sobota, 31 sierpnia 2019

O skutecznym propagandy sposobie


Dziś przedstawiam Państwu jeszcze pachnący drukiem felieton z „Warszawskiej Gazety”.     


      Zbliżają się wybory, gdzie wszyscy mamy nadzieję, że Prawo i Sprawiedliwość nie dość że utrzyma władzę, to być może jeszcze zwiększy jej siłę, a ja sobie myślę, że to są pierwsze wybory od chyba jednak samego początku tak zwanej demokracji, kiedy to obie strony politycznego starcia, gdzie z jednej strony mamy Jarosława Kaczyńskiego z jego życiowym projektem, a z drugiej całą resztę, mają idealnie równe szanse w dostępie do propagandowych instrumentów i z owych instrumentów są w stanie swobodnie korzystać.
      Zdaję sobie oczywiście sprawę z zarzutów, jakie są stawiane – głównie oczywiście przez wyborców Prawa i Sprawiedliwości, bo co mnie obchodzi zdanie choćby wyznawców LGBT – publicznej telewizji  i osobiście prezesowi Kurskiemu za doprowadzenie do tego, że przekaz na jaki oni się zdecydowali niebezpiecznie dryfuje w stronę tego co znamy z „Dziennika Telewizyjnego” i pamiętnego „Studia 2”, ja jednak znów pragnę zwrócić uwagę na fakt, że to po raz pierwszy mamy możliwość obserwowania pełnej równowagi w dostępie do publicznej opinii, a gdy chodzi o wspomniane „Studio 2”, to chciałbym przypomnieć, że jego pomysłodawcą i autorem był Mariusz Walter, a więc człowiek, który dziś stoi w awangardzie antypolskiego hejtu i prawdopodobnie ze złości gryzie paznokcie widząc jak pięknie Jacek Kurski ukradł mu pomysł i przystosował go do nowych czasów w taki sposób, by, jak się już niedługo przekonamy, go ostatecznie pogrzebać.
      A zatem stoimy wobec zbliżających się szybkim krokiem wyborów i już dziś widzimy, że tym razem litości nie będzie. To znaczy, litości nie było nigdy, natomiast tu mamy tę różnicę, że – znów to powtórzę – po raz pierwszy strona tradycyjnie słabsza nie dość że dysponuje naprawdę potężną bronią w postaci naprawdę fascynujących newsów i to w takiej liczbie, że nie dość że wystarczy na każdy kolejny dzień kampanii, to jeszcze ich siła rażenia z owym każdym dniem coraz bardziej zadziwia.
        Brejza, Neumann, afera melioracyjna, afera vatowska, wnioski o Trybunał Stanu dla Tuska, Kopacz i całej tej ferajny, nawet te dwie biedne wariatki Jachira i Spurek znakomicie wypełniają zadania wyznaczone im przez nikogo innego jak właśnie publiczną telewizję realizującą projekt znany jako Dobra Zmiana, tyle że w wersji turbo.
       I teraz zastanówmy się, gdzie byśmy byli dziś z naszą prawdą, naszymi pretensjami, nasz pragnieniem triumfu prawa i sprawiedliwości, gdyby nie możliwości, jakie nam dała nasza władza na polu czystej, żywej propagandy, realizowanej w sposób nieskrępowany, bezpośredni i, co najważniejsze, skuteczny? Zastanówmy się nad tym ile razy nam przyjdzie do głowy, by rumienić się ze wstydu, gdy oglądamy kolejne wydanie Wiadomości TVP, a w nich zapowiedź wielkiego, wspaniałego koncertu, którego gwiazdami będą uwielbiani przez naszą polską publiczność Norbi i Zenek Martyniuk. I przy okazji pomyślmy, co tamtym dało, że po swojej stronie mają Tomka Lipińskiego i śp. Wojciecha Młynarskiego.



Zachęcam wszystkich bardzo gorąco do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i kupowania nie tylko moich książek. Naprawdę jest z czego wybierać.
      
           

piątek, 30 sierpnia 2019

Czy Tomasz Sakiewicz to tajna broń ruchu LGBT?


         Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to jest w ogóle chwalenie się, ale nawet jeśli, to zapewniam, że wolałbym nie mieć dziś do tego okazji. Faktem jednak jest to, że ledwie co przedwczoraj od mojego człowieka w mieście Leeds otrzymałem wiadomość, że na 24 października w nowojorskiej Carnegie Hall zaplanowany był uroczysty koncert pod nazwą „Od Chopina do Gershwina”, upamiętniający stulecie nawiązania przez Polskę i Stany Zjednoczone relacji dyplomatycznych i oto właśnie ów koncert został odwołany. Dlaczego? Otóż powód był banalnie prosty. Kiedy mianowicie okazało się, że jednym z organizatorów eventu są Kluby „Gazety Polskiej”, ktoś natychmiast wyciągnął sprawę pamiętnej wlepki anty LGBT i w jednej chwili wszystko trafił jasny szlag.
     Ja oczywiście wiem, że są osoby, których jedyną w tej sytuacji refleksją jest to, że to naprawdę straszne, że ci zboczeńcy stali się tak agresywni, że potrafią zniszczyć niewinną uroczystość, która przecież nie ma nic wspólnego z walkami między nimi i resztą świata. I na ten rodzaj skretynienia ja naprawdę nie mam nic do powiedzenia. Natomiast, owszem, kilka słów przekazać bym chciał w kwestii bardziej ogólnej.
       Jak wszyscy – w tym nawet ci durnie – wiemy, znaleźliśmy się w stanie wojny cywilizacyjnej i totalnej, a w sytuacji, jaka nas zastała znajdujemy się w totalnej defensywie. Ponieważ doszło do ostatecznego starcia, w którym cywilizacja chrześcijańska została zaatakowana przez siły Zła, naszym podstawowym obowiązkiem jest zachować pełną koncentrację i nadzwyczajną czujność, a skoro tak, to najgorszą rzeczą byłoby to, byśmy nagle zaczęli się zachowywać, jakby tu tylko szło o pieniądze. Kiedy Tomasz Sakiewicz wypuścił te swoje idiotyczne wlepki z przekreślonym LGBT, wpadłem w autentyczną panikę, bo pomyślałem sobie, że jeśli obecna władza natychmiast nie wymyśli czegoś odpowiednio mocnego, jest po nas. No i jakoś to przeżyliśmy. Jak się okazuje do czasu. Dziś się dowiaduję, że kto miał na nie zwrócić uwagę, to ją oczywiście zwrócił, i mało tego, postanowił tę wiedzę wykorzystać dokładnie tak jak tylko potrafił.
      Mój kontakt w Leeds informuje mnie, że przynajmniej w Anglii – a ja z tego rozumiem, że również wszędzie poza resztkami Wschodniej Europy – sytuacja jest taka, że można kogoś z zimną krwią zamordować i liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary, gdy chodzi natomiast o wypowiedzenie jednego słowa przeciwko LGBT, od tego nie ma apelacji. Człowiek użyje ichniejszego słowa „pedał”, ktoś na niego doniesie, i się idzie w jednej chwili do więzienia. I oto w tej sytuacji – o której, jestem pewien, że on wie znakomicie – Tomasz Sakiewicz wypuszcza te wlepki. Wypuszcza je w kraju, w którym jego projekt stanowi medialny mainstream, ale też w kraju, którego los, choćby nie wiem jak się ów kraj starał walczyć o autonomię, jest ściśle powiązany z tym szaleństwem, i który musi naprawdę ciężko walczyć o to, by nie stracić choćby cala swojego z takim trudem zdobytego kulturowego terytorium.  
       Tymczasem ten idiota wypuszcza te wlepki, a chwilę później zostaje odwołany wcześniej wspomniany event z okazji – przypomnijmy to – setnej rocznicy zawiązania stosunków dyplomatycznych między Stanami Zjednoczonymi, a Polską. A ja już mam tylko jedno pytanie w tej kwestii: czy Sakiewicz wiedział, co robi? Otóż moim zdaniem on to wiedział bardzo dobrze, tylko był skupiony na sprawach bardziej przyziemnych, powiedzmy tak przyziemnych jak jego przepastna kieszeń.
       I teraz się z autentycznym smutkiem pochwalę. W momencie gdy dowiedziałem się o tym, że ów koncert został odwołany, pierwsze co sobie pomyślałem, to to, że Trump odwoła wizytę w Polsce. Oczywiście w głębi serca wiedziałem, że to nie nastąpi, ale nie ukrywam, że tak sobie pomyślałem. On tę wizytę odwoła, a my nasze oburzenie na to, do czego doszedł dziś nasz świat, będziemy sobie mogli wsadzić w nos.
      No i stało się. Czy my wiemy, jaka była faktyczna przyczyna owej decyzji? Oczywiście że nie. Może faktycznie poszło o ten huragan, a może Trumpa przekonali byli polscy ambasadorowie, ale ja też biore pod uwagę fakt, że owo antychrześcijańskie i antyludzkie lobby jest już tak silne, że oni go zwyczajnie sterroryzowali, podsuwając mu pod nos ową wlepkę i wyjaśniając, że ją osobiście kazał wydrukować Andrzej Duda. I to dziś dla mnie stanowi ewentualność bardzo mocną, a na jej początku stoi to cyniczne bydle, Tomasz Sakiewicz.
       Ktoś się zapyta, czemu ja mówię tak brzydko o kimś, co do czyjej nikczemności nie mam żadnych dowodów. Otóż ja mam na ową nikczemność dowód wręcz najlepszy. Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale parę dni temu na Twitterze pojawił się komentarz wspomnianego Sakiewicza, w którym ten poinformował swoich sympatyków, że w najbliższym numerze „Gazety Polskiej” ukaże się kolejna, nadzwyczaj szokująca, wlepka, ale jeśli ktoś jest zainteresowany, to musi niestety zakupić owo wydanie, bo on Sakiewicz tym razem tematu nie ujawni, żeby post-peerelowskie sądy mu jego patriotycznego projektu nie zablokowały. I oto, jak się dowiadujemy z tego samego Twittera, wszyscy ci, którzy zaciekawieni, w jako to sposób Tomasz Sakiewicz ze swoimi ludźmi wdeptali w ziemię neoliberalny świat dowiedzieli się, że kupili sobie właśnie obrazek Matki Jasnogórskiej z napisem „Królowa Polski”. To właśnie o ten wizerunek poszło Sakiewiczowi, kiedy się bał, że ubeckie sądy mu go ocenzurują. I to dlatego musiał go sprzedawać pokątnie.
       Przepraszam wszystkich bardzo za to, co za chwilę powiem, ale pies tańcował z tym Trumpem. Oczywiście, lepiej by było, gdyby on przyjechał. Dla Polski i dla nas wszystkich, nawet dla tych, co tego jeszcze nie wiedzą. Ale, jak mówię, pies z nim tańcował. To co jest znacznie gorsze, to to, że ktoś taki jak Tomasz Sakiewicz, cyniczny i zepsuty do szpiku kości cwaniak, przez te kilka minionych lat zdobył sobie taką pozycję, że jest praktycznie nietykalny. Parę lat temu, trzeba było wymienić cały rząd, by wyrzucić z niego na zbity pysk Antoniego Macierewicza i wszyscy pamiętamy, jak było ciężko. Gdy chodzi o Tomasza Sakiewicza, sytuacja jest o wiele bardziej poważna i moim zdaniem nie do rozwiązania. Przynajmniej nie do czasu jak Polska poczuje, że jest zupełnie bezpieczna. Wtedy dopiero.
      Módlmy się, byśmy dali radę.


      

środa, 28 sierpnia 2019

Gdy Mars upada


     Jak z całą pewnością pamiętają stali czytelnicy tego bloga, przez wszystkie te lata, kiedy Platforma Obywatelska rozkradała i terroryzowała Kraj, moim podstawowym medialnym źródłem informacji o tym co się panie dzieje w polityce, była telewizja TVN24. Kiedy dziś zaglądam do listy tematów tu poruszonych, jaką mi dostarcza Blogger, od TVN-u więcej razy pojawił się tylko tag #media. Pamiętam ten czas bardzo dobrze i pamiętam cholerę, jakiej regularnie wówczas dostawałam na to, co się tam wyprawia, ale też pamiętam, jak od czasu do czasu Czytelnicy zgłaszali do mnie pretensje, czemu ja to gówno w ogóle oglądam. Czytałem owe żale i regularnie tłumaczyłem, że cokolwiek byśmy o TVN-ie powiedzieli, w tym głównym ścieku wszystko co jest poza tym, jest wyłącznie gorsze. I to pod względem czystego profesjonalizmu, jak i tego, co się gdzie niegdzie określa słowem coverage. W sytuacji jaka panowała wówczas na rynku, ani TVP ani Polsat, ani w ogóle nic nie było w stanie z TVN-em konkurować. A więc to niemal wyłącznie tam spędzałem tę szczególną część swojego czasu.
       Dziś jest odwrotnie, a już zwłaszcza od czasu gdy Kurski zainwestował w TVP mnóstwo pieniędzy, pobudował te studia, pozatrudniał całą kupę nowych dziennikarzy oraz komentatorów z habilitacjami i profesurami w tytułach i jeśli idzie o tak zwaną „wystawę”, TVP moim zdaniem bije na głowę całą konkurencję. Dziś oglądam wyłącznie TVP... no i oczywiście niemal tak samo często jak w tamtych czasach, tematem moich uszczypliwości, a niekiedy i prawdziwej wściekłości zamiast Moniki Olejnik i Anity Werner, są Rachoń, Ziemkiewicz, Łosiewicz i cała ta pomniejsza ferajna.
      I proszę sobie wyobrazić, że kiedy dowiedziałem się wczoraj, że Mateusz Morawiecki  udzielił wywiadu Anicie Werner, pomyślałem, że jednak tam zajrzę i a nuż trafię na jakąś powtórkę. No i co za wesoły przypadek, zamiast tego udało mi się włączyć na sam koniec rozmowy Moniki Olejnik z Romanem Giertychem. Obejrzałem tego jakieś pięć minut, potem zajrzałem do Eurosportu popatrzeć jak gra Nadal z tym biednym Australijczykiem, a potem, za jakąś czarną namową, wróciłem do TVN-u, a tam, owszem, Anita Werner rozmawiała z Premierem.
       Proszę zatem miłych Państwa o uwagę. Otóż ręczę słowem honoru, że te 5 minut Olejnik z Giertychem, oraz wywiad Werner z Morawieckim, to było coś tak wstrząsającego, że nawet gdyby Krzysztof Fausette z Dorotą Łosiewicz dostali całe popołudnie i wieczór na wypluwanie z siebie swoich kompleksów, tego poziomu prawdziwie ruskiej propagandy byśmy nie zaznali. To co ja zobaczyłem w wykonaniu dwóch czołowych redaktorek telewizji TVN24, przerasta wszystko, co mogliśmy zaobserwować przez ostatnie 30 lat i co możemy sobie próbować wyobrazić. A ja już tylko obstawiam, że skoro tam doszło już do takiego pomieszania zmysłów, to można oczekiwać, że przy kolejnej okazji Monika Olejnik będzie głaskała Giertycha po udzie i mówiła do niego miłosnym szeptem: „Mów do mnie, mów i nie przestawaj”, a Aneta Werner będzie wrzeszczała do Morawieckiego: „Ja panu nie przerywałam!” I wtedy właśnie przyjdzie dzień sądu, 13 października i oni wszyscy eksplodują jak na filmie „Marsjanie atakują”.
       Wspomniałem, że w latach minionych oglądałem TVN24, bo oni byli zwyczajnie najlepsi. Był też jednak jeszcze jeden powód. Otóż ja miałem bardzo mocne wrażenie, któremu tu zresztą parokrotnie dawałem wyraz, że gdzieś tam bardzo głęboko w rejonach, gdzie nie sięga nawet nasza wyobraźnia, zapadła decyzja, by całą tę peowsko-peeselowską hałastrę przepędzić na cztery wiatry, i coraz wyraźniejsze ślady owej decyzji można było zaobserwować właśnie w TVN-ie. Publiczna telewizja, podobnie jak Polsat trzymały fason do samego końca, natomiast, owszem, TVN zaczął z każdym dniem coraz bardziej szydzić z władzy. W pewnym momencie, pod sam koniec tego nieszczęsnego ośmiolecia, było tak, że tam właściwie nie było dnia, by nawet „Szkło Kontaktowe” nie brało na siebie roli wewnętrznej opozycji. I wtedy to właśnie coraz częściej dochodziłem do wniosku, że rok 2015 będzie rokiem odebrania władzy i przekazania jej w nowe ręce. Czemu oni zdecydowali się na tę zmianę kursu, trudno powiedzieć, ale sądzę, że, podobnie jak pod koniec lat 80 w PRL-u, jakiś Bilderberg, czy diabli wiedzą, kto, zdecydowali, że konserwacja obecnego układu im zwyczajnie zagraża i trzeba przeprowadzić rewolucję. No i ją przeprowadzili. Tu i tu.
      Pozostaje pytanie, czemu zdecydowano się na krok tak niepewny, jak dopuszczenie do władzy akurat Prawa i Sprawiedliwości. Przede wszystkim oczywiście oni nie mieli innego wyjścia, natomiast z dzisiejszej perspektywy uważam, że musieli też wierzyć w to, że, tak jak wcześniej ze wszystkimi innymi, z Kaczyńskim też im się uda dogadać, a nawet jeśli im się nie uda, to wymyślą coś innego.
      No i jak widzimy, nie udało się. Ani się nie dogadali, ani nie wymyślili, a w dodatku jeszcze stracili wszelkie możliwości, by to co się dzieje choćby w minimalnym stopniu kontrolować. I to prawdopodobnie stąd ta histeria. Ja wiem, że to może być przykre bardzo, ale mimo wszystko polecam serdecznie. Proszę sobie obejrzeć to co prezentuje dziś stacja TVN24. Tam widać wszystko jak na dłoni.



wtorek, 27 sierpnia 2019

Gdy chleba dosyć, lecz rośnie popyt na autorytety


     Wspominałem o tym i tu i tam, tu może jednak przedstawię sprawę krótko, choć nieco bardziej szczegółowo. Otóż w roku 1981 wspólnie z moim bardzo bliskim wówczas kolegą uznaliśmy, że byłoby czymś szalenie inteligentnym wyjechać z Polski do Danii, tam poprosić o polityczny azyl i żyć szczęśliwie do końca życia na Zachodzie. Czemu do Danii? Przede wszystkim Karol, bo tak miał na imię mój ówczesny kumpel, był tam wcześniej i zaświadczył, że to jest wręcz fantastyczne miejsce do życia, a poza tym wymyśliliśmy, że ponieważ wszyscy wyjeżdżają do Austrii i stamtąd w różnych, często bardzo odległych, kierunkach, to będzie korzystnie udać się do Danii, gdzie jest jeszcze dużo miejsca i będzie nam łatwiej się tam wprosić. Ponieważ oczywiście chodziło o azyl, opracowaliśmy odpowiednio wiarygodne i bardzo szczegółowo uzasadnione kłamstwo, dzięki któremu udałoby się nam przekonać odpowiednie służby, że za naszą działalność opozycyjną, grozi nam w Polsce z rąk komunistycznego reżimu śmierć, a w najlepszym wypadku więzienie, które i tak prędzej czy później nas zabije.
      No i wtedy, kiedy już wszystko mieliśmy bardzo precyzyjnie i, jak już wspomniałem, nadzwyczaj inteligentnie rozpisane, bardzo szczęśliwie dla nas Wojciech Jaruzelski wprowadził Stan Wojenny i dziś jestem tu gdzie jestem, cały jasny i gotowy by za nieco ponad tydzień śpiewać sobie przebój Beatlesów „When I’m Sixty-Four”.
     Przypomniały mi się tamte czasy, gdy na Facebooku znalazłem zdjęcie jakiejś dziewczęcej drużyny piłkarskiej i następujący komentarz (ze względu na jego nieznośną więc długość cytuję zaledwie fragmenty):
„[...] To zwyczajna pamiątkowa fotografia ze szkolnych zawodów sportowych drużyn dziewczęcych. Mam wrażenie że ta fotografia w doskonały sposób oddaje nastroje panujące w Bjørndal bo tak nazywa się dzielnica w której zamieszkałe razem z rodziną.
Teraz wyznam Państwu coś co zapewne wywoła przerażenie i drżenie rąk u wyborców PiS i Konfederastów – moja dzielnica jest w większość zamieszkała przez muzułmanów, a ja zamieszkałem razem z żoną i córeczką pod jednym dachem z muzułmańską rodziną.
Jak mieszka się w takiej dzielnicy?
Faktycznie nie przyjeżdża tu policja. Nie dlatego jednak że się boi tu wjechać ale dlatego że nie ma tu nic do roboty.
W mojej dzielnicy jest cicho i spokojnie, nie ma pijanych osób, przez 8 miesięcy gdy tu mieszkam nie widziałem ani jednej podchmielonej nawet osoby. Muzułmanie nie piją alkoholu, zresztą w kilkudziesięciotysięcznej dzielnicy nie ma ani jednego sklepu monopolowego. I nikomu to nie przeszkadza.
W mojej dzielnicy jest czysto i ładnie, bo mieszkańcy często sadzą krzewy, drzewa i kwiaty oraz sprzątają ją w czynie społecznym. Młodzi chłopcy wracający z meczetu zachęcanie przez starszych często zakładają rękawiczki, biorą worki i sprzątają trawniki i pobocza dróg - by mieszkać w ładnym otoczeniu. [...]
Opowiadam im o Polsce – kraju który dostał się w ręce szalonych nacjonalistów i fundamentalistów katolickich, którzy potrafią aresztować o 6 rano grafika za namalowane tęczy na obrazku.
My imigranci, uchodźcy znaleźliśmy w Norwegii bezpieczną przystań, chcemy tu żyć w spokoju, pracować, wychowywać dzieci. Pewnie dlatego potrafimy żyć w przyjaźni i szacunku do siebie mimo tego, że się różnimy w wielu sprawach i podchodzimy z różnych stron świata. [...]
Pojechałem i zamieszkałem z wyznawcami islamu i jestem żywym dowodem, że polska skrajna prawica i pisowcy kłamią.
Muzułmanie nie są ani lepsi, ani gorsi niż my.
Są normalnymi ludźmi którzy kochają, wychowują dzieci, pracują, mają swoje radości i troski.
Drodzy Polacy jesteście okłamywani przez PiS.
W Norwegii nie ma stref ‘no go’, jest tu dużo bezpieczniej niż w Polsce, a uchodźcy i imigranci również muzułmańscy to w większości mili i pracowici ludzie”.
     Ktoś mnie zapyta, skąd mi przyszło do głowy, by nie dość, że czytać tego typu idiotyzmy, to jeszcze je relacjonować. Otóż powody są dwa. Pierwszy to taki, że ów komentarz znalazłem na profilu pewnej bardzo miłej mi osoby, która ostatnio wpadła w szalenie antypisowski nastrój i uznała, że owa relacja będzie stanowiła bardzo dobry argument na rzecz konieczności odsunięcia PiS-u od władzy, a drugi taki, że autorem tego świadectwa jest nie kto inny jak Rafał Gaweł, założyciel niesławnego Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, skazany w Polsce prawomocnym wyrokiem na dwa lata bezwzględnego więzienia za „oszustwa i wyłudzenia na kwotę kilkuset tysięcy złotych, w ramach których Gaweł oszukał jeden z banków na 220 tys. zł, a Fundację Batorego na 107 tys. zł”.
        I teraz może chwilę o Gawle. Otóż dostał on te swoje dwa lata, jednak zanim został doprowadzony do więzienia, zwiał z rodziną do Norwegii, tam poprosił o polityczny azyl oraz obywatelstwo, informując władzę, że jemu w Polsce grozi śmierć, a przynajmniej więzienie, które oczywiście zarówno jego jak i jego rodzinę zabije i jedno i drugie, jak się właśnie dowiedziałem, natychmiast otrzymał. Czemu ja z Karolem planowaliśmy zwiać do Danii, już wyjaśniałem. Jeśli chodzi o Gawła odpowiedź na pytanie „czemu” jest jeszcze prostsza i jeszcze bardziej oczywista. Otóż ponieważ Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, Gaweł wiedział, że jeśli oni kupią jego historię – a jako człowiek wprawdzie głupi, ale odpowiednio inteligentny, miał powody przypuszczać, że kupią – jako obywatel Norwegii, będzie mógł nawet przyjechać do Polski i tu dalej prowadzić swoją bohaterską działalność, a nikt nie będzie go w stanie tknąć choćby małym palcem lewej dłoni. Dlaczego? Dlatego, że Polska nie ma absolutnie jakichkolwiek praw do aresztowania obywateli Norwegii, a więc państwa, które nie jest nawet częścią Unii, tylko za to, że im się coś zdaje.
        Pozostaje pytanie, jak to się stało, że władze Norwegii faktycznie uznały, że Rafał Gaweł jest w Polsce, a więc w jednym z póki co prawowitych krajów Unii Europejskiej, prześladowany? Jak to się stało, że kiedy przeprowadzały owe władze z nim rozmowę, nie zapytały go, czemu on uznał, że to Norwegia akurat jest jego wymarzonym miejscem do życia, a jeśli zapytały, a on im odpowiedział, że tak jakoś ta Norwegia mu wpadła do głowy, nie zapaliła im się lampka we łbach?
      No ale pies tańcował z tymi biedakami, którzy prawdopodobnie już niedługo zwyczajnie zawalą się pod tą swoją bezmyślnością i nie zostanie po nich kamień na kamieniu. O wiele ciekawsze jest to, w jakim stanie są nerwy niektórych z nas, kiedy nagle w tej ich obłąkanej wręcz nienawiści do Prawa i Sprawiedliwości ktoś taki jak Rafał Gaweł staje się dla nich autorytetem, a jego słowa argumentem na to, że droga, na którą oni weszli to droga słuszna? Przecież całkiem często to są ludzie, którzy w roku 1981, a więc czasach obiektywnie znacznie bardziej niebezpiecznych dla zdrowia, niż dzisiejsze, doskonale wiedzieli, że historia, którą ja z Karolem wymyśliliśmy to bezczelny fejk, a przecież, cokolwiek by nie mówić o tym, jak to ja osobiście urodziłem się nieładny, to z całą pewnością aż tak źle nie było nigdy:




poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Ósme - nie wierz fałszywemu świadectwu bliźniego swego

      Przedwczoraj pojawił się tu tekst stary już bardzo, przypomniałem go jednak, ponieważ mam bardzo silną obawę, że gdy idzie o rynek mediów, najbliższe w tej chwili siedem tygodni, to będzie prawdziwa, jak to kiedyś mawiali młodzi, rzeźnia. A naszym zadaniem będzie stać mocno na obu nogach, trzymać głowę wysoko i broń Boże nie uznać, że to co z każdej strony do nas dochodzi to choćby ułamek czegoś, co można nazwać prawdą. Wrzuciłem tamten tekst, bardzo pięknie i nadzwyczaj pożytecznie skomentowany przez odwiecznego przyjaciela tego bloga Orjana, ale w międzyczasie oczywiście wszystkie moje podejrzenia odnośnie tego co przed nami, tylko się potwierdziły, a ja wciąż mam poczucie, że trzeba ostrzegać, ostrzegać i jeszcze raz ostrzegać.
      I oto, proszę sobie wyobrazić, że nagle, szperając w historii tego bloga, trafiłem na jeszcze jeden tekst, co ciekawe, mniej więcej z tego samego okresu, co poprzedni – swoją drogą, ów rok 2008 musiał mieć naprawdę coś w sobie, skoro wywołał u mnie aż dwie tak silne refleksje – i uznałem, że trzeba mi go tu również przypomnieć. I zanim zobaczymy, jak to było, bardzo wszystkich proszę, pamiętajmy, że nie wolno spuszczać z oka i jednych i drugich. Trzeba im patrzeć prosto w oczy i obserwować, jak oni je stawiają.

      Kiedy Bob Dylan – poeta, muzyk, kompozytor, pieśniarz – występował po raz pierwszy na słynnym festiwalu w Newport, miał zaledwie 22 lata i był jedynym artystą tam występującym, który śpiewał wyłącznie swoje piosenki. Przyjechał tam, stanął wśród największych z wielkich i najzwyczajniej w świecie ukradł im show. To tam, Johnny Cash zaprosił go do siebie i dał mu swoją gitarę. To tam, zaledwie dwa lata później, wiedząc, że ta jego wielkość rozwija się tak dramatycznie, że jeśli nie dokona jakiegoś spektakularnego zwrotu, za parę lat zostanie tylko wspomnieniem, legendą, jak Joan Baez, czy Pete Seeger, czy –  jak się po latach okazało –  wielu, wielu innych, machnął ręką na cały ten lokalny styl i zaczął grać „Like A Rolling Stone” na gitarze elektrycznej. Właśnie w roku 1965, podczas koncertu Dylana i jego zespołu w Manchesterze, w pewnym momencie, siedzący na sali niejaki John Cordwell wrzasnął do Dylana: „Judasz!!! Nigdy więcej nie będę cię słuchał!" Na nagraniach, które dokumentują ten koncert, słychać, jak Dylan odpowiada mu: „Nie wierzę ci. Jesteś kłamcą!" A po chwili do zespołu: „Grajcie, kurwa, głośno!"
      Zdarzenie to, sprzed ponad już 40 lat, wciąż zadziwia, wciąż jest wspominane, stało się już swego rodzaju legendą. A ja się wciąż zastanawiam, kto wtedy kłamał? Ten Cordwell, kiedy zarzucał Dylanowi, że zdradził, czy może Dylan, kiedy oskarżał Cordwella o kłamstwo. Oczywiście nie da się na to pytanie odpowiedzieć w sposób rozstrzygający, bo z punktu widzenia Cordwella, Dylan rzeczywiście zdradził. Zdradził nie tylko jego, ale wielu, wielu innych, dla których to, co Dylan zaproponował, to było zwykłe, czyste oszustwo. Z drugiej strony, kiedy Dylan krzyczał do Cordwella, że jest kłamcą, miał też bezwzględnie rację, choćby pod tym względem, że na sto procent Cordwell nigdy nie przestał Dylana słuchać.
     Więc tu niestety, musimy pozostać w sytuacji nierozstrzygniętej. Możemy jednak pokusić się o pewną refleksję nieco obok tego zdarzenia. Otóż, nie ulega wątpliwości, że ten spór, jaki miał miejsce w roku 1965 w Manchester Free Trade Hall, jest już jednym z ostatnich czystych, prostych i zupełnie nie wyrafinowanych przypadków, kiedy kłamstwo operuje na poziomie relacji człowiek-człowiek. W roku 1965, już od wielu, wielu lat, był w najpełniejszym rozkwicie cały przemysł produkujący kłamstwo na skalę nieporównywalnie większą, niż to, do czego przyzwyczaiła nas tradycja. Minęły już dziesiątki lat od czasu, gdy sytuacja, w której sąsiad okłamuje sąsiada, a uczeń koleżankę, brat siostrę, a mąż żonę stała się tak trywialna, że wręcz nie warta uwagi. Bo cóż to są za kłamstwa o tak marnej skali? O tak niewielkim stopniu szkodliwości i tak nieistotnym poziomie zła?
      Minęły kolejne lata i otóż co mamy? Mamy stan, który niektórzy określają pojęciem „kłamstwa totalnego”. Proszę zwrócić uwagę. Jeśli szukamy kłamstwa, to gdzie najprędzej je znajdziemy? Czy u nas w domu, czy w biurze, czy w szkole, czy na ulicy? Gdzie spotkamy prawdziwego kłamcę? Jeśli uczciwie się przyjrzeć, to wokół siebie może nam się uda znaleźć paru notorycznych kłamców, którzy kłamią ot tak, dla sportu. Ale nimi się i tak nikt nie przejmuje. Wszyscy traktują ich, jak wariatów i jeśli ktoś ich słucha, to głównie z braku lepszego zajęcia. Ktoś kogoś okłamie, bo chce ukryć jakiś drobny grzech, albo ponieważ jest mu z jakiegoś powodu wstyd, albo nie chce tego kogoś zranić, czy po prostu pragnie uniknąć kłótni. Owszem, zdarzy się, ze spotkamy na swojej drodze prawdziwego oszusta, który chce nam sprzedać coś bezwartościowego, albo pozbawić nas czegoś cennego. No ale to są peryferie. To jest zwykła patologia. Poza tym, żyjemy sobie obok siebie i jeśli czasem nam do głowy nie przyjdzie, że mamy kłopot z naszym bliźnim, to akurat nie z powodu tego, że jeden drugiego potrzebuje oszukać.
      A fakt pozostaje faktem –  żyjemy w epoce kłamstwa totalnego, kłamstwa strasznego, kłamstwa które zabija. Od czasu kiedy wydano „Dzieła Wszystkie” Lenina, Hitler napisał „Mein Kampf”, a Komitet Centralny Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii Bolszewików w roku 1938 zredagował i zaaprobował swój słynny „Krótki Kurs”, świat poczynił wielkie postępy. Powstał prawdziwy rynek nie tylko ideologii. Wynaleziono najbardziej skuteczne sposoby zarabiania pieniędzy i ich efektywnego wydawania, wybudowano supermarkety, rozwinięto w sposób absolutnie mistrzowski system reklam, pokazano światu, co znaczy konsumpcja, i co znaczy prawdziwa oferta. Jeśli spróbujemy wyobrazić sobie współczesny świat w formie modelu, to z jednej strony zobaczymy tę właśnie ofertę, z drugiej już nie tyle człowieka, co konsumenta, a pomiędzy nimi pieniądz. A nad tym wszystkim, wspomniane już, totalne kłamstwo, które na wszystkich możliwych poziomach, absolutnie bezczelnie, z całkowicie odsłoniętą przyłbicą, prowadzi swoją grę pod hasłem rozwoju i cywilizacji. Tam też – właśnie tam – stara się umieścić cała światowa polityka, ze swoimi obietnicami, swoimi planami, ze swoją „demokracją”.
      Byłoby mi jednak bardzo trudno zajmować się tu tym kłamstwem najwyższym, kłamstwem ledwo widocznym, kłamstwem-plazmą. Raz, że to jest faktycznie plazma, a dwa, że bardzo bym nie chciał uderzać w aż tak naciągniętą strunę. I tak obawiam się, że staję się tu zbyt patetyczny. Zajrzyjmy więc na ten poziom najniższy, bardzo przejrzysty, dostępny na wyciągniecie ręki. Spójrzmy na to kłamstwo, podane nam na tacy w swej pełnej okazałości, a jednocześnie tak nieprawdopodobnie niedookreślone i nieopisane. W telewizji oglądam reklamę, w której komputerowo rozmazane dziecko chce iść na mecz, ale mama mu mówi, że „wygląda niewyraźnie", więc powinno zażyć rutinoscorbin. Dziecko zjada tabletkę, jego wizerunek komputerowo zostaje oczyszczony i chłopczyk może iść bezpiecznie na mecz. Oczywiście, każdy, choćby minimalnie rozsądny człowiek, doskonale wie, że jedyną reakcją na tę reklamę, powinno być jedynie ściszenie telewizora. A mimo to, kupujemy ten rutinoscorbin, trzymamy go w domowych apteczkach, aż minie obiecany termin ważności, i ani nam do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy już tylko tak zwanym targetem.
Filozof Kołakowski, w swoim mini-wykładzie o kłamstwie, o którym pisałem wczoraj dzieli kłamstwo na dwa rodzaje: kłamstwo wprost i kłamstwo przez zatajenie. Ciekawy jestem, do jakiej kategorii zakwalifikowałby ten mędrzec ową reklamę z rutinoscorbinem. Czy przemysł farmaceutyczny, kiedy wydaje ciężkie pieniądze na przekazanie nam informacji, że jeśli czujemy się „niewyraźnie”, powinniśmy zażyć tabletkę rutinoscorbinu i wtedy natychmiast poczujemy się „wyraźnie”, robi to po to, żeby nas oszukać wprost, czy robiąc to, coś przed nami zataja?
      Czy jeśli onet.pl, pisząc o bramkarzu nazwiskiem Boruc, używa – ot tak, z rozpędu – stworzonego, między innymi przez siebie, nazwiska-hasła Borubar, to z jakiego rodzaju kłamstwem mamy tu do czynienia? Czy to jest kłamstwo w dobrej sprawie, czy w sprawie złej? Czy to jest kłamstwo nałogowe, czy okazjonalne? Czy to jest kłamstwo wprost, czy kłamstwo przez zatajenie? I dalej – idąc tym samym tropem – jeśli założymy, że prezydent Kaczyński rzeczywiście się pomylił i faktycznie był przekonany, że Artur Boruc nazywa się Artur Borubar, to czy on kłamał? Czy tylko nie wiedział? Czy on chciał nas oszukać, czy tylko okazał się gapą, albo nawet i głupkiem?
      I odwrotnie, jeśli założymy, że Prezydent nie powiedział „Borubar", ale „Boruc bardzo", to czy onet.pl i ci wszyscy, wszyscy którzy od wielu długich miesięcy już ekscytują się tym Borubarem, kłamią wprost, czy coś ukrywają? I dlaczego to robią? Bo są ludźmi dobrymi, czy ludźmi złymi?
      W tym samym, wczorajszym tekście, wspomniałem o ministrze Sikorskim i jego zachowaniu na wspólnej konferencji prasowej z Donaldem Tuskiem i Prezydentem. Zasugerowałem, że mój zdrowy rozsądek i dotychczasowe doświadczenie, wskazują jednoznacznie na to, że Sikorski, gadając podczas wypowiedzi Prezydenta, nie tylko robił to celowo, ale miał w tym momencie bardzo złe intencje. Ktoś na to napisał mi, że Sikorski w sposób absolutnie naturalny nie mógł znieść ględzenia Prezydenta i gadał z nudów. I że to jego zachowanie jest całkowicie zrozumiałe, bo każdy wie, że Kaczyński jest nieznośny.
      I teraz ja bym bardzo chciał poznać odpowiedź na parę kwestii. Mianowicie, czy opisana przeze mnie sytuacja to tryumf kłamstwa, czy prawdy? Jeśli to co się działo przy tym konferencyjnym stole, to była prawda w całej swojej krasie, to co będziemy musieli uznać za kłamstwo? To może, że kilka lat temu Lech Kaczyński powiedział do jakiegoś natrętnego pijaczka: „Spieprzał dziadu"? Czy musimy uznać, że Kaczyński wówczas skłamał, a dziś Sikorski świadczył prawdę? Czy autor wspomnianego chwilę wcześniej komentarza kłamie, czy to jego okłamali? I czy jego okłamali wprost, czy przez zatajenie?
      Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że – szczególnie ostatnio – moje problemy zaczynają się tam gdzie problemy wielu kończą. Ale co mam zrobić? Nagle wziąć jakieś tabletki na zgłupienie? Tego nawet współczesny przemysł farmaceutyczny nie zdążył na razie wymyślić. Ja mam już tak ustawioną wrażliwość, że absolutnie nie czuję niebezpieczeństwa związanego z kłamstwem powszednim. Mnie w ogóle nie martwi to, że okłamie mnie któryś z moich uczniów, czy któryś z moich kolegów, czy nawet któreś z moich dzieci. Ja wiem, że nawet jeśli oni mnie okłamią, to kłamstwo będzie tak niewinne i tak bez konsekwencji, że jedyny z nim kłopot będzie taki, że ktoś się będzie z niego musiał po prostu wyspowiadać. Ja nawet nie martwię się, że przyjdzie do mnie jakiś oszust i mnie nabierze na parę złotych. No bo przede wszystkim pewnie nie przyjdzie, a nawet jeśli jakimś przypadkiem padnie na mnie, to co stracę? Dwadzieścia złotych na coś, czego i tak nie zobaczę na oczy?
      Ja się boję kłamstwa totalnego, kłamstwa zorganizowanego, kłamstwa, które produkowane jest w zaciszu gabinetów. Ja się boję kłamstwa, o które prawdopodobnie nie do końca chodziło Panu Bogu, kiedy Mojżeszowi zsyłał tablice z przykazaniami. Którego, mam nieustanne wrażenie, Pan Bóg po prostu nie przewidział. Myślę tu na przykład o kłamstwie, z którym mamy do czynienia od paru tygodni. Kolejny już rok, rok po roku, kiedy w kościołach w całej Polsce trwa okres Adwentu, a świat organizuje tzw. okres przedświąteczny. Od końca listopada, ulice, place, supermarkety w całej Polsce zawalane są dekoracjami przedświątecznymi, tymi wszystkimi lampkami, Mikołajami, choinkami, tymi świątecznymi piosenkami, bałwankami, saniami, reniferami. A wszystko najwyraźniej po to, żeby – w ostatecznym efekcie – kiedy już przyjdzie ten dzień Bożego Narodzenia, nikt go nie zauważył. I żeby wreszcie przyszedł taki rok, kiedy Wigilia, Pasterka, kolędy, ten opłatek na stole, żeby to wszystko zostało skutecznie i ostatecznie przykryte przez to właśnie, opisywane przeze mnie, kłamstwo. Żeby jak najwięcej ludzi, najpierw kupiło sobie to co tam chcą, a później, jak już dostaną te kilka dni wolnego w pracy, pojechali za resztę pieniędzy gdzieś gdzie jest ciepło.
      Mam silne przekonanie, że gdyby Pan Bóg dziś zszedł na Ziemię, w chmurze Swej Wielkości, żeby nam dać te dwie tablice, wszystko by zostało tak jak było wtedy, te wieki temu. Z jednym wyjątkiem. Ósmego przykazania w znanym nam brzmieniu by po prostu nie było, bo Dobry Bóg nawet by nie wiedział do kogo je adresować. Do smoka? Do plazmy? Do świata? Zamiast tych uwag o kłamaniu, pewnie znalazłby się nakaz skierowany prosto do nas: „Nie daj się oszukać fałszywemu świadectwu". A z dochowaniem tego przykazania – jestem pewien – mielibyśmy o wiele więcej kłopotu, niż z ósmym przykazaniem w aktualnym, tradycyjnym brzemieniu.
     I dlatego, w nadchodzących wyborach będę głosował na Prawo i Sprawiedliwość z tą jedyną intencją, że z nimi przynajmniej nie będzie gorzej niż jest.



Zapraszam wszystkich do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. gdzie można kupować moje, i nie tylko moje, książki. Polecam całym sercem.

niedziela, 25 sierpnia 2019

O świniach i ludziach

     Pewnie część z nas pamięta bardzo starą, nadzwyczaj zabawną piosenkę Wojciecha Młynarskiego zatytułowaną „Sposób na bezsenność”. Kto nie pamięta, może sobie sprawdzić w Google’u, a gdyby się komuś nie chciało, krótko opowiem, o czym to jest. Otóż chodzi o to, że kiedy nie możemy zasnąć, zdaniem Młynarskiego powinniśmy zacząć sobie przypominać twarze i imiona wszystkich tych ludzi, którzy nas w jakiś tam sposób zranili, a więc po kolei najpierw tego, który się martwi, że nam się powiodło w życiu, potem tego, co „nas spycha, by wypłynąć”, potem tego co nam poderwał dziewczynę, po nim pójdzie zwykły cham, a wreszcie na końcu ten co „cieszy się że strachu przed nim drżysz”. A pointa owej piosenki jest zawarta w dowcipnym zdaniu: „Bo sposób to najlepszy i wypróbowany, przed snem policzyć barany”.
      Gdy słucham tej piosenki po latach, zwracam uwagę na dwie rzeczy. Przede wszystkim uderza to, że Młynarski nie bawił się jeszcze wtedy w politykę, ale opisywał zwykłych ludzi, a po drugie to, że on ich traktował ze swego rodzaju czułością. On nie napisał piosenek o bydle, świniach, czy o szarańczy, lecz zaledwie o baranach i to zrobił na tyle delikatnie, że pozostawił nas nie z nienawiścią w sercu, lecz z wręcz przyjaznym rozbawieniem. Ale jeszcze coś. Owa piosenka nie była ani deklaracją moralną, czy tym bardziej traktatem filozoficznym i nikomu nawet wówczas do głowy nie przyszło, by Młynarskiego cytować, jako wielki i ważny głos człowieka wielkiego.
      Przypomniał mi się ów Młynarski, gdy na Facebooku znalazłem mem zamieszczony przez grupę o nazwie „Wielkie myśli wielkich ludzi”, gdzie najpierw widzimy mądrą twarz Władysława Bartoszewskiego, a pod nią jego rzekomo wielką myśl: „Jeżeli człowiek rodzi się nie prosięciem, a niemowlęciem ludzkim, to nie powinien na starość być świnią, tylko człowiekiem”. Ponieważ nie znam się na myślach Władysława Bartoszewskiego, choćby i tych największych, natomiast znam się trochę na Facebooku, biorę pod uwagę, że Bartoszewski nigdy czegoś takiego nie powiedział i powiem szczerze, że mimo wszystko to by była bardzo dobra informacja. Jednak nawet jeśli, to i tak nie jest ważne, czy to są jego słowa, czy zostały mu narzucone przez tych, którzy mają problem z ludźmi, którzy nie urodzili się prosięciami, a na starość głosują na Prawo i Sprawiedliwość, bo to co ma znaczenie, to fakt, że są tacy, którzy faktycznie uważają, że to są słowa „wielkie”.
      Proszę bowiem zwrócić uwagę na to, co się dzieje. Otóż, w pierwszej kolejności, powyższa myśl w ogóle nie doprecyzowuje, co zdaniem jej autora musi zrobić człowiek, by przestał być człowiekiem, a stał się świnią, a po drugie przez odniesienie do prosieńcia oraz niemowleńcia, owa świnia nie jest w żaden sposób przenośnią, tylko realnym, zwierzęcym bytem. A to nas prowadzi do wniosku, że autor tego bon motu patrzy na ludzi, których z jakiegoś powodu nie szanuje, jak na zwierzęta. Tu nie ma mowy o zabawie słowami, o żarcie, czy o przenośni. Tu jest świnia w sensie zupełnie dosłownym.
      Ale, jak mówię, nie chodzi o Bartoszewskiego, czy jakiegoś innego literata-hejtera, któremu przyszła do głowy tego typu myśl, ale o tych, którzy uważają ją za wielką. I w dodatku uważają ją za wielką w czasach, gdy prawdziwie złym człowiekiem nie jest już ani złodziej, ani oszust, ani zwykły cham, lecz ktoś, kto dokonał naszym zdaniem niewłaściwego politycznego wyboru. Bo do tego te emocje się tak naprawdę sprowadzają.
       Ja również mam bardzo złe zdanie o politykach, z których zarówno politycznym, jak i niekiedy czysto ludzkim zachowaniem zachowaniem się nie zgadzam, podobnie jak mam bardzo złe zdanie o tych wszystkich, którzy uważają, że oni wszyscy są wspaniałymi i godnymi szacunku ludźmi. Niekiedy mówię o nich bardzo brzydko, nazywając ich nawet durnymi pałami, że już nie wspomnę o ludziach „dziwnych”, nigdy jednak w życiu by mi nie przyszło do głowy, by mówić o nich zupełnie dosłownie, że są świniami, czy bydłem, czy że, krótko mówiąc, nie są ludźmi.
      I znów powtórzę, że nie chodzi o Bartoszewskiego, który na starość mógł zwyczajnie stracić rozum, czy o kogoś kto ten rozum stracił o wiele wcześniej. Chodzi o to, że są wśród nas tacy, którzy autentycznie uważają, że wspomniany opis to jest coś na tyle wybitnego, by go awansować na listę „wielkich mysli wielkich ludzi”.
       I to jest moim zdaniem duży problem, bo wszystko wskazuje na to, że wielu z nas nie dość że faktycznie patrzy na innych ludzi, jak nie na ludzi, ale uważa że się tym należy chwalić. A ja sobie myślę, że dobrze jeśli przynajmniej na zwierzęta, zwłaszcza w czasach gdy wielu twierdzi, że zwierzęta stoją moralnie wyżej od ludzi.



Przypominam, że z książek, jakie dotychczas wydałem zostały już tylko cztery: „Listonosz”, „Rock and Roll”, „Marki, dolary”, oraz ta ostatnia, o SS Mantola. Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, ewentualnie do kontaktu bezpośredniego: k.osiejuk@gmail.com.

sobota, 24 sierpnia 2019

Ciemny lud, boski pijar i błogosławione kłamstwo - wersja na dziś

        Do wyborów zostało jeszcze kilka dobrych tygodni, a ja mam na dziś dwie refleksje. Pierwsza jest taka, że to, co gdyby nie to nieszczęście w Tatrach, wypełniałoby dziś nasze dni w pełni i do samego końca, to zaledwie początek całej serii politycznych awantur – niewykluczone, że znacznie cięższych niż owo głupstwo z tą jakąś Małą Emi, czy jak jej tam – które zostaną przerwane dopiero w piątek przed ciszą wyborczą. Stawka tych wyborów jest tak wysoka, że zwłaszcza ci, dla których to jest walka praktycznie o życie, gotowi są do wszystkiego, a skoro są gotowi, to obawiam się, że też do wszystkiego się posuną. Druga refleksja jest taka, że temperatura owej wojny jest tak wysoka przede wszystkim z tego powodu, że w całej naszej dotychczasowej, nazwijmy ją demokratyczną, historii nie było takiej sytuacji, że między obiema stronami doszło do idealnej wręcz równowagi, gdy chodzi o możliwości propagandowe, gdzie takie oto kłamstwo zostało podniesione do rangi cnoty. Podkreślę może to, o czym wspomniałem wcześniej. Nie sugeruję, że dotychczas kłamstwo cnotą nie było. Owszem, było jak najbardziej, tyle że dziś po raz pierwszy doszło do sytuacji, że kłamać, jeśli tylko zaistnieje taka potrzeba, mogą jedni i drudzy i w dodatku jedni i drudzy są wyposażeni we wszystkie odpowiednie do tego instrumenty, by ono się niosło po całej Polsce.
        Obserwuję wydarzenia związane ze wspomnianą Małą Emi, wsłuchuję się w te wszystkie fajerwerki, jakie są odpalane przez opozycję i współpracujące z nią media i myślę sobie, że gdyby nie przede wszystkim telewizja kierowana przez Jacka Kurskiego, te kilka tygodni w zupełności wystarczyłyby do tego, by, tak jak to miało miejsce w roku 2007, po wkroczeniu do akcji Leszka Balcerowicza z jego projektem „Schowaj babci dowód”, Prawo i Sprawiedliwość mogłoby już dziś pakować walizki. Na szczęście, jak mówię, mamy ten nasz „Dziennik Telewizyjny” w wydaniu turbo, Norbiego, „Zniewoloną” i to wszystko stanowi moim zdaniem wręcz idealną ochronę dla choćby tego, co znamy pod nazwą 500+, więc możemy się czuć bezpieczni.
       Wspomniałem o kłamstwie, jednak proszę zwrócić uwagę, że my tak naprawdę nie mamy bladego pojęcia, czy to co słyszymy to kłamstwo, czy może prawda. Owszem, prawdą są wspomniane 500+ oraz 13 emerytura i tego nie ma potrzeby udowadniać, natomiast czort jedyny wie, czy to wszystko, co owe programy otacza, to jest to, co nam się wydaje, czy może jest to jakaś próba zamydlenia nam oczu. Podobnie odwrotnie. My tak naprawdę nie jesteśmy w stanie bezpiecznie stwierdzić, czy wszystkie zarzuty, jakie przychodzą ze strony opozycji, a kierowane są pod adresem owych programów i w ogóle wszystkiego, co się dzieje na terenie okupowanym obecnie przez Prawo i Sprawiedliwość, to prawda, czy kłamstwo.
       Nie wiemy tego wszystkiego, a mimo to staramy się jakoś w tej propagandzie poruszać i znajdować drogę do upragnionej prawdy. Z gorszym czy lepszym skutkiem, ale jestem pewien, że każdy z nas bardzo mocno dąży do tego, by ową prawdę rozpoznać i za nią pójść.
      Gdyby ktoś myślał, że to jest coś bardzo nowego, to ma rację tylko częściowo. Kwestia umiejętności rozpoznawania kłamstwa i odnajdowania prawdy towarzyszy nam od lat, a w ostatnich niemal już trzydziestu latach wydaje się czymś, co przyszli historycy, ale też socjologowie, psychologowie, czy zwykli polityczni komentatorzy będą omawiali z tym samym co dziś zacięciem. Różnica jest tylko taka – i o tym już wspomniałem – że po raz pierwszy ów atak nadchodzi z równą siłą z obu stron. A to wymaga od nas jeszcze większej niż wcześniej czujności.
        Z okazji tych bardzo doraźnych refleksji przypomniałem sobie swój tekst sprzed wielu już lat, bo z czerwca 2008 roku, kiedy to jeszcze TVP szła ramię w ramię z TVN-em oraz Polsatem, a wokół nich był wyłącznie spalony teren. Tekst miał bardzo znaczący tytuł „Ciemny lud, boski pijar i błogosławione kłamstwo”, a my go dziś mamy znów tu:

       Jak wszyscy wiemy, najbardziej obrzydliwą i odrażającą postacią polskiej sceny politycznej, bardziej nawet obrzydliwą i odrażającą niż Jarosław Kaczyński, jest Jacek Kurski. Za co nienawidzimy posła Kurskiego? Przede wszystkim za to że jest bulterierem, no a oprócz tego za dziadka w Wehrmachcie. Jest jeszcze jednak rzecz, w związku z którą Jacek Kurski jest nam przykry: otóż podobno kiedyś powiedział o ludzie, że jest ciemny i że ów ciemny lud kupi wszystko, co mu się zaproponuje.
      Osobiście nie wiem, czy poseł Kurski tak powiedział, bo o tym, że tak powiedział mówią mi ludzie, co do których prawdomówności mam zaufanie ograniczone. Zakładam jednak, że faktycznie jest tak, jak mówi jedna pani redaktor i jeden pan redaktor, a za nimi legion innych pań i panów redaktorów. Zakładam tak głównie z tego powodu, że czasem mam podejrzenia, że lud faktycznie jest ciemny i kupi wszystko. Przyznaję jednak przy tym, że bywa i tak, że nachodzi mnie wrażenie, że jednak lud nie jest ciemny i że z tym handlem nie jest sprawa tak łatwa. To nawet częściej. No, ale jak mówię, myśl pierwsza nie jest dla mnie bardzo egzotyczna, bo bywa, że ją podzielam.
      Natomiast do czego zmierzam? Od lat wielu obserwuję zjawisko polegające na tym, że pewna część opinii publicznej o pewnej innej części opinii publicznej ma zdanie złe, pełne pogardy i bezwzględnego odrzucenia. Swoje zdanie przedstawiciele tej grupy manifestują w najróżniejszy sposób, albo przez drobne złośliwości, albo przez otwarte szyderstwo, albo przez pełną socjologicznego skupienia analizę. Jednocześnie przy tym, ci sami ludzie, którzy z czystego przekonania, że mają do czynienia z czymś gorszym, głupszym, dzikim i niedostosowanym kulturowo i cywilizacyjnie, gotowi są drugiego człowieka ukrzyżować, bardzo głośno protestują, jeśli ktoś inny ich zaliczy do intelektualnego podgatunku. Wtedy to właśnie słyszymy te wszystkie tyrady na temat tego, jak to obraża się zwykłego, prostego, myślącego przecież człowieka. I właśnie ofiarą tego przedziwnego standardu padł swego czasu Jacek Kurski. Powiedział, że lud tępy i wyszedł na ludu tego wroga. Kto go ogłosił tym wrogiem? Właśnie ci, którzy nic innego nie robią, jak obrażają ludzi na wszystkie możliwe sposoby.
       Dziś w Rzeczpospolitej czytam analizę specjalisty od wizerunku, pijaru, marketingu i nie wiadomo, czego jeszcze, Eryka Mistewicza. Eryk Mistewicz nie umie wyjść z podziwu dla niezwykłej skuteczności pijarowskiej kampanii Platformy Obywatelskiej w robieniu obywatela na szaro. Eryk Mistewicz oczywiście nie pisze, że ciemny lud to kupi. On ani przez moment nie mówi, że wystarczy jeden sprytny fachowiec od oszukiwania wyborcy, żeby wyborca zachował się, jak przeciętny leming. Eryk Mistewicz jedynie zachwyca się tym, jak to dzięki paru sprytnym pociągnięciom platformowych pijarowców wyborca uznał, że jest inaczej niż jest.
      Ja, na przykład, uważam, że to co powiedział w niedzielę Donald Tusk o prawdziwych Polakach i piłce nożnej i obowiązkach rodzicielskich, to tak nieprawdopodobny wstyd, że słów brak. Eryk Mistewicz na to przychodzi i mówi, że oczywiście mam rację, ale jednocześnie muszę pamiętać, że Donald Tusk nie mówi tego do mnie, lecz do ciemnego wyborcy, który lubi takie „story” i na takie „story” jest bardzo łasy. Oczywiście Eryk Mistewicz nie używa brzydkich słów, nie obraża ludzi bezpośrednio, nie mówi nawet, że dzieje się coś szczególnego. Dla Eryka Mistewicza to, że człowiek-wyborca jest głupi jest rzeczą tak oczywistą, że on nawet nie musi tego komentować. Jemu wystarczy się tylko zadumać nad skutecznością marketingowego oszustwa, zachwycić się tą skutecznością i uśmiechnąć szeroko. Bardzo szeroko.
      Jeśli idzie o mnie, to mnie już właściwie nic nie dziwi i coraz mniej oburza. Przeżyłem najróżniejsze kłamstwa, wielkie, mniejsze, drobne i całkiem małe. Przeżyję więc nawet sytuację, w której mądrzy ludzie powiedzą mi, że kłamać można, a nawet trzeba. A jak się pokłamie skutecznie i z fantazją, to można nawet się tym kłamstwem zachwycić.Ciekawe jednak, co Eryk Mistewicz i jego kumple sądzą o Jacku Kurskim i jego oburzającej opinii na temat ciemnego ludu?






Zachęcam wszystkich do kupowania mojej najnowszej książki o języku angielskim jako tajnej broni Brytyjskiego Imperium. Wystarczy kliknąć w okładkę tuż obok. A jak ktoś życzy sobie dedykację, to proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.


     

piątek, 23 sierpnia 2019

Sześć wesołych kawałków na końcówkę lata


To jest rzeczywiście niezwykłe, jak te miesiące mijają. Ledwo starałem się zabawiać Państwa moimi poprzednimi kawałkami dla "Polski Niepodległej", a tu już pora na kolejne. Przyznaję, że część z tego my tu na blogu mamy już omówione, ale temat był tak nośny, że nie mogłem z niego zrezygnować. 


Pozwolę sobie zacząć nasz comiesięczny przegląd skeczów od spraw zagranicznych. Gdyby ktoś nie wiedział, to w tych dniach z wizytą na Ukrainę przybył premier Izraela Benjamin Netanjahu ze swoją najświeższą żoną i ledwo oboje wysiedli z samolotu, stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Oto na tę parkę Żydów czekała grupka ubranych w stroje regionalne dziewcząt z powitalnym bochenkiem chleba, Netanjahu urwał kawałek i zaczął przeżuwać, następnie ułamał kawałek dla żony, podał go jej, a ona zrzuciła go na ziemię gestem, jakby odganiała się od jakiegoś robactwa. Ktoś powie, że wystarczy spojrzeć na twarz tej kobiety, by dojść do wniosku, że ona zwyczajnie nie była w stanie nie tylko zrozumieć, o co chodzi z tym chlebem, ale mogła nawet pomyśleć, że to co jej podał jej Bibi, to jakiś ruski nowiczok i ona musi się bronić. Swoją drogą, to bardzo ciekawe. Nasi rodzice uczyli nas, by nie oceniać ludzi po wyglądzie, a tu okazuje się, że są sytuacje, gdy to jest pierwsze co powinniśmy robić, zwłaszcza w pewnych szczególnych bardzo przypadkach.

***

Pies drapał tę Żydówkę. Spójrzmy przez chwilę na człowieka, który jest jej mężem. Otóż zapytany przez dziennikarzy, co sądzi o zachowaniu żony, bez mrugnięcia okiem odpowiedział, że jego zdaniem ona się zachowała wzorowo, ponieważ, gdyby nie ten gest, jego wizyta na Ukrainie mogła pozostać niezauważona. Teraz natomiast, skoro wszyscy gadają o tym chlebie, on wie, że każdy Ukrainiec będzie wiedział, jak powinni być Żydom wdzięczni za te odwiedziny. A ja już tylko sobie myślę, że taki Netanjahu – a kto wie, czy tylko on – muszą być strasznie niezadowoleni, że historia nic nie wspomina o ich udziale w wielkim głodzie jaki Sowieci zgotowali Ukrainie w latach 30. W końcu nieważne jak gadają, byle gadali. A jeśli przy tej okazji złapie się kolejnego antysemitę, to tym lepiej.

***

W kwestii antysemityzmu, wcale nie jestem pewien, czy z nim pożegnaliśmy się już na dobre, bo w końcu cholera wie, kto jest kim. Weźmy choćby taką oto sytuację, że z okazji 75 rocznicy powstania Brygady Świętokrzyskiej odbyły się objęte patronatem Prezydenta RP uroczystości, na które został zaproszony rabin Schudrich. Czemu Prezydent go zaprosił, do końca nie wiemy, ale niewykluczone, że to ze względu na pokutujący tu i ówdzie mit, że rabini to mądrzy ludzie. W każdym razie Schudrich demonstracyjnie odrzucił zaproszenie, oświadczając, że wspomniane uroczystości „znieważają pamięć wszystkich obywateli Polski poległych w walce z Niemcami”, a zaproszenie go do wzięcia w nich udziału traktuje Schudrich jako „osobistą zniewagę”.
No i niech będzie. W końcu, może to i lepiej, bo kto wie, jaką on by tam demonstrację odstawił. Może przyniósłby ze sobą chleb i zaczął nim pluć? No ale, jak się okazuje, na gest Schudricha zareagowała pisarka Maria Nurowska następującym oświadczeniem:
Ja, Maria Nurowska, polska pisarka, przepraszam szczególnie naród żydowski, za obelgę, która nadeszła ze strony polskiego prezydenta. To nie jest mój prezydent, jak i obecne władze, Prezydent, premier i wysocy urzędnicy państwowi w rocznicę 100-lecia odzyskania niepodległosci szli w jednym marszu. z faszystowskimi bojówkami!
Z powyższego tekstu wynika, że Nurowska jest jeszcze głupsza od Schudricha. I ja bym chętnie dodał do tego jeszcze jakiś komentarz, ale się trochę boję, bo a nuż okaże się, że ona jest Żydówką i takiej porcji antysemityzmu nawet redakcja „Polski Niepodległej” nie zniesie.

***

Najwyższy czas, by zamknąć temat żydostwa i skupić się na tym co nasze i polskie, a do tego najlepiej nam się przyda sama prof. Magdalena Środa, która na swoim facebookowym profilu zamieściła następującą refleksję:
Po co udawać? Wszyscy mają Boga w dupie. Jędraszewski nie jest wyjątkiem. Coś jest na rzeczy. Moje pytanie brzmi: dlaczego to trafiło się Bogu a nie jego sługom? Dlaczego to Pana Boga spotkał tak podły los a nie jego fałszywych hierarchów. Prostak i nienawistnik Jędraszewski zostanie zaraz wielkim bohaterem narodowym (żołnierzem wyklętym, powstańcem, ‘Popiełuszką’ i pretendentem do beatyfikacji) a Pan Bóg zostanie zapomniany. Niesprawiedliwy jest ten świat”.
Właściwie w tej sytuacji, my ludzie, którzy od niedawna mamy Pana Boga, jak to subtelnie przedstawiła Środa, „w dupie” i skupiamy się już tylko na czczeniu „prostaka” abp. Jędraszewskiego, powinniśmy wyrazić wdzięczność dla tej czarownicy za to, że pod naszą nieobecność ona dba o to, by Pan Bóg nie utracił do końca Swojej pozycji. Ja natomiast nie jestem pewien, czy kiedy ona wspomniała księdza Popiełuszkę w kontekście najbliższej przyszłości Arcybiskupa, to tak tylko chlapnęła, czy może coś akurat wie. Oczywiście może być różnie, ja jednak bym radził odpowiednim służbom, by ją i jej towarzystwo miały na oku.

***

Swoją drogą, to co mnie w tak zwanej „sprawie Jędraszewskiego” mocno poruszyło, to fakt, że podczas gdy wszyscy się szalenie przejęli tą częścią wypowiedzi Arcybiskupa, w której ten wspomina o „tęczowej zarazie”, nikt, włącznie z najbardziej tępymi komunistami, takimi jak Leszek Miller, czy Włodzimierz Cimoszewicz jednym słowem się nie zająknęli w kwestii, w końcu wydawałoby się bardzo dla nich obraźliwych, słów Księdza o „zarazie czerwonej”. Czy to możliwe, że oni doskonale wiedzą, że podobnie jak słowa o „tęczowej zarazie”, również te o „zarazie czerwonej” w ogóle nie odnosiły się do ludzi, ale jak najbardziej do ideologii? Czy możliwe jest, że oni wszyscy – włącznie z wcześniej wspomnianą Magdaleną Środą – mają ową czerwoną zarazę we wspomnianej dupie, a dziś postanowili z pełnym, rewolucyjnym wręcz zapałem, bronić tej nowej, tęczowej, która, jak słusznie zauważył abp. Jędraszewski wyrasta bezpośrednio z tamtej i nadzwyczaj skutecznie stara się sprzedać, w o wiele bardziej atrakcyjnym opakowaniu.

***

Owo opakowanie musi być naprawdę atrakcyjne, skoro łapią się na nie również osoby duchowne. Oto właśnie porzucił stan kapłański pewien dość popularny ksiądz z Lublina nazwiskiem Łukasz Kachnowicz. Próbując wyjaśnić to co zrobił, stwierdził, że nie mógł znieść tego, jak Kościół traktuje jego „heteronienormatywnych przyjaciół”. Przy okazji też przedstawił nadzwyczaj oryginalny sposób wykazania, jak słuszne jest to, co zrobił. Proszę trzymać się foteli:
Od dawna miałem jeden problem z moimi włosami: zawsze po jednej stronie odstawały mi boki. Nawet zaraz po strzyżeniu. Żaden dotychczasowy fryzjer nie mógł sobie z tym za bardzo poradzić, choć miałem dobrych fryzjerów. I nagle, bam, Jurij, młody fryzjer z Białorusi, który od pół roku jest w Polsce, znajduje rozwiązanie. Zauważa, że w tej części włosy naturalnie układają mi się do przodu, w przeciwieństwie do tych po drugiej stronie przedziałka. Zaczesuje je do przodu i... tadaaam: wszystko się ładnie układa! I mówi mi: trzeba trochę pójść za nimi, posłuchać ich. Tyle lat traktowałem moje włosy na siłę, nie słuchając ich, więc odstawały. A wystarczyło trochę posłuchać.
I wiecie co? Tak, tak, od razu pomyślałem o swoim życiu i o tym, co się w nim ostatnio dzieje. Tyle lat traktowałem siebie jak swoje włosy. Nie słuchałem samego siebie. Próbowałem się ‘zaczesywać’, traktować rożnego rodzaju ‘pomadami’, które miały pomóc mi w ułożeniu życia. Tak naprawdę układałem je ciągle według oczekiwań innych. Ale to nie było naturalne. I ciągle coś w tym życiu odstawało. Ciągle gdzieś mi się to życie buntowało. A ja próbowałem je dalej układać na siłę. Aż tu nagle przychodzi moment, w którym pozwoliłem sobie pójść za prawdą, która jest we mnie. I przestało odstawać. Czuję, że zaczynam żyć w zgodzie z sobą samym”.
Pamiętam, jak nasi rodzice mieli zwyczaj, by usprawiedliwiać czyjeś występki, mówiąc, że lepiej by pił niż kradł, lepiej by kradł niż chuliganił, czy po prostu, że głupi on, ale zawsze powie „dzień dobry”. Choć w stosunku do osób duchownych niezmiennie zachowywałem pełny szacunek, przyznaję, że gdy chodzi o księdza Kachnowicza, i jak sądzę wcale niemałą grupę jemu podobnych, to uważam, że lepiej niech oni już chodzą w tych marszach niż mieliby obmacywać ministrantów.




Wszystkich zainteresowanych kupnem moich książek zachęcam do zaglądania do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl. Tam jest wszystko, czego potrzebujemy, by poczuć prawdziwą wolność.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Pożegnanie z Listami


       Mam nadzieję, że czytelnicy czekający na kolejne refleksje na tematy wszelkie mi wybaczą, ale musimy jeszcze raz wrócić do kwestii książek i ich sprzedaży. Otóż jest tak, że z 18 egzemplarzy moich listów do Zyty, jakie niespodziewanie do mnie wróciły, zostało pięć. Pisałem już o tym, ale tu tylko powtórzę. Ponieważ, moim zdaniem, te listy są wydarzeniem w naszej najnowszej historii absolutnie wyjątkowym, a je je osobiście traktuję jako swego rodzaju osobisty sukces, nie miałbym sumienia sprzedawać tej końcówki nakładu – a jest to w rzeczy samej końcówka nakładu – po oryginalnej cenie, owe 13 zostały zaoferowane oraz kupione po 100 zł. za egzemplarz. Zostało więc pięć ostatnich egzemplarzy i one, zgodnie z moją wcześniejszą zapowiedzią, od dziś są do kupienia wyłącznie na Allegro, niestety już po 200 zł. Tu
      Gdyby ktoś wciąż nie wiedział, na jakim poziomie się poruszamy, przedstawiam maleńki fragment tych listów i zachęcam do ich kupowania. To jest najprawdopodobniej ostatnia taka okazja. Drugiej nie będzie.
      Na pewno Katastrofa Smoleńska wiele osób radykalnie zmieniła, a przecież nie znamy mechanizmu ‘zwyczajnego’, nie gwałtownego umierania... A może umieramy najpierw powolutku, po odrobince, a potem coraz szybciej?  Myślę, że po osiągnięciu – to jest oczywiście spekulatywny model – dostępnej dla konkretnego Human Being poziomu świadomości własnej świadomości, ówże Being jest po prostu gotowy do innych zadań. Jeśli Bóg tak chce, to mogą to być wyjątkowo trudne zadania na tym padole łez, jeśli Bóg tak chce... Na ogół jednak jest to gotowość do Zmiany. Nie bez powodu lud od wieków prosi – ‘Od nagłej i niespodziewanej śmierci uchowaj nas Panie’, co przecież zakłada, że lud wie, że dobra śmierć, taka zwyczajna, jest spodziewana! Skądś to lud od zawsze wie, prawda? Ciekawa sprawa”.
       Najszczerzej polecam.




             

środa, 21 sierpnia 2019

O Żydzie który patrzy na ukraiński głód


      Jak osoby odwiedzające ten blog zapewne wiedzą, ja bardzo niechętnie angażuję się w temat żydostwa, czy to w ujęciu indywidualnym, czy też globalnym. Czemu tak? Powodów jest parę, ale tu chciałbym wymienić dwa. Przede wszystkim ja się na żydostwie nie znam i znać nie mam pragnienia, a poza tym jestem przekonany, że powszechny nastrój jest taki, że ja ich mógłbym tu albo chwalić, jacy to oni zdolni i zaradni, albo zostawić całą kwestię tym, których owa kwestia pasjonuje i gdzie oni są traktowani tak jak sobie było nie było na to zasłużyli. A zatem, krótko mówiąc, nic tu po mnie.
      Tym razem robię wyjątek, bo zdarzyło się coś, co nawet na mnie zrobiło wrażenie. Otóż nie wiem, czy to jest już dziś wiedza powszechna, ale z wizytą na Ukrainę przybył premier Izraela Netanjahu z żoną i na lotnisku został powitany przez grupę wystrojonych w regionalne stroje dziewczyn, które poczęstowały wysiadających z samolotu Żydów chlebem. I proszę sobie wyobrazić, że doszło do tego, że Netanjahu najpierw ułamał sobie kawałek, potem ułamał drugi, przekazał swojej żonie, swój wsadził do ust i zaczął przeżuwać, podczas gdy jego żona swój rzuciła na ziemię takim ruchem jakby się jakiś paproch przykleił jej do palców.
       Czemu ona to zrobiła, ani nie wiem, ani dociekać nie zamierzam, zwłaszcza że, jak już wspomniałem, na temat żydostwa większej wiedzy nie posiadam, to co mnie natomiast bardzo zainteresowało, to reakcja na to zdarzenie samego Netanjahu. Otóż zapytany przez dziennikarzy, czemu jego żona wykonała ten niezwykły zupełnie – zwłaszcza na Ukrainie, która, gdy chodzi o chleb, ma swoje szczególne doświadczenia – gest, odpowiedział bez mrugnięcia okiem, że jego zdaniem to było bardzo dobre posunięcie, bo bez niego o owej wizycie pies z kulawą nogą by nie wspomniał, a teraz wszyscy o niej gadają na okrągło. A więc, jak zawsze, Żydzi górą.
       W tej sytuacji ja jednak – co zresztą wszyscy widzimy – postanowiłem zrobić wyjątek i zająć się dziś, choć przez krótką chwilę, wspomnianym wcześniej żydostwem. Otóż przez całe swoje życie to tu to tam miałem okazję poznawać coraz to nowsze nasze polskie powiedzenia z Żydem w roli głównej. Pomijając fakt, że one były niemal wyłącznie w nastroju, który dziś się przyjmuje określać słowem „antysemityzm”, muszę przyznać, że niezmiennie mnie zachwycała ich niezwykła wprost poetycka uroda. I szczerze powiedziawszy, zawsze miałem wrażenie, że spoza tych żartów wychodzi coś w rodzaju jednak sympatii. Dziś, kiedy patrzę na ten film z przylotu Żydów na Ukrainę, myślę sobie, że w tych powiedzeniach nie ma śladu ciepła. I chyba jednak bardzo słusznie.
      I tak sobie przypominam niedawną rozmowę z moją żoną, która w odróżnieniu ode mnie akurat owym żydostwem się zajmuje pasjami, kiedy zastanawialiśmy się nad tym, czemu oni musieli wycierpieć przez te wszystkie wieki – bo nie oszukujmy się, Holokaust to zaledwie ułamek tego co ich od czasu gdy ukrzyżowali Boga spotkało – aż tak wiele przykrości. A ja wciąż się zastanawiam, co oni, mimo że mieli naprawdę wiele okazji, by się opamiętać, mają w sobie takiego, że ich to wszystko musiało spotkać. Po raz kolejny patrzę na tę scenę na lotnisku, jak się domyślam, w Kijowie, następnie czytam wyjaśnienia Netanjahu i wydaje mi się, że jestem coraz bliżej.



Informuję z prawdziwą satysfakcją, że z książek z listami od Zyty zostało mi już zaledwie sześć egzemplarzy. Kto ma wobec tych listów jakiekolwiek plany, ma czas do końca dnia, bo wszystko co mi zostanie, dziś wieczorem wrzucam na Allegro po 200 zł. I jestem pewien, że tam ta oferta zostanie doceniona.
     

wtorek, 20 sierpnia 2019

O zapomnianej łodzi


      Jak pewnie część z nas zdążyła się zorientować, przez cały ten czas jak prowadzę swój blog, udało mi się wydać dziewięć książek i wszystko wskazuje na to, że to już koniec. Trochę mnie to martwi, bo, jak słyszę Quentin Tarantino planuje nakręcić jeszcze jeden film, przez co będzie miał ich dziesięć, a ja się prawdopodobnie zatrzymam tu gdzie jestem, no ale niech będzie i tak, zwłaszcza że ja, jak by nie patrzeć, się jednak rozwijałem. Natomiast, gdyby ktoś mnie się spytał, którą z moich książek uważam za najlepszą, nie umiałbym odpowiedzieć z tego prostego powodu, że podobnie jak ani razu w ciągu tych ponad już dziesięciu lat nie zdarzyło mi się opublikować na tym blogu notki, z której byłbym choć trochę niezadowolony, tak każdą z tych książek chowam w swojej bardzo życzliwej pamięci. Gdybym jednak mimo to miał wyróżnić z nich dwie, to bym przede wszystkim wskazał na „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”, która zarówno pod względem czysto literackim, jak i... że tak to ujmę – emocjonalnym, przewyższa wszystko co znam, natomiast w sensie ważności, postawiłbym na tak zwane „listy od Zyty”, które zupełnie szczerze uważam za coś absolutnie wyjątkowego w minionych trzydziestu latach.
        Dziś jest tak, że z owych dziewięciu tytułów dostępnych są już tylko cztery, a więc wspomniane „Marki, dolary...” „Rock and roll, czyli podwójny nokaut”, po raz nie wiadomo po raz który wznawiane „Kto się boi angielskiego listonosza”, no i naturalnie najnowsza – „Imperium, czyli gdzie pada cień na MS Mantola”. Reszta jest sprzedana i nic nie wskazuje na to, by którakolwiek z nich miała zostać wznowiona. A ja niezmiennie mam w głowie wspomniane listy od Zyty. Czemu? Otóż temu, że choć one się sprzedały stosunkowo szybko, to, jak już powiedziałem, w moim odczuciu stanowią najbardziej niesprawiedliwie zlekceważoną książkę w naszej najnowszej historii. By wytłumaczyć w czym rzecz muszę przejść do kolejnego akapitu.
      Otóż kiedy zmarła Zyta Gilowska, a ja zwróciłem się do jej męża, Andrzeja Gilowskiego z prośbą, by zgodził się na publikację tych listów, on w pierwszej chwili zaprotestował, tłumacząc się, że ze względu na ich treść, on się boi, że to co się może stać włanością publiczną, może też zaszkodzić Rodzinie. I wtedy ja na to odpowiedziałem mniej więcej tak: „Panie Andrzeju, właśnie pochował Pan żonę, na której pogrzebie, transmitowanym przez państwową telewizję, byli Prezydent RP, premier rządu RP, oraz prezes rządzącej partii. Proszę zrozumieć, że w tej sytuacji nikt z nich nie jest w stanie Pana dotknąć choćby spojrzeniem”. No i, jak wszyscy wiemy, pan Andrzej Gilowski udzielił mi zgody na tę publikację. Pojawia się pytanie, cóż takiego znajduje się w tych listach. Otóż, wbrew pozorom, nic aż tak sensacyjnego. Zaledwie parę bardzo drobnych szczegółów, jednak na tyle istotnych dla naszej wiedzy o świecie w jakim przyszło nam żyć, że ja osobiście niepokój pana Andrzeja Gilowskiego byłem w stanie zrozumieć. Mógłbym nawet powiedzieć, że te kilka tak naprawdę słów, jakie przez te niespełna trzy lata zdążyła mi powiedzieć Zyta Gilowska, to prawdziwy przewodnik po współczesnej Polsce.
        Jest jednak jeszcze coś. Otóż w momencie gdy książka się ukazała, ona trafiła na pierwsze miejsce listy książek zakazanych, i to zakazanych po wszystkich stronach sceny. Z tego co wiem, nikt nigdzie, po żadnej ze wspomnianych stron, nie odważył się wspomnieć choćby jednym słowem, że coś takiego jak prywatne maile Zyty Gilowskiej w ogóle istnieje. I tu mamy coś niezwykle ciekawego, bo proszę sobie wyobrazić, że tu nie poszło o ewentualne zagrożenie dla partii rządzącej – Zyta Gilowska do końca była całym sercem z Jarosławem Kaczyńskim – lecz o interesy pojedyńczych osób i środowisk. To wyłącznie ze względu na strach przed ujawnieniem brzydkich rzeczy ich dotyczących, wokół tej książki zapanowała bezwzględna zmowa milczenia. Doszło do tego, że o niej nie wspomniano nawet podczas rocznicowej uroczystości na lubelskim uniwersytecie. Mało tego, kiedy próbowałem umieścić informację o tych listach w notce poświęconej Zycie Gilowskiej w Wikipedii, nie minęło pięć minut, jak ona została stamtąd usunięta.
          I choć mimo faktu że ona się dość szybko sprzedała, ja wciąż chowam w sobie pretensje, przede wszystkim o to, że coś, co powinno stać się powszechną sensacją, zostało aż tak zlekceważone, ale też o to, że trzeba było aż trzech lat, by te głupie tysiąc egzemplarzy czegoś tak ważnego, się sprzedało. Jest więc tak, że książki z listami od Zyty już nie ma ani w księgarni u Coryllusa, ani – z tego co widzę – w ogóle nigdzie, a ja dopiero co dowiedziałem się, że nasz kolega Wacek z Opola gdzieś odnalazł jeszcze jakieś 18 egzemplarzy, które pozostały po którymś ze zorganizowanych przez tamtejszą Solidarność spotkań.
       Dziś z tych książek zostało już zaledwie siedem sztuk, ale ja mam ważniejszą informację. Otóż ja nie mam sumienia, by tę resztkę nakładu sprzedawać po 30 zł, tak jak to było zamierzone na początku. W tej sytuacji dziś cena tych listów wynosi dziś 100 zł, a zapewniam, że jak dojdziemy do pięciu ostatnich egzemplarzy, to ja ją podwyższę do 200 zł i wrzucę na Allegro. Już nie mogę się doczekać wyniku, a jeśli ktoś wciąż nie rozumie, o co chodzi, przedstawiam krótki fragment z tych wyznań:
      Problem lekarstw jest jasny -  lekarstwa kupujemy, znamy je, czytamy ulotki. Dużo ciemniejszą sprawą jest problem aparatury medycznej, różnych wszczepianych urządzeń, implantów, płynów, drutów, stawów, to są potężne pieniądze, ciche zamówienia, wielkie szpitale, wielkie cierpienia i równie wielkie oszustwa. Wobec medycyny człowiek staje jak niegdyś wobec wioskowego szamana, pełen strachu i nadziei. Ja obecnie jestem całkowicie ‘na nie’, odmawiam ‘współpracy’, a po 10-dniowym pobycie na oddziale intensywnej terapii (dla ‘dyskrecji’, bo aż taka chora to nie byłam)  i przyjrzeniu się z bliska okolicznościom ‘ratowania życia’, odmawiam udania się nawet w pobliże jakiegokolwiek szpitala. Naturalnie, w międzyczasie medycyna faszerowała mnie zbędnymi chemikaliami i jak już zaczęłam ‘im’ nie wierzyć, to na całego. Przy okazji dowiedziałam się, jak kiepsko działają, gdy są potrzebne. Przypuszczam, że najsilniej działa sygnalizacja genetyczna oraz ruch. A także - co chyba najważniejsze - poczucie zadowolenia z życia. Na brak szczęścia jest tylko miłość”.


     
Jak już wspomniałem, mam jeszcze siedem egzemplarzy wspomnianej książki. Cena egzemplarza, jak już wspomniałem, wynosi 100 zł. Kto zdąży – gratulacje. Kto nie – będzie musiał kupować na Allegro. Znacznie już drożej. Proszę pisać na adres k.osiejuk@gmail.com.