Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naród. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2022

Sianki-Wołosianka, czyli historia jednego plemienia i jednego Narodu

 

 

      W temacie Ukrainy na naszym blogu powstało dobrych paręnaście tekstów, ja jednak szczególnym sentymentem traktuję dwa sprzed ponad 10 już lat, a to z tego względu, że tak naprawdę tylko te dwa do dziś zachowują swoją świeżość. Dziś chciałbym przypomnieć jeden z nich, zupełnie zaskakująco pasujący do naszej dzisiejszej sytuacji, a przy tym pomagający mi bardzo przekazać pewną, bardzo ważną dla mnie, myśl. Najpierw proszę przypomnieć sobie tamte słowa sprzed lat.

 

      Poniższy tekst powstaje już od kilku dni i, tak jak to zwykle bywa w tego typu sytuacjach, w pewnym momencie przychodzi do głowy, żeby może dać spokój i całą tę Ukrainę przynajmniej na jakiś czas odłożyć na bok. Niestety, sama Ukraina nie bardzo daje nam jakiekolwiek pole manewru. Oto w „Uważam Rze” sprzed tygodnia natrafiłem na relację z, ukraińskiej oczywiście, zbrodni sprzed lat, kiedy to we wsi Ostrówki na Wołyniu, Ukraińcy zamordowali w najbardziej okrutny sposób 250 osób. Artykuł, tak jak większość tego typu artykułów, opisuje zdarzenie z najdrobniejszymi szczegółami, a nam nie pozostaje nic innego jak albo płakać, albo kipieć z wściekłości. Ewentualnie jeszcze możemy się cieszyć, że już niedługo do Ostrówek przyjedzie prezydent Komorowski, by zainaugurować kolejny nowy początek w relacjach polsko-ukraińskich.

     Tak się składa, że moje stanowisko we wspomnianej kwestii jest nieco bardziej oryginalne od tego co mamy okazję słyszeć, a sprowadza się ono do przekonania, że, w żaden sposób nie zapominając o wszystkich okrucieństwach, jakich Polacy doświadczyli swego czasu z rąk ukraińskich oprawców i zachowując tę samą na zawszę ocenę wątpliwych bardzo zasług Ukraińskiej Powstańczej Armii i jej przywódcy Stepana Bandery dla historii człowieka i świata, powinniśmy, jako naród wielki i godny, machnąć ręką na te wszystkie ukraińskie pretensje do niczym nie uzasadnionej wielkości, i zająć się własnymi interesami. A wśród nich, być może jednym z najważniejszych – by nie pozwolić Ukrainie wrócić pod skrzydła Rosji.

      Z czego dokładnie wynika moje przekonanie o tym, że nie powinniśmy rozpamiętywać, a już z całą pewnością pozwalać na to, by pamięć o ukraińskich okrucieństwach wobec Polski i Polaków determinowała nasze myślenie o przyszłości tej części Europy? Otóż chodzi mi o to że, moim zdaniem, z jednej strony, coś takiego jak naród ukraiński historycznie nie istnieje, i jeśli mamy mówić o Ukraińcach, to wyłącznie w kategoriach czegoś bardziej na kształt lokalnego plemienia, niż narodu, z drugiej natomiast strony, niezwykle rozbuchane pretensje dzisiejszej Ukrainy do tego by ta ich zupełnie świeża państwowość była przez cały świat traktowana bardzo poważnie, są i nie do opanowania, ale też i nie bardzo komukolwiek, poza oczywiście Rosją, mogą przeszkadzać.

      Wydaje mi się, że przy obecnym stanie emocji, jakie obserwujemy po stronie ukraińskiej, a więc w postaci albo służalczego parcia w stronę Rosji na Wschodzie, albo głupiego nadymania się tą ich banderowską tradycją na Zachodzie, to nasze nieustanne żądanie od Ukraińców, żeby przeprosili nas za to co nam swego czasu zrobili, i jednocześnie pozwolili nam czcić pamięć Lwowa i okolic, jako naszą wspaniałą, polską pamięć, jest niczym innym jak domaganie się od nich, by przyjęli wreszcie owo naturalne dla nas, a dla nich nie do pomyślenia stanowisko, że oni w najlepszym wypadku mogą liczyć na to, że historyczną i cywilizacyjną pozycję choćby takiej Polski osiągną, jak dobrze pójdzie, za jakieś pięćset lat. A już z całą pewnością, nie wcześniej niż w dniu, gdy ich jedynymi liczącymi się bohaterami narodowymi przestaną być Stepan Bandera i Taras Szewczenko.

      Jeszcze przed laty, kiedy swój blog prowadziłem w Salonie24, dyskutując zagadkę owego ukraińskiego zbydlęcenia, któryś z tamtejszych blogerów napisał coś takiego:

Otóż UPA dokonała tych zbrodni z tak straszliwym bestialstwem (wyłupywanie oczu, palenie, krojenie piłami, obdzieranie ze skóry itd.) jak najbardziej celowo. Nie z powodu wrodzonego bestialstwa i zdziczenia ale jak najbardziej celowo i racjonalnie. Ponieważ UPA była bardzo zdyscyplinowana i zorganizowana, ale nie dość silna żeby wymordować wszystkich Polaków na Kresach, więc uznała, że jeśli będzie dokonywać tych mordów z tak straszliwym okrucieństwem, to wywoła przerażenie wśród wszystkich Polaków i nawet ci, których nie będzie można wymordować, sami uciekną za Bug.
To bestialstwo było częścią dobrze zaplanowanej zbrodni”.

      Jest to wyjaśnienie oczywiście bardzo sensowne, choć jednak tylko częściowe. Bo ono na pytanie o ukraińskie okrucieństwo odpowiada jedynie od strony technicznej. A ja bym chciał wiedzieć, dlaczego akurat Ukraińcy? Dlaczego nie Serbowie, dlaczego nie Chorwaci, dlaczego nie Wietnamczycy. Dlaczego nasi bracia Ukraińcy? Czyżby tamci byli mniej zdyscyplinowani? Bądźmy poważni.
Ja jednak nie znam odpowiedzi na to pytanie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy: „Bo tak”.

      Ale jeżeli „bo tak”, to tym bardziej nie ma już co dłużej na ten temat z Ukrainą rozmawiać. Nie ma też co dłużej o tym z nimi rozmawiać, nawet jeśli ktoś znajdzie na to pytanie odpowiedź bardziej intelektualnie umocowaną. Na przykład, że Ukraińcy mają to coś we krwi, albo, że Szatan sobie Ukraińców szczególnie upodobał. Bo oni, choćby się świat walił, winy na siebie nie wezmą. A jeśli nie wezmą, to możemy, owszem, nadal publikować zdjęcia rozprutych brzuszków i wyłupionych oczu i połamanych rączek i mówić, że to na cześć – ich i naszej – pamięci. Jeżeli tej odpowiedzialności na siebie nie wezmą, możemy też powiedzieć Ukraińcom, idźcie od nas w cholerę, bo jesteście zbyt straszni, żeby wasze imię zakłócało nasz sen.

      I wreszcie, jeśli nie wezmą, powinniśmy natychmiast odwołać z Ukrainy naszego ambasadora, ich ambasadorów poszczuć psami, a na granicy poustawiać zasieki.

      A nie wezmą. Bo wprawdzie była premier Tymoszenko dziś jest systematycznie truta gdzieś w kijowskim więzieniu, a były prezydent Juszczenko już wkrótce może się spokojnie spodziewać czegoś bardzo podobnego, jednak nie zmienia to faktu, że na murach całej zachodniej Ukrainy wciąż się będą powtarzać te same plakaty, billboardy i ten sam rodzaj graffiti, o jednym i tym samym przesłaniu – że nie ma jak Stepan Bandera i jego boski projekt o nazwie UPA.

      Minioną sobotę spędziłem w Samborze, Truskawcu, Drohobyczu i – co być może najbardziej z tego wszystkiego znaczące – przejechałem się karpacką koleją z Sianek do Wołosianki, przez coś, co można z najczystszym sumieniem i drżącym sercem nazwać Zieloną Ukrainą. I, powiem najzupełniej uczciwie, ta wizyta zrobiła na mnie wrażenie nie mniejsze, niż te tyle już razu oglądane zdjęcia tych maleńkich dzieci przywiązanych kolczastym drutem do tego drzewa w którymś z parków we Lwowie, czy diabli wiedzą gdzie… no ale niewątpliwie tam, gdzie świat im wtedy pozwolił przez tę jedną chwilę chodzić zupełnie samopas. Sambor wygląda dość dobrze. Biednie, ale nie najgorzej. Natomiast Drohobycz, czy Truskawiec, gdyby nie te jeszcze nie do końca zniszczone polskie resztki, nie byłoby nawet o czym mówić. To co najpierw Sowieci, a później już sami Ukraińcy zrobili z tymi miasteczkami woła o pomstę do nieba. I jakby tego było mało, gdzie nie spojrzeć, te ich nędzne bazgroły, typu: „Sława gierojom UPA”, czy ów potężny, górujący nad drohobyckim rynkiem jak cała kamienica, portret Bandery.

      No i te góry. Patrzyłem na tę zieleń, tak upojną i soczystą, tak gęstą i nieporównywalną z niczym innym, zanurzoną w tej biedzie i zniszczeniu wręcz nie do opisania, i myślałem sobie, że jaka to straszna niesprawiedliwość, że zabrano nam coś tak pięknego, a za to dali nam… no co? Jezioro Barlineckie? Nie żartujmy. Ale i to nie jest jeszcze najgorsze. Niechby i zabrali i coś tam zbudowali. Tymczasem nic z tego. Zabrali i porzucili, by gniło.

      Wyjechaliśmy tą brudną, śmierdzącą wódą, lepką od jakiegoś wieloletniego syfu kolejką z wioski Sianki. Gdyby ktoś nie wiedział, Sianki to miejsce dziś już przedzielone na pół granicą, i żywe – ledwo żywe – jeszcze tylko trochę po ukraińskiej stronie. U nas już puste i zarośnięte kwiatami i drzewami.

      Przed wojną Sianki były znaną w całej Polsce stacją sportów zimowych i jedną z największych miejscowości letniskowych z czterech powiatów górskich województwa lwowskiego, a w powiecie turczańskim – największym letniskiem. Wakacje regularnie spędzał tam marszałek Piłsudski. W latach trzydziestych na spragnionych radosnych wakacji turystów czekało w Siankach 10 domów letniskowych, 6 pensjonatów, luksusowo urządzone schronisko Przemyskiego Towarzystwa Narciarskiego, dom kolonii wakacyjnych T.N.S.W. we Lwowie, stacja turystyczno-narciarska P.T.T. u pani Genowefy Stefańskiej, kilka restauracji, bufet kolejowy, 7 sklepów spożywczych, piekarnia, orkiestra sezonowa, teatr amatorski, biblioteka, dancing, korty tenisowe, boisko do siatkówki i koszykówki, skocznia narciarska i tor saneczkowy. W 1935 r. powstała tu stacja meteorologiczna II rzędu, podobne stacje znajdowały się w Cisnej, Komańczy , Dynowie, Dolinie Kościeliskiej i Nowym Targu.

      Byłem tam parę dni temu i nie znalazłem nawet echa tego, co tam się musiało przed laty dziać. I powiem szczerze, że nie umiem nawet powiedzieć, jak by to miejsce wyglądało dziś, gdybyśmy naszej Ukrainy swego czasu nie utracili, ale i tak nie udałoby się nam uniknąć tego strasznego przejazdu przez Polskę sowieckich i polskich komunistów. Ale też, gdybyśmy tej Ukrainy nie utracili, a te minione dwadzieścia lat spożytkowalibyśmy tak, jak to widać, słychać i czuć aż nazbyt wyraźnie. Natomiast zastanawiam się, czy nie byłoby nam, mimo wszystko, lepiej w konfrontacji z tą bylejaką dzisiejszą Ukrainą i tymi Ukraińcami, snującymi się po tej zagrabionej nam ziemi z portretami Stepana Bandery, gdybyśmy chociaż te minione 20 lat poświęcili na to, by choćby tę naszą część Sianek doprowadzić do jakiegoś względnego choćby porządku i coś tam od nowa postawić.

      Tymczasem pozostaje nam jedynie rozpamiętywać z jednej strony to co nam Ukraińcy, korzystając oczywiście najlepiej jak tylko potrafili, z ruskiej i niemieckiej pomocy, przed laty zrobili, a z drugiej tęsknić za tą zielenią. Nie wiem czy mam rację, ale wydaje mi się, że gdybyśmy dziś, choćby teraz, przy okazji najbliższych wyborów byli w stanie wybrać taką władzę, która rozumie czym jest Polska i co to słowo dla nas znaczy, za kilka lat moglibyśmy stanąć na nogi i osiągnąć taką pozycję, że – skoro już mówimy o Ukraińcach – oni by nam przynieśli siebie i ten Lwów i tę drugą część Sianek na tacy i poprosili, byśmy zechcieli się nimi zaopiekować. A jakby tego było mało, to by i przyznali, że ten Bandera to był jednak szubrawiec. A tak, wciąż mogą sobie bezpiecznie, pod samym naszym nosem, coś tam roić. I to jest nasz problem. Cała reszta, to już wyłącznie ich – i tylko ich – zmartwienie.

 

     Takie to sobie właśnie snułem w roku 2011 myśli, a dziś nagle uświadamiam sobie, że ta straszna wojna i ta najwspanialsza na świecie obrona Ukrainy, to zupełnie unikalna, niemal zesłana nam z Nieba, szansa na to że to wszystko o czym pisałem w tamtym czasie nabierze całkowicie nowego wymiaru. Otóż jestem przekonany, że jeśli Ukraina osiągnie w tej wojnie sukces, jeśli zmusi Rosję do wycofania swoich wojsk, jeśli tym samym doprowadzi do odsunięcia Putina i jego ludzi od władzy, do postawienia ich przed międzynarodowym trybunałem i osądzenia za wojenne zbrodnie, to zarówno Ukraina jako państwo, a jednoczesnie jako nadzwyczaj bohaterski naród, uzyska zupełnie nowe miejsce na politycznej mapie świata. Jeśli stanie się wedle tych moich prognoz, co zresztą i tak już coraz więcej osób przewiduje, dojdzie do sytuacji, gdzie Ukraina nie będzie w żaden sposób dłużej zmuszana do tego by czcić bohaterów takich jak Bandera i organizacje taqkie jak UPA. Dlaczego? Dlatego mianowicie, że dzięki temu co w ciągu tych strasznych dni pokazała całemu światu, i to pokazała tak że lepiej się nie dało, dostanie coś na co wiele narodów musiało pracować nierzadko przez długie wieki. A pokazała nie byle co, bo przede wszystkim to, że Rosja to zakała tego świata, która nie zasługuje nawet nie na to, by ją traktować jako partnera, ale co więcej, by tolerować jej istnienie w kształcie w jakim się prezentuje od wieków. Pokazała też bardzo wyraźnie, że ta tak zwana „potęga” to mit i kolos na glinianych nogach, którą można w ciągu paru miesięcy najpierw zagłodzić, a potem już tylko dobić. No i wreszcie, co nie najmniej istotne, że do tego by skutecznie przeprowadzić ową prezentację, nie trzeba ani gospodarczego, ani finansowego, ani nawet wojskowego mocarstwa – wystarczy Naród.   

      A skoro już się wszyscy o tym przekonamy – przy okazji też przekonają się sami Ukraińcy – jest bardzo prawdopodobne, że będziemy mogli się też spodziewać, że i oni zrozumieją, że ich dotychczasowa historia to żałosny ersatz, w nowej sytuacji budzący jedynie zawstydzenie.

     I nie muszę dodawać, że to jest wspaniała perspektywa również dla nas, dla Polski. A zatem, wspierajmy Ukrainę.



 

poniedziałek, 2 marca 2015

Lady Gaga vs. Bronisław Komorowski, czyli o tym, jak nie należy szydzić z choroby

Amerykański reżyser meksykańskiego pochodzenia Alejandro González Iñárritu, nagrodzony w tym roku Oscarem za najlepszą reżyserię i najlepszy film, odbierając swoją statuetkę, część wystąpienia zaadresował w ojczystym języku do rodaków, dziękując im za wsparcie i życząc dobrego życia, a gdy chodzi o tych, którzy mieszkają na emigracji w Stanach, wyrażając nadzieję, że będą dobrze traktowani w swojej nowej ojczyźnie. Jakby tego było mało, jak czytam tu i ówdzie, władze Meksyku są obrażone na Iñárritu, bo wygłaszając owe podziękowania, wspomniał też coś na temat tego, że Meksykanie to naród, który zasługuje na dobry rząd.
Jak wiemy tu już z całą pewnością wszyscy, analogiczną nagrodę za najlepszy film, tyle że nie angielskojęzyczny, odebrał nasz rodak Paweł Pawlikowski i on również w swoim wystąpieniu na scenie Dolby Theater zwrócił się do Polaków w kraju i na świecie, wyrażając przekonanie, że wszyscy oni są już ze szczęścia nawaleni.
Ktoś powie, że wyjaśnienie tego dysonansu jest bardzo proste i sprowadza się do tego smutnego faktu, że my Polacy jesteśmy bandą nieokrzesanych, zakompleksionych durniów, od których bardziej cywilizowani, czy choćby tylko sympatyczni, są wszyscy, choćby i Meksykanie. A przekonanie to zostanie jeszcze bardziej wzmocnione, kiedy dowiemy się, że w czasie, gdy Pawlikowski gadał ze sceny o chlaniu, odtwórczynie dwóch głównych ról w jego filmie, zamiast siedzieć na sali i, podobnie jak cała reszta tego towarzystwa, zadawać szyku urodą, wdziękiem i strojami, spędzały czas w teatralnym barze żłopiąc za darmo wino. Właśnie tak. A więc, rzecz w tym, że my Polacy jesteśmy po prostu do dupy.
Przyznaję, że sam wielokrotnie już, przynajmniej od czasu gdyśmy w wyborach parlamentarnych w roku 2007 wybrali Platformę Obywatelską, a tym bardziej od roku 2010, kiedy to zdecydowaliśmy, że nic nie zaszkodzi, jeśli prezydentem kraju zostanie człowiek zwyczajnie głupi, a też i prawdopodobnie, jak wiele ostatnio na to wskazuje, ciężko zaburzony, byłem gotów przyznać, że faktycznie z nami jest coś nie tak. Mimo to, za każdym razem, po głębszym zastanowieniu, dochodziłem do wniosku, że to co świadczy o narodzie, i to nie tylko tu u nas, ale wszędzie na świecie, nie są tak zwani prości ludzie, ale ci, których nazywamy elitami. Ludzie mogą być różni i różne mogą być wewnętrzne proporcje, jakie się między nimi kształtują, natomiast za całość tego wizerunku odpowiadają właśnie elity. Niezależnie od tego, czy rzucimy okiem na Anglików, Francuzów, Szwedów, Amerykanów, czy wreszcie wspomnianych Meksykanów, i tak w ostatecznym rozrachunku swoją opinię będziemy kształtować na podstawie tego, jak się wobec nas prezentują ich aktorzy, filmowcy, autorzy książek, naukowcy, kompozytorzy, sportowcy, czy piosenkarze. Stanie przed nami taki Alejandro González Iñárritu i już mniej więcej wiemy, co się tam za tym nazwiskiem kryje; po nim pojawi się Pawlikowski – i też otrzymujemy idealny obraz. No a żeby nas już dobić ostatecznie, przyjdzie aktorka Trzebuchowska i opowie, jak to było w tym Hollywood.
I to jest problem naprawdę poważny, bo jeśli się uważnie przyjrzymy temu, czym się potrafimy my Polacy wykazać na tym poziomie, okaże się, że tak naprawdę reżyser Pawlikowski to standard. Ale, czy popatrzymy i posłuchamy reżyserów Pawlikowskiego, czy Wajdę, czy aktorów Trzebuchowskiej, czy Olbrychskiego, czy pisarzy Stasiuka, czy Witkowskiego, czy muzyków Hołdysa, czy Kukiza, czy wreszcie polityków Szejnfelda, czy Komorowskiego, wnioski są zawsze te same: oni wszyscy nam przynoszą wstyd. To nie my sobie przynosimy wstyd, to nie ten łysy burak, ten złodziej, ten cham, ten pijak, ten dureń z naprzeciwka – to oni.
Oglądałem troszeczkę ceremonię wręczenia Oscarów i w pewnym momencie na scenie pojawiła się artystka o scenicznym przezwisku Lady Gaga i zaśpiewała piosenkę. Ktokolwiek słyszał, jak ona śpiewa, wie, że ja tu nie zamierzam żartować, tyle że my nawet nie rozmawiamy o tak zwanym poziomie artystycznym, czy zwykłych talentach, bo to jest temat osobny. Ja bym chciał zwrócić uwagę na to, jak owa Lady Gaga zachowywała się przed tym występem, podczas krótkiego wywiadu i później, po tym, jak na scenę weszła wielka brytyjska aktorka Julie Andrews i obie panie sobie przez chwilę porozmawiały. Przepraszam bardzo, ale nie mogę się powstrzymać: Panie Pawlikowski, rzecz w tym, że ani jedna ani druga, kiedy je oglądał cały świat, ani nie były nawalone, ani nie wspominały o tym, że gdzieś ktoś nawalony jest.
No ale mamy coś jeszcze, i w tym momencie pozwolę sobie zmienić temat, lub wrócić do tego jedynie zaznaczonego. Otóż ledwo co, podczas wizyty w Japonii, nasz prezydent Bronisław Komorowski zachował się, jak człowiek, który się najzwyczajniej w świecie przestał kontrolować. Ledwo minął dzień, jak ten sam Komorowski wrócił do kraju i złożył publiczny hołd „ofiarom Żołnierzy Wyklętych”. A ja się wcale nie zamierzam z niego śmiać, choćby dlatego, że od zawsze wyznawałem zasadę, że z ludzi chorych szydzić nie wypada, chciałbym natomiast zwrócić uwagę, że w tym momencie rozmawiamy o człowieku, który nie tylko reprezentuje elity, ale również formację, która owe elity tworzy. A skoro tak, to również tworzy wizerunek Narodu. Właśnie tak. To jest człowiek i to są ludzie, którzy przez te wszystkie lata, powiedziałbym, że dokończyli dzieła udowadniania światu, że Polska i Polacy to już nawet nie kupa śmiechu, ale kupka kupy.
Nadchodzą wybory, przy okazji których po raz pierwszy od wielu lat pojawia się szansa na to, że uda się odsunąć od władzy ów straszny projekt symbolizowany przez dwie literki „P” i „O”. Wielu z nas bardzo kibicuje tej zmianie, mając na uwadze gospodarkę, niepodległość, edukację, bezpieczeństwo wewnętrzne, powodzenie rodzin, a ja sobie myślę, że może najlepiej byłoby się skoncentrować na aspekcie, który poruszyłem wyżej, a więc narodowym prestiżu. Bo tak długo jak Polska będzie pozostawała w tej strefie wpływów, nie ma w ogóle o czym mówić.
Wczoraj, obok Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, w naszym kościele obchodziliśmy dzień św. Kazimierza Jagielończyka i na zakończenie uroczystości ksiądz poprosił wszystkich, żeby się grzecznie udali do domów na obiad. Ponieważ jego prośba zabrzmiała szczególnie mocno, żona moja zasugerowała, że tu pewnie poszło o to, by tak zwani patrioci nie robili zamieszania. Niestety, nic z tego. Oni oczywiście zamieszanie zrobili. Nieduże, niepoważne, niezauważone, ale zrobili, z udziałem lokalnej gwiazdy, niejakiej Doroty Stańczyk. Prawdziwy show jednak zorganizowano dopiero pod wieczór, kiedy to przez miasto przeszła banda kiboli z Młodzieży Wszechpolskiej z flagami, drąca mordy, że nacjonalizm to ich życie, a Polska jest dla Polaków od Pomorza do Śląska.
Nie wiem, jak miasto zareagowało na ów pokaz tępego zbaranienia, ale mam wielką nadzieję, że nie tą jedną dla mnie upiorną myślą, że ten Duda, owszem, robi dobre wrażenie, ale jeśli jego prezydentura ma doprowadzić do tego, że tego typu manifestacje tępego zbaranienia będziemy mieli codziennie i że one mogą się nawet nam wedrzeć do naszych ukochanych galerii handlowych, to może już lepiej będzie, jeśli majowe wybory wygra „ten przygłup”.
I wtedy dopiero usłyszymy prawdziwy, szczery śmiech prawdziwej pogardy.

Gorąco wszystkich zapraszam do odwiedzania naszej księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie pani Maciejewska sprzedaje nasze książki, w tym ostatnie już egzemplarze dwóch moich, wydanych pod imieniem Toyaha, „O siedmiokilogramowym liściu” i „Elementarz”. Szczerze polecam. Oba tytuły w cenie zaledwie 30 złotych plus przesyłka.

środa, 18 września 2013

Kto usłyszy te głosy?

Biorę pod uwagę, że mojemu koledze Coryllusowi to się nie bardzo spodoba, ale stało się, że obejrzałem najnowszy program Maxa Kolonki, i powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem. Ja mam już oczywiście swoje lata i dla mnie ktoś taki jak Max Kolonko siłą rzeczy musi być kimś mocno podejrzanym, jednak powtórzę raz jeszcze: obejrzałem jego program, poświęcony ludziom, którzy zginęli w ataku na WTC w roku 2001, i się autentycznie przejąłem. Może gdyby on go nakręcił, trzymając się tego swojego, tak charakterystycznego dla siebie sznytu, a więc z owym nieustannym wysuwaniem się na pierwszy plan, z tym irytującym niby-amerykańskim akcentem, czy owym, wręcz wyglądającym na parodię, niby-amerykańskim, „szybkim” i „agresywnym” dziennikarstwem, ja bym na niego machnął ręką. On jednak stał się nagle taki dyskretny i wyciszony, tak wtopiony w to tło, na którym pokazywał nam te straszne ujęcia, że w pewnym momencie ja już nawet nie miałem pewności, czy to słyszę jego głos, czy może głos kogoś innego.
No ale to była tylko jedna strona tego wrażenia. Drugie, mnie poruszyło, to sam obraz. Otóż on nagle postanowił, że pokaże nam to zdarzenie, odwołując się do kilku pojedynczych zupełnie losów ludzi o określonych twarzach, czystych i osobnych głosach, no i indywidualnych, najgorszych z możliwych, doświadczeniach. I to również mi zaimponowało. O ile dobrze pamiętam, tam wówczas zginęło grubo ponad trzy tysiące osób, co z jednej strony jest oczywiście bardzo bolesne, z drugiej jednak te cyfry całą tę tragedię w jakiś przedziwny sposób znieczula, a nas, siłą rzeczy, zobojętnia. Bo to zawsze tak działa, i to, co ja tu piszę, nie jest niczym bardzo odkrywczym. Już nawet u Herberta czytaliśmy o arytmetyce współczucia, gdzie duże liczby odwracają bardzo skutecznie wszelkie proporcje.
No ale właśnie tylko w ten sposób możemy w pełni docenić to, co się tam wtedy stało. I o tym dziś chciałem powiedzieć parę słów. Pod koniec reportażu Kolonki widzimy, czy raczej tylko słyszymy, kobietę, niejaką Mellisę Dol, która, uwięziona w jednej z tych wież, umarła, ale zanim to nastąpiło zadzwoniła pod alarmowy numer 911, a po tych dwunastu już latach tak wyraźnie do nas mówi: „Jestem odcięta na 86 piętrze, nikogo tu nie ma, a piętro całe płonie. Jesteśmy na tym piętrze i nie ma czym oddychać. I jest bardzo, bardzo gorąco”. Operator próbuje ją uspokoić, a ona pyta: „Ja tu umrę, prawda?” Operator zapewnia ją, że nie, że na pewno nie umrze, że zaraz nadejdzie pomoc, a ona powtarza: „Ja tu zginę… Boże, proszę… Jest tu tak gorąco… Ja się palę… Słyszę głosy…”. I w tym momencie umiera. Usłyszała głosy i umarła.
A ja wciąż myślę o tych głosach. Nie mogę o nich przestać myśleć. Cóż to za głosy ona usłyszała? Czy to były głosy ratowników, czy może jakieś inne? Mamy te dwie wieże, te tysiące ludzi, którzy tam zostali pochowani, a wśród nich ona, kobieta z imieniem i nazwiskiem i tą straszna skargą: „Jest tu tak gorąco”. No i te głosy.
A ja sobie myślę, że niechby to była tylko ona jedna. Niechby wszyscy ocaleli, a ona jedna umarła, słysząc te głosy, to, myślę sobie, że to jest coś. To jest z całą pewnością nie byle co. Ale żeby to poczuć tak do końca, trzeba usłyszeć i jej głos.
I myślę sobie, że to oto mamy bardzo poważne i odpowiedzialne państwo, które ów głos i zarejestrowało i zachowało i dało wolnym ludziom, by go wysłuchali i zapamiętali. Bo tylko w ten sposób, jak już wspomniałem, można poczuć, jakie to, co się stało, było ważne i wielkie. I już tego nigdy nie zapomnieć. Bo to właśnie dzięki tej pamięci, zarówno to państwo, jak i ten naród będzie silny i niepokonany.
I myślę sobie, że gdyby tylko oni, tu i teraz, dali nam usłyszeć i zapamiętać choć jeden z tych głosów, kiedy nam mówi, jak tam jest gorąco, i pyta: „Ja tu zginę, prawda?” I jeszcze raz, i jeszcze raz… a później „O Boże! Słyszę jakieś głosy…”. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby oni nam dali to usłyszeć, poczulibyśmy ową moc. Niestety oni to też wiedzą. I stąd ta okropna cisza.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy nam w tych dniach tak bardzo pomogli. Ten tekst jest również dla Was. I proszę nie odchodzić.

niedziela, 30 maja 2010

Kwiaty od księdza Paddingtona



Kiedy brytyjski posel do Parlamentu Europejskiego Nigel Farage nazwał Belgię „nieistniejącym państwem” i „sztucznym tworem”, oczywiście śmialiśmy się bardzo, bo raz, że ten wybuch złości był tak bardzo brytyjski, a jednocześnie czuło się, że coś w tym musi być autentycznego i przy tym jak najbardziej usprawiedliwionego. Myśleliśmy więc też trochę o tej Belgii, tym szczególnym państwie gromadzącym ten szczególny naród, i próbowaliśmy sobie poukładać wszystko to co na ten temat wiemy i czego możemy się domyślać. W pewnym momencie Toyahowa zwróciła uwagę na fakt, że nawet jeśli oni mają tego swojego króla, to on nie jest nawet królem Belgii, a zaledwie tak zwanym „królem Belgów”, a więc nie królem Państwa i narodu, ale jedynie królem jakiegoś ludu, czy plemienia. Konsekwentnie więc, pomyśleliśmy sobie, że w tej słynnej już dziś tyradzie posła Farage było coś więcej, niż typowe dla nich wręcz montypythonowskie wyzłośliwianie się na temat wszystkich i wszystkiego.
Osobiście nie mam nic do Belgów. Podobnie zresztą jak do Włochów, Szwedów, Paragwajczyków, czy Holendrów. Natomiast myśl o tym, że Nigel Farage, twierdząc że Belgia to „non-country” mógł mieć swoje racje, dość mocno mnie prześladuje i kieruje mnie dziś w stronę rozważań o wiele bardziej uniwersalnych i w najmniejszym stopniu nie związanych z samą Belgią. Już bardziej – zdecydowanie bardziej – z Polską. Z moją ukochaną Polską. Moją ojczyzną i moim państwem.
Większą część swojego życia przebyłem w Polsce, która państwem – a już na pewno moim państwem – nie była. Była państwem z wielkiej literatury, z pięknych opowieści, ale zaledwie państwem-wspomnieniem. Byłem już człowiekiem bardzo, bardzo dorosłym, kiedy Polska dała mi choćby najbardziej podstawowy pretekst do tego, żeby myśleć o niej nie tylko jako o narodzie, ale również o państwie. Moim państwie. Marne to było państwo, ale nie było dnia, tygodnia, roku, żebym jakoś nie żył nadzieją, że w końcu przyjdzie ten czas, że Polska stanie się prawdziwym, dumnym, silnym i wspaniałym państwem. Ta nadzieja, ta wiara i to marzenie kazało mi wciąż bardzo aktywnie to moje kulawe i biedne państwo wspierać i kochać. I liczyć, że któregoś dnia i ono mnie dojrzy i nagrodzi swoją wielkością i chwałą. Tak to własnie przez te wszystkie ostatnie lata mojego życia się układało. Gdzieś tak między marzeniem a wspomnieniem.
Smoleńskie nieszczęście w ciągu zaledwie kilku chwil, zarówno te marzenia jak i te wspomnienia zdruzgotało. Wspomnienia przykryło tą mgłą, a marzenia zatopiło w tej krwi. W ciągu zaledwie paru sekund polskie państwo – to wszystko co z niego już mieliśmy i to wszystko co z niego się rodziło – zostało rozbite w drobny pył. Polskie państwo przestało istnieć. Umarło. Zostało zamordowane jednym krótkim gestem. Dlaczego mówię, że państwo umarło? Przede wszystkim dlatego, że ono faktycznie umarło. Ono umarło w jednym króciutkim huku, i w tym wszystkim co po nim zostało. A więc już tylko w tych pustych krzesłach w katyńskim lesie, a później już tylko trzepocie tych flag i zieleni tych mundurów. Przede wszystkim to. Ale ważne – może jeszcze ważniejsze – jest to, że jeśli się przyjrzeć temu pobojowisku, to wszędzie widzimy tych szabrowników, którzy, kiedy już państwa nie ma, bez żadnych obiekcji, bez chwili refleksji, to co z tego państwa zostało, próbują obskubać już do samego końca. Bez wstydu. Nawet przed licheńskim sanktuarium.
Dni które mijają od katastrofy samolotu z Prezydentem – a tak naprawdę z naszą Polską – na pokładzie spędzam na ciągłej zadumie i nieustannym rozglądaniu się wokół siebie i obserwowaniu tego ruchu i tego szumu i tych odgłosów, które ten czas wypełniają. Spędzam też te dni na ciągłym liczeniu sił jakie dzielą tę przestrzeń. I każdy nowy dzień przynosi bolesną pewność, że pewna część naszego narodu już dawno swoje państwo odpisała na straty. Że już jakiś czas temu, znaczna grupa naszego społeczeństwa swojego państwa już do niczego nie potrzebuje. Jedyne co stanowi przedmiot ich zainteresowania, emocji i pasji, to tylko to, jak najwięcej uda się z tego co pozostało wyciągnąć dla siebie. Szukam jednego człowieka. Tego jednego sprawiedliwego w Sodomie, który wyjdzie z tego tłumu i powie: „Przepraszam, ale mam dość. Ja już dłużej tak nie mogę”. I nic. Ani jeden. Ani jeden z nich nie podniesie ręki i nie powie: „Chcę wrócić do domu”. Ani jeden z nich nawet się nie przejął tym, że Polska, właśnie jako państwo, umiera. Można wręcz ujrzeć, że każdemu z nich jest dokładnie wszystko jedno, czy od jutra Polska stanie się częścią Belgii, czy Rosji, czy może Niemiec. Może być nawet tak, że każdemu z nich będzie ściśle obojętne, czy od jutra Polska stanie się częścią niczego i czy ktoś nie zacznie na nas mówić, że jesteśmy „non-country”.
Jest jednak naród. Mieliśmy go okazję widzieć i słyszeć przez te wszystkie dni, kiedy państwo umierało, czy to pod na Krakowskim Przedmieściu, czy to na krakowskim rynku, wczoraj w Zakopanem, czy na ulicach naszych miast, czy to wreszcie na filmie Solidarni 2010. Wiem, że zobaczymy go już za tydzień w Warszawie podczas uroczystości beatyfikacji księdza Popiełuszki. A więc jest naród. Jest naród, tak jak był już wiele razy w naszej historii, i wierzę, że dziś jest jeszcze bardziej i jeszcze mocniej. Wierzę też że będzie dalej i jeszcze mocniej aż do dnia wyborów, by pokazać światu, że nawet jak nie ma już swojego państwa, o które mógłby się oprzeć i które mógłby kochać, to jest narodem, który o tym państwie nie przestał marzyć. I którego, w tym jego marzeniu, nikt i nic nie jest w stanie pokonać.
To co tu dziś piszę pochodzi z bardzo bezpośredniej inspiracji naszego blogowego kapelana Don Paddingtona. Możecie mi zazdrościć – i myślę że powinniście – ale stało się tak, że wczoraj miałem okazję SŁUCHAĆ – nie czytać, ale słuchać – jego słów. Piękne to było kazanie. Don Paddington skonstruował je wokół dwóch obrazów. Jednego – tych pustych krzeseł w katyńskim lesie; i drugiego – mundurów naszych żołnierzy, niosących z taką gracją trumny z właśnie zamordowaną Polska. Tych mundurów, tej naszej współczesnej husarii – naszej już tylko dziś pogrzebowej husarii. Polskiego wojska, dziś już jedynie wojska pogrzebowego.
Nie będę opowiadał tego, co wczoraj mówił do mnie ksiądz Paddington, bo i nie dam rady i nie ma w ogóle jak. Gdyby on prowadził swój blog i chciałoby mu się ten swój wielki apel tu umieścić, byłby to najwspanialszy wpis od samego początku istnienia Salonu. Pozbawiony jego głosu – co, jak idzie o wymiar czysto emocjonalny, sprawę by znacznie ograniczyło – ale i tak, byłby to najwspanialszy wpis w całej historii tego miejsca. Te puste krzesła w katyńskim lesie, puste jak polskie kościoły pozbawione krzyży w przeddzień Zmartwychwstania, i te piękne mundury naszego wojska, tej naszej husarii – husarii już tylko pogrzebowej.
Don Paddington prosił o modlitwę. Mamy jeszcze trochę czasu. On wie co mówi.

Czy Donald Tusk wierzy w Boga?

        Gdy chodzi o kardynała Rysia, czy wielu innych księży, biskupów, arcybiskupów i kardynałów, to często bywa tak, że czuję rozczarowan...