niedziela, 31 lipca 2016

Czy ktoś tu może nie przepuszcza żadnej okazji?

      Wspomniałem tu już o tym przy innej okazji, a dziś tylko króciutko powtórzę: zarówno ja, jak i moja żona, głownie z tej przyczyny, że mamy już swoje lata i tego typu emocje za sobą, nasz udział w Światowych Dniach Młodzieży ogranicza sie do obserwowania tego, co się tam dzieje, w telewizji. Nie zmienia to faktu, że z każdym kolejnym dniem, a wręcz z każdą kolejną chwilą tego wydarzenia, oboje nabieramy coraz większego przekonania, że oto przed nami otwiera się nowy rozdział polskiej historii, i to rozdział, o jakim dotychczas nawet nie moglismy marzyć. Oto przed nami powstaje wielka, piękna, niezwyciężona Polska, a wszystko to dzięki naszej niezłomnej wierze w Jezusa Zmartwychwstałego.
     Oglądalismy wczoraj wieczorne uroczystości w krakowskich Brzegach i muszę przyznać, że przy całej mojej, wręcz chorobliwej, ostrożności, raz za razem nie potrafiłem powstrzymać łez wzruszenia. To co oni tam dla nas przygotowali było tak doskonałe, że pozostawały tylko te łzy. No i ten papież. Właśnie ten. Tak za każdym razem przewidywalny, a jednoczesnie tak zaskakujący i tak bardzo niezwyciężony w sile tej wiary.
      Nabożeństwo się zakończyło, no a ponieważ przed owym, jak mówią, niemal dwumilionowym tłumem, była cała noc modlitewnego czuwania, organizatorzy postanowili zebranym przynajmniej część tego czasu, jaki pozostał do niedzielnego poranka, urozmaicić koncertem tak zwanej muzyki chrześcijańskiej. Co ja sądzę na temat tak zwanego „chrześcijańskiego rocka” wspominałem tu już parokrotnie, a ci, co akurat tu się zagapili, mogą się wszystkiego domyślić. A zatem, w pokorze, sprawę pomijam milczeniem, nawet w odniesieniu do czołowej gwiazdy owej sceny, Mieczysława Szcześniaka, który, jako Zielonoświątkowiec, najwidoczniej z braku odpowiedniej publiczności, od samego początku, jak pijany płotu, uczepił się Kościoła Rzymskiego. W końcu wszyscy, nawet Świadkowie Jehowy, kochamy Jezusa, prawda? Muzyki tej więc nie słucham, nie przeżywam, nie złoszczę się na nią... krótko mówiąć, w sensie słownikowym, toleruję ją z pokorą.
       Rzecz jednak w tym, że w pewnym momencie – i powiem szczerze, że to był prawdziwy palec Boży, że ja akurat na to trafiłem – na estradzie w Brzegach pod Krakowem pojawił się człowiek nazwiskiem Kuba Badach i zaczął śpiewać o tym, że nasza dusza błogosławi Pana, czy jakoś tak, a ja od razu uprzedzam, że jeśli ktoś zapragnął mieć do mnie pretensję o tę okropną nonszalancję, to niech mi uwierzy, że jeśli idzie akurat o wspomnianego Kubę Badacha, to, co on śpiewał, akurat nie ma najmniejszego znaczenia.
      Co z tym Badachem? Otóż ja o nim nie wiem dosłownie nic, poza tym, co mogę przeczytać w Wikipedii, a więc, że jest on muzykiem, kompozytorem i piosenkarzem, a prywatnie synem jakiegoś starego komunisty, jednego z czołowych posłów SLD, a od roku 1977 prezesa wielkiego producenta produktów mleczarskich firmowanych nazwą „Krasnystaw”, który dziś zadaje szyku jako zięć byłego prezydenta Rzeczypospolitej, Aleksandra Kwasniewskiego, oraz mąż słynnej Oli. Ktoś powie, że trudno odpowiadać za czyny swoich rodziców, no ale przepraszam bardzo, co trzeba zrobić, żeby najpierw poznać córkę Prezydenta RP, następnie zostać jej kolegą, potem narzeczonym, a ostatecznie mężem? Ktoś powie, że wystarczy być synem właściciela spółdzielni „Krasnystaw”, no ale to chyba jednak nie wystarczy. A może wystarczy do tego być byłym wokalistą zespołu Led Zeppelin? Przepraszam bardzo, ale Kuba Badach, przy całym szacunku dla jego artystycznych talentów, nie jest byłym wokalistą zespołu Led Zeppelin. Tak się jednak stało, że swego czasu Kuba poznał Olę, Ola się w nim zakochała, no i dziś mamy to co mamy, a mianowicie Kubę śpiewającego dla Papieża o tym, że jego dusza coś tam, coś tam.
     No i znów ktoś mi powie, że jestem niesprawiedliwy, bo jest całkiem możliwe, że zarówno Kuba Badach i jego żona Ola, z domu Kwaśniewska, jakiś czas temu przeżyli poważne nawrócenie i dziś są takimi samymi dziećmi bożymi, jak każdy z nas. W końcu, skoro w pewnym momencie nawrócił się nawet  Bob Dylan, czemu mamy nie wierzyć w nawrócenie Oli i Kuby? Zwłaszcza gdy, jak informuje wspomniana Wikipedia, oni brali ślub w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie, a więc, co by nie powiedzieć, kościele jak najbardziej katolickim. Możliwe więc, że kiedy Kuba Badach śpiewa dziś w Brzegach, że Jezus nas kocha – czy coś w tym kierunku – to jest szczery, jak jasna cholera, natomiast ja się zastanawiam, czemu, skoro ani on, ani Ola, przez te wszystkie lata, nie uznali za stosowne złożyć odpowiedniego świadectwa. Czy może ich zdaniem Kościół Powszechny tego wyznania nie potrzebował?
     Otóż moim zdaniem, od samego początku tu chodzi wyłącznie o forsę. Z jednej strony mamy ten Krasnystaw, który wprawdzie miliardów nie daje, ale coś tam obiecuje, a z drugiej rodzinę Kwaśniewskich z pieniędzmi takimi sobie, ale za to z czymś, czego pieniądze niekiedy kupić nie potrafią. No a reprezantem tego układu jest Ola i Kuba. Kuba i Ola. Czy ja sugeruję, że to są bezbożnicy, którzy nagle uznali, że skoro Kościół płaci, to warto się trochę powyginać? Absolutnie! Moim zdaniem zarówno Ola Kwaśniewska, jak i Kuba Badach, owszem, do kościoła chodzą, niewykluczone wręcz, że w każdą niedzielę. Ja jestem nawet w stanie uwierzyć, że po tym, jak Badach wystąpił w Brzegach, Ola, zgodnie z zaleceniami Franciszka, nie zrobiła mu awantury. Przede wszystkim dlatego, że 99,9% zainteresowanych osób jego występu nie zauważyła, ale przede wszystkim przez to, że on z całą pewnością już wcześniej przedstawił jej odpowiednie rachunki.
      A zatem, o co mam pretensje? O to mianowicie, że ktoś – i daję słowo, że nie umiem powiedzieć, kto – postanowił nam pokazać, że te nasze łzy są gówno warte. A to jest naprawdę coś.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie kupujemy moje książki. Polecam z czystym sumieniem.


sobota, 30 lipca 2016

Czy TVN szykuje nam nowy numer ze świnią?

     Daję najszczersze słowo honoru, że nawet w najczarniejszych snach nie przewidziałbym, że aż dwie z ponad już 2 tysięcy w sumie notek na tym blogu będę poświęcał redaktorowi telewizyjnej stacji TVN24 Pawłowi Łukasikowi. Jest jednak jak jest i nie ma się tu co krygować. Paweł Łukasik będzie nam towarzyszył po raz drugi. Dla przypomnienia, poszło o to, że z okazji odbywających się właśnie w Polsce Światowych Dni Młodzieży wspomniany TVN24 wydelegował owego Łukasika, by przez kolejne dni, od rana do wieczora chodził z mikrofonem po krakowskim rynku i przeprowadzał rozmowy na żywo z goszczącymi w Polsce pielgrzymami. To co mnie poruszyło, to fakt, że ponieważ Łukasik potrafi w języku angielskim sformułować zaledwie dwa zdania, czyli „Where are you from” i „What do you do?”, a w wyjątkowych sytuacjach, gdy ktoś zechce nawiązać z nim kontakt, jeszcze trzecie: „You play, or pray?”, a te przybyłe z Francji, Syrii, czy z Brazylii dzieci nie znają języka polskiego, to co w efekcie dostajemy, to tak straszna żenada, że dla opisania jej ja osobiście nie znajduję słów. Przy okazji jednak jest jeszcze coś, co sprawę pogarsza. Otóż Łukasik jest w tej swojej bezradności tak straszliwie pobudzony, że niekiedy można odnieść wrażenie, że on, jak to mówią niektórzy, jedzie na prochach. I to robi wrażenie straszne.
     O tym więc napisałem tekst i przy okazji postawiłem pytanie, dlaczego, wydawałoby się, szanująca się ogólnopolska stacja, w dodatku pod poważnym amerykańskim zarządem, nie potrafi znaleźć wśród swoich reporterów kogoś, kto zna język i potrafi się z nim odpowiednio obchodzić. Padły różne propozycje, wśród nich moja własna, że oni mogą naprawdę nie mieć tam nikogo, kto byłby od Łukasika z angielskiego lepszy. To jednak, co mnie naprawdę zainteresowało, to sugestia mojego kolegi Tomka Gajka, który wyraził przypuszczenie, że oni to robią specjalnie. Oni celowo do tej roboty wypuszczają Łukasika, tak by on nas wszystkich zawstydzał. Czemu tak? Tu już sam Gajek był bezradny, natomiast ja mam nagle pewne podejrzenia i nimi właśnie chciałbym się podzielić.
     Otóż od czasu gdy pisałem swój oryginalny tekst o Łukasiku, zdarzyły się trzy rzeczy, moim zdaniem warte uwagi. Otóż przede wszystkim dowiedziałem się, że ten sam Łukasik obsługiwał dla telewizji TVN24 niedawne mistrzostwa Europy w piłce nożnej we Francji i robił dokładnie to samo, co robi dziś, czyli od rana do wieczora chodził po francuskich ulicach i rozmawiał z ludźmi, tym razem wprawdzie po francusku, jednak dokładnie z takim samym efektem. Druga nowość, to ta, że Łukasik jest dokładnie tak samo żałosny, kiedy rozmawia po polsku z Polakami. I nie chodzi o to, że on nie umie mówić po polsku, ale o to, że on jest zwyczajnie głupi. Te dwa pytania: „Skąd jesteś” i „Co robisz?”, to są jedyne pytania, jakie on potrafi wymyślić, niezaleznie od tego, czy ma mówić po polsku, czy po angielsku. Reszta to już kompletna improwizacja, podczas której panuje chaos totalny. On biega z tym mikrofonem od jednego do drugiego, spocony i z nieprzytomnym wzrokiem, a osłupiały świat tylko się już zastanawia, gdzie są jego opiekunowie.
     No ale jest też trzecia rzecz. Proszę sobie wyobrazić, że niemal idealnie równolegle do owych popisów Pawła Łukasika, jego macierzysta stacja prowadzi bardzo ciężką kampanię propagandową na rzecz tezy, że ten Łukasik to jest prawdziwa rewelacja. Łukasik schodzi z ekranu i niemal przez cały czas, aż do kolejnego wejścia – z przerwą może na informację, co Komisja Europejska i Mateusz Kijowski sądzą na temat sytuacji w Polsce – trwa pompowanie Łukasika. Żeby zorientować się, o co chodzi, wystarczy choćby obejrzeć „Szkło Kontaktowe”, gdzie najpierw Grzegorz Miecugow zapewnia nas, że „Paweł jest rewelacyjny”, a potem, dla podkreślenia prawdziwości owej tezy, lecą esemesy od widzów dokładnie tej samej treści: „Paweł Łukasik – reporter doskonały”, „Kocham Pawła Łukasika”, „Dziękuję za Łukasika” i tak dalej.
      No i tu powraca pytanie, czemu oni to robią? Gajek twierdzi, że to jest akcja, a ja myślę, że on ma rację, to jest akcja. Chodzi o to, żeby te rozmowy były właśnie takie, jakie są, żeby nam wmówić, że Paweł Łukasik to jest nasz wkład w Światowe Dni Młodzieży i że tak jest super. No ale znów – czemu? Otóż chciałbym tu przypomnieć stosunkowo niedawny tekst na tym blogu, gdzie opisywałem to, co się dzieje w telewizyjnym programie, znanym u nas pod nazwą „Mam talent”, a w Stanch Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii funkcjonującym jako „America’s Got Talent” i „Britain’s Got Talent”. Konkretnie poszło o to, że w jednym z amerykańskich programów pojawił się człowiek przebrany za kowboja, który jednak nie był kowbojem, lecz inzynierem pracującym dla NASA, ze świnią. Świnia, którą on najpierw starannie wytresował, a następnie przyprowadził do programu, by ona, ku uciesze publiczności i obecnego tam jury, robiła najróżniejsze sztuczki, włącznie z wciąganiem amerykańskiej flagi na maszt.
      Jakiś czas potem, tyle że już w polskim „Mam talent” pojawił się również człowiek ze świnią, tyle że nasza polska świnia, zanim zrobiła jakąkolwiek sztuczkę, zesrała się. Zwyczajnie nasrała na podłogę w tym ich wesołym teatrze. Pisałem o tym wydarzeniu, porównywałem obie prezentacje, oraz ogólnym poziomie obu edycji owego programu, natomiast jakoś nie zwróciłem uwagi na to, że polski „Mam talent” jest organizowany przez telewizję TVN, a więc dokładnie tę samą stację, która zatrudnia, a dziś odpowiednio eksploatuje Pawła Łukasika.
     Otóż, jak grom z jasnego nieba, spadło nagle na mnie olśnienie, że to może być dokładnie ten sam fragment tej samej gry. Jest bardzo prawdopodobne, że tak samo, jak wtedy telewizja TVN, w odpowiedzi na amerykański numer ze świnią, pokazała nasz polski numer ze świnią, tak dziś w odpowiedzi na to, do czego przyzwyczaiła się telewizyjna widownia w Stanach, we Francji, czy Wielkiej Brytanii, oni zaproponowali Łukasika i informują nas, że to jest właśnie to, na co nas stać, a ponieważ lepiej nie będzie, powinniśmy uznać, że tak jest okay.
      I można by było pewnie kończyć już ten temat, gdyby nie owe Światowe Dni Młodzieży. Myślę, że każdy z nas zgodzi się, że to czego jesteśmy od paru dni świadkami, to poziom absolutnie najwyższy pod każdym możliwym względem. Organizacja, oprawa wydarzenia, ludzie, no i wreszcie cały ów kontekst z Europą ograniętą islamskim terrorem – to wszystko sprawia, że po raz pierwszy w historii możemy się poczuć prawdziwie dumni, że żyjemy tu i teraz. Osobiście nie pamiętam – i przyznaję, że nawet z czasów Jana Pawła II – byśmy aż tak triumfowali. No i w tym momencie oni nam wysyłają Łukasika z tym mikrofonem i informacją, że to jest szczyt i że wyżej ani nie podskoczymy, ani skakać nie potrzebujemy.
      Ktoś powie, że przesadzam, że mnie ponosi, że szukam tam gdzie nikt nic nie zgubił. Możliwe. Może jest tak, że oni są zwyczajnie głupi i słabi i wszystko, co dziś robią to już tylko powolne zdychanie, bez żadnej kontroli, bez żadnego planu. Mimo wszystko, radziłbym uważać, byśmy się nie zdziwili, gdy oni nas zaczną atakować już nie przy pomocy jakiegoś Łukasika, ani nawet świni, która się zesrała, ale czymś, z czym sobie juz zwyczajnie nie poradzimy.

Zachęcam do kupowania moich książek. Wszystkie są do nabycia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

     

piątek, 29 lipca 2016

Czy dyrektor Wolski sprowadzi do TVP Kabaret Neo-Nówka?

Dopiero dzisiaj udało się uruchomić nowy system, więc nie zdążyłem napisać nic nowego. W tej sytuacji, już dziś proponuję najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”. Myślę, że będzie dobrze.

Wedle badań, których źródła ani nie znam, ani, powiem szczerze, nie jestem nim zainteresowany, po tym, jak w publicznej telewizji doszło do zmiany zarządu, tak zwana „oglądalność” spadła tam na łeb na szyje i dalej leci. Powiem uczciwie, że przez minione osiem lat, a nawet i dłużej, TVP nie oglądałem, a jeśli już w ogóle wystawiałem się na działania politycznej propagandy, wybierałem raczej TVN24. A zatem, nie potrafię powiedzieć, czy przez owe kilka miesięcy od kiedy Jacek Kurski zaczął tam wprowadzać swoje porządki, TVP się poprawiło, czy pogorszyło. Oczywiście, widzę tam twarze, które rozpoznaję jako z całą pewnością nowe, czyli redaktorów Rachonia, Wolskiego, Pereirę, Gadowskiego, Janeckiego i przyznaję, że jestem pod nie tylko estetycznym wrażeniem. No ale, z drugiej strony, kiedy niekiedy zajrzę do TVN24 i pokażą mi się Ryszard Kalisz, Krzysztof Daukszewicz, Aleksander Kwaśniewski, czy – może zwłaszcza – były funkcjonariusz UOP-u, Piotr Niemczyk, jestem już zdecydowanie spokojniejszy.
No ale, jak mówię, możliwości porównania tego z latami 2005 – 2015, zwyczajnie nie mam, a już na pewno nie umiem ocenić, dlaczego, jak nas informują specjalne pracownie badawcze, Polacy nie chcą już oglądać telewizji publicznej, no i czy owe powody są słuszne. Czy chodzi o to, że oni woleli, jak ich okłamują Kraśko z Tadlą, niż Wolski z Łosiewicz, czy może, podobnie jak dla mnie, jest im obojętne, kto kłamie, tylko uważają, że Tadla była od Łosiewicz sympatyczniejsza? Nie mam pojęcia.
Ktoś mi powie, żebym się nie wykręcał, bo sprawa jest jasna: Tadla nie kłamała, natomiast Łosiewicz, owszem. No ale, przy całej mojej podejrzliwości co do intelektualnego poziomu prezentowanego przez telewizyjną widownię, w to akurat nie uwierzę. Nie ma bowiem możliwości, że choćby niewielki jej procent w ogóle dbał o tego typu szczegóły.
A zatem, odpowiedzi na wszystkie te pytania nie znam. Rzecz jednak w tym, że w moim przekonaniu, cała ta kwestia, postawiona w taki sposób, w jaki ją tu omawiamy, jest funta kłaków warta, a to z tej przyczyny, że, nawet jeśli założymy, że dane dotyczące owej oglądalności są prawdziwe i że Polacy faktycznie odwracają się od TVP, to emocje uczestników owych badań mogą mieć dla nas znaczenie tylko w tym sensie, że one pokazują, że tam akurat zaszła zmiana pozytywna. I proszę mi wierzyć, że wcale nie mam tu na myśli osobistego uroku Marcina Wolskiego. Jeśli bowiem Polacy przestali traktować TVP, jako przytulisko dla swoich skołatanych nerwów i występy Kabaretu Neo-Nówka oglądają już tylko w Polsacie, to przysłowiowy krzyż im na drogę. Jeśli oni nie lubią już TVP, bo tam się zrobiło jakoś tak niefajnie – to znaczy, że TVP wreszcie zaczyna spełniać swoją rolę. A że przy pomocy tej bałwanerii, to to już jest wyłącznie nasz problem, a my oglądalność akurat utrzymujemy na poziomie.

Oczywiście, niezmiennie zachęcam do kupowania moich książek. Wszystko co jest do kupienia, znjduje się w księgarni pod adresem www.coryllus.pl.

czwartek, 28 lipca 2016

Jaki jest język urzędowy w korporacji na Wiertniczej?

Jestem pewien, że większość czytelników tego bloga zdążyła zauważyć, że osobiście bardzo niechętnie angażuję się w dyskusje na temat języka angielskiego, których sensem miałoby być wyśmiewanie ludzi z tego tylko powodu, że nie znają języka, czy znają język słabo. Jest owszem faktem, że parę razy owa kwestia się tu pojawiła, jednak wyłącznie w odniesieniu do tych, którzy z jakiegoś powodu są przekonani, że znają język bardzo dobrze, lub o grozo uważają za swój obowiązek innych wyśmiewać. Mam tu na myśli oczywiście Radka Sikorskiego, czy może przede wszystkim red. Arletę Zalewską z telewizji TVN24, którą w pewnym momencie redakcja wysłała egzaminować polityków z tego, jak się wymawia słowo "party".
    Dlaczego tak? Przede wszystkim z tego powodu, że sam znam język na tyle dobrze, by wiedzieć, że to naprawdę nie jest nic takiego; że jeśli się dobrze zastanowić, to wszystko to czego nie potrafię i już pewnie nie będę w stanie się nauczyć zdecydowanie przewyższa ten głupi angielski. Ale jest jeszcze coś. Chodzi mianowicie o to, że w moim najgłębszym przekonaniu, z pewnego szczególnego, a dla mnie akurat bardzo istotnego punktu widzenia, poza tak zwanymi native speakerami, języka nie zna nikt, a już na pewno nie "bardzo dobrze". Ów punkt widzenia świetnie, choć mocno szyderczo, pokazuje wczesny skecz Monty Pythona o lekcji języka włoskiego. Kto chce, może sobie znaleźć na youtubie.
      A jednak dziś zmuszony jestem wrócić do tematu i to znów w konkretnym odniesieniu do tak naprawdę Bogu ducha winnego telewizyjnego dziennikarza nazwiskiem Paweł Łukasik. Otóż stało się tak, że redakcja TVN24 postanowiła, że uczci odbywajęce się akurat w Polsce Światowe Dni Młodzieży wysyłając w tłum kręcącej się po Krakowie i okolicach młodzieży owego Łukasika z mikrofonem, żeby z tymi dziećmi rozmawiał i "na gorąco" przesyłał do naszych domów relacje z owych rozmów. Rzecz w tym, że Łukasik językiem angielskim praktycznie nie włada. Jego angielski to coś na poziomie słabego ucznia słabego liceum i jedyna różnica, jaką możemy zobaczyć między owym uczniem, a Łukasikiem, jest taka, że podczas gdy w krytycznej sytuacji uczeń stoi czerwony ze wstydu i nerwowo się uśmiechając próbuje coś dukać, Łukasik zachowuje się, jak ktoś komu od dziecka wmawiano, że jest najlepszy i że on powinien ową najlepszość eksponować w każdym momencie, a szczególnie wtedy, gdy ona może zostać zakwestionowana. Łukasik biega z tym mikrofonem między młodymi Francuzami, Brazylijczykami, Brytyjczykami, Meksykanami, Hiszpanami, Włochami, którzy, poza pytaniem "where are you from", nie mają najmniejszego pojęcia, o co mu chodzi, a my, widzowie przed telewizorami, nie wiemy gdzie podziać wzrok i w pewnym momencie już tylko mamy nadzieję, że te dzieci - z których każde, podkreślam, każde, zna język angielski lepiej od Łukasika - pomyślą, że ten wesołek z plecakiem i mikrofonem z napisem TVN24, to jakiś internetowy kabareciarz.
     Chciałbym bardzo być dobrze zrozumiany. Mnie tu nie chodzi o Łukasika. W pewnym sensie, ja mu nawet współczuję. W końcu, w jego zawodowej sytuacji, on nie może zachowywać się inaczej. Z zawodowego punktu widzenia, on zachowuje się właściwie najbardziej profesjonalnie. Któregoś dnia ktoś go poinformował, że decyzją redakcji, to on właśnie ma prowadzić te rozmowy i kropka. Co on miał zrobić? Powiedzieć, że nie, że on nie da rady, że się nie nadaje? Ja bym pewnie tak zrobił, ale nie sądzą, żeby mi to zawodowo pomogło. A kto wie, czy nie jest tak, że poza Kolendą-Zaleską i Brygidą Grysiak, jedyną już tylko osobą w redakcji TVN24, która chodzi do kościoła, to właśnie Łukasik? A zakładając nawet, że Kolenda jest z angielskiego od Łukasika lepsza, to co oni mieli zrobić? Ją tam wysłać? Przecież ona by im powiedziała, żeby się od niej odpieprzyli, bo ona nie będzie biegała bez sensu po ulicach i robiła z siebie durnia, i nikt by nawet palcem nie kiwnął.
     A więc nie chodzi o Łukasika. Chodzi o redakcję TVN24, a konkretnie o to, że oni najwyraźniej uznali, że ich widzowie, to banda głupków, którzy się nie zorientują, co się tu dzieje, a może wręcz pomyślą, że ten TVN to prawdziwa Europa, gdzie po angielsku się rozmawia z taką samą swobodą, jak po polsku, niemiecku, francusku i hiszpańsku; że to słynne polskie buractwo jest wszędzie, tylko nie tam, na Wiertniczej w Warszawie. No i że przecieny widz i tak nic więcej nie potrzebuje, jak tylko parę kolorowych błyśnięć prosto w oczy.
     Ale jest jeszcze jedna możliwość. Może być tak, że oni sami, włącznie z samym Łukasikiem, są przekonani, że jego znajomość języka jest bez zarzutu. Może być tak, że Paweł Łukasik to wręcz absolwent wydziału anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Podobnie jak Arleta Zalewska, Maciej Knapik, a może i nawet Jacek Pałasiński. Może tam na Wiertniczej jest tak, że ponieważ TVN to firma amerykańska, ktoś kto nie ma udokumentowanej znajomości języka angielskiego na poziomie zaawansowanym, nawet nie ma co marzyć o tym, by się tam zatrudnić?
     I to akurat jest bardzo prawdopodobne. Przez kilka dobrych lat miałem okazję uczyć w dwóch potężnych korporacjach, w tym jednej o zasięgu międzynarodowym. Wśród swoich uczniów miałem zarówno pracowników podstawowego szczebla, jak i kadrę zarządzającą, czyli tak zwanych dyrektorów. Zwykli pracownicy byli podzieleni na grupy na różnych poziomach zaawansowania, natomiast gdy chodzi o dyrektorów, to oni wszyscy bez wyjątku mieli być uczeni na poziomie zaawansowanym. Wśród dyektorów nie było jednej osoby, która by została potraktowana, jako osoba, która języka nie zna, lub zna go słabo. I proszę sobie wyobrazić, że w rzeczywistości żaden z nich znajomością języka nie sięgał wyżej niż tak zwanego poziomu preintermediate. Pewnego dnia w owej mędzynarodowej firmie miało dość do zmiany wiceprezesa i na miejscu Polaka, miał się pojawić Holender, który wcześniej przez wiele lat pracował w Australii. Trzeba by nam było widzieć panikę, w jaką wpadli ci dyrektorzy na wiadomość, że oni teraz będą musieli ze swoim vice-prezesem gadać po angielsku. Trzeba by nam było słuchać, jak oni mnie prosili, żebym im podał choć parę takich bardziej łatwych do nauczenia się zwrotów, które im pomogą się zachować, kiedy ten nowy prezes ich poprosi do siebie na górę.
      I znów, czy ja może się z nich naśmiewam? A może wtedy, kiedy oni kręcili się we wspomnianej panice, patrzyłem na nich z góry? Absolutnie. Dlaczego? Bo ja w tym interesie jestem wystrcająco długo, by wiedzieć, że dziś akurat nikt nie jest lepszy z angielskiego od tych kilku gimnazjalistów, czy licealistów, których możemy znaleźć w każdej praktycznie szkole w Polsce. Tam rzeczywiście można znaleźć jednostki naprawdę wybitne, i to z nimi często mają kłopot nauczyciele, kiedy widzą, że nie dają rady.
      Jak już wspomniałem na początku tych refleksji, każde z tych dzieci, z którymi próbował rozmawiać Łukasik, było od niego lepsze. A pamiętajmy, że tam były też dzieci z krajów, takich, jak Brazylia, czy Argentyna, gdzie naprawdę po angielsku się raczej nie rozmawia.One też były od niego lepsze. Dziś, z tego co widzę, Łukasik jest bohaterem wesołych żartów nawet w swojej macierzystej stacji. Czy to możliwe, że nawet oni się zorientowali, że coś nie gra?

Przypominam że moje książki można kupować w księgrni na stronie www.coryllus.pl. Podobno jest tam jeszcze parę egzemplarzy książki o języku. Proszę sprawdzać tu http://coryllus.pl/?wpsc-product=kto-sie-boi-angielskiego-listonosza-2

środa, 27 lipca 2016

Niech się cieszy Ziemia cała

Tak się zdarzyło, że syn mój uznał, że mój komputer wymaga przeinstalowania, w związku z tym przynajmniej dziś mam mocno ograniczone ruchy. Gdyby ktoś jednak sądził, że to nas wypycha na pobocze, jest w ciężkim błędzie. Zawsze pozostają Mahogany Sessions, którym zresztą miałem okazję poświęcić rozdział swojej książki o muzyce (tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut). A więc do jutra może, a teraz słuchajmy. Niech będzie, ze na Jego Chwałę:




wtorek, 26 lipca 2016

3 000 000

Uczciwie powiem, że nie zamieściłem kolejnego postu tym razem nie dlatego, że nie miałem czasu, nie chciało mi się pisać, ani nie miałem nic szczególnego do powiedzenia, ale z tej prostej przyczyny, że kiedy wczoraj zauważyłem, że zbliżamy się tu do czterech milionów odsłon, pomyślałem sobie, że ja to przeżyję znacznie bardziej świadomie, kiedy ta granica będzie przekraczana wolniej.
Jak się jednak okazało, plan ów nie wypalił, bo licznik praktycznie nie zwolnił, a ja przekraczania kolejnej granicy nawet nie zauważyłem. A zatem siedzę, piszę te słowa i informuję, że, owszem, mamy już tu ponad 4 mln. odsłon. Jednocześnie jednak przypominam sobie bardzo stary tekst, który napisałem na początku mojego blogowania, kiedy przekroczyłem 300 komentarzy i owa liczba „300” wywołała we mnie pewne szczególne refleksje. Proszę więc, wróćmy jeszcze raz do wspomnień. Oto tekst z 22 lutego 2009 roku, oczywiście zatytułowany „300”:


No i dziś przyszło mi zamykać kolejną setkę. Wpadło mi jednak właśnie do głowy pewne skojarzenie, które sprawia, że te 300 wpisów nabiera szczególnego, bardzo symbolicznego znaczenia. Myślę o komiksie Franka Millera i inspirowanym nim filmie o tym niezwykłym tytule. Nie znam się kompletnie na komiksach. Jedyny fragment tej dziedziny sztuki jaki znam dość dobrze to „Przygody Koziołka Matołka” i trochę też czegoś, co się kiedyś czytało, a co się nazywało „Tytus, Romek i Atomek”. Poza tym jestem tu niemal kompletnie bezradny. Mam natomiast w domu młodego Toyaha, który mi każe ze sobą chodzić do kina, a więc pewnego razu obejrzałem ekranizację kultowego – jak się dowiaduję – komiksu o Spartanach i ich beznadziejnej walce z Persami.
Bardzo mi się ten film podobał. Mamy go w domu na DVD i od czasu do czasu sobie rzucimy okiem. Dziś jednak chciałem nie o filmie, ani nie o komiksie, ale o tych 300 tekstach, które, jeśli się tylko na spokojnie zastanowić, mają bardzo zbliżoną moc do tej, jaką dysponowało tych 300 Spartan. Jeśli się tylko spokojnie zastanowić, to – myślę sobie – te moje słowa, bez względu na to jak bardzo zaangażowane, jak pełne emocji i prawdziwej wiary, są niczym, w porównaniu z tym, co stoi naprzeciwko i przeciwko czemu one faktycznie są skierowane. I wcale nie chodzi mi tu o moich kolegów blogerów, którzy też tu prowadzą swoją prywatną wojnę. Akurat oni, że się tak nieskromnie wyrażę, mnie nie martwią. Uważam – jeszcze mniej skromnie – że oni akurat, nawet gdyby się nagle zgromadzili wszyscy razem, mnie nie przestraszą. Więc to nie z nimi walczę. Naprzeciwko bowiem mam nie paru, podobnie jak ja, amatorskich publicystów, lecz całą organizację, której faktycznego kształtu, pochodzenia, ani składu do końca nikt z nas nie zna, ale która na swoje usługi zgromadziła setki wybitnych polityków, wielkich autorytetów, znakomitych dziennikarzy, profesjonalnych doradców, cały powszechny system edukacji, potężny biznes, grupy wydawnicze, ogromną część kultury popularnej, a przede wszystkim najbardziej sprawne kanały medialne, pomagające dzień i noc komunikować się z demokratycznym społeczeństwem. A to już jest przeciwnik potężny.
Dlaczego więc wciąż piszę i skąd mam wciąż tyle wiary w to, że warto? Stąd mianowicie, że mam szczere przekonanie, iż te 300 tekstów, to nie są same tylko teksty. Za tą liczba kryją się ludzie, w moim najgłębszym przekonaniu, prawdziwie wielcy i tak niezłomni, że z nimi się w ostatecznym rozrachunku wyłącznie wygrywa. Parę z moich niedawnych wpisów poświęciłem właśnie takim ludziom. Jeszcze wcześniej pozwoliłem sobie, najlepiej jak umiałem, oddać mój szacunek Annie Walentynowicz. Dziękowałem tu państwu Gwiazdom i każdemu z tych wszystkich walczących z dala od głównego nurtu bohaterom, o których akurat sobie pomyślałem.
W którymś z najnowszych komentarzy, które uprzejmie zostawiane są na moim blogu, ktoś napisał, że siły, które się przeciwko nam sprzymierzyły, okazały się jednak zbyt słabe „w kościach”, żeby pokonać to co mamy najlepszego. Nie zniszczyły na przykład Antoniego Macierewicza. I to jest fakt. Jednak nie cała. Bo nie zniszczyły nie tylko Macierewicza. Nie zniszczyły również Lecha i Jarosława Kaczyńskich, nie zniszczyły Anny Walentynowicz, nie zniszczyły Gwiazdów, nie zniszczyły Krzysztofa Wyszkowskiego. Nie zniszczyły też – o czym mogliśmy się z satysfakcją niedawno przekonać – Kornela Morawieckiego. Nie zniszczyły wielu z tej przecież nielicznej garstki, która okazała się silniejsza od czasów, w których przyszło im wszystkim żyć i walczyć. Nie zniszczyła wreszcie tych wszystkich z nas, którzy się solidarnie wspieramy, nawet dziś. Tutaj. Właśnie dzięki nim warto jest pisać i dlatego też łatwo jest wierzyć, że to nie jest już takie ciężkie zadanie.
Powiedzmy więc, że tak jak tych tekstów jest już – razem z dzisiejszym – 300, można nawet przyjąć, że w ogóle wszystkich nas też jest 300. Zgoda więc. Niech zatem będzie tylko 300. Ale za to, jakież piękne jest to poczucie, że kiedy nam powiedzą: „Nasze strzały przysłonią wam słońce”, to my z radością i dumą odkrzykniemy: „Więc będziemy walczyć w cieniu!”

Książka, która opisywała tamte czasu już wprawdzie nie ma, natomiast, jeśli ktoś ma ochotę na wspomnienia, polecam drugi zbiór felietonów z tego bloga, zatytułowany „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”. Do kupienia tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=palimy-licho-czyli-o-tymktorynigdynieprzepuszczazadnejokazji.

poniedziałek, 25 lipca 2016

John i Yoko gośćmi Światowych Dni Młodzieży

Z przyczyn różnych, a wśród nich pewnie najważniejsza jest ta, że młodzieżą nie jestem od wielu już lat, swój udział w Światowych Dniach Młodzieży ograniczyłem do samego obserwowania czy to owego niezwykłego uniesienia, czy równie niezwykłej liczby wprost najpiękniejszych dziewcząt, jakie można sobie tylko wyobrazić, a które mijam w tych dniach codziennie, gdy chodzę ulicami mojego miasta. A więc takie to są te moje Światowe Dni Młodzieży. Owa radość i te prześliczne dziewczęta.
To jednak, co pewnie zapamiętam na długie lata, to dwa wydarzenia, jedno radosne, drugie trochę mniej. Pierwsze z nich miało miejsce zaledwie przedwczoraj, kiedy wyprowadzałem psa na późnowieczorny spacer. Wracaliśmy już do domu, kiedy parę kroków stąd natknęliśmy się na rozbawioną grupkę chłopców i dziewcząt. Ponieważ mój pies to labrador, a labradory mają w sobie to coś, co ludzi raczej przyciąga, niż odpycha, zostaliśmy natychmiast zaczepieni i wywiązała się rozmowa. Okazało się, że te dzieci przyjechały do nas aż z Francji, no i właśnie wracają z uroczystości na katowickim lotnisku. Jeden z chłopców najpierw spytał „is hi danżeres?”, a kiedy się dowiedział, że absolutnie nie, to już tylko koniecznie chciał wiedzieć, jak się po polsku zwraca do psa, by usiadł, a ja ich nauczyłem słowa „siad”. No i się zaczęło. Wszyscy ci Francuzi zaczęli do mojego psa krzyczeć „siad”, niestety ponieważ okazało się, że on nie toleruje obcych akcentów, nic z tego nie wyszło. No ale było bardzo przyjemnie, pogadaliśmy troszeczkę, na koniec się uściskaliśmy, pomachaliśmy do siebie i tak się owo spotkanie zakończyło. A ja, przepraszam bardzo, ale nie mogłem nie pomyśleć sobie, że to jest coś absolutnie niezwykłego spotkać niemal pod domem tu w Katowicach grupę młodych katolików z Francji i widzieć, jacy oni są szczęśliwi i spokojni, bo wiedzą, że jedyne „danżeres”, jakie dziś mogą sobie wyobrazić, zostawili daleko za sobą, gdzieś w Paryżu, Lyonie, czy w Lille.
Drugie zdarzenie – a chronologicznie tak naprawdę pierwsze – które zapisało się w mojej pamięci, miało miejsce jeszcze w piątek podczas spotkania, o jakim już tu wspominałem, z czytelniczką z Niemiec. Kiedy tak siedzieliśmy i sobie gawędziliśmy o różnych sprawach, obok nas przechodziły kolejne grupki owej niezwykłej młodzieży, która w tych dniach zjechała do nas z całego świata. I oto w pewnym momencie jeden z tych chłopców usiadł na ulicy z gitarą, reszta utworzyła wokół niego kółko, on zaczął śpiewać piosenkę… tak, zgadliście Państwo – „Imagine” Johna Lennona, a oni mu zawtórowali. Po Lennonie przyszedł Paul McCartney i to jego cholerne „Let It Be”, ja jednak już nie byłem w stanie się na tym skupić, bo wciąż miałem w oczach widok tych dzieci, a w uszach tych parę słów „…and no religion, too”.
W tej sytuacji, specjalnie dla nich, zamiast złośliwego komentarza o tym, jak to wszystkie nasze dzieci, i to niezależnie od długości i szerokości geograficznej, są tak samo piękne, jak i głupie, chciałbym przypomnieć rozdział z mojej książki o rock and rollu, poświęcony właśnie piosence „Imagine”, troszeczkę dziś przeze mnie poprawiony, tak by brzmiał możliwie jak najlepiej. Zapraszam:


Ponieważ zajmujemy się tu artystami, którzy w ten czy inny sposób tworzą historię, wypadałoby też pewnie wspomnieć o kilku przynajmniej piosenkach, które ową historię stanowią, i to nawet jeśli niekiedy w sposób wyjątkowo irytujący. Weźmy takie „Imagine” Johna Lennona. Ktoś spyta, cóż takiego można napisać o piosence, której artystyczny, oraz intelektualny wymiar opiera się na następującym przekazie:

Wyobraź sobie, że nie ma państw
To wcale nie jest takie trudne
Ani zabijania, ani umierania
I religii nie ma też
”.

Myślę że można, tyle że trzeba się wspomóc czymś znacznie od tego czegoś poważniejszym. Film Rolanda Joffe – tego od „Misji” – zatytułowany „Killing Fields’, jak ci, którzy mieli go okazję oglądać, wiedzą, traktuje o komunistycznej rewolucji w Kambodży. „Killing Fields” to film znakomity. Bardzo poruszający, a w niektórych momentach tak okrutny, jak okrutny był ów szczególny projekt człowieka nazwiskiem Pol Pot. To jednak, co na mnie osobiście zrobiło tam wrażenie największe, to scena, która właściwie film zamyka. Lub może jeszcze inaczej. Scena, która następuje po tym, kiedy już wszystko się kończy.
Otóż jesteśmy już poza ostatnią sceną z filmu, siedzimy wbici w fotele, nie potrafimy ani nic powiedzieć, ani nawet mrugnąć okiem, i oto zaczynają płynąć dźwięki tej piosenki. Piosenki, która przez tyle lat była symbolem tego wszystkiego, co w muzyce pop najpiękniejsze i najbardziej wybitne. Ale też symbolem tego, czym dla wielu muzyka pop jest nawet i dziś – mianowicie przesłaniem miłości, pokoju i przyjaźni. Otóż film Rolanda Joffe kończy się piosenką Johna Lennona ‘Imagine’.
Jak mówię, cały film jest wart obejrzenia, a każda jego scena odpowiedniego przeżycia, natomiast to, co Joffe postanowił zrobić Lennonowi na koniec swojego filmu, stanowi przykład tak cudownie brutalnego szyderstwa, że reakcja na nie może być tylko dwojaka. Z jednej strony, nieskończony podziw, a z drugiej zazdrość, że nikomu z tych, którzy przecież nie od dziś wiedzą, z jakim to umysłem mają do czynienia, nie udało się pokazać tego, czym jest komunizm i co on potrafi zrobić z człowiekiem… no, może faktycznie, nie do końca intelektualnie sprawnym, niemniej jednak – człowiekiem.
Nie mam zamiaru tłumaczyć tu, w jaki sposób eksperyment, jaki Pol Pot przeprowadził na swoim narodzie, stanowił modelowy przykład komunistycznej rewolucji, ani tym bardziej też nie mam ochoty wchodzić w szczegóły tego strasznego eksperymentu. Nie planuję też opowiadać, co takiego John Lennon postanowił przekazać światu w swoim wielkim przeboju, i w jaki sposób ów przekaz sprowokował Rolanda Joffe do tego, by zamykając swój film, w tak okrutny sposób wykorzystać ten szczególny popis nie tyle artystycznego – bo co by nie mówić, John Lennon jakimś tam artystą przynajmniej od czasu do czasu był – co ludzkiego geniuszu tego nieszczęśnika. Zakładam, że skoro już ktoś uznał za stosowne czytać te słowa, to i jedno i drugie albo wie beze mnie, albo jest w stanie sobie wszystko skutecznie sprawdzić.
Pisząc ten tekst bowiem, mam na uwadze nie tyle prokomunistyczne obsesje jego twórcy i jego słynnych sympatyków, lecz relacji między nami, tak zwanymi konsumentami sztuki, a sztuki tej dostarczycielami.
Rzecz jest w tym, że ja od wszelkiego typu artystów – czy są nimi aktorzy, piosenkarze, muzycy, czy nawet i literaci – wymagam jednego: żeby każdy z nich mnie bawił, wzruszał, lub zachwycał pod względem czysto estetycznym. Z mojego punktu widzenia, rola artysty powinna się właśnie sprowadzać do tych, i tylko tych, paru elementów. Gdy idzie o Andrzeja Wajdę, czy Daniela Olbrychskiego, czy nawet Rolanda Joffe, lub Roberta deNiro – tak znakomicie się ukazującego we wspomnianej na początku ‘Misji’ – ja nie mam w stosunku do nich żadnych innych wymagań, jak tylko te związane z tym, co oni robią w ramach swojej działalności zawodowej. Powiem więcej, mam bardzo mocne przekonanie – którego do dziś zresztą nie udało mi się do końca zracjonalizować – że artyści akurat stanowią tę grupę społeczną, od której, na poziomie pozaartystycznym, wymagać akurat należy znacznie mniej niż od innych. A jeśli tak się zdarzy, że któryś z nich mnie miło zaskoczy – tym lepiej i dla mnie i dla niego.
I oto przed nami dwóch twórców. Z jednej strony, reżyser filmowy Roland Joffe, a z drugiej, piosenkarz i kompozytor John Lennon. Jakim człowiekiem po wyjściu ze studia nagraniowego był John Lennon, wiem aż nazbyt dobrze. Z tego co zdążyłem przez wszystkie tamte lata, kiedy on był jeszcze wśród nas – i to był jak najbardziej aktywnie – zauważyć, mam o nim opinie jedną: John Lennon był nadętym bucem, durniem i tandeciarzem. On, nawet jako samodzielnie występujący artysta, poza paroma wypadkami, nie wykazał się niczym szczególnym, a może nawet, jeśli wziąć pod uwagę takie piosenki jak „Jealous Guy”, to pokazał, że jest w stanie osiągnąć niekiedy poziom jeszcze niższy, niż jego polscy epigoni, występujący onegdaj pod nazwą „Universe”. Ale niech już mu będzie. Tych parę piosenek – jeśli tylko postaramy się nie słuchać ich tekstów – należy do niego i nikt mu ich nie odbierze, natomiast cała reszta, to eksplozja takiego skretynienia, że to iż on potrafił się jakoś uczepić tej starej pudernicy Yoko i przeżyć jakoś przy niej tych kilka dobrych lat, trzeba mu zaliczyć za i tak już wielki sukces. Natomiast fakt, że w pewnych środowiskach on do dziś funkcjonuje, jako autorytet, to już akurat kwestia w ogóle upadku tego świata, i nie powinniśmy się temu za bardzo dziwić. Jeśli autentycznym autorytetem jest Lech Wałęsa, to czemu nie John Lennon?
Jakim człowiekiem jest Roland Joffe – nie mam pojęcia. Czy jest kimś miłym, czy niesympatycznym, mądrym czy głupim, porządnym, czy wręcz przeciwnie – diabli go wiedzą. Nie wiem nawet, co on sądzi o wszystkich tych sprawach, które mi na codzień nie dają spokojnie zmrużyć oka. I, powiem uczciwie, nie za bardzo mnie to w ogóle interesuje. To co o nim natomiast wiem, to to, że z całą pewnością nakręcił dwa wybitne filmy i kilka marnych, no i to, że kręcąc film o tym zabójczym eksperymencie w Kambodży, nie zrobił tego, co by pewnie zrobiłby jakiś Oliver Stone, czy inny Steven Spielberg. A mianowicie puścił to „Imagine”, jako apel do prezydenta Stanów Zjednoczonych o opamiętanie, lub szalenie błyskotliwą sugestię, że człowiek niestety nie chce się przyczynić do tego, by piękne marzenie Johna Lennona się ziściło, ale może w przyszłości, jak już przybędą tu kosmici, to świat znormalnieje. On zrobił coś zupełnie przeciwnego. Swój film zakończył tym cudownym i tak bardzo inteligentnym przesłaniem, oraz refleksją na temat tego, co w dzisiejszym świecie rujnuje zarówno człowieka, jak i jego dzieło – a mianowicie socjalizmu. I za to go lubię. Lennona nie lubię, a Joffe owszem.
Na koniec chciałbym wspomnieć, coś, co zasługuje na osobną refleksję, i niewykluczone, że się jej doczeka. Coś bardzo, ale to bardzo innego od tego Lennona. Mam na myśli piosenkarkę o imieniu Adele. Podobnie jak to się ma z Rolandem Joffe, nie wiem o niej niemal nic, poza tym, że ma świetny głos, pisze wspaniałe piosenki, nagrała dwie bardzo dobre płyty, i daje koncerty o klasie nieporównywalnej z niczym innym w tym gatunku. Że, moim zdaniem, wygląda okay i nie jest chuda. I że, kiedy ją zapytano o opinię na ten właśnie temat, odpowiedziała w ten sposób:
Uwielbiam dobrze zjeść i nie znoszę się gimnastykować. Nie mam czasu, żeby chodzić na siłownię… Nie chcę być na okładce ‘Playboya’, czy ‘Vogue’. Chcę być na okładce ‘Rolling Stone’ lub ‘Q’. Nie tworzę trendów… Jestem piosenkarką… Wolę ważyć tonę i nagrać świetny album, niż wyglądać jak Nicole Richie i zrobić jakieś gówno. Moim celem w życiu jest nigdy nie schudnąć”.
I to jest dla mnie to, czego wymagam od artysty – żeby śpiewał piosenki takie jak śpiewa Adele, żeby je śpiewał tak jak je śpiewa Adele, a jeśli już się chce odzywać w sprawach ogólnych, to żeby mówił tak jak mówi Adele. Ponieważ kiedy czytam słowa takie jak te, które przytoczyłem powyżej, wiem, że za nimi stoi myśl, która w dzisiejszym świecie jest absolutnie bezcenna. Tyle że to już jest nie jest temat na tę książkę.
Niech Dobry Bóg będzie z wszystkimi uczestnikami Światowych Dni Młodzieży, i niech te dni miną dla nich tak, że nie zapomną tego wszystkiego, co w Polsce piękne do końca swoich dni.

Gdyby ktoś był zainteresowany, moja książka o muzyce jest do kupienia wyłącznie w księgarni Coryllusa pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut








niedziela, 24 lipca 2016

O dobrym grzechu i złej anielskości

Tekst, który miał zostać tu zamieszczony wczoraj, jednak ze względów oczywistych został skierowany do poczekalni, będzie musiał poczekać jeszcze jeden dzień. Dziś natomiast zapraszam do czytania mojego felietonu z najnowszego wydania „Warszawskiej Gazety”. Naprawdę warto.

Pamiętam jak przed laty szedłem sobie z dziećmi na spacer. I oto mijaliśmy ławkę, na której siedziała starsza kobieta i karmiła gołębie. Syn, jak to mały chłopczyk, postanowił gołębie spłoszyć. Podbiegł do nich wrzeszcząc, a gołębie naturalnie odleciały. Kobieta na ławce, w jej pojęciu, równie naturalnie, zaczęła na moje dziecko obelżywie wrzeszczeć. Syn się oczywiście rozbeczał i, jak wcześniej owe gołębie, uciekł, a ja – do dziś nie wiem, co mi strzeliło do głowy – powiedziałem: „Tak mówić do małego dziecka? Jakiż to straszny grzech?”
I proszę sobie wyobrazić, że ona zdębiała. Nie dość, że przestała krzyczeć, to najpierw zaczęła coś mruczeć, a wreszcie, wyrzuciła z siebie to słowo: „Przepraszam”.
Powiem szczerze, że i ja zdębiałem. Spodziewałem się raczej, że to moje gadanie o grzechu spłynie po niej, jak po kaczce, ewentualnie ją trochę ostudzi. W życiu bym się nie spodziewał owego „przepraszam”.
Po latach, a był to Wielki Piątek, szedłem sobie i wyszedł na mnie pijak. Klasyczny, z wyglądu i zachowania, dzielnicowy pijak, i w najbardziej klasyczny sposób zaczął bluzgać. No a ja, przypomniawszy sobie sytuację sprzed lat, pomyślałem, że wygłoszę krótką homilię: „Jak można się tak schlać w dzień śmierci Pana Jezusa? I tak zwymyślać człowieka, który panu nic nie zrobił? W Wielki Piątek? Jakiż to grzech?” Myślę, że tym razem domyślamy reakcji. On najpierw zaniemówił, następnie zaczął się niezdarnie tłumaczyć, a potem odszedł, mrucząc pod nosem słowo „przepraszam”.
Od pewnego czasu spędzam stosunkowo dużo czasu na Twitterze, głównie w towarzystwie tak zwanych „naszych”. Dlaczego „naszych”, a nie „onych”? To proste. Towarzystwo „naszych” jest mi mimo wszystko bliższe i bardziej przyjemne. Tym bardziej jest mi przykro, kiedy widzę, jak wielu z nich jest tak bardzo zaangażowanych w walkę, czy to z Julią Piterą, czy Ryszardem Petru, czy Bronisławem Komorowskim, że od czasu do czasu, zamiast trzymać się tego, co prawdziwe i słuszne, zaczynają kłamać. Po co? Nie mam pojęcia. Widocznie argumenty, które mają, wciąż im nie wystarczą. Ktoś umieszcza na swoim profilu zdjęcie Juli Pitery i rzekomy cytat: „Polska nie powinna decydować o swoim losie. Jako członek Unii Europejskiej, powinna zdać się na opinię instytucji europejskich”. Czytam to i mówię: „Przecież to jest nieprawda. Po co tak kłamać?” i na to dostaję odpowiedź: „Może i nieprawda, ale pasuje”. No i wtedy ja… tak, tak, domyślacie się Państwo: „Ale przecież kłamstwo to grzech”. Wiecie, jaka jest reakcja? Najpierw cisza, i wreszcie: „Okay, przepraszam”. Zawsze. Nigdy nie inaczej.
I to jest coś, co mnie dobrze nastraja. Wszyscy jesteśmy grzeszni. Każdemu, niezależnie od poglądów, zdarza się upaść. My jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że nawet jeśli się zapomnimy, mamy świadomość, że coś jest nad nami i pozostaje niewzruszone. Mamy to i trzymajmy się tego. Starajmy się. Koniecznie.

Zapraszam do oglądania rozmowy, jaką organizatorzy Bytomskich Targów Książki zechcieli ze mną przeprowadzić. A jeśli ktoś szuka konkretu, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl.


sobota, 23 lipca 2016

Redaktor "Gazety Wyborczej" patrzy na Światowe Dni Młodzieży

Miałem na dziś zupełnie inne plany i od razu uprzedzam, że nie chodziło o wypowiedz Rafała Ziemkiewicza na Twitterze, w której skomentował on atak w Monachium uwagą, że Niemcy wreszcie zobaczyli, jak to jest, kiedy to nie oni zabijają, ale ich się zabija. Gdy bowiem chodzi o Ziemkiewicza, ja mam wszystko starannie poukładane od pierwszego dnia, jak zacząłem prowadzić ten blog i nie widzę najmniejszego sensu, by ów porządek rzeczy burzyć kolejnymi ekstrawagancjami tego cudaczka. Natomiast, owszem, bardzo mi zależy, by przedstawić Czytelnikom kogoś, kto tu jeszcze nie gościł i pewnie już do końca świata pozostałby zaledwie jedną z wielu anomalii dzieła Stworzenia, idealnie obojętną światu, gdyby nie wynalazek pod nazwą Facebook i to coś jeszcze, dla czego nazwy nie potrafię znaleźć.
Oto, jak wiemy, zbliżają się wielkimi krokami tak zwane Światowe Dni Młodzieży i nawet dla tych z nas, którzy – doprawdy z różnych względów – patrzyli dotychczas na to wydarzenie z większą czy mniejszą obojętnością, z każdą niemal chwilą zaczyna ono przybierać coraz bardziej poważne kształty. Dziś na przykład miałem spotkanie z czytelniczką, która od lat mieszka w Niemczech, a tu do Katowic regularnie przyjeżdża odwiedzić rodzinę i przy każdej z tych okazji znajduje czas, by się ze mną zobaczyć. Spotkaliśmy się więc i tym razem pod jednym z wielu parasoli rozstawionych to tu to tam, a ponieważ, jak już zdarzyło mi się wspomnieć, zbliżają się owe Światowe Dni Młodzieży, obok nas niemal bez przerwy przewijały się kolorowe tłumy rozradowanych pielgrzymów. W pewnym momencie ich było tak dużo, a wszyscy robili tak niezwykłe wrażenie, że praktycznie nie byliśmy w stanie sobie spokojnie rozmawiać, bo oni tam wciąż byli i zaświadczali choćby i o tym, czego nam dwojgu brakowało.
I oto okazało się, że nie tylko my zdaliśmy sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” nazwiskiem Witold Szabłowski zamieścił na Facebooku okazyjny wpis:



Mam nadzieję, że wszyscy zrozumieliśmy bieg myśli Szabłowskiego i teraz będziemy się mogli już zając tylko nim. Otóż wbrew temu, co niektórzy z nas mogliby podejrzewać, nie mamy do czynienia z jakimś everymanem. Szabłowski to ktoś, kto, jak się wydaje, ma ambicję sięgnięcia znacznie wyżej, niż wskazywałoby nawet jego nazwisko. Spójrzmy choćby na notkę w Wikipedii:
Witold Szabłowski (ur. 1980 w Ostrowi Mazowieckiej) – polski dziennikarz i reportażysta, od 2006 roku związany z „Gazetą Wyborczą” i „Dużym Formatem”. Wcześniej pracował między innymi w TVN24. Szabłowski zajmuje się przede wszystkim Turcją, gdzie mieszkał i studiował blisko rok.
Absolwent Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W 2008 roku otrzymał nagrodę Melchiora za 2007 rok, w kategorii Inspiracja Roku, za ‘nawiązanie do najlepszej szkoły reportażu – ukazanie nieznanego oblicza Turcji, rzetelną dokumentację, oszczędny, ale obrazowy język’.
Także w 2008 roku otrzymał wyróżnienie w konkursie Amnesty International dla autorów najlepszych tekstów poświęconych tematyce praw człowieka za artykuł To z miłości, siostro, który ukazał się w ‘Dużym Formacie’. Tekst opowiadał o dramacie kobiet z Turcji, które padły ofiarami gwałtów oraz ‘honorowych zabójstw’, także tych, które dopuściły się ‘grzechu’ decydowania o swoim losie.
Laureat Nagrody im. Beaty Pawlak w 2011 roku oraz nominowany do Nagrody Literackiej Nike 2011 za książkę Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (Czarne, Wołowiec 2010).
Z Izabelą Meyzą napisał Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem (Znak, Kraków 2012). W 2014 roku wydał książkę Tańczące niedźwiedzie (Agora)
”.
I oto zaledwie wczoraj musiałem się dowiedzieć, że ten sam wybitny człowiek, widząc radosny tłum udający się do Krakowa na spotkanie z papieżem Franciszkiem, uznał za stosowne pomyśleć sobie, że nie byłoby źle wypuścić na nich wszystkich, jak za starych dobrych czasów, lwy, i to w taki sposób, by popcorn lepiej smakował.
Przepraszam bardzo, ale ja tym razem chyba jednak nie mam siły, by to kontynuować. Wszystkie te lata, jakie spędziłem w Internecie przyzwyczaiły mnie naprawdę do, wydawałoby się, wszelkich możliwych ekscesów. Internet, jaki znamy, potrafi dostarczy przeżyć, jakich normalny człowiek nie byłby w stanie sobie wyobrazić w najbardziej perwersyjnych snach. A zatem, nie będę ukrywał, że gdybym myśl przedstawioną przez Witolda Szabłowskiego znalazł na którymś z forów dyskusyjnych, których wokół możemy znaleźć całą masę, w tym choćby dyskusyjne forum „Gazety Wyborczej”, zdziwiłbym się może, nie pierwszy raz zresztą, że oni tam nie mają kogoś, kto by te komentarze w sposób choćby podstawowy moderował. Tu jednak mamy Witolda Szabłowskiego, osobę, jak się okazuje, przynajmniej w pewnych środowiskach, nie mniej publiczną, jak, dajmy na to, poseł Pyzik z PiS-u, tyle że ów Pyzik jest tak naprawdę zaledwie jednym z tysięcy działaczy partyjnych, których należy pilnować, a Szabłowski, to, jak by nie patrzeć, bezdyskusyjna czołówka.
No ale jest jeszcze coś. Otóż gdyby Szabłowski siedział sobie pijąc piwo w Złotych Tarasach, obok przechodziliby ci młodzi z Włoch, Francji, czy Ghany, a on by im pokazał tak zwanego faka, pies z kulawą nogą by tego nie zauważył, nie mówiąc już o tych pielgrzymach. On jednak wypowiedział się publicznie, podpisując swoją wypowiedź imieniem i nazwiskiem, a przez to pewnym sensie określając się również, jako przedstawiciel pewnego – nie ukrywajmy tego – mocno ideologicznie identyfikowanego środowiska. A zatem, w tym akurat wypadku, my nie mamy do czynienia z jakimś bezmyślnym, nic nieznaczącym, gestem, lecz z deklaracją ściśle ideologiczną właśnie. A jej brzemiennie jest proste i czyste: „Zabić!”
Nie oszukujmy się bowiem. Szabłowski to ani wariat, ani ćpun, ani nawet nałogowy żartowniś. To jest człowiek idealnie kontrolujący swoje emocje. On zobaczył te dzieci ciągnące na spotkanie z Papieżem i tęsknota za tym, by ich wszystkich ujrzeć rozrywanych na śmierć przez lwy, stała się dla niego równie naturalna, jak wspomnienie popcornu, który on z jakąś cizią pochłaniali podczas ostatniej wizyty w multikinie. Proszę, nie dajmy się uśpić. Oni wcale nie żartują. To są ludzie, którzy nie spoczną dopóki nie zobaczą, jak nasze głowy leżą równo poukładane jedna obok drugiej na którejś z plaż Libii, Sudanu, czy Arabii Saudyjskiej. Wtedy odetchną głęboko i pójdą do sklepu na dole i kupią sobie popcorn.
Dlatego też nie spuszczajmy ich z oka. Oni mają broń. Amerykańska policja do takich strzela bez ostrzeżenia.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Gdyby ktoś potrzebował odpowiedniej instrukcji, na youtubie można obejrzeć wywiad, jaki przeprowadzili ze mną organizatorzy Bytomskich Targów Książki.



piątek, 22 lipca 2016

Block busting, czyli o tym, jak interentowi faszyści zaatakowali budynki na Czerskiej

W jednej z niedawnych notek nasz kolega Coryllus w niezwykle plastyczny sposób pokazał nam, w jaki sposób „Gazeta Wyborcza”, oraz powiązane z nią intelektualnie środowiska, tworzą narrację, której podstawowym celem jest doprowadzenie jak największej liczby ludzi do takiego zidiocenia, by przyszłość, jaka się w końcu otworzy przed wspomnianymi środowiskami była jasna i czysta. Jako przykład owego procederu, Coryllus zwrócił uwagę najpierw na tekst niejakiego Springera, który opowiada, jak to gdzieś w Lesznie Kościół zagarnął ogródki działkowe i teraz chce je zniszczyć sprzedając teren deweloperowi, który pragnie postawić dam supermarket, przez co 52 letni spawacz, dotychczas zarabiający 7 zł dziennie, nie może znaleźć zatrudnienia. Gdyby to nas nie potrafiło odpowiednio wzruszyć, jest kolejna historia autorstwa Pawła Reszki (nie mylić z Pawłem Reszką) o „pani, która porusza się na wózku zakochuje się w kryminaliście, ale jest nim tak urzeczona, że nie ma możliwości, by odejść, nawet jeśli on tę biedną kobietę pierze bez litości i jeszcze ją gwałci na oczach swojego syna z pierwszego małżeństwa”.
Pragnąc jakoś skomentować ową notkę, zwróciłem Coryllusowi uwagę na fakt, że ów Paweł Reszka (nie mylić z Pawłem Reszką), to człowiek wielu zasług, który otrzymał właśnie nagrodę Ryszarda Kapuścińskiego za cykl reportaży, w których, jak nas poinformowano podczas odpowiedniej laudacji, pokazuje nam świat „sześciokrotnego mordercy i pięciokrotnej zabójczyni, jednego księdza, co z dzieci szatana wygania, drugiego, który nowicjuszkom miłość bożą na leżąco demonstruje, nastolatka, który przez sześć lat żył z widmem z Internetu, aż je zadźgał nożem, i wreszcie Tadeusza, który odkrył świat na nowo, od kiedy zaczął się kąpać”.
I oto ledwo wczoraj dotarła do nas wiadomość, że wspomniana „Gazeta Wyborcza” padła ofiarą wyjątkowo obrzydliwej internetowej prowokacji. Oto redaktorzy ściśle z „Wyborczą” powiązanego dziennika „Metro” http://metrowarszawa.gazeta.pl/metrowarszawa/1,141637,20428063,zakpil-z-redakcji-metrowarszawa-i-jest-z-tego-dumny.html otrzymali doniesienie czytelniczki o imieniu Karolina, że w ubiegłą niedzielę w Warszawie przy stacji Metro Wilanowska lokalni sprzedawcy warzyw brutalnie pobili czarnoskórą kobietę w ciąży. Jakby tego było mało, wedle relacji owej Karoliny, „awanturze przyglądała się przerażona córeczka czarnoskórej kobiety i tłum gapiów. Dziewczynka była sparaliżowana ze strachu, tłum nie reagował, gapił się”.
I dalej: „I wtedy stało się coś strasznego. Drugi ze sprzedawców podszedł do tej czarnej kobiety i kopnął ją z kolana w brzuch! Nikt nie zareagował. Jeden z obserwujących wszystko nagrywał telefonem. Mężczyzna, który wykręcał ręce, złapał ją za szyję i zaczął dusić. I dopiero wtedy ktoś zwrócił mu uwagę. Jakiś koleżka wyglądający jak metalowiec powiedział: ‘Puść kobietę, gdzie z łapami, zabierz te łapska’. Tylko on. To nie pomogło, grubas ciągle ją dusił. Ktoś musiał wezwać policję. Gdy funkcjonariusze dotarli na miejsce, zrobiło się straszne zamieszanie. Jeden z tych policjantów był tak przerażony, że wyglądał jakby miał zejść na zawał, w ogóle nie radzili sobie z tą sytuacją. W tym czasie podszedł do tej murzynki jakiś mężczyzna z tłumu i przy policjantach powiedział: ‘Bo tu Polska jest, tu inne zasady, dostosuj się albo wypierdalaj’. Policjanci znów nie zareagowali”.
Ponieważ poproszona o komentarz policja z uporem powtarzała, że oni o żadnym tego typu zdarzeniu nic nie wiedzą, redakcja „Metra” zaapelowała do świadków owego rasistowskiego ekscesu, by się zgłaszali i dawali świadectwo. Natychmiast zareagował młody człowiek imieniem Adrian, i relację Karoliny w całości potwierdził, dodając:
Widziałem młodych, podgolonych chłopaków w koszulkach patriotycznych, którzy pod nosem się delikatnie uśmiechali i mówili do siebie, że ‘co jak co, ale asfalt to powinien leżeć na ziemi’.
Na moją reakcję, że przecież to żywy człowiek taki, jak i my, dostałem odpowiedź, ‘że ich przodkowie nie mają w sobie nic z małpy. Polska tylko biała i tylko dla Polaków’.
Pomyślałem, że ich przodkowie, to pewnie ci dzielni husarze, których mieli namalowanych na swoich bluzach.
Kolejną rzeczą, która mnie przytłoczyła był brak reakcji Policji.
Biedna kobieta była pobita, obdarta z godności, natomiast sami policjanci udawali, że nic się nie stało! Że w ogóle nie ma sprawy! Tak jakby tej kobiecie nie przysługiwała ochrona prawna, tylko z powodu odmiennego koloru skóry.
W takich chwilach wstydzę się tego, że urodziłem się w tym kraju!

Redakcja „Metra” w jednej chwili list Adriana opublikowała na pierwszej stronie, no i kiedy wszystko się już tak pięknie układało… Adrian opublikował w Internecie tekst, w którym poinformował redakcję „Metra”, że to wszystko było z jego strony zimną prowokacją, a jej jedynym celem było pokazanie, do czego zdolne jest towarzystwo, którym on gardzi i którego nienawidzi. Oddajmy mu głos:
Ilu takich zmyślonych przez Adrianow Malinowskich było wcześniej ? Ilu takich Adrianow wymyślili sobie agenci Michnika ? Zero jakiejkolwiek wiarygodności, zero sprawdzenia tego w jakimś innym źródle. Wystarczy tylko, że jest jazda po opcji, której nie lubimy. Tak wygląda dziennikarstwo w wydaniu polskich mediów”.
Pora więc na samych zainteresowanych, czyli redakcję „Metra”. Otóż, jak się okazuje, im jest przykro, jednak przykro im jest wyłącznie dlatego, że padli ofiarą internetowego trolla. Oni do siebie pretensji nie mają. To, czym zgrzeszyli, to najwyżej nadmierną wiarą w uczciwość swoich czytelników. Ostatnia rzecz, na jakiej im zależy, to szukanie niepotrzebnych sensacji, by już nie wspominać o taniej propagandzie. Redaktorzy „Metra” otrzymują informację i jeśli tylko widzą, że oczekuje się od nich obywatelskiej interwencji, robią to, co każdy na ich miejscu by zrobił – reagują. I niech nikt nie ma wątpliwości, że całkowicie niezależnie od kwestii ideologicznych. A o tym, jak bardzo oni przeżywają ten zawód, niech świadczą ich własne słowa: „Czy w dobie Internetu i Facebooka nikomu nie można już wierzyć?”
Wiem, że są tacy, którzy mają wątpliwości, co do szczerości intencji zarówno redakcji „Metra”, jak i w ogóle całej Agory. A ja, wbrew temu, co mogą myśleć czytelnicy tego bloga, im wierzę i jestem przekonany, że zgodnie z tym, co oni deklarują, dla nich liczą się wyłącznie wartości wyższe. I w tej sytuacji, z nadzieją, że i moja historia ich zainteresuje, chciałbym opowiedzieć redakcji dziennika „Metro” o tym, czego – swoją drogą, patrzcie państwo, jakie to dziwne, że zdarzyło się to dokładnie w tę samą niedzielę, kiedy na targu w Warszawie doszło do rzekomej eksplozji brunatnej polskości – byłem niemym świadkiem tu w Katowicach pod moim kościołem.
Otóż kiedy jak w każdą niedzielę chciałem wziąć udział we Mszy Świętej, natrafiłem przed moim kościołem na około trzydziestoosobową grupę głównie starszych osób z gwizdkami w ustach, ubranych w koszulki z napisem „KOD” i skandujących hasła: „Wolność, równość demokracja” oraz „Precz z kościołem”. Podczas gdy cała grupa wznosiła swoje hasła, trzy czy może cztery inne osoby, rozdawały ludziom podobnie jak ja pragnącym wziąć udział w nabożeństwie, ulotki z narysowanym krzyżem i napisem „Łapy precz od naszych dzieci”. Kiedy chciałem ominąć postawnego mężczyznę, który wyciągnął rękę, by wręczyć mi ulotkę, zostałem przez niego uderzony w twarz, co spowodowało, że spadły mi okulary i się potłukły. Kiedy pochyliłem się, by je podnieść, jeden z działaczy KOD-u podbiegł i je rozdeptał. W tym momencie inni wybuchnęli śmiechem i zaczęli bić brawo. Wtedy przed kościół wyszedł ksiądz i bardzo grzecznie poprosił zebrane osoby, by umożliwiły wejście wiernym do kościoła. Na to do księdza podeszła jedna z kobiet, z szyderczym śmiechem podciągnęła koszulę i odsłoniwszy nagie piersi, krzyknęła w jego stronę: „I co, czarny, miałbyś ochotę, no nie?”
Ktoś zadzwonił na policję, która, owszem, pojawiła się po paru minutach, jednak policjanci nie interweniowali. Stali w pewnej odległości i wyraźnie rozbawieni obserwowali to, co się działo. Kiedy ktoś podszedł do jednego z nich i zwrócił się z prośbą o interwencję, ten tylko wzruszył ramionami i powiedział: „Dobrze wam tak. Na przyszłość, nie wpieprzajcie się w życie zwykłych ludzi”.
Ostatecznie, może po 20 minutach, udało się nam wejść do kościoła i ksiądz rozpoczął mszę. Niestety, gdy chodzi o demonstrujących członków KOD-u, to nie był koniec. Całe to towarzystwo weszło do kościoła razem z nami, przez całą mszę skandowali słowo: „Konstytucja”, a gdy rozpoczęła się Komunia Święta, ludzi idących do ołtarza popychano, kopano, a niekiedy też bito po twarzach.
I takie jest moje świadectwo, co do prawdziwości którego akurat nie mam pewności i w gruncie rzeczy nie wiem, czy czegoś nie pomyliłem, ale mam nadzieję, że redakcja „Metra” w jednym z najbliższych wydań gazety je opublikuje wraz z apelem, by ewentualni świadkowie zdarzenia się zgłaszali i zechcieli potwierdzić moją wersję tego, co się stało, lub nie stało, lecz stać się mogło. Prawda? A ja ze swojej strony mam jeszcze apel: proszę nie tracić wiary w człowieka. Nawet w dobie Internetu i Facebooka są ludzie, którym wierzyć należy.

Przypominam, że moje książki można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl, a gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi, zapraszam do wysłuchania wywiadu, który przeprowadzili ze mną organizatorzy Bytomskich Targów Książki:








czwartek, 21 lipca 2016

Jak się nie bać czerwonych pająków?

Od paru dni jestem z różnych stron atakowany informacjami o tym, że rząd Beaty Szydło postanowił sobie i prezydentowi podwyższyć pensje, a dodatkowo jeszcze płacić za reprezentowanie majestatu Rzeczypospolitej Agacie Dudzie. Obok owych informacji pojawiają się też prośby, kierowane już bezpośrednio do mnie, o zajęcie w tej sprawie stanowiska i jasne zdeklarowanie się, po której stronie awantury się stawiam. A ja odpowiem na to zupełnie uczciwie i szczerze, że na tym etapie sprawa mnie nie interesuje w najmniejszym stopniu, a to z tego prostego powodu, że nie znając kontekstu owej decyzji, zarówno jeszcze zanim ona została podjęta, a tym bardziej już po wprowadzeniu owych podwyżek w życie, mogę sobie myśleć na ich temat cokolwiek i to nie będzie miało najmniejszego znaczenia.
Ktoś mi powie, bym przestał się krygować, bo gdyby w którymkolwiek momencie swoich rządów to rząd Platformy Obywatelskiej przyznał sobie jakieś premie, czy nie daj Boże ustawowo podwyższył ministrom uposażenia, to z całą pewnością bym miał na ten temat zdanie. A zatem przyznaję, że ja, owszem, miałbym na ten temat opinię, tyle że wcale nie taką, jakiej niektórzy mogliby się spodziewać. Gdyby premier Kopacz, czy wcześniej Donald Tusk, na którymś z wtorkowych posiedzeń rzędu postanowili poprosić Parlament, by im podwyższył pensje, to ja bym sobie pomyślał, że oni nie są bezczelni, ale zwyczajnie głupi. Ja bowiem, przez cały okres rządów Platformy Obywatelskiej – a już z całą pewnością od roku 2009 – zastanawiałem się nie nad tym, dlaczego oni jeszcze nie podwyższyli sobie jeszcze pensji, ale raczej odwrotnie, dlaczego, z czysto piarowskich względów, nie przepchnęli jeszcze przez Sejm ustawy, na mocy której posłowie i ministrowie Platformy Obywatelskiej pracują za symboliczną złotówkę, a złotówkę też tylko dlatego, że prawo nie pozwala pracować za darmo.
Jeśli bowiem spojrzymy na kariery takiego Borysa Budki, Agnieszki Pomaski, czy wcześniej Sławomira Nowaka, czy Pawła Olszewskiego, czy jeszcze wcześniej, Zbigniewa Chlebowskiego, to, przepraszam bardzo, jaki udział w ich życiowych sukcesach ma państwowa pensja? Że niby co? Bez ministerialnych pieniędzy Sławomira Nowaka, jego rodzina nie byłaby się w stanie złożyć na ten zegarek? Nie żartujmy. A zatem, ja się raczej Platformie Obywatelskiej dziwię, że oni, w momencie, kiedy się to już zaczynało sypać, nie ogłosili, że oni od dziś pracują dla Polski w ramach wolontariatu. To byłby dopiero news! To by rządowe media miały używanie! No a przede wszystkim, jak by wobec tego mogła się zachować opozycja?
A zatem dziś, kiedy rząd Beaty Szydło, a za nią posłowie Prawa i Sprawiedliwości, ogłaszają, że oni chcieliby więcej zarabiać, to moja jedyna uczciwa reakcja może być taka sama, jak w przypadku decyzji ministra Macierewicza o umieszczeniu sprawy smoleńskiej w programie obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego: po jasną cholerę otwierać kolejne fronty? Nie można było poczekać choćby parę miesięcy? Z tego jednak, co obserwuję, to akurat nie jest traktowane, jako argument, ale coś, co, jak zwykle bardzo inteligentnie, sformułowała posłanka Nowoczesnej, Scheuring, że mianowicie: „ministrów należy wynagradzać, ale za dobrze wykonaną pracę, natomiast ministrowie rządu pani premier Beaty Szydło nie mają się czym pochwalić”. Z czego ja rozumiem tyle, że gdyby to od niej zależało, ona by podwyżki dała Ryszardowi Petru, Kamili Pihowicz, no i ewentualnie sobie.
Ogłaszają więc ministrowie i posłowie Prawa i Sprawiedliwości, że za mało zarabiają i proszę mi powiedzieć, co ja mam sobie w tym momencie pomyśleć? Że niech przestaną marudzić, tylko się wezmą do roboty, czy może, że niech nie narzekają, tylko normalnie kradną, jak to było w zwyczaju dotychczas? A może mam uznać, że jeśli premier rządu dostaje miesięcznie 17 tys. brutto, to jest to akurat w sam raz? Przepraszam bardzo, ale nie potrafię. O wiele łatwiej przychodzi mi sięgnąć po najnowszy numer tygodnika „W Sieci” i poczytać sobie tekst o prezydencie Gdańska, Adamowiczu, który, nie tak akurat jak Beata Szydło, która jest premierem od niespełna roku, pełni swoją funkcję już od lat 18 i przez długie lata służby dla miasta, pokornie znosi skromną urzędniczą pensję w wysokości 12 tys. złotych brutto, a wszystko, co mu te 18 lata dały, to 140 tys. rodzinnych oszczędności, plus 30 tys. w walutach obcych, plus 630 tys. w funduszach inwestycyjnych, plus dwa mieszkania o deklarowanej wartości, odpowiednio 498 tys., i 410 tys., oraz pięć kolejnych, o wartości nieustalonej, ale które się formalnie nie liczą, bo on je parę lat temu sprezentował swoim dzieciom, dwie działki o wartości 200 tys., różnego rodzaju akcje w wysokości 1,2 mln, oraz 130 tys. z tytułu zasiadania w radach nadzorczych szeregu spółek. A ja przypominam, że mówimy o majątku zadeklarowanym, a nie ukrytym, który jest akurat przedmiotem dochodzenia prokuratorskiego.
I co? Ja mam się teraz wypowiadać na temat tego, że Beata Szydło chce zarabiać więcej, niż 17 tys. brutto? Okay. Chętnie. Pod warunkiem jednak, że ktoś mi powie, ile ona za te 17 tys. kupiła sobie mieszkań.
I już na sam koniec chciałbym wyjaśnić jeszcze jedną kwestię. Otóż ktoś może się zastanawiać, dlaczego, skoro wcześniej w tak mocny sposób zademonstrowałem swój brak zainteresowania dla poruszonej kwestii, postanowiłem ten piękny dzień zmarnować na coś, co jest mi rzekomo obojętne. Otóż pewnie faktycznie bym dziś pisał o czymś zupełnie innym, gdyby nie fakt, że Jarosław Kaczyński kazał tym durniom się puknąć w czoło i zająć Polską, no a oni oczywiście – z symboliczną reprezentacją w osobie Joanny Lichockiej – natychmiast położyli ruki po szwam i grzecznie ogłosili, że oczywiście ma pan rację, panie prezesie. A w tej sytuacji, ja już milczeć nie mogę, tak samo, jakbym nie mógł milczeć, gdyby nagle minister Macierewicz ogłosił, że 1 sierpnia nie będzie jednak apelu smoleńskiego. Są bowiem dwie zasady, których należy bezwzględnie przestrzegać: pierwsza i podstawowa to ta, że należy postępować odpowiedzialnie. Druga – że nie wolno uciekać przed pająkami. Choćby i czerwonymi. I to jest przekaz na dziś.

Gdyby ktoś tu trafił przypadkiem, a się zainteresował, zapraszam do wysłuchania rozmowy, jaką przeprowadzili ze mną organizatorzy Bytomskich Targów Książki i do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia moje książki.

środa, 20 lipca 2016

O Skale i o tym, który buduje chaos

Wczoraj, tuż po Wiadomościach, w publicznej telewizji, pokazał się Papież Franciszek i w związku ze zbliżającymi się Światowymi Dniami Młodzieży powiedział do nas parę słów. Co to były za słowa? Szczerze mówiąc, nie umiem ich ani powtórzyć, ani nawet streścić. To było normalne wystąpienie, w tym wypadku samego papieża, jednak wydaje mi się, że gdybyśmy na jego miejscu mieli któregoś z naszych biskupów, efekt byłby dokładnie ten sam. Zwykłe słowa zwykłego księdza.
Czy mnie to dziwi, czy nie daj Boże oburza? Czy ja może spodziewałem się jakichś fajerwerków? W żadnym wypadku. Przede wszystkim, ja od księży, biskupów, i jak najbardziej też papieży, gdy chodzi o ich wystąpienia przy okazji różnego rodzaju wydarzeń, nie oczekuję jakiś szczególnych popisów. To, że oni się pojawiają i po prostu są sobą, wystarczy mi w zupełności, i daję słowo, że to jest wszystko, na co ja liczę i czego się po nich spodziewam. Dla mnie Kościół jest przede wszystkim znakiem i oparciem, a w żadnym wypadku intelektualną rozrywką.
Jak wiemy, nieco ponad tydzień temu wydałem swoją córkę za mąż i podczas uroczystej mszy kazanie wygłosił zaprzyjaźniony ksiądz. Kazanie było piękne, powiedziałbym wręcz, że jedno z najpiękniejszych, jakie w życiu słyszałem. Podczas wesela rozmawialiśmy trochę i mówię do naszego kumpla księdza, że ładnie się przygotował i ja jestem mu z tego powodu zwyczajnie wdzięczny. Na co on, proszę sobie wyobrazić, odpowiada mi, że on się do niczego nie przygotowywał. On wygłosił kazanie dokładnie takie samo, jakie wygłasza od lat na wszystkich ślubach, bo to jest jego kazanie i on nie widzi powodu, by je zmieniać. Kościół bowiem nie jest po to, by wprowadzać chaos, lecz przeciwnie, budować coś, czego nikt nie będzie w stanie rozproszyć.
Do czego zmierzam? Otóż przedwczoraj, a więc jeszcze zanim w telewizji pojawił się Franciszek i wygłosił do nas swoje słowa, znany nam pewnie tu i ówdzie redaktor Dominik Zdort poinformował w „Rzeczpospolitej”, że z dobrze poinformowanych źródeł watykańskich otrzymał wiadomość, że papież Franciszek jednak nie przyjedzie do Polski, by w ten sposób zaprotestować przeciwko tak zwanemu „kryzysowi konstytucyjnemu” w Polsce. Mam nadzieję, że się dobrze rozumiemy. Wedle informacji, jaki Dominik Zdort uzyskał z „dobrze poinformowanych źródeł watykańskich”, papież Franciszek, by wesprzeć sędziego Rzeplińskiego w walce z reżimem Kaczyńskiego, nie weźmie udziału w Światowych Dniach Młodzieży. I to jest wszystko na poważnie.
Ktoś się zapyta, o co chodzi? Po ciężką cholerę w przededniu takiego wydarzenia, jak Światowe Dni Młodzieży, ja się zajmuję jakimś Zdortem i jego kłamstwami. Otóż tak naprawdę wcale nie chodzi o Zdorta i Franciszka. To wszystko, to jest część znacznie szerszego planu, który, moim zdaniem, ma na celu wprowadzenie takiego napięcia w społeczeństwie, które, gdy przyjdzie odpowiedni czas, doprowadzi do kompletnego rozprzężenia i doprowadzi do chaosu, który dziś wydaje się jedynym sposobem odzyskania władzy przez gangi. Tak zwana polityka informacyjna Systemu dziś sprowadza się wyłącznie do rozpuszczania plotek, z których każda zaczyna się od frazy: „Jak się dowiadujemy…”. I nie ma znaczenia, czy tu chodzi o odwołanie przyjazdu Franciszka do Polski, czy o ciężki spór między ministrami, a premier Szydło, czy wreszcie konflikt między Jarosławem Kaczyńskim, a prezydentem Dudą. Fraza „Jak się dowiadujemy…” to dziś jedyny klucz do ewentualnego przejęcia władzy. Chodzi o to, byśmy stracili wiarę. Niedoczekanie.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, no i oglądania rozmowy ze mną na youtubie:


poniedziałek, 18 lipca 2016

Siergiej Brin, nasz człowiek po tamtej stronie świata

Wczoraj mieliśmy tu okazję zapoznać się z moim najnowszym felietonem z „Warszawskiej Gazety” i znów otrzymałem parę osobistych pytań dotyczących mojego zaangażowania w medialne przedsięwzięcie Piotra Bachurskiego, z sugestią, że zdecydowanie bardziej uczciwe byłoby, gdybym ja pisał dla „Gazety Polskiej”, tygodnika „W Sieci” lub „Do Rzeczy”, ewentualnie występował w TVP Info. Natomiast jeśli idzie o Bachurskiego, to już może nie bardzo. Ja już, przyznaję, że dość pobieżnie, odpowiadałem na te propozycje wcześniej, wiec dziś mogę to wszystko jedynie powtórzyć. Otóż, jeśli mam być szczery, w tym wymiarze, w jakim sprawę oceniają moi czytelnicy, ja nie widzę najmniejszej różnicy między jednymi a drugimi. Z mojego punktu widzenia, gdy chodzi o poziom ściśle polityczny, między mediami Bachurskiego , a całą resztą nie ma żadnego konfliktu. Oni wszyscy są dokładnie tak samo „nasi”, jak i „nie-nasi”, z tą może różnicą, że tamci są bardziej zepsuci. A zatem, tu jest mi niemal wszystko jedno. Różnica natomiast pojawia się na pozostałych płaszczyznach. Przede wszystkim chodzi o zaufanie. Ja Bachurskiemu ufam, Bachurskiego lubię, z Bachurskim bardzo dobrze mi się współpracuje. Bachurski mnie nie poucza, nie cenzuruje, nie zmusza do pisania tego, czego pisać nie mam ochoty, nie obraża się na mnie i jest wobec mnie niezmiennie lojalny, uprzejmy i elegancki. W moim najgłębszym przekonaniu, gdybym pracował gdzie indziej, takiego komfortu bym nie miał.
Druga sprawa jest związana trochę z tym, co napisałem wcześniej, ale wspomnę o niej osobno. Otóż Bachurski już jakiś czas mi zapowiedział wyraźnie, że cokolwiek napiszę, na jakikolwiek temat, on to opublikuje i mi za to zapłaci. Felieton w „Warszawskiej Gazecie” ma charakter najczęściej polityczny, ale, jak wiemy, ja również piszę dla „Gazety Finansowej”, „Tajnej Historii”, a już za chwilę do kolejnego projektu, i tam, jeśli będzie pojawiać się polityka, to wyłącznie w tle. I to jest dla mnie sytuacja bardzo komfortowa.
Ale jest jeszcze coś. Otóż jeśli jest gdzieś w Polsce przedsięwzięcie medialne, o którym można powiedzieć, że jest z jednej strony choćby minimalnie niezależne, a z drugiej nie popadło w owo wariactwo, które często charakteryzuje ów, nazwijmy go, „off”, to jest to właśnie Bachurski i jego gazety. A to już samo w sobie jest dla mnie wystarczającym powodem, by się go trzymać.
Poczytajmy sobie może dziś mój tekst, jaki niedawno ukazał się w dwumiesięczniku „Tajna Historia”, a poświęcony twórcy znanego nam wszystkim Google’a nazwiskiem Siergieji Michajłowicz Brin. Bardzo ciekawe.



Jeśli zapytamy przeciętnego obywatela o to, kto jego zdaniem jest dziś najbogatszym człowiekiem na świecie, myślę, że jedną z najbardziej popularnych odpowiedzi będzie ta, że z całą pewnością najbogatszym z nich jest Władimir Putin, a ja osobiście nie widzę żadnego powodu, by temu zaprzeczyć. Wprawdzie rosyjski prezydent nie znajduje się ani na czele, ani tak naprawdę na jakimkolwiek widocznym miejscu któregokolwiek z popularnych rankingów, wedle powszechnie dostępnych analiz, to on właśnie jest dziś człowiekiem, który może pochwalić się największym majątkiem na świecie. Wedle powtarzanych to tu to tam informacji, zgromadzony w ten czy inny sposób właśnie przez Putina majątek przewyższa wszystko, czym mogą się pochwalić i Slim Helu i Warren Buffet i Bill Gates – i to niezależnie od tego, czy będziemy ich liczyć osobno, czy razem. Problem tylko w tym, że przede wszystkim ostatnią rzeczą na świecie, na jakiej Putinowi zależy, to ta, by on był oficjalnie uważany za człowieka bogatego – co innego plotki, plotki są zawsze przydatne – a po za tym nie wydaje się, żeby Putin akurat prowadził jakąkolwiek księgowość, a zatem nie ma też sposobu, by go na tym poziomie próbować przejrzeć. Pozostają podejrzenia i plotki właśnie.
A więc Putin. To on funkcjonuje w popularnej świadomości, jako człowiek bardzo bogaty. Wydaje się jednak również, że z punktu widzenia zwykłego obserwatora tego, co się dzieje na świecie, wielu z pośród najbogatszych ludzi na świecie, to właśnie Rosjanie. Popularny mit jest taki, że to arabscy szejkowie i rosyjscy – ewentualnie ukraińscy – oligarchowie rządzą światem. Tymczasem wygląda na to, że nawet jeśli rzeczywiście tam są jakiejś ukryte przepływy, prawdziwie wielkie fortuny nie powstają na handlu narkotykami, bronią, ropą czy gazem, lecz na ciężkiej pracy połączonej z innowacyjnością. Jeśli spojrzymy choćby na publikowaną dzień w dzień przez „Forbesa” listę tysiąca najbogatszych ludzi na świecie, już w pierwszej chwili zorientujemy się, że tam ani Rosjan ani Arabów za bardzo nie widać. Najbogatszy przedstawiciel świata arabskiego to znajdujący się na 34. miejscu książe Alwaleed Bin Talal Alsaud, z dużym, choć przecież nie jakoś szczególnie oszałamiającym majątkiem w wysokości 22 miliardów dolarów, natomiast najbogatszy Rosjanin to Siergiej Michajłowicz Brin, zajmujący pozycję numer 20, z majątkiem $29,2 mld. W dodatku prawda jest taka, że z niego jest mniej więcej taki sam Rosjanin, jak z Romana Abramowicza londyńczyk. A więc taki sobie.
A zatem wydaje się, że jeśli udaje się nam zgromadzić fortunę, która nie tylko pozwala nam na wygodne życie, ale nas w owym życiu wyróżnia na bardzo szerokim tle innych osób, którym się w życiu powiodło, to musieliśmy mieć coś więcej, niż posiada przeciętny człowiek. Wydaje się, że jeśli chcemy należeć do czołówki – i to niezależnie od tego, czy mówimy o czołówce finansowej, czy artystycznej, czy sportowej – musimy się okazać kimś wyjątkowym również w czysto ludzkim wymiarze, a już z całą pewnością, nie możemy być przeciętnymi głupcami. Ja tu nie chcę mówić brzydko o Rosjanach, czy Arabach, ale jest bardzo prawdopodobne, że oni się generalnie, jako masa, najzwyczajniej w świecie nie sprawdzają intelektualnie, czy choćby kulturowo. Mądrzy są Amerykanie, Chińczycy, Szwedzi, Francuzi, Hindusi, Niemcy – Rosjanie już nie bardzo. Gdybyśmy mieli sobie pozwolić na odrobinę rasizmu, moglibyśmy powiedzieć, że tam akurat – jeśli się nie jest Żydem – w najlepszym wypadku można na kogoś napaść, zabić go, ograbić i kupić sobie za te pieniądze jakiś lepszy samochód, albo i dom z basenem. I stąd też, jak można sądzić, przypadek Putina.
No ale mamy jednak na 20. miejscu rankingu „Forbesa” wspomnianego Brina i trzeba przyznać, że to jest ktoś. Naprawdę ktoś. I wszystko wskazuje na to, że jeśli on dziś zajmuje tę zaszczytną pozycję, to z pewnością na nią sobie zasłużył. Kim zatem jest ów Siergiej? Otóż Siergiej Michajłowicz Brin to człowiek, który wspólnie z Larrym Pagem w roku 1998 stworzył coś, co dla nas, ludzi, korzystających na co dzień z komputerów, stanowi narzędzie niemal równie podstawowe jak Internet, a więc mam tu na myśli Google. Właśnie tak. Brin ani nikogo nie oszukał, ani nie okradł, ani sprytnie nie kupił tanio, a sprzedał drogo, tylko wymyślił coś absolutnie wyjątkowego, nadał temu ową niezwykłą nazwę „Google” i to coś sprzedał. No ale popatrzmy może, jak do tego doszło.
Brin urodził się 21 sierpnia 1973 roku w Moskwie w bardzo dobrze wykształconej, i żydowskiej jak najbardziej, rodzinie. W roku1979, kiedy chłopiec miał zaledwie 6 lat, cała rodzina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. W jednym z później już opublikowanych wywiadów, ojciec Brina – jak wskazuje otczestwo, Michaił – wyjaśniał, że, przebywając jeszcze w Moskwie, wszyscy mieszkali w maleńkim trzypokojowym mieszkaniu z babcią, a ponieważ jako Żydzi byli ciężko i systemowo dyskryminowani, Brin senior, pracując jako fizyk na uniwersytecie, nie mógł ani zawodowo awansować, ani rozpocząć studiów doktoranckich, ani w ogóle intelektualnie się rozwijać. Jakby tego było mało, ponieważ w Związku Sowieckim fizyków rzekomo zawsze traktowano gorzej niż innych, próbował Brin senior kontynuować karierę, jako matematyk, kiedy jednak zdawał jakieś egzaminy, dzięki którym mógłby liczyć na ewentualmny awans, jako Żyd musiał je zdawać w osobnej sali, a jego praca była oceniana w specjalnie zarezerwowanej dla Żydów bardzo wyśrubowanej skali.
Czytelnicy „Tajnej Historii”, jako ludzie inteligentni i doświadczeni, wiedzą świetnie, że cała ta gadka, jaką po przyjeździe z rodziną do Stanów Zjednoczonych odstawił Brin, była zbudowana wyłącznie na użytek tamtejszych władz i tak zwanej opinii publicznej, jednak było jak było, więc jeszcze przez chwilę spróbujmy pociągnąć ten wątek, zwłaszcza, że dalej jest jeszcze ciekawiej.
Któregoś dnia wyjechał prof. Brin do Polski na konferencję naukową i zobaczył, czym jest wolność. Spędzając tych parę dni w Warszawie, on się spotykał z ludźmi z całego świata, chłonął tę wolność i demokrację i od tego czasu wiedział, że nie wytrzyma w Moskwie już ani chwili dłużej, i natychmiast po powrocie do kraju złożył wniosek w imieniu całej rodziny o wyjazd na stałe do Ameryki. W wyniku owego antypaństwowego występku Brin senior, podobnie zresztą, jak pani Brin, został – przypominam, że wciąż wedle jego osobistej relacji – natychmiast wyrzucony z pracy. Ponieważ oboje bali się, że ponieważ kto nie pracuje, ten nie je, jako tak zwane „społeczne pasożyty”, nie otrzymają prawa do emigracji, żyjąc w niemal kompletnej nędzy, przez kolejne osiem miesięcy chwytali się różnych zajęć, byleby tylko móc się wykazać tym, że jak porządni obywatele pracują.
W maju 1979 roku otrzymali wreszcie paszporty oraz emigracyjne wizy i wyjechali do Stanów Zjednoczonych, gdzie już wkrótce znaleźli pracę odpowiadającą ich wykształceniu i ambicjom, a mianowicie Brin senior został zatrudniony jako wykładowca na wydziale matematyki Uniwersytety Maryland, natomiast pani Brin, jako naukowiec w Centrum Kontroli Lotów NASA, małego Sieriożę natomiast wysłano wprawdzie do lokalnej szkoły podstawowej Montessori, większość jednak podstawowej edukacji chłopak uzyskał ucząc się w domu, przede wszystkim matematyki i, co ciekawe, języka rosyjskiego. Średnie wykształcenie zdobył już w pełnym wymiarze, w lokalnym liceum im. Eleanor Roosevelt, a w roku 1990 rozpoczął studia informatyczne i matematyczne na Uniwersytecie Maryland, które ukończył z wyróżnieniem. Studia doktoranckie podjął na Uniwersytecie Stanforda, gdzie poznał Larrego Page’a, człowieka, który zasługuje tu na osobną notkę, i od tego momentu jego życie weszło na drogę, z której nie było odwrotu.
Na początku, tak jak to często w życiu bywa, między jednym a drugim dochodziło do nieustannych konfliktów, jednak po pewnym czasie odkryli swoje przeznaczenie, zostali, jak to określił sam Brin, „intelektualnymi braćmi i przyjaciółmi” i niemal od pierwszego momentu rozpoczęli pracę nad stworzeniem czegoś, co bardzo barwnie określili w swojej pierwszej wspólnej pracy, jako „Large-Scale Hypertextual Search Engine”, a co po latach miało ich doprowadzić do tego, co dziś znamy pod nazwą Google.
Ponieważ my w większości akurat nie mamy ani ambicji, ani wystarczającej wiedzy eksperckiej, by zajmować się technicznymi szczegółami związanymi z pracą Page’a i Brina, nie będziemy tu analizować tego wszystkiego co ich doprowadziło do sukcesu, w każdym razie trzeba nam powiedzieć, że w bardzo krótkim czasie obu panom udało się stworzyć oryginalny algorytm, nazwany od nazwiska Page’a, algorytmem PageRank i w ten sposób zbudować internetową wyszukiwarkę o wiele bardziej zaawansowanej pod każdym względem od wszystkiego, co znane było dotychczas. Działając w ścisłej współpracy, obaj mężczyźni najpierw przekształcili pokój Page’a w akademiku w specjalne laboratorium, wypełniając go stopniowo sprzętem do tego stopnia, że zabrakło tam miejsca na jakiekolwiek dodatkowe ekstrawagancje, a następnie wzięli się za pokój Brina, który przekształcili w biuro i centrum programowania. Ponieważ swoje wynalazki testowali w ramach lokalnej sieci Uniwersytetu Stanford, po pewnym czasie, podobnie zresztą, jak to miało miejsce w przypadku Zuckerberga i jego Facebooka, cała informatyczna infrastruktura uniwersytetu zaczęła doświadczać kłopotów, jednak – również podobnie, jak to miało miejsce w przypadku Facebooka – i tu przyszłość stała się nieunikniona. Google ekspandował i dziś jest już nie tylko wyszukiwarką, ale wręcz hasłem, a niekiedy i stylem życia.
W roku 2002, Brin wraz z Pagem zostali nominowani do nagrody magazynu niezwykle wpływowego branżowego MIT Technology Review o nazwie TR100, jako jedni z najbardziej wybitnych młodych innowatorów na świecie. W roku 2003, zarówno Brin jak i Page otrzymali honorowy tytuł MBA z prestiżowego hiszpańskiego uniwersytetu IE Business School. W roku 2004, otrzymali za swoje osiągnięcia nagrodę Fundacji Marconiego Columbia University. I znów można by było tu nam dalej wymieniać te nagrody i wyróżnienia, jakie Brin i Page otrzymywali i nadal otrzymują od wszelkich instytucji na świecie, gdyby nie fakt, ze przede wszystkim po pewnym czasie to by się stało zwyczajnie nudne, no a poza tym, już pewnie wiemy, że na tym poziomie, dawanie tych wyróżnień staje się większym zaszczytem dla dającego, niż dla otrzymującego. W tej sytuacji zatem lepiej będzie, jak przejdziemy do konkretów. A zatem, w roku 2009 magazyn „Forbes” uznał, że Brin z Pagem są piątymi najbardziej wpływowymi ludźmi na świecie, a w lutym tego samego roku, Brin został przyjęty do National Academy of Engineering, co oficjalnie i jednogłośnie uważane jest za najważniejsze zawodowe wyróżnienie w branży.
No ale znów, co Brinowi z tego, skoro on i jego kumpel Page już i tak osiągnęli wszystko, na co mogli liczyć, i, jak już to powiedzieliśmy, przyjmując go do swego grona, to owa National Academy of Engineering robi sobie tu pijar, a nie Brin.
Z naszego punktu widzenia, ciekawą rzeczą natomiast może być to, że w roku 2007 Brin poślubił kobietę nazwiskiem Anne Wójcicki, córkę urodzonego w Polsce Stanleya Wójcickiego, z którą ma dwoje dzieci syna i córkę. Oboje wprawdzie są już po rozwodzie, ale ponieważ czasy są takie, że rozwód to tylko życie, pamiętajmy, że to akurat jest bez znaczenia, natomiast w dzieciach Brina oprócz rosyjskiej krwi płynie też krew polska i to sprawia, że możemy mieć nadzieję, że i one osiągną w życiu znaczący sukces. A to może też okazać się z korzyścią dla całej rodziny. Rzecz bowiem w tym, że tak się nieszczęśliwie któregoś dnia stało, że lekarze, podczas bardzo specjalistycznych badań, w organizmie Brina wykryli oznaczony kodem LRRK2 gen, co czyni rzeczą niezwykle prawdopodobną, że prędzej czy później Brin zapadnie na chorobę Parkinsona. A zatem, jeśli samemu Brinowi, który, jako człowiek wybitnie inteligentny i wszechstronny ostatnio poświęca cały swój czas na badania nad Parkinsonem, twierdząc, że tak naprawdę organizm człowieka a systemy komputerowe, to jedno i to samo, nie uda się rozwiązać zagadki tej strasznej choroby, to być może jego dzieło zechcą kontynuować dzieci. Jak już powiedzieliśmy, zarażone na zawsze polską krwią.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc-product=39-wypraw-na-dziewiaty-krag, gdzie jest do kupienia moja książka pod tytułem „39 wypraw na dziewiąty krąg”, w której podobnych jak wyżej historii jest, jak słusznie mówi tytuł, 39. Jednocześnie, gdyby ktoś się chciał dowiedzieć czegoś na temat innych moich książek, zapraszam do oglądania rozmowy, której udzieliłem organizatorom Bytomskich Targów Książki.





niedziela, 17 lipca 2016

Gdy radio nie ma ryja

Ponieważ między kolejnym zamachem, a następnym puczem wojskowym mamy chwilę oddechu, nie zaszkodzi poczytać sobie „Warszawskiej Gazety”, a w niej mojego kolejnego felietonu. Polecam.

Wynik wyborów roku 2007 zmienił moje życie podwójnie. Przede wszystkim niemal z dnia na dzień wstąpiłem do Prawa i Sprawiedliwości, a parę miesięcy później założyłem bloga, a to zmieniło niemal wszystko.
Prawo i Sprawiedliwość nie było moim pierwszym politycznym projektem. Jeszcze we wrześniu roku 1990 zapisałem się do Porozumienia Centrum i stałem wiernie przy Jarosławie Kaczyńskim do samego końca, czyli do czasu, gdy partia przestała istnieć. Swoją drogą, ciekawy jestem, ilu nas tam wtedy na koniec się kręciło, pomijając Kaczyńskiego i tych kilku jeszcze polityków, o których dziś się mówi jako o „Zakonie PC”.
A więc, jak mówię, jesień roku 2007 miała dla mnie znaczenie bardzo istotne, bo to właśnie wtedy zrozumiałem, że oto zaczyna się prawdziwa wojna, a ja postanowiłem wziąć w niej udział na jednym z pierwszych frontów. Od tego czasu minęło już niemal 9 lat i jak widać wyraźnie, wyszliśmy z tamtego cienia z tarczą i tym razem chyba jednak na znacznie dłużej. A było niełatwo. Fala zimnej nienawiści, uruchomiona wobec nas przez nową władzę, nie tylko pozbawiła mnie pracy i w bardzo praktyczny sposób zagroziła bytowi mojej rodziny, nie tylko zniszczyła przyjaźnie, związki rodzinne, a nawet małżeństwa, nie tylko wreszcie doprowadziła do największej katastrofy w najnowszej historii Narodu, ale stworzyła całkowicie nową jakość na zupełnie podstawowym poziomie w życiu każdego społeczeństwa, a mianowicie na poziomie kultury popularnej.
Pisałem o tym parokrotnie na blogu, a tu tamtą myśl krótko przypomnę. Rzecz mianowicie w tym, że dopóki tak zwana polityka nie przekracza naturalnych dla siebie granic, a więc pozostaje domeną polityki właśnie, społeczeństwo jest w stanie zachować pewną autonomię. Nie mamy nawet powodu do niepokoju, gdy ona zmienia się w terror wobec pojedynczych osób, czy środowisk. Problem powstaje, gdy ona zaczyna wchodzić do naszych domów przez kulturę popularną, gdy nagle widzimy, że jesteśmy atakowani przez piosenki, kabarety, przedstawienia teatralne, filmy, literaturę, kolorowe magazyny, czy wreszcie nawet napisy na kubkach, t-shirtach, czy w śmiesznych przypinkach. I o tym też pisałem – o owym stoisku w katowickiej galerii handlowej Silesia City Centre, na którym każdego dnia, od rana do wieczora, można było kupić przypinki z dwoma kartoflami, czy kubki z napisem „Radio ma ryja”.
Tam już tego nie ma od dawna, a ponieważ ostatnio tam nie bywam, nie umiem powiedzieć, czy tam się pojawiły nowe oferty. Niedawno jednak opowiedział nam Coryllus, który spędził parę dni nad morzem, że w sklepach z pamiątkami na gdańskiej Starówce, obok pocztówek, kapitańskich czapek, pałaszy pirackich z drewna, można było kupić naszywki w różnych rozmiarach z napisem „śmierć zdrajcom ojczyzny”. I ani śladu kubków z radiem, które ma ryja.
I to jest, moim zdaniem, znak czasów. Ale nie tylko. To jest również ostrzeżenie. Tym razem dla nas. Potraktujmy je poważnie.

Przypominam, że na youtubie od paru dni można obejrzeć i wysłuchać rozmowę, jaką przeprowadzili ze mną organizatorzy Bytomskich Targów Książki https://www.youtube.com/watch?v=QsI32_YCtI0. Książki o których mowa można kupować w księgarni na stronie www.coryllus.pl, albo klikać tuż obok.