:
„PO była starą ciotką, której już nikt nie chciał pier... i samej jej się już nie chciało pier... Teraz ta ciotka się obudziła i dostała wigoru. Skończył się ping-pong z Kaczyńskim i jazda na jałowym biegu. Skończył się podział na Polskę Kaczyńskiego i Tuska. Dzisiaj Tusk może współpracować z Palikotem i mają dużo do zrobienia.[Początek kadencji Donalda Tuska robił wrażenie, jakby władza] była w ręku ciotki w przededniu klimakterium. Cały czas wujek Jarosław dobijał się do niewłaściwych drzwi i hałasował, więc można było rządzić nie wyjmując rąk ze spodni”.
Onet oczywiście wszystko należycie wykropkował, natomiast każdy kto wie, co słychać w głowie Kazimierza Kutza wie, że on prawdopodobnie sobie nie folgował. Bo to jest właśnie taki pan. I tak to właśnie w jego wypadku wygląda. Ale popatrzmy dalej:
Nie chciałbym być ciężarem dla innych. Moim świętym prawem jest decydowanie, kiedy chcę odejść. Trzymanie na siłę ludzi przy życiu jest niegodne. […] Bóg dał nam wolną wolę i prawo do zachowania godności. Eutanazja nie jest samobójstwem, ale prawem do decydowania o odejściu. Ja pewnego dnia sam nieproszony będę chciał powiedzieć: ‘Panie Boże, odchodzę’. Śmierć to sprawa godności. Tak jak życie. Nie odbierajmy ludziom godności do dobrej śmierci. […] Tak mnie matka wychowała. Nie można być obciążeniem dla dzieci, ale i nie można żebrać od dzieci pomocy. Tak trzeba żyć, żeby dzieciom do końca pomagać, ale nie chcieć od nich niczego. Ja swoim dzieciom nie zamierzam sobą zawracać głowy.[…] Zasnę na zawsze. Są różne środki. Nie będę się wieszał, ani podcinał. Zostawię list dzieciom i odejdę”.
I to jest właśnie Kazimierz Kutz. Ktoś, z kim Onet przeprowadza w dwóch częściach wywiad, który następnie jest cytowany przez polskich polityków i komentatorów. Ktoś kto jest jednym z najbardziej popularnych polskich polityków, ktoś kto, jeśli tylko jego kandydatura jest wystawiona w dowolnych wyborach na Śląsku, wygrywa z wszystkimi nawet nie prowadząc odpowiedniej kampanii. Wystarczy nazwisko i reputacja. Właśnie ta reputacja. Reputacja starego, półprzytomnego piernika, szukającego czegoś po kieszeniach spodni. Oto Kazimierz Kutz – senator RP, człowiek, którego przy byle okazji o wypowiedź proszą najważniejsze polskie media, a prosząc o tę wypowiedź nawet nie mają na myśli sprowokowania jakiegoś skandalu, lecz zwyczajnie, zasięgnięcie opinii u kogoś, kto jest niewątpliwym autorytetem dla wielu.
Proszę zwrócić uwagę, o czym Onet rozmawia z Kutzem. Nie o sytuacji politycznej na linii Platforma Obywatelska – Prawo i Sprawiedliwość. W końcu Kutz tak naprawdę politykiem nawet nie jest. On to sam zastrzega. On jest artystą i filozofem, który przyszedł do polityki, by dawać świadectwo wartościom. A więc rozmowa z nim nie służy wyciąganiu od niego deklaracji politycznych, lecz jest wyłącznie pretekstem, by dać mu coś powiedzieć na temat Boga, życia, śmierci, no i oczywiście seksu. Czemu tak? No bo wiadomo, o polityce – a więc o czymś brudnym i nieciekawym – można rozmawiać z jakimś Kaczyńskim, ministrem Kwiatkowskim, czy choćby i Aleksandrem Kwaśniewskim. Z ludźmi takimi jak Władysław Bartoszewski, Maria Czubaszek, Jolanta Kwaśniewska, Zbigniew Hołdys, czy właśnie Kazimierz Kutz rozmawia się o tematach uniwersalnych. Bo to oni są na tyle autorytetami, by obywatelowi wyjaśnić wszystko to, co go gryzie, kiedy już wróci do domu z pracy, zje obiad i chce się pozastanawiać nad życiem. A mój problem polega na tym, że mam bardzo poważną obawę, że to właśnie obywatel sobie takich lektorów wybrał. I to właśnie o obywatelu świadczy jak najgorzej. I to właśnie jak najgorzej świadczy o miejscu, które obywatel zamieszkuje.
Dlatego właśnie słucham tego Wałęsy, czytam rozmowę z Kutzem, wiem, że prawdopodobnie już niedługo w telewizji pokaże się wspomniany Bartoszewski, czy Andrzej Olechowski, i już nie będzie miało zupełnie znaczenia, co wyprawia Tusk z Pawlakiem w sprawie emerytur, i co powiedział Bronisław Komorowski na temat Powstań Śląskich. Bo wszyscy, jak wiemy, polityki nienawidzimy. My tak naprawdę szanujemy tylko swoje autorytety. Kiedyś był to Jan Paweł II. Dziś, kiedy Go nie ma, pozostał nam już tylko Wałęsa, Bartoszewski, Owsiak, a jak ktoś lubi więcej i bardziej, to też może być i Kutz. On też. Do czasu przynajmniej jak już nie uzna, że nie chce być dla nas dłużej ciężarem. I da nam przykład, jak należy wstać i wyjść.

Serdecznie proszę wszystkich, którzy lubią czytać te teksty i mają z nich jakąś satysfakcję, o finansowe wspieranie tego bloga. Również zachęcam do kupowania książki. Niedługo Wielkanoc, a więc prezent będzie jak znalazł.

wtorek, 27 marca 2012

To jest kraj dla młodych wypasionych cwaniaków

Jeśli ktoś myśli, że w Salonie24 poza Coryllusem kolegów nie mam, to jest w dużym błędzie. Wprawdzie błąd ten nie jest duży w wymiarze ilościowym, natomiast jakościowym jak najbardziej. A na imię mu Szczurbiurowy. Człowieka o nicku Szczurbiurowy bowiem znam jeszcze sprzed lat, i to znam tak, że raz nawet mieliśmy się okazję spotkać kulturalnie na herbatce. Co Szczurabiurowego czyni moim kolegą bardziej, niż na przykład Cezarego Krysztopę, z którym również mam stosunki bardzo przyjacielskie, jednak pechowo nie mieliśmy się okazji spotkać osobiście.
Przez to że Szczurobiurowy jest moim kolegą, czytam jego bloga, i w ten sposób, naturalnie zupełnie, przeczytałem jego ostatni, potwornie długi i gęsty – tak gęsty, że w pewnym momencie poczułem zawroty głowy – tekst o polskiej szkole. Ponieważ ta moja dzisiejsza notka, choć opublikowana również w Salonie24 – w końcu jest ona w pewnym stopniu polemiką z autorem Salonu – jest w pierwszym rzędzie skierowana bardziej na ten blog, myślę, że należy się nam tu parę słów wyjaśnień. Tak więc przeczytałem tekst Szczurabiurowego o polskiej szkole, i dostałem cholery jasnej i ciężkiej, z takiego oto jednego powodu, że w pewnym momencie znalazłem w tym – jak mówię, gęstym i obfitym – tekście takie mianowicie zdanie:
Otóż zarobki nauczycielskie dla nauczyciela wiejskiego są relatywnie wysokie w stosunku do kosztów utrzymania, a co więcej – są to zarobki pewne, niezależne od tego czy w okolicy ‘jest praca’. Jeśli mamy do czynienia z małżeństwem nauczycieli mianowanych, o stażu np. 15 lat, w szkole gminnej, gdzie jest pełna obsada oddziałowa (współcześnie np. 6 klas po trzy oddziały na poziomie) to małżeństwo takie ma do dyspozycji około 7-9 tysięcy złotych miesięcznie”.
Cholera moja wzięła się otóż z faktu jest, że zarobki nauczycielskie, nie tylko dla nauczyciela wiejskiego, ale każdego nauczyciela, są relatywnie wysokie wyłącznie wtedy, gdy mąż owego nauczyciela zarabia tyle, by temu nauczycielowi kupić samochód, w taki sposób, by nauczyciel ten mógł sobie raz lub dwa razy w miesiącu zrobić wypad i za te swoją pensję zrobić ładne zakupy. I to jest fakt znany świetnie wszystkim nauczycielom, nawet tym z mężami i samochodami. Pani Toyahowa na przykład jest nauczycielką od zawsze i jej zawodowa pozycja jest na tyle mocna, że ona wspomnianym nauczycielem mianowanym była już bardzo dawno temu, natomiast dziś jest nauczycielem dyplomowanym, a więc kimś stojącym najwyżej w owej hierarchii. Jest więc owym nauczycielem dyplomowanym, i jeśli jej się zdarzy dostać 3 tys. złotych, to wszyscy się cieszymy, że mieliśmy dobry bardzo miesiąc.
Ale ja wiem, skąd Szczurowibiurowemu przyszły do głowy te grube tysiące. On, jak słyszę, były nauczyciel, dziś ze szkołą najzwyczajniej w świecie ma kontakt taki tylko, na jaki mu pozwala minister Szumilas, a wcześniej Hall, kiedy przez zaprzyjaźnioną prasę poinformuje obywateli, że oto właśnie polski nauczyciel, pracując 18 godzin tygodniowo przez 8 miesięcy w roku, dostaje o 400 zł. więcej niż rok temu, a za rok będzie dostawał jeszcze dodatkowe 400 zł. Ja te komunikaty słyszę kilka razy w roku i nauczyłem się je przyjmować z kamienną twarzą. Wygląda na to, że Szczurbiurowy je łyknął jak należy. W postawie niemal na baczność.
Czemu mnie kwestia tych pieniędzy tak bardzo obchodzi? Otóż wcale nie dlatego, że ja i moja żona wciąż chodzimy jak struci, bo ona zbyt mało zarabia. My wbrew pozorom już naprawdę od tego rządu nie oczekujemy niczego. Polska szkoła to jest dziś taki kosmos, że gdybyśmy mieli się nad nią zastanawiać w taki sposób, w jaki ona na to zasługuje, nie wyszlibyśmy z tego tematu do końca życia. Oczywiście, napisaliśmy niedawno wspólnie z Toyahową pewien tekst stanowiący pewną bardzo cząstkową diagnozę sytuacji, ale wiadomo przecież, że tego wszystkiego nie da się załatwić jednym, dwoma, czy nawet dziesięcioma tekstami. Więcej. Tego w ogóle nie da się załatwić jakimkolwiek tekstem. To trzeba zobaczyć na własne oczy. I spróbować to autentycznie poczuć. A pieniądze? Co za bzdura! Natomiast faktem jest, i ja jestem o tym szczerze przekonany, że kłamstwa dotyczące nauczycielskich zarobków trzeba prostować za każdym razem, kiedy one się tylko pokażą. A to z tej prostej przyczyny, że każde z nich ma celu wyłącznie dalszą degenerację w społecznej świadomości zarówno zawodu nauczyciela jak i samej idei szkoły. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że każda nowa informacja na temat tego, jak to nauczyciele świetnie zarabiają i jak ta ich płaca wielokrotnie przewyższa to, co oni jej poświęcają, jest wysyłana w tym jedynym właśnie celu, byśmy my Polacy o szkole – i wcale nie chodzi akurat o tę ruinę, ale o szkołę w ogóle – myśleli wyłącznie z pogardą i obrzydzeniem. A przecież ciągłe sianie tych kłamstw, to tylko jeden z elementów owej cywilizacyjnej i kulturowej wojny.
A więc tak naprawdę nawet nie chodzi o to, że Szczurbiurowy posłusznie przyjął menowską propagandę i puścił ją w obieg, ani też w ogóle nie chodzi o to, co on akurat sądzi o polskiej szkole, bo sądzi ogólnie rzecz biorąc jak najsłuszniej przecież. Powodem dla którego przyszło mi dziś do głowy znów pisać na ten temat, jest właśnie chęć sprzeciwienia się owej tendencji takiego niszczenia polskiej szkoły, by w efekcie każdy kto na nią spojrzy widział tylko coś co nadaje się do zaorania. I oto przed nami pewien inny jeszcze fragment wspomnianego tekstu, a mianowicie ten, w którym Szczurbiurowy pisze o szkole jako o skansenie. Nie jako o nowym znaku nowych czasów, ale o skansenie. I ten właśnie fragment mnie najbardziej zainspirował. Posłuchajmy:
„To co miało być nagrodą dla nauczycieli w szkole komunistycznej (bo komuniści wiedzieli, że żaden masowy bunt nauczycieli im nie grozi) czyli nieusuwalność, stało się przeszkodą do zbudowania wysokiej jakości kadry nauczycielskiej – wtedy, na początku lat 90. Sam tego próbowałem, więc wiem o czym piszę. Byłem dyrektorem państwowej szkoły podstawowej i próbowałem pozbyć się nauczycielek, które ewidentnie szkodziły dzieciom i były dla nich fizycznym zagrożeniem (bicie, znęcanie się psychiczne itd.) – bez skutku. Karta Nauczyciela to uniemożliwiła. Za długo by o tych doświadczeniach pisać w tym miejscu, ale to wtedy właśnie, na początku lat 90 zrozumiałem, że jakakolwiek sensowna reforma szkolnictwa nie jest możliwa bez oparcia się na młodych kadrach, nie mających doświadczenia nauczycielskiego w szkole peerelowskiej, przy równoczesnym zniesieniu Karty Nauczyciela, a przynajmniej zapisów o nieusuwalności.
Stało się wręcz odwrotnie. W okresie rządów SLD/PSL ten patologiczny stan został utrwalony, z tego względu, że jednym z istotnych elementów ówczesnego systemu władzy był Związek Nauczycielstwa Polskiego, będący reprezentantem interesów grupowych biurokracji oświatowej i starszych nauczycieli. A młodzi nauczyciele przychodzący do zawodu zostali 'zassani' przez patologiczny system. Negatywne wzorce zamiast zniknąć – utrwaliły się
”.
Przyznać muszę, że chyba nigdy dotąd nie spotkałem się z sytuacją, kiedy to ktoś kto wedle wszelkich danych jest szczerze zatroskany upadkiem polskiej edukacji, tę swoją troskę opiera na diagnozie, której przyjęcie może wyłącznie ten upadek pogłębić, a następnie całą sprawę ostatecznie odfajkować. Bo oto, jak wszystko na to wskazuje, polska szkoła tonie głównie dlatego, że trafiła w ręce tak zwanych młodych – tych wszystkich, którzy w latach 90-tych ukończyli studia i zostali nauczycielami. Wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego pokoju nauczycielskiego, żeby z przerażeniem – właśnie z przerażeniem – zauważyć, że tam dzieli i rządzi element, który podejrzliwie patrzy już nawet na tych, co przyszło im studiować pod koniec PRL-u. Jako na starych pierników, którzy nie dość że nie mają o niczym pojęcia, to uważają, że mogą bezkarnie zabierać głos. Wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego pokoju nauczycielskiego, by zobaczyć, że to ci młodzi właśnie tworzą podstawę tego to co się nazywa polską szkołą. I niech Szczurobiurowy nie sądzi, że ja go chciałem pocieszyć. Że to właśnie jest to pokolenie, które „wyssie” szkołę z wspomnianego „sytemu patologicznego”. Mowy o tym nie ma z tego prostego powodu, że to właśnie oni nam pokazują, czym jest prawdziwa patologia. I to zupełnie niezależnie od tego co oni sądzą o Związku Nauczycielstwa Polskiego i jakie mają z nim relacje.
Młode kadry, o których z taką nadzieją marzył Szczurobiurowy na początku lat 90-tych, a dziś ich tak żałuje, że jakoby zostali wessani przez starych, to w ogromnej większości banda bezideowych i durnych jak worek z kartoflami cwaniaków, którzy do tej pracy nadają się dokładnie tak samo jak do każdej innej, czyli w ogóle, a satysfakcji z niej mają tylko tyle, że mogą z uczennicami chodzić do pubu po to, by je tam bezkarnie najpierw upalić, a potem obmacać, lub na wycieczkach szkolnych chodzić do łóżka z co przystojniejszymi uczniami. Jeśli oczywiście pojadą na jakąkolwiek wycieczkę – o ile to nie jest akurat wycieczka do Paryża, czy Londynu. I należy się tylko dziwić, że Szczurobiurowy, a za nim, jak, wnioskując z entuzjastycznych komentarzy zamieszczonych pod jego notką, na smutno się domyślam, znaczna część innych, tak zwanych naszych, jest tu tak okropnie niezorientowana.
Miałem w swoim dorosłym życiu kontakt z kilkoma szkołami, i powiem szczerze, że wręcz regułą było to, że jeśli chciało się mieć pewność, że nauczyciel jest choćby w miarę kompetentny i że mu choćby w minimalnym stopniu zależy na tym, żeby z tych dzieci cokolwiek jeszcze było, to powinien być możliwie stary. I, podkreślę to jeszcze raz, zupełnie niezależnie od tego, co on dziś sądzi o Związku Nauczycielstwa Polskiego i w jaki sposób w PRL-u realizował przepisy dotyczące obowiązku przestrzegania postaw moralnych, które tak bardzo nie pasują Szczurobiurowemu. Jak można w ogóle patrzeć na to co z polską szkołą zrobili wcale nie spadkobiercy schyłkowego Peerelu – a więc Leszek Miller i Krystyna Łybacka – ale jak najbardziej nasi bohaterowie solidarnościowego zwycięstwa, i nie widzieć, jak jest? Ci co byli przed Łybacką, ale też, jak najbardziej, po niej. Co się stało Szczurobiurowemu, że nagle uznał, że to rząd SLD/PSL dobija dziś na naszych oczach polską edukację, a z tych co będą za nas ciągnąć ten wózek robi brukselskich parobków?
Oczywiście recepty na przynajmniej powstrzymanie tego strasznego procesu są proste i wciąż, przynajmniej teoretycznie, jeszcze możliwe do realizacji. Należy przede wszystkim zlikwidować gimnazja, stworzyć kompletnie nowy program nauczania i wychowania i kształcenia dzieci i młodzieży… i liczyć na cud. Oczywiście, znaczna część z tego co proponuje Szczurobiurowy jest słuszna i w ogóle nie podlegająca dyskusji, jak choćby cała część dotycząca biurokracji i formalnej organizacji całego systemu. Ale, przepraszam bardzo, póki co niech się młodzi trzymają się od tej roboty jak najdalej. Przynajmniej do czasu aż będziemy mieli gwarancje, że nie są oni najwyższej jakości produktem pochodzącym z tego kombinatu, którzy jedni planują spalić, zrównać z ziemią, a następnie zaorać i zasadzić tam cokolwiek, choćby i kartofle, a drudzy – zgoda – mniej więcej to samo, tyle że akurat w zupełnie innym celu.

Zupełnie nie umiem się zorientować w sytuacji, w jakiej ten blog się ostatnio znajduje. Z liczby komentarzy mogę wnosić, że zbliżamy się do smutnego końca… choć nadzieja – jak wiemy – umiera ostatnia. A zatem, jeśli jeszcze mi wolno, proszę o wspieranie tego co tu powstaje pod podanym obok numerem konta. O książce już nawet nie wspomnę. Dziękuję.

poniedziałek, 26 marca 2012

Trzecia płeć napada

Jak się dowiadujemy, oto właśnie – a może wcale nie właśnie, tylko dawno temu, ale my akurat dojrzeliśmy na tyle, żeby nam o tym opowiedzieć – w Szwecji ukazała się książeczka dla dzieci, gdzie autor posługuje się wymyślonym zaimkiem osobowym stworzonym ze słów „on” i „ona”, mającym określać coś na kształt trzeciej płci. Autor owej książeczki, jakiś Jesper Lundkvist, twierdzi, że używając wymyślonego przez siebie zaimka, stara się skutecznie walczyć z przesądami, jakie niechybnie wynikają z tradycyjnego przypisywania ludziom określonej płci. Zdaniem tego Lundkvista, ale też, jak się nagle okazuje, przeróżnych intelektualistów z tamtejszych uniwersytetów, dzięki tego typu zabiegowi, dziecko może się skupić na tym, kim jest człowiek, a nie jakaś dziewczynka, czy jakiś chłopiec. Niejaka Karin Milles, specjalistka ds. mediów i komunikacji z Uniwersytetu Södertörn skomentowała sprawę następująco: „Obsesyjne zwracanie uwagi na płeć ma negatywne konsekwencje dla jednostki i społeczeństwa. Edukacja najmłodszych powinna zostać wyzwolona z indoktrynacji narzucającej dzieciom role płciowe”.
Dla nas oczywiście tego typu ekscesy wciąż pozostają egzotyką, i pewnie moglibyśmy na nie machnąć ręką, gdyby nie fakt, że wielokrotnie mogliśmy już zauważyć – a dziś, jeśli tylko się odpowiednio uważnie rozejrzymy, możemy to obserwować wręcz na naszych oczach – że sprawy ostatnio dzieją się naprawdę szybko, i często zupełnie niepostrzeżenie. Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że jednym z naszych posłów – a przy okazji jednym z największych politycznych celebrytów – będzie jakieś monstrum udające kobietę? Kto jeszcze parę lat temu mógł przypuszczać, że już za rogiem czają się takie słowa jak „ministerka”, czy może „ministra”, czy „polityczka” – nie dla określenia jakiejś byle jakiej polityki, lecz kobiety uprawiającej zawód polityka? A więc ja osobiście byłbym za tym, by mieć oko na wszystko co się wokół nas czai, byśmy nie musieli pewnego dnia obudzić się z krzykiem.
Tak się stało, i wspominałem tu już o tym nie raz, że przez wiele lat, właściwie tak długo jak sięgnę pamięcią, grupę zawodową, której nie ufałem wręcz obsesyjnie, stanowili przede wszystkim psycholodzy, a wraz z nimi, niejako w pakiecie, seksuolodzy. Dziś widzę, i zaczynam ten obraz coraz wyraźniej rozpoznawać, że o ile psycholodzy radzą sobie wciąż świetnie i nawet mają przed sobą świetlaną przyszłość, seksuolodzy już wkrótce mogą stanowić gatunek wymarły, grupę istniejącą już wyłącznie we wspomnieniach. A kiedy czytam informacje takie jak ta napływająca do nas ze Szwecji, jestem tego nadchodzącego do nas kataklizmu już niemal pewien. Wziąłem do ręki któryś z ostatnich numerów tygodnika „Uważam Rze”, znalazłem tam wywiad właśnie ze słynnym polskim seksuologiem Lwem Starowiczem – a więc człowiekiem, którego dotychczas wręcz pasjami nie znosiłem, i – przyznać muszę – poczułem najpierw szok, a potem już tylko zachwyt. Opowiem.
Rozmowa ze Starowiczem, jak najbardziej na temat płci i seksualności, jest tak niezwykła, że właściwie powinienem ją tu w całości przekleić. Od wczoraj zastanawiam się, jak mogę w skrócie opowiedzieć to co on mówi, i wciąż czuję, że nie ma takiego sposobu, by to co on mówi przekazać odpowiednio krótko i dobitnie. No ale muszę spróbować, bo dzieją się rzeczy ważne. Dla czystości narracji, będę się starał unikać zbyt wielu cytatów, jednak proszę traktować znaczną część tego co poniżej jako jak najbardziej cytat. W czym rzecz? Kobieta, która rozmawia ze Starowiczem zaczyna ostro, a mianowicie od pytania: „Kiedyś ideałem był mężczyzna, który polował, rąbał drzewo i potrafił się bić. Dziś panowie używają kosmetyków, noszą spodnie w kwiatki i różowe japonki. Co jest tego przyczyną?” I od tego momentu Starowicz zaczyna snuć swoją opowieść o nowej cywilizacji, a każdy choćby minimalnie wrażliwy czytelnik nie ma innego wyjścia, jak tę opowieść chłonąć z coraz większym przerażeniem. A więc tak. To prawda. Duża część mężczyzn niewieścieje. Są tacy, co łączą w sobie cechy męskie i kobiece, podczas gdy inni zupełnie upodabniają się do kobiet. W znacznym stopniu jest to wynikiem bezstresowego wychowania, bardzo często realizowanego wyłącznie przez matki. Ojciec coraz rzadziej stanowi wzór do naśladowania dla synów. Nowy mężczyzna skupia się nie na świecie zewnętrznym, który zawsze przecież stanowił jakieś wyzwanie, ale na sobie, na swoim wyglądzie, na każdej kolejnej zmarszczce na twarzy, na każdej nowej fałdce na ciele. A więc problemem jest współczesna rodzina. Ale są też inne przyczyny. Dzisiejsi chłopcy wychowują się w szkołach koedukacyjnych, co oznacza, że przez cały okres burzliwego dojrzewania przebywają z dziewczynkami. A dziewczynki, jak wiadomo, dojrzewają szybciej od chłopców. W rezultacie męskość jest temperowana, łagodzona. Nie ma wyrazistych wzorców męskich także wśród nauczycieli, który to zawód obecnie niezwykle sfeminizowany. Również harcerstwo – które pobudza rozwój klasycznych męskich cech – nie jest obecnie tak popularne jak niegdyś. Nie ma wreszcie już obowiązkowej służby wojskowej. Tradycyjny świat mężczyzn powoli zanika.
Tak mówi Lew Starowicz. I znów wraca do rodziny. Kiedyś ojciec był niekwestionowaną głową rodziny, która oczywiście była znacznie większa niż obecnie. Miało się wielu braci, wujów i stryjów, a więc było dużo mężczyzn i męskich wzorców. Teraz bardzo często rodziny są zatomizowane. Małżeństwa mają tylko jedno dziecko, relacje z dalszą rodziną nie są utrzymywane. Kolejna rzecz – współczesne kobiety oczekują od mężczyzny partnerstwa. Mówią: „bądź także moją przyjaciółką, staraj się myśleć tak jak ja". Bardzo często wysyłają tego typu komunikaty, żeby znaleźć partnera o podobnych co one cechach. Chcą, żeby płakał, kiedy one płaczą, razem z nimi wzruszał się, oglądając romantyczne komedie.
Dziennikarka pyta: „Zniewieścienie to także kwestia wyglądu. Tacy mężczyźni fizycznie upodabniają się do kobiet. Nie jest tajemnicą, że większość kreatorów mody to homoseksualiści. Może to oni kreują takie trendy?” A Starowicz i tu nie pozostawia złudzeń: „Tak, występuje tu pewna prawidłowość. Zarówno kolorystyka modnych obecnie strojów męskich, jak i ich krój są coraz bardziej kobiece. Klasyczny strój męski zaczyna być w zasadzie marginesem w dzisiejszej modzie. Taki strój, czyli koszula i krawat, tak jak kiedyś mundur wojskowy, narzucał mężczyźnie pewien sposób poruszania się, określony chód. Dzisiejszy męski strój – miękkie, kolorowe tkaniny, spodnie opadające do kolan – jest zaś trochę bezpłciowy”. Czy to się dziewczynom podoba? Ależ skąd! Mężczyźnie się tak noszą nie po to, by się podobać dziewczynom, ale dlatego, że taka jest moda. Moda jest zaś zjawiskiem niewiarygodnie silnym. Zarówno dziewczyny, jak i chłopcy chcą wyglądać modnie, i kompletnie ich nie interesuje to, że określony strój czy styl nie pasuje ani do osobowości, ani do figury. Moda unisex właściwie została mężczyznom narzucona. Dobrze się w tym czują, bo chcą być modni. A to, jak w tym wyglądają, to już nieważne.
Tyle że kobiety traktują ich w sposób pobłażliwy, choćby dlatego, że one również przecież ulegają trendom lansowanym przez środki masowego przekazu. Pewnie nawet czasami kupują swoim partnerom fioletowe spodnie czy inne fikuśne pantalony, bo chcą, żeby ich partner wyglądał trendy. To się dla nich liczy, są z tego dumne. Ale czy kobieta, patrząc na swojego mężczyznę i widząc go ubranego w kolorowe, pstre ubranie, w którym wygląda jak inna kobieta, jest w głębi duszy naprawdę zachwycona? Czy naprawdę czuje do niego pociąg seksualny? Kobiety, które przychodzą do gabinetu Starowicza, często skarżą się, że ich partnerzy przestali już być dla nich atrakcyjni. Są niemęscy, za bardzo delikatni i uczuciowi, podczas gdy one tak bardzo by chciały, by oni jednak byli mężczyznami. A więc kobiety znalazły się w pułapce. Z jednej strony chcą ciepłego i wzruszającego się na każde zawołanie mężczyzny, który będzie uczestniczył przy porodzie i przejmował dużo obowiązków domowych, a z drugiej strony instynkt podpowiada im, że potrzebują partnera z prawdziwego zdarzenia, który nie będzie stanowił emanacji ich własnych cech, ale kogoś, kto się nimi zaopiekuje i będzie wzbudzał w nich pożądanie.
I wreszcie dochodzi do momentu, który moim zdaniem stanowi najważniejszy i najbardziej szokujący moment całej rozmowy, a może raczej wykładu, i który stanowi znakomity punkt wyjścia do refleksji bardziej ogólnych. Pyta dziennikarka: „A co by było, gdyby nagle wybuchła wojna? Czy mężczyźni, o których mówimy – dbający o paznokcie i wklepujący kremy przeciwzmarszczkowe – potrafiliby walczyć za ojczyznę?” I odpowiedź:
Dobre pytanie. Na pewno bitni są kibice piłkarscy – ci na pewno by sobie poradzili na wojnie. Natomiast czy zniewieściali mężczyźni, o których mówimy, wytrzymaliby w okopach? Obawiam się, że byłoby z nimi krucho. Byłoby im niezwykle trudno odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. Chyba że byłaby to wojna supernowoczesna. Wtedy można siedzieć przed komputerem z maseczką na twarzy i bawić się w wojnę, naciskając guziki. Ale, jak wiemy, wojna nadal wiąże się ze strzelaniem i walką. Wymaga olbrzymiej wytrzymałości, odwagi i twardości charakteru. W jej brutalnych realiach taki zniewieściały mężczyzna z warszawskiego Nowego Światu raczej by się nie odnalazł.[I nie ma co liczyć na to, że im więcej łagodnych mężczyzn, tym większy na świecie pokój]. Zagrożenia mogą przecież przyjść spoza Unii Europejskiej. Z krajów, w których trendy cywilizacyjne, o jakich mowa, nie występują. Tam mężczyźni są nadal mężczyznami. Nie byłbym więc tak optymistycznie nastawiony. Zresztą przyczyną wybuchu I i II wojny światowej nie była wcale nadmiernie rozbudowana męskość, tylko szaleństwo. A szaleństwo może pojawić się w każdym mężczyźnie”. Czy też w tych zniewieściałych? Owszem. Tyle że zniewieściały szaleniec raczej nikomu nic złego nie zrobi. Tak opowiada Lew Starowicz.
Oczywiście uwaga zrobiona przez Starowicza odnośnie potencjalnej wojny i kibiców piłkarskich jako być może ostatnich już żołnierzy nowoczesnego świata, budzi pewien dreszcz. I to dreszcz wcale nie tak dla nas obojętny. Jednak ja wpadłem w naprawdę minorowy nastrój nie przez to, że Starowicz wskazał tak bardzo wyraźnie swym palcem seksuologa na to w właśnie zagrożenie. Ja akurat pomyślałem sobie o tym, co się dzieje pod naszymi nosami, a mianowicie o Polsce – właśnie o Polsce – dzisiejszej. Otóż jest tak, że ma troje dzieci, w tym dwie córki i o ile o niego jestem dość spokojny, to jak idzie o nie, wydaje mi się, że mam powody do zmartwień. Czytam to co opowiada Starowicz, przy okazji oczywiście mam w głowie to wszystko co stanowi wynik moich już osobistych obserwacji i doświadczeń, chodzą mi po wspomnianej głowie rozmowy z ludźmi, których znam, i trochę żałuję, że dziennikarka „Uważam Rze” nie spytała Starowicza o to, jak wyglądają statystyki jak idzie o liczbę zawieranych małżeństw i liczbę małżeństw rozpadających się po roku, czy po dwóch. Ja wiem, że w takiej Anglii na przykład, tak zwane stałe małżeństwa praktycznie już przestają istnieć. Natomiast chciałbym wiedzieć, jak to wygląda w Polsce. I znów, czy młodzi ludzie się jeszcze żenią, czy zakładają rodziny, i czy jeśli już te rodziny zakładają, czy są w stanie je utrzymać dłużej niż przez chwilę? I obawiam się, że możemy tu mieć do czynienia z nie byle jakim kryzysem. Jeśli nawet nie realnym, to na poziomie tak zwanej tendencji, jak najbardziej jednoznacznym.
Bo o co chodzi? Mianowicie o rodzinę. Jeśli jest tak jak opowiada Lew Starowicz – a nikt kto żyje na tym świecie i ma oczy otwarte, nie ma najmniejszego powodu, by jego słowa kwestionować – to znaczy, że jesteśmy na prostej drodze, by coś takiego jak rodzina przestało w końcu istnieć. A stanie się tak z tego prostego powodu, że te wszystkie ciamajdy w japonkach i „miękkich, kolorowych tkaninach i opadających do kolan spodniach” do tego stopnia będą się skupiały na sobie i na tym by spędzać miło czas w towarzystwie podobnych do siebie znajomych, że kiedy nagle pojawi się propozycja założenia rodziny i jakiejś stabilizacji, to one się zwyczajnie pobeczą ze strachu. Już tak jest. Ja co chwilę słyszę opowieści o dziewczynach, które mają tych swoich chłopaków, których udało im się jakimś cudem poderwać pięć czy więcej lat temu, i które płaczą po nocach, bo wiedzą, że z tego prawdopodobnie już nic nie będzie, a czas na szukanie kogoś innego albo już dawno minął, albo robienie jakichkolwiek ruchów jest już zwyczajnie za duże.
Więc trochę mi brakuje w tej rozmowie tego elementu. Ale jest jeszcze coś. Starowicz praktycznie w ogóle nie porusza spraw związanych z tym co go kiedyś wydawało się interesować przede wszystkim. A więc z seksem. A ja bym był ciekawy się dowiedzieć, jaką rolę w życiu współczesnego młodego mężczyzny, kandydata na to by stworzyć rodzinę i utrzymać przy okazji gatunek, odgrywa seks jako taki? Pamiętam, czytałem kiedyś amerykański tekst o dzieciach z galerii handlowych, snujących się przez cały tydzień wśród tych świateł, by weekendy spędzać na tak zwanych „imprezach”. Bob Greene, autor tego reportażu, przeprowadził wśród amerykańskich imprezowiczów sondę na temat tego, co oni robią, kiedy balują I okazało się, że tak – owszem – jest alkohol, czasem narkotyki, wszelkie możliwe ekscesy, natomiast seksu jako takiego raczej nie ma. Wygląda na to, że współczesna młodzież seksem się nie interesuje. Czy tak jest? Nie wiem. I dlatego chętnie bym coś na ten temat usłyszał od niewątpliwego specjalisty. Bo jeśli to prawda, to trzeba się tu też zastanowić, dlaczego? Czy za tym stoją przyczyny psychologiczne, czy może już fizyczne? Czy jest może tak, że choćby przez tę powszechną dostępność pornografii, wielu z nich stało się impotentami. Bezpłciowymi, pozbawionymi rozumu i serca impotentami. Na przykład. Nie wiem. I tego mi w tej rozmowie brakowało. Ale, jak wiemy, nasze problemy zaczynają się tam, gdzie dla nich się już dawno skończyły. I może dobrze. Najgorsza byłaby panika.

Wszystkich prawdziwych mężczyzn i prawdziwe kobiety, którym spodobał się ten tekst, proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. No i zachęcam do kupowania książki. Naprawdę idealnej lektury dla wszystkich prawdziwych kobiet i mężczyzn. Dziękuję.

niedziela, 25 marca 2012

O dwóch pokazach w temacie narodowej godności

Ostatnie dni mijają mi na pewnej pracy, która od czasu do czasu mi wpada dzięki uprzejmości pewnego mojego kolegi aż zza Cambridge, i dzięki której udaje się nam przeżyć kolejne dni, i przez to ani nie mam odpowiedniego natchnienia do pisania, ani tym bardziej do rozglądania się dookoła i obserwowaniu jak ten nasz świat tonie. A że tonie, nie możemy już co do tego mieć najmniejszych wątpliwości.
Przede wszystkim, jak pewnie wszyscy już wiemy, odkopano biedne, porozrywane na strzępy ciało Przemysława Gosiewskiego… i okazało się, że się nic nie stało. To znaczy, owszem, wedle dochodzących do nas pokątnie – trochę wstydliwie, trochę z nutką obrzydzenia – informacji, w tych udręczonych zwłokach rosyjscy przyjaciele pani doktor Ewy Kopacz zaszyli całą kupę najróżniejszych śmieci, a charakter tych śmieci wskazuje na to, że nie mieliśmy tu do czynienia ani z błędem, ani z tak zwaną „ruskim dziadostwem”, ani z lekceważeniem, ale wręcz przeciwnie – z działaniem bardzo starannym, pełnym uwagi i skupienia. Z sytuacją wręcz pokazową. A więc to wiemy. Tak, oni pokazali nam bardzo dobitnie, że na pewnym poziomie cywilizacyjnym, coś takiego jak ciało, nawet nie polskiego patrioty i bohatera, ale zwykłego człowieka, pozostaje w najlepszym wypadku workiem na śmieci. Jednak czy z tego pokazu, narodziła się w naszej polskiej świadomości jakaś nowa jakość? O tym mowy być nie może. Jak idzie o nową jakość, nowe znaki, nową myśl – nie stało się nic.
Jak mówię, nie bardzo miałem ostatnio możliwość śledzenia bieżących wydarzeń, więc możliwe że coś mi umknęło. Jednak jeśli nawet, to nie mogło być coś tak dużego jak powszechny, wylewający się poza granice naszego biednego kraju płacz. Jestem pewien, że to akurat bym zauważył. Zauważyłbym przynajmniej tak, jak nie mogłem przegapić konferencji prasowej owych dwojga młodych ludzi, nazywanych przez media „rodzicami małej Magdy”, kongresu założycielskiego Solidarnej Polski, wspólnej konferencji prasowej Jarosława Kaczyńskiego i Marka Jurka, a nawet – a kto wie, czy nie przede wszystkim – uroczystego otwarcia mostu na Wiśle. No i oczywiście, nawet gdyby tam rzeczywiście rozległ się ów płacz, musiałbym go usłyszeć przynajmniej tak samo wyraźnie jak wyraźnie ujrzałem to zbezczeszczone ciało. A nie usłyszałem nic.
Mamy nowy most na Wiśle. Warszawiacy czekali na niego całe lata. I wreszcie jest! Wczoraj wieczorem poszedłem na skromną wizytę i w telewizorze zobaczyłem migawkę z uroczystości zorganizowanych przez władze Warszawy na tym nowym moście i w jego okolicach. Wedle dostępnych szacunków, uroczystość otwarcia mostu zgromadziła 50 tys. osób. Telewizyjny obraz pokazał najpierw tych ludzi, radosnych i kwitnących dumą i satysfakcją, nad nimi przepiękny pokaz ogni sztucznych, a nad tymi ogniami, wznoszący się, jak na zaszczytnym posterunku, helikopter o znanej już w całym kraju nazwie „Błękitny 24”. 50 tys. ludzi – 50 tysięcy! –skąpanych w blasku pokazu sztucznych ogni. Warszawa ma nowy most!
A ja nie mogę już ani myśleć, ani tym bardziej dalej pisać. Bo nie ma wystarczająco głębokich myśli, ani odpowiednio mocnych słów. Jest tylko to umęczone, wypchane ruskimi śmieciami ciało i ten piękny pokaz ogni nad pięknym warszawskim mostem. Żebyśmy wiedzieli. Żebyśmy nie zapomnieli. I żebyśmy milczeli.

Proszę wspierać ten blog. Dziękuję.

piątek, 23 marca 2012

Danse Macabre na ich telefonach

Jeszcze jesienią zeszłego roku, zmartwiony wynikiem wyborów, w których jakimś niewyobrażalnym złym cudem Platforma Obywatelska została wyznaczona przez Naród do reprezentowania jego interesów przez kolejne cztery lata, a Prawo i Sprawiedliwość dało się ograć jak dziecko – choć przyznać muszę, że niektórzy twierdzą, że jakkolwiek faktycznie ograć się dało, to wcale nie jak dziecko – zwróciłem tu uwagę na projekt autorstwa Wojciecha Cejrowskiego, realizowany przez niego z niewiarygodnym wręcz uporem w Internecie, a polegający na regularnej produkcji krótkich, ledwo minutowych migawek, stanowiących z jednej strony parodię starych kronik filmowych, a z drugich bardzo złośliwy atak na władzę. Chodziło mi o dwie rzeczy. Pierwsze to to, że ja naprawdę uważam, że owe „kroniki” Cejrowskiego stanowią prawdziwe dzieło współczesnej polskiej satyry politycznej, a dwa, że moim zdaniem siła tego ataku jest tak potężna, że gdyby sztab wyborczy PiS-u uznał, że całą kampanię oprze wyłącznie na tych krótkich filmach, wybory zostałyby wygrane, i to bardzo znacznie. One zostałyby wygrane nawet gdyby Jarosław Kaczyński i tak wydał tę swoją nieszczęsną książkę, powiedział w niej o Merkel dokładnie to co powiedział, a System wziął by się za niego tak jak to zrobił faktycznie. A stałoby się tak z tej prostej przyczyny, że Cejrowski w kolejnym swoim wejściu by ów propagandowy atak błyskawicznie zneutralizował.
Dlaczego myślę, że pieniądze jakie sztab Prawa i Sprawiedliwości wydałby na kampanię, płacąc Cejrowskiemu za te filmy tyle ile on by sobie zażyczył, z pewnością nie zostałyby zmarnowane? Otóż dlatego, że ten typ poetyki, a więc cała ta peerelowska wścieklizna ubrana w ów peerelowski syf, to jest to co jest akurat bardzo modne, i to niezależnie od wieku, zwłaszcza wśród osób uważanych za wykształconych. Sukces starych filmow Barei, ów nowy styl polegający na kultywowaniu pamiątek po Peerelu, czy to w postaci zdjęć pustych półek z octem, ormowskich czapek, kartek żywnościowych, sznurka do snopowiązałek i takich tam, świadczy o tym, że PRL funkcjonuje jako bardzo wdzięczna satyra. W sposób wybitny. Ale tu by było jeszcze coś więcej. To co robi Cejrowski jest, jak już wspomniałem, naprawdę znakomite, i nie ma takiej możliwości, by ten typ kampanii został w jakikolwiek sposób propagandowo zniszczony. Poza tym, niechby tylko ktoś spróbował, a natychmiast jedynym tego efektem byłoby dostarczenie Cejrowskiemu tematu do kolejnych odcinków, i cały wysiłek w jednej chwili trafiłby szlag.
Niestety, ani ja nie wiedziałem wcześniej, że te filmy w ogóle istnieją, ani Prawo i Sprawiedliwość nie wpadło na pomysł, by ich użyć w kampanii – oczywiście że negatywnej, bo tylko taka dziś działa – przeciwko Platformie Obywatelskiej, i wszystko skończyło się jak się skończyło, tyle że Cejrowski wciąż kręci swoje „kroniki”, umieszcza je w Internecie, a my tu sobie je regularnie oglądamy i mamy z nich naprawdę dużo czystej satysfakcji. Ale jest coś jeszcze. Ponieważ one, poza rozbawianiem nas i niesieniem tej szczególnej pociechy, stanowią znakomity bieżący komentarz do aktualnych wydarzeń, ja je też trochę traktuje jak źródło informacji. Bo jest tak, że Cejrowski przy ich pomocy bardzo dokładnie relacjonuje to co się dzieje w kraju, a co przechodzi przez ręce jednego czy drugiego Pałacu. I oto niedawno dowiedziałem się, że Donald Tusk oficjalnie i publicznie zakomunikował, że otwarcie Stadionu Narodowego jest takim sukcesem, że ów sukces prawdopodobnie przede wszystkim przykryje wszystkie ostatnie katastrofy, a poza tym udowodni, że ktoś kto jest w stanie wyprodukować coś tak pięknego jak Stadion Narodowy, tak naprawdę nie może być fajtłapą i fuszerem. A słowa Premiera brzmiały dokładnie tak:
Kondycja moich ministrów i kondycja całego rządu jest zdecydowanie lepsza niż opinie na temat tego rządu i ocena poszczególnych ministrów.
To jest trochę tak, jak ze Stadionem Narodowym. Jeszcze kilka dni temu czytałem w popularnym dzienniku, że to jest fuszerka stulecia, a dzisiaj czytam, że nie ma fajniejszej tapety na komórkę niż zdjęcie stadionu w meczu otwarcia. Cieszę się, że tak szybko zmieniamy zdanie.
Mam nadzieję, że także ocena działań poszczególnych ministrów będzie adekwatna do rzeczywistej ich pracy, a nie do aktualnego nastroju”.
Kiedy usłyszałem u Cejrowskiego o tej tapecie, w pierwszej chwili nawet nie pomyślałem, że to może być prawda. Zwyczajnie uznałem, że to tylko taki dowcip, no bo wprawdzie każdy z nas wie, że możliwości Donalda Tuska są niemal nieograniczone, niemniej przesadzać też nie wypada. Jednak córka moja nagle, naiwnie jak to dziecko, zapytała mnie, czy myślę, że Tusk faktycznie powiedział to o tej tapecie, a ja nagle sobie pomyślałem, że co jeśli tak? Co jeśli on rzeczywiście uznał, że ten stadion to „fajna” tapeta na komórkę i że niedługo ludzie będą sobie dawać na tapety swoich komórek również „fajne” zdjęcia jego rządu? Wpisałem więc w googlu „stadion tapeta Tusk”… no i okazuje się, że owszem. Jak najbardziej. To się zdarzyło. A wynik tego wypadku przekleiłem wyżej.
Od owego odkrycia minęło już trochę czasu, i przyznam, że nawet nie planowałem o tym pisać. Jednak w ostatnich dniach wydarzyły się dwie rzeczy, które jakoś mi utkwiły w pamięci, i jednocześnie przypomniały tę tapetę. O pierwszej z nich pisałem już ostatnio Chodzi mi o tę scenę pokazaną wielokrotnie w telewizji, jak to prezydent, w ramach codziennej pracy na rzecz podratowania, jak mówią, zrujnowanego zdrowia, udaje się na intensywny spacer po Łazienkach. Druga migawka dotyczyła żony Prezydenta, Anny Komorowskiej, jak występuje na jakiejś oficjalnej imprezie i próbuje odczytywać z kartki jakiś tekst, w jezyku może niemieckim, a może szwedzkim, trudno naprawdę stwierdzić. I nawet nie chodzi o to, że ona go czyta tak jak ja bym pewnie czytał tekst napisany po węgiersku, czy francusku, ale o sposób w jaki ona się przy tym zachowuje. Otóż ona stoi na tej mównicy i robi wrażenie osoby albo nieskończenie głupiej, albo kompletnie rozbitej psychicznie, jak… ja wiem? Bohaterki filmow Bergmana, które się nażarły jakichś środków uspokajających, i jedynym tego efektem jest to, że z jednej strony są w stanie skrajnego napięcia, a z drugiej, starają się to napięcie pokonać, podrygując i chichocząc. Trochę żałuję, że nie umiem w sieci znaleźć filmu z tego popisu, ale z drugiej strony nawet nie wiem, czy warto. Ona zawsze zachowuje się mniej więcej tak samo, a więc jakby była przez swojego męża nieustannie i najokrutniej w świecie gnojona, a więc kto wie, czy ta prezentacja by coś do tej naszej dzisiejszej refleksji wniosła?
O jakie zachowanie mi chodzi? Żeby je opisać muszę wrócić do wydarzenia jeszcze wcześniejszego, też tu już dyskutowanego, kiedy to Pierwsza Para występowała w telewizji z życzeniami z okazji Dnia Dziadka, a na samym środku kadru, na koniku na biegunach, siedziała ich wnuczka i w kompletnym zapamiętaniu się huśtała. Piszę „w zapamiętaniu”, bo ona wyglądała mniej więcej tak, jak prezydent Komorowski na spacerze w Łazienkach, jego żona z tą kartką zapisaną niemiecką fonetyką, i jak zapewne musiał wyglądać Donald Tusk, kiedy opowiadał o tych tapetach. Bo ja to własnie tak widzę. On wszyscy zachowują się jakby byli w stanie takiego zdenerwowania, że jedynym lekarstwem na nie jest oczywiście wziąć jakieś leki, ale ponieważ ich w pewnym momencie jest już za dużo, to oni zaczynają się zachowywać jakby już tylko stanowili rozedrgany strzępek nerwów. Chciałbym jakoś opisać to co sobie o nich wszystkich myślę, i nagle mi się już tylko przypomina pewna moja uczennica sprzed lat, która z jakiegoś powodu nieustannie sobie rozdrapywała cyrklem rękę. Tak ich właśnie wszystkich widzę. Tych ludzi na skraju nerwowego załamania, którzy oczywiście bardzo się starają trzymać fason, niekiedy nawet udaje im się robić wrażenie wesołych i pełnych energii, ale raz po raz wyłazi im spod tej maski ten cyrkiel, te zaciśnięte zęby i to opętanie, które ich dzień po dniu zżera.
W komentarzu pod tekstem o spacerującym Komorowskim nasza serdeczna koleżanka Marylka zasugerowała, że owa jurność, z jaką Bronisław Komorowski prezentował się na tym swoim spacerze, świadczy o tym, że wszystkie te teksty, które swego czasu „Gazeta Polska” nam podsyłała, żebyśmy pamiętali, że dni Komorowskiego są policzone, to zwykła bzdura. Że on jest zdrowy jak rydz i zawsze gotowy, żeby ruszyć w knieje i sobie coś upolować. A ja na to zaproponowałem, że nie wiadomo nic. Jego serce może być faktycznie w świetnym stanie, tyle że co z tego, jeśli oni wszyscy – niewykluczone że zwyczajnie przez ten Smoleńsk – zwyczajnie zwariowali i te ich podskoki to zwykły Taniec Śmierci? Co więc z tego? A ja bym wcale nie był taki pewien, czy nie mam racji. To biedne, kompletnie zafiksowane bujające się na koniku dziecko, jego babcia dukająca nerwowo swój niemiecki tekst, jej dziadek pędzący alejkami Łazienek, pewnie dlatego że lekarz kazał, no i wreszcie Donald Tusk, opowiadający jakieś idiotyzmy o Narodowym Stadionie na tapetach polskich komórek – to może faktycznie być już tylko jakiś smutny rytuał na ostateczne odejście. Kto wie, czy Prawo i Sprawiedliwość, czekając w tym swoim przyczajeniu, nie wie, co robi?
Pomyślmy więc, że owszem. Że tak to właśnie jest, i rozluźnijmy się ciepło przy jednej z kronik Cejrowskiego. Nie tej opisanej wyżej. Takiej której możemy nie znać. A jak już się przestaniemy śmiać, pomyślcie trochę o mnie i o tym blogu, i zechciejcie go wesprzeć czym tam macie pod ręką. Numer konta jest tuż obok. Dziękuję.

środa, 21 marca 2012

Narco, Grillo i Oszajca - propozycja dla Polski

Z czasów kiedy byłem jeszcze studentem pamiętam pewien element tego życia, który zawsze robił na mnie pewne, dość nieprzyjemne, wrażenie. Chodzi mianowicie o to, że nie było praktycznie chwili, by ktoś z nas nie miał okazji obserwować takiej oto sceny. Idzie sobie student i próbuje nawiązać rozmowę z którymś z asystentów, podczas gdy ów asystent, ani się nie zatrzymując, ani nawet nie odwracając głowy, maszeruje przed siebie z bardzo zasępioną miną, powtarzając pod nosem coś w rodzaju : „Tak, no, no, tak, tak, tak, no”, by te potakiwania skończyć jakimś „Proszę mnie szukać jutro po 19”. Pamiętam też, że kiedy wreszcie wiedziałem, że to już koniec tego mojego całego studiowania, to oczywiście było mi trochę przykro – w końcu to był naprawdę mile spędzony czas – ale jedna rzecz cieszyła mnie niezmiernie. Że ci asystenci zostaną tu już do końca zycia z tym swoim nieznośnym lansem, natomiast ja szczęśliwie będę już zupełnie gdzie indziej.
Przypomniały mi się niedawno tamte obyczaje parę razy. Pierwszy raz w formie niezwykle wesołej. Mianowicie w radio nadano powtórkę czegoś, co kiedyś bardzo lubiłem i co mnie bardzo śmieszyło, a co się nazywało „Kocham pana, panie Sułku”, czy jakoś tak. W tym akurat odcinku chodziło o to, że pani Eliza kupiła panu Sułkowi rower, on na ten rower wsiadł i sobie pojechał. A ponieważ był bardzo zadowolony, a pani Eliza lubiła patrzeć jak on jest zadowolony, to biegła za nim z jego plecakiem, mówiła mu, że go kocha, na co on nieodmiennie mówił jej „Cicho, wiem!”
Drugi raz – wczoraj, gdy w telewizji obejrzałem sobie scenę przedstawiającą prezydenta Komorowskiego, jak w wycieczkowym stroju rusza na spacer po warszawskich Łazienkach, a za nim biegnie dziennikarka telewizji TVN24 i próbuje się czegoś – sam już nawet nie wiem, czego – od niego dowiedzieć. Kiedy mówię „biegnie”, to chodzi mi dokładnie o to, że ona biegnie. Nie idzie szybkim krokiem, ale biegnie. Tak to właśnie wygląda. Komorowski z jakiegoś powodu maszeruje bardzo szybko, i ani nie przystaje, ani nie zwalnia kroku, ani nie odwraca głowy w stronę dziennikarki, tylko bardzo szybko idzie prosto przed siebie, a ona z tym mikrofonem biegnie za nim. I nie jest też tak, że Komorowski z nią rozmawiać nie chce. Że ona mu w czymś przeszkadza. Że on jest tą jej obecnością zdenerwowany. Nic podobnego. On jest na spacerze. I jest wręcz w szampańskim nastroju, cały czas jej coś odpowiada, żartuje, pokrzykuje, tyle że na nią nawet nie patrzy, a ona za nim biegnie. Zwyczajnie biegnie.
Ktoś powie, że się niepotrzebnie czepiam, bo dokładnie tak samo postępuje Jarosław Kaczyński. Ile razy jakiś dziennikarz coś od niego chce, on nawet się nie zatrzymuje, nawet na niego nie patrzy. Otóż nie do końca. Jak idzie o Jarosława Kaczyńskiego, on, owszem, z dziennikarzami woli nie rozmawiać i ich notorycznie lekceważy, tyle że ja nie znam sytuacji, żeby on akurat pozwolił sobie na to, by któraś z dziennikarek za nim biegła, on ją traktował z tak chamskim lekceważeniem, a jednocześnie rozmawiał z nią jak z jakimś gównem, które go owszem bawi, ale nie na tyle by się jakoś szczególnie nim przejmować. Krótko mówiąc, Kaczyński w tego typu sytuacji by się przynajmniej zatrzymał i poprosił tę kobietę, by dała mu spokój.
Ktoś inny z kolei powie, że nie wiadomo, czemu ja się dziwię. Przecież Komorowski to prowincjonalny żłób i jeśli coś w tym zachowaniu było dziwnego to raczej to, że on tej dziennikarce nie rzucił uwagi typu: „Uważaj laleczko, żeby ci majtki nie spadły”, albo nie poprosił swojej ochrony, by zabrali mu z oczu „tego kaszalota”. No i ja to akurat rozumiem. Zachowanie Bronisława Komorowskiego, jakie można było zaobserwować wczoraj w telewizji, w jego akurat wykonaniu pozostaje mocno w tradycji i w standardzie. Ja jednak nie piszę tego tekstu po to, by się dziwić, jaki z tego Komorowskiego cham, lecz by się zastanowić nad ogólną sytuacją na tej naszej nędznej scenie. Bo proszę pomyśleć, czemu ona za nim biegła? Ja wiem, czemu mi się zdarzało biec za jakimś wówczas jeszcze doktorem Sławkiem, czy innym niedzielnym mądralą. Chodziło o coś, co akurat przez tamte lata było rzeczą najważniejszą. Dostać zaliczenie, zdać egzamin i przejść ten etap. Czemu w skeczu Jacka Janczarskiego pani Eliza biegła za panem Sułkiem? Bo była w nim zakochana. Czemu dziennikarka TVN24 biegła za Komorowskim? Bo taki jej zawód. Gdyby ona postąpiła z godnością i, widząc co ten typ wyprawia, zatrzymała się, wzruszyła ramionami i odeszła spluwając przez ramię, wszyscy oczywiście mielibyśmy satysfakcję, widząc jak Komorowskiemu ten jego wieśniacki rumieniec znika z twarzy, natomiast ją by Walter wyrzucił z pracy. A więc w sumie gra nie warta świeczki.
No ale zastanówmy się, co by ona zrobiła, gdyby nasz prezydent jednak wspomniał coś na temat tych majtek? Czy ona by wtedy zareagowała? Nie sądzę. Najwyżej perlistym śmiechem. Dlaczego? Czy dlatego, że jest głupia? Możliwe. Ale tu raczej też by chodziło o to, że taki jest właśnie jej zawód. Dać się gnoić. Jest jednak tak, że skoro pojawiły się już pewne pytania, za nimi muszą się pojawić następne. A to choćby i takie, że czy gdyby tam zamiast Komorowskiego stał Jaroslaw Kaczyński i coś by mu strzeliło do głowy, by się zachować jak cham z lasu, to czy ona nadal by musiała rzetelnie realizować swoją dziennikarską umowę? Owszem, tyle że już w innym zakresie. I wszyscy ci, którzy czytają ten blog, wiedzą świetnie o jaki zakres tu może chodzić.
A więc nie mam ochoty dziś pisać o tym, że Bronisław Komorowski jest rumianym panem Bolkiem z budowy. Nam tego typu rewelacje nie są do niczego potrzebne. Mnie chodzi o coś dalece głębszego. Otóż mam wrażenie, i wczoraj, oglądając trochę więcej niż zwykle tej telewizji, zrozumiałem z poczuciem pewnego przygnębienia, że niemal wszystko co się wokół nas dzieje jest bardzo starannie ustawione. Patrzyłem na tego Pawlaka, Tuska, Palikota, jakiegoś urbanowego buca w programie u Olejnik, Waldemara Kuczyńskiego z jakimś dziennikarzem z „Newsweeka”, udających że przedstawiają poważne analizy, a później pokazał się poseł Błaszczak i wygłosił bardzo oczywiście rozsądną ocenę fatalnej pracy rządu, a nad tym wszystkim królował żółty napis „Wydanie Specjalne: Kryzys w Koalicji”. No i na tle tego wszystkiego, w regularnych odstępach czasu pokazywano nam rozbawionego i jurnego Prezydenta, jak się goni po parku z jakąś cizią z TVN-u.
I oczywiście na blogach podobnie. Aż się dymi od analiz. Tusk podobno już ledwo przędzie. W krakowskim kościele protest głodowy. Dudek popiera. Migalski jest przeciw. Gowin za ekshumacjami – Tusk się boi. Krakowska Kuria zakazała Terlikowskiemu prowadzenia rekolekcji. Dla jednych to dobrze, inni są oburzeni. Free Your Mind ze Ściosem wymieniają poglądy. Pani Małgosia apeluje: „Powstańmy z pogardy kłamstwa, hańby, lęku”. Coryllus znów w piwnicy. A ja sobie myślę o tym Salonie24, który, jak sądzę, jest dziś największą czysto blogerską platformą w Polsce i możnaby mieć nadzieję, że to stamtąd pójdzie ten ruch. Otóż tam właśnie, całkiem niedawno, na głównej stronie umieszczony został osobny dział zatytułowany „Pod patronatem Salon24.pl”, gdzie, jak się domyślam, mamy okazję zapoznać się z projektami, które zdaniem Igora Janke stanowią dla nas ofertę na przyszłość, ofertę na tyle poważną, że Salon24 udziela jej swego poparcia i pieniędzy. Otóż od dłuższego już czasu możemy się zorientować, że ów patronat obejmuje dwa punkty. Pierwszy zatytułowany jest „ElNarco – narkotykowy zamach stanu w Meksyku” i stanowi promocję książki jakiegoś Ioana Grillo. Posłuchajmy. Pisownia zachowana:
Na wściekle gorącej, pustynnej wyżynie Kolorado, pośród kaktusów i opuszczonych rancz znajduje się najlepiej strzeżone więzienie świata. Znane jest jako alcatraz Gór Skalistych albo prościej, jako Supermax. Tam strażnicy mają pewność, iż żaden z 475 więźniów nie zabije innego ani nie ucieknie: trzyma się ich w zamknięciu przez 23 godziny na dobę w celi nieco ponad 2 na 3,5 metra. rzecznicy praw człowieka twierdzą, że lata takiego odosobnienia doprowadzają skazanych do obłędu. Władze odpowiadają, że ludzie ci dostają to, na co zasłużyli. lista skazanych na odsiadkę w Supermaksie brzmi jak fragment encyklopedii najbardziej niesławnych przestępców i terrorystów. Siedzą tam winni ataków z 11 września w nowym Jorku, Theodore Kaczynski, znany 82 też jako Unabomber, Barry Byron mills, założyciel morderczego więziennego gangu Bractwo aryjskie, Salvatore „Sammy Byk” Gravano, jeden z bossów mafii nowojorskiej, richard reid, terrorysta z bombą w bucie, Ramzi Yousef, jeden z odpowiedzialnych za eksplozje w World Trade Center w 1993 roku i wielu innych morderców, podpalaczy, gwałcicieli, a także szantażystów i osób podkładających bomby. W tej zbieraninie najstraszniejszych czarnych charakterów świata znajduje się też starzejący się latynos o siwiejących włosach i śniadej cerze, której zawdzięcza pseudonim negro. negro spędził w odosobnieniu już ponad dwie dekady i do końca wyroku, opiewającego na półtora wieku, zostało mu 128 lat. ma jeszcze na koncie pojedyncze wyroki zasądzone w trakcie innego procesu. Patrząc na ten niebywale długi wyrok, można by pomyśleć, że prokuratura żywiła do negro szczególną niechęć. Tak właśnie było. Jego niewybaczalną zbrodnią było, zdaniem sędziów, planowanie porwania agenta Dea enrique „Kiki” Camareny, który został zgwałcony i zamordowany w meksyku w 1985 roku. morderstwo to, jak twierdzi Dea, zlecono, by chronić pierwszy meksykański kartel narkotykowy.
Co zabawne, jedyny z szefów tego pierwszego kartelu na meksykańskiej ziemi, osadzony w amerykańskim więzieniu, nie jest meksykaninem. Pochodzi z Hondurasu i nazywa się Juan ramon matta Ballesteros”.
A więc to, jak rozumiem, jest patronat mający na celu edukację hołoty. Jest też jednak coś dla inteligencji. Promotorzy polskiej blogosfery również dbają o tę lepszą część społeczeństwa. Nazywa się to „Życie to nie teatr – o patrzeniu w lustro”, a dotyczy rekolekcji. Właśnie tak. Rekolekcji. Dla internautów. Oto zapowiedź:
25 marca rozpoczynają się kolejne rekolekcje na facebooku przygotowane i prowadzone przez jezuitów. Poprzednie, ‘Brzytwą po schematach’ i ‘Rekolekcje dla niewierzących’, cieszyły się dużym zainteresowaniem zarówno mediów jak i uczestników.
Tym razem będą to rekolekcje prowadzone w formie mini konferencji i ćwiczeń udostępnionych w serwisie YouTube i na facebooku. Prowadzącym jest o. Wacław Oszajca SJ, a współpracują z nim młodzi jezuici z Rzymu i Warszawy”.
A więc już wszystko jasne. My prowadzimy te blogi, poszerzamy przestrzeń polskości, budujemy archipelagi, w koalicji kryzys, Bronisław Komorowski na spacerze, a jeśli ktoś potrzebuje się w międzyczasie odchamić, może albo sobie poczytać dzieło Ioana Grillo o mafii w Meksyku, lub wysłuchać wykładu ojca Oszajcy o tym, że Bóg albo jest albo go nie ma. Przedwczoraj napisałem tekst o tym, że dopóki jedyny autentyczny ruch oddolny, z jakim mamy do czynienia w Polsce nie zostanie uwolniony i dostrzeżony przez ludzi dobrej woli, nie ma o czym gadać. Wygląda na to, że System staje na głowie, by nikomu nie przyszło do głowy sądzić, że ten ruch to coś więcej niż zabawa w starym brudnym piasku.
Proszę o wspieranie tego bloga zarówno swoją obecnością, jak i wpłatami na podany obok numer konta. Przypominam również o książce. Też jest do kupienia tuż obok. I nie tylko. Dziękuję.

poniedziałek, 19 marca 2012

Wygrać za darmo, przegrać za frajer

Przyjechał Jarosław Kaczyński na Śląsk i do Zagłębia, pobył to tu to tam, spotkał się trochę z ludźmi, trochę z działaczami, trochę z mediami, i pierwsze co zauważyłem, to to, że właściwie nie podniósł się z tej okazji zwyczajowy zgiełk. Wprawdzie dziś troszkę się z Prezesa gdzieniegdzie śmieją, że nie miał ze sobą portfela i musiał znów pożyczyć pieniądze od ochrony, że pocałował w rękę panią, która sprzedała mu pluszaka dla wnuczki, i że ciekawe, czy on tak zawsze w sklepie, że w Czerwionce na spotkanie z nim przyszło „zaledwie” 150 osób, ale poza tym – zupełna cisza. Jak idzie natomiast o tradycyjne plucie, to zaledwie jeden bałwan w Salonie24 po raz sto osiemdziesiąty czwarty wyszydził Premiera za to, że swego czasu – o czym każdy wykształcony obywatel przecież wie, lub wiedzieć powinien – powiedział, że „Śląskość to ukryta opcja niemiecka”.
Dziwi mnie trochę to milczenie z dwóch powodów. Przede wszystkim, miałem przyjemność być na spotkaniu Jarosława Kaczyńskiego z członkami Solidarności i PiS-u w Katowicach, i choć z pełną satysfakcją muszę potwierdzić, że Prezes był w fantastycznej formie, jak zwykle elokwentny, rzeczowy i niezwykle wprost inspirujący, nawet ja – a więc ktoś kto powinien mieć klapki na oczach i uszach – nie mogłem nie zauważyć, że on się co najmniej dwukrotnie bardzo poważnie wystawił. To po pierwsze. Druga rzecz jest taka, że w moim pojęciu, jeśli media – a przecież był tam TVN – te jego wpadki zlekceważyły, to znaczy, że albo ich nie zauważyły, albo machnęły na nie ręką, co w obu przypadkach i tak świadczyć może tylko o jednym – dowalanie Kaczyńskiemu ot tak sobie, bez zorganizowanej zachęty, stało się nudne. A tego, że to może nastąpić tak szybko, jednak się nie spodziewałem.
Jak mówię, Jaroslaw Kaczyński na spotkaniu w Katowicach ogólne wrażenie zrobił na mnie bardzo dobre niemal pod każdym względem. Dobre do tego stopnia, że znów zrobiło mi się okropnie smutno, kiedy sobie uświadomiłem, że niestety mamy już i wciąż tylko jego. Że gdyby choć jedną dziesiątą tego, co on tam mówił, delegować na jego współpracowników, którzy przecież mają jakieś obowiązki, i skierować do tych, dla których te słowa miałyby jakiekolwiek znaczenie poza znaczeniem terapeutycznym, bylibyśmy zupełnie gdzie indziej niż jesteśmy teraz. Bo niemal każde jego słowo, jeśli tylko nie jest zagłuszone przez propagandowy zgiełk, ma silę porażającą. Bo Kaczyński, kiedy mówi, to nie prowadzi polemik z „panem posłem”, czy z „panią minister”, on się nie pojedynkuje z jakimś zezowatym jąkałą pracującym jako dziennikarz. On kieruje do nas komunikat, i jest to komunikat, który można albo przyjąć, albo zagłuszyć, albo zmilczeć. Jednak nie oszukujmy się. Przede wszystkim, jak się możemy domyślić, o tym że w siedzibie Solidarności w Katowicach, w sobotę o godzinie 13.30 odbędzie się spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim wiedzieli tylko ci, co takie rzeczy wiedzą zawsze, a więc głównie ci, którzy tydzień wcześniej przyszli na mszę w miesięcznicę Smoleńskiej Katastrofy i ich znajomi. Po drugie, przez to właśnie, że to byli właśnie oni – że to byliśmy tylko my – wizyta Jarosława Kaczyńskiego tu na Śląsku i w okolicach była jak psu na budę. Bez jakiegokolwiek praktycznego znaczenia. O ile nie chodziło najwyżej o to, by ci co dotychczas wspierali PiS nie zaczęli wspierać Solidarnej Polski. To jednak chyba trochę mało, prawda?
Nie oszukujmy się więc. Widok Jarosława Kaczyńskiego, choćby w niewiadomo jak wybornej formie, sadzającego sobie dłoni, okręcającego sobie wokół palca, hipnotyzującego, zabawiającego choćby i tysiąc – choćby i dziesięć tysięcy – zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, jest przygnębiający w stopniu najwyższym. A to i tak akurat nie wszystko. To nawet nie jest w tym najgorsze. Prawdziwy żal pojawia się wtedy, gdy nagle się okazuje, że Kaczyński jest tak naprawdę sam jak palec, a to co się liczy naprawdę, i to co tworzy ten ruch, to wszyscy ci, co siedzą obok niego przy tym prezydialnym stole – banda działaczy (z wyłączeniem, co muszę uczciwie tu zaznaczyć, szefa śląskiej Solidarności, którego nie znam w ogóle, ale który przynajmniej potrafi wyglądać), lokalnych posłów i tych, którzy tymi działaczami albo posłami dopiero być może zostaną. To oni zajmują się tym interesem na co dzień. A obecność Jarosława Kaczyńskiego ma ich tylko w tym co robią uwiarygodniać. Obecność Jarosława Kaczyńskiego obok nich, a tym samym ich obecność przy Jarosławie Kaczyńskim, służy tylko jednemu. By każdy z nich, jak przyjdzie jego czas, zajął jak najlepsze miejsce.
Ktoś mi powie, że się czepiam. Że przecież tak właśnie wygląda polityka. Że to nie jest tak hop-siup. Że aby odzyskać władzę, potrzebujemy ciężkiej pracy i lojalności. I bardzo dobrze. Zgoda. Tyle że ja nie widzę tu ani jednego ani drugiego. Ciężka praca i lojalność, to byli Przemysław Gosiewski i Janusz Kurtyka. Choćby oni. Niestety dziś na nich już liczyć nie możemy. Ja widzę tylko z jednej strony całą kupę działaczy, którzy się nieustannie i wyłącznie przepychają, i całą kupę kibiców, którzy też dbają tylko o to, by usiąść jak najbliżej i pokazać sobie i innym, że są bliżej niż dalej. I jedyne co ich wyróżnia na korzyść, to to, że owszem, zachowali przynajmniej tę autentyczną lojalność. Że jak przyjdą kolejne wybory, to zagłosują na Jarosława Kaczyńskiego. Własnie na niego. Tak naprawdę tylko na niego.
Jak ja bardzo bym chciał umieć opisać prostymi słowami tę bandę i ich znajomych, kręcących się wokół Prezesa, a jak się nie da wokół Prezesa, to wokół siebie, z tą jedną jedyną myślą, by ktoś kto się liczy bardziej od innych zechciał im podać rękę, lub choćby pozdrowić z daleka przyjaznym spojrzeniem. Te wszystkie „Dzień dobry, panie pośle”, „Dzień dobry, pani poseł”, „Dzień dobry, panie profesorze”, „Dzień dobry, panie doktorze”, „Dzień dobry, panie profesorze”, „Cześć, stary”. I tych, którzy wprawdzie z nikim przywitać się nie mogą, na których nikt nawet nie zechce spojrzeć, ale za to ktoś może zgodzi się im zrobić zdjęcie, żeby mieli na pamiątkę. I te panie rozdające wszystkim chętnym te kartki, żeby oni mogli je zapisać, najchętniej na obu stronach, swoimi pytaniami do Prezesa, a których on nawet nie będzie miał okazji przeczytać, a co dopiero na nie odpowiedzieć. Tych chłopców rozdających darmowe egzemplarze jakiegoś starego numeru „Gazety Polskiej Codziennie”. A wszystkich złączonych jedną jedyną myślą – by wreszcie udało się odsunąć od władzy „tego rudego Niemca”. I żeby u nas było tak jak na Węgrzech.
Dziś na swoim blogu w Salonie24 Coryllus napisał bardzo ważny tekst o tym, jak to nie ma czegoś takiego jak oddolny ruch na rzecz poszerzania polskości, czy tworzenia archipelagów owej polskości. Że wszystko co się tak naprawdę liczy, to starannie bardzo kontrolowana część Systemu, która nawet jeśli ma jakąkolwiek autonomię, to również bardzo silnie sterowaną. I że jeśli pojawi się gdziekolwiek cokolwiek, co może stanowić jakąkolwiek szansę na pojawienie się autentycznego ruchu o szczerych ambicjach, zostaje natychmiast albo wchłonięte, albo zneutralizowane, albo zamknięte w całkowitym niebycie. W pewnym momencie – on już tak ma – napisał Coryllus, że jedyne jakie on zna autentyczne ruchy oddolne, to blogi, a w tym blog jego i mój. I oczywiście uwaga ta spotkała się albo z oburzeniem, że on jak zwykle pokazuje wyłącznie swoją bufonadę, albo z całkowitym niezrozumieniem, że to właśnie jest nieprawda, bo blogi się kompletnie nie liczą.
O tej bufonadzie szkoda nawet dyskutować, natomiast ciekawe jest owo przekonanie, że blogi się nie liczą, a więc nie ma w ogóle o czym gadać. Dlaczego uważam, że ono jest ciekawe? Otóż dlatego, że dokładnie to samo zasugerował Jarosław Kaczyński w czasie swojego spotkania w sobotę w Katowicach. On wprawdzie nie użył słowa „blogi”, bo nie wykluczam, że nawet nie bardzo wie, co to takiego, natomiast owszem, wspomniał o Internecie, i zakomunikował, że jak idzie o szerzenie owej prawdy, to na Internet nie ma co liczyć, bo to „zaledwie 15 procent społeczeństwa”. Myślę że Jarosław Kaczyński przesadził. Internet to nie jest 15 procent społeczeństwa. Internet to najwyżej 10 procent tego społeczeństwa, a pewnie jeszcze mniej. Tyle że ja bym był bardzo szczęśliwy, gdyby prezes partii, którą wiernie i lojalnie popieram, zechciał się zastanowić, dlaczego, skoro ta część opinii publicznej jest aż tak zaniedbana, nie warto by było ją przejąć choćby i na własność. Czy naprawdę to, że on osobiście Internetu nie lubi, na nim się nie zna, i poznać nie planuje, jest wystarczająco dobrym powodem, żeby machnąć ręką na tych wszystkich, których wokół siebie zorganizował, i im powiedziec, że niech sobie z tym Internetem robią co chcą? Otóż Coryllus ma jak najbardziej rację. Cały autentyczny ruch – nazwijmy go oddolnym – tak czy inaczej skoncentrowany jest w Internecie. Oczywiście, że trwa bardzo stała i bardzo okrutna walka o to, by go osłabić i przekształcić wyłącznie w pewne alibi dla czyichś nie mających nic wspólnego ani z Polską, ani z Jej interesem, jednak Internet żyje i, jak na swoje możliwości, ma się całkiem dobrze. Przepraszam bardzo, ale co by prezesowi Kaczyńskiemu zaszkodziło, gdyby on z jednej strony wziął za mordę tych wszystkich administratorów stron w rodzaju pis.org.pl, czy mypis.pl i ich poinformował, że albo się wezmą do roboty i sprawią, że obie te strony staną się najpopularniejszymi stronami w Sieci, albo wylecą na zbity pysk i będą sobie mogli pójść do PO, a z drugiej poinstruował całą tę bandę telewizyjnych celebrytów, że zamiast się użerać z Palikotem, czy jakimś Kaliszem, mają przede wszystkim informować ludzi o rzeczach istotnych, a oprócz tego zachęcać ludzi do czytania blogów. I to nie swoich. Bo to tam – na blogach – jest prawdziwy ruch i prawdziwy, autentyczny ogień. Nawet jeśli naiwny i głupi. I to on by w jednej chwili mógł sprawić, by Internet stał się narzędziem walki i zwycięstwa. Tymczasem jedyne na co go stać, to wspomnieć coś o tym że reżim nie chce dać koncesji Telewizji Trwam i że „Uważam Rze” coś ciekawego napisało. No i że media nienawidzą PiS-u, a na własne nas nie stać.
Na spotkaniu, na którym byłem w katowickiej siedzibie Solidarności było może 500, może więcej osób. Nigdy nie potrafiłem oszacować tego typu spotkań. I jestem głęboko przekonany, że wśród nich było najwyżej parę – jeśli w ogóle – takich, którzy wiedzieli o tym blogu, czy o blogu Coryllusa. Ale nie chodzi przecież nawet o nas. Jestem pewien, że tam było zaledwie parę osób – a kto wie, czy choćby i tyle – co wiedziały o tym, że gdzieś można sobie poczytać teksty Ufki, Rybitzkiego, seawolfa, jakiegoś, cholera, Gadowskiego, czy Łażącego Łazarza. Natomiast owszem – każdy z całą pewnością wiedział, że jest „Gazeta Polska” i że od pewnego czasu można też kupić dziennik o tej samej nazwie. I że jak będzie miała być jakaś demonstracja, to tam będzie można znaleźć o niej ogłoszenie. I że to powinno wszystkim wystarczyć. I znów chciałbym bardzo wiedzieć, co Jarosławowi Kaczyńskiemu by szkodziło, żeby powiedzieć zebranym tam ludziom, by korzystali z Internetu, żeby czytali blogi, żeby opowiedzieli o nich swoim znajomym, żeby wspierali tę Sieć i ją przejmowali? Gdyby to nie był Jaroslaw Kaczyński, to bym wiedział co mu szkodzi. Jemu szkodziłoby słowo Tomasza Sakiewicza i Igora Janke, którzy mu powiedzieli, żeby dał spokój, bo blogi to nic nie warte gówno. Że jeśli ktoś chce sobie coś wartościowego poczytać, to ma blog Ryszarda Czarneckiego, lub Janusza Śniadka. Ale ponieważ to nie ktokolwiek, lecz sam Jaroslaw Kaczyński, to wiem, że jemu szkodzi tylko to, że Internet go nie interesuje.
Świadomość tej niszy jest przygnębiająca. I to wcale nie dlatego, że sam się w niej znajduję. Pewnie, że byłoby dobrze, gdyby ten blog czytały tysiące. Żeby książka, którą mi wydał Coryllus, już się sprzedała, i żebym mógł wydać kolejne felietony z tego bloga, w jeszcze większym nakładzie. Byłoby dobrze dla mnie, ale też – o czym jestem przekonany – dla owego zwycięstwa, o którym wszyscy tyle gadają. Ale nie o to najbardziej chodzi. Problem jest w tym, że ja mam bardzo mocne przekonanie, że istnieje bardzo poważna zmowa ze strony mediów oficjalnych – a w tym nurcie jest i „Polityka” i „Uważam Rze” i „Gazeta Polska” – by Internet się nie wybił. Żeby te 15 procent o których mówi Jarosław Kaczyński stanowiło górny pułap. Bo oczywiście byłoby fajnie wygrać i odsunąć od władzy tych niemieckich i ruskich szkodników, jednak jest coś znacznie ważniejszego. My. My jesteśmy ważniejsi. I nie można pozwolić, by to zwycięstwo przypadło w udziale komukolwiek innemu. A więc to jest smutne. I tyle.

Bardzo proszę o wspieranie tego bloga i przez przychodzenie tu i komentowanie, ale również przez wpłaty na podany obok numer konta. Przypominam też o książce. Daję słowo, że warto ją mieć. Dziękuję.

sobota, 17 marca 2012

Z rewizytą na ósmym kręgu

Dziwny przyszedł na mnie czas. Stale chodzi mi po głowie kilka tematów, a co się za który zabiorę, to on mnie tak wciąga, że zamiast przejść do kolejnego, przyklejam się do tego, który leży na tapecie, i się zadręczam. Tak właśnie było z tymi bankami, dokładnie to samo porobiło się z Wałęsą i Blumsztajnem, no i wszystko wskazuje na to, że identyczna sytuacja pojawiła się wraz z Mistewiczem. A zaczęło się to tak, że w komentarzu pod poprzednim tekstem nasz kolega filozof grecki napisał, że nazywanie narracją tego kłamstwa, które nas zewsząd opanowało, jest „odrażające”, i pomyślałem sobie od razu, że ciekawe by w tej sytuacji było sprawdzić, czy to kultowe już „story” wymyślił Mistewicz, czy może on to znalazł w jakichś najczarniejszych kieszeniach nowoczesnej Europy i postanowił się mianować jego emisariuszem? Czy ten tak zwany „marketing narracyjny” to coś co zostało stworzone u nas w roku 2007 na użytek nowej władzy, czy może ktoś to tylko na tę okoliczność do Polski zaimportował?
Zacząłem więc od ruchu podstawowego, i najbardziej oczywistego, a więc wpisałem w googlu hasło „marketing narracyjny”, i wszystko co się pokazało, to był Eryk Mistewicz. I kiedy wydawało się, że już dalej nie trzeba szukać, bo najpewniej stało się tak, że Tusk wygłosił swoje pierwsze, historyczne dziś już expose, publiczność oniemiała, Mistewicz wykrzyknął: „Jakaż to piękna narracja!”, i tak się zaczęła nowa era, zobaczyłem w tym szeregu coś co się nazywa loristex.pl, a obok zapowiedź, że tam można sobie na temat owej narracji poczytać. Zrobiłem ten jeden krok, trafiłem na stronę zatytułowaną „Marketing” … i proszę posłuchać. Pisownia, jak to się przyjęło zaznaczać, jest oryginalna i to wbrew pozorom nie jest głos Lecha Wałęsy:
Jest wiele odmian marketingu, bo też czegoś innego potrzeba na tym rynku i czegoś innego na tym. Jedną z odmian jest marketing narracyjny czyli działania marketingowe z wykorzystaniem narracji, opowieści, co chyba każdemu jest bardzo dobrze znane. na przykład w telewizji, gdzie widzimy różne reklamy w nich się opowiada o danym produkcie i podczas tej opowieści narrator stara się dotrzeć do klienta, a także przekonać go do zakupu danego produktu, ten marketing potrafi być bardzo skuteczny, jeżeli oczywiście jest dobrze przemyślany i ma ręce i nogi jak to się mówi. Z pewnością jest to także marketing niezwykle popularny, bo mamy z nim często do czynienia, nie raz słyszymy opowieści o danym produkcie i usługach, a przez opowieść jesteśmy w pewien sposób namawiani do zakupu danej rzeczy. Dlatego jeżeli ktoś reklamuje swój produkt to warto zastosować także ten marketing, bo potrafi On przynieść wielu nowych klientów, a chyba każdej firmie są Oni potrzebni, dlatego też wielu ludzi stosuje właśnie taki marketing”.
I to wszystko na ten temat. O Mistewiczu ani słowa, natomiast znajdujące się tam menu prowadzi nas do informacji na temat innych typów marketingu, włącznie z tak cudacznymi, jak „marketing partyzancki”, czy „marketing wirusowy”. Gdzieś w samym jednak rogu strony z interesującym nas tekstem o marketingu narracyjnym uczepiony jest link oznaczony słowem „sail”, który z kolei prowadzi nas do strony o zagadkowej nazwie sailboatsandyachts.pl, a na niej, wbrew pozorom żadnych żaglówek, żadnych jachtów, lecz coś co robi wrażenie bloga użytkownika o nicku „topdrzwi”, i znów, wszystko jak w oryginale:
"Śnisz o swoim budynku? Pragniesz postawić dom? Zakupić jakąś inną nieruchomość? Myślisz, która forma pożyczki z pewnością będzie prawidłowa? Niestety, codzienny pośpiech nie umożliwia Tobie wypić w spokoju cherbaty, a co w tym miejscu wówczas powiadać o znalezieniu adekwatnej formy kredytu. Sądzisz, iż jest na 100% to etap długi a również wymyślny? Nic bardziej mylnego. Obecnie dzięki rozwoju trendów oraz zarówno badań naukowych możemy szybko i właśnie bardzo prosto odszukać rzetelną sobie ofertę. Już teraz nie musimy tracić czasu na własne spotkania w instytucji finansowej, możemy to wykonać albo przez internet, czy też skorzystać spośród możliwości asystentów pieniężnych, jacy przyjadą do twojego domku oraz zarówno przedstawią daną ofertę. Przez to kredyt mieszkaniowy nie będzie już dla Ciebie żadną trudnością. Na przestrzeni rozmówki z doradcą pieniężnym dostosujesz ratę kredytu do własnych ewentualności, zapoznasz się z nowymi ofertami instytucji finansowej, określisz maksymalny okres spłaty, itd. I wszystko to na przestrzeni kilkunastu minut. Prócz tego konsultant finansowy na pewno będzie towarzyszył Tobie stale, od momentu skompletowania formalności do czasu sfinalizowania porozumienia z instytucją finansową. Kredyt hipoteczny nie będzie, tak więc procesem długim oraz zarówno skomplikowanym, starczy dobra organizacja. Jednakże zanim zdecydujesz się na podpisanie umowy, to przemyśl to całość wnikliwie. Dlatego że kredyt mieszkaniowy to zobowiązania bankowe na wiele, wiele lat.
Dziś w nawiązaniu z istniejącą sytuacją finansową a również gospodarczą polski, mieszkancy, jeszcze częściej podejmują decyzję o braniu zadłużeń. Funduszy brakuje na nieomal wszystko i na opłatę bieżących rachunków, na kupno książek dla dzieci, na przeprowadzenie wyjazdu na wakacje, na nabycie mieszkanka czy też budowę domu. Pożyczki są, a zatem ostateczną pomocną dłonią. To dzięki temu jesteśmy w stanie umożliwić własnej rodzinie komfortowe i dobre życie, zrealizować plany własne a również dzieci, etc. Naturalnie także widzimy będą ów pożyczki nieodłączną częścią naszego życia. Idą z nami wszędzie. Ze względu z bieżącą sytuacją na aktualnym rynku domów obywatele, co raz częściej starają się o kredyt mieszkaniowy. Żaden z nas nie jest, albowiem realnie z własnej kieszeni, z prywatnych rezerw spieniężyć budowę budynku czy kupno mieszkania. O kredyt hipoteczny ewentualnie może starać się prawie każdy, któż osiąga scharakteryzowane uwarunkowania. Pierwszym priorytetowym warunkiem bywa zachowanie ciągłego przychodu oraz możliwości kredytowania. Bank musi mieć jakieś zapewnienie, gwarancje, że jesteśmy w stanie kiedyś płacić ten kredyt mieszkaniowy. Jest na 100% dodatkowo dużo pozostałych warunków, aczkolwiek owe dwa na pewno są najistotniejsze, bowiem to właśnie one otwierają nam drogę, umożliwiają podjąć kolejne kroki."
I kiedyśmy już to zmęczyli, zaglądamy do opisów pozostałych typów marketingu, i okazuje się nagle, że stamtąd też odchodzą linki, dziesiątki linków, we wszystkich możliwych kierunkach, a stamtąd linki następne i kolejne, i każdy z nich prowadzi wyłącznie do kolejnych informacji o kredytach, z których każda zachowuje tę samą poetykę i ten sam poziom języka, co wyżej:
"Pomyśl sobie o sytuacji. Wstajesz rankiem w swoim łóżku, zjadasz posiłek we własnej kuchni, bierzesz ranny prysznic w osobistej łazience. Mieszkanko zrealizowane jest faktycznie tak jak wolisz, właściwie z Twoim gustem i także wytycznymi. Nawet jedna osoba Ci nie marudzi, iż masz brudy w domu, ze tależe niepozmywane, że resztki nie są wyrzucone, że zużywasz zbyt wiele wody, energii elektrycznej, że masz opóźnienia w opłatach, i tak dalej. Zwyczajnie raj na ziemi. Daną sytuację mamy sposobność określić 1 słowem – swoje, a co najważniejsze osobiste mieszkanko. Sądzisz, że to wyłącznie śliczny sen, którego nie mamy sposobność wprowadzić w życie. Otóż nie, bowiem obecnie jesteś w stanie przerobić to wszystko w realność. Myślisz jakim sposobem może być to możliwe dlatego że na koncie osobistym nie masz stosownej ilości pieniędzy? W wykonaniu owego fajnego planu wspomoże Ci ze 100% pewnością kredyt hipoteczny. Jesteś w stanie go dostać praktycznie w każdym banku po pokazaniu stosownych papierów i właśnie załatwieniu wszelakich niezbędnych spraw. Aby starać się o kredyt mieszkaniowy powinnaś wykonać wyłącznie jeden warunek. Jaki? Powinniśmy mieć sztywny dochód, a zatem mieć zdolność pożyczkową. Dopiero dokonanie takiego warunku stwarza, że jesteś w stanie podjąć którekolwiek kroki połączone z staraniem się dokładnie o tego typu rodzaj kredytu. Poleca się osiągać własne marzenia".
Albo:
"Masz na pewno dość bytu z teściową, albo wielkich kwot, które płacisz za wynajem mieszkania. Jeśli faktycznie tak, to oznacza, że dojrzałeś obecnie do decyzji o swoim “kącie”. Na nieszczęście nie posiadasz odpowiednich funduszy majątkowych. Konieczny Tobie zastrzyk funduszy? Niestety znajomi czy też bliscy nie mają możliwość Tobie pożyczyć takowej sumy. Co więc uczynić? Jedynym zamysłem w takich wypadkach jest, a zatem kredyt mieszkaniowy. Kredyt mieszkaniowy to jednak właściwie ogromne zobowiązanie bankowe, można rzec, że na pewno jest to druga przysięga ślubu. Przebieg pożyczkowy jednak w pewnych sytuacjach znacząco łatwiej przebyć, aniżeli niejedną wspólną drogę bytu. Jak również już wspominałem na pewno jest to znacznie bardzo duże zobowiązanie bankowe, decyzja nie musi, w takim przypadku być podjęta za wcześnie? Przed tym, zanim skusisz się na kredyt hipoteczny, przemyśl to wszystko z uwagą. Zawsze porównaj określoną propozycję z ofertami innych instytucji bankowych. Dlatego że w współzależności od instytucji oferty tego typu produktów odróżniają się procentem, kosztami lub wielkością wkładu swojego, jaki należy wnieść. Czasem w niektórych instytucjach finansowych dosłownie nie trzeba wnosić wkładu własnego. Jeśli natomiast masz trudności z wyborem właściwego banku, nie masz pojęcia, jaka oferta musi być znacznie bardziej najkorzystniejsza dla Ciebie. To znak, że musisz korzystać w zakresie pomocy doradcy finansowego."
Ktoś powie, że to są jakieś niemieckie strony, których użyteczność i zasięg można porównać najwyżej do czegoś, co kiedyś funkcjonowało u nas jako Polonia TV i nadawało „Ojca Chrzestnego” z włoskim dubbingiem. Otóż chyba jednak niekoniecznie. Bo jeśli się przyjrzeć, każda z nich jest sponsorowana przez mainstream w zupełnie podstawowym znaczeniu. Bo oto stamtąd wiodą kolejne linki do bardzo już konkretnych, i już zdecydowanie bardziej zadbanych stron, gdzie znajdujemy konkretne oferty konkretnych banków. I tam nie ma dosłownie nic więcej. Tylko informacje o kredytach, a wszystkie ubrane dokładnie w ten sam typ narracji (właśnie narracji), co zaprezentowany wyżej. I jeśli ktoś tam szuka przedstawionej wyżej egzotyki, to jest w dużym błędzie, bo czym dalej w głąb, tym trafiamy na świat nam jak najbardziej znany, a więc ING, Alior Bank, Expander, Citi Bank, BPH, PKO, Getin Bank, ale też wspomniane tu parę dni temu firmy nie będące bankami, i wszędzie tylko te kredyty, i cała kupa stron o nazwach typu „Rodzina na swoim”, czy „Kredyt na auto”. I choć tam jest już znacznie więcej kolorowych zdjęć i znacznie lepszy język, to narracja pozostaje dokładnie taka, jakby nam ją prezentował Eryk Mistewicz:
"W dzisiejszych czasach ciężko sobie wyobrazić życie bez samochodu, jednak nie każdego od razu stać na jego zakup. Tutaj z pomocą przychodzą nam kredyty samochodowe oferowane prawie przez każdy bank. Dzięki takiemu kredytowi możemy sobie pozwolić na spełnienie naszych marzeń, a dodatkowo taki kredyt jest niskooprocentowany w stosunku do pożyczki. Jak wspomniałem kredyty samochodowe oferowane są przez wiele banków, więc nasuwa się od razu pytanie: ‘Który kredyt na auto mam wybrać?’, odpowiedź wydaje się oczywista: ‘Możliwie najtańszy’. Jednak na koszty kredytu składa się wiele czynników, z których sobie nie zdajemy sprawy. Więcej szczegółów o wyborze kredytu w dziale ‘Który kredyt wybrać’. Zachęcam do lektury i życzę powodzenia w poszukiwaniu możliwie najtańszego kredytu, który umożliwi spełnienie Twoich marzeń, przynajmniej tych związanych z zakupem auta".
Spędziłem wczoraj na buszowaniu po tych kręgach kilka godzin i uderzyło mnie to, że tam nie ma żadnych nazwisk. Tylko ta narracja i ewentualnie linki do internetowych stron banków i firm kredytowych. I jak już wspomniałem, nie ma tam nawet nazwiska Eryka Mistewicza.
I oto jest wyjątek, którego przyznam, że kompletnie nie rozumiem, a który jednak przez swoją zagadkowość zrobił na mnie pewne zdarzenie. Na głównej stronie owego wyjściowego loristex.pl, na samym dole menu z tymi wszystkimi typami marketingu, jako osobny link pojawia się jednak imię i nazwisko: Mateusz Pazdan. Sprawdzam, kim jest ten Pazdan i okazuje się, że to pierwszy w Polsce handlarz odżywkami dla pakujących, prezes i właściciel czegoś, co się nazywa SFD, czyli – uwaga! uwaga! – Sportowe Forum Dyskusyjne, a co, jak się okazuje, ostatnio, dokładnie pod tą niezwykłą nazwą, weszło na giełdę… i powiem uczciwie, że po praz pierwszy od naprawdę dawna poczułem, że mnie to wszystko zwyczajnie przerosło. Na samym początku mamy tego Mistewicza, od niego wyruszam w tę podróż, niemal jak po kolejnych kręgach piekła, zaczynając od owego narracyjnego marketingu, przez te wszystkie kredyty, aż do tego Pazdana na samym końcu, i nagle przede mną otwiera się strona kanału TVNNBC, a tam rozmowa z Pazdanem o tym, jak to w ciągu minionego roku biznes tych odzywek się rozwinął .
Ktoś mnie może spytać, co ja sugeruję, do czego zmierzam? I na to, ja zupełnie uczciwie, bez jakiejkolwiek ironii, bez żadnych aluzji, przyznaję, że sam nie wiem. Nie wydaje mi się, bym był dziś w stanie zasugerować cokolwiek, z tej prostej przyczyny, że ja autentycznie nic z tego nie rozumiem. Zwłaszcza, że jeśli ruszyć dalej, jeszcze w głąb tego piekła, to możemy natrafić na stronę poświęconą sztukom walki – słowo najświętsze honoru, że nie kłamię – gdzie jakaś organizacja protestuje przeciwko szkalowaniu dobrego imienia zamordowanego w Smoleńsku Prezydenta. I proszę mi teraz powiedzieć – co ja mogę sugerować? No co?

Jeśli w ten piekny weekend udało mi się tym - przyznaję, że okropnie tajemniczym - tekstem kogoś pozytywnie zainspirować, będę zachwycony. Jednocześnie proszę o wsparcie tego bloga pod podanym obok numerem konta. No i przypominam naturalnie o książce. Dziękuję.